Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Peszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Peszek. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

O ćmach (repryza)

Ponieważ miałem wczoraj strasznie dużo pracy i nie zdążyłem napisać nic nowego, a bardzo zależy mi, by nie zostawiać tego bloga w choćby minimalnym zaniedbaniu, chciałbym może przypomnieć bardzo dziś już stary tekst, który zamieściłem w mojej pierwszej książce o siedmiokilogramowym liściu. Jej nakład jest już niestety wyczerpany, natomiast mam jeszcze kilka egzemplarzy tu w domu, więc jeśli ktoś by sobie życzył, to proszę o kontakt na adres www.toyah.pl

Proszę sobie wyobrazić, że obejrzałem dziś w TVN-ie krótki, może pięciominutowy fragment programu zatytułowanego Drugie Śniadanie Mistrzów. Program, o którym mówię, jest jedną ze sztandarowych pozycji sobotniej oferty stacji, ale – z jakiegoś powodu – dopiero dziś miałem okazję bliżej zobaczyć, o co w tym czymś chodzi. Piszę „bliżej”, bo, ogólnie rzecz biorąc, miałem na ten temat pewne pojęcie już wcześniej. Wiedziałem na przykład, że gospodarzem programu jest Marcin Meller, redaktor naczelny magazynu dla onanistów o nazwie Playboy. I również wiedziałem, że koncepcja programu polega na tym, że Meller zaprasza kilku aktorów, piosenkarzy, czy innych tzw. artystów, żeby oni gadali, a my żebyśmy wszyscy mieli okazję dowiedzieć się, co każdy z nich ma do powiedzenia na tematy, o których pojęcia mieć nie może z przyczyn, o których dalej. Może zresztą to właśnie był powód, dlaczego przez tyle tygodni nie miałem serca, żeby choćby rzucić okiem na tę audycję. W końcu, kogo może interesować opinia Wojciecha Pszoniaka, czy Maryli Rodowicz na jakikolwiek temat?
Szczerze powiem, że nie bardzo wiem, jak to się stało, że od pewnego czasu, do udziału w najróżniejszego rodzaju debatach, zaczęto zapraszać przedstawicieli środowisk, których jedyna kompetencja zawsze ograniczała albo do odgrywania scen w teatrze, albo do tańczenia, albo do śpiewania, ewentualnie może do pokazywania magicznych sztuczek, czy choćby tylko do wyglądania. Mogę tylko spekulować, że ta moda pojawiła się wraz z opanowaniem przez kulturę popularną całej sfery publicznej. Myślę, że w momencie gdy okazało się, że w dobrym tonie jest, żeby profesor uniwersytetu chodził z kolczykiem w nosie i wytatuowanym smokiem na tyłku, ksiądz przebierał się w skórę i jeździł po parafii na motocyklu, a prezydent kraju biegał w majtkach po trawie i kopał piłkę, nie było też już żadnych przeszkód, żeby uznać, że każdy może wszystko, byle było fajnie i po linii. Premier zostanie piłkarzem, piłkarz premierem, a tancerz socjologiem.
Kiedy dziś zatrzymałem się przez chwilę przy telewizorze, przed kamerami stacji TVN24, oprócz Mellera, występował pan którego nie znam, piosenkarka Peszek, gitarzysta Hołdys i konferansjer Urbański. Tematem debaty był zbliżający się występ piosenkarki Madonny w Polsce i zaplanowany inteligentnie na 15 sierpnia, czyli w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Chodziło o to, że ponieważ część środowisk blisko związanych z Kościołem Katolickim uważa, że jest bardzo nieładnie, żeby akurat w dniu tak wielkiego religijnego święta, Polska wypełniona została widokiem piosenkarki o imieniu Madonna kopulującej z krzyżem na konfesjonale, TVN24 postanowił spytać Peszek, Hołdysa i Urbańskiego i tego pana, którego nie znam, co oni sądzą na temat katolickich obsesji.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Hubert Urbański głównie zasłaniał się talerzem i zapluwał z rozbawienia, Zbigniew Hołdys siedział z kamienną twarzą i uważał, żeby mu się nie przekrzywił kapelusz, Meller nastawiał ucha, co mu mówią do słuchawki, a nieznajomy mi pan coś mruczał pod nosem, to właściwie całą treść programu wypełniła piosenkarka Maria Peszek. Przyszła do studia zaopatrzona w wydrukowaną z Internetu listą najśmieszniejszych jej zdaniem imion ludzi świętych z całej historii chrześcijaństwa i odczytywała je z błyskiem w oku, wzbudzając – jak się domyślam – tumany śmiechu przed ekranami. I w ten sposób w naszej przestrzeni publicznej dokonał się swego rodzaju przełom. Oto w jednym z największych kanałów telewizyjnych, w samym środku sobotniego dnia, został w aurze pełnej bezkarności przedstawiony skecz, polegający na wyśmiewaniu największych męczenników chrześcijaństwa, bo pewnej piosenkarce wydało się bardzo śmieszne, że oni mieli takie komiczne imiona.
Cóż więc można powiedzieć? Chyba tylko tyle, że w większości współczesnych religii, Maria Peszek za to co zrobiła, została by po prostu zamordowana, a siedziba TVN, wraz z jej swoimi pracownikami i właścicielami, zwyczajnie spalona. Ale o tym akurat, jak się dowiedziałem z opisanego programu, wie może nawet i sam Marcin Meller. Natomiast ja myślę sobie o czymś innym. W tej samej telewizji TVN24, niedawno pokazała się informacja, że do czasu gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych został Barak Obama, coś takiego jak ekstremizm konserwatywny w ogóle nie istniało. Jeśli istniała prawdziwa wściekłość, to wyłącznie lewicowa. Ostatnio – prawdopodobnie częściowo w reakcji na pewne polityczne przesunięcia – coś bardzo niedobrego zaczyna się dziać. Na przykład niedawno, został zastrzelony lekarz dokonujący tzw. późnych aborcji. Coś się zdecydowanie dzieje.
Czy ktoś może wie, jaki jest powód, że ćmy tak bardzo lubią płonąć?


Z prawdziwą radością przypominam, że już w przyszłym tygodniu mamy targi w Krakowie, na których rozpoczynamy sprzedaż mojej najnowszej książki o ludziach z dziewiątego kręgu. Zapraszam serdecznie wszystkich.

środa, 23 stycznia 2013

Mam wielu znajomych gejów, czyli co komu po Marii Peszek

W którejś z ostatnich notek wspomniałem o pewnym swoim doświadczeniu, które przejawia się w tym, że raz po raz stają przede mną osoby, które próbują mnie przekonać, że one wśród swoich znajomych mają „wielu” księży, czy „wielu” gejów, i że w związku z tym, ich kompetencje związane z życiem czy to jednych czy drugich są nie do podważenia. Jak owe kompetencje wyglądają? Otóż najczęściej sprowadzają się one do głoszenia – z pełnym oczywiście przekonaniem o słuszności owych sądów – że zdecydowana większość księży nie przestrzega celibatu, a zdecydowana większość gejów to ludzie moralnie niezwykle wrażliwi i silni. Nie wspominając już o tym, że wspomniany gej i wspomniany ksiądz to bardzo często jedna i ta sama osoba.
Pisałem o tym swoim doświadczeniu, wyrażając jednocześnie opinię, że owi rzekomi specjaliści od księży i pederastów kłamią jak bure suki, a robią to wyłącznie po to, by swoją opinię, która jest niczym innym jak cytatem zaczerpniętym z doraźnej propagandy, wzmocnić czymś, co będzie robiło choćby tylko wrażenie realnego doświadczenia. Śmiałem się oczywiście z tego typu postępowania, a jednocześnie ani mi do głowy nie przyszło, że już za parę dni ja sam zrobię niemal to samo. Spróbuję mianowicie przedstawić pewną bardzo mi bliską tezę, podpierając się tego rodzaju argumentem. I to, wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie jak idzie o moje kontakty z księżmi, ale jak najbardziej gejami. Okropne, prawda?
Ja wiem, że temu, kto zna ten blog bardziej niż ot tak sobie, niełatwo jest w to uwierzyć, ale faktem jest, że syn mój wśród swoich najbliższych znajomych ma parkę autentycznych homoseksualistów, w dodatku parkę w sensie dosłownym. Homoseksualiści ci – jego kumple ze studiów – są do tego stopnia jego dobrymi kolegami, że jest bardzo prawdopodobne, że kiedy oni będą w końcu brali gdzieś na Islandii, czy w Danii swój pedalski ślub, młody Toyah będzie jednym z pierwszych zaproszonych gości, i nie będzie mógł nawet odmówić. I odwrotnie – należy też bardzo poważnie brać pod uwagę, że kiedy on w końcu będzie się żenił z tą swoją ukochaną, oni będą siedzieli wzruszeni, trzymając się za ręce w jednej z pierwszych ławek.
Czy dla mojego dziecka znajomość ta stanowi jakiekolwiek obciążenie? Absolutnie nie. Czy kiedy on się zorientował, ze ci dwaj stanowią parę, był w szoku? W żadnym wypadku. On, podobnie jak wszyscy inni zresztą, przede wszystkim o upodobaniach swoich kolegów wiedział od początku, oni się ani z nimi szczególnie nie afiszowali, ani też ich nie ukrywali, a więc sprawa od początku była traktowana w sposób absolutnie naturalny. Co do tak zwanych sympatii natomiast, powiem wręcz, że on ich, jako swoich świetnych kolegów, bardzo lubi, i ile razy o nich opowiada, to w najgorszym wypadku z bardzo życzliwym rozbawieniem.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że niedawno opowiedział mi mój syn, że jeden z tych jego kolegów-gejów trafił na piosenkę Marii Peszek o tym, jak to ona nie boi się iść ciemną doliną, bo jest jak zwierzę. Żebyśmy mieli pełną jasność, popatrzmy na fragment tego tekstu:

Pan nie jest moim pasterzem
A niczego mi nie brak
Pozwalam sobie i leżę
Jak zwierzę
I chociaż idę ciemną doliną
Zła się nie ulęknę
I nie klęknę


I proszę sobie wyobrazić, że kumpel mojego syna wysłuchał tej piosenki i dostał jasnej cholery. O co poszło? Otóż, jak sam powiada, dla niego religia, Kościół, wszystkie te przykazania i wszystko, co z nich podobno ma wynikać, jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. On ma to wszystko głęboko w nosie, a jego emocje ukierunkowane są na zupełnie inne rejony, natomiast on od zawsze przyznaje, że jest jedna „w tej całej religii” rzecz, która go pozostawia bezradnym, mianowicie słowa tego jednego psalmu; psalmu o tym, jak to on idzie ciemną doliną i zła się nie ulęknie, bo ktoś tam zawsze z nim jest. On jest w tym psalmie zakochany i uważa, że to co on mu przynosi, to jest coś, czego on nie jest nawet w stanie skomentować. Tymczasem przychodzi to dziwadło i całą tę ciemna dolinę stawia bez sensu na głowie. I w tak beznadziejnie bezmyślny sposób niszczy coś tak fantastycznie uniwersalnego.
Ktoś się zapyta, po co ja o tym piszę, i czemu ten temat akurat uznałem za taki ciekawy. Rzecz w tym, że w ostatnich tygodniach spotkałem się kilkakrotnie z opinią, że Maria Peszek swoim śpiewaniem próbuje dotrzeć do publiczności homoseksualnej. Że wprawdzie zwykli ludzie się z niej śmieją i szydzą, uważając ją za jakąś dramatycznie głupią maszkarę, natomiast dla gejów i lesbijek, zarówno jej sztuka, jak i całe emploi, stanowi bardzo atrakcyjną ofertę. I że wreszcie my tego nie jesteśmy w stanie pojąć, a to dlatego, że nasza narzucona przez Kościół homofobiczna perspektywa uniemożliwia nam dostrzeżenie całego piękna owej różnorodności i czegoś tam jeszcze.
W tej sytuacji, pomyślałem sobie, że napiszę ten tekst i ogłoszę publicznie, że wprawdzie ja osobiście nie znam żadnego ani pedała, ani lesbijki, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, ale ponieważ tego rodzaju znajomością chwali się mój syn, i o niej mi często opowiada, dochodzę do wniosku, że jeśli Peszek faktycznie liczyła na to, że jej pójdzie aż tak łatwo, coś się jej zdecydowanie musiało poprzestawiać w tej jej smutnej pale. Cokolwiek by bowiem o nich mówić, parę rzeczy jest niepodważalnych: oni przede wszystkim mają bardzo dobry muzyczny gust, a poza tym pewien szczególny rodzaj wrażliwości, i zarówno ów gust jak i owa wrażliwość, jeśli już mają się znaleźć pod wpływem tej ich tragicznej słabości, skieruje ich zainteresowania w stronę kogoś takiego jak Annie Lennox, czy Ellen DeGeneres, a więc ludzie sympatyczni, zdolni i piękni, a nie na tego głupiego potwora z Krakowa.

Nie wiem, czy koledzy młodego Toyaha czytają ten blog, ale jeśli tak, to niech potraktują to co niżej jako specjalną dedykację ode mnie dla nich. Wszystkich natomiast tego bloga przyjaciół tradycyjnie proszę o wspieranie go w dowolny sposób, a za każdy gest pozostaję do końca świata wdzięczny.

piątek, 12 października 2012

Jak ucywilizować pornografię i po co?

Gdybym jednym zdaniem miał powiedzieć, za co nie znoszę intelektualistów, to swoje uczucia określiłbym chyba w ten sposób, że mnie do szału doprowadza to ich święte przekonanie, że myślenie i prezentowanie wyników owego procesu w publicznych wypowiedziach, to wartość sama w sobie. Że sam fakt, że oni myślą i myśleniu temu dają upust w kolejnych oświadczeniach, jest dla nas wystarczającym powodem, by uznać ich za osoby wartościowe, a czasem wręcz bardziej wartościowe, niż ma to miejsce w przypadku tych, którzy na przykład wyłącznie czują.
Weźmy niedawny komentarz – odpowiednio zrecenzowany już zresztą na tym blogu – w którym Adam Michnik wyraził opinię, że przejęcie władzy w Gruzji przez jakiegoś Rosjanina jest dla Gruzji błogosławieństwem. Wbrew temu czego można by się było spodziewać, ja największych pretensji do Michnika nie mam o to, że on święcie wierzy w to, że Saakashvilli to faszysta, natomiast ten Rosjanin z Gazpromu, to człowiek który poprowadzi Gruzję do świata europejskiej cywilizacji. Ja do Michnika mam pretensje wyłącznie o to, że on tak naprawdę w nic nie wierzy, nic nie uważa, i nic nie twierdzi. Dla Michnika, a więc dla najbardziej klasycznego intelektualisty, jakim jest na przykład jakiś Ilg ze „Znaku”, czy Gowin z rządu, czy Śpiewak z uniwersytetu, to co stanowi pierwszą i ostateczną wartość jest to, że on się zastanawia. I że jeśli na przykład za jakiś czas okaże się, że nowe władze Gruzji w reakcji na jakieś protesty, zaczną do ludzi strzelać – czego, zauważmy, faszysta Saakashvilli akurat nie robił – albo kiedy wyjdzie na jaw, że kolejne wybory zostaną przez władze w sposób jednoznaczny sfałszowane, o czym Michnik był tak bardzo przekonany w swoich prognozach odnośnie Saakashvillego, jemu nawet nie drgnie powieka. On w pierwszej chwili najprawdopodobniej poczuje dreszcz emocji, że patrzcie państwo, jak to nasze wspaniałe umysły znów przegrały z kosmiczną materią, a następnie zacznie głosić potrzebę zmiany rządu w Gruzji.
Czy jemu będzie głupio? Czy on poczuje choć ślad niepokoju wobec tego co mówił wcześniej? Czy on następnym razem będzie bardziej zdystansowany w stosunku do tego, co mu się wydaje? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie. On tym bardziej będzie swoim pomysłom dawał realne świadectwo, i to zapewne w jeszcze bardziej niż dotychczas transparentny sposób. Dlaczego? No bo właśnie po raz kolejny okazało się, że warto myśleć i warto rozmawiać. Bo tylko w ten sposób dojdziemy do prawdy, do której nie dojdziemy, bo jej zwyczajnie nie ma. To co jest, to tylko rozum. Jak najbardziej wciąż niedoskonały. Czyż to nie piękne?
Otrzymałem wczoraj od naszego wspólnego kolegi LEMMINGA link prowadzący do „Gazety Wyborczej”, a w niej do wywiadu z jakąś psycholog oczywiście, która opowiada o tym jak to pornografia niszczy ludzkie umysły, i nie tylko umysły – a zwłaszcza dziecięce. Że do jej gabinetu przychodzą dzieci ośmioletnie i młodsze, uzależnione od pornografii właśnie. Owej psycholog nie znam, wydaje mi się, że jej nazwiska nigdy wcześniej na oczy nie widziałem, natomiast jestem niemal pewien, że ona jeszcze niedawno stała na czele krucjaty przeciwko wszystkim tym, którzy powszechnością pornografii się martwili i walczyli o jej delegalizację, i to najprawdopodobniej pod hasłem, że a cóż to szkodzi i że nikt nikogo do niczego nie zmusza. Dziś nagle i ona i najprawdopodobniej – z tego że akurat „Wyborcza” postanowiła nadać sprawie bieg, wnioskuję, że sprawa się robi modna – wiele zaprzyjaźnionych z „Wyborczą” środowisk uznali za stosowne przestrzec przed czymś, co każdy normalny człowiek wiedział już dawno temu. I oczywiście każdy normalny człowiek wie też, że w tej chwili to już jest tak zwana bułka po obiedzie. No bo co można zrobić, jeśli nasz cywilizacyjny rozwój i wszędzie głoszona wolność doprowadziła do tego, że najbardziej wulgarna pornografia jest dostępna za darmo w Internecie? Że aby oglądać sobie codziennie nowe w gruncie rzeczy gwałty, nie trzeba ani mieć pieniędzy, ani specjalnych sklepów, ani nawet specjalnie zaplanowanego dnia. To jest tu i teraz. Pod nosem. W dowolnych ilościach. W jakości HD. Jak mówię, kompletnie za darmo.
No i dzieci – oczywiście, że małe dzieci, bo starsze już są tak przez ową pornografie zdemolowani, że ona ich zwyczajnie nudzi – siedzą w tym Internecie i chłoną tę przemoc. A psychologowie dochodzą wreszcie do wniosku, że to im szkodzi. I pewnie nie byłoby w tym nic aż tak bardzo oburzającego, gdyby oto nagle w tym wszystkim nie pojawiło się lekarstwo. Jakaś oczywiście Milena – a ja sobie myślę, że całe szczęście, że nie Lorena – pyta naszą psycholog, co na to można poradzić. No i oczywiście rada jest. Rodzice powinni z dziećmi rozmawiać więcej o seksie. Powinno się dzieciom tłumaczyć, jak to jest z tymi sprawami, co jest co i co do czego służy, i jak to czy tamto działa. I że oczywiście te rozmowy powinny być prowadzone od najmłodszych lat. Tak, by kiedy dziecko będzie miało te swoje 8 lat, jeśli będzie oglądało pornografie, to bez specjalnych szkód. A zatem – edukacja. Tylko edukacja. I pani psycholog to wie. Jutro może się okazać, że z tą edukacją to jednak nie do końca wyszło tak jak miało wyjść, ale dziś sprawa jest oczywista. Należy rozmawiać.
Pewnie większość z czytelników tego bloga wie, kim jest Marcin Meller. Jest to dość powszechnie znany dziennikarz i celebryta, syn zmarłego już dziś ministra Stefana Mellera, kiedyś – a może i wciąż – redaktor naczelny „Playboya”. Otóż ja kiedyś miałem okazję słyszeć jego wypowiedź o tym, jak to u nich w domu zawsze wszyscy chodzili nago. Ojciec, mama i on. To był element codzienności. Pełna otwartość. Jak idzie o dom, w którym żyjemy ja, moja żona i nasze dzieci, nago się nie chodzi i nigdy nie chodziło. U nas też nie ogląda się pornografii, a co więcej, sam temat seksu nie jest absolutnie poruszany w bezpośrednich rozmowach. Powiem więcej. Jak mam tych paru znajomych, z nimi o seksie też się nie rozmawia, i to nie dlatego, że wszyscy jesteśmy jakoś szczególnie konserwatywni. Po prostu ten temat jest traktowany jak – przepraszam ewentualnych onanistów za porównanie – kupa, a więc coś najbardziej intymnego. U Mellerów w domu chodziło się goło. Mama, tata i mały Marcin.
Jak wygląda życie rodzinne pani psycholog z zalinkowanego mi przez LEMMINGA wywiadu i dziennikarki z „Wyborczej” – tego oczywiście nie wiem, ale mogę się domyślać, że nawet jeśli one nie obnażają się przed swoimi dziećmi, rodzeństwem, czy rodzicami, to z całą pewnością o tym seksie wciąż debatują. No bo w końcu bez przesady. Nałóg to rzecz niedobra, ale chyba nie będziemy ludzi pozbawiać podstawowych przyjemności? A ja sobie przypominam zamieszczony tu przez mnie zupełnie niedawno tekst, w którym – nie mając, przyznaję to, żadnych zawodowych kompetencji i doświadczeń – zasugerowałem, że dzisiejsza młodzież ponadpodstawowa dla seksu nie ma żadnego zainteresowania. Dla nich to co się liczy to oczywiście napić się i zapalić, ewentualnie coś wziąć, ale seks – bez przesady – w końcu ile można się patrzeć w tę dziurę? Napisałem to i wciąż mam mocne przekonanie, że tak się dokładnie sprawy mają. Dzieci, o których sobie rozmawiają dziennikarka z „Wyborczej” z ową wybitną psycholog, już dawno straciły zainteresowanie dla seksu. One patrzą na pornograficzny film i muszą się od razu czegoś napić, żeby się nie porzygać. Jak to widzi przepytywana przez „Wyborczą” psycholog? Proszę posłuchać:
Dziecko masowo ogląda treści pornograficzne, wcześniej i więcej o nich myśli, szybciej wprowadza w czyn. Takie treści mogą sprawić, że dziecko wcześniej podejmie inicjację seksualną, bo podniecenie i pobudzenie jest większe i informacji jest więcej”.
Ktoś się zapyta: A cóż w tym nagle takiego złego, że dzieci będą podejmować inicjację seksualną nieco wcześniej? O ileśmy mieli starannie otwarte oczy i uszy, dotychczas w tym nie było nic takiego złego. I nagle mamy stawiać jakieś bariery? A niby ile trzeba mieć lat, żeby zacząć współżyć i poznać kolejny urok tego świata? Na to, moim zdaniem, odpowiedzi są dwie. Jedna taka, że nagle jacyś intelektualiści doszli do wniosku, że to jest po prostu niedobrze i oni właśnie na to wpadli. Po prostu. Seks w zbyt młodym wieku, to nie to. Jest jednak opcja druga, i powiem uczciwie, że ona jest mi tu znacznie bliższa. Oni już wiedzą świetnie, że pornografia niszczy ludzką seksualność – i to niezależnie od tego, czy po domu chodzimy goło, czy nie, i czy seks traktujemy jak jedno piwo pod jedna fajeczkę, czy też nie – i że jeśli coś z tym nie zrobimy, to oczywiście prędzej czy później ludzkość szlag trafi. Ale to już na szczęście nie za naszego życia. Gorsze są szkody doraźne. Otóż, jeśli ta pornografia będzie puszczona aż tak luzem, upadnie cały przemysł, a to już są nasze czasy i nasze interesy. I tego nam nie potrzeba.
A zatem, Dziekuję oczywiście mojemu kumplowi LEMMINGOWI za ów link, bo to zawsze jest dobrze wiedzieć, co się w tych łbach dzieje. Natomiast, jeśli mam być szczery, to wszystko, co tam jest napisane uważam w równym stopniu za prawdę, co za pewną akcję, żeby to tak zwane powszechne dupczenie ucywilizować. Dla z jednej strony podtrzymania branży, a z drugiej z myślą o sukcesie kolejnej płyty Marii Peszek. Na przykład.

Wygląda na to, że wczorajszy apel trafił w kompletną próżnię. A zatem, proszę raz jeszcze o wspieranie tego bloga. Tak i tak i tak. Dziękuję.

wtorek, 30 września 2008

Polska

W dzisiejszych salonowych wpisach pojawił się tekst Jana Osieckiego - dziennikarza, zatytułowany Bal w operze http://osiecki.salon24.pl/95526,index.html. Podkreślam, że jest to tekst napisany przez dziennikarza, a nie przez jednego z publicystów-amatorów, takich jak ja, na przykład, żeby nikt nie myślał sobie, że każdy coś tam pisze, więc nie ma się czym przejmować.
Pan redaktor Osiecki, powołując się na rozmowę, którą jego macierzysty Newsweek przeprowadził z Adamem Bielanem, cieszy się, że prawdopodobnie z listopadowego balu u Prezydenta wyjdą nici, bo - wszystko na to wskazuje - nie dopiszą goście. Nie wiem, czy rzeczywiście goście nie dopiszą, czy może jednak nie będzie aż tak źle, ale to, że perspektywa fiaska prezydenckiego balu, red. Osieckiego cieszy, mnie nie dziwi, choć jego radości nie podzielam. Nie dziwi mnie, bo znam nastroje, orientuję się w sytuacji emocjonalnej , w jakiej znalazła się znaczna część społeczeństwa i myślę, że ten rodzaj nadziei nie jest niczym szczególnym.
Nie podzielam tej satysfakcji, ponieważ chciałbym, żeby bal się udał i myślę, że byłoby mi przyjemnie patrzeć, jak do Polski zjeżdżają przywódcy największych państw świata, żeby wspólnie z nami świętować obchody odzyskania przez Polskę niepodległości.
Oczywiście, chciałbym też, żeby inicjatywa prezydenta Kaczyńskiego spotkała się z odpowiednio powszechnym poparciem, bo głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, uważam go za świetnego prezydenta, jestem z niego dumny i - co naturalne - życzę mu samych sukcesów.
Ale jak mówię, głownie chodzi mi o to, że życzę wszystkiego najlepszego Polsce, bo w sposób być może często irracjonalny kocham mój kraj i jeśli dzieje mu się krzywda - tak jak ja ją widzę - to się martwię, a kiedy Polska odnosi sukcesy - to się cieszę. Cieszę się więc, jak polscy sportowcy zdobywają medale, uzyskują mistrzowskie tytuły, i leją wszystkich możliwych swoich konkurentów nie-Polaków. Nie interesuję się sportem jakoś szczególnie, niektóre konkurencje są mi kompletnie obce. Powiem więcej, czasem mam wrażenie, że związki sportowe, trenerzy, dziennikarze sportowi i całe to ‘sportowe' towarzystwo, to banda dziwnych ludzi z dziwnymi interesami, którzy mają tylko ten jeden cel, żeby zarabiać na sukcesach ludzi, choć często bardzo zdolnych, to równie często głupich i nieciekawych.
Jednak mimo to, kiedy polscy sportowcy wygrywają, cieszę się razem z tymi wszystkimi opasłymi działaczami. Cieszyłem się też kiedyś razem z Aleksandrem Kwaśniewskim i cieszę się też dziś razem z Donaldem Tuskiem, z których - jak może wiecie - ani jednego ani drugiego nie lubię. Cieszę się, bo kocham Polskę i chcę, żeby się jej wiodło na wszystkim możliwych frontach.
Mój stosunek do Polski jest tak emocjonalny, że, jak widzę, że gdzieś za granicą - choćby i w Niemczech - mówią dobrze o Polsce, albo kiedy się dowiaduję, że ktoś, kto nie jest Polakiem, przyjechał do Polski i był zachwycony, albo nawet kiedy oglądam zagraniczny film i widzę na końcowych napisach polskie nazwiska, to zwracam na to wszystko uwagę i jest mi miło. Na przykład zawsze mnie bardzo cieszyło, że Quentin Tarantino, albo Steven Spielberg zatrudniali w swoich filmach operatorów-Polaków.
Od czasu takich filmów, jak Brzezina, czy Panny z Wilka, które mi się niezmiernie podobały, nie lubię filmów Andrzeja Wajdy i w ogóle samego Andrzeja Wajdy za bardzo też nie lubię, ale bardzo chciałem, żeby dostał za swój Katyń - który, tak na marginesie, raczej mi się nie podobał - Oskara. Myślałem sobie, że byłoby nieźle, gdyby w tym Los Angeles mówili o Polsce i wiedzieliby, że Polska to nie byle co.
Takie to są relacje między mną a Polską.
Rozumiem jednak, że nie każdy musi być tak okropnie ‘polski', jak ja, a jeśli do tego dochodzi jeszcze polityka to w ogóle bywa różnie. Ktoś nie lubi Lecha Kaczyńskiego i myśli, że jeśli ten bal się nie uda, to ta porażka Prezydenta zapisze mu się na koncie, obniży jego notowania i ostatecznie Lech Kaczyński przegra kolejne wybory i będzie super. Ja oczywiście, na miejscu tych kibiców raczej bym liczył na swoje siły, bo - jeśli mogę na chwilę wrócić do sportu - zawsze jest lepiej wygrać, bo się jest dobrym, a nie dlatego, że ci drudzy się pochorowali, albo dzień wcześniej zapili i im piłka źle wchodziła. No, ale jak mówię, to rozumiem.
Jan Osiecki jednak, w pewnym momencie tego swojego salonowego wpisu, napisał coś więcej ponad to, że będzie frajda, jak bal nie wypali. Padły mianowicie takie słowa: Cóż, jaki kraj, takie obchody. Osiecki więc, jak można się domyślać, uważa, że te obchody skończą się dokładnie taką samą klapą, jaką klapą jest Polska. I dobrze!
Powiem szczerze, że mnie ten fragment bardzo zasmucił. Ja wiem, ze są ludzie na świecie, a w tym Polacy, którzy do Polski mają stosunek pogardliwy. Tu, w Salonie24, zdarza się, że pojawiają się komentarze, pisane przez ludzi, którzy kiedyś z Polski wyjechali i mieszkają na przykład w Niemczech, czy w Ameryce, którzy, kiedy myślą o Polsce, to natychmiast przychodzą im do głowy słowa takie jak ‘hołota', albo ‘nieudacznicy'. Ale, powiem uczciwie, że sądziłem, że oni już sobie z Polski pojechali, razem ze swoimi kompleksami i swoim rozżaleniem do Ojczyzny. A tu nagle, główna strona Salonu, i ‘czerwony' tekst i taki przekaz.
Myślę więc sobie, że jest w Polsce wciąż bardzo duża grupa ludzi, dla których ważniejsze od samej Polski jest to, co oni odczuwają w wymiarze politycznym. To nie jest tak, że oni Polski nie lubią, albo uważają, że Polska jest bardziej paskudna od - na przykład - Francji. Oni Polskę lubią, tyle, że są głęboko przekonani, że dopóki ‘ten kraj' (oni lubią używać tego rodzaju frazy) gości osobników, którzy nie spełniają ich politycznych wymagań, to jest ten kraj jakoś ‘niepełny'. Oni wierzą, że Polska ma naprawdę wielka szansę stać się fantastycznym krajem, krajem, z którego będziemy dumni, i za który nie będziemy musieli się wstydzić ani przed Niemcami, ani przed Duńczykami, pod warunkiem, że uda się Polskę oczyścić z tego wszystkiego, co nas brudzi politycznie.
Czyli, to co trzeba zrobić przede wszystkim, to wszystkie ‘mohery' należy umieścić w getcie, ‘toruński' kościół zamknąć, PiS zdelegalizować, Kaczyńskich i Ziobrę wsadzić do więzienia i wtedy dopiero będziemy mogli sobie urządzać bale, festyny, zabawy i spokojnie budować boiska dla młodzieży.
Piosenkarka Maria Peszek, niedawno w wywiadzie dla Dziennika (http://www.dziennik.pl/kultura/muzyka/article242574/Zwierzenia_chudej_suki.html) powiedziała tak mianowicie: „Są miejsca, w których trzeba opowiedzieć o indyku i praniu, w „Machinie" mogę zaapelować o zburzenie kościołów, a do was powinnam coś bardziej inteligenckiego wymyślić". Oczywiście, piosenkarka Peszek może nie znać tego fragmentu powieści Orwella, w którym Winston ma wrażenie, że kiedyś słyszał dzwony kościołów, ale nie wie, czy to był sen, czy prawda, ale wie, że coś mu się po głowie kołacze. Może też być tak, że ona nawet, gdyby czytała Rok 1984 i akurat ten fragment zapamiętała, nie uznałaby go za interesujący. Ale właśnie chodzi mi o coś takiego. Są ludzie, dla których rzeczy stają się ważne dopiero wówczas, gdy wokół się zrobi porządek.
Piosenkarka Peszek, w tym samym wywiadzie mówi coś jeszcze: „Zaczęłam pisać teksty w mrocznym czasie IV RP. Miałam wrażenie, że zakazano w Polsce radości, więc to była reakcja obronna". Wydaje mi się, że te słowa są jeszcze ciekawsze od refleksji na temat konieczności burzenia kościołów. Bo tu właśnie, jak w zwierciadle, odbija się cała ta filozofia, z którą mamy do czynienia i w dzisiejszym tekście redaktora Osieckiego i w wypowiedziach wielu innych ludzi, których spotykamy. Dla Marii Peszek, ten zły czas, kiedy bawić się zakazano, kiedy radość była przestępstwem, się już skończyły i ona teraz już może normalnie, jak zwykła polska dziewczyna, opowiadać o seksie i przyjemnościach z niego płynących. Dla Jana Osieckiego, widocznie, nie nadszedł jeszcze czas na zabawę i na bale. Wprawdzie czas bezpośredniej represji już minął i od roku jest jakby lepiej, ale wciąż krążą po tej naszej Polsce osobnicy niepewnego autoramentu i do czasu, jak ich się nie pozbędziemy, należy zachować powagę.
Jan Osiecki z pewnością jest polskim patriotą i on jest naprawdę dla tej swojej Polski uczynić wiele, ale jeszcze nie teraz. Teraz, to on najwyżej może kupić sobie płytę Marii Peszek i zadumać się przy dobrej muzyce na temat radości, wolności i na temat Ojczyzny.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...