poniedziałek, 31 stycznia 2011

Na sekundę przed skokiem

W filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego o Solidarnych z roku 2010 jest scena, kiedy jakiś chłopak, z ogromnym wzruszeniem rzuca Pospieszalskiemu w twarz pretensje o dziennikarskie kłamstwa i manipulacje, w sposób oczywisty kierując je do Pospieszalskiego, i żeby nie było wątpliwości, wciąż powtarza jedno słowo „wy”. Nie „oni”, lecz „wy”. To co mnie w tej scenie uderzyło, to, poza tym niezwykłym wzruszeniem z jakim ów chłopak wyrzucał z siebie swój żal, reakcja Jana Pospieszalskiego. On ani jednym słowem nie próbuję się osłonić się od tego ataku, ani jednym gestem nie okazuje swojego zniecierpliwienia, nie wypowiada narzucających się przecież słów: „To nie ja. Ja byłem w porządku”. On przyjmuje ten atak bez słowa protestu, jakby chciał powiedzieć: „Tak. Jestem dziennikarzem, a więc i jednym z nich. Rozumiem ten żal i przepraszam”.
Niezwykła jest ta scena. Przecież wiemy wszyscy, że kto jak kto, ale akurat Jan Pospieszalski nigdy jednym złym słowem, jednym kłamstwem, jednym nieprzyjaznym gestem nie skrzywdził Lecha Kaczynskiego. Jeśli o to idzie, jego sumienie pozostaje czyste jak śnieg. Mimo to zachował się bardzo odważnie i pozostał milczący. Oglądaliśmy ten film i syn mój zwrócił uwagę na to, jak w sytuacji, gdy pojawi się jakakolwiek pretensja pod adresem dziennikarstwa mainstreamowego, reagują mainstreamowi dziennikarze. Oni natychmiast wstrzymują wszelką dyskusję, dopóki nie zostanie wyjaśniona ta jedna kwestia – że oni akurat są bez winy. Że owszem, może gdzieniegdzie bywa nienajlepiej, ale nie jeśli idzie o nich. Zupełnie jakby w tej samej sekundzie, w przyczepionej do ucha słuchawce pojawiało się polecenie: „Stop. Dalej ani słowa. Kłamią wszyscy, ale nie my.”
Przypomniał mi się film Stankiewicz i Pospieszalskiego, z tą szczególną sceną, parę dni temu, kiedy Jarosław Kaczyński zarzucił telewizji TVN24 dziennikarską nieuczciwość, i od tego momentu znaczna część sił i środków pozostających w dyspozycji grupy ITI została skierowana w kierunku nieustannego tępienia właśnie Jarosława Kaczyńskiego. Od pierwszego dnia. Zaledwie parę godzin po tej wypowiedzi. Nawet jeśli zgodzimy się z opinią, że od pewnego czasu antypisowskie ataki w TVN-ie odrobinę zelżały, i doszło do pewnej równowagi – ten czas należy już do historii. Dziś jest równie ostro, a możliwe, że jeszcze ostrzej, niż wcześniej. I z każdym dniem jest coraz gorzej.
Oto parę dni temu poseł Adam Hoffmann w rozmowie w Radiu Zet powiedział, że to co dziennikarze ostatnio robią z wizerunkiem Jarosława Kaczynskiego przypomina najgorsze czasy niszczenia Lecha Kaczyńskiego. I że on prosi, by sobie przypomnieć, jak to pierwszych dniach po 10 kwietnia jedni patrzyli w zdziwieniu na dotychczas nieznane zdjęcia Prezydenta, i nie mogli się nadziwić, jaki to był miły, sympatyczny i pełen radości człowiek, a inni płonęli ze wstydu. Monika Olejnik zareagowała na te słowa szokiem. Jakie zdjęcia? O czym Hoffmann gada? A że niby jak go pokazywano? Że z dołu? A co? Z dołu Kaczyński wyglądał źle? A czyja to wina? Po Olejnik głos zabrał sam Grzegorz Miecugow i ogłosił, że Hoffmann bezczelnie kłamie, dlatego, że wszystkim wiadomo, że różnica między okresem sprzed i po 10 kwietnia była tylko taka, że po katastrofie swoje zdjęcia udostępnił osobisty fotograf Prezydenta. A więc pojawiły się zdjęcia, których mainstream nie posiadał i tyle. I czyja to niby wina?
A więc po dziesięciu już niemal miesiącach od tamtej pamiętnej soboty, możemy powiedzieć, że zamknęliśmy kolejny etap. Jerzy Urban urządza konkurs na najdowcipniejszy pomysł na śmierć Jarosława Kaczyńskiego, jego koledzy dziennikarze pracowicie krzątają się oczywiście wokół tego, co już jakiś czas zaczęli, my w osłupieniu patrzymy się w tę umierającą pomaleńku biało-czerwoną szachownicę, no i przy okazji słyszymy, że tak naprawdę 10 kwietnia nie wydarzyło się nic. A poza tym, wszystko jak zawsze. Zupełnie jakby z Herberta – handel i kopulacja.
I z całą pewnością moglibyśmy już tylko tonąć we łzach, gdyby nie jeden fakt. Fakt najważniejszy. Fakt, którego nie jest w stanie przekreślić nic i zagłuszyć żaden, choćby najbardziej tubalny śmiech – jak powiedział niedawno Jaroslaw Kaczyński, nasz żal to kwestia osobnej kultury. A kultura, trzeba nam wiedzieć, to nie kaprys, nie napowietrzna fantazja. To potężna broń. Już nawet dziś gdzieniegdzie widać, jak potężna. Pokazuje to Jan Pospieszalski, pokazujemy my. A jeszcze wiele przed nami.

Tekst wcześniej zamieszczony na portalu www.solidarni2010.pl

O mściwości czarnej jak sto diabłów

Sprawa sióstr Radwańskich – pozornie już tak odległa i nieinteresująca – kazała nam się ostatnio ponownie zadumać na czymś co można zupełnie uczciwie nazwać naciskami, tyle że akurat nie na poziomie oficjalnym, a więc na linii między na przykład Sopotem, Łodzią, a Wrocławiem, ale tu, gdzie żyjemy i pracujemy my, zwyczajni ludzie. Użyłem słowa „naciski”, bo w istocie rzeczy, mamy do czynienia z naciskami, a to, że one ostatnio przybierają postać zwykłego ordynarnego terroru, to już sprawa wtórna. Bardzo istotna, może i decydująca, ale wtórna. Na początku bowiem tego wszystkiego, stoją jedynie skromne, wręcz przypadkowe, od niechcenia, naciski.
Nasze dzielne tenisistki są tu oczywiście wyłącznie pretekstem – bardzo dobrym pretekstem, ale poza tym niczym więcej – niemniej wypada przypomnieć, o co poszło. Wypada przypomnieć trochę po to, żeby ten znak hańby i tu pozostał zapisany i zapamiętany, ale też częściowo dlatego, że kiedy ten tekst będzie się ukazywał w warszawskich kioskach, a następnie na naszym blogu – a może też i znacznie wcześniej – Agnieszka i Urszula Radwańskie, za jak najbardziej rozsądną i słuszną radą swoich bliskich, wrócą na drogę poprawności postaw i szacunku dla obyczaju ustawionego przez System, a więc coś, czego częścią dzięki swojemu talentowi w pewnym momencie musiały się stać. Otóż, mówiąc bardzo krótko, na swojej stronie internetowej, siostry Radwańskie zamieściły link do filmu Dłużewskiej i Lichockiej ‘Mgła’, a obok opublikowały oświadczenie, w którym zaprotestowały przeciwko szkalowaniu dobrej pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Postępek sióstr spotkał się z natychmiastowa reakcją Systemu, który przy pomocy swoich psów bardzo jednoznacznie pokazał obu paniom, na co się porywają. I tyle.
Pojawiły się oczywiście natychmiast głosy, które nas uspokajały, że akurat Radwańskim nic nie grozi, bo są zdolne, samodzielne, bogate i mają z całą pewnością wiele możliwości, żeby się na wściekłość Systemu skutecznie wypiąć. W tym choćby wyjazd z Polski i zamieszkanie gdzieś, gdzie będą miały święty spokój. Problem jest jednak taki, że bycie gwiazdą, a już zwłaszcza gwiazdą pierwszej jasności wcale nie jest takie proste. Człowiek, który osiągnął sukces tego typu, że stał się tak zwanym celebrytą, w sposób niemal automatyczny z tego swojego statutu bycia celebrytą czerpie znaczną część swojej energii. Oczywiście, on może mówić, że go męczy publiczne zainteresowanie, reporterzy, autografy, owa nieustanna presja, ale nie ulega wątpliwości, że gdyby to nagle miało się skończyć, wcale nie byłoby mu łatwiej. Wręcz przeciwnie. I nie ma w tym nic złego. Taki to jest los, takie życie, taka przyszłość i takie szczęście. Znaczna część sukcesu sióstr Radwańskich opiera się na tym, że świat je kocha, media się interesują, a ludzie patrzą na nie z sympatią.
Jeśli dziś okaże się, że one nagle przestały być Isią i Ulą – dwiema ślicznymi, zgrabnymi blondynkami – ale Urszulą i Agnieszka Radwańską – i tylko tyle, i nic ponad to – dla nich to może być szczegół, ale bardzo istotny. Podobnie szczegółem może być to, że głos telewizyjnego komentatora relacjonujący ich występy stanie się nagle zimny, z lekka nutą szyderstwa, ale to również będzie szczegół nie bez znaczenia dla samopoczucia jednej i drugiej. I także, jeśli w tej czy innej francuskiej, czy australijskiej gazecie, nagle przy ich nazwisku pojawi się epitet „polska faszystka”, to one oczywiście to zniosą, ale aż tak lekko, jak można by było sądzić, im nie będzie. A jeśli do tego wszystkiego dojdzie nagle – z ich punktu widzenia może i również szczegół – to, że kiedy one będą miały jakąś drobną przerwę w sowim kalendarzu i wrócą na chwilę do Krakowa i zobaczą, że jedyni którzy chcą ich gdzieś zaprosić na spotkanie, to jakieś chrześcijańskie stowarzyszenie miłośników sportu, a z prośba o wywiad zgłosi się już nie pan z TVN24, lecz dziennikarz z Gazety Polskiej, lub pani z Naszego Dziennika, to ich pieniądze i ich talent i ich sława nagle się okażą czymś, co potrafi kupić wiele, ale już nie szacunek mainstreamu. Bo mainstream nie żąda pieniędzy, lecz wyłącznie wierności.
Zapomnijmy na chwilę o siostrach Radwańskich i spójrzmy na kogoś takiego jak Wojciech Kilar i Kazimierz Kutz. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że Kilar pod każdym względem bije Kutza na głowę. Jest zdolniejszy, bogatszy, znacznie bardziej znany i szanowany w świecie. Kiedy pewnego dnia umrze – a miejmy nadzieję, że ten dzień jest jeszcze bardzo daleki – o jego śmierci usłyszy cały świat i niewykluczone, że na jego pogrzeb przyjadą najwięksi artyści tego świata. Kazimierz Kutz dla niektórych pozostaje wyłącznie lokalnie znanym reżyserem, w dodatku takim, którego największe sukcesy należą do bardzo zamierzchłej przeszłości, podczas gdy dla większości jeszcze jednym człowiekiem z telewizora. Tak się jednak stało, że jeśli idzie o codzienną satysfakcję płynącą z tego, że jest się osobą znaną, szanowaną i lubianą, Wojciech Kilar został tego wszystkiego skutecznie pozbawiony, natomiast Kazimierz Kutz – wręcz odwrotnie. To on jest dziś gwiazdą, to on jest dziś autorytetem, to on jest bohaterem publicznej świadomości. To jego z twarz zna każdy mieszkaniec każdej polskiej wsi, a nie twarz Kilara. Kilarowi, oczywiście, nikt nie odbierze tego, co przez swój talent i swoją pracę zdobył, ale dla mainstreamu już do śmierci pozostanie wyłącznie pisowskim lokajem, a dla gminu – dosłownie nikim. Jeśli w dniu jego kolejnych urodzin, czy przy jakiejś innej okazji, zobaczymy go w telewizji, to możemy mieć pewność, że znaczna część opinii publicznej, jeśli w ogóle zwróci na niego uwagę, nie będzie w nim widziała szlachetnego, mądrego starszego pana, lecz jakiegoś smutnego staruszka, który w dodatku ostatnio jakoś się brzydko posunął. Tymczasem, w lokalnym dodatku Gazety Wyborczej Kazimierz Kutz opublikuje swój kolejny felieton o tym, że dla Jarosława Kaczyńskiego 10 kwietnia, był wyłącznie szczęśliwym podmuchem losu, i dostanie za niego swoje kolejne honorarium.
Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że System, jak już wspomnieliśmy, wymaga stałej wierności, a nieposłuszeństwo każe bezwzględnie i gwałtownie. I ma bardzo wiele sposobów, żeby tę egzekucję skutecznie przeprowadzać. Ledwo co, miałem przyjemność czytać w Rzeczpospolitej rozmowę Roberta Mazurka z Andrzejem Rzeplińskim, szefem Trybunału Konstytucyjnego. Mazurek właściwie przez cały czas idealnie sobie radził z Rzeplińskim, wykazując mu z zimną skutecznością, że on, jako politycznie zaangażowany obywatel, przy obecnym, tak potężnym społecznym konflikcie, jest stroną sporu nawet jako rzekomo niezależny sędzia. I cokolwiek on powie na swoją obronę, jakiekolwiek przedstawi argumenty, nie zmieni to faktu, ze w odbiorze społecznym będzie już zawsze funkcjonował, jako ktoś, kto nienawidzi Kaczyńskich, z pełnymi konsekwencjami tej nienawiści. Andrzej Rzeplińskim więc mówił, ze przez swoje formalne umocowanie, ktoś taki jak on ma sytuację nieskończenie wygodną. Ma pieniądze, jest nietykalny, ma zapewniona wysoką emeryturę i nie ma w związku z tym żadnych doraźnych interesów, które by go wystawiały na jakiekolwiek naciski. Na to przychodzi Mazurek i mu pokazuje fakty. A więc i to, że on jest tak cudownie wolny, że, jak sam mówi, liczba tych którzy „mogą go pocałować w dupę sięga 100%”, Rzepliński zawdzięcza temu, że nienawidzi Kaczyńskiego, i to na tyle głośno, żeby nikt co do tego nie miał wątpliwości.
Ja bym jednak chciał się na chwilę zatrzymać nad argumentami Rzepińskiego co do tych pieniędzy, nietykalności i faktycznej niezależności, i tych 100% całujących go w dupę. Otóż chciałbym wnieść do wypowiedzi Rzepińskiego pewną korektę. To nie jest 100%. Ale 99%. Ten jeden procent natomiast, to ci, których to akurat Rzepliński może pocałować. I tu mamy sytuację, choć pozornie zupełnie inną, to jednak bardzo podobną do tego, co się dzieje wokół sióstr Radwańskich. Rzepliński, nawet jeśli w swoim zaplątaniu tego nie wie, to z całą pewnością czuje, że jego dobre samopoczucie jest w rękach tych, którzy go traktują jak swoją własność. Oni dadzą mu immunitet, dadzą mu świetną pensję, jeszcze lepszą emeryturę, nietykalność, niezawisłość i niezależność. I jak mu to dadzą, nie będą mogli mu ani jednego z tych bonusów odebrać. Przede wszystkim jednak nie będą musieli tego robić, a nawet nie będą chcieli. Im to wszystko na nic. A poza tym, jak wiemy, oni wszyscy są prawdziwymi demokratami i ludźmi jak najbardziej praworządnymi. Oni jedynie zachowają sobie swój wpływ na to, by, Rzepliński się czuł lepiej lub gorzej. Będą przy tym w stanie kontrolować to, czy on będzie funkcjonował jako osoba publiczna, gwiazda i autorytet, czy ktoś o kim pies z kulawą nogą nie będzie słyszał. Jak, nie przymierzając dziś o sędzim Kotlinowskim. A w swojej dobroci i życzliwości są tacy hojni, że mu nawet pozostawią możliwość pewnego, nawet stosunkowo szerokiego, manewru. On natomiast musi tylko bardzo uważać, musi być bardzo ostrożny, ale w gruncie rzeczy decyzja należy do niego. Będzie grzeczny – będzie dobrze. A jak będzie dobrze, to będzie mógł sobie nawet poczuć tę satysfakcję, że liczba ludzi całujących go w dupę sięga pełnej populacji.
Piszę ten tekst i już dochodzą do mnie informacje, że podobno któraś z sióstr Radwańskich już oświadczyła, że to nie ona, ale tato. Że ona uważa, że sportu i polityki nie należy mieszać. Nie wiem, czy to prawda, ale – jak już wspominałem – nie zdziwię się, jeśli rzeczywiście wszystko wróciło na starą ścieżkę. Życzę Radwańskim wszystkiego najlepszego i mam nadzieję, że jeszcze dla nich nic nie jest stracone i że już niedługo zaczną znów o nich mówić tak jak kiedyś, że są miłe, piękne i mądre. Że znów będą Ulą i Isią. Nie zdziwię się też jednak, jeśli okaże się, że już jest za późno. Widziałem oficjalną stronę sióstr Radwańskich. Gdyby to jeszcze chodziło o ten cholerny Smoleńsk, to może by jakoś było. Ale tam aż kipi od bieli i czerwieni. Właśnie od bieli i od czerwieni. Na zmianę. A to o nich świadczy jak najgorzej. System wie wszystko. I jest mściwy jak sto diabłów. No i bardzo, bardzo nieufny.

Powyższy tekst, w miniony piątek okazał się w Warszawskiej Gazecie.

niedziela, 30 stycznia 2011

O czynach, ich skutkach i piórach na wietrze

Niedawno, córka moja szła sobie drogą, kiedy nagle, z naprzeciwka, nadeszło kilku jakichś żuli w kapturach. Minęli ją bez słowa, lub może najwyżej z jakimś tępym pomrukiem, ale w pewnym momencie jeden z nich odwrócił się i rzucił w nią kulką. Kulka była twarda, mocno zmrożona, a cios na tyle silny, że Toyahównę bardzo zabolał. Mówi dziś, że naprawdę bardzo. Ciekawe było jednak przede wszystkim to, że ona dostała tą kulką w kark i przez kilka dni, obok tego bólu, miała po tej kulce siny ślad. Denerwuje się więc moje dziecko, że co by to było, gdyby ów żul trafił ją z tą samą siłą i tą samą właśnie kulką w głowę. Ciekawe, co by się stało? Pewnie nic, choć oczywiście pewności nie ma.
Z kolei syn mój miał, jeszcze w gimnazjum, taką przygodę, że gadał na lekcji i nauczyciel, z jakiegoś powodu bardziej wściekły niż zwykle, rzucił w niego ciężkim pękiem kluczy. Na szczęście nie trafił, a więc klucze minęły jego głowę i spadły z hukiem na ławkę obok. Szkoła to szkoła. Nie ma chwili, kiedy się coś nowego i ciekawego nie dzieje, więc chyba nawet nikt – włącznie z samym Toyahem, nie mówiąc o nauczycielu – na to co się wydarzyło nie zwrócił uwagi.
Niedawno na naszym blogu pojawił się jakiś zaangażowany uczestnik naszego życia publicznego i wściekły na mnie za to, że ja się wciąż zajmuję katastrofą smoleńską, poinformował mnie, że jestem „głupim chujem”. Ja się oczywiście nie gniewam. Ani za „głupiego”, ani tym bardziej za „chuja”, ale ponieważ miałem wrażenie, że ów obywatel oczekuje ode mnie jakiejś reakcji, powiedziałem mu, że ja tak naprawdę wcale się nie dziwię temu, że on tak cierpi, bo na jego miejscu też bym się czuł nie najlepiej. I żeby już wiedział do końca, o czym mówię, dodałem, że gdybym ja na przykład rzucił w jego stronę przekleństwo „Zdechnij psie!”, a on by na drugi dzień umarł – to oczywiście miałbym bardzo poważne zmartwienie.
Piszę to co piszę, mówię to co mówię, i mam cały czas poczucie, że poruszam się na obszarze zbyt trywialnym, jak na to, czego niektórzy mogą po tym blogu oczekiwać. W końcu już nasi rodzice, ba – nasi dziadkowie, uczyli nas, że powinniśmy zawsze pamiętać, że czyny mają konsekwencje i to czasem tak poważne, że ani nasze nastroje, ani również intencje, kiedy już dojdzie co do czego, choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, nie będą miały tu żadnego zastosowania. Jednak wystarczy się rozejrzeć dookoła, żeby zauważyć, że wśród nas roją się całe tłumy osób, które żyją tak, jakby sądziły, że nie ma bardziej solidnego i skutecznego usprawiedliwienia dla naszych podłości, czy tylko głupoty, jak zapewnienie, że ja tylko żartowałem, lub że się pomyliłem. A więc, nie ma sposobu, żeby to dramatyczne zjawisko zlekceważyć.
Też nie tak dawno, w tekście jaki napisałem dla Warszawskiej Gazety, a następnie umieściłem tu na blogu, zaprezentowałem pewną całkowicie fikcyjną historyjkę o człowieku, który szczerze i w sposób jak najbardziej zrozumiały nienawidził swojego sąsiada, i któregoś dnia postanowił splątać mu figla, który doprowadził do tego, że przez cały splot nieszczęśliwych przypadków, ów człowiek stracił życie. Wymyśliłem, a później opowiedziałem tę historię w jednym celu – żeby własnie pokazać, że czyny mają konsekwencje. I nawet jeśli te konsekwencje okażą się bardzo poważne i bardzo niezamierzone i naprawdę trudne do zniesienia – nic nas nie usprawiedliwia. Trzeba było albo je przewidzieć, albo pójść się przespać. Byłoby wprawdzie nieciekawie, ale za to z całą pewnością znacznie bezpieczniej.
Skoro już znaleźliśmy się w temacie, proszę, zwróćmy na jedną rzecz uwagę. Tuż po tym, jak w pamiętny sobotni poranek, w jednym momencie, czyjaś ręka – czy może zaledwie zła myśl – zmasakrowała na śmierć 96 osób, pojawiły się opinie, również i tu wyrażane, że to co się stało, to czysto metafizyczny znak, w jaki sposób zwykła nienawiść może się nagle zrealizować w czymś jak najbardziej konkretnym. Że zaledwie słowo, złe spojrzenie, czy może choćby rzucone od niechcenia przekleństwo, w jakiś niezbadany sposób staje się nagle własnością czegoś jak najbardziej realnego, i to coś robi już z tym słowem, tym spojrzeniem, czy z tym przekleństwem to co uzna za stosowne. Że mogło dojść do tego typu czarno-magicznego przesunięcia, wspominały też osoby w słynnym filmie Solidarni 2010. No ale to akurat, jak już zresztą z góry można było przewidzieć, okazało się dla wielu zbyt trudne. Ten stopień abstrakcji, gdzie słowo staje się ciałem, przekroczył naturalne intelektualne możliwości zbyt wielu. Dlatego, z jednym drobnym wyjątkiem, ja tu nawet nie wspominam o odpowiedzialności tego typu, gdzie zło chodzi swoimi ścieżkami, a my nawet za nim nie jesteśmy w stanie nadążyć. Ja tu mówię o sytuacji, gdy ciałem staje się prawdziwy, realny gest. Gest w dodatku uświadomiony, a co więcej najprawdopodobniej jak najbardziej zamierzony.
Dziś słyszę, jak tomasz nałęcz zgłasza pretensje do Jarosława Kaczyńskiego o to, że on z kolei wyrzuca Bronisławowi Komorowskiemu małostkowość, która w sposób oczywisty – oczywisty, bo stanowiący fakt, całkowicie poza dyskusją – doprowadziła do śmierci trzech osób. Twierdzi nałęcz, że to co robi Kaczyński, to „superobrzydliwość”. I ja właściwie to rozumiem. Z punktu widzenia nałęcza i całego jego środowiska, prawdziwe horrendum stanowi sugestia, że czyny mają swoje skutki i że nasze człowieczeństwo polega również na tym, że za wszystko co decydujemy się zrobić, automatycznie bierzemy na siebie odpowiedzialność. I że nic nas z tej odpowiedzialności nie zwalnia. Nawet jeśli w tym jednym fatalnym momencie nasza beztroska była prawdziwa, szczera, autentyczna i naprawdę dobroduszna.
A więc tak, panie nałęcz, to rzeczywiście superobrzydliwość wytykać człowiekowi coś, na co on nawet nie miał wpływu. W końcu wy nie jesteście aż tak złymi ludźmi. Możliwe, że tak naprawdę w ogóle nie jesteście ludźmi złymi. Wy przecież nigdy nie chcieliście niczyjej krzywdy, nie pragnęliście niczyjej żałoby, a tym bardziej niczyjej śmierci. No, może najwyżej w gniewie, lub w żartach. A przecież, kto się czasem nie gniewa i komu się nie zdarzy niekiedy pożartować? To świat się okazał okrutny, przez to, że jest taki nieprzewidywalny, taki chaotyczny. A poza tym, wiadomo powszechnie, że człowiek zaledwie strzela, a kule nosi Pan Bóg dla jednych, a wiatr przeznaczenia dla innych. Panu, panie nałęcz, podobnie jak pańskiemu pryncypałowi, nic przecież do tego. Wy zawsze, przez całe stulecia, byliście tylko pierzem rozrzuconym przez kogoś na łaskę wiatrów, mniej lub bardziej okrutnych.
Weźmy mnie. Ja na przykład postanowiłem pańskie imię i nazwisko pisać z małej litery. Czemu to robię? Powiem zupełnie szczerze, ze z czystej, niskiej chęci sprawienia sobie przyjemności. A więc, w pewnym sensie, z czegoś naprawdę mało poważnego. I co, jeśli ktoś weźmie sobie ten mój gest do serca, uzna naiwnie, że pan nie jest nawet człowiekiem, i wyciągnie z tego jakieś dziwne, nie przystające zupełnie do wagi sprawy, wnioski? Mam tylko nadzieję, że całkowicie konsekwentnie, cokolwiek się wydarzy, nie będzie pan miał do mnie żalu. Bo powiem panu uczciwie, to by już było super-hiper-obrzydliwe.

sobota, 29 stycznia 2011

Refleksje znad krawędzi

Ze wstydem przyznać muszę, że polityczny kryzys w Egipcie, z jakiegoś powodu, w pierwszej chwili uszedł mojej uwadze. To znaczy, dochodziły do mnie słowa ‘Egipt’ i ‘zamieszki’, ale jakoś nie umiałem się oderwać od spraw dla mnie bardziej poruszających. I dopiero wczoraj wieczorem zauważyłem, jak bardzo się zagapiłem. Jak o mały figiel nie przegapiłem czegoś, co na przegapienie zdecydowanie nie zasługuje.
Otóż, gdyby ktoś – a więc ktoś równie zagapiony jak ja – jeszcze nie wiedział, o co chodzi, w Egipcie doszło do bardzo poważnych niespodziewanych rozruchów antyrządowych. Przyczyna i cel tych rozruchów jest akurat z naszego punktu widzenia nie tak ważna, więc wystarczy, ze będziemy pamiętać o tych trzech wspomnianych przeze mnie elementach – rozruchy są poważne, antyrządowe i niespodziewane. Dlaczego i po co – a kogóż to mianowicie obchodzi?
Oglądałem więc wczoraj w telewizji trochę wieczornej dyskusji o wydarzeniach w Egipcie, słuchałem dość przerażających informacji o gwałtowności rozruchów i liczbie ofiar, patrzyłem w zdumieniu na zdjęcia z egipskich ulic, ale też nie mogłem nie zauważyć pełnej zgody między uczestnikami rozmowy, co do tego, że tego, co się wydarzy, nikt się nie spodziewał. Pomyślałem sobie, ze tak bywa. W końcu dziennikarze, politycy, politolodzy, eksperci choćby i z tytułami, są pewnie często nawet jeszcze głupsi w kwestiach, którymi się zawodowo zajmują, od nas. Niejednokrotnie bywało przecież tak, że im świat walił się na głowę i jedyne co mogli zrobić, to już tylko szukać dobrego usprawiedliwienia dla swoje beznadziejności.
Tu zresztą też, w pewnym momencie jeden z dyskutantów powiedział, że ponieważ Egipt to państwa w dużym stopniu policyjne, ludzie zawsze byli bardzo niechętni do wyrażania swoich osobistych opinii, tym bardziej jeśli te opinie im mogły w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Ale pojawił się też jakiś specjalista, który na Egipcie się zna, często tak bywa i, co może najważniejsze, jak sam stwierdził, ma tam wielu przyjaciół. Wyznał więc on, że był tam ostatnio jesienią, rozmawiał ze swoimi egipskimi znajomymi i kolegami, i nie dojrzał śladu niepokoju. Nie zauważył jednego gestu, który mógłby świadczyć o tym, że sytuacja jest bliska załamania. Że społeczeństwo jest na krawędzi.
O czym to może świadczyć? O dwóch rzeczach. Pierwsza to taka, że ten człowiek jest dokładnie tak samo głupi i leniwy, jak pozostali uczestnicy tego towarzystwa, które tak zabawnie dziś załamuję ręce nad tym, co się dzieje w Egipcie. Druga – właściwie uzupełniająca jedynie tę pierwszą – że on naturalnie znał i przyjaźnił się wyłącznie z tymi Egipcjanami, przeciwko którym dzisiejsza rozruchy sa skierowane. W jednej i drugiej sytuacji, wiadomość jest jedna – on zwyczajnie nie wiedział. Boi to, że parę miesięcy temu, wszystko było jak trzeba i nagle, nie wiadomo z jakiegoś powodu, coś się załamało, wydaje się niemożliwe.
Cytowałem tu już chyba kiedyś fragment z powieści Johna Bartha. Pozwolę sobie wrócić do tego raz jeszcze:
Przystanęła na środku kuchni, by napić się wody. I w tym momencie, po pięćdziesięciu bezpiecznych latach, załamał się sufit w pokoju obok. Albo on, samotny, w pustym gabinecie, nasłuchując, w blasku marcowego dnia, jak mu w myślach szumi świat, gdy – ni stąd ni z owąd – półtorametrowa półka odrywa się od ściany. Przez całe długie wieki, niewidoczne pęknięcie rozsadza skałę. By w jednej sekundzie, cały taras i barierki i turyści i turbiny – wszystko z hukiem runęło do Niagary. Który płatek śniegu uruchamia lawinę? Dom eksploduje. Gwiazda. W głowie twojej żony, tak pozornie bezsilnej, rodzi się zbrodnia, jak płód. Jedna maleńka decyzja władz. Całe kolonie powstają”.
A więc, może to jest też tak? Że istotnie wszystko dzieje się w jednej chwili? Może rzeczywiście wspomniany przez mnie przyjaciel Egiptu i Egipcjan zrobił wszystko, co mógł, by wiedzieć, jakie sa nastroje i co się kroi I wiedział jak najbardziej słusznie, że nic się nie kroi. Bo wszystko się zaczęło dziać w jednej chwili, bez powodu, bez zapowiedzi. O tak. Jak w przypadku tego sufitu, tej półki, czy tego noża.
No ale to też są kwestie dla nas bez znaczenia. Boi cóż nam dziś po informacji, czy to co się wydarzyło i dzieje z takim rozmachem w Egipcie, było zapowiadane, czy nie. Czy to można było przewidzieć, czy nie. Sa to informacje równie bezużyteczne jak te wspomniane wcześniej, a więc dlaczego i po co. To co naprawdę ważne, to fakt, ze to się dzieje i że tego nikt nie przewidział.
Dziś w Rzeczpospolitej czytam rozmowę Roberta Mazurka z aktorem Danielem Olbrychskim. Niezwykły jest ten Mazurek. On nawet się nad Olbrychskim nie znęca. Nawet z nim nie walczy. Chyba nawet zanim zaczął z nim rozmawiać, wiedział, że to nie ma sensu. Jeśli chce mu coś powiedzieć, to chyba już tylko na takiej zasadzie, że gdyby poszedł o krok dalej i na przykład odzywał się już tylko po to, by mówić: „No dalej. Niech pan jeszcze coś powie. Mamy jeszcze parę minut.”, to byłby niegrzeczny. Mimo to pozwala Olbrychskiemu mówić i Olbrychski mówi. Ktoś mi powie, że ten wywiad to przykład akurat nietrafiony, bo wszyscy wiemy, że Olbrychski to nie dość, że aktor, to jeszcze aktor bardzo już leciwy i z nie lada bagażem. A więc, jakież to ma znaczenie, co on mówi? I ja się zgadzam. Olbrychski to postać szczególna. Mimo to jednak, kiedy przyjrzymy się, jak on mówi, i mówi, i mówi, i już ani nic nie widzi, ani nie słyszy, ani nie rozumie, i jaki jest z siebie zadowolony i w tym zadowoleniu niewzruszony, to nie sposób oprzeć się paru refleksjom natury bardziej ogólnej.
Otóż jesteśmy zdecydowanie na krawędzi. I nikt nie wie nic. Jak to się wszystko potoczy i który dzień przyniesie ten wiatr? Czy to już będzie ten kwiecień, czy może maj, a może dopiero październik, kiedy to Polska będzie w samym środku swojej tak zwanej europejskiej prezydencji, i wszyscy uczestnicy tego przedsięwzięcia będą zajęci liczeniem pieniędzy, jakie się im udało to tu, to tam przy tej okazji trafić. Przecież nawet my, tak bardzo skoncentrowani, tak bardzo wyczekujący, tak bardzo cierpliwi – też właściwie nie wiemy nic. Poza tym jednym. Że stoimy z całą pewnością na krawędzi. A to już jest pewna wiedza.

piątek, 28 stycznia 2011

Don Paddington: O poetach, o dzieciach i o TymKtóryNigdyNiePrzepuszczaOkazji

W reakcji na poprzednią notkę o potworze Herberta, otrzymałem słowo od naszego księdza. Bardzo oczekiwane to słowo. Jestem pewien, że nie tylko przez mnie. A może i nawet nie najbardziej przez mnie. Dziękuję i proszę o uwagę.


Zbigniew Herbert: „Potwór Pana Cogito”

1
Szczęśliwy święty Jerzy
z rycerskiego siodła
mógł dokładnie ocenić
siłę i ruchy smoka
*
pierwsza zasada strategii
trafna ocena wroga
*
Pan Cogito
jest w gorszym położeniu
*
siedzi w niskim
siodle doliny
zasnutej gęstą mgłą
*
przez mgłę nie sposób dostrzec
oczu pałających
łakomych pazurów
paszczy
*
przez mgłę
widać tylko
migotanie nicości
*
potwór Pana Cogito
pozbawiony jest wymiarów
*
trudno go opisać
wymyka się definicjom
*
jest jak ogromna depresja
rozciągnięta nad krajem
*
nie da się przebić
piórem
argumentem
włócznią
*
gdyby nie duszny ciężar
i śmierć którą zsyła
można by sądzić
że jest majakiem
chorobą wyobraźni
*
ale on jest
jest na pewno
*
jak czad wypełnia szczelnie
domy świątynie bazary
*
zatruwa studnie
niszczy budowle umysłu
pokrywa pleśnią chleb
*
dowodem istnienia potwora
są jego ofiary
*
jest dowód nie wprost
ale wystarczający

2
rozsądni mówią
że można współżyć
z potworem
*
należy tylko unikać
gwałtownych ruchów
gwałtownej mowy
*
w przypadku zagrożenia
przyjąć formę
kamienia albo liścia
*
słuchać mądrej Natury
która zaleca mimetyzm
*
oddychać płytko
udawać że nas nie ma
*
Pan Cogito jednak
nie lubi życia na niby
*
chciałby walczyć
z potworem
na ubitej ziemi
*
wychodzi tedy o świcie
na senne przedmieście
przezornie zaopatrzony
w długi ostry przedmiot
*
nawołuje potwora
po pustych ulicach
*
obraża potwora
prowokuje potwora
jak zuchwały harcownik
armii której nie ma
*
woła -
wyjdź podły tchórzu
*
przez mgłę
widać tylko
ogromny pysk nicości
*
Pan Cogito chce stanąć
do nierównej walki
*
powinno to nastąpić
możliwie szybko
*
zanim nadejdzie
powalenie bezwładem
zwyczajna śmierć bez glorii
uduszenie bezkształtem


Dobry wiersz. Pełen pytań i prostych ontycznych konstatacji („coś jest, albo czegoś nie ma”), czyli taki, jaki być powinien: tajemniczy. Krytycy literaccy mówią, że Herbert uwrażliwia i moralizuje (dlatego zdaniem niektórych – tak wielbicieli, jak i antagonistów – nadaje się na pałkę), lecz według mnie – literackiego laika – wartość Jego twórczości (jak zresztą wartość każdej poetyckiej twórczości) polega przede wszystkim na tym, że mało – w sensie epistemologicznym – wyjaśnia. Uważam bowiem, że każdy poeta jest „dzieckiem”, które zadaje trudne pytania, a odbiorca wiersza „dorosłym”, który z tymi pytaniami musi sobie poradzić. I Herbert to, co do niego należy wykonuje bardzo dobrze.
Wystarczy przyjrzeć się znakomitym wierszom Herberta, czy też jego równie znakomitym esejom by zrozumieć, że On owszem, potrafi dostrzec to, co ważne dla ludzkiej kondycji (a więc np. Prawdę, Dobro, Piękno), potrafi to wychwycić, zdziwić się tym, a potem to opisać, ale nie sądzę, by był w stanie to wyjaśnić – tzn. nie ma pojęcia dlaczego np. Piękno jest dla nas ważne i na czym polega dobroć Dobra. Herbert, dzięki swej wrażliwości znakomicie wychwytuje gdzie jest np. Prawda i potrafi to słowem kunsztownie wyrazić, ale nie jest pewny, dlaczego coś jest dobre albo złe, prawdziwe bądź fałszywe, piękne lub brzydkie. I to jest normalne. Poeta nie musi tego wiedzieć.
Oczywiście może się zdarzyć, że poeta chce uciec od swej dziecięcości i zaczyna udawać dorosłego, który zna odpowiedź na każde – również to „najgłupsze” – pytanie. Także Herbert ulegał pokusie dorosłości i od czasu do czasu, zamiast w zadziwieniu stawiać pytania, próbował dawać wyjaśnienia. Robił to bardzo efektownie, ale niestety, mało przekonująco. Najlepszy tego przykład widzimy w słynnym wierszu „Potęga smaku”. Owszem, ładnie opisał prostą korelację wartości estetycznych i etycznych, ale wynikającą stąd definicją: „Przyzwoitość jest kwestią smaku”, nie rozwiązał przecież żadnych moralnych dylematów i zawiłości tego świata (inna rzecz, czy jakimikolwiek definicjami można to uczynić?). Bo co z tego wyjaśnienia ma wynikać? Przecież i bez Herberta wiemy, że łatwiej się oprzeć pokusie, którą niosą ze sobą „bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”, niż pokusie przekazywanej przez słane przed nami „różowe kobiety, płaskie jak opłatek”.
To wszystko jest czystej wody wchodzeniem małego chłopca w buty swego ojca! Nic z tego nie będzie. Bo naturalny porządek rzeczy jest następujący: poeta/dziecko pyta, a my – dorośli – udzielamy odpowiedzi.
My, to znaczy kto?
Niedawno miałem okazję przypomnieć sobie film o pewnej bitwie „w miejscu, którego nasz kraj nie pamięta, w wojnie, której nie rozumie”. To film „Byliśmy żołnierzami”, z Gibsonem w roli głównej. Film o wojnie w Wietnamie. Filmów o wojnie wietnamskiej nakręcono już mnóstwo. Ich zasadniczy przekaz (tzn. przekaz pop-kulturowy, najbardziej skuteczny) jest następujący: w tej wojnie brali udział albo nieszczęśliwi i przerażeni pacyfiści, na siłę wcieleni do armii jako armatnie mięso, albo uważający siebie za „high-tech debeściaków” pijani, naćpani, dobrze umięśnieni, głupi sadyści w amerykańskich mundurach, gustujący w „zapachu napalmu o poranku” (że takie przedstawienie wojny szargało honor amerykańskich żołnierzy? A co to jest honor?). Ten przekaz był/jest kierowany do amerykańskich (i nie tylko amerykańskich) dzieciaków i jest konstruowany przez dzieciaki (mentalne). Tak się bowiem porobiło, że z pewnych względów Ameryka i świat się zinfantylizowały. Te „pewne względy” są tutaj bardzo ciekawe i może kiedyś o tym sobie porozmawiamy. W tym momencie chciałbym tylko zwrócić uwagę na znany skądinąd fakt, że tzw. wojna kulturowa (przynajmniej w USA), to m.in. wojna między dziećmi, które nie chcą dorosnąć, choć za dorosłe się uważają, a dorosłymi, którzy nie chcą zauważyć dziecięcości swych adwersarzy.
„Byliśmy żołnierzami” to film, który bardzo ładnie to diagnozuje, tzn. jest to film dla dzieci, robiony przez dorosłych. Ktoś tam wreszcie zrozumiał, że dorośli w wojnie kulturowej muszą ze swoimi przeciwnikami rozmawiać jak z dziećmi i tłumaczyć im wszystko jak dzieciom. Bo dzieci są ciekawe świata, ale nie wszystko są w stanie swoimi małymi rozumkami pojąć. I wtedy zadają – jak poeta – pytania.
W filmie tym, obfitującym w testosteron, adrenalinę, pot, krew, łzy i śmierć, kluczową dla mnie sceną jest rozmowa Gibsona ze swoją małą córeczką. Dziecko pyta: „Tatusiu, co to jest wojna?”. Gibson po chwili namysłu odpowiada: „Wojna jest czymś, czego nie powinno być, a jest. Wojna jest wtedy, gdy gdzieś źli ludzie zabijają innych ludzi i chcą zabijać dalej. I my musimy tam jechać, żeby ich powstrzymać.”
Kunszt tej sceny polega na tym, że widz utożsamiony jest z dzieckiem i to jemu, widzowi, Gibson odpowiada. Bo niestety, widz najczęściej tego wszystkiego – podobnie jak filmowa córka Gibsona – nie wie (choć oczywiście bywa, że wydaje mu się, że wie).
Kilka dni temu, jak wielu z nas, denerwowałem się sejmową debatą na temat smoleńskiej katastrofy. Miałem wielki żal – i mam go do dzisiaj – do tzw. „pisowskiego planktonu”, że w pytaniach kierowanych do premiera Tuska i jego amatorskiej drużyny, plankton ów nie wychodził w zasadzie poza pytanie: „Panie Premierze! Czy Pan wie, co to jest honor?”
Rzecz nie w tym, że to pytanie jest złe. Chodzi o to, że nie można zadawać go dzieciom. Przecież jest to pytanie niesamowicie trudne. Gdyby Toyah był premierem, to odpowiedziałby na to pytanie, że honor jest tożsamy z prawdą. I bez względu na to, czy jest to odpowiedź prawidłowa, czy też nie, jest to odpowiedź dorosłego człowieka. Bo dzieciom nawet nie przyjdzie do głowy (exemplum Pan Prezydent Komorowski), że honor może z prawdą mieć cokolwiek wspólnego. To zupełnie nie ten poziom.
Powie ktoś, że to nie dzieci, lecz bezwzględni cynicy. W takim razie, po co im w ogóle pytania o honor zadawać? By ich rozśmieszyć?
Trwa wojna kulturowa. Tu nie chodzi o wojnę dwóch narodów, ani o wojnę społeczeństwa wolnych Polaków ze społeczeństwem postkolonialnym. To wojna między dorosłymi a dziećmi. A teatrem wojennym nie jest tylko Polska (choć można domniemywać, że Ojczyzna nasza stała się z jakiegoś powodu ulubionym poligonem doświadczalnym, na którym testuje się nowe rodzaje uzbrojenia), lecz także cały tzw. zachodni świat. Śledzony przez nas System, będący jednym (jedynym?) z twórców zinfantylizowanego społeczeństwa, robi wszystko co może, by dzieci pozostały dziećmi. I właśnie dlatego System nie domaga się, by dzieci brały odpowiedzialność za swoje postępowanie, bo wtedy przestałyby być dziećmi. System promuje kult młodości i pragnienie wiecznych wakacji, bo w ten sposób przedłuża ludziom dzieciństwo. System – w Polsce ustami np. Michnika, czy innych takich „którzy w życiu słowa prawdy nie powiedzieli” – powtarza co jakiś czas, że klasyczny podział na lewicę i prawicę jest obecnie anachronizmem, aby dzieciaki dały sobie spokój z tymi ideologicznymi bzdurami. System popiera obecność w masowej kulturze skatologii i koprolalii, ponieważ to, co dotyczy fizjologii – zwłaszcza jeśli jest to przedstawione z bezpośrednią dosadnością – zawsze jest dla ciekawych świata dzieci interesujące, a używanie wulgaryzmów powoduje, że dziecko – choć dzieckiem pozostaje – czuje się bardziej dorosłe. System z lekceważeniem, a nawet wrogością odnosi się też do całej kulturowej wzniosłości naszej cywilizacji, bo tego rodzaju kategorie jak „wzniosłość” są dla dzieci niezrozumiałe, a w momencie gdy człowiek zaczyna coś z tego rozumieć, to przestaje być dzieckiem.
Dlaczego System to wszystko robi i od wielu już lat – ciągle ludzi infantylizując – społeczne zamieszanie pogłębia? Cóż… Ma swoje powody (za którymi najprawdopodobniej stoi TenKtóryNigdyNiePrzepuszczaPodobnychOkazji), a oprócz tego w mętnej wodzie łatwiej ryby łowić.
Wróćmy do Herberta.
Wybitny poeta. Moralista. Dziecko zadające trudne pytania.
Czy biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, możemy sądzić, że prowadzimy wojnę z poetami, albo że rządzą nami poeci? Nic bardziej błędnego! Bo chociaż prawdą jest, że każdy poeta (zwłaszcza wybitny) jest jak dziecko, to wcale z tego nie wynika, że każde dziecko jest poetą. Dlaczego nie każde dziecko jest poetą? Ponieważ dzieci (przynajmniej olbrzymia ich większość) nie znoszą moralizowania i lekce sobie ważą morały. A poeta bez tego nie może się obejść. Nikt też nie staje się poetą tylko przez to, że stawia pytania, nawet jeśli są to pytania o to, jak skończy Jarosław Kaczyński. Poeta stawia pytania kunsztowne na płaszczyźnie słowa, oraz kunsztowne na płaszczyźnie ducha, tzn. takie, by dorosły, odpowiadając, wykonał przy okazji rachunek sumienia i nawrócił się.
Herbert czynił to znakomicie. Także w spostponowanej trochę przeze mnie „Potędze smaku”. O co tam Herbert pyta? Zobaczmy:
„Jaka jest twoja cena, byś przestał odmawiać, siać niezgodę, upierać się? Nie wystarczają bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rekach? To proszę bardzo: oto dla ciebie kobiety różowe, płaskie jak opłatek. Mało? Rażą cię łańcuchy tautologii i pojęcia jak cepy? To proszę bardzo: oto dyskurs ze składnią nie pozbawioną urody koniunktiwu. Nie chcesz iść na ugodę i dla Prawdy, Dobra i Piękna jesteś gotów dać bezcenny kapitel ciała – głowę? To wiesz co? My się na to skrzywimy i wycedzimy szyderstwo pod twoim adresem. I co ty na to?”
Powie ktoś, że niezupełnie to z tego wiersza wynika. Bo to my, w kontakcie z „chłopcami o twarzach ziemniaczanych” nie mających pojęcia kim był „obracający się w grobie Marek Tulliusz”, mamy „wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo”. To nasz przywilej!
Doprawdy? Ładnie to tak, szydzić z dzieci? Tylko dzieci z dzieci szydzą. Dorośli zaś dzieci wychowują i odpowiadają na ich pytania (także te złośliwe).
No i właśnie: jaką dajemy odpowiedź na te wszystkie pytania, a przede wszystkim na pytanie o naszą cenę? Bo tak ważny dla wielu z nas człowiek jak Jarosław Kaczyński, na te pytania już chyba odpowiedział.
Urban odpowiedź Kaczyńskiego zna, dlatego sie skrzywił i wraz ze swoimi duchowymi dziećmi wycedził szyderstwo pod jego adresem i adresem wszystkiego, co ten człowiek symbolizuje. Owe dzieci życzą mu śmierci (a mówiąc ściśle – jak to mówią na podwórkach, pod trzepakiem: każdy z nich chętnie by „gnoja osobiście zapierdolił”), ale to jest tylko wyraz ich dziecięcej nienawiści wyrażającej się na płaszczyźnie emocjonalnej. Z punktu widzenia Systemu jest to jednak klęska, bo System już wie, że Kaczyńskiego nie można ani kupić, ani zastraszyć. Wie także i to, że Kaczyński „przeżyłby” stratę kapitelu swego ciała i trwać będzie dalej w legendzie, micie, czy wszystko jedno jak to nazwiemy. System pozwala więc życzyć Kaczyńskiemu śmierci, pozwala z niego szydzić i pluć na niego, ale tylko dlatego, że jeśli dzieci mogą kogoś dręczyć i nie ponoszą z tego tytułu żadnych konsekwencji, to mają z tego wielką frajdę i utwierdzają się w swej dziecięcości. A jednym z obszarów aktywności Systemu jest przecież troska o to, by ludzi utrzymywać w stanie zdziecinnienia i infantylizować życie społeczne. Klęska pozostaje jednak klęską, ponieważ istnieje bardzo poważne zagrożenie, że Kaczyński przetrwa nawet swoją śmierć. I dlatego trzeba z niego szydzić i pluć na niego, by minimalizować straty wynikające z pojawienia się w świecie dzieci kogoś niezłomnego i pragnącego by dzieci dorosły.
Na koniec drobna makabreska. Rozmowa dorosłego z dzieckiem. Problem dorosłego polega na tym, że nie rozumie, iż rozmawia z dzieckiem. Ten problem jest naszym problemem…
I trzeba w tym momencie zadać pytanie (nie dziecięce, lecz konkursowe - za 8 groszy): z punktu widzenia dziecka będącego produktem Systemu, który z tych dwóch Panów jest debilem? Dla ułatwienia dodam, że nie chodzi tutaj o Dyrektora.

PS. Jaki z tego wszystkiego wynika morał? Mam nadzieję, że pamiętacie Państwo głośną niedawno sprawę p. Tomasza Turowskiego, PRL-owskiego szpiega o statusie tzw. „nielegała” pracującego na tzw. odcinku kościelnym, lustracyjnego kłamcy, zatrudnionego przez ministra Sikorskiego, by przygotował m.in. wizytę Prezydenta Kaczyńskiego w Smoleńsku i Katyniu.
W związku z ujawnieniem tych faktów, w Radio WNET Krzysztof Skowroński przeprowadził wywiad z Piotrem Jeglińskim, założycielem wydawnictwa Editions "Spotkania". Pan Piotr w latach 80, przebywając w Paryżu, dość dobrze poznał Turowskiego – wówczas jezuickiego kleryka – i swoją wiedzą na temat tego człowieka zechciał ze słuchaczami się podzielić. Z opowieści pana Jeglińskiego wynika, że Turowski to zimny, bezwzględny, oślizgły, a przy tym potrafiący wzbudzić zaufanie osobnik. Wywiad bardzo ciekawy, ale najciekawsze – zwłaszcza w kontekście tego co wyżej – jest jego zakończenie. Otóż Skowroński pyta Jeglińskiego jaki morał wynika z całej tej historii? Pan Piotr chwilę milczy, a potem odpowiada: „To jest bardzo smutne, ale tutaj nie ma morału i nie ma moralności.”
Przyznaję, że do dzisiaj jestem tym zdaniem wstrząśnięty. Bo jeśli z tego rodzaju historii dorośli ludzie nie potrafią wyciągnąć morału, tzn. że dzieci zwyciężyły i jest już pozamiatane.
Morał, może ułomny, ale jest – Ucz dzieci w porę i nie w porę, a zawsze coś w ich głowach pozostanie.

czwartek, 27 stycznia 2011

Potwór Herberta - reaktywacja

Kiedy na naszym blogu, w jednym z komentarzy, pojawił się tytuł tygodnika „Nie”, nie umiałem się przede wszystkim zmusić do nawet najmniejszego skupienia, ale też zdziwiłem się, że to coś w ogóle jeszcze istnieje. Ktoś kto mnie zna, jako gorliwego odbiorcę stacji TVN24, mógłby sądzić, że ja również muszę zaglądać do tej szczególnej gazety. Tymczasem jest to nieprawda. To coś miałem w ręku dwa razy w życiu. Dokładnie. Raz, przed wielu, wielu laty, kiedy pewien mój kolega, który przyjechał do Polski z Chicago i poprosił mnie, żeby mu to kupić, a drugi raz, jak byłem na wizycie u mojego ukochanego wujka, który, jak się okazało, to czyta.
A więc, kiedy zobaczyłem nazwę „Nie”, zdębiałem, bo poczułem się, jakbym wrócił do czasów późnego Rakowskiego, ewentualnie wczesnego Wenderlicha. Tymczasem, z już bardziej mainstreamowych medialnych doniesień, uzyskałem informację, że owszem – Jerzy Urban żyje, a z nim jego tygodnik. No i jego pomysły.
Gdyby ktoś nie wiedział, o czym mówię – bardzo krotko. Otóż Urban poprosił kilkunastu przedstawicieli polskiego życia, jak najbardziej publicznego, żeby mu odpowiedzieli na jedno pytanie. Mianowicie pytanie odnośnie przyszłości, jaką oni sami planują dla Jarosława Kaczyńskiego. Osoby, które zgodziły się wziąć udział w ankiecie, a więc jak najbardziej naturalnie przyjaciele projektu o nazwie „Nie”, w swojej ogromnej większości prorokują Jarosławowi Kaczyńskiemu śmierć. Co do rodzaju tej śmierci, jej oprawy, i wszystkiego co nastąpi po niej, to już wynik indywidualnej inwencji i emocji uczestników ankiety, głównie emocji o charakterze kabaretowym. Podstawowy przekaz pozostaje jeden – Jaroslaw Kaczyński wkrótce umrze.
I to, moim zdaniem, stanowi sytuację całkowicie nową. Oto nie Jerzy Urban, a więc człowiek, który zapisał się w historii europejskiej cywilizacji w sposób bardzo konkretny – choćby zakładając w jednym z konfesjonałów podsłuch i publikując zapis rozmów między księdzem, a osobą wyznającą swój ból – lecz wiele bardzo prominentnych osobistości polskiego zycia publicznego, całkowicie oficjalnie, w świetle jupiterów, bez wstydu, a nawet bez poczucia wyjątkowości tego w czym biorą udział, wspomogło projekt, który miał na celu tylko jedno – zaapelować o śmierć dla Jarosława Kaczyńskiego. Nie o koniec politycznej kariery, nie jakąś przykrą kompromitację, nie przegraną w najbliższych wyborach i emeryturę na obrzeżach polskiej historii, ale o śmierć. I oto, żeby ta śmierć dokonała się w towarzystwie najbardziej szyderczego rechotu.
Ale jest jeszcze coś. Jak się okazuje, doszliśmy do miejsca, gdzie tego typu wydarzenie – z punktu widzenia tradycji i reguł absolutnie podstawowych – właściwie nie wywołuje żadnej reakcji. Nie mam tu na myśli jakiś oficjalnych gestów, publicznej debaty, czy choćby pojedynczych opinii. Mówię o braku reakcji w ogóle. Tak jakby nastał czas, gdzie wszelkie reguły zostają unieważnione. Powiem jeszcze raz. Dochodzi do publicznej – nie prowincjonalnej, niszowej, czy w postaci artystycznego happeningu – lecz jak najbardziej oficjalnej, ogólnopolskiej debaty, z udziałem czołowych postaci polskiej współczesności na temat taki oto, jaki rodzaj śmierci należy wybrać dla jednego z nas… i nic. Gdzieś w jakimś zoo urodziła się żyrafa i ma trzy matki.
Oto coś, co swego czasu Zbigniew Herbert nazwał „potworem pana Cogito”:
„gdyby nie duszny ciężar
i śmierć którą zsyła
można by sądzić
że jest majakiem
chorobą wyobraźni
*
ale on jest
jest na pewno”

Na końcu tego wszystkiego mamy Jarosława Kaczyńskiego. Czemu akurat on? I czemu z takim impetem? Jak to się stało, że po tylu latach względnego ładu, pojawił się właśnie on? I to w taki sposób? Tu mamy bardzo szerokie pole do interpretacji tego zjawiska. Z mojego punktu widzenia jednak, jak bym nie kombinował, wychodzi mi jedno. To się dzieje tylko w jednym celu. Żeby ci, którzy potrzebują więcej czasu, większych liter i bardziej kolorowych obrazów, zrozumieli jedno. Nadszedł czas deklaracji. I czasu już jest bardzo mało. Radziłbym się nie spóźnić.

środa, 26 stycznia 2011

System w Sieci

Dziś przed południem, w portalu Solidarni 2010, umieściłem wpis, w którym wyszydziłem autorów zorganizowanej na Facebooku akcji zmierzającej do zdjęcia z publicznej dyskusji kwestii smoleńskiej katastrofy. Żeby wiadomo było, o co chodzi, przedstawiam poniżej cały tej wpis. Proszę bardzo.

Dziś akurat moje dzieci poinformowały mnie, że w ostatnich dniach na Facebooku zostały tam uruchomione dwie nowe tak zwane „grupy”, które natychmiast spotkały się ze znacznym odzewem. Pierwsza z nich, to coś co się nazywa „3 lutego – dzień bez Smoleńska”. Chodzi o to, ze jakaś banda pasjonatów uznała, że ma dość ciągłego ględzenia o katastrofie w Smoleńsku i postanowiła się tymi emocjami podzielić z narodem. Zrobiła to na Facebooku prawdopodobnie dlatego, że Facebook jest bardzo dobrym miejscem, żeby się takimi emocjami dzielić i przy okazji sprawdzić, czy one są odpowiednio rozpowszechnione.
Bo taki to właśnie jest w dużej mierze Facebook. Takie forum, gdzie ktoś splunie, lub zarży i ma nadzieję, że w ten sposób osiągnie sukces towarzyski. A najbardziej już będzie szczęśliwy, gdy o istnieniu tego miejsca poinformują media, oczywiście z odpowiednim komentarzem. Wtedy to ów ktoś będzie miał poczucie, że współtworzy politykę. Trochę pewnie, jak ci ludzie, wysyłający filmiki z telefonu na kontakt24, rozpierani przez dumę, że i oni mogli stać się częścią Systemu.
Mamy więc dwie nowe grupy na Facebooku. Jedna to ci wszyscy, którzy już nie chcą słyszeć jednego słowa o Smoleńsku, o katastrofie, o ofiarach, o śmierci, o śledztwie, o prawdzie. Nic. Zero. Oni są już zmęczeni i mają dość. Ani słowa o tym cholernym samolocie. Oni chcą balonów i petard. I dużo głośnej muzyki. I coś na nos. I, jak się okazuje, jest ich dużo. Ale też jest druga grupa, tym razem o nazwie (cytuję dokładnie) „Pierdolę prawdę o katastrofie smoleńskiej”. I ci też mają podobne ambicje, jak ich koledzy. Tyle że bez konkretnych dat i akcji. Oni zwyczajnie mają w nosie, jaka jest prawda o Smoleńsku. Piszą zresztą jednoznacznie, że nawet jeśli ma się okazać, że Prezydent został zamordowany, ich to nie interesuje. Oni wiedzieć nie muszą i nie chcą.
I ja uważam, że to jest bardzo ciekawe. Nie dlatego, że gdzieś tam pojawili się jacyś nowi durnie. Bo to się dzieje zawsze i wszędzie. Interesuje mnie to zjawisko dlatego, że ono świadczy o pewnym trendzie. Jestem pewien, że ci wszyscy szaleńcy, którzy stoją za powstaniem tych stron sa tacy aktywni nie przez swoją pasję i niezależne serca, ale właśnie dlatego, że poczuli pewien wiatr. Oni wpadli w ten anty-smoleński, czy w ogóle antypolski nastrój, dlatego, że zauważyli, że to jest w tej chwili dobry kierunek. Tyle że przez to, że są głupi, od razu się odsłonili i przyznali, że ich prawda nie interesuje. A więc tym samym ogłosili, że oni świetnie wiedzę, jak ta prawda wygląda. I że za taką prawdę, to oni dziękują.
Gdyby jakąś tego typu grupę na Facebooku utworzył Donald Tusk, czy Paweł Graś, czy nawet Andrzej Halicki, ona miałaby z pewnością inną nazwę. Na przykład: „Niech prawdę wyjaśniają ludzie prawi, nie agenci Ziobry”. „Dość wykorzystywania tragedii dla doraźnych interesów partyjnych”, ani „Ręce polityków – precz od Smoleńska!”, czy nawet „W Smoleńsku zginął nie tylko jeden kaczor”. Nawet gdyby tę grupę stworzyła Hanna Gronkiewicz Waltz, która wczoraj w telewizji otwarcie przyznała, że ona również prawdę o katastrofie smoleńskiej ma w głębokim poważaniu, myślę, że dla samej zmyłki by się przynajmniej zgodziła na jakąś nową ruską komisję dochodzeniową.
I byśmy dalej żyli złudzeniami. Na szczęście mamy internautów. To oni – zgodnie zresztą z dawnym już proroctwem ministra Boniego – stanowią awangardę tej ekipy. To oni, szczerze jak tylko potrafią, pokazują przyszłość jaką już się nam krystalizuje.
Internet. Jakież to ciekawe miejsce. Też w tych dniach mój syn znalazł gdzieś w Sieci informację, że kilka dni temu na Allegro ukazała się następująca oferta: „Witam wszystkich na mojej aukcji. Mam do sprzedania zdjęcie telefonu komórkowego Nokia N8 16GB! Telefon jest oryginalnie bez blokady simlock. Jest nowy i nie używany. Wysyłka tylko po wcześniejszej przedpłacie” Pod spodem zostało umieszczone kolorowe zdjęcie telefonu i podana wielkimi literami uwaga: „Proszę o przemyślane zakupy i dokładne czytanie opisu aukcji w celu uniknięcia jakichkolwiek problemów!”. Aha, i jeszcze coś. Obok, jak byk, stoi informacja, że wysyłka drogą elektroniczną. Do momentu, kiedy informacja o tej niezwykłej aukcji dostała się do Sieci, zdjęcie telefonu licytowały już trzy osoby, a najwyższa cena wynosiła 787 złotych.
Przyznam się, że nie byłbym zdziwiony, gdyby się miało okazać, że jednym z kupujących był ktoś, kto w ramach walki z kaczyzmem postanowił otworzyć na Facebooku grupę „Pierdolę prawdę o katastrofie smoleńskiej”. Nie zdziwiłbym się też, gdyby się okazało, że ten ktoś, to członek młodzieżówki Platformy Obywatelskiej. Od wczoraj zastanawiam się, czy przypadkiem jednym z tych licytujących nie była Hanna Gronkiewicz Waltz. Zdziwiłbym się natomiast, gdyby nagle wyszło na to, że o utworzeniu tej grupy wiedział, a może wręcz był jej cichym moderatorem, ktoś z najbliższego otoczenia Donalda Tuska i w ten sposób chciał mu pomóc w walce z PiS-em. Zdziwiłbym się, choć kiedy się tak zastanawiam, to myślę sobie, że kto wie? Może oni są już naprawdę na ostatnim zakręcie? A tam może faktycznie takie to dziwne rzeczy się z ludźmi dzieją.
Ależ mi wesoło!

I oto, jak się właśnie dowiaduję, życie dopisało do całej sprawy piękny epilog, a przy okazji niezwykły komentarz. Otóż z jakiegoś nieznanego powodu, twórca jednej z tych grup, apelującej o ogłoszenie dnia 3 lutego tak zwanym „Dniem bez Smoleńska” ze swojego projektu zrezygnował i zapowiedział zamknięcie strony. Natychmiast zareagowała telewizja TVN24, najpierw bardzo dokładnie informując o całej inicjatywie, następnie bezskutecznie próbując namówić owego nieszczęśnika do wypowiedzi na antenie, by wreszcie wyrazić żal, rozgoryczenie i ból z powodu takiego oto, ze Polska jest krajem na tyle dzikim, że porządne obywatelskie inicjatywy nie mają szans na realizację, i to diabli wiedzą, czemu.
Kiedy piszę te słowa, właśnie w TVN-ie odbywa się szczególny sabat, podczas którego czołowa medialna bandyterka w osobach Macieja Knapika, Andrzeja Morozowskiego, Waldemara Kuczyńskiego i Katarzyny Kolendy – Zaleskiej staje na głowie, żeby stał się cud i ten dzień jednak w naszej świadomości pozostał. Żeby coś się takiego stało, żeby ta piękna inicjatywa jednak nie poszła na marne. Właśnie nastawiam ucha, a zza ściany dobiega mnie głos Kuczyńskiego: „Jarosław Kaczyński…”. Rozumiem, że System pracuje pełną parą.
W tekście dla Solidarnych napisałem, że choć mam podejrzenie, ze inicjatywy o jakich mowa, są jedynie indywidualnym popisem umysłowej energii szarych internautów, nie zdziwię się jeśli jednak okaże się, że niekiedy, gdzieś na dalszym planie, mogą się tam też kręcić osoby z pierwszego czy drugiego politycznego planu. Że oni wprawdzie sami nie potrafią się jeszcze zdobyć na szczere wyznanie, że prawda im cuchnie, ale chętnie wyślą do tej roboty jakichś chętnych idiotów z terenu. Wygląda na to, że wersja hard jednak zwyciężyła.

Powrót człowieka z frytą

Swego czasu, zamieściłem tu na tym blogu notkę, poświęconą szczególnemu rodzajowi polskiego reżimowego dziennikarstwa, dla którego wszelkie epitety o "specach od mokrej roboty", "cynglach", czy po prostu "kłamcach do wynajęcia", robią wrażenie kompletnie nieadekwatnych, i wybrałem dla nich specjalną, dość absurdalną nazwę 'topiarzy fryt'. Zaproponowałem tę nazwę, obudowałem tę propozycję wesołym tekstem i temat zamknąłem. I oto dziś pojawia się Tomasz Sekielski ze swoimi animatorami. Nie mam więc wyjścia. Muszę do sprawy powrócić.
Otóż nie minął chyba nawet tydzień jak ów szczególny dziennikarz, czerpiąc wzory z najbardziej brutalnej czarno-czerwonej propagandy, zaatakował Jarosława Kaczyńskiego, gdy, niewątpliwie w reakcji na słowa krytyki skierowane pod adresem jego stacji, red. Sekielski zabłysnął ponownie, tym razem prokurując audycję poświęconą specjalnie Platformie Obywatelskiej i osobiście Donaldowi Tuskowi. Oczywiście, sam pan redaktor jest specjalistą wysokiej klasy i należy mu oddać co jego, niemniej jednak nie sposób nie dojrzeć ogromu pracy, jaką sama stacja włożyła w to, by wszystko było zapięte na ostatni guzik, a sam ów gest ekspiacji przyniósł jak najlepsze rezultaty. TVN24 to rzeczywiście poważna firma i nie ma już wątpliwości, że każdy gest hołdu ze strony Systemu pod adresem jej właścicieli i pracowników jest jak najbardziej zasłużony.
Wczorajsza audycja Sekielskiego była właściwie, pod względem metod i siły rażenia, na podobnym poziomie co wcześniejszy program o Jarosławie Kaczyńskiemu, a więc każdy kto jest w stanie słuchać, patrzeć i myśleć, musiał w trakcie tych 30 minut uzyskać wszystkie potrzebne informacje, by dojść do wniosku, że Donald Tusk i jego projekt to wyłącznie, że się tak wyrażę, kłamstwo i dupstwo. Różnica była tylko taka, że tydzień wcześniej, dla podparcia swoich tez, zaprosił do siebie Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, a więc ludzi którzy Kaczyńskiego nienawidzą tak, że są w stanie powiedzieć o nim wszystko, i jednego psychologa, który z kolei mógł w pełni profesjonalnie przedstawić telewidzom obraz choroby psychicznej, na jaką Jaroslaw Kaczyński w sposób oczywisty cierpi.
Wczoraj, całość programu została sprytnie podzielona na kilka części, a więc jedną o rocznicy Platformy Obywatelskiej, drugą o samym Donaldzie Tusku, trzecią o historii Hali Oliwii i czwartą o Mirosławie Drzewieckim, tak by biedny telewidz do końca nie wiedział, o czym jest mowa. No i naturalnie nie było ani psychiatrów, ani psychologów, ani też Joachima Brudzińskiego i pani poseł Kępy, lecz zwykli politolodzy, czy może socjolodzy, którzy skarżyli się, że z Platformą jest nienajlepiej.
A więc zwykły tefauenowski standard polegający na tym, by wszystko tak zamieszać, by nikt nie mógł, z jednej strony, nikomu zarzucić kłamstwa, czy choćby ukrywania prawdy, a z drugiej, żeby całość przekazu się zgrabnie i cichutku rozpłynęła w błękitnej mgle. Jeden jednak fragment dziennikarskiej pracy Tomasza Sekielskiego zrobił na mnie wrażenie kolosalne. Otóż podczas fragmentu audycji poświęconej Donaldowi Tuskowi, kiedy to dzięki starym migawkom, cytatom i odpowiedniemu komentarzowi uzyskiwaliśmy stopniowo obraz bezczelnego i całkowicie bezkarnego kłamcy i nieudacznika, nagle, bez żadnego powodu i całkowicie poza kontekstem i tematem, zobaczyliśmy Jarosława Kaczyńskiego, jak wdrapuje się niezgrabnie na mównicę. To było zaledwie pięć, czy dziesięć sekund filmu, bez żadnych jakichkolwiek słów, bez słowa komentarza. Po prostu nagle, w trakcie programu o Donaldzie Tusku i historii jego politycznej kariery, zobaczyliśmy, bez najmniejszego sensu, Jarosława Kaczyńskiego jak włazi na mównicę i zaczyna coś dukać. Ja oczywiście jestem wystarczająco doświadczony, żeby znać wszystkie tego typu zagrywki, ale z jakiegoś powodu ten akurat manewr zrobił na mnie wrażenie.
Mogłem sobie świetnie bowiem wyobrazić, jak przeciętny konsument tefauenowskiego projektu siedzi przed ekranem swojego telewizora, tuż po rozmowie Moniki Olejnik, a jeszcze przed rozmową Bogdana Rymanowskiego, nudzi się jak pies, ziewa, rozgląda się gdzieś po suficie, a tu nagle, patrzy – Kaczor. Jest! Jest sukinsyn! Ale lezie! Ale krzywi ten swój kaczy dziób. Co za dureń! Co za gnój!. Żeby go wreszcie szlag trafił! No wreszcie coś ciekawego. Ten Sekielski to jednak równy gość.
Wspomniałem o Olejnik i Rymanowskim. I tu już mam powód, by zwrócić uwagę na drugą stronę tego wczorajszego zagrania prezesa Waltera i jego drużyny. Chodzi mi mianowicie już nie o samego Sekielskiego, lecz o jego szefów i kumpli. Otóż tuż przed demaskatorskim atakiem na Platformę Obywatelską i osobiście Donalda Tuska, Monika Olejnik rozmawiała z Hanną Gronkiewicz Waltz. Jak się okazuje, oryginalnie do studia miała przyjść minister Ewa Kopacz, ale coś się pomieszało i pojawiła się Waltz. Biorę oczywiście pod uwagę, że Kopacz byłaby jeszcze lepsza, ale muszę pani prezydent oddać sprawiedliwość. Ona z każdym dniem jest coraz lepsza. Wczoraj właściwie była już prawie tak mocna, jak występujący dzień wcześniej Komorowski. Przez pół godziny płynął z ekranu czysty słowotok z jednym przekazem: „Dość o Smoleńsku, a Kaczyński jest chory na głowę”. Mogę się więc już tylko domyślić, że kiedy na ekranie pojawił się Sekielski ze swoim agresywnym jak cholera dziennikarstwem, wszyscy byli już odpowiednio napompowani.
Po Sekielskim z kolei przyszedł Rymanowski i jestem pewien, że jeśli komuś nie wystarczyła Waltz i te parę sekund Jarosława lezącego na mównicę, dostał już wszystko, o czym tylko mógł sobie zamarzyć. A więc z jednej strony Stefana Niesiołowskiego, a z drugiej Romana Giertycha. No i ci załatwili sprawę ostatecznie. Rymanowski zaczyna „Panie ministrze, jak pan ocenia poziom rządów Platformy Obywatelskiej w dziesiątą rocznicę istnienia partii?” A Giertych na to: „Dopóki Jarosław Kaczyński…”, i tak już do końca, na tle rozpromienionej buzi Rymanowskiego.
Oczywiście dalej już było tylko Szkło Kontaktowe, a więc tak zwane podsumowanie, i tak się skończył ten dzień.
A ja sobie myślę, że trzeba by było nam też powiedzieć coś, co będzie podsumowaniem tego niezwykłego wieczoru z naszej strony. I mam tu dwie uwagi. Otóż te dziesięć sekund Jarosława Kaczyńskiego w programie o Donaldzie Tusku, to jednak, jak by nie patrzeć, jakość nowa. Czy one świadczą o jakieś zmianie, o rozwoju, czy o regresie – nie wiem. Wiem natomiast, że walka trwa w najlepsze i już nikt niczego nie udaje. Przyłbice są odsłonięte, a wiatr hula. No i jest ten Stefan Niesiołowski. Ja wiem, że jest taki retoryczny zwyczaj, żeby o kimś mówić, że to wariat, dureń, czy wręcz człowiek psychicznie chory. Jak idzie o jego wczorajszy występ, po raz pierwszy, zupełnie na zimno, z pełnym spokojem i bez śladu uprzedzeń zobaczyłem człowieka autentycznie chorego psychicznie. Myślę, że tak to wygląda. Stefan Niesiołowski jest autentycznie umysłowo zdefektowany. On jest dziś już jedynym w Polsce politykiem, który mówi bez zastanowienia. Podejrzewam, że nawet Gronkiewicz Waltz, jak coś powie, to wcześniej jakoś tam sobie w swojej głowie kalkuluje. Nawet Tusk. Nawet Pitera. Niesiołowski jest jedyną publiczna postacią, którą już tylko działa na zasadzie odruchu. Doszło do tego, że on gadał, a Giertych z Rymanowskim się z niego śmiali.
Jacyż ci ludzie są podli. Apeluję dziś do wszystkich – bądźmy dobrzy dla Stefana Niesiołowskiego. Dajmy mu już spokój

wtorek, 25 stycznia 2011

O angielskich królach, polskim serze, ruskiej prawdzie i nikomu niepotrzebnym honorze

Kiedy byłem jeszcze w wieku, który mi ułatwiał różnego rodzaju zabawy intelektualne, a w tym zdobywanie przeróżnego rodzaju wiedzy, również przez czytanie najróżniejszej literatury, czytałem też dużo na temat historii Anglii. Było to oczywiście, ze względu na rodzaj studiów jaki sobie wybrałem, przede wszystkim moim studenckim obowiązkiem, ale też przy okazji dużą przyjemnością. Muszę się pochwalić, że w pewnym momencie potrafiłem nawet wymienić z pamięci imiona wszystkich królów, włącznie z datami ich panowania. Dziś już, mówiąc brutalnie, gówno z tego wszystkiego pamiętam. Nie wiem, kto to był Edward, kto się nazwał Jerzy, jaki miał numer, a już zupełnie nie pamiętam, kiedy i kto mu ten numer przyczepił. Takie życie. Przykro mi bardzo, ale tak to jest. Taki jest ten mój grzech.
Ostatnio jednak, przy okazji takiej oto, że anonsowana jest publicznie, pod tradycyjnie idiotycznym polskim tytułem ‘Jak zostać królem’, premiera nowego brytyjskiego filmu ‘King’s Speech’, historia Anglii wróciła do naszego domu z nowym impetem. Pani Toyahowa, która jest osoba niezwykle intelektualnie aktywną, dostarczyła nam wszystkim odpowiednie materiały, resztę wyjaśniła osobiście, i teraz ja – jaką ten pasożyt – mogę wszystkim tym, którzy mają tu pewne luki, przypomnieć pewne fakty jeszcze sprzed II Wojny Światowej. Otóż król Jerzy V, mąż Marii, syn króla Edwarda VII i wnuk królowej Wiktorii, miał też dwóch synów – starszego Davida, młodszego Alberta. I tak się stało, że zgodnie ze świętą tradycją, ów straszy David, po śmierci króla wstąpił na tron. I wszystko byłoby jak należy, według tradycji i zasad, gdyby nie pewien problem.
Otóż jeszcze za swojego życia, król Jerzy zdawał sobie świetnie sprawę z tego, że jego starszy syn to baran, dziwkarz, a w dodatku niemiecki szpieg i kolaborant. Gryzł się tą wiedzą tak bardzo, że, jak donoszą źródła, zwykł był wciąż powtarzać, że jeśli David zostanie królem „zniszczy ten kraj w ciągu roku”. No ale, tradycja jest tradycją, więc po śmierci Jerzego, na tron wstąpił ten idiota i przyjął tytuł Edwarda VIII. Oficjalna wersja jest taka, że jeśli po niecałym roku, został zmuszony do abdykacji, było to spowodowane tym, że żył w związku z niejaką Simpson, dwukrotną rozwódką i kobietą rozpustną, i że prowadził kompromitujący go styl życia. Jednak są też opinie, że jego romans i rozpustna natura były tylko pretekstem. Prawdziwy powód, dla którego brytyjski rząd odmówił przyjęcia Simpson jako angielskiej królowej był taki, że Anglicy przede wszystkim nie chcieli, by ich królem był kumpel Ribbentropa, zdrajca i kolaborant. Kiedy więc premier Baldwin, przedstawił Edwardowi trzy opcje, a więc że albo zrezygnuje z małżeństwa z tą kurtyzaną, albo abdykuje, lub ewentualnie doprowadzi do dymisji rządu i kryzysu konstytucyjnego, dobrze wiedział, że on jest tak zakochany, że nie ma możliwości, by zaczął nagle normalnie myśleć. No i tak się szczęśliwie sprawy potoczyły, że pod koniec roku Edward abdykował, a po latach wyjechał z tą kobietą do Francji. Ponieważ, również szczęśliwie, był impotentem i nie miał dzieci, królem został jego młodszy brat i, jak dziś go oceniamy – był władcą wielkim.
Przypominam dziś tę historię z dwóch powodów. Przede wszystkim chciałem najlepiej jak tylko umiem pokazać, że nawet narody cywilizacyjnie znacznie od nas starsze i sprawdzone w boju, mają swoje chwile upadku. Chciałem podzielić się tu myślą, że jeśli Brytyjczycy musieli w swojej historii – i to przecież historii nie tak bardzo zamierzchłej i dzikiej – cierpieć tak poważny kryzys, nie ma powodu, by wpadać w przesadną rozpacz, jeśli i nam się coś cięższego i bardziej przykrego przytrafi. Oczywiście, brytyjska demokracja miała znacznie więcej od nas siły, by odpowiednio zareagować na zagrożenia. Państwo brytyjskie było wystarczająco silne, a i władza państwowa w rękach ludzi rozumiejących, czym jest odpowiedzialność za naród, a więc też było mu łatwiej pokonać chorobę nawet tak pozornie nie do pokonania, bo wynikającą wprost z tradycji. Oczywiście, my po wielu latach niewoli i chaosu, mamy znacznie trudniej. Ale jedno powinniśmy wiedzieć. Źle już bywało. I tam i tu i w wielu innych miejscach historii i świata.
A więc to jest pierwszy powód, bardziej, że tak powiem, pośredni. Bezpośrednią natomiast przyczyną, dla której postanowiłem dziś pisać o królu Edwardzie VIII i Brytyjczykach, jest taki, że wczoraj obejrzałem sobie telewizyjny występ prezydenta Bronisława Komorowskiego u Moniki Olejnik. I, wbrew pozorom, nie poszło o cały wywiad, ani o czysto ludzki całokształt tego co ten człowiek sobą przedstawia. Nie poszło ani o dziennikarski kunszt Moniki Olejnik, ani też nie poszło o to, że Komorowski, właściwie jak nigdy dotąd głośno i wyraźnie, pokazał, czyim jest prezydentem i na czyich usługach. To co mnie zainteresowało w tym jego wczorajszym wystąpieniu, to tylko jeden mały fragment jego wypowiedzi. Otóż, Bronisław Komorowski, zapytany przez Olejnik o swoją słynną wypowiedź odnośnie tego, że przyczyna katastrofy w Smoleńsku jest „boleśnie oczywista”, odparł, że dla niego prawda jest ważniejsza niż honor. Może nie powiedział tego aż tak bezpośrednio, ale użył tych dwóch słów – „prawda” i „honor”, i wyraził opinię, że nie może być tak, by honor stał ponad prawdą. Nie powiedział też jednak, że honor i prawda to jedno. Powiedział wyraźnie, że prawda od honoru jest ważniejsza, i że kto uważa inaczej jest szkodnikiem.
Oto nasz prezydent Bronisław Komorowski. Człowiek, który rezygnuje z honoru na rzecz czegoś, co, czy to jego możliwości intelektualne, czy może nieuświadomione uwikłania, czy wreszcie uwikłania jak najbardziej świadome i przyjęte przez niego z radością, każą mu przyjąć za prawdę. Jestem pewien, że my byśmy mu nawet wybaczyli to, że on w swoim sercu, duszy i rozumie nie jest w stanie pojąć, że prawda i honor to jedno. To mu możemy wybaczyć, bo umiemy sobie wyobrazić, że to może stanowić zbyt wysoki pułap, jak na techniczne możliwości, jakie on posiadł. Natomiast to, że on – całkowicie otwarcie i bez śladu wstydu – szydzi z honoru na rzecz czegoś, co mu ktoś tak szczególny jak ruski prezydent podał jako prawdę, sytuuje go gdzieś w okolicach właśnie kogoś takiego jak ów przedstawiony wcześniej król Edward VIII. Oczywiście z należnym zachowaniem proporcji. Wprawdzie jeden i drugi mieli swoich kumpli, swoje sprawy i swój wstyd, ale, jak by nie patrzeć, tamten przynajmniej nosił tytuł „Edward VIII Windsor – z bożej łaski Wielkiej Brytanii, Irlandii i brytyjskich dominiów zamorskich król, Obrońca Wiary, cesarz Indii”, a jego brat i matka całowali go w rękę. Ten tu natomiast może się zaledwie cieszyć, że jego oficjalny tytuł może służyć do głupiej reklamy beznadziejnego sera, a jak idzie o całowanie, to najwyżej głupi naród może go pocałować w gruby tyłek.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Co widać z klatki

Poniższy tekst został wcześniej opublikowany u zaprzyjaźnionych Solidarnych 2010, a dziś udostępniam go tu, dla pożytku i dobra wspólnego.

Parę dni temu, całkowicie oczywiście niezależna, samorządna i samodzielna w każdym swoim posunięciu tak zwana Prokuratoria Generalna ogłosiła, że dzieci, żony, mężowie i rodzice poległych w Smoleńsku osób, jeśli tylko złożą odpowiedni wniosek, dostaną od polskiego państwa po 250 tys złotych na głowę. Dodatkowo, jeśli ktoś się okaże na tyle pazerny, że całe 250 tys. będzie mu za mało, naturalnie będzie mógł dostać jeszcze więcej, i być może obejmie to nawet osoby spoza tego wstępnie zakreślonego zakresu, choć ta akurat kwestia, już będzie wymagała negocjacji.
Wiadomość ta pojawiła się zupełnie nieoczekiwanie, a sposób w jaki pzostala dostarczona, też robił wrażenie działania, jak to mówią, „prosto zza winkla”. Idzie sobie człowiek spokojnie drogą, a tu zza rogu wypada na niego bandzior z kijem i trzask go w łeb. Niczego nieświadomi obywatele siedzieli więc sobie pewnego spokojnego popołudnia wygodnie w swoich fotelach, przed nimi dyskretnie falował błękit ekranu, a tu nagle, na żółtym pasku pojawił się napis: „Każdy bliski ofiar katastrofy w Smoleńsku otrzyma od państwa po ćwierć miliona złotych”.
Na mnie – zresztą, jak podejrzewam, nie tylko na mnie – największe wrażenie zrobiło to „ćwierć miliona”. Zabrzmiało bowiem ono tak, że już tylko można było czekać aż odezwą się werble, a ruski chór krasnoarmiejców odśpiewa tę sumę tak, by każdy dokładnie wiedział, o jakie pieniądze chodzi. Miliony, towarzysze – miliony! To się akurat nie wydarzyło, ale jak najbardziej odpowiednio wytresowani redaktorzy bardzo się postarali, żeby zamiast tych tysięcy, owe miliony zabrzmiały odpowiednio głośno.
Oczywiście, każdy średnio gramotny obywatel doskonale rozumiał, jaki to spektakl postanowiono nam urządzić. Tym bardziej, można było mieć od początku pewność, że i rodziny pomordowanych, a także ich adwokaci świetnie się zorientują w tej najbardziej podłej prowokacji. I tak się oczywiście natychmiast stało. O ile się nie mylę, jedynie adwokat pani Szmajdzińskiej i pana Deresza, a z tak zwanych naszych, Roman Giertych – jak się nagle okazuje, też którąś z rodzin w tym nieszczęściu reprezentujący – jak usłyszeli o tych pieniądzach, ucieszyli się jak dzieci, no ale jeśli idzie o nich, sprawę mamy od dawna zamkniętą, więc cokolwiek oni zrobią, czy powiedzą, nas już to nie zdziwi. Reszta, jak mówię, oświadczyła, że takiej bezczelności świat nie widział i niech sobie prokuratura, wraz ze swoimi administratorami, wsadzi tę pieniądze w którąkolwiek z dostępnych dziur.
No i – pomijając żywą oczywiście dyskusję na różnego rodzaju internetowych forach na temat pisowskiej pazerności – mamy znów pełen napięcia spokój. Jedyne co, jak się zdaje po tym wybryku władzy, nam pozostało, to kolejna nauczka. Wydaje mi się jednak, że dość interesująca. Otóż oni muszą być albo już wręcz nieprzyzwoicie zdesperowani, i cokolwiek już dziś robią, dowiodą wyłącznie swojego obłąkania, albo trzymają stały poziom, tyle że w skali dotychczas nam nieznanej. Ten bowiem rodzaj myślenia, jest dla zwykłego człowieka całkowicie porażający. W sposób całkowicie oczywisty, oni musieli uznać, że te pieniądze, to będzie dobra przynęta. I to nie tylko na durny naród, który jak słyszy słowo ‘milion’, dostaje dreszczy, ale przede wszystkim na tak ciężko doświadczone rodziny. Oni najwyraźniej musieli przenieść na innych swój własny, absolutnie chory, sposób patrzenia na świat, i uwierzyli, ze jak taki na przykład mąż pani posłanki Natali Świat usłyszy, ile to nagle może dostać pieniędzy, natychmiast zapomni o bożym świecie i wyciągnie po te pieniądze rękę. Tymczasem stało się tak, że w powietrzu zawisły tylko dwie ręce. Dwóch szczególnych adwokatów.
W ten typ kalkulacji oczywiście cywilizowanemu człowiekowi trudno jest uwierzyć, ale tak to musiało być. Oni, publikując tę informację w taki sposób, musieli tak właśnie myśleć. Musieli liczyć na to, że rodziny się na te pieniądze połaszą. Inaczej, musielibyśmy uznać, że mamy już tylko do czynienia z efektem klatki. Obie ewentualności zresztą możemy przyjąć z całkowitą i zimną satysfakcją.

niedziela, 23 stycznia 2011

Gdy System założył kastet

Właśnie dotarły do mnie, jedna po drugiej, dwie powiązane ze sobą informacje – mimo naszych wydawałoby się i tak za dużych doświadczeń – niezwykle poruszające. Przede wszystkim, jak się okazuje, Agnieszka i Urszula Radwańskie, polskie tenisistki o pewnej pozycji w światowym rankingu, na swojej stronie internetowej zamieściły link do filmu Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej ‘Mgła’. Obok linku, siostry zamieściły oświadczenie, w którym, krótko mówiąc, potępiają moskiewski raport na temat przyczyn katastrofy i apelują do polskiego rządu o skuteczne działanie. Piszą Radwańskie tak:
Oświadczamy, że rzucanie niepopartych dowodami insynuacji wobec osób zmarłych jest niezgodne z zasadami cywilizacji zachodniej, do której należymy. Potępiamy brak szybkiej i adekwatnej reakcji władz polskich na hańbiące potwarze wobec żołnierzy Wojska Polskiego, rzucone bez dowodów przez MAK w ostatecznym Raporcie dotyczącym katastrofy samolotu Tu-154M ‘101’."
I to jest pierwsza ze wspomnianych informacji, które mnie tak bardzo poruszyły. Druga natomiast to taka, że postępek teistek spotkał się z natychmiastową reakcją Systemu na wszystkich możliwych poziomach. Otóż najpierw, jak się zdaje, zareagował Internet. Na portalu o nazwie Pardon, na który przypadkiem wszedłem w poszukiwaniu dokładniejszych informacji, a który, z tego co widzę, stanowi jedną z delegatur Systemu w Sieci, opublikowano zdjęcie jednej z tenisistek w jakimś nieudanym zagraniu i podpis informujący, że Radwańska to ślamazara. Dziś nareszcie odezwała się Gazeta Wyborcza i ustami Wojciecha Fibaka ogłosiła, że Radwańskie to wieśniary. Jak znam życie i to towarzystwo, mogę się spodziewać, ze jutro konsekwentnie dowiemy się oficjalnie, że one były zawsze brzydkie i głupie.
Oczywiście, wydarzenie to, z pewnego punktu widzenia, jest w ogóle nieistotne. Oczywiście, same Radwańskie powinny się przygotować na najgorsze, lub ewentualnie posypać głowy popiołem i wyznać, że one nie wiedziały jaka jest sytuacja i czego owa sytuacja wymaga od wszystkich, a już zwłaszcza od osób mających ambicje, by być na świeczniku. Natomiast ludzie doświadczeni i pamiętliwi, a więc tacy jak choćby my tutaj, świetnie wiedzą, co grozi w Polsce rządzonej przez bezwzględnych terrorystów każdemu, kto zaryzykuje własne zdanie. Nawet tu, na tym naszym blogu, wielokrotnie pokazywaliśmy, jak niewiele trzeba, by zostać gwiazdą i jak jeszcze mniej trzeba, by zostać przez System sprowadzonym do pozycji zwykłego śmiecia. Nawet tu, na tym blogu, wielokrotnie wręcz dokumentowaliśmy mechanizm, jaki sprawia, że karzące ramię Systemu, jak idzie o wyłapywanie najmniejszej nieprawomyślności, jest wręcz sterowane komputerowo. A więc, należy się spodziewać, że wielu z nas, słysząc informację o tym, co się przytrafiło siostrom Radwańskim, jedynie wzruszy ramionami i pożyczy im wytrwałości na nowej drodze życia.
Bo oto właśnie przed nimi rozpoczyna się autentycznie nowa droga ich życia. System jest w stanie wybaczyć nam, przedstawicielom motłochu, to co na co dzień wyprawiamy, i jeśli gdziekolwiek nam coś grozi – czy to nieprzyjemności w środowisku, czy choćby utrata pracy – tu akurat odpowiednie narzędzia przekazuje się w ręce ludu. Nasi współpracownicy, klienci, sąsiedzi, co trzeba załatwią. Może na łaskawość Systemu liczyć również ktoś bardziej popularny, jak na przykład bokser Adamek, który jednak – właśnie jako bokser, a więc przedstawiciel sztuki plebejskiej – ma większe pole manewru. Reszta, albo przyjmuje warunki, albo jest systematycznie wykańczana., czy to przez medialny czy już bardziej instytucjonalny bojkot. Niedawno na przykład słyszałem, że taka Antonina Krzysztoń, przez sam fakt poparcia w wyborach Jarosława Kaczyńskiego, z dnia na dzień straciła 80% swoich dochodów.
Radwańskie mają jednak znacznie gorzej. One wprawdzie są zawodowcami, finansowo w ogromnym stopniu niezależnymi i zabezpieczonymi, natomiast przez fakt, że operują w domenie, którą ludzie Sytemu częstokrotnie traktują jako swój teren i swoje źródło codziennej przyjemności, mają wobec Systemu pewne niepisane i często nawet nieuświadomione zobowiązania. Więc, mimo że ta banda gangsterów pozornie nie ma do nich bezpośredniego dostępu, i jedyne co może robić, to je brutalnie w swoich telewizjach, gazetach i na salonach obrażać, jest coś jeszcze, o czym należy pamiętać, a co oni są zawsze chętni, by wykorzystać. A zatem, mogę sobie świetnie wyobrazić, że poza robieniem wspomnianych uwag o tym, że one są brzydkie, System może wydelegować takiego Wojciecha Fibaka – który tak nawiasem już wcześniej nie raz udowodnił, że swoje obowiązki traktuje jak najbardziej poważnie – by powiedział swoim kumplom w tenisowym świecie, że Radwańskie to na przykład znane antysemitki. A on to wie, bo coś tam kiedyś słyszał, a poza tym i tak wszyscy o tym wiedzą. I one wtedy zobaczą, jak to jest, gdy nagle zaczną tracić przyjaciół. Na przykład.
Albo sama Gazeta Wyborcza przez swoje międzynarodowe kontakty poinformuje francuskich, czy szwedzkich, czy cholera wie jakich dziennikarzy, że one nie tylko są antysemitkami, ale również znanymi faszystkami. Albo że ich ojciec to znany aferzysta. Albo że one noszą futra z zamordowanych wcześniej zwierząt. Albo wszystko jedno co, byleby tylko zrobić wokół niech odpowiednią atmosferę, a w efekcie tak zniszczyć ich towarzyską reputację, b y się nie pozbierały. Przecież oni wiedzą świetnie, jak się to robi. Dla niech to szczegół. W końcu mają wieloletnią praktykę.
A więc to wszystko my tu każdego dnia od rana do wieczora wiemy doskonale. Nas już nic nie zaskoczy. Natomiast, jak się okazuje, Agnieszka i Urszula Radwańskie albo tego nie wiedziały, albo zwyczajnie ten fakt zlekceważyły. Mają więc jeszcze czas się wycofać, co oczywiście przyjmę z bólem, ale i z pełnym zrozumieniem. W końcu tu nie chodzi o naszą satysfakcję, choćby nie wiadomo jak zasłużoną, ale o życie. Poza tym wszystko to co one już zrobiły i cokolwiek jeszcze im się przydarzy, i tak już będzie nam służyło jako cenne świadectwo. Natomiast, mimo że jesteśmy tak strasznie mądrzy i świadomi, chciałbym prosić, żebyśmy jednak i przy tej okazji, zapamiętali jedno. Kiedy wreszcie przyjdzie czas rozliczeń, nie wolno się będzie wahać. Ani wahać, ani bać, ani litować, ani wdawać w jakiekolwiek dyskusje. Będziemy stali wobec tego kłębiącego się strachu z podniesionym czołem, ślepi i głusi na wszelkie argumenty. A więc dokładnie tacy sami, jak oni widzą nas dziś. Tyle że wtedy dopiero zobaczą, jak bardzo się mylili. I jak wielkimi byli optymistami.

sobota, 22 stycznia 2011

O pewnym poecie, o tamtych guzikach i o krakowskich dzieciach

Wczoraj byłem w Krakowie i od głębokiej nocy czuję, że powinienem na ten temat napisać osobny tekst. I o Krakowie i o samej Polsce i o paru innych rzeczach – w tym przede wszystkim o człowieku, który był jedynym powodem mojej wizyty w tym mieście, a więc o naszym koledze Przemku Gintrowskim. I mam kłopot. Bo o Krakowie już tu kiedyś pisałem i mam wrażenie, że z tego nic nigdy sensownego nie wynika, o Polsce piszę zawsze i nie ma powodu, żebym miał wymyślić coś mądrego przy okazji gapienia się na te masy bezdomnych zalegających odremontowywany, a i tak już podobno piękny, krakowski dworzec PKP, a właśnie samo PKP też jest celem zbyt łatwym w sytuacji, gdy o nim już nawet otępiała klientela przydworcowych galerii w całej Polsce wie wszystko. A żartować, że Kaczyński jak rządził to jego służby wprawdzie szybkości kursowania pociągów nie zwiększyły, ale przynajmniej – jak głosi popularny mit – odstrzeliły jednego komunistę, a kliku poważnie nastraszyły, i to co istotne, bez pomocy Rosjan, z kolei, ze względu na powagę śmierci, nie wypada.
Oczywiście, można pisać – a nawet trzeba – o Przemku Gintrowskim. Ale tu też mamy kłopot. Gintrowski jest artystą, a wczoraj w Krakowie miał swój występ, więc wypadałoby napisać recenzję z koncertu. Z drugiej strony, jest jednak tak zwanym artystą zaangażowanym, i to zaangażowanym, z naszego punktu widzenia, jak najbardziej właściwie, w dodatku naszym kolegą z bloga, więc co to za recenzja, kiedy będziemy o nim pisać, że był świetny, że ma wciąż potężny głos, i że kiedy siedzi, taki pochylony i tak pozornie malutki z tą swoją starą gitarą, to aż słychać jak przesuwa się powietrze? Od razu nam powiedzą, że jesteśmy nieobiektywni i się zwyczajnie nakręcamy Herbertem. No, można by było też stwierdzić fakt oczywisty – a więc najpierw to, że Gintrowski ma ten swój głos, który jest dokładnie jak kiedyś, przed laty, a to się nawet Dylanowi nie przydarzyło, ma cudowny futerał do gitary, jakiego nikt nigdzie na całym świecie z całą pewnością nie ma – a który w swojej przestrzeni symbolicznej mówi wszystko – no i ma piękną, przepiękną i przemiłą żonę. No dobra – to by można było zrobić. To właśnie powiedzieć. I to niniejszym czynię.
Tymczasem ja jestem wciąż pod wrażeniem wczorajszego występu i bardzo chcę choć parę słów na ten temat. Otóż, żeby tę sprawę załatwić, powiem, o co poszło. Mianowicie, jacyś studenci z Krakowa urządzili sobie w tak zwanych Jaszczurach jakąś swoją zamkniętą imprezę, na którą zaprosili własnie Przemka Gintrowskiego. Nie wiem, co to za studenci, z jakiej okazji ta impreza, i nie wiem też, czemu akurat, żeby im umilał czas, zaprosili Gintrowskiego. Wiem natomiast, że byli to zwykli, najbardziej typowi studenci, tacy co jak idą w weekend do klubu, to piją piwo, to tańczą, to hałasują, całują się i ostatnią rzeczą jaka ich interesuje to ta, żeby słuchać jak ktoś – a tym bardziej taki Gintrowski – śpiewa piosenki.
I było tak, że kiedy Przemek Gintrowski zaczął śpiewać, w klubie panowała atmosfera jak w ulu. Oczywiście, na krzesłach naprzeciwko sceny siedzieli widzowie, ale hałas był tak nieprawdopodobny, że to bzyczenie przykrywało niemal każde jego słowo. W krzesłach siedzieli widzowie, z tyłu stali rozgadani chłopcy z dziewczynami i dziewczyny ze swoimi koleżankami i z piwem, przy barze kłębił się zwykły przybarowy tłum, po schodkach do toalety sunęły nieustannie zastępy dziewcząt, by albo sobie pogadać w ciszy, albo coś sobie przypudrować, a Przemek Gintrowski śpiewał Herberta.
I otóż w pewnym momencie, kiedy za nami było już parę dobrych chwil tego szczególnego występu, pojawiło się skupienie. Oczywiście, bar ciągłe pozostawał w swoim zwykłym standardzie, schody do toalety wciąż były zajęte przez elegancko ubrane dziewczyny, ale pojawiło się też skupienie. To wcześniejsze bzyczenie zniknęło i cała ta przestrzeń między Gintrowskim z jego piosenkami i i tymi często jeszcze dziećmi, których miał przed sobą i obok siebie zamieniła się w słuch. Nie potrafię opisać wrażenia, jakie robili ci chłopcy i dziewczęta, siedzący przed sceną, i stojący z tyłu, właściwie cały czas rozbawieni i rozgadani, jak zawsze w piątkowy wieczór, i tak intensywnie wsłuchani w to co płynęło do nich z tej skromnej sceny. Nikt nie gadał, nikt się nie śmiał, nikt nie robił typowych głupich min. A ja sobie myślałem, że nagle znaleźliśmy się w tym wszystkim tak blisko tej wawelskiej krypty.
Gintrowski skończył występ, poszedł sobie, a później jeszcze wrócił, bo, jak się okazało, ta pozornie tak bardzo typowa młodzież chciała go słuchać dalej i dalej. I kiedy powiedział, że na bis, nie zagra ani Murów, ani Obławy, ale jeszcze raz Guziki i zadedykuje je „poległym pod Smoleńskiem”, to hałas przy barze i na schodach prowadzących do toalety właściwie był już kompletnie bez znaczenia. Guziki. Jakaż to króciutka piosenka. Jaki to krótki tekst. I jakże długo ona w tym momencie trwała. Jak dobrze było tam być i to widzieć. Patrzeć na tych krakowskich studentów i wiedzieć, że kiedy przyjdzie ten moment, to nie będziemy sami.
Guziki. Nasz kolega Przemo1 już tu kiedyś cały ten wiersz wkleił. Myślę, że jest dobry moment, żeby zrobić to raz jeszcze. Proszę bardzo.
Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie
*
są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi
*
przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las
*
tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

czwartek, 20 stycznia 2011

Titanic - reaktywacja

W poprzednim tekście o prawdzie tryumfującej, wspomniałem o tym, jak to pewien mój przyjaciel, który miał okazję oglądać z bliska, bez pośrednictwa kamer telewizyjnych, różnych przedstawicieli reżimu, opowiedział mi, że z tego strachu, w jakim oni niewątpliwie żyją od miesięcy, ich twarze zmieniły się w autentyczne maski, a sposób w jaki się zachowują świadczy o tym, że oni autentycznie dygoczą. Mówił mi ów kolega, że taki na przykład Paweł Graś, kiedy spojrzy się na niego z bezpośredniej odległości, budzi już tylko przerażenie. Te kilogramy pudru, które mu wraz z potem spływają z twarzy, by zostać zastąpione przez kolejne jego warstwy, pokazują najwyraźniej jak tylko można, że to już jest ostatni etap. Sam oczywiście nie miałem okazji, ale myślę, że mogę sobie ten stan wyobrazić. Pamiętam choćby finałową scenę ze Śmierci w Wenecji Viscontiego, kiedy to na plaży samotnie umiera wypomadowany Dirk Bogarde, a po jego policzkach spływa szminka zmieszana z czarnym tuszem. I myślę, że to musi być mniej więcej coś takiego.
Pewnie bym zapomniał o tej informacji, ale akurat wczoraj też, dzięki temu, że własnie oni, ta upudrowana masa, skutecznie pozbawiła mnie normalnej możliwości utrzymania rodziny, miałem okazję oglądać posiedzenie Sejmu w sprawie smoleńskiej katastrofy, i przy okazji musiałem raz na jakiś czas oglądać sylwetki członków rządu siedzących w tym swoim czarnym kąciku. Wprawdzie kamery nie pokazywały ani tuszu, ani szminki, ani nawet obraz nie skakał ze zdenerwowania, ale to co widziałem, w pewien szczególny sposób mi wystarczyło. Kiedy przemawiał Jaroslaw Kaczyński, a i po nim inni, to co tam się wyprawiało stanowiło obraz, który być może kiedyś będzie pokazywany na szkoleniach dla adeptów psychiatrii.
Właściwie tylko siedzący z przodu Donald Tusk i minister Miller utrzymali stałą, mniej więcej kontrolowaną pozycję, taką w jakiej ich ustawili specjaliści od wizerunku. To jednak co już się działo obok i bardziej z tyłu, z mojego punktu widzenia, niosło wieść bardzo radosną. Że to już jest prawdziwy koniec. Dziś, to już są wyłącznie stymulowane jakimś ruskim prądem trupy, lub polską kokainą pół-trupy. Minister Rostowski i pani minister Fedak nieustannie – nieustannie! – rozmawiali, utrzymując się w stanie permanentnego rozbawienia. Kaczyński mówi „polscy piloci byli błędnie informowani”, a Rostowski w śmiech. Kaczyński mówi „Polska”, a Fedak oczy w słup i chichot, ewentualnie… głowa na kolano i coś tam grzebie.. I to zupełnie niezależnie od tego, co mówił Kaczyński i co robili ich koledzy. Od czasu do czasu, oboje się uspokajali i wtedy tylko z głupim uśmiechem na twarzach patrzyli gdzieś w przestrzeń.
Minister Ewa Kopacz przez cały czas – też niezależnie od tego, co mówił Kaczyński i co wyprawiali siedzący obok niej Fedak i Rostowski – kręciła głową i robiła na zmianę dwie miny – jedna pod tytułem „No nie! To się nie mieści w głowie”, a druga „No nie! Ja już nie mam do niego siły”. W pewnym momencie nagle zerwała się z miejsca, jakby chciała gdzieś pobiec, ale Rostowski z uśmiechem ją ściągnął na fotel, patrząc na nią, jakby chciał powiedzieć: „Daj pani spokój, tu mam jeszcze trochę”. Radek Sikorski natomiast siedział z zasępionym czołem i cały czas ze zrozumieniem kiwał głową, zupełnie obok tego, czy słowa, które do niego płynęły, wymagały jakiejkolwiek reakcji, czy nie. No a z samego przodu ten Tusk, cały czas nieruchomy, z zasępioną twarzą, w jednej fotograficznej pozycji zamyślonego Lenina. Dobre. Bardzo dobre.
Słuchałem najpierw Kaczyńskiego, potem Kamińskiego, potem Dorna, Macierewicza, Brudzińskiego – obojętne – a na tej pijanej swoim obłędem galerii toczył się ten niezwykły spektakl. Tusk, podparty w tym swoim zasępionym pochyleniu, obok niego sztywny Miller z wyrazem twarzy sytuującym go gdzieś pomiędzy Lepperem, a lokalnym wójtem z PSL-u, dalej ten kiwający bezmyślnie głową Sikorski, za nim roztrzęsiona Kopacz, a jeszcze dalej Fedak zabawiająca się z Rostowskim. I właśnie wtedy pomyślałem sobie, że oto tu, w tym właśnie momencie, układają się dwa plany – jeden ten, którego obserwować nie byłem w stanie, a który dopiero pewnie pojawia się, kiedy popatrzymy z bliska, a więc albo w postaci śladów białego proszku pod nosem, lub tej wymieszanej z potem szminki, a drugi już zupełnie realny – a więc wypełniony przez najbardziej oczywisty strach i szaleństwo.
No i jeszcze coś – coś co się pojawiło troszkę później, kiedy za marszałkowskim stołem zasiadł Stefan Niesiołowski, a na scenę zaczął wchodzić rozochocony tym pomyślnym wiatrem pisowski plankton, by rzucać w stronę tych obłąkańców wszelkie możliwe odmiany tego samego pytania: „Czy wy wiecie, jaka przyszłość przed wami?” Otóż chodzi mi o Niesiołowskiego. On już mianowicie nie był w stanie z siebie wykrzesać nic, jak tylko to, by z tym pijanym spojrzeniem, raz na 60 sekund, naciskać przycisk wyłączający mikrofon kolejnym posłom. Jak pięcioletnie dziecko. Jak wściekłe, zawzięte w swoim szczeniackim obłąkaniu, dziecko.
Doprawdy nie wiem, jak to się wszystko skończy, a tym bardziej kiedy. Ale wiem, że to już nastąpi bardzo niedługo i pewnie bardzo nagle. Czy to się stanie tak, że któryś z nich nagle umrze, czy może w sposób już najbardziej widoczny zwariuje? Może być różnie. Ale wczoraj widziałem jak nigdy dotąd jasno, że ten dzień jest już bliski. Sam mogę tylko zgadywać. Mogę nawet ogłosić zabawę. Kto z nich będzie pierwszy i w jaki sposób? Mój typ jest taki: Kopacz. Zacznie wrzeszczeć. Do udziału w moim konkursie zachęcam marszałka Schetynę. To niegłupi człowiek. On musi wiedzieć dużo. Ostatnio udowadnia to niemal codziennie.