Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyśl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyśl. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

Gdy trzeszczy San, kwiaty rosną, a szklanka ciasteczka nie zaszkodzi

     Ponieważ dziś wyjeżdżamy z Przemyśla i udajemy się do domu, a wczorajszy wieczór poświęciliśmy na świętowanie, tym razem nie dam już rady nic porządnego napisać, natomiast z największą przyjemnością pokażę Państwu trzy przepiękne obrazki z jednym i nadzwyczaj mocnym przesłaniem: nie martwmy się, już za moment przyjdzie wiosna, i tego akurat nikt nam nie odbierze.










Ale za nim to nastąpi, coś na rozgrzewkę dla niej i dla nas:










czwartek, 8 marca 2018

Dlaczego błogosławieni mogą więcej

       Proszę sobie wyobrazić, że moje najmłodsze dziecko, które swego czasu występowało tu, jako „młodsza Toyahówna” i której nadzwyczajna wręcz wyobraźnia zainspirowała tytuł mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym lisciu i inne historie”, od pewnego czasu nie jest już małą dziewczynką. Jakby tego było mało, wkroczyła ona właśnie w swój 26 rok życia i to pewnie ten właśnie fakt sprawił, że już jakiś czas temu poinformowała nas, że będzie bardzo zadowolona, jeśli uznamy, że to będzie znakomity wręcz prezent urodzinowy, jeśli zechcemy się stąd wynieść na kilka dni. No i stan rzeczy jest taki, że dziś wyjeżdżamy na wydłużony weekend do Przemyśla.
     Czym jest dla nas Przemyśl, miałem okazję wspominać na tym blogu parokrotnie, natomiast z tym miastem jak najbardziej wiąże się pewna szczególna historia, o której, jak sądzę, tu dotychczas nie było. Otóż nie wiem, czy fakt ów jest tu znany, ale Przemyśl to miasto kilkunastu kościołów, oraz, między innymi, dwóch szczególnych duchownych, mianowicie świętego biskupa Józefa Pelczara, oraz błogosławionego księdza Jana Balickiego, których ołtarze można nawiedzać w przemyskiej katedrze. I to z jednym z nich, błogosławionym Janem Balickim, związane jest wydarzenie, o którym wspomniałem. Pamiętam był upalny niedzielny wieczór, właśnie skończyła się Msza Święta, a moja żona modliła się przed wizerunkiem księdza Balickiego o uzdrowienie dla jej wujka, który po wielu ciężkich operacjach, bez najmniejszej nadziei na ratunek, umierał właśnie na w miejscowym szpitalu. Czemu ona postanowiła ze swoją intencją uderzyć do błogosłowianego Balickiego, a nie świętego Pelczara, wyjaśniła mi sama na ten swój przekorny sposób: Pelczar już osiągnął co miał osiągnąć i nie musi się więcej starać, podczas gdy Balicki? O! Balicki ma jeszcze wiele do zrobienia. A więc z tym przedziwnym założeniem klęczała przed tym jego obrazem w przemyskiej katedrze i modliła się o zdrowie dla swojego wujka. Następnego dnia, odpowiednio przygotowany przez tych, którzy widzieli go jeszcze dzień wcześniej, pojechałem do szpitala odwiedzić Wujka z nadzieją, że jeszcze uda mi się jakimś cudem zdążyć się z nim pożegnać… i to co zobaczyłem, stoi mi przed oczami do dziś. Oto był ten upalny poniedziałek, jasny bardzo pokój, szeroko otwarte okno, a na łóżku wujek w krótkich spodenkach, całkowicie przytomny, wesoły, nadzwyczaj rozmowny, przywitał się ze mną jak gdyby nigdy nic, a ja stałem zdębiały, nie mogąc wyksztusić z siebie jednego słowa.
      Po kilku kolejnych dniach, wujek został wypisany ze szpitala, wrócił do domu i mimo że dziś od tego czasu minęło już kilka dobrych lat, mimo swojego bardzo już podeszłego wieku, cieszy się wspaniałym zdrowiem. Zarówno po nowotworze, ale też po ciężkiej cukrzycy, nie pozostało ani śladu, a ja wiem, że kiedy go jutro odwiedzimy, będzie wciąż w wybornej formie.
     A co u księdza Balickiego? Jego też odwiedzimy i zwrócimy się do niego w paru bardzo ważnych sprawach. Miejmy nadzieję, że będzie na nas czekał. Nie tylko zresztą na nas. Szczerze polecam.


Oczywiście jak zawsze zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Jeśli będzie potrzeba swoje „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” będę wysyłał w poniedziałek. Z pewnością jednak zobaczymy się wcześniej.

piątek, 21 sierpnia 2015

Humans of Przemyśl, czyli Toyahowa powraca

No więc, zupełnie nieoczekiwanie Toyahowa napisała kolejny tekst. Jeszcze parę takich, to ją wyślemy na swoje. Czyż nie?

Skończył się mój kilkutygodniowy pobyt w Przemyślu. Zawsze, zawsze, od najmłodszych lat wyjeżdżam stąd z płaczem. Serio. Tęsknię za Przemyślem w każdej minucie każdego dnia i marzę o tym, żeby w końcu, kiedyś kupić bilet w jedną stronę. Ja chcę być Przemyślanką!
Dlaczego?
Przemyślanie, jesteście fajni! Nawet o tym nie wiecie, bo myślicie, że tak jest wszędzie. Nie, nie jest.
Od półtora tygodnia jeżdżę moim nowym – starym rowerem po Przemyślu (http://osiejuk.salon24.pl/662762,toyahowa-pisze-do-michnika). Trochę brakuje tu ścieżek rowerowych, fakt, więc muszę wybierać między jechaniem po ulicy a jechaniem po chodniku. W moich, na co dzień rodzinnych, Katowicach, jest to wybór między awanturą z kierowcami a awanturą z przechodniami; zwykle wybieram tę drugą opcję, bo przechodnie mają do dyspozycji tylko parasole i torebki, można ujść z życiem.
Nawykowo w Przemysłu też wybieram chodniki.
Nigdy nie zdarzyło się dotąd by ktoś miał pretensje, jadę chodnikiem wzdłuż Sanu. Mogliby! Powinni nawet, co ja tu robię na ich promenadzie w moim stroju bułgarskiego kulomiota! Przepraszam!, wołam z odległości około dwóch metrów . Dziękuję, mówię każdemu mijanemu. Oj przepraszam, a czemu pani nie dzwoni? Jak mogę dzwonić na panią na moście? A wie pani, jeden taki kiedyś na mnie wjechał i musiałam iść na operację. Jeden taki wjechał, poszła na operację i dalej wesoło schodzi na bok? Zjeżdżam z drogi panu jadącemu z naprzeciwka : a co pani, zmieścimy się przecież. Oni się uśmiechają! Pozdrawiamy się mijając! Pcham rower pod przekaźnik ulicą Tatarską, kto był ten wie. Na górze ludzie : dawaj pani dawaj! Lepiej, proszę pana, żeby ten widok był tego wart bo tu zaraz wykituję. E tam, wszyscy pójdziemy do piachu. Fajnie, ale ja nie chcę dzisiaj. Pogadane. Dopycham, zjeżdżam Zielonką w dół, jakaś para prowadzi rowery pod górkę. Lepiej w dół niż w górę, wołam nauczona już trochę przemyskich zwyczajów. Uśmiechają się, machają.
Ludzie z Przemyśla, jacy wy jesteście fajni!
Zostawiam rower pod targiem, idę na zakupy. O, a pani wyszykowana już na wesele ja dopiero w przyszłym tygodniu. O a jak pani się udało wydać córkę za mąż, ja mam dwie i nic. Pani, moje też jakieś takie niechętne były ale zięć dobry się udał. Sprzedający ma na sobie koszulkę z logo Polonii Przemyśl: a gdzie takie można kupić? A chce pani? Chcę, wprawdzie mój Dziadek był za Czuwajem, ale może się nie dowie. Coś wam nie poszło z tym Jarosławiem we środę, może dokopiemy Resovii w sobotę? A był pan na meczu? E, ja cały czas w robocie.
Przemyski targ, przemyska obsesja: PIEROGI, PIEROGI, PIEROGI. Mam wrażenie, że rozmowy o pierogach unoszą się upalnym szeptem w powietrzu: pani, a z tego byłyby pierogi? Nakleiłam setkę z borówek wczoraj, o ja sobie dzisiaj zrobię, z kaszą pani próbowała?
W Przemyślu jest kilkanaście małych garmażerii gdzie na zapleczu klei się pierogi i sprzedaje pyszne, naprawdę tanio. Dać pani ciepłe czy zimne? Nie zna pani z soczewicą? Proszę skosztować
Na targu pomidory. Ale jakie! Olbrzymie twarde mięsiste, mniejsze, malusieńkie i moje odkrycie sezonu: małe podłużne żółte, pycha! Pomidory kupujemy jednak u źródła: w firmowym sklepie przy szklarni. Przemiły ogrodnik opowiada o nich z czułą fascynacją właściwą tylko prawdziwym profesjonalistom. A chce pani zobaczyć szklarnię? Czy chcę! Moi lwowscy przodkowie ze strony taty mieli ogrodnictwo na Piekarskiej przez trzy pokolenia a ich nazwisko było znakiem firmowym. Czy ja chcę zobaczyć szklarnię! Skąd pan wiedział? W szklarni pani Ogrodnikowa, Katowiczanka; szczęściara, udało się pani zamienić Katowice na Przemyśl! Rozmawiamy chwilę o wspólnych miejscach w Katowicach. Wie pani, ja trochę tęsknię za Katowicami.
Rankiem wdrapujemy się z Wujkiem na Kopiec Tatarski zobaczyć mgły nad miastem. Idzie facet, wygląd niedbałego intelektualisty, rozmawia chwilę z naszym jamnikiem szorstkowłosym, zna się na psach, to widać, opowiada o swoim wyżle. Czy tam na górze są jakieś butelki? Nie chce mi się wchodzić bez sensu. Nie, nie ma, mówimy i dopiero teraz widzę, że facet wyjmuje z koszy puszki, zgniata i pakuje do plecaka, dosłownie na moment przed przyjazdem miejskich śmieciarzy, fachowiec. Gdzie na świecie facet zbierający puszki jest bystrym, inteligentnym, miłym panem? Co za miasto ten Przemyśl! Co za ludzie!
Pani sprzedająca lody w Krasiczynie. Paulinko, mówi do wnuczki Wujka, dam ci drugi wafelek to nie pobrudzisz sobie rączek. Trzymaj ostrożnie.
Pani Koziołowa, dawna sąsiadka moich Dziadków i matka sporej gromadki wakacyjnych kompanów sprzed lat. Spotykamy się na cmentarzu: jak ona wszystko pamięta, jak ona opowiada! A co u Krzyśka Marianowego? Mój Andrzej już cztery i pół roku nie żyje a taki był dobry dla mnie, wnuki to już nie to samo: wszystko zajęte swoimi sprawami.
Msze święte to trochę osobny temat, pamiętamy jak Piotr Wierzbicki pisał, że w kościele nie ma szarego człowieka. Przemyślanie są i tam bardziej kolorowi : ustępowaniu sobie miejsca nie ma końca, a machanie po twarzy wiechciami pierwocin zbóż i owoców w Matki Boskiej Zielnej przyjmują z uśmiechem mimo dość bezlitośnie długiego kazania w Kaplicy krasiczyńskiego zamku. (35* , brak miejsc siedzących a potem była jeszcze litania, pozdro dla księdza Proboszcza!)
Jedziemy taksówką z moimi malinami (letnia obsesja, nawet z tym nie walczę). O, nareszcie otworzyli ten wodny plac zabaw, eeee Przemyśl to dziadostwo, miał być basen. Jak pan może tak mówić?! Jest tyle fajnych miejsc w Przemyślu: kopiec na górze, San na dole, promenada na Franciszkańskiej, lody na Kazimierzowskiej, wyciąg krzesełkowy czasem działa a dla nastolatków Galeria Sanowa, chociaż oni chyba wola swojski Leżajsk nad Sanem. Wie pan, w moim mieście niedziele są martwe, niech pan nie grzeszy narzekaniem. Skoro pani tak mówi… Przekonałam go! Dzień wart wstania z łóżka!
Inny taksówkarz, walę w ciemno 6 sierpnia: dziękuję panu to idziemy teraz oglądać Dudę. Och ten Duda, cała nadzieja w nim, może wreszcie… A wie pan, ja mu napisałam na fejsbuku, że go kocham, bo tak jest. Och pani to jest.
Ach, ludzie z Przemyśla: jest jeszcze mój Wujek, ale moje amatorskie pióro nie jest w stanie Mu sprostać. Na razie nie.

Przypominam że nasza księgarnia znajduje się pod adresem www.coryllus.pl



poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Toyahowa pisze do Michnika

Zgodnie z przedwczorajszą obietnicą, przedstawiam list, jaki moja żona napisała do rzeszowskiej gazowni i przez co, niespodziewanie zupełnie, została nieodwołanie kolejnym pisarzem. Miejmy nadzieję, że na dobre.

Kocham Przemyśl, rodzinne miasto mojej Mamy. Nie mieszkałam tu nigdy na stałe, ale przyjeżdżam od urodzenia: najpierw do moich Dziadków, teraz do Wujka. Najpierw z Rodzicami, potem z narzeczonym, mężem, z dziećmi, ostatnio - sama.
W tym roku przyszedł mi do głowy pomysł zwiedzania moich ulubionych okolic na rowerze. Przemyśl - miasto turystyczne, jaki problem?
I tu się zaczyna opowieść.
„Wypożyczalnia rowerów ul. Sanocka 8a” - taka płachta wisi na płocie hotelu Accademia. Ok, poszukamy gdzie to. Faceci w piwiarni przy hotelu mówią, że to musi być przy lodowisku. Pani przy lodowisku (tor gokartowy; sennie i pusto) mówi, że ten pan, o tamten, będzie wiedział, ale trzeba obejść ogrodzenie, wyjść z powrotem na ulicę i tam wołać. Pan nie reaguje na wołanie, szukam dalej. Na nowym wodnym placu zabaw gwarno i wesoło; zaczepiam pana, najwyraźniej z obsługi: „Jakie rowery, on nic nie wie. Może na Polonii”.
Polonia. Dużo rowerów, wyraźnie należących do piłkarzy, przyszłych i obecnych.
Pani z obsługi nic nie wie: może w tamtej budzie? Tam, gdzie opony?
Poszukamy budy. I opon też poszukam, ja chcę pojeździć po przemyskich ścieżkach rowerowych! Ja chcę szlakiem twierdzy Przemyśl!
Są opony, jest pan, miły jak wszyscy poprzednio, i pomocny. A tak, tu stała taka buda, ale już jej nie ma. Była buda, nie ma budy, co robi reklama na płocie nawet go nie pytam, on ma swoje opony.
Hotel Accademia, recepcja. Przepraszam pana, gdzie w Przemyślu można pożyczyć rower? Hmmm (zakłopotanie)... Nigdzie.
A kupić? Jakiś komis? W ostateczności lombard?
A tak, jest lombard na 3 Maja.
Dobra, są wakacje, mój czas nic niewart, idę.
W lombardzie jest rower!!! Zielony!!! Ja go chcę! Można zobaczyć?
No przecież pani widzi.
Ale przez małą szybkę, ja go chcę kupić, muszę zobaczyć z bliska, przejechać kawałek, to używany rower.
Żeby się przejechać trzeba zapłacić. Nie, nie zapłacę dopóki się nie przejadę; robi się nerwowo. No dobra, pani rzecz sprzedać, moja kupić nie kłóćmy się, czy można to siodełko obniżyć? Można, jak pani ma klucz. Aha, więc wyglądam na kogoś kto zasuwa po mieście z kluczami rowerowymi po kieszeniach. Nie, nie mam klucza. To ja może przyjdę jutro jak będzie jakiś pani zmiennik? Dobra, to jutro.
Ekscytacja przygnała mnie pod lombard o 9 rano, jest zmiennik. Fajny, pomocny, obniża siodełko, śmiejemy się z braku wypożyczalni rowerów w Przemyślu. Mogę się przejechać, zostawiam plecak i dalejże po chodniku ulicy 3 Maja. Nie ustaliliśmy odległości, na jaką mogę się oddalić od lombardu i na pewno nie powinnam była odjeżdżać na ponad 50 metrów, ale czy 50, może 70 metrów to za dużo na testowanie roweru? Cholera, za dużo.
Facet z lombardu dogania mnie dość szybko. Eeeeeej proszę pani, co pani, wracamy do sklepu zawołałem policję. Przepraszam pana, chciałam sprawdzić przerzutki, ja chcę kupić ten rower. Co mi pani przepraszam, na policję! Prowadzi pani ten rower do sklepu i tam porozmawiamy z policją. Jak można było tak daleko odjechać! Facet jest tak zły, że zaczynam się go bać. Eskortuje mnie przez chodnik ulicy 3 maja. A tam u pana w sklepie został mój plecak. Co mnie pani plecak obchodzi, idziemy na policję. Jego nie, mnie tak, w plecaku jest kasa na rower, karty, dokumenty, cudze klucze do mieszkania i moje nowe okulary słoneczne warte ze dwa takie rowery.
A co pan powie policji jak już przyjedzie?
Że pani chciała ukraść rower.
A ja powiem, że wcale nie chciałam, zobaczymy co z tym zrobią. Wracamy do sklepu z cholernym rowerem, plecaka nie widać. Aha, został aresztowany przez faceta z lombardu. A mogę sobie z niego wyjąć telefon? Nie! Jak przyjedzie policja! No i super, niech przyjedzie jak najszybciej.
Wychodzę przed sklep, chodzę tam i z powrotem, to się chyba nie dzieje naprawdę. Drzwi lombardu się otwierają, facet prawie rzuca mi plecak: Miłego dnia! Tak powiedział, serio.
Dzwonię do rodziny, opowiadam co się właśnie zdarzyło. Poważnie? Dobrze, że nic ci się nie stało, co to za wariat jakiś.
Ale ja chcę rower.
Parę numerów powyżej lombardu, na 3 Maja jest! Używane rowery, serwis sprzedaż, stoją jacyś młodzi faceci na ulicy, rozmawiają, fajni. Ma pan może jakieś używane rowery? Nie, w tej chwili nie mam. Oj, a gdzie w Przemyślu można wypożyczyć rower? Ja wypożyczam! O jak super, i pożyczyłby mi pan? Tak, 50 zł dziennie. 50? Pan żartuje? Nie, serio. A jak mi pani połamie przerzutkę? To są górskie rowery! A jak panu nie połamię to też 50? Też. I ma pan klientów na to? Mam. O kurde co za frajerzy.
Chyba chciał się mnie pozbyć, nikt przy zdrowych zmysłach nie wypożyczy roweru za 50 zł dziennie.
Spaceruję dalej. Jest lombard przy Grunwaldzkiej! Oj, tylko złoto i biżuteria, pech.
Jest jeszcze jeden! Jest rower!!! Jest fajna, naprawdę fajna dziewczyna. A mogę się przejechać, bo przed chwilą facet mnie prawie położył na ulicy? Na pewno mogę? Mogę. Jadę.
Rower ok, ale nie w moim typie, crossowy. Jadę nad San i z powrotem. Dziękuję, to ja się jeszcze zastanowię; może do Tesco? Jasne przecież nie musi pani brać. W trakcie rozmowy rower tanieje, o jak fajnie.
Rynek. W rynku sklep sportowy, same plecaki, kurtki. Bardzo miła pani mówi mi, że rowery to o, tam, na Fredry. I na Mickiewicza, za dworcem, tam też coś jest.
Na Fredry bardzo mi się podoba, sklep prowadzą bardzo mili pasjonaci, rozmawiamy chwilę; mają używaną damkę bez przerzutek i jakiś inny rower, bez koła. Zastanawiam się przez chwilę, czy wolę bez koła, czy bez przerzutek, co mi uświadamia, że determinacja zaczyna powoli panować nad rozsądkiem. Dziękuję, do widzenia.
Mickiewicza. O tak, na Mickiewicza jest super! Krzątają się bardzo mili faceci, uśmiechnięci, pomocni. Są używane rowery. Damki z przerzutkami. Mogę się przejechać, ale czy na pewno, bo wie pan jeden taki dzisiaj rano. Mogę. Francuski rower Peugeot bardzo mi się podoba, trochę cienkie koła, ale jest ok. Potargujemy się trochę? A, to z szefem. Szef trochę spuszcza, to ja idę do bankomatu.
Przepraszam was, Panowie z Mickiewicza, że nie wróciłam z bankomatu. Serio byliście super, ale pomyślałam idąc po gotówkę, że tamten crossowy jest trochę tańszy, ma więcej przerzutek i może się nauczę jeździć w skłonie.
Wracam na Grunwaldzką. O, wróciła pani do mnie; skoro tak spuszczam jeszcze dwie dychy tylko niech pani nie zapomni o tym wariacie napisać.
No to napisałam, nie tylko o nim.

http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34975,18507394,przemysl-to-sie-nie-moglo-dziac-naprawde-list-czytelniczki.html

Przypominam, że nakład mojej książki „Marki dolary banany i biustonosz marki Triumph”, w której między innymi opisałem początki mojej kolaboracji z „Gazetą Wyborczą” jest już prawie wyczerpany. Proszę się pospieszyć. I ta i inne książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl

niedziela, 30 grudnia 2012

O człowieku, co nie dał zabrać kościoła

Wspomnienie o zmarłym wczoraj przemyskim arycbiskupie-seniorze Ignacym Tokarczuku ogranicza się właściwie do dwóch kwestii. Pierwsza z nich jest wyjątkowo mało konkretna, a przez to dla większości osób, które mogą zwyczajnie nie wiedzieć, kim był abp Tokarczuk, całkowicie bezużyteczna, a opisująca go jako postać heroiczną. Po prostu – abp Ignacy Tokarczuk był ostatnim żyjącym bohaterem polskiego Kościoła. Jak mówię jednak, w czasach gdy bohaterstwo dramatycznie się zdewaluowało, wiadomość ta dla wielu z nas ma wartość zerową. W końcu, cóż to takiego to bohaterstwo, skoro bohaterem był zarówno były minister Piętak jak i była tramwajarka Krzywonos?
I nie może tu wiele zmienić nawet ów drugi element, który pojawia się przy okazji dzisiejszego wspominania postaci zmarłego księdza. Że w czasach brutalnego PRL-u, dzięki swojej wierze, determinacji, inteligencji i odwadze, zdołał on postawić w Bieszczadach – wbrew woli zarówno lokalnej jak i centralnej władzy – ponad czterysta kościołów i kaplic. No bo znów, cóż może dla nas dziś oznaczać stawianie kolejnych kościołów? A nawet jeśli coś tam oznacza, to i tak – cóż z tego? Władza mówiła nie, a on robił swoje. Nie on jeden, i kto wie, czy też rzeczywiście najbardziej. Nawet osoba zapewne wzorowo pobożna i wręcz demonstracyjnie związana z Kościołem, a mianowicie senator Libicki, we wczorajszej notce na blogu wspomina zaledwie o „dziesiątkach” kościołów. No właśnie – kilkadziesiąt, czy kilka, czy może kilkaset… jakież to może mieć znaczenie? No ale to prawda – biskup Tokarczuk, to był nie byle kto. Prawie jak ten… no… jak mu tam było? No, ten prymas… Zgadza się. Wyszyński.
Dziś rozmawialiśmy troszkę o zmarłym biskupie i pani Toyahowa powiedziała coś wręcz fantastycznego. Otóż zauważyła ona nagle, że jeśli się chce wyeksmitować ludzi skądkolwiek, pierwsze, i właściwie jedyne, co trzeba zrobić, to odebrać im kościół. I to był prawdopodobnie główny cel komunistycznej władzy, kiedy już w ramach „Akcji Wisła” z przyukraińskich terenów zdołano wykwaterować niemal całą ludność ukraińską, a następnie, uznając, że właściwie te Bieszczady to znakomity teren, do zagospodarowania wyłącznie na rzecz pragnących wakacyjnych rozrywek towarzyszy, postanowiono, że do tych Ukraińców można by było dorzucić już całą resztę. Kiedy się przegląda ówczesną historię tamtych terenów, a jednocześnie odwiedza te miejsca i widzi te wioski, albo opuszczone całkowicie, albo zamieszkałe już tylko przez nieliczne rodziny, i kiedy się widzi takie miejsca jak Arłamów, można dojść do wniosku, że ten plan komunistom wyszedł znakomicie.
Niemal. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli możemy dziś użyć tego słowa, to przede wszystkim dzięki wierze i walce tego jednego człowieka – zmarłego wczoraj abp. Tokarczuka. Jestem głęboko przekonany, że to, iż całe Bieszczady nie podzieliły losu wspomnianego Arłamowa, zawdzięczamy owym 400 kościołom wybudowanym przez ówczesnego biskupa przemyskiego.
Nie wiem, ile główne media w Polsce poświęciły miejsca wiadomości o odejściu tego Księdza. Nie wiem, czy w ogóle poświęciły temu zdarzeniu jakąkolwiek uwagę. Wiem natomiast, że przez 20 już ponad lat Polski, o którą całym swoim życiem abp Tokarczuk, te same media zrobiły wszystko, by dziś znacząca część polskiego społeczeństwa na wiadomość o tym odejściu reagowała dziś zaledwie wzruszeniem ramion. I wiem też, że to o to właśnie od samego początku chodziło. O tę zemstę. Za to, co On zrobił, kiedy jeszcze miał siłę i możliwości. Bo wybaczyć można wiele. Wiele też można zapomnieć. Natomiast jednego System nie wybacza nigdy. Próby – w dodatku udanej – zmiany historii.

Kończy się ten rok. Jeśli to, że żyjemy i wciąż mamy nadzieję, można traktować, jako fakt istotny, to rok niezwykle udany. Z drugiej strony, fakt, że on został podsumowany z jednej strony tą śmiercią, a z drugiej reakcją na nią establishmentu, też nam wiele powinien mówić. No, ale trzymajmy się tej nadziei. Ona nam dotąd wiernie służyła. Trzymajmy się jej. A ja ze swojej strony jeszcze raz pragnę podziękować wszystkim przyjaciołom tego bloga za pamięć i poświęcenie. Proszę nie odchodzić.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...