sobota, 31 maja 2014

Z ostatniej chwili: ask.fm wzięty!

Nie ma sposobu przewidzieć, jak długo jeszcze polityczni komentatorzy będą się kręcić między Katedrą Polową Wojska Polskiego w Warszawie, a II Liceum Ogólnokształcącym w Gorzowie i wyrzucać z siebie swoją bezsilną wściekłość przeciwko czemuś, czego w ogóle nie są w stanie pojąć, niemniej już i to, co nam dotychczas zaprezentowali, robi wrażenie. Popatrzmy na kilka przykładów publicystycznych i intelektualnych popisów ze strony autentycznych zawodowców.
Oto Krzysztof Feusette bełkocze o sprawie Marysi Sokołowskiej:
A żul na Dworcu Centralnym, pan nikt mamroczący pod nosem coś nieprzyjemnego pod adresem prezydenta Kaczyńskiego? Czyż nie był objawieniem społecznego buntu, głosem pokoleń i całej cywilizacji zachodniej – w sprzeciwie wobec terroru darmowego dorsza i czasu niekarania stron internetowych kpiących z władzy? Nawet wywiady z nim robili!
Tu z kolei młodszy kolega Feusette, niejaki Fijołek. O Jaruzelskim:
To powinna być skromna msza, w skromnym kościele, a pogrzeb przy skromnym grobie, na skromnym cmentarzu. Jaruzelski powinien spocząć tuż przy swojej matce, na której pogrzeb nie chciał nawet wejść do kościoła. To byłoby nawrócenie. To byłaby skrucha. Ale nie - panna Monika, do spółki z ministrem Siemoniakiem, prezydentem Komorowskim, bp. Guzdkiem i całym towarzystwem trzęsącym IIIRP pokazali, kto tu rządzi”.
Teraz reżyser filmowy Saramonowicz i jego refleksje na temat Marysi Sokołowskiej:
W tych swoich medialnych umizgach Tusk się znowu zagubił. Zamiast olać idiotkę, która nazywa go zdrajcą albo - co znacznie lepsze - opierdolić ją tak, żeby jej szkolne kapcie spadły, usiłował jej wcisnąć kwiaty. Moim zdaniem po nazwaniu premiera RP zdrajcą (mówię o przypadkach wcześniejszych, nie o napuszonej małolacie z mieściny, gdzie nauczycielem był ongiś Kazio Marcinkiewicz) powinno zareagować państwo; i wcale nie chodzi mi o osobisty honor obywatela Tuska, tylko o godność urzędu, który pełni”.
Kiedyś gwiazda „Podwieczorku przy mikrofonie”, a dziś radna Platformy Obywatelskiej, Elżbieta Igras, też o Marysi S.:
Osobiście dałabym za to w pysk, aż by się nogami nakryła”.
No i może jeszcze autentyczny popis dziennikarskiego zawodowstwa, prosto z ulicy Wiertniczej. Cytuje dosłownie:
Dziewczyna może utrwaliła wizerunek niezłomnej. Z kulturą, niekoniecznie polityczną, to idzie młodość. Jarosław Kostkowski”.
No i już na sam koniec banda cwanych, kutych na cztery nogi zawodowych prowokatorów z (mojej, jak najbardziej)„Warszawskiej Gazety”, którzy czekali cierpliwie całe cztery lata, by wreszcie pojawić się na pogrzebie Jaruzelskiego z wielkim transparentem „Zimny Wojtek” i w ten sposób nam pokazać, że nasza bezsilna rozpacz z wiosny 2010 roku nie była spowodowana podłością ludzi złych i występnych, lecz zaledwie naszą na zawsze sfrustrowaną nędzą.
Oto poziom debaty zarówno od strony intelektualnej, profesjonalnej i czysto ludzkiej. I na tym tle ów promień najbardziej żywej prawdy, który, jak na ironię, musiał się nam ukazać na znanym dotychczas z najbardziej czarnej strony portalu ask.fm. Pisałem już o tym w jednym z komentarzy, dziś jednak chciałbym dołożyć parę jeszcze w tym temacie słów. Otóż nie wiem, czy wiecie, ale portal ask.fm zyskał ogólnoświatową sławę za sprawą kilku nastolatków, którzy spędzając tam swój wolny czas zostali zaszczuci na śmierć przez tak zwanych „hejterów”. Nie do końca wiem, jak ów portal działa i jaki jest jego zamierzony cel, ale problem polega na tym, że tam nie ma jakiejkolwiek moderacji poza tą, którą może prowadzić osoba zainteresowana. No i okazuje się, że z przyczyn dla mnie nieznanych, a przy tym kompletnie nieistotnych, postanowiła się tam udać ze swoim przesłaniem Marysia Sokołowska – znana dziś już powszechnie dziewczynka z Gorzowa. I weszła w sam środek kłębowiska żmij.
Wystarczy parę minut, by zaobserwować, że Sokołowska swój profil jak najbardziej moderuje. Nie jest jednak tak, że ona usuwa wszystkie wrogie komentarze, a zostawia te, w których internauci mówią jej, jaka jest piękna i mądra. O nie! Ona nie ma żadnych problemów z tym, żeby najbardziej podłe, najbardziej przepełnione nienawiścią i życzeniem śmierci dla niej i jej rodziny komentarze zostawiać, tyle że żadnego z nich nie pozostawia bez odpowiedzi, a odpowiadając niesie czystą, niewzruszoną miłość. Ona nikogo nie obraża, z nikim się nie kłóci, nikogo nie próbuje ośmieszyć, zamiast tego wysyła jedne jedyne przesłanie: „Bóg Cię kocha i kocham Cię ja”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, jaką reakcję może w dzisiejszym świecie wywołać tego typu zachowanie, a więc uniesione brwi i szyderczy uśmiech. Tu jednak mamy do czynienia z tak niebywałą konsekwencją i czymś co Anglicy nazywają consistence, że jedyne co nam pozostaje, to zanurzyć się w tym tekście (bo dzięki tej Marysi to jest cały długi tekst) i już nawet nie marzyć o tym, że się będzie można pośmiać. Moja młodsza córka, która jest osoba tak szczególną, że można by było o niej napisać osobną notkę, kiedy po raz pierwszy usłyszała o sprawie Marysi Sokołowskiej, powiedziała, że ona jest głupia, i zajęła się swoimi sprawami. Kiedy jednak jej pokazaliśmy ten profil na ask.fm, ona połowę czasu spędza na pochłanianiu z jednej strony tej nieprzytomnej agresji, a z drugiej owej niewzruszonej miłości. Powiem więcej. Dziś wszystkie moje dzieci siedzą na profilu Marysi Sokołowskiej na ask.fm i obserwują, jak ona rozmawia z Diabłem. I to jest doświadczenie zupełnie niebywałe.
Marysia Sokołowska nie tylko bowiem rozmawia, ona nie tylko dyskutuje i odpowiada na pytania; ona tworzy (zapewne również przez ową niezwykle inteligentna moderację) pewien typ narracji, który moim zdaniem można by było opublikować w postaci książki, czytaną następnie z zapartym tchem przez cały świat.
Bo to jest już sprawa globalna. To co Marysia Sokołowska zrobiła z portalu ask.fm ma wymiar uniwersalny. I nie ma już znaczenia, jakie będą jej dalsze losy. Nie jest istotne, czy jako pierwsi wykończą ją oni, czy nasi; ona jako pierwsza pokazała, że istnieje sposób, by pokonać zło tak skutecznie, że ono już nie będzie miało innego wyjścia jak albo się jej poddać, albo ją zniszczyć.
Mamy dziś owe dwa medialne zdarzenia: śmierć i pogrzeb generała Jaruzelskiego, no i Donalda Tuska z wytatuowanym (to już jest tatuaż) na czole słowem „zdrajca”. Wszyscy staramy się to co się dzieje komentować, i, jak mówię, najczęściej zupełnie obok tego, co w jednym i drugim najważniejsze. Aby jakoś sytuację kontrolować, System z jednej strony postanowił z pogrzebu Dyktatora uczynić święto religijne, a z drugiej, jak już z różnych stron słyszę, zaatakować Marysię Sokołowską na poziomie zarezerwowanym wyłącznie dla spraw najpoważniejszych, a więc przy pomocy oskarżenia o antysemityzm. Mam dziś bardzo mocne wrażenie, że tym razem nie dadzą rady. I tu i tam. A to wyłącznie dzięki portalowi ask.fm. To się nazywa pokonać Go jego własną bronią!

Każdego, kto jest tylko zainteresowany, informuję, że wszystkie moje książki dostępne są na stronie www.coryllus.pl z odpowiednimi odnośnikami również tutaj. Tam właśnie, dziś po niezwykle atrakcyjnej cenie, można kupić wybór niemal stu moich wczesnych – jeszcze sprzed Katastrofy Smoleńskiej – felietonów pod wspólnym tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Szczerze polecam. Przy okazji bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 30 maja 2014

Co Kościołowi po Jaruzelskim?

Oto mój felieton, który ukazuje się w dzisiejszej „Warszawskiej Gazecie”, a poniżej, wymuszona nowymi okolicznościami, refleksja. Na razie jednak felieton:

Przeleciała przez media informacja – nieśmiała, wręcz wstydliwa – że generał Jaruzelski przed śmiercią wyspowiadał się i przyjął sakramenty. A ja, słysząc tę ciszę, nie dziwię się. Co innego, gdyby córka Jaruzelskiego, jego żona, ewentualnie owa kochanka-gosposia, czy kto tam ostatecznie bierze tę kasę, wydali komunikat, że Generał doznał objawienia i czując oddech Boga postanowił przeprosić za swoje życie, albo że zwyczajnie ogarnął go strach przed tą pustką i zamówił księdza, albo że on w ogóle od pewnego czasu był już bardzo pobożny i co niedziela uczestniczył w sakramencie Mszy Świętej. Ów komunikat zostałby odczytany w mediach, skomentowałby go ksiądz Sowa, lub któryś z dominikanów, i mielibyśmy spokój. Tymczasem jest tak, że „Gość Niedzielny” wspomina o tej spowiedzi, cała reszta nabiera wody w usta i już tylko słyszymy przebąkiwania o tym, że przed pogrzebem będzie odprawiona Msza Święta.
Kiedy piszę ten tekst, nie wiem jeszcze co to będzie za msza, gdzie ona się odbędzie i kto ją odprawi. Czy to będzie jakaś wielka uroczystość w Katedrze z trzema biskupami i z arcybiskupem Nyczem pośrodku, czy może skromna uroczystość w cmentarnej kaplicy, gdzie jakiś nieborak wygłosi słowo pożegnania i poprosi, by ci, którzy wiedzą jak, za Jaruzelskiego się pomodlili. Powiem jednak szczerze, że w sytuacji, jaką mamy, uważam, że jakakolwiek msza za Jaruzelskiego przyniesie wyłącznie zgorszenie. Jeśli w najbliższy piątek pobożni ludzie w Polsce będą świadkami tego, jak Kościół próbuje pokątnie, jakimś ciemnym, zapaskudzonym diabli wiedzą czym przejściem, przeprowadzić generała Jaruzelskiego do zbawienia, to ja się temu bardzo mocno sprzeciwiam. Bo jeśli mamy mu przebaczyć jego winy, tak jak Dobry Bóg nam je przebacza każdego dnia, i się za niego modlić, to ja bym chciał wiedzieć, z jakiej to okazji? Bardzo chciałbym wiedzieć, kogo to dziś chowamy. Jakieś przerażone wizją piekła zwierzę, czy człowieka, który w ostatnich chwilach swego życia ujrzał w pełnej jasności całą prawdę. I chcę to wiedzieć nie ze względu na niego, bo on mnie akurat póki co nie bardzo obchodzi, ale ze względu na siebie i swoje sumienie.
Obawiam się jednak, że nic z tego nie będzie i wszystko skończy się tak, jak się w ostatnich latach kończyło nie raz i nie dwa. Informacja będzie taka, że rodzina zmarłego zapłaciła za mszę, a więc ją ma, a jeśli tam było coś jeszcze, to to już jest sprawa między hierarchią, a rodziną zmarłego, bo, jak wiemy, wiara to sprawa prywatna.
A skoro tak, to ja się trzymam rozwiązania oryginalnego: trzeba Jaruzelskiego było pochować gdzie bądź – a najlepiej na tak zwanej Łączce. A co do części artystycznej, można było wziąć kogoś z trąbką, żeby mu zagrał „Amazing Grace”. I tak miałby lepiej, niż ci, których tam wyprawił, kiedy mu nawet w głowie nie było umierać.

Powyższy felieton ukazuje się dziś w „Warszawskiej Gazecie”, a tymczasem wczoraj (a może już dziś – nieważne) proboszcz Katedry Polowej ksiądz Robert Mokrzycki wydaje komunikat, w którym informuje, że generał Jaruzelski faktycznie przed śmiercią przyjął wszystkie należne sakramenty. Wedle komunikatu księdza Mokrzyckiego sytuacja przedstawia się następująco:
Otóż Generał był człowiekiem ochrzczonym w Kościele Katolickim, co biorąc pod uwagę fakt, że „znamienia chrztu świętego nie wymazuje żaden grzech, odstępstwo od zasad wiary, usunięcie Chrystusa z przestrzeni swego życia”, mogło dojść – i doszło – do sytuacji takiej, że „podczas choroby gen. Jaruzelskiego, z inicjatywy grona jego przyjaciół, odprawiana była w Katedrze Polowej msza św. o łaskę Bożą dla niego i o zdrowie[i dziś] powiedzieć można, że okazała się łaska Boża. U schyłku swego życia, ok. 13 dni przed ostatnim stadium choroby, przebywający w szpitalu wojskowym przy ul. Szaserów gen. Jaruzelski w sposób świadomy, wolny, nie ulegając jakimkolwiek sugestiom czy naciskom, poprosił kapłana – kapelana Ordynariatu Polowego – o spowiedź, odbył ją, uzyskał rozgrzeszenie, wzbudził żal za grzechy. Spełnił tym samym kanoniczne warunki, aby po długiej drodze znów do swego serca przyjąć Jezusa Chrystusa”.
W związku z powyższym, jak głosi informacja uzupełniająca, pogrzeb generała Jaruzelskiego zostanie uświęcony nabożeństwem, po którym Generał zostanie pochowany w świętej ziemi, a przemówienie nad grobem wygłosi Aleksander Kwaśniewski.
A ja już sobie tylko myślę, czemu dopiero tam? Czemu nie podczas Mszy? Czemu nie w Katedrze?
Nie znam się na wszystkich tajnikach Sakramentu Spowiedzi, w tym dotyczących osób ekskomunikowanych, więc nie będę się tu wtrącał za bardzo do tego, co ogłasza proboszcz Mokrzycki, natomiast mam bardzo silne wrażenie, że ksiądz, który opowiada publiczne o tym, jak to Generał nienaciskany przez nikogo, kierując się wyłącznie wymodloną przez jego przyjaciół łaską wzbudził w sobie szczery żal za grzechy i uzyskał rozgrzeszenie, zdradza tajemnicy spowiedzi. Jeśli się mylę, proszę mnie poprawić. No ale załóżmy już teraz, że jestem w błędzie. Załóżmy, że faktycznie ksiądz ma prawo – o ile tylko nie wymienia konkretnych grzechów, co akurat w przypadku Jaruzelskiego jest bez sensu – opowiedzieć nam ze wszystkim praktycznie szczegółami, jak wyglądała spowiedź jednego grzesznika. Pozostaje jednak problem, na który już zwróciłem uwagę w oryginalnym felietonie dla „Warszawskiej Gazety”: co mamy z tej informacji my, ludzie wierzący, a więc ludzie od których proboszcz Mokrzycki, a z nim, jak rozumiem, rozmodleni „przyjaciele” Generała, wymagają, byśmy się już w tej chwili zaczynali za niego modlić? Czy ma być tak, że po tych wszystkich latach, po tych wszystkich złych i jeszcze gorszych doświadczeniach, jakie mieliśmy z generałem Jaruzelskim, przychodzi do nas jakiś ksiądz i mówi, że on już wszystko załatwił, jak trzeba, więc dobrze by było, żebyśmy się przestali niepotrzebnie napinać? A ja się pytam, z jakiej racji? Bo podobno „grono przyjaciół” Generała się za niego bardzo modliło i ksiądz Popiełuszko uczynił cud i udzielił mu łaski nawrócenia?
Przepraszam bardzo, ale wydaje mi się, że jeśli chodzi o cuda uzdrowienia, nawrócenia, oraz wszelkich innych tego typu przypadków, kiedy to poczuliśmy dotknięcie Ręki Boga, my sami powinniśmy dawać świadectwo, albo, jeśli już sami nie mamy siły, delegować osoby najbliższe, a nie oczekiwać, aż o wszystkim opowie światu zaprzyjaźniony ksiądz. Tak to chyba zawsze było. Bezbożny człowiek wchodził do kościoła, widział Światłość i wybiegał na ulicę głosić Chwałę Bożą.
Tymczasem tu mamy autentycznego jak najbardziej Wojciecha Jaruzelskiego, jego spowiednika i jakieś dyrdymały o jego kumplach, którzy wymodlili dla niego cud nawrócenia. No i ten apel do nas, byśmy się już wreszcie zamknęli, bo sprawa jest zamknięta.
Jaruzelski wreszcie umarł. Podobno pogodzony z Bogiem. Niestety, wiele wskazuje na to, że nie pogodzony ze światem, który dręczył swoja obecnością przez dziesiątki lat. On już nie żyje, więc nie ma co spekulować, ale co szkodzi powiedzieć? Ja bym nawet jednego słowa dziś przeciwko niemu nie powiedział, gdyby to nie ten dziwny proboszcz, ale on sam, „u schyłku swego życia, ok. 13 dni przed ostatnim stadium choroby, przebywający w szpitalu wojskowym przy ul. Szaserów gen. Jaruzelski w sposób świadomy, wolny, nie ulegając jakimkolwiek sugestiom czy naciskom”, wydał oświadczenie, w którym by powiedział, co złego różnym ludziom zrobił w tym życiu, za to zło przeprosił, zwrócił się do nas o wybaczenie i modlitwę, a do tych wszystkich swoich kumpli, którzy podobno tak się za niego modlili, by nabrali rozumu i się nawrócili zanim ich piekło pochłonie. Wtedy ja bym nawet nie musiał pisać tych refleksji, tylko bym normalnie się za Jaruzelskiego pomodlił i, jak co dzień, poszedł z psem na spacer. A tak, nic z tego, i dobrze by było, żeby ksiądz proboszcz Mokrzycki nam dziś w ten deszczowy dzień nie zawracał gitary.

Przypominam, że wszystkie moje książki, w tym dwie pierwsze, w wyjątkowo atrakcyjnej cenie, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam. No i proszę, ja zawsze, wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję. A teraz, zgodnie z obietnicą, idę z psem.

czwartek, 29 maja 2014

Czy Staś Tarkowski to głupi cham?

Nie minął chyba jeszcze tydzień od dnia, kiedy uczennica jednego z gorzowskich liceów Marysia Sokołowska rzuciła premierowi Tuskowi w twarz owo straszne słowo „Zdrajca!”, zmuszając go tym samym do ucieczki, gdy służby premiera nie dość że zdołały doprowadzić psychikę swojego szefa do względnej równowagi, to jeszcze zorganizowały mu spotkanie z kolegami i koleżankami Marysi z liceum, jak również z jego dyrekcją i gronem nauczycielskim, podczas którego to spotkania odpowiednio wyszykowana delegacja przeprosiła Premiera za zachowanie uczennicy owej czcigodnej placówki i wręczyła mu kwiaty. Premier ze swojej strony również pokazał, że jest człowiekiem skromnym, wytłumaczył się ze swojego tchórzliwego zachowania sprzed tygodnia, zapewniając, że on by chętnie wtedy z Marysią porozmawiał, ale czas gonił i takie tam, no i w końcu zadeklarował, że choć jest oczywiście wdzięczny za tak miłe powitanie, którego się w najmniejszym stopniu nie spodziewał, to on, mimo że ona go tak brzydko potraktowała, te piękne kwiaty chciał przekazać owej młodej damie… no i w tym momencie usłyszał od samej zainteresowanej, żeby sobie te kwiaty wsadził sam wie gdzie, bo ona od zdrajcy kwiatów nie będzie przyjmować.
I ja oczywiście wiem bardzo dobrze, co się takiego stało. Przez kilka dni z całą pewnością służby pijarowskie Premiera zachęcały go do tego, by pojechał jeszcze raz do tego cholernego Gorzowa, stanął twarzą w twarz z tą idiotką, a oni załatwią to wszystko tak, że obywatelsko bardziej odpowiedzialna część młodzieży najpierw go przeprosi, następnie wręczy mu kwiaty, a on wówczas z godnością przekaże je swojej prześladowczyni, która oczywiście już nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko je od niego przyjąć, i to co miało być Premiera porażką, stanie się jego triumfem. No i wtedy nagle cały plan wziął w łeb, bo wyszło na to, że to dziecko jest znacznie twardsze, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Twarde w sposób chyba dotychczas w naszej publicznej debacie niespotykany. Ona wykazała zaciętość o takiej sile, że ja osobiście podobnej sobie przypomnieć nie potrafię. Patrzę na nią raz jeszcze, słucham, jak ona dziennikarzom TVN24 opowiada o nieprzyjmowaniu kwiatów od zdrajców i, powiem uczciwie, że jestem porażony. Kiedy ona pierwszy raz się pokazała publicznie, przyznaję, że ją nieco zlekceważyłem. Miałem co do niej szereg różnych podejrzeń, z których najłagodniejsze było takie, że to z jej strony była jednorazowa akcja i że jej na ponowny tego typu atak już stać nie będzie. Dziś widzę, że się myliłem. Za nią stoi najbardziej autentyczne patriotyczne wychowanie i to wychowanie tego rodzaju, które znamy już chyba tylko z patriotycznej literatury.
Już w zeszłym tygodniu, zapytana przez dziennikarza, Marysia Sokołowska powiedziała, że w większości wypadków ludzie na jej gest wrogości wobec Donalda Tuska reagują źle. Większość jej kolegów uważa, że postąpiła głupio i chamsko, podobnie większość nauczycieli i większość znajomych z poza szkoły, a niewymieniony z nazwiska nauczyciel stwierdził nawet, że ona obrażając Premiera, obraziła szkołę. Dziś, jak wszyscy widzimy, ów atak nie dość, że nie łagodnieje, to wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że władza postanowiła Marysię Sokołowską do tego stopnia wbić w ziemię, że ona w końcu się przyczołga do samej Warszawy i w studio na Wiertniczej poprosi o przebaczenie. Telewizja TVN24 posunęła się wręcz do tego, że – prawdopodobnie po to, by ona, a przy okazji my wszyscy, zrozumieli, że żarty się skończyły – zaczęła o niej mówić „Maria”, a nie „Marysia”. Gest dotychczas w tego typu sytuacjach w mediach niespotykany. Dotychczas oni nawet o najbardziej brutalnych młodocianych mordercach nie mówili inaczej jak Arek, Ania, czy właśnie Marysia. Tu mamy – i to z rewolucyjnie żelazną konsekwencją – Marię, a więc zaledwie krok do Marii S. I owszem, jestem pewien, że my to świetnie rozumiemy. Choćby przez to, że znakomicie pamiętamy, jak to jeszcze przed wielu laty pewien dworcowy menel zwymyślał prezydenta Kaczyńskiego i dzięki owej erupcji nieprzytomnej pogardy do wroga publicznego nr 1, stał się na parę tygodni gwiazdą ogólnokrajowych mediów i wręcz narodowym bohaterem. Pamiętamy i widzimy tę różnicę.
A ja wciąż nie mogę się nadziwić, jak wspaniale to dziecko musiało zostać przez swoich rodziców wychowane, jak skutecznie jej wpojono tę prawdę, czym jest dla polskiego patrioty odwaga w głoszeniu tego, w co wierzy, jak wreszcie ona musi być pełna tej miłości do Polski – niezależnie zupełnie od tego, jak rozumianej – by się aż tak zawziąć. I kiedy tak o tym myślę, zaczynam grzebać we wspomnianej wcześniej literaturze i nie mogę odgonić od siebie wspomnienia owej słynnej bardzo sceny z Sienkiewicza, kiedy to Staś Tarkowski staje przed Mahdim i wbrew poradom i przestrogom ze strony ludzi znacznie bardziej od niego doświadczonych, rozsądnych, często naprawdę dobrze mu życzących i z całą pewnością też na swój sposób kulturalnych, oświadcza Mahdiemu, że nie będzie mu służył; że mu się nie pokłoni. Wspominam tamtą scenę i pamiętam, jak Sienkiewicz tłumaczy Mahdiego, że nie kazał Stasia ani zabić za to co zrobił, ani choćby nawet i wychłostać. Zdaniem Sienkiewicza, Staś go przede wszystkim najpierw zaskoczył, a potem trochę swoją postawą onieśmielił. A ja myślę, że było trochę inaczej. Staś mu w gruncie rzeczy zaimponował. Tak jak by zaimponował każdemu wielkiemu przywódcy, który sam, gdyby to jemu przyszło się zmierzyć z podobną sytuacją, też by się nie uląkł. I tym właśnie różni się on od Tuska, który akurat jest niczym, jak kupą strachu przed większymi od siebie i który, jeśli nie kazał Marysi Sokołowskiej za to, jak go potraktowała, sprać po pysku i wyrzucić z wilczym biletem ze szkoły, to wcale nie dlatego, że ona go zawstydziła, albo mu nie daj Boże zaimponowała, ale wyłącznie przez to, że na takie gesty nie pozwala współczesny pijar. Powiem więcej. O ile go znam, to gdyby on tylko mógł, to by ją za to co zrobiła podał do sądu i kazał zaprzyjaźnionemu sędziemu wydać wyrok skazujący. Nie wykluczam, że tej kompromitacji właśnie mogła się przestraszyć owa pracownica Kancelarii Premiera, którą widzimy na filmie pokazywanym przez TVN, gdy próbuje przerwać rozmowę, jaką z Marysią przeprowadza dziennikarz stacji.
A zatem, on by temu dziecku owej zniewagi nie darował. No ale musi trzymać fason. Pozostaje więc już tylko polecić mediom, by do znudzenia powtarzały te dwa słowa: „chamstwo” i „Maria”, „Maria” i „chamstwo” i liczyć na to, że z tego się wylęgną robaki.

Zachęcam wszystkich, którzy lubią odwiedzać ten blog do korzystania z księgarni Coryllusa pod jak najbardziej adekwatnym adresem www.coryllus.pl. Można tam kupić wszystkie moje książki, w tym oba „Toyahy” w cenie bardzo promocyjnej. No i bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy nie pociągniemy. Dziękuję.

wtorek, 27 maja 2014

Państwowa Komisja Wyborcza, czyli o zdychaniu pod płotem

Po wyborach prezydenckich w roku 2010 na tym blogu przedstawiłem tekst zatytułowany „O burych sukach na poważnie”, w którym spróbowałem – moim zdaniem bardzo skutecznie – udowodnić, że wybory te zostały przez System sfałszowane w taki sposób, by prezydentem został nie Jarosław Kaczyński, a Bronisław Komorowski. Pozwolę tu sobie przypomnieć kluczowy fragment tamtej notki:
Interesuję się polityką od wielu, wielu lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale interesuję się bardzo. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich możliwych wyborach i we wszystkich możliwych wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co mieliśmy w tym roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% głosów, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadził nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Ostatnim razem, i to przy okazji pierwszej, jak i drugiej tury, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, odnosił sukces, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, ze najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, ze absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że Komorowski najwyraźniej leży i kwiczy. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, że może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie. A więc strach.
Ja znakomicie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem świetnie z minionych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji, tam gdzie oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu ci ludzie potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie na wsi, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd! Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, że najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to mówią, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w piątek prawdopodobnie pojadę do Dobrej relaksować z pewnym moim przyjacielem. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i tak jak do tych co liczą napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowskim, po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica zmieniła się na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca, taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona. Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w dupę, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Nie wiem. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli piani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Jednak jest mi bardzo trudno to przyjąć. Z jednego prostego powodu. Oni kręcą. Stoją, bezczelnie patrzą mi w oczy i kręcą jak cholera. Nie chcą mi dać jednego zwykłego słowa wyjaśnienia. Patrzą bezczelnie mi prosto w oczy i łżą jak psy. Nawet w tak drobnej i niepoważnej sprawie jak ta kratka. Dlatego ja się czuję zwolniony. Na dobre”.
W komentarzu pod tamtym tekstem, mój serdeczny przyjaciel LEMMING, napisał mi, że jemu jest bardzo trudno przyjąć moje argumenty, i to już nawet nie tyle ze względu na ich wartość merytoryczną, co na fakt, że gdyby faktycznie doszło do sfałszowania wyborów, mielibyśmy do czynienia z czymś, co się gdzieniegdzie określa nazwą „game changer”. Napisał LEMMING coś takiego:
Otóż fałszowanie wyborów to jest ‘game changer’. Nawet domniemane zabójstwo Prezydenta nie jest "game changerem" - amerykańska demokracja szczęśliwie przeżyła dwa zabójstwa prezydenta, a chyba możemy uważać ja za wzorowa. W tym sensie zabójstwo prezydenta staje się tylko problemem, który sprawne państwo posiadające demokratycznie wybrany rząd może rozwiązać. Oczywiście mega problemem, który rozwiązuje się za pomocą środków o historycznej skali, takich jak np. wytoczenie komuś wojny, ale wciąż - rozwiązuje się.
Jeżeli natomiast wybory w Polsce są fałszowane, to wszystko co Jarosław Kaczyński i Ty robicie jest całkowicie bezcelowe. Trzeba już tylko gromadzić się na placach i wywołać rewolucje, albo stworzyć partyzantkę i podżegać do rewolucji. No bo co ma za sens pisać albo mówić ze ta partia dobra, a ta zła, ta ustawa dobra, a ta zła, jak na końcu i tak wygra Bronek? Jeżeli wybory są fałszowane, to cala istota sporu o Polskę, rozumianego właśnie jako spór, a nie jako walka z bronią w ręku, bierze w łeb. Zechciej się nad tym uprzejmie zastanowić”.
Oczywiście, ja się nad tym zastanowiłem jeszcze wielokrotnie i niestety za każdym razem tylko się moje obawy potwierdzały. No a kiedy zupełnie niedawno ktoś zechciał spopularyzować dawną już wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, gdzie ów dziwny człowiek przyznał, że w ową niedzielę wyborczą, późnym już wieczorem otrzymał od osoby bardzo dobrze poinformowanej i zaufanej, że Kaczyński zdecydowanie wygrywa te wybory i się naprawdę przeraził, to powiem uczciwie, że nawet mi powieka nie drgnęła. Bo ja już od dawna, jak było, wiedziałem.
Ktoś się zatem zapyta, co w takim razie z owym „game changer”, o którym pisał LEMMING? Czy rzeczywiście jest tak, że jeśli przyjmiemy, że oni posunęli się już do tego, by fałszować wybory, to znaczy, że nasza walka straciła sens? Że od momentu, gdy oni uznali, że to jest coś co faktycznie można zrobić i w dodatku natychmiast się przekonali, że im to uszło zupełnie na sucho, że nawet nie rozległo się jedno westchnienie, oni już tak mogą ciągnąć w nieskończoność? Otóż uważam, że wcale nie koniecznie. Kiedy bowiem patrzymy na wyniki przedwczorajszych wyborów do Parlamentu Europejskiego i widzimy, że tym razem już nie tylko ja i Stefan Niesiołowski, ale nawet wiele osób nastawionych do tego co się dzieje w Polsce znacznie bardziej ode mnie umiarkowanie, widzi, że ów przedziwny twór funkcjonujący pod – dziś już brzmiącą niemal jak szyderstwo – nazwą Państwowej Komisji Wyborczej, jest w swoich działaniach wyłącznie wykonawcą poleceń Systemu, świadomość tego, że w Polsce doszło do przekroczenia pewnej granicy, za którą nie ma już nic, musi się już tylko powiększać. I jeśli w końcu dojdzie do tego – niewykluczone, że już w wyborach kolejnych – że Platforma Obywatelska realnie otrzyma 5 procent głosów, to nie ma takiej siły, by oni z tych pięciu procent byli w stanie zrobić 35, i wtedy to się skończy. A kiedy się skończy, ta część Systemu runie, jak domek z kart. Oczywiście jest też możliwe, że do owych 5 procent spadnie w Polsce frekwencja wyborcza, ale to i tak musi spowodować wstrząs. I wtedy ten brud zacznie się wylewać. I tego już nic nie powstrzyma.
W kwietniu 2010 roku System, przy bardzo aktywnym współudziale czołowych polityków Platformy Obywatelskiej, doprowadził do strasznej katastrofy, w której zamordowany został Prezydent RP z małżonką, całe niemal dowództwo Polskich Sił Zbrojnych, i cała kupa najważniejszych polityków politycznej opozycji. Otóż uważam, w brew temu, co sądził wtedy LEMMING, to był prawdziwy „game changer”. Prezydenta Kaczyńskiego bowiem nie zamordowały służby, tak jak to było w przypadku dajmy na to prezydenta Kennedy’ego. Służby to zaledwie ludzie, a ludzi można zawsze albo wymienić, albo nawet wsadzić do więzienia za jakieś tam przekroczenie kompetencji. Prezydent Kaczyński został zamordowany przez System. System w roku 2010 dokonał wyborczego fałszerstwa, przekazując w ręce Bronisława Komorowskiego stanowisko prezydenta. Dziś już natomiast wybory fałszują tylko ludzie; ludzie, którzy wówczas – zarówno w kwietniu, jak i lipcu – realizowali zlecenie Systemu. Dziś wybory fałszuje ta grupka przerażonych utratą pracy staruszków z PKW na polecenie grupki przerażonych tym, co się może stać już jutro, polityków. Mieliśmy przedwczoraj i wczoraj fantastyczną wręcz możliwość obserwowania, jak oni działają. Jakie to jest wszystko obnażone i nieporadne. Dziś piszą o tym wszystkie media.
Tak mój kochany przyjacielu. Wyborcze fałszerstwo z lipca 2010 roku to nie był żaden „game changer”; tym bardziej nie jest nim to, co się stało wczoraj. To są ostatnie podrygi ludzi, których System wykorzystał do końca, a następnie zostawił pod płotem, by zdychali. W swojej powieści „Mistrz i Małgorzata” Bułhakow bardzo czytelnie pokazuje, że Szatan nie oszczędza nikogo, nawet swoich najwierniejszych przyjaciół, najbardziej oddanych sług. W stosunku do nich jest równie zimny i bezwzględny, jak w stosunku do całej reszty świata. Wystarczy że będziemy o tym pamiętać, i z naszego punktu widzenia, to zupełnie wystarczy.

Wszystkie moje książki, a każda lepsza od drugiej, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Dodatkowo, obie książki Toyaha już do wyczerpania nakładu idą po 15 złotych. Wszystkich tych, którzy albo juz nie potrzebują więcej moich książek, ae za to mają jaką sluźna gotówkę, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. Bez niego ledwo orzemy.

poniedziałek, 26 maja 2014

Janusz Korwin Mikke - hipster polskiej polityki?

Pisałem o tym już wcześniej, ale powtórzę: pomijając okropnie przygnębiający fakt, że prawdopodobnie jeszcze dziś System da zwycięstwo Platformie, to co mnie naprawdę dziś martwi, to dobry wynik Korwina Mikke. Od paru lat, wedle wielu mniej lub bardziej oficjalnych prognoz, poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości wśród tych, którzy będą głosować po raz pierwszy miało tendencję bardzo wyraźnie rosnącą. Od paru lat można było podejrzewać, że najmłodsi wyborcy – z zasady nieufni wobec wszystkiego tego, co dostali w spadku od starszych i bardzo się garnący do wszelkiej kontestacji – w kolejnych wyborach poprą PiS nie dlatego, że oni tak bardzo lubią Kaczyńskiego i jego program, ale właśnie na zasadzie kontestacji popularnego trendu. No i w tym momencie System uznał, że na tę okoliczność należy przedstawić młodym wyborcom ofertę, która w jeszcze większym stopniu da satysfakcję ich hipsterskim emocjom… i wyciągnął z najciemniejszych piwnic politycznego zapomnienia Janusza Korwina Mikke, człowieka, który od zawsze potrafił najlepiej jak tylko można łechtać ów dziecięcy zachwyt tą pozorną bezkompromisowością. Wygrzebał więc z tego niebytu Korwina Mikke i kazał mu gadać. Co? Nieważne, byle to co zawsze. No i w ten sposób Prawo i Sprawiedliwość straciło większość młodzieży.
Mój syn siedział dziś całą noc w jednym z punktów wyborczych tu w Katowicach i relacjonuje mi właśnie, że Jerzy Buzek dostał tam więcej głosów, niż wszyscy pozostali kandydaci razem. List z poparciem dla Platformy było tak dużo, że nie było gdzie układać tych kart. Na drugim miejscu był Piecha z PiS-u, ale już zaledwie parę głosów za nim wspomniany Korwin Mikke. Ja oczywiście wiem, że to są Ślązacy, a więc plemię zaledwie minimalnie dziwniejsze niż Kaszubi, którzy prawdopodobnie za Donaldem Tuskiem i ludźmi przez niego wskazanymi gotowi będą wskoczyć w ogień nawet wtedy, gdy oni wszyscy będą gnili w więzieniu z oskarżenia o członkostwo w gangu, a więc po nich można się spodziewać wiele, jednak z jednej strony ten Buzek, a z drugiej Korwin, robią wrażenie.
W okresie przedwyborczym, bardzo się starałem wyjaśnić, gdzie się tylko da, że nie ma najmniejszego znaczenia, co Korwin głosi i z jaką klasą to robi, dopóki wiadomym jest, że jego rola w polityce wynika wprost z planów, jakie wobec nas ma System. W ostatnim wydaniu „Warszawskiej Gazety” zamieściłem nawet poświęcony osobno reprezentowanemu przez niego fenomenowi felieton. Wydaje się, że wszystko na nic. On dziś triumfuje i wiele wskazuje na to, że to nie jest jego ostatnie słowo. Już drugi raz w czasie swojej kariery politycznej zademonstrował swoją gotowość dla służenia Systemowi, może więc zostanie tak samo wykorzystany już w przyszłym roku. Proponuje więc zapoznać się ze wspomnianym felietonem i potraktować go, jako z jednej strony mój głos przeciwko liberalizmowi, a z drugiej, jako pierwszy kamień rzucony przez mnie w tę marionetkę w kampanii do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych.


O Korwinie-Mikke napisałem tu niedawno duży tekst, będący trochę wyrazem moich naturalnych emocji, a trochę reakcją na bezczelne nadmuchiwanie tego człowieka na okoliczność niedzielnych wyborów. I kiedy wydawało się, że sprawę mamy odfajkowaną i zamkniętą, okazało się, że nic podobnego. Panika, w jaką wpadł System w obawie przed wyborczym zwycięstwem PiS-u, osiągnęła taki rozmiar, że nazwisko Janusza Korwina-Mikke praktycznie nie schodzi z głównych wiadomości.
I, co moim zdaniem, niezwykle ciekawe, metoda, wedle której prowadzony jest ów przekręt, nie zmieniła się od lat. Zaprasza się to dziwadło do studia, sadza przed mikrofonem, albo pisze się na kartce kilka bardzo precyzyjnie określonych pytań, każąc mu na nie odpowiadać, licząc, że młodsza część wyborców, bardziej łasa na proste, a jednocześnie maksymalnie szokujące paradoksy, połknie haczyk. W tych dniach media maglują na okrągło opinię Korwina na temat rzekomo empirycznie potwierdzonego pragnienia większości kobiet, by je choć raz w życiu porządnie zgwałcono. Korwin gada, publiczność ryczy ze śmiechu, albo mdleje z zachwytu, pracownicy mediów udają szok i oburzenie, a my się już tylko zastanawiamy, ile to jeszcze może potrwać lat zanim świat splunie temu człowiekowi prosto w jego oblepione przekupstwem oko i wyśle na Księżyc, lub jeszcze dalej.
Przy okazji studiowania jednej z tych mnożących się ostatnio relacji, zastanawiałem się nad tym fenomenem i pomyślałem sobie, że właściwie, gdyby ktoś tylko mi chciał za to płacić, a ja byłbym odpowiednio zepsuty, takich popisów, jakie wykręca Korwin-Mikke mógłbym wykonywać kilka dziennie. Proszę spojrzeć.
Oto, proszę Państwa osobiście uważam, że państwo powinno zalegalizować aborcję do ostatniego miesiąca ciąży, ponieważ jest czymś oczywistym, że jeśli któraś matka prosi o zamordowanie własnego dziecka, to lepiej dla niego, by umarło z ręki wykwalifikowanego lekarza jeszcze przed urodzeniem, niż miało być wychowywane przez jakąś idiotkę, i na przykład zostać socjalistą, albo feministką.
Inna kwestia. Oto nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że Jezus Chrystus musiał współżyć seksualnie z Marią Magdaleną, bo jako prawdziwy mężczyzna – a tego, że był prawdziwym mężczyzną, a nie jakimś homosiem, nikt nie kwestionuje – nie po to wyciągał ją z burdelu, by następnie ją tak zlekceważyć, a i ona również nie po to zrezygnowała z dobrze płatnej pracy, by się kręcić z bandą pedałów.
Adolf Hitler nie był żadnym faszystą, ale Żydem-socjalistą, o czym najlepiej świadczy jego oczywista nienawiść do judaizmu. Jak zbadali najwybitniejsi cybernetycy, największy antysemityzm panuje wśród samych Żydów, prawdziwy faszyzm natomiast był czymś zupełnie innym, niż nam próbują wmówić eurokomuniści z Brukseli.
To tylko trzy odpowiednio idiotyczne opinie, które udało mi się na szybko wymyślić do tego felietonu. Jeśli po wyborach, które, mam nadzieję, Korwin-Mikke dramatycznie przerżnie, on nadal będzie miał ochotę na robienie z siebie durnia, oddaje mu każdy z nich za darmo. Może je powtarzać do woli.

Dziękuję wszystkim za dotychczasowe wsparcie, który pozwala nam jakoś żyć z dnia na dzień. Proszę o nas nie zapominać. Bez Was tego bloga by juz dawno nie było.

Gdy System pokazuje swoją wstrętną twarz

Jeśli idzie o wczorajsze wybory, a przyznać należy, że – choćby ze względów historycznych – bez komentarza ich zostawić nie wypada, muszę przyznać, że po raz pierwszy raz od czasów PRL-u pojawiła się w mojej głowie myśl, by machnąć na nie ręką. Proszę mnie nie zrozumieć źle: ja nawet nie brałem pod uwagę, że mogę na te wybory nie pójść, że mogę oddać nieważny głos, lub że mogę zagłosować na kogokolwiek innego niż na Bolesława Piechę, niemniej w pewnym momencie faktycznie pomyślałem sobie, że tu te matury, tu jeszcze trzeba znaleźć czas żeby pójść do kościoła, tu człowiek chętnie posiedziałby w domu, więc może by tak faktycznie sobie tym razem to wszystko darować?
No i jeszcze coś nowego. Moja młodsza córka już parę miesięcy temu oświadczyła, że ona na te wybory nie idzie, bo by jej było wstyd przed samą sobą. Ja oczywiście wolałbym, żeby się ona aż tak nie nadymała, ale jednak ją zrozumiałem, deklarację ową przyjąłem i nawet okiem nie mrugnąłem. Tu akurat jej sumienia łamać nie planowałem. Poszliśmy więc głosować bez niej, zgodnie z zasadą sformułowaną przez Korwina-Mikkego – wreszcie udało mi się dowiedzieć, że to się w ogóle odmienia – że rodziny głosują identycznie, jak głowa domu, mój syn zagłosował tak, jak moja córka, moja żona, tak jak mój syn, a ja tak, jak żona i wybraliśmy tego Piechę – człowieka, który w pewnym momencie życia znalazł w sobie tyle Łaski, by wyrwać się z prawdziwego piekła, a w związku z tym zasługuje na nasz każdy najlepszy gest, no a potem przynajmniej ja zająłem się swoimi sprawami, ani na nic nie licząc, ani się niczego nie bojąc.
I przyznam znów bardzo szczerze, że gdyby pierwsze, podane przez telewizję wyniki, były odwrotne, gdyby się okazało, że to PiS jednak uzyskał ten jeden procent nad Platformą, byłbym bardzo rozczarowany i smutny, bo za ten jeden procent to ja swoim rodakom serdecznie dziękuję, ale się obędę. Gdyby wczoraj wieczorem to PiS prowadził przed Platformą jednym procentem, a Jarosław Kaczyński ogłosił, że on bardzo dziękuję Polakom, że mu okazali takie zaufanie i potwierdzili jego przywództwo, to ja bym chyba już więcej na żadne wybory nie poszedł (w końcu mam już swoje lata i nie bardzo umiem sobie wyobrazić, by układ jaki dziś mamy, za mojego życia miał się jeszcze zmienić). Ale też gdyby nie wczorajsza wieczorna wypowiedź Donalda Tuska, który z powodu tego jednego procentu zaczął się znów koronować na ojca narodu, gdyby nie histeryczne wręcz demonstracje triumfu ze strony ludzi takich jak Julia Pitera, Ewa Kopacz, gdyby nie bardzo wreszcie przebiegłe analizy reżimowych socjologów wskazujących, że ten jeden procent nie ma znaczenia, bo liczy się wyłącznie znak, dziś pozostawałbym równie niewzruszony, jak niewzruszony byłem wczoraj. A tak, czuję dziś szczerą bardzo i niemal grzeszną satysfakcję. I już nie mogę się doczekać, aż usłyszę kolejne kłamstwa wylewające się z tych czarnych ust, że znak się nie liczy, bo to wszystko jest tylko matematyka.
Trochę żałuję, że kiedy po przeliczeniu 30 procent głosów PiS wyprzedził Platformę o 7 procent, nie mogłem patrzeć, jak kolejni z tych durniów schodzą na zawał, czy wylew. To by było coś. W sytuacji, gdy dla nich ów znak ma takie znaczenie, a jeszcze znak tak mocny, to nie ma nic piękniejszego widzieć, jak ów znak ich zwyczajnie zabija. No ale kiedy to się działo, spokojnie sobie spałem i ani tego nie widziałem, ani żadnych gulgotania nie słyszałem. I dziś już widzę, że System tego napięcia nie wytrzymał i wynik skorygował do poziomu, który mieliśmy jeszcze wczoraj. Trochę mniej więcej tak, jak to miało miejsce przy wyborach prezydenckich w 2010 roku. Do wieczora jeszcze trochę czasu zostało, więc wszystko przed nami. A ja, tak jak wczoraj w ciągu dnia i dziś, znów ani na nic nie czekam, ani niczego się nie boję.
Natomiast mam parę już bardzo indywidualnych refleksji odnośnie wyników tych wyborów. Przede wszystkim, sukces Korwina z jego punktu widzenia jest autentycznie historyczny. Chyba jeszcze nigdy dotychczas – no, może poza rokiem 1993 – ten dziwny człowiek nie miał okazji zademonstrować swojej przydatności i skuteczności z taką siłą, jak tym razem. System powinien być z niego dumny.
Bardzo jestem dumny z obywatelskiej postawy mieszkańców Bydgoszczy, którzy, co by o nich nie mówić, pokazali, że są rzeczy ważniejsze, niż brutalna propaganda i bezczelna przemoc. Nawet jeśli chodzi tylko o coś tak skromnego, jak nazwa ich miasta. A jednocześnie, widząc, że Jan Vincent Rostowski jednak zdołał sobie od wczoraj załatwić ten awans i że najwidoczniej są rzeczy, na które w konfrontacji z zawziętością Systemu, my już nigdy nie będziemy mieli wpływu, znów odczuwam autentyczny lęk.
Czuję autentyczny wstyd za mieszkańców Lublina, którzy pokazali, że im naprawdę jest wszystko jedno. Potwierdzam swoją najwyższą pogardę dla Ślązaków, którzy, nawet po tym, jak im System usunął sprzed nosa Kazimierza Kutza, pokazali, że im to w najmniejszym stopniu nie przeszkadza, bo oni i tak znajdą sposób, by pokazać swoje zniewolenie i znajdą kogoś, na kogo będą mogli tłumnie – owym tradycyjnym, śląskim, owczym pędem – zagłosować. Cieszę się bardzo, że poniósł tak piękną porażkę Paweł Zalewski; miło mi słyszeć, że Twój Ruch przepadł z takim hukiem; dobrze wiedzieć, że przegrali Jarosław Gowin i Andrzej Zybertowicz, a drugiej strony źle bardzo, że Bogdanowi Zdrojewskiemu udało się tak wyraźnie pokazać, że wystarczy przekroczyć granice przyzwoitości na poziomie dotychczas nieznanym, by za to odebrać swoją nagrodę. Ten popis był szczególnie przykry do zaakceptowania.
No i wreszcie miło mi widzieć, że, co by o nich nie mówić osobno, drużyna wystawiona przez Prawo i Sprawiedliwość robi zdecydowanie najlepsze wrażenie. Co by o nich nie mówić, to jednak prof. Legutko, czy prof. Krasnodębski z jednej strony, a Julia Pitera, czy Barbara Kudrycka, czy Marek Plura z drugiej nie pozostawiają miejsca na jakikolwiek komentarz.
A więc, jak widzimy, tak czy inaczej, pozostają nam już tylko te najdrobniejsze satysfakcje i trochę ponure smuteczki. I, jak mówię, nawet nie warto się nimi za bardzo przejmować, zwłaszcza gdy mamy świadomość, że dzień jest długi i pod wieczór może się równie dobrze okazać, że to jednak Platforma przegoniła PiS o całe 7 procent. Skupmy się więc na sprawach ważnych, na znakach, które mają znaczenie, a więc choćby na tym, że Wojciech Jaruzelski już w Krainie Grzybów.

Dla przypomnienia, wszystkie moje książki są do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Polecam, zachęcam i gwarantuję pełna satysfakcję. A gdyby ktoś zechciał wesprzeć ten blog bezpośrednio, pod podanym obok numerem konta, będe bardzo szczerze zobowiązany. Dziękuję.

niedziela, 25 maja 2014

Wojciech Jaruzelski - Ze śmiercią mu do twarzy

O Jaruzelskim pisałem tylko raz. Sześć lat tego dłubania i jedna, jedyna notka. Wygląda na to, że to już i Nergal, co ja mówię Nergal? Nawet Kukiz, nawet Marysia Peszkówna, wzbudzili moje zainteresowanie więcej razy. Czemu tak? Nie wiem. To znaczy, mam tu pewne przypuszczenia, ale skoro on właśnie zmarł i już go święta ziemia z siebie wypluła, na ten temat ani słowa. Ponieważ jednak uważam, że dzisiejszy dzień, choćby zaledwie symboliczne, ale ma dla nas wszystkich pewne znaczenie, chciałbym przypomnieć swój stary już tekst – ów jedyny poświęcony Generałowi – no a do tego dołączę fantastyczne wręcz zdjęcie. Ono to dopiero będzie niosło symbol. Dopiero ono, ale to na koniec. Na razie sobie poczytajmy.


Pisałem o tym już parę razy, jak zawsze z nadzieją, że wszystko co oczywiste w ten czy inny sposób w końcu zostanie przyjęte na tyle, by przynajmniej nie trzeba było się powtarzać. Niestety, nie po raz pierwszy zresztą, przekonuje się, że najprostsze prawdy mają to do siebie, że nigdy ich za wiele. No i znów dziś, kiedy najpierw docierają do nas strzępy jakichś gabinetowych dylematów, co zrobić z Wojciechem Jaruzelskim, a po nich już bardzo poważna debata na temat zbrodni, kary, zasług i pamięci, czuję, że powinienem coś na ten temat powiedzieć. Coś, co już mówiłem, i to nie raz, ale co się aż prosi o powtórzenie. Otóż muszę wyznać z podniesioną głową, że kiedy dumam nad biednym losem naszej Polski, od wielu już lat nie lubię zaprzątać sobie głowy ani Urbanem, ani Jaruzelskim a nawet Adamem Michnikiem. Kiedyś – owszem, bardzo z ich powodu cierpiałem i pamiętałem im każde ich słowo i każdy podły gest, jednak dziś już oni akurat najczęściej są dla mnie jak zeszłoroczny deszcz, lub jeszcze wcześniejszy śnieg. Kiedy się zastanawiam nad dniem, gdy moja świadomość tak okropnie się przeformatowała, wydaje mi się, że największy na to wpływ miało obalenie rządu Jana Olszewskiego, i ta straszna świadomość, że za tym ruchem nie stał ani Jaruzelski, ani Urban, ani nawet Michnik, lecz choćby osoba tak dzielna i zasłużona, jak niegdysiejszy Adam Słomka.
Popatrzmy na takiego Jaruzelskiego wtedy i dziś. Szczerze powiem, że ja nie mam nawet pewności, czy on przed 15 laty był kimś bardziej znaczącym dla kierunku, w jakim nasza Polska się już wtedy nieuchronnie przesuwała, czy może jest nim bardziej dzisiaj. Natomiast wiem, że i wtedy i dziś, kimś na kogo, jeśli już mam się bać kogokolwiek, powinienem mieć oko, jest Donald Tusk, czy Jan Krzysztof Bielecki, czy nawet ktoś tak byle jaki, jak Aleksander Hall i jego, jak mówią niektórzy, żona. A tu pojawia się nagle dylemat, czy do Rzymu na beatyfikację Jana Pawła II należy Jaruzelskiego zabrać, czy nie. I to jest dla mnie sytuacja wręcz surrealistyczna. Widzę już dziś ten samolot, w dużej części wypełniony ludźmi najbardziej podłymi i występnymi, i jednocześnie nie mogę nie zauważyć tych ich nerwowych zabiegów, żeby się skryć za plecami kogoś takiego jak Jaruzelski. I nagle słyszę, jak w tym wszystkim ktoś mi tłumaczy, że nie jest problemem, czy nie jest coś nieprzyzwoitego w tym, że tam ma polecieć wspomniany Bielecki, lub nie wspomniany Sławomir Nowak. Nie mówiąc już o kimś takim jak sam prezydent Komorowski i jego czarna świta. Problemem jest Jaruzelski. Co za ślepota! Z mojego punktu widzenia, skoro leci Komorowski, to naprawdę nie ma już znaczenia, kto tam się zabierze razem z nim. Tusk nie Tusk, Buzek nie Buzek. Niech leci nawet Urban. Jakie to będzie miało znaczenie dla mojego poczucia etycznego i estetycznego komfortu?
Z tak zwaną komuną dałem więc sobie po raz pierwszy spokój jeszcze na początku lat 90. Drugi raz odświeżyłem w sobie tę obietnicę traktowania komunistów jak powietrze w zeszłym roku, po smoleńskim nieszczęściu. I nie będę ukrywał, że kiedy Jarosław Kaczyński kilka razy podczas kampanii wyborczej wspomniał o swoim braku zainteresowania jakimś Oleksym, czy Gierkiem, zrozumiałem go świetnie i poczułem komfort zupełnie niezwykły. A kiedy, w następstwie owej serii deklaracji, na Kaczyńskiego posypały się gromy ze wszystkich możliwych stron, stałem za nim niewzruszenie i za nim powtarzałem każde jego słowo. Bo tak to właśnie jest. Oleksy to polityk lewicowy średniego pokolenia, a Jaruzelski to stojący nad grobem staruszek bez przyszłości, a co najgorsze, dziś już nawet bez historii. Gdyby on w pewnym momencie został jak należy rozstrzelany, lub lepiej jeszcze – powieszony, albo by miał okazję i odwagę strzelić sobie w łeb, jak niektórzy przed nim, to by go może przynajmniej po latach dawni i nowi komuniści odpowiednio wspominali.. A tak? O czym tu gadać? O tym smutnym plastrze na pożółkłym policzku?
O co mi wówczas – i dziś przecież, może nawet jeszcze bardziej, niż wtedy – chodziło? Stało się mianowicie tak, że w wyniku tego co nas spotkało 10 kwietnia i całej naszej na ten temat wiedzy, musieliśmy wszyscy przewartościować nasze dotychczasowe poglądy, a wraz z nimi priorytety. A na skutek tego przewartościowania, przede wszystkim powinniśmy byli zrozumieć, że zarówno idea IV RP, jak i stare antykomunistyczne resentymenty, podobnie jak cała dyskusja na temat smutnego dziedzictwa PRL-u i wszystkiego tego, w co PRL przekształcił się w roku 1990, nie ma już najmniejszego sensu. Trzeba nam było zdać sobie sprawę z tego, że podsmoleński mord tak bardzo zmienił rozciągający się przed naszymi oczami świat, że dla nas przestaje znaczyć cokolwiek nie tylko Lech Wałęsa z jego ubectwem, zaprzaństwem i szaleństwem, ale również cała ta post-komunistyczna masa drobnych kombinatorów, którzy na tym nieszczęsnym Wałęsie postanowili wjechać do rzekomo nowej Polski i odpowiednio mocno tam się zaczepić.
Bo co my dziś wiemy, kiedy Bronisław Komorowski wyrywa sobie włosy z głowy, zastanawiając się, czy lepiej dla niego będzie Jaruzelskiego do Rzymu zabrać, czy zostawić, żeby tu gnił? Jakie myśli tłuką się nam po głowach, gdy najbardziej poważni komentatorzy prześcigają się w spekulacjach na temat etycznego i estetycznego wymiaru obecności Wojciecha Jaruzelskiego w rządowym samolocie zmierzającym na beatyfikację Ojca Świętego? I oczywiście prawda jest taka, że najprościej byłoby powtórzyć to co mówią wczoraj i dziś – podobno z taką satysfakcją – media i wrodzy nam politycy. A mianowicie to, że post-komunizmu już nie ma. Bo to fakt, którego nie zmieni nawet to, że jest on głoszony nawet przez języki kłamliwe i złe. Ale to jeszcze za mało. To nam jeszcze niczego nie wyjaśnia. Bo to co jest naprawdę szalenie istotne to to, że post-komunizm – nawet jeśli, wbrew moim emocjom, on żyje i podskakuje – wobec tego, co się zdarzyło w tamten kwietniowy poranek, wśród tej kwietniowej ruskiej mgły, to jest już zaledwie głupstwo, bzdura i szary pył. Chodzi o to, że wobec tego co się stało pod Smoleńskiem, nie ma znaczenia już nie tylko Wałęsa, ale też i Czarzasty, Oleksy, Kwaśniewski i cała banda tych peerelowskich fantomów. Dlaczego? Bo to nie oni strącili ten samolot. Oni zrobili dużo złych rzeczy, i wielu dziś z pewnością zdobi swoje gabinety zdjęciami tej tonącej w błocie białoczerwonej szachownicy, ale to jednak nie oni przeprowadzili tamtą akcję. I to nie oni zamordowali nam prezydenta. I jestem pewien, że tak naprawdę wie to nie tylko Jarosław Kaczyński i ja na doczepkę, ale bardzo wielu z nas. Tyle że z jakiegoś powodu boimy się zrobić ten jeden jeszcze tylko krok, i przyznać, że tamten czas już się skończył. Że to nie oni. A ci co się dziś z Kaczyńskiego i jego „psychotropów” śmieją tak bardzo, że na ich czołach zaczął pojawiać się charakterystyczny pot, wiedzą, że on wie.
Ale my wiemy jeszcze coś. Że wprawdzie nie ma już Oleksego i Millera, ale za to jest ktoś inny. Że przed nami przesuwają się twarze zupełnie inne od tych, które nas straszyły przez tyle lat. Często o wiele młodsze od tamtych, o wiele szlachetniejsze, niekiedy znacznie bardziej sympatyczne. Więc, jeśli już musimy, skupiajmy się, proszę, tu już tylko na nich. I proszę mi pozwolić nie wymieniać nazwisk, jakie za nimi stoją. Raz, z tej prostej przyczyny, że jakoś w tym momencie nie mam w sobie wystarczająco dużo wewnętrznego brudu na takie eksperymenty, a dwa, że jakoś straszno. To coś tutaj jest mimo wszystko zdecydowanie bardziej ludzkie.

Zakończyły się właśnie Warszawskie Targi Książki, które, wedle dostępnych mi relacji, no i z osobistych również obserwacji, dla ich organizatorów okazały się kompletną porażką. Od dziś więc, do następnej okazji nasze książki są do kupienia przede wszystkim na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam, no i tradycyjnie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszego wsparcia, on nie bedzie istniał.


sobota, 24 maja 2014

Cisza wyborcza - czytamy książki

Przyznam, że nie mam pojęcia, czy przypadek, jaki miał miejsce w czwartek w Gorzowie podczas spotkania premiera Tuska z młodzieżą został w odpowiedniej skali rozpoznany, czy może zwrócili na niego uwagę tylko ci z nas, którzy bardzo interesują się polityką, lub którzy łażą bez sensu po Internecie i zawsze coś tam wypatrzą, faktem jest jednak to, że ja się właśnie o nim dowiedziałem. Gdyby jednak trzeba było wyjaśniać, to powiem: otóż Tusk pojechał do Gorzowa i w ramach tradycyjnego zadawania szyku zdaje się, że udał się do miejscowego liceum, tam podszedł do witających go dzieci, w pewnym momencie stanął przed jakąś grupką, jego bystre oko dostrzegło najładniejszą z tego towarzystwa dziewczynkę, on wyciągnął do niej swoją spracowana dłoń, a ta zamiast coś tam bąknąć, zapytała, jak słyszę, zupełnie z pamięci: „Dlaczego udaje pan patriotę, a jest pan zdrajcą Polski?”
Kiedy Tusk to usłyszał, zamiast normalnie, jak by to zrobił zapewne pierwszy z brzegu cwany kolega tej dziewczynki, zapytać ją, dlaczego ona tak myśli, albo wręcz poprosić ją, by mu podała jakieś przykłady owej zdrady, a potem już działać wedle wdrukowanego mu w ten pusty łeb schematu, on jej najzwyczajniej w świecie powiedział, że podziwia jej poczucie humoru i normalnie zwiał. Po prostu zwiał.
Dziś, kiedy czytam trochę o tym wydarzeniu, słyszę głównie dwa rodzaje komentarzy. Pierwszy to taki, że to dziecko okazało się absolutnie niezwykłe, bo przede wszystkim bardzo mądre, poza tym jeszcze bardziej odważne, a jeszcze na dodatek mimo tej odwagi i tej mądrości – bardzo ładne. Drugie, że Tusk to głupi tchórz, bo zamiast stawić czoła nieszczęściu, zrejterował. W tej sytuacji – w końcu taka jest rola tego bloga – ja bym proponował spojrzenie znacznie, ale to znacznie szersze. Pierwsza kwestia bowiem sprowadza się do tego, że jeśli owi komentatorzy naprawdę nie mogą się nadziwić, że prawdziwie niskie mniemanie o Tusku mogą mieć tylko jakieś aktywistki Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, które wyglądają i zachowują się, jak chłopcy, których nikt już nie chce, to znaczy, że ich na jego widok ogarnia autentyczna bojaźń. Ja, o czym niektórzy tu wiedzą, mam troje dzieci, każde z nich jest bardzo inteligentne, wykształcone, no i wedle wszelkich znanych mi standardów fizycznie bardzo atrakcyjne, ale jestem przekonany, że gdyby do któregokolwiek z nich Donald Tusk choćby spróbowałby się zbliżyć, nie tylko by usłyszał najbardziej brzydkie słowo, ale jeszcze na dodatek by dostał kopa w kostkę. Moje dzieci – jak mówię, wykształcone, inteligentne i fizycznie, nie mniej bez zarzutu, niż ta, przyznaję, że fantastyczna dziewczynka z Gorzowa – gdyby tylko dostały odpowiednią okazję splunęłyby Donaldowi Tuskowi w oko. Dlaczego? Bo go uważają za kłamcę, zdrajcę Polski, no a przede wszystkim chodzący obciach, i jeśli nie marzą najbardziej na świecie, by mu to zrobić, to tylko dlatego, że mają inne, ciekawsze rzeczy na głowie, niż łażenie za Tuskiem. Bo trzeba być kimś kompletnie oderwanym od rzeczywistości, albo wypełniony jakimiś czarnymi kompleksami aż do porzygania, żeby się emocjonować czymś tak oczywistym, że zwykli ludzie Tuska nie tolerują,tak jak to choćby robią redaktorzy portalu wpolityce.pl.
A więc to jest ta jedna rzecz. Druga natomiast jest taka, że ja bym się bardzo chciał dowiedzieć, dlaczego Tusk, zaatakowany przez tę dziewczynkę – w końcu, nie oszukujmy się, zwykłe, tyle że może bardziej niż inne, wyszczekane dziecko – dostał takiego pietra. Tyle lat w polityce, i to polityce naprawdę miejscami bardzo brutalnej, tyle stresu, tyle strasznych wręcz wyzwań, a tu przychodzi do niego ta Marysia, pyta: „Czemu pan jest zdrajcą?”, a ten choćby jej odpowiedzieć, że wcale zdrajcą nie jest, że jej się coś pomyliło, pogłaskać po głowie i odejść z uśmiechem, po prostu się dławi kawałkiem smarka i ucieka. Czemu? Co mu się tak kotłuje w tej już najwyraźniej do końca obtłuczonej kłamstwem pale? Czy tam naprawdę nie zostały już choćby resztki normalnych, ludzkich odruchów, które nie zostały jeszcze zapisane na karcie czipowej i wdrukowane w jego mózg? Czy jest możliwe, że jeśli ktoś do niego mówi „Dzień dobry”, a on odpowiada „Dzień dobry”, to tylko dlatego, że jeśli nie to, to może już być wszystko? Otóż myślę, że to jest właśnie ten stan.
Jutro te wybory, a więc mamy ciszę wyborczą. A skoro ciszę, to nawet nie możemy sobie poagitować. Podzielę się więc tylko taką skromną refleksją. Ta cisza ani nam nie pomaga, ani nie szkodzi. Tu nawet nie ma jak agitować. Z praktycznego punktu widzenia, te wybory są dla nas bez znaczenia. Z punktu widzenia naszych bezpośrednich interesów, my byśmy mogli równie dobrze głosować na prezydenta FIFA. Natomiast tu chodzi o cóż znacznie większego, niż jakieś tam wybory. My będziemy decydować o przyszłym losie jednego człowieka. Przede wszystkim o tym. Tylko i aż. A to od nas, jako polskich patriotów i dobrych chrześcijan, wymaga bardzo dużej odpowiedzialności. Serdecznie zachęcam do refleksji, no a warszawiaków do odwiedzenia, mimo tych upałów stoiska Coryllusa na Stadionie Narodowym. Nawet kosztem wizyty w lokalu wyborczym. No i serdecznie prosze o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję






piątek, 23 maja 2014

Nergal vs. Święta Ruś - remis ze wskazaniem

Kiedy przedwczoraj, już późnym wieczorem, postanowiłem zupełnie wyjątkowo napisać kolejną notkę i poświęcić ją Andrzejowi Zybertowiczowi i jego umysłowej kondycji, wbrew temu, co się może niektórym z nas wydawać, wiedziałem, że gdzieś w Rosji człowiek imieniem Nergal i jego koledzy z artystycznego projektu pod nazwą Behemoth siedzą w jakimś ruskim więzieniu i desperacko klikając w swoje wypasione smartfony błagają o pomoc. Czemu uważam, że część z nas mogła uważać, że ja nie słyszałem o gehennie, jaką przeżywają nasi przaśni, bogobojni sataniści Polscy, spod wierzb płaczących Mazowsza i Podlasia, z rąk satanistów rosyjskich? Otóż myślę, że niektórzy takie właśnie mogli odnieść wrażenie, no bo skoro już postanowiłem pisać w trybie awaryjnym, to jednak z jednej strony Zybertowicz i jego upadek, a z drugiej Nergal w obsranej ruskiej celi, to jednak wielkości nieporównywalne. No i słusznie.
Muszę zatem przyznać, że wówczas, w tamten wieczór, jakimś cudem Nergala zlekceważyłem. Siedzi to siedzi, beczy to beczy – pies z nim tańcował. Tymczasem wygląda na to, że tu ani nie ma się z czego śmiać, a tym bardziej z czego szydzić, no a już zupełnie nie ma powodu, by całą sprawę sprowadzać do wymiaru jakiś popowych ploteczek. No a z całą pewnością, grzechem byłoby triumfować, że ktoś wreszcie się za tych czarowników zabrał.
Siedział więc biedny Darski z kolegami w, jak sam relacjonuje, celi półtora na dwa przez całą noc, wysmarowanej jakimś świeżym ruskim gównem, a wszystko pod pretekstem nieważnych wiz i w związku z jak najbardziej realną walką państwowej Cerkwi z nacierającym od zachodu Szatanem, sikał do dostarczonej mu butelki po oranżadzie i błagał wszystkich tych, którzy go słuchają, by go stamtąd zabrali. I ja, powiem szczerze, wcale się, pisząc to, nie uśmiecham. Mam ucznia sprzed lat, który jest gitarzystą w zespole grającym muzykę dokładnie tego samego typu, co Behemoth, a przez to, że jego projekt uzyskał już pewną pozycję na tej scenie, opowiada mi różne ciekawe historie z tamtej strony muru. Otóż wedle jego relacji, Nergal to jest gwiazda tej wielkości, że on już zatrudnia specjalnych ludzi do tego, by za nim ciągnęli jego walizeczkę na kółkach. Nergal to jest gwiazda taka, że kiedy Behemoth gra koncert w ramach jakiegoś festiwalu, to on – jak nie przymierzając, Leonard Cohen, wchodzi, gra i wychodzi, nie dając nawet szansy innym, mniej uznanym artystom, by mu powiedzieli: „Cześć”. No i pojechał ów Nergal do Rosji, gdzie jeszcze zanim udało mu się pokazać tysiącom rozhisteryzowanych rosyjskich satanistów, podrzeć na ich oczach Biblię, połamać Krzyż, a Jego strzępy wrzucić w jakieś sztuczne gówno, pojawiło się dziesięciu napakowanych przedstawicieli Świętej Cerkwi, wsadzili ich wszystkich do jakiejś ciężarówki, wywieźli w sobie tylko znanym kierunku, a na koniec, jak słyszymy, każdy z nich wziął sobie po jednym smartfonie.
Dziś już wiemy, że cała rosyjska trasa – ku rozpaczy rosyjskich fanów Behemotha – została odwołana, sam zespół został deportowany z zakazem powrotu do Rosji przez kolejne 5 lat, a ja się domyślam, że to wydarzenie – wbrew oczywistej satysfakcji wielu z nas – tylko Behemothowi przysporzy popularności. Jestem pewien, że żaden grający czarny metal zespół z Norwegii, Szwecji, Niemiec, czy nawet Stanów Zjednoczonych nie może się popisać takim osiągnięciem, by Cerkwiew Prawosławna zamknęła ich w wysmarowanej gównem klitce półtora na dwa metry. Behemoth od dziś ów – z czasem coraz bardziej drobny – incydent już do końca swojej kariery będzie mógł wykorzystywać na poziomie najbardziej skutecznej promocji. I już nikt nigdy tego osiągnięcia mu nie odbierze.
Bo nie oszukujmy się. Cerkiew Prawosławna – i przykro mi to mówić, choćby przez naszą pamięć o świętym Janie Pawle – to demon, przy którym taki śmieszek Darski jest zaledwie zabawką w rękach innych śmieszków. Kościół moskiewski pokazał swoją moc przedwczoraj. I dobrze by było, żeby nikomu z nas nawet do głowy nie przyszło się z tego śmiać. Zwłaszcza że, jak mówię, już za parę dni Nergal fizycznie wręcz rozpozna korzyści płynące z tego spięcia. W końcu, co by nie mówić, to oni są w jednej bandzie. Nie my. Oni.

W Warszawie, jak wiemy, odbywają się targi książki, na których Gabriel Maciejewski sprzedaje nasze, i nie tylko nasze, książki. Ja wiem, że ten stadion wygląda jak wrota piekieł, w dodatku żeby tam dojść w tym upale trzeba nie lada samozaparcia, jednak szczerze polecam. Tam są takie rzeczy, że naprawdę warto. Stoisko na wprost od głównego wejścia, ciut w lewo, zaraz przy wyjściu na tak zwaną „murawę”.

czwartek, 22 maja 2014

Na tarczy

Zakończył się czwartek na warszawskich targach i muszę przyznać, że lepiej było mi się nie ruszać z domu. Mimo że i tak, w odróżnieniu od wszystkich naszych sąsiadów, przynajmniej coś tam sprzedaliśmy, generalnie panowała kompletna pustka. A gdy chodzi o mnie, nawet nie zwróciła mi się podróż. Wychodzi na to, że czwartek przy tego rodzaju okazjach można w przyszłości skreślić.
W związku z tym, niezmiennie proszę o wsparcie dla tego bloga, tyle że tym razem jeszcze mocniej, bo oto runęła ostatnia szansa na dotrwanie do czerwca. A jutro kolejny tekst

środa, 21 maja 2014

Andrzej Zybertowicz - sprawiedliwości staje sie zadość?

Plan miałem taki, by już dziś tylko pisać tekst o soli, natomiast do bloga wrócić po powrocie z targów, jednak w międzyczasie wybuchła afera z Zybertowiczem i wszystko to, co z niej wynikło tak mną wstrząsnęło, że postanowiłem jednak zabrać, choćby na krótko, głos. Otóż, jak się okazało, to co Zybertowicz napisał w swoim „Alfabecie” w tygodniku „W Sieci” o Jarosławie Kaczyńskim stanowiło oczywistą ironię. On wprawdzie Kaczyńskiemu w jakiś szczególny sposób nie kadził, natomiast sposób, w jaki media wyrwały z kontekstu dwa fragmenty jego wypowiedzi, stanowi bezwzględny rekord świata w manipulacji; nie w tępocie, ale właśnie w manipulacji. I to robi oczywiste wrażenie.
Jest jednak coś, co mną poruszyło jeszcze bardziej. Otóż, aby sprawdzić osobiście, o co poszło w tej awanturze, postanowiłem przeczytać ów „Alfabet Zybertowicza” i powiem uczciwie, że ja większej nędzy nie czytałem w całym swoim życiu. Redakcja „W Sieci” zwróciła się do Zybertowicza z propozycją ułożenia tego „alfabetu”, i powstało coś, przy czym nawet najbardziej nieciekawe, nieśmieszne i głupie popisy Krzysztofa Feusette, robią wrażenie eksplozji publicystycznego geniuszu. Ale mało tego. Ja naprawdę nie chcę się znęcać nad Zybertowiczem, bo chociaż go szanuję średnio, nie sądzę, by mu się ode mnie należało więcej, niż innym, ale kiedy już przeczytałem paręnaście z tych opisów, nie mogę się powstrzymać, by wyrazić przypuszczenie, że z nim jest coś nie tak na poziomie czysto psychicznym. Część tych tekstów świadczy o tym, że Zybertowicz ma zwyczajnie coś z głową. Żeby, jak to mówią, nie być gołosłownym, podam parę przykładów, nie tyle znaczących, co po prostu krótszych:
Chyra, Andrzej: aktor. Chyba w 2005 r., opalając się razem z aktorką Magdaleną Cielecką opodal przy basenie w Fethiye w Turcji, gapił się na moja żonę. Żona mówi, że mi się wydawało”.
Gen. Nowek, Zbigniew: ukończył, podobnie jak ja, Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Był szefem Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Wywiadu. Zazwyczaj małomówny”.
Ratzinger, Joseph: teolog. Od kilku lat mój ulubiony myśliciel”.
O.Rydzyk, Tadeusz, CSsR: niby grzesznik, ale wielkie dzieła uczynił”.
Staniszkis, Jadwiga: w roku bodaj 1983, przy okazji jakiegoś seminarium, przetańczyłem z nią pół nocy. Dało się przetrwać mroczne lata stanu wojennego”.
Tyszkiewicz, Beata: kiedyś spotykam ją w holu Hotelu Europejskiego w Warszawie. Pierwsze wrażenie: TV kłamie. Hotelu już nie ma. Pani Tyszkiewicz jest. Dobrze”.
I tak to leci przez trzy strony, o Urbanie, Michniku, Wildsteinie, Walentynowicz, aktorze Wilhelmim, Olejnik, czy wreszcie o Richardzie Pipesie, którego Zybertowicz podobno kiedyś wiózł do Ciechocinka, a wszystko wyłącznie po to, byśmy wiedzieli, że on z każdym z nich miał okazję w pewnym momencie znaleźć się w tym samym pomieszczeniu. Notka o Kaczyńskim też zresztą powstała w tym samym celu – żeby opowiedzieć, jak to on jest przyjacielem rodziny. I nic więcej.
Dziś media skonstruowały brutalną prowokację wobec Zybertowicza, na którą, co przyznaję ze smutkiem, kompletnie głupio, dał się nabrać sam Jarosław Kaczyński, a ja się już tylko zastanawiam, czy to faktycznie nie jest tak, jak podobno opowiada sam Zybertowicz w rozmowie z tą agenturą z „Do Rzeczy”, że ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego od pewnego czasu próbują go zniszczyć. I ja to sobie mogę bardzo łatwo wyobrazić, że jakiś Hofman, czy Kuchciński wykorzystują każdą możliwą okazję, by pędzić na zmianę do Kaczyńskiego i go informować, że Zybertowicz to bałwan. I że podobnio w tym najświeższym przypadku, to też była ich robota. Tyle że, choć donosicielstwa bardzo nie lubię i je gdzie mogę tępię, tu mam wrażenie, że ich rozumiem. Jeśli oni mają tego Zybertowicza na co dzień, a sam Prezes jest i zbyt zajęty, no a przede wszystkim pochłonięty znacznie ważniejszymi sprawami, niż analizowaniem postępków swoich ludzi, to oni autentycznie mogą poczuć obowiązek zwrócenia Prezesowi uwagi na to, kogo sobie upodobał. Bo jeśli ma się okazać, że ów „Alfabet Zybertowicza”, który właśnie opublikował tygodnik „W Sieci” nie jest jakąś wpadką, ale prostym świadectwem stanu poczytalności tego człowieka, to myślę, że stało się bardzo dobrze. I jeśli – co uważam za dość prawdopodobne – Jarosław Kaczyński nie będzie miał ochoty na wysłuchiwanie wyjaśnień w sprawie tej przykrej pomyłki, a Zybertowicza do siebie już więcej nie dopuści, to stanie się bardzo dobrze. Jak mówi znane powiedzenie: szczęście w nieszczęściu, czy po angielsku – blessing in disguise.

Jutro w Warszawie rozpoczynają się targi książki. Choć początkowo bałem się, że nie będzie mnie fizycznie stać na to, by się do Warszawy wybrać, ostatecznie, dzięki wsparciu przyjaciół tego bloga, mam już bilet na pociąg i jutro właśnie, od rana do wieczora, będę podpisywał książki. Choć oczywiście mam nadzieję, że uda się ich sprzedać tyle, by się wygrzebać z bieżacego kryzysu, to oczywiście, jeśli ktoś uznał, że powyższy tekst to jest coś, na co czekał, będę wdzięczny za każdy gest. A tymczasem: stoisko Coryllusa, podobno tuż przy wejściu. Do jutra!

Warszawskie Targi Książki, czyli do Stolicy po sól

Jak już to miał okazję zapowiadać Gabriel, od jutra do niedzieli w Warszawie na Stadionie Narodowym odbywają się kolejne targi książki. Będzie też tam i nasze stoisko pod tradycyjna nazwą „Coryllus”, a na nim wszystkie plus zupełnie najnowsze książki Gabriela, wszystkie – w tym ta najnowsza o listonoszu – moje, i wiele jeszcze książek innych autorów. Ostatecznie postanowiłem, że pojadę do Warszawy, jednak tylko na jeden dzień, mianowicie jutrzejszy czwartek. W piątek, sobotę i niedzielę sprawdzamy rozszerzone matury i muszę być na miejscu. Wszystkich, którzy chcieliby kupić moje książki i otrzymać dedykację, zapraszam więc jutro. Będę tam od 10 do 18, a więc przez cały boży dzień.
Jak można było się już dowiedzieć od Gabriela, uruchomił on właśnie nową serię wydawniczą pod tytułem „Małe książki o wielkich sprawach”, a jako pierwszą z nich fantastyczne refleksje historyczne, w pięknej twardej oprawie, zatytułowane „Irlandzki Majdan”. Otóż chciałem poinformować, że sam aktualnie pracuje nad długim tekstem, który powinien się znaleźć w kolejnej części serii, a poświęcony jest soli. Soli tym razem w Indiach i temu, jak przy pomocy tej skromnej soli, Brytyjskie Imperium było w stanie trzymać za twarz jeden wielki naród przez całe wieki. I więcej na razie ani słowa. W związku z tym jednak, że muszę się trochę bardziej poświęcić pracy nad tym tekstem, dziś jeszcze nie uda mi się napisać kolejnego. Wszystkich, którzy na niego czekają, bardzo przepraszam i mimo wszystko proszę o mnie nie zapominać.

Jednocześnie, jak zawsze ostatnio, bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga. Zdarzyło się ostatnio klika nieprzewidzianych zupełnie finansowych nieszczęść, które nas załatwiły na dobre, i w tej chwili cały wysiłek kieruję na to, by się do końca miesiąca chocby częściowo pozbierać. Numer konta jest tuż obok,. Jesli ktoś jest w stanie nam pomóc, bardzo będę zobowiązany.

poniedziałek, 19 maja 2014

Jacek Pałasiński, czyli czas freaków

Przez minione dwa, a właściwie trzy – bo piątkowe popołudnie w to też wchodziło – sprawdzałem matury, a ponieważ mam już taki charakter, że jak już się za coś wezmę, to nie ma takiej ludzkiej siły, która by mnie mogła od tego odciągnąć choćby na chwilę, raczej słabo obserwowałem świat rozciągający się za oknami szkoły, gdzie nas rozmieszczono. Nie zmienia to jednak faktu, że parę rzeczy zauważyłem. Dosłownie parę. Pierwsza z nich, to Donald Tusk maszerujący za rękę z tą idiotką, a obok nich książę Harry, a więc widok, który zrobił na mnie takie wrażenie, że brakuje mi słów, by ten wątek w sensowny sposób ciągnąć dalej. Druga natomiast to – uwaga, uwaga – redaktor Pałasiński, o którym tu już parę razy było, ale wygląda na to, że jak idzie o tego kosmitę, święte słowa Ozziego – „no rest for the wicked” – znajdują zastosowanie każdego dnia. A więc, owszem, dziś będzie o Pałasińskim.
Zanim jednak przejdę do rzeczy, winien jestem czytelnikom tego bloga ważną informację. Otóż okazuje się, że kiedy niedawno informowałem, że Ministerstwo Edukacji nie daję egzaminatorom maturalnym długopisów, ołówków, gumek i temperówek, to kłamałem, jak bura suka. Od zeszłego roku bowiem nastąpiła wyraźna poprawa i, jak się domyślam, dzięki obcięciu stawek za każdy kolejny sprawdzony arkusz, udało się na rzecz pracy egzaminatorów zakupić znaczną ilość wspomnianych ołówków, gumek i czarnych długopisów. Na temperówki akurat nie starczyło, i te akurat musieliśmy mieć własne, co się zresztą bardzo przydało, bo ze względu na fakt, że ołówki były absolutnie najtańsze, wymagały one nieustannego ostrzenia. Ale, cokolwiek by nie mówić, poprawa jest, i ja to bardzo chętnie autorytatywnie tu zaświadczam.
Przechodzimy do Pałasińskiego. A więc o nim akurat wspominałem tu dwa razy. Dość niedawno przy okazji szydzenia z któregoś dziennikarza tygodnika „W Sieci”, który próbował bez sensu popisywać się znajomością języka angielskiego, przypomniało mi się, jak to Pałasiński swego czasu przetłumaczył frazę „late pope”, jako „późny papież”, natomiast jeszcze w roku 2011 napisałem tekst zainspirowany popisami Pałasinskiego na jego blogu, a dokładnie komentarzem na temat spotkania Rodzin Radia Maryja na Jasnej Górze. Pałasiński wówczas odezwał się w taki sposób do premiera Kaczyńskiego:
Nie uwłaczając nikomu, to, Panie Premierze, na Jasnej Górze stała przed Panem Polska na zasiłku, Polska najmniej twórcza, Polska nie umiejąca produkować bogactwa, Polska niewykształcona, Polska zaściankowa, Polska nieprzygotowana do stawienia czoła wyzwaniom współczesności, Polska zabobonna, Polska czerpiąca swą siłę do przetrwania z chorobliwej nienawiści do wszystkiego co czyste, szlachetne i mądre, Polska, która podzieli się wedle własnego życzenia, Polska mentalnie zakorzeniona w komunizmie, Polska, która za Polskę nigdy się nie biła, Polska budująca dla Polaków małe, krzywe i szare domy, Polska nie potrafiąca nawet wybudować gładkiej szosy, Polska rozkradająca własność prywatną i publiczną, Polska z pochodów na 22 lipca, Polska szmalcowników i donosicieli, Polska podła i głupia. To Pan wybrał sobie taką Polskę i chce do niej przynależeć. My nie”.
Chcąc odpowiednio skomentować to wystąpienie, skupiłem się na tym zamykającym ów bluzg słowie „my” i napisałem tak:
Otóż kiedy czytam ten tekst z blogu Jacka Pałasińskiego, nie mogę nie wspomnieć ‘niemieckiego’ skeczu Monty Pythona, kiedy to któryś z nich, przebrany za oficera Gestapo, wyciąga do nas palec w czarnej, skórzanej rękawiczce i mówi: ‘Vee know vot you did. Vee have seen your acts. Vee vill make you suffer and beg for mercy’. Jakoś tak. I teraz czytam to ‘my’ Pałasińskiego I słyszę to prześmiewcze ‘vee’. To jest oczywiście bardzo komiczne, ale pewien dreszcz po plecach, owszem, przechodzi. Trzeba tylko red. Pałasińskiego trochę przylizać, no i nieco inaczej mu przystrzyc ten ruski wąsik”.
No i kiedy wydawało się, że z Pałasińskim mamy raz na zawsze spokój, okazało się, że nic podobnego. Jak na porządnego kosmitę przystało, on się okazał niezniszczalny i nie dość, że wszystko to, czym dysponował dotychczas zachowało się w stanie nienaruszonym, to zdołał w swoim arsenale zgromadzić parę dodatkowych atutów, między innymi własny profil na Facebooku. Oto okazało się, że w Sudanie skazano na śmierć kobietę, za to, że związała się z chrześcijaninem, co Pałasiński uznał za konieczne skomentować w następujący sposób: „Prawo i sprawiedliwość po islamsku. Sudan wymarzonym miejscem na ziemi dla naszych dzikoludów z PiS-u i okolic?”.
Ktoś powie, że to nic takiego. Pałasiński to półprzytomny staruszek, który nie rozróżnia łokcia od dupy, a więc trudno też od niego wymagać, by się kontrolował, gdy idzie o naprawdę silny motywowany politycznie resentyment. Otóż nic z tego. Z informacji dostępnych w Wikipedii wynika, że choć on faktycznie wygląda na mocno posuniętego, to w rzeczywistości ma zaledwie 62 lata, a więc nie tylko odpada starcza demencja, ale choćby i zwykłe starcze zacietrzewienie, z którym mamy do czynienia w przypadku Bartoszewskiego czy Kutza. Tu musi chodzić o coś jednak innego. A więc może mamy do czynienia ze swojego rodzaju reinkarnacją Stefana Niesiołowskiego? Otóż moim zdaniem też nie. Niesiołowski oczywiście, jak wszyscy wiemy, potrafi zaimponować, niemniej musimy przyznać, że on przynajmniej, jeśli go zapytać o owady, potrafi o tych owadach gadać bez żadnych politycznych dygresji; jeśli go poprosić o komentarz na temat aborcji, eutanazji, czy teologii gender, też można się spodziewać, że on nie zacznie nagle gadać o Kaczyńskim; no i przede wszystkim, ja nie mam wątpliwości, że gdyby Niesiołowskiego zachęcić do wygłoszenia komentarza na temat owego strasznego sudańskiego incydentu, on by się trzymał tematu, a więc problemu walki z chrześcijaństwem, a nie bluzgałby na PiS. A więc tu akurat o Niesiołowskim mowy być nie może. Tu przed nami stoi Jacek Pałasiński.
Przed chwilą, już pisząc ten tekst, wpadłem na inną jeszcze dość starą wypowiedź Pałasińskiego, kiedy ten, komentując likwidację przez Amerykanów Osamy Bin Ladena, napisał co następuje:
Rząd pakistański wziął udział w wyśledzeniu i likwidacji fanatyka religijnego Osamy, choć przecież Osama robił to, co robił w imię religii, którą i członkowie owego rządu wyznają. Kiedy zagrożenie ze strony religijnych fanatyków i wspierających ich polityków dotrze także i do rządu polskiego?
Przepraszam bardzo, ale to nie jest ani demencja, ani prosty obłęd, ani nawet zwykła polityczna fiksacja. Ja znam i ludzi starych, i ludzi częściowo obłąkanych, a nawet też zdarzyło mi się trafić na tych z nich, których do szaleństwa doprowadziło ogólne polityczne napięcie. Żaden z nich jednak nawet się nie zbliżył do tego, co się dzieje z Jackiem Pałasińskim. Wygląda na to, że on osiągnął stan, w którym można by go właściwie zacząć zatrudniać w cyrku, jako tak zwanego freaka. Wynosiłoby się go na środek areny w odpowiednio wzmocnionej klatce, publiczności kazałoby się skandować na zmianę słowa „prawo” i „sprawiedliwość”, a on już by dalej wypełniał swoimi popisami tę część programu. W jaki sposób? A skąd ja to mogę wiedzieć? Jedno wiem na pewno: to by było naprawdę coś prawdziwie niezwykłego i on by tak mógł ciągnąć naprawdę długo, co najmniej do czasu aż by nie zszedł na marskość wątroby, czy jak się nazywa to coś, co dopada tych już najbardziej zdegenerowanych alkoholików.
A zatem, jak widzimy, to tak naprawdę nie Pałasiński jest tu naszym największym utrapieniem. To jest człowiek w sposób oczywisty chory, i to chory tak, że gdybyśmy na niego trafili nie w telewizji, czy na jakichś internetowych stronach, ale powiedzmy w szpitalnym korytarzu, uprzejmie byśmy się odsunęli i odeszli, zadumawszy się nad ludzkim losem. O wiele bardziej frapujące natomiast jest to, do czego doszły polskie media, czy, ogólnie bardzo rzecz ujmując, polska scena publiczna. Czy naprawdę osiągnęliśmy już ten etap, gdzie transmituje się na żywo już nie tylko pornografię, zbrodnię, ludzkie tragedie, ludzką śmierć, ale też ludzkie opętanie? Przepraszam bardzo, ale chyba pewnych granic przekraczać naprawdę nie wypada. Nawet w tym naszym nowym, wspaniałym świecie.

W tym tygodniu w Warszawie rozpoczynają się targi książki i plan był taki, że zanim ruszy kolejna sesja sprawdzania matur, a więc w czwartek, przyjadę i będę podpisywał swoje książki. Niestety, na chwilę obecną jestem doszczętnie spłukany i wygląda na to, że fizycznie nie będzie mnie stać, żeby tam dojechać. A zatem, proszę zaglądać na stronę www.coryllus.pl i kupować nasze książki. A na targi w czwartek i tak proszę przyjść. W końcu, kto wie, co dni przyniosą. Windykatorzy z firmy „Jedi” wciąż dzwonią, cholera, ja tracę lekcję za lekcją – również przez te matury – a czerwiec jeszcze za horyzontem. Jeśli ktoś coś ma, na czym mu akurat mniej zależy, a powyższy tekst mu się spodobał, serdecznie proszę o wsparcie naszego bloga. Dziękuję.

piątek, 16 maja 2014

Władysław Bartoszewski, czyli człowiek bez znaczenia

Nasz kolega Coryllus napisał dziś kolejny bardzo dobry tekst, tym razem poświęcony wyjątkowo brutalnemu procederowi głównie intelektualnego i emocjonalnego wykorzystywania kobiet przez najróżniejszego rodzaju oszustów, poczynając od zwykłych, jak on to określa „puchaczy rolnych”, przez pospolitych oszustów, a kończąc na politykach. Powiem szczerze, że choć tekst Coryllusa okazuje się ostatecznie idealnie pełny, początkowo liczyłem na to, że on trochę miejsca poświęci naszym biednym koleżankom z blogów – w tym tak przecież inteligentnym i w pewnym sensie wybitnym, jak Kobieta Kula – które w kompletnie nierozpoznany sposób garną się do blogów prowadzonych przez oczywistych wariatów, by nie powiedzieć – psychopatów, których obłęd rozpoznali już wszyscy… tylko nie one.
No ale, jak mówię, ostatecznie tekst Coryllusa stanowi całość idealnie zamkniętą, a biorąc pod uwagę fakt, że w swoim komentarzu on jeszcze nam przypomniał u dzisiejszych urodzinach kobiety świętej i jednocześnie skandalicznie zapomnianej, mianowicie Marii Gaetan Agnesi, mamy naprawdę znacznie więcej, niż mogliśmy się spodziewać.
Ktoś się zapyta, co ja tu w takim razie robię. Otóż jest tak, że w „Warszawskiej Gazecie”, od dziś do nabycia w kioskach, znajduje się mój felieton poświęcony również kobiecie – moim zdaniem kobiecie mądrej, dzielnej i niezłomnej – a mianowicie Krystynie Pawłowicz, i zgodnie z niepisanymi zasadami, ja ten tekst powinienem tu opublikować najwcześniej jutro, lub w niedzielę. Tak się jednak składa, że i jutro i pojutrze od rana do wieczora będę sprawdzał matury i nie ma takiej możliwości, bym coś napisał, a zatem i przez te matury i trochę w uzupełnieniu tekstu Gabriela, chciałby już dziś zaprezentować tu tekst poświęcony kobiecie, której nie jest w stanie oszukać nikt, bo ona jest od nich wszystkich jednoznacznie sprytniejsza. W najlepszym słowa tego znaczeniu. A więc – choć na komentarze czekam z niecierpliwością – kolejny tekst dopiero w poniedziałek.

Z pisaniem o Władysławie Bartoszewskim mam z jednej strony sytuację wyjątkowo komfortową, bo w polskiej przestrzeni publicznej nie ma chyba osoby aż tak jednoznacznie odpychającej, jak ten człowiek, więc nie trzeba się wysilać, a z drugiej – z tego samego zresztą powodu – istnieje niebezpieczeństwo, że nie znajdę sposobu, by w felietonie tak skromnym, o kimś tak szalenie płaskim, napisać coś na tyle interesującego, żeby to w ogóle dało się czytać. No bo jakie tu mam możliwości? Powtarzać po raz enty tak bardzo już wytarty slogan o „strasznym dziaduniu”? Ja tu naprawdę mam o wiele większe ambicje, niż podłączanie się do popularnej debaty.
A mimo to trzeba się tym dziwnym człowiekiem zająć. Na szczęście, mamy też Krystynę Pawłowicz – osobę, która pod każdym niemal względem stanowi jego całkowite przeciwieństwo, a więc jest od Bartoszewskiego znacznie bardziej dowcipna, inteligentna, i wreszcie, co bardzo istotne, odważna. Bo ile ją kosztuje wygłaszanie szczerych opinii, wiemy wszyscy aż za dobrze. Natomiast zastanówmy się nieco, jakiego to charakteru trzeba, by publicznie wyzywać antysystemową część społeczeństwa od bydła, a ich najszczersze emocje określać jako nekrofilię, mając jednocześnie pełne gwarancje Systemu? Przecież w sytuacji, w jakiej dziś się znajduje Bartoszewski, na taką odwagę mógłby sobie pozwolić już nawet nie pastuch, ale najzwyklejszy uczestnik debat na portalu „Gazety Wyborczej”.
I tu pojawia się Krystyna Pawłowicz i w dzisiejszej sytuacji, gdy już można sobie pozwolić naprawdę na wiele, choć wciąż oczywiście nie na za wiele, no a już z całą pewnością nie na coś, co dla każdego uczestnika politycznej debaty stanowi oczywiste tabu, mówi nam Pawłowicz ni mniej ni więcej, jak najpierw to, że w najnowszym klipie Platformy Obywatelskiej Bartoszewski „siedzi w fotelu jak przed egzekucją na krześle elektrycznym i to już chyba po wykonaniu wyroku, bo wszystkie światła jakieś pogaszone dziwnie”, a następnie – na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz – dodaje, że Bartoszewski, to „pastuch powiedziałabym słabej klasy, [który to] pastuch niech się schowa i już nie poucza, ani bydła ani nikogo innego
". No i wreszcie, jak można było zresztą od początku oczekiwać, wyczytana po nazwisku i zachęcona, żeby „dziadunia” przeprosić, ów fantastyczny popis politycznej retoryki kończy tym, że to akurat ona „się czuję obrażona i w imieniu bydła oczekuję jego przeprosin. Pan Bartoszewski jeszcze nie jest wpisany do konstytucji”.
Mam zresztą wrażenie, że to ostanie zdanie, szalenie niesprawiedliwie, zostało w bieżących komentarzach pominięte, a zatem nawet jeśli ten felieton powstał tylko po to, by na nie zwrócić uwagę, stanowi to powód wystarczający. Otóż na tym właśnie polega wielkość Pawłowicz i małość Bartoszewskiego. Ją mamy po to, by nam wyjaśniała, że konstytucja nie służy chronieniu agentów Systemu, ale rzeczy znacznie ważniejszych, natomiast jego… Władysław Bartoszewski tu akurat stanowi element w najlepszym wypadku obojętny.

Z przyjemnością informuję, że w naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl do nabycia są również i moje książki, w tym w wyjątkowej promocji dwie pierwsze, sygnowane jeszcze nickiem Toyah. Serdecznie zachęcam. Szczególnie dziewczyny. Zapewniam, że tam akurat nie ma mowy o żadnych ciemnych intencjach. Przy okazji dziękuje wszystkim, którzy, reagując na mój desperacki apel, od wczoraj wsparli ten blog i wciąż proszę o nas nie zapominać.

czwartek, 15 maja 2014

Dlaczego pop nie polubił brodatej kiełbasy?

Bloger Alex Disease, jak każdy zdeklarowany liberał, jest mi obcy pod każdym niemal względem i nie mam żadnego powodu, by się jego ideowymi przemyśleniami przejmować, natomiast przyznaję, że ostatnio trafiłem na któryś z jego tekstów, w którym wyraził myśl moim zdaniem niezwykle ciekawą. Otóż zauważył on po stronie tak zwanego mainstreamu szczególne nasilenie otwartej wręcz niechęci do wszelkich wynaturzeń, w taki czy inny sposób związanych z ideologią gender, i wyraził przypuszczenie, że możemy mieć do czynienia z falą, której nie da się powstrzymać. On akurat w swoim tekście powoływał się na jakąś wypowiedź aktora Cezarego Pazury, natomiast ja od razu sobie przypomniałem i niedawne wystąpienie aktorki Szczepkowskiej no i ostatni wywiad piosenkarza Maleńczuka, i nagle sobie uświadomiłem, że Alex Disease może mieć rację; że może się okazać, że owa paroletnia już agresja środowisk gender zaczyna wywoływać reakcję, której oni się w najmniejszym stopniu nie spodziewali, a która musiała nastąpić choćby z tego względu, że istnieją pewne kulturowe i cywilizacyjne bariery, których przekraczania normalny człowiek tolerować nie jest w stanie.
I proszę nie myśleć, że ja tu sugeruję jakieś nowe przebudzenie elit. Mam nadzieję, że nikt mnie nie będzie podejrzewał o to, że ja od dziś zacznę się emocjonować tym, że kolejna gwiazda filmu, estrady, czy mediów oświadczyła, że się nie wstydzi Jezusa, lub znalazła sens w macierzyństwie. Nie ma takiej możliwości, bym ja się miał przejąć nawet tak egzotyczną sytuacją, jak wspólnym oświadczeniem Moniki Richardson i jej nowego męża, że oni właśnie postanowili skorzystać z usług egzorcysty, a następnie wstąpić do Duszpasterstwa Rodzin, natomiast, uważam, że jeśli on albo ona nagle publicznie oświadczą, że homoseksualizm jest dla nich zjawiskiem nieestetycznym, a poseł Grodzka to wstyd dla polskiego życia publicznego, to wystąpienie będzie miało znaczenie. Dlaczego? Bo ono nie tyle będzie świadczyło o tym, że tych dwoje dziwnych ludzi się nagle opamiętało, ale że któreś z nich dobrze wyczuło nowe trendy.
Ja już bardzo dawno temu, kiedy ten blog ledwo co powstawał, napisałem serię felietonów, w których wyraziłem opinię, że podstawowe uderzenie wszelkiej propagandy Systemu prowadzone jest przez kulturę pop. Cokolwiek nam ma System do zaproponowania, robi to albo wysyłając nas do sklepu, albo pokazując, w jaki sposób ta propozycja jest akceptowana przez kulturę popularną. Mogliśmy to bardzo wyraźnie obserwować na przykładzie przez całe lata podtrzymywanej społecznej nienawiści, czy to do Jarosława Kaczyńskiego, czy ojca Rydzyka, ale przecież nie tylko. Dokładnie każdy rodzaj kulturowego, politycznego, czy choćby tylko estetycznego przekazu był do nas kierowany przez pop, i nie ulega wątpliwości, że skuteczność tej metody sprawdzała się w każdym możliwym wymiarze. Przykłady można mnożyć.
I do pewnego momentu bardzo skutecznie realizowana była propaganda związana z najszerzej pojętą ideologią gender. Te wszystkie parady równości, te tęcze, homoseksualne małżeństwa i adopcje, in vitro, aborcje, eutanazje i diabli wiedzą co jeszcze, było z dużą otwartością przyjmowane przez wszystkich, dla których świadomość przynależności do tak zwanego „otwartego społeczeństwa” stanowiła jednoznaczną atrakcję. I oto nagle, najpierw pojawia się ta Szczepkowska, po niej starszy Pazura, a po Pazurze przychodzi Maleńczuk i wali już naprawdę z grubej rury, że dla niego „pedały są obrzydliwe”. A ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że większość środowiska, które on reprezentuje w najmniejszym stopniu nie poczuło się ta wypowiedzią obrażone. Jestem pewien, że co byśmy nie powiedzieli o jakimś Olbrychskim, Jandzie, czy nawet dziennikarzach TVN-u, oni na temat „pedałów” mają dokładnie takie same zdanie, jak na temat estetycznych walorów tak zwanej posłanki Grodzkiej. Oni publicznie mogą mówić co im się każe, albo co uważają za konieczne, ale w gruncie rzeczy są tylko ludźmi i nikim ani mniej ani więcej. I mam wrażenie, że swoją wypowiedzią Maleńczuk jedynie im wszystkim pokazał, że można, i że można bezkarnie.
Oczywiście może się okazać, że się mylę i że od dziś Maleńczuka już nie ma. Może się okazać, że System w żaden sposób nie zamierza dopuścić do tego, by została uruchomiona jakaś lawina, ja jednak – wprawdzie tylko z widzenia – ale trochę znam to środowisko i wiem, że dla nich pokusa udziału w jakimś drobnym ekscesie może być naprawdę nie do pokonania, i jest bardzo możliwe, że już za chwilę pojawi się kolejny celebryta, który postanowi dorównać Maleńczukowi. A jeśli tak się stanie, to owe antygenderowe demonstracje najpierw staną się modą, a już po chwili zaczną wypełniać pop… a wtedy – sky’s the limit.
Niedawno czytałem informację, że rząd Danii postanowił zrezygnować z emisji spotów reklamowych zachęcających młodych Duńczyków do udziału w majowych wyborach europejskich. Okazało się bowiem, że ich porażający idiotyzm zaskutkował tym, że zamiast zachęcać do głosowania, ludzi od udziału w wyborach odstręczał. No i widząc co się dzieje, władza natychmiast tę kampanię przerwała. Co to dokładnie były za spoty, tego nie wiem, bo sprawdzać ani nie miałem czasu, ani ochoty, natomiast mogę się tego domyślać, widząc choćby to, co szykują nam nasi politycy, zwłaszcza ci zorientowani najbardziej proeuropejsko. Mam wrażenie, że oni wszyscy przez tę całą nowoczesność tak daleko zgłupieli, że nie są w stanie niczego dłużej kontrolować, a już z cała pewnością ludzkich emocji. I że to się powoli staje zjawiskiem globalnym.
Powtórzę to raz jeszcze; ja biorę pod uwagę taką ewentualność, że System ma się naprawdę dobrze i tego, co jego, z rąk już nie wypuści, natomiast naprawdę się nie zdziwię, jeśli się okaże, że jego dotychczasowy najwierniejszy sojusznik, czyli pop, właśnie postanowił go zdradzić. Popatrzmy choćby na to, jak pop właśnie zareagował na konkursowy sukces tego przebranego za kobietę Austriaka o nazwisku Muszelka Kiełbasa. I wcale niekoniecznie tu tylko, w tej naszej zapyziałej Polsce.

I tym miłym akcentem chciałbym przejść do informacji, że nasze książki są jak zwykle do nabycia w księgarni Coryllusa na stronie www.coryllus.pl. Tam wszystko jest tak jak było, i jeśli się będzie zmieniać, to tylko na lepsze.
No i jednocześnie z bólem serca informuję, że skutkiem pewnych doraźnych egzekucji znaleźlismy się w prawdziwie dramatycznej sytuacji, która musimy w ciągu paru dni wyczyścić, bo inaczej jest już po nas. Dlatego bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga pod podanym obok numerem konta. Mam nadzieje, że to juz po raz ostatni w tak rozpaczliwej formie. Dziękuję.