poniedziałek, 20 lipca 2009

Wolność?

Gdyby ktoś poprosił mnie o wyjaśnienie, czym jest dla mnie wolność, czy może bardziej jej brak, czy, jeszcze lepiej, czym są granice wolności, dwadzieścia, czy może jeszcze lepiej – trzydzieści lat temu, jestem pewien, że moja odpowiedź byłaby tak standardowa i oczywista, że pewnie nawet nie za bardzo warta tego, by ja w ogóle formułować. Z dzisiejszej perspektywy mogę do tego dodać jeszcze jedno. Otóż odpowiedź ta byłaby – pomijając już tę jej oczywistość – przede wszystkim okropnie trywialna i zawstydzająco głupia. Cóż ja jednak mogę za to, że czasy w których żyłem ja i wszyscy obok mnie, uczyniły z większości nas większych, lub mniejszych klaunów na sznurku? Cóż ja mogę za to, że kiedy w roku 1980 pojechałem pierwszy raz za granicę i w pierwszym mieście już po tamtej stronie, to co mnie uderzyło to zapach, którego wcześniej nigdy nie czułem, a ja uznałem – skądinąd przecież słusznie – że jest to zapach wolności? Cóż ja wreszcie mogę za to, że kiedy – właśnie tam i wtedy – ktoś mi pokazał przez okno akademika, w którym mieszkałem, inne okno, a za tym oknem chłopaka, studenta medycyny, siedzącego przy biurku i uczącego się, a przy tym zachowującego się jak osoba kompletnie szalona i powiedział: „Popatrz co system robi z ludzi”, to ja jedynie wzruszyłem ramionami i grzecznie pokiwałem głową?
A zatem, każda moja odpowiedź na tak postawione pytanie, dwadzieścia, czy trzydzieści lat wstecz, byłaby z pewnością, z dzisiejszej perspektywy, śmiechu warta, ale jednocześnie – i to musi każdy przyznać – miałaby coś, czego dziś nawet najwięksi mędrcy nie potrafiliby osiągnąć. Miałaby mianowicie ten jeden walor – walor prostoty, jasności i jednoznaczności. Nie ma bowiem wątpliwości, że w dzisiejszej Polsce, Polsce, która – jakby na to nie patrzeć – szczęśliwie dla nas wszystkich, stała się częścią nowoczesnego świata, pytanie, czym jest dla nas wolność (czy może jej brak) nie daje najmniejszych szans ani na odpowiedź głupią, ani bardzo mądrą, ani nawet jakąkolwiek. Materia bowiem jest tak okropnie nieprzystępna, że nawet za bardzo nie wiadomo, jak się wobec niej zachować.
I nie łudźmy się. Nawet ktoś, podobno najbardziej kompetentny do odpowiadania na trudne pytania, i to zarówno w sposób bardzo skomplikowany, jak i dziecinnie prosty, jak zmarły niedawno Leszek Kołakowski, nawet gdyby wszelkie powszechnie znane opinie na temat jego talentów, miały być prawdziwe, a on sam, z jakiegoś tajemniczego powodu poczuł się zmuszony do extra wysiłku intelektualnego, też by nie powiedział nic ani odkrywczego, ani nawet interesującego. Z nami bowiem, żyjącymi już w świecie, który – w dużej swej części – jest niczym innym jak tylko czystym rozpasaniem i w którym nawet zdechnąć można już bez pytania, jest trochę tak, jak z tym skazańcem, który się dowiaduje, że może jeszcze na koniec poprosić o tę jedną jedyną rzecz.
Jak uprzedziła nas administracja Salonu24, pytanie o wolność, które z absolutnie tajemniczego dla mnie powodu, postanowił zadać, między innymi, Jerzy Owsiak, jest skierowane głównie do młodych ludzi. Jeśli jednak pozwalam sobie dorzucić tu swoje trzy grosze, to choćby z tego powodu, że, skoro powołanie do tego, żeby reprezentować młodzież – i to nie tylko formalnie, ale w całej swojej fizyczności – poczuł w sobie właśnie Owsiak, to nie widzę najmniejszego powodu, żebym i ja się nie mógł podłączyć do tej zabawy. Wprawdzie nie mam różowych spodni, kolczyka w uchu i używam języka charakterystycznego bardziej dla starych dziadów, niż dla 13-letnich gimnazjalistów, ale mam za to tyle lat co on i, podobnie jak on, wiem czym był Woodstock (tyle że ten prawdziwy, a nie ta smutna parodia, która w czasach wolności bez granic, pomaga jedynie paru osobom zarobić na ciekawe życie).
Dlaczego uważam, że to iż pytanie o granice wolności zechciał sformułować Jerzy Owsiak jest wydarzeniem kuriozalnym? Z bardzo prostej przyczyny. Otóż nie wydaje mi się rzeczą szczególnie stosowną, by tego rodzaju dylematy niepokoiły człowieka, który cały swój życiowy sukces oparł, z jednej strony, na absolutnie bezkrytycznym propagowaniu tak zwanej wolności, a z drugiej, na systematycznym przesuwaniu granic owej swobody, do punktu, gdzie już jest tylko pustka i strach. Mało tego. Człowieka, który w doskonały sposób reprezentuje środowisko, które – celowo, czy nie – doprowadziło do sytuacji, gdzie wolność i granice tej wolności zostały na trwałe przypisane do sfery zwanej kulturą pop, a tym samym potraktowało wolność, jak jedzenie na telefon. Zawsze go pod dostatkiem, a więc czym się przejmować? Jest jednak jak jest. Owsiak chce, żeby ludzie zabrali głos w sprawie wolności i jej granic, ja mam ochotę coś na ten temat powiedzieć, więc mówię.
Mimo – a może właśnie dlatego – że żyjemy w świecie, gdzie odebrano ludziom dokładnie wszystko, a, jako nędzną rekompensatę, zostawiono wolność, jak już wspomniałem, bardzo trudno jest powiedzieć, czym ta wolność jest dla każdego z nas i gdzie są tej wolności granice. Ja jednak spróbuję, a zrobię to na przykładzie owego studenta medycyny w zachodnim Frankfurcie, na którego zwrócił mi uwagę pewien znajomy. Znajomy mój był chłopakiem z Grecji, który wyemigrował do Niemiec, zdaje się coś tam studiował, a przy okazji pracował w greckiej restauracji jako kelner. Był to bardzo wesoły i miły człowiek. Pokazał mi tego studenta, który siedział od rana do nocy, i znów do rana, nad książkami, słuchał strasznie głośno muzyki, machał przy tym rękami, trząsł się jakby był pogrążony w jakimś splątanym tańcu i uczył się, uczył i uczył, bo wiedział, że jeśli przestanie się uczyć, nie zda dobrze swoich medycznych egzaminów i nie przyjmą go tam, gdzie chciał, by go przyjęli.
Wówczas, dla mnie, te trzydzieści lat temu, ów student nie stanowił żadnego problemu. Owszem, musiał się dużo uczyć. Owszem, trochę go ta nauka psychicznie, że tak powiem, rozbujała, ale za to miał wszystko, prawda? I pieniądze i paszport w szufladzie, pewnie i samochód, i piękne sklepy, i poczucie bezpieczeństwa, no i w końcu wolność. Przede wszystkim tę wymarzoną wolność. No a że ta wolność była ograniczona, to trudno. Po to czasem musimy zrezygnować z tego co nasze, żeby później już czerpać pełnymi garściami.
I dziś siedzę tu, przed tym moim komputerem, ze stałym dostępem do Internetu, za oknem hasa wolność, a ja się uparłem, by choć bardzo pobieżnie powiedzieć, czym dla mnie jest ta wolność i co ją ogranicza. I czuję że jestem w kropce. Trochę dlatego, że już wiele za mną, więc – jak słusznie zauważyli organizatorzy tej zabawy – jestem częścią grupy bardzo niereprezentatywnej, ale też trochę dlatego, ze ja w o ogóle, jeśli idzie o reprezentatywność, zawsze stałem na straconych pozycjach. Ale przecież, skoro, jak już wspomniałem, ktoś taki jak Jerzy Owsiak może być głosem pokolenia, do którego ani nie należy, ani też nigdy nie należał, to czemu nie ja? Więc proszę pozwolić mi powiedzieć, jak ja to wszystko widzę z tego miejsca gdzie sam stoję. Otóż wolność, która została nam dana, jest kontrolowana albo przez nasze intelektualne braki, albo przez nasze ambicje. A zatem, jak by nie patrzeć, pozostajemy albo w niewoli tzw. autorytetów, albo w niewoli naszych zdolności.
Właśnie, dokładnie dziś, kiedy pisze te słowa, w wielu miejscach naszego kraju decyduje się przyszłe życie wielu świeżoupieczonych maturzystów. Wśród nich są też ci, którzy postanowili swoją przyszłą karierę związać z zawodem lekarza. Jak się okazuje, aby mieć jakiekolwiek szanse studiowania medycyny, trzeba na maturze, z rozszerzonej biologii i chemii, mieć co najmniej 180 punktów. Jest to znacznie więcej, niż jeszcze rok temu. Domyślam się, że już za rok, każdy kto będzie chciał studiować medycynę, będzie musiał uzyskać z rozszerzonej biologii i chemii po sto procent. Za dwa lata, te sto procent już nie wystarczą. Trzeba będzie jeszcze być wybitnym sportowcem, lub świetnym poetą, ewentualnie znakomitym muzykiem, czy twórcą miejscowego teatru. No i, oczywiście, dziewczyny będą musiały być piękne, a chłopcy bardzo przystojni. I to jest to, co będzie ograniczało naszą wolność.
Co do samej wolności natomiast, naturalnie, można już niemal wszystko, a w przyszłości będzie można jeszcze więcej. Na razie jednak, kiedy już uzyskaliśmy te 180 punktów z rozszerzenia na maturze, możemy tez bez najmniejszego wstydu, i w poczuciu naszej pięknej wolności, ogłosić choćby to, że wśród trzech największych autorytetów wskazujemy wspomnianego już Jerzego Owsiaka, a obok niego dwóch panów z telewizji – Kubę Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. I wolność ta będzie tak bezwzględna, że jeśli w dniu śmierci Leszka Kołakowskiego – jak zapewniają media, „filozofa, myśliciela, jednego z najwybitniejszych polskich intelektualistów, bohatera buntowników” – wybieramy jednak Szymona Majewskiego, to też się nic nie stanie.
W końcu Szymon Majewski to buntownik, a więc w pewnym sensie uczeń Leszka Kołakowskiego. A poza tym, jak już tu wspominano, kwestia wolności już jakiś czas temu została oficjalnie przypisana sferze pop, a tam – w sposób jak najbardziej oczywisty – panuje pełna wolność. Szczególnie gdy pokonamy już te ostatnie granice.

piątek, 17 lipca 2009

O Kościele bez koncesji

Niektórzy może wiedzą, że moja żona ostentacyjnie nie bierze udziału ani w moim blogowaniu, ani w naszym politycznym filozofowaniu, ani w ogóle w sprawach, których osobiście nie wybrała sobie jako wartych uwagi. Pod tym względem jest trochę podobna do naszej najmłodszej córki, która oczywiście pozostaje stale i mocno związana z życiem rodziny, a jednocześnie patrzy na nas, w najlepszym dla nas wypadku, z przymrużeniem oka. I jedna i druga, jednak, od czasu do czasu podniesie na nas wzrok i coś powie, albo o coś spyta, i wówczas możemy być pewni, że dowiemy się też przy okazji czegoś autentycznie inspirującego.
Tak właśnie się stało i wczoraj. W telewizji trwał festiwal szyderstw z telefonii komórkowej ojca Rydzyka i Toyahowa spytała z dugiego pokoju, o co faktycznie są pretensje. Chciałem jej odpowiedzieć, ale nagle zdałem sobie sprawę z tego, że zgiełk jest tak duży, że w gruncie rzeczy, nie ma sposobu, żeby owe pretensje choćby w przybliżeniu określić. No bo wszystko się zaczęło przy okazji uroczystości na Jasnej Górze, podczas których ojciec Rydzyk zapowiedział uruchomienie tej swojej sieci, a Jarosław Kaczyński, który, jak co roku, przyjeżdża na Jasną Górę na spotkanie Rodzin, powiedział, że, jak już wszystko będzie gotowe, to on sobie kupi od o. Rydzyka taki telefon. Pierwsze komentarze były takie, że ksiądz podczas Mszy Świętej zajmuje się handlem, a przez to jest jak ci kupcy, których Pan Jezus przepędził ze świątyni, natomiast Kaczyński – wiadomo – pod sąd, choćby i z automatu. Ten kierunek jednak nie utrzymał się za długo, bo, po pierwsze – jak się od razu okazało – podczas mszy o komórkach nie było słowa, a poza tym, czemu niby wolno handlować w kościele gazetami, albo książkami, czy jakimiś drobiazgami, a nie wolno ogłaszać oferty komórkowej?
Trochę później pojawiły się zarzuty, że porządny ksiądz w ogóle nie powinien się zajmować biznesami, tylko ma siedzieć na parafii, albo w klasztorze i się modlić. A jak chce wyjść, to niech idzie do szpitala z komunią, albo rozdaje zupę ubogim (jak kiedyś Pierwszy Prawdziwy Człowiek – Jacek Kuroń). No ale ten argument zniknął tak samo szybko, jak się pojawił i nawet nie zdążył się skompromitować.
Widząc więc, że pytanie mojej żony nie było w żaden sposób bezzasadne, a wciąż wisiało w powietrzu, zacząłem tropić tę sprawę w Internecie. I oto trafiłem na dwa teksty w Dzienniku, które starają się wyjść nieco poza standardowe szaleństwo i jeszcze bardziej standardową argumentację, a jednocześnie bardzo dokładnie pokazują, jak ta cała sprawa jest wyłącznie wynikiem politycznej i kulturowej wojny, którą z ojcem Rydzykiem i jego projektem prowadzi tzw. mainstream. W pierwszym z tych tekstów, Piotr Gursztyn, w tych miejscach w których stać go na minimalną jasność przekazu, sugeruje, że sprawa jest źle rozegrana wizerunkowo http://www.dziennik.pl/opinie/article415270/Komorkowo_polityczny_show_na_Jasnej_Gorze.html.
Że zarówno ksiądz Rydzyk, jak i prezes Kaczyński – zamiast dbać o nowych zwolenników i nie prowokować dotychczasowych wrogów – podkładają się jak dzieci. Gursztyn tę jedną myśl wyraża bardzo precyzyjnie choćby w tym zdaniu: „Pielgrzymka Radia Maryja - dla setek tysięcy autentyczne przeżycie religijne - została strywializowana i zredukowana do roli pośmiewiska dla antyklerykałów”. A więc problemem nie jest faktprzestępstwa, ale polityczna interpretacja, jaka temu, co się stało może zostać nadana. Nie chodzi o to, że ojciec Rydzyk popełnił zło, ale o to, że wystawił swój Kościół na pośmiewisko ludzi złych.
Bardzo przepraszam, ale jeśli przyjmiemy opis przedstawiony przez Gursztyna, jako w jakikolwiek sposób dla nas zobowiązujący, to tym samym zrezygnujemy z całej powagi tego, w co wierzymy i o co pragniemy walczyć. Jeśli, idąc za radą red. Gursztyna, zaczniemy naszą wiarę i naszą walkę tak modelować, by – broń Boże – źli ludzie nie zaczęli z nas szydzić, to, prędzej czy później, szyderstwo, którego tak bardzo chcieliśmy uniknąć, stanie się tak nieznośne, a my tak słabi, że tej agresji zła zwyczajnie nie wytrzymamy.
Ale, w gruncie rzeczy, to co pisze Gursztyn, nie ma większego znaczenia. Pokazuje jedynie, że atak skierowany przeciwko Rodzinie Radia Maryja jest całkowicie pozamerytoryczny, i może jeszcze tylko to, jak wielu z nas boi się prawdy i jak w tym strachu marnieje. Ciekawszy troszkę bardziej jest tekst podpisany przez Kamilę Wronowską, a zatytułowany bardzo jasno: Rydzyk zbije fortunę na drogich komórkach http://www.dziennik.pl/polityka/article415615/Rydzyk_zbije_fortune_na_drogich_komorkach.html . A więc, okazuje się, że wprawdzie ojciec Rydzyk nie handluje komórkami podczas Mszy Świętej, ani nie robi niczego obiektywnie gorszącego, a jedyna jego wina polega na tym, że nie chce się upodlić przed radykalnymi antyklerykałami i ich biednymi ofiarami, jednak przynajmniej mógłby te swoje komórki sprzedawać taniej.
Zacznijmy jednak od początku. Ojciec Rydzyk postanowił dostarczyć ludziom starszym – choć myślę, że nie tylko i nie koniecznie starszym – religijnie, czy tylko emocjonalnie, związanym z jego projektem, telefony komórkowe, które byłyby specjalnie zaprojektowane pod ich szczególne potrzeby. A więc chodziło o to, żeby dać im telefon komórkowy, który będzie służył do dzwonienia i odbierania rozmów. I tyle. Bardzo dobrze rozumiem ten problem choćby ze względu na mojego teścia, którego od lat nie umiemy namówić do używania telefonu komórkowego. On albo tam nic nie widzi, albo nie umie trafić w guzik, albo po prostu telefon mu się nie podoba. Kupiliśmy mu więc któregoś dnia najnowsze osiągnięcie specjalistów z Motoroli o nazwie Motofone F3, przeznaczone rzekomo właśnie dla ludzi bez technicznych ambicji, a anonsowane w następujący sposób: „Stylish communication at everyone’s reach.Clear vision display, easy to use icon menu, voice prompts”. Nie będę się tu znęcał nad tą nieszczęsną Motorolą. Powiem tylko, że możliwe, że istnieją przykłady większej bezczelności i chamstwa na poziomie tzw. marketingu, ale ja ich nie znam. To co Motorola przygotowała pod ludzi starszych, robi wrażenie wyłącznie bardzo niegrzecznego żartu. I to tyle o Motoroli. Kto chce, niech sobie poszpera w Internecie, to się dowie, o co chodzi.
Ale po co ja w ogóle wspominam o tym czymś? Co ‘jaja’, które sobie robią inżynierowie z Motoroli, z ludzi starszych mają do rzeczy, kiedy mówimy o wybrykach ojca Rydzyka? Otóż we wspomnianym artykule, pani redaktor z Dziennikapisze tak: „Duże przyciski i wyraźny wyświetlacz rzeczywiście mogą być pomocne w obsłudze komórki zwłaszcza przez osoby starsze. Jednak w ofercie sieci toruńskiego redemptorysty telefon firmy Max-Com kosztuje 330 złotych, choć w sklepach internetowych ten sam model można kupić już od 280 złotych.” No tak. To już jest zbrodnia. I to niesłychana. My, ludzie korzystający od lat z serdecznych usług, nie czarnych redemptorystów, lecz cywilizowanych operatorów, takich jak Orange, Plus, czy Era, nie jesteśmy w stanie pojąć, jak można sprzedawać telefon drożej, niż on kosztuje na przykład na Allegro. I to jeszcze z takim przebiciem! Przecież to jest jakieś horrendum! Ale to że ksiądz Rydzyk sprzedaje coś co jest warte 280 złotych za 330 złotych to jeszcze nie wszystko. Okazuje się, że równie wielki problem, to ten, że „w testach telefon ten wcale nie wypada najlepiej. ‘UrządzenieMax-Com przypomina bardziej bezprzewodowy telefon stacjonarny niż komórkę. Jest duże i niezgrabne. Ponadto jego wykonanie pozostawia sporo do życzenia - tworzywo, z którego zrobiona jest obudowa, nie jest najlepszej jakości, a poszczególne jej elementy są niedokładnie spasowane. [...] Rozmowę głosową możemy przełączyć w tryb głośno mówiący. Jednak w wypadku komórkiMax-Com dźwięk jest fatalnej jakości - zniekształcenia i charczenie praktycznie uniemożliwiają prowadzenie rozmowy’ - czytamy na stronieKomputerswiat.pl”. A więc dopiero teraz wiemy wszystko. Z Rydzykiem kłopot jest taki, że on, zamiast się modlić zbija fortunę, a tę fortunę zbija na telefonach, które przede wszystkim nie są tak ładne, jak telefony używane przez redaktorów z portalu komputerswiat.pl, na dodatek sprzedaje je drożej, niż ludzie chcą są gotowi za nie płacić, i które, co najważniejsze, po prostu nie działają. Szukałem jeszcze gdzieś w artykule tej pani Kamili informacji, ze Rydzyk do każdego telefonu dodaje jeszcze działkę opium (dla ludu), żeby każdy moher, zanim włączy ten gadżet, tak się zaćpał, by nie zauważył, że przez ten telefon nic nie słychać i być może sobie kupił jeszcze jeden. Tej informacji jednak już nie znalazłem. Prawdopodobnie o ćpaniu będzie w siódmym odcinku.
Jak znam sytuację w niektórych zakątkach Salonu, zaraz ktoś się odezwie i mi powie, żebym głupio nie odwracał kota ogonem, bo wiadomo o co chodzi. Chodzi mianowicie o wszystko to co wyżej napisałem, ale głównie o to, że to hańba, żeby ksiądz robił biznesy, które nie służą prowadzeniu hospicjum, szpitala, czy przytułku. W tej jednak sytuacji, ja mogę już tylko złośliwie do tej listy zbożnych celów dodać rekolekcje dla posłów Platformy Obywatelskiej w Tyńcu. Dla tak pięknego zamierzenia, myślę, można by nawet handlować telewizorami, antenami, a może nawet i telefonami komórkowymi. Jestem bowiem przekonany, że problem Tadeusza Rydzyka, tak naprawdę, polega na tym, że kiedy dwadzieścia lat temu Polska weszła na drogę nowoczesnej przedsiębiorczości, ów ksiądz postanowił działać, jednak ani się wcześniej odpowiednio nie konsultując z odpowiednimi osobami, ani nawet nie próbując się uważnie rozejrzeć, jak wygląda okolica. I tak nastraszył ludzi, których straszyć nie wolno. Głupi! Otworzył wyższą uczelnię, uruchomił wielką telewizję, wspaniałe radio, otoczył opieką miliony ludzi, którzy, gdyby nie on, wegetowaliby pewnie do śmierci w intelektualnej nędzy, zgodnie z tym, co dla nich zaplanował nowy system, teraz uruchamia sieć telefonii komórkowej… i nagle, okazało się, że zapomniał o najważniejszym. A teraz wydaje mu się, że to wszystko wystarczy, żeby mu Polska oddała należną sprawiedliwość.
Bo jeśli chce ojciec Rydzyk wiedzieć, co stracił, to niech sobie popatrzy na listę tych najwspanialszych przedstawicieli ludzkiego gatunku, którzy – według najnowszych badań – dla polskiej młodzieży stanowią autentyczny wzór i autorytet. Jerzy Owsiak, Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski, Dalaj Lama, Ewa Drzyzga, Robert Kubica, Barak Obama… Ze swoimi talentami, to on, Rydzyk, zajmowałby tam dziś pierwsze miejsce, a na stronę internetową z jego sklepem, wchodziliby wszyscy – od Moniki Olejnik po Janusza Palikota. Tak jak niechybnie dziś wchodzą choćby na stronę www.benedicite.pl.

środa, 15 lipca 2009

Docent pozostał

Gdy dowiedziałem się, że zmarł Zbigniew Zapasiewicz, wzruszyłem się bardzo, bo równie bardzo też lubiłem Zbigniewa Zapasiewicza. Lubiłem go jako niezwykle sprawnego aktora, ale również bardzo mi się podobał ten typ postaci, który Zapasiewicz swoim aktorstwem wykreował. Są w historii kina i teatru tacy artyści, którzy pozostają w pamięci, jako pewien typ, który, chociaż w gruncie rzeczy jest czystą fikcją, to wciąż jest przez nas traktowany, jako coś realnego. Taki był Zbigniew Cybulski, James Dean, taki jest Al Pacino, czy Robert deNiro, czy Clint Eastwood. To jest trochę tak, jak z niektórymi muzykami, czy malarzami. John Coltrane, czy Pablo Picasso, czy Billie Holiday. Zostało coś stworzone i już tego nikt nie zmieni, ani nawet nie powtórzy. W polskim aktorstwie, poza wspomnianym Cybulskim i może Tadeuszem Łomnickim, kimś takim był Zapasiewicz.
Jakoś mi żal Zapasiewicza. Być może paradoksalnie, najbardziej za nim tęsknię, kiedy wspominam film Barwy Ochronne, w którym Zapasiewicz, będąc wciąż bezwzględnie tylko sobą, stworzył jednocześnie postać absolutnie odpychającą. Ta własnie rola, jak żadna inna, ukazywała dla mnie coś, co stanowi przykład aktorskiego geniuszu w postaci czystej. Coś tak niesłychanie autentycznego, a jednocześnie przecież tylko wymyślonego, że kiedy człowiek ogląda tę grę, czasem ze strachem dochodzi do wniosku, że może faktycznie musiało coś być w tych starych przesądach, które kazały ludziom grzebać zmarłych aktorów poza murami miast. O tak… Zbigniew Zapasiewicz, to był autentycznie wielki aktor. Tak wielki, że nawet kiedy go oglądam w roli tego skurwysyna z Barw Ochronnych, to myślę sobie, że szkoda, że nie znalem kogoś właśnie takiego. Kogoś kto nawet kiedy kreuje zło, to owo jest zwyczajnie piękne.
Szkoda, że umarł Zapasiewicz, również z powodu, który uświadomiła mi Toyahowa. Otóż powiedziała ona, że kiedy już umarl Holoubek i Kreczmar i Mrożewski i Łomnicki i cały szereg tych naprawdę wielkich polskich aktorów, to jeszcze poczekamy na tych paru i zostaną nam sami tandeciarze, których możemy oglądać albo w tych debilnych komediach, albo w jakichś telewizyjnych serialach, czy może tefauenowskich imprezach, czy choćby tylko w kolorowych pismach i portalach typu pudelek.pl. I tu żona moja ma pretensje właśnie do Zapasiewicza, Stuhra, Englerta, Gajosa, że, korzystając kiedyś pełnymi garściami z tego, co im dali ich starsi koledzy, sami nie wykształcili choćby jednego wielkiego aktora. Tak twierdzi moja żona, a ja się z nią chętnie zgadzam. Bo, choć sam o tym wcześniej nie pomyślałem, to wiem, że ma racje. Oni w końcu odejdą, a po nich zostanie wyłącznie banda nicnieznaczących komediantów, którzy i tak nigdy nie będą potrafili się zdecydować, czy tak naprawdę chcą zagrać w reklamie, czy pokazać na jakiejś gali, czy może się po prostu zaćpać, albo upić i pójść na dziwki.
A jak już nie będziemy mieli nawet aktorów, to wtedy już naprawdę nie zostanie nam nic. Będziemy mieli już tylko Pawła Kukiza, Zbigniewa Hołdysa i może Korę – o ile ta wcześniej nie zwariuje od tych grzybków, o których wspomina w jednym z wywiadów, że są dobre na bibki – którzy i tak niechybnie już wkrótce zostaną politykami, albo dziennikarzami. Głównie dziennikarzami. Bo to się dostaje akurat po koleżeńsku i nie trzeba do tego absolutnie nic, poza dobra orientacją w dość prostym terenie.
Dziś widziałem takiego jednego. Nazywa się Czarnecki i robi za cyngla w Radio Zet. Wystąpił u Małgorzaty Łaszcz w TVN24 i powiedział, że Michał Kamiński nie został wiceprzewodniczącym PE, bo Zieloni zarzucili mu antysemickie wypowiedzi. Kiedy Łaszcz – dbając ewidentnie o renomę stacji – zaprotestowała, że ona akurat nic o tym nie wie, żeby Kamiński rzucał antysemickimi tekstami, ów Czarnecki, z dzielnie podniesioną grzywką, wali – uwaga, uwaga! – że to nie ma znaczenia, czy on rzucał, czy nie rzucał, bo chodzi o to, że tak się o nim mówi w Europie. A Europejczycy są czujni i obserwują, więc jeśli komuś przyjdzie do głowy, żeby coś chlapnąć w Polsce, sądząc, ze nikt się nie dowie, to niech nie liczy na cud. Nieugięta Łaszcz znów tłumaczy temu gnojowi, że ona nic o tym nie wie, żeby Kamiński był antysemitą. A człowiek od Radia Zet swoje. To nie ma znaczenia, bo może i on nic nie powiedział, ale niech mu się nie wydaje, że może sobie gadać, co mu ślina na język przyniesie, bo Europa i tak usłyszy. Więc tak to dziś było.
I tak to jest. A ja – proszę. Zasmuciłem się, że zmarł Zbigniew Zapasiewicz, a i tak wylądowałem tu, gdzie jestem teraz. Ale może to i trochę przez tego Zapasiewicza, a dokładnie przez te jego cudowną rolę i tę straszną postać z filmu Krzysztofa Zanussiego.

Z powrotem w Europie

Mój poprzedni wpis poświęciłem popowym intelektualistom nie dlatego, że uważam sprawę za bardzo istotną dla losów naszej Polski (choć, owszem, nie byłoby źle, gdybyśmy zechcieli problemowi poświęcić trochę więcej uwagi), ani też dlatego, że akurat nie miałem innych – bardziej pasjonujących tematów – pod ręką. Nic podobnego. Sprawa, o której pisałem tak bardzo mnie zaabsorbowała i była na tyle bieżąca, że nie miałem po prostu wyjścia. Tak czy inaczej, problem sztuki w ogóle, a sztuki Davisa Thomasa w szczególności, jest obiektywnie tak bardzo bez znaczenia, ze naprawdę nie ma o czym mówić. Chodziło w gruncie rzeczy jedynie o tych nieprzytomnych intelektualistów. Problem jednak został odfajkowany, a zatem można się zająć tym, co zdecydowanie bardziej istotne. Zapraszam.
Kiedy spędzałem czas w Poznaniu w gościnie u ojca Rachmajdy i jego Karmelitanów, ukazał się weekendowy Dziennik, który kupiłem sobie w niedzielę do pociągu, a w którym Marek Migalski udzielił wywiadu Piotrowi Gursztynowi, pracownikowi owej gazety http://www.dziennik.pl/opinie/article413455/Migalski_Kwasniewska_nie_ma_szans.html.
Cała rozmowa była, jaka była. Migalski trzymał zwykły dla siebie poziom, a Gursztyn wymyślał kolejne pytania. Nic więc szczególnie sensacyjnego. Natomiast ja zwróciłem uwagę na sam początek. A początek był taki:
Piotr Gursztyn: Ma pan już jakieś wrażenia z Brukseli i Strasburga?
Marek Migalski: To moloch, i to stworzony celowo. Tak ogromny i przepastny, by nikomu nie chciało się szukać kanałów informacji i tego, co jest tam prawdziwą władzą. Ponadto nas, eurodeputowanych, obdarowuje się całkowicie legalnie wielkimi profitami. Na przykład po roku sprawowania mandatu przysługuje już emerytura. Po pełnej kadencji emerytura będzie dwa razy wyższa, po dwóch kadencjach jeszcze wyższa. Mam wrażenie, że komuś zależy, by eurodeputowani skupiali się na tym, by dobrze się urządzić, a odczepili się od tych, którzy podejmują decyzje.”
Proszę zwrócić uwagę na to, co Migalski chce nam powiedzieć. On – świeżo upieczony europejski parlamentarzysta – zwraca uwagę na jedno. Cały ten projekt, któremu jakiś spryciarz nadał piękną nazwę Europa, a następnie skutecznie zadbał, żeby tę nazwę w tym kształcie zarejestrować, stanowi jeden system i to system absolutnie wyjątkowy. A wyjątkowy wcale nie dlatego, że nastawiony wyłącznie na korupcję. Tego akurat mieliśmy zawsze pod dostatkiem. Mówimy o systemie, który jest nastawiony na korupcję całkowicie intencjonalnie, oficjalnie i w majestacie prawa. Systemie, który korumpuje, nie dlatego, że takie nastały okoliczności, albo po latach okazało się, że ideały nie potrafiły się zmierzyć z praktyką. Mówimy o czymś, co jest zepsute od samego początku i od samego początku takie własnie miało być. A jeśli nadal istnieje i sobie świetnie radzi, to tylko dlatego, że w międzyczasie stało się częścią świata, a świat się stał oficjalną częścią tego czegoś.
Informacja, czy choćby tylko opinia, przedstawiona przez Migalskiego brzmi naprawdę szokująco. Można by więc sądzić, że – szczególnie kiedy padła na samym początku tej rozmowy – jej następstwem będzie choćby próba refleksji na ten właśnie temat. Nic bardziej mylnego. Piotr Gursztyn, redaktor z krwi i kości, szczególnie wedle najnowszych standardów, jest ponad zwykłe polityczne prowokacje i kontratakuje: „Prawdziwy PiS-owiec powinien dodać, że ten moloch nie tylko korumpuje najbardziej szlachetnych mężów stanów z Polski, ale też i czyha na dobro naszej ojczyzny”.
Migalski cierpliwie objaśnia, o co chodzi: „To wpisywałoby się idealnie w obraz pełnego fobii i lęku przed światem PiS-owca. Ale ktoś, kto chce naprawdę zrozumieć ten mechanizm, przyzna, że w moim opisie jest dużo racji. Nie chodzi o to, że dybią tam na nas masoni i Żydzi, lecz o to, że w Unii Europejskiej toczy się - najnormalniejsza w świecie - walka o władzę i narodowe interesy. Dziwię się tym, którzy tam są od dawna i mówią wyłącznie o euroentuzjazmie, przedstawiają arkadyjsko-bukoliczną wizję stosunków, gdzie wszyscy nawzajem bezinteresownie obdarowują się prezentami. Jest odwrotnie. Parlament Europejski to miejsce realizacji narodowych interesów. Rozumieją to Niemcy, Francuzi, bo po to ich wybierają wyborcy. Żal, że niektórzy reprezentanci Polski tego nie rozumieją”.
Czy to sprawę wyjaśnia i czy ułatwia Gursztynowi choćby minimalne podniesienie poziomu? Ależ gdzie tam! Dalej jest tak jak na początku. Dziennikarstwo, jakie znamy od lat: „Ta wizja nie jest potwierdzeniem obrazu zakompleksionego PiS-owca?” W efekcie, to co wydawało się na początku swego rodzaju rewelacją, zostało w ciągu paru sekund rozmyte i wysłane w przysłowiowy kosmos. Jednak zjednoczone siły publicznego kłamstwa nie mogły pozostawić sprawy w tym, niewyjaśnionym do końca, stanie. A więc już od niedzieli można było wszędzie słyszeć głosy o tym, jak to w tej Europie, jeśli tylko ktoś pragnie działać i działać uczciwie, może to robić bez większego wysiłku. Oczywiście, jak wszędzie, i tam są kombinatorzy i obiboki, ale jest tyle wspaniałych ludzi i tyle ważnych prac do zrobienia, ze dla każdego starczy miejsca. I tak dalej w tym stylu. Oczywiście, nikt ani przez moment nie wspomniał o tym, że są głosy kwestionujące te teorie. Nie ma mowy o jakimkolwiek odczarowywaniu rzeczywistości. Czysta, uczciwa informacja. I tak to leci jeszcze dziś. Oglądamy więc tego niedomytego komunistę Siwca, jak stoi na tle jakiegoś szklanego budynku i tłumaczy wszystkim, którzy niechcąco mogli się za bardzo pochylić nad czarnymi słowami Marka Migalskiego o tym, że się dzieje, oj dzieje, a najlepsze i tak przed nami.
Po co w ogóle o tym piszę? Czy dlatego, ze stało się własnie coś szokującego? Czy może dlatego, ze oto na polskim rynku medialnym nastąpiło jakieś ciężkie załamanie? Oczywiście że nie. Nie stało się w gruncie rzeczy nic. Wszystko się dzieje na znanym nam wszystkim dobrze poziomie. I albo to wszystko któregoś dnia się zawali, albo będzie trwało jeszcze przez jakiś czas, a nam wszystkim nic do tego. Piszę jednak te słowa z bardzo błahego powodu. Właśnie się dowiedziałem, że poseł PSL-u Łuczak, o którym tu niedawno napisałem cały tekst, żeby uhonorować pojawienie się czegoś, co można nazwać pierwszym głupstwem obecnego parlamentu, zrezygnował uroczyście z prac w tzw. komisji do spraw nacisków, bo już ma dość przebywania wśród pajaców, czy jakoś tak. Jasne, prawda? Ten pajac zaprotestował, bo nie mógł znieść pajacowania. Oczywiście, tym samym, poseł Łuczak w jednym momencie posel Łuczak stał się bohaterem medialnej krucjaty przeciwko debilizmowi naszej polskiej polityki. Ale – jakżeby inaczej! – pierwsza moralną ofiarą tego, co z tą własnie polityką uczynili politycy Prawa i Sprawiedliwości. Właśnie gadają o tym w telewizji. Sprawa Europy została na razie załatwiona. Można wrócić do spraw bieżących. Nawet mamy nowe sondaże. Platformę – jak się okazuje – popiera ponad 50% badanych, czyli tyle samo ile uważa, że rząd Platformy jest do bani. Przynajmniej ci wszyscy, którzy wyszli z poznańskiego koncertu Pere Ububędą mogli odetchnąć od nadmiaru abstrakcji.
No więc ja też pozwolę sobie podreptać do centrum. Sprawy sztuki mamy załatwione. Wracamy na ring.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Gdy intelektualiści zbaranieli

Pomyślałem sobie, że skoro dotychczas głosiłem wyłącznie oczywistości, tyle że podane w trochę może bardziej wyszukany sposób, najwyższy czas, żebym napisał wreszcie coś naprawdę kontrowersyjnego. Oczywiście, daję sobie świetnie sprawę z tego, ze wielu czytelników tego bloga powie, ze ani jedna z prezentowanych przeze mnie opinii nie pozostaje niekontrowersyjna, a – wręcz przeciwnie – wszystko, co piszę, jest horrendalnie głupie i niepoważne, ale to już, że tak powiem, nie moje zmartwienie. Fakt jest bowiem taki, że kontrowersyjnie będzie dopiero dziś.
Co mam na myśli, mówiąc ‘kontrowersyjnie’? Otóż chodzi mi o to, że – pomijając gołe fakty – wszystko co dziś mam zamiar przedstawić, poczynając na założeniach, a kończąc na wnioskach, to czyste spekulacje. Na poparcie tego wszystkiego, co chcę tu przedstawić nie mam żadnych dowodów, poza swoimi podejrzeniami, które wynikają z wieloletniej obserwacji i z mojego dotychczasowego doświadczenia. Sytuacja więc jest, na przykład, znacznie bardziej skomplikowana, niż miało to miejsce w przypadku tekstu o zabójstwie Michaela Jacksona, gdzie wszystko co należało wyłożyć, wyłożyłem starannie i czysto, jak dziecku w przedszkolu, a jeśli ktoś potrzebował dodatkowych tygodni, by moje – jak to określano – „insynuacje” się zaczęły potwierdzać oficjalnie, to już nie mój kłopot.
Będzie więc o intelektualistach. I to intelektualistach szczególnych. Wpadłem na nich przedwczoraj, podczas mojego pobytu w Poznaniu przy okazji festiwalu sztuki animowanej Animator 2009. Do Poznania pojechałem jednak nie ze względu na moją pasję do filmów animowanych, lecz – przede wszystkim – ze względu na czystą i bezinteresowna miłość do Davida Thomasa i jego muzycznego projektu o nazwie Pere Ubu, a także z powodu uprzejmego zaproszenia, jakie otrzymałem od ojca Antoniego Rachmajdy z Zakonu Karmelitów Bosych właśnie w Poznaniu. Co ma do rzeczy ojciec Rachmajda? Oczywiście nocleg i wyżywienie. Co ma do rzeczy David Thomas i Pere Ubu? To że organizatorzy festiwalu postanowili zamknąć imprezę, w sposób absolutnie uroczysty, widowiskiem teatralno-muzyczno-filmowym (jak to się czasem określa – multimedialnym), zatytułowanym Bring Me the Head Of Ubu Roi,opartym na muzyce i projekcie artystycznym w wykonaniu zespołu Pere Ubu, oraz animacji braci Quay.
Pere Ubu… Kiedy byłem o wiele młodszy, w środowisku, w którym się obracałem, doskonale wiedziano, co to jest Pere Ubu. I to wcale nie dlatego, ze ich pierwsza płyta, Modern Dance, przez niektórych poważnych krytyków (Clinton Heylin), była oceniana jako jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń w historii rocka w ogóle, ani też dlatego, że to był w ogóle przebój (bo nie był), ale z tej prostej przyczyny, że myśmy po prostu słuchali takiej muzyki, a cała nasza filozofia sprowadzała się do opinii, że jeśli na scenie jest więcej ludzi, niż na publiczności, to już jest znaczna szansa, że będziemy za chwilę mieli do czynienia z czymś specjalnym. A więc, kiedy szedłem do poznańskiego Zamku na widowisko o Królu Ubu, wiedziałem, że najprawdopodobniej sala będzie wypełniona tylko w części, a wśród widzów znajdzie się ta dwudziestka – podobnych do mnie – osób, którzy przyszli specjalnie dla muzyki Pere Ubu, a reszta, to już tylko będzie poznańska elita intelektualna, dla której to przede wszystkim festiwal Animator stanowi kulturalne i intelektualne wyzwanie mijającego tygodnia.
I było własnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Wprawdzie nie udało mi się na sali dostrzec Galopującego Majora, ale na ile potrafiłem ocenić, niemal wszyscy uczestnicy gali, wypełniali pewien standard, zarówno jeśli idzie o sposób noszenia się, sposób zachowania i ogólnie sposób bycia. I to jest pierwszy element tego, co na początku tego tekstu zapowiedziałem, jako relację bardzo głęboko kontrowersyjną. Ja nie mam absolutnie żadnych dowodów na to, by twierdzić, że ocena ludzi, którą przedstawiam na podstawie swojej bardzo subiektywnej obserwacji i jeszcze bardziej subiektywnych odczuć, ma jakąkolwiek wartość. Ktoś może z pewnością mi powiedzieć, że w Poznaniu jest tak, że na imprezy typu ‘międzynarodowy festiwal filmów animowanych’ przychodzą wszyscy ci, którzy akurat mieli w ten sobotni wieczór ochotę wyskoczyć na chwilę z domu, bez względu na swój społeczny status, zainteresowania i aspiracje, za to ja, z kolei, chcę sobie zachować prawo do oceniania rzeczy w taki własnie sposób. A z tej oceny wynika własnie taki wniosek; że na imprezę przyszła elita.
I oto kolejna refleksja, którą chciałem się podzielić. Dla każdego normalnie myślącego człowieka było oczywiste od pierwszego momentu, że to co za chwilę nastąpi, to będzie komedia. Nie trzeba było ani znać sztuki Alfreda Jarry’ego, ani wiedzieć że Jarry w jakimś tam sensie stworzył teatr absurdu i w ogóle surrealizm w sztuce, żeby od początku się nastawić na to, że będzie – przynajmniej w założeniu – śmiesznie. Wystarczyło wejść na salę i choćby zauważyć, jak artyści po prawej stronie sceny, gdzie miał grać zespół, uczepili wcześniej kawałek dykty z nabazgranym po polsku napisem: „Ta strona sceny jest niewidoczna”, żeby wiedzieć, czego należy oczekiwać. Przez pierwsze pół godziny przedstawienia reakcja publiczności była szokująca. Sala, niemal w całości, zachowywała się jakby przyszli do filharmonii i zamiast orkiestry, skrzypiec, harfy i fortepiany, zobaczyli Latający Cyrk Monty Pythona (właśnie tak!) i to na dodatek, pierwszy raz w życiu. Ja nie chcę sugerować, ze zgromadzone na sali towarzystwo nie akceptowało takich akurat żartów, albo się nudziło, albo uznało, że muzyka jest irytująca. Niemal wszyscy – na tyle na ile potrafiłem dostrzec – zachowywali się, jakby kompletnie nie wiedzieli, co ich spotkało. Jakby byli głęboko przekonani, że przyszli na poważną sztukę, która wymaga od nich gustownego cmokania i mądrego kiwania głową, a tymczasem otrzymali coś czego kompletnie nie rozumieją, co wygląda na kompletny idiotyzm, a przecież – z tego co im powiedziano – miało idiotyzmem nie być.
Czas mijał. Muzycy – a jednocześnie aktorzy – pajacowali na całego, na wielkim ekranie leciały cały czas polskie napisy, żeby każdy wiedział, o co w danym momencie chodzi, a elita intelektualna Poznania, patrzyła na to wszystko z przerażeniem. W pewnym momencie David Thomas, widząc, że sytuacja robi się niedobra, zmienił tekst i zaczął wrzeszczeć na muzyków, że grają do bani i publiczność jest niezadowolona. Kiedy w pewnym momencie, w swojej tyradzie, użył słowa ‘fuck’, dopiero wtedy po sali przeleciał – po raz pierwszy – szmer zadowolenia. Podczas przerwy, większa część publiczności wyszła i już nie wróciła. Z tych co zostali, paręnaście osób reagowało śmiechem i oklaskami, pod koniec nawet zmusili cały zespół do ponownego wyjścia na scenę, a reszta siedziała do końca przerażona, że świat stanął na głowie i oni nie wiedzą, dlaczego.
Proszę w żaden sposób nie myśleć, że moje pretensje wynikają z tego, ze poszedłem na przedstawienie, które mnie zachwyciło, a które większa część publiczności wybuczała. Nikt nikogo nie wybuczał, bo – z tego co zaobserwowałem – nikt nie miał pojęcia co się dzieje. A samo przedstawienie nie zachwyciło mnie ani trochę bardziej, niż pierwszy z brzegu epizod wspomnianego już Monty Pythona. Monty Pythona, który, jak wiemy, w każdym społeczeństwie oglądać może z zainteresowaniem zaledwie drobny procent całości. Ja piszę ten dzisiejszy tekst z dwóch zupełnie innych powodów. Pierwszy to taki, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że ludzie, którzy w minioną sobotę zapłacili po 80 zł. żeby przyjść na ów zamykający festiwal występ, gdyby im wcześniej powiedziano, że to co widzą to kabaret Ani Mru-Mru, tyle że w przebraniu i po angielsku, przez pełne dwie godziny darliby się nieprzytomnie ze śmiechu, a gdyby dodatkowo ktoś jeszcze im wytłumaczył, że ta sztuka o wiecznie pianym królu-idiocie, to satyra na prezydenta Kaczyńskiego, zwyczajnie by oszaleli. Drugi natomiast to ten, że z tego co zdążyłem zaobserwować, a co mnie absolutnie nie zaskoczyło, publiczność zgromadzona w Zamku złożona była z przedstawicieli najbardziej właśnie dorodnej intelektualnej elity miasta.
Wystukuję tu dziś te moje – jak wspominałem kontrowersyjne i bardzo subiektywne – refleksje, bo ja po raz pierwszy chyba w życiu miałem okazję zobaczyć potęgę typowego wykształconego umysłu, o którym przecież nie raz tu już pisałem, jak się puszy w swojej pełnej krasie. I zobaczyć to wszystko z taką wyrazistością. Ludzi, którzy ani nie widzą, ani nie słyszą, ani nie czują, o ile ktoś im wcześniej nie powie, co mają widzieć, słyszeć i czuć. Bo tak własnie wygląda typowy polski inteligent. Na co dzień strasznie nadęty pogardą do wszystkiego co gorsze, a, z jego punktu widzenia, reprezentowane albo przez wieś, albo przez tzw. ścianę wschodnią, albo przez moherowe babcie, albo przez tępych pisobolszewików, czy cokolwiek obcego. Jednak kiedy któryś z nich zostanie nagle skonfrontowany z czymś kompletnie świeżym, dotychczas nie nazwanym i wcześniej przez niego nie rozpoznanym, głupieje, jak dziecko we mgle. Czy to będzie nowy film Shyamalana, czy nowy projekt Ricky’ego Gervais, czy kompletnie szalony projekt Davida Thomasa, prędzej się można spodziewać, że ten jeden wytęskniony, ulotny ślad wrażliwości znajdziemy – skoro się już tak nam zgadało – w montypythonowskim ‘wiejskim głupku’, niż w którymkolwiek z nich.
Ciekawe, czy się mylę. Jeśli któryś z salonowych intelektualistów – ze szczególnym uwzględnieniem tych dwóch obywateli Miasta Know-How, których mam na myśli – będzie miał ochotę mi wykazać, że mam pomieszane w głowie, zapraszam. Dziś macie tu pełną wolność. Wykażcie mi, że się mylę. Możecie pleść, co Wam ślina na język przyniesie. A ja będę Was słuchał cierpliwie.

czwartek, 9 lipca 2009

Kto się boi polityki?

Rok 1989 – jak już tu parokrotnie wspomniałem – był dla mnie rokiem bardzo ważnym. Przede wszystkim, bardzo mnie poruszyła taka oto perspektywa, że moje najbardziej gorące marzenia się spełnią i wreszcie ujrzę sprawiedliwość w pełnym wymiarze, a której symbolem będzie Wojciech Jaruzelski z Jerzym Urbanem rozstrzelani pod jakimś obdrapanym i zapomnianym murem. Oczywiście dziś wiem, że dla tej mojej niegdysiejszej naiwności nie ma żadnego usprawiedliwienia, ale i tak czuję się dość dobrze. W końcu, kiedy się spojrzy na wszystko, co się wydarzyło w Polsce przez te 20 lat, naiwność naprawdę nie wydaje się być grzechem największym.
Tamten czas był dla mnie jednak czasem uroczystym też z innego powodu. Wierzyłem mianowicie – i tu akurat wszystko mniej więcej wypełniło się nie najgorzej – że Polska wreszcie stanie się krajem mniej lub bardziej takim jak demokratyczne kraje europejskie, z w miarę normalną gospodarką, z pieniądzem, który ma swoją wartość i przede wszystkim ze zwykła polityką, a nie czymś co jest polityki zaprzeczeniem i obrazą. Bo tym, którzy albo tamtych czasów nie pamiętają, lub nie przyglądali się nim zbyt uważnie, dobrze by było wiedzieć, że komunizm, oprócz towarów w sklepach, wolności na ulicach i paszportów w domach, również zlikwidował politykę, jako taką. Rząd nie był rządem, parlament nie był parlamentem, wybory nie były wyborami, politycy politykami, a debata – choćby nie wiadomo jak źle mówić o tym, co mamy dziś – nie była debatą nawet w jednym procencie taką, jaką znamy dziś.
Jedna rzecz była jednak podobna, by nie powiedzieć – identyczna. Mianowicie, cały system bardzo się starał, żeby nie daj Boże, nikt nie pomyślał, że brak polityki jest brakiem w jakikolwiek sposób dokuczliwym. Żeby nikomu do głowy nie prysł, że polityka stanowić może jakakolwiek wartość, a polityk może być zajęciem równie honorowym, jak nauczyciel, lekarz, czy inżynier, czy dziennikarz. A zatem, z jednej strony mieliśmy to niby-państwo i reprezentującą je niby-władzę, albo obradującą w Sejmie, albo naradzającą się w partyjnych komitetach, czy wreszcie egzekwującą posłuszeństwo na ulicach, a z drugiej, namaszczoną przez to niby-państwo propagandę – najczęściej w postaci tak zwanego głosu opinii publicznej. To właśnie wtedy, tak bardzo popularne stały się żarty na temat Sejmu, który jest cyrkiem, bo jest okrągły, na temat wyborów, które są farsą, czy na temat polityków, że to świnie, które myślą tylko o własnym korycie. Jeśli ktoś pamięta tamte czasy bardziej dokładnie, niech sobie łaskawie przypomni, jak łatwo było zapomnieć o tym, co jest prawdziwym sensem tego naszego wspólnego nieszczęścia, za to z jakim podnieceniem człowiek czekał na kolejny kabaretowy skecz, który miał tylko jeden cel – utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że tak jak jest dobrze, że wszystkie role zostały ostatecznie napisane i że nie pozostaje już nic innego jak to, by każdy zajął się sobą.
Dziś, z tymi doświadczeniami, które zostały i z perspektywą, która naprawdę pokazuje wiele, widzimy szczególnie ostro, jak bardzo ówczesnej władzy było na rękę, by przeciętny człowiek przez moment choćby nie uznał, ze to czego nam brakuje, to polityki w najbardziej uczciwym słowa tego znaczeniu. Po tych wszystkich latach, widzimy bardzo dokładnie, jak perfidnie i starannie został przygotowany grunt, na którym tak łatwo było już pod koniec, kiedy się pojawiła zinstytucjonalizowana opozycja, wszelką działalność na rzecz wolności, demokracji i obywatelskich swobód, określać pełnym pogardy słowem-kluczem: ‘polityka’. I to już pamiętamy chyba wszyscy, jak często, ile razy publicznie pojawiało się nazwisko Kuroń, czy Michnik, czy Wałęsa, czy nazwisko któregoś z innych, bardziej eksponowanych działaczy opozycji, nazwiskom tym najczęściej towarzyszyła obelga ‘polityk’, czy wręcz ‘politykier’. A głupi ludzie kiwali ze zrozumieniem głowami i mruczeli pod nosem: „Tak, tak, panie. Człowiek zastanawia się, co tu do garnka włożyć, a ci tylko bawią się w tę swoją politykę”.
Jaki był cel tego szczególnego przedsięwzięcia, które miało doprowadzić do tego, by ludzie dali się przekonać, że polityka to rzecz brudna, a politycy to ludzie po prostu źli? Otóż było ich kilka. Przede wszystkim – o czym już troszeczkę wspomniałem – chodziło o to, żeby w przeciętnym obywatelu wykształcić odruch, który mu będzie kazał nie interesować się czymś, choćby nawet tak jedynie karykaturalnie, przypominającym prawdziwą politykę. Drugim celem – wcale nie mniej istotnym – było jednak to, by w wypadku pojawienia się prawdziwej, autentycznej, poważnej polityki, wszelkie potencjalne zagrożenie móc bez większego wysiłku ośmieszyć już na samym starcie. Uważam, że plan ten, wbrew temu co można by sądzić, powiódł się w znacznym stopniu. A świadczyć o tym może choćby fakt, ze w pierwszych, w miarę demokratycznych wyborach parlamentarnych, wzięło udział zaledwie lekko ponad 60% uprawnionych do głosowania Polaków.
Wspomniałem wcześniej, że ówczesny propagandowy plan wykształcenia w społeczeństwie negatywnego odruchu na dźwięk słowa ‘polityka’, przypomina to, z czym mamy do czynienia dziś, w Polsce już całkowicie zmienionej, Polsce demokratycznej, Polsce jakże piękniejszej, a jednak Polsce wciąż tak bardzo pod wieloma względami niosącej całe to nieszczęsne brzemię post-komunizmu. Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą bardzo dobrze, o jakiego typu podobieństwo mi chodzi. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, ze każdy, choćby tylko trochę uważny obserwator tego, co się wyprawia na tej – że zacytuję poetę – „scenie tak marnej”, nie wskaże mi dnia, w którym choć raz nie zostanie gdzieś publicznie wspomniane, jakaż to brudna i ohydna rzecz ta polityka. Jacyż to głupi i podli ludzie są ci politycy. Czy wreszcie, jak to w tej naszej polskiej polityce nie ma miejsca dla ludzi porządnych i uczciwych. W dzisiejszej kulturze popularnej, szydzenie z polityków, ubolewanie nad jakością polityki, wyśmiewanie politycznego dyskursu, stało się być może nawet bardziej w modzie, niż codzienne plucie na Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Oczywiście dwóch baaaaardzo typowych polityków.
W miniony poniedziałek moje dzieci wróciły z Gdyni z Open’er Festival. Wśród tych wszystkich barwnych i jakże pełnych satysfakcji relacji pojawiła się drobna – jak przystało na rangę wydarzenia, bardzo drobna – relacja z występu polskiego piosenkarza produkującego pod nazwą O.S.T.R. Jak się okazało, wymieniony artysta, w odróżnieniu od tzw. gwiazd festiwalu, zamiast starać się przedstawiać muzykę na odpowiednim poziomie, zajmował się przede wszystkim rozbawianiem publiczności w temacie ‘kaczyzmu’ i polityki jako takiej. A zatem, żartował ów intelektualista z branży pop, że ornitolodzy powinni się zająć likwidacją kaczek, albo że każdy musi dbać o to, by nie stracić środkowego palca, na wypadek spotkania jakiegoś polityka, i tak dalej i tym podobne.
Ktoś powie, że to co sobie mysli i jak te myśli formułuje jakaś gwiazdka z peryferiów kultury masowej, nie powinno mieć dla nas żadnego znaczenia. Proszę jednak zwrócić uwagę na następująca kwestię. To w żadnej mierze nie jest tak, że wspomniany artysta stanowi jakiś szczególny eksces. Przecież on w gruncie rzeczy głosi dokładnie to samo, co gdzieindziej słyszymy z ust takich „poważnych” komentatorów, jak Maria Peszek, Agnieszka Holland, a może nawet i Stefan Chwin. Przecież kiedy dziś dowiadujemy się, że najlepszym kandydatem na prezydenta naszego ukochanego Kraju, okazuje się być nie-polityk Jolanta Kwaśniewska, a już nawet nie piłkarz i „chłopak z Pomorza” Donald Tusk, to satysfakcję z tego faktu odczuwa już nie tylko raper Ostry, nie tylko piosenkarz Paweł Kukiz, nie tylko gitarzysta Zbigniew Hołdys, ale cała banda poważnych intelektualistów i politycznych ekspertów, którzy tę sytuację wręcz sobie wyśnili. Jeśli najmądrzejsze umysły zastanawiają się nad tym, jak to się stało, że projekt o tak nieprawdopodobnej sile i tak bezprecedensowym finansowym i propagandowym wsparciu jak Unia Wolności, poległ w sposób tak spektakularny, to z odpowiedzią, że dla tych ludzi, tak uczciwych i przyzwoitych, nie było miejsca w polityce, spieszą nie prości idioci, ale najpoważniejsi eksperci. I wreszcie, jeśli dziś minister z Platformy Obywatelskiej Aleksander Grad mówi bez śladu wstydu, że rząd planuje wprowadzenie do TVP kuratora, który będzie oczywistym autorytetem, a nie jakimś paskudnym politykiem, to tak naprawdę tylko my – ludzie, którzy nie dali się nabrać tanim, prowincjonalnym kanciarzom na tę starą sztuczkę – wiemy, że on kłamie. I to kłamie na takim poziomie, że normalny człowiek może się tu tylko zarumienić.
Bo to co przeżywamy dziś, jest jedynie kiepską parodią tego przekrętu sprzed 20 i więcej lat. Ktoś niedawno, w jednym z komentarzy na tym blogu, napisał, że ministerstwa są wyłącznie po to, by dzielić pieniądze. Idee natomiast powstają zupełnie gdzie indziej. I jest to prawda jak najbardziej oczywista. Do tego żeby ‘skroić’ społeczeństwo, polityka naprawdę nie jest potrzebna. Do skutecznego skoku wystarczy parę osób ze zdolnością do rachunków i grupką tzw. autorytetów. Oni załatwią wszystko bardzo skutecznie. Trzeba tylko jednego – by prezydentem został ktoś taki jak Jolanta Kwaśniewska, albo w najgorszym wypadku Jerzy Buzek, na czele rządu pozostawał Donald Tusk, a ludziom wbić do tych ich tępych łbów, że nie ma nic bardziej nieprzyzwoitego, niż polityka.*

___________________________________________________
*Informuję wszystkich niedzielnych komentatorów, że moja uwaga na temat 'tępych łbów' jest zabiegiem czysto retorycznym i stanowi opinię w takim samym stopniu, jak słynna uwaga Jacka Kurskiego na temat 'ciemnego ludu'.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Mężydło, czyli strzeż się tych miejsc

Pod koniec mojego poprzedniego wpisu, nawet dla mnie dość niespodziewanie, pojawiło się nazwisko posła Platformy Obywatelskiej Antoniego Mężydły. Wyskoczył mi ten Mężydło i wciąż jakoś nie mogę się uspokoić. Ktoś mi powie, ze przesadzam. Przecież ani Mężydło pierwszy, ani ostatni na liście polityków, których gwiazda świeciła kiedyś pełnym blaskiem, ale ostatecznie okazało się, że albo zabrakło im talentu, albo siły, albo i jednego i drugiego i musieli przyznać, że znaleźli się w polityce tylko przypadkiem i dyskretnie ustąpić. Tu jednak sprawa nie jest taka prosta. Antoni Mężydło to nie byle kto. To nie jeden z tych polityków, kórych do polityki wwiało przez przypadek i którzy od początku wiedzieli, że jeśli się odpowiednio długo pokręcą w towarzystwie lepszych od siebie, może ktoś na nich zwróci uwagę i da im jakąś robotę. Krótko mówiąc, Mężydło to ani nie Paweł Zalewski, ani Kazimierz Michał Ujazdowski, ani nawet Radek Sikorski, by ograniczyć się tylko do trzech najświeższych, a więc i najbardziej spektakularnych, przykładów owej przypadkowości.
Ktoś kiedyś powiedział, że ludzie dzielą się na tych, co karty rozdają i na tych, co tymi kartami mają grać. O tych rozdających możemy naprawdę powiedzieć wiele rzeczy krytycznych i niemiłych, jednak nikt nie potrafi zaprzeczyć, że najprawdopodobniej to co udało im się w życiu osiągnąć, zawdzięczają swoim niewątpliwym zdolnościom i pracy, jaką wykonali, by te zdolności w pełni wykorzystać. To oni zostają liderami, oni wyznaczają kierunki i – ostatecznie – to oni zbierają większość korzyści, jakie daje im to, czym się zajmują. Z kolei ci, którzy nigdy nie mieli być przywódcami, ale jakoś znaleźli sobie swoje miejsce i jakoś tam potrafili o nie zadbać, też tworzą dwie podobne kategorie – tych co karty rozdają i tych, którzy tymi rozdanymi już kartami będą grać. Uważam, że, wbrew pozorom, wcale nie jest tak trudno znaleźć sobie to miejsce w życiu, na tyle porządne, wygodne i uczciwe, żeby na nim pozostawać długo i z poczuciem pełnej satysfakcji. Wystarczy mieć trochę rozumu, być wobec siebie uczciwym i przede wszystkim mierzyć siły na zamiary. To z pewnością wystarczy.
Antoni Mężydło, moim zdaniem miał absolutnie wszystko, czego trzeba było, żeby pozostać wybitnym, szanowanym i cieszącym się autorytetem politykiem. Niekoniecznie przywódcą. Ale z pewnością kimś, kto stojąc zawsze trochę z boku, będzie jednak też tym, który rozdaje karty. On był kimś takim, jak – nie przymierzając – Stefan Niesiołowski, tyle że z o wiele lepszą historią i znacznie czystsza kartą. Ale on miał jeszcze coś. Odnoszę wrażenie, że Antoni Mężydło nie był skażony tym fatalnym kompleksem, który każe niektórym, wybitnym skądinąd, ludziom lgnąć do środowisk, których głównym wyróżnikiem jest to, że robią wokół siebie strasznie dużo hałasu, ale jeśli tylko ich poprosić o referencje, to się okazuje, że tam nie ma absolutnie nic. Nieco upraszczając sprawę, mam wrażenie, że Antoni Mężydło to człowiek, któremu, gdyby mu przedstawić kogoś, kto ma tytuł profesorski, nawet nie drgnęłaby powieka. Człowiek, który, gdyby mu puścić nagranie Jimiego Hendrixa, może i by się tym co słyszy nie zainteresował, ale z pewnością nie zapytałby, czy ten Hendrix umie dobrze grać też muzykę klasyczną. A jednocześnie, Antoni Mężydło to człowiek, który pewnego dnia – z kompletnie niezrozumiałych powodów – postanowił zachować się nie jak ktoś, kto rozdaje laty, ale jak ktoś, kto wyłącznie czeka aż głupsi od niego mu coś dadzą. I to czeka pokornie i cierpliwie.
Jeśli ktoś nie pamięta, o co chodzi, przypomnę. Antoni Mężydło, w czasach, kiedy Prawo i Sprawiedliwość w Polsce rządziło, był tego Prawa i Sprawiedliwości prominentnym politykiem. Politykiem budzącym szacunek, sympatię i uznanie, nie tylko w samej partii, ale i poza nią. Oczywiście, medialna propaganda była wówczas tak zorganizowana, że nawet komuś tak wybitnemu i niewinnemu jak Mężydło nie udało się uniknąć razów, ale faktom zaprzeczyć się nie dało. Mężydło to była postać wielka. Skąd się brała ta pozycja? Właściwie z jednego, ale absolutnie bezprecedensowego zdarzenia. Jeszcze w czasach najbardziej mrocznej komuny, kiedy niemal wszystkim wydawało się, ze tak jak jest zostanie na wieki i że nawet nie warto próbować, Antoni Mężydło stanął oko w oko z najbardziej trudnym wyzwaniem i tę konfrontację wygrał. Sam opisywał to tak:
W biały dzień zaciągnięto nas z ulicy do nyski, wywieziono do lasu i tam poddawano torturom psychicznym i fizycznym, straszono śmiercią. Właściwie początek tego porwania wyglądał bardzo strasznie, wydawało się, że jest to egzekucja. Znałem również z opowieści sposób działania w przypadku porwania Janusza Krupskiego spod Pałacu Kultury i wyglądało to bardzo podobnie – też bez słów, wywiezienie do lasu, przywiązanie do drzewa, symulowanie kopania dołu. Wyglądało to na egzekucję. I napinanie pistoletów. Następnie przewieziono nas do ośrodka i tam już systematycznie przez 50 godzin poddawano różnym torturom i to psychicznym, i fizycznym, bito, przesłuchania w nocy ze światłem w oczy, uderzenie w brzuch, w kark, po których padałem. Przez 50 godzin nie pozwalano mi załatwiać żadnych potrzeb fizjologicznych, polewano wodą, gdy zasypiałem. I bez przerwy przesłuchania – albo monotonne przesłuchania przez jedną osobę, albo przez całą grupę. I wtedy po odpowiedzi takiej 'nie znam, nie pamiętam, nie wiem' były uderzenia, bicia, symulacje nacinania tętnic szyjnych, bicie po piętach pałką. To były straszne rzeczy, po prostu zupełnie niezgodne nawet z tamtym prawem.” http://www.polskieradio.pl/jedynka/debaty/debaty.aspx?id=214
I właśnie wtedy, gdy mógł chodzić z dumnie podniesioną głową, jako bohater polskiej historii i szanowany poseł PiS-u, a jego wrogom – tak, właśnie wrogom, bo to byli zawsze jego wrogowie – nie pozostawało nic innego, jak tylko bezradnie przestępować z nogi na nogę, Antoni Mężydło postanowił, zamiast rozdawać karty w PiS-ie, zostać jednym z szeregowych, nikomu niepotrzebnych, kompletnie zlekceważonych elementów pewnego szarego projektu, który nigdy nie miał jakichkolwiek innych ambicji, jak tylko, z jednej strony, czysta destrukcja, a drugiej utrzymanie jak największej władzy, wyłącznie dla samej władzy. Jak mówię, nie wiem, czemu Mężydło zrobił to co zrobił. Wykluczam taką możliwość, że jemu zaimponowało to nowe środowisko. Że w PiS-ie brakowało mu tej mitycznej „kultury”, „elegancji” i „klasy” i uznał, że to właśnie u Tuska i Schetyny otrzyma tę satysfakcję. Nie wierzę też, że zjadła go wewnętrzna pycha i kiedy usłyszał, jak Donald Tusk mówi mu, że „w życiu nie spotkałem ludzi o takiej odwadze cywilnej jak Antoni Mężydło czy Bogdan Borusewicz. Akurat ci dwaj politycy związani zPiS prezentowali wielką odwagę cywilną”, uznał, że tylko w Platformie będzie się mógł czuć, jak prawdziwy bohater. Nie mogę uwierzyć, że on autentycznie uwierzył, że kiedy Jan Maria Rokita informuje Polskę, że „Mężydło to jedna z najszlachetniejszych postaci polskiej polityki. Jeżeli zechce przyjść do Platformy, bramę, przez którą będzie wchodził, wyścielimy różami”, to on również z własnej kieszeni zapłaci za te róże. I że władze Platformy, Rokitę pod bramę, którą Mężydło będzie przechodził, w ogóle wpuszczą.
Nie wiem więc, czemu Antoni Mężydło skazał się tak bezmyślnie na tak niesprawiedliwy dla siebie los. Z pewnością miał o coś pretensje do PiS-u, z pewnością, liczył na to, że w Platformie Obywatelskiej jakoś go uszanują, przede wszystkim jednak z całą pewnością nie spodziewał się, jak bezwzględna jest walka, której niechcąco stał się częścią i jak wiele siły i jak szczególnych zdolności trzeba, żeby w tej walce wytrwać, kiedy się jest samotnym. No i jak niektórzy ludzie potrafią być podli. Odchodząc z PiS-u, Antoni Mężydło musiał wiedzieć, ze stąpa po niepewnym gruncie. W swoim, wydanym na tę okoliczność oświadczeniu, pisał: „Mam nadzieję, że moja decyzja będzie zrozumiała dla moich dotychczasowych politycznych współpracowników, jak również dla moich wyborców. Jeżeli którejkolwiek z tych osób sprawiłem zawód, to proszę o wybaczenie, ale moja decyzja jest podyktowana chęcią pozostania w zgodzie z własnymi poglądami i realizowania politycznych ambicji w sposób efektywny dla Polski”. Ale, jestem też pewien, że pisząc te słowa, on autentycznie wierzył, że to w Platformie będzie mógł „realizować swoje polityczne ambicje w sposób efektywny dla Polski”. Tyle że dziś widać bardzo wyraźnie, jak fatalnie ocenił Antoni Mężydło, nie tylko swoją, sytuację. Jak nagle stał się nikim, wśród bandy ludzi o mentalności piłkarskich kibiców i podobnych talentach, gdzie każdy sprytniejszy uczestnik tego meczu, doskonale wie, że bez noża i kilku kamieni nie ma nawet co w ogóle wychodzić z domu. I wcale nie z tą myślą, żeby coś zbudować, ale tylko po to, by przetrwać. Bo tam się już myśli wyłącznie o przetrwaniu.
Przeglądam sobie dziś internetową stronę www.mezydlo.pl i widzę u góry tej strony zdjęcie Antoniego Mężydły – człowieka dzielnego i bardzo dla Polski zasłużonego – pod spodem logo Platformy Obywatelskiej, a obok tekst, który dziś brzmi już tylko jak czarna kpina: „By żyło się lepiej. Wszystkim!”.
I widzę, że ostatniej aktualizacji na tej stronie Antoni Mężydło dokonał najprawdopodobniej jeszcze w 2007 roku. I że z tego wszystkiego co tam można znaleźć, aktualny pozostaje już tylko ten komórkowy numer telefonu, pod którym pan poseł prosi, żeby się z nim kontaktować. Jeśli tylko ktokolwiek zechce. Boję się jednak, że nie jestem jedynym, który z tak wielkim smutkiem czuje, że nawet za bardzo nie ma po co.

sobota, 4 lipca 2009

I tak się kończy...

Znajomi donieśli mi, że – jak podaje Dziennik – Agnieszka Chłoń-Domińczak, wiceminister w Ministerstwie Pracy urodziła dziecko i kiedy wróciła do pracy w Ministerstwie, dowiedziała się, że minister Fedak odebrała jej ”prowadzenie spraw dotyczących otwartych funduszy emerytalnych, żłobków, domów dziecka i rodzin zastępczych. 2 kwietnia wyszło zarządzenie ministra pracy określające nowy podział ról i obowiązków wiceministrów. Większą część jej obowiązków przejął wiceminister Marek Bucior. Chłoń-Domińczak pozostało koordynowanie działań dotyczących dyskryminacji zawodowej i społecznej, aktywizacja zawodowa ludzi po pięćdziesiątce, a także nadzór nad biblioteką.” http://www.dziennik.pl/polityka/article410061/Minister_z_PSL_dyskryminuje_podwladna.html
Jeśli ktoś sądzi, że z tej informacji najciekawsze jest nazwisko wiceministra Buciora, myli się głęboko. Sprawa jest bowiem interesująca w sposób dość wyjątkowy. A na fali ostatnich ruchów w okolicach starej agentury spod znaku Andrzeja Olechowskiego i pewnej nerwowości na poziomie medialnego zaplecza Platformy Obywatelskiej, może się okazać, że ta wyjątkowość jeszcze troszeczkę się wzmocni.
A więc nie chodzi o Buciora. Sprawa dotyczy w pierwszym rzędzie owej Agnieszki Chłoń- Domińczak. Jeśli ktoś nie pamięta, o kogo chodzi, chętnie przypomnę. Otóż w listopadzie zeszłego roku, kiedy pani Domićzak była jeszcze w zaawansowanej ciąży, jej partia wydelegowała ją, żeby przez wiele godzin odpowiadała posłom na pytania dotyczące emerytur pomostowych. W pewnym momencie minister z Kancelarii Prezydenta, Andrzej Duda, zwrócił uwagę Premierowi, że zmuszanie kobiety z brzuchem do wielogodzinnego wysiłku, tylko po to, żeby uzyskać trochę punktów w sondażach, jest zdecydowanie podłe. I wtedy – jak niektórzy może już sobie przypominają – rozpętało się piekło. Pierwsza zaprotestowała sama pani minister, informując wszystkich, że ona się czuje bardzo dobrze, że już wcześniej dwukrotnie była w ciąży, że dla niej ciąża to pikuś, a Duda to cham i ona nie życzy sobie z jego strony żadnych uwag. Za Domińczak poszedł najpierw atak polityczny, a potem medialny i w efekcie zrobił się taki rejwach, ze Duda musiał kobietę przeprosić, a i tak jeszcze przez całe tygodnie Platforma Obywatelska i reżimowe media znęcały się nad Dudą za jego zbydlęcenie, a nad Prezydentem, że trzyma u siebie taką hołotę.
Oczywiście, pojawiały się – jak zwykłe w podobnych przypadkach – głosy rozsądku, gdzie całą aferę próbowano odpowiednio nazwać i przynajmniej w ten sposób potwierdzić pewne, znane jeszcze sprzed setek lat, standardy, zgodnie z którymi kobieta w ciąży jest w sposób naturalny traktowana z większym szacunkiem, niż przeciętny człowiek. Generalnie jednak, atak szedł równy, nieprzerwany i ostatecznie Duda – podobnie jak przed nim Irasiad, wieśmaki, Włoszczowa, Borubar i dziesiątki innych nazw i zdarzeń – dołączył do całej popkulturowej grupy pojęć wyznaczających zbiór, powszechnie określany, jako obciach.
Przypomniałem sobie o ministrze Dudzie stosunkowo niedawno, przy okazji pojawienia się na moment w publicznej świadomości, niejakiego Węgrzyna – człowieka, który publicznie zasugerował posłance PiS-u Marzenie Wrobel, żeby udała się do porno-klubu i „poćwiczyła na rurce”. Sytuacja, w której jeden polityk zostaje przez skorumpowane media wdeptany w ziemię tylko za to, że zwrócił uwagę na szczególną potrzebę szacunku wobec kobiety w ciąży, a taki sam polityk – tyle że ze wspieranej przez media partii – nie ponosi praktycznie jakichkolwiek konsekwencji swojego chamstwa, a wręcz przeciwnie – w sposób bardzo dyskretny, przez wielu komentatorów traktowany jest z sympatią, była dla mnie tak kuriozalna, że nawet szczególna natura projektu, który aktualnie rządzi naszym krajem, nie pozwoliła mi na spokojne obserwowanie tego, co się dzieje. A więc napisałem dwa kolejne teksty, które w jakiś tam sposób zahaczały o sprawy związane z rolą mediów i poziomem debaty.
I oto dziś dowiaduję się, że ta sama kobieta, która jeszcze kilka miesięcy temu, dała się w tak głupi sposób wykorzystać do walki z najbardziej łagodną i piękną tradycją i wraz ze swoimi politycznymi przyjaciółmi tak fatalnie się zapisała w politycznej pamięci, zostaje bez jakiejkolwiek dyskusji przez tych swoich kumpli skreślona. A jej szefowa, minister Fedak, o której naprawdę nie trzeba wiedzieć już dokładnie nic, jeśli tylko mamy w pamięci to jedno ujęcie jeszcze z okresu, gdy Donald Tusk wygłaszał swoje expose, a ona siedziała w rządowym boksie i zachowywała się, jakby się czegoś najadła, informuje świat, że niech się Domińczak tak nie unosi, bo jak już narodziła te dzieci, to powinna się nimi zajmować. Więc dziś też ja, oczywiście, bez najmniejszego kłopotu mógłbym się wdrapać na zwykły dla mnie poziom złośliwości i powiedzieć pani minister Domińczak, że skoro kiedyś sama tak sprytnie zauważyła, że ciąża to nie choroba, niech nie oczekuje teraz, ze ktoś ją będzie traktował specjalnie tylko dlatego, że urodziła kolejne dziecko. Mógłbym też powiedzieć – już może bardziej politycznie – że nikt nie kazał pani minister wchodzić w biznesy z bandą ruskich buców, użyczając na ich potrzeby swojego macierzyństwa, i wierzyć jednocześnie, że oni będą na tyle lojalni, żeby to jej poświęcenie kiedykolwiek docenić. Mógłbym w końcu zapytać – również bardzo złośliwie – czy, kiedy dziś pani minister Domińczak widzi siebie na opublikowanym w dzisiejszym Dzienniku zdjęciu, gdzie – tak niezwykle ważna i przebojowa – stoi w Sejmie, a obok niej Tusk, Schetyna i Pawlak robią jej wodę z mózgu, czyje dumę czy wstyd. Ale nic z tego. Bo tu nie o nią chodzi. Jak idzie o panią Domińczak, to ja mam jedno życzenie. Żeby jej dzieci były zdrowe i wyrosły na mądrych i dobrych Polaków. Tu sprawa rozgrywa się wokół czegoś znacznie ważniejszego. Jak zwykle chodzi o Polskę.
Po raz nie wiadomo już który, okazuje się, że Platforma Obywatelskato projekt i zbiór osób całkowicie przypadkowy. Przypadkowy w tym sensie, w jakim przypadkowe jest to, że ktoś na przykład szedł sobie ulicą, znalazł pięć złotych, za te pięć złotych kupił sobie ciastko, tym ciastkiem się zadławił i – jeszcze zanim się skończył cieszyć, jakiego to ma farta – umarł. Dlaczego ta myśl o przypadkowości tego czegoś, naszła mnie akurat przy okazji pani Domińczak? Oczywiście, w dużym stopniu dlatego, że zawsze jest ta kropla, która przelewa czarę. I w tym wypadku, tą kroplą okazała się być ta właśnie historia. Ale chodzi też o coś innego. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby to premier Kaczyński został skonfrontowany z opisaną sytuacją, on by po prostu minister Fedak wywalił na zbity pysk, jeszcze zanim zdążyłaby powiedzieć te słowa o tym, czym się mają zajmować młode matki. Dlaczego by tak postąpił? Przede wszystkim wcale nie dlatego, że nie jest – w odróżnieniu od premiera Tuska – dupkiem, który nie umie podjąć decyzji o ile Boni mu nie powie, że komputer i sondaże wyraziły zgodę. On by zareagował jak człowiek, właśnie dlatego, że jest człowiekiem i reprezentuje projekt, który jest oparty na najbardziej ludzkich zasadach, a prowadzony jest przez ludzi – owszem – ambitnych, czasem wyrachowanych, niekiedy bezwzględnych, ale ludzi, którzy chcą mieć władzę, po to żeby prowadzić politykę, a nie ‘robić’ w polityce po to, żeby mieć władzę.
Kiedy patrzę na naszą polityczną scenę na przestrzeni minionych dwudziestu lat, widzę oczywiście wielu bardzo zdolnych ludzi, z którymi w wielu wypadkach się nie zgadzałem, których w wielu wypadkach wręcz nie znosiłem, ale którzy – byłem o tym przekonany – robili dokładnie to, do czego zostali stworzeni. Ale też przez te wszystkie lata, musiałem się męczyć obecnością tych, którzy wprawdzie już szczęśliwie dawno zniknęli z publicznej świadomości, ale przez pewien czas naprawdę tu byli i naprawdę zachowywali się, jakby mieli tu już pozostać na zawsze. A w rzeczywistości byli niczym innym, jak tylko bandą zupełnie właśnie przypadkowych pasażerów na gapę. Ludzi bez jakichkolwiek talentów, jakichkolwiek pasji, jakiegokolwiek choćby osobistego, czy zbiorowego uroku. I dlatego przegrali. I dlatego właśnie już nigdy nie będziemy musieli oglądać tych ich strasznie mądrych min i wysłuchiwać ich niezwykle interesujących analiz i pouczeń. Bo – dokładnie tak jak to się dzieje w każdej innej dziedzinie życia – w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko to, co w sposób autentyczny było wielkie.
Niedawno, w swoim salonowym wpisie Marek Migalski napisał, że oto jesteśmy świadkiem powolnego, ale ostatecznego upadku Platformy Obywatelskiej. Jako dowód na prawdziwość swoich prognoz, podał kilka najświeższych przypadków, kiedy to Platformazsunęła się jeszcze niżej, niż była dzień wcześniej. Wskazał tez na fakt, ze sam Andrzej Olechowski uznał, ze z tego już nic nie będzie i się na Tuska wypiął. Jeśli idzie o mnie, to – owszem – każdy nowy dowód na nieuchronny koniec tego nieszczęścia jest mi bardzo miły. Jednak jestem pewien, że w gruncie rzeczy żadne dowody nie są nam potrzebne. Na poziomie idei, wystarczy zauważyć, że jest pewien stopień szaleństwa, którego natura nie zniesie. Natomiast, jak idzie o fakty, wystarczy jeszcze raz zapoznać się z przypadkiem – czy ktoś go jeszcze pamięta? – Antoniego Mężydły, któremu jeszcze tak niedawno Jan Maria Rokita gotów był budować łuk tryumfalny, czy tej dzisiejszej pani, która tak nieroztropnie zaszła w ciążę.

czwartek, 2 lipca 2009

Dziś o dzieciech. Zdolnych.

Jeśli się jest nauczycielem, albo po domu kręcą się dzieci w wieku 16 lat, czy młodzież dziewiętnastoletnia, zdarza się, że pojawiają się myśli, które nie mają absolutnie nic wspólnego ani z Sebastianem Karpiniukiem, ani nawet z osobami tak wybitnymi jak choćby Marek Migalski, czy Jarosław Kaczyński. Kiedy jest się nauczycielem – albo ma się w domu dzieci, które akurat stoją przed swoją być może pierwszą szansą w życiu – przychodzą do głowy myśli, z pozoru zupełnie nieważne, ale – kiedy się zastanowić – może bardziej nawet istotne, niż to, co powiedziała Monika Olejnik, jak się dziś zachował poseł Wegrzyn, albo nawet to, czy się rozbił kolejny Airbus. Dziś więc będzie o rzeczach autentycznie decydujących.
Zaczęło się lato, a wraz z latem przyszły wyniki matur i egzaminów gimnazjalnych. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że jest mnóstwo ludzi, którzy w tym momencie przestaną czytać ten tekst i zajmą się czymś innym. Niewykluczone, że czymś zdecydowanie ciekawszym. Ja jednak pozostaję przy temacie. Proszę posłuchać. Otóż sytuacja jest taka, że w wielu rodzinach, właśnie w tych dniach, decydują się czyjeś losy, czyjeś przyszłe życie, czyjeś nadzieje i, być może, czyjś koniec. Przełom czerwca i lipca, bowiem, jest dla wielu rodzin czasem szczególnym. Czasem, w którym liczy się tylko jedno: co dalej? I dziś będzie właśnie o tym.
Jak niektórzy zdążyli zauważyć, jestem nauczycielem. Nie pracuję już jednak w szkole. Tak się złożyło, że uznałem, że się nie nadaję i zacząłem robić troszkę co innego. Nie wiem na czym to polega, ale jest jednak tak, że ktoś kto był nauczycielem w szkole choćby przez rok, choćby nie wiem co zaczął robić innego, i jak bardzo by odszedł od tej tablicy i tych twarzy, już nigdy nie zazna spokoju. Tak to jest i szkoda tu dalszych słów. Pamiętam więc taki rok, kiedy do szkoły, w której pracowałem, przyszła pierwsza klasa licealna, a wśród nich pewien Marcin. Jak to miałem w zwyczaju, spytałem go, co miał na koniec gimnazjum z angielskiego. Odpowiedział mi, że szóstkę. Spytałem go więc, jakie miał świadectwo. Odpowiedź była przejrzysta: z paskiem. Zapytałem owego Marcina – też standardowo – czy on uważa, że wszystko się odbyło zgodnie z zasadami. Marcin odpowiedział mi z uśmiechem – i absolutnie szczerze – że zasady to gówno. U niego w klasie, wszyscy dostali z angielskiego szóstki, a paski większość. O tym, że z tym gównem miał rację, przekonałem się właściwie natychmiast. Marcin – jako uczeń – był właściwie pod każdym względem beznadziejny. Co robi dzisiaj – nie wiem.
Do czego zmierzam? Otóż mamy w Polsce system edukacji, który właściwie nieustannie jest krytykowany, i to krytykowany z każdej możliwej strony. Mówi się, że system jest niesprawiedliwy, że promuje bylejakość, że nie umie sobie poradzić z patologiami, czy – wreszcie – niszczy prawdziwe talenty. Krytyka jest stała, nadchodzi z najróżniejszych stron, niestety jednak – być może przez ów kompletny chaos i brak precyzji – rozpływa się, nie pozostawiając jednak za sobą nic, poza kilkoma artykułami w gazetach. Szczerze powiem, że i ja nie mam tu ambicji, by rozwiązywać, które dręczą polską szkołę. Sprawa jest zbyt trudna i zbyt przepastna, jak na miejsce, w którym się dziś znajdujemy. Jednak chciałbym bardzo zwrócić uwagę na coś, co – jestem pewien – pozostaje kompletnie niezauważone, a co – jestem tak samo pewien – w bardzo poważnym stopniu przyczynia się do tego, co nazywamy upadkiem polskiego szkolnictwa, a – w konsekwencji – upadkiem Polski.
Zanim człowiek stanie się w pełni dorosły, musi przejść przez dwa momenty naprawdę ciężkiej próby. Pierwszy, w wieku szesnastu lat, podczas egzaminu gimnazjalnego, kiedy to decyduje się, do jakiej szkoły pójdzie po wakacjach, a w konsekwencji, co się stanie z jego życiem w dalszej kolejności. Drugi, to kultowa już niemal matura, gdzie osiemnastolatek, czy dziewiętnastolatek dowiaduje się, czy jego ambicje były budowane według rozsądnych kryteriów, czy może trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. I właśnie o to czekanie mi chodzi. O tym właśnie czekaniu – lub jego braku – chciałem tu wspomnieć. Problem bowiem polega na tym, że dzieci szesnastoletnie, które dopiero co przestały być dziećmi w najczystszym słowa tego znaczeniu, które często przeżywają najtrudniejszy czas swojego zycia, które jeszcze często nie wiedza nie tylko, kim chcą być, na co licza, co jest ważne, a co jest tylko bzdurą, stają przed prawdziwym egzaminem. I to egzaminem szczególnym. Egzaminem, który, z jednej strony, ma sprawdzić ich dorosłość, ich talent, ich wielkość, a z drugiej strony nie jest w stanie sprawdzić nic. Po pierwsze dlatego, że w tym wieku człowiek zmienia się z dynamiką niespotykaną od czasu życia płodowego, a z drugiej – i to jest właśnie cały sens i powód, dla którego powstaje ten tekst – te cztery godziny w życiu szesnastolatka nie mają najmniejszego prawa do jakiejkolwiek apelacji. Te cztery godziny decydują o wszystkim i nie ma od nich jakiegokolwiek odwołania. Dziecko, które napisało swój egzamin gimnazjalny, nie ma już na co czekać, poza tym wynikiem, który załatwia sprawę ostatecznie i bez odwołania.
Inaczej – jak wiemy – jest z maturą. Każdą maturę można bezpiecznie i bezkarnie poprawiać przez kolejne pięć lat. Jakikolwiek wynik egzaminu maturalnego ma znaczenie tylko o tyle, o ile znaczenie ma konkretny moment. Dziewiętnastolatek pragnie zostać prawnikiem, lub lekarzem, lub telewizyjnym producentem i albo nim zostaje, albo zmienia zdanie i zostaje nauczycielem, albo idzie do pracy w McDonaldzie, a za rok próbuje po raz kolejny. Świat ani się nie wali, ani nawet nie drży. Życie jest długie, a czy karierę zacznie się teraz, czy dopiero za rok, czy nawet za kilka lat, nie ma naprawdę wielkiego znaczenia. Maturzyści – udani, czy nieudani – jedyny kłopot jaki mają to ten, czy koledzy nie będą się ironicznie uśmiechać i czy rodzice nie będą się martwić. Inaczej – jak już wspomniałem – przeżywają sytuację gimnazjaliści. Oni wszystkie drzwi, które akurat się zamknęły, będą mieli już zamknięte na zawsze. Czasem się okaże, że spóźnili się jedynie o te dwa miesiące wakacji, zanim poczuli, że oto właśnie stali się lepsi, mądrzejsi, bardziej wrażliwi, lub po prostu lepsi.
Jestem pewien, że wielu z tych, którzy czytają ten tekst, nie wiedzą ani za bardzo o co chodzi, ani – tym bardziej – na czym polega dramat opisywanej sytuacji. W końcu – jak już pisałem we wstępie – najlepiej to rozumieją ci, którzy znają sprawę z bezpośredniego doświadczenia. Ale tak to właśnie wygląda. Moment, w którym naprawdę decyduje się wszystko, to moment, kiedy decydować się nie może jeszcze nic. A co najgorsze, ten moment to jednocześnie czas tej jednej, jedynej, nienaprawialnej szansy. My, obserwatorzy z zewnątrz, tego nie wiemy. Wiedzą to natomiast znakomicie nauczyciele, prowadzący tych własnie czternasto-, piętnasto- i szesnastolatków. I stąd właśnie się biorą przypadki kogoś takiego, jak wspomniany wcześniej Marcin. System mianowicie działa tak, że wyniki egzaminu gimnazjalnego i oceny na koniec roku dzielą się dokładnie po połowie. Z obu części egzaminu na koniec gimnazjum można otrzymać 100 punktów. Tyle samo, mniej więcej dostaje się za świadectwo i całą resztę ewentualnych osiągnięć. I teraz mamy ucznia, który był uczniem bylejakim, ale za to chodził do bylejakiej szkoły, bez jakichkolwiek ambicji, poza ambicją, żeby mieć jak najwięcej swoich uczniów w dobrych liceach. Bez jakiejkolwiek kontroli, bez jakichkolwiek konsekwencji, szkoła wysyła takiego ucznia w dalszą drogę ze świadectwem z paskiem i stoma punktami, plus – powiedzmy – 40 punktami z egzaminu gimnazjalnego, co daje 150 punktów, które to punkty dają wstęp do każdego dowolnego liceum. I teraz mamy ucznia – być może jakoś tam wybitnego – ale przy okazji takiego, który albo chodzi do gimnazjum, które jako swoją pierwszą ambicję przyjęło ocenianie wyłącznie według osiągnięć, albo gimnazjum, które nie znosi uczni wybijających się ponad przeciętność w jakikolwiek inny sposób, jak tylko na poziomie uzyskiwanych ocen. A dodatkowo ucznia, który, ponieważ ma dopiero szesnaście lat i najzwyczajniej w świecie jeszcze nie znalazł swojego miejsca w życiu, uczył się byle jak, na zakończenie szkoły dostał 30 punktów, z egzaminu gimnazjalnego – który, przypominam, zajął mu cztery godziny z jego życia i którego nie będzie mógł już nigdy poprawić – uzyskał punktów 40, i jedyne co może zrobić, to pójść do jakiegoś technikum i tam zgnić.
Ktoś mi powie, że plotę bzdury, bo na ogół system działa. Bo na ogół odrzucane są miernoty, a promowane dzieci zdolne. Możliwe. Ja jednak nie chcę pisać o tym, co się mieści w standardzie. Ja piszę o tym, co sporadyczne, ale jakże często tak okropnie niesprawiedliwe, a czasem – być może – tak niezwykle szkodliwe. Nie tylko dla osobistych losów, ale dla losów całego narodu. Jak ktoś nie wie, o czym mówię to mam tu parę przykładów. Dokładnie – parę. Otóż w liceum miałem kolegę, z którym jeszcze wcześniej miałem okazję chodzić przez osiem lat do jednej klasy w szkole podstawowej. Był to bardzo grzeczny chłopak, zawsze ładnie ubrany, zawsze spokojny i dobrze ułożony. Miał natomiast jeden problem. W pierwszej klasie liceum, nie umiał za dobrze czytać, z wszelkimi związanymi z tym konsekwencjami. Potrafił jednak coś, czego nie potrafili inni. Umiał mianowicie szybko biegać i wysoko skakać. W związku z tym, wiadomo było, ze ów mój kolega z pewnością spróbuje studiować w Akademii Wychowania Fizycznego. I tyle. Spotkałem go, pierwszy raz po latach, na przyjęciu z okazji dwudziestolecia matury. Dał mi swoją wizytówkę. Okazało się, że jest Prezesem Ogólnokrajowego Towarzystwa Rehabilitacyjnego (nie powiem, w jakim kraju, żeby go nie ujawniać), posługiwał się swobodnie pięcioma językami, a w swoim kraju uchodzi za najwybitniejszego specjalistę od rehabilitacji sportowej.
I jeśli ktoś mnie podejrzewa o to, że promuję tu fałsz, fałsz polegający na tym, że lekceważę uczniów autentycznie zdolnych i pracowitych, na rzecz jakiejś przypadkowej i zupełnie nieistotnej drobnicy, to dla niego mam też coś ciekawego. Najlepsza uczennica w mojej klasie, osoba absolutnie wybitna i wyjątkowa, dziś jest wiceprezesem jednej z największych firm farmaceutycznych na świecie i nie ulega dla mnie wątpliwości, że wszystko co ją spotkało na drodze jej kariery, było jak najbardziej sprawiedliwe i słuszne. Tyle że dziś ja nie piszę o niej. Dziś zajmuję się tu tymi, którzy mieli tego pecha, że urodzili się 30, czy 40 lat później. I dlatego, w pewnym sensie, już przegrali.
A zatem teraz przed nami druga historia. Do tej samej klasy chodził chłopak, którego dostał się do tego – zaznaczam, bardzo dobrego – liceum, wyłącznie z tego powodu, że jego mama – która pochodziła ze wsi i wierzyła, ze przyszłość leży wyłącznie w postępie – poszła do dyrektorki i dała jej ładny prezent. To też był bardzo grzeczny uczeń. Tyle że – według wszelkich dostępnych kryteriów – głupi. Po pierwszym semestrze miał siedem dwój. Na koniec pierwszej klasy miał dwie poprawki. Po drugiej jedną. Na maturze z matematyki nauczycielka podała mu dyskretnie ściągę (wyobrażacie sobie Państwo? Takie to były czasy). I całe szczęście. W przeciwnym wypadku, on matury by nie zdał. Niedawno opowiedziałem o nim mojej najmłodszej córce. Jeśli ktoś chce wiedzieć, po co, niech się domyśla. Ja już ten temat kończę.
I jeszcze raz przypominam. Wziąłem się za to wszystko tylko z jednego powodu. Po prostu, nagle zacząłem myśleć o tej jednej rzeczy. W obecnie istniejącym systemie oświatowym egzamin gimnazjalny nie podlega możliwości poprawy. Dziecko, które słabo odpowie na tych ileś pytań, nie ma żadnych szans na rehabilitację. Nigdy. Maturzysta – owszem. Szesnastoletnie dziecko nigdy. I to uważam za bardzo poważny błąd polskiego systemu edukacji.
Jeśli ktoś jest niezadowolony, następnym razem, znów będzie o polityce. Niewykluczone, że nawet o Palikocie.

środa, 1 lipca 2009

O chamstwie pogrążonym w świecie miłości

Mój wcześniejszy tekst, tak naprawdę miał być poświęcony wyłącznie postaci pewnego szczególnego posła PSL-u nazwiskiem Łuczak. Jednak – jak to zwykle bywa – rozrósł on się do rozmiarów większej refleksji na temat tego wszystkiego, co nam przyniosła nowa polityka w wydaniu Platformy Obywatelskiej. I w pewnym zatem momencie, pojawiło się tu też nazwisko człowieka, który, podobnie jak Łuczak, jest również prominentnym posłem koalicji, tyle że na swój odcinek został zesłany nie przez Waldemara Pawlaka, lecz przez Donalda Tuska. Mam tu na mysli członka tzw. komisji do spraw nacisków, nazwiskiem Węgrzyn (imię nieistotne). Ów Węgrzyn zapracował sobie na miejsce na tym blogu przez jedną wypowiedź, jeszcze sprzed dwóch miesięcy, która prawdopodobnie nie odbiłaby się żadnym echem, gdyby jej autor był zwykłym wiejskim chamem, którego chamstwo jest szczere, siermiężne i wynika tylko z miejsca urodzenia i wychowania. Tak – na przykład – jak to jest w moim wypadku. Chodzi o to, że gdyby chamstwo Węgrzyna było tylko prostym chamstwem człowieka prostego, to – jestem przekonany – Węgrzyn nigdy w życiu nie uznał za stosowne przepraszać pani Marzeny Wróbel, kupować jej kwiaty, a wówczas medialna obsługa naszego zycia politycznego, nie miała by najmniejszego powodu, żeby o Węgrzynie w ogóle wspominać.
Stało się jednak tak, że po dwóch miesiącach od dnia, kiedy Wegrzyn publicznie kazał swojej koleżance z komisji pójść do burdelu i zatańczyć na rurce, uznał on, że kulturalni ludzie tak jak on nie postępują, bowiem kulturalni ludzie, jakim jest naturalnie on, kupują kobietom kwiaty, więc kupił Wróblowej kwiaty i ją przeprosił. Wtedy właśnie za sprawę wzięły się media i kilka razy wspomniały o tym, że politycy czasem zrobią coś nieładnego, ale wtedy przeproszą i jest git. Tak właśnie bywało w przypadku Jarosława Kaczynskiego, Janusza Palikota, Ludwika Dorna, a teraz się dzieje w przypadku Węgrzyna i to własnie wtedy nazwisko owego Węgrzyna na ułamek chwili pojawiło się w publicznej świadomości.
Jaka jest więc różnica między chamem w stanie surowym, a chamem w wersji już okrzesanej? Otóż tych pierwszych znamy wszyscy. To są chamy, których najczęściej rozpoznajemy bez chwili wahania, z którymi na ogół nie chcemy mieć nic wspólnego i niczego dobrego się po nich nie spodziewamy. I oni nie są tu żadnym problemem. To jest zbiór już dawno opisany i właściwie zamknięty. Gorsza sytuacja – gorsza pod każdym względem – jest z chamami, jak ja ich nazywam, okrzesanymi. Chamstwo oszlifowane i wypolerowane jest chamstwem szczególnym i trzeba znacznej czujności, żeby sobie w tych rejonach, gdzie ono występuje, odpowiednio poradzić. Chamstwo okrzesane (inaczej mówiąc – oślizgłe) jest o tyle zjawiskiem groźniejszym, że ono jest wyłączną domeną ludzi grzecznych, kulturalnych, dobrze ubranych, często świetnie wykształconych i ujawnia się tylko niekiedy, ale za to z siłą prawdziwego kataklizmu.
Jeśli człowiek głupi i prosty pozwala sobie na nieustanne demonstracje prostactwa, to robi to albo pod wpływem gniewu, oburzenia, złości, czy choćby z powodu złego charakteru, który się ujawnia pod wpływem alkoholu. Człowiek wykształcony i kulturalny, jeśli jest chamem, on to swoje chamstwo okazuje z eleganckim uśmiechem na twarzy, z zimną satysfakcją, z wyłączną intencją wdeptania w ziemię kogoś, kto mu się z jakichś powodów nie podoba, z poczuciem, że oto – przez ten akt podłości – następuje jednoczesny tryumf intelektu. I to własnie wtedy, wykształcone i kulturalne bydle zaczyna mieć wyrzuty sumienia, i – jeśli obraziło kobietę – kupuje jej kwiaty, a jeśli mężczyznę, rzuca: „Wybacz stary. Poniosło mnie.”
I tu dochodzę do samego sedna mojego dzisiejszego wpisu. Uważam mianowicie, że cały dzisiejszy – ale nie tylko dzisiejszy, bo obserwowany już od początków nowej Polski – konflikt jest konfliktem między chamstwem nieokrzesanym, a chamstwem wyglancowanym. Chamstwo nieokrzesane, jeśli się od czasu do czasu manifestuje, to jest wyłącznie wynikiem najbardziej podstawowych emocji, od jakich wielu z nas chciałoby się być może uwolnić, ale niestety często z nimi przegrywa. Chamstwo wyższego gatunku nie wynika już z emocji. Wręcz przeciwnie. Ono najczęściej charakteryzuje ludzi, którzy emocji tak naprawdę nawet nie potrafią przeżywać. W konsekwencji, kiedy, dajmy na to, Joachim Brudziński swoją wypowiedzią kogoś skrzywdzi, to nawet jeśli jest mu z tego powodu przykro, wie, ze za nim stała racja i gniew, lub żal, lub choćby poirytowanie, a jego koledzy z pewnością powiedzą mu, że wyszło głupio. Kiedy podle zachowa się ktoś taki jak Sławomir Nowak, czy Piotr Najsztub, czy – ostatnio – ten Wegrzyn, to ich towarzystwo w najlepszym wypadku poinformuje ich, ze w sumie było ekstra, Tyle że może przydałoby się jednak przeprosić, bo wiejskie chamstwo jeszcze sobie gotowe pomyśleć, że oni są niekulturalni.
A co najważniejsze, tak się nieszczęśliwie złożyło, że za kształt całej tej naszej publicznej przestrzeni odpowiadają właśnie ci drudzy. To oni tworzą tę rzeczywistość, która już później funkcjonuje jako oficjalna. To oni pokazują, co jest złe, a co dobre, co jest głupie, a co mądre i, wreszcie, co jest warte uwagi, a co jest tylko drobnym incydentem. To właśnie oni tworzą bohaterów i wskazują palcem grzeszników, to oni udzielają głosu i to oni ten głos odbierają. A najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że oni wszystko to robią w najgłębszym przekonaniu, że tylko oni się do tej roboty nadają. I jeśli nawet kiedyś im się uda coś popsuć, to zawsze mogą powiedzieć: „Przepraszam” i elegancko się uśmiechnąć.
Z tego też powodu, nie ma najmniejszych szans na przełamanie tego klinczu. To co się na naszych oczach odbywa, to właśnie konflikt, w najbardziej podstawowym sensie, kulturowy. Z bardzo ciekawym przykład tego, o czym mówię, mieliśmy okazję mieć do czynienia wczoraj w programie Moniki Olejnik Kropka nad i, gdzie właściwie przez cały czas rozmowa polegała na jednym. Otóż Brudziński miał się głównie tłumaczyć z chamstwa swojego i swoich partyjnych towarzyszy, a robić to musiał wobec – i właśnie o to chodzi! – Olejnik, reprezentującej z jednej strony telewizję TVN24, a z drugiej – ten najbardziej przerażający typ podłości, którego najbardziej prominentni przedstawiciele obejmują cały wachlarz postaw, od znanych nam jeszcze z czasów wczesnej Unii Demokratycznej, do najnowszej reinkarnacji Platformy Obywatelskiej w postaci Sebastiana Karpiniuka, czy tego Węgrzyna.
Ale jednak Niebo nad nami czuwa. Bo otóż w pewnym momencie przydarzyła się taka historia. Pragnąć zwrócić uwagę na rażącą niesprawiedliwość, z jaką media traktują obie strony politycznego sporu, Joachim Brudziński przywołał majowy incydent z Węgrzynem i Wróbel i zasugerował, że, gdyby to polityk PiS-u w ten sposób potraktował kogoś z PO, zostałby przez zjednoczony front medialny usunięty ze sceny Reakcja Olejnik była standardowa. Nie ma mowy o żadnym spisku mediów. Media są sprawiedliwe, uczciwe i informują o wszystkim, bez oglądania się na barwy partyjne. Brudziński tłumaczył jak dziecku, że chodzi o ogólne podejście, o atmosferę, o intensywność, o akcenty – wszystko, jak zawsze, na nic. I wreszcie Monika Olejnik odezwała się w te słowa:
"Panie pośle, ja wiem, ze pan nie ma zbyt dużo czasu, żeby oglądać telewizję, ale w zeszłym tygodniu Fakty właśnie zajęły się postawą posła zPlatformy Obywatelskiej, niestety, umknęło mi jego nazwisko, ale jak pan pamięta to może… proszę mi pomóc… zajmowały się właśnie sprawą pani Wróbel i tego pana posła…"
A potem, tryumfalnie, już tylko krzyczała: „No, no, widzi pan? Widzi pan? No, no”.
I tu jest właśnie cały sens tego, o czym chcę tu dziś powiedzieć. Olejnik – wraz z całą bandą swoich kolegów – stworzyła system medialnej propagandy, w którym to systemie wszystko wydawało się być zapięte na ostatni guzik. Media jedną ręką rzucały publiczność bardzo starannie przygotowane kłamstwa, natomiast druga ręka przedstawiały sto tysięcy, równie starannie spreparowanych argumentów na rzecz tego, że o żadnej manipulacji mowy być nie może, bo one nie mają ani potrzeby, ani ambicji kreować rzeczywistości, lecz chcą wyłącznie tę rzeczywistość, najwierniej jak się tylko da, odbijać. To jest sytuacja trochę podobna do tego, co starałem się opisać w tekście o magazynie dla młodych dziewcząt o nazwie Dziewczyna, którego jedyną misją zdaje się być organizowanie dochodów dla przemysłu erotycznego.
I nagle zobaczyliśmy, jak spektakularnie ofiarą tej zagrywki padła jedna z głównych jej moderatorek.
Ale to jest w gruncie rzeczy jedynie maleńka satysfakcja, z której doprawdy nic nie wynika. Bo tu i tak nie ma rozmowy. Bo choć tu wszystko jest jasne, rozmowy nie ma. Nie ma dlatego, że ta kulturowa bariera, o której pisałem, jest nie do przebycia. My możemy poczuć się lepiej, że Olejnik nie zapamiętała tego nazwiska i że to świadczy jednoznacznie o wyrachowaniu, z jakim tamta kultura chce oddziaływać na stan świadomości społeczeństwa i o sile z jakim ten swój wpływ wykorzystuje. A oni, oczywiście, jak zawsze, będą wykrzywiać swoje usta w pogardzie i od czasu do czasu nam mówić, żebyśmy się nie gniewali, bo przecież miłość jest najważniejsza.