piątek, 30 grudnia 2011

Pfizer vs. ZUS - remis ze wskazaniem

Pewnie i ze względu na wiek, ale też przez mało zdrowy tryb życia, korzystam z usług przemysłu farmaceutycznego również poza zwykłą kolejnością, wynikającą z tego, że, jak wiemy, każdy człowiek od czasu do czasu musi się pochorować. W moim wypadku owo korzystanie sprowadza się do regularnego kupowania czterech lekarstw, przy czym każde z nich ma za zadanie podtrzymywać moje funkcje życiowe na poziomie układu krążenia. Konkretnie chodzi o lekarstwa o nazwach Bisocard i Prestarium na nadciśnienie, Acard, jak mi się zdaje, przeciwko ewentualnym zakrzepom, i Sortis na obniżenie cholesterolu. Acard jest tani jak barszcz – jakieś 5 zł. za 60 tabletek – sprzedaje się go bez recepty i, gdyby tylko komuś zależało na tym, byśmy my Polacy nie padali zbyt często na zawał, chyba możnaby go nawet reklamować w telewizji, tak jak się reklamuje Rutinoscorbin. 30 tabletek Biscocardu kosztuje jakieś 12 czy 13 złotych, co akurat w moim wypadku składa się na około 30 zł. miesięcznie. Nienajlepiej jest też z Prestarium, bo tu już za 30 tabletek trzeba zapłacić co najmniej 25 złotych. Ponieważ tu jednak mam brać tylko jedną tabletkę dziennie, można to jakoś przeżyć. Niestety, jak widać, wszystko zliczone do kupy daje nam już nieco więcej, a mianowicie jakieś 60 miesięcznie.
I teraz pojawia się ten Sortis. Mówią mi zaufani specjaliści, że Sortis to naprawdę dobra rzecz. Nie jakieś gówno, które biednym, naiwnym durniom, najwidoczniej wyłącznie po to, by kiedy ich wreszcie szlag trafi, nie wiedzieli do końca, co ich dopadło, wrzuca pewien oazowicz z TVN-u nazwiskiem Zubilewicz, ale naprawdę porządny pfizerowski produkt pierwszej klasy. No i ten Sortis już niestety kosztuje. Kiedy zacząłem go brać, 30 20-gramowych tabletek kosztowało ponad stówę, później wszystko trochę staniało, natomiast okazało się, że jeśli będę kupował tabletki 40 gramowe i przegryzał je na pół, to mogę nawet płacić jakieś 70 zł. Z biegiem czasu te 70 zł. w niektórych aptekach zeszło do 50 i tak już zostało, co utrzymało moje miesięczne wydatki na lekarstwa na poziomie poniżej stu złotych.
I proszę sobie wyobrazić, że parę dni temu zaszedłem do apteki, żeby się zaopatrzyć w swoją kolekcję tabletek, i pani aptekarka zapytała mnie, ile ja tego Sortisu mam przepisane brać dziennie. Powiedziałem jej, że jedną 20 gramową tabletkę pod wieczór, ale ponieważ czterdziestki wychodzą taniej, od lat już kupuję czterdziestki i je sobie przegryzam na pół. I na to, ta miła pani zaproponowała, żebym nie przegryzał, tylko jednak kupował dwudziestki, bo wtedy wyjdzie mnie to pięciokrotnie taniej. W jaki sposób? A w taki oto, że od dłuższego już czasu jedno opakowanie dwudziestek kosztuje pięć złotych, a to spowoduje, że za dwumiesięczna kurację będę płacił nie 50 zł. ale 10.
Ja zdaję sobie sprawę, że wśród czytelników tego bloga jest dużo młodych i zdrowych, ale może też i starych, jednak równie zdrowych, osób, dla których temat lekarstw jest na tyle egzotyczny, że zwyczajnie nieinteresujący. Niewykluczone, że mniej jeszcze interesujący, niż czytanie fragmentów z „Vivy”, co może sprawić, że wszystko co napisałem powyżej, nie pozwoliło się im na tyle skoncentrować, by w ogóle zrozumieli, o co mi chodzi. Zapewniam jednak, że zmierzam do czegoś naprawdę poważnego, a w związku z tym proponuję, by się jednak skupić. Otóż chodzi o to, że firma farmaceutyczna Pfizer produkuje lek na zmniejszenie poziomu cholesterolu i sprzedaje go po 5 zł. – jak się domyślam, nie na zasadzie działalności dobroczynnej, ale tak by odpowiednio zarobić – tyle że w momencie gdy ma do czynienia z osobami bardziej, że tak powiem „cholesterolowo”, zaawansowanymi, każe im płacić już nie 10 zł, ani też 20 zł, ani nawet 30, lecz równe 50 z jakimiś groszami.
I nie ma też mowy, by kierunek tych kalkulacji był tu odwrotny. Że 1200 gramów Sortisu kosztuje 50 zł, natomiast z jakiegoś szczególnego powodu wyprodukowanie 600 jego gramów robi się nagle tak tanie, że można je sprzedawać po 5 zł. Nie wierzę też, by ni stąd ni z owąd, producenci tego leku doszli do wniosku, że te dwudziestki tak słabo idą, że trzeba obniżyć ich cenę aż tak drastycznie, żeby je jednak móc sprzedawać. Dla mnie sprawa jest prosta. Pfizer kalkuluje w sposób następujący: Wszyscy ci, których choroba wieńcowa nie złapała jeszcze za gardło na tyle, by się musieli fatygować do lekarza, skorzystają z życzliwych porad tego świętego człowieka z TVN-u, i dopiero po kilku latach tej kuracji, kiedy nagle dostaną pierwszego zawału i nie będą mieli już wyjścia, dostaną receptę na 60 czterdziestek miesięcznie i dopiero wtedy dadzą ludziom zarobić. Jak mówię – sprawa jest dramatycznie prosta. Wyprodukowanie tego Sortisu kosztuje grosze, natomiast na poziomie wstępnym Pfizer kooperuje z producentami jakiegoś ersatzu, którzy mu napędzają klientów na czterdziestki, a on im za to pozwala funkcjonować na rynku, i dopiero wtedy, gdy sprawa się robi poważna, informuje swoich klientów, że ponieważ sytuacja jest poważna, poważna też musi być cena. Oczywiście może być też inaczej, a ja nie wiem jak, natomiast w zyciu nie uwierzę, że Pfizer handluje swoim towarem poniżej ceny.
Wychodziłem z apteki uzbrojony w tę swoją nową wiedzę i od razu przy wejściu zostałem zaczepiony przez jakieś dziecko z Radia Katowice z mikrofonem w dłoni, które chciało wiedzieć, czy znam sprawę kontrowersji w sprawie mającego obowiązywać od nowego roku systemu refundacji leków, i że skoro znam, to co na ten temat mógłbym do mikrofonu powiedzieć. Opowiedziałem więc historię z Sortisem i w nawiązaniu do tego zaproponowałem, by się tą całą awanturą z refundacjami za bardzo nie przejmować, ponieważ przede wszystkim nic na ten temat tak naprawdę nie wiemy, a poza tym owe refundacje – bez względu na to, jaka myśl za nimi stoi – to zaledwie drobny ułamek tego całego przekrętu, jaki połączone siły legislatorów, farmaceutów i właścicieli aptek na nas przeprowadzają. Że ja nie jestem w stanie ocenić decyzji ministra Arłukowicza, ponieważ nie mam najmniejszego pojęcia, czym on się zajmował od momentu jak wlazł do swojego nowego gabinetu, z kim się przez ten czas spotykał, co z kim ustalał i za ile. I że wreszcie, cokolwiek tu wspólnie wymyślimy, nasza sytuacja, jak idzie podtrzymywanie przy zyciu, pozostanie dokładnie taka sama. Ci co już mają umrzeć – umrą, a ci, z których jeszcze da się coś wyciągnąć – jeszcze trochę pożyją. A jeśli przemysł farmaceutyczny któregoś dnia stwierdzi, że liczba ich klientów zaczyna raptownie spadać, to albo coś zrobi, żeby ludzie zaczęli trochę więcej chorować, albo żeby przestali w takim tempie umierać. A jeśli, nie daj Boże, okaże się, że sprawa zrobiła się tak skomplikowana, że samą dystrybucją lekarstw wszystkiego załatwić się nie da, zawsze będzie można wysupłać trochę gotówki na opłacenie tak zwanych „podmiotów zewnętrznych”, choćby ZUS-u, który z kolei, jak wiemy, ma jeden jedyny interes – by maksymalną długość życia każdego obywatela skrócić do 60 lat. A tu już pole do działania jest wręcz nieskończone.
Oczywiście mówiłem do tego mikrofonu to wszystko, ani przez moment nie mając nadziei, że moje słowa gdziekolwiek dotrą, no ale gadałem, bo wierzę, że słowo staje się ciałem nawet na tak marnym poziomie jak ten. I w rzeczy samej, to biedne dziecko w końcu mi podziękowało i pożyczyło zdrowia, a ja sobie pomyślałem, że gdybym jechał tramwajem, to by mi pewnie nawet ustąpiło miejsca, co mi się niestety coraz częściej zdarza.
Ale tak to już jest z nami starymi dziadami. Jedyne co tu jest pocieszające, to to, że jeszcze od czasu do czasu potrafimy się odwinąć, i trafić jednego z drugim bydlaka dokładnie między oczy. Dla dobra wspólnego.

Już niedługo, bo w przyszłym tygodniu, książka o liściu będzie do kupienia w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3-maja na przeciwko VIII LO. Szczerze zachęcam, no a jak ktoś ma zbyt daleko, to wciąż pozostaje sklep Coryllusa. Blisko. O jedno kliknięcie w tę piękną okładkę po prawej u góry. Niezmiennie też proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Dziękuję.

czwartek, 29 grudnia 2011

O kurwach, idiotach i czarnym libido

Pisałem już o tym w poprzedniej notce, ale ponieważ, jak wiemy, pewne spostrzeżenia są tak intensywne, że nie sposób ich potraktować z lekceważeniem, wychodzi na to, że trzeba będzie się powtórzyć. Otóż, jak idzie o mnie, odkryłem właśnie, że jeśli mój plan odcięcia się od świata opanowanego przez System zostanie zrealizowany w taki sposób, w jaki sobie to zaplanowałem, ten blog będzie musiał przestać istnieć. A to z tego powodu, że zwyczajnie nie będę miał o czym pisać. I pomyśleć, że tak niewiele trzeba było, by odkryć ten fakt, jak jedno głupie wydanie tygodnika „Wprost”, a konkretnie osoby niejakiego Lejba Fogelmana – żyda i aspirującego celebryty.
Ciekawa w sumie sprawa z tym Fogelmanem. Rozmawiałem dziś o nim trochę z naszym kolegą Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że ów Fogelman prawdopodobnie już niedługo otrzyma w TVN-ie swój talk-show, gdzie będzie rozmawiał ze znanymi gwiazdami – jak powiedzmy Katarzyna Glinka, o której tu jeszcze będzie mowa – w kontekście polskiego antysemityzmu, lub tego, jak to Polska jest widziana z Nowego Jorku, czy z Londynu. Program będzie się nazywał na przykład „Nie-koszerny talk-show”, a Lejb Fogelman będzie popijał sok pomarańczowy i zabawiał publiczność. Ale może być też jeszcze inaczej. Lejb Fogelman nie będzie miał swojego autorskiego programu, natomiast razem z Tomaszem Terlikowskim będą rozmawiać o polskim katolicyzmie, lub o aborcji, a wszystko pod tytułem „Żyd i Talib w jednym stali domu”, czy coś w tym kierunku. Wszystko jedno. Obojętne. Ważne jest to, że za swoje najświeższe zasługi dla III RP, Fogelman dostanie tę robotę, a jeśli ktoś jeszcze przy okazji coś zarobi, to tym lepiej.
Pozwoliłem sobie na dygresję, jednak nie da się ukryć, że choć prawdziwy temat dzisiejszej notki nie jest w żaden sposób związany z Fogelmanem, to jest on w pewnym sensie kontynuacją moich refleksji będących bezpośrednim skutkiem owego gwiazdkowego prezentu w postaci paru kolorowych magazynów. Nie będę dłużej utrzymywał czytelników tego bloga w ich niepewnym zawieszeniu i przejdę od razu do Glinki. Jednak najpierw – znów, niestety, dygresja – mały wstęp. Oprócz ostatniego wydania magazynu „Wprost”, w naszym domu pojawił się dwutygodnik „Viva”. Pisałem niedawno dość o „Vivie” a konto bardzo dobrego filmu „Social Network” o Facebooku, w bardzo porządnym dwudyskowym wydaniu, który niespodziewanie dołączony został do owej „Vivy” za zaledwie 30 zł. Wspomniałem o tym filmie, bo w żaden sposób nie potrafiłem zrozumieć, w jaki sposób wydawcy „Vivy” znajdują interes w tym, by rozdawać tę swoją gazetę niemal za darmo. Obiecał mi to wytłumaczyć nasz kolega LEMMING, ale ponieważ ostatnio jest bardzo zajęty, wciąż na to objaśnienie cierpliwie czekam. Tym razem „Viva” pojawiła się pod naszą choinką bez filmu, ale za to za jedyne 99 groszy – „Specjalnie na Święta! 0.99 zł.” I problem tej szczególnej dobroczynności odżył na nowo.
Patrzę na tę śliczną kolorową okładkę, a tam jakaś czarnowłosa lalunia w ciąży, w czerwonej sukni i z uwodzicielskim spojrzeniem i tekst: „Synek już w drodze! Katarzyna Glinka o ciąży, macierzyństwie, małżeństwie. I co dalej z jej karierą?” Przyznaję, ze nie mam pojęcia, kim jest Katarzyna Glinka. Co jeszcze ciekawsze, kim jest ta Glinka, nie wie nawet moja żona, która wie wszystko, natomiast moja starsza córka, którą mam tu w tej chwili pod ręką, najpierw powiedziała, że ją zna, bo to jest wybitna polska siatkarka, ale następnie zmieniła zdanie, bo sobie przypomniała, że „jej” Glinka ma na imię Małgorzata, a nie Katarzyna, i zostaliśmy z tą okładką i naszymi bardzo już indywidualnymi refleksjami. Jak idzie o mnie, patrzę na tę Glinkę, zastanawiam się, kim ona jest – czy piosenkarką, a może aktorką, czy ewentualnie żoną jakiegoś Glinki, a może wnuczką niegdysiejszego Mariana Glinki – a przede wszystkim zastanawiam się nad tą złotówką bez jednego grosza. Co to za biznes? Co to za geszeft? Kto zna odpowiedź? Może Lejb Fogelman?
Pozostaje więc już tylko poszukać jakiegoś bardziej stałego gruntu. Obok mamy zatem Jarosława Wałęsę i Ewelinę, a wyżej Roberta Kozyrę – postać zajmująca swoje zaszczytne miejsce na tym blogu – i jego refleksje na temat Georga Michaela i stanu jego zdrowia. Ponieważ Jarosław Wałęsa jest dla mnie dokładnie tak samo ważny jak jego Ewelina, natomiast Georga Michaela uważam za wielkiego artystę, a jego piosenkę „Last Christmas” za jeden z tak zwanych evergreens, i to w dodatku niemal najbardziej ‘ever’, postanawiam zajrzeć do Kozyry. I proszę uprzejmie. Okazuje się, że George Michael, jako histerycznie nieumiarkowany homoseksualista, zapadł na AIDS, a w ramach tego AIDS na ciężkie zapalenie płuc. Robert Kozyra poświęca temu nieszczęśnikowi cały długi tekst, a w nim informuje, że „nie jest tajemnicą, że George ma duże libido i lubi przygodny seks”. „Nie należy też jednak zapominać”, że George Michael to człowiek, który nawet kiedy się snuje po publicznych ubikacjach, „bez żadnych zahamowań” mówi, co myśli o sprawach ogólnych, w tym również o politykach. „O Margaret Thatcher powiedział: ‘Głupia krowa, która wielu zniszczyła życie’. Tony’ego Blaira sparodiował w teledysku do ‘Shoot The Dog’ jako pieska Busha, który robi wszystko, co każe jego pan. Busha z kolei przedstawił jako idiotę”. Dobra wiadomość jest taka, ze mimo ciężkiej choroby George jednak dojdzie do siebie i, na poziomie czysto ludzkim, będzie Kozyrze dalej prezentował swoje libido, a w wymiarze intelektualnym nam wszystkim swoje opinie na temat polityków.
Jeśli jednak ktoś myśli, że za te 99 groszy nic więcej poza Glinką, młodym Wałęsą, Kozyrą i Georgem Michaelem nie dostaliśmy, jest w dużym błędzie. Otóż okazuje się, że 24 listopada w Warszawie odbył się pokaz kolekcji La Mania. Osobiście, podobnie jak nie wiem, kim jest Glinka, nie wiem też, co to jest kolekcja La Mania, ale ze zdjęć zamieszczonych w najnowszej „Vivie” wynika niezbicie, że to jest nie byle co. Przynajmniej jak na polsko-ukraińskie standardy. Proszę posłuchać:
Galeria Zachęta, Arkady Kubickiego. Joanna Przetakiewicz zawsze wybiera ekskluzywne miejsca na pokazy. Teraz właścicielka marki La Mania zaprosiła gości do Sali Marmurowej w Pałacu Kultury i Nauki. ‘Czwarty element’, bo taki tytuł miała kolekcja inspirowana filmem Luca Bensona ‘Piąty element’, oglądały nie tylko panie. W pierwszym rzędzie zasiedli: partner Joanny Przetakiewicz Jan Kulczyk, Jan A.P. Kaczmarek, Waldemar Dąbrowski. Zaśpiewała światowej sławy śpiewaczka Aleksandra Kurzak, a wirtualnym gościem jak zwykle był Karl Lagerfeld. Właścicielka marki Las Mania przyjaźni się z projektantem i na każdym pokazie podkreśla, jak bardzo ją wspiera. Na La Manię – w zwracającym uwagę naszyjniku – przyszła Monika Olejnik, szefowa modowej marki Deni Cler Milano Katarzyna Niezgoda wystąpiła w niezwykle twarzowej krwistej czerwieni, a w beżach, jak zawsze stylowa, Małgorzata Socha. Joanna Przetakiewicz pokazała się w oryginalnym, mocno nasuniętym na oczy toczku – widać właścicielka La Manii lansuje modę a la Philip Treacy. Toczek, tyle że z długimi piórami, włożyła również spiewająca gwiazda Aleksandra Kurzak. Co do nowej kolekcji – zachwycała feerią barw, zwiewnością i, jak twierdzi Agnieszka Szulim, prezentowana była przez wyjątkowo ładne modelki. A po pokazie goście delektowali się… mrożonymi jogurtami”.
A więc Glinka, Kurzak, Niezgoda, Socha, Szulim, a oprócz nich jeszcze: Eric Stępniewski, Halina Mlynkova, Paulina Sykut, Ada Fijał, Marta Krupa, Marta Grycan i Bogna Sworowska – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Proszę słuchać uważnie. Obok pokazu La Mania odbyła się w Warszawie inna impreza, zatytułowana Spotkanie Swisslove:
Szczęśliwi czasu nie liczą. Ale ci którzy przyszli na trzecie spotkanie SwissLove, chętnie by go policzyli… na najlepszych zegarkach na świecie. Butiki Swiss mają w portfolio prestiżowe zegarkowe marki. Okazało się, że w nadchodzącym sezonie najmodniejsze będą te w kolorach czekolady i wanilii. Na spotkanie przybyły między innymi projektantka i ambasadorka marki Bulova Izabela Łapińska oraz Justyna Steczkowska (w sukni od Łapińskiej i w zegarku marki Bering na ręce). Goście pospieszyli oglądać jesienno-zimową kolekcję i delektować się waniliowymi i czekoladowymi przysmakami”.
I proszę. Oto przed nami: Agata Załęska, która „zastąpiła Katarzynę Pakosińską w Kabarecie Moralnego Niepokoju”, Waldemar Dąbrowski „z Diageo”, Jolanta Raszyńska, „fanka sukienek od Łapińskiej”, Katarzyna Grochola, która „pracuje nad nowym wizerunkiem”, Jolanta Borowiec z Polsat Cafe i Jarosław Szado – choreograf mody.
I to wszystko za marne 99 groszy!
Ktoś mi powie, że to przede wszystkim nic ciekawego, a poza tym się powtarzam, bo tekst o folklorze polsko-ukraińskim już tu był i sprawa jest zakończona. Otóż możliwe, że to nie wszystko jest nie jest zbyt ciekawe, natomiast nie zgadzam się, że sprawa jest zakończona. Nie jest zakończona choćby z tego względu, że wszystko jest w ruchu i wszystko trwa. I wcale niekoniecznie musi chodzić o to, że od czasu, gdy ostatni raz zajmowaliśmy się tym wieśniactwem, pojawił się drugi Waldemar Dąbrowski i jest ich tam teraz dwóch. Chodzi o to, ze ostatnio bardzo przyspieszył również świat zewnętrzny i oba te światy zaczynają błyskawicznie odjeżdżać. Jeden reprezentowany przez bandę tych kretynów z jednej strony szyby, a drugi przez tę nędzę, która została z tej strony i z przylepionymi do szkła nosami wpatruje się w te światła. Jak ci Świadkowie Jehowy, co wiedzą, że są i tak poza zbawieniem, ale liczą że przez tę wiarę przynajmniej zostaną w pamięci owego szczególnego Absolutu.
Czytałem dziś gdzieś pełne radości doniesienie, że jednak kryzys nas nie rusza, bo Polacy jeszcze nigdy tak dużo nie kupowali jak kupują w ostatnich tygodniach. Że produkcja leci pełną parą, sklepy pękają w szwach, pieniądz przechodzi rąk do rąk, i że – jakie to śmieszne! – to pewnie dlatego, że nikt nas nie uprzedził, że jest kryzys i że trzeba oszczędzać. Szczególnie dobrze, jak słyszę, idą telewizory. Nawet brytyjski „The Economist” nie może się nadziwić, jacy my Polacy jesteśmy hardzi. Ale obok tej informacji pojawia się następna – największe sukcesy odnotowują banki. Żaden sektor gospodarki nie dokonał takiego przyspieszenia. W 2010 roku banki zarobiły na nas prawie18 procent więcej niż w roku poprzednim, natomiast w tym roku już niemal 40 procent więcej niż w roku 2010. I to mnie nie dziwi. Wystarczyć rzucić okiem na te kolejki w samych bankach, a później w sklepach. To prawda – Polacy nie dali się zwieść alarmistycznym nastrojom wysyłanym przez głupią opozycję. Nas kryzys nie dotyczy. I bardzo dobrze. Bo, jak wiemy, najgorsza jest panika.
Przepraszam bardzo, ale zanim dostanę cholery i zacznę złorzeczyć, znów spróbuje się poratować cytatem. Tym razem jednak już nie „Viva”, lecz tvn24.pl. I nim też zakończę ten dziwny tekst. I już tylko mam nadzieję, że ktoś kiedyś za to odpowie:
Kryzys - to słowo w mijającym roku odmieniano przez wszystkie przypadki. Jedni twierdzą, że dopiero stuka do naszych drzwi od Zachodu, drudzy, że już u nas jest i w przyszłym roku się zadomowi na dobre. Jest też wielu takich, którzy twierdzą, że Polski się on w ogóle nie ima.
Dowodów na to, że kryzysu w Polsce – przynajmniej na razie – nie ma, jest wiele. Firmy należące do znanego inwestora, Zbigniewa Jakubasa, w ubiegłym roku osiągnęły prawie miliard złotych przychodu i ponad 700 mln. zł zysku. Przez ostatnie dwa kryzysowe lata Jakubas awansował o 23 miejsca w rankingu najbogatszych Polaków, lądując na 15. miejscu.
- Był to rok na pewno bardzo udany i jeden z lepszych w mojej historii biznesu. Ja jestem optymistą co do polskiej gospodarki i na najbliższe dwa lata też przewiduję duże wzrosty w swoich firmach - mówi miliarder. Na potwierdzenie dodaje, że w sytuacji, gdy branża deweloperska zniżkuje - kupił za kilkaset milionów złotych tereny inwestycyjne nad Wisłą za gotówkę, bez kredytu.
Marek Goliszewski z Business Center Club: - Rok 2011 był rokiem dobrym dla przedsiębiorców. Świadczy o tym wzrost gospodarczy i to jest w dużej mierze zasługa zwiększonych obrotów firm, wychodziliśmy też z eksportem na zewnątrz. W sumie był to rok dużo lepszy, niż się spodziewaliśmy.
Jest branża, która wydaje się zyskiwać najwięcej. - Wielkim wygranym w Polsce jest sektor bankowy. Wyniki finansowe banków w 2011 roku są fenomenalne - mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. Potwierdza to Iwona Sroka, prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. - Mamy bardzo dobre wyniki banków. W sumie 15 mld zł to rekordowe zyski. Jeśli chodzi o branżę ubezpieczeniową, to również sytuacja jest bardzo korzystna ponieważ nie mieliśmy żadnych większych klęsk żywiołowych - tłumaczy.
- Kryzys europejski nie jest tak głęboki i straszny, jak ludzie sądzą. Są też inne dowody, że Polacy mantrą, w której jedynym członem jest słowo ‘kryzys’, mocno się nie przejęli. - Kryzysu nie ma tak naprawdę. Podoba mi się komentarz ‘The Economist’ sprzed jakiegoś czasu, że znowu Polakom zapomniano powiedzieć, że jest kryzys i w związku z tym konsumują, produkują i dobrze się bawią. To zjawisko bardziej psychologiczne i socjologiczne niż ekonomiczne - mówi Kazimierz Krupa, redaktor naczelny polskiej edycji magazynu ‘Forbes’.
Prof. Stanisław Flejterski, ekonomista z Uniwersytetu Szczecińskiego dodaje: - Jesteśmy jako Polska beneficjantami ‘kryzysu’. Ten nasz optymizm może wziął się z tego, że pamiętamy, jak to było ponad 20 lat temu, a było znacznie gorzej”.
I tak to własnie się nam plecie. Stępniewski, Goliszewski, Mlynkova, Flejterski, Jakubas, Sykut, Fijał, Arendarski, Sroka, Krupa, Grycan, Sworowska. No i sprawa najważniejsza, zapowiedziana na samym początku: dziecko Katarzyny Glinki już w drodze!

Serdecznie zachęcam do kupowania książki z wcześniejszymi tekstami z tego bloga, zatytułowanej pięknie “O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, która jest dostępna tuż obok po prawej stronie. Zapewniam że warto. Pod spodem też można znaleźć numer konta, na który bardzo proszę wpłacać cokolwiek kto ma luźnego. Bardzo dziękuję.

wtorek, 27 grudnia 2011

Lejb Fogelman - człowiek z koszerną busolą

Szczerze nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że w ostatnich tygodniach nabrałem obrzydzenia do korzystania z mainstreamowych mediów, i to nabrałem go w skali praktycznej. Praktycznej, czyli nie tak jak dotychczas, że oglądałem sobie telewizję, lub czytałem gazetę i ogarniało mnie to znane nam przecież wszystkim świetnie zmęczenie, o którym tak pięknie śpiewał Morrissey w piosence „Margaret On The Guillotine”: „Cause people like you/ Make me feel so old inside/Please die!” Mówię o obrzydzeniu, które odrzuca od samego początku. Pewnie, z jednej strony, taka dieta jest bardzo dobra, tak jak wszystko co zdrowe. Z drugiej jednak, z punktu widzenia tego bloga i potrzeb nas wszystkich, owa wstrzemięźliwość przynosi wyłącznie szkody, no bo o czym tu pisać, o czym rozmawiać, kiedy całe zło tego świata zostaje za drzwiami?
Tak się jednak stało, że tegoroczne Święta w pewien bardzo niezwykły sposób sprowadziły mnie na ziemię, i to wręcz z prawdziwym, poważnym hukiem. A poszło o prezenty. Nasz domowy zwyczaj jest taki, że przygotowując świąteczne prezenty, staramy się, by ich zawsze było jak najwięcej, a w związku z tym, ich ilość bardzo często przewyższa jakość. Kiedy więc te kilka rzeczy, o których każdy z nas sobie marzył, zostały już załatwione, nadchodzi czas na często niemal bezwartościowe drobiazgi, takie jak pudełko dropsów, najnowsza „Rzeczpospolita”, czy jakiś kolorowy tygodnik. Ja w tym roku od mojego teścia otrzymałem świąteczne wydanie „Wprostu”. Trochę to było z jego strony nieuczciwe, bo skoro pani Toyahowa jemu kupiła świąteczną „Politykę”, to on, wydawałoby się, powinien mi kupić – no, nie mówię, że od razu „Gościa Niedzielnego” – ale choćby „Uważam Rze”. Tymczasem dostałem to „Wprost”… no i mam, to co mam. W naszym przypadku Lejba Fogelmana, polskiego żyda, obecnie robiącego podobno niezwykłą prawniczą karierę w Nowym Jorku.
O tym Fogelmanie po praz pierwszy usłyszałem jeszcze przed laty, kiedy to Robert Mazurek, w ramach swojego cyklu „Rozmowa Mazurka”, wówczas jeszcze w „Dzienniku”, przeprowadził z nim niezwykle interesujący wywiad. To co było dla mnie tam interesujące, to przede wszystkim to, że ów Fogelman przedstawiał się jako dumny kolega z dzieciństwa obu braci Kaczyńskich, że wspominał ich z niezwykłą sympatią i że o Polsce mówił nie jak żyd, który ma do niej wyłącznie pretensje, lecz jak Polak, który ją kocha i szanuje. Pytany przez Mazurka o Kaczyńskich, opowiadał przede wszystkim, że Kaczyńscy tacy jakich on zna, nie mają nic wspólnego z Kaczyńskimi malowanymi przez oficjalną propagandę. Że on ich pamięta jako świetnych kolegów, dzielnych chłopców, wybitnych erudytów. W pewnym momencie wspomina Fogelman, jak to w roku 1968 razem z Kaczyńskimi był na jakimś studenckim obozie wojskowym i oni tam byli wśród tych „naprawdę nielicznych”, którzy protestowali przeciwko napaści bloku komunistycznego na Czechosłowację i „zachowali się bardzo godnie”.
I oto po latach zaglądam do magazynu „Wprost”, a tam znajduję coś co się nazywa „Alfabet Lejba Fogelmana”, w którym dokładnie ten sam Fogelman, co przed laty, opowiada o ludziach, których miał okazję – bezpośrednio i już mniej osobiście – poznać w swoim barwnym życiu, a więc i o prezydencie Obamie, o Franku Zappie, Jimi Hendriksie, z jednej strony, a Zbigniewie Zamachowskim, czy Borysie Szycu – z drugiej. No i w pewnym momencie pojawia się też nazwisko prezydenta Kaczyńskiego. I oto nagle okazuje się, że Fogelman, owszem, kolegował się z Lechem Kaczyńskim, kiedy chodzili razem do szkoły, tyle że już z Jarosławem nie bardzo. Ale nawet jeśli idzie o Lecha, to on nagle już nie wspomina go jako dzielnego, inteligentnego chłopaka o niesłychanej wręcz pamięci, choć owszem, bardzo dobrze pamięta ów obóz wojskowy. A było tak, że ponieważ Lech Kaczyński był zawsze kurduplem, jego wojskowy płaszcz był na niego tak bardzo za duży, że się za nim śmiesznie ciągnął. No i Lejb Fogelman miał w zwyczaju zachodzić go od tyłu i mu ten płaszcz przydeptywać. I wtedy najczęściej działo się tak, że Lech Kaczyński wywalał się na mordę i była kupa śmiechu. Takie wspomnienia.
Lejb Fogelman ze swoim kolegą z dzieciństwa spotykał się również w latach już ostatnich, kiedy Lech Kaczyński jeszcze żył i był prezydentem Polski, i dziś dla „Wprostu” opowiada, jak to zawsze borowcy mieli wielki kłopot, bo on nieustannie robił Kaczyńskiemu tak zwaną „mukę”. Sprawdziłem w Sieci, co to jest ta „muka” i okazuje się, że to jest taki mocny kuksaniec, jaki mają zwyczaj koledzy w szkole od czasu do czasu sobie dawać. A więc to jest dzisiejsze wspomnienie Lejba Fogelmana dotyczące Lecha Kaczyńskiego – ten kurdupelski płaszcz, ten pad na mordę i te kuksańce.
Ktoś zapewne zapyta, cóż takiego się stało, że wówczas Lejb Fogelman wspominał Lecha Kaczyńskiego z taką sympatią, a dziś uważa za stosowne wyłącznie z niego szydzić, i to najprawdopodobniej przy pomocy wyssanych z palca głupich kłamstw? Czy to możliwe, że jemu zmieniła się ta perspektywa wyłącznie dlatego, że w międzyczasie Lech Kaczyński został zamordowany w Smoleńsku i dla kogoś takiego jak Fogelman, ze szczególnych względów historycznych i kulturowych, tego rodzaju śmierć jest zwyczajnie obrzydliwa? Że tu mogą w grę wchodzić jakieś trudne dla nas do rozpoznania kwestie udręczonego sumienia? Nie sądzę. Moim zdaniem, Lejb Fogelman nie był szczery wtedy, kiedy udzielał wywiadu Mazurkowi, ale też nie jest szczery dziś, kiedy pisze na zamówienie Tomasza Lisa. Dla niego liczy się wyłącznie władza, zaszczyty i pieniądze – faktyczne i ewentualne. Mieszkał sobie ten Fogelman w Nowym Jorku i dowiedział się, że w Polsce prezydentem został Lech Kaczyński, człowiek z którym on kiedyś chodził do klasy. No i pomyślał od razu, że jest to dobry kierunek. W jaki sposób? Nie wiadomo, ale trudno, by tego przynajmniej nie spróbować sprawdzić. Dziś, kiedy Lecha Kaczyńskiego już nie ma, ten adres został z notesu skreślony, natomiast zamiast niego pojawiły się inne: Borysa Szyca i Zbigniewa Zamachowskiego. Teraz to oni są dla Fogelmana władzą.
I z mojego punktu widzenia, odbieram to jako bardzo dobry znak. Otóż, jak wiemy, żydzi zawsze – pomijając czasy współczesne, kiedy to oni sami tę władzę najczęściej sprawują – przylepiali się do tych, którzy akurat przy władzy mieli okazję być, i to na absolutnie wszelkich warunkach. Znamy tę prawdę zarówno z przekazów historycznych, jak i z literatury. Całkiem niedawno choćby wspominaliśmy tu „Nadberezyńców” Czarnyszewicza. Otóż była tam taka scena, kiedy z pewnego nieistotnego tu powodu miało dojść do szkolnej bitwy na kulki śnieżne między Rosjanami, a innymi dziećmi. Zanim cokolwiek się miało szansę zacząć, dzieci żydowskie natychmiast pobiegły do Rosjan i poprosili ich, by ich wzięli w niewolę. Że one nie chcą się bić, chcą być niewolnikami, a jak trzeba będzie, to oni pomogą Rosjanom prać Polaków. Oczywiście, dziś czasy mamy takie, że scena opisana przez Czarnyszewicza woła o pomstę do nieba, zarówno jako oczywiście historycznie z gruntu fałszywa, a poza tym wyrażająca nasz typowy polski antysemityzm. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet jeśli jest tak, jak nas naucza dzisiejszy świat, że żydzi są zaledwie takimi samymi ludźmi, jak my, tyle że może nieco zdolniejsi, Czarnyszewicz doskonale pokazał to, co zechciał nam zaprezentować Lejb Fogelman, a więc na czym polega żydostwo w ujęciu karykaturalnym. On w latach, gdy Lech Kaczyński był polskim prezydentem, gotów był oddać się w niewolę jemu, a kiedy tym prezydentem być przestał, oddaje się w niewolę tym, którzy – zgoda, że w sposób dalece symboliczny – tej prezydentury go pozbawili.
Co w tym jest takiego, że jestem skłonny traktować to jednak jako znak dobry? Otóż tak naprawdę nie chodzi nawet o samego Lejba Fogelmana. Z tego co on tam w tym swoim alfabecie pisze, wynika jednoznacznie, że on jest tak naprawdę nikim. Że to całe gadanie o tym, jak to on, czy może jego kancelaria, reprezentowała interesy Michaela Jacksona, to jakieś nic nie znaczące bzdety. Gdyby Fogelman choćby w jednym procencie był tak ważny, jak się przedstawia, przede wszystkim nie pieprzyłby o tym, że miał okazję kiedyś sikać obok Jimiego Hendriksa, lub znał przez chwilę kogoś, kto pieprzył Brigitte Bardot, lub miał okazję być jednym z mężów Michelle Pfeifer, bo takie historie każdego dnia może mi opowiadać córka pewnego mojego kolegi, która pracuje w pewnej bardzo ważnej londyńskiej firmie postprodukcyjnej i tego rodzaju kontakty stanowią dla niej chleb powszedni, tylko by się z tą Pfeifer sam ożenił. Jeśli natomiast Lejb Fogelman uważa za stosowne chwalić się czytelnikom tygodnika „Wprost” tym, że kiedyś zamienił parę słów z Angelą Jolie, to znaczy, że jest zwykłym dupkiem.
Dobra wiadomość, jaką uzyskałem z tego popisu tandety natomiast jest taka, że wszystko wskazuje na to, ze Lejb Fogelman, zmieniając swojego pana, przeskoczył z Lecha Kaczyńskiego na polskich celebrytów tak zwanego młodego pokolenia. W tym swoim alfabecie, obok Hendriksa i Franka Zappy, Fogelman wymienia – w kolejności chronologicznej – Andrzeja Chyrę, Szymona Majewskiego, Borysa Szyca, Kubę Wojewódzkiego i Zbigniewa Zamachowskiego, i o każdym z nich mówi, że to jego „kumpel”, lub „przyjaciel”. Natomiast jedynym autentycznie liczącym się politykiem, a więc kimś kto poza długami ma jeszcze jakieś perspektywy, jest jego „dobry znajomy” Janusz Palikot.
A ja sobie myślę, że jeśli to akurat, po śmierci Lecha Kaczyńskiego, jest polskie towarzystwo tak ustosunkowanego żyda, jakim jest Lejb Fogelman, to znaczy, że tu nie ma już nic. Dla niego nie jest nawet odpowiednim rarytasem prezydent Komorowski i premier Tusk. Widać przez to wyraźnie, że doszliśmy do dna czysto kamienistego. Niżej już zejść się nie da. Oto polskie elity. Szyc, Majewski i Chyra. Dla nas jest to sytuacja, kiedy można brać naprawdę wszystko. I może to zrobić dosłownie każdy, nawet poseł Hofman z europoslem Porębą. I myślę, że ów moment odzyskiwania Polski jest już bardzo bliski. Przed nami dobry rok 2012.

Niezmiennie zachęcam do kupowania książki o liściu. Jeśli ktoś wciąż jej nie ma, nie ma żadnego powodu, by się zastanawiać. Jeśli już ma, niech poleci ją swoim znajomym, a z pewnością zasłuży sobie na ich wdzięczność. Poza tym, ten blog wciąż potrzebuje pomocy finansowej, a więc jeśli ktoś ma jakiś luźny grosz, bardzo proszę o skorzystanie z podanego obok numeru konta. Dziękuję.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Gdy wrony sparszywiały

Im dłużej człowiek obraca się w dzisiejszym, nowoczesnym świecie, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że – tak jak to w popularnych dowcipach informowało Radio Erewań – lepiej już było. I to wcale nie koniecznie musi dotyczyć perspektywy osób reprezentujących pokolenie zstępujące, takich jak choćby autor tych słów, ale nawet ludzi znacznie młodszych, których dzieciństwo czy młodość przypadły na końcówkę PRL-u. Wiadomo oczywiście, że im kto starszy, tym większą ma skłonność do wspominania lat minionych, z pominięciem wszystkiego, co było w nich bolesne, czy choćby zaledwie niemiłe. Mam jednak wrażenie, że dzisiejsza Polska i w ogóle świat – oferując nam to co są w stanie zaoferować – tę tęsknotę wyłącznie wzmacniają. Nawet jeśli ma ona dotyczyć zaledwie końcówki lat 80-tych.
Osobiście mam naprawdę dużo powodów, by lata przed rokiem 1990 wspominać z autentycznie dużą sympatią. I zgadzam się, że część z nich jest bardzo subiektywna, wynikająca z tego, że wszystko mi się już w mojej starej głowie wyrównuje, a przez to oczywiście zawsze narażona na wyśmianie. Ale też nie mam żadnych wątpliwości, że równie znaczna ich część, to coś naprawdę mocnego i wcale nie tak łatwego do zbicia w uczciwej dyskusji. Weźmy choćby kwestię czasu wolnego, a więc czasu, który można poświęcić na wszystko, czego człowiek sobie zażyczy. Jestem pewien, że każdy z nas, kto tamte czasy pamięta, przyzna bez dyskusji, że za PRL-u tego czasu było znacznie, ale to znacznie więcej. Pamiętam, jak ja i inni moi koledzy, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, mieliśmy niekiedy w szkole okazję, czy to do narysowania, czy opisania na kartce w zeszycie, czy wreszcie do opowiedzenia własnymi słowami, jak to sobie wyobrażamy świat w roku 2000. I wspominam dziś, że w tych relacjach przede wszystkim zawsze wracała myśl, że w przyszłości nie będzie samochodów, pociągów, ani nawet samolotów, a zamiast tego ludzie będą podróżować takimi małymi rakietami. Ale również mieliśmy wtedy niemal pewność, że ponieważ pracę za ludzi przejmą maszyny, wówczas jeszcze zwane robotami – wtedy jeszcze o komputerach nie było nam nic wiadomo – przeciętny człowiek będzie pracował trzy, a maksymalnie cztery dni w tygodniu. Dziś, jak widzimy, cała ta prognoza wzięła w łeb, choćby z tego względu, że o rakietach w ogóle nie ma mowy, pociągi jeżdżą jeszcze wolniej niż wtedy, samochody stoją w korkach i poruszają się z prędkością od 0 do 15 km. na godzinę, a my pracujemy tak dużo i tak ciężko, jak nigdy dotąd. Do tego stopnia dużo i ciężko, że kiedy wreszcie przychodzi ten błogi moment bezczynności, to nie jesteśmy nawet w stanie myśleć, a co dopiero spędzać czas. Najwyżej w którymś z supermarketów.
Ktoś powie, że to jest demagogia, bo w komunie, przez ów nieustanny brak wszystkiego, zaczynając od kolorowych pism, a kończąc na Internecie, człowiek nudził się jak pies, i już tylko wył o to, by wyjechać choć na chwilę za granicę i poczuć ową świadomość, jak miło może upływać czas. Tyle że jest to oczywista nieprawda. Jeśli idzie o mnie choćby, to jeszcze jako dziecko, czy już młody człowiek, oczywiście nie miałem żadnego powodu, żeby siedzieć do trzeciej nad ranem i zajmować się rozrywkami – o ile oczywiście nie pojechałem do swojego kolegi Karola do Bytomia, żeby z nim pić, gadać i słuchać muzyki – ale jakoś nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narzekał na to, że jest mi nudno. A z pewnością nie robiłem tego częściej, niż zdarza mi się to dziś. Za to właśnie dziś rozmawiam ze swoim synem, który znów, po raz kolejny, zasnął po południu, wyrzucam mu tę dramatyczną stratę czasu, a on na to mi tłumaczy, że jego wszyscy znajomi śpią po południu. Dlaczego? Bo zwyczajnie tkwią w ciągłym niedospaniu. I o to właśnie tu chodzi. Ja chodzę spać po północy, bo szkoda mi wieczoru, a przy okazji życia, a oni śpią, ile razy chce im się spać.
Jak idzie o spędzanie czasu bowiem, życie w PRL-u, w porównaniu z tym, co mamy dziś, było zwyczajnie fascynujące i pełne różnorakich uciech, do których jakimś cudem nie był potrzebny ani telefon komórkowy, ani youtube, ani nawet pub w piątkowy wieczór. Ale, kiedy myślę o PRL-u, być może jeszcze mocniej, niż tę niezwykłą wręcz możliwość najpełniejszego spędzania wolnego czasu, odczuwam fakt, że ludzie którzy mnie otaczali, podobnie jak ludzie, których znalem wyłącznie z telewizji, czy z radia, w swojej większości robili intelektualnie znacznie lepsze wrażenie, niż to ma miejsce dziś. Oczywiście, i wtedy i dziś, pewien typ obywateli – na obu wymienionych poziomach – mógłby zostać określony zawsze i wyłącznie tym samym epitetem, czyli „dureń”, lub „agent”, no ale przecież nie mamy też żadnego powodu, by utrzymywać, że wtedy było pod tym względem gorzej. I durniów i agentów zawsze można było grabić jak jesienne liście. Czy wspomnimy tamtą panią z kasy biletowej na dworcu kolejowym w Radomiu, czy niejakiego Ubermana z Dziennika Telewizyjnego i zestawimy ich z kultowym już Andrzejem z Działdowa, czy Maciejem Knapikiem z TVN24, różnicy wielkiej nie znajdziemy, natomiast wystarczy porównać choćby Wojciecha Młynarskiego z tamtych czasów z Wojciechem Młynarskim dziś, by wiedzieć, co się z nami wszystkimi przez te wszystkie lata podziało.
Myślę zresztą, że Wojciech Młynarski akurat jest tu w istocie świetnym przykładem. I to ze względu na to kim był wtedy i kim jest dziś, jako człowiek i artysta, ale również – a może przede wszystkim – ze względu na to, co się stało z tymi wszystkim, którzy kiedyś go cenili, a jego piosenki traktowali jak swój głos, a i dziś go cenią i uważają za jakiś tam autorytet. Aby móc bardziej dokładnie przekazać, o co mi chodzi, pozwolę sobie tu przypomnieć tekst piosenki Młynarskiego właśnie, zatytułowanej „Ballada o wronach”. Proszę posłuchać:
***
W berżeretkach, balladach, canzonach
Bardzo rzadko jest mowa o wronach,
A ja mam taki gust wypaczony,
Że lubię wrony...
***
Los im dolę zgotował nielekką:
Cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie-
-a ja je lubię...
***
Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje,
Żadna wrona przez chwilę nie kryje,
Że dlatego na zimę zostają,
Że źle fruwają...
***
Ale wrona, czy młoda, czy stara,
Się do tego dorabiać nie stara
Manifestów ni ideologii-
-i to ją zdobi...
***
Gdy rozdziawią dziób, wiedzą dokładnie,
Że ich głosy brzmią raczej nieładnie,
Lecz nie wstydzą się i nie tłumaczą,
Że brzydko kraczą...
***
I myśl w głowach nie świta im dzika,
By krakaniem udawać słowika,
By krakaniem nieść sobie pociechę-
-i to jest w dechę!
***
Żadna wrona się także nie łudzi,
Że postawi ktoś stracha na ludzi,
Co na wrony i we dnie, i nocą
Czyhają z procą...
***
Wrony fruną z godnością nad rżyskiem,
Jakby dobrze im było z tym wszystkim,
I w tym właśnie zaznacza się wronia
Autoironia.
***
Nie udają słodyczy nieszczerze,
Mężnie trwają w swym szwarc-charakterze,
Nie składają w komorę zasobną,
Jak więcej dziobną,
***
Wiedzą, że, mimo wszystkie przemiany
Nie wyrosną na rżysku banany,
Nie zamienią się w kawior pędraki,
Bo układ taki...
***
Przypominam sobie dziś ten tekst, czytam go po raz kolejny, i zastanawiam się, czy Młynarski byłby w stanie go napisać dziś. I czy gdyby jakimś cudem był to w stanie zrobić, to czy ułożyłby go tak, by to przesłanie brzmiało właśnie w taki sposób, w jaki brzmiało wtedy. Ale zastanawiam się nad czymś jeszcze. Czy gdyby dziś Wojciech Młynarski napisał ten tekst właśnie tak, zawierając w nim dokładnie tę myśl, która go zdobiła wówczas, czy nad nim zachwycaliby się autorzy „Szkła Kontaktowego”, tak jak się dziś zachwycają nad wierszami Młynarskiego o tym, że Jarosław Kaczyński to bałwan i drobny dyktator. Ale też zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy tym tekstem i tą piosenką, gdyby ją w ogóle byli w stanie zrozumieć i polubić, zachwycaliby się ci wszyscy, którzy, tak jak ja i moi znajomi z młodości wtedy, tworzą dziś tak zwaną młodą miejską inteligencję, I we wszystkich tych wypadkach, mam na to odpowiedź jedną – nie. Ani bowiem Wojciech Młynarski nie napisałby dziś takiej piosenki – bo raz, że by zrobić tego nie potrafił, a dwa, że by nie chciał – ani w Szkle Kontaktowym by jej nie wyemitowali, ze względu choćby na fragment o „mężnym trwaniu w swym szwarc-charakterze”, zwłaszcza w sytuacji, gdy prokuratura postanowiła jednak się zabrać za Antoniego Macierewicza na poważnie, ani też ci wszyscy, którzy uchodzą za koneserów sztuki wysokiej i ambitnej, by jej nie mieli ochoty słuchać, bo nawet gdyby zrozumieli jej przesłanie – a może zwłaszcza wtedy – wiedzieliby, że to nie jest to, na co czekali.
Proszę spojrzeć uważnie na wspomniany przeze mnie tekst Wojciecha Młynarskiego z lat, kiedy on i jego słuchacze, byli jeszcze istotami rozumnymi. Proszę się w niego wsłuchać. Proszę spróbować się zastanowić, o czym on jest. I co on nam próbował powiedzieć wtedy, kiedy podobno nie byliśmy ludźmi wolnymi. I proszę wreszcie zauważyć, jak wiele się od tamtego czasu w Polsce musiało zmienić, by wszystko to, co wówczas, dla samego Młynarskiego i dla nas, stanowiło prawdziwą wartość, nagle stało się niepotrzebnym balastem. Bo tamte czasy, cokolwiek by o nich mówić, dawały nam wystarczająco dużo wolności – i to wolności prawdziwej – byśmy potrafili znaleźć w sobie wewnętrzną siłę, a na zewnątrz czas do tego, by myśleć, myśleć i myśleć. I to właśnie ta siła i ten czas pozwoliły nam zachować w sobie to człowieczeństwo, które następnie dało nam moc, by wszystko co wówczas było złe i fałszywe, odrzucić i stworzyć sobie szansę na lepsze. I niestety tę szansę zmarnowaliśmy. Jak najgorsze łachudry. Wstyd!

Święta już prawie za nami, dziękuję wszystkim za pamięć, życzenia i solidarną obecność. Zachęcam do kupowania książki z wcześniejszymi tekstami z tego blogu, zapewniam, że tak dobranymi, by czytało się je dobrze nawet po latach, i proszę o wspieranie tego bloga finansowo, pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 22 grudnia 2011

Sznurek i kulka, czyli Bóg się rodzi, moc truchleje

Kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego moje najmłodsze dziecko, kiedy jej to opowiadam, śmieje się ze mnie i informuje, że musiało mi się coś przyśnić i teraz już tylko miesza mi się fikcja z rzeczywistością. Nie rozumiem tego, bo przede wszystkim, moim zdaniem, dzieci powinny szanować swoich ojców, a nie wmawiać im, że mają pomieszane w głowie, a poza tym, moja historia, choć, owszem, dość szczególna – nieszczególnych, jak już czytelnicy tego bloga zauważyli, tu raczej nie ma – wcale nie jest aż tak egzotyczna, by trudno było w nią uwierzyć. A stało się tak, że jeszcze zanim zaczęła się ta zima na dobre, a więc zanim spadł pierwszy śnieg, któregoś ranka, jak zwykle, poszedłem z urodzinowym psem wspomnianej już mojej córki do parku na spacer. Jak mówię, śniegu jeszcze nie było, natomiast zrobiło się już zdecydowanie zimniej, i na trawie, na drzewach i na ławkach leżał szron. Pewnie dlatego, że było dość zimno i jakoś ponuro, park był raczej pusty i w polu widzenia mieliśmy właściwie tylko siebie. On mnie, a ja jego.
Kiedy w parku jest pusto, uczucia mam mieszane. Z jednej strony, cieszę się, bo wiem, że mogę bezpiecznie spuścić psa ze smyczy, nie ryzykując, że jego nieskończenie przyjazna natura każe mu potraktować inne osoby jak najbliższych przyjaciół, i tym samym wprowadzić mnie w stan poważnego zakłopotania. Gorzej, że nie ma ładnych dziewcząt z psami, z którymi można pogawędzić, a przecież dla kogoś w moim wieku, okazja do zamienienia paru uprzejmych słów miłą dziewczyną, stanowi zawsze bardzo sympatyczną odamianę. Zresztą, wcale nie musi chodzić tylko o dziewczyny. Nie wiem, na ile jest to wiedza powszechna, ale fakt jest taki, że ludzie, których spotkać można w parku przed południem, kiedy spacerują ze swoimi psami, to w ogóle najczęściej bardzo mili ludzie. A więc, kiedy się od czasu do czasu kogoś spotka, bywa dobrze.
Tym razem, jak mówię, w powietrzu było zimno, wszędzie dookoła leżał szron, powietrze zanurzone było w lekkiej mgle, a wokół nie było nikogo. W pewnym momencie w oddali zauważyłem chłopca z psem. Mówię „chłopca” na podobnej zasadzie, jak marszałek Ewa Kopacz mówi „chłopiec” o swoim idolu Palikocie, a więc jak ktoś, dla kogo w pewnym momencie życia nawet osoby już mocno dorosłe stają się wyłącznie chłopcami, czy dziewczynami. Ale, owszem, był to człowiek dość młody, z dużym, białym, kudłatym psem, możliwe że Husky. Szli sobie daleką alejką i wyglądali razem naprawdę bardzo ładnie. W pewnym momencie, chłopak zatrzymał się przy jednej z ławek i najwyraźniej zaczął coś na niej pisać palcem. To znaczy, oczywiście, nie po samej ławce – no bo jak? – ale po pokrywającym ją szronie. Po chwili ruszył dalej i zniknął nam z oczu. Przez chwilę jeszcze potarzaliśmy się po oszronionej trawie, obsikaliśmy parę patyków, a ja sobie pomyślałem, że pójdziemy w stronę tej ławki i zobaczę, co on tam uznał za stosowne nam powiedzieć.
Powiem uczciwie, że jako ktoś, kto zdecydowanie woli się trzymać z dala od wszelkich ekscesów, nie bardzo mam zaufanie do ludzi, którzy od czasu do czasu czują w sobie impuls, by wziąć i napisać coś na murze, czy w ogóle gdziekolwiek, na zasadzie opisanej wyżej. Nie wiem, z czego to wynika, ale wydaje mi się, że człowiek, który ma wszystko starannie poukładane w głowie i mniej więcej stara się kontrolować sytuację, nie znajduje w sobie potrzeby do tego typu pustych demonstracji. No bo co można napisać na murze? Zwłaszcza podczas porannego spaceru ze swoim psem. „CHWDP”? „Ruch psy”? „Kocham Monikę”? A może coś kompletnie niezrozumiałego, ale za to w jakimś oryginalnym bardzo kształcie, tak jak to robią młodzi hop-hopowcy? A więc szedłem w stronę tej ławki, z jednej strony z pewnym zaciekawieniem, a z drugiej – zdecydowanie bez większych nadziei. W pewnym momencie, pomyślałem nawet sobie, że coś mi się zdawało, i pewnie ten chłopak nic tam nie napisał. I proszę sobie wyobrazić, że wcale mi się nie zdawało. Na tym pokrywającym ławkę w moim parku szronie widniał, bardzo starannie, bardzo porządnie, równo i elegancko, wymalowany dużymi literami napis: „TUSK ZDRAJCA POLSKIEGO NARODU”.
Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili mogą się tu pojawić niemal wyłącznie dwie reakcje. Jedna, ze strony wszystkich tych, którzy premiera Tuska nie szanują i mają ku temu swoje jak najbardziej określone powody, polegająca na pełnym poparciu dla tego niezwykłego, w tych – że zacytuję klasyka – okolicznościach przyrody, gestu, a druga, ze strony tych wszystkich, którzy twierdzą, że, aby nazwać Tuska zdrajcą, trzeba najpierw mocno zwariować, z pełnymi tej wiary konsekwencjami. Jak idzie o mnie, to ja przede wszystkim, naturalnie, odczuwam w stosunku do tego chłopaka wyłącznie sympatię, niemniej, w pewien bardzo szczególny sposób, czuję też coś na kształt strachu. Zwyczajnego strachu. Bo, proszę sobie uświadomić, że, jeśli tylko zachowamy w sobie przekonanie, że coś takiego jak zdrada narodu w tych szczególnie posuniętych czasach w ogóle jeszcze istnieje, tak naprawdę stoimy wobec dwóch tylko możliwości. Albo Donald Tusk w istocie jest zdrajcą, a wtedy – szczególnie biorąc pod uwagę fakt owej nieprawdopodobnej wręcz bezsilności, w jakiej musimy się poruszać my wszyscy, w tym też wyżej wspomniany chłopak – to że on sporządził ten napis na szronie, nie dość że stanowi z jego strony gest słuszny i wierny prawdzie, to wręcz konieczny. Jeśli nie – to nie ma o czym gadać, a ten tekst jest kompletnie pozbawiony sensu.
Otóż ja uważam, że tak, Donald Tusk, ale także większość członków jego rządu – i tego i poprzedniego – większość dziennikarzy, większość publicznych i medialnie wpływowych osób, popierających projekt o nazwie Platforma Obywatelska, sam Prezydent i jego współpracownicy – to są wszystko zdrajcy polskiego narodu. I nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości. Wiem też jednak oczywiście, że dziś, gdy takie słowa jak wierność, miłość, prawda, uczciwość, oddanie, poświęcenie, wiara – możnaby wymieniać – praktycznie straciły swój pierwotny sens, również zdrada stała się czymś, co tak naprawdę nie wiadomo już, czym w istocie jest. A do tego jeszcze, nawet jeśli uznamy pojęcie zdrady za wciąż jakoś tam obowiązujące, to już z całą pewnością nie będziemy mogli się zgodzić z równie pierwotnym, jak samo to pojęcie, postulatem, by zdrada wobec Państwa i Narodu była traktowana jak najbardziej okrutna zbrodnia. No bo w końcu, czym jest Naród? Czym jest dziś Państwo?
Żyjemy w czasach rozpasanego tak zwanego humanizmu, gdzie człowiek jest bytem absolutnie najwyższym, a przez to właśnie, że jest bytem najwyższym i całkowicie niezależnym od wszystkiego co poza nim, ma prawo zarówno do swojej wielkości, jak i swojego upadku. W końcu, jak to wie każde dziecko, w życiu, jak to w życiu – raz jest z górki, raz pod górkę. Poza tym, jak wiemy z telewizji, ludzkie życie jest tak niezwykle skomplikowane, że w efekcie człowiek nie ma wpływu na nic, i jeśli zdarzy nam się coś nieoczekiwanego, często nie jest to nawet nasza wina, lecz wina zwyczajnego zbiegu okoliczności. W dzisiejszym więc świecie, jeśli nawet przyjąć, że taki Donald Tusk istotnie zdradził Polskę, to jest naprawdę wystarczająco dużo kar, w tym udzielenie mu obywatelskiej nagany, by nie trzeba było się uciekać do tak drastycznych rozwiązań, jak sznur na szyję, czy kula w łeb. Przecież on tak naprawdę jest tylko zwykłym człowiekiem. Tak jak my wszyscy. To zaledwie jeden z nas. Z żoną , dziećmi, przyjaciółmi, marzeniami… A tu nagle jacyś dziwni ludzie chcieliby go narażać na tak ciężką nieprzyjemność jak sprawiedliwa kara.
Otóż, z mojego punktu widzenia, sprawa jest bardzo jasna i czytelna. Przede wszystkim, nikt Donaldowi Tuskowi – podobnie jak jego ministrom, Arabskiemu, Sikorskiemu, czy Kopacz – nie kazał brać na siebie odpowiedzialności za sprawy tak poważne i kluczowe, jak losy Narodu i Państwa. Podobnie, każdy z nich miał okazję żyć w czasach, kiedy o Polsce mówiło się wyłącznie z należnym nabożeństwem, i jeśli każdy z nich nagle doszedł do przekonania, że to wszystko jest jednak strasznie nudne i głupie, to – przepraszam bardzo – ale nie ma litości. Jeśli oni wszyscy, jeszcze przecież nie tak dawno, mieli świadomość tego że obraz – jakże okropnie absurdalny – polskiego samolotu, gnijącego w przemieszanej z rosyjskim błotem polskiej krwi na obcej ziemi, bez należnej pamięci i należnego szacunku, jest czymś absolutnie horrendalnym, a dziś – z sobie tylko wiadomych względów – doszli do przekonania, że jest akurat wręcz odwrotnie, że to wszystko jest warte jedynie śmiechu, lub irytacji – to znaczy, że dla nich nie ma już litości. Dla nich należałby się najpierw już tylko porządny sąd, a potem sznur, lub kula w łeb. Choćby ze względu na pamięć o tych, co dla Polski, jeszcze w czasach podstawowych wartości, oddali życie.
No ale niech będzie, że czasy faktycznie się zmieniły. Że skoro nawet nie można jak należy powiesić zwykłego, okrutnego mordercy – bo albo na to nie pozwala nowa cywilizacja, albo niezgłębione serce Ojca Świętego – to trudno sobie wyobrazić, by świat miał się brać za jakichś Bogu ducha winnych bałwanów, których, czy to dzieje, czy też ich rozbuchane ambicje, rzuciły tam, gdzie oni dziś są, a gdzie jest i trudno i niebezpiecznie. No więc dobra - niech sobie używają swojego nędznego życia. Ale skoro tak, miejmy przynajmniej odrobinę zrozumienia dla ludzi – młodych, kurcze, bardzo – którzy wstają rano z łóżka, by wyprowadzić psa na spacer, idą z nim do parku, chodzą sobie między drzewami, krzakami i alejkami, i nagle – być może wyłącznie po to, by im z tego wzruszenia nie pękło serce – napiszą palcem na zaszronionej ławce słowa prostej, zwykłej prawdy.
Idą Święta. Następny tekst będzie dopiero w poniedziałek. Mam nadzieję, że wszyscy to zrozumieją. Raz że nie wypada, a poza tym – co widać, słychać i czuć – ja ostatnio nie mam sumienia, by pisać byle jak, i to mnie odrobinę spowalnia. Natomiast mamy jeszcze przed sobą kawałek czwartku i piątek. Gdyby ktoś miał ochotę i możliwości, bardzo proszę o wpłaty na podany obok numer konta. A ja obiecuję, że to wszystko zostanie wydane ze starannym pożytkiem. Poza tym, jest, jak zawsze, książka o liściu. Też obok. Zachęcam. To naprawdę dobra książka. Dziękuję i wszystkim życzę Wesołych Świąt Narodzenia Bożego.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Koniec jesieni

Wczorajszy dzień, podobnie zresztą jak cały miniony tydzień, został zakłócony przez śmierć Vaclava Havla. Pisząc „zakłócony” mam na myśli to, że wszystkie główne media informacyjne zmuszone zostały do udostępnienia części swojego czasu zmarłemu prezydentowi i związanych z jego osobą i działalnością wspomnieniom, przez co interesująca się polityką część naszego społeczeństwa nie mogła już w pełnym wymiarze uczestniczyć w przyspieszonym kursie na temat Jarosława Kaczyńskiego, jego życia i politycznej działalności.
Domyślam się, że z tego punktu widzenia, śmierć Havla stanowiła dla Sytemu i jego służb medialnych bardzo wielkie rozczarowanie. Ja wprawdzie nie wiem, dlaczego ostatnie dni są tak bardzo skoncentrowane na Jarosławie Kaczyńskim, podobnie zresztą, jak nie mam pojęcia, co takiego specjaliści od politycznej propagandy widzą i czują, a co kazało im skonstruować ową pętlę informacyjną obejmującą całe minione dwudziestolecie, z Jarosławem Kaczyńskim i rzekomo paloną przez niego kukłą Wałęsy na pierwszym planie, i nadawać ją bez przerwy od rana do wieczora, ale biorąc pod uwagę determinację, z jaką ten proceder był realizowany, domyślam się, że niespodziewana konieczność podzielenia czasu antenowego na dwa tematy musiała tych państwa bardzo dużo kosztować.
Inna sprawa, że – jak to często bywa – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Taki Vaclav Havel i jego polscy przyjaciele, w osobach Tadeusza Mazowieckiego, Jana Lityńskiego, Henryka Wujca, Janusza Onyszkiewicza, i paru mniej wybitnych osobistości, po długich dniach oglądania wykrzywionej nienawiścią twarzy Jarosława Kaczyńskiego, na stan emocji przeciętnego obywatela z całą pewnością musieli zadziałać jak buteleczka pierwszego gatunku somy. Zwłaszcza być może w momencie, gdy wspomniany premier Mazowiecki zechciał nam aż cztery razy w jednej krótkiej wypowiedzi przypomnieć, wydawałoby się, że już przynajmniej od śmierci Andrzeja Szczypiorskiego zupełnie zużyte, pojęcie „autorytetu moralnego”. A więc kogoś, kto gra na kontrabasie, zna się z Mickiem Jaggerem, nienawidzi krawatów i lubi czasem sobie zakląć.
Swoją drogą, ciekawa sprawa z tym „autorytetem moralnym”. No bo, jak się zastanowić, to można nawet zgadnąć, w jaki sposób autorytetem, zwłaszcza dla młodzieży licealnej, jest ktoś taki jak Władysław Bartoszewski, czy Leszek Kołakowski. Może nie od razu autorytetem moralnym, ale autorytetem w ogóle. Oni są autorytetami, bo mają tytuły profesorskie – autentyczne, czy lewe – obojętne – a przez to są w najbardziej popularnie rozumianym sensie, „mądrzy”. Natomiast z mojego punktu widzenia, autorytet moralny to ktoś, kto powie coś na temat wartości i w ten sposób zmieni nasze spojrzenie na świat. Na przykład autorytetem moralnym z całą pewnością dla wielu był Jan Paweł II, kiedy to, całkowicie rewolucyjnie, wbrew wielowiekowej tradycji Kościoła zasugerował, że kara śmierci jest zbędnym barbarzyństwem i wielu wiernych pod wpływem tych słów zmieniło swój pogląd na tę sprawę. Bo skoro ktoś taki jak Papież tak mówi, to tak ma być. I kropka.
Oczywiście, niewątpliwym autorytetem moralnym jest też dla wielu ktoś taki jak Janusz Palikot, czy niejaki Rozenek – z którym, w ramach stałego, totalnego i systematycznego upadku, przeprowadził w miniony weekend wywiad Robert Mazurek – kiedy to mówią zgodnie, że bycie kurwą i publiczna defekacja są zajęciem równie honorowym, jak każde inne, i znaczna część zainteresowanych przyjmuje tę naukę jako swoją. Co do Vaclava Havla mam tu poważne wątpliwości. W jakim sensie on mógł być dla kogokolwiek autorytetem moralnym? No przecież z całą pewnością nie mogło chodzić o to, że był ateistą. Kiedy się mieszka w Czechach, to naprawdę nie jest wielka sztuka.
Niektórzy mówią, że wielką zasługą Vaclava Havla było jego wystąpienie we wrześniu 2007 roku w Krakowie, kiedy to podczas konferencji prasowej, mocą swego autorytetu właśnie, zażądał od Polski, by rozpisała wcześniejsze wybory, i na wypadek, gdyby Kartofle (po niemiecku Kartoffeln) próbowały jakiś szachrajstw, zaprosiła międzynarodową grupę obserwatorów, którzy odpowiednio zadbają, żeby wszystko odbyło się jak należy. No ale, czy to rzeczywiście mogło świadczyć o tym, że Vaclav Havel był autorytetem moralnym? Nie sądzę. Ktoś powie, że może dla Tadeusza Mazowieckiego. Też nie. Jestem pewien, że Mazowiecki akurat to wszystko świetnie wiedział już wcześniej. Choćby od Adama Michnika. A więc jest jeszcze gorzej. Nie dość, że nie był Havel autorytetem moralnym, to nie był nawet autorytetem w sensie ogólnym, a więc kimś takim jak ja jestem dla moich dzieci, kiedy mówię, że mają poskładać gary i one to robią. On tu zdecydowanie przyszedł na gotowe.
Nieważne. Ważne jest to, że Vaclav Havel nie żyje i wszyscy bardzo przeżywamy jego stratę. Jest nam naprawdę przykro i wręcz nie wiemy, co powiedzieć. Jedyna pociecha, że w końcu wszyscy się z tego szoku jakoś pozbieramy i będziemy mogli wrócić do tych starych zdjęć z demonstracji roku 1992, kiedy to Jarosław Kaczyński, zamiast, jak każdy porządny Polak, pod czujnym okiem najróżniejszych autorytetów – moralnych i innych – próbować zapędzić Jaruzelskiego z Kiszczakiem przed Trybunał, zajmował się paleniem kukły naszego pana prezydenta Lecha Wałęsy.

Został jeszcze niecały tydzień do Wigilii, a więc dnia rozdawania prezentów. Jeśli ktoś kupi książkę o liściu dziś, to jestem pewien, że dostanie ją na czas. Jeśli nie – to może być gorzej. W każdym razie zawsze można wpłacać zwykłe solidarne pieniądze pod podanym obok numerem konta. Dziękuję

sobota, 17 grudnia 2011

Wojna

30. rocznica wprowadzenia stanu wojennego i śmierci dziewięciu górników z Kopalni Wujek, choć z początku wydawała się świetną okazją do wywołania poważniejszych refleksji i powiedzenia kilku mocnych myśli, w rezultacie okazała się jedynie czymś co kogoś, czyim codziennym zajęciem jest łączenie myśli w słowa, a słów w zdania, wyłącznie wiąże i spala, zanim jeszcze pojawiła się okazja, by wydobyć z siebie choć jedno westchnienie. Szykowałem się do tego dnia, który wczoraj minął, od dłuższego już czasu, a już zwłaszcza od dnia, kiedy z moim kumplem LEMMINGIEM udaliśmy się pod Kopalnię i tam spotkaliśmy Stanisława Płatka, który nam opowiedział, jak się żyje 30 lat po tym, jak najpierw cudem uniknęło się śmierci z rąk państwa i jego służb, a następnie stało się twarzą w twarz naprzeciwko dowódcy plutonu ZOMO z pogruchotanym i zalanym krwią ramieniem, i wiedziało, że teraz to już litości nie będzie.
No i nadszedł ten dzień, i okazało się, że przez te lata, a już zwłaszcza przez ostatnie miesiące, wszystko stało się tak straszliwie oczywiste, że aż trywialne… i wychodzi na to, że naprawdę nie ma tak prostych słów, które byłyby w stanie opisać coś tak dramatycznie prostego właśnie.
Minęło najpierw dziesięć lat, potem kolejnych dziesięć, i dalsze dziesięć, i jesteśmy nagle tu gdzie nas widać, a mi już jest zwyczajnie wstyd, by po raz nie wiadomo który załamywać ręce nad czymś tak banalnym, jak obrazem Polski podzielonej równo na dwa obozy – jeden, w blasku świec i w kompletnym zapatrzeniu, wznoszący biało-czerwone sztandary i, w poszukiwaniu ratunku, śpiewający słowa Roty, i drugi, w blasku świateł i w równie pełnym zapatrzeniu, również w poszukiwaniu ratunku, przemierzający pasaże handlowych galerii. Kiedy jedni krzyczą: „Polska, Polska, Polska” – a gdzieś z boku dobiega pomruk: „Faszyzm”, a drudzy – widząc prawdopodobnie, że i tak już nic z tego nie będzie – zwracają się już bezpośrednio do tych, co akurat mają władzę i siłę, i proszą o to, by zechcieli się nami zaopiekować. Za jakąkolwiek cenę.
We wczorajszym tekście wspomniałem o Januszu Palikocie, który właściwie już zupełnie otwarcie zwrócił się do symbolicznego pana Schmidta o to, by, gdyby nagle w Polsce doszło do przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, zechciał nasz kraj wziąć w zarząd. I oczywiście łatwo jest – sam uległem tej pokusie – uznać, że oto mamy zdrajcę, którego wystarczy rozstrzelać, czy powiesić, i nastanie sprawiedliwy spokój. Ale przecież to nieprawda. Palikot wcale nie jest przyczyną, lecz skutkiem. To nie on tworzy świat. To świat stworzył jego. On nie jest chorobą, on jest zaledwie choroby objawem. Gdyby świat był zdrowy, zarówno sam Palikot, jak i wszyscy ci, uważają, że Polska jest wyłącznie echem jakichś naszych starych kompleksów, zostaliby z tej Polski usunięci, jeszcze zanim dali się poznać.
30. rocznica ogłoszenia stanu wojennego, wbrew wszelkim pozorom spokoju, zastaje Polskę w stanie praktycznej wojny. Wojny w najbardziej klasycznym rozumieniu, jako agresji i obrony, z agresorem jak najbardziej zewnętrznym, wspomaganym przez lokalnych kolaborantów – i to obojętnie, czy to działających z pobudek wyższych, czy niższych – i zwykłych głupców, dla których i tak wszystko zawsze się sprowadzało do konsumpcji, i których wszędzie jest cała masa, z tą różnicą, że gdzieś w Niemczech, we Francji, czy Holandii tę masę tworzyła głównie obca imigracja, a u nas są to niemal wyłącznie tak zwani „nasi”. Symbolem tej wojny jest przede wszystkim oczywiście wrak rządowego samolotu spoczywający gdzieś pod Smoleńskiem we krwi zamordowanych Polaków, i wszystko, co się wokół niego dzieje, a więc z jednej strony cały ów zgiełk mający zagłuszyć owo wołanie o prawdę i sprawiedliwość, a z drugiej ten nieustanny szept modlitw.
Wczoraj przed Kopalnią Wujek odbywały się rocznicowe uroczystości, a ja tam nie poszedłem. Planowałem być na miejscu już od dłuższego czasu, jednak ostatecznie nie poszedłem. Powiem szczerze, że przede wszystkim bałem się, że ów dysonans między prawdą tego miejsca a kłamstwem oficjalnego przekazu, który tam niewątpliwie na mnie czekał, wyprowadzi mnie z równowagi i już nie będę umiał skupić się na tym, co naprawdę ważne. A więc na fakcie, że mija 30 lat od tamtych wydarzeń i wszystko jest jasne jak nigdy przedtem. Wszystko jest takie jasne i takie czyste i takie oczywiste. Tych dziewięciu zastrzelonych wtedy, tych 96 rozerwanych na strzępy dziś, i to całe tak bardzo brutalne kłamstwo, które te dwa wymiary już na zawsze połączyło.
A i tak jednak nie udało mi się uniknąć tego bólu. Wieczorem, trochę zaciekawiony może jakimiś obrazkami sprzed świętującej Kopalni, zajrzałem do telewizora i wprawdzie tego akurat nie znalazłem, natomiast trafiłem na rozmowę trzech bohaterów naszej historii – Zbigniewa Romaszewskiego, Zbigniewa Janasa i Jana Rulewskiego z bohaterem już historii mniej naszej, dziennikarzem TVN-u Maciejem Knapikiem. Tematem rozmowy – tak, tak – była kwestia braku odpowiedzialności autorów stanu wojennego za ich zbrodnie, a konkretnie, pytanie, jak w ogóle mogło do tego dojść, że ani Wojciech Jaruzelski, ani Czesław Kiszczak, ani Jerzy Urban ani w gruncie rzecz nikt z nich, nie poniósł jakiejkolwiek odpowiedzialności za to zło. 30 lat po tamtych wydarzeniach, 20 lat po odzyskaniu przez Polskę wolności… no i 10 lat po powstaniu pierwszej prawdziwie profesjonalnej telewizji informacyjnej, nadszedł czas na rozpoczęcie poważnej dyskusji na temat tego, dlaczego? Nie umiem powiedzieć, do czego ostatecznie panowie doszli, bo odpowiednio wcześnie wyłączyłem telewizor, ale wydaje mi się, że mogę mieć tu pewne podejrzenia. Otóż w pewnym momencie, widząc, jak trudna i skomplikowana jest ta sprawa, red. Knapik zaproponował następujące wyjaśnienie tego wstydu. Mianowicie, żeby zrozumieć powody, dla których Jaruzelski i Kiszczak zdychają dokładnie tak jak większość z nas, należy się cofnąć jeszcze do początku lat 90-tych, kiedy to Jarosław Kaczyński – tak, on! – zamiast starać się o postawienie przed odpowiednim trybunałem Kiszczaka, Jaruzelskiego, czy Urbana, zajmował się paleniem kukły Lecha Wałęsy…
Nie. To nie był moment w którym wyłączyłem telewizor. Zanim to zrobiłem, poczekałem jeszcze na to, co powie, jak na te słowa zareaguje Zbigniew Romaszewski. Dopiero gdy zobaczyłem, że on nie powiedział na to nic, i tylko patrzył w kompletnym milczeniu prosto przed siebie, by wreszcie się ożywić, kiedy Zbigniew Janas – kiedyś maszynista kolejowy i elektromonter, następnie wieloletni działacz najpierw Unii Wolności, a potem Partii Demokratycznej, a dziś właściciel firmy „Zbigniew Janas Konsultacje Doradztwo” – zarzucił mu, że jako człowiek PiS-u, reprezentuje interes partyjny, podczas gdy on przecież nigdy z PiS-em nie miał nic wspólnego, lecz jest zwykłym polskim patriotą. Jak każdy. Dopiero wtedy.
No więc to jest Polska, która tak boli. To ona. Z tymi górnikami, tym Knapikiem, tym Janasem i Romaszewskim, tym samolotem, tymi marszami, tym gniewem i tym śmiechem. Przede wszystkim jednak z tym szyderstwem, z tym kłamstwem i z tym bezczelnym spojrzeniem prosto w oczy. I z tym wszechobecnym oślepiającym nas światłem, niesionym przez tego kto je niesie. Niemal od samego początku.

Jest oczywiście niewesoło, ale za to Święta, a z nimi wieczna nadzieja na zwycięstwo, wciąż przed nami. Zachęcam do kupowania książki o siedmiokilowym liściu – czy to na prezent, czy ot tak, na zimowe wieczory – i proszę o wspomaganie tego bloga finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 16 grudnia 2011

Prawda, która wyzwala, kłamstwo, które zwycięża i historia, co daje moc

Od przegranych przez Polskę wyborów parlamentarnych moje życie biegnie trochę obok polityki, co zresztą zapewne widać i tu na blogu. Ktoś powie, że najwidoczniej i mnie wreszcie dopadli, więc nie bardzo jest się czym chwalić. Osobiście jednak nie sądzę, żeby to co się ze mną dzieje, świadczyło o tym, że dałem się dopaść. Raczej, jak sądzę, dostałem zaledwie po łbie, i teraz próbuję się pozbierać. Jak wielu z nas zresztą. A pozbieram się na pewno. Co do tego niech nikt nie ma wątpliwości.
To co się stało 9 października i czego skutki możemy obserwować, i to z coraz większą wyrazistością, właściwie codziennie, traktuję oczywiście jako wydarzenie polityczne, ale przede wszystkim, jako coś, co ma bardzo oczywisty znak kulturowy, cywilizacyjny, czy wręcz religijny. Mam tu mianowicie na myśli, z jednej strony, zwycięstwo najbardziej podstawowej konsumpcji, a z drugiej – Zła. I to właśnie Zła pisanego dużą literą. Nie ulega bowiem dla mnie wątpliwości, że ten krok, który tamtej niedzieli Polska uczyniła, to był krok bardzo starannie przygotowany przez to, co my, ludzie religijni, nazywamy grzechem. Kiedy widzę, to co widzę i dziś i wczoraj i przedwczoraj – jestem pewien, że mamy do czynienia z tryumfem tej właśnie mocy.
Staram się więc unikać polityki właśnie na tej samej zasadzie, jak staram się unikać wchodzenia w jakikolwiek dyskurs z grzechem. Ale, jak wiemy, nie zawsze się to musi udawać. Weźmy wczorajszy dzień. Dowiedziałem się oto, że Janusz Palikot oświadczył, że gdyby on miał wybierać między Prawem i Sprawiedliwością, a jakąkolwiek władzą niemiecką, to, jak idzie o dalsze losy Polski, on by się jednak zdecydował na pewien rodzaj obcej kurateli. Wypowiedź ta, z punktu widzenia najbardziej tradycyjnego porządku, kwalifikuje się do prostej banicji, lub – w przypadku kogoś tak wpływowego i z takimi ambicjami, jak Palikot – do równie prostego rozstrzelania. W sytuacji, gdy nasza polska historia jest uświęcona krwią ludzi, którzy oddawali życie za ten język, tę wiarę, tę tradycję, czy wreszcie tę naszą polskość, tego typu słowa w żadnym wypadku nie powinny zostać zapomniane. Tymczasem jest tak, że ponad połowa politycznych informacji dnia wczorajszego, nie zostaje poświęcona temu, że oto zostaje usankcjonowana najbardziej pospolita zdrada narodowa, ale popularyzacji historii politycznej działalności Jarosława Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński – wieczny bohater naszej codziennej świadomości. Jarosław Kaczyński – człowiek, który przed dwudziestu laty spalił kukłę Lecha Wałęsy, człowiek, który zdradził swoich najbliższych współpracowników, a wreszcie człowiek, który dziś bezczelnie nie chce zejść ze sceny. Jarosław Kaczyński – pomiot jakiejś nikomu niepotrzebnej polskości.
I co ma robić w tej sytuacji ktoś, kto naprawdę wszystko widzi przez pryzmat walki dobra ze złem, i nagle widzi, że zło wygrywa na całej linii? Pozostaje więc, jak sądzę, już tylko szukać śladów wielkości na miarę dziejów – wielkości, jak już tu wspomniałem, uświęconej krwią polskich patriotów – i starać się odwoływać właśnie do tych znaków. Właśnie znaków. I odbijając się na zmianę od ściany nadziei i rozpaczy, liczyć jakoś na to, że to one jednak ostatecznie dadzą nam tę moc. No a tu – nie ma co do tego wątpliwości – mamy Smoleńsk. Ślad, znak i z całą pewnością droga. A zatem postanawiam myśleć o Smoleńsku. Już tylko o Smoleńsku.
Bo informacje, które nadchodzą do nas z najróżniejszych stron, jedynie po to, by potwierdzić nasze najgorsze obawy co do tego, że katastrofa, jaka miała miejsce w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku nie była nieszczęśliwym wypadkiem, lecz wynikiem okrutnego zamachu, są z jednej strony, źródłem pewnej satysfakcji, a drugiej, niosą w sobie przekaz absolutnie tragiczny. Satysfakcja wynika z tego, że naprawdę trudno jest się martwić, kiedy z każdym dniem otrzymujemy coraz mocniejsze dowody na to, że prawda, choćby nie wiadomo jak zdeptana najbardziej brutalnym kłamstwem, nie zostanie pokonana nigdy. Nie zostanie pokonana ani pod ciężarem butów wszelkiej maści kłamców, ani wobec agresywnego krzyku tych, którzy tym kłamcom tak łatwo i tak chętnie uwierzyli. Świadomość, że ona nigdy nie umrze, jest z całą pewnością świadomością dobrą.
Niestety, wynikających z tych doniesień wrażeń naprawdę bolesnych, jest znacznie więcej. Przede wszystkim, bolesna jest bardzo myśl, że przyszło nam żyć w świecie, gdzie do tej rangi aktu przemocy w ogóle mogło dojść. Jeśli bowiem ta część Europy ma się okazać miejscem, gdzie jakaś wewnętrzna, czy zewnętrzna siła, tak całkowicie bezczelnie i bezkarnie, jednym szybkim gestem potrafi zamordować prezydenta, jego małżonkę, prezydenckich ministrów, całe dowództwo narodowej armii, parlamentarzystów i najważniejszych urzędników państwa, a popularna opinia publiczna reaguje na to szyderstwem, lub w najlepszym wypadku, obojętnością, to lepiej chyba byłoby nam żyć w nieświadomości. Dopóki jednak ta nasza wiedza jest tylko naszą wiedzą, wynikającą czy to z naszych doświadczeń, czy może starannej obserwacji, czy też z mocnych podejrzeń, przekonanie o realności tej zbrodni w jakimś stopniu pozostaje naszą sprawą, ale też pozostawia pewien margines nadziei, że może jednak nie jest aż tak groźnie.
Jest jednak coś jeszcze. Mam tu na myśli ową bezlitośnie obezwładniającą świadomość tego, jak to pamięć tylu niewinnych osób, przez te wszystkie dni, które upłynęły od tamtej tragedii, tyle razy, i w tak okrutny sposób, została zbezczeszczona, a ich męczeńska śmierć wystawiona na pośmiewisko nowoczesnego świata. Sytuacja, kiedy przedmiotem żartów i zwykłych kpin jest ofiara wypadku, choć w sposób oczywisty mało znośna, jest w jakiś sposób możliwa do przyjęcia. Jeśli jednak obiektem szyderstw staje się ofiara okrutnej, niczym nie zawinionej zbrodni – świat który na tego rodzaju bluźnierstwo pozwala, jest światem który zasługuje na wieczne potępienie. I stąd właśnie, każdy nowy dowód na to, że tamtego sobotniego poranka doszło do zbiorowego morderstwa, przyjmuję z autentyczną trwogą.
A więc sytuacja dziś jest następująca: otrzymujemy coraz to nowsze dowody na to, że w Smoleńsku doszło to zbrodni o znaczeniu wręcz dziejowym, i praktycznie każdy, kto w jakikolwiek sposób jest zainteresowany całą sprawą, oddałby wiele, żeby te dowody okazały się wynikiem jakiejś nieszczęśliwej pomyłki. Oczywiście, są tacy – uważam jednak, że nieliczni – którzy przyjmują te wieści wyłącznie z satysfakcją, choćby po to, by w ten sposób mieć jeszcze jeden argument, by z czystym sumieniem pielęgnować swą nienawiść. Generalnie jednak, wydaje mi się, że większość raczej się martwi. Czemu martwię się ja i mi podobni – już wyjaśniałem. Czemu martwią się ci, którzy uwierzyli – i chętnie bardzo tę wiarę w sobie kultywują – że prezydent Kaczyński zginął przez swój paskudny charakter, lub przez paskudny charakter swoich ludzi – wyjaśniać nie muszę. Jest jednak coś, co oba te pragnienia, a więc pragnienie zwycięstwa prawdy i pragnienie zwycięstwa kłamstwa, łączy. Mam na myśli wręcz histeryczną tęsknotę za w miarę normalnym ładem, który charakteryzuje świat, gdzie, nawet jeśli przydarzają się jakieś brzydkie ekscesy, nie muszą one jednak od razu łączyć się z czymś, co musielibyśmy nazwać morderstwem w majestacie prawa. Uważam, że zarówno naszym, jak i ich pragnieniem, jest tak naprawdę zaledwie to, by nasz świat był przede wszystkim jednak w miarę znośny. A świat, w którym dochodzi do czegoś takiego jak Smoleńsk 2010, znośny w żaden sposób nie może być.
Oczywista różnica między nimi, a nami jednak jest taka, że nam, bardziej niż na własnym komforcie, zależy na tym, by tryumfowała prawda, a nie kłamstwo. My kłamstwem się brzydzimy. Natomiast prawda, jakkolwiek by była dla nas ciężka i zawstydzająca, jest naszym stałym wyborem, z tej prostej przyczyny, że wierzymy, iż dzięki tej prawdzie ostatecznie staniemy się wolni. A jak idzie o to kłamstwo, to nawet jeśli ono nas na jakiś czas otępi, ceną tego otępienia będzie już tylko czyste i jak najbardziej realne zniewolenie. Wystarczy zresztą popatrzeć na ludzi, którzy wyparli się wszystkiego, byleby tylko karmić się złudzeniem, że dzisiejsza Polska to poważny, europejski kraj, który by już dawno dołączył do grupy najpoważniejszych państw w regionie i poza nim, gdyby nie ta wciąż podnosząca łeb, dzika, tępa i ciemna katolicko-narodowa prawica. Gdyby nie te krzyże, te różańce, te bogoojczyźniane pomruki. Wystarczy popatrzeć na tych ludzi. W czym oni są szczęśliwsi od nas, którzy wciąż nie możemy się pozbierać po tym ciosie – jednym, drugim, trzecim? Wystarczy na nich spojrzeć, posłuchać o czym rozmawiają, i jak to robią, by widzieć, że jedyne co ich jeszcze trzyma przy życiu, to ta nienawiść. Wystarczy spojrzeć w ich oczy. Przecież tam nie ma ani uśmiechu, ani nadziei – tylko ciemność. A więc, nich się nie łudzą. To kłamstwo ich nie wyzwoliło. Ono zrujnowało ich życie do ostatecznego końca.
Problem jest dziś jednak taki, że z tego zapętlenia nie widać jakiejkolwiek drogi wyjścia. Jeśli przeprowadzić pełny bilans tego, co, jak idzie o Katastrofę Smoleńską, udało się ustalić i co zakwestionować, to wydaje się, że dzisiejsza wiedza – nie wiedza oparta na domysłach, czy teoretycznych dywagacjach, lecz na realnych faktach – daje wszystkim odpowiedź jednoznaczną: 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku doszło do okrutnego zabójstwa, w wyniku którego poniosła śmierć cała polityczna i intelektualna elita naszego Narodu. Jednocześnie jednak, obawiam się – obawą, która zahacza niemal o pewność – że przy dzisiejszym stanie władzy w Polsce, i przy tej społecznej świadomości, z jaką mamy do czynienia, nie ma najmniejszych szans na to, by ta prawda została zaakceptowana przez, nawet nie ową władzę – bo oni są już potępieni – ale przez znaczną część społeczeństwa. Choćby zebrały się jeszcze cztery niezależne i najbardziej kompetentne komisje, i przeprowadziły dziesiątki równie kompetentnych eksperymentów, w wyniku których byśmy się dowiedzieli nowych i jeszcze bardziej szokujących faktów, w kondycji, w jakiej się znalazła opinia publiczna, nie nastąpi już nigdy jakakolwiek zmiana. Dlaczego? Dlatego, że jest zbyt dużo osób, dla których nie do wyobrażenia jest przyznanie, że mogło dojść do czegoś tak strasznego, a myśmy, nie dość że nie byli w stanie temu zapobiec, to jeszcze – co już akurat jest najgorsze – żeby to zaniedbanie przed sobą ukryć, złożyliśmy na ołtarzu tego kłamstwa, wszystko, co kiedykolwiek w ogóle mieliśmy – a więc Boga, Honor i Ojczyznę. To przyznanie się nie wchodzi już w grę, dlatego, że ono się wiąże z takim wstydem, który potrafią znieść tylko prawdziwi ludzie wiary. A ci akurat takimi ludźmi, nawet jeśli kiedykolwiek nimi byli, to już dawno być przestali. To nie są ludzie ani wiary, ani nadziei, ani miłości. A więc, przez wiele najbliższych lat, pozostaną te dwie wersje – jedna z nich potężna siłą prawdy, a druga – siłą kłamstwa. A ja nie widzę takiej możliwości, by tu akurat doszło do jakiegoś spektakularnego i decydującego wybuchu, który by tę pętlę przeciął.
I efekt tego zapętlenia będzie już prawdziwie dramatyczny. My, dzięki tej prawdzie i wypływającemu z niej pięknu, będziemy coraz lepsi, coraz bardziej wzniośli i coraz bardziej wrażliwi, a oni – dzięki tamtemu kłamstwu – coraz gorsi, coraz bardziej podli i coraz zimniejsi. I obie nasze strony będą na siebie patrzeć z poczuciem coraz większej obcości, tyle tylko, że my będziemy się modlić, by oni się opamiętali, a oni – byśmy im zniknęli z oczu. Raz na zawsze i na dobre. Bardzo mroczny jest ten obraz. Uważam, że znacznie bardziej mroczny, niż najgorsze obrazy, które różni tacy nam prezentują w związku z nadchodzącym kryzysem gospodarczym. Jak się zastanowić, to wieści, jakie do nas przychodzą z Brukseli i okolic, to w przedstawionym tu kontekście, zwykłe nudy na pudy.
I w tym pozostaje wciąż tylko ten Smoleńsk. I aż ten Smoleńsk. I ta świadomość, że to jest, cokolwiek nam przyjdzie myśleć, jednak część tej naszej historii. Historii bolesnej, ale z całą pewnością jedynej. I niech to będzie dla nas jednak jakimś pocieszeniem. I powodem do dumy.

Idą Święta. To dobrze, że idą Święta. Będzie więc karp i będzie opłatek i będą kolędy, no i będą prezenty. Bardzo to wszystko jest dobre. A jeśli ktoś nie wie jeszcze, co komu kupić, polecam książkę o liściu. Jest do kupienia tuż obok. Ona też stanowi część tego, co nam powinno dawać nadzieję. Dziękuję.

środa, 14 grudnia 2011

Gdzie nosi tatuaż Justyna Pochanke?

Jak już większość czytelników tego bloga zauważyła, z powodów, w które ani nie za bardzo chcę, ani też mogę wchodzić, zostałem na kilka dni bardzo niefortunnie pozbawiony dostępu do Sieci, przez co musiałem zawiesić prowadzenie tego bloga w jego podstawowym wymiarze. Przykro mi bardzo, że tak się stało, ale mam nadzieję, że jakoś to wspólnie przeżyliśmy. Zwłaszcza że, jak widać, dziś jest już wszystko jak należy, a więc dzisiejszy tekst mogę pisać ze swojego stałego miejsca i w pełni sił wszelkich.
Muszę jednak, skoro już o tym mowa, przyznać, że brak Internetu, a i komputera w ogóle, ma swoje dobre strony, choćby z punktu widzenia interesów moich dzieci, które ostatnio jakby zaczęły tracić swoje naturalne zdolności intelektualne, a dziś nagle powoli zyskują możność rozpoznawania świata w kształcie bardziej realnym. Gorzej ze mną. Ponieważ nie mogłem siedzieć i klikać w ten nasz blog, więcej czasu spędzam przed telewizorem. Pół biedy, jeśli chodziło o jakiś porządny film na DVD. Ale co robić, jak człowiek trafi, dajmy na to, na taką Małgorzatę Kidawę-Błońską, czy redaktora Knapika z jego starszym kolegą Morozowskim?
Miałem jednak w jednym szczególnym momencie duże szczęście i chciałbym się nim tu dziś podzielić. Otóż w niedzielny poranek, jeszcze zanim udaliśmy się na mszę, włączyłem wspomniany telewizor, a tam temat tygodnia, a więc sprawa znalezionego na youtubie filmiku, na którym jakiś, jak nam mówią, kibol, uczy swojego czteroletniego synka tłuc się z innymi kibolami, a kto wie, czy nie z aktywistami Młodych Demokratów, czy, nie daj Boże, anarchistami z zaprzyjaźnionych Niemiec. I proszę sobie wyobrazić, że prawdopodobnie w celu naświetlenia nam wszystkim sprawy z bardziej pogłębionej perspektywy, wydawcy telewizji TVN24 do swojego studia zaprosili pewną panią nazwiskiem Barbara Falandysz, jak głosił napis – prawnika, negocjatora, psychologa i Bóg Jeden raczy wiedzieć, kogo jeszcze, a więc kogoś, do kogo, jak wiadomo, ja mogę mieć zaufanie wyłącznie zerowe, i poprosili o wypowiedź. I w tym momencie – słuchajmy, słuchajmy – owa kobieta poinformowała prowadzącego rozmowę redaktora, że ona bardzo przeprasza, ale z tego co ona widzi, wynika jednoznacznie, że nie ma absolutnie o czym gadać. Bo z czym mamy do czynienia? Z ojcem, który zajmuje się swoim dzieckiem i przysposabia go do życia. Ojcem, który ani nie jest pijany, ani wyraźnie obłąkany, ojcem, który dzieckiem się zajmuje i zajmuje się nim w sposób bardzo zorganizowany. U niej w domu, na przykład, ponieważ ona ma czworo dzieci, które swego czasu trenowały jakieś wschodnie sztuki walki, a córka była w pewnym momencie nawet mistrzynią Europy w czymś co się kończy na –endo, czy jakoś tak, takie sceny jak pokazane na tym filmie, należały do stałego rytuału. Oczywiście, zawsze można brać pod uwagę, że dzieje się coś niedobrego, ale tu akurat ona tego czegoś nie widzi. Wręcz przeciwnie. Może szczególne jest to, że ojciec, zamiast zajmować się sobą i kochanką, zajmuje się swoim dzieckiem.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z nas w tym momencie może się oburzyć i krzyknąć, że przecież tam są i te przekleństwa i ta agresja i ten ewidentny kibol, w dodatku już wcześniej notowany przez policję, jednak nic z tego. Dokładnie to samo już mi próbował powiedzieć człowiek, który z panią Falandysz rozmawiał, i najwyraźniej nie spodziewając się takiego obrotu sprawy, wpadł w przepiękną panikę. No a poza tym, ja akurat mam swój rozum i potrafię sobie poradzić nawet z tak pozornie trudnymi sprawami. Przede wszystkim mianowicie, ja się zgadzam z Barbarą Falandysz – której, muszę zaznaczyć uczciwie, dotychczas nie znałem – kiedy ona podkreśla, że ona nie ocenia tego prawdopodobnego kibola i tego, co tam się akurat działo naprawdę, bo tego nikt z nas nie wie, ale chodzi jej tylko i wyłącznie o sam film. Film, który pokazuje wyłącznie ojca, który trenuje swoje dziecko do walki. Ja się również zgadzam z panią Falandysz, kiedy ona na wspomnienie o przekleństwach wyłącznie wzrusza ramionami, choćby dlatego, że ja świetnie wiem, jaka jest dziś sytuacja w tej przestrzeni, i to wcale nie na marginesie naszego życia, ale w samym jego jak najbardziej oficjalnym centrum. Ja osobiście staram się nie kląć, choć przyznaję, że ostatnio jakoś mi się ten proceder spodobał. Moje dzieci i moja żona podobnie, a również, jak mi wiadomo, mój idol Jarosław Kaczyński, i jeszcze może paru znanych mi księży, nie używają słów wulgarnych. Poza tym jednak – przepraszam bardzo – ale nikt więcej akurat do głowy mi nie przychodzi. A już z całą pewnością, nie jak zacznę myśleć o tak zwanych dziennikarzach. W tym również o tym, który prowadził z Barbarą Falandysz rozmowę, bo świetnie wiem, że on akurat stuprocentowo należy do grupy młodych wykształconych, którzy nie są w stanie zacząć i skończyć jednego zdania, bez wstawienia tam parę razy słowa „kurwa”. A więc, jak idzie o to, proszę mi nie zawracać głowy.
Mówią nam też, że ojciec tego dziecka był notowany za udział w bójce. I to akurat może i jest jakiś argument. Ja na przykład za udział w bójce notowany nie byłem. Podobnie, o ile mi wiadomo, tego wątpliwego zaszczytu nie dostąpiła żadna z osób, które są mi bliskie,. Gdyby mój syn na przykład wziął udział w bójce i jego nazwisko zostało w związku z tym zapisane w policyjnych kartotekach, możliwe że z tego powodu byłoby mi nawet bardzo wstyd. Wiem też jednak, że jeśli jest jakaś bójka, to muszą być dwie strony tego zdarzenia. I wiem też, że są ludzie, którzy, jeśli pojawia się tak zwana sytuacja, nie wieją, tak jak bym to zrobił ja, ale, owszem, działają. I co z tego dla nas wynika? Dokładnie to, co powiedziała Barbara Falandysz. Nic, poza tym, że gdzieś jest jakiś ojciec, który dba o to, by jego dziecko nie dało sobie dmuchać w kaszę. I że – a to jest tu kwestią podstawową – na obrzeżach tego zdarzenia kręci się zawsze jakaś grupka chętnych do tego, by pokazać komu trzeba, że jeśli już trzeba przygotowywać dziecko do życia, to należy mu pokazywać, jak się kradnie, kłamie, i oszukuje, tak by nikt tego nie zauważył. A więc bardzo kulturalnie. A jeśli przy tym pokaże się jakiś tatuaż, to niech on będzie na kostce pod pantofelkiem, albo na ramieniu pod błękitną koszulą, ale w żadnym wypadku na szyi, lub na łysej pale.
Podobała mi się bardzo rozmowa z Barbarą Falandysz i bardzo mi się podobało, co i jak ona mówiła. Przede wszystkim dlatego, że mi naprawdę bardzo imponuje, jak ktoś potrafi stanąć tak odważnie przeciwko zarówno tym wszystkim, którzy urabiają publiczna opinię wedle zasad obowiązujących w nowoczesnym świecie, jak i przeciwko samej tej już tak pięknie wymodelowanej opinii. Ja naprawdę już dawno nie widziałem takiego wybuchu niezależnego myślenia, w sytuacji, gdy to myślenie spada niektórym na łeb, jak grom z jasnego nieba. A trzeba nam było widzieć stan, w jakim nagle znalazł się ten nieszczęsny dziennikarz, który zapewne poprosił panią Falandysz, żeby ona opowiedziała autorytatywnie, jak to należy zrobić porządek z tym zwyrodniałym draniem, a tymczasem ona – owszem bardzo autorytatywnie – zaproponowała, żeby się odpieprzyć od rodzin. Trzeba było widzieć, jak on się nagle kompletnie pogubił i zaczął z siebie robić takiego pajaca, że Falendyszowej nie pozostało już nic innego, jak go przepraszać, że sprawiła mu taki zawód, ale że on powinien zrozumieć, że wychowanie dzieci to nie jest zabawa, ale chodzenie po linie. I nie zmienią tego całe bandy bałwanów, powtarzające jakieś komunały o miłości.
Bo tu właśnie o to chodzi. Nie o jakiegoś pojedynczego może i bandziora, który z jakiegoś tajemniczego dla nas powodu bardzo dba o swoje dziecko i nie chodzi też o paru sfiksowanych psychologów, którzy już dawno stracili orientację co do kwestii podstawowych. Chodzi wyłącznie o to, że dzisiejszy świat w najbardziej bezczelny sposób wyciąga swoje ręce w stronę naszych rodzin, w tym i naszych dzieci. Włazi ten świat swoimi upapranymi czymś butami do naszych mieszkań i zaczyna nam mówić, co mamy ze swoim życiem robić. Pół biedy, jeśli to życie to tu to tam istotnie wygląda paskudnie, niestety jest też często tak, że to jest tylko zwykłe życie, natomiast to właśnie owe pretensje do niego robią wrażenie bardzo niezwykłe.
Ja bardzo źle znoszę widok pary – czy to koleżeńskiej, czy małżeńskiej – gdzie ten chłopak, czy mężczyzna traktuje kobietę jak szmatę i na przykład po wejściu do knajpy, siada, a ją wysyła, żeby zamówiła piwo… przepraszam – wino. Jest to z mojej strony postawa dość ekstrawagancka, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że jak szmatę traktuje mnie notorycznie moja żona, no ale tak już mam, że nie lubię bardzo sytuacji odwrotnych. Bardzo też mi się nie podoba, gdy widzę, jak idzie jakaś para – czy to koleżeńska, czy małżeńska – oboje są pijani, drą na siebie mordy, a między nimi pęta się jeszcze jakieś dziecko. Nie podobają mi się te sytuacje, bo uważam, że z tego wszystkiego najpewniej nie wyniknie nic dobrego. Jednak wiem też, że ostatnią rzeczą, jaką powinienem robić, to się w to wszystko w jakikolwiek sposób angażować, bo w ten sposób, równie dobrze – a może jeszcze i niekiedy bardziej – powinienem mieć oko na pary, które wyglądają jakby zostały zdjęte prosto z wieszaka u najlepszego krawca. Bo, jak mówiła Barbara Falandysz, życie to naprawdę ciężki kawałek chleba, a ja sam mogę tylko powiedzieć, że gówno na jego temat wiemy.
Jechałem przedwczoraj tramwajem i nagle obok mnie pojawiła się dziewczyna i chłopak z wózkiem i z dzieckiem w tym wózku. Wszyscy troje wyglądali bardzo, ale to bardzo marnie. Ona nie miała połowy zębów, on był cały zarośnięty i ogólnie usmarowany, w dodatku pił z puszki jakieś najtańsze piwo, a dziecko – no jak tego typu dziecko – w jakimś różowym pomponie i z zasmarkanym nosem. Dziewczyna usiadła, a on poszedł skasować bilety – proszę zwrócić uwagę: poszedł skasować bilety! Typ wrócił i powiedział dziewczynie, żeby zrobiła mu miejsce, bo mu się nie chce stać. Ona coś tam pomarudziła, ale wstała i on usiadł. Od tej chwili jechaliśmy razem dość długo i przez cały ten czas oni ze sobą przyjaźnie gawędzili, dziecko wózku cały czas się do typa śmiało, on się uśmiechał – no, powiedzmy, że był to uśmiech – do dziecka, ale też i do niej, a ona do niego, później się zaczęli trochę całować, a ona go głaskała po tej brudnej pale, no i tak sobie jechali. I ja daję słowo, że nie wiem, jak oni żyją. Nie wiem, czy to, że fakt, iż ona musiała mu ustąpić miejsca, określa kierunek tylko w jedną stronę, czy może jest tak, że jak oni wrócą do domu, to on dostanie od niej po pysku za to, że nasikał na deskę. I ani nie piśnie. A może oni się razem schleją, a dziecko będzie się tam bawić jakimś kawałkiem szmaty, czy klocka, albo pojdzie spać. Natomiast wiem, że są tysiące rodzin, gdzie wszystko wygląda o wiele ładniej, niż tu w tym tramwaju, a ja bym się mimo to nie odważył komukolwiek z nich coś tu proponować. I że gdyby nagle do nich zawitali Justyna Pochanke z Grzegorzem Miecugowem, to bym dopiero wtedy się nastraszył.
Ktoś się w tym momencie może zapytać, co w takim razie robić? Co mówić? Jak to wszystko oceniać? Otóż ja sobie przypominam – pisałem zresztą już o tym tu kiedyś – jak chyba prof. Fedyszak-Radziejowska występując w programie u Pospieszalskiego, powiedziała, że wedle jakichś bardzo poważnych badań, należy dojść do wniosku, że najgorsze patologie rozwijają się w domach, gdzie nie ma ojca, matka ma wyższe wykształcenie i pracuje, i w domu nie ma zwyczaju chodzenia do kościoła. A więc ja bym szedł gdzieś w tym kierunku. Powiedzmy, że nawet darowałbym tego ojca, to wykształcenie i tę pracę. Natomiast niedzielne nabożeństwa – proszę bardzo, niech jednak zostaną. Uznajmy, że trzeba chodzić do kościoła. Nie po to, by się pokazać, ale by się modlić. Choćby i ze strachu przed nieznanym. Po prostu. I to już zupełnie niezależnie od tych tatuaży – czy to tych zupełnie malutkich na kostkach, czy tych wielkich – na karku i na dupie.

Skoro już udało się odzyskać stan poprzedni, z czystym sumieniem proszę o wpłacanie ewentualnych nadwyżek na moje konto. A jeśli ktoś ma tylko te 50 zł. i głowi się, co tu komu kupić na prezent, to jest jeszcze ta książka. Naprawdę – wybór idealny. Dziękuję.

wtorek, 13 grudnia 2011

Crash, czyli kłopoty to nasza specjalność

Jak już informowałem w jednym z komentarzy, zostałem bardzo nieszczęśliwie odcięty od komputera, co mój udział w tym blogu sprowadza do opowiadania na komentarze z telefonu. No i, jak widać, do wklejania drobnych tekstów. Czemu tak się stało, ani nie chcę ani nie mogę mówić. Mogę tylko wyrazić nadzieję, że za kilka dni sytuacja się wyprostuje i znów będziemy sobie mogli do woli używać wolności wypowiedzi.
Chciałem dziś, korzystając z uprzejmości pewnego mojego kumpla, napisać nowy tekst, ale się nie udało. Obiecuję jednak, że jutro to naprawię. Jutro. Tymczasem proszę o cierpliwość, wyrozumiałość i o ten niezbędny kredyt. Do jutra. Dziękuję. No i przepraszam.

czwartek, 8 grudnia 2011

Jeszcze raz o wilgotnym kroczu

Niedawno temu, syn mój znalazł w Sieci informację na temat filmu pod tytułem „Szpieg”. Nie bardzo wiem, co to za film, bo ostatnio jakoś odpadłem, ale domyślam się, że jest to jeden z tych nowych amerykańskich filmów, które oczywiście są najlepsze na świecie, tyle że wszystko w nich przebiega tak szybko, że ktoś taki jak ja, nie jest w stanie się zorientować już nawet nie w intrydze, ale w ogóle w tym, co się aktualnie dzieje. Wszystko to zaczęło się wraz z czwartą „Szklaną pułapką”, i z każdą kolejną produkcją jest już tylko coraz gorzej. Informacja na temat tego filmu była przyozdobiona cytatami z kilku fachowych recenzji. Najpierw „The Spectator” – „Doskonały”. Dalej „The Wall Street Journal” – „Olśniewający”.
No i wreszcie nasz „Filmweb” – „Dwugodzinny orgazm”.
Ktoś komu akurat ten ostatni tekst bardzo się podoba, powie, że ze mnie już stara pierdoła, więc nie ma się co dziwić, że straciłem całą radość życia, i na odgłosy seksu reaguję ziewaniem, tyle że to akurat jest nieprawda, a poza tym, przypominam, że to nie ja, ale mój syn – który radzi sobie zupełnie dobrze – przyszedł do mnie z tą rewelacją. I to on przede wszystkim uznał, że ktoś tu ma zdecydowanie pomieszane we łbie. A ja tę diagnozę zaledwie potwierdzam.
Wczoraj zamieściłem tu tekst poświęcony swojemu statutowi, jako kogoś, kto prowadzi ten blog i traktuje to zajęcie bardzo poważnie, ale też ogólnej sytuacji na rynku księgarskim. Zwróciłem przy tym uwagę na fakt, że – przynajmniej jak idzie o zacytowany przez redakcję „Uważam Rze” większy jej fragment – nowa powieść Waldemara Łysiaka traktuje przede wszystkim o wilgotnych kroczach, sterczących kutasach, i plazmowatych i śliskich mózgach. Czemu mnie to tak zainteresowało? Trochę oczywiście dlatego, że ja autentycznie nie mogę zrozumieć, jak to jest, że jeden z najwybitniejszych podobno polskich autorów, nawet kiedy jest w pracy, nie jest w stanie zapomnieć o tym co u niego słuchać w spodniach. Ale również dlatego, że od pewnego czasu mam wrażenie, że owe seksualne obsesje zaczynają coraz bardziej determinować nasze życie publiczne, i to zupełnie niezależnie od politycznych barw i orientacji.
Weźmy takiego Ziemkiewicza. Ja znam wprawdzie wyłącznie jego bieżącą publicystykę i trochę powszechnie znanej politycznej literatury, takiej jak „Michnikowszczyznę”, czy „Polactwo”, ale ponieważ kiedyś chciałem sprawdzić, co z niego za artysta pióra, jak idzie o zwykłą już, tradycyjną powieść, podczas jednego z pobytów w EMPiK-u zajrzałem na początek stronę czegoś, co on akurat napisał, i okazało się, że jest o dupczeniu. Co tam Ziemkiewicz! Któregoś dnia dowiedziałem się, że również Bronisław Wildstein – nasz Bronisław Wildstein! – został pisarzem. Zaglądam do środka, a tam tak zwane „lody”. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem wywiad z pisarzem Kuczokiem, a ponieważ ów wywiad zrobił na mnie wrażenie, pomyślałem, że napiszę o Kuczoku osobny tekst. Aby jednak zorientować się, co z niego za pisarz, wbiłem jego nazwisko do Sieci i wyszedł mi fragment którejś z jego powieści o tym, że jakiś człowiek wraca z przyjęcia, ciągnąc za sobą kompletnie pijaną kobietę, ale ponieważ nagle zaczyna mu się zbierać, przyprowadza ją do siebie do domu i tam ją próbuje wykorzystać.
Niedawno, duże wrażenie na wielu z nas zrobił spot reklamowy promujący przy okazji zbliżającego się nieuchronnie Euro 2012 Warszawę. Gdyby ktoś dotychczas nie miał okazji, krótko opowiem. Otóż pomysł jest taki, że ulicami naszej Warszawy biegnie dziewczyna. W pewnym momencie na jej drodze pojawia się mężczyzna w spodniach od dresu i wybitnie wyeksponowanym wzwodem. No i zaczyna te dziewczynę gonić. Biegną więc oboje przez Warszawę, ona ucieka, on ją goni, a każdy z nas, obserwując ten pościg, może podziwiać, jak nam stolica wypiękniała. Na koniec okazuje się, że człowiek ze wzwodem nie jest wcale żadnym gwałcicielem, lecz prężnym biznesmenem, a ona też nie jakaś biedną ofiarą, lecz równie prężną bizneswoman. Taka ta nasza Warszawa. Tyle.
I oto okazuje się, że nieco wcześniej, w związku z nadchodzącą olimpiadą, Londyn też postanowił zrobić clip promujący miasto. Pomysł klipu polega na tym, że przez Londyn biegnie dziewczyna, a ponieważ jest śliczna i biegnie naprawdę zgrabnie, wszyscy ci, których ona mija, są nią w najbardziej oczywisty sposób zachwyceni, i w jednej chwili nabierają życia. Zwyczajnie życia. Najciekawsze jest jednak to, że wśród osób, obok których ona przebiega, są najwięksi brytyjscy celebryci, od Rogera Moora, przez Helen Mirren, do Davida Beckhama. No a na tle tego wszystkiego, widzimy Londyn. Piękny, nowoczesny Londyn. A zatem mamy tu dokładnie to samo, co w wyprodukowanym odpowiednio później w Polsce clipie o Warszawie, tyle tylko że oni mają Helen Mirren, a my sterczącą pałę.
Pod wspomnianym wcześniej tekstem, swój komentarz zamieścił nasz kolega Juliusz Wnorowski i zamieścił w nim link do artykułu we wspomnianej „Gazecie Wyborczej” na temat tego, że my wprawdzie mamy kilku noblistów, ale są to ludzie już starsi, natomiast nas by interesowało, jakie są szanse na przyszłość. W związku z tym, „Wyborcza” postanowiła przeprowadzić wśród najwybitniejszych znawców polskiej literatury, odpowiedni rekonesans, i na jego podstawie ustaliła listę dziesięciu najznakomitszych autorów młodego pokolenia, a jednocześnie kandydatów do Nagrody Nobla w roku 2040. Na dziesiątym miejscu jest Kuczok, na pierwszym Masłowska – reszty nie znam.
Myślę jednak sobie, że jak idzie o ten clip promujący miasto, to jest niewykluczone, że my oprócz pały, też jednak mamy celebrytów. Biorę bardzo poważnie pod uwagę, że kiedy ten człowiek z drągiem goni tę dziewczynę, a obok nich przesuwa się dostojnie sylwetka Stadionu Narodowego, w tłumie, jaki obok nich się przesuwa, jest ta nieznana mi ósemka. Fiedorczuk, Dehnel, Bargielska, Witkowski…
Ponieważ od pewnego czasu zanudzam czytelników tego bloga sprawami w gruncie rzeczy mało istotnymi, chciałbym na sam już koniec wrzucić coś naprawdę ważnego. Otóż, skoro już się nam zgadało o pisarzach, jak już wspomniałem, na pierwszym miejscu przeprowadzonego przez „Gazetę Wyborczą” sondażu, wylądowała pisarka Masłowska. A zatem mamy jej śliczne zdjęcie, a pod spodem wywiad, a właściwie fragment wywiadu. Proszę posłuchać:

Dlaczego pani posyła córkę na religię?

- Bo z etyką były jakieś komplikacje logistyczne. I stwierdziliśmy, że niech popróbuje, pointeresuje się, że może ona na przykład na to reaguje dobrze? Poza tym to część kultury, nie może całe życie na kościół mówić ''zamek''.

Ja zostałam wychowana w kontekście silnej, dość okrutnej ludowej religijności mojej babci. Groźny Bóg, pachnący wilgocią kościół i wizja piekła, co we mnie, osobie wrażliwej, ewoluowało w takie konstrukcje logiczne, mentalne i moralne, przed którymi chciałabym dziecko ochronić.

Z drugiej strony, jak wspominałam, to część naszej kultury, obyczajowości, historii. Trudno wychować dziecko w abstrakcji od tego, że każdy dorosły sto razy dziennie mówi w tym kraju ''o Boże'', albo ''Jezus, Maria''.

Rozmawiacie o Bogu?

- Oczywiście jest wysyp pytań. Tłumaczę, że Bóg to osobista sprawa każdego człowieka.

A ona pyta: mamo, a ty?

- Podkreślam, że jeżeli człowiek wierzy w Boga, to ten Bóg bezsprzecznie istnieje. Jeżeli nie wierzy, to bezsprzecznie nie istnieje. Że religia to pewien sposób rozumienia świata, pewna jego wersja i że ludzie w różnych częściach świata wyobrażają sobie to wszystko nieco inaczej. Wydaje mi się, że to jest ważne.

Ja natomiast jestem wierząca niepraktykująca. To znaczy mam ustawienia chrześcijańskie, ale nie potrafię uczestniczyć w organizacji”.

Mokre krocze i śliski mózg. Oto przyszłość. Oto zapowiedź autentycznej apokalipsy.
Póki co jednak, zachęcam do kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, która jest sprzedawana wyłącznie w Internecie i można do niej dojąć, klikając w okładkę tu zaraz z lewej strony. Serdecznie polecam. To jest naprawdę świetna ksiązka. Pod każdym względem. No i oczywiście, jak zawsze, proszę o wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.