wtorek, 31 lipca 2018

Komunikat

     Przepraszam bardzo wszystkich Czytelników, ale dziś zmuszony jestem zrobić jeden dzień przerwy, a zdecydowałem o tym z myślą o tych, którzy czytają ten blog na portalu www.szkołanawigatorow.pl. Ponieważ ostatnio te teksty pojawiają się codziennie, część uczestników wspomianego portalu zdecydowanie przestała nadążać, pomyślałem, że niech sobie nieco odpoczną i nabiorą sił do uważnego słuchania.
      Ponieważ moje uwagi nie dotyczą toyah.pl, to tu tylko to krótkie wyjaśnienie i podziękowanie za stałą obecność. Do jutra.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Dlaczego na fladze Niemieckiej Republiki Demokratycznej umieszczono cyrkiel?


          Każdy kto w miarę uważnie śledzi ten blog, miał okazję zorientować się co do mojego stosunku do panoszących się nie tylko po ogólnopolskich mediach ojców dominikanów. Gdyby ktoś jednak sprawę przegapił, pozwolę sobie przypomnieć choćby swoją notkę na temat tych dziwnych księży zamieszczoną w wydanej przeze mnie przed laty książce „Twój pierwszy elementarz”. Proszę posłuchać:
          „Dominikanie – Kiedyś jeden z tradycyjnych katolickich męskich zakonów, dość nawet popularny wśród pobożnej młodzieży z duchowymi ambicjami. Niestety w pewnym momencie, pewna grupa polskich dominikanów poznała słowo ‘glamour’, ktoś im powiedział, że glamour to boskość i, jak to mówi młodzież, odjechali. Najbardziej znanym polskim dominikaninem jest tak zwany ojciec Zięba. Podobno bardzo fajny facet. Jak każdy zresztą pijak”.
          Dziś, jak się okazuje, Zięba już albo nie chleje, albo chleje bardziej świadomie, natomiast wedle słów, które on sam wypowiedział w jednym z licznych wywiadów, których nadal udziela, on nie uważa, że „medialna nagonka”, jaka została swego czasu przeciwko niemu skierowana, była sprawiedliwa, a to z tego powodu, że on nie pił dla przyjemności, ale wyłącznie z tego powodu, że zupełnie niespodziewanie zmarł Jan Paweł II, i fakt ów Ziebę doprowadził do takiej depresji, że jedynym na nią lekarstwem wydawała się być wóda. A depresja to przecież nie grzech, prawda.
          Otóż ja przyznaję, że chleję. Tyle że ja nie chleję z tego powodu, że mam depresję, ani nawet nie piję wtedy, gdy jest mi źle na świecie z tego powodu, że zmarł Jan Paweł II, czy, już bardziej ostatnio,Tomasz Stańko, ale chleję dla jedynej na jaką mnie stać afirmacji życia. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, by sięgnąć po szklankę w sytuacji, gdy jest mi źle i szaro. Nigdy! Ja piję wyłącznie po to, by dziekować Bogu za życie. A więc, kiedy słyszę jak któryś z księży mi mówi, że on popadł w alkoholizm, bo było mu smutno, to, przepraszam bardzo ale ja na to wzruszam ramionami i odpowiadam jak potrafię najprościej, że tu musi chodzić o któregoś z ojców dominikanów.
         Ktoś zapyta, skąd mi nagle po tych wszystkich latach przyszło do głowy, by się znęcać nad tymi nieszczęśnikami. Otóż, przepraszam bardzo, ale to nie ja tym razem zacząłem, ale oni sami, a dokładnie rzecz biorąc redaktorzy internetowego portalu dominikanie.pl, którzy niedawno zdecydowali się zamieścić na Twitterze następujący wpis:
         W jaki sposób modlitwa żydowska uczy nas się modlić? Przede wszystkim stawia nas wobec transcendencji Boga, nieco przesłoniętej dla nas, chrześcijan, przez obecność Jezusa”.
         Z tego co wiem, w tym momencie wiekszość komentatorów zatrzymała się na tej notce i odpowiednio ojców dominikanów zrugała. Tymczasem, jak się okazuje po bardziej wnikliwym badaniu, dominikanie nie zadziałali tu we własnym imieniu, tylko zacytowali niejaką Paulę Lagrange, „teologa i katechetkę, która postanowiła poświęcić swoje życie Bogu i zaangażowała się w pracę na rzecz Stowarzyszenia Świętej Rodziny w Bordeaux [żyjącą obecnie] we wspólnocie świeckich, którzy na co dzień wspierają się w życiu wiarą. Jest autorką książek: ‘Nazaret, droga ludzkości’ i ‘Rodzina Boga, rodzina ludzi’”. A zatem, wedle metody, z jaką zdążyły nas zapoznać nowoczesne media, oni nic nie sugerują; oni zaledwie cytują, zachęcając nas do dyskusji. I dlatego też zamieszczają na swoim portalu całość owego strasznego tekstu https://dominikanie.pl/2018/07/w-jaki-sposob-zydzi-ucza-nas-modlitwy/ wybitnej – nie bójmy się tego słowa – teolożki.
        Pozostaje pytanie, czemu oni to robią i czemu władze Kościoła im na to pozwalają. Odpowiedź na pierwsze pytanie, jak sądzę, zawarłem w swoich uwagach pomieszczonych w ksiażce „Twój pierwszy elementarz”. Gdy chodzi o kwestię drugą, to bardzo chętnie uznałbym, że ich gesty nie mają najmniejszego znaczenia. Problem jednak polega na tym, że tu u nas w Katowicach, przy Katedrze Chrystusa Króla od wielu długich lat istnieje duszpasterstwo akademickie, które w pewnym momencie i mnie jakoś tam uformowało. Od kilku lat jednak, jak rozumiem, decyzją naszego biskupa, pojawił się konkurencyjny ośrodek, prowadzony przez dominikanów właśnie, gdzie, z tego co słyszę, jest mniej więcej właśnie tak, jak to przedstawiłem wyżej.
      W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zrobić coś, czego przez długie lata unikałem jak ognia, ale dziś obawiam się, że dłużej już nie wytrzymam. Otóż niespełna 6 lat temu, podczas lokalnego Synodu, arcybiskup Wiktor Skworc w następujący sposób rozpoczął swoją homilię:
      Umiłowani, Bracia i Siostry! Drodzy Diecezjanie!
       To, co widział prorok Daniel, a zobaczył jakna obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego...Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską”; zobaczył również dzięki łasce proroctwa św. Jan. On również ujrzał Syna Człowieczego – Władcę królów ziemi. Tego, któryuczynił nas królestwem i kapłanami Bogu i Ojcu swojemu”.
      W wizji Jana słyszymy ponadto słowa, które odnosimy do naszego Zbawiciela – Jam jest Alfa i Omega…” (Ap 1,8).
      W języku symboli litera alfa, która rozpoczyna nie tylko grecki alfabet, ma postać przypominającą cyrkiel, narzędzie do kreślenia planów. To podobieństwo przywołuje prawdę o dziele stworzenia i odkupienia; powstał w nim świat i człowiek, naprawiony przez śmierć Chrystusa.
      Litera alfa odnosi się również do naszej pracy, twórczości, troski, by czynić sobie ziemię poddaną, a samym rosnąć ku świętości.
      W tym duchu, stawiając niejako pierwszą literę alfabetu, a przed nią znak krzyża, pragnę zainaugurować dzisiaj II Synod Archidiecezji Katowickiej
”.

      I to tyle, bo i tak czuję się w tym momencie nadzwyczaj niezręcznie.



Wspomniana książka „Twój pierwszy elementarz” jest już dawno wyprzedana, a co do reszty, to może jutro, bo jakoś ostatnio nie bardzo jestem w nastroju.

niedziela, 29 lipca 2018

Kto spalił Jolantę Brzeską - epilog

         Dziś będzie coś zupełnie wyjątkowego. Nie w sensie, że nikt wcześniej sprawy nie poruszał – bo tu akurat nie mamy najmniejszego powodu do narzekania – rzecz natomiast w tym, że to co poruszono, jakimś niepojętym dla mnie cudem, zostało pozbawione jądra. Autentycznego jądra. Krótko powiem, o co chodzi. Otóż przed sejmową komisją do sprawy wyjaśnienia – nie dajmy się zwieść pozorom – okrutnego zabójstwa Jolanty Brzeskiej stanął niejaki Kobylarz, powszechnie uważany za głównego cyngla Marka Mossakowskiego, handlarza warszawskimi nieruchomościami. Jak już pewnie część z nas wie, na 90 procent zadanych pytań ów Kobylarz – człowiek o nazwisku i wyglądzie klasycznego dworcowego kieszonkowca – odmawiał odpowiedzi, co spowodowało, że dziś jego opiekunowie będą musieli się zrzucić na karę 40 tysięcy złotych, jaką Komisja na niego nałożyła.
         Obejrzałem sobie całość tego fascynującego wręcz przesłuchania i Bogu za tę możliwość dziękuję, bo bez tego nie miałbym nawet ćwierć tej wiedzy, którą mam teraz. Otóż pośród tego nieustannego powtarzania „nie wiem”, „nie pamiętam”, „nie przypominam sobie”, czy wreszcie „a co to ma wspólnego”, w pewnym momencie Kobylarz bardzo wyraźnie i jednoznacznie oświadczył, że nigdy w życiu nie spotkał Jolanty Brzeskiej i nigdy w życiu nie był u niej w mieszkaniu. I tu mamy dwie kwestie. Pierwsza to ta, że nikt z członków Komisji nie zapytał Kobylarza, jak to jest, że on praktycznie nic nie wie i nic nie pamięta, natomiast to, że on nigdy nie miał bezpośredniego kontaktu z Jolantą Brzeską i nigdy nie był w jej mieszkaniu, pamięta znakomicie. Druga rzecz to ta, że czemu on, mając świadomość, że za skladanie fałszywych zeznań grozi mu osiem lat więzienia, notorycznie udziela odpowiedzi „nie przypominam sobie”, lub „nie pamiętam”, zachowując się takjakby te 8 lat, by już ie wspomnieć o 40 tysiącach, to było naprawdę nic?
       Ale jest jeszcze coś, na co te kompletnie już zgnuśniałe media nie zareagowały. Otóż w pewnym momencie Patryk Jaki – chwała mu za to – pyta Kobylarza: „Co pan robił 1 marca 2011 roku?” i to jest jedyny moment kiedy Kobylarz się ani nie poci, ani nie wyciera sobie nerwowo rąk w spodnie, ale dostaje prawdziwej cholery i niemal krzyczy, że na to pytanie nie odpowie, bo „nie chce by takie informacje nieprawdziwe były rozpowszechniane”.
      No i tu dostajemy to na co czekaliśmy od lat. Jaki pyta Kobylarza: „Czy był pan kiedykolwiek w Lesie Kabackim”. I tu znów, Kobylarz, który nic nie pamięta, nic nie wie, i nic sobie nie przypomina, nagle nie mówi: „nie pamiętam”, „nie wiem”, „nie przypominam sobie”, ale „Nie, nie byłem nigdy”.
      Pisałem tu kiedyś o tej biednej, naiwnej kobiecie, którą źli ludzie wywieźli do lasu i ją tam spalili i o Polskim Państwie, które stawało na głowie, by sprawa nigdy się nie wyjaśniła. Zamieściłem tam też klip z naprawdę niezwykłą piosenką pod tytułem „Kto zabił Jolantę Brzeską?”. Dziś już odpowiedź na to pytanie znamy. Nawet znamy twarz mordercy. Ciekawe tylko, cholera jasna, kto się będzie zajmować poważnymi rzeczami, kiedy mi się zdarzy odejść?
      Oto zapis owej rozmowy. Długi bardzo, dale ja go oczywiście polecam obejrzeć w całości, będąc przekonany, że to są równie fascynujące dwie godziny co zapowiadana kolejna część Mission Impossible. Tych natomiast którzy wolą jednak Netflix, informuję, że kluczowy fragment znajduje się w momencie gdy te cyferki na dole pokażą 1:18:56.







Dziś sklep zamknięty. Jakoś nie wypada.

sobota, 28 lipca 2018

Czy laleczka voodoo może się weżreć w mózg?


      Dziś tekst z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” dla tych, którzy z różnych względów  jej nie kupują. Zapraszam.     

      Możliwe, że czytelnicy „Warszawskiej Gazety” o sprawie nie tylko zdążyli usłyszeć, ale też, w natłoku ciekawszych zdarzeń, zapomnieć, jednak zarówno z uwagi na tę grupkę tych, którzy akurat nie są tak czujni, ale też w celu skomentowania czegoś, co skomentowania moim zdaniem jednak wymaga, spróbuję sprawę i przedstawić i skomentować właśnie. Otóż wśród owej histerii, na którą ostatnio już chyba tylko skuteczna może się okazać już tylko interwencja psychiatryczna, szczególnie interesująco zabrzmiała internetowa wymiana między pisarką Marią Nurowską, a reżyserem Agnieszką Holland. Oto na swoim Facebookowym profilu Nurowska opublikowała następujący wpis:
       Stało się, zrobiłam laleczkę prokuratora Piotrowicza i wbijam w nią szpilki. Jego dni są policzone...”
       Wśród zachwyconych miłośników intelektuanej twórczości Nurowskiej, odezwała się też niesławna Agnieszka Holland i ogłosiła co następuje:
       Marysiu, ja to zrobiłam w młodości 2 razy, za każdym razem ze skutkiem śmiertelnym. Obiecałam sobie i mojej córce, że już nigdy żadnego voodoo nie wykonam.  Jestem przeciwna karze śmierci! On jest tylko perwersyjnym pomysłem Kaczyńskiego. Jego skuteczny żarcik: żeby przy pomocy komunistycznej kanalii poniżyć jeszcze bardziej demokrację. Prokurator P. nie myśli sam, to tępe narzędzie”.
       Nurowska naturalnie weszła w ową dziwną pogawędkę  i odpowiedziała:
       Jest bardzo skuteczny, zamordysta, to co on wyprawia w Komisji Sprawiedliwości, nie ma na to określenia. Poza panną Wassermann nikt z nich nie jest tak bezczelny, a przez to skuteczny. Więc ja jestem za laleczką voo-doo, nie musi od razu zabijać, wystarczy mały wylew i paraliż”. 
       A w kolejnym wpisie jeszcze dorzuciła: „Stanowczo życzę mu może nie śmierci, ale choroby, która by go usunęła ze sceny politycznej”.
       I tu, jak donoszą media, któryś z fanów pisarki, niezadowolony z owego połowicznego rozwiązania, wyraził obawę, że:
       Niestety, jeszcze trochu pożyje i dalej będzie szkodził. A później uda się na sowitą emeryturę
       Jednak tu ów Pierwsza Sekretarzyca Totalnej Opozycji do spraw Czarnoksięstwa znajduje słowa otuchy dla tych co wątpią:
       To się dzieje natychmiast, albo bardzo powoli, ale dolegliwie! Nauczyła mnie tego specjalistka!
      Dziś, jako że czas na nikogo nie czeka, jest już raczej po sprawie i sama już nawet Nurowska zdążyła oświadczyć, że trzeba być kompletnym idiotą, żeby poważnie potraktować jej „bardzo inteligentny żart”. W tej sytuacji my oczywiście, pozostajemy pełni pokory, jednak przed wszystkim współczujemy Agnieszkce Holland, która nie dość, że, podobnie jak my, nie skumała żartu, to w dodatku się głupio odsłoniła. Ona oczywiście też pewnie za chwilę powie, że ta gadka o grzechach młodości, to był również żart, którym ona chciała zaledwie przelicytować Nurowską, jednak te dwa trupy i owa obietnica złożona córce, że już nigdy więcej, jakoś nie chcą bawić. Owszem, to voodoo, tak. To pewnie faktycznie jakaś wymówka, natomiast te dwie ofiary, obietnica dana córce i sprzeciw wobec kary śmierci nie sprawia, że się uśmiecham.

Polecam wszystkim nasze książki, do nabycia przede wszystkim w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, ale oprócz tego w warszawskim sklepie Foto-Mag, no i częściowo też tu u mnie, wraz z dedykacją. Zachęcam gorąco: k.osiejuk@gmail.com




piątek, 27 lipca 2018

Jeszcze raz o talentach, czyli ostatni Mohikanie


       Kilka dni temu mój kolega Coryllus zamieścił na swoim blogu tekst, którego podstawowej treści już nie pamiętam, natomiast owszem pamiętam, że tam się w pewnym momencie pojawiła kwestia talentów, które otrzymaliśmy od Boga i złych ludzi, którzy próbują nam owe talenty z głów, serc i dusz wyperswadować, i pewnej niewidomej pieśniarki, na którą Coryllus wpadł podczas swojej niedawnej wizyty we Wrocławiu, a która zrobiła na nim tak duże wrażenie, że on się tak przejął, że na chwilę zdecydował się nawet odłożyć na bok stosunki polsko-tureckie w XV wieku, czy coś w tym temacie… przepraszam, ale raz że, jak mówię, nie pamiętam, a dwa, że się nie znam… by o tym wspomnieć. A ja, z kolei, w ramach swoich codzinnych zajęć, wpadłem na coś podobnego i uważam, że wypada mi się swoim odkryciem podzielić. Oto mamy Stany Zjednoczone, Kaliformię, miejscowość o znanej nam wszystkim nazwie Santa Monica, a tam coś takiego:



       Rzecz polega na tym, że my tu wszyscy jesteśmy strasznie mądrzy, zajmujemy się sprawami, które nie cierpią zwłoki, no bo, wiadomo, że świat w potrzebie, tymczasem mamy tu tę dziewczynkę z jej instrumentem i wspomnianym już talentem i, przepraszam bardzo, ale tak naprawdę, poza tym nic się nie liczy. A jeśli komuś brakuje w tym dzisiejszym tekście polityki, to proszę bardzo. Otóż ten cały Trump ma naprawdę łatwo. Nawet jeśli przyjmiemy, że to głupek, niedorobiony biznesmen i wreszcie prezydent z przypadku, to ja jestem gotów na każde owo słowo z pokorą skinąć głową. Rzecz jednak w tym, że nawet Barak Obama nie był w stanie powstrzymać tego, co tu widzimy i słyszymy.
        Niektórzy mają łatwiej.

Gdyby ktoś miał ochotę nabyć którąś z moich książek, to informuję, że oba „toyahy” są już dawno wyczerpane, „Listonosz”, czeka na ewentualny dodruk, a „Licho” też się już sprzedało i dodrukowywane póki co nie będzie. Natomiast polecam „Marki, dolary, banany”, „Rock and roll”, „39 wypraw”, no i „Listy od Zyty”. Wszystko jest do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, natomiast jeśli ktoś życzy sobie dedykację, to zapraszam do siebie: k.osiejuk@gmail.com  

    

czwartek, 26 lipca 2018

Czy prezydent Duda wiedział że kłamie?


      Po dużo za długim, z mojego punktu widzenia, wałkowaniu tematu nowej Konstytucji i oddania w jej sprawie głosu Obywatelom, Senat najdelikatniej jak to tylko było możliwe, poinformował prezydenta Dudę, że, przy całym dla niego szacunku, jeśli on planuje zaimponować społeczeństwu w jakiś extra sposób, to zamiast zawracać ludziom głowę swoim referendum, powinien szukać jakichś bardziej sensownych na to sposobów. I wydaje mi się, że poza niektórymi, mniej przytomnymi politykami Kukiz15, wszyscy, w tym nawet sam Prezydent, natychmiast zrozumieli, że szkoda było naszego czasu i najlepiej jest teraz już o wszystkim zapomnieć. Konstytucja oczywiście prędzej czy później zostanie zmieniona, najprawdopodobniej już za dwa lata, po tym jak PiS wygra wybory, uzyskując wymaganą do skutecznego zmieniania kraju większość, trudno jednak się spodziewać, że partię, której dali aż tak silny mandat, wyborcy będą informować, co jej teraz wolno, co nie i przypominać, o czym ona ewentualnie nie zdążyła jeszcze pomyśleć. Nowa Konstytucja zostanie napisana, następnie przegłosowana, wreszcie podpisana przez Prezydenta i wszyscy – z wyjątkiem paru lokalnych, czy obcych, jak to ładnie określił marszałek Karczewski „świrów” – będą zadowoleni.
      Gdyby ktoś miał ochotę usłyszeć ode mnie, skąd u mnie taka niechęć do powszechnych konsultacji obywatelskich, chętnie odpowiem. Otóż w moim bardzo głębokim przekonaniu, jednyny rodzaj obywatelskiej aktywności, jaki zdecydowana większość naszego – ale myślę, że nie tylko naszego – społeczeństwa toleruje, to są wybory parlamentalne i prezydenckie, a więc te w których chodzi o to, by wskazać ludzi, którym owo społeczeństwo gotowe jest polecić swoje sprawy. Cała nasza tak zwana „demokratyczna” historia pokazuje niezbicie, że jeśli cokolwiek, to wyłącznie te dwie okazje mogą stanowić dobry powód dla przeciętnego obywatela do tego, by w wolnym dla niego czasie określić się obywatelsko wedle politycznie przedstawionych zagadnień. Przeciętny obywatel ma bowiem w nosie, ilu będzie posłów, a ile senatorów, jego nie obchodzi nic, czy Parlament będzie wybierany wedle takiej, czy innej ordynacji, on nie ma żadnego zdania na temat tego, czy w polskiej Konstytucji będzie odniesienie do Boga, czy go nie będzie, śmiem nawet twierdzić, że dla większości z nas jest kompletnie obojętne, czy na czele walki o to by nam się dobrze i bezpiecznie żyło, będzie stała banda ponurych wieśniaków, czy grupa rozkochanych w demokracji intelektualistów, co i tak na jedno wychodzi. Jeśli oni w telewizji będą oglądać ludzi, którzy dają im poczucie wygody i bezpieczeństwa, zagłosują na nich ponownie, jeśli tego zabraknie – wybiorą kogoś innego. I to wszystko.
     Czy zatem uważam, że pomysł referendum jako takiego jest nietrafiony? Absolutnie nie. Moim zdaniem referendum to jest fantastyczna rzecz, jednak ono powinno dotyczyć wyłącznie spraw lokalnych, i to lokalnych w takim wymiarze, który normalny człowiek traktuje jako swój. A więc, jeśli na przykład pojawia się kwestia zlikwidowania w mieście komunikacji tramwajowej i zastąpienia jej na przykład dorożkami, albo gdy zamiast Galerii Mokotów rząd prezydenta Trzaskowskiego postanowi postawić wielki meczet, lub ewentualnie prezydent Jaki w tym miejscu zaplanuje wybudować Muzeum Patriotyzmu IV RP, to myślę, że udałoby się uzyskać wymagane 50 procent, a kto wie, czy nie nawet 60. Jak wiemy bowiem, nawet referendum w sprawie usunięcia ze stanowiska zepsutej do szpiku kości i na domiar złego, obdarzonej popularnym przezwiskiem „Bufetowa”, Prezydent, większości mieszkańców takiej Warszawy nie zainteresowało. A ja jestem pewien, że podobnie byłoby w kazdym innym miejscu Polski, i każdego znacznie nawet gorszego od niej cwaniaka. No i podobnie, nie mam najmniejszych wątpliwości, że owe 15 pytań prezydenta Dudy zostałoby potraktowane jeszcze gorzej.
     Na sam koniec tych refleksji, pozostaje nam się zastanowić, czy kiedy Andrzej Duda wyskoczył z tą swoją dziwną propozycją referendum konstytucyjnego, wiedział, że kłamie. Moim zdaniem wiedział. To znaczy, nie koniecznie wiedział, że kłamie, bo aż tak cyniczny to on chyba jednak nie jest. Natomiast z całą pewnością robił to wbrew sobie, w przekonaniu, że ów projekt przepadnie, natomiast ludzie ów gest z jego strony, nawet jeśli kompletnie pozbawiony praktycznego sensu, potraktują z sympatią, a w końcu o cóż więcej w polityce chodzi, niż o to by nas ludzie lubili? Przynajmniej do pewnego czasu. W tej sytucji chętnie zapewnię mojego Prezydenta, że tu mu poszło całkiem dobrze. On kolejną kadencję ma już od dawna w kieszeni. A co do nowych głosów, to w najgorszym wypadku, może być pewien, że w 2020 roku, o ile piosenkarz Kukiz nie wprowadzi dyscypliny, przynajmniej wicemarszałek Tyszka na niego zagłosuje.

Zapraszam do kupowania moich książek. One są tam gdzie zawsze, a kto chce, to świetnie wie, co znaczy, tam gdzie zawsze.

środa, 25 lipca 2018

Sześć wesołych kawałków na pożegnanie lipca


Przepraszam z góry wszystkich tych, którzy wolą bieżące emocje, ale przyszła pora na kolejny odcinek „Wezwanych do tablicy”, które, jak mi wiadomo, niektórzy z nas bardzo sobie cenią. A zatem zapraszam i do dzisiejszej zabawy i oczywiście do kupowania „Polski Niepodległej”.  Gdy ona się zacznie sprzedawać na tyle dobrze, że stanie się znów tygodnikiem, to i ja to odczuję.

Poprzedni odcinek „Wezwanych” zaczynaliśmy od kompromitacji naszych piłkarzy na mistrzostwach w Rosji, a ponieważ czas nie czeka na nikogo, dziś zbliżamy się już do końca tego – muszę uczciwie przyznać – najbardziej ekscytującego od wielu dekad widowiska i wygląda na to, że naprawdę ogromne szanse na zdobycie tytułu ma drużyna Chorwacji, której jestem pewien, że nie tylko ja kibicowałem. Co ciekawe, bardzo wyraźne było wobec owej piłkarskiej sytuacji też stanowisko polskich władz. Przede wszystkim zrobiła wrażenie na wszystkich seria zdjęć na których prezydent Duda i pani prezydent Kitarović zachowują się jakby mieli romans, a jakby tego było mało, w TVP Info, jeszcze przed wielkim finałem, ale już po meczu z Anglią, wystąpił minister Błaszczak i zupełnie otwartym tekstem oświadczył, że on się „bardzo cieszy, że na boisku Chorwaci okazali się lepsi”. Co jeszcze bardziej fascynujące, Błaszczak nadzwyczaj fachowym tekstem skomentował wybór kolejnego po Adamie Nawałce selekcjonera polskiej reprezentacji. Wszyscy znamy codzienne możliwości pana ministra, więc powinniśmy być pewnie nieco zdziwieni ową demonstarcją własnego zdania, gdyby nie fakt, że uważni widzowie z pewnością zauważyli maleńką słuchaweczkę dyskretnie wetkniętą w lewe ucho Ministra. Swoją drogą, to już chyba jest odpowiedzialność prezesa Kurskiego, że nie pouczył swoich pracowników, że słuchawka ma być wetknięta w ucho po ciemnej stronie księżyca.

***

Ja bym się jednak za bardzo nie czepiał tego gapstwa, bo poza tym, Partia się ostatnio naprawdę spisuje znakomicie. Największe chyba wrażenie zrobiła na wyborcach, a kto wie, czy nie tylko wyborcach, akcja przeprowadzona wobec  tymczasowego prezesa Sądu Najwyższego, sędziego Iwulskiego. Najpierw przez kilka dni się coś tam gotowało i oto nagle prof. Sławomir Cenckiewicz wystąpił w reżimowej telewizji i, jak nabardziej opierając się na dokumentach dotychczas ukrytych w tak zwanym Zbiorze Zastrzeżonym, ogłosił, że sędzia Iwulski był oficerem WSI w randze nie jakiegoś głupiego podporucznika, jak większość z nich, ale aż kapitana, przez wspomniane służby skierowanym na odcinek sądownictwa, gdzie następnie, najpierw przez słodkie lata PRL-u, a następnie już wolnej Polski, zadawał szyku jako przedstawiciel czegoś, co ostatnio zyskało miano „nadzwyczajnej kasty”. Dziś efekt jest taki, że jak się okazuje, w Polscę chwilę temu wyrwanej z rąk kapitana Sowy i jego przyjaciół, faktycznym prezesem Sądu Najwyższego jest oficer komunistycznych tajnych służb. Ciekawe, jak to przeżyje druga grupa przyjaciół, tym razem tych brukselskich?

***

Pierwsze jaskółki już są. Oto telewizja Polsat News, a za nią oczywiście cały nieomalże Internet pokazał dłuższy film z londyńskiego szczytu NATO, gdzie widzimy, jak to zresztą ma miejsce zawsze, grupę polityków w garniturach, jak idą skąd dokądś, a wśród nich przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera, który tym razem jest już tak straszliwie pijany, że, aby nie upadł, musi go podtrzymywać dwóch rosłych mężczyzn, w tym – o ironio! – przede wszystkim prezydent Ukrainy, Petro Poroszenko. Myśmy oczywiście na tego Junckera mieli oko od pewnego czasu, patrząc, jak on się rzuca na każdego kogo spotka, albo całując go, albo szarpiąc go za włosy, albo wreszcie szczypiąc w policzki i wiedzielismy, że on musiał sobie ledwo co strzelić tak zwaną „lufę”, by zachować  dobry nastrój, jednak to co się wydarzyło podczas Szczytu, to już nie było nawet śmieszne. Swoją drogą, ciekaw jestem bardzo, czy nie będzie tak, że miną kolejne miesiące, okaże się, że Polski nie da się już jednak odzyskać i ta banda idiotów, tu i tam, zwyczajnie się uchleje z rozpaczy. Mam nadzieję, że telewizja to pokaże. Poproszę, by to było pod choinkę.

***

Obawiam się jednak, że w tym roku jeszcze jednak, jeśli coś dostaniemy pod choinkę, to nie będzie schlany do nieprzetomności Donald Tusk, ale, wręcz przeciwnie, aż nazbyt trzeźwy i jak zawsze w szampańskim nastroju, Wojciech Cejrowski. Szczerze powiedziawszy, ja dotychczas bardzo się starałem, żeby jego akurat tu w tej naszej rubryce nie dręczyć, no bo to człowiek jakoś tam zasłużony i często nawet słusznie za różne swoje gesty przez wielu z nas szanowany, jednak pomyślałem sobie, że jeśli mam być uczciwy wobec siebie i Czytelników, to muszę coś powiedziedzieć. Otóż chwilę przedtem, zanim zasiadłem do pisania tego tekstu, obejrzałem sobie kolejne wydanie sztandarowego programu telewizji TVP Info „Minęła 20”, a tam, ponieważ to czwartek, znów pokazał się nam wspomniany Cejrowski i znów w tym samym programie. Kto wie, ten wie, a kto nie wie, temu zwracam uwagę, że każdy z jego występów rozpoczyna się od tego, że Cejrowski ze swoim charakterystycznym, cwaniackim uśmiechem komika, który zaraz nas tu będzie doprowadzał do rechotu, najpierw wykonuje zamaszysty znak Krzyża, a następnie mówi „Szczęść Boże”, na co prowadzący program Michał Rachoń, równie niezmiennie, i z równie cwaniackim usmiechem, wykrzykuje „Szczęść Boże, Daj Boże!” i karuzela się kręci.
Jeśli idzie o ów znak Krzyża oraz powitanie „Szczęść Boże”, to ja tu nie mam jakichkolwiek opóźnień i jedno i drugie stosuję wręcz nałogowo od wczesnego dzieciństwa, tyle, że nigdy dla tak zwanego „jaja”. Powiem więcej, to są jedne z nielicznych naprawdę gestów, które ja traktuję jako pozostające poza tym, co można uznać za pochodzące z tego świata. Tymczasem, jak mam tu okazję oglądać już od wielu miesięcy, Cejrowski, a z nim oczywiście i Rachoń, zachowują się, jakby uznali, że zarówno pozdrowienie „Szczęść Boże”, jak i słowa „W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” znakomicie się nadają do kabaretu.  Przepraszam wszystkich bardzo, ale czy to jest możliwe, że w tej, jak wiemy, ściśle dziś już pisowskiej telewizji nie ma nikogo, kto chodzi w niedzielę do kościoła?

***

Z całą pewnością do kościoła, i to choćby nawet Kościoła Szatana, nie chodzi wokalista legendarnego zespołu The Rolling Stones, Mick Jagger. A, jak się okazuje owa postawa wcale nie przeszkodziła mu w tym, by w sytuacjach wymagajacych szybkiej oraz inteligentnej reakcji, mimo, jak wiemy, podeszłego już wieku, wykazać się naprawdę wyjątkową inteligencją. Oto, proszę sobie wyobrazić, że zapowiadając koncert owego zespołu w Warszawie, nasz ledwo już rozpoznający świat Lech Wałęsa skierował do Micka Jaggera pismo, w którym poprosił go o to, by ten podczas koncertu, w przerwie między jedną a drugą piosenką, zechciał się wstawić za sędzią Gersdorf, którą pisowski reżim skazał na emeryturę. Oczywiście Jagger zareagował i poinformował pana Bolka, że on sam jest już za stary by robić za sędziego, ale za to wciąż jeszcze potrafii śpiewać. No i zaśpiewał. Szok powstał tak wielki, że nawet słynny „The New York Times” poinformował, że Mick Jagger zaapelował do polskich faszystowskich władz o przywrócenie sędzi Gersdorf jej przyrodzonych praw. Mnie się jednak najbardziej spodobał komentarz pewnego nadzwyczaj dowcipnego komentatora na Twitterze, podpisującego się nickiem Tomie Kawakami, który napisał, że Konstytucja ostatecznie zwyciężyła w momencie gdy Mick Jagger zaśpiewał piosenkę „Angie”, w ten sposób dedykując ją kancelerz Merkel. Internet jednak wciąż rządzi. Brawo.

***

Jak już wspomniałem, poprzedni odcinek naszej rubryki rozpocząłem od piłki nożnej, no i od niej też rozpocząłem odcinek bieżący. By nie pozostawać niekonsekwetnym, podobnie jak poprzedni odcinek zakończyłem Krystyną Jandą, i ten dzisiejszy zakończę cytując tą dziwną panią. Otóż ona nie skończyła na recenzji „Potopu”, ale wykorzystując swoje niezwykłe talenty satyryczne poszła jeszcze dalej i w nadzwyczaj dowcipny sposób zrecenzowała słynną powieść Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec”. Proszę się trzymać krzeseł:
Kamienie na szaniec – Rozpierducha tak jak na finale MŚ w siatkówce, ale bardziej patriotycznie i to my byliśmy gospodarzami”.
Ja zdaję sobie sprawę, że wraz z upływem czasu konkurencja będzie rosnąć, o czym świadczyć może choćby przypadek wspomianego już wcześniej przewodniczącego Junckera, ja jednak uważam, że obywatelki Jandy Krystyny nie przebije już nikt. To ona dziś rządzi.

Przypominam, że moje książki niezmiennie są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, w warszawskim sklepie Foto-Mag, no i częściowo też u mnie pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.

wtorek, 24 lipca 2018

Fit pupa rulez


    Jak pewnie zauważyli stali bywalcy portalu szkolanawigatorow. pl, wśród najczęściej średnio ważnych postów, pojawiły się notki podpisane przez naszego kolegę Onyxa, które ja osobiście – przyznaję, że częściowo z powodów bardzo egoistycznych – traktuję jako nadzwyczaj ważne, w których ów Onyx przedstawia nam coś co kiedyś nosiłę nazwę przeglądu prasy, a dziś pozostaje bez imienia. W ostatniej prezentacji, wśród wielu prawdziwie fascynujących informacji, Onyx wrzucił tekst, który wyszydza tematy prac licencjackich i magisterskich, jakie ostatnio zostały złożone na Uniewersycie im. M.C. Skłodowskiej w Lublinie.  I choć ja oczywiście rozumiem emocje, jakie stoją za owym szyderstwem, chciałbym dziś złożyć zdanie odrębne. Otóż chciałbym zadeklarować, że każdy z przedstawionych tytułów, w odróżnieniu od tego, czego mógłbym się dziś spodziewać, robi na mnie wrażenie czegoś, z czym ja bym się bardzo chętnie zapoznał.
      Myślę, że większość czytelników tego bloga wie doskonale, co ja myślę o uniwersytetach, nie tylko zresztą, uniwersytetach polskich, niemniej zestaw, który przedstawił nam Onyx, gdy chodzi o mnie, daje nadzieję na to, że ludzie mają swój rozum i na to całe „uniwersytectwo” zwyczajnie rzygają. Proszę bowiem rzucić okiem na zestaw owych tytułów, które ktoś – nieważne kto – uznał za śmiechu warte. Proszę mi mianowicie zaproponować coś ciekawszego. Czy to ma być może praca zatytułowana:  Wpływ feminizmu drugiej fali, na współczesne postrzeganie kobiet w wybranych dziedzinach-polityka, film i skateboarding”? A może „Suspense in ‘The Stalls of Barchester Cathedral’. ‘Count Magnus’ and ‘The Treasure of Abbot Thomas’ by MR James”? 
       By odpowiedzieć sobie na to pytanie, rzućmy okiem na wybrane tematy, które nam proponuje do śmiechu – moim zdaniem dość nieroztropnie –  mój dobry kolega Onyx:
       Potoczność rozmów telefonicznych
       Rower. Znaczenia popkulturowe i obrazy medialne
       Ginące i żywe tradycje weselne miasta Lubartów
      Ochotnicza Straż Pożarna w Gminie Wilkołaz
      Real Madryt. Fenomen sukcesu
      Symbolika butów w reklamach z pism lifestylowych
      Lęk przed matematyką u osób w różnych zawodach
I wreszcie tytułowa
      Fit-pupa jako fenomen medialny
      O co chodzi. Otóż kiedy czytam tematy tych prac, to przede wszystkim myślę sobie, że choć osobiście, z niewielkimi wyjątkami, nie czytam już nic, to te akurat teksty przeczytałbym bardzo chętnie. Więcej. Ja bym był bardzo gotów, by osobiście poznać autorów tych prac, a więc ludzi, którzy w tym powszechnym syfie, nagle postanowili napisać o czymś co ich autentycznie interesuje. To jest bowiem coś nadzwyczaj dziś rzadkiego. I wcale nie chodzi mi o tę matematykę, która osobiście regularnie wraca do mnie w najgorszych koszmarach sennych, a ja nie mam pojęcia co to za cholera. Tu chodzi o ową pasję, która się stamtąd wręcz wylewa, wbrew całej tej okropnej uniwersyteckiej podłości. No, popatrzmy choćby na tę straż pożarną w gminie Wilkołaz. Ja ją jestem gotów zamienić na całą twórczość Stanisława Barańczaka, że już nie wspomnę o „Ulissesie” Joyce’a.
      A zatem – góra stoi.

No i książki czekają. Tam gdzie pan wisz i ja tyż)


poniedziałek, 23 lipca 2018

Joseph Kabila następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych


Tematów jest tyle, ze i tym razem jesteśmy nieco spóźnieni, niemniej równie serdecznie zapraszam do kupowania „Warszawskiej Gazety”, a w niej moich felietonów. Dziś najnowszy z nich. Polecam serdecznie.
     
      O ile się nie mylę nasze, ale pewnie też większość światowych mediów tej informacji nie podała, ale przy okazji Dnia Niepodległości pod Statuą Wolności lewacka grupa o nazwie „Rise and Resist” zorganizowała protest przeciwko agencji działającej od lat w USA pod nazwą Immigration and Customs Enforcement, której celem jest deportacja osób, które pogwałciły prawo imigracyjne. Agencja, jak mówię działa od zawsze, jednak dopiero za rządów Trumpa stała się powszechnie rozpoznawalna. W ramach wspomnianego protestu, jedna z jego uczestniczek, niejaka Therese Okoumou, przybyła do Stanów Zjednoczonych z objętego wojną domową i przerażającą nędzą Konga, ubrana w koszulkę z napisem „Polityka Trumpa sprawia, że chce się nam rzygać”, wdrapała się na Statuę Wolności i się tam przyczaiła. W tej sytuacji policja zmuszona była oczyścić teren z 4,5 tysiąca zwiedzających i podjąć działania ratujące tę kobietę, tak nieszczęśliwą z tego powodu, że ona zamiast żyć sobie spokojnie w Kongo, zmuszona jest cierpieć pod batem prezydenta Trumpa.  Kobieta została bezpiecznie sprowadzona na dół, a przy okazji aresztowano siedmiu działaczy wspomnianej wcześniej organizacji, którzy, swoją drogą, oświadczyli, że oni akurat ową Okoumou pierwszy raz widzą na oczy. Nie zmieniło to faktu, że sama policja, owszem, o niej wcześniej słyszała, choćby wtedy, gdy w zeszłym roku aresztowała ją za napaść na policjanta podczas jednego z jej cotygodniowych protestów przeciwko prezydenturze Trumpa.
      Ktoś powie, że to jest rzecz nie warta naszej uwagi, bo ani to Polska, ani, nawet jeśli będziemy się trzymać wyłącznie Ameryki, problem zasługujący chocby na splunięcie. Otóż to jest nieprawda. Gdy chodzi o nas, to przede wszystkim to co się dzieje w Ameryce jest dla nas ważne, bo tym bardziej musimy mieć świadomość, że zostalismy bardzo szczodrze dotknięci palcem Bożej Opatrzności. I nawet jeśli będziemy od czasu do czasu narażeni na wystepy takich ludzi jak Magdalena Środa, czy Jacek Żakowski, to powinniśmy mieć tę świadomość, że jesteśmy wciąż bardzo, ale to bardzo daleko od piekła.
      Jeśli natomiast idzie o Amerykę, to nasze refleksje mają wymiar jak najbardziej uniwersalny. Wspomniałem tu o tym przelotnie wcześniej, ale proszę zwrócic uwagę na to, co się dzieje. Nie wiem, w jaki sposób owa Therese Okoumou to osiągnęła, ale pewnego dnia przybyła z Afryki do Ameryki, została tam przyjęta, jak słyszę, znalazła dom i bardzo dobrą pracę tak zwanego „personal trainer”, i nagle dostaje takiej cholery na póki co zaledwie jedną kadencję jednego prezydenta, że dla swoich emocji gotowa jest poświęcić to swoje niewątpliwe szczęście i wrócić do swojej rodziny w Kongo.
      Ja oczywiście nie wiem, czy ona ostatecznie będzie deportowana, czy nie, choć oczywiście liczę, że tak. W tej chwili jednak interesuje mnie to, jak bardzo – mimo oczywistych różnic między różnymi punktami na świecie – ten obłęd jest tak naprawdę zawsze taki sam.

Książki są tam gdzie zawsze, a więc w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, no i u mnie tu na miejscu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo zachęcam.



niedziela, 22 lipca 2018

Nie strzelać do wariatów, czyli sorry, smutno


      Plan był taki – i w tym momencie jestem pewien, że większość czytelników już wie, że z planu wyszły nici – by dziś przedstawić ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. Stało się jednak tak, że zupełnie nieoczekiwanie wpadłem na coś, co mnie zahamowało. Mam na myśli umieszczony na Facebooku przez jakieś lewackie odpady filmik, gdzie policja próbuje wylegitymować obywatela, który najpierw kręci się przed budynkiem Sejmu z puszką spreju, a następnie, na widok policji, wieje gdzie pieprz rośnie, i kiedy policja go skutecznie dopada i zamierza wylegitymować, w tym momencie pojawia się poseł Platformy Obywatelskiej, Nitras i rząda uwolnienia przechodnia. Sprawa, jak się okazuje – a poseł Nitras, jako poseł RP potwierdza ten fakt zupełnie bezczelnie – polega na tym, że szedł sobie wzdłuż budynku Sejmu 25-letni „chłopak” z puszką spreju i nagle napadli go pisowscy policjanci i poprosili o dowód osobisty, nie wiadomo z jakiego powodu i w imię czego. A kiedy on zaczął zupełnie naturalnie uciekać, oni zrobili się jeszcze bardziej agresywni, no i kiedy go wreszcie dogonili, na odsiecz ruszył poseł Nitras, „chłopaka” zasłonił własną piersią, no i się zaczęło.
       Tu mała dygresja a propos owego „chłopaka”. Otóż mój świętej pamięci Dziadek opowiadał nam, że od czasu gdy on skończył 12 lat, nie zdarzyło się ani razu, by go wyprzedził wschód słońca. Dlaczego? Bo robota i obowiązki czekały. Tymczasem tu, jak to ma miejsce na załączonym obrazku, widzimy jakiegoś 25-letniego szczerzącego zęby byka, przedstawianego przez media, jako „chłopak”, który zamiast się wziąć za jakąś uczciwą robotę, potrzebuje się ganiać z policją najwidoczniej aż nazbyt demokratycznego państwa.
       Oglądałem zatem ten film, nakręcony przez kumpli owego mężczyzny ze sprejem, z którego wynika, że on, mając na uwadze fakt, że jego interesy w tym momencie i w tej chwili już reprezentuje jeden z posłów RP,  jest w karnawałowym wręcz nastroju, sam poseł również zresztą bawi się znakomicie, i tylko ci biedni policjanci, którzy, przez swoje naturalne ograniczenia, nie są w stanie nawiązać normalnej rozmowy z tą hołotą, stoją tam jak kołki i z każdą chwilą widać, że to się musi skończyć porażką Polskiego Państwa. I rzeczywiście, wspomnianą właśnie porażką wszystko się kończy. Policjanci, wciąż zadręczani przez Nitrasa o podstawę prawną próby legitymowania rzekomo Bogu ducha winnego obywatela, zamiast powiedzieć, że wystarczy tylko to, że on poróbował na ich widok uciekać, coś tam maroczą bez sensu o tym, że oni mają swoje przepisy i ostatecznie cała przygoda kończy się tym, że przychodzi telefon z centrali i wszyscy rozchodzą się w pokoju, po to tylko, by lewacki komentator ogłosił, że na szczęście faszyzm nie przeszedł, a wolne sądy zwyciężyły.
      Oglądałem ten filmik i w pewnym momencie poziom emocji sięgnął takiego stopnia, że ja zawołałem swoje najmłodsze dziecko, by tu przyszło i mnie wsparło w tym nieszczęściu. I proszę sobie wyobrazić, że ona po minucie tej strasznej przepychanki  powiedziała, że zwyczajnie nie jest w stanie tego dalej oglądać, wstała i, mimo moich apeli, opuściła pokój.
       O co chodzi? Jestem pewien, że większość czytelników tego bloga odpowiedź na to pytanie zna świetnie. Ponieważ jednak dobrze jest w sytuacjach granicznych zademonstrować solidarność, powiem, co mi leży na sercu. Otóż, w normalnym świecie – przepraszam, za słowo „normalnym” – jeśli policja próbuje kogoś zatrzymać, a ten ktoś zaczyna uciekać, to albo się go łapie, przewraca na ziemię i zakuwa w kajdanki, a jeśli to jest niemożliwe, zabija. Dziś w Polsce mamy sytuację, gdzie policja nie ma nic do gadania, dlatego że naprzeciwko siebie ma zorganizowane grupy wariatów, o których powszechnie wiadomo, że tak naprawdę to są ludzie tacy sami jak my, tyle że albo akurat z powodów politycznych troszeczkę obłąkani, których tak naprawdę nie obchodzi nikt i nic, albo – i to już w wersji optymistycznej – prowadzący zwykłą dla tego regionu i tej sytuacji działalność publiczną, sprowadzająca się do tego, by się walnąć na chodnik i drzeć mordę. A zatem, jakoś głupio kogoś takiego wziąć i zastrzelić jak psa.
       Ktoś powie, że niech im w tej sytuacji Bóg da zdrowie. Polska nie z takimi sobie przez te wszystkie lata dawała radę. Jest jednak coś, co nie pozwala mi zachować spokoju. Widok tych biednych durniów ze znaczkiem „policja” na mundurze, którzy nagle okazują się tak dramatycznie bezradni wobec kogoś tak straszliwie bez przydziału, jak Sławomir Nitras, poseł ze Szczecina. To bardzo boli. I stąd tylko ten dzisiejszy tekst. I stąd ten smutny filmik. W temacie.



Książki tam gdzie zawsze. Serdecznie zachęcam.



sobota, 21 lipca 2018

Świński trucht jako doktryna dla Polski


      Parę dni temu sejmowa komisja próbująca rozwiązać zagadkę afery Amber Gold wzięła się ostatecznie za ministra Jacka Rostowskiego i choć przyznać trzeba, że całe to przesłuchanie, ze względu na wybitnie bezczelne zachowanie ministra, w pewnej chwili zaczęło robić wrażenie totalnego absurdu, ja sam zaobserwowałem tam coś, co muszę uznać za przekraczające nawet te granice, które zostały dostrzeżone przez popularne media.  I, jak się może niektórzy z nas domyślają, owszem, chodzić tu może o ów wszędzie już cytowany fragment wypowiedzi Rostowskiego, kiedy ten, komentując bezczynność organów polskiego państwa wobec tego, co się wyprawiało w Gdańsku, oznajmił, że właściwie fakt iż ministerstwo, ABW, CBA, służby skarbowe, prokuratura, czy wreszcie policja nie zrobiły nic w celu powstrzymania owego złodziejstwa, powiedział zupełnie otwartym tekstem, że może to i lepiej, że to się tak potoczyło, bo gdyby tylko Marcin P. zorientował się, że polskie państwo wie o jego działalności i zamierza go ścigać, to, jako szczególnie utalentowany przestępca, znalazłby tak nadzwyczajnie przemyślane sposoby, by ono do dziś nie byłoby wykryte.  A tak, proszę!  To wiec, że dziś Marcin P. i jego żona są w areszcie, stanowi zasługę rzekomej nieudolności państwa Platformy Obywatelskiej. Jak to pięknie określiła niezastąpiona przewodnicząca Małgorzata Wassermann, nie ma co gonić złodzieja, bo on wtedy będzie biegł jeszcze szybciej.
       Wszyscy się oczywiście dziś śmiejemy z tego biednego durnia, że on jest taki jaki jest, no a poza tym też i z tego, że on się tak fatalnie wystawił na pośmiewisko, ja jednak myślę sobie, że jest w tym coś naprawdę bardzo poważnego, o czym warto wspomnieć tu choć w paru słowach. Otóż, moim zdaniem, owa filozofia, że nie ma sensu gonić złodzieja, bo on wtedy będzie biegł jeszcze szybciej i wtedy dopiero będziemy mieli kłopot, pokazuje nam bardzo dokładnie, co nasza Polska przeżywała przez ostatnie dziesiątki lat i pokonanie czego obiecuje nam już dziś tylko Prawo i Sprawiedliwość. Ja jestem w najwyższym stopniu wdzięczny temu dziwakowi, że on w tak piękny i niewymuszony sposób przedstawił nam cały program rządów najpierw Donalda Tuska, a już pod koniec, również Ewy Kopacz, a tak naprawdę także w przeważającej części tego, z czym mieliśmy do czynienia przez minione niemal 30 lat. Tam od początku do końca chodziło wyłącznie o tę ciepłą wodę w kranie, w tym mianowicie ujęciu, że to jest maksimum tego, na co możemy liczyć, ponieważ wszystko co ponadto i tak jest dla nasz szaraczków nie do uzyskania. Dlaczego? Bo są uczestnicy tej gry od nas znacznie cwansi, którzy, cokolwiek my zrobimy, bez najmniejszego problemu sprawią, że temperatura się nie podniesię ani o jeden stopień. Oto owa doktryna dla Polski, do której przyjęcia od lat namawia Coryllus, tak jak ja przedstawili ci oto ludzie.
        Ale obok tego jeszcze coś. Chodzi o myśl, że skoro mianowicie jest jak jest, tylko frajer nie zechce przyłączyć się do zwycięzców.
        I to właśnie, jak nam to w sposób wręcz mistrzowski przedstawił były minister Jacek Vincent Rostowski, stanowi całą filozofię rządów minionych. Aż nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś tak głupi był w stanie wykrzesać z siebie aż tyle sensu.

Bardzo zachecam do kupowania moich książek. Adres, każdy kto chce, zna.
        

piątek, 20 lipca 2018

O walce idiotów pod dywanem


      Miało być dziś o sztuce więziennej, ale nie będzie, a czemu, to wyjaśnię później. Aby jednak nie robić niepotrzebnych wstępów, przejdźmy do tematu.
      Wszyscy, lub prawie wszyscy, znamy go pod imieniem Borat, jednak pewnie znacznie mniej z nas wie, że autorem owego popularnego dość projektu i jego głównym wykonawcą jest brytyjski Żyd nazwiskiem Sasha Baron Cohen, człowiek dziś niezwykle wpływowy w świecie, który reprezentuje, a wszystko zaczęło się nie od owego Borata, lecz zupełnie innej postaci, tak zwanego Ali G. Kim był – i jest – Borat, to już wiemy, kim był natomiast Ali G pozwolę sobie tu przedstawić. Mówiąc bardzo krótko, Ali G przedstawiał mieszkającego na przedmieściach Londynu Azjatę, prawdopodobnie muzułmanina pakistanskiego pochodzenia, absurdalnie karykaturalnego macho, pozującego na afro-amerykańskiego gangstera, zakochanego w przemocy, narkotykach i bezmyślnym hedonizmie idiotę. Stojący za projektem pomysł polegał na tym, że cudacznie wyszykowany, poobwieszany ciężkimi, udającymi złoto łańcuchami, będzie on w tym swoim ledwo zrozumiałym dla normalnego człowieka narzeczu przeprowadzał rozmowy z niczego nieświadomymi osobistościami z pierwszych stron gazet i, jeśli to tylko możliwe, je kompromitował, a jeśli to niemożliwe, zaledwie i aż, dostarczał widzom zabawy. Kiedy prowokacja wyszła na jaw i każdy, kogo on zaczepił, jak choćby David Beckham z żoną, wiedział, że to wszystko jest jedynie żartem, Cohen przeniósł się do Ameryki, gdzie mógł już naprawdę sobie poużywać. I to był chyba najpiękniejszy okres w jego karierze, a prawdopodobnie szczytowym występem był ten, z wtedy jeszcze zaledwie biznesmenem, Donaldem Trumpem. No ale potem przyszedł Borat i cała reszta i wszystko to powoli zeszło na psy.
      Proszę sobie jednak wyobrazić, że dawny Ali G własnie odżył, i to w najwyższej formie, tyle że ów program nosi nazwę „Who is America?” i tam już Cohen wciela się w najróżniejsze postaci, tak jak oryginalnie, kompletnych idiotów i prowokuje do tych czy innych zachowań ludzi mniej lub bardziej aktywnych w życiu społecznym Ameryki.
      To co sprawiło że zdecydowałem się o tym napisać, a ostatecznie pomyślałem, że jednak nie wypada wchodzić w szczegóły, to była rozmową z pewną nadzwyczaj elegancką panią, właścicielką którejś z większych kalifornijskich galerii sztuki nowoczesnej, gdzie Cohen, upozowany na niezwykle uzdolnionego byłego więźnia, przedstawił jej serię swoich wykonanych podczas pobytu w więzieniu prac malarskich, prosząc o ocenę. Dowcip polegał na tym, że owe portrety – bo były to głównie portrety współwięźniów – były wykonane przy pomocy gówna i spermy, oraz przy użyciu pędzelka zrobionego z włosów łonowych kolegów z celi. To był dowcip, a jego efekt był taki, że owa znakomita specjalistka w temacie sztuk plastycznych po kilku już chwilach w rzekomym artyście się tak aż zakochała, że zaoferowała mu kilka swoich włosów łonowych do ubogacenia jego pędzla, by na końcu, prosto do kamery ogłosić, że miała do czynienia z geniuszem.
      Jak mówię, po pewnym namyśle uznałem, że ani nie mam tu możliwości opowiadać o szczegółach tego przedstawienia, ani też nie bardzo widzę sens w tym, by po raz kolejny tu komentować sytuację na rynku szeroko pojętej kultury, zarządzanej pod każdą długością i szerokością geograficzną przez dokładnie te same osoby, a w tej sytuacji pomyślałem sobie, że opowiem o kolejnej prowokacji tego cwanego Żyda, tym razem wobec najbardziej eksponowanych lobbystów na rzecz zalegalizowania prawa do posiadania broni dla wszystkich, wszędzie i zawsze. Tym razem, Cohen upozowany na byłego oficera izraelskich służb wojskowych, spotyka się kolejno z wszystkimi najbardziej rozpoznawalnymi wojownikami wspomnianego lobby, poczynając od Philipa Van Cleave, prezesa organizacji o nazwie Virginia Citizens Defense League, walczącej o pełną realizację Drugiej Poprawki do Konstytucji, gwarantującej prawo do posiadania broni, przez niejakiego Larry Pratta, szefa organizacji pod nazwą Gun Owners of America, aż po całą serię kongresmenów, biorących aktywny udział w walece o powszechne prawo do posiadania broni. Tym razem dowcip polega na tym, że Cohen przedstawia im wszystkich swój plan o nazwie „Kinderguardians” sprowadzający się do tego, by uzbroić w broń półautomatyczną dzieci w przedszkolach, a każdy z nich – dosłownie każdy – słysząc o tym pomyśle dostaje prawdziwie małpiego rozumu i aż dławi się z ekscytacji na myśl, jak to będzie pięknie, kiedy nawet trzyletnie dzieci będą potrafiły zastrzelić tego złego.
      Oni wszyscy oczywiście wesoło sobie rozmawiają, i to nawet gdy w tle pojawia się reklama, gdzie w stylu Gumisi oferuje się małym dzieciom broń w kształcie misiów i królików, hitem wieczoru jednak jest moment, gdy jeden z zaczepionych przez Cohena adwokatów powszechnego dostępu do broni decyduje się z odbijającego się w jego okularach promptera napisane dla niego specjalnie na tę okazję wystąpienie o następującej treści:
      Czterolatki są czyste i niezmalnipulowane przez fake newsy i homoseksualizm. Nie martwią się, czy zastrzelnie uzbrojonego szaleńca jest poprawne politycznie. One po prostu to robią. Program oparto na badaniach naukowych. 4-letnie dziecko przetwarza obrazy 80% szybciej niż dorosły. Krótko mówiąc, niczym sowa, widzi w zwolnionym tempie. Dzieci poniżej piątego roku życia mają też podwyższony poziom feromonu Blink-182, wytwarzanego przez cześć wątroby zwaną Rita Ora. Pozwala on impulsom nerwowym podróżować przez szlak Cardi B do Wiz Khalifa 40% szybciej, co oszczędza czas i ratuje życie”.
      Wszystkich tych, którzy nie rozumieją w czym rzecz, zachęcam do skorzystania z Google’a, tak jak to chwilę temu zrobiłem sam, a jako komentarz mam coś takiego. Przede wszystkim, wygląda na to, że po raz kolejny okazuje się, że gdy chodzi o poziom zidiocenia po obu stronach ideologicznej barykady, ten najwyższy jest wciąż dla nas tu w Polsce nie do osiągnięcia. A więc Amerykanie pozostają nadal w czołówce. Druga rzecz jest już bardziej serio. Otóż dotychczas, jeśli miałem się w jakikolwiek sposób deklarować, trzymałem stronę tych, którzy postulują powszechny dostęp do broni. Dziś, gdy widzę to, co mają do powiedzenia najbardziej prominentni adwokaci owej idei, zmieniam zdanie i rezygnuję. Żadnej broni, poza policja i wojskiem.
       No i jeszcze jedno. Uwaga na tych, co są jeszcze głupsi i bardziej niebezpieczni niż posłanka Joanna Schmidt, przewożąca w bagazniku swojego samochodu dwóch działaczy tak zwanych Obywateli RP.



Wszystkich tych, którzy mieliby ochotę poczytać sobie w to deszczowe lato jakąś porządną książkę, ewentualnie umilić ten czas komus bloskiemu, zapraszam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.
     


czwartek, 19 lipca 2018

Przepraszam bardzo, ale kurwa mać!


      Miało być dziś o sztuce więziennej i innej, jednak temat ten został w ostatniej chwili zepchnięty i przesuniety o jeden dzień przez coś na co wpadłem wczoraj w Onecie późnym wieczorem. Nie bvędę tu jednak dużo mówił od siebie i większość dzisiejszej notki zajmie cytat, a na końcu może, jeśli przyjdzie mi coś mądrego do głowy, to króciótki komentarz. A zatem zapowiedziany cytat:
     Onet rusza z kampanią wizerunkową na 100-lecie odzyskania niepodległości Polski. - Od 100 lat jesteśmy wolni i tylko od nas zależy, czy będziemy się spierać, czy rozumieć. Właśnie to chcemy uświadomić Polakom - mówi o akcji #100latPolsko Bartosz Węglarczyk. Dyrektor programowy Onetu podkreśla, że najważniejsze są dla nas ‘wolność i jedność’.
       - My niczego nie sprzedajemy. Dajemy wszystkim bez wyjątku dostęp do informacji i pomagamy zrozumieć aktualne wydarzenia w kontekście różnych poglądów. Na naszym portalu spotykają się opinie i zdania wszystkich opcji politycznych, wyznaniowych i światopoglądowych, bo Onet jest dla wszystkich - mówi Węglarczyk.
       - Akcja ‘100 lat Polsko’ ma podkreślić, że ‘Mazurek Dąbrowskiego’ jest wspólnym dobrem wszystkich Polaków. Nawet gdy mocno różnimy się w poglądach, to hymn śpiewamy razem - dodaje. - Najważniejszą pieśń polskich patriotów najlepiej śpiewają dzieci. W naszym spocie dzieci z rodzin przeciwników politycznych mimo waśni rodziców chwytają się za ręce. Ta kampania będzie kontrowersyjna, będzie miała swoich zwolenników i przeciwników. Pewnie wywoła dyskusję. I bardzo dobrze. Najważniejsze jest dla nas to, żeby skłoniła do myślenia - podsumowuje dyrektor programowy Onetu.
      Już dziś zachęcamy do udziału w akcji #100latPolsko!
      Ja na tego Węglarczyka wpadłem jeszcze w dawnych latach 90 ubiegłego wieku, kiedy on był czołowym filmowym recenzentem „Gazety Wyborczej” i używał imienia Bartek i już wtedy mnie zadziwiłym, jak w wielkie bałwaństwo może popaść człowiek, którego los rzucił na publiczną scenę. Po pewnym czasie Bartek zniknął, natomiast w roli korespondenta „Gazety” w Stanach Zjednoczonych zaczął występować Bartosz Węglarczyk, no i tam było jeszcze garzej, choć jednak wiedziałem już o nim niemal wszystko, to wciąż nie wiedziałem, jak ten człowiek wygląda. Wrócił jednak Węglarczyk z Ameryki i niemal natychmiast został telewizyjnym celebrytą i to tak poważnym, że w pewnym momencie zaczął się nawet prowadzać ze znaną nam wszystkim pierwszą dziś gwiazdą prawicowej sceny, no i to był prawdziwy wstrząs, co zrozumie każdy, kto ich choć raz widział obok siebie. Ja tego co wtedy zobaczyłem zrozumieć nie potrafię do dziś i nie pomaga mi nawet w tym chaosie poznawczym plotka, że Węglarczyk jest wnukiem niesławnego funkcjonariusza UB Światły. Tamten moment sprawia, że informacja, jakoby Węglarczyk dziś jest zatrudniany przez Niemców na stanowisku dyrektora w Onecie, ma już nieco mniejszą siłę rażenia, niemniej jednak zacytowany wyżej tekst każe mi poszukać odpowiednich słów komentarza, a tu już tylko znajduję pewien obrazek. I to wszystko. Proszę bardzo.

  

Książki są wciąż tam gdzie zawsze. Bardzo zachęcam.








środa, 18 lipca 2018

Zanim Krzysztof Iwaneczko ogłosi swoje zaręczyny


      Przy okazji niedawnego felietonu poświęcoonego możliwych ubocznych skutkach zaręczyn Justina Biebera i jego, zamieszczonego w tej sprawie oświadczenia na Instagramie, moja koleżanka Jest Nadzieja zaproponowała wysłuchanie piosenki, jaką na Światowych Dniach Młodzieży zaśpiewał nieznany mi Krzysztof Iwaneczko. Sprawdziłem owego Iwaneczkę od razu, a kiedy zobaczyłem, ze on jest z samego Przemyśla, postanowiłem oczywiście poświęcić mu więcej uwagi. Szczerze powiedziawszy, ten występ na ŚDM nie zrobił na mnie większego wrażenia. Dodatkowo on tylko potwierdził, że tego typu okazje mają bardzo mały ewangelizacyjny wpływ na ludzi, którzy tam zwyczajnie nie bywają, co tylko potwierdza moją teorię wyrażona w tekście o Bieberze i jego aktualnej wierze. Natomiast dowiedziałem się przy tym, że ów Iwaneczko wygrał telewizyjny show Voice of Poland, obejrzałem sobie ten jego występ i muszę powiedziec, że to jest faktycznie głos na miarę Justina Biebera. To jest, moim zdaniem najlepszy głos, jaki pojawił się w Polsce za mojej pamięci.
     I tu pojawia się jednak kolejny problem. Ponieważ wchodząc na scenę Iwaneczko się przeżegnał, następnie, już po zwycięstwie ogłosił, że część swojej nagrody, a więc statuetkę, wystawia na licytację z przeznaczeniem na specjalny ośrodek szkolno-wychowawczy w Przemyślu, potem wystąpił na tych Dniach Młodzieży spiewając o Jezusie, a w międzyczasie, odnposząc się do kontraktu płytowego, który również stanowił część nagrody, ogłosił, że „Materiał już jest gotowy. Ja nie będę tolerował żadnych kompromisów, zwłaszcza tych biznesowych. Na pewno nie będziemy starać się ku temu, by mimo wszystko sprzedać. Chciałem pokazać Państwu, kim jestem, kim chcę zostać i mam nadzieję, że to się udało”, to jest już po nim. Skoro bowiem on nie zamierza tolerować żadnych kompromisów, zwłaszcza tych biznesowych, to w tym momencie, jak mówię jest już po nim. No i oczywiście szkoda wielka, ale takie jest życie i inaczej już nie będzie. Justin Bieber w pewnym momencie swojego życia postanowił jak najbardziej tolerować kompromisy, a zwłaszcza te biznesowe, no i dziś może sobie pozwolić nawet na to, by bezkarnie chwalić moc Zbawienia. I nawet to, że część z nas za owe kompromisy go serdecznie nienawidzi, jest dla niego i tych co go kochają bez znaczenia.
     Mimo wszystko, kibicujmy Iwaneczce, bo on na to zasłużył i posłuchajmy go, jak spiewa zanim mu jeszcze  pokazano początki tego, jak owe kompromisy będą musiały wyglądać.



Moje książki są jak zawsze tam gdzie zawsze. Bez żadnych kompromisów biznesowych. Polecam.


wtorek, 17 lipca 2018

Czy w piłce którą Putin dał Trumpowi był słynny pyton

Jak większość z nas wie, telewizja TVN24 ma w swojej drużynie androida o nazwie Anita Werner, ale też, jak się okazuje, a o czym wie już pewnie znacznie mniej osób, pragnąc jak najdokładniej powtórzyć wszystko to, co przez te wszystkie lata grupa ITI zdołała uzyskać, państwowa telewizja postanowiła znaleźć odpowiedź również i na to wyzwanie, i w ten sposób na ekranach naszych telewizorów pokazała się, jako pierwszy korespondent Wiadomości TVP w Stanach Zjednoczonych,  redaktor Zuzanna Falzmann.  Szczerze powidziawszy, kiedy się tu wyzłośliwiam, wcale nie mam pewności, czy mam rację, bo moja młodsza córka na przykład twierdzi, że Falzmann wygląda fantastycznie, i ona w ogóle nie rozumie, o co mi chodzi. Ja jednak będę się trzymał swojej pierwszej myśli, a więc tego, że tak jak „W tyle wizji” stanowi odpowiedź na „Szkło kontaktowe”, tak samo Falzmann została zamierzona jako odpowiedź na Werner. Innego rozwiązania tej zagadki nie widzę.
     Ktoś być może zapyta, skąd mi nagle do głowy przyszły te cyborgi, a ja już odpowiadam. Otóż, jak wiemy, wczorajszy dzień upłynął nam na komentowaniu spotkania prezydentów Trumpa i Putina w Helsinkach, no a ponieważ chciałem się dowiedzieć, co się tam ciekawego wydarzyło, obejrzałem wieczorne Wiadomości TVP, a tam korespondencję wspomnianej Falzmann, która poinformowała nas, że Trump poniósł w Helsinkach pełną porażkę, a ona to wie stąd, że przestudiowała doniesienia amerykańskich mediów i one jej powiedziały, jak jest. Otóż ja się zwykle na temat polityki zagranicznej, zarówno tej globalnej, jak i naszej miejscowej, nie wypowiadam, a to z tego powodu, że się na niej kompletnie nie znam, a nie znam się na niej, bo nie mam na jej temat jakichkolwiek wiarygodnych informacji. Uważam, że podczas gdy to co się dzieje na lokalnym rynku można jakoś ogarnąć, włącznie z tym wszystkim, co działające na nim strony próbują przed nami ukryć, polityka zagraniczna to jest coś, czym się trzeba naprawdę interesować, a i tak nigdy nie ma gwarancji, że to co nam się wydaje, że jest prawdą, tą prawdą w istocie jest. A zatem, nie znam się i się nie wypowiadam. Zostawiam to Coryllusowi, a jak coś, to zawsze mogę powiedzieć, że ja tylko słuchałem.
      Jednak to jest dokładnie też powód, dla którego uważam, że to co nam zaprezentowały Wiadomości TVP przy pomocy swojej korespondentki, to jest kompletny idiotyzm i dramatyczna wręcz niekompetencja.  Jak bowiem można przedstawiać jakiekolwiek oceny na podstawie informacji zaczerpniętych jedynie z oficjalnych konferencji prasowych i w oparciu o doniesienia liberalnych amerykańskich mediów, które, jak wiemy, są histerycznie więc wrogie prezydenturze Trumpa, a które jeśli chodzi o Putina, to nastrój im się zmienia mniej więcej co cztery lata? Donosi więc nam Falzmann, że Trump zwolnił Putina z wszelkiej odpowiedzialności za wszystkie jego występki, włącznie z aneksją Krymu i brytyjskimi morderstwami, a ja już tylko się dziwię, że „The New YorK Times” nie poinformował jej też, że ten nie zażadał od Putina zwrotu wraku naszego tupolewa.
     Jak mówię, nie znam się na globalnej polityce, i ani nie mam pojęcia, ani tak naprawdę w ogóle nie obchodzi mnie to, co sobie Trump i Putin kombinują, kiedy decydują się spotkać na te dwie godziny i pogadać. (Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że przed spotkaniem media informowały, że spotkanie zostało zaplanowane na dwie godziny, ale jego uczestnicy zadeklarowali, że ostatecznie będzie ono trwało tak długo, jak będzie to konieczne, a kiedy ostatecznie skończyło się ono po dwóch godzinach, te same media ogłosiły, że wszystko trwalo dłużej niż to było planowane). Domyślam się jednak, że oni nie kombinują nic, bo, jak przypuszczam, to co się dzieje między Stanami a Rosją w ogóle nie decyduje się na tego typu spotkaniach, lecz zupełnie gdzie indziej i w zupełnie innym składzie uczestników. Ale nawet jeśli się mylę i faktycznie Trump z Putnem sobie uczciwie przedstawili, co na swój temat sądzą i co zamierzają z tym zrobić, to ostatnimi, którzy się o tym dowiedzą, będziemy my. My się liczymy wyłącznie jako cel propagandy prowadzonej przez jedne i drugie media tu i tam. Fatalnie, że do tego kłamstwa dołączyła też propaganda Dobrej Zmiany.
     Ale pieprzyć Dobrą Zmianę i jej media. Gorzej, że nawet tu na naszych blogach pojawiły się już ekspertyzy oparte na tym co na konferencji prasowej powiedział Putin, a co Trump. Wydawałoby się, że przynajmniej tu można liczyć na prawdziwie niezależną myśl, a tymczasem nic z tego. A wystarczyło z całego tego bablania podczas wspomnianej konferencji prasowej wyłowić jeden jedyny fragment, który zawierał coś więcej, niż zwykłe bablanie właśnie, a którego autorem był akurat Trump (tłumaczenie moje):
      Jako prezydent nie mogę podejmować decyzji w sprawie polityki zagranicznej w daremnym wysiłku, by sprawić przyjemność zorganizowanym grupom interesów, lub mediom, lub Demokratom, którzy nie mają innego planu jak tylko protestować i niszczyć. Konstruktywny dialog między Stanami Zjednoczonymi a Rosją daje szansę otwarcia nowych dróg ku pokojowi i stabilności w tym świecie. Wolę podjąć polityczne ryzyko dążąc do pokoju, niż ryzykować pokój w pogoni za polityką. Jako prezydent zawsze będę miał na sercu to co najlepsze dla Ameryki i to, co najlepsze dla Amerykanów”. 
     Ktoś powie, że ja właśnie zrobiłem dokładnie to samo, co zarzucam innym. Uległem owej oficjalnej narracji i uznałem ją za prawdę. Otóż nic z tego. Ja wciąż twierdzę, że słowa które padły podczas tej konferencji były w przeważającej większości nic niewarte. Natomiast ten jeden moment, kiedy Trump nagle uderzył w wątek niemal osobisty musiał zrobić wrażenie na wszystkich. Niestety, jak się okazuje, nie na każdym. I stąd dziś ten przekaz: Rosja zwycięża. Tylko Unia Europejska nas obroni.
PS. Już po napisaniu tego tekstu znalazłem serię komentarzy na ultra-lewackim, wręcz komunistycznym,  amerykańskim portalu vox.com, gdzie Trump za swoją uległość wobec Putina jest wręcz wdeptywny w ziemię. Zachęcam i mam nadzieje, że ten kubeł zimnej wody ostudzi rozhisteryzowane umysły.

Książki tam gdzie zawsze. Serdecznie zachęcam.