piątek, 31 lipca 2015

Czy będą się wieszać, czy strzelać?

Przeczytałem gdzieś wczoraj, że dla gnijącej Platformy prawdziwą wunderwaffe ma się okazać minister obrony Tomasz Siemoniak. Podczas gdy premier Kopacz jest jaka jest, a wszystko co się kręci wokół niej, robi wrażenie jeszcze gorsze, wybitni komentatorzy polskiej sceny politycznej stawiają właśnie na Siemoniaka, który tam podobno wyrasta ponad przeciętność i którego premier Kopacz szykuje, by to on zadał pisowskiej kontrrewolucji śmiertelny cios. Przeczytałem tę informację i od razu pomyślałem sobie, że to jest coś absolutnie fantastycznego, że zaledwie dwa dni wcześniej swój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety” poświęciłem właśnie owemu cudownemu dziecku Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Będą mieli więc premierę jak się patrzy. Polecam.

Ile razy patrzę na któregokolwiek z posłów czy ministrów rządzącej koalicji i widzę, jak każdy z nich, zamiast wiać gdzie pieprz rośnie, nie dość, że jeszcze bardziej wydaje się lgnąć do tego trupa, to sprawia wrażenie, jakby życie w tej owej cuchnącej symbiozie było czymś, za co warto oddać życie, staję jak wmurowany. Tym bardziej sztywnieję, kiedy próbuję zgadnąć, jak to się dzieje, że ktoś, kto dotychczas w miarę bezpiecznie funkcjonował poza owym układem, zamiast tam dalej siedzieć, włazi z własnej i nieprzymuszonej woli pod tę rynnę, podpisując naturalnie na siebie wyrok. Tak było choćby w przypadku ministra zdrowia Zembali, który mając wydawało by się wszystko, co było mu potrzebne do szczęścia, wystawił się na odstrzał, którego świadkami jesteśmy choćby w tych dniach, praktycznie niszcząc sobie karierę. No i właściwie już w pierwszym dniu jego urzędowania wyszło na jaw, że ów Zembala jest tak fatalnie zadłużony, przy majątku wynoszącym jakieś 12 tysięcy złotych plus 105 dolarów, że wszelkie pytania typu: „Czemu on to robi” nagle straciły sens.
No a po Zembali pojawiły się kolejne informacje dotyczące kolejnych polityków, o których można by tu długo, ale by móc zrozumieć kolejne jego z pozoru absurdalne posunięcia, może wystarczy, jak wspomnimy choćby o 10 milionach złotych długu na koncie Janusza Palikota.
Ja natomiast ostatnio zwróciłem uwagę na deklarowaną w odpowiednim oświadczeniu majątkowym sytuację finansową ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka i myślę, że z powodów o których niżej, warto nam się nad nią zadumać. Otóż każdy w miarę uważny obserwator politycznej sceny zauważył ów najświeższy ruch wokół ministra Siemoniaka właśnie, który wskazuje na to, że tam toczy się autentyczna walka o to, co z nim zrobić, z wachlarzem szeroko rozciągniętym między prokuratorem, a drugim miejscem na liście wyborczej w Warszawie.
A więc zajrzałem do oświadczenia majątkowego Siemoniaka i proszę sobie wyobrazić, że on w zeszłym roku z tytułu ministrowania zarobił niemal 200 tysięcy złotych, z czego po spłaceniu bieżących zobowiązań zostało mu wszystkiego tych tysięcy zaledwie osiem. Cóż on zatem takiego spłaca? Otóż trzy kredyty, wszystkie we frankach, przy aktualnym saldzie w wysokości niemal 200 tysięcy CHF. Jeśli ktoś jest ciekawy, na co Siemoniakowi były te pieniądze, już odpowiadam: on za nie kupił trzy mieszkania, które postanowił wynajmować i w ten sposób złapać Pana Boga za palec. Co zatem z tych mieszkań? To też jest tam pokazane: 30 tysięcy złotych w zeszłym roku, czyli jakaś szósta część tego co on zarobił u Kopacz, z których też niemal nic już nie zostało. Jedyne więc co jest realne to te wciąż jakieś 800 tysięcy do oddania dla mBanku.
W październiku wybory, a ja już się zastanawiam, jak my zniesiemy tę falę samobójstw. Jeszcze zobaczymy jak bardzo to nie jest zabawne.

Przypominam, że pierwszy wybór tekstów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać już tylko u mnie pod adresem toyah@toyah.pl. Nakład „Elementarza” oraz „Biustonosza” zbliża się wprawdzie do końca, jednak obie są wciąż do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam do pośpiechu.

środa, 29 lipca 2015

Jan Kulczyk, czyli się zatrzęsło

Zmarł Jan Kulczyk i dla kogoś takiego jak ja, a więc człowieka, który przede wszystkim ma już swoje lata i przynajmniej dotychczas starał się je wykorzystywać tak, by nic mu nic mu nie spadło znienacka na głowę i pozostawiając go wyłącznie w poczuciu ciężkiego wstydu, jest to wiadomość porażająca. Chodzi mianowicie o to, że są wydarzenia, przy okazji których najgłupsza rzeczą, jaką można zrobić jest pokiwać głową w zadumie i powiedzieć wzorem dziadka Britty i Anny: „Ho, ho, tak, tak”. Takie to było doświadczenie pewnego sobotniego ranka pamiętnego roku 2010 i takie to jest nasze doświadczenie dziś.
Zmarł Jan Kulczyk i, jak mówię, najgorszą rzeczą, jaką możemy teraz zrobić, to zacząć coś pleść na temat przemijania i ludzkich losów. Pamiętajmy: samoloty z prezydentami na pokładzie nie spadają, a jeśli ktoś ma ambicje, żeby być jednym z najbogatszych ludzi na świecie, to nie po to, by w wieku 65 lat zejść na skutek komplikacji pooperacyjnych, jak jakiś Nowak, czy Nowakowa. Miejmy więc dziś oczy i uszy szeroko otwarte.

Książki nadal są na swoim miejscu, czyli pod adresem www.coryllus.pl. Serdecznie polecam.

wtorek, 28 lipca 2015

On jest moim pasterzem, czyli witamy w studio tatuażu

Notka dziesiejsza chodzi mi po głowie od wielu już miesięcy, by nie powiedzieć lat i jeśli dotychczas nie udało mi się nawet jej zacząć, to przede wszystkim dlatego, że do dziś praktycznie nie umiałem znaleźć tego jednego obrazu, który zawsze jest potrzebny, kiedy chce się powiedzieć coś w formie wiersza, opowiadania, piosenki, czy choćby zwykłej refleksji. I oto od paru mam przed oczyma coś, co chyba doprowadzi mnie do tego, że wyrzucę to z siebie raz na zawsze. Ale zacznijmy od początku.
Parę dni temu szedłem sobie ulicą, kiedy minęła mnie dziewczyna, wedle wszelkich znanych mi standardów, bez śladu czegoś, co moglibyśmy nazwać postawą wyzywającą, z jednym maleńkim wyjątkiem: otóż wysoko na piersi, nieco z boku od miejsca, gdzie się zwykle nosi medalik, miała wytatuowany skromny krzyżyk. Choć widok ów zrobił na mnie pewne wrażenie, muszę przyznać, że nie stało się to po raz pierwszy. Oto parę lat temu jechaliśmy sobie pociągiem z Bletchley do Londynu i obok nas stała bardzo ładna kobieta w średnim wieku, niezwykle elegancka, i też w najmniejszym stopniu nie wyglądająca ekscentrycznie, z tym jednym wyjątkiem, że na nadgarstku miała niewielki tatuaż, jakiś napis, o ile pamiętam. Ale i to nie było moje pierwsze doświadczenie tego typu zjawiska, gdzie ludzie, pozornie niczym nie różniący się od nas, nagle odnajdują w sobie potrzebę, by przy pomocy tatuażu opieczętować choćby jeden fragment swojego ciała.
Oczywiście wszyscy wiemy, co mam na myśli. Mówię o owej szczególnej ogólnoświatowej modzie, rozlewającej się po piłkarskich boiskach, muzycznych estradach, ale też ulicach naszych miast, i to niekiedy do tego stopnia, że nagle z przerażeniem zauważamy, że na tym tle wyglądamy jakoś… dziwnie, a polegającej na ozdabianiu ciała różnego rodzaju obrazami, w takim zamiarze, by one pozostały tam na zawsze. Mówię o owej szczególnej intencji, która niektórym z nas każe złożyć tę szczególną, czasem bardzo osobistą, ale często też pozornie nic nie znacząca, deklarację – niekiedy tak doskonale ukrytą i nieprzeniknioną – w tak sposób, by ona już do końca naszego życia świadczyła o nas, tak jak świadczy o nas nasza twarz, nasza sylwetka, czy nasz charakter. Tyle że o ile tam często liczymy na to, że może z biegiem lat będziemy mądrzejsi, piękniejsi, czy zwyczajnie zgrabniejsi, tu zdajemy się walczyć o to, by to, jacy byliśmy w wieku 18, 25, czy 35 lat, zostało z nami już na zawsze. To jest trochę tak, jakbym ja, mając te swoje 15 lat i poczucie, że moim całym życiem jest piosenka zespołu Led Zeppelin „Since I’ve Been Loving You”, kazał sobie ową frazę wytatuować na plecach w pięknym łuku od ramienia do ramienia i nosił ja tam do dziś, kiedy zbliżam się do 60-tki. I przyznaję, że tego typu gestów nie rozumiem.
Ale, jak wiemy, kiedy pojawia się temat tatuaży, nie chodzi przecież wcale ani o ten krzyżyk na piersi, ani o ów łańcuszek na nadgarstku, ani nawet o herb miasta Katowic na plecach, ale o powszechne traktowanie ludzkiego ciała, jako płótna, które będziemy tak długo zamalowywać, aż nie zostanie tam choćby centymetr kwadratowy wolnego miejsca. A wówczas zaczniemy kaleczyć to ciało już bardziej bezpośrednio, przebijając je, rozcinając, wbijając w nie różnego rodzaju większe, lub mniejsze ozdoby. No a dalej już pozostanie nam tylko stawiać kolejne kroki, czy to przez wszczepianie sobie kocich wąsów, tygrysich zębów, czy diabelskich rogów.
Czemu to robimy? Nie wiem. Najbardziej prawdopodobną odpowiedzią wydaje mi się przyjęcie, że w tym akurat wypadku mamy do czynienia z psychiczną chorobą, taką jak anoreksja, bieganie, seks, hazard, czy inne natręctwa, a skoro tak, to też nie mamy za bardzo o czym rozmawiać. Ja jednak nie chcę się zajmować ani artystami, ani piłkarzami, ani wariatami. Mnie nie chodzi też o tej tak zwanej „białej nędzy”, która wierzy, że jak sobie wytatuuje tego węża albo smoka na łydce, to w ten sposób będzie awansowana do establishmentu. Ja dziś zastanawiam się zaledwie nad tymi z nas, którzy pewnego dnia tak bardzo pragną się gdzieś na którymś fragmencie swojego ciała podpisać, że się przełamują i idą sobie zrobić ten obrazek na kostce, czy na nadgarstku, tak by sobie móc od czasu do czasu na niego popatrzeć i poczuć tę satysfakcję. I proszę nie myśleć, że nie próbowałem tej zagadki badać osobiście. Owszem, miałem okazję pytać paru znajomych, czemu to robią, jednak nigdy nie uzyskałem jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi, poza ta jedną, że tak będzie ładnie. A i to w najlepszym wypadku, bo i tak przeważnie odpowiedzią było tylko owo uparte spojrzenie typu: „A czemu nie?”
A zatem, nie pozostaje mi nic innego, jak samemu drążyć tę zagadkę: czemu tak wielu z nas tak bardzo potrzebuje złożyć na choćby drobnym fragmencie ciała ów podpis? Niechby to był ten wspomniany na początku krzyżyk. I muszę z prawdziwym bólem serca przyznać, że moje myśli niezmiennie idą w stronę tych młodych kobiet z Gdyni, o których ostatnio dość dużo pisały internetowe portale, a które zatrudnione były u jakichś lokalnych alfonsów w charakterze dziewcząt do towarzystwa. Jestem pewien, że większość z nas miała okazję oglądać policyjne zdjęcia przedstawiające tatuaże, jakie owi sutenerzy kazali wykaligrafować tym dziewczynom na nogach, ramionach, czy plecach, tak by one zaświadczały o tym, że każda z nich jest własnością któregoś z nich: „Made by B.”, „Własność Olka””, „Wierna suka Leszka”, „Kocham mojego pana i władcę”…
Z informacji, jakie do nas dochodzą wynika, że one wszystkie tak naprawdę chciały mieć te tatuaże i dziś nie ma sposobu, by je skłonić do tego, by zeznawały przeciwko swoim oprawcom. Otóż uważam, że właśnie tam, w tej Gdyni, dostaliśmy odpowiedź na tę zagadkę. Bo jeśli się tak naprawdę zastanowić, to różnica między tamtymi obrazkami, a… powiedzmy, wydrapanym na ramieniu chińskim znakiem, jest wyłącznie techniczna. To znaczy, że podczas gdy my każemy sobie przybijać te pieczątki na naszych łydkach, ramionach i plecach, to Leszek i Olek zdobią nogi, ramiona i plecy tamtych dziewcząt, w głębokim przekonaniu, że to jest ich ciało. Intencja więc, jednak, i cel pozostają te same: chodzi o to, by potwierdzić przed sobą, że nasze ciało należy do nas i do naszego pana i władcy. Że jesteśmy tak naprawdę niewolnikami. Czyimi? Aaaa… to jest już temat na dłuższą rozmowę.

Jak zawsze, zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. Szczerze polecam.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Gdy szatani spoważnieli

W któryś z niedawnych wieczorów, zgodnie z prawie już ostatnio naszą domową tradycją, włączyliśmy telewizor, żeby sobie popatrzeć na program „Szkło Kontaktowe”. Wyjaśniałem to nasze dziwaczne zachowanie jakiś czas temu, więc może dziś już tylko dla przypomnienia: na przykładzie owej, jak by nie było, sztandarowej produkcji propagandowej Systemu, zarówno ja jak i mój syn z prawdziwą ekscytacją obserwujemy, w jaki sposób owa propaganda stopniowo zmienia kierunek, uderzając w znajdującą się pod ścisłą dotychczas ochroną Platformę Obywatelską. Trudno jest mi dziś przewidzieć, jak to się wszystko będzie rozwijać i czy przypadkiem nie będzie tak, że pod koniec roku Maria Czubaszek z Grzegorzem Markowskim będą odbierać telefony od najbardziej uzależnionych od tego sączonego od dziesięciu lat w ich mózgi jadu widzów, tylko po to by ich już tylko wyszydzać, jednak to co już dziś widzimy pozwala na bardzo odważne prognozy.
Podczas wspomnianej na początku dzisiejszej notki doszło do zdarzenia, które nawet na mnie zrobiło wrażenie. Oto proszę sobie wyobrazić, w pewnym momencie prowadzący audycję Tomasz Sianecki poruszył temat in vitro, puścił kawałek sejmowego wystąpienia w temacie posłanki Joanny Muchy, a następnie bez śladu ironii, czy choćby owego charakterystycznego uśmiechu, powiedział co następuje (cytat dosłowny):
A może tu jednak chodzi o to, że tutaj Platforma i pani Anna Grodzka i w ogóle środowiska lewicowe działają na rzecz lobby tych wszystkich instytucji, które zajmują się zmianą płci. Dzięki temu oni przecież zarobią dużo więcej pieniędzy. Tak jak z in vitro, wie pan, ono jest tylko po to, żeby kasę nabiły sobie instytuty, które się tym zajmują”.
Pierwsza oczywiście myśl, jaka mi przyszła do głowy, była taka, że to może jednak była zaledwie bardzo kąśliwa ironia, i że tak naprawdę Sianecki pragnął jedynie wykpić pewien rodzaj obsesji, zgodnie z którą za każdym rogiem czai się spisek. Jednak nie. Myśmy sobie ten fragment audycji obejrzeli kilkukrotnie i zarówno w głosie, jak i w oczach, jak i w ogóle w całym wyrazie twarzy Sianeckiego, nie było śladu owej kpiny. Ja mam wrażenie, że ja bardzo dobrze znam zarówno Sianeckiego, jak i ten jego słynny, niby ukrywany chichot, tu jednak na jego twarzy malowała się coś, co mógłbym nazwać smutną refleksją.
A później już było tylko lepiej. Towarzyszący Sianeckiemu Artur Andrus, najpierw zrobił minę, jakby mu na łeb spadł 16-tonowy odważnik, a potem wydukał mniej więcej coś w rodzaju: „O, to widzę, że pan tu nam jakieś spiskowe teorie wygłasza”. I na to, wciąż z tym swoim delikatnym, smutnym uśmiechem, Sianecki powiedział coś takiego: „Proszę sobie wyobrazić, że to nie ja. Niech mi pan uwierzy, że to nie ja”.
I bez dodatkowych słów, zmienił temat.
Ktoś mnie zapyta, czy jestem pewien, że mi się coś nie pomyliło, a ja bardzo chętnie odpowiem, że owszem, jestem pewien. Ja naprawdę znam tych cwaniaków bardzo dobrze i bardzo dobrze wiem, co oni potrafią. Był czas, że ja niemal zawodowo studiowałem ich zachowania i zdążyłem się nauczyć każdej z tych ich sztuk. Tym razem jednak, jeden z nich z tą swoją przedziwną deklaracją wyskoczył jak Filip z konopii. Po co? Co mu strzeliło do głowy? Jakie on ma plany? Pojęcia nie mam. Możliwe oczywiście, że zwyczajnie zwariował, ale tego nie wiem. Mówię jak było, a było jak mówię. I nie zdziwię się, jeśli się okaże, że to dopiero początek.

Zachęcam do kupowania naszych książek. Z tego co słyszę, zarówno „Elementarz”, jak i „Marki, dolary…” są już na wyczerpaniu. Jeśli ktoś nie ma, proszę się spieszyć. O dodrukach na razie nie ma mowy. Wszystko można zamawiać pod adresem www.coryllus.pl.

niedziela, 26 lipca 2015

Like A Rolling Stone, czyli złote gody

Miniony tydzień tak nas wciągnął w różnego rodzaju bieżące wydarzenia, że przegapiliśmy absolutnie niezwykłą rocznicę. Oto w dniach 15 i 16 czerwca 1965 roku Bob Dylan nagrał, a 20 lipca tego samego roku wydał na płycie „Highway 61 Revisited”, jedną z najwspanialszych swoich piosenek „Like A Rolling Stone”. A zatem parę dni temu minęło okrągłe 50 lat od zdarzenia podwójnie znaczącego: publikacji tego niezwykłego przeboju, oraz wydania owego albumu – zdaniem niektórych najwybitniejszego albumu Boba Dylana. Z tej okazji chciałbym przedstawić jeden z rozdziałów mojej książki o muzyce, którego pozornym bohaterem jest akurat Al Kooper, ale o którym chyba jednak nie mielibyśmy wiele do powiedzenia, gdyby nie geniusz Boba Dylana.

W filmie Scorsesego o Dylanie, Al Kooper przedstawia niezwykle interesującą historię związaną z nagrywaniem być może najwybitniejszego, obok „Blonde On Blonde” i „Blood On The Tracks”, albumu Dylana, „Highway 61 Revisited”. Otóż kiedy miały rozpocząć się sesje, producent nagrania, Tom Wilson poprosił swojego kumpla, Koopera właśnie, żeby wpadł do studia i im potowarzyszył. Kooper nie miał grać na płycie – Dylan miał już odpowiedniego gitarzystę – Mike’a Bloomfielda. Chodziło tylko o to, żeby sobie tam z nimi pobył. Jednak Kooper, już wtedy niezwykle zdolny, a przede wszystkim bardzo ambitny, gitarzysta, wziął ze sobą gitarę i tylko czekał na okazję, żeby się podłączyć. Tak się jednak zdarzyło, że w pewnym momencie usłyszał Bloomfielda w akcji, i tak się okropnie zawstydził, że szybko ze swoją gitarą uciekł gdzieś w kąt.
Jednak myśl, żeby nie zaprzepaścić tej szansy i jakoś na tej płycie zaistnieć, była w nim tak silna, że korzystając z okazji, że oryginalny organista na chwilę przesiadł się do fortepianu, podszedł do Wilsona i zaczął go zapewniać, że właśnie wpadł mu do głowy fantastyczny pomysł na partię organ, i że on jest im gotów to zagrać. „Al, przecież ty nie grasz na organach” – zaprotestował Wilson. „Ależ oczywiście, że gram” – odpowiedział Kooper. I właśnie wtedy, kiedy Wilson miał już go ostatecznie pogonić, zadzwonił telefon, Wilson na jakiś czas odszedł, a Kooper, znów korzystając z okazji, szybciutko usiadł przy klawiszach, i kiedy zespół zaczął się przymierzać do kolejnej wersji piosenki, zaczął z nimi grać… No i w tym momencie okazało się, że to jest jakiś dramat, bo oto Dylan krzyczy: „You used to laugh about, everybody that was hangin’ out!”, a Kooper – będąc gitarzystą oczywiście, a nie organistą – gra kompletnie obok, wyprzedzając zespół o ten ułamek chwili, jakby się bał, że Wilson zaraz wróci i go wyrzuci.
No i stało się. Podczas odsłuchiwania kolejnych wersji numeru, Dylan nagle usłyszał grającego na organach Koopera, no i zdecydował: „Dajcie te organy głośniej”. I tak właśnie powstała ostateczna wersja piosenki Dylana „Like A Rolling Stone”, no a na kolejnej płycie Dylana „Blonde On Blonde”, Bloomfielda już nie ma, natomiast Kooper jak najbardziej. I gra oczywiście… na organach.
Czemu uważam tę historię za aż tak znaczącą i aż tak wartą ponownego opowiedzenia? Otóż przede wszystkim dlatego, że mi ogromnie zaimponowała reakcja Koopera na grę Bloomfielda. Przecież to nie było tak, że Kooper był słaby, lub że jeszcze wtedy był muzykiem zaledwie aspirującym. Skoro on tam się wówczas znalazł, to on nie mógł być byle kim. A jednak usłyszał Bloomfielda i się zawstydził. Usłyszał Bloomfielda – wcale nie jakiegoś starego mistrza, ale chłopaka ledwo parę lat starszego – i schował tę swoją gitarę do futerału.
Ale jest jeszcze coś. I wcale nie mam tu na myśli reakcji Dylana. Kto go zna, nie takie rzeczy widział. Chodzi mi mianowicie o to, że na następnych wiele lat Bloomfield i Kooper zostali bliskimi przyjaciółmi i jeszcze bliższymi współpracownikami. I chodzi mi też o to, że dwa lata po tamtej tak ważnej dla nas wszystkich sesji, to Al Kooper właśnie założył zespół Blood Sweat & Tears, dał im ten swój nieprawdopodobny wręcz głos, napisał dla niech szereg znakomitych kompozycji, w tym nieśmiertelne, dedykowane Otisowi Reddingowi, „I Love You More Than You Will Ever Know”, i mimo że wprawdzie już po roku dostał na nich cholery i zostawił ich samych na pastwę losu, oni sobie fantastycznie poradzili i – nie obchodzi mnie, co mówią specjaliści – ale dla mnie jest rzeczą bezdyskusyjną, że to dopiero oni tak naprawdę rozpoczęli coś, co można z czystym sumieniem nazwać jazz rockiem. Nie Graham Bond, nie Soft Machine, oczywiście też nie Paul Butterfield, ale właśnie oni. I – mimo że ich drugi album był jeszcze lepszy od pierwszego – wierzę, że to on za tym wszystkim od samego początku stał. I wcale nie jestem pewien, czy gdyby nie on i nie Blood Sweat & Tears, mielibyśmy choćby Colosseum, If, Chicago, czy Chase, nie mówiąc już o tych mniejszych. A skoro tak, zawsze jest miło zobaczyć, jak tak wielki talent rozkwitał od samego początku. I ile najwspanialszej muzyki by nas ominęło, gdyby nie on właśnie. A zatem, dla Ala Koopera: Trzykrotne hip hip hurra! Za wszystko.

I taka to historia. Na koniec bardzo chciałbym prosić wszystkich zainteresowanych, by zechcieli otworzyć sobie poniższy link. Oczywiście wolałbym, żeby zamiast niego pojawił się tu gotowy klip, ale ze względów o których łatwo się jest już za chwilę przekonać, jest to niemożliwe. A zatem, bardzo serdecznie zachęcam, również do korzystania z kursorów. Czegoś takiego chyba jednak dotychczas nie było:
http://video.bobdylan.com/desktop.html

Jeśli ktoś ma ochotę na więcej, zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut.

piątek, 24 lipca 2015

Czy Bronisław Komorowski i Czesław Kiszczak zostaną zbawieni?

O zamówionej przez diabli wiedzą kogo mszy dziękczynnej za pięć lat prezydentury Bronisława Komorowskiego nie miałem ochoty pisać z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja już na najbliższe dni mam parę tematów oczekujących, do których jestem bardzo przywiązany i nie mogę się doczekać aż je będę mógł tu przedstawić, drugi natomiast związany jest z moją bardzo silną niechęcią do komentowania decyzji mojego Kościoła, zwłaszcza gdy chodzi o jego relacje z ludźmi, których osobiście uważam za bezbożników większych od siebie. Pamiętam zarówno pojawiające się wokół komentarze, ale również swoje własne emocje, kiedy po do dziś nie do końca wyjaśnionej śmierci Bronisława Geremka, w warszawskiej katedrze, przy najbardziej uroczystej koncelebrze, została odprawiona Msza Święta za jego duszę. I to wtedy napisałem zdanie, z którego do dziś jestem bardzo dumny, a w którym wyraziłem przekonanie, że oni wszyscy tak naprawdę nic poza tym nie mają: „Jakiż to miałby pogrzeb wspomniany już profesor Bronisław Geremek, czy, jeszcze wiele lat jeszcze przed nim, Jacek Kuroń, gdyby zamiast w warszawskiej archikatedrze, został pożegnany w Pałacu Kultury, albo w budynku Sejmu, albo choćby i na brukselskich salonach, a mistrzami ceremonii byłby były premier Bielecki, red. Michnik i ewentualnie - jako osoba pobożna - Lech Wałęsa?
I oto dziś, na wiadomość, że 6 sierpnia, w dniu zaprzysiężenia Andrzeja Dudy, w jednym z warszawskich kościołów odbędzie się msza dziękczynna za prezydenturę Bronisława Komorowskiego, wielu moich przyjaciół wyraża pełne rozpaczy oburzenie, że oto stajemy wobec ciężkiej profanacji. Doszło nawet do tego, że któryś z nich zasugerował, że jeśli Kościół nie wycofa się z tego rzekomo bluźnierczego projektu, będziemy mieli do czynienia z jego ostatecznym końcem.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że nic podobnego ani nam, a ni naszemu Kościołowi nie grozi. Ja dziś mogę zajść do swojego księdza proboszcza i zamówić u niego mszę za swojego brata, który nie dość że nie wierzy w Boga, to jeszcze jest bardzo agresywnym antyklerykałem, w podziękowaniu za jego długie, dobre i uczciwe życie, a ksiądz nie będzie miał żadnego wyjścia, jak ową intencje ode mnie przyjąć i mszę odprawić. Bo w ten sposób działa nasz Kościół. Jest otwarty na wszystkich, a niewykluczone że na nich najbardziej. Powiem więcej. Jeśli mój brat zdecyduje się wziąć udział w tej mszy i z pragnienia czystej psoty przystąpi do Komunii Świętej, ksiądz tej Komunię ma obowiązek mu udzielić, bo jeśli tego nie zrobi, wyjawni coś, czego publicznie wyjawnić mu nie wolno.
Tak – powtórzę to raz jeszcze – zorganizowany jest nasz Kościół. I tak właśnie jest bardzo dobrze. Nie mają bowiem znaczenia intencje, jakimi kierowali się ci, którzy postanowili, że to będzie bardzo zabawny figiel, jeśli w dniu zaprzysiężenia Andrzeja Dudy, warszawscy biskupi odprawią uroczystą Mszę w intencji Bronisława Komorowskiego za jego lata służby Bogu i Ojczyźnie. Nie będzie też miało żadnego znaczenia to, jeśli podczas tej Mszy, obok samego prezydenta i jego żony, do Komunii przystąpią Ewa Kopacz razem z Michałem Kamińskim, a oboje wspólnie jeszcze tam wciągną ledwo żywego Czesława Kiszczaka. Oczywiście, ja biorę pod uwagę, że ktoś się tym widokiem zgorszy, jednak, przepraszam bardzo, ale to jest już problem tylko tych zgorszonych.
I dla nich właśnie mam moim zdaniem bardzo dobrą radę: jeśli tak bardzo sobie cenicie własne zgorszenie, to postarajcie się je inwestować, myśląc bardziej o sobie, a nie o jakichś czarownikach.

Przypominam że pierwsza książka z felietonami z tego bloga jest jeszcze dostępna pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.

O dobrym doktorze Bartoszu i jego nieroztropnych kolegach

Mamy piątek, a więc kolejny numer „Warszawskiej Gazety”. Szczerze zachęcam, nie tylko ze względu na mój felieton.

Mamy czas wakacji, upał nie opuszcza, zmiana lokatora na Krakowskim Przedmieściu jeszcze nieco przed nami, można więc chyba zająć się sprawami mniej poważnymi.
Jestem pewien, że część z nas pamięta jeszcze medialne doniesienia o tym, jak to były już minister zdrowia Bartosz Arłukowicz udawał się gdzieś samolotem i podczas lotu uratował życie jednemu z pasażerów, który z jakiegoś powodu zasłabł. Ton informacji był taki, że pasażer ów stracił przytomność i kiedy wydawało się, że sytuacja robi się bardzo niebezpieczna, akurat w pobliżu znalazł się dzielny pan minister, podjął akcję ratowniczą, zastosował wszelkie niezbędne czynności i szczęśliwie swojego współpasażera uratował. Komentujący sprawę dziennikarze jeszcze przez parę dni rozpisywali się z jednej strony o bohaterstwie Arłukowicza, z drugiej o jego wyjątkowo zimnej krwi, ale przede wszystkim o jego niezwykłym kunszcie zawodowym. W pewnym momencie, doszło do tego, że któraś z gazet zwróciła się do innego lekarza o ocenę umiejętności zawodowych ministra zdrowia i lekarz ów mógł tylko potwierdzić, że z opisu zdarzeń wynika, że wszystko co Arłukowicz zrobił – zrobił bez zarzutu.
Dni mijały, news o dzielnym ministrze został wyparty przez nowe doniesienia na temat przygód pani premier Kopacz w wagonach restauracyjnych na trasach Pendolino, i oto czytam dziś w jednym z zaprzyjaźnionych tygodników, że ów dramatyczny incydent w powietrzu, choć oczywiście jak najbardziej poruszający, zasługiwał na zdecydowanie więcej naszej uwagi, niż pierwsza z brzegu wakacyjna plotka. Oto, jak się dowiadujmy, uratowany przez Bartosza Arłukowicza pasażer, to nie zwykły obywatel, lecz sam senator Platformy Obywatelskiej Sławomir Preiss, który w towarzystwie partyjnych kumpli, z ministrem Arłukowiczem na czele, udawał się samolotem z Warszawy do Szczecina. I stało się tak, że ów Preiss w pewnym momencie się tak, że tak powiem, „nawalił”, że zaczął kolegom schodzić. No i to wtedy właśnie doktor Arłukowicz wkroczył do akcji i wyrwał Preissa z objęć śmierci.
Dokładnych szczegółów tygodnik nie podaje, a zatem nie wiadomo, czy oni wszyscy tam byli po wypiciu, tyle że Preiss gorzej zniósł pobyt w powietrzu, czy może ten Preiss już tak ma, że nigdzie się nie rusza bez flaszki, a reszta, włącznie z Arłukowiczem, leciała na trzeźwo. Nie wiemy też, co tak naprawdę Pressowi się stało, a więc, czy jemu trzeba było robić aż sztuczne oddychanie, czy tylko wystarczyło go przewrócić na brzuch, żeby się nie udławił. To jednak jest nie tak już ważne. Wbrew temu, co się nam może wydawać, nie jest nawet ważne, że oni tam najwyraźniej są już w takim stanie, że grzeją ostro i na okrągło. To co naprawdę zadziwia, to fakt, że reżimowe media wciąż potrafią człowieka zaskoczyć. Kiedy wydawało się, że oni nam już pokazali wszystko, numer z bohaterskim doktorem Arłukowiczem przebija wszystko. I dowodzi, że tak naprawdę wiele jeszcze przed nami.

Przypominam, że mam tu u siebie jeszcze kilka ostatnich egzemplarzy pierwszego zbioru felietonów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Osobista dedykacja w cenie. Gorąco namawiam do zgłaszania się pod adresem toyah@toyah.pl.

czwartek, 23 lipca 2015

O Mszę dla Polski

Mogę oczywiście czegoś nie pamiętać, czy w ogóle mogło się zdarzyć, że coś przegapiłem, jednak wydaje mi się, że sposób, w jaki przy okazji ledwo co przeżywanego przez nas procedowania przez polski parlament tak zwanej „ustawy o leczeniu niepłodności”, a w rzeczywistości legalizacji metody in vitro w jej możliwie najbardziej liberalnej formie, na to co się dzieje zareagował Kościół, był w całej najnowszej historii Polski absolutnie unikalny. Mieliśmy tu naprawdę bardzo wiele najróżniejszego rodzaju sytuacji, gdzie wielu z nas wręcz modliło się o to, by wreszcie biskupi zabrali głos, a po tamtej stronie pojawiała się albo kompletna cisza, albo jakieś nikomu nic nie mówiące wypowiedzi – bez celu i bez powodu. Tym razem jednak Kościół najwidoczniej uznał, że nie dość, że nie można milczeć, to jeszcze konieczne jest wołanie głośne bardzo, jednoznaczne i adresowane możliwie bezpośrednio. No i na poziomie najwyższym, czyli Episkopatu.
Jaki był wynik tych apeli wiemy już dziś wszyscy, a widząc, w jaki sposób przez wielu, jak słyszę, członków mojego Kościoła, potraktowany został głos Hierarchii wraz z wysyłanymi przez nią wszystkim możliwymi ostrzeżeniami, czuję już nawet nie smutek, ale zwykły lęk. Bo to co przed nami to w moim rozumieniu oczywisty rozłam. Z tego co słyszę, doszło do tego, że już w krótce w jednym konfesjonale będzie siedział ksiądz A, w drugim ksiądz B, tu komunii będzie udzielał ksiądz C, a tam ksiądz D – i do każdego z tych punktów ustawiać się będą osobne kolejki. Aż wreszcie może zareaguje Watykan. A ten chyba jednak ma inne rzeczy na głowie, niż zaglądanie do Polski i rozdzielanie tam politycznie zwaśnionych stron.
W poprzednią niedzielę udaliśmy się na mszę świętą w kościele pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła w Szentendre pod Budapesztem. Pisałem o tym trochę w jednej z poprzednich notek, dziś więc tylko parę dodatkowych refleksji. Ale może jednak zacznę od pewnego dawnego dość wspomnienia. Nie wiem, ilu z nas pamięta Piotra Wierzbickiego, człowieka, który zanim przeszedł do „gazowni”, był naczelnym „Gazety Polskiej”, ale jestem pewien, że jeśli już, to każdy ma swoje powody, by czy to Wierzbickiego szanować, czy go nie lubić. Gdy jednak chodzi o mnie, ja go wspominam za jedno zdanie, które ten zamieścił w swojej książce o tak zwanym „szarym człowieku”, a brzmiało ono mniej więcej tak, że szarego człowieka możemy spotkać w Polsce wszędzie, z wyjątkiem w kościele na Mszy Świętej. W kościele podczas Mszy Świętej, zdaniem Wierzbickiego, ludzie, którzy zwykle choćby i są wyjątkowo szarzy, stają się natychmiast kolorowi. Przypomniał mi się więc ów Wierzbicki, kiedy rozglądałem się ciekawie po kościele w węgierskim miasteczku Szentendre i obserwowałem modlących się ludzi. Były tam więc oczywiście osoby starsze, ale też mnóstwo młodych małżeństw, rodzin z małymi dziećmi, ale też młodzieży, nastoletnich dziewcząt i chłopców. Ponieważ był tragiczny upał, a miejsce ściśle wakacyjne, wszyscy byli ubrani bardzo lekko, to co mnie jednak uderzyło, to fakt, że kobiety, nawet jeśli do kościoła przyszły ubrane w lekkie stroje, po wejściu do kościoła wszystkie – i mówiąc „wszystkie” w najmniejszym stopniu nie przesadzam – wyjmowały z torebek specjalne szale i przykrywały nimi ramiona. I w ten sam sposób zachowywały się zarówno panie w starszym wieku, w wieku średnim, ale też te najśliczniejsze węgierskie dziewczyny, których tam było, jak na moje nerwy, dużo za dużo. One wszystkie wyjmowały ze swoich torebek albo te chusty, albo lekkie sweterki i zakrywały nimi ramiona. A obok nich stali starsi panowie i młodzi chłopcy i wszyscy byli tak piękni i skupieni i rozmodleni, że ja nagle zacząłem sobie zadawać pytanie, czy to możliwe, że oni po wyjściu z kościoła staną się znowu szarzy?
No a potem była już tylko msza i to nabożeństwo, to skupienie i te śpiewy – tak wstrząsające, że ja czegoś takiego u nas w Polsce nie miałem okazji przeżyć. Msza się skończyła, Kościół wstał, wyszedł i tam już na zewnątrz po chwili zrobił się kolejny tłum, złożony z ludzi, którzy sobie tam stali i rozmawiali. A mi tylko udało się jeszcze zrobić parę zdjęć, jeszcze zanim ich było już na tyle dużo, by mi się wszyscy w tym Kościele roztopić. Proszę, rzućmy okiem na jedno z nich. I miejmy nadzieję, że ta ich wiara – i ta wierność – dotrze w jakiś sposób i do nas. Bo, nie oszukujmy się, wyjątkowo ich potrzebujemy.

środa, 22 lipca 2015

I zawsze śmierć, jej żywy krok

Jednym z miejsc w Budapeszcie, których nie wolno nie odwiedzić jest oczywiście tak zwane Muzeum Terroru, gdzie każdy kto życzy sobie poznać najnowszą historię narodów, które miały to nieszczęście, by najpierw przejść przez czasy niemieckiej okupacji, a następnie przez nieszczęścia komunizmu. Dwie rzeczy uderzają, kiedy już kupi się ten bilet i minie ten sowiecki czołg, który jest do obejrzenia za darmo, jak te niedźwiedzie w warszawskim zoo: pierwsza to ta, że tu nie ma mowy o jakichkolwiek żartach, kabaretach i wesołych anegdotach z czasów minionych, a druga, że to muzeum to jest kawałek absolutnie profesjonalnej roboty. Miałem dwa razy okazję oglądać Muzeum Powstania Warszawskiego, byłem też bardzo niedawno w Muzeum Polskich Żydów i powiem szczerze, że nie ma sposobu by jedno i drugie próbować porównywać do budepesztańskiego Muzeum Terroru. Przepraszam bardzo ale to jest kosmos.
Nie będę przedstawiał tu tego wszystkiego co tam widziałem i przeżywałem, bo uważam, że każdy z nas powinien znaleźć okazję, by pojechać na Węgry i postarać się zwiedzić to miejsce, natomiast chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Węgrzy okresu komuny w żaden sposób nie traktują jak okazji do wesołych wspomnień, a wszelkich związanych z tamtym czasem pamiątek, jako elementów nowej popkultury. A zatem, podejrzewam, że gdyby któremuś z nich pokazać polską knajpę pod nazwą na przykład „Słodycze PRL-u”, gdzie cały wystrój sali oparty jest na socrealistycznej estetyce, ten ktoś mógłby się bardzo zdziwić. Na Węgrzech to całe nieszczęście pozostaje nieszczęściem i tylko nieszczęściem.
I to jest refleksja pierwsza. Druga z nich jest związana z niejakim Matiasem Rakosim, czy może lepiej, jak to wolą Węgrzy, Rakosim Matiasem, jednym z największych i najbardziej okrutnych zbrodniarzy, jaką w całej swej historii nosiła święta ziemia. Otóż kiedy się przechodzi przez owo nieprawdopodobne wręcz muzeum, można odnieść wrażenie, że tak naprawdę owe czasy terroru to są tylko oni – ten łysy człowiek bez szyi i jego skośnooka żona. Ponieważ tam większość informacji jest podana w języku węgierskim, nie jest łatwo się zorientować, z kim tu mamy do czynienia, jednak obecność tego Rakosiego na każdym niemal kroku, czy to w postaci wielkich socrealistycznych obrazów, czy zdjęć, czy starych filmów, czy oryginalnego modelu samochodu, którym on jeździł, a wszystko to w kontekście absolutnie nie skłaniającym do relaksu, wskazuje, że tak naprawdę węgierska pamięć jest splątana na zawsze wokół tych dwojga ludzi – owego Rakosiego i jego żony gdzieś z dalekiej Jakucji.
Ponieważ od kilku dni wciąż mam te Węgry w głowie, staram się nadrobić wszelkie braki, jakie nazbierały mi się przez całe życie i oto znajduję informację, że ów Rakosi, wywieziony przez Sowietów z Węgier w roku 1956 nigdy już nie wrócił do kraju i zmarł na owym szczególnym wygnaniu w mieście Gorki w 1971 roku. Czytam też że w roku 1970 komunistyczne władze Węgier wydały Rakosiemu zgodę na powrót do ojczyzny, pod warunkiem, że nie będzie się angażował w politykę – co też musi świadczyć o jego szczególnym statusie! – jednak ten im bardzo wyraźnie pokazał, gdzie jest jego prawdziwa ojczyzna i już tam w tym Gorkim został.
Czytam też, że po jego śmierci, skutkiem starań czy to rodziny, czy przyjaciół, czy politycznych wyznawców, prochy Rakosiego zostały sprowadzone na Węgry i spoczęły w na budepesztańskim cmentarzu Farkasrét, jednak jego grób do dziś jest oznaczony jedynie inicjałami, w obawie przed tym, że ktoś przyjdzie i najpierw zrówna go z ziemią, a potem się na niego wysra. Póki co jednak, wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcie, by się przekonać, że ktoś bardzo dba, by temu złu nie stała się najmniejsza krzywda.
I taka to historia. Co ona nam mówi? Sam się zastanawiam.



Przypominam, że ostatnie już egzemplarze książki „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie. Polecam serdecznie.

wtorek, 21 lipca 2015

O pomniku, którego nienawidzą bardziej niż nas



W poprzedniej notce wspomniałem o pomniku, który stoi na budapesztańskim Placu Zwycięstwa i jest bardzo brutalnie kontestowany przez polityczne środowiska żydowskie, zarówno w samych Węgrzech, jak i naturalnie za granicą, no a skoro przez nie, to i jak najbardziej przez różnego rodzaju lokalne agendy. Chciałbym więc dziś może temat ów potraktować osobno, tak byśmy może dowiedzieli się na ten temat nieco więcej, i choćby w ten sposób poczuli wspólnotę losów wobec owej niebywałej wręcz agresji.
Kiedy wiosną zeszłego roku Węgrzy przystąpili do budowy pomnika mającego na celu upamiętnienie ofiar niemieckiej okupacji roku 1944, niemal wszyscy amerykańscy kongresmeni żydowskiego pochodzenia zwrócili się z petycją do premiera Victora Orbana, by się opamiętał i z realizacji swojego projektu wycofał. Wprawdzie wówczas jeszcze chyba nie były znane ani ostateczny kształt a już na pewno do końca symbolika pomnika, jednak przeciwko Węgrom skierowano całą siłę owego protestu, z tego jednego powodu, że im nagle przyszło do głowy uznać, że oni akurat mogą mieć coś do powiedzenia na temat II Wojny Światowej, poza pokornym przyznaniem się do swojego w niej udziału w charakterze sojuszników hitlerowskich Niemiec.
Amerykańcy Żydzi zarzucili więc Węgrom, że kiedy ci próbują na swój sposób upamiętnić ofiary niemieckiej okupacji Węgier, za tym gestem wręcz automatycznie stoi równoległa próba usprawiedliwiania udziału samych Węgrów w Holokauście, bo zdaniem Żydów, każdy przytomny człowiek wie, że gorliwość z jaką Węgrzy mordowali ich ojców i dziadków często przekraczała to, czego od nich wymagali niemieccy okupanci. A na to, by ktokolwiek próbował oskarżać Niemców o to, co nie było ich udziałem, żaden Żyd nie pozwoli.
Pomnik w proponowanym kształcie”, powiedział kongresmen Eliot Engel, „który przez obraz anioła atakowanego przez niemieckiego orła symbolizuje zwolnienie Węgrów z odpowiedzialności za Holocaust, nie doprowadzi do zgody, a bolesne rany jedynie rozdrapie. Byłoby czymś bardzo smutnym, gdyby rząd węgierski podtrzymał swoje plany budowy pomnika, który stanowi przykład dramatycznego braku wrażliwości i w ten sposób nie może właściwie upamiętnić tamtego strasznego czasu”.
Inny przedstawiciel amerykańskiej diaspory, kongresmen Henry Waxman dodał: „Jest mi bardzo przykro, kiedy widzę jak zapowiadany pomnik ma zafałszować rolę, jaką Węgrzy odegrali przy deportacji swoich żydowskich współobywateli i mam tylko nadzieję, że premier Orban wspólnie z organizacjami żydowskimi wypracuje odpowiedni sposób upamiętnienia tego, co tworzy wojenne doświadczenie wszystkich Węgrów”.
W reakcji na ów atak, Victor Orban przedstawił swoje stanowisko w czterostronicowym liście, w którym napisał między innymi: „Ofiary – czy to żydzi, czy chrześcijanie, czy osoby niewierzące – były ofiarami niemieckiego imperium, które jednym zbrodniczym gestem zakwestionowało dwa tysiące lat chrześcijańskiej tradycji. Przyznaję z bólem, że kolaboracja węgierskich elit z niemieckim okupantem pozostaje naszym grzechem, który trudno wybaczyć, jednak nie może być tak, by Węgrzy brali na siebie odpowiedzialność za grzechy, których nie popełnili. Chcemy stwierdzić wyraźnie i jasno fakt, że deportacje nie miałyby miejsca, nie byłoby tamtych wagonów i setek tysięcy ofiar, gdyby nie niemiecka okupacja”.
Stanął więc ten pomnik, na którym widzimy archanioła Gabriela z królewskim jabłkiem z krzyżem i wznoszącym się nad jego głową niemieckim orłem, a wokół trwa nieustanny zgiełk, który nie ustanie dopóki Węgrzy nie pochylą w pokorze głów i nie przyznają, że tak, to oni stali za tym całym nieszczęściem. Nie Niemcy, ale oni. Oczywiście, tak zapewne by nikt krytykom pomnika nie zarzucił kierowania się względami ideologicznymi, pojawiają się też zarzuty natury ściśle artystycznej. Oto ktoś twierdzi, że nad kształtem pomnika nie odbyła się publiczna dyskusja, a to w demokracji nie uchodzi, że sam pomnik jest brzydki i kiczowaty, kto inny wręcz zauważył, że archanioł Gabriel ma twarz młodego Victora Orbana, jeszcze ktoś uznał, że pomnik tak naprawdę upamiętnia niemieckich żołnierzy okupujących Węgry. A autor projektu pomnika, znany i uznany artysta nazwiskiem Párkányi Raab Péter, wciąż cierpliwie tłumaczy, że on zadbał o każdy najdrobniejszy jego element, tak by sprawiedliwość została oddana wszystkim bohaterom tej ponurej historii. A więc pracując nad swoim projektem, zwrócił uwagę na to, by Gabriel owego jabłka nie wznosił w geście triumfu, lecz wręcz przeciwnie, by z przymkniętymi jak we śnie oczyma, z trudem je chronił… poniżył się nawet do tego, by wyjaśnić, że jego modelem nie był młody Orban, lecz – tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa – jego żona. Wszystko na nic.
Stoi więc sobie ten pomnik i choć protest, jaki się wciąż wokół niego organizuje, nie jest tak pełen nieprzytomnej wręcz agresji, jak przed rokiem, kiedy to w obawie przed jego dewastacją cały teren musiał zostać odgrodzony specjalnymi barierkami, to wciąż jest jak najbardziej widoczny, tyle że estetycznie ucywilizowany w postaci wkomponowanego już chyba na stałe w tę przestrzeń pojedynczego drutu kolczastego i całego szeregu żydowskich pamiątek takich jak stare walizki, laski, futerały na skrzypce, i owe dziesiątki kamieni z wypisanymi na nich imionami ofiar, i z tym jednym już tylko żądaniem, by tam na tym placu nikt ani jednym słowem nie wspomniał o tym, że Węgrzy w tamtej wojnie nie byli agresorem, ale przede wszystkim ofiarą.
To, no i jeszcze jedno, trochę ukryte, ale dla każdego, kto tam był i miał czas by się rozejrzeć dookoła idealnie widoczne: by na tym placu było miejsce tylko dla tego jednego wspomnienia, po bohaterskich radzieckich żołnierzach, którzy wyrwali Węgry ze szpon faszystowskiej międzynarodówki i dla tego pięknego napisu: „Chwała radzieckim bohaterom i wyzwolicielom”. To jest coś, co ani nigdy nie przeszkadzało, ani nigdy przeszkadzać nie będzie, ani amerykańskim Żydom, ani europejskim biurokratom, ani węgierskim intelektualistom, i oczywiście ich polskim sojusznikom.
To nie. Nie to.

Jak zawsze zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Szczerze polecam.






niedziela, 19 lipca 2015

Węgry - nasza sprawa, nasza nadzieja, nasz los

To się po przyjeździe do Budapesztu rzuca w oczy niemal natychmiast. Owa, z jednej strony, niezwykła wprost uroda tego miejsca i ludzi – Węgrzy, wedle powszechnie rozumianych standardów, generalnie są wręcz wzruszająco ładni – ale również ten ich, można by powiedzieć, cywilizacyjny majestat, a z drugiej, pewna, wydawałoby się, bardzo starannie ukryta przed obcym okiem, a jednak nieprzyjemnie pulsująca, polityczna agresja, ta sama, której my Polacy mieliśmy okazję doświadczyć w latach 2005-2007 i której wciąż nie możemy zapomnieć. Ponieważ węgierski język jest, jaki jest, a więc dla mnie niedostępny choćby na poziomie domysłu, mogłem liczyć wyłącznie na obraz, oraz na to co znam, czyli pojawiające się tu i ówdzie angielskie słowa. I tak więc, wystarczyło mi raz rzucić okiem na budynek Parlamentu, by dostrzec czarną flagę. Na jego froncie, z jednej strony, wisi flaga Węgier, z drugiej, flaga Europy, a z boku, nagle, tej samej dokładnie wielkości – czarna flaga, diabeł jeden wie, co oznaczająca. Sprawdziłem to oczywiście od razu w Internecie i okazuje się, że ową flagę parę lat temu w proteście przeciwko „orbanowej” konstytucji wywiesiła na „swojej” części budynku opozycja, no i tak już zostało. Wiszą więc dziś na węgierskim Parlamencie trzy flagi: flaga Węgier, flaga Unii Europejskiej, no i czarna flaga zawieszona przez koalicję socjalistów i liberałów, by cały świat widział, że po ośmiu latach jak im naród odebrał władzę, Węgry są wciąż pogrążone w żałobie.
Owo apelowanie do opinii świata zresztą, ową zawstydzającą wręcz „murzyńskość” – jak wiemy, powszechną również i u nas, a objawiającą się w przepraszaniu całego świata za to, żeśmy nie dorośli – widać też na bilbordach, na których Węgrzy przepraszają Europę za premiera Orbana. Rozpoznałem tylko dwa z nich, napisane po angielsku, a więc jeden z hasłem: „Sorry about our primie minister”, jak przeczytałem w Internecie, będący częścią wielkiej społecznej akcji „Europo: przepraszamy za premiera Orbana”, a drugi z napisem: „Welcome to Hungary” zalepionym szyderczo kolejnym: „Closed on Sundays”. Chodzi o to, że od niedawna Węgrzy wprowadzili zakaz handlu w niedzielę, czym upodobnili się do takich krajów jak Austria, Niemcy, Francja, czy Holandia, a zaczęli się odróżniać od Słowacji, Czech, Rosji, Rumunii, Bułgarii, no i naszej Polski, czym narobili sobie wstydu przed tymi, co wcześniej wywiesili czarną flagę na Parlamencie.
Akcja jest dość rozległa, a owe billboardy można rozpoznać po charakterystycznym logo. Niestety, ponieważ są one sporządzone w tym kompletnie egzotycznym dla nas języku węgierskim, nie jestem w stanie powiedzieć, czego jeszcze zdecydowana dziś już mniejszość tego społeczeństwa wstydzi się przed światem, ale, jak sądzę, tematów im nie braknie. Nie zdziwiłbym się na przykład, gdyby część z nich dotyczyła tego, że od pewnego czasu sklepy z alkoholem i papierosami w Budapeszcie wyglądają jak nasze opisywane tu ostatnio parokrotnie domy gry, czy sex shopy, a więc z przesłoniętymi wystawami i czerwoną osiemnastką w kółku wskazującą na to, że w środku jest towar tylko dla dorosłych. Tak. To z pewnością może dla nich być jeden z bardziej dźwięcznych pretekstów, by przepraszać Europę za Węgry.
No i jest też wspaniały, naprawdę piękny, wzniesiony ledwo co w centrum miasta pomnik pojednania węgiersko-żydowskiego, na którym widzimy archanioła Gabriela trzymającego w ręku otrzymane od Boga królewskie jabłko z krzyżem, oraz atakującego go z góry niemieckiego orła, gdy ten próbuje mu ów symbol władzy odebrać. Jak czytam na specjalnej, umieszczonej obok na specjalnym stojaczku przez opozycję informacji, pomnik stanowi bezczelne nacjonalistyczne kłamstwo Orbana, próbujące ukryć odpowiedzialność Węgrów za zbrodnie wojenne, które „były jeszcze większe, niż zbrodnie niemieckie”. W innym miejscu znajduję też informację, że wokół pomnika odbywają się nieustanne demonstracje, podczas których Archanioł jest obrzucany jajkami, a opozycja już zapowiedziała, że kiedy odzyska władzę, pomnik zburzy, żeby Europie do głowy nawet nie przyszła myśl, że Węgrzy, niezależnie od swoich grzechów, ponieśli również ciężką ofiarę w wyniku najpierw niemieckiej, a następnie sowieckiej okupacji. Ofiarę naprawdę wielką.
No ale, jak mówię, sam już kraj i jego mieszkańcy robią wrażenie zarówno cywilizacyjnego, jak i czysto estetycznego cudu. Węgierki są śliczne, Węgrzy bardzo przystojni, a to o czym pisałem przy okazji naszej zeszłorocznej wizyty w Wiedniu, że tam niemal w ogóle nie widać tego wytatuowanego, obwieszonego kolczykami europejskiego wieśniactwa, tego „nowego brudu” udającego „nowy społeczny porządek”, na Węgrzech jest jeszcze bardziej widoczne. Powiedziałbym, że Węgrzy wyglądają jak wiedeńczycy, tyle że są od nich zdecydowanie ładniejsi.
No i wszyscy mówią po angielsku. Po prostu wszyscy. Nawet bileterzy w pociągu. Nawet kasjerki w marketach. Nawet pani sprzedająca bilety w ubikacji na dworcu.
No i w Szentendre, pięknej wiosce, gdzie mieszkaliśmy, zaszliśmy do kościoła na niedzielną mszę. Kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła wypełniony był – do tego stopnia, że część ludzi stała – rodzinami z dziećmi, młodzieżą, ludźmi już mocno starszymi, matkami i ojcami z malutkimi dziećmi na rękach i wszyscy modlili się tak gorliwie, że muszę przyznać, że takiego stanu religijnego skupienia w Polsce nie widziałem. I jak oni śpiewali! Szentendre to miejscowość ściśle turystyczna, położona nad samym Dunajem, z bardzo klasyczną promenadą z hotelikami i restauracjami, plażą, na której siedzi młodzież i pali ogniska… i proszę sobie wyobrazić, że przez te pięć dni, jak tam byliśmy, nie widziałem jednego pijanego. Całe to wybrzeże od rana do później nocy wypełnione było tłumami ludzi spędzającymi tam wakacje – w większości Węgrami – i ani razu nie słyszałem, by ktoś po pijaku darł mordę… więcej – by ktoś się zachowywał demonstracyjnie głośno.
W ostatni wieczór zostaliśmy w Budapeszcie aż zrobiło się całkiem ciemno, by popatrzeć sobie na nocne miasto, na podświetlone place, na światła Parlamentu, zamki i wieże kościołów. Na Parlamencie wciąż wisiała czarna flaga, a pod pomnikiem pojednania węgiersko-żydowskiego wciąż leżały stare walizki, laski i kule, futerały na skrzypce, jakieś stare krzesło, zdjęcia pomordowanych Żydów i dziesiątki kamieni z powypisywanymi imionami „ofiar węgierskiego holocaustu”, które tam każdego dnia znoszą ci, co nie spoczną dopóki Węgrzy nie porzucą tej swojej bezczelnej dumy.
Miejmy więc nadzieję, że nie porzucą, a jeszcze chwila i ta czarna flaga na Parlamencie wtopi się w węgierski krajobraz tak samo, jak już powoli się w niego wtapia choćby ów przedziwny pomnik sowieckich żołnierzy na Szabadsag Ter, w którego stronę zmierza pewnym krokiem wykuty w brązie Ronald Reagan, jakby coś im miał bardzo ciekawego do powiedzenia.

Wszystkich Czytelników zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Sczerze zachęcam.

sobota, 18 lipca 2015

In vitro, czyli zabójstwo o stuprocentowej skuteczności

Tekst o Węgrzech, który piszę od wczoraj i bardzo mi na nim zależy, będzie dopiero jutro, dziś natomiast proponuję najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”.

Przed kilkoma dniami miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w audycji Katolickiego Radia Podlasie, w której głównym zaproszonym gościem był wybitny polski lekarz-ginekolog, a jednocześnie znany obrońca życia poczętego, którego zadaniem było przedstawienie słuchaczom istotnych faktów związanych z niewyobrażalnym wręcz oszustwem znanym pod nazwą „in vitro”. Ponieważ, jak mówię, sam miałem zaszczytną okazję w owej audycji uczestniczyć, poza tym tak się składa, że wspomniany lekarz jest od lat moim konsultantem, a my znaleźliśmy się właśnie na prostej drodze do zalegalizowania w naszym kraju owego wyjątkowo czarnego procederu, chciałbym podzielić się w tym temacie paroma bardzo krótkimi uwagami.
Otóż z informacji, jakie zostały mi przekazane przez dr. Fąka, wiemy, że skuteczność wspomnianej metody, i to realizowanej w najlepszych ośrodkach i przy użyciu najbardziej zaawansowanych medycznych technik, sięga zaledwie 20 do 30 procent. A należy pamiętać, że kiedy mówimy o owych procentach, mamy na myśli zaledwie skuteczną produkcję rokującego jakiekolwiek szanse przeżycia zarodka. Jaki jest tego ostateczny efekt, a więc, czy dziecko w ogóle się urodzi i czy będzie na tyle zdrowe, by przeżyć, wszystko to pozostaje już poza podstawową statystyką i, jak się zdaje, nikogo kompletnie nie interesuje. Pieniądze zostały zaksięgowane, robota wykonana. I to nie jest niczyja opinia, ale nagie, powszechnie rozpoznane fakty. To że realna skuteczność owej metody nie przekracza paru procent, to fakt, którego nikt kompetentny nie kwestionuje. Metoda in vitro stanowi cywilizacyjny eksperyment, który z medycznego punktu widzenia stanowi niemal całkowitą fikcję, a jego jedyną funkcją jest, z jednej strony, walka z tradycyjną moralnością, a z drugiej, generowanie zysków dla biznesu.
Wielu przeciwników stosowania metody in vitro w znanej nam postaci zwraca uwagę na fakt, że ceną jej legalizacji jest śmierć wielu niewinnych ludzkich istnień. I to jest fakt równie niepodważalny, jak wspomniana wcześniej nieskuteczność owego procederu. To jest fakt równie jednoznaczny, jak to, że tak naprawdę to owa śmierć stanowi jedyny, praktyczny sukces owego czarnego przedsięwzięcia. Tak naprawdę, w ostatecznym rozrachunku, jedyne czym mogą się pochwalić wszyscy ci, którzy postanowili się zaangażować w realizację owych procedur, jest to, że skuteczność owych zabójstw jest bliska 100 procent.
Zdając sobie sprawę z powagi owej konstatacji, chciałbym jednak wskazać na fakt, że zabijanie ludzi w imię różnego rodzaju ideologii nie dość, że nie jest wynalazkiem współczesnym, to w dodatku przez wielu komentatorów traktowane jest jako coś do tego stopnia zwykłego, że wręcz niewartego uwagi, a w związku z tym nie sądzę, by podnoszenie tej kwestii miało dziś dla nas szczególną wartość praktyczną. To co natomiast ma znaczenie, to fakt, że po raz kolejny, tylko po to, by zabić i jednocześnie mieć z tego realny zysk, również po raz kolejny, świat wielu z nas najzwyczajniej w świecie wystawił do wiatru, a myśmy nawet nie jęknęli.

Przypominam, że mam u siebie jeszcze kilka egzemplarzy z wyczerpanego już nakładu książki o „siedmiokilogramowym liściu”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt mailowy na adres toyah@toyah.pl.

piątek, 17 lipca 2015

Czy Jacek Żakowski robi po godzinach dla braci Karnowskich?

A więc („nie zaczyna się, Osiejuk, zdania od więc!”) podróż na Węgry mamy już za sobą i ja dziś już wiem, że Węgrom – państwu, ale też i Węgrom – ludziom, zostanie tu poświęconych kilka kolejnych tekstów, a i tak, nawet kiedy już temat ostatecznie wyczerpiemy i zamkniemy, trzeba będzie do niego wracać, tak jak trzeba będzie wracać na Węgry. Dziś jednak muszę pisać o czymś zupełnie innym, a to w związku z wiadomością, jaką przeczytałem dziś w nocy w pociągu, która mnie najzwyczajniej w świecie poraziła. I tak jak to się zwykle dzieje, nie chodzi nawet o samą wiadomość, ale o utworzony wokół niej bardzo ponury kontekst.
Ale może zacznijmy od początku. Otóż kiedy parę tygodni temu razem z pewnym księdzem, oraz z moim kuzynem-ginekologiem występowaliśmy w Katolickim Radio Podlasia, kuzyn mój pokazując, w jaki sposób cały ów projekt znany pod nazwą in vitro, a tak naprawdę obejmujący przestrzeń znacznie szerszą i głębszą, jest niczym więcej jak prostym i bezczelnym oszustwem, wspomniał o niemieckim leku o nazwie Clexane. Chodziło o to, że jest wiele kobiet, które nie są w stanie donosić ciąży z powodu pewnego organicznego zaburzenia, a które to zaburzenie można skutecznie leczyć przy pomocy owego Clexanu. Rzecz w tym jednak, że wspomniany lek przede wszystkim w ich akurat przypadku nie jest refundowany przez polskie państwo, a przez to jest niezwykle drogi, no a poza tym stanowi część pewnego wręcz zbrodniczego procederu polegającego na tym, że jest on najpierw sprowadzany do Polski po cenie czterokrotnie niższej, a następnie niemal natychmiast odsprzedawany do Niemiec, co sprawia, że go w aptekach zwyczajnie nie ma. Wedle relacji mojego kuzyna – lekarza, ów proceder, którego Clexane jest jedynie drobnym elementem – pod pewnym względem stanowiący aferę nieporównywalną z jakąkolwiek inną – jest prowadzony na linii producent-NFZ-hurtownie-apteki, a cała sprawa praktycznie w publicznej świadomości nie istnieje. Zdaniem mojego kuzyna, żaden innych ze znanych nam przekrętów III RP, może z wyjątkiem tak zwanej „afery FOZ-u”, nie jest w stanie się równać z tym co już od lat, pod czujnym patronatem Ministerstwa Zdrowia, wyprawia się między FOZ-em a owym systemem dystrybucji leków.
Planowałem napisać tekst na ten temat, konsultowałem się ze znajomymi aptekarzami, zbierałem odpowiednie materiały, i oto nagle, jadąc pociągiem z Budapesztu do Katowic, zobaczyłem, że sprawą się zajął „nasz” tygodnik o nazwie „ABC”, a związany z nim, również jak najbardziej „nasz”, portal wpolityce.pl zamieścił kilka tekstów na ten temat w nastroju takim, że oto faktycznie mamy do czynienia z największym skandalem „25 lat wolności”, a oni go właśnie ujawniają.
Ponieważ chciałem zobaczyć, co na ten temat piszą inne media, no i poczuć ów dreszcz autentycznej rewolucji, zacząłem szukać po innych mediach… i proszę sobie wyobrazić, że ani tygodnik „ABC”, ani portal wpolityce.pl niczego nie ujawnił, a jedynie powtórzył doniesienia jeszcze z kwietnia radia TOK-FM. Okazuje się, że już w kwietniu informacja o tym czarnym geszefcie przeszła przez radio TOK-FM – i, jak się zdaje, tylko przez to radio – następnie w kompletnym milczeniu została zarchiwizowana w czeluściach Internetu, by dziś, po trzech, czy czterech miesiącach, zostać ogłoszona z wielkim hukiem jako rewelacja przez tygodnik „ABC”, prawdopodobnie dokładnie z tym samym efektem, co poprzednio. Przeglądam dzisiejsze doniesienia, zaglądam do Onetu, do tvn24.pl, do gazety.pl, do wp.pl, do interii.pl, do salonu24 – wszędzie cisza. Na temat „największej afery 25-lecia” ani słowa. Czy mnie to dziwi? Właściwie nie. W końcu, z tego co widzę, wszystko się zaczęło i skończyło w niemal kompletnej ciszy w kwietniu, czyli w samym środku kampanii prezydenckiej, a zatem po ciężką cholerę wchodzić do tej zamulonej rzeki?
W portalu wpolityce.pl czytam wielki tytuł: „Tygodnik „ABC” ujawnia: Nowa afera lekowa, to skandal dekady. Dlaczego Ministerstwo Zdrowia godziło się na wywóz polskich leków do Niemiec?”, a dalej coś takiego:
To jedna z największych afer Polski pod rządami Platformy Obywatelskiej. Przez ostatnie lata zamiatana pod polityczny dywan, rozrosła się do monstrualnych rozmiarów. Mowa o masowej akcji zagranicznych hurtowni leków, które przez kilka ostatnich lat wykupywały tanie lekarstwa w naszym kraju i wywoziły je do Niemiec i innych krajów UE, gdzie sprzedawano je o wiele drożej.
Skala procederu poraża. Wywiezione z Polski leki warte są ok. 5 mld zł. Konsekwencją afery lekowej jest fakt, że w naszych aptekach brakuje wywiezionych do Niemiec leków, a za droższe zamienniki słono płacą polscy pacjenci. Za aferą lekową sto nie tylko wielki biznes farmaceutyczny, ale przede wszystkim urzędnicy z ministerstwa zdrowia. To oni dali możliwość takiej interpretacji prawa, która pozwoliła na wywóz leków. Urzędnicy zareagowali dopiero po kilku latach!
Najlepsze jednak jest na samym końcu. Proszę się trzymać krzeseł: „W nowym wydaniu „ABC tygodnika aktualnego, bezkompromisowego, ciekawego” – jak co tydzień, w każdą środę zestaw emocjonujących i zaskakujących tekstów do przeczytania. Zapraszamy do lektury i na stronę tygodnika www.abctygodnik.pl oraz na profil ABC na Facebooku”. No i jeszcze to: „W sprzedaży w kioskach w całej Polsce w cenie 3,50 zł. Pismo dostępne jest też w prenumeracie w e-kioskach. W tygodniku także reporterski ‘Magazyn ABC’ oraz ekskluzywny dodatek lifestylowy z gorącymi wiadomościami ze świata showbiznesu i pełnym programem TV na długi czerwcowy weekend – ‘ABC LOOK!’
Mam nadzieję, że już wszystko wiemy. Minęły te trzy miesiące i, jak rozumiem, redakcja „ABC” mogła bezpiecznie przepisać tekst, który wcześniej ukazał się na blogu Jacka Żakowskiego 14 kwietnia tego roku http://zakowski.blog.polityka.pl/2015/04/14/afera-lekowa/, i sprzedać go za te 3,50 zł każdemu z nas, który potrzebuje trochę owego „thrillu”. I to wszystko. To jest ściana, do której dochodzimy, i to jest to, co nam wolno. Podejść pod tę ścianę i powrzeszczeć. Trochę.
Miałem pisać o tym niezależnie od nich wszystkich i dziś już wiem, że dobrze się stało, że nie zdążyłem. Nie ma nic gorszego niż zrobić z siebie naiwnego idiotę.

Przypominam, że mam u siebie jeszcze parę egzemplarzy mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Proszę o kontakt mailowy toyah@toyah.pl. Wszystkie pozostałe są jak zawsze dostępne pod adresem www.coryllus.pl.



sobota, 11 lipca 2015

Wesoła historia o czterech czaszkach w przewodzie wentylacyjnym

Nie wiem, na ile owa wiadomość stała się już własnością publiczną, z tego jednak co zdążyłem zauważyć, sprawą zajęły się przynajmniej Onet i portal wpolityce.pl, a zajęły się w taki sposób, by nikomu nawet do głowy nie przyszło, że wakacje się jeszcze nie zaczęły i że powinniśmy sobie zawracać głowę starymi zmartwieniami.
Żeby nie przeciągać, spójrzmy może, jak nas o tym, co się wydarzyło, informuje „nasz” portal wpolityce.pl i zacznijmy może od tytułu:
Włamanie do bazyliki w Krakowie: Ukrainiec chciał ukraść czaszki. Szukał przodków”.
A dalej idzie tak:
W ręce krakowskich policjantów wpadł student z Ukrainy, który włamał się do Bazyliki Bożego Ciała. Jak informuje ‘Radio Kraków’, 18-latek próbował wykraść z krypty cztery ludzkie czaszki, ale utknął w otworze wentylacyjnym. Po zatrzymaniu tłumaczył, że… chciał szukać swoich przodków.
Ukrainiec został zatrzymany w piątek rano. Do krypty dostał się nocą przez otwór wentylacyjny i tą samą drogą zamierzał się z niej wydostać. Coś jednak poszło nie tak i włamywacz utknął. Wyciągnęli go dopiero wezwani przez policjantów strażacy. Oprócz 18-latka zatrzymano również jego rówieśniczkę, także z Ukrainy, która prawdopodobnie stała na czatach. Oboje są studentami jednej z krakowskich uczelni.
Mężczyźnie grozi dwa lata więzienia za znieważenie zwłok oraz kolejne 10 za kradzież z włamaniem”.
To wszystko. Relacja Onetu – choć również utrzymana w konwencji znanej komedii o Olsenie i jego gangu – jest przynajmniej o tyle cenniejsza, że stamtąd jednak już dowiadujemy się, że nie chodziło o jakieś „czaszki przodków”, lecz o szczątki zmarłych przed laty zakonników, skąd każdy, choćby najmniej inteligentny, jednak wciąż inteligentniejszy od redaktorów mainstreamowych mediów, bardzo już łatwo dojdzie do wniosku, że owa zabawna przygoda z Ukraińcem, który utknął z czterema czaszkami w przewodzie wentylacyjnym, jeśli jest zabawna, to wyłącznie w przestrzeni dla zwykłego człowieka niedostępnej.
Stało się bowiem tak, że dwoje studentów z Ukrainy, którzy przyjechali do Polski, by podjąć studia na „jednej z krakowskich uczelni”, któregoś dnia postanowiło wkraść się do krypty jednego kościołów i zabrać stamtąd czaszki ludzi świętych. Czemu oni to zrobili, z jaką intencją, co planowali dalej z tymi czaszkami robić i jak mocny musiał być ów plan, że doprowadził tych dwoje do aż takiej desperacji, że oni tam poszli i zrobili to co zrobili? Przepraszam bardzo, ale to są moim zdaniem pytania tak ważne, że obraz tego ukraińskiego dziecka, jak się szamocze z tymi schowanymi pod kurtką czaszkami, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, że już nie wspomnę o owym rzekomo humorystycznym akcencie, który tak rozbawił redaktorów portalu wpolityce.pl. To są pytania tak ważne, że nam nie pozostaje nic innego, jak się rozpłakać.
Zwłaszcza gdy przed nami stoją ci, którzy mogliby w naszym imieniu problem poważnie opisać, a jedyne co potrafią, to zarechotać.

Ponieważ dziś w nocy wyjeżdżamy z żoną na pięć dni do Budapesztu, podziwiać sukcesy węgierskiego narodu, powyższy tekst będzie można nieprzerwanie czytać aż do czwartku. Mam nadzieję, że przez te wszystkie dni weżre się on w nasze serca tak, że może coś się zmieni i w nas. Przypominam że moja najnowsza książka „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” jest niezmiennie do kupienia w księgarni po adresem www.coryllus.pl.

piątek, 10 lipca 2015

Czy jedyne co nam zostawią na swoje odejście to loteria?

Przed nami mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Pozornie wakacyjny, jednak, jak się łatwo przekonać, tylko pozornie. Zapraszam.

Wioska, z której pochodzą moi rodzice, nawet jeśli wziąć poprawkę na moje naturalne sentymenty, robi wrażenie nieba na ziemi. Z krótką bardzo przerwą, spędzam tam każdy wolny czas, zima czy lato, od 60 już niemal lat i czym jestem starszy, tym mocniejsze jest moje pragnienie, by tam właśnie ostatecznie spocząć.
W czasach PRL-u, moja wieś, jak zapewne większość polskich wsi, kipiała życiem, a jeśli uwzględnić fakt, że ja akurat spędzałem tam głównie miesiące letnie, a więc czas żniw, owo życie robiło wrażenie szczególne.
Dziś z tamtego dawnego charakteru pozostał oczywiście ogólny krajobraz, którego nie jest już w stanie zmienić całe zło tego świata, nawet jeśli okolice wzdłuż rzeki, włącznie z dawną plażą, zarosły i dostęp do rzeki wyznaczającej dziś już nie tylko granicę państwa, ale Europy, stał się niemal niemożliwy, a pola i lasy przesłonięte różnego rodzaju cywilizacyjnymi wynalazkami. Krajobrazu nie zmieni już nic. Natomiast z mojej wsi zniknął posterunek policji, poczta, ośrodek zdrowia, piekarnia, fryzjer, karczma, szewc, restauracja, sklep GS-u, natomiast najbogatszy człowiek w okolicy wybudował w rynku aptekę, swoją drogą, czynną do godziny 16. Oczywiście zniknęły też zwierzęta. Powstał natomiast duży sieciowy sklep, tak zwany market, który w parę dni zniszczył cały okoliczny handel.
Od wielu już lat nie przejeżdżają też przez moją wieś rybacy, sprzedający ze swoich łodzi wszelkiego rodzaju świeżo złowione ryby.
Kilka lat temu w opuszczonej po maleńkim punkcie spożywczym budzie ktoś z mieszkańców postanowił otworzyć sklep z używaną odzieżą, ponieważ jednak w międzyczasie wioska się mocno wyludniła, popyt na zagraniczną modę okazał się mniejszy niż można się było spodziewać, więc i ten interes wkrótce został zwinięty. W tym roku wejście do budy, włącznie z szybami, zostały przesłonięte, a na góre ktoś umieścił niewielki czerwony neon z napisem „24 h”. I to jest jedyny ślad tego, że tam w środku toczy się jakieś życie. Nawet jednego skromnego szyldu z napisem „Arizona”, czy „Las Vegas”. Tylko te czerwone 24 godziny.
Rozmawiałem dziś z przyjacielem, który nagle przypomniał mi jakimś dziwnym przypadkiem zapomniany przeze mnie fakt, że w słynnej powieści George’a Orwella „Rok 1984”, jedyną powszechnie dostępną dla tak zwanych „proli” rozrywką, a więc przy okazji podstawową emocją, nie była telewizja, która głównie nadawała propagandowe komunikaty, lecz loteria. Nie pamiętałem o owej loterii, a dziś nagle ona mi staje przed oczami, taka realna i tak przerażająca. Loteria.
Piszę ten tekst w autokarze, który wiezie mnie z Warszawy do Katowic, rozglądam się po okolicy i wszędzie widzę te robiące tak kosmiczne wrażenie wiatraki, zwiastujące nadejście nowych, znacznie już bardziej ekologicznych czasów i zastanawiam się, kiedy i u mnie, w moim mieście, punkty z używanymi zagranicznymi ciuchami oraz tureckie kebaby zostaną wyparte przez jeszcze więcej neonów z migającym na czerwono oznaczeniem 24 h.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i korzystania z bardzo szerokiej oferty. Przypominam też, że nakład pierwszego zbioru felietonów z tego bloga zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” jest już wyczerpany, natomiast w domu mam jeszcze kilka egzemplarzy, więc jeśli ktoś sobie życzy, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

czwartek, 9 lipca 2015

O honorowe obywatelstwo miasta Krakowa dla Ewy Kopacz i Beaty Szydło

Jak poinformował portal wpolityce.pl, miasto Kraków przyznało Jerzemu Buzkowi tytuł honorowego obywatela. Za przyznaniem obywatelstwa zagłosowali wszyscy radni z klubu Platformy Obywatelskiej i czegoś, co nosi nazwę „Przyjazny Kraków”, natomiast przeciwko był cały klub Prawa i Sprawiedliwości. Jak twierdzą pomysłodawcy projektu, Buzek otrzymał ów tytuł ze względu na jego oczywiste zasługi dla miasta, które, nawet jeśli przyjąć, że są faktyczne, tu akurat nie mają większego znaczenia, natomiast protest przeciwko wyróżnieniu akurat Buzka sformułowany został na różne sposoby. Radny klubu PiS Józef Pilch powiedział: „Macie jeszcze Krzycha, Rycha, Kopacz i Tuska. Bardzo ciekawi nas, kiedy będziecie zgłaszać kolejne kandydatury. To przechodzi ludzkie pojęcie”, jego partyjny kolega Krzysztof Durek z kolei zaproponował, by „zastanowić się nad polityką przyznawania honorowych obywatelstw”, natomiast przewodniczący klubu PiS w Radzie Miasta Krakowa Włodzimierz Pietrus powiedział, że PiS głosował przeciwko przyznaniu honorowego obywatelstwa Jerzemu Buzkowi, bo „Buzek to obecny europoseł PO i nadanie mu tej godności wpisuje się w kalendarz wyborczy”.
Tyle nasi, natomiast portal wpolityce.pl podaje tę informację w sposób zastanawiająco suchy, jak gdyby uznając, że ani sama informacja nie jest specjalnie ciekawa, ani też do niezwykle celnych i równie dowcipnych uwag lokalnych działaczy PiS-u na temat „Krzycha, Rycha, Kopacz i Tuska” nie ma powodu cokolwiek dodawać.
Tymczasem argumentów, by się w sprawę zanurzyć jest bardzo dużo, tyle że akurat redaktorzy portalu ani nie mają o nich bladego pojęcia, ani też nie są nimi w jakikolwiek sposób zainteresowani. Dlaczego? Bo nie. Owa gnuśność ich już nigdy nie opuści, a my i tak nic tu nie zmienimy.
Wspomnijmy więc na to, czego oni pamiętać nie chcieli. Oto 12 marca 2010 roku, niecały miesiąc przed tym jak został zamordowany, prezydent Lech Kaczyński wydał oświadczenie, w którym napisał: „Pragnę Państwu podziękować za ten jedyny w swoim rodzaju wyraz uznania. Jednak ze względu na zaistniałą wokół tego wydarzenia atmosferę napięcia i nieporozumień, czuję się w obowiązku prosić o zaniechanie tego projektu”. O co chodziło? Otóż część radnych miasta Krakowa postanowiła przyznać prezydentowi Kaczyńskiemu honorowe obywatelstwo, jednak wokół owej propozycji podniósł się taki harmider, że wszystko w jednej chwili trafił szlag, a Prezydent wydał wspomniane wyżej oświadczenie.
Na Facebooku ok. 4,5 tys. osób wzięło udział w wydarzeniu „Nie dla Lecha Kaczyńskiego w Krakowie!”, a przed odpowiednią sesją RM radni Platformy przedstawili właściwą petycję z podpisami. Radni Platformy Obywatelskiej uznali, że próba uhonorowania prezydenta Kaczyńskiego to „wstęp do kampanii wyborczej”. Zarzucali także PiS „kupczenie tytułami i upolitycznianie honorów”. Radny PO Grzegorz Stawowy argumentował, że „do tej pory żaden czynny, wysoko postawiony polityk nie otrzymał tytułu Honorowego Obywatela Krakowa”, natomiast już po wydanym przez Prezydenta oświadczeniu, radny Platformy Jerzy Woźniakiewicz, powiedział, że „Prezydent Kaczyński okazał się bardziej dojrzały od swoich radnych. Dzięki temu uniknęliśmy jeszcze większej awantury”.
Od tamtego czasu mija już szósty rok, jak prezydenta Lecha Kaczyńskiego już z nami nie ma, natomiast widać bardzo wyraźnie, że dziennikarze i politycy, po obu stronach barykady, są dokładnie tacy jak byli – źli, głupi, gnuśni i bezczelni. Tyle dobrego, że internauci osiągnęli dobrą formę i wiedzą, że jeśli mają się w coś angażować, to w sprawy naprawdę ważne i warte uwagi. No i my też wiemy to, że kogoś takiego jak Lech Kaczyński mieć długo nie będziemy.

Gdyby ktoś miał jeszcze ochotę nabyć pierwszy zbiór felietonów z tego bloga, zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” może to zrobić już tylko pod adresem toyah@toyah.pl. Polecam serdecznie i szczerze.

środa, 8 lipca 2015

Polska 2025, czyli o tym jak nasi szykują nam Gotham City w wersji turbo

Myślę, że większości z nas w jakiś kompletnie perwersyjny sposób udało się zapamiętać tamten dzień bardzo dobrze, a zapamiętując, oznaczyło go sobie, jako jeszcze jeden przykład emocjonalnego i intelektualnego upadku Platformy Obywatelskiej i ludzi zajmujących w niej pierwszorzędne miejsca, dla porządku jednak przypomnę. Oto w pewnym momencie, poseł Adam Szejnfeld na swoim profilu na Twitterze wkleił znalezione w Sieci zdjęcie z Kuwejtu, czy może Kataru, lub jakiegoś innego arabskiego państewka i dopisał do niego prognozę, że tak właśnie będzie wyglądała Polska po kolejnych czterech, czy ośmiu latach rządów Platformy. Wokół tej wypowiedzi rozległ się oczywiście najpierw szyderczy śmiech, a po nim przyszły już bardziej poważne analizy, sugerujące, że z tym Szejnfeldem faktycznie jest coś nie tak, i to bardzo mocno i raczej ostatecznie. No bo, powiedzmy sobie otwarcie, znaleźć gdzieś w czeluściach Internetu współczesną parodię Gotham City i uznać, że to jest ten nasz z dawna wymodlony „polisz drim”, to jest wydarzenie nie byle jakie.
A więc, zostaliśmy z tym Szejnfeldem i naszym czarnymi tu bardzo na jego temat myślami, miesiące mijały, i proszę sobie wyobrazić, że oto przedwczoraj właśnie bohaterowie naszej walki, bracia Karnowscy, wypuścili kolejny numer swojego tygodnika z fantastycznym wręcz okładkowym zdjęciem, na którym widzimy jeszcze bardziej niż dzisiaj posiwiałego Jarosława Kaczyńskiego, siwą Beatę Szydło, siwego Andrzeja Dudę i jak najbardziej siwego Andrzeja Dudę, a pod nim bardzo rozbudowany tytuł: „Ciekawe i zaskakujące prognozy naszych publicystów. Polska 2025. Kto będzie wielki, kto spadnie na dno. Piszą: Pawlicki, Zaremba, Janecki, Fausette, Górny, Skwieciński, Kostrzewa-Zorbas”.
Proszę więc, spójrzmy, jakież to zaskakujące prognozy proponują nam owi mistrzowie prawicowej publicystyki na najbliższe 10 lat. Po kolei:
Maciej Pawlicki – „Postawa prezydenta Dudy obudziła drzemiące dotąd instytucje państwa, które wreszcie stanęły w obronie okradanych przez banki obywateli RP. Najpierw więc szefowie i akcjonariusze korporacji bankowych, potem korporacji handlowych, chemicznych, energetycznych, medialnych i innych – zrozumieli, że wraz z rozpoczęciem tej prezydentury w Polsce skończyło się eldorado, że już nie będzie można strzyc Polaków jak bezwolne barany, jak bydło ubojne prowadzić na bankową rzeź.[…] Po dwóch prezydenckich kadencjach Andrzej Duda ma dopiero 52 lata. To dla polityka najlepszy wiek, Andrzej Duda obejmie więc funkcję szefa Unii Europy Środkowej, której był jednym z głównych rozgrywających przez ostatnie lata”.
Ktoś powie, że Pawlicki to bezczelny idiota, a więc nie ma o czym mówić. W takim razie prosimy następnego. Piotr Zaremba, „komentator i publicysta”, o Jarosławie Kaczyńskim – „Ale w roku 2023 poprowadził raz jeszcze zjednoczoną prawicę do zwycięstwa. I raz jeszcze nie został premierem, oddając pałeczkę tym razem Jarosławowi Gowinowi. Teraz zaś, po serii zdumiewających sondaży, miał szansę zostać wybrany na prezydenta po dwóch kadencjach Andrzeja Dudy. W wieku 75 lat!
Ten też kretyn? Dobrze. Prośmy więc Stanisława Janeckiego – „W 2025 roku Donald Tusk ma dużo pieniędzy, ale nie ma spokoju. Dlatego większość czasu spędza za granicą. Spokoju nie ma dlatego, że śledztwo smoleńskie nie zostało zakopane i na jaw wyszły różne przewinienia oraz zaniechania, które kwalifikują się nie tylko na postawienie przed Trybunałem Stanu”.
Janecki się nie liczy? Bierzmy następnego, Krzysztofa Fausette… no, tu niestety jest taki bełkot, że nie ma sposobu na jakikolwiek cytat.
Grzegorz Górny – „Dziesięć minut później stałem pod sceną, gdzie występowały zespoły muzyczne. Jeden grał heavy metal, kolejny punk rocka, następny reggae. Podszedłem do chłopaka i dziewczyny ubranych w stylu grunge. Ona miała na ręce tatuaż z wielkim krzyżem, a on z twarzą Jezusa”.
Robi się niebezpiecznie? Nic nie szkodzi. Jest jeszcze Piotr Skwieciński i jego prognozy – No, niestety, to jest jeszcze gorzej niż u Feusette. Chyba jednak wóda.
Na koniec Grzegorz Kostrzewa Zorbas, a więc człowiek poważny – „Dżihadyści zdobędą broń masowego rażenia”.
Myślę, że nadeszła pora na podsumowanie. Otóż wszystko, co starałem się tu pokazać, stanowi wybór z tak zwanego „dodatku specjalnego” do najnowszego wydania tygodnika „W Sieci”, pod tytułem „Polska 2025”, a ów dodatek zilustrowany jest kompilacją zdjęć z szejnfeldowego twittera, tworzącego jakiegoś urbanistycznego potwora, na widok którego on sam, miłośnik przecież, jak już wiemy, bardzo szczególnego typu estetyki by się ze strachu zwyczajnie wyrzygał. To co widzimy bowiem na tym rysunku, to przykryty tymi wieżowcami Pałac Kultury, co tworzy najbardziej koszmarny koszmar, z jego maleńkim, samotnym fragmentem z napisem – jak na ironię, przekopiowanym w lustrze – Muzeum Techniki. No i wielki tytuł: „Polska 20125”.
Bogu niech będą dzięki!
Oto zatem Polska w wyobraźni czołowych prawicowych publicystów, skupionych w redakcji tygodnika „W Sieci”. A ja już właściwie nie mam nic do powiedzenia poza informacją, że jeśli zdarzy mi się gdzieś na któregoś z nich wpaść, to dojdzie do pokazu przemocy, jakiego świat nie widział. Dlaczego? Z jednego prostego powodu. Mamy oto do czynienia z agresorem, przy którym wszystko to, co widzieliśmy dotychczas robi wrażenie nieszkodliwego zupełnie żartu, a ja naprawdę mam swoje emocje i nie zamierzam ich elegancko ukrywać tylko dlatego, że wiem, że świat się oficjalnie w ogóle się bardzo skiepścił.

Bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wciąż są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.


wtorek, 7 lipca 2015

Co wie Grzegorz Miecugow, a czego nie wiemy my

Z powodu kilkudniowego urlopu, trochę się tu na naszym blogu opuściłem, co sprawiło też, że zeszłotygodniowy felieton z „Warszawskiej Gazety” mamy tu dopiero dziś. Zachęcam jednak niezmiennie i życzę dobrych wrażeń.


Jestem pewien, że dla czytelników „Warszawskiej Gazety” nie jest obcy projekt pod nazwą „Szkła Kontaktowego”, a co wypełnia naszą przestrzeń publiczną od ponad dziesięciu już lat, każdego dnia, piątek czy świątek, deszcz czy pogoda, zima czy lato. „Szkło Kontaktowe” jest nadawane od ponad dziesięciu lat każdego dnia, z tego co wiem, bez jednego dnia przerwy, przez bitą godzinę, na zakończenie tak zwanego „prime time’u”, w jednym tylko celu: by podtrzymywać w nas, a przez to, drogą prostego propagowania idei, w większości społeczeństwa, nienawiść do politycznego projektu o nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”.
I nie ma najmniejszej potrzeby, by wyjaśniać tej garstce czytelników, którzy nie wiedzą w czym rzecz, jak został zorganizowany ten projekt i do jakiego stanu doprowadził publiczną debatę w Polsce. Wystarczy powtórzyć tę podstawową zupełnie informację, że „Szkło Kontaktowe” – pomijając główne wiadomości – jest jedynym telewizyjnym programem w Polsce, który jest nadawany przez bitą godzinę siedem dni w tygodniu niemal całkowicie poza zwykłym kalendarzem, w jednym jedynym celu: by sączyć powszechną nienawiść do nazwiska Kaczyński i wszystkiego z czym się owo nazwisko kojarzy.
„Szkło Kontaktowe” ma na swoim koncie wiele bardzo znaczących sukcesów, z których oczywiście najbardziej spektakularnym, a jednocześnie symbolicznym dla całego owego przedsięwzięcia, jest morderstwo dokonane na działaczu PiS-u przez niejakiego Ryszarda Cybę, ale jeśli spojrzymy na to wszystko szerzej, to jestem pewien, że zmieszczą się tam i zbrodnia w Smoleńsku, ale też nasze drobne rodzinne dramaty, o których nie muszę nawet opowiadać, bo każdy z nas ma tu znacznie więcej do powiedzenia.
I oto nagle ostatnie tygodnie – gdybym miał wyznaczać jakąś cezurę, od czasu gdy stało się jasne, że Andrzej Duda zostanie Prezydentem RP i w ten sposób zapoczątkuje upadek projektu pod nazwą Platforma Obywatelska – pokazują jednoznaczną i bardzo w owej jednoznaczności zdecydowaną zmianę propagandowego przekazu wysyłanego przez program „Szkło Kontaktowe”. To jest dokładnie ta sama audycja, ci sami prowadzący, jak sądzę, ci sami zleceniodawcy, a co może w tym wszystkim najbardziej wstrząsające, ci sami odbiorcy, tyle że, jak się nagle okazuje, cały wysiłek jest skierowany w to, by ostatecznie skompromitować rząd Ewy Kopacz i ów czarny projekt, który doprowadził do tego, że ktoś taki jak ona w ogóle mógł kiedykolwiek objąć urząd premiera Rzeczypospolitej.
Wystarczy rzucić okiem na dowolne wydanie „Szkła Kontaktowego”, by widzieć, że przekaz, który jest sączony w słuchawki wetknięte do uszu prowadzących nie pozostawia im najmniejszego pola manewru. A owa konsternacja, jakiej jesteśmy świadkami, obserwując reakcje zarówno stałych gości programu, jak i jego widzów, świadczy tylko o tym, że to było przeprowadzone bardzo szybko.
Widziałem dziś Ewę Kopacz na żywo, jak sunie katowickimi ulicami. Proszę mi uwierzyć: ona jest już trupem. Ją już pożegnaliśmy. Możemy się skupić na naszych problemach, których, jestem pewien, przed nami bez liku.

Przypominam, że nakład mojego zbioru felietonów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu” już się wyczerpał. Mam jeszcze kilka egzemplarzy u siebie, więc jeśli ktoś poczuł się spóźniony, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Osobista dedykacja w cenie.

niedziela, 5 lipca 2015

Dlaczego mimo że Open'er, czyli o trudnej sztuce dziennikarstwa

Festiwal Open’er w Gdyni ma dla mnie znaczenie o tyle, że moje dzieci uważają za rzecz absolutnie podstawową, by każdego roku brać w nim udział, co dla mnie i mojej żony dotychczas najczęściej oznaczało, że jakąś część z naszych wakacyjnych pieniędzy musieliśmy przeznaczać na tę rozrywkę, no i że faktycznie czasami pojawi się tam artysta rzeczywiści wart uwagi. W tym roku jest o tyle inaczej, że one potrafią sobie to coś opłacić z własnej pracy, a więc nasz udział jest tu ledwo widoczny, no a poza tym, biorąc pod uwagę fakt, że dotychczas gdyński lineup chyba nigdy nie był aż tak nieinteresujący, w ogóle nie ma za bardzo powodu, by się Gdynią zajmować.
I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj, chcąc zobaczyć, jak System komentuje wielką konferencję Prawa i Sprawiedliwości w Katowicach, zajrzałem do Onetu i tam znalazłem informację o mniej więcej takim tytule: „Open’er – grały ich wszystkie rozgłośnie radiowe, mimo że ich piosenki stanowiły ostrą antykatolicką satyrę”. Przeczytałem to „mimo że”, zdębiałem i od razu zacząłem się zastanawiać, o którego to niepokornego artystę mogło chodzić. Czy może o Pawła Kukiza, czy też może Marię Peszek, a może o samego Macieja Maleńczuka? Oni z całą pewnością śpiewali piosenki bardzo mocno antykatolickie i z całą pewnością były one „mimo to” grane we wszystkich dosłownie stacjach radiowych. No ale, z tego co wiem, ani Peszkówna, ani pan Maciej, ani niedoszły prezydent Kukiz, w tym roku do Gdyni się nie wybierają, więc być może chodziło o jakichś artystów zagranicznych. No ale kto to taki mógł wyśpiewywać ostrą satyrę na Kościół Katolickich, a wszystkie stacje radiowe w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Holandii, czy w Francji MIMO TO owe piosenki przedstawiały. Któż to mógł okazać się aż tak wybitny, że MIMO ŻE jego twórczość była aż tak radykalnie antykatolicka, była ona prezentowana przez wszystkie radiowe stacje, a dziś przyjeżdża do Polski i zachwyca moje dzieci? Przecież John Lennon od dawna już nie żyje, Sonic Youth już razem nie grają, no a poza tym ich akurat wszystkie rozgłośnie nie grały z innych powodów, niż przez ten, że naruszali uczucia osób wierzących. Thurston Moore mógłby tu się znaleźć ze względu na najnowszy album, który jest na tyle popowy, że mogłyby grać wszystkie stacje radiowe, no ale on, o ile się nie mylę, w tym roku do Gdyni nie przyjechał.
Przeglądam tegoroczną ofertę Open’er Festival i choćbym nie wiem jak szukał, nie jestem w stanie znaleźć jednego artysty, który jest tak dobry, że go puszczają wszystkie stacje radiowe MIMO ŻE oferuje przekaz ściśle antykatolicki. No więc zastanawiam się, zastanawiam i dochodzę do wniosku, że tu musi chodzić o coś innego. Otóż zarówno z własnych obserwacji, jak i relacji doświadczonych znajomych, wiem, że absolwenci różnego rodzaju szkół dziennikarskich są z każdym rokiem coraz głupsi i coraz mniej kompetentni. Dochodzi do tego, że wielu z nich, nie dość, że nie potrafi myśleć, obserwować i wyciągać wniosków, to nie wie nawet, jaka jest różnica między formami „ale”, „ponieważ”, „chociaż”, „mimo to”, czy „a więc” i dziesiątkami innych. A zatem jest bardzo możliwe, że dziennikarz Onetu, pisząc o tym jakimś artyście z Open’era, chciał napisać, że jego twórczość tak naprawdę jest gówno warta, ale PONIEWAŻ w swojej twórczości zaangażował się mocno w walkę z Kościołem Katolickim, jego piosenki były puszczane we wszystkich stacjach. Nieszczęście jednak polegało na tym, że jemu pomyliło się znaczenie słów „ponieważ” i „mimo że”, no i wyszło jak wyszło.
A Wy jak myślicie?

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

czwartek, 2 lipca 2015

In vitro, czyli powrót do Krainy Grzybów

Zgodnie z wczorajszą popołudniową zapowiedzią i mimo różnego rodzaju perturbacji, doszło ostatecznie do mojego występu w audycji Katolickiego Radia Podlasie. Wprawdzie był to udział wyłącznie telefoniczny, co niestety wpłynęło na intensywność przekazu, ale, jak głosi piękne polskie powiedzenie, lepszy rydz niż nic.
Ponieważ wszystko się działo bardzo szybko i część czytelników może nie wiedzieć, w czym rzecz, przypomnę, że wczoraj popołudniu właśnie zostałem zupełnie nieoczekiwanie zaproszony do udziału w rozmowie, jakie Radio Podlasie planowało przeprowadzić z wybitnym lekarzem ginekologiem dr Józefem Fąkiem na temat in vitro. Ponieważ spędzam czas w Sławatyczach, a studio mieści się w Siedlcach, plan był taki, że ktoś tu po mnie przyjedzie i odstawi na miejsce. Niestety, z nieznanych mi przyczyn transport nawalił i kiedy wydawało się, że już nic z tego nie będzie, tuż przed rozpoczęciem audycji postanowiono, że prowadzący ksiądz do mnie zadzwoni, no i ja powiem, co mi tam w temacie i okolicach chodzi po głowie. No i powiedziałem.
Otóż od pewnego już czasu mam bardzo silne wrażenie – wrażenie zresztą, któremu daję tu wyraz na blogu aż nazbyt często – że wszystkie tak bardzo ostatnio modne tematy, takie jak prawa osób homoseksualnych, płeć kulturowa, aborcja, eutanazja, czy wspomniane in vitro, są wprowadzane do debaty publicznej wyłącznie w jednym celu: brutalizacji walki z religią, a skoro z religią, to przede wszystkim z Kościołem Katolickim. W związku z owym przekonaniem chciałbym bardzo znaleźć jakiś sposób, by owo przekonanie ubrać w argument, który byłby na tyle dźwięczny, bym mógł zamknąć dyskusję przynajmniej tu w tej naszej przestrzeni, i przyznam uczciwie, że idzie mi to tak sobie. I oto nagle, podczas wczorajszej rozmowy w Radiu Podlasie pomyślałem o czymś, co wydaje mi się warte uwagi. Kiedy prowadzący ksiądz zadzwonił do mnie i poprosił o komentarz, powiedziałem to, co sobie wcześniej przygotowałem, a więc że moim zdaniem, do czasu gdy nie udzielimy sobie odpowiedzi na podstawowe pytanie, czemu oni to robią i czemu z taką intensywnością, ryzykujemy tym, że pochłonie nas jałowy spór na temat faktów. Bo moim zdaniem, zarówno to, że zarodek nie jest zbiorem komórek, lecz człowiekiem, to, że nie ma czegoś takiego jak płeć kulturowa, to że in vitro nie jest żadną drogą, lecz wyłącznie bardzo nieczystym biznesem, a nawet, jak sądzę i to, że prawo do posiadania dziecka nie jest wartością uniwersalną, jest oczywiste nawet dla najbardziej bojowych aktywistów tak zwanej „religii gender”. A więc nie ma sensu toczyć z nimi sporów o to, czym, kiedy i pod jakimi warunkami jest człowiek, bo to jest teren, na którym tej ich czarnej sofistyki nie pokonamy. Jedynym dostępnym nam argumentem w tej walce jest to, że oni, jako przedstawiciele cywilizacji śmierci, nie są dla nas partnerami.
To znaczy, o tej śmierci nie powiedziałem, bo jeszcze wtedy owa myśl nie pojawiła się wystarczająco mocno i w tak zwięzłej formie w mojej głowie. Jednak po tym, gdy już się rozłączyliśmy i o całej absurdalności owego in vitro opowiadał dr Fąk, o tym, jak ono jest zakłamane, kosztowne, jak nieskuteczne, jak bardzo zbrodnicze i jak wiele nieszczęścia ze sobą niesie, prowadzący audycje ksiądz przypomniał słowa Jana Pawła II o owej właśnie cywilizacji śmierci i ja nagle sobie uświadomiłem, że choć on je wówczas bezpośrednio odnosił do kwestii aborcji, tak naprawdę traktował je znacznie szerzej. Nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy on je wypowiadał, musiał mieć na myśli nie tylko aborcję i eutanazję, ale też wchodzące już wówczas na całego owo nieszczęsne GLBT, z tymi ich małżeństwami, adopcją dzieci, kulturową płcią siedmiolatków, niedawną decyzją Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, z całą rozkręconą wokół niej histerią, z tymi wszystkim paradami równości, a nawet z tą tęczą na Placu Zbawiciela. On musiał wiedzieć, że za tym wszystkim nie tylko stoi jakieś chore pragnienie poprawiania dzieła bożego dla ludzkiej wygody i powszechnego szczęścia, ale śmierć i owej śmierci adoracja. Mam bardzo mocne podejrzenie, że kiedy Ojciec Święty mówił o cywilizacji śmierci, jemu w równym stopniu chodziło o te abortowane dzieci i tych usypianych śmiercionośnym zastrzykiem ludzi starych i chorych, co owych norweskich siedmiolatków, które zależnie od nastroju mogą być i chłopcem i dziewczynką, ale też o te nieco od nich starsze dzieci z Białej Podlaskiej, które również już niedługo miały z taką determinacją zademonstrować swoje prawo do wolności wyboru. Bo trzeba nam wiedzieć, że tak naprawdę nie ma innej walki, jak walka między życiem a śmiercią, a mówiąc bardziej obrazowo, między życiem tu, a życiem w Krainie Grzybów. A jeśli ktoś myśli, ze mnie poniosło, zrobię coś, czego robić nie lubię, ale tym razem może się przydać. Oto link do tekstu, który powinien tu zadziałać, jak ów przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ich trumny: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18248193,Nie_bawia_sie_juz_w_czarne_msze__Gdzie_sie_podziali.html#TRwknd.
Nie udało mi się powiedzieć tego we wczorajszej rozmowie w Radiu Podlasie, mówię więc tu. Mam nadzieję, że jak zawsze z ogólnym pożytkiem.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Gdy chodzi natomiast o „Siedmiokilogramowego liścia”, mam ich jeszcze parę egzemplarzy u siebie, a zatem proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.