Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Wołek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Wołek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 września 2022

Wiadro vs. Wiadro - remis bez wskazania

 

Wczoraj, zamieściłem tu notkę, w której przypomniałem kultową tu i ówdzie wypowiedź Łukasza Warzechy na temat różnicy między traktorzystą, a pilotem boeinga. Tekst Warzechy powstał w odpowiedzi na moje wcześniejsze uwagi, skierowane pod jego adresem, a ja, tak by na wieki wieków zakończyć ową przygodę sprzed grubo ponad już 10 lat, dołożę do tego wspomnianą notkę, która tak rozwścieczyła Warzechę, że uznał za stosowne zrobić z siebie wiecznego idiotę, tego samego, którego wszyscy znamy do dziś. Bardzo proszę.

 

      Może ktoś wie, może nie wie tego nikt – nieważne – fakt jest jednak taki, że od pewnego czasu jestem w dyskretnym konflikcie z Łukaszem Warzechą. Wprawdzie ani na siebie nie bluzgamy (jeśli pominąć sytuację, kiedy to red. Warzecha porównał mnie do Azraela), a przy osobistych spotkaniach zachowujemy wobec siebie chłodną uprzejmość, fakt pozostaje faktem – napięcie istnieje. Z czego się to wzięło? Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić – że zacząłem ja, zarzucając Warzesze wykalkulowaną łagodność wobec jego kolegów-dziennikarzy, w sytuacjach kiedy zwykłe poczucie sprawiedliwości wymaga walnięcia pięścią, jeśli nie w nos, to w stół. Poszło mianowicie o to, że któregoś dnia, w telewizji TVN24, Warzecha dyskutował z Żakowskim, który traktował go w sposób tak skandalicznie nieprzyzwoity, że aż się prosiło o interwencję. Tymczasem Warzecha jedyne na co zwracał uwagę, to na to, by chamstwo Żakowskiego broń Boże nie przybrało na sile. Zwróciłem mu na tę jego słabość uwagę na blogu, za co zostałem przez Warzechę skarcony i poinformowany, że on ze mną nie życzy sobie więcej rozmawiać. Sytuacji dodatkowo pewnie nie poprawiła moja odpowiedź, w której wyraziłem nadzieję, że następnym razem, kiedy Warzecha spotka się w telewizyjnym studio z agresją swojego kolegi-dziennikarza, stać go będzie choćby na 10% tej stanowczości, na którą właśnie pozwala sobie wobec skromnego blogera.

       Czytam wpis Łukasza Warzechy, zatytułowany Pan Wiadro, w którym Warzecha rozprawia się w szalenie dowcipny, a przy tym bardzo brutalny, sposób z Tomaszem Wołkiem. Sprawa, krótko mówiąc, polega na tym, że kilka dni temu Warzecha spotkał się z Wołkiem w telewizyjnym studio, odbył z nim rozmowę na temat demonstracji robotników w Poznaniu, i ponieważ wciąż najwidoczniej czuje po tej dyskusji jakiś niedosyt, postanowił opowiedzieć nam dziś o tym, co on mianowicie sądzi o Wołku i tym wszystkim czym Wołek jest. Problem mój natomiast związany jest z tym, że ja oglądałem rzeczoną rozmowę i doskonale wiem, skąd u Warzechy te dzisiejsze niepokoje. I o tym chciałem teraz parę słów.

      Każdy kto zna choć trochę Wołka i jego kolegów od mokrej roboty, może się domyślić, co ten dziwny człowiek wyprawiał. Jeśli istnieje jakiś standard zachowań opartych na bezczelnym chamstwie i cynicznym kłamstwie, ten właśnie standard przedstawił Tomasz Wołek. Niestety jednak, jeśli też możemy mówić o jakimś standardzie lękliwości i moralnej bezczynności wobec brutalnej arogancji, to ten z kolei standard pokazał Łukasz Warzecha. Kiedy z coraz większą rozpaczą słuchałem owej dyskusji, oczywiście doskonale wiedziałem, że Warzecha z Wołkiem się zasadniczo nie zgadza, jednak ta moja wiedza wynikała nie z tego co mówił Warzecha, lecz mimo tego, co on mówił. Nie z jego reakcji, ale mimo jego reakcji. Niestety, taki czujny nie był już prowadzący rozmowę red. Knapik, który już by niemal zakończył ją radosną konstatacją, że jak to jest miło, gdy istnieje taka zgodność między dyskutantami, gdyby nie to, że Warzecha, niemal rzutem na taśmę, zdołał w końcu wydukać, że on się jednak z Wołkiem nie zgadza.

      Dziś, Łukasz Warzecha odważnie, pryncypialnie i bezkompromisowo rozprawia się z Wołkiem na swoim blogu. Porównuje go do montypythonowskiego wiadra – bez poglądów, bez argumentów i w końcu bez sumienia – a ja się zastanawiam, czemu dopiero dziś. Czemu kilka dni temu, kiedy miał okazję go ośmieszyć oko w oko, przed szerszą publicznością, jeśli dał jakieś świadectwo, to wyłącznie świadectwo konformizmu i tchórzostwa. I to dodatkowo w sytuacji naprawdę dramatycznej, kiedy nie chodziło o jakieś głupie akademickie dyskusje na temat tego, czy lepszy jest PiS, czy Platforma, ale o Solidarność. O tę SOLIDARNOŚĆ.

      Kończy swój okropnie odważny wpis Warzecha następującymi słowami: „Zadzwonił do mnie wczoraj znajomy, który widział wspomniany program. Powiedział, że widać było po mnie, jak bardzo byłem wkurzony. Nie sądziłem, że aż tak rzucało się to w oczy.” I to już jest moment naprawdę dramatyczny. Ja wiem jak jest. Pisałem tu o tym wielokrotnie. Znam i osobiste uwarunkowania ludzi, dla których dziennikarstwo jest pracą i utrzymaniem. Ja wiem, jak ciężko jest pogodzić różne żywioły, kiedy trzeba walczyć i z własnym charakterem i z obowiązkiem i ze świadomością, że się jest cały czas obserwowanym. Jednak są granice, których nie tyle nie wolno przekraczać, ale zwyczajnie nie wypada. Nawet jeśli na szali, z jednej strony, stoją dobre koleżeńskie stosunki między dwoma dziennikarzami, z drugiej zwykły wstyd i wyrzuty sumienia, a z trzeciej tak zwana pozycja towarzysko-zawodowa.

      Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. To było z Pietrzaka. Jeszcze bardzo starego Pietrzaka. Bardzo starego. I że, cholera, akurat dziś trzeba mi ten wierszyk przypominać.

       Jutro niedziela i zapewniam, że będzie bardzo poważnie. Wreszcie. Zapraszam. Tymczasem jednak:

 


piątek, 23 września 2022

O traktorach, boeingach i nieszczęściu, które nas dusi

         Zmarł Tomasz Wołek, a ponieważ nie mam na jego temat do powiedzenia niczego dobrego, dziś pozwolę sobie więcej jego nazwiska tu wymieniać, natomiast, owszem, bardzo chętnie wspomnę pewne zdarzenie sprzed lat, którego drugim bohaterem był dziś nadzwyczaj aktywnie popularny red. Łukasz Warzecha, a na doczepkę nieskromnie i ja. Oto dawno dawno temu, w telewizji TVN24, wystąpił wspomniany Warzecha, w nadzwyczaj ostrym sporze zachował się jak rozlazłe gówno, które dbało wyłącznie o to, by  robić wrażenie czegoś wykształconego i kulturalnego, a wszystko po to by już w kolejnym dniu ogłosić, że po owym występie on nie może się odgonić od komentarzy, w których różni ludzie gratulują mu nadzwyczaj nieugiętej postawy.

         Był to czas, gdy byliśmy z Warzechą kolegami blogerami w Salonie24, a zatem napisałem mu, że niech się może uprzejmie zamknie, bo sam doskonale wie, że w owej debacie zachował się jak ostatni kretyn, a on mi na to odpisał, że to ja się powinienem zamknąć, bo on jest „pilotem boeinga” podczas gdy ja zaledwie „kierowcą traktora”. Ów traktor zdeptany przez boeinga został wówczas potraktowany jako niemal symbol tego co się działo między świeżo powstającą blogosferą, a dziennikarskim mainstreamem, i już po chwili Warzecha stracił wszystko co miał, albo co mu się wydawało że miał.

        Minęły lata, a ja, choć szczerze powiedziawszy nie wiem, czy Warzecha wciąż jest zapraszany przez TVN24 do komentowania polityki, to tu w Sieci natomiast, z tego co widzę, jest on już wyłącznie przedmiotem najbardziej okrutnych kpin. Gdy chodzi o mnie, to ja akurat o nim dziś już nie wiem prawie nic, natomiast wciąż pamiętam ten czas, kiedy on w Salonie24 zamieścił swój słynny tekst o różnicy między zawodowymi dziennikarzami , a hołotą ,do której oni łaskawie przemawiają. Z tej okazji, no i też przy okazji wspomnianego na początku tego tekstu odejścia, zachęcam do zapoznania się z tym, co Warzecha potrafił kiedyś i porównania z tym, co on ma do zaoferowania dziś.

 

       Jest kategoria ludzi, którą można określić mianem pogromców teleturniejów sprzed telewizora. Osoby takie są niezwykle mocne w każdej dziedzinie, z jakiej padają pytania, pod warunkiem, że siedzą wygodnie w fotelu w swoim przytulnym mieszkanku.

       Wyobraźmy sobie teraz, że trwa teleturniej, w którym zawodnikowi nieźle idzie. Dostaje w pewnej chwili wybór: albo zatrzyma wygrane właśnie 500 tys., albo gra dalej o milion, ryzykując, że straci wszystko. Zawodnik dokonuje racjonalnej kalkulacji i decyduje się poprzestać na pewnym już pół miliona. Dostaje gratulacje, odbiera czek i idzie do domu.

      Wyobraźmy sobie jednak, że spotyka owego pogromcę sprzed telewizora. Osobnik ów, jeśli jest człowiekiem rozsądnym, może mu powiedzieć: „No, panie Stefanie, ja to bym jednak grał dalej, ale rozumiem, że miał pan powody, dla których pan się zatrzymał na tych 500 tysiącach. Tak czy owak, gratuluję”. Możliwe jednak, że mamy do czynienia z emocjonalnie nastawionym maksymalistą, który dopada zawodnika i wrzeszczy na niego: „Ty parszywy tchórzu, jak mogłeś się wycofywać?! Nie wiesz, co to jest honor? Co to jest walka do końca? Ty robaku, nie istniejesz dla mnie!”. Wobec takiego ataku możliwe są dwie postawy. Pierwsza – puknięcie się w głowę i pójście swoją drogą. Druga – narastająca irytacja, o ile mamy pewność, że nie spotkaliśmy się z wariatem. Skoro bowiem nie z wariatem mamy do czynienia, to oczekiwalibyśmy, że ten ktoś zda sobie sprawę, iż: atmosfera i sytuacja w studiu, gdzie rozgrywany jest teleturniej, jest zasadniczo odmienna od tej w pokoju z telewizorem, gdzie zasiada atakująca nas osoba i gdzie jest ona niezwykle mądra; sytuacja gracza może być taka, że bardziej opłaca mu się wziąć 500 tys. niż ryzykować; stacja telewizyjna nie jest głupia i pytanie za milion jest arcytrudne, właściwie nie do pokonania. Z jakiegoś jednak powodu pogromca sprzed telewizora tego wszystkiego nie bierze pod uwagę, za to dużo mówi o konieczności walki do końca i polegnięciu z honorem i pustym portfelem.

      Ja właśnie znalazłem się w sytuacji takiego zawodnika, zaatakowany w sposób wyjątkowo irytujący przez Toyaha (podkreślam słowo „zaatakowany”, choć Toyah zapewne uważa, że on tylko wyraził swoją opinię). Toyah zaprezentował tym samym w sposób modelowy, na czym polega postawa maksymalizmu moralnego (i jej szkodliwość).

       Poszło o mój poprzedni wpis. W wielkim skrócie – Toyah obejrzał program, o którym mowa, i doszedł do wniosku, iż nie spełniłem jego wyśrubowanych standardów, a zatem odznaczyłem się tchórzostwem, małością, miałkością i czym tam jeszcze. Gdyby Toyah nie był moralnym maksymalistą, ale człowiekiem rozsądnym (nie boję się tego słowa, bo choć komuna usiłowała mu nadać specyficzne znaczenie, dziś uważam, że właśnie zdrowego rozsądku najbardziej brakuje, a bojownikami o jego odzyskanie byli ludzie tacy jak Stanisław Bareja czy Maciek Rybiński), skomentowałby sprawę na moim blogu, pisząc coś w rodzaju: „Uważam, że mógł pan pana Wiadro potraktować ostrzej, jak na mój gust był pan za łagodny”. Ale nie – Toyah, siedząc wygodnie przed komputerkiem i klepiąc w klawiaturkę, nie uznaje kompromisu. W związku z czym tworzy sążnisty wpis, którego główną tezą jest, że Warzecha jest konformistą i mięczakiem, ponieważ we wspomnianym programie siedział (taka jest wizja Toyaha, nieco, moim zdaniem, oniryczna) jak mysz pod miotłą, zamiast… No właśnie – nie wiadomo właściwie, zamiast czego, bo tego Toyah nie precyzuje. Najbardziej byłby zapewne szczęśliwy, gdybym dał panu Wiadro w twarz, ewentualnie demonstracyjnie opuścił studio. Ostatecznie mógłby się pogodzić z tym, że poprzestałbym na nazwaniu pana Wiadro ubeckim pachołkiem albo czymś w tym rodzaju.

      (Przy okazji do wpisu Toyaha podłączyło się oczywiście natychmiast wiele osób, które z jakichś tam nieprzeniknionych powodów osobiście mnie nie cierpią i uznały, że mają od właściciela blogu przyzwolenie na poskakanie sobie po Warzesze, ale do tego już przywykłem.)

      Odpowiedziałem Toyahowi, że zachowuje się jak kierowca traktora, który poucza pilota boeinga, jak ma pilotować maszynę, czym on poczuł się oczywiście obrażony. Tymczasem tak jest faktycznie. Pilot boeinga nie ma prawdopodobnie pojęcia o prowadzeniu traktora, ale również na odwrót. Lecący samolotem kierowca traktora może mieć do pilota zasadną pretensję, że trochę rzuca, ale powinien przyjąć, że pilot stara się turbulencje ominąć. Może mu się akurat nie udaje, bo obszar turbulencji jest zbyt rozległy, komunikat nadszedł za późno albo zepsuł się radar meteo w maszynie. Jak jednak nazwać traktorzystę, który z oburzeniem wbiega do kabiny pilotów i woła: „Ty ćwoku, na niczym się nie znasz, jak prowadzisz samolot?! Nie rozumiesz, głąbie, że ma być gładko?!”. Wówczas pilot powinien wstać z fotela i oddać stery traktorzyście. Niech pokaże, jak świetnie sobie radzi.

      Żeby było jasne: sam wiele razy pisałem, że uprawianie danego zawodu nie jest warunkiem, aby móc pod adresem jego przedstawicieli wygłaszać krytykę. Dotyczy to zwłaszcza zawodów kluczowych dla funkcjonowania państwa. Taka postawa prowadzi do absurdów. Czym innym jednak jest krytyka, a czym innym aroganckie i agresywne wymądrzanie się z pozycji własnego fotela. Jeśli część blogerów zarzuciła mi pod wpisem Toyaha pychę, to niech teraz się zastanowią, czy prawdziwym przejawem pychy nie jest przypadkiem jego pouczanie z wyżyn moralnej doskonałości, gdzieś zza klawiaturki w przytulnym mieszkanku. Pouczanie, któremu przyklaskuje grupa innych anonimów, jak rozumiem – także moralnych diamentów i codziennych bojowników o moralną czystość. To drażni, zwłaszcza że nie chodzi o kwestie najwyższej wagi, jak niegdyś decyzja o podjęciu współpracy z SB. W takich wyjątkowych sprawach moralny maksymalizm jest naturalny i nawet pożądany. Ale nie o tym teraz mowa.

      Owszem, Toyah wyprowadził mnie z równowagi, dokładnie na tej zasadzie, na jakiej wyprowadza z równowagi pyszałek, który poucza innych, samemu mając o sprawie znikomą wiedzę. Toyah – jestem tego pewien – nie ma pojęcia o kulisach publicystycznych programów, o ich dramaturgii, a wreszcie nie jest w stanie pojąć, że takich Toyahów przed telewizorami, zwłaszcza w przypadku stacji, o której mowa, siedzi kilka promili. Reszta to ludzie, przyzwyczajeni do innego przekazu. I ci ludzie, słuchając mnie, mają mieć poczucie, że słuchają kogoś spokojnego i rozsądnego, kto jasno i bez przesadnych emocji wykłada swoje racje. Taki jest mój cel.

      I tu jest pies pogrzebany: ja bowiem myślę właśnie o tych widzach i za swoje zwycięstwo uznaję sytuację, gdy jestem w stanie przekonać jakąś część z nich, że pan Wiadro stawia błędne tezy. Toyah, jako moralny maksymalista, ma gdzieś wszelkie kalkulacje, a nawet to, że w ocenie pana Wiadro dokładnie się zgadzamy. Ten sojusz Toyah kompletnie zniweczył swoim atakiem. On mnie rozjedzie za to, że nie zastrzeliłem pana Wiadro na miejscu.

      Ciekawe, czy Toyah zdaje sobie sprawę, iż całe mnóstwo zapewne cenionych przez niego instytucji i przedsięwzięć funkcjonuje tylko dzięki temu, że kierującym nim osobom obcy jest patologiczny maksymalizm moralny w stylu Toyaha. Czy Toyah zdaje sobie np. sprawę, że kiedy na początku tej kadencji Sejmu pojawił się z inicjatywy marszałka Komorowskiego problem zasiadania Jana Ołdakowskiego jednocześnie w Sejmie i na fotelu dyrektora MPW, to Ołdakowski nie wszedł do gabinetu Komorowskiego i nie zwyzywał go od ubeckich szmat (jak zapewne chciałby Toyah), ale normalnie z nim pogadał, wskazując mu pewne pragmatyczne aspekty takiego lub innego wariantu? I dobrze zrobił, bo znacznie ważniejsze od moralnych uwzniośleń Toyaha jest dla mnie ciągłość i trwałość świetnej placówki muzealnej. Czy Toyah pomyślał, że nawet Mariusz Kamiński, pozostając na stanowisku szefa CBA przez dwa lata rządów PO, musiał iść na szereg drobniejszych porozumieć ze swoim szefem? Czy wreszcie Toyah napisał jakiś tekst, potępiający PiS za wejście w układ z SLD w kwestii mediów publicznych? Nie przypominam sobie.

      Sposób myślenia Toyaha jest nie tylko kompletnie nieżyciowy – także w punktu widzenia osiągania ważnych i szlachetnych celów, takich jak choćby wspomniane utrzymanie dobrej dyrekcji MPW – ale wręcz szkodliwy. Posługując się nim, nie sposób zdziałać niczego nigdzie – chyba że urzeczywistni się idealna republika Platona. Ale jest to także postawa kabotyńska, bo bardzo łatwo podniecać się własną moralną doskonałością i wytykać innym, że nie dostają, gdy się siedzi w ciepłym pokoiku za komputerkiem, anonimowo wklejając kolejne teksty o potrzebie moralnego wzmożenia.

 

      I to jest Warzecha. Część młodszych czytelników zastanawia się, o co chodzi z tym wiadrem. W tej sytuacji ja to wyjaśnię jutro, dziś natomiast skupmy się proszę na problemie znacznie szerszym niż ta w sumie strasznie nędzna wymiana, a mianowicie na relacjom między mediami mainstreamowymi i resztą świataa.

 


poniedziałek, 23 maja 2011

Za polityków wsadzają - bierzemy się więc za dziennikarzy

W owej szczególnej atmosferze ostatnich tygodni, kiedy to najpierw Radosław Sikorski – minister polskiego rządu, gdyby ktoś nagle zapomniał – zaczął się pieklić, że ponieważ banda jakiś durniów wyzywa go w Internecie od żydów, on nie ma wyjścia, jak się za nich wziąć i zacząć na nich po kolei słać prokuratorów, a zaraz po Sikorskim służby premiera Tuska rzuciły się na piłkarskich kibiców, którym przyszło do głowy, że skoro władza zamyka im stadiony, to oni urządzą przeciwko tej władzy parę demonstracji ze słowem „matoł” w nagłówku, by wreszcie do jakiegoś internauty do domu przyszli funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, najpierw go nastraszyli, a później zrobili z niego bohatera na całą Polskę, tylko dlatego, że na obsługiwanej przez niego stronie ukazała się jakaś gra, gdzie trzeba trafić czymś w prezydenta Komorowskiego i panią Dziadzię, nie mogłem nie wpaść w pewne nowe dość refleksje. Otóż zacząłem myśleć o blogu, który sam prowadzę już od ponad trzech lat, i który w swojej większości poświęcony jest wylewaniu moich żalów wobec tych właśnie ludzi, którzy nagle, dziś, po wielu latach kompletnego zapętlenia, najwidoczniej uznali, że zły świat ich nie lubi. I że coś z tym trzeba zrobić. A skoro zacząłem myśleć o tym blogu, to zupełnie naturalnie zacząłem też zastanawiać się, czy – jeśli oni się nagle nie zreflektują – to czy do mnie też wpadną? A jeśli wpadną, to za co przede wszystkim?
I myślę sobie, że parę powodów by się spokojnie znalazło. Przede wszystkim można by było mieć do mnie pretensje o to, że od lat brzydko mówię o premierze Tusku, o prezydencie Komorowskim, a o pani Komorowskiej mówię „Dziadzia”, co może stanowić kolejny zarzut, a mianowicie lżenie i zachęcanie do narodowej nienawiści. Również – skoro już mówimy o narodowych uprzedzeniach – mogłoby mi się dostać za „ruskiego buca”. Kiedy tak sobie wracam pamięcią do swoich obsesji, pojawia się też moje nieustanne cytowanie fragmentów z wybranych Psalmów. Wprawdzie na tym blogu nie ma żadnej gry, ani nawet głupiego linku do jakiejkolwiek gry, której atrakcyjność polegałaby na strzelaniu do prezydenta Komorowskiego, choćby i z procy, lub nawet z automatycznego ołówka, jednak – jak by nie patrzeć – nie da się ukryć, że uwaga o tym, że Pan Bóg, zarówno wobec swoich wiernych wyznawców, jak i wobec swoich grzeszników, ma pewne obowiązki, w dodatku uwaga, jak wszyscy wiemy, retorycznie na poziomie najwyższym, stanowić może przestępstwo znacznie większe, niż jakakolwiek komputerowa gra. Ja osobiście na przykład wolałbym, żeby banda durnych gówniarzy grała moją głową w piłkę nożną na wirtualnym boisku w Sopocie, niż żeby ktoś mi śpiewał pod domem Psalmy. Szczególnie te wybrane.
I kiedy tak myślałem sobie o swoich ewentualnych grzechach wobec interesu publicznego, przyszło mi do głowy, że teksty, w których ja bezpośrednio obrażam prezydenta Komorowskiego, premiera Tuska i jego ministrów, właściwie stanowią niewielki procent tego pisania. Nigdy tego akurat porządnie nie badałem, ale jakoś nie mogę uwierzyć, by faktycznym celem tych moich refleksji mogłoby być głównie informowanie czytelnika o tym, że Tusk do „matoł” a Prezydent to „rezydent”. Bywało różnie, ale mam nadzieję, że aż tak nisko nie upadłem. Jestem pewien, że jeśli funkcjonariusze ABW będą mieli potrzebę się zawartości tego bloga kiedykolwiek przyjrzeć – a sam Radek Sikorski w jednej ze swoich wypowiedzi raz już zasugerował, że Internet jest sukcesywnie i dokładnie przez jego towarzyszy przeglądany – to z pewnością narysują mi jakieś słupki, natomiast, co do mnie, to myślę, że nie jest najgorzej. Myślałem więc sobie o tych procentach i nagle przyszło mi do głowy, że ja chyba najbardziej, najgorzej i najczęściej przez te trzy latach gnoiłem dziennikarzy. Zwłaszcza tak zwanych – naszych. Mogę się mylić, ale w końcu blog jest mój, więc mogę sobie pozwolić na takie refleksje, na jakie mam ochotę.
Z czego może wynikać, że gdyby, hipotetycznie miało mi się kiedyś zdarzyć, że ja bym tu umieścił grę polegająca na tym, że wroga trzeba najpierw dopaść, a później mu nasrać na głowę, byłby to raczej Łukasz Warzecha, czy Paweł Lisicki, niż władysław frasyniuk, którego, jak wiemy, też na co dzień bardzo mam na uwadze, czy poseł Halicki? Otóż ja wcale nie uważam – i co do tej teorii czuję się bardzo mocno przywiązany – że gdyby nagle wszyscy politycy stali się ludźmi, to automatycznie podniósł by się poziom polskiego dziennikarstwa. Natomiast jestem głęboko przekonany, że gdyby polscy dziennikarze przestali być głupimi, leniwymi skurwysynami, z całą pewnością wybitnie podniósł by się poziom polskiej polityki. Dlaczego? Z tego prostego mianowicie powodu, że politycy mają znacznie więcej rozumu od dziennikarzy, i gdyby tylko poczuli na swoich plecach jakikolwiek ślad kontroli, natychmiast wzięliby się do roboty. Z czystej, zimnej kalkulacji.
Jestem całkowicie pewien, że jeśli polska polityka, a za nią w ogóle polskie życie publiczne, znajduje się w takim upadku, to głównie przez to, że nie istnieje tak zwana opinia publiczna, która w normalnym świecie jest reprezentowana przez media. Gdyby owa publiczna opinia istniała i działała – i tu wracamy do symbolicznej przecież „Dziadzi” – i ja, i ten chłopak z Ostrowca, czy Piotrkowa, i dziesiątki innych ludzi, na co dzień zajętych walką z tym straszydłem, mogłoby się zająć życiem rodzinnym, osobistym, towarzyskim, albo jakimkolwiek innym – ale życiem. A nie klikaniem w klawiaturę komputera, lub snuciem się po ulicach z transparentami informującymi o tym, że Tusk to matoł. Niestety, dziennikarstwo w Polsce nie istnieje i to jest bardzo poważny problem i nasze bardzo poważne zmartwienie.
Niedawno, jak część z nas wie, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wystąpił z pogadanką polski filmowy dokumentalista Grzegorz Braun i, ku znacznej satysfakcji zebranych, powiedział ni mniej ni więcej tylko to, że zmarły niedawno arcybiskup Życiński był „chamem i prostakiem”… Nie! Wróć! To Braun, wedle słów Gazety Wyborczej, jest „chamem i prostakiem”. Arcybiskup Życiński miał być, zdaniem Brauna, „łajdakiem i kłamcą”. Natychmiast, naturalnie powstało z tego powodu piekło, co ciekawe jednak, nie wzniecone przez posła Halickiego, czy posła Kalisza – oni takie drobiazgi mają głęboko w swoich brudnych tyłkach – ale przez Gazetę Wyborczą, a za Gazetą Wyborczą już tylko podsycane przez ich innych dziennikarzy. O co poszło? Czy może o to, że arcybiskup Życiński nie był „łajdakiem i kłamcą”? Czy może dziennikarze Gazety Wyborczej dostarczyli jakiś mocne dowody – o ile mi wiadomo, Braun podparł swoją wypowiedz przynajmniej pozorem dowodów – na to, że Arcybiskup się w życiu nie złajdaczył, a później nie kłamał? Ależ skąd? Poszło wyłącznie o to, że na Arcybiskupa tak mówić nie wolno. Wolno na Lecha i Jarosława Kaczyńskich, wolno na Antoniego Macierewicza, wolno na Joachima Brudzińskiego, wolno na ojca Rydzyka, Jarosława Marka Rymkiewicza, wolno na niemal wszystkich, myślę sobie, że wolno nawet na Jana Pawła II – na Życińskiego nie wolno. Dlaczego? Bo nie.
Jak zobaczyłem wczoraj z telewizji, Rzeczpospolita, w reakcji na lubelskie zdarzenie, przeprowadziła rozmowę z Andrzejem Braunem i fakt przeprowadzenia tej rozmowy doprowadził do kolejnego skandalu. Doszło wręcz do tego, że zobowiązany do reakcji poczuł się Maciej Łętowski, który – proszę się trzymać za brzuchy – jest dziś już prezesem wydawnictwa Presspublica, wydającego Rzepę, i który oświadczył, że on bardzo przeprasza za to, że wydawana przez niego gazeta, zamiast Brauna wysłać w kosmos, temat podjęła i go z tego „łajdaka” przepytała. Dowiedziałem się o tym z telewizji TVN24, gdzie Paweł Lisicki, Tomasz Wołek, komuch Rolicki i jakiś smutny dziennikarz z Newsweeka, którego znam tylko z widzenia, gadali o tym zdarzeniu pod kontrolą red. Łach i jej słuchawki. Rozmowa dotyczyła głównie tego, by Lisicki się wytłumaczył, jak on mógł z tym Braunem w ogóle rozmawiać. I tu przechodzę do sedna. Otóż Lisicki, zamiast powiedzieć tej bandzie kretynów, na czele z Wołkiem, który w swojej bezczelności przekracza już nawet granice dotychczas wyznaczane przez leżącą na drodze psią kupę, że to nie on wymyślił system, w którym sukces mediów związany jest przede wszystkim z tym, kto kogo pierwszy zamorduje, i jak to morderstwo mu się uda atrakcyjnie podać, i zamiast ich poprosić grzecznie żeby zamknęli ryje i przestali stroić miny, coś im tłumaczył na temat tego, że on tylko chciał zapytać Brauna, co on miał na myśli, mówiąc, że Życiński to świętej pamięci kłamczuszek. I oczywiście narażał się na to, by ten buc Wołek zwracał się do niego w tonie; „Uważam, Pawle, że nie masz racji…”.
Pytają mnie różni, przyjaciele i koledzy, czemu ja się tak uczepiłem tych dziennikarzy. Tego Lisickiego, Ziemkiewicza, Semki i całej reszty? Że przecież oni są nasi i tak dalej, i tak dalej. A ja chciałbym wiedzieć, co by Lisickiego kosztowało, żeby, korzystając z tego, że ma tę niezwykłą okazję wystąpić w nadawanym na żywo programie, i ma przed sobą ogólnopolska publiczność, powiedział Wołkowi, który się tak strasznie zapłakiwał nad faktem, że arcybiskup Życiński nie może się bronić, i całej tej reszcie durniów – a przy okazji urządzającemu to przesłuchanie TVN-owi – że to się nie mieści w białej głowie, by grupa medialna, która organizuje codziennie rozmowy z Januszem Palikotem, Stefanem Niesiołowskim, Kazimierzem Kutzem w jednym jedynym celu – żeby któryś z nich powiedział, że Lech Kaczyński był durniem, pijakiem, kretynem i cierpiał na chroniczną sraczkę, nagle uderzała w wielki dzwon z tego powodu, że znany reżyser obraża znanego biskupa, a ogólnopolska gazeta, której zależy na czytelnikach, próbuje się sprawą zająć.
Palikot, Niesiołowski, Kutz. Ci trzej bohaterowie telewizji TVN24, służą wyłącznie do jednego. By przyjść i nasrać na pamięć Lecha Kaczyńskiego, i by zrobić to w najbardziej niewyszukany sposób. Nie ma innego powodu, by ktokolwiek czegokolwiek od tych trzech osób chciał. Dzień w którym którykolwiek z nich się znudzi tym swoim chamstwem, oznaczać będzie jednocześnie koniec jego medialnej kariery. I w tym co piszę, nie ma nawet nic oryginalnego. Ten fakt, a więc fakt, że media żywią się gównem, został wielokrotnie, z prawdziwą dumą ogłoszony właśnie przez te same media. I oto nagle, w tej sytuacji, telewizja TVN24 – telewizja, której sukces właśnie na tym jedzeniu kup polega – wynajmuje jakiegoś Wołka, by się poskarżył publicznie na upadek obyczajów. A Paweł Lisicki, patrząc na tę bezczelność, i słuchając tych popisów cynizmu, nie jest w stanie wydusić z siebie jednego słowa prawdy. Tylko cos pieprzy o tym, ze on chciał informować.
A więc, wygląda na to – i to wygląda coraz bardziej – że i Bronisław Komorowski i Donald Tusk i cała kupa innych osób chronionych przez polskie prawo przed atakami niezależnej opinii publicznej, będą tu coraz rzadszymi gośćmi. Zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, że jeszcze chwila i po nich pozostanie już tylko smród. Natomiast jak idzie o Pawła Lisickiego i jego kolegów, to owszem. Jestem pewien, że im będę miał jeszcze wiele do powiedzenia. Mam przy tym nadzieję, że mnie za to nie wsadzą do paki. Bo, wbrew temu, co niektórzy sądzą, wcale mi na tym nie zależy.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...