Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamil Durczok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamil Durczok. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 października 2016

Za co Kamil Durczok nie lubi Ślązaków?

       Z prawdziwym wstydem i żalem stwierdzam, że mimo iż nie było to w żaden sposób moją intencją, pisząc przedwczoraj o nowym medialnym przedsięwzięciu Kamila Durczoka, zrobiłem Durczokowi reklamę i efekt jest taki, że dziś już nawet ja poczułem się zmuszony do tego, by zajrzeć do portalu silesion.pl. A było tak, że ledwo opublikowałem tu na blogu swój tekst o tym, jak to gwiazdy naszego dziennikarstwa, nie potrafią pojąć, że w świadomości przeciętnego obywatela są nikim, córka moja znalazła na Facebooku informację o tym, że Durczok na swoim portalu właśnie, zamieścił tekst o tym, jak jakaś miejscowa żulownia chciała mu nakłaść po – jak głosi zresztą tytuł tekstu – „ryju”, z odpowiednim obok tego komentarzem, że Katowice to dżungla, gdzie porządny człowiek nie zna ani dnia ani godziny, na policję nie ma co liczyć, władze miasta wszystko mają w nosie, a Durczok jutro kupuje gaz i groźnego psa, którego będzie prowadzał bez kagańca i niech mu tylko straż miejska spróbuje coś powiedzieć. Ponieważ do swojego maila dziecko moje dołączyło właściwy link, kliknąłem w niego, no i w jednej chwili oczywiście znalazłem się na portalu silesion.pl.
        Jak mówię, jest mi z tego powodu wstyd i głupio, a mimo to uważam, że w sumie – i to w najgorszym wypadku – bilans wychodzi na zero, a to z tego względu, że po przeczytaniu tego, co Durczok ma światu do powiedzenia, moja wiedza na temat towarzystwa, jakiego ów człowiek jest reprezentantem, jest znacznie większa, niż dotychczas, a, jak wiemy, dodatkowa wiedza nigdy nie zaszkodzi.
       Opowiem krótko może, co, wedle bardzo dokładnej relacji Durczoka, przytrafiło mu się w tych dniach. Snuł się oto Durczok po okolicy katowickiego rynku, kiedy nagle trafił na dziewczynę z wózkiem i dwóch żuli. Jeden z żuli, najwidoczniej ojciec dziecka w wózku, zachowywał się wobec dziewczyny bardzo agresywnie, w związku z czym Durczok postanowił zareagować i w efekcie mało co nie dostał po wspomnianym „ryju”. Wciąż wedle relacji samego Durczoka, kolega żula rozpoznał jednak słynnego dziennikarza i starając się załagodzić sytuację tłumaczył Durczokowi: „Panie Kamilu, to jego baba, łon jom może prać wiela chce”. Ponieważ żul był mocno czymś uwalony, informacja, że ma do czynienia z gwiazdą mediów, nie zrobiła na nim jakiegokolwiek wrażenia i dalej machał Durczokowi pięściami przed „ryjem”. W związku z tym, jedną ręką osłaniając się przed żulem, drugą zadzwonił Durczok na policję, policja po pięciu minutach pojawiła się na miejscu, a ponieważ towarzystwo w międzyczasie poszło zgodnie dalej chlać, funkcjonariuszom nie pozostało nic innego, jak spisać Durczoka i wrócić do poważniejszych zajęć.
        O co więc chodzi? Jeśli ktoś chce poznać szczegóły, polecam tekst Durczoka tutaj: https://silesion.pl/po-ryju. Ja natomiast pozwolę sobie już tylko na komentarz. Otóż, zakładając, że Durczok nie łże, z tego co zrozumiałem – a on faktycznych powodów swojego zdenerwowania nie jest nawet w stanie ukryć – on dostał cholery głównie z tego powodu, że, poza kolegą żula, nikt Durczoka tam nie rozpoznał: ani żul, ani jego dziewczyna, ani zgromadzeni pod Teatrem Śląskim ludzie, ani przyjmująca zgłoszenie kobieta, ani też policjanci, którzy przyjechali z interwencją. Co jeszcze bardziej z punktu widzenia Durczoka wstrząsające, to fakt, że wszystko to miało miejsce pod owym potężnym billboardem, na którym twarz Durczoka patrzy na każdego jak orwellowski Wielki Brat. A i to nie pomogło.
      Durczok oczywiście stara się nam wmówić, że wcale nie chodzi o żadne kompleksy i tak naprawdę jego rozżalenie jest wyłącznie wynikiem tego, że najpierw kobieta, z którą on rozmawiał przez telefon, zamiast od razu wysyłać patrol, zadawała mu masę głupich pytań, w tym owo kompletnie absurdalne, czy potrzebna jest pomoc medyczna, a potem już przybyła na miejsce policjantka miała czelność prosić go o dowód.
      Po przeczytaniu tekstu Durczoka, ja już wiem, jaki za tym wszystkim stoi intelekt. Sposób, w jaki Durczok relacjonuje owo zdarzenie, świadczy o tym, że mamy do czynienia z klasycznym ćwierćinteligentem. No bo przepraszam bardzo, ale co trzeba mieć w głowie, aby wzywając policję do zdarzenia, zamiast powiedzieć spokojnie co, gdzie jak, pieprzyć coś o palmach, które ktoś kiedyś wywoził? Co trzeba mieć w głowie, żeby dostawać cholery na policjantkę, która słysząc o groźbie pobicia, pyta, czy potrzebna jest pomoc medyczna? Co trzeba mieć wreszcie w głowie, żeby kląć na policję za to, że patrol zjawił się na miejscu zdarzenia dopiero po pięciu minutach? To wszystko świadczy o Durczoku jak najgorszej, natomiast ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że ktoś choćby i nawet tak głupi jak on, nie może nie rozumieć, że policja musi spisać dane osoby zgłaszającej zdarzenie. Jest dla mnie oczywiste, że podczas gdy w tym zamieszaniu on faktycznie mógł stracić głowę, to jednak w momencie gdy policjantka poprosiła go o dowód, on już tylko walczył z pokusą, by na nią wrzasnąć: „Czy nie widzisz, głupia cipo, kto jest na tym billboardzie?”
       A więc wiedzę, jaką wyniosłem z tekstu Durczoka, uważam za cenną w tym sensie, że nie wierzę, by Durczok był z nich najgorszy. Po przeczytaniu owej relacji, myślę sobie, że on jest zaledwie jednym z wielu, i wbrew temu, co się niektórym może wydawać, to nie Semka zajmuje tu miejsce pierwsze. Ale jest jeszcze coś, co mnie bardzo ubawiło i jednocześnie ucieszyło. Otóż, jak pewnie większość z nas zauważyła, ta hołota, która tak zalazła za skórę Durczokowi, nie pochodzi ani z Sosnowca, ani z Będzina, ani nawet nie z Żywca. To jest jak najbardziej sól tej ziemi. A w tej zatem sytuacji, ja mam do Durczoka już tylko jedno pytanie: „Nie sądzi Pan, Redaktorze, że gdyby tak ich wszystkich stąd pogonić, albo przynajmniej pozamykać, nasze miasto by wypiękniało?”
Przypominam, że moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam gorąco.

poniedziałek, 17 października 2016

Szanownemu Panu Redaktorowi Piotrowi Semce z przeprosinami i życzeniami zdrowia

        Ponieważ kolejny tekst, w którym przepraszałem Piotra Semkę za insynuację, że on promował portal silesion.pl za darmo, administracja Salonu24 również usunęła, zakazując mi jednocześnie poruszania tego tematu, przedstawiam go tu, gdzie nowy wspaniały świat cenzury jeszcze nie dotarł.

      Rocznicowego tekstu z okazji dziesiątego jubileuszu Salonu24 nie planowałem pisać ani dziś, ani w ogóle, z tego prostego względu, że nie bardzo wiedziałem, o czym miałbym pisać, poza tym, że faktycznie, gdyby nie Salon24, być może nie byłbym dziś tym, kim jestem, a więc stosunkowo popularnym blogerem, oraz przede wszystkim utrzymującym się z ich sprzedaży autorem książek. No ale to jest, jak widzimy, zaledwie jedno zdanie, a poza tym – nie oszukujmy się – to, że udało mi się dotrzeć aż tutaj, w żadnej mierze nie jest zasługą ani Igora Janke, ani Bogny Janke, ani kolejnych administratorów. Powiedzmy to sobie uczciwie: nawet wtedy, gdy na samym początku tej drogi zgłosiłem się do konkursu Onetu na blog roku i zdobyłem tam, w pewnym sensie również dla Salonu, pierwszą nagrodę w kategorii „polityka”, Igor Janke zareagował na to jedynie zdawkowymi gratulacjami, a administratorzy niemal natychmiast zaczęli moje teksty lekceważyć. Czemu tak? Nie wiem i przyznam szczerze, mało mnie to obchodzi.
        Mógłbym też napisać, że już po tym wydarzeniu, zaczęło dochodzić do sytuacji, kiedy moje notki były przez Administrację usuwane, czego najbardziej drastycznym przykładem był najpierw wpis o manipulacji z szalikiem Lecha Kaczyńskiego, a potem moje refleksje na temat Alicji Tysiąc i jej cudem ocalałej córeczki. Pierwszy z nich w związku z groźbami ze strony Agory, drugi na żądanie środowisk proaborcyjnych. To jednak wciąż są tylko maksymalnie dwa zdania. Za mało jak na notkę na blogu. W dodatku uroczystą.
       A zatem, jak mówię, tego wpisu miało nie być i by go oczywiście nie było, gdyby nie dzisiejsze zdarzenie, w sposób jednoznaczny symboliczne, a mianowicie usunięcie przez państwa Janke mojego dzisiejszego tekstu na temat nowego portalu Kamila Durczoka, silesian.pl, oraz zaangażowania się Piotra Semki w jego promocję. Jak informuje mnie w nadesłanym mailu Administracja, tekst został usunięty na żądanie Piotra Semki, który oświadczył, że zawarta w notce sugestia, jakoby on za udzielenie wywiadu Durczokowi wziął pieniądze, narusza jego dobra osobiste. Z tego co przekazała mi Administracja, Piotr Semka zgodził się na wywiad dla Kamila Durczoka za darmo, a w związku z tym ja, jako ktoś kto na Semke ma oko od dobrych paru lat, z prawdziwą satysfakcją oświadczam, że bardzo mnie ten fakt cieszy, a Semkę za swoje naiwne i głupie podejrzenia z całego serca przepraszam. To że Semka rozmawiał z Durczokiem za darmo, jest dla mnie najprzyjemniejszym zdarzeniem dzisiejszego poniedziałku. Przyznaję, że ja sam, gdyby jakimś cudem Durczok mnie poprosił o wywiad, zażądałbym od niego co najmniej pięć patoli, a gdyby się zaczął targować, powiedziałbym mu, żeby się walił. I powiem coś jeszcze: jeśli w tym momencie naruszyłem swoje dobra osobiste, czuję z tego powodu wyłącznie frajdę.
      Na sam już koniec tego tekstu, państwu Janke życzę kolejnych 10 lat sukcesów w każdej dziedzinie ich życia osobistego i zawodowego, a Salonowi24, by z równą skutecznością, jak dotychczas, pozwalał odnosić sukcesy również mnie, mojemu kumplowi Coryllusowi i wszystkim tym, którzy się tu z naszego powodu wciąż kręcą.


Przypominam, że najbardziej bojkotowana książka mijającego roku, zawierająca listy, jakie do mnie przez trzy lata pisała śp. Zyta Gilowska, jest do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl

Kamil Durczok is watching you

Dzisiejsza notka będzie wyjątkowo krótka, nastawiona przede wszystkim na to, że sprawę za mnie załatwią komentatorzy. Czy plan się powiedzie, oczywiście odgadnąć nie potrafię, z drugiej strony jednak nie mam pomysłu na dłuższy wpis. A ponieważ uważam, że sprawa nie jest w żaden sposób błaha, proszę o uwagę.
Otóż szedłem sobie wczoraj z moim synem przez miasto i nagle, na jednym z największych budynków w mieście, tak zwanym „Separatorze”, w którym kiedyś mieściły się biura regionalnej „Solidarności”, a dziś nie wiem, co się w nim dzieje i do czego on służy, poza tym, że od czasu do czasu wywieszane są na nim ogromne reklamy, i tak wiszą całymi tygodniami, pojawił się portret byłego dziennikarza telewizji TVN24, Kamila Durczoka, plus adres: silesion.pl.
Mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga przynajmniej czują, skąd ten dzisiejszy tekst. Idę sobie mianowicie przez jesienne i zadeszczone miasto i nagle widzę, jak niczym ilustracja do orwellowskiego „Roku 1984”, wyrasta nade mną Kamil Durczok, były dziennikarz telewizji TVN24. I ten adres: silesion.pl.
Nie planowałem ani przez moment oczywiście korzystać z owej czarnej wskazówki, natomiast również wczoraj znalazłem na Twitterze, czy na Facebooku – nie pamiętam już – informację, że oto świeżo założonemu portalowi Kamila Durczoka silesion.pl udzielił wywiadu nie kto inny jak sam Piotr Semka.
A ja rozumiem, że to się odbyło tak. Czy to sam Durczok, czy może bardziej jego asystent, zadzwonił do Semki i zapytał: „Panie Piotrze, czy zechciałby pan udzielić krótkiego wywiadu dla nowego portalu internetowego Kamila Durczoka ‘silesion.pl’?”, na co Semka oczywiście wyszedł z pytaniem kluczowym: „Za ile to by było?”. Na to padła odpowiedź: „Tu nie musi się pan martwić, finansowanie mamy mocne”. No a dalej już wszystko poszło z górki. A ja już wiem, że kiedy oni wieszali ten ogromny baner, by red. Durczok na nas patrzył jak ów Big Brother, mieli wszystko dokładnie zaplanowane i wyliczone.
I nie mam nic więcej do powiedzenia. Wklejam odpowiednie zdjęcie, no i już tylko proszę o komentarze, jak zawsze zapraszając do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.




środa, 18 lutego 2015

Kamil Durczok, czyli być jak papierek po batoniku Mars

Trochę mi oczywiście wstyd, że się ostatecznie ugiąłem i zdecydowałem poświęcić tekst Kamilowi Durczokowi i przygodzie, która go ostatnio spotkała, jednak kiedy widzę, co się wokół tego człowieka wyprawia, a w dodatku mam świadomość, że część czytelników tego bloga pewnie by chciała wiedzieć, co ja sobie myślę na ten temat, uznałem, że nie bardzo mam wyjście. Jeśli jednak ktoś sądzi, że będziemy się tu dziś zastanawiać nad tym, czy Sylwester Latkowski miał prawo zniszczyć Durczoka, lub czy Durczok, osiągając znany nam już dziś aż zbyt dobrze poziom upadku, zasługuje na nasze współczucie, czy jedynie zimną satysfakcję, z pewnością się zawiedzie. Rzecz bowiem w tym, że ja od pierwszego dnia, kiedy Durczok pojawił się w mojej świadomości, jako realny byt, wiedziałem, że tak właśnie będzie wyglądał jego koniec i że to jest coś, na co tego typu ludzie zasługują. Skąd? A stąd mianowicie, że mam swoje lata, swoje doświadczenia, swoje refleksje i wiem, dokąd drogi, którymi tacy jak Durczok chadzają, prowadzą. Ale też, od pierwszego razu – zanim jeszcze zorientowałem się, jakie on ma poglądy – kiedy zobaczyłem twarz Latkowskiego i zwróciłem uwagę na sposób, w jaki on do mnie mówi, wiedziałem, że mam do czynienia z człowiekiem, który był skończony, zanim się urodził. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale co mnie mogą obchodzić tacy ludzie, jak Durczok, czy Latkowski, których całym sensem życia było od zawsze wyłącznie wsłuchiwanie się w polecenia tych, którzy pozwalają im się łajdaczyć? Właśnie tak – łajdaczyć. Powtórzę to jeszcze raz wielkimi literami: ŁAJDACZYĆ.
Jest jednak coś, co w całej tej aferze z Durczokiem mnie zainteresowało. Otóż, kiedy Latkowskiego spuścili ze smyczy, Durczok, zaklinając się, że on ani nie ćpał, ani się nie prostytuował, ani w ogóle się jakoś szczególnie nie upadlał, powiedział, co następuje: „Czym innym jest styl zarządzania w mediach, jestem cholerykiem, wybuchowym szefem, a czym innym praca ośmiogodzinna w sklepie. Czym innym jest wymagający szef, a czym innym jest molestujący szef. Nigdy nim nie byłem”.
Przepraszam bardzo, ale, gdyby moje życie się tak niefortunnie potoczyło, że ja któregoś dnia bym się poczuł zmuszony, by wyznać, że „jestem cholerykiem, wybuchowym szefem” i sugerować, że to mnie w jakiś sposób usprawiedliwia, poszedłbym na ruski targ, kupił rewolwer i strzelił sobie w ten swój głupi łeb, a to z tej prostej przyczyny, że bym wiedział, że i tak mnie już nic nie uratuje. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zjawisko tak zwanego „wybuchowego szefa” tak wrosło w naszą kulturę i, konsekwentnie, świadomość, że wielu z nas nawet sobie nie potrafi wyobrazić, że szef może nie być „wybuchowy”, to jest coś, z czym nie ma już sposobu, by choćby próbować walczyć. A trzeba nam wiedzieć, że „wybuchowy szef” to nie jest takie hop-siup, czy fiku-miku. „Wybuchowy szef” – ja specjalnie umieszczam to określenie w cudzysłowie, bo wiem, że za tym kryją się autentyczne dramaty i tak naprawdę owa „wybuchowość”, to jest zwykły eufemizm – to jest niekiedy całe nasze życie. „Wybuchowy szef”, to niekiedy taki brak codziennego spokoju, że człowiekowi odechciewa się żyć. Ja miałem raz w życiu przez parę lat „wybuchowego szefa”, który raz do roku podczas uroczystego zakończenia roku szkolnego nas wszystkich za tę swoją „wybuchowość” przepraszał, bo on wie, jaki jest okropny, ale sami rozumiecie, kochani, a nam wszystkim chciało się już tylko rzygać ze zdenerwowania. A zatem, ja wiem, jak jest. I kiedy słyszę o „wybuchowych szefach”, to mam ochotę ich wszystkich walić w pysk tak długo aż zobaczę, jak sinieją i się przestają ruszać.
Dziś, jak wiele na to wskazuje, Kamil Durczok, człowiek który, co ciekawe, jest moim młodszym kolegą szkolnym – jeszcze jednym z tych chłopców, którzy swego czasu się tam po tych korytarzach kręcili, nie mając kompletnie pojęcia, co ich czeka – jest ostatecznie skończony. I to wcale nie dlatego, że przez tę władzę, której przez jakiś czas pozwolono mu czuć, jako coś realnego, on się aż tak stoczył. On jest skończony, bo tak się akurat ułożyły interesy, na które on ani nie miał wpływu, ale których też charakteru nawet nie miał szans poznać. Podobnie zresztą, jak Sylwester Latkowski, człowiek, który dostał zadanie, żeby Durczoka dobić i je wykonał najlepiej jak potrafił. I staje to nieszczęście przed nami i prosi, byśmy zrozumieli, że on musiał być takim skurwysynem, bo praca w takiej stacji jak TVN, i to jeszcze na poważnym stanowisku, to nie to, co bycie sklepową.
Skoro już zająłem się tym nieszczęsnym Durczokiem, myślę, że byłoby z mojej strony naprawdę czymś niskim, gdybym nie udzielił mu koleżeńskiej nauki. Kolego Durczok, to że bycie szefem „Faktów” TVN stawia człowieka w innej sytuacji niż sklepową na osiedlu, to bzdura, która oni Ci wbili w Twój pusty łeb dla swoich brudnych celów. Nawet ukończenie najlepszego liceum w mieście, tej relacji nie zmienia ani na jotę. Prawda jest bowiem taka, że, kiedy dojdzie co do czego, to się zawsze okaże, że każda władza człowieka psuje, a czym bardziej jest ona fikcyjna, tym bardziej bezlitośnie. Dziś już o tym wiesz, tylko co z tego, prawda?

Tak się składa, że jutro jadę do Poznania na zaproszenie naszego duszpasterza, księdza Krakowiaka, znanego tu, jako Don Paddington, a więc aż do niedzieli nie będę nic pisał. Mam nadzieje, że zostanie mi to wybaczone. Przypominam jednak, że na stronie www.coryllus.pl jest księgarnia, a w niej cała kupa naprawdę fantastycznych książek, w tym dwa tomy wybranych felietonów z tego bloga. Powiem szczerze, że gdybym ich nie znał na pamięć, sam bym je czytał dzień w dzień. Choćby po to, by nie mieć grzechu.

poniedziałek, 16 lutego 2015

O białym proszku, który Kamil Durczok znalazł na dnie piramidy Carlo Ponziego

Z dzisiejszą notką miałem pewien kłopot. Otóż pierwszą myślą było to, by ciągnąć sprawę akcji „Prezydenci dla Prezydenta”. W końcu nie codziennie się zdarza, że mamy autentycznie grubą aferę na poziomie naprawdę wysokim i na ten temat zabiera głos dwóch komentatorów, w tym jeden jak dziecko przyznający się do tego, że on nic z tego co się stało nie zrozumiał, a reszta sprawę komentuje zastanawiając się, który z prezydentów polskich miast jest lepszy, a który gorszy. W końcu jednak machnąłem na sprawę ręką. Skoro już teraz widać, że nikogo ten przekręt nie obchodzi, nie ma co się dalej męczyć.
Pomyślałem więc, że napiszę coś o Durczoku. W końcu dwa pierwsze teksty w Salonie są o nim, a reszta w większości też, jest więc szansa, że wreszcie i moja notka trafi na pudło, uda się sprzedać kolejną książkę i może za rok dostanę kulturalna nagrodę pod nazwą „Wdecha” przyznawaną przez „Gazetę Wyborczą” „artystom, animatorom kultury, miejskim aktywistom i dyrektorom instytucji, tym dzięki którym miasto nabiera barw i charakteru”. No ale wtedy sobie uświadomiłem, ze tu chodzi o miasto Warszawę, a ja w odróżnieniu od Marii Peszek i Doroty Masłowskiej nie jestem z Warszawy, a więc też nie ma się co napinać.
Pomyślałem więc ostatecznie, że ponieważ właśnie zamknąłem drugi z dwóch ciężkich kredytów, jakie mnie niszczyły przez minione paręnaście lat, wrócę do sprawy tak zwanych „frankowiczów” i poświęcę im tekst, który oryginalnie był przeznaczony dla „Gazety Finansowej”, ale ze względów technicznych nie został opublikowany i leży tu sobie wolny jak ptak. W tytule notki umieszczę tylko ni w pięć ni dziesięć nazwisko Durczoka, tak by pan administrator mi tę notkę zechciał wyróżnić na stronie głównej, a czytelnicy się na nią z zainteresowaniem rzucili, i będzie gites.
A trzeba przyznać, że sprawa kłopotów, w jakie wpadły tysiące polskich rodzin, które swego czasu dały się wypuścić bankom na tak zwane „kredyty we frankach”, wciąż żyje, ale bardzo dobrze też się ma szeroko propagowana opinia, że owe kłopoty są prywatną sprawą zainteresowanych, że widziały gały co brały, że każdy jest kowalem własnego losu, że branie kredytów nie jest konstytucyjnym obowiązkiem obywatela, i takie tam tego samego typu mądrości. Co ciekawe, wśród tych, którzy głoszą owe nauki jest wcale niemało osób chętnie przyznających, że gdy chodzi o banki akurat, możliwe, że człowiek nie zna dnia ani godziny, kiedy dostanie od któregoś z nich po głowie, tyle że rozsądny obywatel wie, że owe „domy gry” należy omijać szerokim łukiem, a jeśli owego rozsądku zabrakło, to ma teraz dyskretnie cierpieć i nie zawracać głowy tym, którzy akurat sobie radzą.
A mnie się na tę okoliczność przypomina człowiek nazwiskiem Bernard Madoff, który swego czasu dla grupy chciwych i głupich Żydów skonstruował bardzo ciekawą, opartą na tak zwanej piramidzie finansowej, ofertę, w wyniku której wyciągnął od tych cwaniaków jakieś 65 miliardów dolarów, za co dostał 150 lat więzienia, i o ile czegoś nie przegapiłem, tam się nawet na moment nie pojawił argument, że widziały gały co brały i że każdy jest kowalem własnego losu. O ile dobrze pamiętam od momentu, jak ów przekręt wyszedł na jaw, nawet na moment nie pojawiła się propozycja, by ofiary Madoffa przestały wreszcie jęczeć i przyznały, że ponieważ nikt ich do bycia chytrym nie zmuszał, im obecnie też nie wypada innych angażować w swoje zmartwienia. No i wreszcie mam wrażenie, że nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby Madoffa bronić w przekonaniu, że on za tych ludzi umów nie podpisywał.
Jeszcze w zeszłym roku pozwoliłem tu sobie wkleić tekst, również napisany dla „Gazety Finansowej”, poświęcony Edmondowi Safrze, a dziś, ponieważ wciąż mi chodzą po głowie te banki i ta ich porażająca wręcz bezkarność, z taką bezmyślnością chroniona przez niektórych z nas, chciałbym przedstawić tekst wspomniany wcześniej, tym razem o człowieku, który wspomnianą piramidę swego czasu wymyślił i bez którego możliwe, że nie byłoby Madoffa, ale też kto wie, czy i my nie bylibyśmy w zupełnie innym miejscu, niż dziś jesteśmy. Tekst jest dość długi, ale poniedziałek również, w dodatku, jak słyszę, mój kumpel Coryllus jest chory, więc niech mu on jakoś ten czas choroby uprzyjemni. Życzę wszystkim wielu mocnych wrażeń.



Wśród dotychczas przez nas wspominanych miliarderów, milionerów, czy wreszcie ludzi, których majątek tak naprawdę ani nigdy nie był, ani też nie będzie do końca znany, trudno byłoby znaleźć takiego, o którym mniej lub bardziej słusznie i sprawiedliwie nie dałoby się powiedzieć, że to złodziej i oszust. Natomiast chyba nie mieliśmy tu jeszcze okazji poznać człowieka, którego od początku do końca jedynym pomysłem na sukces, było oszukać jak największą liczbę naiwnych osób, i który zrobił to ze skutecznością, której mogli mu pozazdrościć naprawdę znacznie lepsi od niego. Oczywiście, w ostatecznym rozrachunku skończył ów dziwny biznesmen dość marnie, jednak w pewnym momencie życia swoje osiągnął i zapewne umierając mógł powiedzieć, że parę miłych wspomnień na sam koniec życia mu zostało.
No ale przejdźmy już może do rzeczy. Większość z nas ów szczególny rodzaj szwindlu zna pod nazwą „piramidy finansowej”. Mówiąc bardzo krótko, chodzi tu o manewr polegający na tym, że jego inicjatorzy najpierw przedstawiają wybrany model biznesowy, a nastepnie zachęcają jak największą liczbę osób do finansowego w nim partycypowania, z tą obietnicą, że jeśli każdy kolejny uczestnik „piramidy” wciągnie do gry kolejnych kilka osób, stopniowo każdy z nich osiągnie zwielokrotniony w stosunku do oryginalnego udziału zysk. Fałsz tego projektu oczywisty jest dla każdego, kto wie na przykład, że jeśli złożymy papierową chusteczkę 50 razy, to ona nie będzie miała grubości metra, dziesięciu, czy nawet stu dziesięciu kilometrów , ale owych kilometrów miliony, i to wyłącznie zresztą w wymiarze matematycznym, mimo to historia zna tak wiele różnych schematów opartych na tego typu pomyśle, że trudno nawet jest powiedzieć, który z nich można by nazwać „klasycznym”.
W powszechnym przekonaniu, pierwszym człowiekiem, który wpadł na ten sposób zarabiania na ludzkiej chciwości i głupocie, był niejaki Charles Ponzi, i to stąd niekiedy zamiast owej „piramidy” używamy nazwy „schemat Ponziego”. Ów Charles Ponzi urodził jako zwykły Carlo w roku 1882 w Lugo we Włoszech i w wieku 21 lat, mając w kieszeni zaledwie 2,5 dolara przypłynął do Bostonu. Najpierw pracował jako kelner, a następnie wyjechał do Montrealu, znalazł pracę w banku i wkrótce awansował na stanowisko dyrektora. Jego kariera w tym miejscu nie trwała jednak zbyt długo, bo bardzo szybko, po pierwszej próbie oszustwa, trafił na trzy lata do więzienia, a następnie, po wyjściu na wolność, za udział w grupie zajmującej się przemytem emigrantów, poszedł siedzieć ponownie. Tym razem na dwa lata. Po zakończeniu odsiadki wrócił do Bostonu, ożenił się i poszedł pracować, jako tłumacz.
I pewnie miałby szansę na to, by jakoś sobie życie ułożyć, gdyby nie fakt, że któregoś dnia trafił na coś co do dziś nosi nazwę Międzynarodowego Kuponu na Odpowiedź, w skrócie IRC, a który to kupon, mówiąc bardzo skrótowo, stanowi ważny na całym świecie papier wartościowy, który można wymienić na znaczki pocztowe. Jako sprytny Włoch, zauważył Ponzi, że wymieniając w Ameryce IRC na znaczki pocztowe, bardzo znacznie zarabia i w jednej chwili wpadł na pomysł masowego skupowania europejskich IRC i wymieniania ich w USA na znaczki, a następnie sprzedawania ich z zyskiem sięgającym niekiedy aż 40%. Po pierwszej udanej próbie zastosowania wymyślonego przez siebie systemu, Ponzi założył firmę pod nazwą „Security Exchange Company” (SEC) i w bardzo krótkim czasie rozkręcił interes na tyle, że mógł zatrudnić całą masę pracujących w systemie prowizyjnym agentów, których jedynym zadaniem było pozyskiwanie inwestorów, za obietnicą pięćdziesięcioprocentowego zysku w ciągu 45 dni. Piramida rosła, Amerykę stopniowo ogarniała gorączka inwestycyjna i SEC zdobywało coraz więcej uczestników, przy czym oczywiście inwestycja nie bilansowała się, a obiecywane zyski były wypłacane wyłącznie z bieżących wpłat od kolejnych inwestorów. Do czasu gdy pieniądze od nowych uczestników jeszcze wpływały, tym którzy już w grze byli od pewnego czasu, Ponzi jakoś tam płacił. Sam zresztą też nie mógł narzekać. Żył w luksusie, kupował kolejne posiadłości i otwierał kolejne konta w kolejnych bankach w całej Nowej Anglii. Szacuje się, że w roku 1920 jego majątek wynosił grube dziesiątki, a może i setki milionów dolarów.
Tak gwałtowny sukces finansowy musiał wywołać podejrzenia. Kiedy pewien lokalny dziennikarz zajmujący się rynkiem i finansami zwrócił uwagę na fakt, że nie ma takiego sposobu, by Ponzi mógł legalnie w tak krótkim czasie uzyskać takie dochody, Ponzi skierował sprawę do sądu, a jako że w tamtych czasach to na dziennikarzu spoczywał prawny obowiązek dostarczenia dowodów, gazeta musiała Ponziemu wypłacić 500 tysięcy dolarów odszkodowania.
Mimo że kolejne zarzuty siłą rzeczy musiały się pojawiać, przez pewien czas interes rozkwitał i w pewnym momencie doszło do tego, że osobiste zyski Ponziego sięgały 250 tysięcy dolarów dziennie. 26 lipca 1920 roku lokalna gazeta “Post” rozpoczęła publikację serii artykułów, w których postawiła cały szereg praktycznie rujnujących Ponziego pytań pod adresem prowadzonego przez niego biznesu. Wynajęty przez gazetę analityk zauważył, że mimo uzyskiwanych przez Ponziego wręcz fantastycznych zysków, jego osobiste inwestycje były bliskie zera. W dodatku również zaobserwował ów analityk, że gdyby uznać finansowe oświadczenia Ponziego za wiarygodne, należałoby również przyjąć, że w tamtym czasie w ogólnym obrocie znajdowało się aż 160 milionów kuponów, podczas gdy wedle informacji przekazywanych przez pocztę, na rynku znajdowało się ich zaledwie 27,000, a co więcej, nigdzie też nie zaobserwowano, by ich skup się jakoś radykalnie zwiększył.
Doniesienia “Post” spowodowały panikę wśród inwestorów, w odpowiedzi na co, aby przynajmniej na krótką chwilę uspokoić nastroje, Ponzi w ciągu trzech dni wypłacił zdenerwowanym graczom 2 miliony dolarów, poczęstował zgormadzonych przed biurem tłum kawę i pączkami, i zapewnił, że wszystko jest pod kontrolą i nie ma powodu do niepokoju. Wielu zmieniło zdanie i zostawiło swoje pieniądze w rękach Ponziego. Jednak prawo już siedziało Ponziemu na karku. Naczelny Prokurator Massachusetts skierował do Securities Exchange Company audyt, i choć tym razem jeszcze bez większego sukcesu, bo po wkroczeniu do biur kontrolerów, okazało się, że cała księgowość Ponziego składa się wyłącznie z kart z nazwiskami inwestorów i niczego więcej, jak już powiedzieliśmy, koniec tego przekrętu wydawał się być nieunikniony. Po całej serii, z jednej strony, prasowych artykułów, a z drugiej oficjalnych dochodzeń, wyszło na jaw, że Ponzi ma ponad 7 milionów dolarów długu. 11 sierpnia nastąpił ostateczny cios. „Post” na swojej pierwszej stronie opublikował artykuł, w którym przypomniał stare, jeszcze sprzed 13 lat grzechy Poznziego, a odpowiednie służby ponownie się wzięły za najróżniejszego rodzaju dokumenty związane z jego aktywnością. Mając świadomość faktu, że lada dzień zostanie aresztowany, Ponzi oddał się w ręce władz i został oskarżony o oszustwo. W pierwszej chwili, po wpłaceniu 25 tysięcy dolarów kaucji, wyszedł na wolność, jednak kiedy „Post” opublikował kolejne rewelacje, kaucja została zwrócona, pięć kolejnych banków prowadzących operacje Ponziego upadło, a sami inwestorzy, otrzymując za każdego wpłaconego dolara 30 centów, stracili, jak się ogólnie ocenia, od 15 do 20 milionów dolarów, co na dzisiejsze warunki musiałoby oznaczać ponad ćwierć miliarda dolarów.
Przeciwko Ponziemu skierowano dwa osobne akty oskarżenia, federalny i stanowy, w których postawiono mu w sumie 86 zarzutów. W obawie przed dożywotnim więzieniem, Ponzi przyznał się do winy, okazał skruchę i został przez surowego sędziego skazany na pięć lat więzienia.
Po trzech i pół roku został zwolniony i niemal natychmiast, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, stanął ponownie przed sądem, tym razem już z oskarżenia stanowego, pod zarzutem zaboru mienia. Natychmiast się odwołał, twierdząc, że więzień federalny nie może być sądzony przez stan, jednak ostatecznie, decyzją aż Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, który uznał, że oba oskarżenia dotyczyły dwóch różnych rodzajów przestępstw, apelację odrzucił.
W październiku 1922 Ponzi ponownie więc stanął przed sądem, a jako bankrut, nie będący w stanie opłacić sobie adwokata, bronił się sam. I wtedy okazało się, że w tym pechowym pozornie obrocie sprawy, zaświtał poranek. Wykorzystując wszystkie swoje naturalne i nabyte talenty, okazał się Ponzi tak wiarygodny, że ledwo zaczął gadać, uwiódł, podobnie jak wcześniej swoich inwestorów, całą ławę przysięgłych, a sędzia nie miał innego wyjścia, jak go uwolnić od zarzutów. Stanął przed sądem po raz drugi, pod innymi już zarzutami, tym razem z kolei, przysięgli nie byli w stanie podjąć decyzji. Czemu? Nie wiadomo. Natomiast nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby część z nich już nie mogła się doczekać, by wrócić do domu i spróbować osobiście sprawdzić, jak owa maszynka Ponziego działa. Dopiero podczas kolejnej rozprawy, udało się Ponziego skazać, tym razem na od 7 do 9 lat więzienia, a sędzia, ogłaszając wyrok, określił go, jako „pospolitego i notorycznego złodzieja”.
Kiedy okazało się, że Ponzi, mimo że mieszka w Stanach już od dziesięcioleci, nigdy nie otrzymał obywatelstwa, podjęto oficjalne próby deportacji. Tymczasem Ponzi odwołał się po raz kolejny, został zwolniony za kaucją, po czym zbiegł na Florydę, i jakby dla potwierdzenia opinii sędziego co do bycia „pospolitym i notorycznym złodziejem” uruchomił kolejny biznes pod nazwą Charpon Land Syndicate, gdzie naturalnie owo Charpon miało uhonorować jego oczywistą wielkość, jako przedsiębiorcy i pierwszego na świecie cwaniaka. Tym razem już jednak postanowił nie handlować ani kuponami, ani znaczkami, lecz zaczął oferować naiwnym klientom jakieś najbardziej drobne grunty, niektóre znajdujące się pod wodą, no i tym razem już obiecując nie jakieś głupie 50 procent w 45 dni, ale 200 procent w dwa miesiące. W rzeczywistości, towar, który wciskał ludziom nie był niczym innym, jak zwykłym bagnem gdzieś w Kolumbii. Stanął ponownie przed sądem i został skazany na rok więzienia. Jak zwykle apelował i jak zwykle został zwolniony po wpłaceniu kaucji, tym razem w wysokości zaledwie półtora tysiąca dolarów.
Korzystając z chwili swobody, natychmiast przeniósł się do Tampy, ogolił głowę, zapuścił wąsy i udając członka załogi, zaokrętował się na płynącym do Włoch handlowym statku, mając nadzieję, że w ten sposób wyjedzie z kraju. Został jednak pojmany w Nowym Orleanie, odesłany ponownie do Massachusetts, gdzie ostatecznie odsiedział już do końca swój poprzedni, siedmioletni wyrok. W międzyczasie rządowi śledczy próbowali jeszcze raz bardzo dokładnie przebadać rachunki Ponziego, by uzyskać przynajmniej ogólne pojęcie na temat tego, ile Ponzi nakradł i co się z tymi pieniędzmi stało, jednak nie doszli do niczego ponad to, że chodziło o bardzo grube miliony.
Ponzi wyszedł na wolność w roku 1934 I niemal tego samego dnia została wszczęta procedura deportacji do Włoch. Zwrócił się Ponzi o łaskę do samego gubernatora, jednak jego prośba została odrzucona. Ponieważ jednak po tych siedmiu latach więzienia, z jego dawnej charyzmy nie pozostał nawet ślad, gubernator prośbę odrzucił i kazał Ponziemu się pakować. Na domiar złego, nie chcąc zamieniać Bostonu na jakieś Włochy, opuściła go żona. Inna sprawa, że nie bardzo mogła liczyć na to, że mąż będzie ją mógł dalej utrzymywać, a on też nie miał jak jej pokazać, że jest w błędzie. Udał się więc Ponzi do Włoch, no i, jak się możemy domyślać, tam na miejscu również robił to, co robić potrafił najlepiej, a więc tworzył kolejne piramidy, próbując nabijać ludzi w butelkę. Ponieważ jednak najwidoczniej Włosi okazali się mniej od Amerykanów podatni na jego uroki, wyjechał z kraju i udał się do Brazylii, gdzie otrzymał pracę, jako agent włoskich linii lotniczych Ala Littoria. Podczas II Wojny Światowej, skutkiem włoskiego zaangażowania po stronie Hitlera i jednoczesnym przystąpieniu Brazylii do koalicji antyhitlerowskiej, działalność linii w Brazylii została zamknięta i Ponzi został na lodzie. Próbował jeszcze wydać biografię, w której opisał swoje 17-letnie przygody w więzieniach i poza nimi, jednak nieuchronnie już popadał w nędzę, a z dawnej glorii nie zostało choćby westchnienie.
Przez ostatnie lata próbował zarabiać na życie jako tłumacz, jednak podupadł na zdrowiu, a zawał serca, jaki przeżył w roku 1941 osłabił go jeszcze mocniej. Dodatkowo zaczął tracić wzrok, do tego stopnia, że kiedy wojna się skończyła był już niemal całkowitym ślepcem. Któregoś dnia los ukarał go dodatkowo ciężkim wylewem, w wyniku którego uległa paraliżowi prawa część jego ciała, no i ostatecznie 15 stycznia 1949 roku zmarł Charles Ponzi w szpitalu w Rio de Janeiro.
Wspierany do samego końca przez jedynego przyjaciela, jaki mu pozostał, fryzjera nazwiskiem Francisco Nonato Nunes, Ponzi udzielił swojego ostatniego wywiadu amerykańskiemu dziennikarzowi wygłaszając pamiętne słowa:
Nawet jeśli oni za swoją inwestycję nie dostali ani centa, nie stracili aż tak wiele. Biorąc pod uwagę fakt, że ja naprawdę nie miałem jakiś szczególnie złych intencji, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że urządziłem im najpiękniejszy show, jaki ta ziemia przeżyła od czasu przybycia Pielgrzymów. Czyż nie warto było wydać 15 milionów bucksów, żeby sobie popatrzeć, jak ja to robię?
Jak już wspomnieliśmy wyżej, Charles Ponzi, wymyślając swoją piramidę i dając naprawdę bardzo dobrą szkołę tym wszystkim mniejszym lub większym kombinatorom, którzy mieli dopiero przyjść po nim, zyskał i niezwykłą, jak na czasy, w których przyszło mu żyć, fortunę, nieprawdopodobną wręcz sławę, jeśli jednak porównać skalę owego przekrętu, znowu aż tak bardzo się nie popisał. Mówi się o owych 15 milionach, ale nawet jeśli tego było znacznie więcej, to jak to się ma do tego, co na swoich żydowskich klientach wykonał niejaki Bernard Madoff. Ten to dopiero nie znał granic. Biedny Carlo Ponzi. Gdyby on to tylko mógł widzieć. Gdyby on tylko mógł swoim włoskim nosem powąchać te 65 miliardów dolarów, to myślę, że i te 150 lat więzienia, jakie współczesna Ameryka zaserwowała Maddoffowi, nie zrobiłyby na nim aż takiego wrażenia. To była bowiem sztuczka, jakiej w swoim cyrku nie powstydziłby się sam mistrz Barnum, którego ledwo co sobie tu wspólnie powspominaliśmy.

Oczywiście zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym choćby i ta o języku angielskim, zatytułowana „Kto się boi angielskiego listonosza?” Polecam ją przede wszystkim tym, co się go, owszem, boją jak cholera.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...