wtorek, 31 sierpnia 2010

Autorytetem pod żebro, czyli co kto lubi

Pompowanie Henryki Krzywonos, zgodnie z wyrażonymi przeze mnie jeszcze wczoraj prognozami, trwa w najlepsze. Jak się dowiaduję, na Facebooku (a jakże!) pojawiło się jakieś świeże towarzystwo uwielbienia dla legendy pani Krzywonos, i jak się na dziś wydaje, już tysiące fanów tej szczególnej damy się tam zarejestrowało. Ale co tam Facebook! Nawet tu, na naszym skromniusieńkim blogu, pojawiło się paru wysłanników owego fanklubu, żeby nas uświadomić, jak to przez minione trzydzieści lat, Solidarność miała dwóch bohaterów – Lecha i panią Henię. W tym tempie może się okazać, że na przyszłorocznej maturze dzieci nie będą musiały pisać wypracowania z przesłania, jakie nam zostawił Leszek Kołakowski, ani z artystycznego dorobku Kazimierza Kutza, lub podstaw filozofii Adama Darskiego, ale właśnie z Krzywonos. Mocne.
Mam wrażenie, że już kiedyś – chyba przy okazji, jak pewien krakowski patriota wraz z paroma swoimi wychowankami chcieli mnie albo zapędzić pod sąd, albo mi zwyczajnie wpieprzyć – o tym wspominałem. Ale nigdy za dużo prawdy, więc co nam szkodzi się powtórzyć? Pamiętam jak kiedyś, jeszcze w latach 80-tych, miałem ucznia, który bardzo aktywnie udzielał się w KPN-ie, i w ramach tej działalności albo się gonił z milicją po ulicach Katowic, albo chodził pod Kopalnię Wujek i tam palił świeczki. Miał ów ten mój uczeń dziewczynę – osobę niezwykłej urody i ogólnego uroku – która dzieliła z nim jego zainteresowania. Któregoś dnia esbecja zdjęła ją spod tej kopalni, jak tam przyszła kłaść kwiatki, zawlokła na komendę, rozbabrała ją do naga i kazała jej robić żabki dookoła jakiegoś pokoju tak długo, aż ona padła z wymęczenia. Gwoli sprawiedliwości, o ile mi wiadomo, nikt jej nawet nie tknął palcem. To by ją akurat różniło od Henryki Krzywonos. No ale, jak wiemy, historia rozdzieliła sprawiedliwie – jedni stali się bohaterską legendą, a innych znam tylko ja. I to też przez głupi przypadek.
Pompowanie legendy Henryki Krzywonos – wedle wyrażonych przeze mnie oczekiwań i zgodnie z zasadami sztuki – nabiera rozpędu. Nie wiemy, jak to się skończy. Z tego co wiem, ona przez trzydzieści lat nie znalazła w sobie wystarczająco dużo determinacji i tego czegoś, co pozwala robić karierę na każdym poziomie, żeby zyskać odpowiednią dla swoich zasług popularność. Przy jej poglądach i towarzyskiej pozycji, droga do medialnego mainstreamu wydawałaby się stać otworem. A tymczasem tu, nawet to że ona – jak ktoś mnie dziś informuje – zgłosiła się do Gazety Wyborczej z prośbą o wywiad, obiecując że za tę uprzejmość, dla nich skopie Jarosława Kaczyńskiego, też wciąż jej nie pomogło się wybić. Ktoś powie, że trudno robić gwiazdę z kogoś takiego jak Krzywonos. Nie zgadzam się. Taki Piotr Semka wygląda od niej znacznie gorzej, a proszę, jak sobie radzi!
Dopiero wczoraj się wreszcie udało. No ale pytanie wciąż pozostaje, czy to wystarczy? A jeśli tak, to na jak długo? Jest bardzo możliwe, że pani Henryka Krzywonos zniknie z publicznej przestrzeni tak szybko, jak się w niej pojawiła. Kto się wtedy pojawi zamiast niej? A może jednak jej się tym razem uda? Może jednak przyszłoroczni maturzyści już powinni zacząć zbierać informacje na temat działalności gdańskiej tramwajarki? Nie wiadomo. Jednego jednak zawsze możemy być pewni. Że System na polu autorytetów zawsze sobie poradzi. Kolejka jest długa. I po stronie zysków i po stronie strat. A ruch w interesie jak zawsze duży. Zawsze jest do czego sięgnąć. Czy to po to, żeby komuś tylko przypieprzyć, czy może po to, żeby go zniszczyć, czy wręcz w celu pozbawienia kogoś życia. Żeby nikt mi nie zarzucił, że jestem ogarnięty obsesją na punkcie pani Heni, pozwolę sobie przypomnieć pewien mój stary wpis, jeszcze ze stycznia ubiegłego roku, w którym o dziś poruszanym problemie pisałem bardziej szeroko i zdecydowanie bardziej uniwersalnie. Niedługi. Akurat taki, by z tym wstepem dał się przeczytać w normalnym tempie. Zapraszam.





Tyle się ostatnio zdarzyło rzeczy ważnych, czy choćby tylko ciekawych, że zupełnie niepostrzeżenie narobiłem sobie poważnych opóźnień. Zaglądam dziś rano przy śniadaniu w weekendowy Dziennik a tam, w tym ich Magazynie, artykuł jakiejś Magdaleny Salik zatytułowany Uległość silniejsza od etyki z podtytułem Powtórzono słynny eksperyment Milgrama: wciąż lubimy zadawać ból innym. http://www.dziennik.pl/nauka/article299001/Uleglosc_silniejsza_od_moralnych_hamulcow.html
Tu, na tym blogu, jeszcze wiosną zeszłego roku, była mowa o tym niezwykłym eksperymencie. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, króciutkie przypomnienie. W roku 1963, amerykański psycholog z Yale, Stanley Milgram opublikował artykuł zatytułowany „Behawioralne studium posłuszeństwa”, a oparty na wynikach serii eksperymentów, które sam przeprowadził w roku 1961. Milgram, zainspirowany ledwo co rozpoczętym procesem niemieckiego zbrodniarza Adolfa Reichmanna, postanowił zbadać wpływ autorytetów na zachowanie się ludzi. W wyniku tych badań doszedł do wniosku, że człowiek, odpowiednio zaprogramowany na posłuszeństwo autorytetom i odpowiednio w tym kierunku wytresowany, jest gotów zaakceptować każdą podłość, nawet wbrew sobie, byle tylko „mądrzejsi od niego” takie podłe postępowanie zaakceptowali.
Ciekawe przy tym było nawet nie to, że – skądinąd zwykli, dobrzy ludzie – dopuszczali się zła, ale to, że robili to właśnie często kompletnie wbrew sobie, często wręcz przy tym autentycznie się męcząc, ale byli posłuszni, bo posłuszeństwo to wymógł na nich ktoś, kto wcześniej przedstawił się im jako autorytet.
Więc dowiadujemy się, że – jak podaje Dziennik – eksperyment powtórzono i okazało się, że wszystko jest tak samo jak kiedyś. Bierzemy zwykłego obywatela, mówimy mu, że ma przed sobą bardzo mądrego profesora, albo kogoś ogólnie szanowanego i wybitnego, a później mu każemy robić najróżniejsze dziwne rzeczy, powtarzać za nami najbardziej idiotyczne opinie, wykonywać najgłupsze możliwe ruchy, a obywatel – tylko dlatego, że uważa, że z mądrzejszymi od niego nie ma co dyskutować – postępuje dokładnie tak, jak sobie tego życzymy. A jeśli ktoś będzie miał wątpliwości, to albo się mu powie, że jest tropicielem spisków, albo ostatecznie przyprowadzi mu się obywatela i on potwierdzi ze zbolałym uśmiechem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
W sumie jednak – mimo że zawsze jest miło się dowiedzieć, że to co widzimy i to co wiemy z własnego doświadczenia, jest jakoś podparte naukowo – artykuł w Dzienniku nie tworzy jakiejkolwiek nowej jakości. Gdyby jeszcze miało się okazać, ze pani Salik – pisząc o tym powtórzonym eksperymencie – miała na myśli eksperyment, który przeprowadzono niedawno w Polsce, na żywym, bezbronnym organizmie społeczeństwa, to można by było się tym zainteresować. Choćby z tego powodu, że dobrze by było zobaczyć, jak ludzie pokroju Cezarego Michalskiego czy Roberta Krasowskiego wycofują się rakiem, jęcząc „Ojej, nie wiedzieliśmy że to tak będzie…” Jednak nic z tego. Ci dwaj najprawdopodobniej są wciąż z siebie bardzo zadowoleni i uważają, że jeśli ktoś tu uległ podszeptom złych ludzi, to raczej tacy jak my, niż tacy jak oni.
Więc nie byłoby o czym gadać, gdyby nie jedna rzecz. Otóż, jak już wspomniałem, podtytuł artykułu w Dzienniku brzmi Powtórzono słynny eksperyment Milgrama: wciąż lubimy zadawać ból innym. Fakt jest taki, że, według wszelkich relacji dotyczących eksperymentu o którym mowa, niemal żadna z osób wykorzystanych przez Milgrama nie czuła się szczególnie dobrze, realizując narzucony jej program. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych osób wręcz prosiło, żeby pozwolić im przestać, ale nacisk był tak duży – połączony wręcz z moralnym szantażem – że się w końcu poddawali. Jednak w niemal każdym wypadku zło rodziło się jakby wbrew tym ludziom, a nie dla ich wygody. Nawet w samym artykule Dziennika jest to stwierdzone explicite: „Milgram wspomina, że większość "nauczycieli" chciała dość wcześnie przerwać eksperyment. Jednak profesor, w rzeczywistości wykładowca biologii, odwodził ich od tego. Najpierw prosił, potem nalegał, że doświadczenie trzeba kontynuować, wreszcie ostrzegał, że uczestnik nie ma wyboru. Pod jego wpływem "nauczyciele" ciągnęli dalej "lekcję". I to nawet wtedy, gdy sami zaczynali odczuwać z tego powodu silny stres.”
Więc czemu ktoś w Dzienniku postanowił napisać, że eksperyment Milgrama był o tym, że lubimy zadawać ból innym, a nie – jak było w rzeczywistości – że mamy skłonność do wysługiwania się fałszywym autorytetom? Przecież to głupie. Przecież cały sens tego co przedstawił Milgram polegał właśnie na tym, żeby przestrzec ludzi nie przed złem, które w sobie skrywają, lecz, żeby pokazać nam, że to dobro, które w nas jest, stanowi wielką wartość, której nie powinniśmy się wstydzić nawet wtedy, gdy namawiają nas do tego źli ludzie. Więc dlaczego Dziennik – albo z wyrachowania, albo przez zwykły odruch – próbuje to, co od wielu miesięcy, wraz z innymi specjalistami od dłubania w ludzkich sumieniach, tak bezlitośnie wyprawia, zwalić na nasze sumienia? Dlaczego próbuje nam wmówić, że jeśli dokonujemy w życiu złych wyborów, jeśli dajemy się wykorzystywać i oszukiwać, jeśli dajemy sobą tak głupio manipulować, to nie dlatego, że naprzeciwko nas stanęli bardzo źli ludzie, ale dlatego, że sami jesteśmy jak zwierzęta?
Co za perfidia! Banda wyrachowanych zbirów, która w pewnym momencie polskiej historii, postanowiła w najbardziej prymitywny sposób, z wykorzystaniem najbardziej trywialnej wiedzy psychologicznej, podporządkować sobie cały duży odłam społeczeństwa – wykorzystując bezlitośnie naturalny u zwykłych ludzi szacunek do wiedzy i do autorytetu – nagle robi niewinne miny, spuszcza skromnie oczy i mówi, że to co się wokół nas od paru lat dzieje, to wynik naszej naturalnej skłonności do zła. Od lat, przed naszymi oczami przesuwa się cały zestaw tzw. autorytetów – profesorowie, artyści, lekarze, prawnicy, wybitni politycy, czasem nawet dziennikarze – a głos ‘zza kadru’ mówi nam, ze wszystko co oni nam powiedzą, mamy przyjąć i postępować zgodnie z podanym wzorem. I nagle dziś okazuje się, że jeśli słyszymy żarty na temat tego, jak można skutecznie ‘stuknąć’ na przykład Prezydenta, to mamy do czynienia z naszym naturalnym zamiłowaniem do „zadawania bólu innym”.
Jest jednak w ostatnio obserwowanym ciągu wydarzeń coś pocieszającego. Mianowicie ta autentycznie naturalna eliminacja tego co złe. Po niejakim Paziku poleciał Ćwiąkalski. Oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji. Bo mimo że fizycznie obaj panowie są – jak to oceniła Toyahowa – do siebie niezwykle podobni, to jednak faktycznie jeden i drugi reprezentują kompletnie inne, że tak powiem, odcienie ciemności. Stąd każdy z nich poniósł karę jak najbardziej sprawiedliwą. I tak jest dobrze.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Krzywonos na autoryteta!

Dzisiejsze wystąpienie Henryki Krzywonos na uroczystościach w Gdyni zainteresowało mnie z dwóch względów. Przede wszystkim ze względu na osobę jej autorki i jej treść, a raczej przez tę niezwykłą symbiozę między autorką a jej dziełem, ale również przez zagadkę, jaka ono przedstawiło: Czy Krzywonos wystąpiła tak sama z siebie, czy może wcześniej ktoś ją poprosił, żeby w ten sposób zechciała osłabić ewentualną – głównie medialną – siłę adresu Jarosława Kaczyńskiego? Kiedy słucham, już od paru w tej chwili godzin, medialnych relacji z tego wydarzenia, myślę sobie, że jeśli decyzję o tym wybryku pozostawiono samej Krzywonos, to System na przyszłość powinien z tego wyciągnąć naukę, ile się traci, jeśli się jest mało przezornym. No bo naturalnie chętnych idiotów jest zawsze pod dostatkiem, ale co będzie jeśli akurat się wszyscy zagapią? No a popatrzmy tylko, z jakim zyskiem mamy do czynienia, jeśli się umie odpowiednio wokół ważnych spraw zakręcić!
A zysk jest oczywisty. Jarosław Kaczyński wygłosił swoje wystąpienie, ukradł show i Prezydentowi i Premierowi, pokazał na czym polega bycie przywódcą, a tu weszła na mównicę jakaś pani i wszystko postawiła na głowie do tego stopnia, że taka red. Pochanke na przykład bez śladu wstydu może podawać jako wiadomość dnia informację o „wspaniałym przemówieniu obywatelki Krzywonos”. I tak to się właśnie robi!
Ale ja chciałem trochę o samym wydarzeniu. Otóż Henryka Krzywonos weszła na mównicę całkowicie poza planem i poza tak zwanym obyczajem. Układ uroczystości bowiem nie był taki, że politycy wygłaszają wystąpienia, a bohaterowie – obecni i byli – z nimi polemizują. Właśnie z tego powodu, kiedy przemawiał Komorowski, czy po nim Tusk, zgromadzona w hali Solidarność jedynie biła brawo, lub buczała, lub gwizdała – a więc robiła coś, co jest od wieków uznawane za zachowanie normalne i obyczajne – ale w żadnym wypadku nie wysyłała swoich przedstawicieli, żeby wygłaszali przemówienia na temat tego, co sądzą o tym, co każdy z nich powiedział. Weźmy takiego premiera Tuska. Wprawdzie miałem okazje wysłuchać zaledwie małego fragmentu jego przemowy, ale nawet w tym kawałeczku znalazłem kilka momentów, w stosunku do których aż krzyczałem żeby zaprotestować. I jestem pewien, wnioskując właśnie z tego buczenia, że na publiczności było więcej takich jak ja niespełnionych polemistów. Oni jednak tylko buczeli. Żaden z nich nie wdarł się na mównicę i nie wydzierał się, że jego krew zalewa, że on musi Tuskowi nawrzuca, i że on sobie nie pozwoli, by mu ktokolwiek odebrał głos. Inna sprawa, że to może dlatego, że każdy z nich wiedział, że w takiej sytuacji, media by go już za chwilę rozerwały na strzępy, jako niecywilizowanego solidarucha i chama.
A więc Henryka Krzywonos stała na trybunie, darła mordę na wszystkich, którzy chcieli ją stamtąd wyprosić, że ona jest starą działaczką i wojowniczką, że ona zatrzymała tramwaj i że nie musi się przedstawiać, i że ona szanuje wszystkich, w tym nawet zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta, i że ona będzie gadała tak długo, jak jej się będzie podobało, i niech jej nikt nie podskakuje. Bo ona nie z takimi w swoim życiu miała do czynienia. Co takiego ona miała do powiedzenia? Dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Tadeusz Mazowiecki był wojownikiem równie wielkim jak ona, i że ona nie zgadza się, by jego wielkość ktoś się ważył pomniejszać. Druga była jeszcze ciekawsza. I intelektualnie, a przede wszystkim może medialnie. Że ona kompletnie nie rozumie, co to się takiego stało Jarosławowi Kaczyńskiemu, i że jej zdaniem on hańbi pamięć swojego brata. Ten akurat kawałek był na tyle wstrząsający, że obecny w studio TVN-u jako komentator, Jan Wróbel – tak na marginesie, jak się miewa świński trucht, Panie Magistrze? – wręcz rzutem na taśmę i wbrew oczywistym faktom, wyjaśnił wszystkim słuchającym go durniom, że Krzywonosowej nie chodziło o Jarosława Kaczyńskiego i jego brata, ale o PiS. Tylko PiS.
Otóż tak to się robi tam, gdzie myśl normalnego człowieka nie sięga. Tak właśnie działa System i jego pachołkowie. Właśnie to ma wiedzieć demokracja, której się w głowie poprzewracało. Że wszystko jest na swoim miejscu, o ile nie zajdzie gwałtowna potrzeba, żeby to miejsce troszeczkę przemeblować. Z takiego rodzaju praktyką mamy zresztą do czynienia na co dzień w sprzedajnych mediach. Obiektywny pan redaktor zaprasza do studiach trzy osoby – jednego od nas, jednego od nich, a jednego ze środka i rozpoczyna się dyskusja. W pewnym momencie jednak okazuje się, że ten od nich zaczyna się za bardzo wysuwać do przodu, więc pada hasło w słuchawce, i w jednym momencie ów mądrala dostaje pałą w łeb od pana redaktora i już w następnym momencie i tych dwóch pozostałych rzuca się na owego nieboraka i go publicznie, na oczach rozbawionej publiczności upokarzają.
Dziś System pokazał, jak sobie potrafi uporządkować teren nawet wtedy, kiedy to jest teren obcy. Wystarczy wpuścić jednego odpowiednio przygotowanego i starannie wyćwiczonego w bojach krzykacza i już. Wszystko gra. Tak to robił za starych czasów PRL-u, tak robi dziś. A sama Henryka Krzywonos? No mówię Państwu – toż to prawdziwa gwiazda! Niewykluczone, że skoro Lech Wałęsa wygląda ostatnio na coraz bardziej wypalonego, może to ona przejmie pałeczkę? W końcu skakanie przez mur, to nie byle co, ale zatrzymywanie tramwaju też nie brzmi najgorzej. Ktoś powie, że jednak Lechu to przywódca i że trzeba pilnować proporcji. Nic podobnego. W końcu on przywódcą był dopiero później. Na początku też miał tylko się wydzierać.

Z Jarosławem Kaczyńskim w cieniu nad rzeką

Tekst, który tydzień temu zamieściłem na blogu w odpowiedzi na list otwarty, jaki Marek Migalski uznał za stosowne skierować do Jarosława Kaczyńskiego, pisałem nie do końca chętnie z dwóch względów. Po pierwsze, do Migalskiego od początku miałem stosunek obsesyjnie pozytywny, więc wolałem go w żaden sposób nie narażać na nieuchronne przykrości, po drugie jednak nie opuszczało mnie przekonanie, że za publikacją tego listu stoi coś na tyle tajemniczego, że jakakolwiek polemika na poziomie merytorycznym nie miałaby sensu. Na tyle na ile znam Migalskiego, jestem przekonany, że w gruncie rzeczy on świetnie wie, dlaczego niemal każde słowo z tego nieznośnie wręcz długiego listu jest fałszywe, i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, to moje wyjaśnienia. Migalski może udawać, że jest miły i sympatyczny, może nawet udawać ten swój niecodzienny urok, nawet ten jego uśmiech może być wystudiowany. Trudno jednak udawać, że się coś wie, podczas gdy się wie autentycznie i w sposób oczywisty. A on wiedział wszystko świetnie od lat.
Napisałem jednak tę dziwną polemikę – dziwną bo nie tyle z samym listem Migalskiego, ale bardziej z nim osobiście i miejscem jakie sobie ostatnio znalazł – bo uznałem, że skoro wymyślił sobie Migalski, że na udręczonych plecach Jarosława Kaczyńskiego może się skutecznie polansować, i w dodatku ten lans mu się jak najbardziej udał, to należy mu o tym co on wyprawia powiedzieć, i to powiedzieć tak dobitnie, żeby tą czy inną drogą te słowa do niego dotarły. I daję słowo, że miałem szczerą nadzieję że dotrą. Wszystko wskazuje, że nie dotarły. A świadczyć o tym może choćby ostatni występ telewizyjny Migalskiego, w którym nie dość, że powtórzył każde wcześniejsze głupstwo, które w tym swoim dziwnym liście zaprezentował, to jeszcze robił to z tak nerwową niezręcznością, że nawet ktoś tak tępy jak red. Pochanke poczuła swoją siłę i zaczęła traktować go jak dziecko. A to – jak każdy może się domyślić – było wydarzeniem strasznym. Mało tego, dochodzą do mnie wieści, że ostatnia wypowiedź Migalskiego to już tylko, mówiąc krótko, sugestia, że Wałęsa to kabotyn, a Jurczyk to agent. A więc, wszystko wskazuje na to, że Migalski bez mojej pomocy ostatecznie znalazł sposób, żeby zawalczyć o swoją reputację. Niech więc walczy.
Nam pozostaje zatem zapomnieć o samym Migalskim, a za to zająć się wciąż nie do końca wyjaśnioną kwestią merytorycznej wartości tego, o czym on na tych czterech stronach nas wszystkich informuje. Jak już wspomniałem, świetnie ją musi znać sam Migalski, znakomicie się w tych jego krętactwach orientuje większość osob czytających ów list, bardzo dobrze też wie, co z tym listem jest nie tak niemal każdy kto interesuje się polityką odrobinę bardziej, niż na poziomie Onetu czy Szkła Kontaktowego, natomiast niewykluczone, że jest też cała masa osób, dla których wpatrywanie się w ten polityczny chaos stało się w pewnym momencie ponad ich siły i choćby dla świętego spokoju, zamiast się wciąż stawiać, wolą uznać, że coś w tym wszystkim jednak musi być. I im się należy parę słów wyjaśnienia.
Niedawno, w jednym z komentarzy na blogu, ktoś napisał, że jedyne co nam pozostaje dziś, w tej szczególnej sytuacji, to przyjąć pozycję tego Indianina, który, widząc, że nie ma najmniejszego sposobu, żeby pokonać wroga, siada nad rzeką i tylko patrzy, jak płynie woda, i spokojnie wypatruje, jak z jej nurtem zaczną płynąć trupy. Strasznie dziwny ten obraz. Dziwny tak że aż absurdalny. No bo jak można zwyciężyć, nie walcząc? Na co można liczyć, kiedy się doszło do wniosku, że nie można liczyć już na nic? Otóż jest w tej wizji coś niezwykle depresyjnego, ale jednocześnie pocieszającego, o czym jednak dopiero na koniec. Chodzi bowiem o to, że w sytuacji, w jakiej znalazł się Jarosław Kaczyński, każdy jego ruch jest skazany na porażkę. Atak Systemu jest tak potężny i tak kompleksowy, że nie ma w ogóle mowy o jakiejkolwiek obronie, a co dopiero o mądrej reakcji. System ma jeden jedyny cel – unicestwić Jarosława Kaczyńskiego zarówno politycznie, jak i osobiście, i nie ma praktycznie nic takiego, co by go w tym zamiarze mogło powstrzymać. Marek Migalski świetnie to wie. Ale on wie jeszcze coś. To mianowicie, że ów atak jest prowadzony w sposób najbardziej mistrzowski i profesjonalny, i że jednocześnie nikt inny jak tylko Jarosław Kaczyński jest w stanie przyjąć go na siebie i go ostatecznie wchłonąć.
W pewnym miejscu swojego listu pisze Migalski, że bez Kaczyńskiego nadziei na zwycięstwo nie ma, a z Kaczyńskim tę nadzieję powoli tracimy. I wbrew pozorom ta diagnoza jest słuszna. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że kiedy już Jarosław Kaczyński zostanie skutecznie usunięty ze sceny politycznej, o jakimkolwiek zwycięstwie nie będzie już mowy, choćby z tego prostego względu, że nie będzie żadnej walki. Zapanuje bowiem już tylko święty spokój i każdy będzie się mógł już na nowo zająć tylko pracą i zakupami. I jest też faktem, że dopóki Jarosław Kaczyński będzie siedział nad tą rzeką, Polska nie zazna spokoju. Ten potworny wrzask zła będzie trwał w swym fatalnym tryumfie. Ale właśnie tu też widać cały fałsz argumentacji Migalskiego. Bowiem on, wiedząc świetnie, że alternatywa jest tylko jedna – albo Kaczyński pozostanie tam gdzie jest, albo odejdzie – próbuje udawać, że on Migalski właśnie zna sposób. A więc jednocześnie udaje, że tak naprawdę sytuacja wcale nie jest wyjątkowa. Że oto mamy rząd i opozycję, media i społeczeństwo, i nawet jeśli jest ciężko, to nie tak znowu ciężko, żeby bić na alarm. I tu właśnie jest Migalski dramatycznie nielogiczny. Z jednej bowiem strony stawia diagnozę, która świadczy o tym, że zabrakło już wręcz dzwonów, które powinny nas obudzić, a z drugiej sugeruje, że nie ma co się denerwować, bo tak naprawdę wystarczy, żeby się obudził Jarosław Kaczyński. I go budzi, jak ostatni idiota.
System od dwudziestu już lat, mniej lub bardziej desperacko, próbuje usunąć z polskiego życia politycznego coś co nazwał ‘kaczyzmem’. Dokładnie, i to od samego początku, celem Systemu były dwie osoby – bracia Jarosław i Lech Kaczyńscy. Po dwudziestu latach ciężkich prób, został już tylko jeden z nich. I System nadal walczy. Do tej walki używa wszystkich najnowocześniejszych i najbardziej kompleksowych środków, a prowadzi ją na wszystkich dostępnych poziomach. Żeby zniszczyć Jarosława Kaczyńskiego przeprowadził najbardziej okrutną społeczną operację, jaka Polska mogła sobie wyobrazić. Ogromną część społeczeństwa zainteresował wręcz obsesyjnie polityką, wyłącznie w jednym wymiarze – co zrobić, żeby zniszczyć dziś już tylko jednego człowieka, Jarosława Kaczyńskiego? Zbudował w społeczeństwie wręcz orwellowski rodzaj napięcia, który sprawia, że jakakolwiek polityczna, czy społeczna debata przestała istnieć, że jakakolwiek działalność na rzecz wspólnego dobra przestała mieć znaczenie, że przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, co się stanie z Polską za pół roku, za dwa lata, czy nawet jutro, dopóki będzie nas dręczyła świadomość istnienia jednego człowieka – Jarosława Kaczyńskiego. Osiągnął tu System bezprzykładny sukces i wciąż mu mało. Dziś już nawet zaczyna się przebąkiwać o eliminacji nie tyle politycznej, co fizycznej.
I na to wszystko, przychodzi Marek Migalski i informuje nas i – jak twierdzi – również Jarosława Kaczyńskiego, że najwyższy czas wziąć się do roboty, bo tracimy świetną okazję pokazania Systemowi, gdzie raki zimują. Dlaczego on to robi? W tym sęk, że nie do końca potrafię zgadnąć. W pierwszym wpisie na ten temat, zasugerowałem, że on najpewniej wie, że póki co nic się nie da zrobić, poza zbudowaniem sobie dobrej pozycji do obserwacji. I że za jego postawą stoi wyłącznie grzech pychy i próżności. Świadczyłoby to o tym, że nawet Migalski wie, że nie jest dobrze i jak bardzo nie jest dobrze. Że sytuacja jest dramatycznie beznadziejna. Że jedyne co zostaje, to zacząć dbać o siebie. Powtórzyłem to zresztą bardziej obszernie we w notce kolejnej. Ale to by też świadczyło, że on już stracił nadzieję. A to byłby już kolejny grzech. I ostateczna rezygnacja Marka Migalskiego z tej przez długi przecież czas pożytecznej działalności. Wspomniany występ u Pochanke świadczyć może, że mam tu smutną rację. A więc, jak to mawiał mistrz Wiech, adieu z Panem.
My natomiast pozostaniemy tu gdzie jesteśmy. Obok Jarosława Kaczyńskiego, przyczajeni na tą rzeką i wypatrujący pierwszych zwłok niesionych przez ten nurt. Gotowi do skoku.


Powyższy tekst w miniony piątek ukazał się oryginalnie w Gazecie Warszawskiej. Dziś publikowany jest tu dla tych co, podobnie jak ja, w Warszawie wyłącznie bywają, lub znają ją tylko z obrazka.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Jeszcze Walentynowicz

30 rocznicę powstania Solidarności uczciłem już odpowiednią notką na tym blogu, ale kiedy widzę, jak każdy dzień przynosi nowe kłamstwa i nowe wysiłki zmierzające do tego, by maksymalnie rozmawiać ten obraz, czuję, że nie ma takiego słowa, takiego gestu i takiego krzyku, który potrafiłby zadośćuczynić temu, co się wokół nas wyprawia. Niedawno, w jednej z telewizyjnych wypowiedzi, Jadwiga Staniszkis wyraziła opinię, że Lech Wałęsa powinien jednak wziąć udział w obchodach rocznicowych, nawet jeśli tylko po to, by oddać hołd poległej w Smoleńsku Annie Walentynowicz. Dziś ani nie wiem, czy on coś w tej sprawie zrobił, czy planuje zrobić, i tym bardziej co to takiego może być – i szczerze mówiąc, kompletnie mnie to nie interesuje – ale patrząc jak System sam ze sobą się ściga by, skoro już trzeba mówić o tak zwanych zapomnianych bohaterach, można by było taką Annę Walentynowicz umieścić w kontekście o nazwie „Kobiety Solidarności”, obok takich postaci jak Henryka Wujec, Henryka Krzywonos, czy Janina Jankowska, i w ten sposób problem rozwiązać, wiem, że cokolwiek oni zrobią, to i tak w efekcie wszystko jak zawsze należeć już będzie tylko do nas.
I pomyślałem o tym zdjęciu, które obok zdjęcia Grzegorza Przemyka, ozdabia ten blog niemal od samych jego początków. I przyszło mi też do głowy, że z całą pewnością jest dużo osob, które przyszły tu stosunkowo niedawno i mogą nawet nie wiedzieć, że owemu zdjęciu od początku przecież towarzyszył odpowiedni wpis. Wpis dla Anny Walentynowicz. Wpis na którego początku stało właśnie to zdjęcie. Zdjęcie najpiękniejsze. Zdjęcie, które, jeśli idzie o ten solidarnościowy wymiar naszej historii, stanowi jej faktyczny początek i koniec. I dziś myślę sobie, że ja ten stary, sprzed dwóch już niemal lat wpis mogę tu powtórzyć. Cóż to szkodzi? A może wręcz przeciwnie, coś komuś pomoże? Zobaczmy.

W Rzeczpospolitej na dzisiejszy weekend, artykuł o Annie Walentynowicz. Przeciętny zwyczajny artykuł przedstawiający sylwetkę historycznej postaci. Żadnych rewelacji, suche fakty, parę opinii. Standard.
Jest jednak zdjęcie. Duże, kolorowe zdjęcie pani Walentynowicz. Nie znam się na fotografii, a przynajmniej nie na tyle, żeby autorytatywnie stwierdzić, że to zdjęcie jest wybitne, a inne już nie tak wybitne, a na dodatek jeszcze powiedzieć, co sprawia, że któreś z nich jest udane, a inne już nie tak udane. Patrzę jednak na to zdjęcie od dzisiejszego ranka i nie mogę oderwać od niego oczu.

I zastanawiam się, czy gdyby na nim nie stała Anna Walentynowicz, tylko ktoś inny, czy byłbym wciąż pod takim wrażeniem. Czy siła tego zdjęcia leży w postaci, którą przedstawia, czy w kunszcie Michała Szlagi, który je wykonał? Ciekawy też jestem, czy Walentynowicz pozowała do tego zdjęcia, czy po prostu tak sobie stanęła przed kamerą, a ten pan Szlaga zrobił to jedno zdjęcie.
Tak czy inaczej, efekt jest taki, że na zdjęciu jest ten smutny, szary teren Stoczni, sfotografowany w prostej perspektywie, a na pierwszym planie, w samym środku stoi Anna Walentynowicz, siwa, w okularach, w skromnym płaszczu, podparta na jednej inwalidzkiej kuli. Ani smutna, a nie wesoła, ani zamyślona. Stoi i patrzy prosto w oko kamery.
A może jednak chodzi o to miejsce? Czy możliwe, że to ten fragment Stoczni Gdańskiej, nędzny, zapomniany, byle jaki, nadaje mu ten niezwykły charakter? Nie wiem. Faktem jest, że patrzę na to zdjęcie, jak na obraz i myślę sobie, że gdyby ktoś postanowił zrobić z niego plakat i sprzedawać go razem z plakatami, które są do kupienia w empikach, by je następnie ludzie oprawiali w antyramy i wieszali na ścianach swoich mieszkań, to ja bym sobie takie zdjęcie kupił. Kupiłbym sobie to zdjęcie, bo ono na mnie robi takie wrażenie, jak zdjęcia starych już Rolling Stonesów, albo jak video Boba Dylana Subterranean Homesick Blues. Najpiękniejszy pop świata.
No ale tu jest jeszcze coś. To nie jest Bob Dylan, ani nawet piękny Mick Jagger. Tu jest Anna Walentynowicz - nie część pop-kultury, lecz część historii. I to najbardziej dramatyczna część historii. Historii najbardziej dramatycznej z możliwych. I jeszcze ten życiorys.
Pisze Małgorzata Subotić, autorka artykułu o Annie Walentynowicz, a ja nie mam powodu, żeby te informacje kwestionować:
„Urodziła się na Wołyniu. Gdy miała dziesięć lat, we wrześniu 1939 roku, została sierotą, ojciec zginął, krótko potem zmarła matka. Skończyła tylko cztery klasy szkoły. Przygarnęła ja rodzina sąsiadów, którzy po wojnie opuścili kresy i osiedlili się pod Gdańskiem. Tam mieli gospodarstwo. A ona, kilkunastoletnia dziewczynka, była traktowana jak siła robocza, a nie człowiek. Walentynowicz wspomina, że pracowała od czwartej rano do północy. Nigdy z „państwem" nie jadła przy wspólnym stole, nawet w Wigilię. By nie czuć się samotnie, spędzała ją w stajni, z końmi. Była też bita. Wreszcie zdecydowała się uciec do Gdańska. Zaczęła od pracy w fabryce margaryny. Ale zamarzyła się jej stocznia, skończyła kurs i została spawaczem. Pracowała jako spawacz przez kilkanaście lat, dopiero gdy zachorowała na raka, poprosiła o przeniesienie na suwnicę.”
Co było dalej, wiemy wszyscy, mimo wszelkich prób i tych wszystkich usiłowań, byśmy nie wiedzieli. Wiemy, albo powinniśmy wiedzieć, ponieważ to, co było dalej, to taka sama część naszej historii, jak ta, o której i ja, jako dziecko i moje dzieci uczyły się, lub uczą na lekcjach historii Polski. Więc wiemy (lub powinniśmy wiedzieć), że któregoś dnia po Mszy Świętej podeszła do Bogdana Borusewicza i tak zaczęła ten nowy okres swojego życia, który ją wyniósł do pozycji pierwszego bohatera Sierpnia, by po latach sprowadzić ją do miejsca, w którym znajduje się dzisiaj. Biedna, opuszczona, wykpiona, a przede wszystkim znienawidzona przez tych, którzy w tej grze rozdają karty.
Wiele już napisano, zwłaszcza ostatnio tutaj na blogach, na temat, dlaczego historia tak niesprawiedliwie potraktowała ludzi, bez których nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Borusewicz jest dziś marszałkiem Senatu i jednym z najbardziej hołubionych polskich polityków, Wałęsa, jak się już zapowiada, niedługo będzie bohaterem serii uroczystości z okazji rocznicy otrzymania nagrody Nobla, na które to uroczystości zjechać mają najwięksi i najbardziej znakomici z całego świata. Nawet Bogdan Lis, obecnie przybolszewicki polityk, chodzi w glorii jednego z najważniejszych bohaterów sierpnia.
Państwo Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, Kazimierz Świtoń, by nie wspomnieć innych, zupełnie już zapomnianych działaczy, takich jak zmarły niedawno Henryk Lenarciak, zostali skutecznie ze zbiorowej świadomości wyrzuceni. Prawdopodobnie, gdyby nie te już niemal trzy lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego i działalność IPN-u, pies z kulawą nogą nie wiedziałby, że ci, co jeszcze nie umarli, w ogóle gdzieś jeszcze żyją. Raz do roku tylko byśmy oglądali w telewizji kolejkę lokalnych biznesmenów i polityków, kręcących się po wałęsowym ogródku, żeby przypomnieć się łaskawej pamięci jego i jego żony. A cała reszta obsługi historycznych aspiracji społeczeństwa pozostawałaby już tylko w rękach polityczno-biznesowo-medialnych trójek, wyznaczonych przez „sam pan wiesz, kogo", które by informowały, że, odwrotnie do tego, co nam się dotychczas wydawało, to nie Bulc nie wiedział w 1980 roku, kim jest Borowczak, a - wręcz przeciwnie - to Borowczak nie wiedział, kim jest Bulc.
Wróćmy jednak do pierwszej bohaterki mojego dzisiejszego tekstu, pani Anny Walentynowicz. Przyjechała więc ta młoda wtedy jeszcze kobieta do Gdańska, podjęła pracę w tej fabryce margaryny, skończyła kurs spawacza, poszła pracować do Stoczni, a później, po latach, któregoś dnia uznała, że trzeba tępić czerwoną hołotę i rzuciła się w ten ogień.
W Dzienniku, również dzisiejszym, Robert Mazurek rozmawia ze Sławomirem Cenckiewiczem, który przypomina swoją rozmowę z Adamem Hodyszem - kolejnym bezlitośnie zapomnianym bohaterem lat Solidarności, który mu miał kiedyś powiedzieć:
„To bzdura, że najłatwiej było zwerbować robotników. Robotnik myślał tak: ‘Stoję przy imadle tutaj, to jak mnie wypieprzą ze stoczni, to będę stał przy imadle gdziekolwiek'. Natomiast naukowiec, literat, jak usłyszał od SB, że koniec z jego wspaniałą pracą, czy wydawaniem książek, miękł łatwiej.”
Ktoś powie, że to nieprawda. Bo na przykład, raz to Wałęsa był Bolkiem, innym razem Maleszka - Ketmanem. Raz bohaterem była Anna Walentynowicz, innym razem tym, który się nie ugiął był Zbigniew Herbert. No wiec, pozostaje nam w takim razie ustalić, kto stanowił regułę, a kto był od tej reguły wyjątkiem. Historycy w IPN-ie mają odpowiednie klucze, więc mogą nam coś na ten temat powiedzieć. Ja mogę tylko polegać na swojej ograniczonej wiedzy i intuicji. A zarówno moja wiedza, jak i intuicja, mówią mi, że Walentynowicz nie była wyjątkiem. Wyjątkiem był Wałęsa i Herbert. Tak na marginesie, ciekawe to bardzo i paradoksalne, że to akurat jedyne miejsce, gdzie ci dwaj słynni Polacy są w stanie się zejść.
Ale, niezależnie od tego, jak się te wyjątki z regułami układać będą, nie mówimy o nich. Tych dwóch, a już zwłaszcza Wałęsę, jestem w stanie zrozumieć. Mówimy o Annie Walentynowicz. Ja bym bardzo chciał wiedzieć, jak to się stało, że ona skoczyła w pewnym momencie w ten ogień i nie było takiej mocy, żeby choć przez krótką chwilkę pomyślała, że to jest zbyt bolesne, albo nieopłacalne, albo po prostu za trudne. Jak to się stało, że nie skorzystała z tylu ciekawszych ofert? A musiała ich mieć bez liku. Chciałbym, żeby ktoś się ją o to zapytał, żeby o tym opowiedziała, żeby ogólnopolskie media pozwoliły nam usłyszeć historię kogoś właśnie takiego. Ale pewne nie usłyszymy. Już Bogdan Borusewicz wyraźnie powiedział, że on sobie nie życzy, żeby można było opowiadać jego historię i historię tych, którymi on gardzi, na tych samych zasadach. Że albo on, albo oni. A w tej sytuacji, nawet gdyby ktoś się nad wyborem zastanawiał, wybór jest jasny.
No więc pewnie nie usłyszę już opowieści Anny Walentynowicz. Trudno. Ale sobie jakoś poradzę. Będę patrzył na zdjęcia. Na zdjęcie Wolszczana, zdjęcie Herberta, zdjęcia Wałęsy, i wreszcie na to dzisiejsze zdjęcie Walentynowicz. Będę patrzył na nią, jak stoi w tym swoim płaszczu, z siwymi włosami i z tą kulą, na tym smutnym i pustym placu. I będę już wiedział.

sobota, 28 sierpnia 2010

Jak być kochaną?

Niniejsza notka powstawała w bólach i bardzo niechętnie. Czy to dlatego, że – absolutnie wyjątkowo – przy jej narodzinach po raz pierwszy brała udział pani Toyahowa, czy może dlatego, że sam miałem co do niej mnóstwo bardzo poważnych wątpliwości – nie wiem. Fakt jest taki, że po raz pierwszy w zyciu piszę coś, co do czego mam przekonanie, że to moje pisanie może nie mieć najmniejszego sensu. Co do samej Toyahowej, ona w momencie jak powiedziałem, że jednak spróbuję, w ogóle uznała, ze jestem samobójcą.
Ciekawe jest przy tym to, że tak naprawdę, to ja przedstawiłem teoretyczne podstawy pomysłu, by zamiast wylewać te żale, pójść coś zjeść, albo popatrzeć, co dają w telewizji. Otóż właśnie to powiedziałem mojej żonie, kiedy przed momentem jeszcze sobie spokojnie rozmawialiśmy, że jakikolwiek tekst tu na blogu na ten temat nie ma najmniejszego sensu, ponieważ większość czytających osób problemem się nie zainteresuje, część go nie zrozumie, a część – ta, która się zainteresuje i go zrozumie jak najbardziej – dostanie cholery i odstawi pierwszej klasy trolling.
Jednak nie wytrzymałem. Myśl o tym, że są rzeczy z mojego punktu widzenia wołające o pomstę do nieba, a jednocześnie tak strasznie lekceważone, nie dawała mi spokoju do tego stopnia, że – jak widać – siedzę i piszę, co mi siedzi na sercu. Tak się złożyło, że wczoraj jeszcze kupiliśmy Rzeczpospolitą, a w niej znaleźliśmy artykuł o tym, co minister Hall robi, by nikt nie powiedział, że ona nic nie robi. Niedawno wspomniałem o pomyśle Ministerstwa – jak się zdaje już zaklepanym – że bieżący rok szkolny będzie trwał tydzień dłużej, co oznacza, że w czerwcu przyszłego roku dzieci będą wagarowały, a nauczyciele będą siedzieli w pokojach nauczycielskich i wypełniali dzienniki, nie przez trzy tygodnie ale aż przez cztery. Najnowsza informacja – przekazana jak najbardziej starannie przez red. Lisickiego – jest taka, że od września tego roku polscy nauczyciele dostaną kolejną podwyżkę, a pani Toyahowa – bo przecież nas to przede wszystkim interesuje – zamiast dotychczasowych 4200 zł. będzie dostawała 4500.
To jest właśnie to, co najpierw sprawiło że zaczęliśmy sobie gadać, potem kazało nam uznać, że nawet nie warto się pieklić, a w rezultacie jednak zmusiło już mnie osobiście, by zaryzykować i siąść do tego tekstu. Bo o co chodzi? Od czasu gdy ministrem edukacji została kobieta przedstawiająca się jako żona Aleksandra Halla, dochodzą do nas wieści, że jakoby pani Toyahowa, pracując w szkole – i to szkole nie byle jakiej – od wielu, wielu lat, jako nauczyciel dyplomowany (gdyby ktoś nie wiedział, wyżej się już nie da), zarabia dwa razy więcej, niż zarabia. Z najnowszych danych opublikowanych właśnie przez Rzeczpospolitą – za informacją płynącą z MEN-u – wynika, że od tego roku pensja mojej żony będzie wynosiła nie 2200, ale już ponad 4500 złotych. Co więcej, jak się okazuje, to tylko nam się wydawało, że te 2200 to jest coś realnego. Dane Ministerstwa pokazują wyraźnie, że to nie było 2200, ale 4200, natomiast my jesteśmy bezczelnymi kłamcami. Co w sytuacji nauczycieli, którzy, jak całe społeczeństwo od lat świetnie wie, są głupimi leniami i pasożytami, jest grzechem szczególnym. I jestem przekonany, że taki jest własnie efekt zamieszczanych tego typu komunikatów. Ludzie czytają, że nauczyciel w Polsce za swoją nędzną pracę – 18 godzin w tygodniu, 8, czy 9 miesięcy w roku – dostaje 4500 zł i wciąż narzeka, i w tym momencie jedyne co im chodzi po głowie, to to, by jednego z drugim wziąć na bok i im zwyczajnie wpieprzyć.
I w tym momencie chciałbym wrócić do moich wstępnych obaw dotyczących potencjalnych reakcji na tego typu wpis. Chodzi mianowicie o to, że najpewniej większa część osob czytających kolejne żale jednego jeszcze z nauczycieli, wzruszy na nie ramionami, dokładnie tak jakby wzruszyła ramionami na tekst pisany przez lekarza, czy górnika. Inni pomyślą sobie, że no tak, władza jak zwykle kłamie, a ludzie głodują – nic nowego. Inni z kolei dostaną cholery, że oto mamy kogoś, kto pracuje cztery godziny dziennie, przez 8 miesięcy w roku, w dodatku jeszcze przez ten nędzny czas albo drąc mordę na dzieci, albo dla odmiany bezmyślnie gapiąc się w okno, i ma czelność narzekać, że za to swoje nieustanne opieprzanie się, dostaje „tylko” 2200 złotych. Że wam, skurwysyny, nawet stówa miesięcznie za to co robicie się nie należy!!! A więc po co w ogóle sobie i innym zawracać głowę?
Otóż sprawa jest daleko bardziej poważna. Bo, jak można się spodziewać, tego typu problemy co nauczyciele, ma cała tzw. budżetówka. Wciąż słyszymy narzekania płynące od lekarzy, policjantów, kolejarzy, pracowników administracji państwowej, że nikt nawet nie wie, jak oni są niesprawiedliwie traktowani przez państwo. I narzekania te stały się już tak powszednie, że obchodzą one wyłącznie samych ich autorów. Policjanci krzyczą, że mają ciężko, na co nauczyciele mówią, żeby się zamknęli i najpierw zaczęli łapać złodziei. Zaczynają płakać urzędniczki w ZUS-ach, na co większość społeczeństwa na to reaguje wyłącznie hasłem: „Dobrze wam, suki!”. Z pretensjami przychodzą kolejarze, i natychmiast słyszą, że może zamiast marudzić, niech lepiej umyją ten syf, który zalega te ich pociągi. Lekarze i pielęgniarki podnoszą krzyk, że muszą harować za grosze, a na to każdy z nas gotowy jest opowiedzieć dziesiątki fascynujących historii o swoim znajomym lekarzu i o tym, co pielęgniarka potrafi zrobić z chorym człowiekiem. A na to wszystko odzywa się władza i przedstawia dane, z których wynika niezbicie, że w ciągu ostatnich dwóch lat wszyscy oni otrzymali podwyżki w wysokości 100, 200, czy 1000 procent – obojętne. I znów, jeśli ktokolwiek z nich powie, że to nieprawda, cała reszta wzruszy ramionami i powie, że „oni wszyscy wciąż tak gadają”.
Nie znam się na lekarzach, czy górnikach. Natomiast świetnie się znam na nauczycielach, i gdyby tylko ktokolwiek chciał ze mną na ten temat pogadać, jestem zawsze gotowy. Wiem zatem bardzo dobrze, że to właśnie wśród nauczycieli reżim cieszy się największym poparciem. To właśnie nauczyciele, mimo swojej nędznej sytuacji, gotowi są oddać życie za to, by minister Hall w dalszym ciągu, i to do końca świata, zajmowała się ich sprawami. Oni z jednej strony jej pasjami nienawidzą, a z drugiej strony, na jeden gwizdek, pójdą za nią w ogień. Jest to sytuacja doskonale absurdalna, a mimo to świetnie znana, może nie samej Hall, bo ona akurat może nie wiedzieć nic, ale tym, którzy Hall płacą. Oni doskonale wiedzą, że najpierw posłuszeństwo, a później wręcz miłość, można zdobyć biorąc człowieka za mordę i traktując go wyłącznie jak szmatę. Ta metoda została świetnie sprawdzona w skali globalnej przez całe lata reżimu sowieckiego, ale również na skromnym poziomie rodziny. Wystarczy tu przypomnieć sobie choćby kampanię pod tytułem „Bo zupa była za słona”.
O tak! Rodzina. To świetny przykład. Siedzą sobie ludzie na przyjęciu, a wśród nich pan i pani. Pani ma oczy zapuchnięte od łez, pod okiem ledwo widoczny ślad jakiegoś starego siniaka, pan ją trzyma czule za rękę, nazywa ‘koteczkiem’, a wszystkim dookoła opowiada, jakie go szczęście w życiu spotkało, że trafił na tak cudowną kobietę. Ta pani go słucha i najchętniej by mu poderżnęła gardło, tyle że jest ktoś jeszcze, kogo ona gotowa jest nienawidzić jeszcze bardziej – tego, kto powie jedno złe słowo na jej męża. Dlaczego? A skąd mam wiedzieć? Nie jestem psychologiem, leczy tylko głupim nauczycielem.
Jestem przekonany, że ludzie którzy rządzą Polską świetnie znają ten mechanizm. Nawet jeśli, podobnie jak ja, nie wiedzą jakie są jego źródła, znają go znakomicie i potrafią go idealnie egzekwować. I myślę sobie, że kiedy Ministerstwo Edukacji Narodowej wydaje komunikat następującej treści: „Średnia pensja stażysty wzrośnie w stosunku do września 2009 z 2287 do 2447, nauczyciela kontraktowego z 2538 do 2716, mianowanego z 3293 do 3523, a dyplomowanego z 4208 do 4502”, to ta informacja, wbrew wszelkim pozorom, nie jest kierowana najbardziej do społeczeństwa, żeby albo pokazać mu, jak rząd dba o nauczycieli, lub by je na tych nauczycieli napuścić, lecz przede wszystkim do samych nauczycieli. Żeby im powiedzieć, że właśnie ich los się znacznie poprawił, a jeśli myślą, że nie, to niech wypierdalają, bo i tak nie mają nic do gadania. I słyszący to nauczyciele najpierw drętwieją ze zdziwienia, potem z grozy, a potem już tylko siedzą w milczeniu i szepcą: „Tak, kochanie. Wiem, kochanie.”
Oto nasza Polska. Lubimy ostatnio narzekać, że gdzie człowiek nie spojrzy, to pełny chaos. Otóż nie. Tu nie ma mowy o jakimkolwiek chaosie. Tu wszystko jest jak najbardziej pod kontrolą. Podejrzewam, że nawet ci bandyci w szalikach, którzy rozpieprzyli w Bydgoszczy swój piękny, świeżo-wybudowany stadion, tez są pod kontrolą. Ich każdy pojedynczy oddech jest świetnie rozpoznany, nazwany i odpowiednio wykorzystany. Jak? To już temat na inną rozmowę.

piątek, 27 sierpnia 2010

Niezwykła historia o cudownym upodobnieniu psa do właściciela

Najpierw, jak słyszałem, półtoragodzinna telewizyjna transmisja, a późnie już tylko wciąż powtarzane relacje ze spotkania Donalda Tuska z prezesami funduszy, robią oczywiście wrażenie niemal w każdym swoim fragmencie, niemniej mam wrażenie, że wciąż w tym wszystkim umyka nam coś znacznie większego, niż ta niezwykła – to prawda, to prawda – kompromitacja nie tylko przecież samego Tuska. Możliwe nawet, że jeśli wczoraj TVN24 przez cały dzień tak bezlitośnie szydził z tego co nam tam wyszykowano, i to do tego stopnia, że przedstawiono naszego premiera wyłącznie jako naszą skromną odpowiedź na projekt o nazwie ‘Władimir Putin’, to wcale nie po to, by Tuska pogrążyć, ale żeby wyprzedzić atak i nie dopuścić do tego, by opinia publiczna zobaczyła w tym przedstawieniu to coś, co już naprawdę przeraża.
Wszyscy pamiętamy te ruskie obrazki z Putinem przebranym za kowboja na koniu, pędzącego po jakiś wertepach; pamiętamy ów słynny film pokazujący Putina jak zabija groźnego tygrysa; wczoraj nam przypomniano mrożącą krew z żyłach scenę, kiedy to Putin każe jakiejś bandzie lokalnych gangsterów coś podpisywać; również wczoraj mogliśmy zobaczyć tego samego Putina, jak pędzi motorówką po wodach Kamczatki strzelając z kuszy do wielorybów. Dziś widzimy Donalda Tuska, jak grzmi na prezesów OFE, a obok niego Pawła Grasia z miną idioty, który uznał, że poważny urzędnik powinien wyglądać poważnie i groźnie, i tę myśl, ku uciesze publiczności, stara się wcielać w życie, no i samych prezesów jak wiją się przed surową władzą i obiecują poprawę, i czujemy, że oczywiście historia przyspieszyła, ale że jednocześnie, w tym wszystkim jest jeszcze coś. Coś – jak mówię – znacznie większego.
Myślę, że nie ma wśród nas nikogo, kto by sądził, że na pomysł tego cyrku z prezesami wpadł sam Tusk. Chyba nikt nie wierzy w to, że on któregoś dnia zobaczył, jak Putin bierze za mordę tych swoich oligarchów, lub choćby tego tygrysa, i postanowił, że on też tak chce. Że to jest droga i przyszłość. Że oto nowoczesna, skuteczna polityka na miarę wyzwań, jakie przed nami stoją. Aż taki odważny to on nie jest. Jemu ktoś musiał kazać pójść w tym kierunku. Oczywiście, nie możemy zapominać, że Tusk jest tu idealnym wykonawcą tego typu poleceń. Że kto inny aż tak dobrze by się tu nie nadał. Nie należy też wykluczać, że dla Tuska Putin to autentyczny wzór i autorytet i że on, kiedy nikt nie patrzy, staje przed lustrem i ćwiczy odpowiednie miny, odpowiedni krok, odpowiednie oczy. Że to fizyczne podobieństwo, jakie między nimi dwoma staje się coraz bardziej oczywiste, to nie natura – tak jak to się czasem dzieje między psem, a jego właścicielem – lecz efekt intensywnego treningu. Natomiast trzeba nam wszystkim wiedzieć, że z całą pewnością pomysł z prezesami to część szerszej strategii, którą Tuskowi podpowiedzieli jego krawcy. Ktoś musiał uznać, że numer ‘na Putina’ może się wyborcom podobać.
Wczoraj, któryś z tefauenowskich redaktorów powiedział, że to co podczas tego spotkania odstawił Tusk, może dziwić, ale wyłącznie w świecie Zachodu, do którego Polska tak bardzo aspiruje. Tym samym zasugerował, że gdyby z czymś takim wyskoczył Sarkozy, czy nawet Obama, wzbudziłby wyłącznie zażenowanie, a może i wściekłość opinii publicznej. W świecie Wschodu natomiast rządzący świetnie wiedzą, że tu nikt od nich nie oczekuje standardowego umiaru, wdzięku i elegancji, lecz właśnie maksymalnej tandety, przejawiającej się czy to w kopaniu piłki, czy to skakaniu po drzewach z pistoletem, czy choćby zaledwie robieniu komiksowych min. I to jest to co mnie w tym przestawieniu zaniepokoiło. Bo oto zaczynam się obawiać, że piarowskie otoczenie Donalda Tuska idealnie odczytało przeciętny stan polskich umysłów. Oni musieli uznać, że my jesteśmy tak głupi, tak dzicy, tak bardzo oddaleni od wszystkiego co stanowi współczesną europejską cywilizację, że należy nas traktować nie jak nowoczesne społeczeństwo, lecz jak mieszkańców post-sowieckiego folwarku. Że jeśli Donald Tusk będzie się zachowywał jak zwykły Europejczyk ludzie go pomału odstawią na bok. Że on stanie się nieinteresujący, bo jakiś taki… obcy.
Tym samym, oni właściwie przedstawili swoje spojrzenie na Polskę i na to jak Polska ma wyglądać najbliższych latach, tak by im było najlepiej. Że mianowicie miejsce Polski jest w Europie tylko formalnie, natomiast jeśli idzie o społeczny i kulturowy wymiar tego przedsięwzięcia, nasze miejsce jest jak najbardziej słusznie na Wschodzie. I w tym momencie, z prawdziwym przerażeniem nie możemy nie zauważyć, że ta obłąkana myśl idealnie uzupełnia, a może zwyczajnie podąża, lub kto wie, czy nie wyprzedza wszystkiego tego, co możemy od pewnego czasu obserwować w przestrzeni politycznej. W dzisiejszej Rzeczpospolitej prof. Krasnodębski zwraca uwagę na fakt, że o ile za swojego życia, prezydent Lech Kaczyński nazywany był ‘kartoflem’, czy ‘kurduplem’, obecny prezydent coraz częściej funkcjonuje w publicznej świadomości jako „Komoruski’. Wszyscy wiemy o planowanym uczestnictwie ruskiego ministra w dorocznym spotkaniu naszych ambasadorów, wciąż słyszymy te ruskie dźwięki ruskich piosenek z amfiteatru w Zielonej Górze, wciąż pamiętamy sprawę bolszewickiego pomnika w Ossowie, codziennie otrzymujemy nowe informacje na temat tego, co Rosja, za pełnym przyzwoleniem naszych władz, wyprawia z pamięcią ofiar katastrofy smoleńskiej, nie ma dnia, byśmy coraz skuteczniej nie przekonywali się o tym, że władze Platformy Obywatelskiej błyskawicznie odtwarzają naszą starą polityczną podległość w stosunku do Rosji. I oto nagle mamy dowód na to, że dla ludzi, którzy dorwali się do Polski, to co ni robią, opiera się na jak najbardziej teoretycznie uzasadnionych podstawach. Że oni są szczerze przekonani, że miejsce Polski i Polaków jest w sposób naturalny na Wschodzie. I że tak jest dobrze. Nawet jeśli tylko dla nich i ich kochanek.
Wielokrotnie, w sytuacjach różnych politycznych napięć, padały słowa naprawdę ciężkie, włącznie z tymi, że kiedy przyjdzie czas, niektórzy z nich będą musieli stanąć przed sądem. Czy to za smoleńską katastrofę, czy choćby za zwykłe oszczerstwa, jakie dotknęły ludzi uczciwych i czystych. Kiedy patrzę na Donalda Tuska, jak siedzi przed tymi prezesami i cofa nas w stronę jakichś stepów i pustych zamarzniętych przestrzeni, a gdzieś w tle widzę paru ważnych organizatorów tego strasznego projektu, myślę sobie, że jak przyjdzie czas, nikt się nie będzie poprzejmował żadnymi sądami. Ich wszystkich się zwyczajnie odeśle pod Moskwę. Jak? Wszystko jedno jak. Choćby tak, że zbuduje się im tu takie piekło, że oni sami poproszą, żeby im tylko dać bilet na samolot. O, tak! Na samolot. To by było coś.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Don Paddington: O bojaźni bożej

Już kiedy pisałem poprzednią notkę, czułem, że nie będzie łatwo. A tu tymczasem okazuje się, że nawet ja nie przewidziałem, jak bardzo łatwo nie będzie. Nawet biedny Don Paddington poskarżył się do nas, że nie daje rady, i choć obiecał, że się postara, to wszystko wskazuje na to, że wciąż leje i walą pioruny. Ale w końcu, od czego się ma przyjaciół, proszę Księdza, prawda? Jakiś czas temu, na naszym blogu przetoczyła się pewna niezwykła rozmowa, gdzie absolutnym mistrzem ceremonii stał się właśnie ksiądz Paddington. Ja już się zamykam. Oddajmy mu głos, bo to jest dziś wszystko, czego nam potrzeba. Absolutnie wszystko.
Swego czasu, gdy byłem pobożnym klerykiem, zdarzało się, że byłem posyłany na tzw. asystę. Owa asysta polegała na tym, że kleryk (sam lub z kolegą) udawał się – zazwyczaj w niedzielę - do wyznaczonej parafii i „uświetniał” oprawę Mszy Świętych, czytając Słowo Boże, śpiewając Psalm responsoryjny, wygłaszając pogadankę dla ministrantów, a niekiedy krótkie „kazanie” o charakterze powołaniowym, skierowane do wszystkich uczestników Liturgii. Generalnie chodziło o to, by kleryka było widać i słychać, oraz – co było chyba najważniejsze – by kleryk nauczył się czegoś (oczywiście czegoś dobrego!), przypatrując się księżom pracującym w parafiach. Niekiedy owe asysty zbiegały się z pobytem w parafii któregoś z księży Biskupów, akurat przeprowadzającego wizytację kanoniczną, bądź bierzmującego młodzież.
Asysta, o której chcę opowiedzieć, dotyczy właśnie sytuacji zakończenia wizytacji biskupiej w pewnej poznańskiej parafii – wizytacji, której dokonywał Ksiądz Arcybiskup, śp. Jerzy Stroba. Po zakończeniu uroczystej Mszy Świętej, Proboszcz zaprosił ks. Arcybiskupa, Jego kapelana, duchowieństwo dekanalne oraz kleryków na kolację. Ordynariusz – jak to miał w zwyczaju – zniknął na paręnaście minut w proboszczowskim pokoju, by odświeżyć się po Liturgii, a pozostałe towarzystwo trwało w oczekiwaniu na rozpoczęcie wieczerzy, zajadając zakąski, pijąc chłodne napoje i gaworząc o tym i owym. Jako skromny kleryk stałem wraz z kolegą pod ścianą, nieśmiało popijając oranżadę i przysłuchując się to tej, to tamtej grupce dyskutujących księży. Tematem tych dyskusji (czytaj: żartów i żarcików) był nieodmiennie ks. Arcybiskup, a mówiąc ściśle, Jego wielkopańskie maniery, zwane przez niektórych zachciankami.
Śp. ks. Arcybiskup Jerzy Stroba był Ślązakiem i miał zwyczaj zwracać się do księży per „Panie”, co ponoć było powszechnym zwyczajem na Śląsku, ale w Wielkopolsce uchodziło za dziwactwo i nietakt. W relacjach bezpośrednich bywał szorstki, nie silił się na uprzejmości, z nikim się nie spoufalał, nie miał też litości dla pochlebców i leni. Należał do grona tych hierarchów (myślę, że można ich nazwać konserwatystami), którzy alergicznie reagowali na słowo „rewolucja” i dziwili się, gdy ktoś chrześcijaństwo sprowadzał do frazy: „Kochaj Jezusa i bądź miły dla sąsiada”. Oprócz tego znał się na francuskiej kuchni i francuskich winach, uważał że polski żurek jest najlepszą zupą na świecie, lubił jazz, a przy tym wszystkim był bardzo inteligentnym, przenikliwym, wymagającym, wiedzącym czego chce przełożonym i bezgranicznie oddanym Kościołowi Pasterzem. Krótko mówiąc: nie miał w sobie nic z tzw. humanisty, a więc budził trwogę, czyli był KIMŚ! Niestety, jest coś takiego w glebie bądź powietrzu, co powoduje, że niektórzy ludzie – niestety bywa, że także ludzie w sutannach – im bardziej czują przed KIMŚ respekt i im bardziej zapominają o języku w gębie w razie konfrontacji z owym KIMŚ twarzą w twarz, tym bardziej są skłonni do podkpiwania sobie z owego KOGOŚ (podkpiwania – oczywiście! – za Jego plecami.
Owo nieuchwytne „coś” zadziałało także w gronie wspomnianych księży, oczekujących „przedkolacyjnie” na pojawienie się ks. Stroby. Zebrane w saloniku duchowieństwo, korzystając z nieobecności Przełożonego, wesoło kpiło sobie ze zwyczajów czy sposobu wysławiania się Ordynariusza, a także z relacji jakie istniały między Hierarchą a Jego kapelanem.
Smaczku niniejszej opowieści niech doda fakt, że kapelanem ks. Arcybiskupa był wówczas młody wykładowca dogmatyki w Seminarium Duchownym, doktor (chyba już wtedy habilitowany) teologii, bardzo pokorny człowiek: ks. Tomasz Węcławski. Mówiąc o pokorze księdza kapelana, mam na myśli autentycznie pełną oddania służbę przy Ordynariuszu. Z powodu owej służby, seminaryjny profesor stał się dla diecezjalnego duchowieństwa obiektem żartobliwego współczucia, oraz adresatem niewybrednych pytań dotyczących sposobu bycia Arcybiskupa i posług, które kapelan musi przy Nim spełniać.
Wspominanego tutaj wieczoru, ksiądz Węcławski nieustannie był nagabywany – ku radości wszystkich zebranych – by opowiedział trochę o budzących wesołość wielkopańskich zwyczajach ks. Stroby, bądź ujawnił co czuje doktor habilitowany świętej teologii, gdy musi nad głową swojego Pryncypała trzymać parasol, chroniąc Go przed ulewnym deszczem, ale samemu przemakając do suchej nitki. Im więcej było tego rodzaju pytań, tym księżom było weselej, a i ja sam wraz z kolegą, bezwstydnie zaśmiewałem się z coraz grubszych żartów. Ksiądz kapelan początkowo nie odpowiadał na zaczepki, uśmiechając się niepewnie, ale kiedy poziom owych kpin z Ordynariusza przekroczył granice jakiegokolwiek (a co dopiero dobrego) smaku, podniesionym głosem powiedział następujące zdanie: „Dosyć! To jest Biskup, Następca Apostołów!”.
Na takie dictum, wszyscy momentalnie zamilkli i bez słowa, w ciszy, czekali na ks. Arcybiskupa. Owa cisza nie była spowodowana tym, że ks. Węcławski był KIMŚ i z tej racji księża – z respektu dla autorytetu Tomka (tak go nazywali) – postanowili wziąć pod uwagę jego słowa. Chodziło o coś znacznie ważniejszego, a przy tym prostszego: nie lubiliśmy ks. Arcybiskupa Stroby i baliśmy się Go; rozumieliśmy jednak, że nasz Ordynariusz jest bezdyskusyjnym uosobieniem desygnatu nazwy „Biskup! Następca Apostołów!”
To zaś co bezdyskusyjne, nie podlega dyskusji i stąd cisza.
W tym momencie odezwał się nasz brat LEMMING i sformułował pewną prośbę. Oto ona i odpowiedź Księdza:
W przeciwieństwie do Księdza wpisu, to co ja napiszę poniżej będzie już całkiem nie na temat, ale Ksiądz przywołuje Węcławskiego, a ja mam przed oczyma jego niedawne zdjęcie z poznańskiej parady równości, gdy idzie pod pachę ze swoją kobietą, ubrany w taką dziwną skórzaną kurtkę (zdjęcie tutaj http://poznan.gazeta.pl/poznan/51,36037,7255648.html?i=5
I myślę tez o Bartosiu i Obirku, i o trochę mniej znanym przypadku tego komunisty Kurkiewicza, który o ile wiem dłuższy czas spędził w dominikańskim nowicjacie, a obecnie w radio TOK FM zajmuje się publicystyką składającą się ze słów "socjolożka" i "naukowczyni" i tym podobnych. A więc kiedy o tym wszystkim myślę, calkiem bez gniewu a ze szczera troska, to nie umiem dojść do żadnego uogólniającego wniosku. Jedyne uczucie jakie żywię, to, proszę sobie wyobrazić, silna bojaźń Bożą. To znaczy mam wrażenie, że oni wszyscy nie zdali jakiegoś ważnego testu, za co juz spotkała ich ogromna kara, a jest to tylko zapowiedź tego co ich jeszcze spotka. Że im się objawił Bóg starotestamentalny, Bóg który pozwalał doświadczać Hioba, tylko że w przeciwieństwie do Hioba - oni "pękli".
Rad bym poznać Księdza opinię w tym względzie (kiedyś już Ksiądz o tym napomykał, o tym ze nie wytrzymali konfesjonału, to mi się również zdaje ciekawa obserwacja.
Marcin, brat ks. Tomasza, jest również księdzem, proboszczem na poznańskiej Wildzie. To bardzo dzielny i pobożny kapłan. Apostazja brata była dla niego wielkim ciosem, a tłumaczy ją obłędem. Obłęd? Może tak, może nie: nie wiem. To wszystko jest dla nas bardzo trudne, zwłaszcza dla młodszych księży, dla których Tomasz był wychowawcą. On był pod wieloma względami imponujący, ze względu na wyróżniającą go spośród innych erudycję i widoczną u niego wewnętrzną dyscyplinę. Klerycy określali go mianem „Suchy” i ta ksywka dość dobrze oddaje jego charakter.
Jako teolog był „rahnerystą”, czyli ukąszonym przez Heideggera, a jeszcze wcześniej pewnie przez Kanta. Pamiętam, że na studiach podyplomowych Tomasz miał jakiś monograficzny wykład i na koniec, by zaliczyć, trzeba było napisać pracę o bodajże tzw. metodzie transcendentalnej w teologii Rahnera. Rozpisałem się trochę w tej pracy, pokazując ciąg Kant-Heidegger-Rahner, jako winnych subiektywizmowi we współczesnej filozofii i teologii: jeśli ktoś ulega wpływowi tych myślicieli, to nie tyle bada świat, człowieka i Boga znajdujących się poza człowiekiem, lecz raczej bada to, co sobie w umyśle jako świat, człowieka i Boga skonstruował. Słowem: czysty idealizm (to coś w rodzaju obelgi. Tomasz zbeształ mnie za takie ujęcie i stwierdził, że niestety niewiele z Rahnera rozumiem. Niezbyt się przejąłem tą opinią ks. profesora, a ponieważ tak nie do końca był w stanie przekonać mnie o obiektywistycznych walorach rahneryzmu, pozostałem przy swoim stanowisku, zaliczając wykład na „dostatecznie”.
Piszę o tym, ponieważ opisany wyżej sposób uprawiania teologii, stał się wg. mnie jedną z przyczyn, dla których Tomasz zaczął kwestionować bóstwo Chrystusa, czy rolę Kościoła.
Oczywiście mogę się mylić i tak naprawdę, za apostazją Tomasza stoi zaledwie kobieta i urażone ambicje, a wszystko inne jest dorobioną ideologią.
LEMMING napisał o bojaźni Bożej. Czytałem ostatnio książkę Neila Geimana „Amerykańscy Bogowie”. Przyzwoite sci-fi z nieźle zapętloną akcją. Jest tam taka scena, w której bohater książki o imieniu Cień, przybywa do pewnego amerykańskiego miasteczka. Zaprzyjaźnia się tam z miejscowym policjantem Chadem Mulliganem, któremu od czasu do czasu towarzyszy w jego pracy. Któregoś dnia jest świadkiem, jak Chad łapie kierowców za nadmierną prędkość i wlepia im mandaty. A na koniec Chad „zatrzymał nastolatków jadących ponad dziewięćdziesiątką. Nie dał im mandatu, a jedynie zasiał w ich sercach lęk Boży”.
Może to jest tak, że w życiu takich księży jak Tomasz, w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu nie pojawił się żaden Chad, który by ów lęk Boży w sercach zasiał?

środa, 25 sierpnia 2010

Gdy Krzyż trafił na margines

Przed chwilą przed klasztorem na Jasnej Górze pojawili się biskupi i przynieśli nam z dawna wyglądane rozwiązanie naszych zmartwień. Otóż powinno dojść do spotkania prezydenta Komorowskiego, Donalda Tuska, Bufetowej, Waldemara Pawlaka, Grzegorza Napieralskiego i Jarosława Kaczyńskiego i oni wszyscy powinni uradzić, co zrobić z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu.
Kiedy usłyszałem tę informację, pomyślałem sobie, że muszę wymyślić z tej okazji jakiś paradny żart, czyli na przykład coś w stylu, że bardzo jestem dumny z moich biskupów i mam tylko jedną małą poprawkę, by wśród uczestników tej słodkiej debaty znalazł się jeszcze Kaszalot. Albo że może w tej debacie powinien wziąć jeszcze udział biskup Nycz, żeby swojemu kumplowi Komorowskiemu od czasu do czasu wytłumaczyć, jak to było z tym Jezusem. Ale jakoś, cholera, nie jest mi do żartów. Bo co w tym zabawnego, że Kościół, który zawsze, w sytuacjach choćby nawet najbardziej dramatycznych, potrafił się wznieść ponad głupi strach i nędzną doczesność, nagle postanowił oddać pole niemal bez walki? I to nawet nie na poziomie też prostej przecież polityki, ale na poziomie Krzyża. A więc samej podstawy i sensu bycia. Co za wstyd!
A zatem, żartów nie będzie. Wszystko będzie śmiertelnie poważne i przynajmniej częściowo próbujące wyjaśnić problem, z jakim mamy do czynienia. A problem to nie byle jaki. Bo, o ile sobie przypominam, poza paroma krótkimi, bardzo kryzysowymi zapaściami, Kościół nigdy nawet nie drgnął na poziomie czystej wiary. Różne chwile były w polityce, bywało lepiej i gorzej, kiedy oczekiwaliśmy od Kościoła zdania w kwestiach ogólnospołecznych. Mieliśmy księży leni, księży głupków, księży pijaków, agentów i dziwkarzy. Kiedy jednak dochodziło do kwestii priorytetowych, tam nie było nawet jednego obcego oddechu. Do dziś pamiętam cudowne kazanie biskupa Życińskiego o trzech Maryjach. Dziś władza wokół najważniejszego krzyża w Polsce zbudowała podwójny, czy może już w tej chwili potrójny kordon, odgradzający od niego ludzi pobożnych i tworzący ten nieprawdopodobnie bolesny pomnik nienawiści do jednego dobrego człowieka, a Kościół mówi – dajcie nam spokój. To nie nasza sprawa. Czemu tak mówi? Czemu ogarnął go tak okrutny strach?
Opowiem pewną historię, niemal całkowicie prawdziwą. Otóż w moim mieście mieszkają pewni starsi już państwo, którzy szczycą się tym, że są bardzo blisko zaprzyjaźnieni z naszym arcybiskupem Zimoniem. Bezpośrednio, muszę powiedzieć, że znam tych państwa ledwo-ledwo. Natomiast wiem, że arcybiskup Zimoń bywa u nich w domu, podobnie jak bywał wielokrotnie wcześniej, tak jak my bywamy u ludzi, których znamy i lubimy. Nic szczególnego. Podobnie jak wielu innych księży, w tym i biskupów, a i przecież jak wiemy i papieży, arcybiskup Zimoń nie jest w stanie prowadzić zycia towarzyskiego wyłącznie na poziomie swojego sekretarza, czy gospodyni, bo by od tego najzwyczajniej zgłupiał. A tego nikt z nas by nie chciał. Więc ma różnego rodzaju znajomych, czy przyjaciół, którzy go inspirują na przeróżnych poziomach.
Państwo o których mówię są ludźmi niezwykłymi o tyle, ze nie każdy z nas może się chwalić przyjaźnią z samym arcybiskupem. Natomiast to co w nich jest jak najbardziej zwykłe, to to że oni są opętani polityką dokładnie tak jak dziś wielu z nas, i podobnie jak wielu dziś z nas, gdyby tylko uzyskali odpowiednie gwarancje, to do tej wawelskiej krypty zgodziliby się nawet dorzucić i Jarosława Kaczyńskiego z kotem. Jak mówię, potrzeba im tylko gwarancji. Nienawiść jaką ci państwo czują do Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej do Lecha Kaczyńskiego, jest wręcz modelowa, jeśli tylko wiemy, co mam na myśli mówiąc o modelu. Jak mówię, osobiście tych państwa znam w stopniu niewielkim, natomiast bardzo dobrze znam innych ich serdecznych przyjaciół, poza Arcybiskupem. I stąd właśnie wiem, jak bardzo polityka na poziomie właśnie roztrząsania szans, jakie Jarosław Kaczyński ma na długie życie, stanowi treść ich zycia. I na tym koniec co do nich.
Mogę oczywiście nie mieć wszystkich informacji, ale na tyle na ile się orientuje, nie jest w żadnej mierze tak, że kiedy arcybiskup Zimoń wpada do tych państwa na kolację, temat polityki przestaje istnieć. Nie jest też niestety tak, że oni się nieustannie o politykę kłócą. Możliwe, że kiedy na przykład ta pani tłumaczy Arcybiskupowi, że ona swojemu mężowi pozwala kląć wyłącznie kiedy mówi o Kaczyńskich, to on się pobłażliwie uśmiecha i bierze ze stołu kolejne winogrono. Na pewno natomiast nie jest tak, że kiedy ona mu opowiada takie rzeczy, to on ja napomina. Mówi jej, że nie powinna, że robi źle, że grzeszy. To akurat jest o tyle pewne, o ile pewne jest, że gdyby on się zachował aż tak dziwnie, ta wiadomość by natychmiast do mnie dotarła. A zatem, muszę spokojnie założyć, że tam do żadnych scysji nie dochodzi. Czy to mnie dziwi? Otóż już nie. Kiedyś może tak, ale dziś już nie. Choćby z tego względu, że na przykład znam osobiście już jednego księdza, który nie ma nic przeciwko temu, by głosić, że za katastrofą Smoleńską stał zwyczajnie palec boży. Dlaczego ma takie zdanie? Bo bardzo interesuje się polityką.
Ktoś mi powie, że są też księża, biskupi, kardynałowie, a nawet papieże, którzy pasjonują się polityką równie mocno, jak opisani przeze mnie państwo i jak wspomniany przeze mnie ksiądz, tyle że znaleźli sobie inne towarzystwo i są dziś zakręceni mniej więcej tak samo, tyle że w innym kierunku. Nie będę się spierał. To jest fakt jak najbardziej oczywisty, i byłbym niemądry, gdybym zaczął nagle twierdzić, że tu mamy do czynienia wyłącznie z obozem wariatów i obozem spokojnych, pobożnych i obiektywnych duszpasterzy. Tak nie jest. Podobnie jak z jednej strony siedzi biskup, który uważa, ze Jarosław Kaczyński to nieszczęście Polski i Polskiego Kościoła, po drugiej stronie siedzi inny, dla którego największym nieszczęściem naszego narodu jest Tusk i jego ferajna. Tyle że to jest właśnie problem, który nas zwyczajnie rozrywa na strzępy.
Otóż jest tak że Kościół w Polsce zawsze, jeśli tylko idzie o sferę publiczną, trzymał się bardziej władzy niż ludzi. Dlaczego? Dlatego, że ludzie są tylko ludźmi – po jednej i po drugiej stronie – i towarzystwo establishmentu z reguły zawsze było bardziej interesujące dla członków tego establishmentu, niż towarzystwo motłochu. Do pewnego momentu więc, kiedy podział był taki, że z jednej strony był motłoch, a drugiej elity, duchowieństwo – czym wyżej, tym bardziej – wolało się bardziej zadawać z elitami, niż z motłochem. Coś się jednak w tym zmieniało wtedy zawsze, gdy motłoch przejmował władzę, lub do tej władzy aspirował. Wtedy część elit – ze zwykłego odruchu serca, lub częściej dla zwykłej zabawy - sunęła w stronę motłochu i usiłowała się dzięki temu poczuć lepiej i przede wszystkim piękniej. Hierarchia nie pozostawała w tyle. Dochodziło więc do paradoksalnej sytuacji, kiedy z jednej strony biskupi klepali się po plecach z różnymi ministrami, ubowcami i ważnymi urzędnikami, a z drugiej na wieczorne przyjęcia chodzili do hołoty. Bo to i ciekawie, a poza tym zawsze można było liczyć na to, że się tam spotka kogoś ekstra. No a poza tym, Jezus kocha nas wszystkich, czyż nie? I tak się inspirowali.
Od dwudziestu lat jednak w Polsce mamy sytuacje absolutnie wyjątkową. Establishment taki jakim go znamy, został uzupełniony z jednej strony przez bardziej światłą część motłochu, a z drugiej przez artystów i tzw. ludzi kultury, którzy już nie musieli szukać inspiracji na zewnątrz. Na zewnątrz pozostał wyłącznie margines. Możliwe, że w jakiś niezwykły sposób większy nawet od mainstreamu, ale i tak margines. Nawet nie motłoch. Po prostu margines. W tym momencie, znaczna część duchowieństwa wreszcie poczuła się u siebie jak u siebie. W jednej chwili wielu księży i biskupów uznało, że oni już do ludzi iść nie muszą, bo wśród ludzi już są. I jest im tam świetnie. I w tym momencie nastąpiło coś, czego nikt się pewnie nie spodziewał, ale co w tym ogólnym poczuciu szczęścia i satysfakcji ani nikomu szczególnie nie dokuczyło, ani nawet wielu nie zauważyło. Mainstream wypowiedział marginesowi wojnę i to wojnę na wyniszczenie. Wojnę straszną, wojnę w której nie bierze się jeńców, wojnę gdzie za jedno życie można co najwyżej splunąć. Wojnę gdzie nie ma żadnych reguł, nie istnieją jakiekolwiek zasady i idee, gdzie wszystko się zmienia, i gdzie wszystko stoi, gdzie nie ma ani prawdy ani fałszu, ani dobra ani zła, ani wściekłości ani współczucia. Gdzie cel jest jeden. Zabić, a pamięć zatrzeć. Wojny jakiej historia nie zna, bo wojny tak samo nowej jak nowe są czasy.
Co zrobili biskupi? Najpierw zwrócili się do elit. Elity odpowiedziały, że wszystko jest na swoim miejscu. Następnie więc zwrócili się do ludu… i lud też powiedział, że wszystko gra. Biskupi się rozejrzeli, rzucili okiem to tu, to tam i się skonsultowali. A kiedy się skonsultowali, to okazało się, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo, co się dzieje. Bo jedni widzą to, inni widzą tamto i – niech będzie pochwalony! – naprawdę trudno zdecydować. Ale zaraz – co z Krzyżem? Z czym? Z Krzyżem? No z Krzyżem… wiadomo… tego tam.
Dziś, kiedy słuchałem konferencji prasowej – KONFERENCJI PRASOWEJ! – biskupów na Jasnej Górze, uderzył mnie pewien szczególny moment. Otóż na koniec, kiedy już swoje powiedział biskup Budzik i arcybiskup Nycz, zabrał głos ktoś z samej Jasnej Góry, podziękował wszystkim za starania i modlitwy, i powiedział, że teraz zaprasza wszystkich na… I w tym momencie autentycznie się przestraszyłem, bo sobie pomyślałem, że on za moment powie „na obiad”, albo „na kolację”, albo „na lampkę dobrego wina”. Nic takiego nie nastąpiło. Zaprosił na mszę. Tyle dobrego. Jednak co sobie pomyślałem, to moje.
Z czym zostajemy? Otóż okazuje się, że mamy pat. Biskupi, jako ludzie obyci towarzysko i zainteresowani tym co się dzieje w naszym kraju, otwarci na najróżniejsze opinie – ogólnie rzecz biorąc, ludzie dokładnie tacy jak każdy z nas – wspólnie z nami przeżywają nasze zmartwienia i radości. Tyle że jedni z nich trafili tu, a inni jeszcze znaleźli się tam. Ze swoimi emocjami, swoimi grzechami, swoimi najbardziej wstydliwymi tajemnicami. Tak jak my – cieszą się, nienawidzą, złorzeczą, modlą się, kochają, zaciskają w poczuciu bezradności pięści. Wciągnęło ich to życie. No i wciąż wraca problem tego Krzyża… Co? Krzyż? Jaki Krzyż? No Krzyż. Ach ten…. tego… No, Jezus nas kocha, a Krzyż trzeba szanować.
Dziś rzecznik rządu w telewizyjnej wypowiedzi wyraził ubolewanie, że Episkopat znów stchórzył. Ależ oni się wybezczelnili! Przecież arcybiskup Michalik zaproponował rozwiązanie niemal idealne. Powtórzę. Niech Komorowski, Tusk, Pawlak i Napieralski zgodzą się spotkać z Jarosławem Kaczyńskim i go najzwyczajniej w świecie opierdolą, kopną w dupę, a na koniec za nim zwyczajnie spluną. Niech wypierdala. A jak się będzie rzucał, to dostanie w ryj tak że ani nie piśnie. I co w tym było nie tak? Wygląda na to, że władza jest wciąż o krok do przodu. Margines wciąż nie do końca na marginesie. Lepiej uważać. To margines z dowiadczeniem. I to dowiadczeniem potężnym



Migalski? Nie skorzystam. Wolę Gowina.

Powstanie i kształt mojej notki odnoszącej się do osoby Marka Migalskiego i jego tzw. Listu Otwartego do Jarosława Kaczynskiego związany był, wbrew temu co niektórzy sądzą, nie z próbą pokazaniu światu, co sadzę o Marku Migalskim w ogole, i jak ten mój sąd potrafię dźwięcznie wyrazić, lecz ze zwykłą potrzebą zwrócenia Migalskiemu uwagi na dwie rzeczy – że po pierwsze uważam, że on zrobił bardzo źle, że napisał ten list, a po drugie, że uważam próżność za grzech. Nie głupotę, nie podłość, ale zwykłą próżność. Co więcej, sam fakt, że postanowiłem w ogóle problemem Migalskiego się zająć i w ogóle się do niego odzywać, świadczyć mógł wyłącznie o tym, że ja uważam, że do niego gadać warto. A to, w dzisiejszych ciężkich czasach, uważam za informację ciekawą.
Zapewne z powodu emocji, jakie list Migalskiego wywołał i ze względu na to, jakie argumenty dał on ludziom złym i występnym, by jeszcze skuteczniej niszczyć zarówno świętą pamięć Lecha Kaczyńskiego i dręczyć wciąż żywe serce Jarosława, potraktowano ten mój wpis, jako okazję do tego, żeby ta dyskusja zmieniła się w festiwal gnojenia samego Migalskiego. Otóż muszę tu oświadczyć, że nie takie były moje intencję. Marek Migalski w żaden sposób nie jest dla mnie kimś, kogo widziałbym najchętniej utopionego w łyżce zupy. Ja mogę uważać, że on jest gwiazdą, która popadła w tandetę. Mogę uważać, że Migalski jest człowiekiem w znacznie mniejszym stopniu, niż na to niekiedy wygląda. Mogę nawet uznać, że on jest zwyczajnie nadętym bucem, który jedynie ma ten talent, by to swoje bucostwo ukrywać. Nie uważam natomiast, że to iż on napisał ten idiotyczny list do Kaczyńskiego, stawia go w rzędzie tych, o których mamy sobie przypomnieć, kiedy wreszcie przyjdzie czas.
Przyjrzyjmy się proszę, kim jest Marek Migalski. Jest on otóż stosunkowo świeżym komentatorem politycznym i politykiem, który odniósł niezwykły publiczny sukces. Jest człowiekiem stosunkowo młodym, moim zdaniem bardzo przystojnym, o w sposób oczywisty ujmującej powierzchowności i manierach. Jest przy tym dowcipny, inteligentny, grzeczny i wesoły… i przy tym wszystkim, jeśli idzie o poglądy polityczne, świetnie wie, że to co się w Polsce od kilku lat wyprawia, to zbrodnia i syf. Każdy kto miał okazję poznać Migalskiego osobiście wie, że Migalski to ktoś z kim byłoby świetnie się znać i przyjaźnić. Pod jednym wszakże warunkiem – że ta znajomość i przyjaźń nie będzie od niego zbyt wiele wymagała. Dlaczego? Bo Marek Migalski to gwiazdor, który czas ma bardzo ograniczony. Szczególnie ostatnio, kiedy na poziomie osobistym wszystko układa mu się wręcz idealnie.
I przepraszam bardzo, ale czy ja mam za to Migalskiego znienawidzić? Mowy nie ma! Jeśli można, to ja bardzo proszę, żeby mi pozwolić moją nienawiść zachować sobie dla wielu – naprawdę wielu – innych osób. To że ktoś jest próżny i zapatrzony w siebie, nie jest dla mnie najmniejszym problem, jeśli idzie o moje z tym kimś relacje. Mam już swoje lata, i w życiu miałem kilku nawet przyjaciół, którzy byli zapatrzeni w siebie do porzygania. Ludzi, z których wszyscyśmy się śmiali, ale jednocześnie tę ich słabość tolerowali i w dalszym ciągu uważaliśmy ich za swoich kumpli. Dla mnie Marek Migalski to przede wszystkim bardzo inteligentny, czarujący człowiek, o bardzo stabilnym poczuciu tego co dobre, a co złe, którego spotkało to nieszczęście, że nagle, prawie bez konieczności rezygnacji z jakiejkolwiek części siebie, osiągnął publiczną i finansową pozycję, która pozwoliła mu niemal z dnia na dzień powiedzieć wszystkim wybranym przez siebie dupkom, żeby się walili, i jedyne co dziś w związku z tym musi robić, to dbać, żeby tej pozycji nie stracić. I oczywiście żeby ci, na których mu zależy wciąż go bardzo lubili. Takich jak on, ja jestem w stanie pokazać w naszym życiu publicznym dziesiątki, a każdy z nich nie będzie ani trochę tak jak Migalski mądry i porządny. Wręcz przeciwnie – zdecydowana większość z nich, to przeważnie bezwzględne i głupie skurwysyny.
Kogo więc nie lubię? Każdy z nas, jestem pewien, może w tej chwili wymienić całą plejadę nazwisk, które funkcjonują w tym naszym świecie jako symbole tego, co się może stać z człowiekiem, kiedy ulegnie czystemu złu. I powiem zupełnie uczciwie, nie mam żadnej ochoty, żeby się tu akurat za nich brać. Zwrócę uwagę może jedynie na jednego z nich, i to może właśnie dlatego, że to akurat nie on jest – moim zdaniem zresztą jak najbardziej niesłusznie – traktowany, jako ktoś komu zawsze można dać tę jedną jeszcze szansę. Mówię o Jarosławie Gowinie. Oglądałem go wczoraj w telewizji, gdzie został zaproszony po to tylko, by jako – co bardzo ciekawe – kontrdyskutant Ryszarda Kalisza, powiedzieć coś na temat tego, że Platforma Obywatelska, jako pierwsza partia rządząca w Polsce od 1989 roku, po cichu, bez zapowiedzi, i bez jak się okazuje zbędnych dyskusji, odważyła się zalegalizować posiadanie narkotyków. Ja w swoim długim życiu miałem do czynienia z przypadkami zakłamania porażającego tak, że trudno znaleźć słowa dla jego potępienia. To co wczoraj wyprawiał Gowin, przekraczało nawet dotychczas najbardziej dramatyczne eksplozje. Ten człowiek to wąż. Najzwyklejszy, śliski, zimny wąż. Jego wysiłki mające nam wyjaśnić, dlaczego jego rząd, legalizując narkomanię, tak naprawdę z nią walczy, przysłoniły nawet tę chwilę późniejszą, obłąkaną zupełnie deklarację, że Pan Bóg, dając jak należy po dupie Kaczyńskiemu, pokazał szczęśliwie, że „jest platformersem”.
I to jest ta żywa ludzka podłość, która wyplenia przestrzeń, w której przyszło nam żyć. On, pokazujący bardzo elokwentnie, w jaki sposób ma w nosie los tych wszystkich zaćpanych na śmierć biedaków, jeśli tylko na szali leży jego osobista kariera; jego partyjny kumpel wyjaśniający, że ani ta katastrofa, ani ta powódź, ani ta zupełnie nowa eksplozja nienawistnego szaleństwa jakiej doświadczamy, nie będą w stanie sprawić, by ten rok uznać za dobry, o ile do końca grudnia nie umrze Jarosław Kaczyński; ten obłąkany socjolog, dowodzący w telewizorze, jak to dzień 3 sierpnia wreszcie pozwolił wyjść z marginesu tym wszystkim ludziom, dotychczas spychanych na margines i tępionych przez mainstream za swoją czystą, niewinną i prostą nienawiść do Koscioła; wreszcie ten półprzytomny staruszek, dukający te swoje „tego”, bo już nawet nie wie, czy chcą od niego, by obrażał Jarosława Kaczyńskiego, czy opowiadał kolejną anegdotę o tamtych dziwkach, które przed stu pięćdziesięciu laty przepuścił przez swoje łóżko. To są moje typy. Migalski nie. Nawet jeśli za tydzień wyjdzie na jakąś estradę przebrany za kowboja i z jakimś gówniarzem w kapturze wyrapuje tekst o Katyniu.
Ja Migalskiego lubię i uważam że Migalski jest nie tylko mi bardzo potrzebny. Choćby po to, żeby przy najbliższej okazji wziąć za łeb jednego z tych parszywców i ich publicznie wytargać za uszy. Tak jak tylko on to potrafi. I co najważniejsze, jest szczerze gotów to zawsze dla nas zrobić. Podobnie jak ja jestem zawsze chętny, żeby mu powiedzieć, co o nim myślę, kiedy zachowuje się zwyczajnie niepoważnie.

wtorek, 24 sierpnia 2010

O rzeczach ważnych i nieważnych i o rzece co płynie

Jak doniosły łaskawie nam panujące media, kaszalot – ciekawe, że jednak prezydent Bronisław Komorowski, jeśli odejdzie w końcu w zapomnienie, to przynajmniej z tą jedną zasługą dla rozwoju języka polskiego – nazwiskiem Hall poinformował, że od własnie zaczynającego się roku szkolnego wakacje dla dzieci w szkołach będą o tydzień dłuższe. Wiadomość ta świadczy o dwóch rzeczach, a ewentualna reakcja na nią o jednej. Ale po kolei.
Pojawienie się oświadczenia minister Hall dowodzi, że rząd pracuje pełną parą. Że w ministerstwach praca wre, i że wszyscy ci, którzy mówią, że Platforma Obywatelska stworzyła najgorszy możliwy rząd nie tylko w wymiarze faktycznym, ale również w teorii polityki jako takiej, nie mają racji. Nie wiem dokładnie, ile jest ministerstw – i szczerze powiem, nie do końca jestem rozwiązaniem tej zagadki zainteresowany – ale domyślam się, że wszystkie te budynki wypełnione są od rana do późnego popołudnia urzędnikami, którzy pod kierunkiem innych urzędników tworzą nasz codzienny byt. I że nie ma sposobu, żeby ich w tym ich wysiłku powstrzymać.
Pozostaje do rozstrzygnięcia tylko jeden problem – co to mianowicie kogokolwiek obchodzi? Jakie ma znaczenie dla Polski i dla jej przyszłości to, czy minister Hall, czy jakikolwiek inny minister tego rządu podejmie taką czy inną decyzję? Jakie ma znaczenie, czy minister Hall, czy minister Pawlak, czy może minister Kopacz, czy ktokolwiek inny z osób zatrudnionych na urzędniczych etatach tego rządu, kiedy się rano obudzi, coś sobie pomyśli, czy akurat nie pomyśli nic? Co zmieni w naszej społecznej, politycznej i czysto indywidualnej sytuacji to, czy któryś z urzędników rządu Donalda Tuska podejmie jakąkolwiek decyzję, bo miał dobry dzień, czy jej nie podejmie, bo akurat będzie leżał zapruty gdzieś w rowie, lub korzystał z usług lokalnych kurew na wakacjach w jakimś egzotycznym kraju? Co nam da to, czy o tej jego decyzji, czy o jej braku i okolicznościach z tym związanych, poinformują nas media, czy nie? Problem polega na tym, że własnie znaleźliśmy się w miejscu, gdzie na te wszystkie pytania odpowiedź jest jedna: to wszystko jest bez jakiegokolwiek znaczenia.
Dzięki intensywnemu i wspartego wszelkimi dostępnymi osiągnięciami współczesnej mysli technicznej wysiłkowi, przez minione kilka lat udało się w Polsce skutecznie przeprowadzić społeczny eksperyment, którego efektem jest to, że zlikwidowano wszelką publiczną debatę na każdy dowolny temat, włączając w to tematy takie jak to, czy lepiej jest na wakacje jechać w góry, czy nad morze. Wspólną pracą kilku nie do końca zidentyfikowanych grup interesu, udało się polskie społeczeństwo i jego aspiracje doprowadzić do takiego stanu, gdzie bez względu na to, czy jutro na Polskę spadnie deszcz nieznanych dotąd sukcesów, czy równie nieznanych nieszczęść, ten fakt nie uruchomi nawet jednej pojedynczej emocji, która będzie trwała dłużej niż prze chwilę. A więc, krótko mówiąc, doprowadzono społeczną świadomość do poziomu znanego nam już chyba tylko ze słynnej powieści Aldousa Huxleya.
Prawie. Jest bowiem coś, co społeczeństwo otrzymało jako tę jedną, wyjątkową zabawkę, a co sprawia, że ono jednak jakoś żyje. Że czuje. Że się porusza. Coś, co jednocześnie – jakby zupełnie przy okazji – pomaga temu upiornemu systemowi skutecznie i z sukcesem funkcjonować. Ma tu na mysli tę obłąkaną nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś – jakże dawno to było! – umieściłem tu na blogu wpis, w którym opisałem moją rozmowę z pewnym człowiekiem, który bardzo szczerze poinformował mnie, że, jeśli idzie o tak zwany publiczny wymiar naszego życia, jeśli jego nie interesuje absolutnie nic, poza tą jedną jedyną rzeczą – żeby dożyć dnia, kiedy Jarosław Kaczyński stanie na taborecie z pętlą na szyi i żeby być tą osobą, która ten taboret kopnie. Wypowiedz to stara i czasy to stare. W międzyczasie zdążył umrzeć Lech Kaczyński i jego zona. Ale ta świadomość ma się wciąż świetnie. To ona wciąż definiuje miejsce, w którym znajduje się nasz kraj. A którą, krótko mówiąc, można opisać tak: dopóki żyje Jarosław Kaczyński, może się dziać wszystko, i równie dobrze może się nie dziać nic. Kiedy piszę ten tekst, w telewizji transmitowana jest konferencja prasowa Prawa i Sprawiedliwości, gdzie Paweł Kowal mówi coś na temat tego, że prawdopodobnie za dwa lata, kiedy już zostaną zbudowane odpowiednie piękne stadiony, nie będzie nawet sposobu, żeby do nich dojechać. I co z tego? Nic. Dopóki żyje Jarosław Kaczyński, znaczna część naszej opinii publicznej nie zauważy nawet, jeśli dla sukcesu tych mistrzostw, Polska zostanie włączona w państwowe struktury Ukrainy.
Sześcioletni chłopczyk ciężko zatruł się muchomorem i lekarze walczą o jego życie. Na ekranach kin najnowszy przebój pod tytułem Incepcja detronizuje słynnego Matrixa. W Przemyślu, na tzw. Wzgórzu Trzech Krzyży, pod osoloną nocy, ktoś odrąbuje od ziemi wielki drewniany krzyż, jeden z trzech krzyży taki pięknie górujących nad częścią miasta, a media o tym milczą jak zaklęte. Na Trójmiasto spada grad wielkości piłek golfowych, na niniejszym blogu jakiś opętaniec, z nienawiści do tego co ja tu piszę, grozi mi, ze on poprosi mój Urząd Skarbowy, by sprawdził, czy ja płacę jak należy podatki od darowizn, no i wreszcie ta dziwna kobieta informuje, że wakacje będą dłuższe, a wszystko to w cieniu tego jednego, umęczonego już niemal na śmierć człowieka, i tego jednego postulatu. By coś z nim zrobić. I to zrobić już.
Oto Polska, jaką nam ufundowali ci, którzy niepostrzeżenie, po tylu latach strasznej niewoli, się za nią wzięli. Oto oni, drżący tym niezwykłym oczekiwaniem na ostateczne rozstrzygnięcie, po którym wreszcie będzie można zacząć żyć. Oto my. Wciąż się próbujemy jednak policzyć. I ci, którzy stoją tam i my, którzy stoimy tu. My tu też. Jak ten Indianin z komentarza jednego z naszych przyjaciół, siedzący bez ruchu nad brzegiem tej rzeki i wypatrujący pierwszego nadpływającego z jej nurtem rzeki ciała. Bardzo piękny to obraz. Trzymajmy się go. Bo tylko on nam został. Tylko on i aż on.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Refleksja bardzo otwarta na temat pewnego jeszcze bardziej otwartego listu

Kiedy pisałem swoja poprzednią notkę o potrzebie uwzględnienia perspektywy takiej oto, że być może przyjdzie nam w tej wojnie zacząć walić z baśki, a nawet jeszcze kiedy ową notkę umieszczałem na blogu, nie znalem listu, jaki Marek Migalski wysłał do prezesa Kaczyńskiego. Więcej – nie wiedziałem nawet, że w ogóle myśl o jego napisaniu zrodziła się w głowie dr Migalskiego. Tym bardziej jednak zbieżność obu tekstów, a więc mojego o baśce i Migalskiego o jego dramatycznym poczuciu niespełnienia, wydaje się być dość ciekawa. Czyżby moja bezgraniczna sympatia do Marka Migalskiego miała też swój poziom metafizyczny?
Bo, trzeba Wam wiedzieć, ja do Migalskiego mam stosunek irracjonalnie entuzjastyczny. Jeszcze kiedy go oglądałem w telewizji w roli zwykłego komentatora, jak mówili mądrzy ludzie, na usługach PiS-u, byłem zachwycony każdym jego słowem i każdą jego analizą, a później, kiedy już miałem okazję go poznać osobiście mój podziw dla niego wyłącznie wzrastał. I za jego inteligencję – co zawsze muszę podkreślić, inteligencję w najlepszym słowa tego znaczeniu – za jego niezwykły urok, za wdzięk, uprzejmość i bezpretensjonalność. Nie wiem, ilu z Was udało się poznać Migalskiego osobiście, ale jestem przekonany, że ktokolwiek go zna bliżej, wie, o co mi chodzi, kiedy mówię, że nawet jeśli on udaje, to nic nie szkodzi. Niech sobie udaje.
No i dziś mamy z Migalskim problem. I kiedy to mówię, wiem, że w tym akurat wypadku nie ma mowy ani o moim zacietrzewieniu, ani starczej zawziętości, która mnie zamknęła na jakiekolwiek argumenty z drugiej strony. Wystarczy choćby zajrzeć na sondę, jaką przeprowadził Salon24 wśród osób tam zaglądających. Większość bowiem uczestników tej ankiety twierdzi, że Migalski zwyczajnie odjechał, a już zdecydowana większość twierdzi, że odjechał całkiem lub częściowo. I nie mam wątpliwości, że nie jest przy tym tak, że klientela Salonu24, to w większości podstarzała pisobolszewia. A zatem, tu jednak jest coś nie w porządku z samym Migalskim.
Myślę, że nikt nie powinien mieć wątpliwości co do tego, że na temat jego obecnego zachowania i listu, o którym dudnią od wczoraj wszystkie media mam swoje do powiedzenia. Inna sprawa, czy mam na ten temat gadać ochotę. No ale wszystko wskazuje, że nie bardzo mam inne wyjście. Każdy dzień przynosi nowe wydarzenia, a to akurat jest jedno z tych bardziej ważnych. Powiedziałbym, najważniejszych. Zanim jednak przejdę do sedna, chciałbym powiedzieć, że nie mam do Migalskiego najmniejszych pretensji o to, że pisze co mu leży na sercu. Nie mam też żadnych wątpliwości, że jego świętym prawem jest krytykowanie tego co robi Jarosław Kaczyński i jego najbliższe otoczenie, i proponowanie rozwiązań, które on – choćby tylko on – uważa za słuszne. Jestem szczerze przekonany, że ostatnią rzeczą za jaką Migalski może być potępiony w Prawie i Sprawiedliwości, to za to, że ośmielił się powiedziec, że Jarosław Kaczyński prowadzi kiepską politykę, nawet jeśli temu stwierdzeniu towarzyszyłby postulat zmiany władz partii. Z mojego punktu widzenia, Marek Migalski, jak i ktokolwiek zresztą inny, mogą sobie na temat PiS-u i Kaczyńskiego gadać, co im ślina na język przyniesie, pod warunkiem, że będą merytoryczni i uprzejmi, i jeśli ktokolwiek się za to ma na nich obrazić, to z całą pewnością nie będzie to Jarosław Kaczyński.
Ale to też idzie w drugą stronę. I Jarosław Kaczyński i każda inna osoba związana emocjonalnie z tym projektem może Migalskiemu powiedzieć, co sobie o tych jego wywodach, a także o nim samym i o stanie w jakim się znalazł, myśli. Bo, wbrew temu co głosi banda jakiś albo wynajętych, albo zaczadzonych komentatorów, PiS to jest partia, gdzie na każdego kto się bez sensu obraża, większość patrzy w najlepszym wypadku ze zdziwieniem. Bo prawda jest taka, że PiS to jest partia ludzi inteligentnych, intelektualnie samodzielnych i odważnych w głoszeniu swoich poglądów.
Skoro to sobie już wyjaśniliśmy, mogę spokojnie przejść do samego Migalskiego i jego kuriozalnego listu, i powiedzieć, że Migalski ostatnio zachowuje się, jakby oszalał, albo uznał, że znalazł metodę na poprawienie sobie samopoczucia po wyborach, których nie udało nam się wygrać. I wcale nie chodzi mi o to, co on w tych swoich, z mojego punktu widzenia dziwnych, wypowiedziach, chce nam powiedzieć. W końcu wszyscy dyskutujemy. Jedni mają takie opinie, inni inne, a inni jeszcze inne. Ja na przykład dochodzę do wniosku, że styl kampanii wyborczej, na jaki zdecydował się Jarosław Kaczyński i jego sztab był jednak nieskuteczny. Że lepiej było do prowadzania tej kampanii wziąć nie Pawła Poncyliusza, lecz Jacka Kurskiego, że trzeba było gadać wyłącznie o katastrofie i oczywiście, że należało od samego początku, bez oglądania się na to co o nas mogą powiedzieć ci co nas nienawidzą, a przede wszystkim zgodzić się na to, by Marta Kaczyńska brała w tej kampanii jak najbardziej aktywny udział. A jeśli mój kolega LEMMING, czy ktokolwiek inny uważa że się mylę, to nic w tym złego. Problem z Migalskim polega na tym, że jego ostatnie zachowania bardziej niż o jego poglądach świadczą o nim samym. Że forma tego listu, a przy tym oczywiście i trochę sama jego treść, wskazują na to, że on chyba jednak nie jest aż tak inteligentnym i uroczym człowiekiem, jak się mogło wydawać. Że w nim jest coś co świadczy o tym, że on ma tam coś jeszcze, o czym na co dzień nas nie informuje.
Otwarty list, jaki Migalski zaadresował do Jarosława Kaczyńskiego zawiera niemal pełne cztery strony tekstu, w układzie edytorskim, jakim mamy tu okazję niemal codziennie się zajmować. A więc jest niemal dwukrotnie dłuższy od tego co ja tu najczęściej – ku ubolewaniu miłośników krótkiej formy – wklejam. Jest nawet dłudzy od tego wpisu, bardzo jednak długiego. I nie jest to literacka pogawędka adresowana do czytelnika, który dał już wielokrotnie do zrozumienia, że na to czeka i się tym bawi, ale tak zwany bryk, którego miejsce byłoby raczej w Gazecie Wyborczej, i to w dodatku na stronie o gospodarce, a nie na biurku Prezesa, który ostatnio tak jakby miał inne sprawy na głowie – zauważył Pan to, Panie Pośle? – niż podziwianie narracyjnej bystrości jednego, choćby nawet i wybitnego, z komentatorów. Moje dzieci mówią mi, że ja nie powinienem dosłownie traktować tego adresu. Że wprawdzie tekst Migalskiego nosi tytuł listu do Kaczyńskiego, ale tak naprawdę jest polityczną wypowiedzią adresowaną do… no właśnie, nie za bardzo wiadomo kogo. Ale niech nawet będzie tak, że oni mają rację. Że to nie chodzi o Kaczyńskiego, tylko o politykę i o miejsce w niej, jakie dla siebie widzi Migalski. Sytuacja w jakiej dziś znajduje się Polska i sam Jarosław Kaczyński, sprawia jednak, że można na niego reagować wyłącznie na dwa sposoby – albo niesmakiem, albo podejrzeniem, że Migalski coś tam jednak chowa po kieszeniach. No i do kogo wreszcie on adresuje te żenująco śliskie zapewnienia o swojej nieskończonej wdzięczności za to, że Jarosław Kaczyński dał mu to co on dziś ma, kiedy wydawało się, że za chwilę nie będzie miał nic, jak tylko jakąś opętaną panią sędzię na głowie, jeśli nie do Jarosława Kaczyńskiego? A jeśli do niego, to jak on – człowiek tak inteligentny i umiarkowany – mógł się okazać tak pyszny, że uznał, że te słowa do Kaczyńskiego dotrą i że dotrzeć powinny?
Jest więc dla mnie list Migalskiego okrutną zagadką. Domyślam się, że on go napisał, bo jest politykiem i coś kombinuje. Jego prawo, ale nie mam pojęcia, co tak inteligentny człowiek jak on może w tej sytuacji, i przy ostatnich doświadczeniach tak zwanej Polski Plus, czy Marka Jurka, kombinować? Biorę też pod uwagę, że za tym listem stoi jedynie zwykła, skromna potrzeba podzielenia się swoimi opiniami z naszą sceną polityczną. Ale tego akurat tym bardziej nie rozumiem, już ze względów czysto praktycznych. Kogo bowiem obchodzi, co Migalski sądzi o Kaczyńskim, o ile z jego opinii nikt nie będzie miał żadnego pożytku, poza chwilową satysfakcją jakichś paru czarnych komentatorów? Widzę też jeszcze inną możliwość. Że Marek Migalski stal się ofiarą swojego własnego sukcesu i zwyczajnie odjechał. Że doszedł do wniosku, że on jest poważna gwiazdą i że na jego słowa wszyscy z niecierpliwością czekają. Że on jest jak Palikot, tyle że nie dla idiotów, lecz dla ludzi posiadających prosty wdzięk i zwykłą ludzką elegancję. I że to jest bardzo przyjemnie, jak człowiek nagle jest tematem głównych wiadomości. I to w dodatku jako wzór bezkompromisowej, lecz mądrej odwagi. A coś takiego, jak List Otwarty Do Jarosława Kaczyńskiego, to bardzo dobry środek do tego, by zrobić sobie dobre wejście tam. Właśnie tam.
Wczoraj, w jednym z komentarzy na tym naszym blogu, Traube zwrócił uwagę na fakt, że Jarosław Kaczyński jest głównym, by nie powiedzieć, że niemal jedynym tematem pierwszych codziennych wiadomości we wszystkich możliwych mediach. Ja z kolei zauważyłem całkowicie świeży komentarz jakiegoś onetowca, który żalił się, że dopóki Jarosław Kaczyński będzie rządził, w Polsce nie będzie dobrze. A więc wygląda na to, że to jest ten temat. Jarosław Kaczyński. On, jak zawsze, jest w polskiej politycy polskiej i początkiem i końcem. No a przede wszystkim trampoliną, po której kto chce może sobie poskakać, w nadziei, że może nagle uda mu się ten jeden naprawdę dobry skok. I że Marek Migalski po długich miesiącach jak najbardziej zasłużonych sukcesów uznał, że chyba sam już nie da rady. I że czemu nie skorzystać z Kaczyńskiego? A więc zgrzeszył podwójnie: pychą i próżnością.
Ktoś kiedyś powiedział, że to co się liczy, to rzeczy najdrobniejsze. I że jeśli chcemy poznać źródło naszych poszukiwań, należy szukać szczegółu. I oto proszę bardzo – jest szczegół. Już pierwsze zdanie listu Migalskiego daje nam coś niezwykłego: „Pozwalam sobie na wysłanie do Pana listu w tej właśnie otwartej formie, bowiem chciałbym, iżby sprawy, o których będzie tutaj mowa, mogły stać się tematem powszechnej w naszej partii dyskusji”. Patrzę na to „iżby” i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Co on wyprawia? Czy on oszalał? Czemu on nie napisał normalnie „żeby”, albo króciutko „by”? Ostatnio jak miałem okazję pękać ze śmiechu – zresztą nie tylko ja – na tego typu styl, to było jeszcze w starych czasach, gdy głównym autorytetem był jeszcze Adam Michnik. To on właśnie aż do przysłowiowego porzygania zadręczał nas tymi wszystkim „jakożby” i „azaliż” czy „zawżdy”. Z jednej strony śmialiśmy się z tego, a z drugiej wiedzieliśmy, że to musi o czymś świadczyć I to wcale nie zgodnie z tym, co sobie Michnik zamyślił.
To pogadaliśmy sobie, Panie Pośle, prawda? Niech Pan tylko nie mówi, że się Panu nie podobało. W końcu jest debata, czy nie?