Pojawiło się wczoraj parę doniesień, które zrobiły na
mnie pewne wrażenie, jedno z nich jednak poruszyło mnie szczególnie. Otóż w
Olsztynie do człowieka handlującego choinkami podeszli dwaj mężczyźni i grożąc
mu użyciem siły zabrali dwie z nich i z choinkami uciekli w nieznanym kierunku.
Pan od choinek oczywiście natychmiast poinformował o napaści policję, a ta
błyskawicznie ruszyła za chuliganami w pogoń. Pierwszego z nich wytropiła
niedługo po napadzie na miejskim przystanku, kiedy próbował wsiąść ze swoją
zdobyczą do autobusu, natomiast na drugiego wpadła w jego mieszkaniu, kiedy ten
był właśnie zajęty dekorowaniem świątecznego drzewka. Jak się dowiadujemy
nieoficjalnie, obaj panowie to sędziowie Sądu Rejonowego w Olsztynie.
...
Jesteście Państwo pod wrażeniem? Powiem
więc, że bardzo słusznie, choć tak się składa, że zupełnie niepotrzebnie,
bowiem wprawdzie, owszem, w Olsztynie doszło faktycznie do zaboru choinek i
faktycznie z użyciem gróźb karalnych, tyle że na sprzedawcę choinek napadli
zwykli bandyci, bez tytułów sędziowskich, a ja sobie tych sędziów zwyczajnie
wymyśliłem. Czemu tak? A temu mianowicie, że wpadając na ten żart z sędziami
miałem stuprocentową pewność, że zdecydowana większość Czytelników – a kto wie,
czy wręcz nie wszyscy – uzna go za szczerą prawdę, w dodatku wcale nie tak
bardzo zaskakującą i chciałem sprawdzić, czy mam rację.
Rzecz w tym, że dziś reputacja jaką
muszą i jeszcze długo będą musieli znosić polscy sędziowie sprawia, że nie ma
takiego zła, choćby w jego najbardziej egzotycznej formie, które by w
odniesieniu do nich akurat nie było traktowane jako, owszem, niekiedy
zaskakująca, ale jednak oczywistość.
Aby pokazać, jak ta prawda działa w
praktyce, opowiem może, w jaki sposób dzisiejszy temat w ogóle się w mojej
głowie pojawił. Otóż ze względów, które nie są dziś dla nas specjalnie istotne,
żona moja zajmuje się sprawami publicznymi w stopniu bardzo ograniczonym, do
tego wręcz stopnia, że, kiedy od czasu do czasu mnie o coś pyta, to ja się często
czuję zszokowany, że ona o tym czymś nawet nie słyszała. A zatem jest też tak,
że ponieważ o zdecydowanej większości z ujawnianych przez media występkach
sędziów ona dowiaduje się ode mnie, i to raczej w formie comiesięcznej
kompilacji, reaguje na te opowieści bez tej charakterystycznej dla nas blazy. No i tak też właśnie było i
wczoraj, kiedy jej opowiedziałem o tych dwóch durniach z choinkami. Słuchała
owej historii z zainteresowaniem i w pewnym momencie przerwała mi, i w sposób
całkowicie naturalny, bez śladu ironii, zadała to pytanie: „Pewnie to byli dwaj sędziowie Sądu
Najwyższego”.
W pierwszej chwili potraktowałem to
pytanie jako szyderstwo, ale już po chwili pomyślałem sobie, że czemu nie? Czemu nie przyjąć, że ona faktycznie
pomyślała, że skoro ja już postanowiłem jej opowiedzieć historię o dwóch – kto
wie, czy nie napitych – gościach kradnących choinki, to na końcu musi pojawić
się coś naprawdę ekstra, a więc, czemu nie sędziowie? No i wtedy też wpadł mi
do głowy pomysł na tę dzisiejszą notkę.
Ktoś powie, że przesadziłem. Bywa
różnie, ale przecież czy aż tak, to pewnie nie. Dla nich więc mam pytanie
sprawdzające, to jak to w końcu było, uwierzyli Państwo w ten numer na
początku, czy uznali, że ja sobie strugam żarty?
Żarty? W tej sytuacji pozwolę sobie na
koniec zaproponować pewien bonus, tym razem już nie o sędziach, lecz o tak
zwanych gangsterach. Otóż pewien mój dobry znajomy parę lat temu udawał się
autokarem na wycieczkę na narty. Autokar jak to autokar, wycieczka jak wycieczka,
z tą różnicą, że w środku znajdowała się grupa kilku osób, które nie dość, że
zachowywały się jakby owa wycieczka była zorganizowana wyłącznie z myślą o
nich, to jeszcze przez całą drogę, jak to mówią, polewając. Kiedy po
odpowiednio męczącej podróży mój znajomy dojechał na miejsce, okazało się, że
towarzystwo z autokaru jest zakwaterowane w tym samym co on hotelu, a przekonał
się o tym już pierwszego wieczoru, kiedy postanowił skorzystać z szeroko
dostępnego jacuzzi i okazało się, że tam też postanowili się zastołować jego
autokarowi kompani, no i wtedy dopiero w pełnej okazałości mógł potwierdzić, że
oni posiadali wszelkie atrybuty klasycznych zbirów, a więc złote łańcuchy,
sygnety, no i widoczne ślady siłowni. No i tam też, podobnie jak wcześniej w
autokarze, byli oni również wyposażeni w alkohol – podkreślić należy, że bardzo
drogi – a ponieważ uznali mojego znajomego za swojego nieproszonego,m ale jednak gościa, zaproponowali mu,
by się z nimi napił. On oczywiście odmówił, oni oczywiście ruszyli tradycyjnie
w gadkę typu „Kto nie pije ten kapuje” i takie tam, i wreszcie mój znajomy
wpadł na złoty pomysł, by im powiedzieć, że on pić nie może, bo jest niepijącym
alkoholikiem... W tym momencie po jacuzzi rozniósł się pełen szacunku pomruk i
od tego momentu panowie zaczęli traktować mojego znajomego jak „jednego z
gangu”, o czym świadczyć mogło choćby to, że bez skrępowania zaczęli prowadzić
rozmowy biznesowe, z których on się mógł dowiedzieć wiele bardzo ciekawych
szczegółów, takich jak na przykład kto, kogo, jak i za ile.
...
I teraz muszę przyznać się do kolejnej
prowokacji. Otóż z tymi gangsterami, to ja tylko zażartowałem. To wcale nie
byli gangsterzy. A ja teraz mam dwa pytania finałowe: ilu z Państwa uwierzyło
mi, kiedy powiedziałem, że tym razem już kończymy z tematem sędziów? No i ilu z
Państwa wierzy mi teraz, kiedy mówię, że tylko żartowałem?
