czwartek, 28 marca 2013

W przeddzień Swego Zmartwychwstania

Miałem na ten święty czas ochotę napisać coś zupełnie innego. Ot tak, żebyśmy sobie spokojnie nabrali nowego oddechu na dni, które przyjdą po, i które znów nas złapią za gardło i zmuszą do nowego wysiłku. Żebyśmy sobie zwyczajnie odetchnęli. No ale przyszła pani Toyahowa i poprosiła, byśmy jednak spróbowali oddać głos tym, po których nie koniecznie moglibyśmy się spodziewać aż tyle. Aż tyle, a na pewno nie więcej, niż od pozornie znacznie bardziej zaufanych dostarczycieli Dobrej Nowiny. A zatem - posłuchajmy. Niech dziś dzieje się wola kobiety, która jest wciąż przy mnie i tak cierpliwie mnie wspiera. Dla nas wszystkich - Bolesław Leśmian. A jak ktoś się ma ochotę zabawić (w końcu, czemu nie?), proszę wpaść na osiejuk.salon24.pl




W przeddzień swego zmartwychwstania, w przeddzień żywota

Bóg, leżąc w mogile, żmudne liczy chwile,

A przykuła go do ziemi ciała ciężkota.

Śmierć mu w oczy wieje, a on samotnieje.

I śni mu się na wprost lica

Betlejemska błyskawica

I żłób i siano.



I śni mu się brzeg jeziora ozieleniały,

A smuga od łodzi po jeziorze chodzi,

I śnią mu się owe gaje, co tak szumiały,

Choć gajom boleśnie być marami we śnie!

A to wzgórze, to oliwne,

We wspomnieniach takie dziwne,

Takie dalekie!



I śnią mu się nasze twarze, niby niczyje,

Ręce nasze krwawe i lewe i prawe -

I to życie, co po śmierci nie wie, gdzie żyje,

Jeno szuka siebie po własnym pogrzebie.

Mówmy wobec jego zgonu

To, co mówi dzwon do dzwonu

Późnym wieczorem.



Nie zakłóćmy snu bożego, bożej niemoty!

Któż Boga obudzi pierwszy spośród ludzi?

Kto rozepnie w jego cieniu swoje namioty?

Cień się jego szerzy w bezbrzeż po bezbrzeży,

A my stójmy zwartym kołem

I śnijmy się Bogu społem,

Póki czas jeszcze.

środa, 27 marca 2013

O czarnej sztuce dekoncentracji

Ostatnie zamieszanie wokół telewizyjnego występu Abelarda Gizy, w którym ten skonstruował swój skecz wokół obrazu starych, biednych, pobożnych kobiet, ciągnących za sobą swoje stare, biedne, zdezelowane wózki na zakupy, zamiast standardowych warzyw, wypełnione trotylem, wywołało we mnie pewne dodatkowe refleksje. Mówiąc „dodatkowe”, mam na myśli wszystko to, co mi przyszło do głowy niejako obok tego, co oczywiste, a mianowicie pewną bardzo perfidną manipulację, co do której mam podejrzenie, że nie jest niczym absolutnie wyjątkowym, a wręcz przeciwnie – stanowi bardzo standardową sztuczkę Systemu. Mam na myśli odwracanie uwagi.
Pisałem tu już o tym skeczu. Po raz pierwszy oglądałem go w jego absolutnie finałowym fragmencie, kiedy to Giza opowiada o tych babciach, jak w tumanach śmiechu wylatują w powietrze. Nie miałem pojęcia, czego dotyczy cały żart, jaki jest kontekst tej ostatecznej rzezi, ale uznałem, że wobec czegoś tak poruszającego, nic już się nie może liczyć. Bo nie ma nic takiego, co by było w stanie to coś przebić.
I oto nagle okazuje się, że dla wszystkich tych, którzy, podobnie jak ja, tym wybrykiem się przejęli, to, co ma znaczenie, to właśnie to coś, o czym ja nawet nie mam pojęcia, a mianowicie jakiś żart z papieża, z którym tam podobno Giza wcześniej wyskoczył.
Otóż na mnie żarty z papieża nie robią wrażenia od czasu, gdy kiedyś w telewizji zobaczyłem aktora Ronina Williamsa, jak udaje schorowanego Jana Pawła II, który jeśli nie przysypia, to tylko po to by puścić kolejnego bąka. Nie robią one na mnie wrażenia, z dwóch względów. Przede wszystkim, ja uważam, że nie ma nic złego w żartowaniu z papieża, podobnie jak nie ma nic złego w żartowaniu z kardynała Nycza. Po drugie, zastanówmy się, cóż można wymyślić, jak idzie o kogoś takiego jak papież? Że on też puszcza bąki? No i co z tego? Pomijając fizjologię, nie zostaje nic. No ewentualnie jeszcze można powiedzieć, że to chuj. Szczególnie kiedy się jest poznańskim intelektualistą. To jest trochę tak, jak ja bym postanowił tu kpić z prezydenta Komorowskiego i ograniczać się do portretowania go, jak siedzi na kiblu i się napina. Przepraszam bardzo, ale ja tu mam znacznie więcej argumentów, niż prezydenckie gazy.
Z czym innym jednak mamy do czynienia, jak idzie o ludzi starych i chorych. Tu możliwości jest wiele. Przede wszystkim oczywiście, można ich przedrzeźniać, że są tacy niezgrabni i sypiący się; można wyprodukować całą kolekcję śmiesznych dźwięków i je eksploatować do znudzenia; można wreszcie wymyślić całą kupę gagów, gdzie się rozbawionej publiczności pokaże, jak można takiego starca unicestwić, zaczynając od tak zwanego „kopa w ryj”, po wspomniany wyżej trotyl. I to, powiem szczerze, na mnie wrażenie zawsze robi, tego nie lubię, i za to właśnie Abelarda Gizę jestem gotów tępić jak robactwo. Za to, że szydzi z kompletnie niewinnej starości, a więc z czegoś, co jest bardziej święte, niż dziesięciu papieży.
Tymczasem, tu mamy kompletną ciszę. Wszyscy natomiast emocjonują się tymi papieskimi bąkami. W opisywanym niedawno przeze mnie „Newsweeku” jest cały długi artykuł, ilustrowany zdjęciem przebranego za księdza Gizy, i roztrząsający dylemat, czy schodzenie na ten poziom jest cool, i czy nie należałoby go może za to wsadzić do więzienia. O trotylu – ani mru mru. A ja sobie myślę, że to wszystko musi być celowe. Nie ma takiej możliwości, żeby oni tych staruszek z wózkami nie zauważyli. Ja zwyczajnie nie wierzę, by oni nie brali pod uwagę, że obraz tych wysadzanych w powietrze biednych kobiet z wózkami może oburzać. Oni wciąż gadają o tym papieżu, bo wiedzą, że to jest bardzo bezpieczny grunt i że tu zarówno im, jak i samemu Gizie, niż nie grozi. I to jest, jak mówię, stara wredna sztuczka. Odwracanie uwagi.
Ale przypadek Gizy i jego świeżego wybryku to w gruncie rzeczy drobiazg. W końcu, z podobną, albo jeszcze większą agresją w stosunku do Kościoła mamy do czynienia dzień w dzień, na każdym możliwym poziomie publicznej debaty, i przy każdej okazji wszyscy oni stają na głowie, by tak to było rozgrywane do końca świata. Jedni będą bluźnić, a drudzy wołać o pomstę do ludzkiej, lub w ostateczności boskiej, sprawiedliwości. A to jest nic. Kompletne nic.
Niedawno zaobserwowałem, że w przestrzeni publicznej pojawił się problem tak zwanego e-sądu. Chodzi o to, że w celu wsparcia planu doprowadzenia polskiego społeczeństwa do ruiny i do ostatecznego zniewolenia, gdzieś w Lublinie powołano sąd, który wszelkie tak zwane kwestie dłużnicze rozwiązuje niejako z automatu i, jak się zdaje, w systemie 24-godzinnym. A zatem, wygląda na to, że to co planował swego czasu zrobić minister Ziobro w stosunku do drobnych przestępców, a co spotkało się z powszechną kpiną i oburzeniem, udało się zrealizować w postaci owego e-sądu i w stosunku do ludzi, którzy są bez pieniędzy. Różnica jest tylko taka, że tu się ani nie przesłuchuje, ani nie wysłuchuje, ani nie dyskutuje, tylko przyjmuje się skargi i wydaje jednobrzmiące decyzje.
Proszę więc sobie wyobrazić, że ja miałem do czynienia z tym szczególnym sądem. Przypomnę może, o co poszło. Otóż swego czasu – pisałem tu o tym – zadzwonili do mnie z firmy Tele Polska, przedstawiając się jednak nie jako Tele Polska, ale jako Telekomunikacja Polska, i w ten sposób naciągnęli mnie na podpisanie z nimi umowy. Kiedy się zorientowałem, że padłem ofiarą oszustwa, wypowiedziałem ową umowę i za to naturalnie zostałem przez Tele Polskę obciążony karą trzystu iluś złotych. Ponieważ skądinąd dowiedziałem się, że owo przedstawianie się ludziom jako Telekomunikacja Polska jest podstawowym biznesowym pomysłem Tele Polski, postanowiłem, że im nie dam ani grosza, no i śmy się z Tele Polską wzięli z barki. Ponieważ byłem na tyle dzielny, że nie uległem ani serii wyjątkowo paskudnych telefonów, ani ostatecznemu, tak zwanemu przedsądowemu wezwaniu do zapłacenia tym razem już chyba czterystu złotych, któregoś dnia otrzymałem pismo ze wspomnianego lubelskiego sądu skazującego mnie zaocznie na, tym razem już, pięćset złotych kary, z zastrzeżeniem jednak, że do dwóch tygodni mogę złożyć odpowiednie wyjaśnienia. Napisałem do nich list, oni mi odpowiedzieli i poinformowali, że moje odwołanie przyjęli, i sprawę skierowali do sadu powszechnego w Katowicach. I oto parę tygodni temu dostałem pismo z sądu w Katowicach, że oni sprawę umarzają, a po chwili informację z Tele Polski, że ci z kolei co do tych trzystu złotych się pomylili, i już im w związku z tym nie jestem nic winien. Koniec.
Czy ja w związku z tym chcę powiedzieć, że ten lubelski sąd to ludzcy państwo i że bardzo dobrze, że oni są? Pewnie, że nie. Natomiast bardzo chciałbym wiedzieć, czemu na przykład ostatnio taka „Gazeta Wyborcza” postanowiła im poświęcić niemal całą swoją pierwszą stronę, by opowiedzieć nam stek jakichś bzdur o tym, że jak któryś z nas trafi do tego sądu, to już po nim. Jaki oni mają interes w tym, żeby wokół tego e-sądu rozkręcić atmosferę prawdziwej histerii? Ja oczywiście biorę pod uwagę taką możliwość – a nawet uważam, że ona jest bardzo prawdopodobna – że tam się leje krew, natomiast nie mam powodu, aby sądzić, że w moim wypadku zastosowano jakąś szczególną procedurę. Z tego co widzę, tam się wszystko odbywa tak, że oni każdemu każą płacić, a jeśli komuś się płacić nie chce, w ciągu dwóch tygodni się odwołuje, i sprawa automatycznie idzie do zwykłego sądu. A dalej jest już różnie. Jak to w życiu. A zatem – jeszcze nie tak najgorzej. A już zdecydowanie lepiej, niż to się dzieje zarówno w przypadku takich firm jak Tele Polska, czy inne, nastawione wyłącznie na łupienie Bogu ducha winnych ludzi, jak powiedzmy banki – podkreślmy to – wszystkie banki. Banki, jako takie.
Powtórzę to raz jeszcze. Ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że ów lubelski e-sąd został powołany do życia przez System i jego celem jest wsparcie Systemu w niszczeniu człowieka. Co do tego nie może być żadnej wątpliwości. To jednak, że ze wszystkich innych instytucji, równie, a może – co znaczy, może? Znacznie bardziej – krwiożerczych, bezwzględnych i okrutnych, oni się nagle postanowili zająć tym sądem, bardzo mnie zastanawia. Bardzo bym chciał wiedzieć, dlaczego oni nie poświęcą swojej uwagi działalności prawdopodobnie setek innych, takich jak Tele Polska, firm, których jedynym celem nie jest rozstrzyganie czegokolwiek, ale jeden krótki skok na czyjąś kieszeń. Bardzo bym chciał wiedzieć, czemu oni nie chcą sobie z nami porozmawiać o tych wszystkich firmach, w których interesie powołano ów e-sąd? Czyżby chodziło o to, że tamten temat jest już znacznie mniej bezpieczny? Czyżby rzecz polegała na tym, że ten e-sąd prędzej czy później znakomicie się z tych wszystkich zarzutów wybroni, i okaże się, że tak naprawdę od początku nie było o czym gadać? A tymczasem prawdziwi zawodnicy będą skutecznie robić to, co robią dotychczas?
Tak właśnie sobie myślę. To jest jeszcze jeden stary, bezczelny numer z tak zwanym zaciemnieniem. Chodzi o to, by nam powiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, tyle że od czasu do czasu pojawia się coś, co należy pokazać palcem i bezlitośnie skrytykować, i jeśli tylko będziemy trzymać rękę na pulsie, nic nam nie grozi. I tak się to toczy. Zawsze w ten sam sposób. W oparciu o jedną jedyną zasadę – nie ruszać tego, co naprawdę groźne. Na każdym możliwym poziomie – czy to chodzi o jakiś głupi kabaret, czy wielką politykę, czy wreszcie powszechny system eksploatacji człowieka. Tam zawsze odbywa się gra pozorów. Prawdziwe natomiast strzelanie do celu zarezerwowane są na wypadek walki z tym, co mogłoby tę całą zarazę wypalić żywym ogniem. Tam oni zawsze świetnie wiedzą, jaka jest hierarchia. W końcu, nie oszukujmy się. Oni może i są głupi, ale pewnego szczególnego cwaniactwa nikt im nie odbierze.

Jeśli komuś powyższy felieton przypadł do gustu, a jeszcze, nie daj Boże, pozytywnie nastroił i zainspirował, proszę wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Bardzo za każdy gest dziękuję.

wtorek, 26 marca 2013

Posłaniec

Poprzedni tekst, o energetycznym przekręcie, uważam za jeden z ważniejszych, jakie udało mi się napisać, a w związku z tym chciałbym, żeby on tu jednak jeszcze trochę powisiał. No ale, jak wiemy, człowiek nie tylko żyje sprawami poważnymi, i trzeba się od czasu do czasu trochę zabawić, a więc dziś, bardzo proszę rzucić okiem na ten króciutki felieton, który zamieściłem w ostatnim wydaniu Warszawskiej Gazety. Mam nadzieję, że się spodoba. No ale o tym się dowiem być może jutro. Prawda? Dziękuję.

Dla każdego, kto wie, kim jest Radek Sikorski, a przy okazji być może, zna jego rozliczne intelektualne i czysto biologiczne możliwości, wydaje się, że nie ma takiej rzeczy, która mogłaby, jak idzie o tego szczególnego człowieka, zaskakiwać. Ja na przykład nigdy nie zapomnę, jak jeszcze przed laty, zanim im się skutecznie udało wyeliminować ze sceny Prezydenta, podczas pewnej konferencji prasowej z udziałem jego właśnie, premiera Tuska i właśnie Sikorskiego, podczas wystąpienia Lecha Kaczyńskiego, ów Sikorski robił wszystko, by – skutecznie zresztą – rozśmieszyć Donalda Tuska, do tego stopnia, że w końcu Lech Kaczyński poczuł się zmuszony, by zwrócić mu publicznie uwagę. Pamiętam to i obiecuję, że kiedy przyjdzie wreszcie czas, gotów jestem wystąpić w tej sprawie, jako świadek oskarżenia.
A więc pamiętam naprawdę wiele i to wcale niekoniecznie z czasów całkiem świeżych. Otóż śpieszę donieść, że do tej czarnej kolekcji dziś właśnie doszedł kolejny przypadek. Otóż rzeczony Radek Sikorski, polski Minister Spraw Zagranicznych udzielił publicznej wypowiedzi, i poinformował nas, że Rosjanie dlatego nie chcą oddać nam gnijącego w smoleńskim błocie wraku tupolewa, ponieważ boją się, że kiedy go oddadzą, zabierze się za niego Antoni Macierewicz ze swoim Zespołem i ogłoszą, że znaleźli na nim ślady bomby atomowej.
Skąd Sikorski to wie? Otóż podobno poinformowali go o tym radzieccy towarzysze, a on nam tę informacje przekazuje. Powiem szczerze, że ja do końca nie wiem, czy Sikorski mówi prawdę, czy sobie stroi żarty. Z jednej strony, o ile go znam, on zupełnie spokojnie może w ten sposób żartować, z drugiej jednak strony – też na ile go znam – on może faktycznie występować w roli emisariusza władz rosyjskich. On się tam z kimś spotkał, ten ktoś mu powiedział, co powiedzieć chciał, a ten wrócił do Polski i co trzeba nam przekazał.
Ponieważ sprawa jest bardzo poważna, a ja bardzo bym nie chciał uważać naszego ministra – i to w dodatku nie jakiegoś przyszywanego, ale bardzo ważnego – za idiotę, zakładam, że on tym razem nie żartuje, ale rzeczywiście bardzo serio przekazuje nam wiadomość od Rosjan.
A w tej sytuacji ja już mam tylko jedną refleksję, związaną ze znanym nam wszystkim filmem pod tytułem „Ojciec Chrzestny”. Otóż, jak może niektórzy z nas pamiętają, pod koniec filmu, kiedy Ojciec Chrzestny już się dawno wycofał, a szefem rodziny jest Michael, któregoś dnia Don bierze go na bok i mówi, że ma bardzo uważać na to, kto, gdy nadejdzie czas, zjawi się, jako emisariusz nowojorskich rodzin z propozycją spotkania. Tak właśnie brzmi ta nauka: Ten, kto wystąpi w imieniu rodzin, będzie zdrajcą. Właśnie tak. Zdrajcą będzie ten, kto przyjdzie z wiadomością od nich.
No i mamy deja vu. Przychodzi ten człowiek i przekazuje nam wiadomość. A my słuchamy i od dziś śpimy z jednym okiem otwartym.

niedziela, 24 marca 2013

Gdy dawanie ciała musimy już rozumieć dosłowne

Mogę się mylić, i nagle może wyjść na to, że mamy do czynienia z osobą, której zasługi znacznie wyprzedzają jej nazwisko jednak z tego co widzę, wynika, że jak idzie o posłankę do Parlamentu Europejskiego Lidię Geringer de Oedenberg, nie mamy do czynienia z niczym poważniejszym choćby od jej biznesowego partnera Wojciecha Olejniczaka. A nazwisko? Cóż. Może się równie dobrze okazać, że tak naprawdę, ona nic poza nim nie ma, a więc jest wyłącznie trybikiem w pewnym mechanizmie, będącym z kolei zaledwie częścią czegoś znacznie już większego.
Otóż Lidia Geringer de Oedenberg, oprócz tego, że prowadzi swoje interesy w Parlamencie Europejskim, jest blogerem Salonu24, gdzie, z dość dużą, przyznaję, częstotliwością zamieszcza krótkie informacje dotyczące bieżącej działalności Parlamentu.
I oto ostatnio, niemal dzień po dniu, Geringer de Oedenberg zamieściła dwa teksty na ten sam dokładnie temat, dotyczące mianowicie zachowania grupy polskich posłów, którzy podczas głosowania w sprawie projektu Energetycznej Mapy Drogowej dla Europy, zagłosowali za tak zwanym „backloadingiem”, a więc wycofaniem z rynku niemal 1,5 mld darmowych zezwoleń na emisję CO2.
Wręcz niezwykłym przypadkiem, publikacja przez de Oedenberg obu tekstów zbiegła się z podjęciem przeze mnie tematu handlu tymi zezwoleniami, i – tym razem już może nie w wyniku jakiegoś cudu, ale w sposób całkowicie naturalny – stworzyła znakomite wręcz uzupełnienie tezy, jaką ja w swoim tekście przedstawiłem.
W czym rzecz? Postaram się sprawę opisać jak najkrócej i w możliwie przejrzysty sposób, mając jednocześnie nadzieje, że uda mi się to zadanie wykonać z powodzeniem, choćby ze względu na fakt, że swego czasu mnie samemu było niezmiernie ciężko zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, i wiem, że jasność przekazu może stanowić tu podstawę. Otóż wszystko zaczęło się w Stanach Zjednoczonych, jeszcze lata temu, kiedy to ich najpoważniejsi stratedzy opracowali plan uniezależnienia się przez Amerykę od importu ropy naftowej z Bliskiego Wschodu. Ponieważ mamy do czynienia z ludźmi poważnymi, którzy nie mają powodu się niepotrzebnie spieszyć, cały projekt został rozłożony na wiele lat, a na jego początku stanął mit o tak zwanej „dziurze ozonowej” i wynikającym z niej „efekcie cieplarnianym”. O co chodziło? Oczywiście przede wszystkim o Amerykę i jej interesy, jednak nie w sensie likwidowania zagrożeń, lecz budowania dla siebie lepszej przyszłości. Jak idzie o likwidację „zagrożeń”, postanowiono skupić się na Europie.
Jak wyglądał ów plan? Otóż widząc, że przy wykorzystaniu dotychczasowych zasobów, oraz dotychczasowych sposobów ich eksploatacji, Ameryka jest skazana na to, że sprowadzanie ropy z Bliskiego Wschodu będzie już zawsze ich przeznaczeniem i przekleństwem, Amerykanie opracowali sposób eksploatacji swoich złóż przy pomocy nowej metody, zwanej EOR (enhanced oil recovery), a polegającej, krótko sprawę ujmując, na „wypychaniu” zalegającej pod ziemia ropy przy pomocy CO2. Wedle wstępnych szacunków, po pełnym zastosowaniu nowej techniki, ilość wydobywanej ropy, z dotychczasowych 22 mld baryłek mogłaby wzrosnąć do 67 mld.
Problem jednak był w tym, że na rynku wewnętrznym, cena magazynowanego CO2 była na tyle wysoka, że nie mogła skutecznie gwarantować jednoznacznej opłacalności całego przedsięwzięcia. Z tego właśnie względu postanowiono sprowadzać CO2 za grosze z Europy. W jaki sposób? Zwyczajnie. Wymyślono sobie, że rozpętując w świecie histerię związaną z rzekomym kataklizmem, do którego ma doprowadzić nadmierna emisja CO2, doprowadzi się do tego, że Europa, a kto wie, czy nie również kraje pozaeuropejskie, najpierw zaczną magazynować niewyemitowane CO2, a następnie, albo ze względu na zbyt duże koszta owego bezsensownego magazynowania, albo też z obawy przed jakąś niewyobrażalną katastrofą, zechcą Amerykanom je oddać za półdarmo. Proste? Proste.
Jak działa ów lobbying na rzecz „ratowania Ziemi przed zagładą” każdy z nas wie bardzo dobrze, i jestem pewien, że nie muszę się tu szczególnie angażować w objaśnianie spraw prostych. Wystarczy się zwrócić z odpowiednim pytaniem do 10-letniego dziecka, czy to w mieście, czy a w małej wiosce, by ono nam dokładnie opowiedziało, jak ważną rzeczą jest ochrona środowiska, i jakie symboliczne miejsce w tym wszystkim zajmuje kolor zielony. Mógłbym też oczywiście przedstawić tu odpowiednią drabinkę, wypełnioną nazwami najbardziej w ten przekręt zaangażowanych wielkich – często największych na świecie – koncernów i stowarzyszeń biznesowych, i podać sumy, jakie one zainwestowały dotychczas i wciąż inwestują, wyłącznie po to, by owo wcześniej wspomniane dziecko nawet na moment nie zapomniało, czym jest CO2, i czym rzekomo bezpowrotnie niszczony przez nie ozon, jednak ani nie bardzo jest tu miejsce, by się na tym koncentrować, a poza tym, przyznaję, że się zwyczajnie boję. Powiem tylko, że niemal całość owego finansowania idzie ze Stanów, a jego celem jest niemal wyłącznie Europa. Tak o nas dbają.
A zatem, dbamy wszyscy o to, by nasza wspólna Europa była czysta i zielona. I tu przechodzimy do owego, wspomnianego przez mnie już wcześniej, a dziś również w ten niesłychanie pokrętny sposób prezentowanego przez de Oedenberg, handlu emisjami. Pisze ta dziwna kobieta, że wylobbowany na Unii Europejskiej plan wycofania z rynku owego 1,5 mld uprawnień emisyjnych i zwiększenie w ten sposób ceny pojedynczego uprawnienia z 4 euro do 40, czy najlepiej 50, sprawi, że Polska, dziś zasypana tymi uprawnieniami, które jej są jak psu na budę, będzie je mogła sprzedawać za ciężkie pieniądze i w ten sposób zarabiać kokosy.
I to jest, powiem szczerze, bardzo ciekawe. Otóż, jak znam życie, Polska owych uprawnień w tej chwili już zwyczajnie nie ma. Jak znam życie – a przy okazji ścieżki, jakimi się przechadza rząd Donalda Tuska – one wszystkie już dawno zostały sprzedane, i to nawet nie za głupie 4 euro, ale za tyle, ile nam łaskawie zaoferowano, a otrzymane kwoty oczywiście nie zostały wydane na modernizację systemu energetycznego, ale na ratowanie walącego się budżetu. A zatem, kiedy już nadejdzie moment, gdy ci, co nam te pozwolenia dali, powiedzą „sprawdzam”, my oczywiście będziemy musieli zacząć te zezwolenia odkupować, tyle że już nie po cztery euro, ale po 40, albo i więcej. A ponieważ nic nie wskazuje ani na to, że my tę kasę będziemy mieli, i że tym bardziej będziemy mieli czym płacić nieuchronne ciężkie kary za „zbrodnicze” emisje, nie pozostanie nam nic innego, jak zapłacić ciałem. I mam nadzieję, że nie muszę wyjaśniać, o co mi chodzi, gdy używam tu słowa „ciało”. W każdym razie, możemy przyjąć jako pewne to, że gwałtowny brak dotychczas gwarantowanej przez Donalda Tuska ciepłej wody w kranie będzie w tym wszystkim naprawdę najmniejszym problemem.
Ktoś się spyta, czemu oni to robią? Otóż, jak idzie o Amerykanów, sprawa jest jasna. Oni już naprawdę mają dość tego beznadziejnego i tak strasznie kosztownego angażowania się na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza gdy widzą, że 80 procent ich własnych złóż się zwyczajnie marnuje. Oni najprawdopodobniej już nie mogą się doczekać dnia, kiedy będą mogli powiedzieć światu, by, skoro go ta dziwna islamska rewolucja tak irytuje, niech się nią zajmie osobiście. Jak natomiast idzie o Europę, to nie oszukujmy się. Przejście z gospodarki „brudnej” na „czystą” to naprawdę szereg nowych biznesowych możliwości o takiej skali, że nie ma nawet sposobu, by je zmierzyć. A już zwłaszcza na poziomie osobistych zysków osób w to wszystko zaangażowanych. I wcale nie koniecznie musi mi chodzić o te głupie wiatraki.
Spójrzmy jeszcze raz na europosłankę oraz blogera Salonu24 Lidię Geringer de Oedenberg. Wspomniane dwie swoje ostatnie notki poświęca ona głosowaniu, które miało miejsce 14 marca tego roku w Europejskim Parlamencie, a dotyczyło tak zwanej Energetycznej Mapy Drogowej 2050. Oczywiście ona dokładnie nam wyjaśnia, czego konkretnie dotyczyło to głosowanie, i dlaczego jego wynik jest dla Polski tak korzystny. Jednak wydaje mi się, że, jeśli komuś bardzo zależy, aby sprawę zrozumieć do samego końca, powinien rzucić okiem na poniższy link, kliknąć w niego i zapoznać się z tym, co tam się znajduje:
http://www.energie-nederland.nl/wp-content/uploads/2013/02/Statement-on-ETS-legal-amendment-14-Feb-2013-from-30-companies-and-associations-English.pdf
Ja oczywiście ani nie mam ochoty, ani też nie widzę potrzeby, by tłumaczyć całą treść tego szczególnego listu, jaki przedstawiciele 30 potężnych organizacji biznesowych skierowały do przewodniczącego Barroso, do jego kumpli i do samych posłów. Myślę, że dla pełnego zrozumienia skali tego biznesu zupełnie wystarczy lista nadawców owego adresu, data jego powstania, no i może jeden krótki fragment:
Jako grupa 30 europejskich firm i stowarzyszeń reprezentujących szerokie spektrum przemysłowe […] wzywamy do podjęcia natychmiastowej akcji. Działania te są niezbędne dla odbudowania wiarygodności i podstawowego sensu istnienia europejskiego systemu handlu emisjami (EU ETS). […] Zdecydowanie wzywamy Komitet d/s Ochrony Środowiska do przyjęcia poprawek wspierających propozycję redukcji zezwoleń, a Komitet d/s Zmian Klimatycznych do jak najszybszego ratyfikowania tej propozycji, tak by europejski system handlu emisjami, jako całość, nadal stanowił podstawę polityki klimatycznej i energetycznej Unii Europejskiej”.
Proszę zwrócić uwagę na sekwencję zdarzeń. Powyższy list został skierowany do posłów przez – no niech będzie, że tak jak oni się tam zaklinają – 30 „europejskich” stowarzyszeń biznesowych 14 lutego, a więc dokładnie miesiąc przed głosowaniem, o którym pisze Lidia de Oedenberg. Wystarczyły cztery tygodnie, by wszystko skończyło się szczęśliwie, i jak nas zapewnia pani poseł, Polska odniosła na rynku energii wielki sukces. Podają media, w tym „Rzeczpospolita”, że propozycja dotycząca „backloadingu” przeszła zaledwie trzema głosami. A ja myślę sobie, że wspomniane „zaledwie”, to coś zupełnie fantastycznego. No bo popatrzmy. Z jednej strony, mamy tych posłów, w znacznej większości dokładnie o tym samym poziomie obywatelskiej świadomości, co demonstrowana przez posłankę de Oedenberg, a z drugiej te 30 firm i ten ich list – wcale nie pierwszy w tej sprawie. Przepraszam bardzo, ale moim zdaniem, to są bardzo poważni zawodnicy. Oni nie muszą działać nerwowo. Bo wiedzą, że trzy głosy to wcale nie tak mało. Trzy głosy to wystarczająco dużo, by uzyskać to, co się zamierzyło. Kto wie bowiem, czy oni tej akurat sprawy nie potraktowali z tak wielką rozrzutnością, bo uznali ją za naprawdę ważną? W końcu, czyż nie wystarczyłby jeden głos?
No więc tak to właśnie wygląda. Ile mamy czasu? Trudno powiedzieć. Jak się sprawy potoczą? To jest zagadka jeszcze większa. W końcu, kiedy oni się brali za ten handel emisjami, czy mogli się spodziewać, że im się to nagle tak fatalnie posypie? No, ale walczą. Widzimy wszyscy bardzo wyraźnie, jak oni walczą, i jak w tym wszystkim nasza Polska jest samotna i bezbronna. Jak ciężkie inwestycje zostały uruchomione po to, by Polskę zetrzeć z mapy Europy. Nawet może niekoniecznie specjalnie. Ot tak, przy okazji. A ja mogę już tylko zaapelować do wszystkich, którzy to czytają. Postarajcie się to zrozumieć. To tylko tak wygląda skomplikowanie. W rzeczywistości wystarczy trochę skupienia. Skoro ja to zrozumiałem, nie ma powodu, by nie zrozumieli tego inni. A ja zapewniam, że to jest naprawdę coś, co warto wiedzieć. Żeby nikt nam nie powiedział, żeśmy coś przespali.

Dziwny trochę ten tekst, jak na to, co tu zwykle można znaleźć. Pisząc go, starałem się zachować pewną integralność, ale sam już temat niewiele tu ułatwiał. Uważam jednak, że właśnie ze względu na temat, warto było. Jeśli ktoś się ze mną zgadza - że było warto - bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 23 marca 2013

I widział, że wszystko co uczynił...

Znów musiałem zrobic dzień przerwy. Bardzo mi przykro. Wciąż zbieram materiały do tekstu, który mam nadzieję wstawić jutro, a chcę, żeby to wszystko grało, jak ta lala. W międzyczasie zatem, korzystając z dość świeżej tradycji, chciałem Wam coś pokazać. Proszę sobie wyobrazić, że tu nie ma żadnego tricku. To jest wszystko tylko obiektyw i talent. Zaćmienie słońca. Albuquerque, Nowy Meksyk. Maj zeszłego roku Czy wiecie, że kiedy to się zmieni, świat się skończy? Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.boston.com/bigpicture/. Swoją drogą, polecam. Tak zresztą, jak ten blog. On bez Waszego wsparcia nie przetrwa. Dziekuję za cierpliwość.

piątek, 22 marca 2013

Tandem Giza-Mądel, czyli o głosicielach Dobrej Nowiny

Początek sprawy, którą chciałem tu opisać, sięga pewnej notki, która pojawiła się w Salonie24 i reperkusji, jakie, również na moim salonowym blogu, ona wywołała, natomiast ponieważ sama już jej konkluzja obejmuje sprawy daleko bardziej poważne i uniwersalne, niż osoba jednego zepsutego księdza, postanowiłem dzisiejszy tekst przede wszystkim zamieścić tutaj.
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że w mojej sytuacji, zajmowanie się dziś ojcem Krzysztofem Mądlem SJ, blogerem Salonu24, może zostać ocenione, jako coś bardzo zawstydzającego, czy wręcz żałosnego, niemniej jednak wygląda na to, że nie mam wyjścia. Bo o ile poprzednim razem, gdy zdecydowałem się poświęcić mu całą notkę, gest ów traktowałem, jako zwykłą dyskusję na temat pewnego księdza, który w moim odczuciu zdradził swoje powołanie, dziś mam wrażenie, że to co wtedy pisałem, w najmniejszym stopniu nie oddawało owemu człowiekowi sprawiedliwości, i ten brak musi zostać nadrobiony. Tak, by można było uczciwie powiedzieć, że sprawa jest ostatecznie zamknięta.
Otóż wydaje mi się, że po raz drugi w życiu przeczytałem w całości tekst owego księdza, i nie mam już najmniejszych wątpliwości, że kiedy mówimy o ojcu Mądlu, nie mamy już przed sobą człowieka, który błądzi, ale kogoś, kto idzie dokładnie drogą, którą sobie wyznaczył i na owej drodze czuje się wręcz fantastycznie. Co to za droga? Otóż jest to droga najbardziej perfidnego, wyrachowanego kłamstwa, i – powtórzę to raz jeszcze – nie widzę sposobu, by ksiądz Mądel nie wiedział, co czyni.
Od czasu gdy kabaretowy artysta Abelard Giza w swoim występie w TVP najpierw w każdy możliwy sposób wyszydził wiarę katolicką, a następnie wziął się za Bogu ducha winne, biedne, bogobojne staruszki, przy rechocie zgromadzonej publiczności, wysadzając je w powietrze, upłynęło już trochę czasu, no ale ojciec Mądel, jako człowiek zajęty oczywiście bardzo w swojej parafii, potrzebował nieco czasu, by się znaleźć w temacie. No i się znalazł. Poszło mianowicie o to, że oburzona postępkiem Gizy, grupa posłów postanowiła skierować sprawę do sądu, co zdaniem księdza Mądla, jest głupie i niepotrzebne. Proszę posłuchać:
Abelard Giza z kabaretu Limo drwił na publicznej antenie (TVP2) z katolickich świętości, na co grupa posłów zareagowała skargą do KRRiT. Lepszą formą protestu byłoby wyśmianie twórczości komika. Liberalna demokracja daje obywatelom dużą swobodę wypowiedzi, ale to oznacza, że wartości bronić tu łatwiej w bezpośredniej debacie niż na drodze sądowej czy administracyjnej. Wolno obrażać, wolno czuć się obrażonym i wolno wyrazić to żartem lub przeciwnie, dowieść, że żart był nie na miejscu”.
I dalej:
W społeczności islamskiej, także tej żyjącej w Europie, ta właśnie bezradność prowadzi do agresji, a nawet przemocy, ale w Polsce, starej demokracji o korzeniach szlacheckich, rozmowa nawet najbardziej zantagonizowanych stron zawsze powinna być możliwa i zawsze konkluzywna”.
No i wreszcie:
"Abelard Giza powiedział na żywo coś, czego być może nie powiedziałby w tej formie po dłuższym zastanowieniu, więc ci, którzy poczuli się jego słowami urażeni, powinni teraz z jego występów zadrwić dowcipniej niż on, a także, jeśli się wysilą, powinni mu pokazać wyniki sondaży zrobionych w ich własnym środowisku, na podstawiektórych Giza łatwo się domyśli, czy ma szanse na udany występ w tym konkrentym środowisku, czy może raczej wręcz przeciwnie, żadna siła nikogo na jego występ tam nie zaciągnie”.
Ktoś powie, że przecież to nic takiego. Ojciec Mądel nie jest przecież ani pierwszą, ani też niestety ostatnią osobą, która uważa, że odwoływanie się do przepisów prawa, jak idzie o obrażanie Kościoła i ludzkiej pobożności, dowodzi wyjątkowego cywilizacyjnego zapóźnienia. Nie jest też nawet ojciec Mądel pierwszym i ostatnim człowiekiem, który uważa, że wolność wypowiedzi jest czymś znacznie cenniejszym, niż czyjaś tam wrażliwość. I owszem, to jest jasne. Tyle że ja mam akurat na myśli coś nieco innego. A żeby kwestię przybliżyć, popatrzmy na fragment dyskusji, jaka się pod tekstem Mądla wywiązała. Oto któryś z komentatorów napisał Mądlowi tak:
Dziwię się księdzu, że nie usuwa tych wszystkich dennych komentarzy pozbawionych, albo sensownych uwag, albo nacechowanych emocjami, a nie merytoryczną treścią. To, co oni tu sobą prezentują, jest poniżej wszelkiej krytyki. Proszę więc księdza oszczędzić takich ludzi jak mnie i nie dać nam czytać tych bzdur”.
I na to nadchodzi odpowiedź od samego ojca jezuity. Czy ktoś się może spodziewa, że nasz ksiądz zwrócił uwagę na to, że wartości bronić jest łatwiej w bezpośredniej debacie? Czy może on wyraził opinię, że wolno obrażać, wolno czuć się obrażonym i wolno wyrazić to żartem lub przeciwnie, dowieść, że żart był nie na miejscu? A może on powiedział coś mniej więcej takiego, że w Polsce, starej demokracji o korzeniach szlacheckich, rozmowa nawet najbardziej zantagonizowanych stron zawsze powinna być możliwa i zawsze konkluzywna?
Otóż w żadnym wypadku. Na sugestie jednego z komentatorów, że ojciec Mądel powinien wszystkich tych, których „denne” komentarze pozbawione są albo sensownych uwag, albo są nacechowanych emocjami, a nie merytoryczną treścią, należy wziąć za pysk i bez dyskusji wywalić za drzwi, nieszczęśnik ów ma odpowiedź zupełnie nieoczekiwaną. Proszę się trzymać krzeseł:
Dzięki. Robię to, gdy tylko tu zaglądam”.
I wystarczy się tylko chwilę rozejrzeć, by zobaczyć, że robi jak najbardziej. Właśnie tak. Okazuje się, że ojciec Krzysztof Mądel jest bardzo chętny do podyskutowania nad tym, co należy zrobić z tak zwanymi „moherowymi babciami”. Jak idzie o tę kwestie, to jego księżowskie zaangażowanie jest tak duże, że on bardzo chętnie będzie debatował, aż wszystkim zantagonizowanym stronom uda się osiągnąć taką „konkluzywność”, że odgłos owej detonacji będzie słychać może aż w Magadanie. A jego osobiste zdolności, jak idzie o „dowcipne drwienie”, okazać się mogą tak niebotyczne, że wraz z tym wybuchem, do Magadanu dotrze i odgłos radosnego rżenia. Owa perspektywa wydała się ojcu Mądlowi tak atrakcyjna, że on sprawie wolności wypowiedzi, wolnej debaty i szacunku dla różnych opinii i wrażliwości, postanowił poświęcić cały tekst, i niemal w tym samym momencie zapowiedział, że każdy, kto spróbuje mu grać na nerwach, nie dostanie rozgrzeszenia. Po prostu: za pysk i won z konfesjonału!
Czemu ja piszę ten tekst? Czemu ja się tak uczepiłem tego Mądla, że nie potrafię dać mu spokoju i go zwyczajnie skreślić? Otóż, wbrew pozorom, dziś nie tyle już chodzi o Mądla, lecz o pewne znacznie szersze zjawisko. Mam tu na myśli bardzo starannie zaplanowaną akcję pozbawiania prawa głosu pewnej ściśle określonej części społeczeństwa, w naszym przypadku symbolizowanego przez tę biedną babcię, ciągnącą ów skrzypiący wózek na warzywa, do którego Abelard Giza doczepił wiązkę trotylu, przy jednoczesnym rozdawaniu wieczystych uprawnień do gadania wszystkiego, co komu ślina na język przyniesie, ludziom, symbolizowanym przez – jak najbardziej dziś już tandem – Mądel-Giza.
A więc zapamiętajmy sobie raz na zawsze, ile razy będziemy świadkiem rozmowy o granicach wypowiedzi i o świętym prawie do wyrażania poglądów, miejmy w pamięci choćby ten dzisiejszy wybryk ojca Krzysztof Mądla SJ. Choćby tylko po to, byśmy wiedzieli, że to jest dokładnie ten sam manewr, jaki ledwo co omawialiśmy w odniesieniu do polityki energetycznej wielkich mocarstw. To jest dokładnie taka sama gadka, jak w przypadku debatowania na temat korzyści płynących z tak zwanej zielonej energii na wolnym, zielonym pastwisku, zwanym rynkiem. To jest dokładnie ta sama gadka i dokładnie te same, stojące za nią cele. A dokładnie jeden – najpierw pozbawić nas wszystkiego, a następnie do ciągnącego przez nas wózka przyczepić trotyl i nas wysłać w pieprzony kosmos.

Jesteśmy na absolutnej krawędzi. Jeśli coś nie drgnie, mamy już tylko pikowanie. Bardzo proszę o nas pamiętać, i w miarę możliwości finansowo wspierać ten blog. Dziękuję.

czwartek, 21 marca 2013

Na moment przed...

Echo wyboru nowego papieża nie cichnie. Upłynęło już tyle dni, każdy z nich – jak wszystkie niemal ostatnie dni – przynosił nam nowe, autentycznie absorbujące wieści, a my wciąż mamy w głowie tego Franciszka. Niedawno zamieściłem na blogu w Salonie24 przepiękną filmową refleksję zatytułowaną „Papież w ruchu”. Dziś słów znów nie będzie, natomiast bardzo proszę obejrzeć sobie coś, co mi przyniosły moje dzieci. Osobiście jestem porażony. Jak idzie o resztę, proszę się nie gniewać, ale bez zmian.

środa, 20 marca 2013

Przyszedł pan z rybą i prosi o segregowanie śmieci

Zacznijmy od cytatu:

„The shift to a green economy is the biggest economic opportunity facing the United States since the military build-up to World War 2” - Bill Clinton

Jak idzie o problem tak zwanej mafii, cała moja wiedza opiera się na tym, co przeczytałem, a wcześniej też obejrzałem w filmie pod tytułem „Ojciec Chrzestny”. To oczywiście, a uważam, że jest to wiedza niewielka, choć wystarczająca, jak idzie o mafię w rozumieniu tradycyjnym.
Co do mafii w sensie już bardziej współczesnym, jeśli przyjąć, że Katastrofa w Smoleńsku nie ma tu nic do rzeczy, moja wiedza jest praktycznie żadna. Tyle może, że właśnie uzyskałem jakąś tam wiedzę o tym, że o ile kiedyś, w czasach wspomnianego ojca chrzestnego, oni prowadzili swoje biznesy w branży narkotykowej, pornograficznej, czy ewentualnie związkowej, to dziś ich głównym polem zainteresowania jest coś, co się nazywa energetyką, a ściślej energetyką w kolorze zielonym, i to już nie w wymiarze wyznaczanym przez pana inkasenta z zeszytem, latarką i ołówkiem, ale przez państwa, wielkie korporacje i związane z nimi organizacje pozarządowe o globalnym charakterze.
Dziś, jeśli ktoś postanawia robić interesy na kręceniu filmów erotycznych, czy handlu narkotykami, jest najczęściej pozostawiony samemu sobie, a jeśli mu coś grozi, to najwyżej ze strony lokalnej konkurencji. Prawdziwe biznesy są prowadzone na szczeblach znacznie, znacznie wyższych, i jeśli one kiedykolwiek schodzą na poziom tak zwanego „towaru”, to osobiście jestem przekonany, że korzystają z własnych kanałów przesyłowych. A i to z zastrzeżeniem, że ludzi zajętych robieniem prawdziwych pieniędzy, coś takiego jak „dupy” czy „stuff” w ogóle interesują, w co wątpię.
Świadczyć o tym by zresztą mógł przypadek tego Francuza, szefa MFW, który za swój brak opanowania musiał niedawno wypłacić pewnej nowojorskiej pokojówce grube miliony. Przecież nie oszukujmy się. Stanowisko przewodniczącego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, to nie jest coś, co wymaga szukania pocieszenia w spracowanych dłoniach hotelowej pokojówki. Przecież ktoś taki jak ten – jak mu było? Strauss? Struss? – w wolnych chwilach naprawdę mógł mieć wszystko, co akurat zechciał. Ale widocznie w tym towarzystwie zajmowanie się czymś tak przyziemnym jak przypadkowy seks, zwyczajnie nie uchodzi.
A więc mówimy o branży naprawdę poważnej. Coś właśnie w kształcie reprezentowanym przez starego Corleone, tyle że, jak mówię, na skalę globalną. Wspomniane dupy i dragi są już prawdopodobnie tylko dla nas, żebyśmy siedzieli cicho i się nie wtrącali.
Kiedy prowadzi się takiego bloga jak ten, a w dodatku jeszcze w jakiś tam, ograniczony dość, sposób prowadzi życie towarzyskie, jest się narażonym na dość częsty kontakt z osobami, które, jeśli nie wiedzą co powiedzieć, to mówią: „Jestem za wolnym rynkiem”. A jeśli nie wiedzą, jakiego argumentu użyć na uwagę, że „wolny rynek” to fikcja wymyślona przez tych, co w pewnym momencie, dochodząc do słusznego wniosku, że żaden socjalizm nie jest w stanie tyle nagrabić co porządny kapitalizm, przekwalifikowali się i zaczęli robić poważne biznesy, a nie jakąś tanią dilerkę, wyzywają człowieka od socjalistów.
Wymyślona po co? No oczywiście po to, by nikt im już nigdy nie zarzucił, że, grając znaczonymi kartami, coś kombinują.
Nie zmienia to jednak niestety w niczym faktu, że wciąż mamy całą kupę naiwnych piewców tak zwanej „gospodarki rynkowej”, którzy, nawet jeśli ich przyprowadzić za ucho, posadzić ich przy tym stoliku, gdzie ten szwindel odchodzi na całego, i w dodatku podsunąć im pod nos te karty i pokazać, jak one są fatalnie poznaczone, wciąż będą powtarzać: „Tylko rynek, tylko rynek, tylko rynek…”
Niedawno miałem okazję zobaczyć – żadna tajemnica; to wszystko jest do znalezienia w Sieci – list wysłany do przewodniczącego Baroso przez grupę 13 wielkich korporacji w sprawie takiej mianowicie, by Unia Europejska podjęła kroki na rzecz zwiększenia ceny wydawanych przez nią uprawnień na emisję CO2. Oczywiście nie bezpośrednio. W końcu mamy, jak już wspomnieliśmy, wolny rynek. Cen nikt nie rusza. Chodzi wyłącznie o to, by zmniejszyć o półtora miliarda liczbę tak zwanych „darmowych” pozwoleń. I oto w tym liście miłośnicy „zielonej energii” bardzo stanowczo podkreślają, że działania, które mają prowadzić do podwyżki cen mają być bezwarunkowo „oparte na zasadach rynkowych”. Ależ jakże by inaczej! Czy ktoś może nas nazwał socjalistami?
Ktoś powie, że to nie jest kapitalizm, ale właśnie wspomniani europejscy socjaliści. Że Unia Europejska to banda złodziei i karierowiczów, takich jak wspomniany Baroso, czy nasz Buzek. I że ja nie powinienem oskarżać kapitalizmu i wolnego rynku, pokazując palcem na Unię. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja na Unię owszem pokazuję, ale wyłącznie ze strachu. Bo wiem, że jak mi się ten palec omsknie, i zacznie pokazywać na tych, którzy sobie tę Unię założyli, by stanowiła bardzo ważny element ich biznesowej działalności, to równie dobrze mogę ten blog przestać prowadzić już dziś. Za moment. Właściwie w tej chwili. Aż, powiem szczerze, zdrętwiałem.

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was i tak już robi co może. Niemniej jednak, ja nie mam wyjścia, jak wciąż prosić o wspieranie tego bloga. W miarę możliwości. Bardzo proszę. Numer konta obok. Dziękuję.

wtorek, 19 marca 2013

Bida z nędzą

Przepraszam wszystkich bardzo, ale ta nędza mnie tak dobiła, że nie jestem w stanie wymyślić choćby jednego słowa. Siedzę od rana, gapie się w ten ekran... i ogarnia mnie czysta rozpacz. Może jutro. Mam nadzieję, że przez wzgląd na nasze dotychczasowe doświadczenia, zostanie mi to wybaczone.
Może więc przynajmniej posłuchajmy sobie piosenki. Choćby po to, by znaleźć odpowiednie proporcje, ile razy ktoś nam znów każe słuchać tego rodrigeza, czy jak mu tam...

niedziela, 17 marca 2013

Na Old Trafford wyrosły buraki

Wydaje się, że sprawa niesławnej ucieczki Tomasz Lisa ze stadionu w Manchesterze już nieco przebrzmiała, a ja sobie myślę, że, skoro najwyraźniej najistotniejszy moim zdaniem aspekt tej sprawy został skutecznie zlekceważony, nie zaszkodzi go tu wskazać. A chodzi nie o tchórzostwo, nie głupotę, nie zwykłe ludzkie zepsucie, ale pospolite chamstwo.
Dla porządku, krótko przypomnę, o co chodzi. Otóż na stadionie Old Trafford doszło do bardzo ważnego i prestiżowego pojedynku między drużynami Manchesteru United i Realu Madryt. Ponieważ go stać, Tomasz Lis kupił sobie na to spotkanie podwójny bilet i polazł na ten mecz ze swoją córką. W pewnym momencie Real strzelił Manchesterowi bramkę i wówczas Lis razem ze swoim dzieckiem wyskoczyli w powietrze i rzucili się sobie w ramiona. Ponieważ jednak skakali w sektorze Brytyjczyków, a sytuacja już była bardzo napięta, ze względu na ich bezpieczeństwo, oboje trzeba było ze stadionu ewakuować.
Główny ton komentarzy odnośnie tego szczególnego wypadku był taki, że Lisa należy zakwalifikować do konkursu pod nazwą „Nagroda Darwina”, gdzie przyznaje się wyróżnienia za najbardziej porażającą głupotę. Otóż gdzieś jakiś obywatel założy się ze swoimi kolegami, że wskoczy na łeb do skutej lodem rzeki, zrobi to i w następstwie owej próby umrze, i za to pośmiertnie zostaje nagrodzony wspomnianą nagrodą. W ten właśnie sposób, dla światowej głupoty zasłużył się Tomasz Lis, wchodząc w tłum wściekłych angielskich kibiców i pokazując im, jak to on ma ich wściekłość w pogardzie. Więcej – jak ta ich wściekłość go tak naprawdę bawi.
Otóż, moim zdaniem, Tomasz Lis owszem, udowodnił, że z rozumem on jest mocno na bakier, natomiast to, co mnie naprawdę tu zachwyciło, to owo chamstwo. Już tłumaczę. Otóż z mojego punktu widzenia, Lis, gdyby był człowiekiem głupim, ale za to dobrze ułożonym, wiedziałby, że w domu powieszonego nie należy opowiadać dowcipów o sznurze. Gdyby on był głupi, ale miał coś, co nazywamy wewnętrzną elegancją, wiedziałby, że szacunek dla cudzych uczuć jest sprawą podstawową. Gdyby on wreszcie był człowiekiem głupim, ale za to zwyczajnie grzecznym, w momencie, gdy Hiszpanie strzelili bramkę, on by stłumił tę radość, a może nawet w geście pocieszenia poklepałby któregoś z angielskich kibiców po ramieniu.
On tymczasem zachował się nie tylko jak kretyn, ale jak nieokrzesany burak, który o czymś takim jak wyczucie sytuacji w życiu nie słyszał.
Myślę o tym Lisie, i nagle wiem, skąd u nich owo posmoleńskie chamstwo? Czemu oni nie potrafią uszanować ludzkich łez? Skąd u nich to szyderstwo? Już wszystko to wiem, i teraz tylko żałuję, że Lis tego wybuchu radości nie zostawił na ostatni gwizdek sędziego. Ona by wtedy była dużo większa i bardziej irytująca. Lis by miał radość z tego, że jego ukochana drużyna wygrała, a my z kolei satysfakcję, że sprawiedliwości stało się zadość.

Powyższy tekst ukazał się w najnowszym wydaniu "Warszawskiej Gazety", i nie będę ukrywał, że redaktor Bachurski przy najbliższej okazji mi za niego zapłaci. Mimo to, moja prośba o finansowe wspieranie tego bloga jest aktualna, a zatem, jeśli kogoś te refleksje poruszyły i zainspirowały do kolejnych, może jeszcze ciekawszych, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 16 marca 2013

O Bogu, Diable i o nas, co upadamy

Podczas mojego ostatniego spotkania, nasz wspólny przyjaciel LEMMING powiedział mi, że on bardzo dobrze widzi różnicę między tekstami, które się ukazują tu, a tymi, które zamieszczam na blogu w Salonie24. I że on uważa, że ja to robię celowo. On to powiedział, a ja się z nim zgodziłem. Tak to bowiem jest. W Salonie ja mogę zamieścić wszystko. Natomiast tu ja daję teksty tylko takie, które w Salonie by nie zostały potraktowane z odpowiednią uwagą. A więc, jest tak, że ten blog jest jak gdyby przeznaczony dla tych czytelników, którzy mnie dobrze znają i nie ma większego ryzyka, że do nich mój przekaz nie dotrze. Dziś jednak stało się tak, że ja musiałem napisać coś, co w zdecydowany sposób dotyczy kwestii "salonowych", a drugiej strony budzi poważne wątpliwości, czy zostanie tam odpowiednio odczytane. A więc, mam na myśli tekst, który moim zdaniem zdecydowanie nadaje się do publikacji tu, a tam akurat już nie bardzo. No ale, jak mówię, sprawy, które omawia należą w znacznym stopniu do tamtego miejsca i tam powinny być adresowane.
Ponieważ jednak nie mam sumienia, by go tam tylko zostawić, zamieszczam go też tutaj, na toyah.pl. Mam nadzieję, że znajdzie się wystarczająco dużo osób, które to zrozumieją. Bardzo proszę.

Nie tak bardzo dawno temu, w jednej z zamieszczonych tu notek wspomniałem o pewnym człowieku, którego z pewną regularnością spotykam w kościele podczas niedzielnych Mszy Świętych. Jest to może 40-letni, może młodszy, mężczyzna, niezmiennie ubrany w garnitur, z nieodłącznym parasolem, którego używa jak laski, zawsze siedzący w pierwszym lub najwyżej w drugim rzędzie, niezwykle poważny i bardzo pobożny.
Po raz pierwszy zwróciłem na niego uwagę wiele lat temu podczas Mszy Wielkanocnej w katowickiej katedrze, kiedy to z tą niesłychaną pobożnością i powagą obskubywał trzymaną w ręku świeczkę… i ją jadł. A kiedy ją tak jadł, można było odnieść wrażenie, że on to traktuje jako fragment obrzędu. I to wtedy też właśnie, po raz pierwszy, pomyślałem sobie, że z nim jest coś nie w porządku. Że on jest zdecydowanie inny. I też już później, ile razy zdarzało mi się na niego trafiać, jego zachowanie, i to wcale niekoniecznie związane z jedzeniem świeczek, coraz bardziej umacniało mnie w przekonaniu, że to jest człowiek zwyczajnie chory. I powiem szczerze, że chyba nie tylko mnie. Wnioskując z reakcji osób siedzących w pobliżu, jego towarzystwo budziło w nich co najmniej popłoch.
Z drugiej strony, ja go też niekiedy spotykałem na ulicy, zawsze w tym garniturze i parasolem, czasem też w czarnym eleganckim płaszczu, czasem też w kapeluszu, jak spieszył gdzieś przed siebie, jakby szedł do pracy, czy wracał do domu z pracy, a parę razy widziałem go, jak z kimś rozmawia. Zwyczajnie. Bez żadnych ekscesów w rodzaju podjadania z ukrytej głęboko w kieszeni świeczki.
I proszę sobie wyobrazić, że moja koleżanka zza miedzy, Ginewra, w komentarzu pod tamtą notką, napisała, że z mojego opisu ona sądzi, że to jest jej kolega z uczelni, człowiek, który na uniwersytecie, na którym ona prowadzi zajęcia, wykłada literaturę staropolską. Ups!
Po co ja o tym dziś przypominam? Otóż, jak wiemy, w swojej homilii na zakończenie Konklawe, Ojciec Święty Franciszek powiedział następujące słowa: „Kto się nie modli do Boga, ten się modli do Diabła”, a ja sobie pomyślałem, że one oczywiście brzmią bardzo atrakcyjnie, do tego stopnia atrakcyjnie, że można by było je sobie powiesić w każdym domu w formie memento, jednak jeśli się nad znaczeniem owych słów nie zastanowimy głębiej i bardziej poważnie, one równie dobrze mogłyby nie paść.
No bo zastanówmy się, o co Papieżowi chodziło. Co on chciał nam powiedzieć? Że każdy, kto się nie modli, w rzeczywistości się modli jak najbardziej, tyle że do Szatana? Możliwe. A może jemu chodziło o to, że to ten tylko, kto się modli do drzew czy powietrza, w rzeczy samej modli się do Złego? Kto wie? Może wreszcie on nam chciał powiedzieć, że każdy z nas, kto nie żyje w Bogu, żyje w kłamstwie, i w ten sposób naraża się na śmierć. Diabli, nomen omen, wiedzą, co Papież miał na myśli.
Czy ja może teraz spróbuję w powyższym kontekście umieścić tego nieszczęśnika z tą jego świeczką, z tymi wszystkimi ludźmi, którzy kiedy przychodzi czas na przekazanie sobie znaku pokoju, udają, że go nie widzą? Czy ja może będę go próbował zachęcić do prawdziwej modlitwy? Mowy nie ma! Nawet mi to w głowie. Ja jestem zarozumiały, ale nie aż tak. Nawet ja nie jestem aż tak zarozumiały. Ja tylko chcę zwrócić uwagę na fakt, że dotyk Złego, a więc Tegoktórynieomijażadnejokazji jest rozdawany jak najbardziej demokratycznie, i nie uciekną przed nią ani najwięksi głupcy, ani najwięksi mądrale. Nawet ci z uniwersyteckimi tytułami w szufladach. A o człowieku ze świeczką i parasolem już ani słowa.
Jak wiemy, tu w Salonie udziela się bloger o nicku Pantryjota. On wprawdzie dziś już przeżywa swój prawdopodobnie ostateczny zmierzch, niemniej, ponieważ wciąż jakoś tam się rzuca w oczy, można niekiedy też zauważyć, że coś tam napisał. Otóż on kilka dni temu wkleił swój kolejny tekst, poświęcony chyba Kaczyńskiemu, a może Kościołowi – nie wiem – i prawdopodobnie bardzo niezadowolony z tego, że wśród komentatorów są wciąż ci sami, co zawsze wariaci, a więc blogerzy McQuriosum i Sowiniec, postanowił sam siebie skomentować i wpuścił tam dość długi tekst, o którym nie wiem, czy był jego autorstwa, czy on go znalazł gdzieś w czeluściach Sieci, i który w ogóle nijak się miał do głównej notki, a mianowicie, w założeniu jego twórcy, bardzo zabawny opis zmarłego w Smoleńsku Przemysława Gosiewskiego, jak stoi przed pisuarem w jakiejś toalecie i próbuje zrobić siusiu. To jest opis bardzo szczegółowy, bardzo wulgarny, a jego główną intencją jest rozbawienie czytelnika opisem owej męki, jakiej doświadcza ktoś tak nieforemny jak śp. Przemysław Gosiewski, kiedy wszystko jest dla niego fizycznie zwyczajnie za trudne. Ręce nie sięgają rozporka, pisuar jest za wysoko, penis jest zbyt krótki, kręgosłup się łamie z wysiłku, publiczność pęka ze śmiechu…
Ja już czytałem wcześniej teksty blogera Salonu24 Pantryjoty, i wiem, że jego stać na wiele. Na przykład, pamiętam jak on kiedyś opowiedział dowcip, jak twierdzi, wymyślony przez siebie, o tym jak to lekarze badający ludzi, którzy zginęli w Smoleńsku, stwierdzili, że przyczyną śmierci Anny Walentynowicz była „miażdżyca”. Daje słowo, że ja to znalazłem nie w kiblu na stacji Ochota w Warszawie, ale w tekście Pantyjoty na jego blogu w Salonie24.
Ponieważ ów auto-komentarz Pantryjoty tam sobie bezpiecznie wisiał i nic nie wskazywało na to, by komukolwiek przeszkadzał, a nawet wręcz przeciwnie, uruchomił dyskusje na temat pisuarów, zgłosiłem do Administracji nadużycie. Minęło kilka godzin, efektu nie było widać, a więc napisałem osobną informacje do Administracji, prosząc tych dziwnych ludzi, aby skoro parę dni wcześniej zwinęli mój komentarz zawierający słowo „skurwysyny”, w dodatku nie skierowane pod niczyim adresem, ale jako cytat, mogliby się wstawić za tym biednym Gosiewskim. Po pewnym czasie komentarz zniknął, ponieważ jednak nie otrzymałem żadnej informacji w tej kwestii, nie wiem, czy skutkiem interwencji, czy zupełnie niezależnie od moich pretensji, a Pantryjota umieścił kolejną notkę.
Ktoś powie, że to chyba dobrze, że tego komentarza tam nie ma. Że ja powinienem być zadowolony. Że prawda zwyciężyła. Diabeł przegrał. Otóż nie. Diabeł nie przegrał. Rzecz w tym, że on jeszcze nie przegrał. On by dalej tryumfował, nawet gdyby Administracja Salonu zrobiła jedyną rzecz, jaką w tej sytuacji powinna była zrobić, a mianowicie blogera Pantryjotę potraktowała jak wielu innych przed nim, a więc ten jego blog ukryła permanentnie. Nawet wtedy on by tryumfował. Od czasu jak ten tekst w ogóle powstał, a następnie się tam ukazał, Diabeł się ma bardzo dobrze. Dlaczego tak sądzę? Dlatego że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że bloger Pantryjota nie jest sam, i że jemu wokół siebie udało się już dziś zgromadzić pewne towarzystwo, któremu on zwyczajnie imponuje, i które nawet jeśli uważa, że z tym Gosiewskim, to on jednak przesadził, nie zmienia to faktu, że z niego jest kawał kompana. W dodatku kompana o niepodważalnych talentach.
Wśród nich mamy na przykład wspomnianego wcześniej Sowińca. Wszyscy wiemy, kim jest Sowiniec. To krakowski działacz patriotyczny i niepodległościowy, doktor na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Jagielońskiego, człowiek mocno rozpoznawany w krakowskich elitach prawicowych i nie tylko. Co on robi na blogu kogoś takiego jak Pantryjota? Otóż on tam, jak się zdaje, przyszedł wyłącznie zwabiony zapachem śliny, jaka tam zalegała skierowanej pod moim i Coryllusa adresem. Ponieważ swego czasu Pantryjota nie znał innych tematów, jak tylko te związane z moją i Gabriela osobą, Sowiniec, który nas bardzo nie lubi, uznał, że tam znajdzie dla siebie odpowiednio sympatyczną atmosferę. Ja przyznam, że dość starannie obserwowałem ewolucję, jaką obecność Sowińca na blogu Pantryjoty przeszła. Na początku Pantryjota traktował ją, jako jednoznaczne wyróżnienie. Sowiniec tam przychodził, pisał „Bingo”, albo „Nie warto o nich wspominać, to grafomani”, a Pantryjota go pozdrawiał, a do innych się odwracał i mówił: „Widzicie? Sam Sowiniec mnie czyta”. Po pewnym czasie jednak, zacząłem zauważać, że Sowiniec, wciąż bardzo się starający, by nie podejmować z Pantryjotą żadnej dyskusji na tematy, w których oni się różnią, zaczął był przez Pantryjotę traktowany z pewną najpierw nonszalacją, potem z rozbawieniem, a następnie już tylko wzgardą. I o ile na samym początku, to raczej Sowiniec występował w roli nauczyciela, tłumacząc Pantryjocie, że Internet to tylko zabawa, i że nie powinien się przejmować czymś tak marnym jak ja i Coryllus, z czasem tę rolę wziął na siebie Pantryjota, i siłą rzeczy kompletnie uległego i zafiksowanego w swoich obsesjach, a więc i bezbronnego, Sowińca, zaczął albo pouczać, albo wyśmiewać.
I oto, pod ostatnim tekstem Pantryjoty doszło do zdarzenia szczególnego. On napisał ów tekst – jak zwykle kompletnie niepotrzebny, oparty wyłącznie na jego chorych projekcjach, o tym, że rzekomo Jarosław Kaczyński zaprosił papieża Franciszka na obchody 3 rocznicy Katastrofy – a Sowiniec, chcąc koniecznie zaznaczyć swoją wierną obecność, ale z kolei nie wchodząc w żaden merytoryczny spór, zwrócił uwagę Pantryjocie na rzekomy błąd ortograficzny, jaki on zrobił. Pantryjota zareagował natychmiast, zwrócił się do Sowińca per: „Zapamiętaj sobie raz na zawsze!” i przedstawił mu dowód na to, że Sowiniec nie dość, że się nie zna na ortografi, to się bez sensu wtrąca. Co na to Sowiniec? Długo myślał, myślał, myślał, a następnie przyszedł, przeprosił Pantryjotę i obiecał, że w przyszłości będzie bardziej rozważny i roztropny. Ups!
Obawiam się, że już w tej chwili część moich czytelników zadaje pytanie, po jasną cholerę ja się zajmuję Sowińcem i Pantryjotą. Otóż ja muszę wszystkich ich wyprowadzić z błędu. Ja się Sowińcem i Pantryjotą zajmuje tylko pozornie. Tak naprawdę, ja się zastanawiam wciąż, co miał na myśli Ojciec Święty, kiedy mówił, że kto się nie modli do Boga, modli się do Diabła. Zastanawiam się nad tymi słowami, rozglądam się wokół siebie, no i wpadł mi w oko ten Sowiniec. I myślę, że Papieżowi musiało chodzić o coś właśnie tego typu. On musiał mieć na myśli sytuację, kiedy człowiek – inteligentny, porządny, pobożny, patriotyczny, miły dla innych ludzi – zaczyna wchodzić w złe towarzystwo, nawet nie dlatego, że to towarzystwo mu jakoś imponuje, ale trochę z próżności, a trochę z nieco dziwacznie pojmowanego interesu, i nagle się okazuje, że ani się nie obejrzał, a tu stał się wyłącznie pionkiem w czyjejś grze, a w dodatku pionkiem, który można z pogardą, czy wściekłością, w każdej chwili wyrzucić, i zastąpić innym. I że ta gra została tak poprowadzona, że ów dobry, acz próżny i głupi człowiek tak naprawdę już nie ma żadnego pola manewru. Zacznie się stawiać, zostanie wyrzucony na pysk; zacznie przepraszać i prosić o zrozumienie, zostanie wyszydzony; odwróci się na pięcie i pójdzie do domu, inni pomyślą, że okazał się słaby.
Nie lubię Sowińca i mam do tego tyle powodów, że miejsca nie starczy, by je tu wyłuszczać. Wciąż jednak, jeśli mam wybierać między nim, a takim Pantryjotą, a więc człowiekiem, który na swoim blogu zamieścił tekst wyszydzający w sposób absolutnie bezprecedensowy – i mówię to bez retorycznej przesady – i bezczeszczący pamięć człowieka zmarłego w strasznej, w niczym przez niego niezawinionej, katastrofie, i zrobił to krztusząc się ze śmiechu, wybieram Sowińca – krakowskiego patriotę.
I jest mi cholera bardzo niewygodnie, kiedy widzę, że Diabeł tryumfuje. A tryumfuje nie dlatego, że jest taki przebiegły i inteligentny, ale wyłącznie przez to, że myśmy przestali się modlić do Boga, a Tenktórynieomijażadnejokazji jest bardzo uważny. Jak to mówią niektórzy wykształceni ludzi – zfokusowany.
Ponieważ mój poprzedni tekst wywołał bardzo żywe zainteresowanie, a więc tym samym mam prawo przypuszczać, że wszyscy jakoś tam martwimy się tym, co się stało z pewnym jezuitą i proboszczem z Nowego Sącza, chciałbym w geście chrześcijańskiego pojednania zwrócić się do niego z apelem. Proszę Ojca, niech Ojciec uważa na to, by się nie potknąć i nie upaść. Może Ojciec zacząć od czegoś bardzo prostego i oczywistego. Od wzruszenia się losem słabych, bitych i prześladowanych. By nie daleko szukać, weźmy choćby takiego śp. Przemysława Gosiewskiego.

czwartek, 14 marca 2013

Za co lubię Leszka Millera

Zakończone wczoraj konklawe, oraz wskazanie przez kardynałów argentyńskiego jezuity, jako głowy naszego Kościoła, niejako automatycznie zmusiło mnie do ponownego uczestnictwa w przekazywanym codziennie na żywo festiwalu zidiocenia, którego obsługą w ostatnich latach zajmuje się telewizja i w ogóle media. Jak więc wszyscy z nas, czekaliśmy już od paru już dni, aż poznamy imię nowego papieża, a kiedy wczoraj w pewnym momencie na owym watykańskim kominie usiadła biała mewa i przez chyba z godzinę nie chciała odlecieć, wszyscy odczytaliśmy to jako dobry znak, że to się stanie właśnie dziś, za chwilę, i już naprawdę nie było sposobu, by ten telewizor wyłączyć, i przestać choć na chwilę słuchać tych głosów.
Nie wiem, czy to dlatego, że dawno telewizji w takim natężeniu nie oglądałem, czy może przez to, że owo bałwaństwo w zderzeniu z uroczystością i powagą chwili stało się jeszcze bardziej dojmujące niż zwykle, czy wreszcie skutkiem tego, że ostatnio w ogóle gorzej znoszę wszelki, fizyczny i intelektualny, chaos, ale muszę powiedzieć, że w pewnym już momencie, z tego zdenerwowania, nie byłem w stanie się skupić na tym, czego ten dzień tak naprawdę dotyczył, rozglądałem się za czymś, czym można by było rzucić w któryś z tych łbów.
Są jednak w tym całym nieszczęściu rzeczy, które pozwalają zachować dobry nastrój. Pierwsza z nich, to oczywiście sama osoba nowego papieża i popłoch, jaki w sposób ewidentny ten akurat wybór wywołał w szeregach tych, którzy to zło definiują. Ja naprawdę nie pamiętam, kiedy to miałem więcej tej zimnej, grzesznej satysfakcji, niż wczoraj właśnie, kiedy oni się powoli zsuwali z tej swojej nicnieznaczącej paplaniny o tym, jaki to równy facet z tego nowego papieża, jaki to liberał, jak to on jeździ metrem do roboty, i jak to on teraz oczyści Kościół z tego bagna, to fantastycznie wręcz symbolizującego ową panikę wystąpienie polskiego ambasadora w Argentynie, który poproszony o komentarz i może jakąś relacje z tego, co się dzieje na ulicach Buenos Aires, zaczął coś nieporadnie bąkać o tym, że on akurat nie może wiele powiedzieć, bo jeszcze akurat nie miał okazji wyjrzeć przez okno, samego papieża zna o tyle o ile, i może tylko powiedzieć, że to czarny konserwatysta, no i by do niego może zadzwonić jutro, to on do tego czasu się zorientuje.
Jednak dziś właśnie dotarła do mnie pewna informacja, która może na pierwszy rzut oka wcale nie może być bardzo pocieszająca, a kto wie, czy wręcz przeciwnie, nie powinna być przez nas odbierana jako coś wręcz bolesnego, a mimo to, mój niemal wrodzony minimalizm, jak idzie o oczekiwania, jakie ja mam w stosunku do świata, każe mi czuć pewną nadzieję. Otóż proszę sobie wyobrazić, że nie u nas w TVN24, nie u nas w TVP Info, ani nawet nie u nas w Polsacie, ale w dalekiej Wielkiej Brytanii, to słynne ich BBC akurat transmitowało pierwsze wystąpienie papieża Franciszka, kiedy nagle papież zaczął się modlić, najpierw słowami „Ojcze Nasz”, a następnie „Zdrowaś Maryjo”, a zatrudniony przez nich tłumacz kompletnie zgłupiał, i zaczął jedną i drugą modlitwę przekładać literalnie, na tyle dokładnie, na ile pozwalała mu znajomość języka włoskiego. W rezultacie, otrzymaliśmy coś w rodzaju: „Ojcze nas, który jesteś w niebie… eee… niech będzie święte Twoje imię… eee… niech Twoje królestwo przyjdzie… niech będzie tak jak sobie życzysz” i tak do końca, w tym samym stylu charakterystycznym dla kogoś, kto tę modlitwę słyszy pierwszy raz w życiu.
Ktoś powie, że skoro nasz świat doszedł do tego punktu, w tym nie ma nic pocieszającego, lecz wręcz przeciwnie, powinniśmy bić na alarm. I, owszem, ja się zgadzam, że sytuacja, w której się nagle okazuje, że w samym środku cywilizowanego świata, słowa „Ojcze Nasz” są tak samo mniej więcej rozpoznawane, jak tekst pierwszego lepszego popowego hitu, a więc na takiej zasadzie, że kto lubi, ten zna, nie jest zbyt interesująca. Natomiast uważam, że już znacznie ciekawsza jest reakcja, jaką ten wczorajszy przypadek wywołał w Wielkiej Brytanii. Z tego, co czytam w Internecie, wynika, że z tego co narobili, BBC musi się dziś tłumaczyć znacznie gęściej, niż z kolejnej próby zrzucenia odpowiedzialności za Holocaust na Polaków. I to nie przed jakimś Watykanem, czy obcą ambasada, ale znacznie gorzej – przed własną publicznością. W dodatku jeszcze w reakcji na tę cholerę, jaka ogarnęła wielu Brytyjczyków, taki Daily Mail na przykład poczuł się w obowiązku przytoczyć w całości i w wersji podstawowej słowa „Ojcze Nasz”. A to jest, uważam, znak dobry.
Ale jest jeszcze coś, co mnie wprawia w lepszy nastrój. Cokolwiek by nie powiedzieć o tych kretynach z TVN-u czy TVP Info, jednego możemy być pewni – póki co, u nas coś takiego by się nie zdarzyło. U nas, nawet gdyby w roli tego tłumacza wystąpił sam prezydent Komorowski, ze swoimi powszechnie znanymi możliwościami, on by słowa tej modlitwy wyrecytował od początku do końca tak by nawet jego osobisty kumpel kardynał Nycz nie miał się do czego przyczepić. Co ja mówię, Komorowski? Nawet Leszek Miller by sobie poradził.
Minimalizm? Zgoda. Niech będzie minimalizm. Sam przecież już się do tego przyznałem. Muszę jednak powiedzieć, że z mojego punktu widzenia, jest już tak do dupy, że można się cieszyć nawet tym, że w czerwcu w Krakowie zagra Portishead, a co tu dopiero mówić o takich przyjemnościach jak świadomość, że nawet Millera, nawet Komorowskiego stać na wiele, ale jednemu rady nie dadzą – potędze Sakramentu.

Proszę się na mnie nie gniewać, ale, jak większość z nas wie, ja, mimo że staram się jak mogę, wciąż bez Waszej pomocy nie daję rady. Bardzo więc proszę o wsparcie dla tego bloga, który jeszcze przez jakiś czas będzie musiał stanowić główne źródło mojego utrzymania. Dziękuję. A na koniec BBC. Kto da radę, niech się wsłucha.

środa, 13 marca 2013

Tym razem gadam. No i wyglądam.

Jak już tu i zapowiadałem, a później parę jeszcze razy wspominałem, w miniony piątek, wspólnie z moimi kolegami Coryllusem i Kamiszkiem, na zaproszenie Józefa Orła, wystąpiliśmy w nagrywanej dla internetowej telewizji "Gazety Polskiej", gdzie przeprowadziliśmy krótką rozmowę pod tytułem "Doktryna - państwo - zdrada". Była to już trzecia z cyklu debat pod wspólną nazwą "Blogerzy na wizji", w której brali udział moi fantastyczni koledzy, no i druga, w której miałem przyjemność uczestniczyć również ja. Ponieważ dziś świętujemy wybór nowego papieża, i nie bardzo jest jak pisać o sprawach innych, a i tak - z mi akurat względów wiadomych - pierwsze słowo w tej sprawie z całą pewnością będzie miał Gabriel, pomyślałem sobie, ze może jest dobry moment, żeby poinformować, że pierwsza część piątkowej rozmowy jest już do obejrzenia na stronie vod.gazetapolska.pl. Kiedy druga, nie wiem, ale mam nadzieję, że może nawet i już jutro. Póki co, zachęcam do obejrzenia i wysłuchania tego, cośmy tam sobie opowiadali. To jest zaledwie 15 minut, więc myślę, że nie będzie trudne znaleźć czas. też Jestem pewien, że nie sprawiliśmy zawodu, a już na pewno nie jakiegoś bardzo poważnego.

http://vod.gazetapolska.pl/3560-blogerzy-na-wizji-doktryna-panstwo-zdrada-cz-12

No i już jest też druga:

http://vod.gazetapolska.pl/3599-blogerzy-na-wizji-doktryna-panstwo-zdrada-cz-22


Również przypominam, że wciąż jest dostępna w całości pierwsza audycja z naszym wspólnym udziałem - o Szatanie. Mocna rzecz i część druga
Oczywiście, tradycyjnie już proszę o wsparcie tego bloga. Mam nadzieję, że wciąż jakimś cudem sobie na nie zasługuję. Dziękuję.

wtorek, 12 marca 2013

O dziewczynach na nocnym niebie

Mój kolega Coryllus napisał dziś niezwykle ważny tekst, dotyczący rzeczy zupełnie podstawowych, choć, nie zaszkodzi przy tym dodać, że chodzi o sprawy wcale nie tak nowe, w dodatku takie, o których ja sam pisałem już parokrotnie, a mam tu na myśli kwestię kulturowego, czy więc już cywilizacyjnego upadku, z jakim mamy do czynienia odnośnie mężczyzn. Jak mówię, sam o tym już pisałem, i tu i również w jednym z rozdziałów swojej nowej książki, ale ponieważ o tym nigdy za dużo, spróbuję skorzystać z okazji i ponownie zabrać tu głos. Choćby po to, by nie dać o sprawie zapomnieć.
Pamiętam jak swego czasu pewna moja znajoma, pracująca wówczas, jako chyba socjolog, opowiadała mi, jak to udała się do jakiejś szkoły rozmawiać z młodzieżą na temat planów, jakie oni sobie snują, co do swojej przyszłości. To, co ją uderzyło, to fakt, że o ile wszystkie praktycznie dziewczyny opowiadały, jak to one chcą zostać fryzjerkami, spikerkami w telewizji, asystentkami u jakiegoś dyrektora, aktorkami, modelkami – do wyboru do koloru – jak idzie o chłopców, ci jedynie tępo gapili się w sufit i wzruszali ramionami.
Pamiętam, jak to tamta relacja zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, nawet nie z powodu samego obrazu, który przedstawiała, ale przez ów niezwykle inspirujący do przemyśleń cywilizacyjny aspekt problemu, że od tego czasu zacząłem znacznie bardziej zwracać uwagę na kręcącą się wokół mnie młodzież. A więc i na to jak się zachowują, jak się noszą i wreszcie, co i jak mówią. No i to mnie doprowadziło do wniosków tak plastycznie opisanych przez Coryllusa w dzisiejszym tekście. Że mianowicie przez oczywiste dziś już zgnuśnienie młodych mężczyzn, przyszłość jawi się nam, jako perspektywa wręcz fatalna.
W miniony piątek, jak już tu pisałem, udałem się z moim kumplem LEMMINGIEM do pewnego warszawskiego klubu, jak słyszę, jednego z bardziej dziś modnych i uczęszczanych przez tak zwaną „lepszą” młodzież miejsca, aby sobie tam posiedzieć, pogadać i oczywiście napić się czegoś bardziej wykwintnego. I oto proszę sobie wyobrazić, że myśmy się tam trochę czuli, jak w klubie dla dziewcząt, bo poza nami, dwoma barmanami i chłopakiem, który grał ze czarnych płyt polski big-beat z lat 60-tych, tam niemal w ogóle nie było mężczyzn. Wszędzie dookoła otaczały nas śliczne, wystrojone dziewczyny, siedzące na tych stołkach i sączące swoje drinki, niektóre samotne, inne z koleżankami, a wszystkie cudownie wręcz udające, że one spędzają ten wieczór dokładnie tak jak zawsze chciały. Bez tych durniów, swoich chłopaków.
To był miniony piątek, a więc, jak może niektórzy już zdążyli zauważyć, tak zwany Dzień Kobiet. U nas w domu święto to nie jest w jakikolwiek sposób obchodzone, niemniej ja wiem, że ta tradycja w Polsce jest wciąż bardzo żywa, a w połączeniu z inną tradycją, a mianowicie, szczególnie rycerskim traktowaniem kobiet, żywa szczególnie. A więc to był piątek 8 marca, wieczór, ja tam nie widziałem jednej dziewczyny z kwiatkiem, i to mnie w ogóle nie zdziwiło – w końcu same miały sobie go kupić, czy jak? Z drugiej strony, w końcu, czemu nie? Moja córka na przykład dostała bardzo ładną różę od swojej koleżanki. O tak. Na zasadzie takiej, że skoro cała ta hołota zbijała bezsensownie gdzieś bąki, trzeba było sobie jakoś radzić bez niego.
A ja sobie myślę, że będzie już tylko gorzej. One w tej desperacji będą coraz piękniejsze, coraz lepiej zadbane, pewnie coraz lepiej wykształcone, a oni będą się już tylko w tym swoim ohydztwie staczać.
Siedzieliśmy tam z LEMMINGIEM, wśród tych samotnych dziewcząt, zawstydzenia jak jasna cholera, że pewnie wyglądamy tam jak dwa podstarzałe geje, a ja sobie nagle przypomniałem ten rozdział z mojej książki o Weronice i nagle sobie uprzytomniłem, że to jest właśnie coś, czego tam zabrakło, bo siłą rzeczy ograniczało się tylko do tego, co się działo już po, czyli kiedy one już wreszcie wyszły z tych swoich klubów i wracały przez nocne miasto do swoich domów i swoich łóżek, niejednokrotnie wciąż jeszcze wypełnionymi pluszakami z dzieciństwa.
No a teraz widzimy je tu, przy tych wymyślnych drinkach, w pięknych pozach, dyskretnie spoglądające w stronę drzwi, sprawdzając, kto wchodzi, a kto wychodzi. I myślę sobie, że warto spojrzeć na nie jeszcze raz, jak już śpieszą do domu przez ciemne ulice, dokładnie tak samo samotne, jak już zawsze. Gdyby ktoś nie znał, proszę sobie przeczytać rozdział o Weronice, albo prosto z książki, jeśli już ją ma, albo tu, jeśli wciąż się zastanawia, czy sobie ją kupić.
A jeśli już ja ma, a kupić na razie nie planuje, być może zechce zasilić nasze konto jakąś drobną kwotą, niech będzie, że na rozwój niezależnej publicystyki. Dziękuję.



Był rok może 1979, może 1980, moi rodzice spędzali lato na wsi, a ja zbijałem bąki w domu w Katowicach. Byłem już za stary, żeby jeździć z nimi na wakacje, a z kolei nie miałem na tyle zorganizowanego życia towarzyskiego, by aktywnie radzić sobie z tego typu wolnością. Zbijanie bąków polegało więc na tym, że z paroma wybranymi kolegami siedzieliśmy u mnie, lub u nich w domu, piliśmy wódkę, palili papierosy, słuchaliśmy muzyki i patrzyliśmy jak nam czas płynie.
Któregoś wieczora spędzałem czas z moim kolegą Kazikiem Hickiewiczem, dziś daleko od nas bardzo, bo aż w Nowym Jorku, no i strasznieśmy się upili. Kiedy już przyszła na nas pora, Kazik postanowił że czas wracać do domu, a ja mu zaoferowałem, że go odprowadzę na dworzec, by już dalej sobie sam pojechał do tych swoich Gliwic. kiedyśmy się jednak już pożegnali, coś mi strzeliło do głowy, by zamiast wracać do domu, pójść sobie na miasto i spróbować może troszkę wytrzeźwieć. Chodziłem więc po pogrążonych w peerelowskiej nocy Katowicach i w pewnym momencie spotkałem bardzo – jak do dziś mi się zdaje – ładną, zupełnie samotną dziewczynę. Siedziała sobie ona na ławce na przystanku autobusowym, i, jak mówię, robiła wrażenie. To że ona była taka sama i taka ładna, ale też trochę i przez to, że ja z kolei byłem niesiony pijacką odwagą, zrobiła na mnie takie wrażenie, że ją zaczepiłem i – pamiętam to do dziś – zapytałem, jak to jest, ze tak piękna dziewczyna chodzi tak całkiem sama po nocnym mieście. Ona mi odpowiedziała, że się spóźniła na autobus, czy coś w tym stylu, ja jej więc zaproponowałem, by poszła ze mną na spacer, ona powiedziała, że czemu nie… i tak sobie poszliśmy przed siebie.
Do dziś nie mam pojęcia, kim ona była. Czy była zwykłą dziewczyną, która spóźniła się na nocny autobus, czy może jakąś drobną kurwą polująca na pijanych bałwanów, w każdym razie kiedyśmy tak szli, w pewnej chwili zatrzymała się obok nas milicyjna nysa i milicjanci kazali nam wejść do środka. Najpierw oczywiście zapytali nas, czemu się kręcimy nocą po mieście, potem nas zaczęli starannie legitymować i spisywać, w końcu mi powiedzieli, że mam sobie iść w cholerę, a ty lalu zostajesz z nami. A ja, i trochę przez to, że do tego czasu w owej dziewczynie byłem prawie zakochany, ale też oczywiście przez tę wypitą z moim kolegą Kazikiem Hickiewiczem wódką, próbowałem oczywiście protestować, że co z nią będzie, dlaczego, po co, i takie tam, ale milicjanci bardzo stanowczo poinformowali mnie, że jeśli się tam będę dalej kręcił, to się mną zajmą na poważnie, wyszedłem biedny i przestraszony z tego radiowozu na upalną nocną ulicę i poszedłem do domu. A oni odjechali.
Jak mówię, nie mam pojęcia kim była tamta dziewczyna i nie wiem też, co się z nią dalej stało. Czy oni jej zrobili jakąś krzywdę, czy może, wręcz przeciwnie, zawieźli ją do domu, żeby ją ochronić przed nocnymi niebezpieczeństwami owego najdziwniejszego świata Peerelu. W każdym razie pamiętam ją do dziś, no i przypominam ją sobie też zawsze, ile razy idę z moim psem na nocny spacer, i widzę samotne dziewczyny wędrujące po ulicach wciąż tego samego miasta.
Skąd te myśli? Otóż strasznie wiele się od tamtych lat zmieniło. Przede wszystkim oczywiście najprawdopodobniej raczej nie ma już niebezpieczeństwa, by dwoje spokojnie idących ulicą ludzi zostało zatrzymanych bez żadnego powodu przez patrol policji, nie mówiąc już o tym, by zatrzymana w ten sposób kobieta została w majestacie prawa zgwałcona. Ja jednak sobie dumam nad czymś innym. Otóż gdybym to dziś miał się upić z moim kolegą Hickiewiczem, a następnie ruszyć w nocne miasto, od pięknych samotnych dziewcząt bym się nie opędził. Każdego wieczora, po 23 wychodzę z moim psem na ostatni przed snem spacer, i widzę te dziewczyny, wracające samotnie do domu, najwidoczniej z tak pięknie kiedyś zwanych wieczorków. I zastanawiam się, czemu nikt ich nie odprowadza? Czemu one są takie same? Przecież to są często naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Wystrojone, wyszykowane, zgrabne i eleganckie. Wracają same do domu, bo nikt im nie zaproponował, że je odprowadzi. Bo zapewne w momencie jak wstały, mówiąc, ze na nie już czas, jedyne co usłyszały to to okrutne „nara”. A może nawet i nic nie usłyszały, bo usłyszeć nie miały od kogo.
I kiedy się zastanawiam, gdzie są ci chłopcy, to widzę niekiedy i ich. Nawalonych, brudnych bałwanów w bejbolówkach, lub w kapturach, wyżelowanych, pokrzywionych straceńców, bez rozumu, bez ambicji i perspektyw. I tylko raz na jakiś czas, pomiędzy jednych a drugich, spadnie kromka z masłem, wyrzucona z okna na piątym piętrze przez jedną Weronikę, która powoli umiera. Jak oni wszyscy. I tylko mój pies idzie spokojnie, jakby nic już nie istniało poza tym spacerem. Zadowolony jak jasna cholera. Mój labrador.


niedziela, 10 marca 2013

Abelard Giza - człowiek z ukąszoną duszą

Mój miniony pobyt w Warszawie składał się z dwóch części. Pierwsza z nich związana była z nagrywaniem dla Platformy VOD dyskusji o interesie narodowym i narodowej zdradzie, gdzie razem z Coryllusem, Kamiuszkiem i zapraszającym nas Józefem Orłem próbowaliśmy porozdzielać wszystko, co nam leżało na sercu, a zrobić to tak, by żaden z tych, o których za Torańską mówimy „oni”, nie poczuł się pominięty. Drugi etap, to już wyłącznie tak zwane używanie, a więc najpierw wyprawa z Gabrielem i Julkiem do knajpy na skromny obiad, a dalej już tylko moje spotkanie z naszym kolegą LEMMINGIEM, który ze względu na naszą wieloletnią przyjaźń, wzajemną sympatię, nieposkromioną potrzebę oderwania się od codziennych trosk, no i wreszcie swoje finansowe możliwości, wypełnił nam ten wieczór takimi frykasami, że świat nie widział. Wszystko się to ostatecznie skończyło na autentycznej popijawie, z której późnym wieczorem wróciłem do zorganizowanego mi – przez LEMMINGA oczywiście – pokoju w hotelu, którego nazwy przez swoją wrodzoną skromność nie wymienię. No i tu właśnie, w owym hotelowym pokoju, zdarzyło się natychmiast coś, co mnie w jednej chwili i do końca otrzeźwiło.
A więc wróciłem do tego pokoju, wykąpałem się, i zanim wlazłem do łóżka, włączyłem jeszcze telewizor, żeby zobaczyć, co słychać. Najpierw obejrzałem sobie trochę jakiegoś meczu baseballowego, a potem, uznawszy, że wystarczy tej abstrakcji, poszukałem czegoś bardziej lokalnego, i pierwsza polska stacja, jaka się uruchomiła to był program TVP, a tam końcówka występu kabaretowej gwiazdy nazwiskiem Abelard Giza. To było zaledwie parę dosłownie minut, jednak intensywność zła, jakie w ciągu tych chwil na mnie spłynęło, była tak porażająca, że w jednej chwili wytrzeźwiałem. Kompletnie.
Jak mówię, to była już naprawdę sama końcówka, więc z tego wszystkiego zdołałem tylko zrozumieć, że Giza przedstawia obraz jakiejś „moherowej” staruszki, która ciągnie za sobą zwykły zakupowy wózek wyładowany jakąś pietruszką i ziemniakami, do którego jednak wcześniej przymocowała kupę trotylu, i nagle, zaczynając śpiewać religijną pieśń „Barka”, detonuje ładunek i w samobójczym zamachu wszystkich zabija. Giza, opowiadając tę historię, najpierw szyderczo śpiewa słowa owej „Barki”, a następnie, już w ostatnich słowach, apeluje do katolickich terrorystów, by skoro chcą koniecznie oddawać życie za wiarę, się zwyczajnie topili. Dziś na ten temat wiem już znacznie więcej, a nawet muszę przyznać, że z reporterskiego obowiązku obejrzałem sobie znaczną część owego występu w Internecie, a to wszystko dzięki temu, że, jak się okazuje, para jakiś posłów Prawa i Sprawiedliwości obejrzała sobie podobnie jak ja ów występ i zgłosiła protest do odpowiednich władz. W całości więc pomysł Gizy na ten skecz wygląda następująco: Kiedyś, w zamierzchłych czasach, w stosunku do ludzi, głoszących opinie sprzeczne z tak zwaną Nauką, Kościół był bardzo represyjny i każdego, kto się odważył powiedzieć coś nieprawomyślnego, palił na stosie. Dziś w ten sposób postępują muzułmańscy terroryści, i jeśli ktoś na przykład obrazi publicznie Proroka, ginie w terrorystycznym zamachu. W Polsce akurat owego terroru jeszcze nie ma, natomiast Gizie wydał się bardzo zabawny obrazek „dziewięćdziesiącieletniego mohera z obwisłym biustem”, jak ciągnie za sobą swój zdezelowany, wypełniony trotylem, wózek na zakupy, a następnie, śpiewając religijną piosenkę, wysadza w powietrze całą okolicę. No i w końcu pojawia się wspomniany apel, żeby moher, skoro chce już umrzeć za wiarę, poszedł się utopić.
Wcześniej, jeszcze przed sceną z wózkiem zakupowym, są dowcipy na temat pierdzącego papieża, które, jak się wydaje – co mnie, przyznaję, nieco dziwi – dały posłom PiS-u pierwszy bodziec do wspomnianego protestu, ja dziś natomiast nie mam zamiaru ani protestować, ani zgłaszać różnorakich apeli, natomiast chciałbym powiedzieć coś na temat Abelarda Gizy, co, mam nadzieję, pozwoli mi ostatecznie zamknąć na tym blogu temat tego człowieka. Myślę, że wielu z nas pamięta, jak jeszcze przed laty pojawił się tu pewien troll, który w ciągu zaledwie paru tygodni zarzucił nas dziesiątkami, jeśli nie setkami, bardzo podobniebrzmiących komentarzy, takich jak choćby ten:

Instruktor kulturalno-oświatowy z ramienia ‘Krytyki Politycznej’ przedstawia wakacyjny happening blogowy dla Związku Zasłuchanych pt. ‘wet za wet’. Istotą tej akcji jest uwrażliwienie zasłuchanych mas miast i wsi na ucisk i prześladowanie stachanowskiego Blogorobotnika a także jego konsekwentne zamilczanie przez ośrodki wrogiej Ojczyźnie rozindyczonej grafomanii. Zabawa ma charakter edukacyjnej interakcji. Wciśnięcie lewego przycisku bądź użycie kółeczka myszki, celem ominięcia tych wpisów, powoduje, paradoksalnie, wzięcie udziału w happeningu. Im bardziej bowiem wpis jest omijany i zwalczany, tym częściej i mocniej wraca- tworząc trójstronny ‘wet za wet’. Trójkąt o wierzchołkach: Zasłuchani-Indyk-Blogorobotnik w trakcie zabawy rozciąga się i przybiera monstrualny rozmiar. Takie przytłoczenie wszystkich happenerów umożliwia uwrażliwienie ich na bezsens całej sytuacji i powoduje mimowolny ruch koncyliacyjny w duchu ‘grubej kreski’. Osamotniony Indyk dopełnia dzieła wciąż gulgocząc”.

Kiedy tych komentarzy zaczęło się pojawiać tak dużo, że zagroziło to bardzo poważnie integralności tego miejsca, przeprowadziłem prywatne dochodzenie i wyszło mi, ze użytkownik podpisujący się piotrgiz90210 to Abelard Piotr Giza, nasz śmieszek z Trójmiasta. Ogłosiłem więc na blogu, żeby Abelard się od nas odkleił, bo go ujawnię, na co on napisał coś takiego:

Już nie mogę się doczekać! Wreszcie będę gwiazdą, srum! Ale o której żebym mógł wszystkich powiadomić, pliiiz! Aha gdyby coś nie wyszło to tylko słówko, pomogę! No i bawmy się dalej!

iobiecał, że on nie ma zamiaru się od nas odklejać, bo nas lubi. Nadszedł więc kolejny dzień, a ja napisałem tekst, w którym poinformowałem nas tu wszystkich o tym, co wiem, tyle że uznałem za stosowne nie wymieniać nazwiska Gizy. No i proszę sobie wyobrazić, że od tego czasu on już się nigdy u nas nie pojawił. Nigdy, ani razu.
Dość niedawno nazwisko Gizy pojawiło się w jednym z moich tekstów, tym razem w Salonie24, w kontekście tamtej sprawy, i tym razem zareagował on sam we własnej osobie, zamieszczając komentarz, w którym poinformował wszystkich, że to jest jakieś nieporozumienie, bo on jest poważnym artystą, który na głupstwa nawet nie ma czasu, o mnie wcześniej nawet nie słyszał, a o moim blogu, i o całej sprawie, akurat dowiedział się zupełnie przypadkiem. Odpisałem Gizie, że miałem wszelkie powody uważać, że piotrgiz90210 to on, ale skoro on twierdzi, że nie on, to niech mu będzie. Następna wiadomość przyszła już mailem. Mail jest dłuższy, ale w kluczowym momencie, zapewniając po raz kolejny, że to jednak nie był on, Giza napisał mi tak:

Poza tym można się z kimś zgadzać lub nie, dzielić albo kontrować jego
poglądy, ale w jakiś cywilizowany sposób
”.

Pięknie!
No i oto dziś, kiedy obserwujemy tryumfalny powrót Abelarda Gizy i jego artystycznego projektu pod nazwą Limo, myślę sobie, że to jednak chyba był on. Pomijając już wszystkie ówczesne tropy, dzięki którym dotarłem aż do niego, uważam, że ówczesną akcję w postaci próby zniszczenia tego bloga, akcję zakrojoną naprawdę na szeroką skalę, i wykazującą determinację, która musiała być motywowana albo oficjalnym zleceniem, albo autentycznym obłędem, albo i jednym i drugim, mógł prowadzić tylko ktoś taki, jak – widzę to dziś wreszcie bardzo jasno – Abelard Giza. A więc człowiek, który swój prawdopodobnie największy artystyczny i komercyjny sukces osiągnął właśnie dziś, kierując publiczny apel do starszych, ubogich kobiet, kobiet, które mu zawiniły tylko tym, że są, jego zdaniem, zbyt pobożne, aby swoją wiarę demonstrowały, topiąc się w najbliższej rzece. A więc myślę, że to jednak był on, i stąd ten mój dzisiejszy tekst.
Ktoś powie, że ja bardzo brzydko postępuję, oskarżając Abelarda Gizę o to, że on jest tak tępy, by marnować czas na blogach ludzi, których życie w żaden sposób nie krzyżuje się z jego życiem, skoro on osobiście, i to parokrotnie, zapewniał mnie, że on akurat z tamtym projektem nie miał nic wspólnego. I na to ja muszę powiedzieć, że owszem, ja biorę pod uwagę, że jakimś cudem to faktycznie był nie on. Jest jednak coś, co mi każe w to bardzo mocno wątpić. Otóż mam na myśli zacytowany już wyżej fragment jego maila, w którym, jako w pewnym sensie dowód na to, że on by nigdy sobie nie pozwolił na opisaną przez mnie agresję, podaje on, że „można się z kimś zgadzać lub nie, dzielić albo kontrować jego poglądy, ale w jakiś cywilizowany sposób”.
Tak, cieciu. Jesteś wiarygodny mniej więcej w takim stopniu, co rozjuszona czarna mamba. A tę wiarygodność znakomicie potwierdzasz swoim najświeższym wybrykiem. Standardy cywilizacyjne, cieciu, jakie zaprezentowałeś tym wpychaniem Bogu ducha winnych ludzi w objęcia śmierci to jest w najlepszym wypadku marny stand-up rodem z Trójmiasta. Nic więcej. Tylko to. A więc dziś, zagadka, czy to wtedy byłeś ty, czy ktoś inny, jest i tak kompletnie bez znaczenia.

Wszystkich przyjaciół tego bloga, ludzi, którzy wierzą, że to wciąż ma sens i jakieś sensowne perspektywy, proszę o uprzejme wsparcie nas w naszym codziennym wysiłku. Obok jest numer konta, na który kierować ewentualne wpłaty. Dziękuję.

sobota, 9 marca 2013

O hierarchiach na drugą stronę i tyłem na przód

O najpierw kandydatce na posła, a następnie już pełną gębą posłance Platformy Obywatelskiej pisałem tu parokrotnie. Pierwszy raz jeszcze przy okazji kampanii wyborczej do Parlamentu tu u nas w mieście i okolicach, w której sam brałem udział, a powodem, dla którego się tą dziwną osobą zająłem było to, że ona, startując z dziesiątego miejsca, a więc praktycznie bez szans na mandat, zorganizowała sobie kampanię, na moje oko i wedle mojej wiedzy, za ciężkie setki tysięcy złotych i jednoznacznie wbrew przepisom ordynacji, no i ją wygrała. Całe Katowice, oraz okoliczne miejscowości – każda ulica, każdy miejski plac, niemal każda latarnia, od początku września były obwieszone niemal wyłącznie plakatami z wizerunkiem tej Kołodziej, co w rezultacie doprowadziło do sytuacji, że jeśli ktoś nie wiedział na kogo głosować, podobnie jak obojętne mu było, kto tym posłem zostanie, głosował na nią, uważając, że tam tak naprawdę nikogo więcej nie ma. No i Kołodziej weszła do Parlamentu.
Napisałem o niej i o tym jej sukcesie notkę, bo wedle informacji, jakie otrzymałem samemu kandydując, ilość przeznaczonych na kampanię funduszy jest ściśle ograniczona prawem, a więc ktoś kto otrzymał pierwsze miejsce na liście, może wydać powiedzmy 20 tysięcy złotych, dwóch kolejnych po 15, dwóch następnych, dajmy na to już tylko 10, a numery od 6 do 10 niech będzie że po 5 tysięcy. Moja kampania, a więc kogoś kto miał przydzielone miejsce 23 chyba, nie mogła kosztować więcej niż 1000 złotych, o ile ktoś z wyższych miejsc nie zechciałby mi części swojego przydziału odstąpić. Tak jak ja cały swój przydział oddałem pewnemu Piotrowi Pietraszowi, który tu w Katowicach jest od wielu już lat bardzo zasłużonym działaczem. I ta zasada jest tak twardo stanowiona, że ja nawet gdybym wygrał w totolotka, też nie mógłbym na siebie wydać tych moich pieniędzy. Dlaczego? Chyba chodziło o to, by nam składu Sejmu nie układały jakieś biznesy. Wedle więc mojej wiedzy, Ewa Kołodziej na tę swoją kampanię musiała wydać, jak mówię, grube setki tysięcy złotych, a osobiście nie sądzę, by to były jej prywatne pieniądze.
Ktoś się zapyta, co mnie obchodzi jakaś Kołodziej i jej kanty? Czemu to akurat było na tyle moim problemem, że postanowiłem się pobawić w małego donosiciela? Otóż wcale nie chodziło ani o Kołodziej, ani o jeden z wielu przekrętów. Ja miałem w głowie tylko tę szczególną sytuację, że oto jak zawsze przy okazji kolejnych wyborów do Sejmu mocno uaktywniają się jacyś lokalnie geszefciarze, którzy na to by mieć tego jednego swojego posła gotowi są wyłożyć naprawdę bardzo duże pieniądze, a brak jakiejkolwiek reakcji na aż tak wielką bezczelność, świadczyć musi wyłącznie o tym, że tego typu proceder jest czymś absolutnie powszechnym i w gruncie rzeczy oficjalnie akceptowanym.
Po raz drugi przypomniałem sobie o Ewie Kołodziej, kiedy nagle któregoś dnia zauważyłem, że na ulicy Krzywej, w której sąsiedztwie mieszkam, pojawiło się naprawdę bardzo wystawnie wyszykowane owej Kołodziej poselskie biuro, a niemal naprzeciwko tego biura salon firmowy Pierre Cardin, czy czegoś takiego. Dlaczego to akurat z kolei mnie tak bardzo zainteresowało? Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, co to takiego ta ulica Krzywa. Otóż to miejsce od wielu już lat jest w Katowicach synonimem najgorszej żulowni i menelowni. Nie chcę przez to powiedzieć, że tam nie mieszkają też ludzie normalni i porządni, tyle że oni albo się nie rzucają w oczy, albo ja z jakiegoś powodu nigdy na nich nie trafiłem. No i tak się składa, że okna mojego mieszkania wychodzą na dwie kamienice znajdujące się przy ulicy Krzywej, sąsiadujące z trzecią, dopiero co fantastycznie odnowioną, w której znajduje się wspomniane biuro. Od pewnego czasu oba te budynki zostały całkowicie wyeksmitowane i rozpoczął się w nich kapitalny remont, który w tej chwili znajduje się w fazie takiej, że wszystko co się znajduje w środku, włącznie ze ścianami i stropami zostało zwalone, i jesteśmy w trakcie przygotowań do tego, by je stawiać na nowo. Praca wre, a ja się zastanawiam, kto te kamienice kupił i kto wydaje z całą pewnością nie byle jakie pieniądze, by je od dołu do góry stawiać na nowo. No i czy ten ktoś ma coś wspólnego z tym, że tam stanęło biuro poselskie Ewy Kołodziej? Albo czy jest możliwe, że to Ewa Kołodziej ma coś wspólnego z tym, że najwyraźniej wszystko idzie w tym kierunku, by ulica Krzywa stała się czymś w rodzaju wystawy?
No i znów pewnie ktoś mi powie, że czego ja się czepiam? Czy ja może wolałbym, żeby na ulicy Krzywej dalej mieszkała ta bandyterka wyprowadzająca na pobliski plac swoje amstafy? Czy mi może jest żal widoku tych pijaczków, który powoli zaczyna przechodzić do historii? Otóż nie. Uważam, że to bardzo dobrze, że już niedługo z mojej kuchni będzie się roztaczał widok znacznie przyjemniejszy niż dotychczas. Ja tylko chce wiedzieć, kim jest Ewa Kołodziej, i co ona ma z tym wszystkim wspólnego? Po co mi to wiedzieć? Po nic. Zwyczajnie, chcę wiedzieć, co się dzieje w Polsce w tych jakże bardzo przełomowych latach. No i, co może najważniejsze, chciałbym poznać prawdziwą hierarchię. Mamy bowiem tę Ewę Kołodziej, a więc osobę z kręgów władzy, o której istnieniu pies z kulawą noga nie słyszał. My, owszem, wiemy kto to taki posłowie Olszewski, czy Halicki, znamy świetnie Stefana Niesiołowskiego, a nawet słyszeliśmy o tym, jak to on jadł z głodu szczaw. Wiemy, kto to minister Arabski, słyszeliśmy nawet, że on już przestał być ministrem, a został ambasadorem, wciąż pamiętamy takie tuzy reżimu, jak minister Drzewiecki… ba, niektórzy z nas nawet już wiedzą, jak wygląda jego żona, i to bez makijażu. Ewa Kołodziej praktycznie nie istnieje. A ja się zastanawiam, ilu jeszcze takich, o których z kolei ja nigdy nie słyszałem, ale moi koledzy w Kielcach, Lublinie, czy Otwocku słyszeli jak najbardziej? I czy przypadkiem nie jest tak, że ci wszyscy Niesiołowscy, te Palikoty, nawet ten Donald Tusk są tylko po to, by nam zwrócić w głowie i nie dać nam jednej chwili na zastanowienie się, w czym rzecz.
Ewa Kołodziej. Ciekawa naprawdę jest ta pani. Wróciłem dziś z fantastycznego pod każdym względem dwudniowego pobytu w Warszawie, o którym można by było opowiadać w nieskończoność, i od razu od wejścia moje dzieci poinformowały mnie, że posłanka Kołodziej pokazała się publicznie, i to aż dwukrotnie – pierwszy raz w Sejmie, apelując o to by jedną z katowickich ulicy nazwać imieniem Gieksy, a więc lokalnego klubu piłkarskiego, a drugi raz podczas, nazwijmy to, językowego testu. Mnie akurat bardzo zainteresował ten test. Obejrzałem już go dwa razy i wciąż nie mogę dojść do siebie. No i wciąż wraca to moje oryginalne pytanie: czy ta Kołodziej, to jest ktoś, czy może wręcz przeciwnie – nikt. Czy tu się dzieje coś ważnego, czy może weszliśmy w czasy, gdzie ważne nie jest tylko to co dotyczy nas bezpośrednio, a więc jednak ten szczaw. Ciekawy jestem Waszego zdania.


czwartek, 7 marca 2013

Ile można dostać za kopnięcie w dupę posła Niesiołowskiego?

Tu, na tym blogu, chyba akurat sprawą tą się za bardzo nie zajmowałem i przyznam, że dlaczego – nie wiem, bo tak na prawdę nigdy nie twierdziłem, że inne tematy są ważniejsze, lub że mniej ważnych od tej akurat nie ma. A mimo to, tak jakoś wyszło, że tu już mieliśmy chyba już wszystko, a tego czegoś jednak nie. Podobnie zresztą rzecz się ma z człowiekiem, któremu postanowiłem poświęcić tę dzisiejszą refleksję. O nim, o ile się nie mylę, też nawet tu nie wspomniałem. Dlaczego? Nie wiem. Ktoś powie, że on nie zasługuje, by go zaczepić choćby myślą, a ja jestem się gotów nawet z tym zgodzić, tyle że od razu się pojawia pytanie: skoro on, to czemu nie inni? Czemu, skoro on tak, to taki Donald Tusk, czy Jerzy Urban już nie? A mimo to, jego imię skutecznie trzymałem z dala od tego miejsca. Jednak, jak się okazuje, przyszła pora i na niego. I na temat, który on tak systematycznie nam podrzuca.
Co jest więc tematem tych dzisiejszych refleksji? Otóż mam na myśli zjawisko polegające na tym, że kiedy myślimy o tak zwanej medialnej ochronie, obejmującej pewne osoby publiczne, i to obejmującej do tego stopnia, że nawet gdyby któraś z nich dokonała zbrodni bezdyskusyjnej i bezprecedensowej, to media zrobią wszystko, by sprawa ta w jednej chwili została zneutralizowana przez coś, co skutecznie zdezorientuje opinię publiczną, to często mówimy, że media kłamią, lub pewne sprawy przemilczają, czy właśnie przykrywają czymś mniej istotnym, a przez to bezpieczniejszym dla kondycji Systemu. To z taką opinią często się spotykam, a osobiście tymczasem uważam, że jest zupełnie inaczej. Otóż nie ma zdarzenia, które byłoby ważne w sposób obiektywny, o którym media by nie informowały, albo którego charakter by zmanipulowały. Oczywiście, jest bardzo prawdopodobne, że jeśli prezydent Komorowski i prezes Kaczyński w tym samym momencie spadną po pijanemu z łóżka, to o przypadku Komorowskiego się nie dowiemy, natomiast o tym, co się przydarzyło Kaczyńskiemu, jak najbardziej. No ale to akurat nie jest wydarzeniem szczególnie istotnym. Jeśli jednak prezydent Komorowski i prezes Kaczyński zostaną zatrzymani w lokalnym sklepie podczas próby kradzieży – co, musimy przyznać, jest już pewnego typu sensacją – jestem pewien, że nie ma takiej siły, która by powstrzymała media przed poinformowaniem o jednym i drugim. A zatem, jeśli po tygodniu zauważymy, że cała Polska wałkuje temat tego złodzieja-Kaczyńskiego, podczas gdy o Komorowskim cisza, to ostatni argument, jaki mamy do dyspozycji, to ten, że media nie informują, lub że media kłamią. Bo to akurat jest nieprawda, i jeśli z czymś takim wyskoczymy, to ktoś nam natychmiast wykaże, że się bez sensu czepiamy. I przedstawią nam listę miejsc, gdzie wiadomość o Komorowskim, który kradnie podana była jak najbardziej.
Rzecz bowiem wcale nie polega na tym, że media za mało informują, ale że informują za dużo; znacznie więcej, niż sprawa tego wymaga. Rzecz w tym, że media, wiedząc świetnie, że ludzie są tym co przekracza ściany ich domów raczej niezainteresowani, a jeśli nawet coś im się rzuci w oczy, to tego albo nie zrozumieją, albo zrozumieją nie tak jak trzeba, w wybranych sytuacjach tych biednych, nic nierozumiejących ludzi informują o tym, co się stało z intensywnością przypominającą już nawet nie informację, ale jakieś czary. No i właściwie nie ma dnia, w którym byśmy nie mieli okazji obserwować, jak się owe czary realizują.
Jest jednak jeszcze coś, co, jak sądzę, warto zauważyć. Jeśli idzie o osoby z pierwszego szeregu publicznej sceny, mam wrażenie, że niemal nikt nie został oszczędzony do końca. I nie mam tu na myśli tylko osób związanych z obecną opozycją. Ja świetnie pamiętam, jak dzień po dniu media rozprawiały się z prezydentem Komorowskim, by już nie wspominać o Donaldzie Tusku i przeróżnych jego współpracownikach, zaczynając na Pawle Grasiu, a kończąc na Ewie Kopacz. Oczywiście, to wszystko w pewnych ściśle zakreślonych granicach, niemniej ja naprawdę wszystko pamiętam, i dlatego, ile razy przychodzi mi do głowy powiedzieć, że to co oni robią, to czyste zło, to staram się szukać innych argumentów.
Powiedziałem wcześniej, że do końca nie został oszczędzony niemal nikt, i słowa „niemal” użyłem bardzo celowo. Otóż mam wrażenie, że jest jedna osoba, która z jakiegoś powodu podlega pełnej i bezwzględnej ochronie, a mam tu na myśli, proszę sobie wyobrazić, nawet nie Lecha Wałęsę, lecz samego Stefana Niesiołowskiego. Jestem pewien, że jeśli się nagle okaże, że Stefan Niesiołowski stoi na czele największej siatki pedofilskiej w Łodzi, lub że ma dzieci z pięcioma różnymi kobietami, głównie z Ukrainy i Białorusi, on pozostanie praktycznie nietknięty. Właśnie on. Jestem przekonany, że gdyby tego typu informacja pojawiła się na temat Donalda Tuska, on w jednej chwili zostałby zastąpiony przez Schetynę; jak idzie o Niesiołowskiego, ten askurat robi wrażenie czegoś wiecznego. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Jaką mroczną tajemnicę skrywa ten dziwny człowiek, że nie dość że stał się aż tak nietykalny, to jeszcze te swoją nietykalność a taką bezczelnością demonstruje.
Wcześniej powiedziałem, że z osób stanowiących pierwszy szereg polskiej sceny publicznej, niemal wszyscy już w ten czy inny sposób mieli okazję zobaczyć, że nic im nie zostało dane na zawsze. Otóż to nie do końca jest prawda. Pod ścisłą ochroną – i przyznać muszę, że przyczyna tego dziwnego traktowania jest dla mnie też pewną zagadką – są artyści teatru i filmu. Czy mamy do czynienia z Danielem Olbrychskim, z Jerzym Stuhrem, Andrzejem Wajdą, czy z Agnieszką Holland, System podchodzi do nich niemal na kolanach. Ja nigdy, dosłownie nigdy, nie spotkałem się z sytuacją, gdzie, czy to w prasie, czy w telewizji rozmawiano z którymś z nich, i żeby dziennikarz odważył się choćby zmarszczyć czoło w jego czy jej stronę. Właśnie jej. Mam na myśli Agnieszkę Holland. A jeśli wziąć pod uwagę fakt, że ona jest matką lesbijki, a i sama tak na moje oko też ma tu coś za uszami, jakikolwiek wrogi gest skierowany w jej stronę jest nie do pomyślenia. I oto w tej sytuacji pojawia się Stefan Niesiołowski i tę kobietę wraz z jej córką i córki tej żoną zwyczajnie wdeptuje w ziemię. Bez żadnej litości, no i bez śladu niepokoju na twarzy. I co? Nic. System nawet nie westchnął. Monika Olejnik zaryzykowała i Niesiołowskiego o sprawę bardzo delikatnie zapytała, ale on ją szybko odpowiednio ustawił i państwo zmienili temat. A ja mam już tylko jedno pytanie: kto poza Niesiołowskim by to przeżył? Kto poza Niesiołowskim uznałby, że nie ma ryzyka?
No i dziś mamy ten szczaw. Ktoś się pewnie spyta, o jakim to szczawiu ja mówię, ale ja nie uwierzę, by to pytanie było do końca szczere. Bo i tu, tak jak w wielu innych sytuacjach, sprawa została przedstawiona. Krótko, cichutko, ale na tyle wyraźnie i szeroko, by każdy kto zechce, mógł ją zanotować. A więc dowiedzieliśmy się, że Stefan Niesiołowski kwestionuje dane wskazujące na to, że w Polsce jest 800 tysięcy głodnych dzieci, bo on wie, że głód w Polsce owszem był, ale kiedy on był dzieckiem, bo on wtedy, z tego głodu chodził ze swoimi kolegami wzdłuż jakiegoś nasypu kolejowego i jadł szczaw. Ponieważ on dziś nie widzi dzieci chodzących wokół nasypów kolejowych, jedzących szczaw, wyciąga z tego logiczny wniosek, że te dzieci, które skarżą się że są głodne, zwyczajnie kłamią. Bo gdyby były głodne, to by jadły ten szczaw. Jak przed wielu laty mały Stefek. Wypowiedź ta jest tak oburzająca, że wiele bardziej wrażliwych osób z tych nerwów przekręciło wypowiedź Niesiołowskiego i zaczęło opowiadać, że Niesiołowski tak naprawdę powiedział, że jak komuś się chce jeść, niech idzie żreć szczaw na tory. On oczywiście tak nie powiedział, ale wydaje mi się, że aby wychodząc od jego słów dojść do takiego wyniku, nie trzeba się bardzo napinać, a i logika nie mogłaby się tu za bardzo poczuć obrażona. Weźmy mnie. Gdybym ja nie miał tego bloga i tej pracy, i moje dzieci by, jak ów Charlie Bucket z powieści Roalda Dahla, jadły od rana do wieczora tylko kartofle z kapustą, i na to pojawiłby się Stefan Niesiołowski i powiedział, że one nie są głodne, bo gdyby były, to by poszły na tory nawpieprzać się szczawiu, to ja bym go zwyczajnie gdzieś dopadł i kopnął w dupę. I to nie tak żeby go zabolało. Bardziej.
A tu – nic. Co to za cholera? Czemu on mówi takie rzeczy i skąd on wie, że jemu akurat wolno? Co się w Polsce stanie, jeśli któregoś dnia on zrobi, lub powie coś takiego, że już nie będzie innego wyjścia, jak go pozbawić wszystkich stanowisk i wysłać w cholerę. Co wtedy usłyszymy i zobaczymy? Co się wtedy zacznie dziać? I dlaczego aż tak? Jak ja bym chciał to wiedzieć!

Parę centymetrów wyżej powiedziane zostało, że gdyby nie ta praca i nie ten blog, moje dzieci, za podpuszczeniem Stefana Niesiołowskiego, prawdopodobnie zbierałyby szcza, który podobno gdzieś tam rośnie niedaleko torów. Na szczęście jakieś tam resztki pracy mam, i oczywiście mam ten blog. Bardzo proszę o mnie nie zapominać. A numer konta jest tuż obok.