Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2026

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

 

      Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowanie tym, co oni mówią, czy jak się zachowują i się zaczynam krzywić. Staram się jednak publicznie na nich za bardzo nie narzekać, a tym bardziej nie obrzucać ich obelgami. Postępuję tak z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że oni wszyscy, a już zwłaszcza biskupi są objęcia szczególną ochroną Kościoła i każda próba przełamywania owej ochrony stanowi bardzo ciężki grzech. Drugi jest już czysto osobisty. Otóż ja mam świadomość, że Kościół Powszechny, jest tak naprawdę jedyne co mam i nieopisaną tragedią by było, gdybyśmy nagle ich wszystkich stracili. Wielokrotnie przez wszystkie te lata, jak prowadzę swój blog, wyrażałem opinię, że Kościoła trzeba zawsze bronić, a skoro Kościoła, to jak najbardziej powołanych przez Niego osób duchownych. A dziś, w tych szczególnych czasach, gdy mój Kościół jest narażony na niespotykaną chyba wcześniej agresję Szatana, czuję się w obowiązku by Go bronić. Nie krytykować, nie wzywać do opamiętania, nie ogłaszać konieczność zmian, a to dlatego, że jestem głęboko przekonany, że jeśli się weźmiemy tu za łby, to wspomnianemu Szatanowi bardzo by się spodobało.

      Ale, jak się można już było domyślić, chciałem dziś mówić o kardynale Grzegorzu Rysiu i przedstawionej przez niego u Bogdana Rymanowskiego nauki w temacie Boga i naszej chrześcijańskiej wiary. Na początek może przytoczę możliwie wiernie słowa jakie kard. Ryś wypowiedział w odpowiedzi na pytanie Rymanowskiego: „Czy ma Ksiądz Kardynał czasem wątpliwości, że Pan Bóg istnieje?”:

Chyba aż tak to nie, bo to jest bardzo poważna teza, że Pan Bóg nie istnieje. Myślę jednak, że dla chrześcijanina to nie jest najważniejsze pytanie. Nie chodzi bowiem o to, czy Bóg jest czy Go nie ma, tylko czy się objawił w  Jezusie Chrystusie, lub czy się w ogóle objawił i czy ma dla nas Słowo. Kluczowe w wierze jest to by wierzyć Bogu na Słowo  i to tak, by ku temu Słowu iść. To jest dopiero wiara chrześcijańska. A ona nie polega na tym, by wierzyć że Bóg istnieje. W liście św. Jakuba jest taki fragment: „Czy wierzysz, że jest Bóg?” „Wszystkie Diabły wierzą i drżą”.

A więc Diabeł nie wierzy w Boga w takim sensie jak tego wymaga od nas wiara chrześcijańska. W Ewangelii jest takie wydarzenie, gdy Jezus spotyka ludzi opętanych i oni dokładnie wiedzą, kto to jest i mówią: „Przyszedłeś nas zgubić”. I to jest niewiara. Że spotykam się z Bogiem w Jezusie i mam przekonanie, że On mnie  zgubi. Nie chodzi więc w wierze tylko o to by wierzyć, że On istnieje. Jest milion powodów, żeby nawet bez żadnej  wiary tak twierdzić.

Spotkaliśmy się w Łodzi z prof. Meissnerem, wielkim fizykiem teoretycznym i on mówił, że kiedy uprawia tę swoją niesłychaną dziedzinę nauki, to musi wstrzymać sąd, czy Pan Bóg istnieje czy nie, bo to nie jest kompetencja wprost nauki, ale gdyby miał się wypowiadać, to raczej byłby na tak, niż na nie.  Piśmie Świętym jest mowa o tym, że nawet w oparciu o same rozumowanie można dojść do przekonania, że Bóg istnieje, a nawet do opisania kliku Jego cech. Ale do tego nie jest potrzebna wiara, która jest oparta o Objawienie”.

       Nie wiem, jak na powyższe słowa Kardynała zareagował załóżmy taki Donald Tusk, który dopiero co spotkał się z Leonem XIV i z całą pewnością ma dużo do powiedzenia w kwestii chrześcijańskiej wiary, ale bardzo bym się zdziwił, gdyby on na nie nie dostał cholery, i to nie dlatego, że dostrzegł w nich próbę zakwestionowania istnienia Pana Boga, ale wręcz przeciwnie: Donalda Tuska  - człowieka, który z całą pewnością jest przekonany, że Bóg istnieje -  wypowiedź Kardynała musiałaby doprowadzić do furii, dlatego, że on w niej poinformował Tuska bardzo czytelnie, że on sobie tę swoją wiarę w Boga może wsadzić w tę bezzębną paszczę, jeśli jednocześnie nie wierzy w to, że On objawił się w Jezusie Chrystusie i ma dla nas Słowo. Bo jego wiara w Boga jest niczym, jeśli on w Niego wierzy i drży. A zatem, myślę sobie, że Donald Tusk, jeśli tych słów kard. Rysia wysłuchał, zaczął drżeć jeszcze bardziej. Zaczął drżeć jak jasna cholera.

    No ale tego, choć się domyślam, oczywiście nie wiem. Wiem natomiast, jak na słowa Kardynała zareagowali wszyscy ci, którzy zwłaszcza ostatnio zaczęli się zastanawiać, kto jest gorszy: Tusk czy Ryś? Otóż o ile się zdążyłem zorientować, zdecydowana większość prawe sceny uznała Rysia za Antychrysta. I to jest dla mnie czymś niepojętym. Kardynał Ryś, stając wobec jakże trywialnego dylematu Rymanowskiego, czy istnieje pewność, że Bóg istnieje, postanawia i jemu i przy okazji nam udzielić bardzo głębokiej nauki na temat tego, czym jest nasza wiara, w dodatku robi to, tak jak biskupom się to raczej nie zdarza, a więc bardzo przejrzyście i co najważniejsze krótko. Tłumaczy mianowicie, że  w to iż Bóg istnieje, poza skrajnymi ateistami wierzą dosłownie wszyscy, włącznie z liberałami, socjalistami, nazistami, żydami, masonami, okultystami, czy wreszcie z samymi satanistami. O Donaldzie Tusku akurat nie wspomniał, ale też i po co? Zwracając się do Rymanowskiego jak do dziecka, wyjaśnia, że jeśli chcemy uważać się za chrześcijan, nie wystarczy nam powiedzieć, że wierzymy w Boga, ale musimy w naszych sercach rozważyć, czy wierzymy w to, że On, by nas odkupić, przyjął ludzkie ciało, zszedł na Ziemię, został umęczony i pogrzebany i zgodnie z zapowiedziami proroków, trzeciego dnia zmartwychwstał i przyjdzie powtórnie, by tych którzy przyjęli Jego Słowo, zabrać do wieczności.

       Wydawałoby się, że to jest takie proste! Co ja mówię, proste? Jestem pewien, że tak naprawdę to co nam powiedział kardynał Ryś, wielu z nas tak naprawdę zawsze wiedziało, tyle że nie potrafiliśmy może tego sobie tak mocno uświadomić. A mimo to nagle zaczynamy się zachowywać, jak wypisz wymaluj znani nam tak dobrze bezbożnicy.

poniedziałek, 8 lutego 2021

Linijki

 

Chodzi mi to po głowie od pewnego czasu, zwłaszcza od czasu gdy mam coraz większą świadomość, że nie ma mowy o tym, by którakolwiek z moich książek została kiedykolwiek wznowiona, by może zdecydowanie częściej przypominać tu swoje stare, choć wciąż tak bardzo aktualne, notki. Coś mnie jednak niezmiennie powstrzymywało od tego, by wrócić do owych wspomnień, i oto przy każdej kolejnej okazji uświadamiam sobie, jak bardzo tamte refleksje są aktualne właśnie dziś i jak wciąż chętnie są czytane. Wczoraj przypomniałem dawny tekst o Marvinie Heemeyerze i okazało się, że on zrobił naprawdę wielkie wrażenie; po tych wszystkich latach. A zatem pozwolę sobie po raz kolejny wrócić do przeszłości. Oto tekst jeszcze z roku 2009, a wciąż jakby z wczoraj.

 

      Gdy idzie o absolutnie przeważającą część dziedzin wszelkich, jestem klasycznym ignorantem. Bez względu na to, czy coś mnie pasjonuje, czy zaledwie interesuje, czy jest mi to coś całkowicie obojętne, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że moja wiedza na dany temat jest wyłącznie empiryczna i nie podparta niczym innym jak doświadczeniem, wiarą i przekonaniem. Niedawno ktoś na mnie nakrzyczał, że moje uwielbienie dla malarstwa Picassa jest chore, bo Picasso to dno i oszustwo. A ja nawet nie potrafię się bronić, bo jedyne co na temat Picassa jako artysty mogę powiedzieć, to to, że kiedy widzę jego obrazy, to staję jak wmurowany i drżę. No ale to bardzo mało, prawda?

      I tak jest właściwie z całą resztą wszystkiego co nas otacza. Nawet na piłce nożnej się nie znam. Nie wiem, dlaczego ci którzy wygrali, byli lepsi i w czym byli lepsi, a co powinni byli robić, żeby wygrać jeszcze wyżej. Mecz mi się albo podobał albo nie i na tym ja swoje wystąpienie w sprawie footballu kończę. Słucham piosenki i piosenka mi się albo podoba, albo nie. Czytam wiersz i albo jestem wzruszony, albo nie. Kiedyś Gore Vidal chyba napisał, że to, czy wiersz jest dobry czy nie, zależy od liczby tzw. dobrych linijek. Czytasz linijkę i myślisz sobie – w porządku jest! Im ich jest więcej, tym oczywiście lepiej. I tak jest – w moim przypadku – ze wszystkim. Patrzę na linijkę – jedną, drugą, trzecią – i wiem.

      Blog który prowadzę jest blogiem politycznym, a więc większość tego co tu piszę obejmuje i troszeczkę sprawy społeczne, i kwestie historyczne, niekiedy problemy ekonomiczne, i oczywiście każde słowo jakie wypowiadam ma wartość wyłącznie o tyle, o ile wartość ma moja intuicja i umiejętność perswazji. Jeśli ktoś zechce ze mną dyskutować z pozycji eksperta, to ja się natychmiast poddaję, choćby z tego względu, że nie mam nawet odpowiedniego słownika, żeby prowadzić poważną, kompetentną rozmowę. Dziś mam kłopot szczególny, ponieważ wpadło mi do głowy parę refleksji, którymi bardzo się potrzebuję podzielić, a które wymagają pewnej wiedzy. A tej, jak mówię, mi brakuje. Mam tu na myśli mianowicie coś, co nawet nie wiem jak się nazywa. Ja na to coś zawsze mówiłem ‘komuna’. Ale prawdopodobnie chodzi tu bardziej o marksizm, albo jakiś inny leninizm, czy – ostatnio – postliberalizm. A z tym nie ma żartów. To jest poważna wiedza i – o ile mi wiadomo – istnieją nawet specjalne w tej kwestii studia i kontrowersje.

      Nie mam jednak wyjścia. Muszę coś powiedzieć. Proszę posłuchać. Otóż chodzi o to, że – o ile się nie mylę – zanim komunizm się zmaterializował w postaci sowieckiego państwa, jego przyczółków, tych dziesiątek milionów ofiar i tego całego – czasem całkiem trywialnego – nieszczęścia, to istniała teoria. Wszystko co miało później nastąpić, zostało najpierw wykoncypowane, następnie jakoś tam przedyskutowane i w końcu zapisane na papierze. Znów – o ile się nie mylę – pomysł był taki, że Boga nie ma, a to że niektórzy postanowili ten przesąd utrzymywać, wynikało z czystej chęci zaszkodzenia człowiekowi. Religia – wedle tej teorii – służyła wyłącznie trzymaniu społeczeństw za pysk i wykorzystywaniu dobrej natury człowieka do jego faktycznego gnębienia.

      A zatem, teoretycy tego nowego podejścia do świata i człowieka, kierując się naturalnie najlepiej pojętym interesem jednego i drugiego, postanowili, że świat może być sprawiedliwy, a człowiek szczęśliwy za sprawą paru szybkich i odpowiednio przemyślanych posunięć. Jakie to miały być posunięcia, nie za bardzo się orientuję, ale to co się liczyło, to cel. A cel był następujący: Człowiek ma być wolny, ma mieć wszelkie możliwe szanse na rozwijanie swoich talentów, ma mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, a jak już zaspokoi głód i podstawowe potrzeby, będzie miał czas na rozrywkę i przyjemności. Ponieważ dzięki mądrościom i talentom zdolnych i wykształconych ludzi, korzyści spływają na cały naród, teoretycy nowych czasów wymyślili też, że nauka będzie dostępna dla wszystkich, oczywiście będzie darmowa, a jak ktoś zachoruje, to – naturalnie – państwo zrobi wszystko, żeby choremu pomóc, bo zdrowie obywatela przekłada się w sposób oczywisty na zdrowie narodu. Nie wiem, co na temat moich wynurzeń sądzą w tym momencie wykształceni przedstawiciele Krytyki Politycznej, ale – jak sądzę – nie powinno być najgorzej. Tak to wyglądało, prawda?

      To wszystko jednak była tylko teoria. Kiedy przyszło do jej wdrażania, na pierwszy ogień poszła religia. Nie można instalować bowiem systemu społecznej sprawiedliwości i naturalnego szczęścia, dopóki istnieją jakiekolwiek czynniki ograniczające wolność człowieka i jego aspiracje. A zatem, z jednej strony zaczęto likwidować wszelkie elementy starej wiary, a z drugiej, zamiast niej – wiedząc, że człowiek jednak potrzebuje jakiegoś rytuału – wprowadzać najróżniejsze akcenty, tworzące wciąż religię, tyle że religię nowego typu. A więc zamiast Watykanu, pojawiła się Moskwa, zamiast papieża – Pierwszy Sekretarz KPZR, a już niżej te wszystkie komitety partii zamiast parafii, ci urzędnicy zamiast księży i te uroczystości zamiast Mszy Świętej. Te pieśni, te gesty, te wyznania wiary, te pasowania na młodzików, te cywilne śluby, te uroczystości nadania imienia, zamiast chrztu. Lata mijały, a rezultat był tak, ze z tego wszystkiego zostały tylko te gesty i od czasu do czasu butelka wódki i goździk. A wokół miliony trupów.

      Dziś właściwie komunizmu już nie ma. Nie zostało z niego nic. Ani tych obietnic o dobrym życiu, ani tych świąt, a i goździki też jakoś wyparowały. Zostało natomiast to co najbardziej ludzkie i wieczne – zwykłe pragnienie sprawiedliwości i nadzieja na to, że kiedyś będzie lepiej. Naiwne przekonanie, że jeśli ktoś ma jakieś pożyteczne dla ogółu zdolności i nie jest przy tym skończonym leniem, to będzie mógł utrzymać i siebie samego i rodzinę, a na starość nie będzie musiał żyć na łasce swoich dzieci. To pozostało.

      Niestety, również, okazało się, że nawet jeśli stary system runął, to z całą pewnością stworzył swoją przedziwną kontynuację. Na miejscu starej komuny, pojawiło się coś co w dość przerażający sposób potwierdza teorię, że historia się powtarza w postaci swojej karykatury. Otrzymaliśmy więc nowy projekt, którego nazwy nie znam i co do którego, nawet nie mam przekonania, czy on jest bytem realnym, a nie tylko moim złudzeniem. Ale rozglądam się, staram się wyciągać wnioski i nie mogę nie zauważyć, że jednym z bardzo widocznych elementów nowego systemu jest uparte przekonanie, że religia to zwykłe zawracanie głowy, a jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie popatrzy, jak te wszystkie kościelne porządki przypominają stare, partyjne pomysły. Przecież to jest, panie, dokładnie to samo! On nawet padają na kolana przed obrazami!

      I to uważam za najbardziej niezwykłe, najbardziej spektakularne osiągnięcie ateistycznego komunizmu. Wmówienie bardzo wielu, z pozoru niekiedy zupełnie inteligentnym ludziom, że to co dla człowieka zawsze było tak bardzo naturalne – mianowicie wiara w zbawienie i miłość do Boga – to śmiechu warta parodia komunizmu. Spójrzmy troszkę wokół siebie. Przysłuchajmy się, co niektórzy ludzie mówią o Kościele, o księżach, o zasadach, o przebaczeniu, o Komunii Świętej, o Sakramencie Pokuty, o żalu z grzechy. Jak wielu z nich i jak często, twierdzi, że wszystko to co zawsze było tak prawdziwe i tak ludzkie, jest wyłącznie kalką z komuny. To jest właśnie ten sukces. Wykształcenie nowego, nowoczesnego człowieka, który świetnie wie, co jest życiem, a co jedynie przesądem i jeśli się da nabierać, to wyłącznie dla swojej własnej przyjemności.

      A więc tu mamy do czynienia z kontynuacją. Cała reszta, to już pełna modyfikacja. To co przyszło po Marksie, po Leninie, po Stalinie, po tych gułagach, po tym głodzie, po tych zabójstwach – i w majestacie prawa i ot tak sobie – nie dość że nie przyniosło realizacji tych starych obietnic, ani choćby zapowiedzi nowej sprawiedliwości i nowego szczęścia, to wręcz poinformowało nas, że sprawiedliwość i szczęście to też zabobony. To co przyszło po, już nic nie obiecuje. Wyłącznie apeluje, przestrzega, grozi, a jeśli ktoś nie chce słuchać, ten zostaje zwyczajnie zignorowany. To co przyszło po, przede wszystkim mówi, że nic nie jest gwarantowane, nic się nikomu nie należy i że jeśli człowiek zdycha, to pretensje może mieć wyłącznie w stosunku do siebie. To co przyszło po – ja nie wiem jak się to nazywa, bo, jak mówię, nie znam się – nikomu już nic nie każe. Jedynie sugeruje. Że jak się chce żyć, to trzeba sobie radzić. Jak ktoś chce tracić czas na religię, czy zwykłe marzenia, to jego sprawa. Ale ma przy tym wiedzieć, że skoro sobie nie wiadomo co wyobraża, to jest zwykłym komunistą. Jeśli mówi o sprawiedliwości – jest komunistą. Jeśli mówi o prawach człowieka – jest komunistą. Jeśli mówi o biedzie, o strachu przed utratą pracy, o prawach ludzi słabych i wykluczonych – jest oczywiście też komunistą. A jak jeszcze te swoje dziwne pretensje zechce zamanifestować publicznie, to dostanie gazem pieprzowym po oczach, pałą po dupie, ewentualnie pięścią w mordę, a na sam koniec zostanie opisany przez światłą opinię publiczną jako chuligan – komunista. Oto nowe czasy. Już na samym początku tego tekstu zastrzegłem, że jestem bardzo kiepskim fachowcem, jeśli idzie o świat i jego zagadki. Widzę jednak, że tamto coś jeszcze na samym swoim początku przerodziło się w terror i zbrodnię, a później już tylko stopniowo gniło. I że gnijąc, stało się nawozem dla powstania prawdziwego potwora. Powstał świat – podobnie jak wcześniej – bez Boga, ale również bez jakichkolwiek obietnic i w rezultacie bez nadziei. I zalecenie – żadnych przesądów, poszło jeszcze dalej. Żadnych marzeń. Żadnych obietnic. Tylko nauka i praca. A to co zostanie, to już wyłącznie będzie zależeć od szczęścia i troszeczkę od nas. Nagle się okazało, że skoro już się nie musimy modlić, to też możemy mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, albo nie. Możemy mieć czas na rozrywkę i przyjemności, albo nie. Możemy się uczyć, albo i nie. A jak ktoś zachoruje, to państwo – tak jak kiedyś – zrobi wszystko, żeby choremu pomóc. Ale może też i nie pomoże, a w tej sytuacji niech ten chory pomaga sobie sam. Ewentualnie może pójść do wróżki, żeby się dowiedzieć, jakie są perspektywy.

      No i zostali ludzie i ich dzieci. Wierni wyznawcy tej zamierzchłej już teologii ateistycznego komunizmu. Wieczne ofiary tego przedziwnego eksperymentu. Znakomici uczniowie swoich dawnych mistrzów. Dokładnie ci sami, tyle że dziś nazywający się prawicą, a nie lewicą. To są właśnie ci, którym wystarczy pamiętać o dwóch rzeczach. Pierwsza z nich to ta, że marzenia o sprawiedliwości to komunistyczna utopia, a druga – że Boga nie ma.

      I nagle słyszę, jak oni na mnie mówią, że jestem homo sovieticus.



 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Modlitwa za Marca Bolana

Golders Green w popularnej opinii funkcjonuje, jako słynny londyński cmentarz, jednak cmentarzem w znanym nam sensie nie jest. Formalnie, Golders Green to przede wszystkim dzielnica Londynu, a poza tym jedno z pierwszych powstałych w Wielkiej Brytanii krematoriów. Pełna więc nazwa tego miejsca, to nie Golders Green Cemetery, lecz Golders Green Cemetery and Mausoleum.
A mimo to, mimo że nie mamy do czynienia z klasycznym cmentarzem, jeśli tylko sobie zażyczymy, to tam właśnie będą nas po naszej śmierci odwiedzać nasi bliscy. I nigdzie indziej.
Golders Green zatem to jest to krematorium, to mauzoleum z setkami wpuszczonych w gustowne wnęki urn, ta – nie wiadomo skąd nagle wzięta – kaplica z prawdziwym krzyżem i całą typową dla, znanych nam tak dobrze kaplic, oprawą, no i park. Piękny, typowy londyński park, z drzewami, klombami, pięknymi kwiatami, starannie przystrzyżonym krzaczkami, i tysiącem maleńkich tabliczek z nazwiskami ludzi, których już wśród nas nie ma.
To co robi być może wrażenie największe, to fakt, że – pomijając tę przedziwnie tam umieszczoną kaplicę – w Golders Green, wedle wszelkich znaków, nie ma Boga. To jest miejsce, z którego Bóg został bardzo skutecznie wypędzony. Tam jest to krematorium, te urny, i te niezliczone tabliczki umieszczona albo pod jakimś krzaczkiem, albo drzewem, albo kwiatkiem, i z tego, co słyszę, wynika, że tam nawet nie ma śladu choćby tylko prochów tych, których nazwiska widnieją na tabliczkach. Z tego, co się dowiaduję, ich ciała zostały najpierw spalone, a następnie rozrzucone w tym parku. Czy akurat tam, gdzie są te tabliczki? Tego nie wiem, ale wygląda na to, że to już jest bez znaczenia. Tu chodzi tylko o to, by była ta tabliczka i ten krzaczek; i ten kwiatek; i to drzewo. I żeby było ładnie. I żeby świeciło słonce, i żeby wiał łagodny wiatr.
Golders Green to krematorium. Bardzo znane i uznane krematorium. To tam została spalona Amy Winehouse. Tam został spalony Rudyard Kipling. Tam też spopielono ciało T.S. Elliota. To tam wreszcie najpierw spalono ciało Iana Dury, a potem ten pył wrzucono do Tamizy.
To jednak też tam, w tym przepięknym parku, znajdziemy tabliczkę z napisem: „Simeon and Phyllis Feld 19th September 2011 and 11th January 2011 Now Together With Their Beloved Son Mark 16th September 1997 Lovingly Remembered Always Rest In Peace”. Mark to znany nam skądinąd Marc Bolan, wybitny – jeden z najwybitniejszych – muzyk, gitarzysta, autor tekstów, poeta, kompozytor, lider jednego z największych zespołów ery rock’n’rolla – T-Rex.
A zatem tak wygląda grób Marca Bolana. Do tego miejsca nie prowadzą ani specjalne strzałki, nie ma nigdzie specjalnej tabliczki informującej o tym, że to tu można próbować go odnaleźć. W konsekwencji nie ma też bandy zaćpanych fanów śpiących na tej trawie. Nawet nie ma tego nazwiska „Bolan”. Tylko Simeon i Phyllis Feld i ich ukochany syn Mark. Ta skromność jest porażająca. Autentycznie porażająca.
A z drugiej strony, porażająca, i jednocześnie przerażająca, jest owa konsekwencja i determinacja, najpierw jego rodziców, a potem tych, co po nich zostali, by pod żadnym pozorem nie okazać słabości i nie przyznać, że jest coś jeszcze, ponad ten krzaczek i tę tabliczkę.
I tylko to jedno zgrzyta. Co jest z tym „dziś już razem z ich ukochanym synem”? Jakim synem? Jakie razem? Przecież gdy nie ma nic, to nie ma nic. Wszystko inne jest bez sensu. Wszystko inne jest wręcz nienaukowe. Przecież od tego to już tylko krok do Wisławy Szymborskiej na herbatce z Ellą Fitzgerald.
Szczęście, że tam się jednak znalazło miejsce dla tej kaplicy i tego krzyża. Tam można zawsze przyjść i się pomodlić za tych, którzy zostali porozrzucani gdzieś wśród tej zieleni. A jak ktoś ma za daleko, to może się zawsze pomodlić tu, na miejscu. Pomódlmy się więc za Marka Bolana, wielkiego muzyka i poetę. I liczmy na to – również we własnym interesie – że Jego Miłosierdzie jest w istocie nieskończone.

Biedni jesteśmy jak nigdy wcześniej. Bardzo proszę o nas nie zapominać i w miarę możliwości wspierać ten blog pod numerem konta, który ostatnio, z nieznanych powodów, znalazł się na samym dole strony. Dziękuję.


sobota, 23 marca 2013

I widział, że wszystko co uczynił...

Znów musiałem zrobic dzień przerwy. Bardzo mi przykro. Wciąż zbieram materiały do tekstu, który mam nadzieję wstawić jutro, a chcę, żeby to wszystko grało, jak ta lala. W międzyczasie zatem, korzystając z dość świeżej tradycji, chciałem Wam coś pokazać. Proszę sobie wyobrazić, że tu nie ma żadnego tricku. To jest wszystko tylko obiektyw i talent. Zaćmienie słońca. Albuquerque, Nowy Meksyk. Maj zeszłego roku Czy wiecie, że kiedy to się zmieni, świat się skończy? Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.boston.com/bigpicture/. Swoją drogą, polecam. Tak zresztą, jak ten blog. On bez Waszego wsparcia nie przetrwa. Dziekuję za cierpliwość.

sobota, 11 grudnia 2010

O komórce z Bogiem i bez Niego

Wspominałem już tu z pewnością o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.
A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.
Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.
Spędziliśmy wczoraj wieczór, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy - i to jaki! - film Six Shooter, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.
No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich mysli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.
Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, ze to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem zycia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?
A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głownie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.
Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w zyciu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.
I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie wczoraj słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardzie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.
A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, ze wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.
Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

wtorek, 2 listopada 2010

Ogień

Święto Wszystkich Świętych jest, jak się zdaje jedynym powszechnie obchodzonym świętem w Polsce, gdzie większość zainteresowanych ma w głowie kompletny chaos. Jak się dobrze zastanowić, to nawet Święta Bożego Narodzenia, i to również w tych ostatnich, bardzo nowoczesnych czasach, obchodzone już tak mniej więcej od listopada, co by nie mówić o tej całej idiotycznej dekoracji, tych Mikołajach i bombkach, nie odchodzą jakoś szczególnie dramatycznie od pierwotnej idei, a więc informacji, ze Bóg się nam narodził i od tego momentu nic nie jest takie jak było. Jak idzie o Wszystkich Świętych, mamy poważne zmartwienie. Dla większości obywateli, ten dzień to tak zwane Święto Zmarłych, a więc okazja, żeby pójść na groby i sobie pogadać w towarzystwie dawno niewidzianych krewnych i znajomych, ewentualnie zrobić ten wysiłek i przypomnieć sobie, że prędzej czy później trzeba będzie kopnąć w kalendarz. O Świętych, a już z całą pewnością o Wszystkich Świętych, by nie wspomnieć o tych Świętych, o których pies z kulawą nogą nie pamięta, nikomu już do głowy nie przyjdzie, żeby pomyśleć.
Dostaliśmy wczoraj od Księdza długi wpis, który był w sposób oczywisty napisany z okazję tego dnia, i ciekawe że o grobach i o naszych zmarłych słowa tam nie było. Wręcz przeciwnie, dużo tam się czuło powiewu zycia, a jak wziąć jeszcze pod uwagę tytuł, a więc tę wieczność, to można by było dojść do wniosku, że właściwie naprawdę jest na co liczyć. Kto wie, czy w pewnym momencie, dzięki tej historii nie zrobiło się tak ciepło, że nawet banda tych pajaców przebranych za dynie przestała irytować, lecz wyłącznie budzić pełne pobłażliwości współczucie.
No i mija dziś dzień kolejny. Dzień Zaduszny. A więc dzień, kiedy nagle można z pełną mocą poczuć powiew tej śmierci. Czystej, niewzruszonej, niepojętej śmierci. Ja go wprawdzie już poczułem wczoraj, a ponieważ – co już zostało tu odpowiednio wcześniej wspomniane – dni były naprawdę prześliczne, może i jeszcze dzień wcześniej, a może jeszcze wcześniej, ale dziś wciąż jestem lekko rozdygotany. Trochę za bardzo.
Cmentarz który uważam za swój, a więc cmentarz w Katowicach na ulicy Sienkiewicza, jest wprawdzie nie tak wielki, sławny i pełen emocjonujących miejsc jak cmentarze w innych miejscach Polski, ale nikt nam nie zarzuci, że nie ma tu czego odwiedzać. Jest tu na przykład grób Zbigniewa Cybulskiego – aktora. Jest na tym moim cmentarzu pochowany Alfred Szklarski – pisarz, któremu pani Rowling nie dorasta do pięt. Jest Jerzy Duda Gracz – artysta malarz. Jest piękny czarny nagrobek żony Wojciecha Kilara, a obok miejsce puste, czekające na ten miejmy nadzieję bardzo odległy dzień. Od niedawna jest tu pochowana pani senator Bochenek, której życie zostało zmasakrowane przez smoleńską mgłę. Mnóstwo jest tu grobów ludzi, którzy zmarli, a którzy byli ważni nie tylko dla najbliższych. Są tu groby obłożone kwiatami i świeczkami, ale też groby zapomniane, często z wymalowanym napisem ‘do likwidacji’. Widziałem wczoraj coś, co przypominało grób tylko przez to, że zatopione w czarnej ziemi leżały jakieś połamane kamienie z trudem przypominające krzyż, bez żadnego nazwiska, z ledwo widocznym napisem 1916, i trzy świeże, nie wiadomo przez kogo zapalone świece…
Ale na tym moim cmentarzu znalazłem jeszcze w sobotę miejsce, które już odwiedziłem czterokrotnie i które będę już odwiedzał zawsze. Miejsce, które zrobiło na mnie takie wrażenie, że autentycznie do dziś nie mogę się pozbierać. I ja i moja żona i dzieci. Mam na myśli tonący w kwiatach i świecach grób siedemnastoletniej dziewczynki, zmarłej w styczniu 2008 roku, a więc już niemal trzy lata temu na białaczkę. Grób, jak mówię, jest cudowanie ozdobiony kwiatami i palącymi się wciąż świeczkami, a na płycie wypisany jest tekst, który już dziś znam na pamięć. Tekst, którego nie mogę zapomnieć i zapomnieć nie chcę. Tekst absolutnie porażający.
Wczoraj, pod rekolekcjami księdza Paddington, nasz marynarz, zaznaczył w swym komentarzu, że jest osobą niewierzącą, i prosił Księdza, żeby mu coś w tej sprawie powiedział – swoją drogą, co za nieszczęśnik z tego Bartosia, kiedy w swoim opętaniu wciąż utrzymuje, że PiS to wyłącznie pobożne babcie od Rydzyka – a ja natychmiast pomyślałem, że napiszę ten tekst. I dla siebie i dla innych i dla mojego niewierzącego przyjaciela z Gdyni. Dlaczego? Dlatego, że jestem najszczerzej i najgłębiej przekonany, że to co jest napisane na tym nagrobku, to głos Boga. To jest to, co trochę żartobliwie za panią Toyahową – nazwałem w jednym z wcześniejszych wpisów truskawką. Truskawką w swej unikalnej, wyjątkowej i niepowtarzalnej fizyczności.
Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej dziewczynce, która zmarła w Katowicach tamtej zimy. Nie mówiono o niej w telewizji, nie organizowano na jej rzecz ogólnopolskiej pomocy. Nie została bohaterem. Po prostu któregoś dnia zmarła na białaczkę. Dziś, kiedy szukamy od paru dni czegokolwiek o niej w Sieci, jedynie najmłodszej Toyahównie udało się trafić na informację, do jakiego gimnazjum ona chodziła i ze miała drugą najwyższą średnią – 5,6 – w szkole. Że zdobyła jakąś nagrodę w konkursie na baśń,. Że brała udział w jakichś konkursach przedmiotowych. I tyle. Nawet nie ma słowa o tym, że zmarła. Wiemy, ze skończyła to gimnazjum, domyślamy się, że musiała pójść do jakiegoś liceum – pewnie jednego z tych bardziej ambitnych – i zaraz potem zmarła. I tyle. No i widzimy ten grób. Od trzech lat tonący w kwiatach, i płonący blaskiem tych świec, jakby to ona, a nie kto inny, na oczach oszołomionego świata, zmarł niedawno w tej smoleńskiej katastrofie.
Cóż takiego się stało? Kto to taki umarł? Kim było to dziecko? Kto je tak kochał?
I czytamy tę inskrypcję. To nie są słowa poety. To nie mądrości wielkich filozofów. To nie wyjątek z mądrej ksiązki. To parę zdań napisanych przed śmiercią przez kogoś, kto wie, że to już koniec. Nie wiem, co powie na to Don Paddington, ale dla mnie to słowa Boga:
Mam problem, bo w moim zyciu biologia rywalizuje z chemią.
Hoduję blasty, a jednocześnie poddaję się chemicznym doświadczeniom.
Kiedyś myślałam, że można łączyć pasje, na przykład religię z fizyką.
Teraz wiem, że trzeba na to więcej czasu.
Że trzeba czasem umrzeć w przerwie między lekcjami”.


Truskawki, blasty, lekcje, pasje…
Tak, Mój Drogi Marynarzu. Czy widzisz ten ogień?

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...