Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Komorowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Komorowska. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 września 2012

Kim jest Dziadzia w Kancelarii?


Ja zdaję sobie sprawę z tego, że pisanie o Bronisławie Komorowskim mogło być jeszcze jakiś czas temu pewnym wyzwaniem, natomiast jakiekolwiek zawracanie sobie tym dziwnym człowiekiem głowy dziś, to nie dość, że strata czasu, ale i zwykły wstyd. Zwłaszcza dla kogoś, kto szczególnie stara się dbać o swoją reputację. A mimo to, nie dość, że, jak widać, o nim piszę, to w dodatku jeszcze, tę swoją tak siłą rzeczy krepującą wypowiedź przyozdabiam dużym kolorowym zdjęciem. Czemu? Otóż powód jest dość prosty. Bronisław Komorowski wystąpił z telewizyjnym orędziem do narodu i przypomniał o sobie w sposób tak dramatyczny, jak to tylko on potrafi.
Dodatkowo jeszcze, portal TVN24, informując o zdarzeniu, zamieścił powyższe zdjęcie, i ono – samo to zdjęcie – zrobiło na mnie takie wrażenie, że się zwyczajnie nie mogłem powstrzymać. Dotychczas bowiem było tak, że jak chcieliśmy się wzajemnie postraszyć, lub rozśmieszyć, publikowaliśmy najnowszą fotkę pani Dziadzi, i było git. Kiedy natomiast zobaczyłem to zdjęcie, pomyślałem sobie, że on ją najzwyczajniej w świecie przegonił. Od dziś, ile razy zobaczymy panią Dziadzię i zamiast się łapać za głowę, zaczniemy się bezradnie rozglądać, będzie to dowód na to, że nasze apetyty zostały skutecznie rozbudzone, i już byle czym się nie zadowolimy. A więc, on jest tu wyłącznie po to, by szokować. Ot tak. Jak to w mediach. Chodzi tylko o efekt.
No ale my, jak wiadomo, mamy tu też pewne ambicje, więc samym zdjęciem się dziś nie wykpię. Musi być też celny podpis. A zatem, proszę bardzo – oto podpis. Telewizyjnie wystąpić Bronisław Komorowski postanowił w jednym i tylko jednym celu. Chodziło mianowicie o to, by z wyżyn prezydenckiego autorytetu poinformować Polaków, że głównym winnym afery Amber Gold jest Prawo i Sprawiedliwość. I to uważam za niezwykle ciekawe. Dotychczas bowiem pojawiały się w przestrzeni publicznej takie sugestie, że to PiS jest odpowiedzialny za tę aferę, tyle że wyłącznie w formie kpin. Że to niby ta Platforma jest tak bezczelna, że oni niedługo wszystko zwalą na PiS. Oczywiście, słuchaliśmy tych żartów, a mimo to wszyscy też wiedzieliśmy, że tak się nie stanie, bo w końcu – bez przesady. No ale pożartować oczywiście zawsze można. No i oto, czego nie odważył się zrobić ani Donald Tusk, ani nawet któryś z jego bałwanków, chętnie uczynił Bronisław Komorowski. Sprowadził do siebie telewizję i powiedział, że za aferę Amber Gold przede wszystkim odpowiada „wymiar sprawiedliwości i to sprzed ładnych paru lat, kiedy główny negatywny bohater tego dramatu po prostu miał sprawy w tzw. zawiasach lub sam się godził na wymiar kary, dzięki czemu sam unikał rozgłosu. Warto zapytać, dlaczego wtedy sędziowie sprzed ładnych paru lat dawali tego rodzaju łagodne wyroki”.

D94723/.s mjie9ie4p0rnn36^*()__(*8656wh09;???

Ja tego oczywiście ani nie widziałem, ani też nie słyszałem. No ale TVN24 podaje, że te słowa padły, więc pewnie nas nie buja. No a poza tym, widzimy wszyscy to zdjęcie. Prawda? Jednak, powiem szczerze, ze gdyby tylko chodziło o to, że Bronisław Komorowski powiedział to co powiedział, to ja bym na to machnął ręką. W końcu – mam nadzieję, ze tak mi powiedzieć jeszcze wolno – pies go drapał. To co mnie w tym fragmencie zafrapowało, to dwukrotne powtórzenie frazy: „sprzed ładnych paru lat”. To bowiem brzmi tak okropnie sztucznie, że ja bym się zdziwił nawet gdyby coś takiego zrobiła ruska maszyna cyfrowa. Czytam te dwa zdania jeden raz i drugi, i zwyczajnie nie mogę uwierzyć, że prezydent Komorowski powiedział to sam z siebie. I dochodzę do wniosku, ze on pewnie chciał powiedziec „pisowcy”, albo „Kaczyński”, albo „sędziowie od Ziobry”, ale któryś z jego doradców – Wujec, Lityński, albo może sam Mazowiecki – powiedzieli mu, że tak będzie za mało subtelnie i że lepiej by było, gdyby on powiedział coś w rodzaju „sprzed ładnych paru lat”. Że w tym będzie ta elegancja i to niedopowiedzenie, i przez to on zrobi na Polakach lepsze wrażenie. No i naszemu Prezydentowi to się tak spodobało, że on to powiedział raz, a potem od razu jeszcze raz. No i wyszło tak, że – razem z tym zdjęciem – no sami wiemy.
Ktoś mi powie, że Komorowski nie gadał z głowy, ale normalnie czytał z promptera, więc to było tak napisane, jak on to odczytał. No i to jest oczywiście możliwe, tyle że mi się nie chce w to wierzyć. W końcu, kiedy człowiek jest prezydentem, albo premierem, to ma specjalnie wynajmowanych ludzi do pisania mu wystąpień. Jak wiemy, Donald Tusk to osoba niezbyt, że tak powiem, lotna, a sposób uprawiania przez niego polityki jest taki, że każde jego wystąpienie siłą rzeczy musi być co najmniej tak samo puste, jak pusty jest on sam. Trzeba jednak przyznać, że one są napisane. Tam nie ma jednego miejsca, gdzie można by było powiedzieć, że coś nie gra. Tymczasem tu mamy owo „sprzed ładnych paru lat”. A zatem, jeśli on to faktycznie czytał, a nie sam sobie wydrapywał spod czaszki, to odpowiedź może być tylko jedna. Jemu to przemówienie napisała Dziadzia. To mogła zrobić już tylko ona. Bo tu nawet nie wierzę w tego… no jak mu tam? Nałęcza.
A więc, to się zdarzyło. Komorowski wygłosił orędzie i skomentował sprawę Amber Gold. A ja już tylko powtórzę. Tak naprawdę, poszło tylko o to zdjęcie. I ja je tu wklejam z zimnym okrucieństwem. No a jeśli ktoś nie może znieść sytuacji, gdzie pożytek jest aż tak marny, niech sobie je wydrukuje i powiesi swoim dzieciom, wnukom, ewentualnie siostrzeńcom nad biurkiem, żeby zawsze wiedzieli, co ich czeka, jak się będą źle prowadzić.

Słuchajcie! Słuchajcie! Dostałem miesięczne zastępstwo w pewnej szkole, z nadzieją, że może się ono przenieść na stały etat. Póki co jednak, jak idzie o obecne saldo, leżymy i kwiczymy. A telefony dzwonią. Bardzo więc proszę o pewną, w miarę możliwości widoczną, mobilizację. Dziękuję.

piątek, 23 marca 2012

Danse Macabre na ich telefonach

Jeszcze jesienią zeszłego roku, zmartwiony wynikiem wyborów, w których jakimś niewyobrażalnym złym cudem Platforma Obywatelska została wyznaczona przez Naród do reprezentowania jego interesów przez kolejne cztery lata, a Prawo i Sprawiedliwość dało się ograć jak dziecko – choć przyznać muszę, że niektórzy twierdzą, że jakkolwiek faktycznie ograć się dało, to wcale nie jak dziecko – zwróciłem tu uwagę na projekt autorstwa Wojciecha Cejrowskiego, realizowany przez niego z niewiarygodnym wręcz uporem w Internecie, a polegający na regularnej produkcji krótkich, ledwo minutowych migawek, stanowiących z jednej strony parodię starych kronik filmowych, a z drugich bardzo złośliwy atak na władzę. Chodziło mi o dwie rzeczy. Pierwsze to to, że ja naprawdę uważam, że owe „kroniki” Cejrowskiego stanowią prawdziwe dzieło współczesnej polskiej satyry politycznej, a dwa, że moim zdaniem siła tego ataku jest tak potężna, że gdyby sztab wyborczy PiS-u uznał, że całą kampanię oprze wyłącznie na tych krótkich filmach, wybory zostałyby wygrane, i to bardzo znacznie. One zostałyby wygrane nawet gdyby Jarosław Kaczyński i tak wydał tę swoją nieszczęsną książkę, powiedział w niej o Merkel dokładnie to co powiedział, a System wziął by się za niego tak jak to zrobił faktycznie. A stałoby się tak z tej prostej przyczyny, że Cejrowski w kolejnym swoim wejściu by ów propagandowy atak błyskawicznie zneutralizował.
Dlaczego myślę, że pieniądze jakie sztab Prawa i Sprawiedliwości wydałby na kampanię, płacąc Cejrowskiemu za te filmy tyle ile on by sobie zażyczył, z pewnością nie zostałyby zmarnowane? Otóż dlatego, że ten typ poetyki, a więc cała ta peerelowska wścieklizna ubrana w ów peerelowski syf, to jest to co jest akurat bardzo modne, i to niezależnie od wieku, zwłaszcza wśród osób uważanych za wykształconych. Sukces starych filmow Barei, ów nowy styl polegający na kultywowaniu pamiątek po Peerelu, czy to w postaci zdjęć pustych półek z octem, ormowskich czapek, kartek żywnościowych, sznurka do snopowiązałek i takich tam, świadczy o tym, że PRL funkcjonuje jako bardzo wdzięczna satyra. W sposób wybitny. Ale tu by było jeszcze coś więcej. To co robi Cejrowski jest, jak już wspomniałem, naprawdę znakomite, i nie ma takiej możliwości, by ten typ kampanii został w jakikolwiek sposób propagandowo zniszczony. Poza tym, niechby tylko ktoś spróbował, a natychmiast jedynym tego efektem byłoby dostarczenie Cejrowskiemu tematu do kolejnych odcinków, i cały wysiłek w jednej chwili trafiłby szlag.
Niestety, ani ja nie wiedziałem wcześniej, że te filmy w ogóle istnieją, ani Prawo i Sprawiedliwość nie wpadło na pomysł, by ich użyć w kampanii – oczywiście że negatywnej, bo tylko taka dziś działa – przeciwko Platformie Obywatelskiej, i wszystko skończyło się jak się skończyło, tyle że Cejrowski wciąż kręci swoje „kroniki”, umieszcza je w Internecie, a my tu sobie je regularnie oglądamy i mamy z nich naprawdę dużo czystej satysfakcji. Ale jest coś jeszcze. Ponieważ one, poza rozbawianiem nas i niesieniem tej szczególnej pociechy, stanowią znakomity bieżący komentarz do aktualnych wydarzeń, ja je też trochę traktuje jak źródło informacji. Bo jest tak, że Cejrowski przy ich pomocy bardzo dokładnie relacjonuje to co się dzieje w kraju, a co przechodzi przez ręce jednego czy drugiego Pałacu. I oto niedawno dowiedziałem się, że Donald Tusk oficjalnie i publicznie zakomunikował, że otwarcie Stadionu Narodowego jest takim sukcesem, że ów sukces prawdopodobnie przede wszystkim przykryje wszystkie ostatnie katastrofy, a poza tym udowodni, że ktoś kto jest w stanie wyprodukować coś tak pięknego jak Stadion Narodowy, tak naprawdę nie może być fajtłapą i fuszerem. A słowa Premiera brzmiały dokładnie tak:
Kondycja moich ministrów i kondycja całego rządu jest zdecydowanie lepsza niż opinie na temat tego rządu i ocena poszczególnych ministrów.
To jest trochę tak, jak ze Stadionem Narodowym. Jeszcze kilka dni temu czytałem w popularnym dzienniku, że to jest fuszerka stulecia, a dzisiaj czytam, że nie ma fajniejszej tapety na komórkę niż zdjęcie stadionu w meczu otwarcia. Cieszę się, że tak szybko zmieniamy zdanie.
Mam nadzieję, że także ocena działań poszczególnych ministrów będzie adekwatna do rzeczywistej ich pracy, a nie do aktualnego nastroju”.
Kiedy usłyszałem u Cejrowskiego o tej tapecie, w pierwszej chwili nawet nie pomyślałem, że to może być prawda. Zwyczajnie uznałem, że to tylko taki dowcip, no bo wprawdzie każdy z nas wie, że możliwości Donalda Tuska są niemal nieograniczone, niemniej przesadzać też nie wypada. Jednak córka moja nagle, naiwnie jak to dziecko, zapytała mnie, czy myślę, że Tusk faktycznie powiedział to o tej tapecie, a ja nagle sobie pomyślałem, że co jeśli tak? Co jeśli on rzeczywiście uznał, że ten stadion to „fajna” tapeta na komórkę i że niedługo ludzie będą sobie dawać na tapety swoich komórek również „fajne” zdjęcia jego rządu? Wpisałem więc w googlu „stadion tapeta Tusk”… no i okazuje się, że owszem. Jak najbardziej. To się zdarzyło. A wynik tego wypadku przekleiłem wyżej.
Od owego odkrycia minęło już trochę czasu, i przyznam, że nawet nie planowałem o tym pisać. Jednak w ostatnich dniach wydarzyły się dwie rzeczy, które jakoś mi utkwiły w pamięci, i jednocześnie przypomniały tę tapetę. O pierwszej z nich pisałem już ostatnio Chodzi mi o tę scenę pokazaną wielokrotnie w telewizji, jak to prezydent, w ramach codziennej pracy na rzecz podratowania, jak mówią, zrujnowanego zdrowia, udaje się na intensywny spacer po Łazienkach. Druga migawka dotyczyła żony Prezydenta, Anny Komorowskiej, jak występuje na jakiejś oficjalnej imprezie i próbuje odczytywać z kartki jakiś tekst, w jezyku może niemieckim, a może szwedzkim, trudno naprawdę stwierdzić. I nawet nie chodzi o to, że ona go czyta tak jak ja bym pewnie czytał tekst napisany po węgiersku, czy francusku, ale o sposób w jaki ona się przy tym zachowuje. Otóż ona stoi na tej mównicy i robi wrażenie osoby albo nieskończenie głupiej, albo kompletnie rozbitej psychicznie, jak… ja wiem? Bohaterki filmow Bergmana, które się nażarły jakichś środków uspokajających, i jedynym tego efektem jest to, że z jednej strony są w stanie skrajnego napięcia, a z drugiej, starają się to napięcie pokonać, podrygując i chichocząc. Trochę żałuję, że nie umiem w sieci znaleźć filmu z tego popisu, ale z drugiej strony nawet nie wiem, czy warto. Ona zawsze zachowuje się mniej więcej tak samo, a więc jakby była przez swojego męża nieustannie i najokrutniej w świecie gnojona, a więc kto wie, czy ta prezentacja by coś do tej naszej dzisiejszej refleksji wniosła?
O jakie zachowanie mi chodzi? Żeby je opisać muszę wrócić do wydarzenia jeszcze wcześniejszego, też tu już dyskutowanego, kiedy to Pierwsza Para występowała w telewizji z życzeniami z okazji Dnia Dziadka, a na samym środku kadru, na koniku na biegunach, siedziała ich wnuczka i w kompletnym zapamiętaniu się huśtała. Piszę „w zapamiętaniu”, bo ona wyglądała mniej więcej tak, jak prezydent Komorowski na spacerze w Łazienkach, jego żona z tą kartką zapisaną niemiecką fonetyką, i jak zapewne musiał wyglądać Donald Tusk, kiedy opowiadał o tych tapetach. Bo ja to własnie tak widzę. On wszyscy zachowują się jakby byli w stanie takiego zdenerwowania, że jedynym lekarstwem na nie jest oczywiście wziąć jakieś leki, ale ponieważ ich w pewnym momencie jest już za dużo, to oni zaczynają się zachowywać jakby już tylko stanowili rozedrgany strzępek nerwów. Chciałbym jakoś opisać to co sobie o nich wszystkich myślę, i nagle mi się już tylko przypomina pewna moja uczennica sprzed lat, która z jakiegoś powodu nieustannie sobie rozdrapywała cyrklem rękę. Tak ich właśnie wszystkich widzę. Tych ludzi na skraju nerwowego załamania, którzy oczywiście bardzo się starają trzymać fason, niekiedy nawet udaje im się robić wrażenie wesołych i pełnych energii, ale raz po raz wyłazi im spod tej maski ten cyrkiel, te zaciśnięte zęby i to opętanie, które ich dzień po dniu zżera.
W komentarzu pod tekstem o spacerującym Komorowskim nasza serdeczna koleżanka Marylka zasugerowała, że owa jurność, z jaką Bronisław Komorowski prezentował się na tym swoim spacerze, świadczy o tym, że wszystkie te teksty, które swego czasu „Gazeta Polska” nam podsyłała, żebyśmy pamiętali, że dni Komorowskiego są policzone, to zwykła bzdura. Że on jest zdrowy jak rydz i zawsze gotowy, żeby ruszyć w knieje i sobie coś upolować. A ja na to zaproponowałem, że nie wiadomo nic. Jego serce może być faktycznie w świetnym stanie, tyle że co z tego, jeśli oni wszyscy – niewykluczone że zwyczajnie przez ten Smoleńsk – zwyczajnie zwariowali i te ich podskoki to zwykły Taniec Śmierci? Co więc z tego? A ja bym wcale nie był taki pewien, czy nie mam racji. To biedne, kompletnie zafiksowane bujające się na koniku dziecko, jego babcia dukająca nerwowo swój niemiecki tekst, jej dziadek pędzący alejkami Łazienek, pewnie dlatego że lekarz kazał, no i wreszcie Donald Tusk, opowiadający jakieś idiotyzmy o Narodowym Stadionie na tapetach polskich komórek – to może faktycznie być już tylko jakiś smutny rytuał na ostateczne odejście. Kto wie, czy Prawo i Sprawiedliwość, czekając w tym swoim przyczajeniu, nie wie, co robi?
Pomyślmy więc, że owszem. Że tak to właśnie jest, i rozluźnijmy się ciepło przy jednej z kronik Cejrowskiego. Nie tej opisanej wyżej. Takiej której możemy nie znać. A jak już się przestaniemy śmiać, pomyślcie trochę o mnie i o tym blogu, i zechciejcie go wesprzeć czym tam macie pod ręką. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

środa, 26 października 2011

Czyste dobrze oświetlone miejsce

Dzieci moje – prawdopodobnie jak większość ludzi młodych i bardzo młodych – mają w sobie coś takiego, co każe im patrzeć na innych ludzi pod kątem takim oto, czy ktoś jest ładny, czy brzydki. I nie chodzi tylko o ludzi występujących w telewizji, bo to by nawet było zrozumiałe. W końcu oni się tam w dużej swej części pokazują po to, by ktoś ich ocenił nie tylko w kategorii inteligencji, dowcipu i błyskotliwości, ale też właśnie urody. Często nawet urody przede wszystkim. Ja sam, kiedy ten jeden raz występowałem w telewizji, musiałem się wcześniej poddać odpowiednim zabiegom mającym na celu jakieś tam wygładzenie i wypolerowanie mojej twarzy. Jednak moje dzieci mówią, że są ładni lub brzydcy również o ludziach, których spotykają ot tak, na co dzień. A zwłaszcza o tych, których mogliby, choćby potencjalnie traktować, jako swoich przyszłych bliższych przyjaciół.
Tłumaczę więc, szczególnie swojemu synowi, że jeśli spojrzeć na ludzkie twarze w sposób obiektywny, to właściwie między nimi różnicy wielkiej nie ma. No, zdarzają się oczywiście przypadki wyjątkowe, kiedy te proporcje są dramatycznie zachwiane – choćby należałoby tu wspomnieć omawiany już tu przypadek Donalda Tuska – jednak na ogół oczy są rozstawione równo. Nad oczyma jest czoło, między nimi nos – najczęściej każdy mniej więcej taki sam – pod nosem usta, pod ustami broda, po bokach uszy i wszystko gra. A zatem, jaki jest uczciwy sens w tym, żeby nagle wziąć dwie twarze i powiedzieć, że ta jest ładna, a ta już nie? Oczywiście to moje gadanie nic nie daje, no bo o czym tu dyskutować, skoro każdy widzi, że ta dziewczyna jest ładna, a ta brzydka?
Tłumaczę więc mu dalej, że jest jeszcze coś takiego, jak heat of the moment, a więc często zdarza się, że nawet nie trzeba czekać lat – wystarczy parę dni – by ktoś, kto dotychczas był ładny, nagle stał się brzydki, albo i odwrotnie – jakaś paskuda nagle okazała się piękna. Weźmy aktorkę Sissi Spacek. Kiedy ona grała jeszcze w „Carrie” DePalmy, stanowiła typowy przykład brzyduli. Popatrzmy na nią dzisiaj. Przecież to jest czyste piękno! Co tam Spacek? Spójrzmy na tych dwóch – Ala Pacino, i Dustina Hoffmana. A co? W drugą stronę to może nie działa? Każdy z nas wie, jak to bywa.
A zatem, pozostają te najbardziej ukryte szczegóły. Oczy, usta, uśmiech, zmarszczenie czoła, ten zapach, jakieś niezwykłe przechylenie głowy, ten jeden gest, którego wcześniej nie udało nam się dostrzec. No i teraz, skoro wszystko co trzeba było w tym temacie powiedzieć, powiedziałem, pora na pewne wyznanie. Otóż ostatnio – i to wcale nie po raz pierwszy, ale tym razem intensywność tego uczucia mnie poraziła – sam poczułem, co to znaczy spojrzeć na kogoś i pomyśleć, że faktycznie bywa źle. Żona moja – z każdym kolejnym dniem coraz piękniejsza – znalazła w Internecie zdjęcie naszej pary prezydenckiej Bronisława i Anny Komorowskich. Zdjęcie jest o tyle dziwne, że jest praktycznie portretem. Nie wiadomo, gdzie oni są, co oni akurat robią i w ogóle co się wokół nich dzieje. Zupełnie jakby ktoś wymyślił, że to jest własnie to, co powinniśmy wszyscy zobaczyć. Anna Komorowska jest nieco wysunięta na pierwszy plan, on ciut z tyłu… i, jak mówię, to mnie autentycznie pokonało. Komorowska wygląda, jak nigdy dotąd. I właściwie nie chodzi o to, że ona jest jaka jest, i że to, jaka ona jest, na tym zdjęciu zostało jakoś dramatycznie uwypuklone. Owszem – jest zdecydowanie grubsza niż była wcześniej, jej twarz jest zdecydowanie bardziej opuchnięta, te oczy faktycznie są już prawie schowane pod tymi eksplodującymi policzkami, ale najgorsze jest to, ze ona wygląda jakby za chwilę miała umrzeć ze zwykłego, najbardziej podstawowego zaszczucia. Nie wiem, co to jest, ale ona wygląda tak, jakby była całkowicie i kompletnie zrujnowana jako kobieta i człowiek.
No a obok stoi Prezydent. I on jest dokładnie taki sam jak dwa, trzy osiem miesięcy wcześniej. Zadowolony jak cholera, wąs zadbany, oczy rozświetlone tą prezydenturą, zupełnie jakby wybierał się na polowanie i właśnie usłyszał dźwięk trąbki. Kiedyś, jeszcze chyba w okresie kampanii prezydenckiej w zeszłym roku, ktoś go pokazał w zbliżeniu, jak stoi gdzieś na jakiejś mszy i cały prawy rękaw ma uświniony, czy to wylewającym się z niego potem (przez marynarkę!!!), czy może zupą, albo diabli wiedzą czym. Widzieliśmy też jego zdjęcia, gdzie nagle zasnął, albo zrobił minę, która jednych zaniepokoiła a innych zdecydowanie napełniła nadzieją. Na tym dzisiejszym zdjęciu Bronisław Komorowski zwyczajnie kwitnie. Tu nie ma wątpliwości, ze mamy do czynienia z prawdziwym prezydentem. Prawdziwym prezydentem.
Do tego zdjęcia wrócę jeszcze na koniec tego tekstu. Teraz jednak chciałbym się podzielić paroma refleksjami co do ogólnej sytuacji, w jakiej, mam wrażenie, znalazła się dziś nasza Polska. Otóż większość z nas pewnie zauważyła, że po wyborach zapanował kompletny bezruch. Owszem, coś tam się dzieje w Prawie i Sprawiedliwości, no ale powiedzmy, że jest to zwykła, standardowa, powyborcza procedura, związana z rozliczaniem przegranej kampanii, która jeszcze chwilę potrwa i skończy się równie spokojnie, jak się zaczęła. Ziobro z Mularczykiem i może jeszcze kimś innym, uspokoją się i zostaną tu gdzie są, albo spróbują z PJN-em zakładać nowe, zwycięskie ugrupowanie, natomiast generalnie wszystko zostanie tam gdzie jest dziś. Trochę jeszcze słychać jakieś ruchy po stronie Ruchu Palikota, gdzie trwa debata, czy dalej jechać z Krzyżem, czy może już się brać za pedałów i aborcję. To co mnie jednak dość dziwi, to fakt, że kompletna cisza zapanowała po stronie Systemu. System najzwyczajniej na świecie znieruchomiał i tylko dyszy.
Jeszcze nie tak niedawno, kiedy jeszcze liczyliśmy na to, że jednak PiS te wybory wygra, prezydent Komorowski zapowiadał, że on nie będzie mógł czekać na jakieś niepewne przepychanki koalicyjne, bo tu, panie, z jednej strony polska prezydencja, tu znowu kryzys puka do drzwi, i nowy rząd musi być powołany jak najszybciej. W końcu na beztroskę mogą pozwalać sobie gospodarki, które już są na rynku odpowiednio długo, a przez to i ich pozycja jest bardziej stabilna. Tymczasem dziś, jak widzimy, ani nie wiadomo do końca, jak będzie wyglądała przyszła koalicja, bo premier Pawlak coś się nie za bardzo zgadza z ministrem Bonim, a poza tym, wiadomo, nowe rozdanie, nowy budżet. Zwłaszcza że, tradycyjnie już, PSL może, ale wcale nie musi. W dodatku, napięcie wewnętrzne w Platformie Obywatelskiej jest tak wielkie, że nie ma żadnego sposobu, żeby czegokolwiek dotykać, bo człowiek ruszy jedną nitkę, a tu się wszystko pourywa. Schetyna na urlopie, Donald Tusk – jeden tylko jego pan wie, gdzie, i jest zupełnie niewykluczone, że przyjdzie grudzień i dowiemy się, że jeszcze chwilę trzeba z tym expose poczekać do po Świętach, a najlepiej do nowego roku, bo coś tam ktoś jeszcze musi coś skonsultować. A poza tym, wiadomo, Europa w kryzysie, a my – choć ona nas za bardzo już, jak się pokazuje, na nowo nie dotyczy, to trudno jakoś tak stać z boku i się tylko przyglądać. Tymczasem jednak mamy tę edukację, to wojsko, tę służbę zdrowia, to prawo, te fundusze, drogi, koleje, rolników, ubezpieczenia, pracę – i tu panuje kompletna cisza. Zupełnie jakby wszystkich wywiało.
A co słychać u nas, u ludzi, którzy, kiedy te wybory się wreszcie zakończyły, poszliśmy spać, wstaliśmy rano w ten poniedziałek, wsiedliśmy w te samochody, tramwaje lub autobusy i udaliśmy się do pracy? U nas dokładnie tak samo jak było miesiąc temu i rok temu. Stoimy jak zaczarowani, oślepieni tym światłem, które nam zainstalowali w supermarketach i handlowych galeriach, byśmy się mogli choć raz na tydzień, poczuć bezpiecznie i beztrosko. Pewien nasz kolega twierdzi, że weszliśmy w czas rozbuchanej konsumpcji. Otóż myślę, że on nie ma racji. Konsumpcja już była. Nawet i ta rozbuchana. W tej chwili pozostały nam już tylko te stare samochody, którymi możemy zajechać na ten wspomniany w poprzednim wpisie parking pod dachem, czy może na dachu – obojętne – te stare ubrania, które wciąż trzymamy w szafach, by je raz na parę dni na siebie założyć i pójść do czystego dobrze oświetlonego miejsca. Ot tak, nie żeby coś sobie szczególnego kupić, no bo każdy wie, że łatwo nie jest, zwłaszcza gdy już nawet paczka papierosów kosztuje chyba z 10 zł. No, najwyżej kawę i ciasteczko. Ale głównie po to, by się znów poczuć człowiekiem, o którego ktoś wreszcie zachciał zadbać.
Bardzo przepraszam wszystkich, których wprowadzam w niedobry smutek swoimi nastrojami, ale tak to własnie widzę. Widzę miliony ludzi zauroczonych tym światłem i tą schludnością supermarketów ludzi; ludzi całkowicie zaczarowanych i w gruncie rzeczy strasznie nieszczęśliwych. Może też i trochę przestraszonych, że nawet to zostanie im za chwilę zabrane. Czy to już jest Orwell? Nie. Orwell będzie dopiero wtedy, jak te supermarkety zostaną pozamykane. Wtedy będziemy mieli Orwella. Możliwe. Niewykluczone. Jest taka obawa. Ale jest też szansa, że nie. Że zanim będzie naprawdę źle, wyrwiemy się z tego koszmaru i przetrzemy oczy. To jest też możliwe. To okropne, ze nie pozostało nam już nic innego, jak liczyć na to przebudzenie, które – co tu dużo ukrywać – nie będzie przyjemne. No ale robiliśmy przecież wszystko co robić można było. Przynajmniej niektórzy z nas.
Wracam do tego zdjęcia, które tak naprawdę wywołało ten mój nastrój. Uważam, że ono właśnie doskonale symbolizuje to co się przez ostatnie lata stało z Polską i czego niemymi świadkami jesteśmy dziś. Ciekawe, że ktoś kiedyś wymyślił, że Prezydent to pierwszy obywatel, no a jego żona, to tak zwana Pierwsza Dama. Ironię tego – literackiego przecież tylko – zabiegu, ale też i jego szczególną celność, widać wyraźnie, jeśli z jednej strony spojrzymy na to zdjęcie, a z drugiej wsłuchamy się w tę straszną, skąpaną w tym świetle i w tej czystości, ciszę. A ja wciąż twierdzę, że to wszystko jest nie do utrzymania. No przecież, proszę, spójrzmy na to zdjęcie. Przecież tego się nie da utrzymać. To, w ten czy inny sposób, musi się skończyć.

czwartek, 9 grudnia 2010

System puszcza parę

Od samego rana mam dziś dylemat. Czy pisać o Komorowskiej, jak mnie do tego zachęca nasz kolega kazef, czy może dać jeszcze tematowi trochę wystygnąć, i napisać specjalną notkę dla Marylki w sprawie dręczenia małych dzieci? Argumenty po obu stronach sa równie mocne. Marylka to nie byle kto, i nie bardzo mi wypada traktować ją na zasadzie takiej, że ona może poczekać, a drugiej strony, kazef informuje, że ta banda idiotów najwidoczniej uznała informacje o Komorowskiej i jej kulturowym bagażu za jeszcze jedną plotkę, nie wartą nawet splunięcia. No a to jest oczywiście problem. Po dłuższym zastanowieniu, uznałem, że ponieważ Polska jest jednak najważniejsza, Marylka z pewnością wszystko zrozumie. No więc zajmiemy się w tej sytuacji Pierwszą Damą. Właśnie tak – Damą. Pierwszą. O wychowaniu będzie jutro.
Informacja o tym, że Anna Komorowska nie jest zwykłą i skromną mamą, kurą, żoną i gospodynią, wychowującą pięcioro dzieci i czekającą z zupą aż jej mąż wróci z pracy, spadła na nas jak – i w tym nie ma słowa przesady – jak grom z jasnego nieba. Bronisław Komorowski jest postacią publiczną od wielu już lat, a tymczasem o jego żonie nie słyszeliśmy przez cały ten czas ani jednego zdania, poza tym, że ona żyje poza polityką, z dala od kamer… no i zapewne sprząta, gotuje i ogląda telewizyjne seriale. Myślę dziś sobie, jakie rewelacje na temat Anny Komorowskiej mogłyby wzburzyć opinię publiczną tak jak informacja, że ona jest żydówką, córką funkcjonariuszy komunistycznych służb bezpieczeństwa z najbardziej podłą przeszłością. Niekoniecznie złą. Ale podłą. Kto nie wie, co to znaczy, niech sobie sprawdzi. No, moglibyśmy się na przykład dowiedzieć o niej czegoś bardzo brzydkiego, choćby tego, że Anna Komorowska w młodości była prostytutką i Komorowski ją poznał na jednym z wypadów na miasto. Moglibyśmy się dowiedzieć o niej coś bardzo ładnego, a więc że ona zna, podobnie jak poseł Iwiński, kilkanaście języków i kiedyś była jednym z głównych kandydatów do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, lub że w młodości była mistrzynią Europy w jeździe figurowej na lodzie.
Wiadomość o jej brzydkiej przeszłości oczywiście by ją i jej całe środowisko kompromitowała, zwłaszcza gdyby ona nie potwierdzała tego, że Anna Komorowska kiedyś była zła, ale się nawróciła – co, jak wiemy, jest cudem nad cuda – lecz wyłącznie to, że ktoś coś przed nami chciał ukryć i to coś ukrywał bardzo skutecznie. No i naturalnie wszyscy byśmy mieli ochotę tę sprawę dyskutować. Gdyby natomiast nagle się okazało, jaka to ta Anna Komorowska była kiedyś pełna wdzięku i wielkości, ale poświęciła karierę dla rodziny, moglibyśmy wyłącznie ją podziwiać i dumać jedynie nad tym, jaka to ona jest skromna i autentyczna. A z nią jej mąż.
Czym jest dla nas wiadomość, że dziadkowie Anny Komorowskiej przed wojną trudnili się rzeźnictwem i nazywali się Wolf i Estera Rojer, jej mama najpierw miała na imię Hana, później przymuszona sytuacją okupacyjną zmieniła tożsamość na Józefa Deptuła, po wojnie wyszła za mąż za pewnego Dziadzię i została Józefą Dziadzia, by następnie, ze względu na znów inną sytuację, zmienić – już wspólnie z mężem – nazwisko na Jan i Józefa Dembowscy? Czym jest dla nas wiadomość, że mama i ojciec Anny Komorowskiej – a więc ów Dziadzia i ta Hana – byli przez całe lata pracownikami Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, że to właśnie wspólna służba w aparacie komunistycznej represji, połączyła ich ze sobą, i że do końca życia byli związani z partią komunistyczną. Czym wreszcie jest dla nas informacja, że z jakiegoś powodu przez te wszystkie lata, kiedy Bronisław Komorowski był najpierw ważnym polskim politykiem, następnie marszałkiem Sejmu, później kandydatem na Prezydenta RP, a wreszcie już tym prezydentem, informacja o jego żonie była najgłębiej skrywaną tajemnicą? No i jak my mamy dziś traktować informację o tym, że pewnego dnia w latach 70 Bronisław Komorowski zakochał się właśnie w tej Annie Dembowskiej, a ona w nim, i to tak mocno, że obie rodziny zostały już ze sobą związane na zawsze? Czy to wszystko co wyżej, to wiadomość dla Bronisława Komorowskiego i jego żony kompromitująca, czy może stanowi powód do dumy?
Otóż myślę, że ani jedno ani drugie. To że Bronisław Komorowski i córka najgorszego rodzaju komunistycznej swołoczy przypadli sobie tak do gustu, to wiadomość całkowicie neutralna. Oczywiście ktoś bardziej ode mnie dokładny, może się zastanawiać, jak mogło dojść do tak niezwykłego mezaliansu, ja jednak jestem tu bardzo otwarty. W końcu, kiedy ja się zakochiwałem w pani Toyahowej, nie miałem pojęcia, kim są jej rodzice, a nawet nie bardzo wiedziałem, jakie są jej poglądy. Powiem więcej – kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem i pomyślałem sobie, że ja nie chcę być z nikim innym, nie wiedziałem o niej nic, poza tym, jakie ma oczy i część reszty. Czy gdybym się dowiedział, że jej rodzice nie są zwykłymi porządnymi ludźmi, ale parą drani, odkochałbym się w niej? No przecież nie. Albo gdyby się okazało, że ona jest Żydówką? No przecież pewnie że nie. No a gdybym po wielu, wielu latach został Prezydentem RP, a pani Toyahowa Pierwszą Damą, czy my byśmy tę naszą mroczną przeszłość trzymali w tajemnicy, czy byśmy się nią pochwalili. Otóż tego akurat nie wiem. Bo akurat tak głęboko moja wyobraźnia nie sięga. Inna sprawa, że to może właśnie dlatego, ani ona nie okazała się Żydówką, ani ja nie zostałem ruskim prezydentem.
Wiem natomiast, że zarówno Bronisław Komorowski, Anna Komorowska oraz System w swoim najbardziej powszechnym wymiarze trzymał tę wiadomość w najgłębszej tajemnicy. I robili to przez wszystkie te lata, jeszcze od czasu, jak Bronisław Komorowski, młody polski harcerz i działacz katolicki i niepodległościowy, i dziewczyna z najbardziej parszywego ubeckiego domu, a również harcerka z tak zwanej ‘Czarnej Jedynki’, wpadli sobie w oko. Przez te wszystkie lata System pozwolił ujawnić najbardziej czarne karty z zycia wielu najwybitniejszych działaczy opozycji niepodległościowej. Dziś wiemy już niemal wszystko o każdym z nich. O Michniku nawet. O najbardziej chronionym środowisku Gazety Wyborczej. Przez te wszystkie lata natomiast, nikt słowem nie pisnął o tym, że Anna Komorowska to nie byle kto. A tym samym, Bronisław Komorowski to nie byle kto. No i wreszcie pisnął.
Co dziś jest dla nas interesujące? Oczywiście wszystko to, czegośmy się właśnie dowiedzieli jest interesujące bardzo. A więc na przykład to, że Anna Komorowska – ta cicha i skromna, zahukana gospodyni domowa – to córka człowieka, który dla ubeckiej kariery wyrzekł się swojego ojca i swojego nazwiska. Że to kobieta, która dorastała w domu, gdzie Polska mogła być wyłącznie obiektem najbardziej brutalnych szyderstw, a Polacy interesujący tylko o tyle, o ile któregoś z nich można było zatłuc na śmierć. A więc też kobieta, którą dziś widzimy w stanie w jakim ona się znajduje i prawdopodobnie już nigdy się nie dowiemy, co się stało, że ona z ładnej, zapewne bardzo towarzysko mocnej dziewczyny została doprowadzona do takiego stanu. To wszystko jest dla nas bardzo interesujące.
Oczywiście bardzo też jest ciekawe, jak wyglądały te pierwsze chwile znajomości Bronka i Ani. Czy jak ona go zobaczyła, to jednocześnie ujrzała Boga i Ukrzyżowanego Jezusa? A już trochę później, co rodzice Bronka i rodzice Ani powiedzieli, kiedy się dowiedzieli, co się kroi w rodzinie? Ale też co powiedzieli na to wszystko ludzie z pozoru całkowicie obcy, a jednak bardzo wrażliwi na punkcie wszelkich tego typu ciekawych zdarzeń? I czy coś w tej sprawie zrobili? A jeśli tak to co? Bo to, że machnęli na ten przypadek ręką, to nawet ja nie uwierzę. Jak to się wszystko rozwijało, kiedy ona go po raz pierwszy przyprowadziła do domu? Czy obie rodziny się poznały? Jak oni spędzali święta? O czym rozmawiali? No i wreszcie, jak im się wszystkim układa dziś. Z tego co czytam w Gazecie Polskiej wynika, że mama Anny Komorowskiej dożywa swoich dni w Izraelu. A co słychać u taty? Ktoś mi powie, że nie mój interes. Przepraszam bardzo. To jest interes jak najbardziej mój. W końcu ona jest Pierwszą Damą. A on znalazł się jeszcze wyżej. Poza tym, o rodzicach śp. Marii Kaczyńskiej wiemy wszystko. I to nie ja te wieści rozpropagowałem.
A więc to wszystko przydałoby się wiedzieć. Ale też ja bym bardzo chciał wiedzieć, jak to się stało, że informacja o Annie Komorowskiej, a tym samym i o Bronisławie Komorowskim przez tyle lat pozostawała tak starannie ukryta? Oczywiście logiczne jest to, że jeśli ona pozostawała ukryta, oznaczać to też musi, że komuś na tym ukryciu musiało bardzo zależeć. A skoro tak, to co takiego na przestrzeni tych lat się stało, że interes tych, którzy byli sprawą zainteresowani po obu stronach barykady nagle stal się tak bardzo wspólny? I bardzo też bym był wdzięczny, gdyby ktoś mi powiedział, czy był taki moment, kiedy doszło do jakieś rozstrzygającej rozmowy na temat dalszych losów tej niezwykłej love story, czy może to wszystko potoczyło się całkowicie naturalnie? Strasznie dużo tych pytań.
Jest jednak jeszcze coś, co w tym wszystkim może się okazać być może najważniejsze. Znacznie ważniejsze, niż cokolwiek co pojawiło się już tu wyżej. Co takiego mianowicie się stało, że nagle, po tylu latach dyskrecji, System puścił parę? Gdzieś słyszałem opinię, że jaka to szkoda, że IPN nie trafił na te materiały wcześniej, kiedy Polacy głosując w wyborach prezydenckich mogli być ciekawi dowiedzieć się, kim jest ta udręczona życiem pani, która może zostać Księżną Ich Serc. A ja sobie myślę, że cóż to za dziwna refleksja, która zakłada, że oto nagle dzieją się takie cuda, że coś co przez dziesiątki lat stanowiło tajemnicę ściśle państwową, z dnia na dzień wychodzi na światło dzienne ot tak sobie. Ja rozumiem, że są sprawy tak zawiłe i tak ukryte, że trzeba lat, żeby poznajdywać wszystkie nitki i je jakoś ze sobą połączyć. Siedzą historycy i grzebią się w tym chaosie, by któregoś dnia wreszcie ogłosić, że znów udało się znaleźć coś nowego. Ale tu? A cóż w tym jest takiego skomplikowanego, by dojść do informacji, co jest do jasnej cholery z tą rodziną Bronisława Komorowskiego? Kim jest jego żona? Co robią jego dzieci? Jak wyglądają? Co sobie myślą o świecie? Co to do ciężkiej cholery są za ludzie ci Komorowscy?
Przecież to nie jest trudne. A mimo to pewnej środy dowiadujemy się właściwie wszystkiego co trzeba nam wiedzieć z jednego z artykułów w Gazecie Polskiej. Zwyczajnie, pewnej środy spada na nas ta pieprzona informacja, że agentura wzięła nas za gardło. Czemu oni nam to mówią? Powiem zupełnie szczerze, że nie wiem. Nie mam pojęcia. A jak zaczynam coś podejrzewać, natychmiast to z siebie wrzucam. Bo się zwyczajnie boję.

środa, 8 grudnia 2010

Czy oni nas mają za idiotów? O tak! O tak!

Plan miałem taki, żeby dzisiejszy wpis poświęcić sprawie Anny Komorowskiej, żony naszego prezydenta i naszej Pierwszej Damy. Informacje jakie do nas wczoraj dotarły, na temat tego kim ona w rzeczywistości jest, i dlaczego przez tyle lat cały propagandowy wysiłek Systemu skierowany był; na to, żeby w publicznej świadomości ona funkcjonowała tylko jako skromna hausfajf, wychowująca gromadkę dzieci i trzymająca się jak najdalej od świateł polityki, są autentycznie porażające. Ale przyznaję, że jestem bezradny. To jest taki temat, że, kiedy się podchodzi do niego na gorąco, nawet nie wiadomo od czego zacząć. To jest taki temat, który więc prosi: „Bierz mnie!” A to jest niebezpieczne. Jeśli chcemy być poważni – a tu trzeba być bardzo poważnym – nie możemy zapominać, że ta największa powaga nie jest tak prostą rzeczą.. A więc Komorowska i jej rodzina będą musieli chwilę poczekać. Ale, to mają pewne – przyjdzie pora i na nich. Dziś więc coś znacznie mniej serio. Ale serio.
Jechałem niedawno tramwajem i do środka wsiadło trzech chłopców. Takich około gimnazjum. Jeden z nich trzymał w ręku kawał zmrożonego śniegu i widać było, że coś kombinują. Rozglądali się wokoło, chichotali, coś sobie szeptali, i zaraz na następnym przystanku wysiedli. Poczekali aż tramwaj ruszy i wtedy ten jeden walnął tym śniegiem w okno. A potem, tak już chyba na wszelki wypadek, wszyscy uciekli.
Głupie było to okropnie, że oni uciekli. W końcu nic się nie stało, i trudno też było się spodziewać, ze motorniczy zatrzyma tramwaj i pójdzie z nimi gadać. No ale uciekli. Najpierw pomyślałem sobie, że oni pewnie byli bardzo zadowoleni z tego, że tak się sprytnie znaleźli, a później przyszło mi do głowy, że może jednak nie. Że może byli rozczarowani, że ani tym śniegiem nic nikomu nie zrobili, ani że nawet nikt się na nich nie wściekł. I że następnym razem spróbują czegoś więcej. Czegoś bardziej spektakularnego, a przede wszystkim bardziej szkodliwego. No i pomyślałem, że może lepiej by było, gdyby ten motorniczy wysiadł, dogonił ich, złapał jednego chociaż i mu przyłożył. Ot tak. Wychowawczo. Pewnie by go nie dogonił, no ale przynajmniej chłopcy by mieli satysfakcję i w przyszłości – dla podreperowania swojego samopoczucia – na przykład nikogo nie zamordowali.
Jakiś czas później byłem świadkiem takiej sceny. Szło sobie dwóch gówniarzy w kapturach. Nie wiem, czy to byli ci od śniegu, ale wyglądali podobnie. Nagle minął ich jakiś, wyglądający dość zwyczajnie, chłopak w słuchawkach na uszach. Ci dwaj przechodząc, najpierw go trącili, następnie zatrzymali się, zawrócili i poszli dokładnie za nim. Ja też się zatrzymałem i patrzyłem, co będzie dalej. Chłopak zatrzymał się na przystanku, oni też, tyle że jeden stanął z jednej jego strony, a drugi z drugiej. Dalej nie wiem, co było, bo sobie poszedłem. Pomyślałem sobie jednak, że pewnie chcieli mu zabrać telefon, albo co on tam miał. A może pieniądze. A może chcieli mu zwyczajnie wpieprzyć, tylko czekali na dobra okazję. Ot tak. Bo im się nie spodobał. I pomyślałem sobie, że byłoby fajnie, gdyby ten chłopak – on był od nich znacznie starszy i wyższy – będąc zaatakowanym im po prostu wlał. Albo, jeśli nie on, to jakiś dorosły, który by akurat był na miejscu.
Czemu akurat dziś przypomniała mi się te bzdurne przecież kompletnie historie? Otóż wczoraj w telewizji TVN24, obejrzałem – po raz kolejny na przestrzeni ostatnich tygodni, czy może już miesięcy – reportaż o jakimś dziecku gdzieś w Polsce, które podobno bawiło się piłką, piłka mu wypadła i lekko uderzyła w przejeżdżający samochód. Kierowca samochodu, zamiast zlekceważyć sprawę, dostał cholery, zatrzymał się, wysiadł i kopnął to dziecko tak, że mu bardzo poważnie uszkodził kolano. Informacja podawana przez TVN24 jest taka – powtarzam – że ten chłopczyk bawił się piłką, piłka mu niechcąco wypadła, a kierowca okazał się kompletnym idiotą i to dziecko fatalnie skopał. No i teraz ma zasłużone zmartwienie, bo ludzie spisali jego numer, policja go znalazła i niewykluczone, że teraz za to co zrobił pójdzie siedzieć. Zdarza się.
A ja się zastanawiam nad dwiema rzeczami. Pierwsza to taka, czy rzeczywiście ten chłopczyk niechcąco wypuścił piłkę, czy może nią w ten samochód rzucił. Co ciekawe, sprawa nie jest taka oczywista. Że jemu ta piłka wypadła, wiemy z opowieści dziecka, jego babci i zapewnień TVN-u. Dowody natomiast na to są takie, że ten chłopczyk jest strasznie biedny, zestresowany, że płacze po nocach, boi się wychodzić z domu, a o tym zaświadcza jego babcia. Bo nawet nie on. On, wręcz odwrotnie, robi wrażenie wyjątkowo mocnego. Jest bardzo wygadany, ruchliwy, i ogólnie wygląda na kogoś, komu jest bardzo dobrze na świecie, zwłaszcza od czasu jak się stał telewizyjną sławą. Jeśli wiecie o co mi chodzi, on jest takim najbardziej typowym elokwentnym jak wszyscy diabli szczeniakiem z osiedla. Więc to jest jedna rzecz – czy on faktycznie jest taki biedny, czy może padł zasłużoną ofiarą czegoś co się nazywa chuligaństwem, lub niekiedy ulicznictwem?
Druga rzecz to taka, dlaczego TVN24 zrobił sobie z tego wydarzenia wielotygodniową, czy niewykluczone, że już wielomiesięczną historię? Czemu reporterom TVN-u tak bardzo zależy, żeby tego kierowcę zniszczyć, a z tego chłopczyka zrobić aniołka z urwanym skrzydełkiem, podczas gdy wiele wskazuje na to, że sprawa nie jest w ogóle oczywista? I czemu przedstawiając nam tę historię, oni robą wrażenie, jakby uważali, że mają przed sobą idiotów.
Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja biorę pod uwagę, że było tak, jak mówi TVN. To dziecko jest całkowicie niewinne, a kierowca to jeden z tych durniów, którzy pokłócili się z żoną i cały dzień chodzą wściekli szukając okazji, by pokazać światu, że z nich jednak prawdziwe chłopy. Jeśli tak to w ogóle nie ma o czym gadać. Jednak z tego co widać w serii tych reportaży, wynika jasno, że ofiarą może być jednak ten kierowca. Proszę popatrzeć. Mamy tego chłopczyka i jego babcię. Nie mamę, nie tatę, ale babcię. O rodzicach w ogóle nie ma słowa. Jest tylko on i jest ta babcia. I z jednej strony słyszymy ową babcię, jak ona opowiada o tych łzach, o tych lękach, o tym jak to dziecko boi się wyjść z domu, no i o tym, jak on nie jest w stanie się bawić z innymi dziećmi, bo przez tę skaleczoną nogę jest kaleką; i o tym, jak to nie ma takiej kary, jaka by była w stanie temu dziecku wynagrodzić cierpienia jakich doznał (słowo daję - nie ma takiej kary); obok babci pojawiają się oczywiście psycholodzy, którzy własnym autorytetem zaświadczają, że jeszcze przez najbliższe lata to dziecko będzie psychicznie uszkodzone, i że w związku z tym wymaga nieustannej fachowej opieki; na to wszystko nakłada się idealnie standardowo manipulowany przekaz TVN-u, gdzie widać jak jego każdy jego element jest starannie opracowany pod kątem jednej i oczywistej bardzo tezy – dzieci padają ofiara przemocy dorosłych. A z drugiej strony widzimy to dziecko, które nawet nie jest w stanie udawać, że cokolwiek mu jest. No i znów ten TVN. Reporter przyłazi do domu tej babci, specjaliści od informacji ściągają kolegę tego chłopczyka, im każą w jakimś amoku biegać z piłką po kuchni dwa na trzy metra, a nam wierzyć, że oto przed nami poturbowane przez jakiegoś gangstera dziecko, które już nie może się doczekać, jak będzie mogło otrzeć łzy z twarzy i znów być normalnym dzieckiem, które jeśli będzie chciało pograć w piłkę, to na zwykłym Orliku, a nie w jakiejś nędznej obskurnej menelowni. No i ta babcia, powtarzająca jak nakręcona swoją historię o łzach i nocnych koszmarach. No i ten psycholog, plotący to co zawsze. No i znów ten chłopczyk, z bezczelnym wyrazem twarzy robiący z siebie telewizyjną gwiazdę.
No i ten kierowca, stojący dziś przed sądem, niewykluczone, że jak najbardziej zasłużenie, ale też bardzo możliwe, że tylko dlatego, że zareagował tak jak i ja bym na jego miejscu może zareagował, gdybym się nie bał, ze ten szczeniak wyjmie z kieszeni nóż i mnie zabije, a miał tego pecha, że kiedy gówniarza chciał kopnąć w tyłek, trafił niefortunnie w kolano i stało się co się stało.
No i znów ten TVN. Czemu oni, jeśli rzeczywiście relacjonują przykład okrucieństwa złych dorosłych wobec małych, niewinnych dzieci, tworzą obraz, który wręcz krzyczy wielkim napisem ‘UWAGA KŁAMSTWO!’? I czemu, jeśli wiedzą jak jest naprawdę, ale im ten temat, w takim właśnie ujęciu, bardzo pasuje, nie powiedzą temu dziecku, żeby przestało kozaczyć i przynajmniej raz na jakiś czas zrobiło smutną minę. Przecież to dla nich nie jest chyba taki problem, żeby zanim ta babcia zacznie opowiadać o tym, jak on wciąż płacze i boi się zasnąć, zmoczyć mu czymś oczy i poprosić, żeby trochę poudawał.
Powtarzam. Ja nie wiem na sto procent, jak było. I tym na przykład różnie się od TVN-u i jego przekazu. Mogę się tylko domyślać. Ale piszę ten tekst dlatego, że moim zdaniem jest bardzo prawdopodobne, że jakiś czas temu gdzieś w Polsce zdarzyło się coś, co się dzieje bardzo często. Jakiś ulicznik kopnął piłkę w przejeżdżające auto, a kierowca, mając świadomość, że taka zabawa kończy się niekiedy śmiercią, nie wytrzymał i postanowił dokonać tak zwanego aktu wychowawczego. A ponieważ wszystko się działo bardzo szybko i w ogóle bywa różnie, dziecko poniosło karę bardziej dotkliwą, niż na to zasłużyło. Może też nawet być tak, że jest prawdą, co mówi adwokat tego kierowcy, że tamtego dnia on jechał z ubraniem do trumny dla swojego zmarłego dziadka, i w ogóle był bardziej podenerwowany niż zwykle. A wówczas to, że on dziś stoi przed sądem z bezwzględnymi mediami na plecach, a adwokaci mu radzą, żeby się nie stawiał, przeprosił, i wszystko wziął na siebie, to dostanie mniejszy wyrok, podczas gdy druga strona tego przypadku wypatruje już tylko listonosza z ciężkim odszkodowaniem, które będzie można zwyczajnie przepić, jest bardzo ciężką niesprawiedliwością.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...