środa, 31 marca 2010

O pewnych... ograniczeniach. No i o nas



W moim życiu spotkałem dwa określenia – czy może opisy – osób, o których potocznie mówi się „wariaci”, a które mi tak zaimponowały swoją trafnością, a jednocześnie swoistą elegancją, że noszę je w swojej pamięci do dziś. Pierwszy z nich dotyczył poety Ezry Pounda i został sformułowany przez człowieka któremu należy się tu parę słów. Był to absolutnie ekscentryczny absolwent Oxfordu (prawdziwy!), który przyjechał do Sosnowca, żeby uczyć tu angielskiego. Człowiek, który zachowywał się jak się zachowywał, trochę zapewne dlatego, że sam bym „wariatem”, a trochę pewnie i z tej przyczyny, że te swoje ekscesy traktował jak szczepionkę na świat, w którym przez jakiś czas przyszło mu żyć. Na tej prostej zasadzie, że jeśli chce się zachować resztki normalności w nienormalnym środowisku, należy czasami przede wszystkim oszaleć. Poza tym, był kimś absolutnie pięknym i prawdziwym. Wszyscy go uwielbialiśmy.
Któregoś dnia przyniósł nam oryginalne nagrania Ezry Pounda, recytującego swoje wiersze. Słyszałem w życiu dwóch poetów, czytających swoją poezję, kiedy to ich głos dosłownie zwalił mnie z nóg. Jednym z nich był Dylan Thomas, drugim Ezra Pound. Po wysłuchaniu Pounda, uznałem – młody byłem i wrażliwy – że teraz to mogę już właściwie umrzeć. Anthony Jeffrey – ciekawe czy jeszcze gdzieś żyje – powiedział nam wtedy coś takiego: „Jak idzie o Pounda, to był to człowiek bardziej szalony niż wy czy ja”. I jakoś to zdanie pamiętam. Po trzydziestu już niemal latach, wciąż pamiętam to określenie w dosłownym kształcie: „More insane than you and me”.
Kolejną definicję „wariactwa”, która zapadła mi w pamięć przez swoją piękną delikatność, znalazłem u wspominanego już tu kiedyś Boba Greene’a, gdy pisał o czymś co się nazywa Toughmen Contest, i co organizowane jest na amerykańskiej prowincji dla rozweselania lokalnych debili, a jednocześnie dla obdarowania szansą zaistnienia miejscowych bandytów i chuliganów. Bob Greene pisze, że Toughmen Contest nie jeździ do większych metropolitalnych ośrodków, bo tam ludzie sobie radzą ze swoimi instynktami na znacznie wyższym poziomie, niż by im to zapewniło dwóch żuli lejących się po pyskach do ostatniej kropli krwi. Zastanawia się przy tym, co sprawia, że z pozoru zwykli ludzie – w głównej mierze za darmo, dla jakiegoś ulotnego marzenia o sławie – są chętni, by się narażać na tak wielkie niekiedy poniżenie i ból. I stara się ich tłumaczyć w ten sposób:

Wydaje się, że przyciągnęła ich tu ta jedyna rzecz, która im umykała przez całe życie: sukces. To wszystko byli chłopcy z bylejakich miasteczek, z bylejaką pracą, żadnemu z nich nigdy nie udało się zabłysnąć w wielkim świecie. Zgodzili się na to i nauczyli się jakoś z tym żyć. Od podstawówki wiedzieli, że mają pewne … ograniczenia
Właśnie o te „pewne…ograniczenia” mi dziś chodzi.
Ja się na ogół nie oszczędzam. Jak chcę powiedzieć, że ktoś jest „wariat”, to to mówię. „Dureń”, „głupek”, „idiota”, a nawet – jak niektórzy to sprytnie zauważyli – „ruski buc” też mi przechodzi zgrabnie przez gardło. Muszę jednak przy tym przyznać, że ten „wariat” jakoś mi mocniej niż inne epitety, siedzi w głowie. Wydaje mi się, że wspominałem o tym już tu też parokrotnie, i w miarę dokładnie przedstawiłem, jak ich widzę i co sądzę o tych przeciętnych „wariatach”. Tych wszystkich dziwakach, którzy albo chodzą po mieście ze stertą starych płyt analogowych, czy to Doorsów czy tylko Niebiesko-Czarnych, a ludzie się od nich odsuwają, ale też o tych, którzy siedzą w swoich domach i mają wyłącznie tę klawiaturę i ten pecet i to uczucie, że wreszcie ktoś ich traktuje poważnie. Tak. Internet jest pod tym względem niezwykły. Przede wszystkim przez to, że jest cudownie anonimowy, ale też chyba jeszcze z tego dziwnego, dla mnie akurat niezgłębionego powodu, który na tyle mocno zahacza o metafizykę, że nie mam nawet odwagi się tu dzielić moimi spostrzeżeniami.
Kilkakrotnie planowałem napisać coś na ten temat, ale mam z tym tekstem oczywisty bardzo problem. Otóż musiałbym pisać bezpośrednio o moich sieciowych znajomych, a Administracja stanowczo na to nie pozwala. Owszem, mógłbym swobodnie poświęcić cały cykl wpisów komuś takiemu jak… no, komuś sławnemu, bo tych zdaje się ruszać wolno. Z drugiej jednak strony, to akurat nie oni stanowią mój największy problem. Kiedy myślę o „wariatach” – tych całkowicie ukrytych, a na zewnątrz występujących w roli trolli, lub zwykłych sieciowych chuliganów, albo niekiedy zadumanych nad polską polityką mądrali – to akurat chodzi mi o zwykłych wariatów, tyle że „bardziej szalonych niż ja i Ty”. A nad nimi znęcać się ani nie wypada, ani też nie wolno.
Raz zdarzyło mi się – jeszcze na samych początkach mojej blogerskiej kariery – trafić na tekst naszego salonowego Rasta, który mnie tak zadziwił swoim szaleństwem, takim klasycznym ‘upaleniem’, idealnym mamrotem, że zaprotestowałem przeciwko temu, by coś tak kuriozalnego trafiało na SG. No ale właśnie wtedy dowiedziałem się, że Administracja nie publikuje notek o charakterze osobistym. Nie da się jednak ukryć, że od tego czasu sytuacja wcale się tu nie zmieniła. Znaczna część komentarzy i też nie tak znowu mała liczba wpisów blogowych jest tworzona przez ludzi co najmniej dziwnych. Ponieważ mam wrażenie, że sama Administracja dojrzała ten problem i, narażając się na skomasowany atak obrońców wolności słowa i przeciwników „cenzury rodem z PRL-u”, postanowiła – ledwo ledwo, ale jakoś – to miesjce czyścić, chciałbym zabrać ponownie głos. Właśnie w sprawie wariatów.
Od dłuższego już czasu mam okazję – którą, przyznaję, chętnie wykorzystuję – czytać wpisy niejakiego slaughterhouse5. Jeśli ktoś nie wie, o kim mowa, to bardzo krotko tylko powiem, że jest to człowiek przedstawiający się jako mieszkaniec bardzo drogiego apartamentu w bardzo drogiej dzielnicy Krakowa, gdzie wraz ze swoim ojcem-biznesmenem – człowiekiem niezwykle majętnym – kolekcjonuje dzieła sztuki. Studiuje przy tym trzy kierunki, uczy się języków i gra w szachy na najwyższym mistrzowskim poziomie. Slaughterhouse5 przedstawia się też osobiście na najróżniejszych portalach społecznościowych, skąd możemy się nawet dowiedzieć, jak się nazywa i jak wygląda, a nawet to, że wśród jego „doświadczeń i referencji” jest praca jako „internetowy sprzedawca w QXL Poland sp. z o.o. (Allegro.pl)”
Lubi mówić takie rzeczy jak:

Nie ulega wątpliwości dla mnie, że spokojnie bym dał radę dwóm na raz (zaspokoił na najbliższy miesiąc) - bom ogier wspaniały
albo

Jak pisałem z tą angielką (tylko i wyłącznie w ramach szlifowania mojego writing) to pierwsza rzecz na którą zwróciła ona uwagę to fakt, że... znam całkiem dobrze (i pisany i mówiony - a nawet i jestem niezłym retorem!...chyba założę kanał na YouTubie z czasem) język polski
albo

Śledzimy od kilku lat (newslettery, te sprawy - tyle, że nieregularnie...) chiński rynek sztuki . Nie chcę o tym pisać (w aspekcie cen szczególnie) więcej, ale zabawa jest przednia
albo

Więc była to moja pierwsza gra w cashflow (skrót: CF) […]Obok mnie siedziała Kasia, która też grała pierwszy raz w CF. Z tyłu - Mariolka uśmiecha się do mnie. Mariolka jest doświadczona, wie jak wygrywać, wie jak budować dochód pasywny…
albo

O filozofii rozmowy są najciekawsze, ale z towarzystwem na poziomie. Więc u mnie nie wypaliło; to nic - umówiliśmy się w innym mieszkaniu, u Moniki, bliżej, gdzie pojechaliśmy razem wszyscy. Monika za dużo wypiła w tego sylwestra - mdlała. Dla Piotrka niby wszystko było w porządku i ‘nic się nie dzieje’, ale dobrze czuć było, że ‘coś się jednak dzieje’. Podobno Monika ma problemy z sercem. Przyznam się, że pierwszy raz spotkałem kogoś, kto mdleje po alkoholu... może to padaczka? A może wycieńczenie - kto wie? Był alkohol, narkotyków brak, bo zabawa z tym jest droga stosunkowo. W tygodniu jakieś dragi będą - Mateusz już coś ma, to w klubie się skorzysta
czy wreszcie ledwo co:

Bzyknę więc sobie dzisiaj fajną chemiczkę. Blondynka, jakoś 170 CM, szczupła. Długie włosy - będzie za co ciągnąć. Miła, chcę być dla niej odpowiedni. Trzeba się więc postarać. Pomiędzy stosunkami wypytam jakie ma poglądy na sprawy aborcji, seksu, partnerstwa. Ot, w ramach psychologii praktycznej :D
A więc tak wygląda nasza sieciowa rzeczywistość. Nie mówię, że tego jest większość, ale chcę wyłącznie zasugerować, że takich dziwadeł jak slaughterhouse5 musi być wcale nie tak mało. Tyle że się bardziej ukrywają. Obawiam się, że istnieje cała grupa takich chłopców, którzy skończyli i podstawówkę, a później może i jakieś prywatne liceum, bo rodzicom bardzo zależało, żeby nikt nigdy nie dowiedział się, że ich syn ma „pewne… ograniczenia”. Ubierali ich zawsze starannie, codziennie kazali się im myć, i grzecznie zachowywać wobec sąsiadów i znajomych, często pewnie chodzili wszyscy jak Pan Bóg przykazał na niedzielne nabożeństwa, może i nawet działali w którymś z duszpasterstw, i zawsze im brakowało tego uznania u innych. Więc dziś, po latach, spotykają swoich dawnych kolegów i opowiadają im, jak to studiują rehabilitację na Akademii we Wrocławiu, lub filozofię na UJ-ocie, no i zawsze czekają na jakąś piękność, z którą idą się ‘bzykać’. A czasem – no bo i czemu nie, w końcu wielu z nich to bardzo zdolni informatycy – zakładają blogi i tam próbują sobie dopiero poużywać!
Zapewniam, że nie chodzi mi wcale najbardziej o tego nieszczęśnika. Sprawa polega na tym, że szczególnie od czasu jak ten blog dostał tę nagrodę, pojawiło się tu strasznie dużo najróżniejszych, dziwnych typów. Oni często mnie irytują w sposób bardzo bezpośredni, ale też zdarza się, że wprowadzają wyłącznie swego rodzaju nerwowość, która zawsze prowadzi do destrukcji. I ja ich wszystkich banuję. Ostatnio bez najmniejszej litości, za co spotykają mnie zarzuty – ostatnio nawet od starszej Toyahówny – że jestem nietolerancyjny i złośliwy. Ale ja się autentycznie Internetu boję. Boję się, że trafię na kogoś, kto mi się przedstawi jako miły chłopak z Krakowa, który lubi ze swoim ojcem grać w szachy, no i ma piękną dziewczynę która go kocha, no i tyle tylko że jest tez działaczem Platformy, ale z tego gowinowskiego skrzydła. A ja sobie pomyślę, że przecież nic się nie dzieje.
Niedawno mój kolega Traube napisał mi tak:

Ojciec Bocheński nauczał: ‘Dopóki go lepiej nie poznasz, uważaj każdego spotkanego człowieka za złośliwego głupca. Złośliwego, gotowego z przyjemnością zaszkodzić ci, nawet cię stracić, zwłaszcza jeśli pod jakimkolwiek względem wyrastasz ponad motłoch.’”.
Nie gniewajcie się, ale ja naprawdę, dopóki mi zależy na tym blogu, chcę o niego dbać. Jeśli kogoś niechcąco potraktuję niesprawiedliwie, trudno. Liczę tylko na to, że ci naprawdę uczciwi poradzą sobie i wtedy. Ale ja naprawdę w większości wypadków nie wiem nawet jak wyglądacie. Ale nie gniewajcie się. Obiecuję, że się naprawdę będę starać. A póki co uważam, że Administracja bardzo dobrze robi, że też zaczęła dbać o ten Salon. Jeśli któregoś dnia padnie i na mnie, nie obrażę się. W końcu, co oni o mnie wiedzą, prawda?

wtorek, 30 marca 2010

O debacie na kluczyk i sprężynkę



Nie wiem, czy to przez dokument Sekielskiego, czy przez komentarze, które wyrażały niedosyt z powodu braku czegoś równie interesującego, tyle że na temat oszustw dziennikarzy, czy z jakichś jeszcze dodatkowych powodów, ale gdzieniegdzie przebija się dyskusja na temat tego, czego świat pospólstwa i prostactwa – przez niektórych zgrabnie opisywany jako „bydło” – może wymagać właśnie od dziennikarzy. I oczywiście nawet z tych strzępów informacji, jakie do nas docierają, wynika, że nie ma takiej bezczelności, której nie wypowiedziałby dziennikarz, szczególnie ten, który najbardziej płacze nad jakością polskiej debaty.
Niedawno media – zaczynając na czymś co się nazywa Tygodnik Podhalański chyba, a kończąc na poważnych ogólnokrajowych przekaźnikach – wzięły się za któregoś z senatorów PiS-u, jakiegoś górala, który, wprawdzie wyłącznie u siebie w domu, ale zrobił z siebie idiotę, a może tylko ujawnił swój idiotyzm, w obecności ukrytego mikrofonu z kamerą. I oczywiście dziś, po całym zdarzeniu, najbardziej wesołe jest słuchanie, jak ten góralski wesołek opowiada o swoim poświęceniu dla Polski i Polaków, i jakim to dla niego zaszczytem jest służba publiczna. No ale, skoro już się wszyscy pośmialiśmy, to wypadałoby znaleźć coś nowego i może niekoniecznie w gronie polityków – którzy i tak już wiemy, jacy są skorumpowani – ale może bardziej na tej polityki obrzeżach.
Zacznijmy jednak od polityki. Ale polityki sprzed wielu, wielu lat, jeszcze z czasów tuż pokomunistycznych, kiedy to głównymi hartownikami dzisiejszej stali były obecne gwiazdy dziennikarstwa, i to on tworzyli podwaliny dzisiejszej debaty. Był otóż w telewizji program, który nie pamiętam już jak się nazywał i nie bardzo nawet pamiętam, kto go prowadził, a który polegał na tym, że się zapraszało do studia całą bandę polityków, z każdej możliwej strony sceny, i kazano się im kłócić. Siedzieli więc ci politycy na telewizyjnych krzesełkach i całkowicie niedostępni w tym zgiełku dla przeciętnego telewidza, darli mordy, robiąc przy tym mądre miny i udając, że wszystko jest na swoim miejscu. Prowadzący program nie musiał właściwie nic robić, poza tym tylko, że gdy któryś z uczestników jakimś cudem przebił się przez ten harmider, a w słuchawce pojawił się komunikat: „Zrób z nim coś, bo tego nie lubimy”, przerywał mu i kierował tę niby-dyskusję na bezpieczny tor. Pamiętam że częstym gościem w tym programie był mój partyjny i salonowy kolega Ryszard Czarnecki i że zawsze bardzo liczyłem na to, że kiedyś może uda mu się powiedzieć coś takiego, co oczywiście nie będzie miało większego znaczenia, ale za to będzie jakimś takim świadectwem. I pamiętam, że zawsze to moje czekanie kończyło się jednym marzeniem: żeby Czarnecki wstał – program leciał podobno na żywo – powiedział wszystkim, żeby się pieprzyli i wyszedł. Żeby po prostu wstał, spojrzał na to całe barachło z pogardą, i wyszedł. Może i po drodze, niedbałym gestem wywracając kamerę.
Nie zrobił tego nigdy. Cały swój wysiłek, cierpliwie od początku do końca, koncentrował na tym, żeby tam jednak wytrwać i od czasu do czasu coś powiedzieć. A ponieważ nie udawało mu się nigdy nic sensownego zakomunikować, po pewnym czasie uznałem, że on tam siedzi wyłącznie po to, żeby siedzieć. Żeby tam być i żeby nie dać nikomu okazji do przypuszczeń, że jego tak naprawdę nawet nie ma. No i więc siedział. Podobnie jak cała reszta tych biednych polityków i społecznych aktywistów, uczepionych swojej szansy bycia osobą publiczną, z jedną myślą w skołatanej głowie – że za tym studiem jest już tylko niebyt. A wokół nich kręcił się kwiat polskiego, rodzącego się, niezależnego dziennikarstwa i tworzył fundamenty nowoczesnej pluralistycznej debaty.
Od tego czasu, wydaje się że ani nic już nie jest ani takie same, ani – co grosza – nie ma nawet sposobu, by określić to co jest w jakikolwiek sensowny sposób. Debata uzyskała ten swój współczesny kształt, który oczywiście widzimy, który naturalnie możemy nawet ocenić, ale już nie potrafimy choćby nazwać. Stała się ona bytem całkowicie autonomicznym, kompletnie osobnym, w żaden sposób już nie związanym z jakąkolwiek realną postacią tego świata. Nie jest nawet już metadebatą. Gdybym chciał żartować, to mógłbym pewnie powiedzieć, że tradycyjny podział Państwo – Kościół został uzupełniony przez nowy byt, który nazywa się Debata. Tyle że żartować nie ma co.
I nie ma też co już liczyć na to, że ktoś stanie i wyjdzie. W debacie, której kształt dopiero co poznajemy, ale od którego nie potrafimy już uciec, nie ma miejsca ani na wychodzenie, ani nawet na jakikolwiek protest. Co najwyżej można przyjąć wobec niej rolę biernego obserwatora, jak to się dzieje przypadku gdy zajdziemy do zoo czy na tradycyjne teatralne przedstawienie, bez ryzyka, że ktoś nam narobi na kolano. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło bojkot TVN-u, bojkot ów stał się natychmiast częścią debaty, a więc przestał w jednej chwili być bojkotem. Więcej – jeszcze nawet dziś, wspomniana stacja, od czasu do czasu, z lubością puszcza stare migawki, na których widać polityków PiS-u jak to oni pięknie i interesująco, i jak niezwykle medialnie, bojkotują coś, co w ich mniemaniu było złem i na ten protest zasłużyło. Wychodzić ze studia też się raczej już nie da. Co to bowiem za demonstracja, gdy najczęściej człowiek siedzi w jakimś pomieszczeniu, przed sobą ma kamerę, w uchu jakąś słuchawkę, a do krawata przyczepiony mikrofonik? Przed kim wychodzić, dla kogo, po co? Żeby później to pokazywano na youtubie, obok zdjęć jakiejś islandzkiej czy fińskiej prezenterki, która spadła z fotela i narobiła wokół śmiechu co niemiara?
To tu zresztą otwiera się pole do prawdziwej medialnej rywalizacji. Wczoraj do TVN-u zaproszono posła Palikota, który – o dziwo – przez cały czas skupiał się na wewnętrznej polityce i jeśli kogoś obrażał to ewentualnie swojego partyjnego kolegę Schetynę. Widząc że program się kończy, a atmosfera siadła dramatycznie, prowadzący, którego nazwiska pamiętać sobie nie życzę, wręcz rzutem na taśmę, ni z gruszki ni z pietruszki, poprosił Palikota, żeby coś powiedział o Lechu Kaczyńskim. No i Palikot powiedział. Że Kaczyński jest już nawet nie trupem, że wygląda tak fatalnie, że aż niedobrze się robi kiedy się na niego patrzy, że trzeba zrobić wszystko żeby go nie zmuszać do wysiłku, jakim musi być kampania, bo nam może po prostu kartofel paść. No i wtedy dopiero ten topiarz fryty zakończył program radosnym „dziękuję”. A ja sobie myślę, że to i tak dopiero początek. To nie może być finał. Przed nami czasy kiedy nikt już nie wystąpi w telewizji, o ile nie przyjdzie do studia nago, nie wywali się na mordę, albo nie wyrzyga, albo przy wejściu nie zelży prowadzącego grubym słowem. Nie musi to być zresztą całkiem naprawdę. W końcu, co jest naprawdę? Już wielki Ridley Scott nam wbił do głowy w zakończeniu Blade Runnera ten złowieszczy okrzyk: „That’s too bad she doesn’t live! But then again, who does?”
Proces cywilizacyjnej manipulacji trwa na całego. Też wczoraj wystąpił w TVN-ie artysta muzyczny Maciej Maleńczuk. Nie mogę się tu powstrzymać przed pewną refleksją. Moim zdaniem ów Maleńczuk to – obok starego Kazika – absolutnie najwybitniejszy polski muzyk. To jak on śpiewa, jak gra na gitarze, jak komponuje i jakie teksty tworzy, jest moim zdaniem absolutnie unikalne. Z drugiej strony, on ma wszystko, co tworzy standard przeciętnego artysty – czy to aktora, czy muzyka, czy piosenkarza – a więc jest tak głupi jak tylko jest to w biologii możliwe. A zatem, mimo wszystko, tworzy w swoim geniuszu całą artystyczną przeciętność. Oglądałem ten występ z jednego powodu, i akurat nie chodzi tu o to, że chciałem sobie posłuchać głosu Maleńczuka. To akurat, że tam nie będzie już żadnej muzyki, wiadomo było z góry. Przyczyna była mianowicie taka, że, jak już od kilku dni anonsowała telewizja TVN, podczas nagrywania programu doszło do skandalu, artysta Maleńczuk demonstracyjnie opuścił studio i że całość będzie można sobie obejrzeć właśnie w poniedziałek.. Niezastąpiony Onet przybliżył nam nawet kulisy całego wydarzenia i pomógł stworzyć atmosferę nerwowego oczekiwania. Dzieci mi powiedziały o tym co się kroi, przełączyły kanał na zwykły TVN, i się zaczęło.
Najpierw przez kilka minut leciał normalny kisiel, w pewnym momencie prowadzący program coś tam powiedział na temat tego, że artystom wcale nie wolno więcej niż innym, i takie tam, i w tym momencie Maleńczuk mówi, że owszem – wolno. Wstaje i wychodzi ze studia. Konsternacja. Nikt nie wie, co się stało, czy on wyszedł naprawdę, czy to możliwe, że tak po prostu wstał i wyszedł, czy wróci, no ale trudno, hmmm… musimy sobie jakoś radzić… I nagle – proszę. Wraca Maciej Maleńczuk, przebrany w jakąś ślubną suknię i śpiewa nam piosenkę. A więc tak to wygląda po latach. Ponieważ właściciele mediów jakoś nie doczekali się zwykłych, ludzkich odruchów ze strony ogólnie biorąc bydła, przejęli również i tamte obowiązki, i sami się wzięli za tworzenie debaty, już od początku do końca. A więc wczoraj właśnie okazało się, że zwykły człowiek stracił ostatnią już szansę na zademonstrowanie swojej autonomii wobec Systemu. Teraz już nie zostało nic. Od dziś debata zaczęła się tworzyć sama, ze wszystkimi swoimi ekscesami, wszystkimi możliwymi – i niewyobrażalnymi dotychczas – dziwactwami i szaleństwami. Od dziś już wszystko będzie robione w ramach tej debaty – a więc politycy będą spadali z krzeseł, będą się tłukli po pyskach, będą obrażali siebie nawzajem i prowadzących, a jeśli któryś z nich nie przyniesie świńskiego łba, albo wibratora, to mu się wszystko dostarczy na miejscu. Od czasu do czasu, któryś z nich wstanie i krzyknie: „J...ć ch….ów!” i wyjdzie ze studia. A jak nie będzie chciał, to mu się zagrozi, że jeśli się będzie zapierał, to zniknie z publicznego obiegu, jak wielu przed nim. I będzie już chodził jak w zegareczku.
A jeśli ktoś zechce sam z siebie wyjść ze studia, albo powiedzieć coś szokującego, to nawet nikt tego nie zauważy, bo i tak studyjna kamera już w tym czasie będzie nurkowała pod stolik, żeby zrobić zbliżenie na kupę. Albo coś innego.

poniedziałek, 29 marca 2010

Darek Arest, czyli wciąż lezą



Sytuacja kogoś kto ani nie ma ani odpowiedniej wiedzy socjologicznej, ani kontaktów, które mogłyby mu te braki wynagrodzić, ani nawet tych kilku znajomych, od których mógłby czerpać potrzebne informacje na tematy kluczowe, nie jest łatwa. Ktoś taki, siłą rzeczy skazany jest wyłącznie na własne doświadczenie, dobry wzrok i to wszystko co z tego doświadczenia i tej spostrzegawczości może wyciągnąć. Z drugiej jednak strony, jeśli wziąć pod uwagę fakt, jak często wszelka tak zwana poważna wiedza jest wynikiem albo błędów – właśnie przez to że przynależących do tej bardzo poważnej domeny, nienaprawialnych – albo zwykłej manipulacji, wydaje się, zresztą ostatnio coraz częściej, że liczenie na własny rozsądek wcale nie musi być aż tak złe.
Przyznaję, nie po raz pierwszy tu zresztą, że niemal wszystko to co tu piszę – w tym nawet kwestie związane z językiem angielskim, a więc jedyną rzeczą na której się znam zawodowo – wynika głównie z doświadczenia, a nie z tego co przeczytałem w książkach, czy usłyszałem od kogoś od siebie mądrzejszego. I muszę powiedzieć, że nie narzekam. Pewnie, że chciałbym być bardziej oczytany, skuteczniej poinformowany i lepiej wykształcony niż jestem, ale też nie jestem wcale pewien czy ta zamiana nie byłaby typową wymianą siekierki na kijek. Weźmy dla przykładu niedawny wpis blogera starego, w którym ów stary nie może wyjść z zachwytu nad kondycją, w jakiej znajduje się nasza Polska pod rządami Platformy Obywatelskiej. Ponieważ ta notka – przynajmniej do momentu gdy przestała dotyczyć spraw radosnych, a zmieniła się w standardowe złośliwości pod adresem posłanki Szczypińskiej – robi wrażenie czegoś wyjątkowego nawet na tle najbardziej brutalnych ekscesów, z jakimi tu w Salonie mamy niekiedy do czynienia, myślę, że warto zacytować dłuższy fragment. Bardzo proszę tego cytatu nie lekceważyć. To trzeba przeczytać:

W Polsce jest zarejestrowanych około 800 firm zajmujących się produkcją i naprawą pełnomorskich też jachtów. Kwitnie u nas budowa luksusowych, morskich jednostek rekreacyjnych i stale się rozwija stoczniowy przemysł na wybrzeżu i w głębi lądu dający miejsca pracy wielu tysiącom ludzi. Upadek dwóch państwowych molochów, sztucznie reanimowanych socjalistycznymi metodami i dlatego bezskutecznie to okrzyczany ale incydent pośród gospodarczego boomu jaki gospodarka morska przeżywa. Mamy do zaoferowania najlepsze i najnowocześniejsze konstrukcje pełnomorskich i śródlądowych łodzi. Pomyślną przyszłość przemysłu stoczniowego zapewnili prywatni wytwórcy znajdujących zbyt statków turystycznych a nie producenci staroświeckich, dotowanych frachtowców, którzy w dodatku chowają pośród siebie rzesze bezproduktywnych związkowców.
Nasza waluta się stale umacnia. Zyskała 20% od lutego ubiegłego roku, gdy wartość złotego sięgnęła dna i umacnia się nadal. Nie tak szybko już wprawdzie ale się przewiduje, że za pół roku będzie silniejsza o dalsze trzy procent. Konsekwencje tego są dla naszej gospodarki dobroczynne. Przede wszystkim wszyscy się staliśmy bogatsi o jedną piątą naszych oszczędności. Poza tym relatywnie spada nasze zagraniczne zadłużenie, maleją raty w zagranicznych walutach, zagraniczne wycieczki się stają tańsze, zakupy towarów z USA znowu się zaczną opłacać. Nasz eksport zaś nie ucierpi na tym wiele bo prawie wszyscy nasi producenci, handlujący z zagranicą od dawna się rozliczają w euro. Podobnie więc jak eksport nie wzrósł w dobie spadku wartości złotego tak i teraz nie zmaleje. Solidnieją też nasze podstawy do masowych wyjazdów na obiecywane nam egipsko- tunezyjskie czy zgoła kosmiczne wakacje
Szczerze powiem, że ja nie słyszałem o tych 800 firmach, ani o tych 20%, ani o tych malejących ratach w zagranicznych walutach, jak i z całą pewnością o wielu innych rzeczach, o których słyszał i stary, i jego kumple i mentorzy z Platformy, właśnie dlatego, że w ogóle słabo się orientuję w tym co się dzieje w naszym świecie. Nawet ostatnio przestałem czytać gazety, i codzienną propagandę obserwuję już tylko w telewizji, zupełnie jak zwierzęta w zoo. Natomiast od czasu do czasu docierają do mnie przeróżne sygnały ze świata pozaoficjalnego i też pozwalają mi, choćby może tylko czuć, że coś tam jednak wiem.
Co wiem? Nie będę tu wchodził w szczegóły. Raz, że nie chcę by ten blog stał się bardziej konfesyjny niż i tak już jest i niż da się to normalnie znieść, a dwa że są to sprawy zbyt prywatne i, co ważniejsze, niekoniecznie nawet dotyczące mojej sytuacji. Ponieważ natomiast mam głębokie przekonanie, że moja wiedza nie jest bardzo oryginalna i ekskluzywna, powiem tylko, że wiem to, co wie też większość czytelników tego bloga. A mianowicie, że to co złym ludziom udało się w ciągu minionych kilku lat przeprowadzić na polskim społeczeństwie, ta socjotechniczna operacja, która doprowadziła do pojawienia się kogoś takiego jak autor cytowanych wyżej słów – i to na skalę wręcz masową – jest wydarzeniem społecznym, o którym za ileś tam lat będzie się wspominało w książkach. I nie tylko mam tu na myśli podręczniki psychiatrii.
Skąd moje przekonanie, że wiedza, którą ja posiadam jest lepsza od wiedzy pochodzącej z przestrzeni oficjalnej? Stąd właśnie, że ja ją czerpię z tego co widzę za oknem, na mojej ulicy, z rozmów z normalnymi ludźmi, którzy nigdy nie mieli żadnego interesu, żeby się skarżyć, a co dopiero żeby się doprowadzić do stanu, w którym to, że podobno w Polsce jest już „osiemset firm zajmujących się produkcją naprawą pełnomorskich jachtów” jest informacją równie interesującą co egzotyczną, jak ta, że z jakiegoś powodu niemal połowa działaczy Platformy Obywatelskiej jest niesłychanie zaangażowana w polityczne życie swojej partii i plany jej przywódców, a ośrodki badania opinii publicznej mówią, że od dziś to właśnie Bronisław Komorowski stał się dla większości społeczeństwa wzorem wszelkich prezydenckich cnót. Z ludźmi, którzy dla poprawy bezpieczeństwa swoich rodzin byliby gotowi nawet poprzeć coś tak chorego jak ów obywatelski projekt bandy szamanów zrzuconych na Polskę bez żadnej litości. Gdyby tylko ujrzeli w nim choć ślad sensu. Ale nie widzą. Bo, mimo tej nędzy, zachowali podstawowy zdrowy rozsądek.
Po prostu z ludźmi, którzy się nie dali wydrążyć.
Dziś we Wproście czytam artykuł niejakiego Darka Aresta – słowo daję, że tak to jest podpisane – o artystycznej wielkości czegoś o czym już tu pisałem, a co nazywa się stand up comedy show. Ów Darek Arest (poważnie!), z tym szczególnym, a przy tym jak najbardziej typowym, intelektualno-wieśniackim kompleksem, zachwyca się, jakie to te komedie są strasznie światowe, niebywale śmieszne, i w swym obrazoburstwie absolutnie ponad intelektualne możliwości przeciętnego Polaka. Bo oto dajmy na to taki Robin Williams w swoim najnowszym programie w sposób absolutnie rozwalający każdego porządnego intelektualistę, „parodiuje złożonego przez starość i chorobę Jana Pawła II, a także odgrywa dialogi odbytu i penisa”. Ja mogę tylko od siebie dodać, że to nie jest tak bardzo najnowszy numer Robina Williamsa. Ja tego autentycznie wybitnego aktora miałem okazję oglądać w tym samym grepsie jakimś amerykańskim telewizyjnym show jeszcze w czasach, gdy Ojciec Święty – z trudem, ale żył. Żart polegał na tym, że Robin Williams przechylał się śmiesznie na bok, dokładnie jak Papież, i udawał, że pierdzi. A więc, albo Williams odstawia ten sam numer od ponad już pięciu lat i tylko Darek Arest myśli, że te jaja są świeże, albo ktoś coś Darkowi opowiedział, ten to przetrawił, coś mu się w durnej pale przesunęło, i marzenia mu się tak zakotłowały, że wyszło z tego to co wyszło.
W sumie nieważne. Najważniejsze że on i tak tego spektaklu nie widział, ale o nim usłyszał. Tak to się bowiem zawsze dzieje. Zawsze na początku jest ta wiedza. Poważna wiedza poważnych ludzi. I to obojętne, czy w kwestii śmiesznego pierdzącego Jana Pawła, czy równie śmiesznych, i równie dziś jak On bezproduktywnych, związkowców z Gdańska.

piątek, 26 marca 2010

Polecam Wyborczą!



Tak się ostatnio podziało, że Toyahowa, podobnie zresztą jak obie nasze córki, zakochały się w niejakim doktorze Housie. Gdyby ktoś nie wiedział, doktor House to postać czysto fikcyjna, choć nie do tego stopnia, żeby za nim stała wyłącznie zaawansowana technika komputerowa. Jego wprawdzie nie ma, ale aktor – bo to jest film – który gra jego rolę, jest jak najbardziej prawdziwy i wygląda dokładnie tak samo, mówi tak samo, porusza się tak samo i – co może najciekawsze – jest dokładnie taki sam, jak fikcyjny doktor House. Co gorsza, musiałbym być kompletnie zakłamany i w dodatku stuknięty, żeby udawać, że nie rozumiem, co za tym oczarowaniem stoi. Przyznaję więc bez awantur. Chciałbym być jak doktor House.
Ponieważ nie jestem, jedyne co mi pozostaje to w każdy piątek pędzić do zaprzyjaźnionej budki z gazetami i kupować mojej żonie i moim obu córkom kolejny odcinek tego niezwykłego serialu. Dlaczego do budki z gazetami? Dlatego mianowicie, że Gazeta Wyborcza od pewnego czasu dodaje do swojego piątkowego wydania kolejne trzy epizody House’a i można tę płytkę kupić za 6 złotych. Dlaczego do zaprzyjaźnionego? Dlatego że we wszystkich innych kioskach nie można płytki kupić bez gazety. Chcesz House’a– musisz kupić Wyborczą. W sumie, tę politykę rozumiem, co nie znaczy, że muszę się jej podporządkowywać, prawda?
I teraz następuje coś, co z jednej strony bardzo całą sprawę komplikuje, a z drugiej jest prawdziwym powodem, dla którego powstaje dzisiejszy wpis. Jak wszyscy wiemy, zbliżają się Święta Zmartwychwstania Pańskiego i powoli trzeba sprzątać mieszkanie. Ponieważ ostatnio jestem raczej bezrobotny, czuję że ten obowiązek w dużym stopniu spada na mnie. Obecnie jestem na etapie okien. Dziś, zanim się wziąłem za kolejny pokój, poszedłem do zaprzyjaźnionego kiosku po trzecią część trzeciej serii House’a… I jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że zamiast zaprzyjaźnionej pani Natalii jest kto inny, a o Housie dla mnie nic nie wiadomo. Nie pozostało mi więc nic innego, jak kupić płytkę gdzie indziej, ale za to z całą grubą Gazetą Wyborczą. Co też uczyniłem. Bez bólu. A dlaczego bez bólu, proszę posłuchać.
Otóż, tym którzy jeszcze tego nie wiedzą, trzeba wiedzieć, że jestem mistrzem świata w szybkim i skutecznym myciu okien. Nauczyła mnie tego moja mama, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, i od tego czasu swój talent wyłącznie rozwijam. Umycie okna zabiera mi rekordowo mało czasu, efekt jest zawsze bardzo pierwszej klasy, a do wykonania tej pracy potrzebuję wyłącznie wiadra z wodą, kawałka szmaty, płynu do mycia szyb i jedną przeciętnej grubości gazetę. Musi być gazeta. Żaden magazyn, żaden kolorowy chłam., nic śliskiego i błyszczącego. W grę wchodzi wyłącznie standardowa gazeta. Na czym polega sztuka mycia okien na poziomie mistrzowskim? Bierzemy szmatę i wiadro z wodą, myjemy najpierw szybę bardzo szybko z podstawowego syfu, następnie opryskujemy ją płynem z butelki, po czym starannie wszystko pucujemy zwiniętą w kupkę gazetą. Nie używamy żadnych ściereczek, żadnych gąbek, żadnych wycieraczek. Szybę pucujemy wyłącznie gazetą. Efekt jest taki, że ani nie robią się zacieki, ani smugi, ani nic nie trzeba poprawiać, wszystko odbywa się szybko i nawet kiedy z gazety zostaje tylko brudna mokra kupka, wszystko działa jak najlepiej. Na koniec, możemy ewentualnie rzucić na swoje dzieło krytycznie okiem i, jeśli jest coś do poprawienia, to przy pomocy nowego kawałka gazety i szczypty płynu jesteśmy w stanie to coś poprawić.
Od pewnego czasu nie kupujemy gazet w ogóle i kiedy wczoraj wziąłem się za pierwsze okno, z przykrością zorientowałem się, że mam wszystko, a więc wiadro, wodę, szmatę, płyn… ale nie mam gazety. Wiedziałem że na Metro jest już przede wszystkim za późno, a poza tym ono akurat jest za cienkie, więc kupiłem Dziennik. I cóż się okazało? Wszystko było jak trzeba, tyle że z tą różnicą, że do umycia dwóch okien musiałem zużyć całą gazetę. Ten papier był tak beznadziejny – nie wiem, czy za cienki, czy za słaby, czy w ogóle jakiś lewy – że jednej szyby nie dało się zrobić, żeby coś jeszcze w ręku zostało. Czyścił dobrze, ale mówię Wam – rozpadał się w rękach. A więc, naturalną koleją rzeczy, zostawiłem resztę roboty na dziś.
No i pojawił się ten House. Wierzcie mi lub nie, ale w życiu nie miałem w ręku czegoś tak fantastycznego jak ta Gazeta Wyborcza. Wystarczyło wziąć ten papier do ręki, zmiąć go należycie i od razu się czuło, że to jest ten moment. Że to jest coś niepowtarzalnego. W poprzednich latach właściwie wyłącznie myłem okna starymi Rzepami i przyznać muszę, że nie było źle. Rzepa jest mocna, szybko schnie, wystarcza na dość długo, ale niestety jest za twarda. A przez to, mam wrażenie, że rysuje szkło. Oczywiście, po jednym razie tego nie widać, ale jeśli wycieramy szyby Rzeczpospolitą regularnie, po pewnym czasie robią się nawet nie tyle że rysy, ale szyba matowieje. Odrobinkę tylko, ale matowieje. Dziennik, jak mówię, sprawdziłem wczoraj, i to jest nieszczęście. Po kilku ruchach, w ręku zostaje papka. Normalna papka. Do tego, od czasu jak niektórzy z nas jeszcze to brali do ręki, cena wzrosła dramatycznie, i przy obecnych 2,60 za numer, to już jest wyłącznie strata pieniędzy. Jeśli się uda umyć jedno okno, to i tak dużo. Wyborcza jest wprawdzie jedynie o 10 groszy tańsza, ale jaka oszczędność! Ja dzisiaj wszystkie okna – a zapewniam, że mam ich niemało i są przede wszystkim duże – umyłem jednym egzemplarzem, a i tak jeszcze zostało na wyłożenie kosza na śmieci.
Mam wrażenie, że papier, na którym Agora drukuje swój dziennik jest może nawet tak samo dobry, jak stary, jeszcze peerelowski papier, z którego robiono na przykład Trybunę Robotniczą i którym prawdopodobnie okna myła moja mama. On nie dość że świetnie leży w dłoni, bardzo dobrze się mnie, a więc nie jest ani za twardy ani za miękki, to – czego nie rozumiem – bardzo dobrze się regeneruje. A więc, kiedy już wydaje się, że nic z niego nie będzie, to wystarczy go rozłożyć, przewietrzyć i on się znów robi suchy i gotowy do ponownego użycia. A przez to, że teraz jest – choć wciąż mocny – znacznie bardziej miękki niż na początku, bardzo dobrze się nadaje do poprawiania ewentualnych niedoróbek. Gdzieniegdzie można natrafić na reklamy jakichś szwedzkich ścierek po 30 złotych. Zapewniam. Zmoczona, zgnieciona, pomięta i lekko podsuszona Gazeta Wyborcza jest absolutnie najlepsza. Proszę popatrzeć na to zdjęcie. Przecież, gdyby komuś się chciało, nawet mógłby to czytać.
A zatem polecam Wyborczą. Jest bezwzględnie najlepsza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może mieć obiekcje natury moralno-politycznej. Tym bardziej, że nie da się ukryć, że każda złotówka, którą tu przeznaczymy na porządne umycie naszych okien na Święta, idzie do kieszeni ludzi, których za bardzo nie szanujemy. No ale zawsze można sobie powiedzieć – i będzie to jak najbardziej prawda – że jeśli my kupimy tę gazetę, to dla kogoś, kto ją może bardziej potrzebować, już nie starczy. A zatem, mamy na koncie dobry uczynek. A że Agorze wzrośnie sprzedaż i będą mogli podwyższyć nakład? Proszę bardzo, niech podwyższają. Święta miną i znów wszystko wróci do normy, a oni zostaną z kupą szmat, z którymi nawet nie będą mieli co zrobić.

czwartek, 25 marca 2010

O butelce piwa, plasterku sera i łóżku. Brudnym



Temat dzisiejszego wpisu przyszedł mi do głowy wczoraj wieczorem, kiedy w jednym z komentarzy pod poprzednią notką pojawiła się uwaga – zresztą skutecznie i bardzo sprawiedliwie potraktowana przez innych komentujących – o tym, że top modelki swoją karierę przeprowadzają niezmiennie przez łóżka swoich promotorów. Nie będę tu cytował wypowiedzi wszystkich moich kolegów, którzy ze zdecydowanie większym talentem ode mnie przeprowadzili krytyczną analizę tego typu myślenia. Kto chce, niech sobie zajrzy do wcześniejszego wpisu i poczyta. Uważam że warto. Ja chciałbym tu skupić się wyłącznie na czymś, co uważam za jeden z poważniejszych kompleksów, jakie dręczą nasze życie publiczne. Myślę, że obok kompletnego szaleństwa na punkcie znajomości i nieznajomości języka angielskiego – najpoważniejszego. Chodzi mi o seks.
Niedawno miałem okazję rozmawiać z pewnym znajomym, który mi tłumaczył – wiem że to nic nowego – jak bardzo nieuniknionym problemem dla Kościoła będzie kwestia celibatu. Tłumaczył mi ów znajomy, że prędzej czy później, Kościół będzie musiał „coś tu zrobić”, bo przecież „każdy” mężczyzna bez seksu żyć nie potrafi, i tak czy inaczej – a czym później tym gorzej – te swoje pragnienia będzie musiał z siebie wyrzucić. Ja mu tłumaczyłem, że w historii świata, asceza – wszelka zresztą asceza – nie jest niczym aż tak bardzo egzotycznym, mimo że dla nas, zwykłych ludzi, każdy jej przykład robi na nas wrażenie czegoś równie niezwykłego jak skok w dal na dziewięć metrów, czy wzwyż na 2,5. Że człowiek potrafi rezygnować naprawdę z wielu, pozornie niezbędnych do życia rzeczy, tylko naszym problemem jest to, że nie potrafimy tych wyborów zrozumieć i zaakceptować. Na nic. Wciąż bowiem wracaliśmy do pierwszego tematu. Bez seksu żyć się nie da.
Nie do końca wiem, na ile te seksualne obsesje są wynikiem naturalnego braku opanowania u niektórych ludzi, na ile wynikiem kompleksów u tych, którzy wprawdzie u siebie ich nie zauważają, lecz wiedzą, że coś musi być z nimi nie w porządku, a na ile są skutkiem zwykłej propagandy. Jeśli się jednak tylko dobrze rozejrzymy po dzisiejszym świecie, możemy dojść do wniosku, że ten wymiar propagandowy musi być tu bardzo silny. Cały przemysł żywieniowy, farmaceutyczny, rozrywkowy, turystyczny, a nawet – co absolutnie dewastujące – tak zwany ‘kulturowotwórczy’, jest w dużym stopniu napędzany przez seks. Można czasem odnieść wrażenie, że z jednej strony nie można nawet się napić kawy, czy zjeść kawałka sera, by się przy tym w ten czy inny sposób nie onanizować, a z drugiej, że każdy kto uważa ten rodzaj ekstazy za chory, jest w sposób naturalny wyrzucany poza nawias nowoczesnego społeczeństwa.
Wciąż jednak nie wiemy, czy ten typ estetyki, a z nią, ten rodzaj filozofii powstał w odpowiedzi na naturalne ludzkie pragnienia i emocje, czy przeciwnie – jest on od początku zwykłym oszustwem nastawionym wyłącznie na kreowanie potrzeb. Czy producenci zwykłych zup w proszku, w swojej polityce używają znaków związanych z najbardziej podstawową seksualnością, bo wiedzą, że każdy mężczyzna od rana do wieczora żyje w poczuciu seksualnego niespełnienia, a na widok każdej ładniejszej kobiety zalewa go pot, a i to nie tylko i nie przede wszystkim, a więc tę zupę chętniej kupią, jeśli przy okazji poczują w spodniach „słodki ciężar”, czy może oni te zupy stawiają w takim a nie innym kontekście, bo liczą na to, że po iluś tam próbach, każdy dureń – a tych jest przecież zawsze dużo i coraz więcej – zrozumie, że jeśli jeszcze nie uznał swojej seksualności, to może właśnie te kartofelki i ta jarzynka go wyprostują?
Mam wrażenie, że jednak mamy tu do czynienia z tą drugą opcją. Skąd takie moje przeświadczenie? Oczywiście ja znam i dziś, i pamiętam też z dawnych czasów, ludzi – chyba jednak głównie mężczyzn – którzy nie mogli poprowadzić zwykłej rozmowy, by od czasu do czasu przynajmniej nie puścić jakiejś aluzji dotyczącej przysłowiowych majtek. Tak się jednak złożyło, że z większością osób, jakie znam i znałem, o seksie praktycznie się nie rozmawia. Maksimum tego na co można tu liczyć, to uwaga, że oto przeszła ładna dziewczyna, albo że któraś z telewizyjnych gwiazd jest naprawdę śliczna. I to tyle. Już tu chyba kiedyś wspominałem o pewnym moim brytyjskim koledze, który na widok Polski zawalonej wręcz pornograficznymi pismami i filmami, powiedział mi, że w Anglii, jeśli ktoś kupuje Playboya (właśnie Playboya – nic więcej), to z góry wiadomo, że to wanker. Mimo to, nie ma dnia, nie ma chwili, nie ma takiego miejsca, żeby do naszych umysłów nie była sączona jedna informacja. Że czas uwolnić swoje emocje.
Miałem kiedyś okazję czytać artykuł, napisany przez amerykańskiego dziennikarza, w którym ten zastanawiał się nad językową karierą słowa party, używanego jako czasownik. Pisał on, że kiedy był jeszcze dzieckiem, słowo to było używane wyłącznie jako rzeczownik i oznaczało tańce, bal, lub przyjęcie urodzinowe. Dziś, już jako czasownik, wydaje się ono nieść wyłącznie konotacje seksualne. Z domieszką oczywiście innych ekscesów. Felieton był pisany jeszcze na przełomie lat 70 i 80, a więc około 30 lat temu, no i przede wszystkim nie tu, lecz w Ameryce. Od tego czasu i do nas zawitała i spopularyzowała się ta forma czasownikowa, jako ‘balowanie’, czy ‘imprezowanie’. A więc pozwolę sobie przez chwilę używać tej naszej terminologii.
A więc dziennikarz, o którym piszę, postanowił któregoś dnia dowiedzieć się, co mają na myśli dzieci, czy też ludzie starsi, ale o umysłowości dziecka, kiedy mówią, że mają ochotę ‘zabalować’. Przeprowadził więc dziennikarską sondę i dowiedział się, że ogólnie rzecz biorąc ‘balowanie’ to „sex, drugs, and alcohol”. Idąc za ciosem, zwrócił się do czytelników, by mu – anonimowo oczywiście – przysyłali listy, w których mu opowiedzą dokładnie, co robią kiedy ‘balują’. Reakcja była potężna. Został zawalony tysiącami listów od uczniów szkól i studentów, którzy mu dokładnie zrelacjonowali swoje w tej mierze doświadczenia i to w takiej obfitości, że się przeraził. Ciekawe jednak było tu jedno spostrzeżenie. Otóż z listów które otrzymał wynikało, że w czasie tych imprez „sex almost neper happened”. Oni robili wszystko. Ćpali, grali w najbardziej kretyńskie gry, chlali, rzygali, nie spali przez całe noce, ale z relacji które otrzymał wynikało jedno – seks był zdecydowanie na ostatnim miejscu. Przyznaję, że jakoś mnie to nie zdziwiło. Pracowałem przez kilkanaście lat w szkole, miałem kontakt z młodzieżą, i wiem, że oni – nie mówię, że seksu nie znali – ale mieli go o wiele bardziej w lekceważeniu, niż choćby jednego małego bonga. Czy nowy tatuaż na kostce.
Czy to dobrze czy źle? Myślę, że pewnie nie najlepiej. Jeśli mamy do wyboru chlanie, rzyganie, ćpanie i robienie z siebie debili, i zwykły – czy nawet wyuzdany – seks, możliwe, że seks jest lepszy. Jednak nie piszę tego po to, żeby ubolewać nad poziomem skretynienia w niektórych środowiskach, lub proponować ludziom zmianę zachowań, ale po to, żeby pokazać, że to co się powszechnie opisuje jako seksualna rewolucja i seksualny postęp i seksualna cywilizacja, prawdopodobnie nie istnieje. Oczywiście – możliwe, że jest jeszcze gorzej. Że cywilizacja, z którą mamy do czynienia, to coś co mamy okazję oglądać w programach telewizyjnych dla dzieci i młodzieży opatrzonych z reguły ostrzeżeniem, że to wszystko co tam się dzieje, odbywa się pod kontrolą ekip ratunkowych, a aktorami są doświadczeni kaskaderzy, i żeby broń Boże samemu nie próbować się podpalać, podłączać do prądu, czy jeść gówna, ale przecież nie o tym ten dzisiejszy wpis.
Ja tylko dziś chciałem zwrócić uwagę na fakt, że znaczna część publicznej przestrzeni, czy to reprezentowana przez Kubę Wojewódzkiego opowiadającego o tym, co on robi u siebie w ubikacji, czy przez reklamę proszku do prania na tle wykręconej w seksualnej ekstazie pary aktorów, jest kompletnie zafałszowana. Jeśli tu tylko chodzi o to, żebyśmy zamiast lać się pasem po dupach, albo pić płyn hamulcowy na czas, albo przypalać papierosem i w ten sposób badać swoją odporność, a wszystko to po telefonicznych zakupach w sklepie z dopalaczami, poszli do burdelu, lub choćby się onanizowali, to może to i jest jakieś rozwiązanie. Tylko po co przy tym gadać o szkodliwości celibatu, o potrzebie edukacji seksualnej w szkołach podstawowych i o potrzebie zwiększenia dostępności środków wczesnoporonnych dla trzynastoletnich dzieci?
No i wreszcie, po co normalnym ludziom wtłaczać do głowy jakieś iluzje na temat tego, że każdy musi, a jak nie musi, to coś z nim nie w porządku? Na zakończenie, powiem tylko że ja jednak chyba wiem, po co. Tyle że to temat na osobny wpis, którego i tak nie będzie. Bo mi się nawet nie chce.

środa, 24 marca 2010

O sygnecie znalezionym na podwórku



Od czasu gdy Bronisław Komorowski – niewykluczone przecież, że przyszły prezydent – oświadczył że z jego punktu widzenia, polskie państwo powinno prowadzić politykę prorodzinną, pod warunkiem, że na celownik weźmie rodziny zdrowe i kulturalne, upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby tę wypowiedź potraktować ostatecznie jako tę część naszego pejzażu, która nas oczywiście zawstydza, a czasem i doprowadza do płaczu, ale z którą nauczyliśmy się żyć. W czasie, który jego organizatorzy nam wyznaczyli na debatę w tej kwestii, wydaje się że powiedziano już wszystko, i to w tak uczciwy i demokratyczny sposób, żeby nikt nie mógł się poczuć ani zapomniany ani pokrzywdzony. No a przede wszystkim, żeby broń Boże samemu Marszałkowi nie stała się najmniejsza krzywda. A więc wszystko odbyło się i zdrowo i kulturalnie, a ostateczne zamknięcie debaty odtrąbił wczoraj inny marszałek – Stefan Niesiołowski, ogłaszając, że każda próba dalszego mielenia tego tematu zostanie uznana przez niego za świństwo i podłość.
W wypowiedzi Niesiołowskiego uderzyło mnie jednak coś innego. Powiedział on mianowicie, że Komorowskiego nie wolno tu dręczyć, nie dlatego, że on nie powiedział tego co powiedział, lub że nie myśli to co myśli, czy nawet że przecież ładnie powiedział, ale bo każdy kto go zna, wie, że to porządny człowiek. I że czasem nawet jeśli on głosi to co pozornie głosi, to robi to z takim autorytetem i z takiej pozycji, że z całą pewnością nie można mu zarzucić, że głosi to co głosi. Ktoś mi powie, że nad słowami Niesiołowskiego nie trzeba się zastanawiać, bo można tylko od tego zwariować, jednak mi nie tyle chodzi o słowa, lecz o postawę. No i jednak nie koniecznie o postawę samego Niesiołowskiego. Ale każdego człowieka, który kiedy już da się opętać, traci wszystko, nawet to czego z pozoru utracić się nie da. Czasem to widać na tanich horrorach, kiedy bohater zmienia się w jakieś straszydło.
Pomyślałem sobie w tych dniach, że Bronisław Komorowski, może przez to że jest myśliwym, zaczął myśleć w kategoriach selekcji nie tylko o tych sarnach, czy lisach, ale o ludziach. On tak długo już sobie tłumaczy, że każde zwierzę, jako odstrzeli ze swoich kumplem Palikotem było albo chore, albo słabe, albo jakieś po prostu krzywe, że dla dobra gatunku i piękna przyrody temu zwierzęciu należy się odstrzał, a im pochwała, że w końcu musiał dojść do tego stanu, gdzie takie na przykład zabiegi in vitro również zaczyna traktować jako pewnego rodzaju służbę. No bo chyba nie przyjemność?
Ten argument brzmi przekonująco. Już w słynnym filmie Taxi Driver Scorsesego, kolega taksówkarz tłumaczy De Niro, że jeśli człowiek robi to co robi przez wystarczająco długi czas, to w końcu w sposób nieunikniony staje się tym właśnie co robi. Ani on sam nie umie tego jasno wyrazić, ani tym bardziej De Niro nie potrafi tego bełkotu zrozumieć, ale wydaje mi się, że coś w tym musi być. Istnieje bowiem z całą pewnością takie niebezpieczeństwo, że jeśli człowiek za bardzo zaczyna się identyfikować ze swoją choćby pracą, zapomina o tym wszystkim co sprawia, że jest przede wszystkim człowiekiem. Pisałem już tu o tym niedawno.
Uważam jednak, że problem Komorowskiego jest inny. Albo nie tylko taki, na jaki go skazuje bycie myśliwym. Wydaje mi się, że to kim on jest, stanowi wynik całego bogatego zbioru sytuacji, zdarzeń i gestów, jaki mu towarzyszy w ostatnich latach jego życia, a więc tak zwanego kontekstu. A i to tylko w najlepszym dla niego wypadku. Bo biorę też pod uwagę, że to nie koniecznie muszą być tylko ostatnie lata, ale że on już po prostu tak ma od dziecka. Nie można wykluczyć, że kiedy dziś Bronisław Komorowski – konserwatysta, harcerz, katolik i człowiek na wskroś porządny – twierdzi, ze człowiek zdrowy i kulturalny bardziej zasługuje na życie niż chory i nieokrzesany, to za tym stoi coś znacznie poważniejszego niż jego towarzyskie i polityczne wybory. On po prostu może już taki być. A więc, w jego wypadku, najpierw by było jajko, a później dopiero kura.
Jarosław Kaczyński określił kiedyś pewien rodzaj kulturowego upadku, jako efekt wychowania na podwórku, czego część w ogóle nie zrozumiała, a część zrozumiała, ale postanowiła udawać, że nie wie o co chodzi. A więc można by było założyć, że w przypadku Komorowskiego to czym on się stał na starość jest jednak kwestią wychowania. I nie ma znaczenia, czy on – lub nawet jego kolega Niesiołowski – pochodzą z tak zwanych dobrych rodzin, a tam gdzie się wychowywali, podwórka nawet nie było, jeśli zapamiętamy, że tak zwane ‘ulicznictwo’, to termin nader pojemny. I nie koniecznie związany z ulicą. Im dłużej patrzę na Komorowskiego, tym bardziej przemawia mi do wyobraźni to własnie kryterium. To może właśnie chodzić nie tyle o las, lecz o ulicę. Symboliczną oczywiście – ale ulicę. To ona sprawia, że człowiek przez całe życie, cokolwiek by nie robił, jakichkolwiek by zasad nie głosił, w cokolwiek by rzekomo nie wierzył, zawsze musi się w końcu odsłonić i wzbudzić u dobrych ludzi coś na kształt nawet nie złości, ale takiego szczególnego znużenia. „Coz people like you make me feel so tired…
Wczoraj moja córka kazała mi oglądać program Kuby Wojewódzkiego. Nie ze względu na niego, ale ponieważ miała tam wystąpić niejaka Anja Rubik. Jeśli ktoś nie wie, to powiem, bo ja akurat już wiem. Otóż ta Anja Rubik to wybitna polska modelka, podobno obecnie jedna z najważniejszych osób w branży na świecie. Modelka jak modelka. Ładna, zgrabna… cóż powiedzieć? Jak idzie o tę pannę Rubikówną muszę jednak jeszcze dodać, że ona urodziła się w Rzeszowie, przez większą część życia mieszkała w Częstochowie, wyjechała za granicę, kiedy miała szesnaście lat, a dziś gdziekolwiek się pokaże – czy to w jakimś pięknym miejscu w Londynie, czy w studio TVN u boku Wojewódzkiego – każdym swoim słowem i gestem dowodzi, że Rzeszów i Częstochowa to nie byle co. O co mi chodzi? Z jakiegoś powodu, ta dziewczyna zrobiła międzynarodową karierę, a Wojewódzki nie. I z całą pewnością, nie poszło o to, że ona była ładniejsza, czy miała większy talent do języków, niż większość jej koleżanek. Podobnie jak nie o to, że z kolei w towarzystwie które otaczało Wojewódzkiego lepszych od niego nie było, a to że on jest tylko tym kim jest, to wyraz wyłącznie ciężkiej niesprawiedliwości.
Panna Rubikówna przyniosła do studia swoje duże, podpisane przez siebie zdjęcie, z przeznaczeniem na jakąś zwyczajową TVN-owską aukcję, usiadła i zaczęła każdym swoim gestem i słowem udowadniać, że wszystko co uzyskała jest jak najbardziej zasłużone. Wojewódzki z kolei od samego początku zachowywał się jak przedpoborowy debil na dźwięk słowa „majtki”, a więc wiercił się, mlaskał, głaskał po jądrach, aż w końcu powiedział, że on sobie to zdjęcie kupi i powiesi je „w pewnym pomieszczeniu, z którego u siebie w domu często korzysta”. Pamiętam jak przed laty zdarzyło mi się być na koncercie Henry Rollinsa, gdzie jako tak zwany suport występowała Agnieszka Chylińska. Przed występem, otrzymała ona jakąś złotą, czy platynową płytę i oświadczyła oniemiałej publiczności, że ona sobie to trofeum powiesi w łazience i podczas kąpieli będzie na nie „tryskała śluzem”. To właśnie tamto doświadczenie pozwoliło mi też zrozumieć typ wrażliwości, który zademonstrował wczoraj Kuba Wojewódzki. Kiedy on z charakterystycznym uśmiechem zasugerował tej dziewczynie, że będzie się regularnie onanizował przed jej zdjęciem, różnica między nimi zrobiła się jeszcze większa niż była na samym początku. A już wtedy wydawała się być największa z możliwych.
A więc wraca pytanie, skąd coś takiego się bierze? Co sprawia, że dla niektórych ludzi nawet powaga i oczywiste dostojeństwo jakiegoś miejsca nie jest wystarczającym powodem do tego, żeby się zachować? Gdyby to tylko chodziło o Wojewódzkiego, to jakoś bym przeżył. Ale problem tego co Jarosław Kaczyńskie jakże słusznie nazwał ‘podwórkiem’, przekracza wszelkie pozorne i faktyczne granice. Pamiętam jak kiedyś ktoś zorientowany odpowiadał mi, jak nasza lokalna sława muzyki rockowej, zespół Maanam planował zrobić karierę w Ameryce. Pojechały więc te krakowskie gwiazdy tam do tego Nowego Jorku, i od razu w pierwszy wieczór wszystko stracili, ponieważ okazało się, że ci którzy mieli w planie ewentualną współpracę, po prostu rzucili dyskretnie okiem na ich zachowanie w jednej z pierwszych niezobowiązujących sytuacji i stracili zainteresowanie.
Dziś, kiedy patrzę na Bronisława Komorowskiego, Stefana Niesiołowskiego, Radka Sikorskiego, Kubę Wojewódzkiego… ale też na tę Anję Rubik, doskonale czuję, o co w tym wszystkim może chodzić. Bronisław Komorowski jest oczywiście tym kim jest, mówi co mówi, myśli co myśli, ale przy tym wszystkim nie jest w stanie się oderwać od swojej natury. Od tego duchowego, nie fizycznego, backgroundu. A więc jego opinia na temat zdrowia i kultury, to zwyczajne odgłosy podwórka i ulicy. Nawet ten sygnet, który nosi na swoim wypilniczonym paluszku, nie zmieni tego faktu. Trudne? Wcale nie tak bardzo. Wystarczy tylko trochę ruszyć głową.

poniedziałek, 22 marca 2010

Mistrz i Małgorzata - wersja hardcore



Wpis który w tym momencie powstaje, od samego początku jest wynikiem pomyłki. Pomyłki błogosławionej, ale o tym na koniec. O co poszło? Otóż kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Małgorzata Domagalik do kolejnego programu zaprosiła lidera czarno-metalowego zespołu o dźwięcznej nazwie Behemoth, Adamem Darskim, uznałem że muszę najpierw ten wywiad obejrzeć, a następnie skomentować go na tym blogu. Ktoś mnie spyta, jak to możliwe, że jeszcze przed zapoznaniem się z wymianą między Domalgalikową a tym Darskim, wiedziałem że będę w ogóle miał powód, by o czymkolwiek pisać? Tu właśnie tkwił ten błąd. Ja znam trochę Małgorzatę Domagalik i równie trochę Darskiego, i to czym on się zajmuje. I z tej wiedzy mogłem wnioskować, że zapowiadana rozmowa potoczy się w bardzo jednoznacznym kierunku. Domagalik będzie go pytała o diabła, a on będzie ją sobie skutecznie owijał wokół palca, i na koniec programu zostawi ją w takim stanie, że ona będzie wiedziała tylko jedno. Żadnego diabła nie ma, jest tylko słońce i drzewo i wieczna pustka, albo coś równie chorego, a sam Nergal – on sam na siebie tak woła – jest przemiłym, oczytanym i wybitnie inteligentnym chłopcem o ujmującym uśmiechu. A wiedząc że tak będzie – nawet nie dlatego że Domagalik jest zwyczajnie głupia – ale z tej prostej przyczyny, że na kogoś takiego jak ten Nergal można wyłącznie wysyłać doświadczonego egzorcystę, a jak egzorcysta nie da rady, to po prostu snajpera, a nie jakąś telewizyjną gwiazdkę, pomyślałem sobie, że będzie trzeba dać świadectwo. Żeby przynajmniej w ten sposób spróbować zrównoważyć publiczne szkody, jakie niewątpliwie Domagalik swoją blond-bezmyślnością narobi.
I oto, od samego początku programu widać biło, że nic z tego nie będzie. Że nawet ja – ze swoim naprawdę bardzo krytycznym poglądem na intelektualne możliwości Małgorzaty Domagalik – nie doceniłem stanu w jakim ta nieszczęsna kobieta się znajduje. Od samego początku, od pierwszego spojrzenia, od pierwszego słowa, widać było że Domagalik jest w najbardziej przykry sposób w tym Nergalu zakochana. Zakochana w taki sposób, jak pewien typ nauczycielek zakochuje się w niektórych bardziej przebiegłych uczniach, czy panie psychoterapeutki w psychopatach, których miały zbadać i już w pierwszym dniu okazało się, kto tu w tym pojedynku jest intelektualnie sprawniejszy. Od momentu jak ona wybłagała, żeby Darski pozwolił do siebie mówić „Adamie” i do niej zwracał się per „Małgorzato”, przez prośbę, żeby pozwolił sobie zrobić z nią zdjęcie, po finałowe „Fajnie z tobą rozmawiać”, to co Małgorzata Domagalik odstawiła na oczach telewidzów było tak straszne, że w pewnym momencie zacząłem się autentycznie obawiać, że ona za moment poprosi go nagle, żeby pozwolił jej dotknąć swojego tatuażu, albo wręcz żeby ją pocałował. Teraz już wiem, dlaczego program, który na samym początku był nadawany na żywo, od pewnego czasu jest już nagrywany. Widocznie kierownictwo TVN-u zna Małgorzatę Domagalik odpowiednio dobrze, a głupio zrywać umowę.
Skoro nie było o diable, to o czym było? O wszystkim. O życiu, o muzyce, o dzieciństwie, o szkole, o ukochanej gitarze, o miłości, o pięknie, o książkach. Domagalik mówiła mu o tym, jak jej się podoba jego muzyka, jej intensywność i ta „ściana dźwięku” i te emocje, a sam Darski przez cały czas był cudownie elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty, elegancki… no i piękny. Przepiękny. Dlaczego? Skąd? W jaki sposób? Domagalik go o to nie pytała. Nie miała ani siły, ani chęci, ani potrzeby. W końcu on sam, widząc że traci czas, i zamiast mówić o sprawach ważnych, musi odpierać awanse jakiejś pani, nie wytrzymał i parę razy powiedział nam, o co chodzi. Sam z siebie. W końcu on tam też nie był po to żeby się polansować – jemu to jest naprawdę niepotrzebne – ale żeby, tak jak my, dawać świadectwo. A więc powiedział na przykład, że jego wszystkie piosenki są „o miłości i Jezusie”. Czy o miłości do Szatana i nienawiści do Jezusa? On tego nie powiedział, a ona oczywiście nie spytała. Ale z uśmiechu – jej i jego – widać było, że jest dobrze. I cudownie. Ale wspomniał też i o samym Szatanie – bez pytania, bez potrzeby. Że jest mądry i elegancki, i sympatyczny i wyszczekany. I że jego bardzo bawi, kiedy widzi jak ludzie ulegają temu urokowi bardziej niż choćby tej jakiejś Biblii.
Pod sam koniec rozmowy, Małgorzata powiedziała, że to taki paradoks, że on swoją pierwszą gitarę kupił za pieniądze, które otrzymał z okazji Pierwszej Komunii. A Mistrz jej na to z miłym uśmiechem, że to rzeczywiście piękne. Naprawdę piękne. I na to mój syn, o którym już tu wspominałem, że on z całą pewnością ma w sobie coś szczególnego, zawołał wesoło: „O! To on jest ochrzczony! W ten sposób jest, jak my, Dzieckiem Bożym. I już go nic nie uratuje”.
Przed chwilą pewien mój bardzo bliski kolega powiedział mi, żebym się tak nie cieszył. Bo choć wszyscy należymy do Boga, to jednocześnie jesteśmy doskonale wolni i możemy Bogu powiedzieć „nie”. No tak. To jest prawdziwa tajemnica. To jest tajemnica naszej wiary, naszego upadku i Jego miłości. Okazuje się, że jednak warto czasem oglądać ten TVN. Dla takich refleksji? Jeśli idzie o mnie, gotów byłbym nawet za to płacić.

sobota, 20 marca 2010

O zasadach co weszły w szkodę



Zupełnie niedawno nasz ksiądz zasugerował, że te teksty układają się w ciąg tematyczny. Chodzi o to, że pojawia się jakiś temat, a później to już właściwie wszystko jest o tym samym. A więc jest jakoś tak, że jeśli ja tu dam wpis o miłości, to nawet jeśli kolejny będzie traktował o kupie przy drodze, to i tak będzie o miłości. Zaznaczam, że ja tę uwagę odebrałem jako komplement. Mimo że sam czegoś takiego nie dostrzegam, miło mi to słyszeć. Okazuje się bowiem, że duch – lub ewentualnie Duch – działa. A przecież, o cóż więcej może chodzić?
Może też się ten proces odbywać w przeciwnym kierunku. Mianowicie szereg tekstów jest z pozoru o niczym – lub nawet o przysłowiowej dupie Maryni – a nagle, któregoś dnia… hop! I okazuje się, że wcale nie. Bo one są wszystkie o jednym i tym samym. Tyle że o tej dupie na samym dopiero końcu. Przyszło mi to do głowy dziś, gdy z moim kumplem redpillem gadaliśmy sobie o sensie, czy też bezsensie przyjmowania ulotek reklamowych od dzieci sterczących popołudniami na ulicach naszych miast. Napisałem więc pewien komentarz, wprawdzie nie do redpilla, ale do tede – innego mojego kolegi – choć w sprawie poruszonej wcześniej, i nagle wyszło mi, że od pewnego czasu prześladuje mnie problem, który nazwałbym atakiem pustego fanatyzmu i równie pustych zasad. Mam wrażenie – dziś dopiero – że on wybuchł z potężną siłą we wcześniejszym jeszcze wpisie, niby o piosenkach i latach 60-tych. Zaczęło się od tego, że szedłem sobie drogą, słuchałem muzyki i nagle zaczęło lecieć to If I Had A Hammer Seegera. Leci więc piosenka, którą zawsze uwielbiałem, zawsze sobie nuciłem, zawsze uważałem, że jest po prostu świetna i wyjątkowa, i nagle zrozumiałem, że za tym pięknym głosem, tym cudownym rytmem, stoi właściwie wyłącznie rządza niszczenia. Obojętnie jakiego – może być nawet nienarodzonego dziecka. Że wśród tych słów o „braciach i siostrach”, o „wolności” i „miłości” czai się tak podstępne zło, że jeśli się tylko odpowiednio wczuć, to nawet Francuska Rewolucja może spokojnie położyć po sobie uszy.
I od razu przypomniałem sobie pewien wywiad z Richardem Nixonem, byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych, w swoim czasie bardziej znienawidzonym człowiekiem niż dziś George W. Bush, czy nawet Lech Kaczyński, wciąż powszechnie uważanym za prezydenta zdecydowanie najgorszego, kiedy ten opowiadał jak to któregoś dnia miał wygłaszać przemówienie o wycofaniu pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu i podeszła do niego śliczna, może 16- letnia dziewczyna, i krzycząc „Ty morderco”, napluła mu w twarz. Ponieważ działo się to w Ameryce, a nie w Rosji, nikt tego dziecka nie zastrzelił, ani nie wywiózł na Sybir i nie zgwałcił, ale Nixon po prostu wytarł sobie twarz i wygłosił to przemówienie. Przypomniałem sobie ten wywiad i pomyślałem, że tamta dziewczyna musiała wyglądać jak młoda Mary Travers. I wtedy przypomniałem sobie coś jeszcze. Mianowicie tekst autora, którego czytam, amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, o roku 1968, kiedy ten studiował w collegu. Pisze on tak:

Nie było akademików w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Zamiast tego, każdej jesieni studenci byli przydzielani do różnych komun, a następnie do pokoi o nazwach takich jak ‘Peace Farm’, czy ‘Hanoi Heaven’. Normalne jedzenie było zakazane. Jedliśmy wyłącznie orzeszki i muesli. Nie pozwalano mieć pieniędzy. Wszyscy żyliśmy z pracy naszych rąk i dzieliliśmy się wszystkim z innymi, dla dobra ludu. Całe lata spaliśmy na podłodze, ponieważ czuliśmy, że tak jest bardziej naturalnie, no a przede wszystkim w ten sposób demonstrujemy solidarność z naszymi braćmi i siostrami w Trzecim Świecie. Często, w pokoju mieszkało 15 czy nawet 16 studentów. Nie było kluczy ani zamków, ponieważ wszyscy byliśmy piękni i ufaliśmy sobie wzajemnie […] Studenci publicznie uprawiali seks. Często na zewnątrz, w błocie. Kiedy kończyliśmy studia, wielu z nas miało na koncie do tysiąca partnerów. Pigułki antykoncepcyjne były rozdawane za darmo i dostępne dla wszystkich, w pojemnikach ustawionych w strategicznych miejscach campusu. Kiedy było gorąco, chłopcy i dziewczyny chodzili nago, również na zajęcia
I tak dalej, i w tym mniej więcej kierunku. Ja bym jeszcze dodał, że z całą pewnością wszyscy śpiewali piosenki Seegera i denerwowali się, że Bob Dylan okazał się Judaszem..
I nagle przyszło mi do głowy, że wprawdzie ówcześni amerykańscy studenci są już dziś po sześćdziesiątce, to jednak, ponieważ cały ten nurt typu flower power – oczywiście wyłącznie jako moda, i zapewne modyfikowany przez radykalne idee płynące z Paryża – docierał do nas z opóźnieniem i pewnie przez kilka dobrych lat, to niewykluczone, że te piękne, młodzieńcze przeżycia i wspomnienia, są wciąż udziałem obecnych 50- i 60-latków. A więc ludzi, którzy tworzą nasze obecne życie. I tu w Polsce i przede wszystkim w Europie. To oni właśnie – jeśli założymy, że wciąż są ludźmi ideowymi o niewzruszonych zasadach – mogą tworzyć i teraźniejszość i – co najważniejsze – przyszłość. Oczywiście, nie w tak dramatycznie oryginalnej formie, ale zawsze z tą wizją przed oczami. I się przestraszyłem. Słuchałem tego wiecznego przeboju i zadrżałem.
Pisałem tu jakiś czas temu o nożach. Kilkunastu, pięknie wykonanych nożach, które zobaczyłem na wystawie dworcowego kiosku. Nożach tak tanich, że prawdopodobnie tylko do parorazowego użytku, z których – gdybyśmy chcieli ich używać do krojenia ryb, czy cięcia gałęzi – po paru dniach odpadłoby ostrze, albo złamałaby się rączka. Ale na jedną okazję – idealnych. Ktoś te noże produkuje, ktoś je rozwozi po kioskach i ktoś je w tych kioskach wystawia, i każdy z nich – jeśli tylko myśli – wie, że one służą wyłącznie do tego, by je nosić w kieszeni i od czasu do czasu kogoś zabić. Niedawno szedłem sobie z pracy, z naprzeciwka podeszło paru gimnazjalistów, i jeden z nich stanął przede mną i zapytał mnie, co kurwa? Ominąłem go bez słowa, bo wiedziałem, że jest bardzo możliwe, że on też nosi taki nożyk i jak mu coś strzeli do głowy, to kto wie, co się stanie?
Przedwczoraj w telewizji TVN24 poinformowano, że w tak zwanych sklepach z dopalaczami i – jak najbardziej – sex shopach, pojawił się ostatnio środek, który jest równie skuteczny jak kokaina, tyle że tańszy… no i przede wszystkim całkowicie legalny. Reporter TVN-u rozmawiał z policjantem, który przyznał, że nie ma żadnego sposobu, żeby z tym walczyć, bo jest jak jest i na to nie ma rady. Ja się tylko mogę domyślać, że on ma rację. W moim mieście jest parę sex-shopów, kilka burdeli, i co najmniej jeden sklep sprzedający narkotyki, na którym ostatnio nawet pojawił się numer telefonu, pod który można zadzwonić i zamówić dostawę do domu. A skoro to wszystko jest, to chyba faktycznie tak ma być. O tym, że tak ma być przekonali mnie uczestnicy tzw. Drugiego śniadania mistrzów. Kiedy piszę ten tekst, zza ściany dobiega rozmowa zaproszonych przez TVN do studia celebrytów. Rozmawiają o dopingu Kornelii Marek. I słyszę jak któryś z nich mówi, że on uważa, że doping w sporcie powinien zostać zalegalizowany, bo tak będzie bardziej szczerze. Ktoś drugi mówi na to „Nie”. Ktoś inny pyta „Dlaczego?” Jeszcze ktoś mówi: „Bo to niebezpieczne”. A ja się zastanawiam, czy cisza, która zapadła, to był czas na refleksję, czy komuś opadły ręce? I mam wrażenie, że to naprawdę wszystko jedno.
Też przedwczoraj, prawdopodobnie w celu zróżnicowania oferty informacyjnej, opowiedziano nam historię kobiety, która poczuła silny ból w ramieniu i lekarz w jej przychodni przepisywał jej paracetamol tak długo aż w końcu umarła na raka…
Wygląda na to, że równie dobrze mógłbym ten blog przekształcić w regularny przegląd mediów i chyba nikt by nie zauważył różnicy.
Niektórzy mówią, że wszystko ma swoją cenę, a w tym też fakt, że żyjemy w cywilizacji liberalno-demokratycznej. Z naciskiem na słowo ‘liberalny’. Ktoś od nas mądrzejszy i przede wszystkim bardziej wpływowy kiedyś zdecydował, że tak będzie lepiej… no i teraz trzeba z tym jakoś żyć. Na szczęście można przy tym wypowiadać opinie. Przynajmniej na razie i przynajmniej tak się zdaje. A więc mówię. Mam wrażenie, że każde z tych trzech zdarzeń, czy może zjawisk, jest w ten czy inny sposób wynikiem tamtego szaleństwa. Wydaje mi się, że historia tak jakoś się potoczyła, że tamto zło się wielokrotnie przepoczwarzyło i przyjęło formę, z którą obecnie się musimy zmagać. Tak jakby w ogóle dzieje, były w gruncie rzeczy wyłącznie dziejami fanatyzmu. Fanatyzmu, który – jak to wyraziłem we wspomnianym komentarzu – wpływa na człowieka w ten sposób, że nie pozwala mu tylko w coś wierzyć i twierdzić, że jego wiara jest słuszna, i z tej wiary tworzyć zasady, reguły i sposoby postępowania. On jest tak intensywny, że zmienia samego człowieka i jego życie nieodwracalnie. Człowiek zostaje socjalistą, liberałem, konserwatystą, protestantem, katolikiem, okultystą, masonem – nie dlatego, ze sobie to wszystko mądrze wymyślił, ale że gdzieś coś przeczytał i mu się to spodobało – i nagle okazuje się, że ta idea mu się tak podoba, że przestaje być człowiekiem, ale najbardziej już jest tym socjalistą, liberałem, konserwatystą, protestantem, katolikiem, okultystą, masonem. Tak jakby bycie człowiekiem, przez swoją niedookreśloność, było wyłącznie jedną wielką kupą nudów. Tak jakby, jeśli chce się tylko znaleźć odpowiedź, czy choćby zadać pytanie, nie wystarczyło być człowiekiem, ale trzeba było sięgać do specjalnej przegródki z ideami i tych idei odpowiednim opisem.
Jak to działa na poziomie podstawowym, czyli w życiu? Przykładów mamy mnóstwo. Ktoś jest tym satanistą, więc natychmiast goli sobie w określony sposób głowę, nad tyłkiem daje sobie wytatuować łeb kozła, a później już tylko trenuje pewien typ spojrzenia, mówienia i ruszania się, którego już żaden zwykły człowiek nie podrobi. Kto inny zostaje liberałem i kiedy widzi jak ktoś pod lokalnym supermarketem zbiera jedzenie dla biednych, wzrusza ramionami i mówi, że pracy jest wszędzie mnóstwo, tylko że ludzi są mało zaradni. Ktoś jest pobożnym katolikiem i zamiast być sobie tym pobożnym katolikiem, ile razy mija kościół, to klęka, robi znak krzyża i głośno wszystkich informuje, że Jezus jest jego Panem. Niektórzy nawet podobno instalują sobie kropielnice w domu przy drzwiach… O innych pisałem przy poprzednich okazjach.
Myślę o tym sklepie sprzedającym owe dopalacze. Nie zdarzyło mi się tam nigdy zajrzeć. Podobnie jak nigdy nie zdarzyło mi się wejść do sex-shopu. Domyślam się jednak, że musi tam wyglądać jak w każdym innym sklepie. Są półki, na półkach towar, jest też lada, a za ladą kobieta, czy mężczyzna. Jest też ten telefon, z którego się odbiera zamówienia. Myślę sobie, ze gdybym tak zadzwonił i poprosił, żeby mi ktoś przywiózł do domu całą kupę tych tzw. dopalaczy, a później bym sterroryzował tego dostawcę i kazał mu to wszystko zeżreć, a później bym patrzył jak zdycha, to przede wszystkim wykazałbym się silnym przywiązaniem do swoich zasad, a przy okazji może i nawet bym poczuł pewną satysfakcję. Ktoś mi powie – nawet wiem kto – że to nie to samo. Owszem, to jest dokładnie to samo. W końcu ma się te zasady, prawda?

czwartek, 18 marca 2010

Mamy już władcę. Jednego.



Nie wiem, jak jest w innych częściach kraju, ale u nas w Katowicach za darmo rozdają tzw. Metro. Oczywiście, ile razy mam okazję, to – podobnie jak ulotki od dzieci – biorę ten papier, składam go do wielkości kieszeni i wrzucam do najbliższego kosza na śmieci. Dlaczego ‘oczywiście’? No bo czemu nie? W końcu ci ludzie tam stoją po to, żeby wszystkie je rozdać, prawda? A mnie to wyciągnięcie ręki przecież nic nie kosztuje? Czy nie tak? Dlaczego natomiast nie czytam Metra? Swoje powody mam od bardzo dawna, a dzisiaj opowiem zaledwie o ostatnim z nich. Niezwykle mocnym. Jak pięść Lenina.
A więc, tak się składa, że moja starsza córka, dojeżdżając na uczelnię do Sosnowca, zawsze bierze Metro i czyta je od deski do deski w autobusie. Tak ma. Ja nic na to nie poradzę, a poza tym – jej sprawa. Jest dorosła i odpowiada za siebie. Co ja miałem do zrobienia, to już starałem się zrobić wcześniej. Dalej moja rola się kończy. Następnie przywozi Toyahówna to Metro do domu i, już pewnie bardziej z nudów, czyta je do obiadu. Później ono się pałęta po stole, aż trafi do śmieci. Wczoraj jednak leżało jakoś dłużej i trafiło na mnie. Zajrzałem, przeczytałem… i oto co już wiem. Najpierw tytuł: „Pielęgniarka Ewa jednak istniała”. A poniżej tak:

W debacie wyborczej w 2007 r. Donald Tusk, mówiąc o zarobkach pielęgniarek, powołał się na rozmowę z panią Ewą ze szpitala w Skarżysku-Kamiennej. Dziennikarz TVN Tomasz Sekielski w filmie Władcy Marionetek dowodzi, że taka osoba nie istnieje. Na stronie internetowej premiera opublikowano oświadczenie z 2007 r. w którym kobieta imieniem Ewa zezwala na podanie jej pensji do publicznej wiadomości. W imieniu premiera rozmawiali z nią współpracownicy szefa PO. Zamieszczono także list dyrektora szpitala do Sekielskiego z 2008 r., w którym dyrektor informuje dziennikarza, że kobieta pracuje w skarżyskim ZOZ-ie
Ponieważ powyższa informacja zrobiła na mnie wrażenie wręcz porażające, zwróciłem się do mojego syna, który i jest bardzo zainteresowany tym co się u nas dzieje i w dodatku jeszcze wykazuje w tych sprawach niezwykłą czujność i zdrowy rozsądek, żeby rzucił na to okiem. On spojrzał, przeczytał i powiedział coś w stylu: „O kurcze, niedobrze!” Kiedy go spytałem, co niedobrze, powiedział mi, że niedobrze, bo okazuje się że Sekielski został przyłapany na kłamstwie. Właśnie tak.
Podkreślam jeszcze raz. On nie jest pierwszym z brzegu przypadkowym obserwatorem. Interesuje się polityką, stawia bardzo dobre diagnozy, no i – co równie ważne – oglądał dokument Sekielskiego. A więc wie, co tam było, a przynajmniej wiedzieć powinien. I teraz, przy tym wszystkim, przeczytał mój syn informację z Metra i ją łyknął dokładnie według zamierzeń polityków Platformy, autorów, redaktorów, a pewnie i władców Metra. A więc mamy zmartwienie. Bo skoro on łyknął, to łyknęło mnóstwo innych, nie wykluczam że może i wszyscy. A skoro łyknęli, to znaczy że to jednak działa. I to już może martwić.
Wszystkim tym, którzy nie oglądali filmu Sekielskiego, ale też tym, którzy go oglądali, ale niewiele im to dało, przypominam. Początkowa sekwencja o pielęgniarce Ewie wygląda tak, że Sekielski rozmawia z Adamem Łaszynem, zawodowym kłamcą, który w roku 2007 pomagał Tuskowi prowadzić kampanię, i chyba też przygotowywał go do debaty z Kaczyńskim. Poza Łaszynem, rozmawia Sekielski z pielęgniarkami w Skarżysku-Kamiennej, dyrektorem tamtejszego szpitala, no i próbuje o tę Ewę pytać Tuska, choć tu akurat bez efektu. A więc wszystko zaczęło się od tego, że w telewizyjnej debacie Tusk, chcąc pokazać, że jest człowiekiem bliskim zwykłym ludziom, mówi, że rozmawiał z „pielęgniarką Ewą” ze Skarżyska i ona mu powiedziała, ile zarabia. Sekielski próbuje się na to dowiedzieć od wszystkich swoich rozmówców, czy jest tam jakaś Ewa, z którą rozmawiał Tusk, i wszyscy mu tłumaczą, że nie ma takiej możliwości. Że Ew jest dużo, ale gdyby któraś z nich rozmawiała z kimś takim jak Tusk, to z pewnością cały szpital by o tym wiedział. Sam dyrektor szpitala – ewidentny krętacz – staje na głowie, żeby nic nie powiedzieć, ale i tak w końcu wyjaśnia, że tam kręcili się jacyś przedstawiciele sztabu wyborczego Platformy i on im jakieś kwity tam dał. Jak idzie o Łaszyna, ten wyłącznie uśmiecha się głupkowato i zaklina się, że pomysł z Ewą nie był jego, tylko pewnie kogoś ze sztabu Tuska. Że on akurat by czegoś tak marnego nie wymyślił. Ani w jednym punkcie tego filmu nie pada informacja, że żadna pielęgniarka o imieniu Ewa nie istnieje. Wręcz przeciwnie, że pewnie takich jest kilka, bo Ewa to popularne imię. Tyle tylko, że z całą pewnością żadna z nich nie rozmawiała z Donaldem Tuskiem. Ani Sekielski, ani nikt inny, ani przez moment nie sugeruje, że żadna z tych Ew czegoś nie podpisywała. Odwrotnie, pielęgniarki opowiadają, jak one podały wysokość swoich pensji, i z tych pensji ktoś obliczył średnią, i ta średnia została przypisana do jakiejś pielęgniarki Ewy. Dyrektor – jak już pisałem – w sposób oczywisty kręci, ale i tak, z tego co pokazuje Sekielski, wynika wyłącznie, że sztab Platformy przeprowadził jedną ze swoich akcji w szpitalu w Skarżysku, do tej akcji wykorzystał pomoc dyrekcji szpitala, a Tusk bezczelnie kłamał. I tyle.
Już pisałem w jednym z poprzednich wpisów, że sprawa pielęgniarki Ewy w ogóle nie jest istotna. Przy tych zmielonych podpisach, czy przy kasie obiecanej piekarzowi przez Palikota, czy choćby nawet przy tych kilku ujęciach, na których widzimy Donalda Tuska bez maski, ta Ewa to nic. To zero. Ale, ze zrozumiałych powodów, akurat właśnie owo Skarżysko znalazło się w samym oku dyskusji. I akurat to, zostało wykorzystane do – tandetnego i tak wyjątkowo niskiego – uderzenia w film Sekielskiego. I właśnie to pokazało nam tak dobitnie, jak to właśnie dziennikarze kłamią co najmniej równie intensywnie jak politycy. Tyle że, niestety, skuteczniej. I o tę skuteczność chodzi. Politycy, jak wiemy, rozliczani są z każdego słowa. Każde ich kłamstwo, każde oszustwo, prędzej czy później, zostanie im wyciągnięte. I jeśli zbierze ich się wystarczająco dużo, może doprowadzić nawet do końca ich nędznej kariery.
Dziennikarze robią wszystko, żeby tę sprawiedliwość powstrzymać. Robią to w poczuciu absolutnej bezkarności i – co gorsza – w słusznym przekonaniu o skuteczności tych swoich brudnych aktów. Gdyby moje obawy, wyrażone w dedukcji, że skoro mój syn, to czemu nie wszyscy, okazać by się miały słuszne, to niech nas Bóg broni. I przed politykami i jeszcze bardziej przed dziennikarzami. I przede wszystkim, przed naszym osobistym lenistwem. A jak już idzie o Sekielskiego, to apel może być tylko jeden – niech on jednak zacznie pracować nad kolejnym filmem. Wprawdzie najprawdopodobniej nic z niego nie wyjdzie, ale może chociaż trafi do Internetu. W końcu po coś ten Internet mamy, prawda?

środa, 17 marca 2010

O młotach, zomowcach i rock'n'rollu



W scenariuszu Pulp Fiction jest scena, która z jakiegoś powodu nie zmieściła się w filmie, choć szczęśliwie można ją obejrzeć w scenach usuniętych. Piszę „szczęśliwie” ponieważ uważam, że zawiera ona fragment niemal najlepszy ze wszystkiego co się tam w ogóle dzieje. Kiedy Mia po raz pierwszy spotyka Vincenta, pyta go czy on przypadkiem nie jest jakimś krewnym Suzanne Vega, piosenkarki. Vincent odpowiada jej mniej więcej w taki sposób: „Tak. Suzanne Vega to moja kuzynka. Ale nic mi nie wiadomo o tym, żeby miała zostać piosenkarką. Ale w końcu ostatnio mało bywam w domu”… No tak. To jest mistrzostwo świata. Dla tego kawałka, biorąc pod uwagę cały kontekst filmu, warto uznać, że Tarantino to geniusz. Aż geniusz i tylko geniusz. Ale geniusz.
Jednak to co nas dziś powinno bardziej zainteresować, to następna już chwila, gdy Mia informuje Vincenta, że ona musi się koniecznie dowiedzieć z kim idzie na kolację, a do tego musi przeprowadzić pewien quiz, który sprawdzi, czy Vincent należy do klasy tzw. ‘Beatles people’, czy do ‘Elvis people’. Mia wierzy, że ludzie dzielą się dokładnie na te dwie kategorie i przynależność do jednej z tych grup determinuje człowieka ostatecznie i nieodwołalnie. A więc zadaje Vedze serię pytań dotyczących tego, co lubi i co by zrobił w tej lub innej sytuacji, pomału uzyskując oczekiwaną przez siebie wiedzę, że Vincent Vega to oczywiście człowiek Elvisa.
Przyznaję że kiedyś, gdy byłem wciąż młody i naiwny, uważałem, że tego typu test jest idealny. Może nie w odniesieniu do Elvisa i Beatlesów, ale, owszem, w tym mniej więcej kierunku. Beatlesi, czy Rolling Stonesi? Pink Floyd czy Sex Pistols?Leon Zawodowiec czy Dirty Harry? Chorwacja czy Alaska? Dziś, po latach, coraz częściej, i to z bólem serca, stwierdzam, że to jest kompletnie bez znaczenia. Podobnie, jestem głęboko przekonany, że nawet podział tarantinowski na ludzi Elvisa i ludzi Beatlesów nic by tu nie dał, a wręcz mógłby nas wpędzić w bardzo paskudną pułapkę. Ale nie traćmy ducha. Wszystko jest do naprawienia.Wciąż są sposoby, i w dodatku, w co mocno wierzę, są one znacznie lepsze i znacznie skuteczniejsze niż cokolwiek innego. I jeśli ktoś myśli, że chodzi mi o pytanie czy jesteś za Platformą czy PiS-em, to jest w głębokim błędzie. To akurat jest jeszcze gorsze i jeszcze bardziej bezużyteczne. Może nawet jeszcze bardziej, niż to mnie nawet się wydaje.
Jakiś czas temu zrobiłem sobie wybór niemal trzystu piosenek, który zatytułowałem Another Bunch Of Jolly Nice Songs i który, jak idzie o to co lubię, jak na razie w zupełności zaspokaja moje estetyczne potrzeby. Wśród nich – akurat naszło mnie na nie dziś – są dwa stare, mniej więcej z tego samego okresu, a więc z lat sześćdziesiątych, kompletnie głupkowate, ale przepiękne hity. Jeden z nich to przebój zespołu Peter, Paul and Mary, zatytułowany If I Had A Hammer. Po polsku leciałoby to mniej więcej tak:

Mam ten młot
I mam ten dzwon
I mam tę pieśń, którą śpiewam
Na cały kraj
To młot sprawiedliwości
To dzwon wolności
To pieśń o miłości między moimi braćmi i siostrami
Na cały kraj

Druga piosenka to przebój zespołu Herman’s Hermits zatytułowany What A Wonderful World. To z kolei brzmi tak:

Nie znam się na geografii
Nie znam się na trygonometrii
Nie znam się na algebrze
Nie wiem po co jest suwak logarytmiczny
Ale wiem, że jeden i jeden to dwa
I gdyby to jeden mogło być z tobą
Jakiż piękny byłby świat!

Na czym polega zagadka? Otóż obie te piosenki, z mojego punktu widzenia, są jednymi z najpiękniejszych piosenek ever. Są z tego samego okresu – a więc reprezentują tak zwane „lata 60-te” – i jak większość tego co się wtedy pisało, są głupie jak niewiadomo co. Piękne, a jednocześnie – jak idzie o przekaz – są nieprawdopodobnie naiwne i niemądre. Więc uważam, że to właśnie czyni pozycję wyjściową idealną. To nie jest Mick Jagger i Paul McCartney. To nie jest punk rock i progressive.To nie jest McDonald’s i Bombai Tandoori. To nawet nie jest pepsi i cola. To Herman’s Hermits i Pete Seeger. Teraz tylko wystarczy wysłuchać tych dwóch, niemal identycznych piosenek, i odpowiedzieć na pytanie: Kim jesteś? Człowiekiem od Herman’s Hermits czy od Seegera?
Ostatnio było wyłącznie poważnie. Poważnie i strasznie. Niekiedy wręcz przerażająco. Poznaliśmy przy okazji najprzeróżniejszych ludzi i najbardziej różnorodne postawy. Jestem pewien, że nie są one jednak aż tak przeróżne, jakby się wydawało. To są właściwie wyłącznie dwie postawy. Oczywiście wiem, że każdemu jest dobrze ze sobą, a mnie nic do tego. Więcej. Nikomu nic do tego. Ale przyznam zupełnie otwarcie, że gdybym miał trafić do bandy Seegera, to już wolałbym, żeby na mnie mówili, że ja stoję tam, gdzie stało ZOMO. I zapewniam, że tak by było lepiej nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich. Byłoby dla was lepiej, gdybyście stali tam, gdzie stało ZOMO.

ITI zaprasza na wycieczkę



Pewnie niektórzy zauważyli informację, która pojawiła się kilka dni temu, a dotyczyła tego, że prokuratura gdzieś w Łodzi czy Wrocławiu – obojętne – postanowiła zbadać sprawę obwieszenia miasta przez jakąś organizację proaborcyjną plakatami zachęcającymi kobiety do usuwania ciąży w Wielkiej Brytanii. Na plakatach nie było nic drastycznego. Zdjęcie dziewczyny i kupka informacji o tym, że tam to zrobią tanio, porządnie, przytulnie i bezpiecznie. Mimo to, miejscowa prokuratura uznała, że istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa i wszczęła dochodzenie.
Przyznam że trochę mnie to zdziwiło. Ja oczywiście wiem, że w Polsce mordowanie nienarodzonych dzieci jest dozwolone tylko czasami, podobnie jak picie na ulicy, czy palenie w pociągach, natomiast nie spodziewałem się, że jeśli ktoś powiesi plakat z informacją, że to co masz zrobić drożej i mniej komfortowo w Łodzi, zrób taniej i sympatyczniej w Londynie, może zostać oficjalnie uznane za występek. Zdziwiło mnie to, ale oczywiście i ucieszyło, bo pokazało bardzo dobitnie, że żartów nie ma. A ja nie lubię, jak ktoś sobie stroi żarty z mordowania dzieci. Szczególnie nienarodzonych, które nie są w stanie się nawet obronić. A więc, po raz nie wiem już który, moja Polska sprawiła mi autentyczną satysfakcję.
Wygląda jednak na to, że powinienem był się ze swoją oceną wstrzymać. Bo oto wczoraj sprawą zajęła się moja telewizja TVN24. Nie sprawa plakatów i prokuratorskich gestów, lecz własnie tą aborcją w Londynie, czy w jakimś innym Sheffield. Wydawcy wieczornego przeglądu dnia posadzili przed kamerą jakąś ślicznotkę, która umie trochę gadać po angielsku i pozwolili jej opowiedzieć, jak to jest z tą brytyjską ofertą. Wprawdzie red. Grass, z ponurą miną i spiętym ze wzruszenia głosem, zapowiedział temat, ostrzegając wszystkich, że będzie strasznie i szokująco, ale okazało się, że to wszystko strachy na lachy. Redakcyjna ślicznotka przez kolejne dziesięć pewnie minut pokazywała, jak to w tej Anglii jest przyjaźnie i, szybko i bezpiecznie. Puszczono nawet film, kiedy ona rozmawia z jakimś lokalnym rzeźnikiem w sprawie potencjalnej aborcji i on jej opowiada wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, kiedy, jak, jak długo, za ile, w wersji soft, czy w wersji hardcorowej. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do kompetencji pracowników zakładu utylizacji ludzkich szczątków, to nawet to jest wyjaśnione. Bo okazuje się, że pani, która zajmuje się sprawami, robi to co tydzień, od wielu lat i zna swój fach bardzo dobrze. I z całą pewnością się myje.
Więcej. Gdyby ktoś się bał, że tak czyste, wygodne i niedrogie miejsce będzie trudno znaleźć, dostaje bardzo wyraźną informację, że w Wielkiej Brytanii podobne firmy są co krok. Nie ma problemu. Wszędzie można je znaleźć i żadna nie jest ani lepsza ani gorsza od drugiej. Mało? Proszę bardzo. Gdyby znalazł się ktoś, kto by czekał na słowa wątpliwości, czy choćby dyskusji, też może spać spokojnie. Redakcyjna słodycz pozwoliła sobie nawet na prywatną opinię, że ona świetnie rozumie sytuację kobiet, które wręcz marzą o tym, żeby trafić na taki kącik. Bo to przecież i sytuacja trudna i człowiek bezradny, no i te pieniądze. A tu – proszę. Wszystko podane na widelcu. No, powiedzmy widelcu.
Mam wrażenie – choć z całą pewnością mogę się mylić – że zamysł redakcji TVN-u był nie do końca taki. Grass robił wrażenie ewidentnie poważne i chyba autentycznie planował pokazać coś szokującego. Tyle że ta lalunia nie mogła się powstrzymać i zwyczajnie skradła mu show. On nawet próbował parę razy powtarzać słowo ‘szok’, ale nawet trudno było znaleźć dobry moment, żeby skierować ten nastrój, który został od początku stworzony, na inny tor. Zwłaszcza, że na każde swoje słowo, otrzymywał potwierdzenie, ze tak to z pewnością szok, ale za to jakże komfortowy i zrozumiały.
W pewnym momencie, kiedy ten rzeźnik z Wysp powiedział udającej mamę dziennikarce, żeby może ona poczekała z tym zabiegiem jeszcze jakiś czas, bo to dziecko – użył słowa ‘it’ –jest jeszcze za małe i jego kumpela od mokrej roboty może nie trafić, czy jeszcze wcześniej, gdy sugerował, że lepsza jest wersja hardcore, bo nie ma ryzyka pozostawienia strzępów, co może zmusić firmę do dodatkowego wysiłku, Grassowi pozostawało wyłącznie zacząć wrzeszczeć. No ale takich aktów odwagi, to ja – naiwny – się nie spodziewałem. No i to tyle. Koniec. Dalej poszedł nowy temat. Chyba prawybory w PO.
A ja chcę teraz już tylko wiedzieć, jaka jest różnica między tymi plakatami w Łodzi, czy we Wrocławiu – wszystko jedno – a tym co dostarczyło nam wczoraj ITI? I to nie koniecznie na korzyść plakacistów. To chciałbym wiedzieć. Czemu tamtego nie wolno, a to wolno? Powiem szczerze, że gdybym to ja te plakaty rozwieszał, a dziś miał z tego powodu kłopoty, to bym się wkurzył.
Jak wiemy, lubię telewizję TVN24. W sumie ich lubię. Choćby za to, że to oni pokazali niedawno informację o amerykańskim footballiście, który uciekł spod aborcyjnego noża i jego dzielnej matce, która mu w tej ucieczce pomogła. Choćby za to, że to oni opowiedzieli mi o tym pożarze gdzieś w Kolorado, który doszczętnie strawił dom, pozostawiając nietknięty obraz z Jezusem. Więc tu bym chciał tym bardziej, żeby mi ktoś z nich wytłumaczył, co to się wczoraj stało? Czy plan był taki, żeby opowiedzieć o drastycznym procederze gdzieś na Wyspach, a ta korespondentka z Londynu działała na własną rękę, czy to też tak miało być. Bo jeśli ona była taka dzielna i zdeterminowana w walce o prawa swoich koleżanek, to trzeba ją po prostu pogonić, a jeśli to tak miało być, to niech was szlag trafi. Albo strawi ogień.

wtorek, 16 marca 2010

O tym co w klatce i co na zewnątrz



Nie mam pojęcia, czy moje doświadczenia na tym polu są w jakikolwiek sposób szczególne, czy może utrzymują się w standardzie, ale jeśli idzie o tak zwaną pracę na etacie, przyznać się muszę do pewnego kompleksu. Otóż dla mnie myśl, że musiałbym wracać z pracy do domu i aż do zaśnięcia żyć rozpamiętywaniem wszystkich możliwych nieprzyjemności, jakie mnie spotkały ze strony ludzi, którzy mnie zatrudniają, jest absolutnie nie do zniesienia. Jak mówię, nie wiem, czy jest dużo, czy mało tych, dla których najgorsze co im się może przytrafić, to sytuacja gdy w gruncie rzeczy obcy ludzie traktują ich jak szmatę, a oni jedyne co mogą zrobić to zacisnąć zęby i poczekać z wybuchem właśnie do powrotu do domu. Ale niezależnie od tego, rozumiem ich i im współczuję.
Co mam na myśli mówiąc u szmacie i o traktowaniu? Wbrew pozorom nie chodzi mi o zwykłe chamstwo, czy nawet klasyczną brutalność, gdy ktoś w stosunku do ludzi sobie podległych pozwala sobie na słowa powszechnie uważane za obelżywe, czy wręcz groźby. Z tym można żyć. Coś takiego można potraktować wręcz jako – owszem, niską – ale konwencję i się przyzwyczaić. W tym wypadku chodzi mi o pewien rodzaj protekcjonalizmu, na który pozwalają sobie niektóre żony w stosunku do swoich mężów, starsi bracia do młodszych braci, czy rodzice do dzieci. Nie o sarkazm, nie o złośliwości, ale właśnie protekcjonalizm mi chodzi. Tu właśnie leży mój kompleks.
Wbrew pozorom, nie gadam o tym dziś po to, żeby po raz kolejny opowiadać o tym, co u mnie słychać, ani też nawet żeby przedstawiać trudną sytuacją ludzi chodzących codziennie do pracy, żeby zarobić na kolejne zakupy. W końcu, co ja mogę na ten temat wiedzieć? Jak mówię, to są wyłącznie moje doświadczenia i mój kompleks. Blog jest polityczny, więc i intencje są czysto polityczne. Bohaterowie tego wpisu też są wyłącznie politykami. A zatem poszło o dwóch polityków. Polityków Platformy Obywatelskiej, którzy trochę sami z siebie, a trochę ulegając pewnie szaleństwu, które zresztą sami nakręcili, uwierzyli, że mogą zostać prezydentem takiego kraju jak Polska. Poszło o Bronka i Radka, czyli w normalnym, ludzkim języku, marszałka Komorowskiego i ministra Sikorskiego.
Już wcześniej na tym blogu próbowałem dowodzić, że od czasu do czasu gdy Donald Tusk oświadczył, że rezygnuje z prezydentury na rzecz ratowania swojej ukochanej partii od rozpadu, problem kolejnej kadencji Lecha Kaczyńskiego jest jakby załatwiony. Mam nadzieję, że dowiodłem wystarczająco przejrzyście, że jeśli aktualna sytuacja nie jest wyłącznie jakąś zagrywką ze strony Platformy, na której końcu tak czy inaczej stoi prezydent Tusk, ale czymś poważnym i ostatecznym, nikt poza dotychczasowym prezydentem nie może wyjść z nadchodzących wyborów z tarczą. W związku z tym też nie będę już więcej się na ten temat rozpisywał. Muszę natomiast przyznać że jest coś czego nie przewidziałem. Tego mianowicie, że Platforma Obywatelska nie będzie w stanie wskazać jednego wspólnego kandydata do Belwederu i że walka, której żeby uniknąć, Donald Tusk musiał się zdecydować aż na takie wyrzeczenie, przeniesie się tuż obok, na sąsiednie boisko. Nie spodziewałem się, że ambicje przywódcze wewnątrz Platformy są tak histeryczne, a sama partia jest tak słaba, że w ten czy inny sposób to i tak musi się skończyć wzajemnym podrzynaniem sobie gardeł.
To jest absolutnie nieprawdopodobne, że tak duża grupa ludzi w sumie jakoś tam do prowadzenia polityki przygotowanych, nie potrafiła w swoim gronie znaleźć choćby jednego człowieka z autorytetem, który by im powiedział, że to co oni wyprawiają zmierza prosto do przepaści. Wygląda więc na to, że to co powiedział Jarosław Kaczyński w swoim kongresowym wystąpieniu, że Donald Tusk jest jak dziecko w supermarkecie pakujące co się da do wózka, które nawet nie wie, że za to wszystko trzeba będzie w końcu zapłacić, aplikuje się nie tylko do samego Tuska i nie tylko do jednej sytuacji. Wygląda na to, że oni po prostu mają takie umysły i taki instynkt.
Zaczęło się oczywiście od tego, że politycy, działacze i wyborcy Platformy uwierzyli, że będą rządzić wiecznie i że nie ma takiej siły, który tę wieczność byłaby w stanie wzruszyć. Później było już tylko gorzej. I w efekcie tego gnicia, kiedy Donald Tusk postanowił zrzec się tej przyjemności na jaką liczył na następne dziesięć lat, był przekonany oczywiście, że to tylko on z czegoś rezygnuje, ale już z całą pewnością nie projekt, który firmuje. A za nim, tej wiary uczepili się, jak przysłowiowy pijany plota, wszyscy ci, którzy uznali, że po Tusku to już tylko oni. Wiary, że wystarczy tylko zechcieć, a reszta pojdzie jak po maśle.
Tu właśnie popełniłem błąd. Sądziłem, że oni sobie tam jakoś to wszystko poukładają i wysuną jednego, którego następnie wspólnie przygotują do walki z Kaczyńskim. Tymczasem ci dziwni ludzie autentycznie uznali, że jeśli jest jakaś walka, to wyłącznie tu, na samym początku, między Januszem, Grześkiem, Bronkiem i Radkiem i że wystarczy najpierw policzyć siły, ustanowić obozy i jakoś będzie. Bo wszystko się rozstrzygnie właśnie teraz. Ten kto wygra tu, nie będzie musiał dalej już nic. No i wzięli się za łby, jakby naprawdę uwierzyli, że Lech Kaczyński jest chorym na Alzheimera alkoholikiem, popychanym przez swoją mamę, zonę i brata i że – jak Bóg pozwoli – to może nawet i nie wystartuje do właściwej walki. I leją się teraz aż wióry lecą.
Dziś w telewizji usłyszałem króciutką wypowiedź Bronisława Komorowskiego, skierowaną do Sikorskiego w związku z jego pretensjami, że ten nie pozwala mu dać absolutnie kapitalnego wystąpienia w Sejmie. Od rana pokazują ją na TVN-owskim pasku: „Radku, wyluzuj”. I jest tak, że od rana leci ten pasek, a w przerwach TVN pokazuje bezczelny i pełen dziecięcej satysfakcji łeb Komorowskiego i już pełną wersję, tak żeby i zwykli ludzie, a przede wszystkim sam Sikorski, nie zapomnieli, co się stało: „Wyluzuj, Radku, wyluzuj. To tylko prawybory. Nie wolno się tak spinać i na oślep zadawać ciosy tam, gdzie ma się przyjaciół i kolegów”. I żeby Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski zobaczył tę rumianą, chłopską, wiecznie zadowoloną z siebie twarz polskiego szlachcica, i usłyszał wyraźnie ten dobroduszny, pełen właśnie tego wspomnianego przeze mnie na początku protekcjonalizmu, głos i się zadławił własną wściekłością. Tak to się robi w Warszawie. Właśnie tak. W Warszawie i w sytuacji gdy się uwierzy, że do sukcesu zaledwie mały kroczek.
Uważam że teraz się zacznie. Sikorski oczywiście tego Komorowskiemu nie zapomni. Tego nie. Nie zapomni mu ani gdy wygra, ani gdy przegra. Ani jak on zostanie prezydentem, ani jak prezydentem zostanie Komorowski, ani przede wszystkim, jak zostanie nim ponownie Lech Kaczyński. Komorowskiemu też tego nie zapomną wszyscy ci, którzy Sikorskiemu tak bardzo kibicują. Bo takich rzeczy się nie zapomina. Szczególnie kiedy ma się taki piękny dom, taką piękną żonę, taki piękny krawat i takie piękne ambicje. To jest już prawdziwa jatka, a na zewnątrz tej klatki i tak już się toczy debata, co po Tusku. Palikot powiedział to najjaśniej jak tylko potrafił, że to on chce być teraz premierem. I tylko naiwni mogą się zastanawiać: Teraz? Gdzie? Jakim premierem? Kiedy? Po kim? Dlaczego? Sam Tusk natomiast musi świetnie wiedzieć, o co chodzi. O tak! On już wie na pewno.
Może się jeszcze zdarzyć coś, czego nie przewiduję. Może się okazać, że oni mnie nabrali. Że to jest wszystko taka zabawa i że za chwilę kurz opadnie, oni wszyscy rzucą się w sobie w ramiona, a Platforma Obywatelska jednak wysunie do walki Włodzimierza Cimoszewicza, albo nawet samego Donalda Tuska. No, wtedy – przyznaję – będę musiał powiedzieć, że dałem się fatalnie nabrać. Że to moje gadanie było psu na budę. Że jestem głupi. Wtedy tak. Inna sprawa, że jestem też głęboko przekonany, że na tego typu okoliczności – skoro ktoś taki jak ja bierze to pod uwagę – tym bardziej przygotowani są dobrzy ludzie tam, u góry, w naszych okopach.