wtorek, 31 maja 2011

Sikorski na trapezie

Jakimś niezwykłym zupełnie cudem, włączyłem niedawno telewizor na minutę przed zakończeniem rozmowy z Radkiem Sikorskim, ministrem i politykiem Platformy Obywatelskiej, i trafiłem na coś, o czym, jak znam życie, pewnie bym już nigdy się nie dowiedział, a przez co zdecydowanie bym był uboższy. Otóż, jak mówię, na sam koniec tej rozmowy, dziennikarz telewizji TVN24, postać w środowisku osob jeszcze szczęśliwie całkiem nieodmóżdżonych kultowa – Grzegorz Kajdanowicz, zadał Sikorskiemu następujące pytanie: „Czy pan wszedłby do rządu, który Platforma tworzyłaby – jest taki scenariusz – z SLD?” I na to proste pytanie Sikorski odpowiedział, jak następuje: „Nie będziemy spekulować, bo to są takie hipotetyczne scenariusze, które mają wpływ na wynik wyborów. A my gramy, aby wygrać. O koalicję będziemy się martwić dzień po”.
Jak widzimy, ostro jest już, jednak najciekawsze dopiero nastąpiło. Kajdanowicz, którego osobiście zawsze uważałem za człowieka na intelektualnym, i każdym pozostałym zresztą jak najbardziej też, poziomie, jak najbardziej w telewizyjnym standardzie, a więc bez jakichkolwiek wymagań, na tę deklarację, jak gdyby nigdy nic rzucił jeszcze: „Rozumiem, że gracie o wszystko”… i się z Sikorskim pożegnał.
Wydarzenie to jest dla mnie interesujące ze względu i na Sikorskiego i Kajdanowicza, i naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć, na kogo bardziej. Spójrzmy najpierw na Sikorskiego. Ja biorę oczywiście pod uwagę, że pan minister intelektualnie stoi znacznie niżej, niż komukolwiek z nas mogłoby się, nawet przy najbardziej nieuprzejmym do niego stosunku, wydawać. No ale żeby z taką otwartością przyznać, że on, jako przedstawiciel Platformy Obywatelskiej, nie może odpowiadać dziś na jakiekolwiek pytania typu „Co po?”, jeśli tylko istnieje obawa, że jego odpowiedź może obniżyć wyborcze szanse jego środowiska – to wyczyn nie lada. No bo jeśli w tym nie ma nic szokującego, to musielibyśmy uznać, że będzie też czymś całkowicie normalnym, jeśli Grzegorz Kajdanowicz zwróci się do ministra Rostowskiego z pytaniem, jaki on po wyborach urządzi system podatkowy, a on odpowie tak jak jego kumpel Sikorski: „Nie będziemy spekulować, bo to są takie hipotetyczne scenariusze, które mają wpływ na wynik wyborów”. Albo że ten sam Grzegorz Kajdanowicz przyjdzie do premiera Donalda Tuska i spyta go, czy, jeśli Platforma wygra wybory, a on wciąż będzie premierem, dalej będzie zbijał bąki, czy się weźmie do pracy, a Tusk bez mrugnięcia okiem odpowie: „Nie będziemy spekulować, bo to są takie hipotetyczne scenariusze, które mają wpływ na wynik wyborów”. I tak dalej.
Powstaje pytanie, dlaczego Sikorski nie odpowiedział na to – przyznaję niezbyt wygodne dla kogokolwiek pytanie – tak jak by to zrobił na przykład pierwszy brzegu polityk PSL-u, czyli, że nigdy w zyciu, ale oczywiście czemu nie, choć naturalnie nie należy spekulować? Dlaczego on się tak odkrył? Czy może właśnie dlatego, że jest głupszy, niż komukolwiek z nas się dotychczas wydawało, czy może chodzi o coś innego? A może sprawa polega na tym, że nasze wcześniejsze podejrzenia co do tego, że oni są już tak zdesperowani, że zwyczajnie nie panują nad tym co mówią, były od początku słuszne? No, na tej prostej zasadzie, że człowiek zdenerwowany nadmiarem zmartwień wpada niekiedy w taką bezrozumność, że to tu to tam musi się zachować jak bałwan. A może on już zwyczajnie wie, że i tak nie ma znaczenia, co on powie, kiedy na plecach czuć już ten płomień?
Ale jest też problem – być może nawet większy – z samym Kajdanowiczem. No bo szybkość i celność reakcji, jaką on się popisał, zadając Sikorskiemu to pytanie-sugestię: „Rozumiem, że gracie o wszystko”, jest autentycznie porażająca. No bo, znowu, jeśli założymy, ze Kajdanowicz jest tak głupi, jak dotychczas myśleliśmy, to nie ma żadnego znaczenia, co on powiedział. On to „rozumiem, że gracie o wszystko” mógł wyrzucić z siebie na zasadzie zwykłej dziennikarskiej kliszy. Tak jak jakieś „Czas pokaże jak będzie”, albo „Tak to jest w tej polityce”, czy wreszcie „Wybory niedługo, gra się rozpoczyna”… lub dziesiątki innych idiotyzmów bez znaczenia. Tyle że tu zastanawiająca jest ta celność. Sikorski pokazuje najjaśniej jak tylko się da, że skończył się piar, niedomówienia, wykręty, oszustwa; że oto nie ma już nawet sensu trzymać pozorów. Zbliżają się wybory, a po wyborach, jeśli one zostaną przegrane, zacznie się – co za okrutny paradoks! – dorzynanie watah. I na prośbę o oczywistą przedwyborczą deklarację, ten sam Sikorski – jak mówię, albo z głupoty, albo z szaleństwa – odpowiada, że on nic nie powie, bo się boi, że powie nie tak jak się należy i przez to przegra wybory. No i na to, Kajdanowicz tym swoim tekstem o „grze o wszystko” wpycha mu ten nóż w gardło jeszcze bardziej, już do samego końca.
Nie mam pojęcia, co to się stało, ale ponieważ w ogóle od wielu już lat dzieją się rzeczy w kulturze białego człowieka niespotykane, zawsze można pospekulować. Otóż ja myślę, że ani Sikorski ani Kajdanowicz nie są głupsi, niż mogliśmy dotychczas sądzić. A przynajmniej nie na tyle głupi, żeby z jednej strony wsadzać sobie bombę pod tyłek, a z drugiej tej bomby nie zauważyć. Sikorski powiedział co powiedział, bo tak akurat myślał, a strach mu własnie uszkodził zwykłą czujność. Kajdanowicz od razu to co się stało zauważył – bo on akurat czujny jest – i oczywiście mógł o tej „grze o wszystko” nie wspominać, ale z jakiegoś powodu wspomniał i wciąż jeszcze się cieszy, że był jak zwykle szybki.
Co z tego mamy my? Oczywiście nadzieję na to, że wszystko idzie w dobrą stronę. Jedni robią ze strachu pod siebie, drudzy to z całą pewnością świetnie wiedzą, i wszystko wskazuje na to, że ani jedni ani drudzy, nie potrafią na to znaleźć sposobu. Czy moglibyśmy, jak na razie oczekiwać czegoś więcej? Może i tak, ale – jak już kiedyś napisałem na naszym blogu – trzymam się oczekiwań minimum.

Będzie mi bardzo miło, jeśli komuś ta maleńka refleksja się spodoba, i zechce mi za nia przesłać jakiś grosz. A jeśli ktoś jest biedny tak jak ja, niech przynajmniej coś napisze. Też będzie mi miło. Ta cisza jest okropnie deprymująca. Gdybym ja przestał odpowiadać na Wasze komentarze, wiedzielibyście, co mam na myśli.

Wieje. Mój Boże! Jak wieje!

Przebieg wizyty prezydenta Obamy w Polsce i jej medialna obsługa były jakie były i na jeden i drugi temat powiedziano, nie tylko tu zresztą, wystarczająco dużo. Gdyby się dziś jednak zastanowić, co po tej wizycie pozostało, to przede wszystkim to, że Jarosław Kaczyński, wbrew swoim zapowiedziom, podał jednak rękę Bronisławowi Komorowskiemu, że wręczył prezydentowi Obamie memoriał w sprawie Smoleńska – i nie ma, cholera jasna, sposobu, by się dowiedzieć, co tam zostało napisane – że prezydent Obama spotkał się z rodzinami ofiar, i że zaliczył wpadkę w postaci pióra. A więc, jak się okazuje, nawet coś tak z punktu widzenia państwa i jego najwyższych służb istotnego, jak wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest konsumowana wyłącznie przez Jarosława Kaczyńskiego i ruch, który wokół niego od ponad roku się organizuje, natomiast reżimowi pozostaje już tylko się zastanawiać, jak by można propagandowo wykorzystać sprawę tego niepiszącego pióra. Oto układ sił na kilka miesięcy przed wyborami i prawdopodobnym końcem władzy Systemu.
Kiedy po raz pierwszy pojawiły się informacje o tym, że do Polski przyjedzie Barack Obama, towarzyszyła im wiadomość, że on pojedzie do Krakowa, i na Wawelu odda cześć zamordowanej w Smoleńsku Prezydenckiej Parze. Później, okazało się, że jakoś udało się ten Kraków skreślić, i że Obama zaledwie złoży kwiaty pod tablicą na ścianie Muzeum Powstania Warszawskiego. I oto dziś nagle, wychodzi na to, że gdyby tę wizytę opisać jakoś matematycznie, to ona tak naprawdę stanowiła wyłącznie gest pod adresem tej części Polski, która traktuje to co się stało 10 kwietnia 2010 roku jako wielką narodową katastrofę. Cała reszta, to był tylko zbiór gestów i słów, bez żadnego praktycznego, ale nawet i politycznego znaczenia, takich choćby jak to, że Napieralski zrobił parę zdjęć komórką, a Frasyniuk uznał to za wieśniactwo. Gdyby się zastanowić, po co w ogóle ta wizyta tak naprawdę się odbyła, to nie można znaleźć innej odpowiedzi, jak tylko tę jedną – żeby pokazać tej części Polski, że Ameryka nie zapomniała. Oczywiście, powiedziane to zostało bardzo dyskretnie, niemal niezauważalnie, przykryte całą kupą elementów osłonowych, ale powiedziane zostało. I tak naprawdę powiedziane zostało tylko to. Nic więcej.
Dlaczego ta wizyta została przez stronę amerykańską przygotowana w ten sposób? Nie mam pojęcia. Zresztą nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł na ten temat powiedziec coś rozstrzygającego. Amerykańska polityka wobec Europy i świata jest pochodną tak wielu, najczęściej bardzo tajemniczych, wewnętrznych interesów Stanów Zjednoczonych, że nie ma nawet co próbować kombinować. Nie zdziwiłoby mnie nawet, gdyby się okazało, ze sam Barack Obama też nie ma co do tego pełnej wiedzy. W tej sytuacji, opinie jakichś amerykanistów i profesorów z instytutów spraw międzynarodowych, mało mnie tu obchodzą, zwłaszcza gdy, jak się zdaje, oni i tak najczęściej sądzą, że ona była tak a nie inna, tylko po to, żeby Jarosław Kaczyński mógł podać rękę Komorowskiemu.
Wczoraj miałem bardzo miłą okazję wysłuchać rozmowy, jaką Bogdan Rymanowski przeprowadził z Anną Fotygą. Nie będą tu streszczał wszystkiego co minister Fotyga mówiła, ani tym bardziej zachwycał się nad przenikliwością i głębią jej wypowiedzi, bo kto na ten temat coś wie, to wie wszystko, a kto nie wie, i tak będzie sądził, że ona z całą pewnością zrobiła z siebie osła, a ja, jako stary pisowiec, piszę jak piszę, bo mi za to płacą. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na pewien, moim zdaniem niezwykle interesujący element jej relacji. Otóż Fotyga mówi, że na niej zrobiło wrażenie kompletnie nieprofesjonalne przygotowanie tej wizyty przez polskie służby ochrony rządu. Opisuje ona, jak to przed opóźniającym się przyjazdem Baracka Obamy do Pałacu Prezydenckiego, na górze Pałacu siedzieli już zaproszeni na szczyt prezydenci, a na dole przed drzwiami stał Bronisław Komorowski i czekał aż Obama się pokaże. Mówi Fotyga, że jeśli służby działają sprawnie, to informują prezydenta co do sekundy o tym, co się dzieje i co się stanie za chwilę. Komorowski mógł spokojnie siedzieć na górze ze swoimi gośćmi, a pół minuty przed przyjazdem Obamy zejść na dół i go spokojnie przyjąć. No ale stał tak jak bałwan pół godziny, przestępował z nogi na nogę i tracił czas.
Ale Anna Fotyga opisuje też organizację spotkania Baracka Obamy z rodzinami ofiar w Katedrze Polowej. Organizację przeprowadzoną bez udziału BOR-u, wyłącznie przez stronę amerykańską i kilka osób reprezentujących rodziny. No i mówi Fotyga, że tam wszystko było zgrane co do sekundy, każdy element tego spotkania był dopracowany z doskonalą starannością, wszystko się odbyło bez najmniejszego zarzutu. Ktoś się może zapytać, czemu BOR tam nie działał? I to jest coś najbardziej już interesującego. Otóż polskie władze, wedle słów Anny Fotygi, sprawę spotkania Amerykanów z rodzinami, z siebie zdjęły. Jak mówi Anna Fotyga, BOR się zwyczajnie „nie zgłosił”.
Dlaczego myślę, że to własnie jest takie ważne? Otóż chodzi mi o to, że po raz kolejny już polski rząd i polskie państwo pokazały, że cała sfera, która w jakikolwiek sposób jest związana z tak zwaną „sprawą polską”, polskiego rządu i polskiego państwa nie interesuje. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że ta część rodzin ofiar zbrodni smoleńskiej, która zachowuje pełną lojalność wobec władzy polskiej, czy nawet i rosyjskiej, na spotkaniu z Obamą gotowa była reprezentować nie poległych, lecz interesy zabójców, przez sam fakt bycia stroną, dla władzy pozostała elementem obcym. To co tam się stało, o niezwykle mocno przypominało też to, co się stało przed rokiem. Na pokładzie samolotu, który został zamordowany w Smoleńsku, nie byli tylko prezydenccy generałowie i ministrowie. Wśród osób, których spotkało tamto straszne nieszczęście, znaleźli się i tacy, którym nawet w głowie nie było służyć „obcemu”. A mimo to, przez to, że akurat znaleźli się po niewłaściwej stronie, sami jak gdyby zgotowali sobie swój los. A więc, przez właściwie czysty przypadek, zostali na równi z innymi pozbawieni ochrony.
Proszę zwrócić uwagę na niezwykłość tej symetrii. Barack Obama zaprasza na spotkanie rodziny poległych w Smoleńsku generałów, oraz brata i córkę Prezydenta. Swoją drogą wybór takiego a nie innego akurat składu delegacji jest niezwykły. Amerykański prezydent najwidoczniej chciał pokazać, że z punktu widzenia, który dla niego jest najistotniejszy, Smoleńsk to zdarzenie o charakterze militarnym. Zginęły tam generałowie i Prezydent, a więc generał najwyższy. Nie wiem oczywiście, czy mysli nawet nie tyle Obamy, ale tych, którzy dla Obamy to wydarzenie zaplanowali, szły w swoich intencjach aż tak daleko, ale mam bardzo silne odczucie, że to trochę miało wyglądać tak, jakby prezydent Stanów Zjednoczonych chciał oddać honory poległym na wojnie. A jeśli ma się okazać, że mam tu rację, to nie ma się co dziwić, że dla tych, którzy w tej wojnie stali po drugiej stronie, tego typu okazja nie jest niczym godnym uwagi, a co dopiero szacunku.
Mówię o symetrii. Kiedy prezydent Kaczyński wybierał się z wizytą na katyńskie uroczystości, ci sami ludzie, którzy dziś wyrazili tak fatalny brak zainteresowania dla tego co się miało dziać w Katedrze Polowej Wojska Polskiego, pozostawili i jego i jego żonę i jego gości – wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób akurat znaleźli się po stronie „wroga”, na łasce losu. Powiedzmy losu. Przywołując tu słowa marszałka Niesiołowskiego, jeśli ktoś się chce bawić na „przedpolu Rosji”, jego sprawa. A więc Lech Kaczyński i jego 95 towarzyszy polecieli do Rosji i tam wszyscy zostali zabici, tylko dlatego, że ktoś ich chciał zabić, a oni na swoją obronę mieli zaledwie paru borowców z pistoletami. Oczywiście, skoro polska strona tą wizytą się nie zainteresowała, zainteresowali się Rosjanie. A zainteresowali się dokładnie tak jak im pasowało.
I znów wracam do uroczystości w Katedrze Polowej. Tu też, skoro polska strona nie miała ochoty w jakikolwiek sposób angażować się w organizację i zabezpieczenie tego zdarzenia, sprawy w swoje ręce wzięli Amerykanie. I teraz przychodzi czas na refleksję z jednej strony absolutnie straszną, a z drugiej tak niezwykle pocieszającą. Gdyby Amerykanie chcieli dla jakiegoś swojego celu, zabić Jarosława Kaczyńskiego, i tak już na wszelki wypadek – przewidując wszelkie przyszłe ewentualności – Martę Kaczyńską, no i w ramach tak zwanych kosztów operacji, resztę rodzin, zrobiliby to bez najmniejszego kłopotu. Na Katedrę spadłby meteoryt, albo coś innego, a nasz BOR nie miałby tu dokładnie nic do gadania. Bo, wedle słów Fotygi, nic do gadania mieć nie chciał. Oni by wszyscy zginęli, a polski rząd śledztwo w tej sprawie oddałby w ręce Amerykanów. Ewentualnie Rosji. I to jest oczywiście wiadomość okropna. To co w tym jest natomiast pocieszające, to to, że Amerykanie zabić Jarosława Kaczyńskiego i jego wspaniałej bratowej, żadnego interesu nie mają. Oni mogą chcieć zabić Osamę, albo jakichś paru ohydnych morderców w Texasie, ale Kaczyński im w żaden sposób nie przeszkadza. On przeszkadza komuś innemu. Im nie. Oni Jarosława i Martę Kaczyńskich chronili tam dokładnie tak samo jak swojego prezydenta. A nasz BOR – powtórzę to jeszcze raz – chronił ich dokładnie tak jak chroniły ich ruskie siły uderzeniowe.
Zastanawiam się, jak mogło wyglądać to spotkanie? Stał ten Obama, obok niego te kobiety, z których większość robiła wrażenie kompletnie wystraszonych i zaszczutych, a on je musiał dokładnie w ten sposób odbierać… no i był Jarosław Kaczyński i Marta, a on musiał wiedzieć, że to tu jest ten wiatr, którym, jeśli nie on, to jego następca, prędzej czy później tak czy inaczej będzie się musiał zainteresować. Oglądam dziś to zdjęcie, które to tu to tam już zostało pokazane na blogach, a które Amerykanie opublikowali na oficjalnej stronie Białego Domu jako jedyny ślad po wizycie swojego prezydenta w Polsce. Stoi na nim Obama, obok niego wdowy po Generałach, a w samym centrum krzyż, a pod krzyżem Jarosław Kaczyński i Marta. Symbolika tego ujęcia jest tak prosta, że aż kiczowata. Więc ani słowa na jego temat więcej. Nawet go tu nie wklejam. Niech pozostanie ten opis i fakt, że ono jest.
Myślę że na koniec trzeba by było postawić jeszcze jedno pytanie. Czemu oni tak się zachowują? Czemu oni to robią? Czy ich już nigdy nic nie nauczy? Otóż uważam, że z nimi jest tak jak z całą resztą. To już nie jest ani kwestia planu, ani nawet jakichś drobnych nicnieznaczących złośliwości. Oni są już całkowicie i nieodwołalnie zdeterminowani tym czym przez ostatnie lata się stali. Możliwe, że jeszcze dwa lata temu, kiedy myśl o tym, żeby Lecha Kaczyńskiego któregoś dni wysłać w cholerę zaledwie kiełkowała w ich chorych głowach, oni mogli sobie coś tam rysować. Dziś jest już tak, że oni inaczej nie potrafią. Oni są już tak zepsuci, że nawet gdyby bardzo chcieli, to i tak zrobią to co muszą. A biorąc pod uwagę jeszcze to, że zostało im już tak niewiele czasu, i oni to świetnie wiedzą, to już w ogóle nie ma o czym gadać.

poniedziałek, 30 maja 2011

Byle do jesieni!

Ten tekst będzie bardzo krótki. Niemal tak krótki jak krótkie było wydarzenie, którego dotyczy. Ale też krótki tak jak krótki będzie – mam co do tego wielką nadzieję – czas oczekiwania między jesiennym zwycięstwem, a chwilą, kiedy przemysł kłamstwa i pogardy, jaki od dobrych kilku już lat System buduje na naszych oczach, runie, a jego administratorzy wylądują na ulicy.
Oto, jak może niektórzy z nas wiedzą, kiedy jeszcze w sobotę wczesnym popołudniem prezydent Obama zawitał do Kancelarii Premiera, posadzono go za stolikiem i kazano mu się wpisać się do księgi pamiątkowej. I oto nagle, gdy amerykański prezydent chciał dokonać owego aktu, okazało się, że pióro, jaki mu podano nie pisze. Obama – prawdopodobnie od pierwszej sekundy swojej wizyty w Polsce świetnie przygotowany na wszelkie fajerwerki – natychmiast sięgnął po swój sprzęt, i już miał się podpisywać, gdy ktoś przytomnie – a może i półprzytomnie, bo w końcu narobił przez to tylko więcej zamieszania – dał mu drugie pióro, i cały incydent zakończył się pomyślnie.
Oczywiście, nie stało się nic takiego. Bywa że pióra nie piszą i bywa nawet – a może przede wszystkim – że one nie piszą najbardziej wtedy, kiedy powinny. Nie byłoby więc nad czym się pochylać, zwłaszcza gdy prezydent Kaczyński już nie żyje i czas na żarty się skończył, gdyby nie inne wydarzenie, które tak naprawdę stanowi i główny temat i jedyny powód pisania tego tekstu. Otóż w reakcji na tę wpadkę Kancelarii Premiera, Onet – zawsze niezawodny i zawsze na posterunku – w następujący sposób zatytułował ów wypadek: „Spotkanie z Tuskiem, wpadka Obamy z piórem”.
Gdyby ktoś jakoś tę akurat notkę przegapił, tak na wszelki wypadek, obok, na już bardziej centralnym miejscu, szefowie Onetu kazali umieścić osobny artykuł, zatytułowany już bardziej jednoznacznie: „Wpadki Obamy”. A więc okazało się, że wpadką Obamy było to, ze jego samochód, wyjeżdżając z jakiegoś urzędu, zaczepił o rampę i na chwilą utknął, że jego ochrona pozwoliła mu na chwilę wziąć telefon od jakiejś fanki, że podczas wznoszenia toastu w Pałacu Buckingham ktoś puścił melodię brytyjskiego hymnu, jeszcze zanim Obama przestał wygłaszać swój adres… No i wreszcie – jest! Wreszcie jest! Podpisując się w Westminster Abbey księdze, zamiast roku 2011, zagapił się i wpisał rok 2008. To akurat tak ucieszyło chłopaków z Onetu, ze aż zaznaczyli, że nie tylko prezydent Komorowski, jak pisze, to robi błędy. No a na końcu jeszcze znów wróciło to pióro, które Obłamie dali ludzie Premiera.
A więc wiemy już wszystko. Obama spotkał się z Premierem, co jest oczywistym sukcesem nas wszystkich, no i zaliczył wpadkę, co dowodzić musi tylko jednego – że wpadki się zdarzają. A więc nie ma się co się tak znowu denerwować. Jest dobrze. Polska jest „podstawą postępu w Europie” – swoją drogą, ciekawe, co to może znaczyć? – wąs Pana Prezydenta lśni jak złoto, a System czuwa.
A ja, jak już zaznaczyłem na początku, czekam do jesieni. I zacieram ręce.
PS. Już po napisaniu tego tekstu, pojawiła się informacja, że Donald Tusk, jako prezent na pożegnanie, postanowił Obamie podarować to pióro. I to, moim zdaniem, jest już hit tej wizyty. Bo w tej sytuacji, albo trzeba będzie przyznać się do tego, że to jednak nie była wpadka Obamy, lecz służb Premiera, albo uznać coś jeszcze gorszego. Że Tusk, żegnając Obamę, odstawił takie chamstwo, jak nie przymierzając, podarowanie mu kawałka dywanu, na który ten nieopatrznie się wysmarkał. Ciekawe, jak Onet sobie z tym poradzi? Jak mówię, czekam. Najpierw na odpowiedź na to pytanie, a następnie już tylko na jesień i to co później.
No i musi być jeszcze jeden suplement. Kiedy wstawiam ten tekst, w telewizji leci pojedynek tenisowy Radwańska - Szarapowa. Komentator trzyma z Rosjanką w sposób tak obrzydliwy, że tak jak jestem stary, tego rodzaju ostentacji nie pamiętam nawet w wykonaniu takich funkcjonariuszy reżimu komunistycznego, jak jakiś Mrzygłód, czy Dyja. Musieliśmy dopiero dożyć Smoleńska, by zobaczyć, jak naprawdę wygląda lizanie pańskich butów.
Tym bardziej, czekajmy do jesieni.

Spieprzaj dziadu!

Na początek dnia, przedstawiam tekst całkowicie niezaplanowany, ale, jak by nie patrzeć, konieczny nie tylko jako zamknięcie ostatniej sprawy Ziemkiewicza, ale przede wszystkim ostateczne z nim pożegnanie. O nim już tu więcej nie będzie.
Otóż parę dni temu na blogu naszego kolegi Andrzeja przeczytałem o pewnym ziemkiewiczowskim wpisie, zamieszczonym na jego z kolei blogu, który Andrzejowi się spodobał – Andrzej, w odróżnieniu ode mnie, Ziemkiewicza chyba lubi. No i stało się tak, że Andrzej, powołując się na Ziemkiewicza, wszczął alarm, że oto na grobie bł. Jerzego Popiełuszki została zmieniona treść tablicy i nagle zamiast dotychczasowej informacji, że Ksiądz został zamordowany przez SB, jak byk stoi tylko tyle, że został zamordowany. Ponieważ wiadomość ta mną odpowiednio wstrząsnęła, chcąc na ten temat dowiedzieć się czegoś więcej, wlazłem na blog Ziemkiewicza, ale tam przeczytałem tylko tyle, że Ziemkiewicz zaszedł nad ten grób, spojrzał, i stwierdził, że treść napisu została zmieniona. No i do tego jest jeszcze odpowiednia refleksja. I nic więcej.
Ponieważ ciekawość mnie zżerała, wszedłem w googla i wpisałem: „Popiełuszko”, „tablica”, „zmieniona”, „SB”… i zero. Nic. Nawet odniesienia do tekstu Ziemkiewicza. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że Ziemkiewicz coś popieprzył. Że ktoś mu coś powiedział, albo on sam przeczytał gdzieś na blogach, no i podał jako swoje. Tyle że zaraz sprawdziłem raz jeszcze u źródła, a tam stoi wyraźnie nie to, że on o tej zmianie wie, ale że on ją widział na własne oczy. I to ledwo co. Przyszedł tam, rzucił okiem i szok! No więc – wstyd mi dziś, jak nie wiem co – ale uznałem, że nie mam się co stawiać, bo, cokolwiek mi o Ziemkiewiczu sądzić, przesadzać nie powinienem. Coś tam być musiało.
No i wczoraj, już późną nocą, czytam nowy wpis na blogu Andrzeja, a tam informacja, że Ziemkiewicz się pomylił, sprawę sprostował i wszystko już jest gites. Tyle że sam Andrzej znowu za wiele na ten temat nie pisze. Tyle że Ziemkiewicz się pomylił, ale sprawę wyjaśnił. No więc znów – za to poświęcenie poproszę o kolejne parę groszy – polazłem do Ziemkiewicza, a tam całe długie wyjaśnienie, w dwóch aż suplementach. Otóż, okazuje się, że faktycznie, na tablicy nikt nic nie zmienił. Ona jest taka jak była jeszcze za władzy ludowej. Problem jest tylko taki, że Ziemkiewicz nie ma pojęcia, dlaczego on napisał jak napisał. On tam był i widział. Co ciekawsze, ludzie z którymi on tam był, też potwierdzali, że SB zniknęło. Co jeszcze ciekawsze, Ziemkiewicz, który tam był i wszystko widział, nagle przyznaje, że on tym swoim znajomym uwierzył na słowo i z lenistwa nie sprawdził. A więc wszystko, cholera, wygląda na jakiś cud. Jak ktoś mi nie wierzy, albo myśli, że ja się upiłem, to proszę uprzejmie. Jest cytat:
Przejrzałem wszystkie dostępne mi zdjęcia grobu i nie jestem w stanie znaleźć napisu w brzmieniu, który podsunęła mi pamięć. Co najdziwniejsze, moje wspomnienie potwierdzali wczoraj ludzie, z którymi tam byłem, dlatego odruchowo uznałem rzecz za pewną i nie sprawdziłem − to oczywiście żadne usprawiedliwienie. Być może w pamięci połączył mi się napis z grobu z napisem z jakiejś tablicy pamiątkowej (może w Toruniu?) Na bieżąco, w weekend nie jestem w stanie zweryfikować mechanizmu błędu…
Ale, gdyby ktoś myślał, że pozostaniemy już tylko w bojaźni przed nieznanym, pojawia się kolejny suplement, gdzie Rafał Ziemkiewicz wyjaśnia, jak sprawa była dramatycznie prosta. Otóż on faktycznie widział, że nie ma informacji o SB, tyle, że on już sobie przypomina całą historię. Tego SB tam nie ma jeszcze od czasów PRL-u, kiedy to komuniści kazali treść oryginalnej tablicy zmienić. Esbecy wspomniani tam byli na samym początku, ale szybciutko wkroczyła komunistyczna władza i tę parę literek usunęła. I dowcip – no, naprawdę, jakie to śmieszne! – polega na tym, że Ziemkiewicz parę dni temu poszedł ze znajomymi na ten grób i wszyscy nagle dostali jakiegoś zaćmienia. Po prostu ten PRL i to wszystko – ten PiS, Kaczyński, Smoleńsk, Platforma, Rzeczpospolita, codzienna walka, nowa powieść – tak im wszystkim jakoś w głowach poprzestawiało, że wyszło jak wyszło. Proszę uprzejmie. I tu stać mnie na cytat:
Już wszystko sprawdziłem (niedziela wieczór): wychodzi, że popisałem się sensacją z gatunku ‘królowa Bona umarła!’. Od dziś złośliwi zamiast ‘refleks szachisty na urlopie’ będą mogli mówić o ‘refleksie Ziemkiewicza’ Istotnie, było napisane ‘zamordowany przez SB’, ale na pierwotnym nagrobku. Słowa te zniknęły już wtedy, gdy zastępowano go obecnym, przy którym modlił się Jan Paweł II. Niechybnie był to kompromis organizatorów papieskiej pielgrzymi z peerelowskimi władzami”.
A więc sprawa jest żałośnie prosta. Ziemkiewicz zwyczajnie miał marny refleks, i tyle wszystkiego. Pewnie z przepracowania. Oni zmienili napis prawie trzydzieści lat temu, a on głupi myślał, że to teraz. On, jeszcze jako młody człowiek, zobaczył jak ten napis zmienili, i nagle dziś sobie z tego zdał sprawę! Jak ten czas szybko leci! No ale tym razem już bez żartów. Każdy musi przyznać, że świat przyśpieszył. Tyle się dzieje, że nawet nie ma jak tego kontrolować. Dobrze że w ogóle jakoś idzie. I to idzie nienajgorzej. A o tym najlepiej świadczy wywiad, jakiego Rafał Ziemkiewicz udzielił Nowemu Ekranowi. Jakiż on mądry! Jak on wszystko wie! Ileż ciekawych spostrzeżeń ma nam do przekazania! On tam nawet, z całą swoją skromnością, oferuje swoje usługi jako nowy premier. Oczywiście nie bezpośrednio, bardzo dyskretnie i skrycie, ale my przecież wiemy, że nikt jak Pan. Prawda, Panie Redaktorze? My wiemy.
Kiedy piszę ten tekst, Łażący Łazarz opublikował już dwie z czterech części tej fascynującej rozmowy z prawdziwym mistrzem. Cała nowoekranowa społeczność – a już zwłaszcza ta, która od początku wiedziała, że ten Nowy Ekran nie powstał sobie tak zupełnie po nic – czeka na części kolejne…
Dziś, kiedy ten tekst już za moment wstawię, widzę, że dwie kolejne części są już gotowe. Nawet je obejrzałem. Jest tak samo ciekawie, jak w pierwszej połowie, tyle że tu Rafał Ziemkiewicz wykonuje pewien gest, który doskonale symbolizuje wszystko to, co mi się dotychczas na jego temat udało powiedziec, to czego mi się powiedziec nie udało, i wszystko to, czego już na jego temat nie powiem, bo mi się nie chce. Otóż w pewnym momencie on wyciąga z kieszeni chusteczkę do nosa, wyciera nią sobie czoło, następnie ogląda, co mu się tam przylepiło, a stwierdziwszy pewnie, że jest okay, wyciera sobie nią nos. Pod moim poprzednim wpisem na jego temat pojawiło się parę komentarzy sugerujących, że Ziemkiewicz to wieśniak. Teraz wiemy już na pewno, że to nieprawda. On wieśniakiem nie jest. Gdyby był wieśniakiem, najpierw by się wysmarkał, a dopiero potem wytarł tym sobie czoło. Dla ochłody.
Natomiast, jak idzie o mnie, to ja już mu chyba podziękuję. I pozwolę sobie mieć nadzieję, że Rafał Ziemkiewicz jednak czyta ten blog. I że trafi na ten wpis. Bo chcę mu coś na pożegnanie powiedzieć. I na to przeznaczę osobny akapit.
Spieprzaj dziadu!

niedziela, 29 maja 2011

Krótka historia o tym jak Lech Wałęsa trafił w kamasze

Od czasu gdy pojawiła się – oczywiście szokująca jak sto diabłów – informacja, że Lech Wałęsa nie pójdzie na spotkanie z prezydentem Obamą, i kiedy już po chwili okazało się, że on faktycznie na to spotkanie nie poszedł, minęło trochę czasu. Mimo to jednak, że przez te parę dni dowiedzieliśmy się mnóstwa ciekawych rzeczy, jak choćby tej, że prezydent Obama zaliczył kolejną wpadkę, bo od swoich gospodarzy przyjął lewe pióro, sprawa wałęsowego focha wciąż pozostaje w sferze domysłów i nieoficjalnych pogłosek.
W każdym bądź razie, kiedy piszę ten tekst, i kiedy go umieszczam tu na naszym blogu, nie mam bladego pojęcia, kto i co takiego uczynił Lechowi Wałęsie, że ten się wziął i obraził. I to obraził publicznie, z największym możliwym hałasem, na świat, na Polskę i na wszystko, co go tak nieludzko próbuje wciąż otaczać. Nie mam pojęcia, co się stało, natomiast mogę się domyślać. Jak znam życie i Lecha Wałęsę, poszło o to, że Barack Obama, organizując sobie spotkania z różnymi osobistościami podczas swojego pobytu w Polsce, Lecha Wałęsa potraktował mniej więcej tak samo, jak całą resztę, a więc przydzielił mu odpowiednie miejsce w szeregu i serdecznie zaprosił, żeby wstąpił. Jak znam Lecha Wałęsę, on z całą pewnością musiał być nastawiony na to, że Barack Obama w swoim napiętym kalendarzu wygospodaruje jakąś godzinę, czy dwie, każe się przewieźć helikopterem do Gdańska na Polanki, zajdzie do domu państwa Wałęsów, i tam obaj ważni panowie pogadają o ważnych sprawach, a Lech Wałęsa poinformuje uprzejmie amerykańskiego prezydenta, co trzeba robić, żeby świat wyszedł z politycznego, gospodarczego i moralnego kryzysu. Zresztą nie muszę go nawet znać. On to przyznał wystarczająco jednoznacznie w swoim wywiadzie dla telewizji TVN24.
Oglądałem Lecha Wałęsę podczas wspomnianego wywiadu i muszę przyznać, że właściwie nigdy w życiu nie widziałem go w takim stanie. Wszyscy wiemy, jaki jest Wałęsa. Znamy tę jedną jego minę, te parę wciąż tych samych zdań, które on powtarza przy każdej możliwej okazji, i wiemy, że nie ma takiego słowa, czy takiego wręcz zdarzenia, które mogłyby sprawić, żeby on tę minę stracił, a szyk zdań mu się poplątał. Wałęsa jest Wałęsą. Tam już nic się nie może zmienić. Już prędzej jego woskowa figura w londyńskim muzeum się pobeczy z żalu nad swoim losem, niż on sam straci fason. Tymczasem, dziś stało się w życiu Lecha Wałęsy coś takiego, że on nagle zaczął zachowywać się jak człowiek, a skoro jak człowiek, to w jego sytuacji, jak człowiek, któremu wreszcie ktoś dał do zrozumienia, że jest nikim. Ze nawet jeśli kiedyś był Kimś, to dziś już jest tylko nikim.
Nie potrafię opisać tego, co się dziś działo z Lechem Wałęsą. On oczywiście był zdenerwowany. Był też przy tym bardzo, ale to bardzo wzruszony; nie płakał, nie rzucał przekleństwami, nie tracił kontaktu z rzeczywistością, ale widać było, że on jest na granicy utraty przytomności. Wywiad o którym wspominam, wedle słów samego Wałęsy, odbył się chwilę po tym, jak sam amerykański ambasador, z łaskawą pomocą pewnego biskupa, prosił go, żeby się nie obrażał, i, by go udobruchać, proponował mu nawet jakieś nowe rozwiązania, które mogłyby połaskotać wałęsowską próżność. A zatem sprawa była ewidentnie całkiem świeża. Jednak z tego cośmy mogli zobaczyć, wynikało niezbicie, że dziś właśnie musiało się stać coś szczególnego. A więc nie było tak, że ktoś Wałęsie powiedział, że jest durniem, że jest byłym kapusiem, lub że kolegował się z przestępcami. Takie informacje on znosi bardzo dobrze. Jemu dziś ktoś musiał dać do zrozumienia, że jest nikim. Albo nie nikim. Jednym z wielu. A więc w pewnym sensie, jeszcze gorzej. I on tę informację przeżył dramatycznie źle.
A więc mamy Wałęsę w dość nowym kształcie. W kształcie człowieka, który wreszcie – wreszcie! – dostał w łeb. I to jest Wałęsa. A co z nami? Co z tego mamy my? Ci wszyscy, którzy na ten dzień czekali z takim utęsknieniem. Otóż mamy przede wszystkim satysfakcję. Zobaczyć Wałęsę, który nagle został potraktowany jak, nie przymierzając, Joanna Kluzik –Rostkowska, i to potraktowany nie przez kogoś, kto dla Wałęsy jest zwykłym śmieciem, ale przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, to rzecz absolutnie bezcenna. A zatem – satysfakcja. Jest jednak w tym coś znacznie ważniejszego, niż nasza osobista uciecha. Oto okazało się, że dla świata – przecież to nie może chodzić tylko o Obamę – Wałęsa autentycznie jest dziś już tylko człowiekiem, którego trzeba oczywiście jakoś tam uszanować, ale naprawdę nic ponad to. Okazało się – myśmy to wiedzieli od lat, ale dziś się to okazało bardzo oficjalnie – że jeśli Lech Wałęsa jest dziś zapraszany do poważnych mediów, by się tam mądrzyć na tematy ogólne, na poważne uniwersytety, by tam wygłaszać jakieś gadki – swoją drogą, bardzo bym chciał wiedzieć, co on tam opowiada – gdy jest traktowany przez System jak gwiazda, to w tym nie ma nic wartego uwagi. Bo, z jednej strony, mamy do czynienia ze światem, który przyjmie wszystko, byleby z podstawowych kalkulacji wyszło, ze da się jeszcze na tym czymś zarobić, a z drugiej stoimy w obliczu moralnie zrujnowanego kraju, którego upadek jest dokładnie na miarę upadku kogoś takiego jak Lech Wałęsa. Po śmierci papieża Jana Pawła II, najlepiej rozpoznawanego Polaka na świecie. Jakaż to ponura ironia!
Jeśli jest jedna korzyść z tego, że Barack Obama przyjechał do Polski, to z pewnością będzie nią to, że pewien bardzo oczywisty fakt, tak starannie skrywany przez połączone siły Systemu, stał się wreszcie własnością publiczną.

Gdyby ten króciutki tekst kogoś zainspirował, lub choćby tylko rozbawił, proszę o możliwe wsparcie na podany obok numer konta. Dziękuję.

sobota, 28 maja 2011

Ziemkiewicz dopilnowuje Kaczyńskiego

Gdy ostatni raz pisałem tu – nie wspominałem, ale pisałem – o Rafale Ziemkiewiczu, nie czyniłem sobie żadnych postanowień. A więc ani nie obiecywałem, że „z tym panem” już nie mam ochoty mieć nic wspólnego, ani też nie zapowiadałem, że przy najbliższej okazji znów sobie pogadamy. Mój ostatni kontakt z Ziemkiewiczem w żaden sposób nie przypominał tego, co czułem, gdy pisałem o Marku Migalskim czy Ludwiku Dornie, a mianowicie owej determinacji, by już nigdy więcej nie wchodzić na ich tereny. Ziemkiewicz mi tu już bardziej przypomina Adama Michnika, któremu też kiedyś poświęciłem kilka tekstów i jakoś bez szczególnych emocji pisać przestałem. I, jak widać, dość dobrze sobie bez jego towarzystwa radzę.
Nie sądziłem przy tym jednak, że do Ziemkiewicza jeszcze wrócę. W końcu, cokolwiek by o nim mówić, on nie jest osobistością na tyle skomplikowaną, żeby wywoływać akurat we mnie regularne refleksje, choćby nawet i raz na rok. A tymczasem, proszę. Oto się okazuje, że wprawdzie on sam nie jest nikim szczególnie inspirującym, natomiast przez to, że reprezentuje niezwykle inspirujące środowisko, od czasu do czasu udaje mu się wskoczyć na podium. Właśnie wskoczył.
W dzisiejszej Rzeczpospolitej – a gdzieżby indziej, nieprawdaż? – Rafał Ziemkiewicz opublikował średnio długi tekst, już na pierwszej stronie dziennika anonsowany tytułem: „Patrioci niezadowoleni z Kaczyńskiego”, a w rzeczywistości, jak się okazuje po bliższym przyjrzeniu, zatytułowany „Patrioci dopilnują Kaczyńskiego”. Jeśli ktoś myśli, że teraz nastąpi seria cytatów i polemik, myli się głęboko. Nie będzie ani cytatów ani polemik. Ziemkiewicz, tak jak to już miało tu miejsce kilka razy, dostanie w nos, a reszta, to będą refleksje co do kwestii o wiele wyżej od Ziemkiewicza postawionych. Dla porządku jednak trzeba będzie przynajmniej streścić główną myśl wspomnianego tekstu. Otóż twierdzi ów mędrzec, że w odruchu ogólnonarodowego żalu po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, środowisko prawicowe w Polsce bardzo się zaktywizowało, i dzięki autentyczności i emocjonalnej intensywności stworzonego przez siebie ruchu, mogło się włączyć z sukcesem w budowę wolnej Polski, tyle że politycy Prawa i Sprawiedliwości, w obawie przed utratą monopolu na bycie antyreżimową opozycją w Kraju, każdy najmniejszy odruch oddolnego patriotyzmu niszczą przy użyciu najbardziej brutalnych środków. Czy jest tam coś jeszcze? No, trochę jest. I są to właściwie rzeczy, za które Ziemkiewiczowi można by było nawrzucać nie raz i nie trzy, ale – jak już powiedziałem – pozostaniemy przy tym co jest, a więc przy głównej mysli owego tekstu.
Czy Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście, jak twierdzi Ziemkiewicz, trzyma swoją ciężką łapę na rozwoju niezależnej obywatelskiej aktywności, czy jest na nią otwarte, czy może zachowuje w stosunku do niego pozycję obojętną – nie wiem. Mam co do tego pewne podejrzenia, ale powiedzmy, że jednak nie wiem. To co natomiast wiem, i to wiem zbyt dobrze, by zachować tu umiar, wdzięk i typową dla siebie elegancję, to to, że Rafał Ziemkiewicz, załamując ręce nad monopolizacją sceny politycznej w Polsce, a zwłaszcza nad monopilzacją prawej jest strony, przekracza wszelkie faktyczne i potencjalne granice bezczelności. To co on tu wyprawia jest tak bezczelne, że domaga się już nie słów, lecz czynów. Rafał Ziemkiewicz, w swoim tekście w Rzeczpospolitej przedstawia analizę polskiej sceny politycznej, polskiego systemu partyjnego i wewnętrznej organizacji polskich struktur partyjnych, porównując je do systemu PRL-owskiego, i wylewa z siebie słowa rozpaczy, jak to ów system niszczy polskie szanse, a ja się zastanawiam, czy on naprawdę ma nadzieję, że nikt, choćby średnio zorientowany obserwator polskiej sceny publicznej, nie wie, jak wygląda struktura organizacji medialnej, której Ziemkiewicz jest prominentnym przedstawicielem? Czy to możliwe, żeby Rafał Ziemkiewicz aż tak moralnie i intelektualnie się stoczył, żeby robić to co robi, i nie wiedzieć, co to jest za dzieło?
Środowisko dziennikarskie reprezentowane przez Rafała Ziemkiewicza stworzyło system tak zwanego „wolnego obiegu myśli obywatelskiej”, w którym całość sceny została podzielona na dwie części – z jednej strony wolny głos dla chamów, a więc Gazetę Polską, a z drugiej wolny głos dla inteligencji, czyli Rzeczpospolitą. To co Polak pragnący silnej, wolnej i uczciwej Polski, w ramach swojego prawa do informowania i bycia informowanym, dostał to tylko te dwie grupy i jeśli jeszcze ma nadzieję na to, że ktoś mu da coś jeszcze, musi być kompletnie nieprzytomny. Polska opinia publiczna, reprezentowana przez media, została podzielona i rozparcelowana w taki sposób, że gdyby na podobnej zasadzie miał działać polski system partyjny, organizacje międzynarodowe musiałyby uznać to za zwykły faszyzm.
Wszyscy pamiętamy, jak na początku lat 90. środowisko późniejszej Unii Wolności planowało polską scenę polityczną zorganizować w taki sposób, że po jednej stronie będą zreformowani komuniści, a po drugiej koncesjonowani demokraci. Zreformowani komuniści będą stanowili wieczną – oczywiście jak najbardziej konstruktywną – opozycję, natomiast koncesjonowani demokraci będą rządzili jako tzw. Solidarność. Wstęp oczywiście do jednej i drugiej grupy będzie jak najbardziej wolny, tyle że odbywać się będzie na zasadzie kooptacji. A więc, każdy będzie miał prawo zostać członkiem, pod warunkiem że zostanie zaproszony. Podobnie, tyle że – czasy są gorsze, więc i ich dzieci są gorsze – znacznie brzydziej, sprawa ma się z tą częścią naszego życia publicznego, które dziś jest reprezentowane między innymi przez Rafała Ziemkiewicza. Ta sfera jest sferą całkowicie zamkniętą, zaspawaną. i na dodatek opieczętowaną. Mamy dwie redakcje i grupę dziennikarzy, którzy prędzej zgodzą się dobrowolnie oszaleć, niż dopuszczą do tego, by którykolwiek z nich musiał oddać choćby centymetr terenu komuś spoza środowiska. Mamy sytuację, gdzie całość popularnej demokratycznej opinii reprezentowana jest przez może dziesięciu dziennikarzy i prędzej Jarosław Kaczyński i Donald Tusk podzielą się władzą z jakimś lokalnym członkiem partyjnej młodzieżówki, niż Tomasz Sakiewicz, czy Paweł Lisicki zgodzą się zamieścić w swoich gazetach tekst kogoś spoza towarzystwa. Rafał Ziemkiewicz, współtwórca i beneficjent tego układu, przychodzi na to wszystko i zaczyna coś gadać o braku demokracji w partiach.
Mają więc oni – nasi prawicowi, niezależni i wolni publicyści – swoje forum i swoje interesy, ale nawet wtedy, zamiast przynajmniej zająć się sobą i nie wtrącać się do czegoś, co do nich już na pewno nie należy, oczywiście są niezwykle czujni i równie niezwykle wrażliwi na każdy nieprzyjazny gest skierowany w ich stronę. Przecież już nawet na tym blogu, mieliśmy okazję czytać komentarze nadesłane przez niektórych z nich, w których mieli oni czelność pokazywać nam, gdzie jest nasze miejsce i co mamy z tym miejscem robić. To przecież tu, miało miejsce kultowe już wystąpienie jednego z tych mędrków, Łukasza Warzechy, w którym poinformował on autora tego blogu o tym, kto jest aż pilotem boeinga, a kto zaledwie kierowcą traktora. To przecież nie gdzie indziej, jak na blogu FYM-a, uznał za stosowne powymądrzać się sam Rafał Ziemkiewicz, mniej więcej w tej samej sprawie. I teraz on właśnie daje sobie prawo, żeby ponarzekać na traktowanie polskich patriotów przez partyjnych baronów. Co za świństwo!
Tyle dobrego, że załatwiając sobie swoje codzienne interesy, Rafał Ziemkiewicz wskazał na bardzo ważny problem. Oczywiście nie on pierwszy i tym bardziej nie on jedyny. Wbrew temu co jemu i jego kolegom się wydaje, w dzisiejszej sytuacji, kiedy polska opinia publiczna rozwija się, a wręcz kwitnie, wbrew wysiłkom bandy drżących o swoją pozycje uzurpatorów, wszystko – dosłownie wszystko – co każdy z nich mógłby kiedykolwiek wymyślić, czy powiedzieć, zostało wymyślone i powiedziane dużo wcześniej. Ale problem jest. Mam tu na myśli najprawdopodobniej agenturalne działania na rzecz rozbicia tego ruchu, który powstał po kwietniu 2010 roku. Wydawałaby się, że nikt dziś nie ma wątpliwości, że smoleńska katastrofa nie tylko uaktywniła znaczną część polskiego społeczeństwa, ale również wszystkie możliwe siły antypolskiej agentury. Jest to coś tak oczywistego, że trudno sobie wyobrazić, by ktoś w miarę rozsądny nie wiedział, jak w takich sytuacjach System działa. Przecież to są normy nawet na poziomie najbardziej podstawowym. Jeśli jest gdzieś pożar, to natychmiast, obok strażaków z wiadrami i sikawkami, pojawiają się złodzieje, kombinujący, jak by tu tych strażaków, i przy okazji kogoś jeszcze, okraść. Tu musiało się wszystko odbyć dokładnie w taki sam sposób. W następstwie katastrofy w Smoleńsku i gwałtownego wzrostu społecznej świadomości, uaktywniły się też wszystkie te siły, które na takie sytuacje znają tylko jeden sposób – wbić się w tłum i wszystko rozpieprzyć. Powstanie tak zwanego PJN jest tu tylko, fakt, że atrakcyjnym, ale tylko tych działań przykładem. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość i jego władze zdają sobie z tego sprawę, to chwała im za to. Podobnie jak nikt by im tego nie wybaczył, gdyby dla jakichś durnych wyobrażeń o demokracji i wolnej politycznej działalności wolnego obywatela, oni dopuścili do tego, by w ciągu kolejnych miesięcy powstało kilkanaście super-patriotycznych ugrupowań, a każde z nich z Lechem Kaczyńskim i Prawem i Sprawiedliwością i Solidarnością w nazwie, podpierających się pamięcią o świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego, i uzyskując odpowiednią pozycję, wystawiło swoje kandydatury do w wyborach Parlamentu.
Ziemkiewicz główną tezę swojego artykułu opiera na niedawnym wydarzeniu z Wrocławia, gdzie jakiś czas temu rozpoczęła działalność grupa pod nazwą „Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego”, a więc pod dokładnie tą samą nazwą, jakie wcześniej, jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej w roku 2010 posiadały społeczne komitety poparcia na rzecz prezydentury właśnie Jarosława Kaczyńskiego. Z powodów mi nie do końca znanych, ale chyba dość oczywistych, przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości zwrócili się do aktywistów owego projektu, by sobie jeśli chcą działali, lecz by nie używali w tej działalności nazwy Komitetu. Ziemkiewicz oczywiście strasznie się pieni, że oto mamy do czynienia z polactwem w najgorszym już wydaniu, a więc wydaniu pisowskim, gdzie dla partyjnych celów niszczy się marzenia o Polsce. A ja się zastanawiam, czy on wie, jak jest, czy nie wie? Jeśli nie wie, to jest zwyczajnym durniem. Bo durniem zwyczajnym trzeba być, żeby przy tych wszystkich doświadczeniach, jakich byliśmy niemymi świadkami przez tyle ostatnich lat, nie wiedzieć, jak działa System, zwłaszcza w miesiącach przedwyborczych. Trzeba być durniem, żeby myśleć, że widząc jak społeczeństwo zaczyna się organizować wokół prawdy, prawa i sprawiedliwości, System położy uszy po sobie i pójdzie na piwo.
Ja jednak uważam, że Ziemkiewicz wie. On jest zbyt doświadczoną figurą na tej scenie, by nie wiedzieć. A w tej sytuacji, pozostaje już tylko jedna zagadka. Czy on się zachowuje jak się zachowuje, ponieważ wie, że jest zwykłym nieudacznikiem, a w polityce mu się nic nie udało i – dopóki przywódcą i symbolem niepodległej Polski będzie Jarosław Kaczyński, którego Ziemkiewicz tępi od zawsze – już prawdopodobnie nic mu się nigdy nie uda, i to jest już pewnie ostatni moment, żeby się czegoś uczepić, czy może chodzi o to, że on działa z jeszcze większym wyrachowaniem. Na zimno i bez emocji. Bez większych ambicji i bez większych idei. I tu z kolei, mam podejrzenia, że to drugie rozwiązanie może być prawdziwe. Jak mówię, od czasu gdy Ziemkiewicz przestał być rzecznikiem prasowym UPR-u i poszedł na tak zwane swoje, w polityce nie odniósł jakiegokolwiek sukcesu. Wszystko co udało mu się tam osiągnąć, to popyskować od czasu do czasu, to tu to tam. Natomiast, nie da się ukryć, że odniósł bardzo duży sukces osobisty i finansowy. Ziemkiewicz jest dziś prawdopodobnie najbardziej poczytnym autorem obok Łysiaka – też, tak się dziwnie składa, jak najbardziej, naszego człowieka na tym wilkowisku – tyle że o ile Łysiak, jak mi mówią, jest pisarzem wybitnym, Ziemkiewicz pisze jak ostatnia szmata. Powieści Ziemkiewicza – mówię o powieściach, jego publicystyka, to zwyczajne standardowe dziennikarstwo – to syf najgorszy. Jak to się stało, że ktoś tak beznadziejny odniósł taki sukces? Nie jestem tego w stanie zrozumieć. Kuczok, Pilch, Hutnik, Kuryluk – cała ta banda pluszowych misiów reżimu – sprawa jest dla mnie jasna. Tam droga jest prosta. Ale Ziemkiewicz? Ten wojownik i zimny kontestator? Taki sukces? On akurat, przy takim sukcesie, musi być zwyczajnie dobry. Problem w tym, że nie jest.

Jak większość z nas wie, piszę bo muszę, a muszę też trochę dlatego, że w ten sposób utrzymuję rodzinę przy życiu. W związku z tym, ponownie proszę wszystkich, którzy akurat mają jakiś luźny grosz, o wsparcie. Dziękuję.

piątek, 27 maja 2011

O upodlonych kobietach i mężczyznach na skraju nerwowego załamania

Podczas wczorajszej debaty w sprawie odwołania minister Kopacz, której akurat nie śledziłem, ale co ciekawsze kąski znam z różnych relacji, minister Piecha powiedział, a może tylko zasugerował – nie wiem, bo nigdzie jakoś nie ma odpowiedniego cytatu – że kobiety kupując samochód kierują się kolorem. Mimo że o tych kolorowych samochodach, Piecha musiał wspomnieć tylko w jednym zdaniu, zupełnie na marginesie – całe wystąpienie, jak wiemy, dotyczyło służby zdrowia – na mównicę wkroczył premier Tusk i z groźną miną, jakiej jeszcze nauczył się na początku swojego premierostwa, powiedział co następuje:
Treść wniosku Piechy udająca merytoryczną, skłoniła mnie, do zabrania głosu. Po pierwsze gratuluje posłowi wyczucia. Dzień Matki to jest idealny dzień, by sugerować, że kobiety kupują samochody, kierując się tylko ich kolorem. Szczególny to takt, kiedy poseł Piecha występuje z wnioskiem przeciwko minister zdrowia, która jest kobietą. Ale tego typu styl obowiązuje w ugrupowaniu, dla którego wrażliwość wobec kobiet jest przysłowiowa”.
Tych parę zdań – no niechby tylko pierwsze z nich – przedstawionych przez Premiera, w dodatku podanych jeszcze z tą dziś już tylko budzącą zmęczenie miną, można potraktować, jako kuriozum samo w sobie, i już tylko tworzyć na ich podstawie kolejne, nowe żarty na temat naszego piłkarza z Sopotu i szaleństwa, w jakie w związku z wykonywanym przez siei zawodem popadł. Oczywiście można też z Donaldem Tuskiem tu dyskutować, a więc na przykład poprosić go, by nam wyjaśnił o jakim konkretnie przysłowiu on myśli. I czy przepadkiem coś mu się nie pomyliło, i kiedy mówił o wyczuciu, nie myślał akurat o duńskich kaszalotach i babach przywiązywanych łańcuchem do stołu w kuchni, kiedy panowie udają się na polowanie. Albo, gadając o tych przysłowiach, może miał na myśli swoich kolegów Węgrzyna i Czumę, jak siedzą na herbatce i oglądają zdjęcia z kotłującymi się lesbijkami? Można by było się o to wszystko Donalda Tuska zapytać, no ale, jak wiemy, nie ma jak, a poza tym – nie bardzo też jest po co.
Można by było też, rozprawiając o tych kilku wyjątkowych myślach, jakie ulęgły się w głowie Premiera, z nim nie dyskutować, ale się zwyczajnie powyzłośliwiać, i wyobrazić sobie na przykład taką sytuację, jak żona lub córka Donalda Tuska mówią, że one by chciały mieć niebieski samochód, a nie czarny, Tusk tymczasem siedzi ze swoimi kolegami Nowakiem, Arabskim i Grasiem, palą cygara, pociągają burbona, i na te słowa wszyscy wybuchają szyderczym śmiechem, że co to za idiotka, ta Gośka, czy Kaśka! Nawet nie wie, że to nie kolor samochodu świadczy o jego jakości i o klasie właściciela, lecz jego marka. No bo chyba tak to musi być. Jeśli Donald Tusk uważa, że Piecha, wspominając coś o tych kolorach, obrażał kobiety, to właśnie tak musi wyglądać jego i jego kumpli życie, i tego życia intelektualne otoczenie.
Ponieważ jednak, jak to niedawno pięknie napisał nasz kolega Coryllus, ten blog, podobnie jak jego blog, i wiele innych sympatycznych blogów wokoło, nie służą do tego, by dyskutować z durniami, ani tym bardziej by się w stosunku do owych durniów wyzłośliwiać, lecz wyłącznie do tego, by, snuć pełne wzruszeń i emocji refleksje, chciałbym podzielić się w tej kwestii własnie refleksjami. Otóż, jak już wspomniałem, wypowiedź ministra Piechy na temat kobiet stanowiła prawdopodobnie nic nieznaczącą dygresję, w dodatku jeszcze – jeśli się nad tym dobrze zastanowić – w żaden sposób w stosunku do kobiet obraźliwą. Jeśli Donald Tusk zareagował na nią z taką agresją, to mamy dwie możliwości – albo on otrzymał esemesa od swojego wizerunkowca z poleceniem: „Wal go w mordę za te samochody”, w co nie chce mi się wierzyć, albo zareagował, jak dobrze wyszkolony pies, na zasadzie odruchu. Usłyszał od tych kolorach i uznał, że skoro tyle razy się udawało, to i tym razem się uda. Że teraz tylko trzeba uczepić się tego zdania, zrobić wokół Piechy odpowiedni szum, a reszty dokończą już media. Piecha będzie się przez tydzień tłumaczył z tego, ze w Dzień Matki potraktował Ewę Kopacz tak brutalnie, a w końcu będzie ją musiał publicznie przeprosić i będzie gites.
I to mi się wydaje najbardziej prawdopodobne. Po czterech już niemal latach rządzenia, Donald Tusk działa już tylko jak automat. Na co dzień siedzi gdzieś u siebie w domu i ogląda piłkę w telewizji, czasem pojedzie na wakacje na narty, albo na deskę posurfować, i tylko raz na jakiś czas, pojawi się w Sejmie czy w telewizji i pokaże coś, czego się wcześniej nauczył i dziś umie robić z najwyższą wprawą. A więc rzucać nicnieznaczące zdania o pewnym standardowym ładunku emocji. Również nicnieznaczących.
Z tego co wiem, Donald Tusk wczoraj odezwał się dwa razy. Raz w sprawie Piechy, drugi raz w sprawie Ludwika Dorna. I tu sytuacja była identyczna. Dorn, w odpowiedzi na represje skierowane przeciwko piłkarskim kibicom za wywieszanie antyrządowych transparentów, wyprodukował przypinkę ze zdjęciem Donalda Tuska i napisem „Obronimy Matoła”. Pomysł jak pomysł. Nie najgorszy, dość dowcipny, ale przede wszystkim bardzo merytoryczny. Chodziło o to, żeby bronić prawa ludzi do wyrażania opinii. Donald Tusk, zapytany o tę przypinkę, odezwał się tak: „To znaczek, na którym wypadłem naprawdę nieźle, to jest moje zdjęcie w stroju piłkarskim, a w tytule jest coś o matole, bardzo taki serdeczny gest”.
A więc dokładnie to samo. Przede wszystkim zwykła obraza, że ktoś tak brzydko o nim mówi, a później już tylko piar. I to już nie tak jak za starych czasów, kiedy wszystko było odpowiednio starannie przygotowane i wyćwiczone, ale właśnie na zasadzie zwierzęcego odruchu. Nawet serdeczność się pojawiła. Brakowało jeszcze tylko tego, by Premier wspomniał coś o empatii.
A ja sobie myślę, że to wszystko tylko potwierdza moją wczorajszą teorię. Że oni są już w takim upadku, gdzie nie chodzi już nawet o to, że oni nie chcą myśleć. Oni myśleć już nie są w stanie. Jeśli Donald Tusk wysyła na kibiców policję, on nawet może o tym nie wiedzieć. On widzi tego ‘matoła’, ogarnia go nieprzytomne wzruszenie, wysyła więc na kibiców tę policję i sądy, i każe im nakładać na nich ciężkie grzywny za to że go obrazili, a jednocześnie, jeśli mu kazać się na ten temat wypowiedzieć, to on umie tylko mówić coś o serdeczności i o szacunku dla kobiet. I z groźną miną powtarzać, że on będzie stanowczo reagował na każdy przejaw braku demokracji. To już w tej sytuacji, wydaje się, że bardziej poukładany jest taki Radek Sikorski, który przecież tez nie ma ostatnio lekkiego życia. Jednak, kiedy on kpi, że Obama w Irlandii chodził na piwo, w Londynie grał w ping-ponga, natomiast w Polsce (oczywiście!) czeka go tylko martyrologia, to oczywiście pokazuje, jak można przesuwać granice prostego skurwysyństwa, ale mimo to, wciąż tu widać jakąś myśl. Czy wręcz plan. U Tuska nie ma już nic. Tylko ta sącząca się ślina.
Bardzo dziwnie wyglądają dziś politycy Platformy Obywatelskiej. Jeśli się przyjrzeć temu, jak oni wyglądają, jak mówią i jak się zachowują, w pewnym momencie trzeba dojść do wniosku, że tam już bardzo dawno skończyło się zwykłe, ludzkie reagowanie na wydarzenia. Bronisław Komorowski stanowi zawsze konkurencję poważną, zwłaszcza od czasu gdy wezwał Jarosława Kaczyńskiego do pojedynku w jeździe na nartach, jednak wciąż chyba Donald Tusk jest tu oczywiście przykładem najlepszym. Jednak ostatnio miałem też okazję obserwować w akcji dwie czołowe gwiazdy z jego stajni, mianowicie Julię Piterę i odwoływaną wczoraj Ewę Kopacz. Donald Tusk mówił w swojej krótkiej wypowiedzi coś na temat szacunku do kobiet. Przepraszam bardzo, ale wystarczy ujrzeć stan – a mam tu na myśli stan zarówno psychiczny, jak i fizyczny – do jakiego polityka i obyczaje panujące w PO doprowadziły owe dwie damy, by wiedzieć, że gdzie jak gdzie, ale tam akurat litości dla kobiet nie ma.

czwartek, 26 maja 2011

Jakaż piękna będzie jesień tego roku!

Jeszcze zanim rozpoczęły się praktyczne przygotowania do jesiennych wyborów, to tu to tam pojawiały się głosy, że jak idzie o Platformę Obywatelską, w pewnym momencie będzie musiało tam dojść do ciężkiej walki o miejsca na listach. Przyznam uczciwie, że bardzo słabo się znam na wewnętrznych – poziomych, pionowych i wszelkich innych – strukturach tej partii. To jednak nie przeszkadza mi wiedzieć, że przez te wszystkie lata, kiedy Platforma Obywatelska, od góry do dołu i od lewej do prawej, oblepiała Polskę swoją obecnością, przez swój szczególny charakter, siłą rzeczy stała się ona w końcu organizacją nie tyle polityczną, co gospodarczą, w dodatku bardzo mocno zdecentralizowaną. W efekcie tego, doszło do powstania silnych ośrodków regionalnych, które przejęły władzę w samej partii i sprawiły, że jedyną praktyczną funkcją Platformy Obywatelskiej stało się tworzenie politycznego parasola ochronnego nad różnym lokalnymi grupami biznesowymi.
Z informacji jakie do nas docierają wynika, że w Platformie Obywatelskiej istnieją dwa podstawowe ośrodki władzy. Jeden związany z ministrem Grabarczykiem, a drugi z Grzegorzem Schetyną. Oczywiście, sugeruje się jeszcze grupę zorganizowaną wokół prezydenta Komorowskiego, jednak wszystko wskazuje na to, że oni się akurat dość skutecznie od bieżącej polityki partii emancypują, i chyba bardziej niż czymkolwiek innym, są zajęci utrzymywaniem Komorowskiego w jako takiej sprawności psychicznej i fizycznej, i ewentualnym przygotowywaniem go do kolejnej kadencji,. Jak idzie o Donalda Tuska, on jak się zdaje, w obecnej chwili jest pozbawiony władzy jakiejkolwiek. Mogę się mylić, ale, z tego co obserwuję, silniejszą pozycję w partii od Tuska mają nawet najbardziej drobni lokalni działacze, prawdopodobnie przyklejeni albo do Grabarczyka albo do Schetyny. Swoją drogą, to też jest temat na osobną dyskusję. Grabarczyk. Jak to się stało, że ktoś taki potrafił uzyskać taka pozycję w tak agresywnym środowisku? Nie mam pojęcia.
Pomyślałem sobie o tym wszystkim przy okazji publikacji przez Platformę Obywatelską informacji o układzie list wyborczych, a dokładnie tego, co się zdarzyło w Krakowie i Toruniu, gdzie dwóch bardzo popularnych, a skoro popularnych, to zwyczajnie ważnych, działaczy Platformy zostało przez lokalne struktury partii potraktowanych z pełną brutalnością. Ja oczywiście wiem, że Antoni Mężydło, od samego początku swojej przygody z Platformą, był tam traktowany, jak ciało obce, i trudno było oczekiwać, by ze strony jego nowych partyjnych kolegów miała go tam spotykać jakaś szczególna towarzyska atencja. Natomiast nie zmienia to faktu, że on, przez swoją historię i pozycję zajmowaną w historii Polski, mógł liczyć, przynajmniej jeśli idzie o taki Toruń, na całkowicie bezpieczne pierwsze miejsce. Nie ma przy tym wątpliwości, że gdyby w Platformie Obywatelskiej panowały zwykłe partyjne stosunki i tradycyjna polityczna hierarchia, nawet najbardziej ambitni lokalni działacze partyjni, patrząc na Mężydłę mogli by tylko zacisnąć zęby i siedzieć już dalej cicho. Tymczasem, kiedy doszło do podejmowania decyzji, okazało się, że on w tym Toruniu nie ma absolutnie nic do gadania, i jeśli o to idzie, ma przed sobą pięciu lepszych. Kogo? A diabli wiedzą, kogo. Przecież tu w ogóle nie chodzi o zasługi, czy o popularność. A najlepiej świadczy o tym nazwisko tego najważniejszego Netz, Nycz, czy Metz, czy Szulc. Nawet nie pamiętam.
O czym to co spotkało Mężydłę świadczy? O dwóch, z naszego punktu widzenia, bardzo istotnych rzeczach. Przede wszystkim wszystko wskazuje na to, że oni, nawet gdyby bardzo chcieli i bardzo się starali, nie potrafią już przeprowadzić skutecznej akcji wyborczej. Nie są w stanie tego zrobić, ponieważ cała partia, od góry po same doły, jest zajęta już tylko walką o bezpośredni interes pojedynczych jej członków. I to tylko tych, którzy w strukturach lokalnych akurat mają tam najsilniejszą pozycję. Platforma Obywatelska dziś nie ma praktycznej możliwości działania w skali całego kraju, ponieważ wszyscy jej działacze, którzy mogliby te działania prowadzić, zajęci są walką o swój osobisty dobrobyt na poziomie miasta, czy najwyżej województwa. W tej sytuacji, dla nich nie ma żadnego znaczenia, czy Mężydło startujący z Torunia zapewniłby im mandat w przyszłym Sejmie, czy nie. Oni nawet nie są w stanie tego sprawdzić, ponieważ działacze zajmujący miejsca od 1 do 5, myślą tylko o jednym – żeby to oni, a nie nikt inny mógł dla siebie wywalczyć bezpieczne najbliższe 4 lata. A ci co mogliby ich jakoś kontrolować, też – tak się jakoś tam poukładało – zajmują się wszystkim, tylko nie losem partii. I też nie dlatego, że tak chcą, ale przez to, że już inaczej fizycznie nie są w stanie.
I tu mamy kolejną ciekawą sytuację. Otóż wydaje się, że jesteśmy na dobrej drodze, by odpowiedzieć sobie na tak bardzo nas dręczące pytanie, dlaczego tak wielu polityków Platformy, w tym ludzi, nawet jeśli tylko z pozoru i zaledwie potencjalnie, jakoś tam porządnych, przez minione lata tak fatalnie brnęło w to bagno? Dlaczego żaden z nich nawet nie pisnął, kiedy normalny świat nie oczekiwał od nich pisku, lecz wrzasku? Otóż dziś, właśnie na przykładzie układania list wyborczych, widać jasno, że system, jaki w Platformie Obywatelskiej został stworzony i jaki tam obowiązuje, każdego jej działacza i polityka, mającego jakiekolwiek ambicje w jakikolwiek sposób wiążący swoją przyszłość z polityką, ubezwłasnowolnia w sposób doskonały. Każdy z nich wie, że albo będzie się trzymał miejsca, które dziś zajmuje, albo będzie nikim. A kto wie, czy, przez jeszcze inne działania, o jakich nie musimy nawet wiedzieć, owo bycie nikim dla nich akurat oznacza coś znacznie więcej niż dla tych z nas, który naprawdę są nikim? Osobiście nie zdziwiłbym się, gdyby następstwem jesiennych wyborów był wzrost samobójstw wśród drobnych polityków i działaczy Platformy Obywatelskiej.
Dlaczego tak się stało? Jak to możliwe, że grupa polityków w końcu nie pierwszych z brzegu, w dodatku wyposażonych w potężne wsparcie Systemu – który, z kolei, jak wiemy, też nie opiera się na pracy osób nie byle jakich – w tak krótkim czasie doprowadziła do takiego upadku swój polityczny projekt? Otóż wydaje mi się, że na początku tego wszystkiego stanął sam charakter owego projektu. On od początku oparty był nie na jakiejś, choćby najbardziej ogólnej, idei, lecz wyłącznie na pragnieniu zdobycia władzy i jej utrzymania. I to też tylko w dwóch celach: zdobycia osobistego majątku i tego majątku utrzymania.
To jeśli idzie o tak zwane doły. Trochę inaczej sprawa się ma, jak pomyślimy o liderach partii. Tam oczywiście pieniądz musiał mieć znaczenie, zwłaszcza pewnie już ten wcześniej posiadany. Wydaje mi się jednak, że ów aspekt finansowy nie ma tam aż tak dużego znaczenia. Niedawno opisano nam dochody Donalda Tuska, i z przedstawionych tam danych wynika, że on jest mniej więcej tak samo biedny jak Jarosław Kaczyński. I ja w to skłonny jestem łatwo uwierzyć. Myślę, że to jest bardzo prawdopodobne, że Donald Tusk od Mirosława Drzewieckiego na przykład i jego biznesowych partnerów nie wziął ani grosza. Natomiast uważam, że w tej chwili sytuacja Donalda Tuska jest taka, że jego los założonej przez siebie partii interesuje tylko o tyle, o ile jest on związany z zagwarantowaniem mu przyszłego bezpieczeństwa w sensie, że się tak wyrażę, kryminalnym.
Mam tu na myśli oczywiście Smoleńsk. Musze się tu od razu przyznać do pewnego grzechu. Otóż w pierwszych dniach po katastrofie, ja oczywiście domyślałem się, że śmierć Prezydenta to robota służb – ich, czy naszych, obojętne – tyle, że uważałem też jednocześnie, że ze względu na oczywisty współudział w tym morderstwie Rosjan, nie ma co liczyć na to, że sprawa ta kiedykolwiek zostanie rozwiązana. Takie czasy, taki świat. Nie spodziewałem się jednak przy tym, że, nie wiem jak i dlaczego – tego akurat nigdy nie zrozumiem – ci co ten zamach zorganizowali, a następnie zrobili wszystko by go tak fatalnie zafałszować, będą aż tak głupi i niechlujni. Ja sądziłem, ze jeśli połączone siły Systemu przygotowują coś tak dużego, to raczej są w stanie uniknąć sytuacji, że przez – najbliższy rok i jeden i drugi i trzeci – każdy kolejny dzień będzie ich tylko coraz bardziej odsłaniał.
Tymczasem dziś sytuacja jest taka, że, jak mówi Jarosław Kaczyński w Gazecie Polskiej, w tę brzozę już nawet małe dzieci nie wierzą. A to przecież już nie tylko chodzi o brzozę, ale o wszystko. O te trumny, o ten wrak, o te skrzynki, o te zdjęcia, o te dokumenty, no i wreszcie o tę pamięć. Właśnie ta pamięć, zamiast być coraz słabsza, staje się już tylko potężna jak tornado. Nie mam najmniejszych wątpliwości, i tak jak skłonny jestem przyznać, że bywam nadmiernym optymistą, i zdarza mi się często stawiać złe i łupie diagnozy, tak samo jestem przekonany, że mam w tym braku wątpliwości świętą rację, że sprawa Smoleńskiej Katastrofy już zniszczyła projekt o nazwie Platforma Obywatelska, ale też ich ostatecznie pogrzebie. Czytam dziś wywiad, jakiego Andrzej Duda, prezydencki minister udzielił portalowi bibula.com
, czytam jak o n opowiada o swojej wizycie w ruskim prosektorium, o tym, jak leciał samolotem z trumną kryjącą szczątki Marii Kaczyńskiej i myślę sobie, że nawet gdyby dziś wszystkie możliwe służby Systemu skupiły się na jednym – a niewykluczone, że już to robią – a mianowicie na zamknięciu tej sprawy, nie uda im się tego zrobić. Nawet gdyby oni zamordowali wszystkie rodziny ofiar tej katastrofy, też już by nic nie wskórali. Ta pamięć z jednej strony jest zbyt silna, ale co gorsza, ten wrak tam wciąż leży. I świat, choćby nie wiadomo jak był zajęty swoimi sprawami, to akurat wie znakomicie. O tym, podobnie jak o tym – kiedy on już tam może kiedyś leżeć przestanie i zostanie przez kogoś wywieziony w kosmos – że był czas, kiedy on tam leżał.
Ja mogę się tylko domyślać, co czują Donald Tusk, Bronisław Komorowski, Radek Sikorski, Tomasz Arabski, Ewa Kopacz, Graś, Klich i cała masa różnych osób odpowiedzialnych za wszystko to co się stało 10 kwietnia i później, których imion i nazwisk nawet mi się nie chce pamiętać. Natomiast wiem na pewno, że dla nich również, podobnie jak dla najbardziej podłych i szarych działaczy Platformy Obywatelskiej na prowincji, liczy się w tej chwili tylko to, jak się utrzymać na powierzchni. Jak przeżyć to, co trzeba będzie przeżyć w już bardzo niedługim czasie? Albo nawet i nie to. Jak się schować bezpiecznie i gdzie? Ot tak. teraz.
Niedawno miałem okazję nagle zobaczyć w telewizji Julię Piterę. I myślę sobie, że jej przypadek jest tu bardzo znamienny. Jej akurat sprawa smoleńska nie dotyczy. Wydaje mi się, że nie ma niczego, co by ją akurat tu mogło obciążać, poza może jakimiś paroma głupimi uwagami. Nie sądzę nawet, by ją mogło obciążać cokolwiek poza tym, że przez cztery lata za ciężkie pieniądze zbijała bąki, i robiła z siebie pośmiewisko. Nie wiem też jednak, czy Julia Pitera będzie na listach Platformy Obywatelskiej i które miejsca tam dostanie. O niej akurat przy okazji ostatnich dyskusji mowy nie było. Natomiast znam jej los w przypadku, jeśli ona jesienią nie zostanie posłem. Ona jest naprawdę świetnym przykładem stanu, w jakim się dziś znalazła Platforma Obywatelska i zdecydowana większość jej ludzi. Graś, Nowak, Halicki, Niesiołowski… można by wymieniać. Na nich nawet nie czeka stały felieton w którejś z codziennych, czy tygodniowych gazet. Choćby i lokalnych. Nawet nie pójdą siedzieć. Zwyczajnie będą chodzić po ulicach z wydętym brzuchem od piwa i resztką zębów. Czyja to zasługa, nie mam pojęcia. Ale jakoś nawet mnie to mało interesuje.

środa, 25 maja 2011

O śmierci naszej i nie naszej

Sprawa jest już sprzed paru dni, niemniej stanowi wydarzenie tak, moim zdaniem, szokujące, że należy się nim zająć i tutaj. Oto w publicznej domenie toczy się debata nad wolnością opluwania polityków z jednej i drugiej strony i, tak jak to zwykle bywa, jedna z tych stron gapi się na sytuację z szeroko otwartymi oczami i pyta z dziecięcym zdumieniem: „Kto? My?”
Bezczelność tego typu zachowań jest szalona do tego stopnia, że, jakby tego było mało, pojawiły się obok tego nagle głosy, robiące wrażenie wulgarnej parodii, a w rzeczywistości – jeśli tylko weźmie pod uwagę nasze dotychczasowe doświadczenia – najprawdopodobniej całkowicie szczere, streszczające się do jeszcze jednej kwestii: „Ciekawe, co by to było, gdyby ktoś nagle zechciał tak obrażać Lecha Kaczyńskiego?”
Oto na portalu Nowy Ekran umieszczony został filmik z youtuba, nakręcony i zrealizowany i zagrany przez jakiegoś młodzieńca z Katowic, podpisującego się ‘dallas studios’, a przedstawiający kreację o nazwie Sprinter Cell, gdzie ów Sprinter Cell obiecuje wymordować wszystkich tych, którzy popierają Jarosława Kaczyńskiego, i z okna hotelu właśnie w Katowicach przeprowadza zamach na jakąś kobietę wyprowadzającą psa na spacer. Film jest niezwykle brutalny, pełen wyzwisk i wulgarnych słów, skierowanych do potencjalnych wyborców PiS-u. Autor filmu się nie ukrywa. Widać jego twarz, słychać jego głos, wydaje się być całkowicie odsłonięty. Film wisi sobie bezpiecznie tu.
Oczywiście sama postać tego chłopaka jest interesująca. Film z symulacją zamachu na kobietę z psem, która została skazana na śmierć, bo w wyborach prezydenckich głosowała na Jarosława Kaczyńskiego, jest zaledwie jednym z wielu filmików autorstwa tego ‘dallas studio’, i, jeśli wziąć pod uwagę całość twórczości owego internauty – w większości nawet nie brutalnej, lecz zaledwie płaskiej i głupiej – dowodzi on nawet nie tego, że mamy do czynienia z groźnym psychopatą, ale wyłącznie faktu, że popularna kultura, w kształcie jaki zaczyna u nas dominować, niszczy już nawet to, czego wydawało się, zniszczyć nie ma jak. Oto przed nami uczeń, a może już student, z całą pewnością o większych intelektualnych i, co ciekawe, nawet artystycznych, ambicjach, niż te najbardziej powszechne wśród jego kolegów z osiedla, dla którego wszystko jest wyłącznie popularną zabawą i zabawy tej parodią. A skoro tak, to nic nie stoi na przeszkodzie, by w ramach tej zabawy wziąć i zwyczajnie zamordować jakiegoś pisiora i na dokładkę jego psa. Albo, jeśli nie zamordować, to pokazać, jak to można fajnie zrobić.
Jednak to, co jest w tym wszystkim najciekawsze, to to że ten filmik tam na tym youtubie sobie spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, wisi. Nie to, że wśród nas mieszka jakieś dziecko z zaburzeniami osobowości. To akurat, jak wiemy, bywa. Natomiast to, że ten film nie spotkał się z reakcją właścicieli portalu, którzy – jak powszechnie wiadomo – monitorują systematycznie jego zawartość, jest czymś bardzo poruszającym. Parę dni temu mój syn, zakochawszy się w twórczości muzycznego zespołu o nazwie Bon Iver, postanowił jedną z ich piosenek umieścić właśnie na youtubie. Piosenka została natychmiast przez administrację portalu usunięta, a konto mojego syna automatycznie zablokowane. Jednocześnie otrzymał informację, że ponieważ złamał regulamin, nie może aktywnie korzystać z youtuba, i jedynym warunkiem zdjęcia blokady jest wypełnienie przez niego jakiejś ankiety, gdzie będzie się mógł wykazać znajomością obowiązków, jaki każdy obywatel posiada, czy jakoś tak. Symulacja zamachu na kobietę popierającą Prawo i Sprawiedliwość jest przez administrację youtuba tolerowana. Tolerowana już od ponad roku. A to co dla mnie jest może jeszcze bardziej poruszające, to fakt, że takich filmów zapewne na youtubie i gdzie indziej, jest dużo więcej. Tyle że nie o wszystkich napisano nam na Nowym Ekranie.
Dlaczego myślę, że ich jest dużo więcej? I dlaczego uważam, że one wiszą tam niczym nie niepokojone? Otóż odpowiedź mogła by brzmieć: „Bo czemu nie?” Wszyscy mamy oczy, uszy i jakoś udało nam się przeżyć najbardziej ciężki okres, kiedy to tyle z nich zostało skutecznie zalepionych tą straszną, nieludzka mazią. Widzimy od wielu lat bardzo wyraźnie, ze nienawiść do braci Kaczyńskich i wszystkiego, co się z nimi kojarzy, stała się częścią popularnej kultury. Czymś tak oczywistym jak sklep, telewizor, czy kolorowe czasopismo. W efekcie tego procesu, doszło do tego, że nie jest już w ogóle czymś poruszającym, że ktoś nagle życzy Jarosławowi Kaczyńskiemu śmierci, lub cieszy się, że nie żyje Lech Kaczyński, ale już znacznie bardziej to, że ktoś o jednym czy o drugim powie parę dobrych słów. Dlatego właśnie, jak sądzę, dziś, kiedy gniew przeciwko rządowi i prezydentowi zaczyna narastać i manifestuje się w przeróżnych aktach wrogości, wiele osób jest szczerze przekonanych, że oto pojawiła się w naszym życiu publicznym jakaś nowa jakość, polegająca na tym, że się lży osoby publiczne.
Jestem pewien, że wiele z osób, kiedy zadają nam pytanie, co by to było, gdyby ktoś chciał obrażać Lecha Kaczyńskiego, ma naprawdę przekonanie, że Lecha Kaczyńskiego nikt nigdy, nawet przez moment nie obrażał. O Lechu Kaczyńskim się wyłącznie rozmawiało, tak jak się rozmawia o pogodzie, czy o bieżących wydarzeniach. Obraża się dopiero dziś. Donalda Tuska, mówiąc na niego, że jest „matołem” i prezydenta Komorowskiego, że jest „głupkiem”. I postępowanie administracji youtuba stanowi wyłącznie potwierdzenie tego, co wyżej napisałem. Gdybym ja umieścił tam film, na którym pokazałbym, jak się strzela do działacza Platformy Obywatelskiej, ten film by został natychmiast usunięty, moje konto by zostało na stałe zablokowane, i niewykluczone, że po paru dniach wpadliby do mnie funkcjonariusze ABW z pretensjami. Informacji zawartej w żarcie o nazwie Sprinter Cell ani administracja youtube, ani w ogóle nikt inny nawet nie zauważył, ponieważ on zniknął w powodzi tysięcy podobnych, jakie nas zalewają od lat.
A zatem uważam, ze takich filmików na youtubie musi być znacznie więcej. Natomiast ci, którzy powinni się nimi interesować, kolekcjonują je, to tu to tam, wyłącznie dla swojej prywatnej rozrywki. Jakiś czas temu pisałem tu o zamieszczonym na portalu Joe Monster, wciąż tam obecnym i – podobnie jak dowcip o strzelaniu do wyborców Jarosława Kaczynskiego – przez nikogo nie niepokojonym, gdzie pada propozycja, by Kaczyńskiego powiesić na drzewie. Opisywałem też tu inny żart, tym razem nie w wykonaniu jakiegoś półprzytomnego gówniarza, lecz ważnego polskiego polityka, Janusza Palikota, zamieszczony na jego blogu. Też już dawno dość i też wciąż tam obecny. I też, jak się zdaje, nie zagrożony jakąkolwiek krzywdą. Tu już nie powiem ani słowa. Proszę rzucić okiem
Już nic nie powiem. Bardzo proszę to obejrzeć. I proszę się nie wykręcać. Proszę się nie popisywać retoryką typu: „Palikot? No wiesz! A kto to jest Palikot?” Bo to jest świadectwo czasów. To trzeba znać. To i tamto i jeszcze parę innych rzeczy. Trzeba to znać, pamiętać pewne nazwiska, pewne słowa. Trzeba nie zapominać. Przyjdzie czas, że nasza pamięć może się okazać bezcenna.

poniedziałek, 23 maja 2011

Za polityków wsadzają - bierzemy się więc za dziennikarzy

W owej szczególnej atmosferze ostatnich tygodni, kiedy to najpierw Radosław Sikorski – minister polskiego rządu, gdyby ktoś nagle zapomniał – zaczął się pieklić, że ponieważ banda jakiś durniów wyzywa go w Internecie od żydów, on nie ma wyjścia, jak się za nich wziąć i zacząć na nich po kolei słać prokuratorów, a zaraz po Sikorskim służby premiera Tuska rzuciły się na piłkarskich kibiców, którym przyszło do głowy, że skoro władza zamyka im stadiony, to oni urządzą przeciwko tej władzy parę demonstracji ze słowem „matoł” w nagłówku, by wreszcie do jakiegoś internauty do domu przyszli funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, najpierw go nastraszyli, a później zrobili z niego bohatera na całą Polskę, tylko dlatego, że na obsługiwanej przez niego stronie ukazała się jakaś gra, gdzie trzeba trafić czymś w prezydenta Komorowskiego i panią Dziadzię, nie mogłem nie wpaść w pewne nowe dość refleksje. Otóż zacząłem myśleć o blogu, który sam prowadzę już od ponad trzech lat, i który w swojej większości poświęcony jest wylewaniu moich żalów wobec tych właśnie ludzi, którzy nagle, dziś, po wielu latach kompletnego zapętlenia, najwidoczniej uznali, że zły świat ich nie lubi. I że coś z tym trzeba zrobić. A skoro zacząłem myśleć o tym blogu, to zupełnie naturalnie zacząłem też zastanawiać się, czy – jeśli oni się nagle nie zreflektują – to czy do mnie też wpadną? A jeśli wpadną, to za co przede wszystkim?
I myślę sobie, że parę powodów by się spokojnie znalazło. Przede wszystkim można by było mieć do mnie pretensje o to, że od lat brzydko mówię o premierze Tusku, o prezydencie Komorowskim, a o pani Komorowskiej mówię „Dziadzia”, co może stanowić kolejny zarzut, a mianowicie lżenie i zachęcanie do narodowej nienawiści. Również – skoro już mówimy o narodowych uprzedzeniach – mogłoby mi się dostać za „ruskiego buca”. Kiedy tak sobie wracam pamięcią do swoich obsesji, pojawia się też moje nieustanne cytowanie fragmentów z wybranych Psalmów. Wprawdzie na tym blogu nie ma żadnej gry, ani nawet głupiego linku do jakiejkolwiek gry, której atrakcyjność polegałaby na strzelaniu do prezydenta Komorowskiego, choćby i z procy, lub nawet z automatycznego ołówka, jednak – jak by nie patrzeć – nie da się ukryć, że uwaga o tym, że Pan Bóg, zarówno wobec swoich wiernych wyznawców, jak i wobec swoich grzeszników, ma pewne obowiązki, w dodatku uwaga, jak wszyscy wiemy, retorycznie na poziomie najwyższym, stanowić może przestępstwo znacznie większe, niż jakakolwiek komputerowa gra. Ja osobiście na przykład wolałbym, żeby banda durnych gówniarzy grała moją głową w piłkę nożną na wirtualnym boisku w Sopocie, niż żeby ktoś mi śpiewał pod domem Psalmy. Szczególnie te wybrane.
I kiedy tak myślałem sobie o swoich ewentualnych grzechach wobec interesu publicznego, przyszło mi do głowy, że teksty, w których ja bezpośrednio obrażam prezydenta Komorowskiego, premiera Tuska i jego ministrów, właściwie stanowią niewielki procent tego pisania. Nigdy tego akurat porządnie nie badałem, ale jakoś nie mogę uwierzyć, by faktycznym celem tych moich refleksji mogłoby być głównie informowanie czytelnika o tym, że Tusk do „matoł” a Prezydent to „rezydent”. Bywało różnie, ale mam nadzieję, że aż tak nisko nie upadłem. Jestem pewien, że jeśli funkcjonariusze ABW będą mieli potrzebę się zawartości tego bloga kiedykolwiek przyjrzeć – a sam Radek Sikorski w jednej ze swoich wypowiedzi raz już zasugerował, że Internet jest sukcesywnie i dokładnie przez jego towarzyszy przeglądany – to z pewnością narysują mi jakieś słupki, natomiast, co do mnie, to myślę, że nie jest najgorzej. Myślałem więc sobie o tych procentach i nagle przyszło mi do głowy, że ja chyba najbardziej, najgorzej i najczęściej przez te trzy latach gnoiłem dziennikarzy. Zwłaszcza tak zwanych – naszych. Mogę się mylić, ale w końcu blog jest mój, więc mogę sobie pozwolić na takie refleksje, na jakie mam ochotę.
Z czego może wynikać, że gdyby, hipotetycznie miało mi się kiedyś zdarzyć, że ja bym tu umieścił grę polegająca na tym, że wroga trzeba najpierw dopaść, a później mu nasrać na głowę, byłby to raczej Łukasz Warzecha, czy Paweł Lisicki, niż władysław frasyniuk, którego, jak wiemy, też na co dzień bardzo mam na uwadze, czy poseł Halicki? Otóż ja wcale nie uważam – i co do tej teorii czuję się bardzo mocno przywiązany – że gdyby nagle wszyscy politycy stali się ludźmi, to automatycznie podniósł by się poziom polskiego dziennikarstwa. Natomiast jestem głęboko przekonany, że gdyby polscy dziennikarze przestali być głupimi, leniwymi skurwysynami, z całą pewnością wybitnie podniósł by się poziom polskiej polityki. Dlaczego? Z tego prostego mianowicie powodu, że politycy mają znacznie więcej rozumu od dziennikarzy, i gdyby tylko poczuli na swoich plecach jakikolwiek ślad kontroli, natychmiast wzięliby się do roboty. Z czystej, zimnej kalkulacji.
Jestem całkowicie pewien, że jeśli polska polityka, a za nią w ogóle polskie życie publiczne, znajduje się w takim upadku, to głównie przez to, że nie istnieje tak zwana opinia publiczna, która w normalnym świecie jest reprezentowana przez media. Gdyby owa publiczna opinia istniała i działała – i tu wracamy do symbolicznej przecież „Dziadzi” – i ja, i ten chłopak z Ostrowca, czy Piotrkowa, i dziesiątki innych ludzi, na co dzień zajętych walką z tym straszydłem, mogłoby się zająć życiem rodzinnym, osobistym, towarzyskim, albo jakimkolwiek innym – ale życiem. A nie klikaniem w klawiaturę komputera, lub snuciem się po ulicach z transparentami informującymi o tym, że Tusk to matoł. Niestety, dziennikarstwo w Polsce nie istnieje i to jest bardzo poważny problem i nasze bardzo poważne zmartwienie.
Niedawno, jak część z nas wie, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wystąpił z pogadanką polski filmowy dokumentalista Grzegorz Braun i, ku znacznej satysfakcji zebranych, powiedział ni mniej ni więcej tylko to, że zmarły niedawno arcybiskup Życiński był „chamem i prostakiem”… Nie! Wróć! To Braun, wedle słów Gazety Wyborczej, jest „chamem i prostakiem”. Arcybiskup Życiński miał być, zdaniem Brauna, „łajdakiem i kłamcą”. Natychmiast, naturalnie powstało z tego powodu piekło, co ciekawe jednak, nie wzniecone przez posła Halickiego, czy posła Kalisza – oni takie drobiazgi mają głęboko w swoich brudnych tyłkach – ale przez Gazetę Wyborczą, a za Gazetą Wyborczą już tylko podsycane przez ich innych dziennikarzy. O co poszło? Czy może o to, że arcybiskup Życiński nie był „łajdakiem i kłamcą”? Czy może dziennikarze Gazety Wyborczej dostarczyli jakiś mocne dowody – o ile mi wiadomo, Braun podparł swoją wypowiedz przynajmniej pozorem dowodów – na to, że Arcybiskup się w życiu nie złajdaczył, a później nie kłamał? Ależ skąd? Poszło wyłącznie o to, że na Arcybiskupa tak mówić nie wolno. Wolno na Lecha i Jarosława Kaczyńskich, wolno na Antoniego Macierewicza, wolno na Joachima Brudzińskiego, wolno na ojca Rydzyka, Jarosława Marka Rymkiewicza, wolno na niemal wszystkich, myślę sobie, że wolno nawet na Jana Pawła II – na Życińskiego nie wolno. Dlaczego? Bo nie.
Jak zobaczyłem wczoraj z telewizji, Rzeczpospolita, w reakcji na lubelskie zdarzenie, przeprowadziła rozmowę z Andrzejem Braunem i fakt przeprowadzenia tej rozmowy doprowadził do kolejnego skandalu. Doszło wręcz do tego, że zobowiązany do reakcji poczuł się Maciej Łętowski, który – proszę się trzymać za brzuchy – jest dziś już prezesem wydawnictwa Presspublica, wydającego Rzepę, i który oświadczył, że on bardzo przeprasza za to, że wydawana przez niego gazeta, zamiast Brauna wysłać w kosmos, temat podjęła i go z tego „łajdaka” przepytała. Dowiedziałem się o tym z telewizji TVN24, gdzie Paweł Lisicki, Tomasz Wołek, komuch Rolicki i jakiś smutny dziennikarz z Newsweeka, którego znam tylko z widzenia, gadali o tym zdarzeniu pod kontrolą red. Łach i jej słuchawki. Rozmowa dotyczyła głównie tego, by Lisicki się wytłumaczył, jak on mógł z tym Braunem w ogóle rozmawiać. I tu przechodzę do sedna. Otóż Lisicki, zamiast powiedzieć tej bandzie kretynów, na czele z Wołkiem, który w swojej bezczelności przekracza już nawet granice dotychczas wyznaczane przez leżącą na drodze psią kupę, że to nie on wymyślił system, w którym sukces mediów związany jest przede wszystkim z tym, kto kogo pierwszy zamorduje, i jak to morderstwo mu się uda atrakcyjnie podać, i zamiast ich poprosić grzecznie żeby zamknęli ryje i przestali stroić miny, coś im tłumaczył na temat tego, że on tylko chciał zapytać Brauna, co on miał na myśli, mówiąc, że Życiński to świętej pamięci kłamczuszek. I oczywiście narażał się na to, by ten buc Wołek zwracał się do niego w tonie; „Uważam, Pawle, że nie masz racji…”.
Pytają mnie różni, przyjaciele i koledzy, czemu ja się tak uczepiłem tych dziennikarzy. Tego Lisickiego, Ziemkiewicza, Semki i całej reszty? Że przecież oni są nasi i tak dalej, i tak dalej. A ja chciałbym wiedzieć, co by Lisickiego kosztowało, żeby, korzystając z tego, że ma tę niezwykłą okazję wystąpić w nadawanym na żywo programie, i ma przed sobą ogólnopolska publiczność, powiedział Wołkowi, który się tak strasznie zapłakiwał nad faktem, że arcybiskup Życiński nie może się bronić, i całej tej reszcie durniów – a przy okazji urządzającemu to przesłuchanie TVN-owi – że to się nie mieści w białej głowie, by grupa medialna, która organizuje codziennie rozmowy z Januszem Palikotem, Stefanem Niesiołowskim, Kazimierzem Kutzem w jednym jedynym celu – żeby któryś z nich powiedział, że Lech Kaczyński był durniem, pijakiem, kretynem i cierpiał na chroniczną sraczkę, nagle uderzała w wielki dzwon z tego powodu, że znany reżyser obraża znanego biskupa, a ogólnopolska gazeta, której zależy na czytelnikach, próbuje się sprawą zająć.
Palikot, Niesiołowski, Kutz. Ci trzej bohaterowie telewizji TVN24, służą wyłącznie do jednego. By przyjść i nasrać na pamięć Lecha Kaczyńskiego, i by zrobić to w najbardziej niewyszukany sposób. Nie ma innego powodu, by ktokolwiek czegokolwiek od tych trzech osób chciał. Dzień w którym którykolwiek z nich się znudzi tym swoim chamstwem, oznaczać będzie jednocześnie koniec jego medialnej kariery. I w tym co piszę, nie ma nawet nic oryginalnego. Ten fakt, a więc fakt, że media żywią się gównem, został wielokrotnie, z prawdziwą dumą ogłoszony właśnie przez te same media. I oto nagle, w tej sytuacji, telewizja TVN24 – telewizja, której sukces właśnie na tym jedzeniu kup polega – wynajmuje jakiegoś Wołka, by się poskarżył publicznie na upadek obyczajów. A Paweł Lisicki, patrząc na tę bezczelność, i słuchając tych popisów cynizmu, nie jest w stanie wydusić z siebie jednego słowa prawdy. Tylko cos pieprzy o tym, ze on chciał informować.
A więc, wygląda na to – i to wygląda coraz bardziej – że i Bronisław Komorowski i Donald Tusk i cała kupa innych osób chronionych przez polskie prawo przed atakami niezależnej opinii publicznej, będą tu coraz rzadszymi gośćmi. Zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, że jeszcze chwila i po nich pozostanie już tylko smród. Natomiast jak idzie o Pawła Lisickiego i jego kolegów, to owszem. Jestem pewien, że im będę miał jeszcze wiele do powiedzenia. Mam przy tym nadzieję, że mnie za to nie wsadzą do paki. Bo, wbrew temu, co niektórzy sądzą, wcale mi na tym nie zależy.

niedziela, 22 maja 2011

Nasza wojna

Jeśli ktoś wie, to wie, a jeśli nie, to z przyjemnością informuję, że mamy troje dzieci, z których każde może się szczycić tym, że należy do tak zwanego pokolenia Solidarnych2010. Czasem nasi znajomi nas pytają, jak to zrobiliśmy, że one nie poszły z głównym nurtem, tylko zostały tu gdzie są, i, jak wszystko na to wskazuje, w tym miejscu jest im dobrze i przyjemnie. Zadają nam nasi znajomi to pytanie, a my nie mamy na to odpowiedzi. Stało się jak się stało, i mogę się tylko domyślać, że w odwrotnej sytuacji, gdyby na przykład nasz syn został członkiem młodzieżówki Platformy Obywatelskiej, a nasze córki o polityce, i w ogóle o Polsce, wiedziałyby tyle tylko, że tu co roku w Gdyni odbywa się pewien muzyczny festiwal, a zawsze w styczniu gra pewna orkiestra, to też nie umiałbym powiedzieć, jak mogłem do tego dopuścić.
Stało się jednak tak, że nasza najmłodsza córka ostatnio wpadła w nastrój, który – jak idzie o sprawy polityczne – manifestuje się tym, że ona na widok polityka spod którejkolwiek tabliczki, dziennikarza, politologa, czy jakiegokolwiek eksperta, wzrusza ramionami i wydaje z siebie pogardliwe prychnięcie. Czasem przy tym coś powie, jednak i to ogranicza się do jednej i tylko jednej informacji – że oto odezwał się kolejny pajac. Próbowałem z nią na temat tego jej stanu porozmawiać i w pewnym momencie ona mnie spytała: „No dobra. Załóżmy, że najbliższe wybory wygra PiS. I co się wtedy zmieni?” Oczywiście, w pierwszym momencie, miałem ochotę powiedzieć, że zmieni się wszystko, jednak już po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli tak powiem, prędzej czy później mogę się znaleźć w sytuacji najtrudniejszej. Zwłaszcza gdy idzie o relacje ojciec-dziecko.
Pomyślałem więc chwilę i odpowiedziałem, oczywiście zachowując cały czas bardzo mądrą i pewną siebie minę, że my dziś nie walczymy o Nowy Wspaniały Świat, nawet pozbawiony oczywistej tu ironii, lecz o absolutne minimum. Że czasy, które niektórzy określają mianem czasów ostatecznych, nauczyły nas jednego – że lepiej już było. Dziś walczymy już tylko o to, żeby to zło, które nas oblepia, jak najstraszniejsza pajęczyna, jeśli nawet nie ustąpiło, to żeby – dla naszej zwykłej, ludzkiej satysfakcji – pokazało, jak mu choć na chwilę rzednie mina. A więc, w wymiarze czysto politycznym, usunięcie ze sceny politycznej projektu pod nazwą Platforma Obywatelska, nie spowoduje tego, że Polska, w dzisiejszym świecie – który przecież świetnie znamy – stanie się szczęśliwą wyspą zamieszkiwaną przez szczęśliwych obywateli, natomiast da nam coś, co dla każdego wrażliwego serca może być mimo wszystko, pewną rekompensatą za te lata hańby. A mianowicie pewne bardzo podstawowe poczucie, że prawo i sprawiedliwość jednak działają. Resztkami sił, ale działają.
Myślę o tym od czasu wspomnianej rozmowy, ale zwłaszcza już od czasu, jak, w związku z tym, że mamy kolejny rok wyborczy, po tak zwanej „naszej” stronie, odezwał się pewien szczególny typ patriotyzmu, który się uaktywnia zawsze wtedy, gdy jest szansa na to, by polska prawica odniosła jakiś sukces. Co mi mianowicie takiego przyszło do głowy? Otóż, ponieważ mam naturalną i zdecydowanie niepokonaną pewność, że za wszelkimi głupstwami, które czyni człowiek, nie stoi przede wszystkim zła wola, lecz zwykła nudna głupota, uważam też, że ludzie, którzy uprawiają politykę – na wszelkich absolutnie poziomach i po wszystkich możliwych stronach – są często zwyczajnie głupi. A jeśli głupi, to trudno też się spodziewać, by wśród nich było wielu takich, którzy są wystarczająco ideowi i zdeterminowani, by być w stanie skutecznie walczyć z czymś, czego, wedle wszelkich danych, zwalczyć się nie da. Konsekwentnie więc, jeśli po stronie, która dla nas stanowi pewien punkt oparcia, znajdziemy dziesięć osób deklarujących wolę walki z całym złem tego świata, możemy mieć pewność, że z tych dziesięciu jeden jest gotów poświęcić naprawdę wiele, dwóch kolejnych może też, tyle że pod pewnymi warunkami, a reszta znalazła się tu gdzie jest, wyłącznie przez jakiś nie do końca jasny przypadek. A zatem, kiedy już przyjdzie czas zmian, zemsty, odbudowy – jak zwał tak zwał – i tak większość z tych, którzy w naszym imieniu będą musieli zająć Polską, zajmie się nią dokładnie na miarę swoich serc i możliwości.
Oczywiście, mamy to szczęście, że na czele ruchu, który poparliśmy, i któremu oddajemy wszystkie nasze emocje i nadzieje, stoi Jarosław Kaczyński. To właśnie przez niego i dzięki niemu, wciąż mamy chęć uczestniczenia w tej walce. Z jakimi nadziejami? Tu znów muszę wrócić do refleksji wyrażonej przez moją córkę, ale wcześniej jeszcze do wypowiedzi Jerzego Zalewskiego, polskiego reżysera, znanego z paru polskich filmów, którego ostatnie dzieło, z powodów czysto politycznych, zostało ostatnio potraktowana z tak zwanego buta przez, jak najbardziej, System i tego Systemu ludzi. Otóż Zalewski, w wypowiedzi dla NiezależnaTV mówi tak: „Ja w ogóle jestem dramatycznie pesymistycznie nastawiony. To znaczy, jestem przekonany, że my nie wygramy niczego. Natomiast nie widzę powodu, żeby o to nie walczyć”.
W tej sytuacji, pozostaje nam tylko powtórzyć wcześniejsze pytanie – że, skoro tak, to o co mianowicie mamy walczyć? Moja córka mówi, że nie zmieni się nic. A więc – to już mój komentarz, bo ona o tym nie ma pojęcia – i Jerzy Zalewski będzie mógł swoje filmy robić tylko od czasu do czasu, i to zawsze w możliwie najbardziej wrogim otoczeniu, a i jego kolega reżyser Grzegorz Braun, jeśli będzie miał ochotę wypowiedzieć prawdę oczywistą, przecież niemal fakt, że zmarły niedawno arcybiskup Życiński był „kłamcą i łajdakiem”, to też zostanie skazany na niesławę i zapomnienie. I nie zmieni tego ani odsunięcie Platformy Obywatelskiej od władzy, ani przekazanie władzy nad Polską i Polakami Jarosławowi Kaczyńskiemu. Powiem więcej. Ów syn peerelowskiego prokuratora, Kuba Wojewódzki, i jego kumpel, Michał Figurski –syn z kolei ruskiego dyplomaty, będą dalej medialnymi gwiazdami dla znaczniej części naszych rodaków, a Piotr Kraśko, wnuk Wincentego, dalej będzie w telewizji robił za pobożnego Polaka, tyle że może trochę bardziej. I z całą pewnością będzie się im wszystkim bardzo dobrze powodziło.
Ale to w żaden sposób nie całość naszych marzeń, które już najprawdopodobniej nigdy nie zostaną zrealizowane. Otóż wszystko wskazuje na to, że nawet gdyby Urban, Kiszczak, Jaruzelski, zomowcy z Wujka i z różnych innych miejsc Polski, i cała ta banda ubowców i esbeków z dziesiątkami niewinnych ofiar na sumieniach, byli dziś pełnymi życia młodzieniaszkami, a nie gnijącymi częstą już nad grobem satyrami, to też włos by im z głowy nie spadł. Więcej. Jeśli nawet któregoś dnia zostanie oficjalnie potwierdzony fakt, że to dzięki przemyślanom działaniom Donalda Tuska i jego partyjnych kolegów i bolszewickich sojuszników doszło do śmierci 96 osób, w tym Pana Prezydenta i Jego Małżonki – a to, że to się w końcu nam przydarzy, uważam za wielce prawdopodobne – nie mamy co liczyć na to, że którykolwiek z nich dokończy swojego życia w kryminale. Nie mamy też nawet co liczyć na to, że którykolwiek z nich spędzi w choćby dzień w głupim areszcie. Tyle wszystkiego, że spotka ich zapewne los tych wszystkich dawnych działaczy Unii Wolności, o których – gdyby nie szaleństwo prezydenta Komorowskiego – pies z kulawą nogą by dziś nie pamiętał. No dobra. Niech będzie, że zanim umrzemy, zobaczymy, jak któregoś wyprowadzać będą w kajdankach. Ale o tym za chwilę.
A więc, o co walczymy? Otóż walczymy o absolutne minimum. Przede wszystkim, o tę, wspomnianą już, podstawową satysfakcję z tego, że nagle, w tych tak strasznie trudnych i skomplikowanych okolicznościach, prawo i sprawiedliwość wygrało, i że kłamstwo musiało się choć na chwilę wycofać. Czy jest jeszcze coś? Owszem. Walczymy też o tę, również już wspomnianą, satysfakcję z tego, by zobaczyć, jak oni wszyscy się kotłują w swej wściekłości i w tym cudownym zdziwieniu, że nagle się wszystko skończyło. Jak się już, oficjalnie i na oczach świata zaczną nienawidzić, i jak się boją – bo są głupi, więc bać się będą zawsze – i jak całe ich gromady będą do nas przychodzić i zapewniać nas, że oni właściwie, tak naprawdę, zawsze… Obojętne. Walczymy pewnie też o to – w końcu przed nami, o ile coś się nie zmieni, jeszcze całe długie niemal cztery lata – by zobaczyć, jak w tym tak pohańbionym Belwederze, siedzi opuszczony i kompletnie samotny, porzucony przez swoich kumpli Bronisław Komorowski, i siedzi tam z tym swoim kaszalotem i patrzy, jak mu sondaże spadają już poniżej 10 procent, a nikt nawet nie ma głowy, żeby się zajmować jakąś procedurą usuwania go z urzędu. Wreszcie walczymy o to, by zobaczyć, jak na Krakowskim Przedmieściu powstaje pomnik pamięci Lecha Kaczyńskiego zamordowanego w tak okrutny sposób w Smoleńsku. A i może też o to, że osobiście go będzie świecił kardynał Nycz, który nagle cudownie przejrzał i zrozumiał swój grzech.
No i wreszcie możemy też powalczyć o ów wspomniany wcześnie – wcale nie tak ważny – deser. Czyli widok któregoś z nich – któregokolwiek, tak naprawdę – wyprowadzanego w kajdankach. I oczywiście nic więcej, bo takie to mamy czasy, że na nic więcej nie można liczyć. Politycy ponoszą odpowiedzialność polityczną, artyści artystyczną, biznesmeni finansową, a dziennikarze, esbecy i różne ciemne typy pracujące na zlecenie – odpowiedzialność zawodową. Więzienia są przeznaczone dla ludzi. Na tym polega demokracja w wersji turbo.
I to tyle, jeśli idzie o nasze pragnienie prawa i sprawiedliwości. A poza tym – głupio to mówić – będzie mniej więcej tak samo. I to powiedziałem mojej córce, kiedy mnie pytała, na co ja liczę. Że będzie mniej więcej tak samo, tyle że trochę lepiej. Oczywiście gospodarka będzie radziła sobie nieco lepiej, robotnicy nie będą porzucać roboty na niedokończonych autostradach, ludziom będzie się powodziło troszeczkę lepiej, a złodzieje i kłamcy i kanciarze będą cały czas kręcili wokół swoich interesów w nieco marniejszych nastrojach. Wszystko to trochę, a może i zaledwie troszeczkę. Ale nie łudźmy się – już nigdy nie będzie tak, byśmy stracili powód do tego, by się martwić, a te nasze zmartwienia podkręcać wściekłością na „szpicli, katów i tchórzy”. Oni wygrają. Ostatecznie to oni wygrają. Tu, na tym świecie, tylko oni mogą wygrać. Bo taki to już jest ten świat. Natomiast my, patrząc na nich, jak się tu po tym świecie, który tak naprawdę nigdy nie był przeznaczony dla nich, panoszą, będziemy mogli to robić wreszcie z podniesionym czołem. I będziemy mogli z dumą powiedzieć, że zawsze byliśmy wierni.
Tak, moje drogie dziecko. Będziemy mogli stać z podniesionym czołem. Ty też. A to już jest naprawdę bardzo dużo. W pewnym sensie, to jest wszystko.

Gdyby komuś powyższy tekst się spodobał, a ma w tych byle jakich czasach jakiś luźny grosz, to bardzo proszę o wsparcie na podany obok numer konta.