niedziela, 30 listopada 2014

O Systemie i jego sługach złych i gnuśnych

Przez swój paniczny strach przed naruszeniem ciszy wyborczej i, konsekwentnie, konieczność zapłacenia miliona złotych kary, postanowiłem nie publikować żadnych tekstów na blogu, które mogłyby zostać potraktowane, jako polityczne agitki, zamieściłem krótką notkę, w której zaledwie poinformowałem, że na targach poszło nam wyjątkowo dobrze i zaprosiłem na najbliższy weekend do Wrocławia. Tymczasem, przede wszystkim czytam, że zarówno „Gazeta Wyborcza”, jak i TVN24 najbardziej bezczelnie naruszają ciszę wyborczą, w dodatku na głównej stronie Salonu polityczna debata trwa w najlepsze, a zatem uznałem, że nie mam się czego bać i mogę gadać, co mi slina na język przeniesie.
W tej sytuacji, przedstawiam dłuższy tekst o Systemie i jego sługach, który wysłałem ostatnio do „Warszawskiej Gazety” i który, jak się domyślam, został opublikowany w jej najświeższym wydaniu. Jeśli ktoś, przeczytawszy go uzna, że ja zachęcam głosowanie w dzisiejszych wyborach na czy to Sośnierza, czy Krupę, proszę, by się puknął w czoło.

W swojej publicystyce – zarówno u siebie na blogu, jak i tu w „Warszawskiej Gazecie” – opisując sytuację polityczną w Polsce i na świecie, bardzo często używam pojęcia „System”, w dodatku, starając się zawsze pamiętać, by nazwę tę pisać z dużej litery. Pytano mnie wielokrotnie, co mam na myśli, kiedy wspominam o owym złowrogim „Systemie”, a ja muszę przyznać, że poza bardzo ogólnym określeniem „superwładza”, nie jestem w stanie zastosować tu jakiegokolwiek konkretnego opisu. I, powiem uczciwie, że nie mam za to do siebie jakichkolwiek pretensji. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę niezwykle celną i prawdziwą opinię Garbiela Maciejewskiego, że „władza może być tylko święta, lub tajna”, będziemy musieli zrozumieć, że to iż znamy nazwiska prezydentów, premierów, ministrów, a nawet prezesów sądów, czy szefów banków, oznacza tyle jedynie, że jesteśmy w stanie opisać zaledwie owej „tajnej” władzy ekspozyturę, a każdy z nas wie bardzo dobrze, że celem wszelkich ekspozytur jest wyłącznie stwarzanie alibi dla działań, o których pojęcia nie mamy i nigdy mieć nie będziemy.
Popatrzmy na Kościół Powszechny. Tu jest wiadome wszystko. Gdy chodzi o władzę kościelną, nie ma takiej rzeczy, dotyczącej podstaw jej istnienia i aktywności, która by była przed nami ukryta. Jest papież, są kardynałowie, biskupi, księża, a jeśli ktoś się zapyta o „System”, to odpowiedź jest też bardzo prosta: „System tworzy Jezus Zmartwychwstały”. Oczywiście, zawsze znajdzie się ktoś, kto spróbuje nam tłumaczyć istnienie jakichś tajnych struktur wewnątrz Kościoła i opowiadać historie, które można przeczytać w bardzo ostatnio popularnej literaturze sensacyjnej, jednak dla nas, ludzi Kościoła właśnie, a więc tak naprawdę tych, których sprawa w ogóle dotyczy i dla których ona ogóle istnieje, wszystko jest całkowicie jasne i nie wymagające wyjaśnień. Gdy chodzi już natomiast o władzę świecką, pozostają już tylko same tajemnice, i wydaje się, że owa tajemniczość jest owej władzy cechą immanentną.
Niektórzy z nas lubią w tym miejscu wspominać o tak zwanej „masonerii”. Mimo że był czas, kiedy i ja uważałem, że to tam właśnie żyje i działa wspomniany System, dziś mam co do tego coraz więcej wątpliwości. Oczywiście jest bardzo możliwe, że większość znaczących przedstawicieli Systemu należy do takich czy innych klubów masońskich, jednak, jak sądzę, tą są zaledwie kluby. Z mojego punktu widzenia, dziś, a więc w czasach gdy aby zostać miliarderem nie trzeba być aż Onassisem, prawdziwa władza okupuje terytoria, przy których loże są niczym więcej, jak kącikami zainteresowań i towarzystwami przyjaciół tego lub owego. Powtórzę – jest oczywiście bardzo prawdopodobne, że właściciele tego świata lubią się od czasu do czasu rozerwać i jako model owej rozrywki przyjmują zakładanie tych fartuszków i odprawianie jakichś rytuałów, niemniej prędzej czy później oni i tak wracają do pracy i dopiero tam się wszystko rozstrzyga.
A zatem mamy ów System, a więc super-strukturę, której widoczną reprezentacją są rządy, różnego rodzaju państwowe instytucje, a nawet, jak ktoś bardzo chce, to i lokalne Rotary Clubs, ja mam nieustanną świadomość jego istnienia i potęgi, ale to już niemal wszystko. Niedawno pojawiła się gdzieś informacja, że połowa zgromadzonego na kluli ziemskiej majątku jest w rękach parudziesięciu osób. Czy to są ludzie, których nazwiska możemy znaleźć na tak zwanej „liście multimiliarderów magazynu Forbes”? Możliwe, przynajmniej niektórzy z nich to właśnie oni. Jednak im dłużej żyję i baczniej obserwuję to co się dzieje wokół mnie, mam wrażenie, że owa „lista Forbesa” to też zaledwie ekspozytura, a nie źródło. Niezależnie jednak od tego, czy moje diagnozy są poprawne, czy błędne, fakt pozostaje faktem: przede wszystkim władza jest albo święta, albo tajna i to nie premier Kopacz i prezydent Komorowski są tak bardzo utajnieni.
Do czego zmierzam? Otóż, jak dziś już pewnie wie każdy z nas, wybory, któreśmy niedawno przeżyli zostały sfałszowane. Tu prawdopodobnie każdy z nas będzie miał zdanie podobne. Być może również większość z nas zgodzi się z głoszoną przez mnie już od kilku ostatnich lat opinią, że proces wyborczy po raz pierwszy został dramatycznie skorumpowany podczas wyborów prezydenckich w roku 2010. Bo nie oszukujmy się, to co mieliśmy w Polsce w czasach PRL-u to nie było żadne fałszerstwo. Przede wszystkim, jeśli tam dochodziło do faktycznych oszustw to na poziomie różnicy między 95, a 99 procentami poparcia dla władzy, a poza tym nawet wtedy, to z czym mieliśmy do czynienia, to nie było żadne fałszerstwo, ale zwykła propaganda, którego to faktu tak naprawdę nikt nie ukrywał. Pierwszy przypadek, kiedy w Polsce, a jednocześnie zapewne i we współczesnej Europie, doszło do autentycznego oszustwa wyborczego, miał miejsce w lipcu roku 2010 tu u nas. Czemu tak się stało? Moim zdaniem sprawa jest oczywista, a odpowiedź znajdujemy w zdarzeniu o parę miesięcy wcześniejszym – również niezwykle wyjątkowym, jak na dzieje nowoczesnej Europy – do jakiego w ów pamiętny wiosenny poranek doszło w Smoleńsku. Po owej sobocie Donald Tusk, za wówczas oczywistą akceptacją Systemu, postanowiła nie dopuścić do tego, by Prawo i Sprawiedliwość odzyskało władzę i tamte wybory sfałszował.
I tu, moim zdaniem, System popełnił błąd. Wydaje mi się, że z dzisiejszej perspektywy, dla reprezentowanych przez niego interesów, o wiele korzystniejszym rozwiązaniem byłoby jakieś tam dogadanie się z Jarosławem Kaczyńskim, poświęcenie Donalda Tuska i całego tego towarzystwa, choćby częściowe wyjaśnienie przyczyn Katastrofy, choćby częściowo sprawiedliwe ukaranie winnych i powrót do codziennego biznesu. Moim zdaniem, zgadzając się na sfałszowanie wyborów prezydenckich latem roku 2010, System dopuścił do tego, że Platforma Obywatelska i skorumpowane przez nią środowiska poczuły się niezniszczalne. Donald Tusk, Bronisław Komorowski, ludzie politycznie i biznesowo związani z Platformą, Polskie Stronnictwo Ludowe, zarówno jako partia, jak i wewnętrznie zorganizowane pozapartyjne i pozapolityczne środowisko, wymiar sprawiedliwości, media, drobny biznes, uznali, że od tego momentu nic im nie grozi, ponieważ władzy zdobytej w ten sposób nikt już im nigdy nie zabierze. A skoro tak, to, jak mówi ludowe powiedzenie, „hulaj dusza – piekła nie ma”. Mało tego: nie ma Systemu. To my od dziś jesteśmy Systemem.
Jak już to powiedziałem parę razy i jak to powtarzam przy każdej okazji, ja nie wiem co to jest ów System, czyją ma twarz i w jaki sposób ogłasza swoje komunikaty, niemniej mam bardzo silne przekonanie, że ten jeden jedyny raz, ja dziś ów komunikat rozpoznałem, a mam tu na myśli aktualne zamieszanie z wyborami. Otóż przede wszystkim jestem pewien, że jeśli uznamy, że władza w Polsce, jakkolwiek by od tego sukcesu, jakim jest dla niej seria kolejnych zwycięstw Platformy Obywatelskiej, oszalała i straciła poczucie rzeczywistości na dobre, posiada choćby resztki instynktu, nie dopuściłaby do tego, co się wydarzyło w ciągu minionych tygodni. Nawet gdyby założyć, że za wszystko co się dziś dzieje na poziomie polskiego państwa odpowiada personalnie Ewa Kopacz i grupa jej najbliższych doradców, oni by nie pozwolili na to, by fałszerstwo wyborcze, o jakim wszyscy kolejny dzień dyskutują, stało się czymś aż tak oczywistym. Oni mogliby przez swoje gapstwo i głupotę doprowadzić do wielu różnych nieszczęść, jednak nie pozwoliliby na to, by ich pierwsza i najważniejsza delegacja, mająca za zadanie czuwać nad właściwym przebiegiem wyborów, padła ofiarą aż takiego skandalu. Jest dla mnie czymś pozostającym poza wszelką dyskusją, że wybory, które wciąż jeszcze trwają, zostały w pewnym momencie objęte kontrolą Systemu i to System doprowadził do tego, co dziś przeżywamy, a więc owej kompromitacji władzy Platformy Obywatelskiej.
Przepraszam wszystkich, których ta moja zawziętość zaczyna powoli nudzić, o wybaczenie, ale ja – choćby przez fakt, że nikt poza mną tematu nie podejmuje – odbieram to jako swój obywatelski obowiązek, by ową prawdę powtarzać: System, a więc nad-władza, a więc ukryte siły, dla których nie ma znaczenia, czy na polskiej wsi pracę ludziom będzie załatwiał urzędnik z PSL-u, czy z PiS-u, ma oko tylko na jedno, by Polska, podobnie zresztą jak jakikolwiek inny fragment zarządzanego przez nich świata, nie został przejęty przez lokalną mafię, która nagle, czy to przez zwykłą głupotę, czy nadmierną pychę, czy źle rozpoznane interesy, uzna że ona już nie potrzebuje żadnego wsparcia.
Problem jednak oczywiście jest. Jest to zresztą oczywiste, choćby przez fakt, że to on właśnie spowodował, że zdecydował się zareagować sam Szef. Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe przez te sześć czy siedem minionych lat uzyskały autentyczną władzę. Władzę lokalną, ale jednak władzę. Władzę, która zaczyna się na poziomie Wojtusia, który dostał posadę w którejś z rolniczych fundacji, przez lokalnych artystów czerpiących garściami z unijnych funduszy przeznaczonych na rozwój kultury, a kończąc na sędziach wyznaczonych czy to do załatwiania pojedynczych spraw, czy to delegowanych do obsługi kolejnych wyborów, no i oczywiście mediach, które mają to wszystko obiektywnie zrelacjonować. To jest naprawdę władza nie byle jaka, i jestem pewien, że oni by tak potrafili naprawdę do skończenia świata i jeden dzień dłużej, gdyby nie jeden problem: System wymaga szacunku i świadomości hierarchii. Bez tego choćby i prezydent, choćby i premier, choćby i najbogatszy człowiek na ziemi jest nikim. Nawet gdyby okazał się być członkiem jakiejś loży.

Książki, jak zawsze, dostępne są w księgarni na stronie www.coryllus.pl, a Gabriel siedzi na targach pod zamkiem i ma wszystko oprócz książki o Diable. Szczerze zachęcam.

Targi, cisza wyborcza i przerwa w paleniu licha

Wprawdzie warszawskie targi wciąż jeszcze trwają, jednak dziś mamy tam już tylko chorego Gabriela. Ja po wczorajszym dniu wróciłem już do domu i mogę tylko powiedzieć, że z każdym dniem jest coraz lepiej. Już w tym tygodniu mamy Wrocław i tak jak zapowiadałem, wybieram się tam w sobotę.
Ponieważ wczoraj sprzedaż przerosła nasze choćby najbardziej bezczelne oczekiwania, na chwilę obecną nie mam już ani jednego „Licha”. Cała pierwsza partia, jaką odebraliśmy z drukarni – podobnie zresztą, jak wszystkie książki o zespołach, które Gabriel wziął z domu – została wczoraj sprzedana i dziś na naszym stoisku w Warszawie licha akurat nie palimy. Oczywiście we Wrocławiu będzie znów wszystko, mam nadzieję, że w wystarczających ilościach, natomiast ja przywiozę stamtąd kilka autorskich egzemplarzy i wtedy dopiero będę mógł powysyłać obiecane dedykacje. Przepraszam wszystkich, że muszą jeszcze chwilę poczekać.
Dziś nowej notki nie będzie, bo mamy wybory i każą nam milczeć. Ale na szczęście to już tylko kilka godzin.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, no a jeśli ktoś ma blisko do Wrocławia, to i jeszcze raz na rozpoczynające się w czwartek Targi Dobrej Książki.

sobota, 29 listopada 2014

Donald Tusk spika w lenguidżu, czyli kłamstwo usankcjonowane

Zbliża się nieuchronnie 1 grudnia 2014 roku, a więc dzień, w którym Donald Tusk miał zacząć mówić w języku angielskim. Wbrew temu, co mogą sobie myśleć niektórzy z nas, mimo że moje doświadczenie każe mi sądzić, że nie ma takiego sposobu, by człowiek pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-, czy choćby i nawet czterdziestoletni, który dotychczas nie znał języka, mógł się go skutecznie nauczyć w ciągu paru miesięcy, brałem pod uwagę, że są rzeczy na niebie i na ziemi, o którym się nie śniło przysłowiowym filozofom, a zatem – wszystko jest możliwe. Może stać się tak, że jakimś nieprawdopodobnym zupełnie cudem, Donald Tusk po tych paru miesiącach bardzo intensywnego kursu wyjdzie na scenę i pokaże, że Polak potrafi.
I oto wczoraj znalazłem w Sieci dwie informacje, które wskazują na to, że jeśli nawet cuda są – a to, że są, to wszyscy tu mniej więcej wiemy – to nie na tym poziomie. Okazuje się, że w ramach obserwowanej przez nas od paru dni akcji promocyjnej na rzecz zohydzania społeczeństwu Prawa i Sprawiedliwości i podkreślania wybitności obecnie nam panującej władzy, brytyjski „Financial Times” przeprowadził wywiad z Donaldem Tuskiem, jak się dowiadujemy, prowadzony wyłącznie w języku angielskim, natomiast najbardziej spektakularnym dowodem na to, że były premier opanował ów język w stopniu dostatecznym ma być to, że ów dziwny człek w pewnym momencie, całkowicie spontanicznie, wypowiedział słowo „fuck”. Nie żartuję. Zaledwie przytaczam treść zasłyszanej relacji.
Drugie zdarzenie, którego celem było przekonanie nas, że owe pieniądze wydane na nauczenie Donalda Tuska języka angielskiego, nie zostały zmarnowane, to zapis rozmowy, gdzie Donald Tusk, w rozmowie z angielskojęzycznym dziennikarzem, nie ma najmniejszych problemów z używaniem języka jeszcze parę miesięcy temu całkowicie dla niego obcego. I to robi wrażenie nawet bardziej imponujące. Wszyscy wiemy, jak to przez minione siedem lat Donald Tusk został wyćwiczony w kłamstwie tak skutecznie, by nawet wtedy, gdy ogłasza, że dwa i dwa to pięć, przekazywać ową wiadomość takim tonem i z takim wyrazem twarzy, by każdy idiota wiedział bez dodatkowych objaśnień, że jest adresatem najbardziej oczywistej prawdy. Tu jednak Premier osiąga absolutne szczyty. On autentycznie robi wrażenie, jakby owe angielskie zdania, jakie wydobywają się z jego ust, były „na żywo” produkowane przez jego genialny umysł. Tymczasem prawda wygląda tak, że wszystko jest dokładnie tak jak zawsze, a więc z jednej strony jest Donald Tusk, a z drugiej najbardziej upiorna propaganda. A więc mamy do czynienia z tym, co współczesny język polski określa mianem „ustawki”, i to w dodatku ustawki wyjątkowo nędznej, świadczącej o tym, że ci, którzy Tuska do tego popisu przygotowywali, to dokładnie tacy sami durnie, jak on sam. Bez wyobraźni, bez rozumu, natomiast z całą kupą bezczelnego przekonania, że wolno wszystko. O co chodzi? Oto w pewnym momencie premier Tusk, poproszony o skomentowanie nowych wyzwań, jakie przed nim stoją, wypowiada następującą kwestię: „After being for seven years the prime minister of Poland…”. Otóż rzecz polega na tym, że ta akurat konstrukcja, zarówno gdy chodzi o sekwencję „after being”, jak i wstawione w środek zdania „for seven years”, to jest naprawdę wyższa szkoła jazdy. Nie ma takiego sposobu, by człowiek, który uczy się języka angielskiego niemal od zera, w ciągu paru miesięcy był w stanie spontanicznie formułować tego typu sekwencje. To jest zwyczajnie niemożliwe. Jedyne wytłumaczenie, jakie dla tej eksplozji geniuszu ja mogę w tej chwili przedstawić, to takie, że całą tę jego wypowiedź przez minione tygodnie jacyś umyślni wbijali Premierowi w głowę, następnie jego służby pijarowskie umówiły mu ów wywiad, i dalej wszystko już zostało przeprowadzone zgodnie z planem.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to co ja tu piszę może robić wrażenie jakiegoś kompletnie bezsensownego leczenia ran przy pomocy wacika umoczonego w wodzie, zwłaszcza gdy widać wyraźnie, że premier Tusk mówi w lenguidżu i to z prawdziwie ułańską swadą. Muszę jednak wszystkich entuzjastów spraw niemożliwych i niewytłumaczalnych zapewnić, że to co widzimy i słyszymy, do dokładnie taka sama fikcja, jak wszystko to, z czym mieliśmy do czynienia przez minione siedem lat. Ten człowiek w oczywisty sposób język angielski zna tak, jak go znał dwa miesiące, siedem miesięcy i piętnaście lat temu. Czyli w ogóle. To co dostajemy, to dokładnie to samo kłamstwo, jakim jesteśmy karmieni od lat, dzień za dniem. Niedługo przekonamy się o tym kolejny raz. Tyle że w innej, równie cwaniackiej, odsłonie.

Zbliża się 6.00, a zatem czas iść na dworzec i jechać do Warszawy na targi. Jeśli tory będą równe, powinienem być na miejscu o 10.00. Jeśli nie, bardzo proszę chwilkę poczekać. Jeśli dożyję to będę. Jeśli natomiast ktoś ma do Warszawy zbyt daleko, a Wrocław za tydzień też nie wchodzi w grę, zapraszam na stronę www.coryllus.pl

piątek, 28 listopada 2014

O tym jak premier Kopacz robi dobrze Jerzemu Urbanowi

Nie mam pojęcia, na ile podejście to jest oryginalne, bo ani go z nikim nie konsultowałem, ani też za bardzo się nad nim pod tym kątem nie zastanawiałem, natomiast od bardzo już dawna jestem przekonany, że jeśli człowiek okazuje się nagle wypełniony złem, to nie dlatego, że jest albo głupi, albo owym złem w jakiś sposób skażony, lub wreszcie przez deficyt podstawowych wartości, ale z powodu zwykłego opętania, przez psychiatrów niekiedy nazywanego psychiczną chorobą. Krótko mówiąc, jeśli mam do czynienia z człowiekiem, który czyni zło nie od czasu do czasu, ani nie przez jakiś niefortunny zbieg okoliczności, ale z zasady i systematycznie, uważam, że jest to człowiek psychicznie chory. Mówiąc jeszcze prościej, jestem głęboko przekonany, że człowiek z natury jest dobry, uprzejmy i życzliwy, a wszelkie wyjątki od tej reguły wynikają z jakiegoś ciężkiego zaburzenia. Niewykluczone, że spowodowanego przez Zło zewnętrzne.
Jak mówię, nie wiem, na ile ta myśl jest oryginalna, a tym bardziej, na ile słuszna, jednak tak już jakoś mam, że dla mnie taki Donald Tusk, Janusz Palikot, Kazimierz Kutz, Bronisław Komorowski, Kuba Wojewódzki, Radosław Sikorski, czy, żeby już nie sięgać tak wysoko, niektórzy z naszych kolegów blogerów, to nie są ludzie z natury źli, czy głupi – choć ta ostatnia opcja jak najbardziej wchodzi w grę – ale zwyczajnie chorzy. To wszystko są ludzie z zaburzeniami. Gdyby nie owe zaburzenia, oni byliby tacy, jak zdecydowana większość z nas, a więc grzeszni jak każdy, ale w gruncie rzeczy chcący dobra.
W tym momencie, jak może bardziej sprytni czytelnicy się domyślają, pojawia się postać Jerzego Urbana. Ja o nim, o ile się nie mylę, wspominałem tu dotychczas tylko raz, kiedy pewnego razu dziennikarz Krzysztof Feusette postanowił poświęcić mu osobny artykuł, a redakcja, która u niego ów artykuł zamówiła, zilustrowała go wielkim, kolorowym – i tak jak to zwykle bywa, odpowiednio szokującym – zdjęciem, no i, jak się należy domyślać, ku wielkiej satysfakcji samego zainteresowanego, wszystko to opublikowała. Jednak nawet wtedy nie chodziło mi o Urbana – bo, jak mówię, dla mnie jest to człowiek, którego w normalnych warunkach należałoby tylko leczyć – ale o Feusette, lub jego szefów w redakcji, a więc ludzi, nawet jeśli cwanych, to w tym swoim cwaniactwie zaledwie średnio inteligentnych.
A więc mamy owego Jerzego Urbana, który pojawił się niedawno w telewizji i oświadczył, że gdy chodzi o niego, to on w ostatnich wyborach głosował na Platformę Obywatelską. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych z nas Jerzy Urban jest osobą na tyle negatywnie jednoznaczną, że nie wymagającą jakichkolwiek dodatkowych refleksji, poza tą, że to jest „głupie bydle i sukinsyn”, ja jednak bardzo bym chciał wiedzieć, dlaczego on akurat głosował na Platformę Obywatelską, a nawet jeśli nie głosował, tylko zwyczajnie kłamie jak bura suka, dlaczego złożył tego rodzaju oświadczenie. Otóż on to wyjaśnia. Jerzy Urban głosował na Platformę Obywatelską dlatego, że to Platforma jego zdaniem jest dziś jedyna siłą, która może powstrzymać PiS przed przejęciem władzy, a dla Jerzego Urbana nie ma nic gorszego, niż Jarosław Kaczyński jako premier. Z punktu widzenia interesów Jerzego Urbana, najgorsze co się może wydarzyć, to powrót Jarosława Kaczyńskiego do władzy.
No i dobrze. Ja to jestem w stanie zrozumieć. Jerzy Urban – człowiek, którego wszyscy świetnie znamy – jest bardzo zaangażowany w to, by Polska, a więc kraj, w którym żyje i z którym związany jest duchowo i emocjonalnie, rozwijał się i odnosił cywilizacyjne i gospodarcze sukcesy, uważa, że w momencie, gdy PiS obejmie władzę, te wszystkie jego marzenia szlag trafi i rozpocznie się proces przyspieszonego upadku. Oczywiście. Tak może być. Rzecz w tym jednak, że Jerzy Urban, pytany przez dziennikarza o przyczyny owego szczególnego zaangażowania, nie wspomina o żadnej z tych kwestii, lecz podaje dwa zupełnie inne argumenty: pierwszy to taki, że politycy PiS-u to „idioci”, a drugi, że w momencie, gdy Kaczyński zostanie premierem, wszyscy będą musieli chodzić do kościoła.
Mieliśmy niedawno okazję słuchać wypowiedzi byłego kumpla Urbana, Leszka Millera, który wprawdzie nie zadeklarował, że dla niego jedyną nadzieją na lepsze życie jest objęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, natomiast wielokrotnie mocno skrytykował politykę Platformy Obywatelskiej, oraz kompetencje polityków Platformy. Nie mówił, że Tusk i Kopacz to idioci, nie zarzucał im, że zbyt słabo angażują się na rzecz tego, by Kościół w Polsce przestał się szarogęsić, nie powiedział nawet, że Platforma to banda bałwanów, która nie potrafi powstrzymać PiS-u przed powrotem do władzy, ale stwierdził, że Platforma to katastrofa, w dodatku katastrofa, która najprawdopodobniej fałszuje wybory. Jakie dla mnie ma znaczenie to co powiedział Miller? Żadne, ale przede wszystkim dlatego, że z jego wypowiedzi nie wyczytałem jednej sugestii, że PiS stanowi jakikolwiek wybór. Gdyby Miller nagle oświadczył, że on w tych wyborach głosował na PiS, to ja bym miał poważny problem. Gdyby on powiedział, że głosował na PiS, bo nie ma nic gorszego dla Polski, jak rządy PO, to ja prawdopodobnie uznałbym, że czas na tę całą politykę machnąć ręką i zająć się zbieraniem bibułek po pomarańczach. Gdyby Leszek Miller złożył deklarację na rzecz wiecznych rządów Prawa i Sprawiedliwości, to ja by zaczął traktować Prawo i Sprawiedliwość, jako byt wrogi i obcy.
Gdyby coś takiego zrobił Jerzy Urban, a zrobiłby to z tym samym zaangażowaniem i powagą, z jaką poparł Platformę, a moja czy to miłość do PiS-u, czy nienawiść do PO, do tego stopnia odebrałaby mi zmysły, że ja i tak, mimo wszystko, głosowałbym na PiS, to mam nadzieję, że ktoś by się natychmiast pojawił i tak mi wpieprzył, żebym nie wiedział jak się nazywam i kim jestem i żeby do końca życia najgorsi ulicznicy rzucali za mną zgniłymi kartoflami.
Jerzy Urban nie jest idiotą, on nie jest cynikiem, nie jest też człowiekiem złym. To jest osoba opętana, a jeśli ktoś nie wierzy w zło wcielone, niech uzna, że to jest tak zwany „pomyleniec”. Wariat. Psychopata. Można wybierać. I przychodzi on do Was i mówi: głosujcie na Platformę, bo jak wygra PiS, wszyscy będziecie musieli w każdą niedzielę, a kto wie, czy nie codziennie, chodzić do kościoła.
Niech się nikomu nie wydaje, że to są słowa bez znaczenia.

Jutro z samego rana jadę do Warszawy na Targi Książki Historycznej, gdzie powinienem się pojawić już o godzinie 10 i gdzie do godziny 18 będę czekał na każdego zainteresowanego naszą ofertą. Zapraszam w imieniu swoim i Gabriela. Jeśli ktoś mieszka od Warszawy zbyt daleko, wszystko, co tam będzie, może zamówić w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 27 listopada 2014

Imperium opisuje Smoleńsk, a my na jednej nodze, przed skokiem


Jak większość osób, które tu przychodzą, czy to by sobie poczytać, czy też dodatkowo to co przeczytali, skomentować, wie, teksty te ukazują się w dwóch miejscach. Tu w Salonie24, ale też przede wszystkim na moim prywatnym blogu na blogspocie, pod adresem toyah.pl. Ciekawą rzeczą, i wydaje mi się, że akurat zdecydowanie mniej znaną, jest to, że oba te miejsca są mniej więcej tak samo popularne i dzielą wszystkich czytających mniej więcej po połowie. A zatem, jeśli któryś z moich tekstów w Salonie24 rejestruje w pierwszym dniu 1500 odsłon, to mniej więcej tyle samo odsłon uzyskuje tekst zamieszczony na toyah.pl, tyle że i te i tamte odsłony generowane są przez różne osoby. Faktem jest bowiem to, że ci, którzy czytają choćby ten tekst na toyah.pl, najczęściej do Salonu24 nie zaglądają w ogóle, i odwrotnie – ci, którzy czytają moje notki w Salonie24, nie widzą żadnego powodu, by zaglądać na toyah.pl.
Ale jest jeszcze coś. Otóż czytelnicy z toyah.pl właściwie wcale nie komentują. Dla nich ten blog stanowi niemal wyłącznie źródło codziennej, czy prawie codziennej lektury. W ogromnej większości czytelnicy tekstów publikowanych na toyah.pl to nie są klasyczni internauci. Najczęściej są to ludzie, którzy internetu używają głównie w celach praktycznych, a więc do pracy, do odbierania i wysyłania wiadomości, lub niekiedy do sprawdzania najświeższych newsów. No i właśnie czytania tego, co się pokazało na toyah.pl.
Wielu z nich znam albo z nazwiska, albo osobiście. Od wielu z nich otrzymuję maile. Z paroma rozmawiam telefonicznie. Niektórych z nich regularnie spotykam na targach. Niektórzy mieszkają w Katowicach i znam ich z widzenia. Bardzo wielu z nich przez ostatnie parę lat wspierało mój blog finansowo. Niektórych z nich uczę angielskiego, czy to osobiście, czy – szczególnie w ostatnich miesiącach – przy pomocy Skype’a. Niemal każdy z nich to ktoś, kto ani nie interesuje się tym, co się dzieje w Salonie24, ani nie komentuje, natomiast owszem każdego dnia otwiera stronę toyah.pl i czyta.
Ostatnio w ten sposób poznałem pewnego niezwykłego człowieka z Poznania imieniem Przemek, który zażyczył sobie, bym go uczył angielskiego właśnie przez Skype’a, no i się uczymy. Uczymy się, no i siłą rzeczy trochę rozmawiamy o sprawach mniej lub bardziej zasadniczych, a z językiem nie związanych. Parę dni temu pojawił się temat Smoleńska i Przemek zasugerował, że za tę zbrodnie odpowiedzialny jest nie tylko Donald Tusk z kumplami, nie tylko Rosjanie, ale również nasi sojusznicy Amerykanie, Niemcy, Anglicy, Francuzi, czy kto tam jeszcze. W opinii Przemka, Lech Kaczyński został zamordowany za wspólną zgodą przede wszystkim Systemu, oraz państw, dla których to co on chciał stworzyć tu na wschodzie Europy, stanowiło może nie tyle zagrożenie, co po prostu zwyczajny zamach na prowadzone przez nich interesy, i związane z tymi interesami plany. W opinii Przemka, Lech Kaczyński musiał zginąć, bo jego wielki plan polegający na zbudowaniu tu, w tej części Europy solidarności państw opartej na niezależności i pełnej autonomii wobec tak zwanych interesów światowych, był nie do zaakceptowania nie tylko dla Rosji, ale również dla Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji, czy Wielkiej Brytanii. A w tym wszystkim rola Donalda Tuska sprowadzała się wyłącznie do wykonywania poleceń. Dlatego – twierdzi Przemek – Smoleńsk za naszego życia nie zostanie wyjaśniony, a my tak bardzo wyczekiwanej sprawiedliwości nie doczekamy.
Powiem szczerze, że kiedy on mi to powiedział, a mówiąc to był bardzo pewny siebie i w owej pewności niewzruszony, w pierwszym odruchu uznałem, że to nieprawda; że on się myli; że jemu brakuje wiary i nadziei. I oto wczoraj pewien bloger tu w Salonie24 opublikował link do tekstu, który ukazał się ostatnio w internetowym wydaniu słynnego i bardzo wpływowego brytyjskiego tygodnika „The Economist” na temat sytuacji, w jakiej Polska znalazła się w wyniku tych przedziwnych wyborów, których druga tura odbędzie się już w najbliższą niedzielę. Ów tekst jest niezwykły o tyle, że robi wrażenie, jakby został napisany przez któregoś z piszących na zamówienie reżimu blogerów, których mamy tu paru w Salonie, lub, w najlepszym wypadku, przez któregoś z aspirujących dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Poziom analizy jest tam tak marny, że ja sobie zwyczajnie nie potrafię wyobrazić, by coś takiego mogło powstać tu w Polsce na poziomie zajmowanym przez zawodowych publicystów. Tam nie ma nic, co by można było uznać za choćby minimalnie oryginalne w stosunku do tego, co jeszcze trzy lata temu głosił w programach Moniki Olejnik Kazimierz Kutz, czy ogłaszał na łamach prasy pisarz Kuczok. Proszę może posłuchać fragmentu tego czegoś, w takim trochę na kolanie zrobionym tłumaczeniu. Już sam tytuł robi wrażenie – „Wybory w Polsce. Wywracanie stolika”. A dalej jest już tylko lepiej:
Jarosław Kaczyński od dawna lubi głosić spiskowe teorie. Twierdzi on, że współczesna Polska od samego początku jest skażona przez oszukańczą umowę roku 1989 między partyjnym aparatem, a kierownictwem Solidarności. Zupełnie ostatnio reprezentowana przez niego partia opracowała zestaw coraz bardziej szalonych teorii, jakoby katastrofa samolotu w Smoleńsku w roku 2010, w której śmierć poniósł jego brat Lech (wówczas prezydent) oraz wielu innych ważnych urzędników państwowych nie była zwykłym wypadkiem. Podczas gdy wszystkie dowody wskazują na to, że przyczyna katastrofy był błąd pilota, politycy PiS-u sugerują, że to albo Rosja wytworzyła sztuczną mgłę, albo że na pokładzie wybuchła bomba, a Rosjanie zamordowali tych, którzy przeżyli. Doszło do tak absurdalnej sytuacji, że stosunek do owego wypadku stał się dla prawicy w Polsce papierkiem lakmusowym patriotyzmu.
[…] Skonfrontowanym z tą sytuacją, pani premier Kopacz i Bronisławowo Komorowskiemu, niezwykle popularnemu prezydentowi, nie pozostaje więc nic innego, jak wzywać do pokoju i ostrzegać przed nieodpowiedzialnym i groźnym dla Polski zachowaniem Kaczyńskiego. Tego typu postawa, która pokazała swoją skuteczność już w pierwszych dniach po katastrofie w Smoleńsku, zniechęcając umiarkowanych Polaków do PiS-u, może znów okazać się sukcesem. Najnowsze sondaże opinii publicznej wskazują, że wspierany przez Platformę Obywatelską Bronisław Komorowski cieszy się zaufaniem 80% Polaków, natomiast premier Kopacz zajmuje drugie miejsce z poparciem 62%. Jarosławowi Kaczyńskiemu natomiast ufa zaledwie jedna trzecia Polaków, a więc trochę powyżej tego, czym się może pochwalić jego partia. Należy więc mieć nadzieję, że jeśli władzy w Polsce uda się ostudzić najbardziej rozpalone umysły, uda się też ocalić porządek demokratyczny przed katastrofą, jaką szykują dla Polski martyrologiczne kompleksy Jarosława Kaczyńskiego”.
Z mojego punktu widzenia, ów tekst sam w sobie robi wystarczająco duże wrażenie, natomiast znacznie bardziej interesujące są dwie inne kwestie. Otóż przede wszystkim zastanawia to, że ów tekst jest niepodpisany, a to by sugerowało, że on tu funkcjonuje, jako głos redakcji, a przez to i wydawcy. A zatem, biorąc pod uwagę fakt, że tematem tej analizy nie są jakieś lokalne brytyjskie przepychanki, ale sytuacja zagraniczna, mamy do czynienia z głosem Imperium. Druga rzecz warta uwagi, to taka, że skoro Imperium ogłasza – a ogłasza jak najbardziej – że Smoleńsk to zwykły wypadek, w dodatku wypadek, w którym zginął zaledwie „Lech, brat Jarosława, wówczas prezydent”, to znaczyć musi, że my tu przed sobą nie mamy żadnego praktycznie ruchu. Z tego jednego zdania wynika niezbicie, że z ich punktu widzenia, tak naprawdę nie stało się nic. A skoro tak, to nie należy się spodziewać, by temat miał wrócić kiedykolwiek ze zwiększoną mocą. Tu, jak to mówią, wszystko jest już pozamiatane. W Smoleńsku zginął „Lech, brat Jarosława” i kropka.
Jedyne co nam pozostaje, to tylko trzymać się tej jednej, ostatniej już nadziei, że nawet nad Imperium jest jeszcze System, i to oni, ci co trzymają ten świat w garści, będą decydować. To oni mogą sprawić, ze wszystko się zmieni z dnia na dzień. Niekoniecznie na lepsze. Jak większość z nas wie, lepiej będzie dopiero wtedy, gdy to wszystko ostatecznie pieprznie. No ale jest szansa, że zanim umrzemy, choć przez chwilę zobaczymy, jak pachnie sprawiedliwość, czy choćby jej namiastkę.

Prawdopodobnie jutro pojawi się jeszcze jedna notka, niemniej już dziś przypominam, że w sobotę będę podpisywał swoje książki na targach historycznych w Warszawie. Wszystkich, również tych, którzy nie planują nic kupować, ale chociaż zamienić parę słów, serdecznie zaprasza. Książki tymczasem są wciąż dostępne pod adresem www.coryllus.pl

wtorek, 25 listopada 2014

O tym, jak obserwatorzy OBWE zabrali babci dowód

Pisałem tu o tym parokrotnie, ale nie zaszkodzi to powtórzyć. W moim pojęciu, jednym z największych nieszczęść, jakie trapi nasze społeczeństwo jest brak pamięci. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby każdy z nas miał w głowie takie miejsce, gdzie trzymałby choćby trzy czy cztery fakty z naszej najnowszej historii, które kiedyś uważał za ważne i o czymś jednak decydujące, wszystko stałoby się na tyle proste, że aby podejmować kolejne decyzje, nie musielibyśmy ani się z nikim konsultować, ani niczego sprawdzać, ani nawet jakoś szczególnie się nad wyborem zastanawiać.
Oczywiście, kiedyś było wszystko proste. Człowiek wiedział, że jeśli któryś z nich coś powie, to znaczy, że jest dokładnie odwrotnie; jeśli któryś z nich nam coś doradzi, to mamy postępować jakkolwiek, tylko nie tak, jak nam powiedziano; jeśli ktoś, kto jest stamtąd, proponuje nam jakiś deal, trzeba wiać gdzie pieprze rośnie. Czemu tak? Bo tak. Bo to jest cała nasza wiedza i jest to wiedza dobra. Dziś już z tą wiedzą nie jest tak wygodnie. Dziś musimy patrzeć, słuchać i starać się zapamiętywać.
Co pamiętam ja? Pamiętam, jak sądzę, dość dużo. Oczywiście czasem mam problemy ze szczegółami, a więc z niektórymi twarzami, czy datami, jednak co do tego, co ważne, pamiętam wszystko wystarczająco dobrze. Jakis czas temu tu na blogu wspominałem dwa niezwykłe zdarzenia jeszcze z roku 2005, kiedy to po podwójnym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości cała Polska, w ramach akcji prowadzonej przez radio RMF FM, została oblepiona wielkimi czarnymi banerami, wzywającymi kolejne grupy zawodowe do emigracji. Pamiętam najpierw pierwszego bohatera owej akcji, jakiegoś człowieka z Łodzi, który uruchomił procedurę rezygnacji z polskiego obywatelstwa, a następnie drugiego z nich, drobnego dworcowego pijaka, którego ciągano po wszystkich możliwych mediach, by mógł bezkarnie obrażać polskiego prezydenta.
Dziś jednak chciałbym wrócić pamięcią do roku 2007, kiedy to CBA wykryło korupcję na szczeblu władzy, dokonało serii zatrzymań, a ponieważ zatrzymania dotyczyły polityków koalicji rządowej, nastąpił ciężki i gwałtowny kryzys polityczny, w wyniku którego Jarosław Kaczyński podał rząd do dymisji, a prezydent Kaczyński rozwiązał Sejm i zostały rozpisane nowe wybory.
Pamiętam też oczywiście nieco wcześniejszy proces odwoływania wszystkich kolejnych ministrów, bez jakichkolwiek uzasadnień merytorycznych, bez jakichkolwiek widocznych argumentów poza jednym – że on czy ona to minister zły i niekompetentny. To nie były takie czasy, gdzie któryś z nich coś nabroił i opozycja składała wniosek o jego odwołanie. Wtedy było tak, że Sejm był miejscem nieustannej, bezwzględnej i najbardziej brutalnej awantury, trwającej dzień za dniem, wspieranej przez opanowane przez opozycję media, gdzie każdy – dosłownie każdy – minister musiał się zmagać z wnioskiem o odwołanie. Kiedy dziś się tak powszechnie wspomina Zbigniewa Religę, jako polskiego bohatera, to ja nie mogę nie pamiętać, jak on był traktowany wówczas, podczas tamtego przewrotu.
Ale pamiętam jeszcze coś. Kiedy wszystko się jeszcze dopiero decydowało, ale każdy już wiedział mniej więcej, jak wygląda przyszłość, jednym z głównych bohaterów owej awantury był Janusz Kaczmarek, z jednej strony ktoś kto stał w samym centrum afery, która do niej doprowadziła, a z drugiej kandydat tych, którzy do niej z kolei doprowadzili, na premiera. I pamiętam, że wówczas polityczna sytuacja owego Kaczmarka w niczym nie przypominała tej, w jakiej się dziś znajduje prof. Gliński. Z niego ani nikt się nie śmiał, ani nie szydził, ani go z Sejmu nie wyrzucał, tłumacząc, że jemu tam się kręcić nie wolno. To był kandydat na premiera, zgłoszony przez samego Romana Giertycha, który ma swoje prawa i swoją powagę.
No i na końcu pamiętam jeszcze coś. Oto, kiedy już Jarosław Kaczyński uznał, że dalsze rządzenie nie ma perspektyw i że jedyne co mu pozostaje, to albo dać się skorumpować, albo odwołać do głosu społeczeństwa, cała opozycja, całe media, tak zwane autorytety, cała popularna kultura, wezwały do objęcia procesu wyborczego nadzorem ze strony obserwatorów OBWE. Ja to pamiętam znakomicie, jak z każdej strony słychać było głosy, że Jarosław Kaczyński będzie próbował sfałszować nadchodzące wybory, w związku z czym należy się o pomoc i ochronę zwrócić do organizacji międzynarodowych. To w pewnym momencie stało się pierwszym tematem polskiej debaty: jak ochronić polskie społeczeństwo przed niewątpliwą próbą sfałszowania wyborów. I wtedy nikt nie krzyczał, że dla takiego kraju jak Polska kontrola OBWE to wstyd i hańba. Nikt nie zastanawiał się, jak ów fakt, że z wszystkich krajów europejskich akurat Polska została uznana za miejsce, które wymaga szczególnej tego typu ochrony, wpłynie na naszą reputację. Ale i sam Jarosław Kaczyński, premier ustępującego rządu, jakoś szczególnie z tą przedziwną koncepcja nie walczył i ostatecznie wybory jesieni roku 2007 przeszły do historii, jako te, nad których uczciwością musieli stać obserwatorzy OBWE. I na szczęście bardzo skutecznie, bo ani resztki po reżimie Prawa i Sprawiedliwości nie zdołały nic zniszczyć, ani też owa niespotykana w cywilizowanym świecie akcja propagandowa prowadzona przez Leszka Balcerowicza i jego Forum pod tytułem „zabierz babci dowód” nie spotkała się z jakąkolwiek krytyką. Wybory wygrała Platforma, po paru latach doszło do Smoleńskiej Katastrofy, no i wtedy dopiero dostaliśmy wszyscy okazję ujrzenia, jak się robi politykę w Chicago i okolicach.
Mija 7 lat od czasu, gdy obserwatorzy OBWE zabrali dowód babci i wrócili do swoich codziennych zajęć gdzieś w odległych zakątkach Europy, a my wciąż liczymy te głosy. A najsmutniejsze jest to, że mi akurat nawet się nie chce sprawdzać, jak się sytuacja zmienia.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki, w tym oczywiście ostatnia, o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. W sam raz na dzisiejszy jesienny dzień.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Słynny helikopter, czyli jak zdechł rynek książek

Skończyły się targi książki w Katowicach, już za parę dni jesteśmy w Warszawie, za kolejnych kilka dni jedziemy do Wrocławia, a ja z każdym dniem mam coraz silniejsze przekonanie, że jeśli oni nie podejmą jakichś bardziej radykalnych kroków, których celem będzie wyrzucenie nas z tego rynku, już za parę lat, jedyne polskie książki, jakie ludzie w Polsce będą kupować, to będą kolejne książki moje i Gabriela. Inna sprawa, że to i tak będzie musiało nastąpić. Sytuacja na rynku jest bowiem taka, że ludzie w końcu poczują się zmuszeni do tego, by zacząć szukać na własną rękę. To bowiem, co mamy dziś, jest już zwyczajnie nie do utrzymania.
Trochę w kwestii owych targów najpierw opowiedziałem ja w sobotę, dziś swoje refleksje dorzucił Gabriel, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na aspekt, o którym on wspomniał zaledwie w jednym zdaniu, a który ja uważam za niezwykle wart specjalnej uwagi, a chodzi mi mianowicie o ludzi, którzy pojawiają się na kolejnych spotkaniach niemal wyłącznie ze względu na nas i nasze książki. Zanim jednak do tego przejdę dorzucę kamyk lub dwa do tego o czym dziś czytaliśmy na blogu Coryllusa. Otóż, wbrew moim obawom, pojawił się ostatecznie w Katowicach pisarz Pilipiuk i przyznaję, że wzbudził pewne zainteresowanie. Najpierw posadzono go na prowizorycznej estradzie, przeprowadzono z nim krótką rozmowę, a następnie przeniesiono na fotel obok, gdzie już stała może trzydziestoosobowa kolejka głównie młodych dziewcząt z prośbą o autograf. Ponieważ Pilipiuk ma zwyczaj, by ze swoimi czytelnikami rozmawiać dokładnie tak długo, jak długo trwa składanie przez niego podpisu (swoją drogą, polecam sposób, w jaki on trzyma długopis – to jest coś tak oryginalnego, że ja nie znajduję ani odpowiedniego porównania, ani słów, by to opisać), kolejka po kilku minutach się skończyła, a on już do końca dnia, znudzony krążył od stoiska do stoiska, bez celu, bez powodu i bez jednego słowa skierowanego pod czyimkolwiek adresem.
Wydawnictwo, które sprzedawało wspomniana przez Coryllusa książkę pod tytułem „Seksturysta”, nosi nazwę Robertson Polska, natomiast autor nosi oczywisty pseudonim, Adam Ambler. Chciałem coś znaleźć w Internecie na temat tego czegoś i oto co tu mamy:
Bohaterem Seksturysty jest Adam - handlowiec, samiec Alpha, podróżujący do różnych krajów, w tym wypadku do Indonezji, w poszukiwaniu miłości. Nie jest to miłość jaką znamy z tanich romansideł. Bohater szuka jej, spotykając się z przypadkowo napotkanymi kobietami, prostytutkami, kelnerkami, czy dziewczynami ze stron matrymonialnych, w jednym konkretnym celu - aby odbyć z nimi stosunek seksualny. Ale w każdym z tych aktów seksualnych jest pragnienie spotkania tej prawdziwej miłości, która, choćby oparta tylko na fizycznym kontakcie, spełniłaby poszukiwania bohatera.
Razem z nim zwiedzamy Indonezję. Zagłębiając się w lekturę barwnych opisów, oczami wyobraźni zobaczymy wiele miast, takich jak Dżakarta, Semarang, Dżogdżakarta oraz wyspę Bali. Dzięki jego opowieściom poznamy wygląd indonezyjskich kobiet, kobiecość balijskich dziewcząt i wiele egzotycznych legend, mitów oraz opisów życia mieszkańców Archipelagu Indonezyjskiego.
Przede wszystkim znajdziemy w tekście mnóstwo opisów erotycznych scen, z których wiele, jak słynny ‘Helikopter’, wykonywany przez chińskie prostytutki w Hotelu Alexis, czy tajemnicze kabazzah, czyli sekretne pobudzanie skurczami pochwy penisa partnera, na pewno zszokują czytelników. Adam jest dla czytelnika przewodnikiem po ogromnym, podziemnym świecie seksturystyki. Świecie, który bardzo trudno było by poznać, nawet samemu podróżując przez ten kraj. Są w nim dziesiątki klubów z kilkoma setkami młodych prostytutek, specjalne przyjęcia dla VIP-ów, pełne publicznych orgii, a także wiele innych - cichych, małych miejsc, gdzie biedne dziewczyny sprzedają swoje wdzięki za kilka misek ryżu.
Seksturysta, oprócz rangi przewodnika po podziemnym świecie płatnego seksu, jest również współczesną wersją moralitetu, w którym bohater uosabia cechy całej samczej męskości, a walka, jaką prowadzi z sobą samym, doprowadza go w końcu do celu i oczyszczenia, ale jakiego to już sami musicie przeczytać”.
No i mamy jeszcze fragment owej literatury:
Miała małe, szpiczaste, sterczące piersi, całowałem je przez długą chwilę, ale widać było, że Awan chce czegoś więcej. Sama zdjęła swoją bieliznę i uważnie patrzyła na moje ciało, kiedy pozbywałem się swoich sportowych spodenek. Oblizała wargi na widok mojego nabrzmiałego członka. Klęcząc na przeciwko siebie – na łóżku, całowaliśmy się, a mój sterczący biały kutas lśnił mocnym kontrastem na tle jej brązowego brzucha. Złapała za niego i opadła na plecy, kierując jego żołądź w stronę czerwonawych warg sromowych swojej cipki. Pchnąłem, gdy uniosła biodra i wszedłem w nią powolnymi ruchami bioder. Złapała mnie za moje sutki i szczypała je na przemian, wykręcając, gryząc, szarpiąc, aż zamiast przyjemności poczułem ból. Jęczała przy tym głośno, zapominając o swojej roli wyniosłej, barokowej damy, którą odgrywała przede mną przez ostatnie kilka godzin. Całowałem jej piersi i masowałem pośladki, wbijając się w nią bardzo mocno. Awan krzyczała z rozkoszy, raz za razem unosząc swoje biodra na spotkanie z moim kutasem”.
Jak już pisał o tym Gabriel, owo wydawnictwo i ową książkę – jedyną ofertę na tym stoisku – mieliśmy niemal tuż obok nas i mimo, że oni zatrudnili do tej niezwykłej reklamy trzy biedne przebrane za egzotyczne prostytutki dziewczynki, z tego co udało mi się zauważyć, ani jeden człowiek nie kupiła ani jednej książki. Powiem więcej – ani jeden człowiek nawet się przy tym stoisku nie zatrzymał. I ja to rozumiem. Na tych targach w ogóle nie było najlepiej, ale to co się działo na stoisku Robertson Polska stanowiło jednak ewenement. Zero ruchu. Zero. Tylko te trzy dziewczynki w czarnych chustach i siatkowanych pończochach.
Ktoś się spyta, po co ja o tym piszę. Otóż sprawa jest prosta. W moim rozumieniu, to jest wszystko, tak naprawdę, co się dzieje na rynku książki dziś, a jutro i pojutrze może być już tylko gorzej. Oczywiście, ów „Seksturysta” to swego rodzaju patologia, ale patologia pokazująca kierunek: to musi iść w tę stronę. No i na tym tle mamy książki moje i Gabriela.
Jestem pewien, że wielu czytelników tego bloga nie bardzo wie, jak wygląda nasza sprzedaż w szczegółach. Targi mamy w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Białymstoku i w Katowicach i kto miał okazję, to wie, jednak gdy chodzi o Przemyśl, Poznań, Łódź, Szczecin, Bydgoszcz, Olsztyn, Gdańsk, czy Lublin, musi być znacznie gorzej. Otóż wszystkim tym, którzy pochodzą z tych miejsc i okolic chciałbym powiedzieć, że to co się dzieje na naszym stoisku przerasta wyobrażenie nawet najbardziej oddanych z naszych przyjaciół. Kiedy Gabriel, czy ja, dziękujemy „wszystkim, którzy zechcieli przyjść do nas i kupić nasze książki”, bardzo łatwo można pomyśleć, że to jest tylko zwykła kurtuazja, która dotyczy kilku osób, tymczasem nic podobnego: to są dziesiątki, a nawet setki osób. To jest ruch, który przez znaczna część dnia niekiedy się zwyczajnie nie kończy. I, co najważniejsze, to są osoby, które na tych targach pojawiają się tylko dla nas. To są osoby, które tam przychodzą, by wydają nie 50, czy 100 złotych, ale grube setki, niekiedy tysiące (swoją drogą, to oni tworzą tę słynna „pisowską nędzę”). To są wreszcie ludzie, którzy mają świadomość, że bardzo często to co my proponujemy to jedyne, co im, jako tym, którzy lubią czytać, zostało.
W sobotę po targach poszliśmy do mnie do domu na przygotowaną przez moja żonę kolację, , ale wcześniej, by trochę na spokojnie jeszcze pogadać, zaszliśmy do jednego z katowickich pubów, którego nazwy póki co nie zdradzę. Właścicielka tego miejsca, kiedy się dowiedziała, czym się zajmujemy, od razu zaproponowała nam serię spotkań autorskich. I to już jest umówione. A więc informacja jest taka: jeśli tylko nam nie zlikwidują Internetu, nie mają żadnych szans. Ale nie mają szans nawet wtedy, gdy go zlikwidują, jednak o ile nie zrobią tego już dziś. Każdy kolejny dzień zbliża nas bowiem do końca tego, co w tak drastyczny, ale jakże prawdziwy sposób ukazał nam przypadek książki pod tytułem „Seksturysta”.
Na koniec apel do tych, których TenCoNiePrzepuszczaŻadnejOkazji ma szczególnie na oku. Możecie już w tym momencie dostać cholery.

Jak wspomniałem, w najbliższy weekend mamy targi w Warszawie, w następny we Wrocławiu. Gabriel tam jest codziennie, ja tylko w sobotę. Jedną i drugą. Ale jestem. Zapraszam. Oczywiście wciąż jest czynna księgarnia pod adresem www.coryllus.pl

sobota, 22 listopada 2014

Kto pierwszy spocznie obok Leszka Millera?

Jak już prawdopodobnie większość czytelników tego bloga wie, w tych dniach odbywają się w Katowicach targi książki, a więc razem z Gabrielem udzielamy się towarzysko i handlowo w Spodku, i tym sposobem, nasze pisanie na blogach musiało albo ulec zawieszeniu – jak to się ma w przypadku Gabriela – albo sprowadza się do takiego trochę chaotycznego relacjonowania wszystkiego, co wydaje się godne zrelacjonowania, z czym będziemy mieli do czynienia tutaj. A zatem najpierw te targi. Z tego co zdążyliśmy zaobserwować dzisiaj, wynika bezsprzecznie, że gdy chodzi o Katowice, nie mamy do czynienia z żadnymi targami, lecz ze zwykłym tak zwanym „przewalaniem budżetu”. Myślę, że Gabriel w poniedziałek, kiedy wróci do domu, przedstawi problem dokładnie, a ja też może tu w swoim czasie dorzucę swoje trzy grosze, w tej chwili natomiast może tylko powiem, że dziś sytuacja na wspomnianych targach była taka, że gdyby nie pewna kobieta, która przed siedmioosobową publicznością odczytywała z kartki przerobione na śląską gwarę wiersze Brzechwy i Tuwima, jakiś pisarz, który opowiadał o swoich wrażeniach z więzienia w Tajlandii, do którego trafił na sześć lat przez to, że nieroztropnie uległ prowokacji lokalnej policjantki, która namówiła go na przemyt narkotyków, no i nas dwóch, którzy od pewnego momentu byli jedynymi autorami budzącymi jakiekolwiek zainteresowanie, w katowickim Spodku nie działo się nic, a wspomniane targi odbywały się wyłącznie w teorii. Ostatnio mieliśmy okazję się tu wystawiać dwa lata temu i wśród targowych atrakcji był nawet pisarz Pilipiuk i prof. Bralczyk. Dziś mieliśmy tylko te trzy wspomniane przeze mnie zdarzenia. Na tym koniec.
A tymczasem wszyscy żyjemy wyborami, a dokładnie rzecz biorąc kompletnie obłąkanym wybrykiem Grzegorza Brauna, Ewy Stankiewicz i niezidentyfikowanej reszty, którzy zamiast zaangażować się w pracę na rzec zwycięstwa kandydatów PiS-u w zbliżającej się już praktycznie za tydzień drugiej turze wyborów, postanowili… no właśnie nie bardzo wiadomo, co postanowili. Nabyta życzliwość w stosunku obojga nakazywałaby uznać, że postanowili zrobić z siebie durniów, natomiast rozum podpowiada, że wcale nie mamy do czynienia z durniami, lecz z bardzo wyrachowanymi cwaniakami, i dalej już ani słowa, bo robi się naprawdę nieprzyjemnie.
Kiedy Bronisław Komorowski w wyborach w roku 2010 pokonał Jarosława Kaczyńskiego, napisałem tekst, w którym, w bardzo głębokim przekonaniu, że mam bezwzględną rację, wyraziłem opinię, że wybory zostały bezczelnie sfałszowane. Pod moim tekstem ukazał się komentarz naszego przyjaciela LEMMINGA, informujący mnie, że lepiej by było dla nas wszystkich nie przyjmować tego typu rozwiązań do wiadomości, ponieważ o ile zwykłe morderstwo daje nam jakieś drogi wyjścia, sfałszowane wybory, stanowi tak zwany „game changer”, a więc sytuację, z której jedynym wyjściem jest albo rewolucja, albo zamach stanu. Co w naszej polskiej sytuacji jest bardzo trudne do wyobrażenia. I ja się z LEMMINGIEM w podstawowym sensie jego komentarza zgadzam do dziś: otóż – choć wciąż podtrzymuję swoją oryginalną opinię, że wybory w roku 2010 zostały sfałszowane – zgadzam się co do tego, że to co się wtedy stało, stanowiło klasyczny „game changer”, a dowodem na to jest to, z czym mamy do czynienia dziś. Z jednej strony, z władzą, która nie jest w stanie już zatrzymać owej spirali wyborczego kłamstwa, a z drugiej z oczywiste siłami, które owej sytuacji nie mają życzenia dłużej tolerować. A zatem, musimy stwierdzić, że to, co obserwujemy dzisiaj, to wojna między skorumpowaną władzą, a Systemem, który zdaje sobie sprawę z tego, że bez podstawowego, gwarantowanego przez współczesny, cywilizowany świat komfortu, interesów robić się nie da.
W reakcji na nadchodzące do nas informacje o awarii programów obsługujących proces wyborczy, napisałem krótki felieton dla „Warszawskiej Gazety”, gdzie przedstawiłem – nie wiem, po raz który już – opinię, że to z czym mamy do czynienia, to wojna, w której my akurat nie mamy nic do powiedzenia. Zgodnie z tradycją, tyle że w tym nieco bardziej chaotycznym wymiarze, chciałbym swoje myśli przedstawić i tutaj. Proszę posłuchać:


Przedstawiałem tę swoją teorię już i tu w „Warszawskiej Gazecie” i kilka razy na swoim blogu, ale ponieważ właśnie zakończyły się wybory samorządowe i Państwowa Komisja Wyborcza właśnie ogłosiła, że nie wiadomo, kiedy pojawią się oficjalne wyniki wyborów, nie wiadomo, w jakiej formie, i że im z tego powodu jest bardzo przykro, to ja sobie myślę, że skoro oni się aż tak wybezczelnili, ja już nie widzę najmniejszych przeszkód, by ze swoimi teoriami pójść jeszcze bardziej do przodu.
Kiedy ten felieton będzie się ukazywał w „Warszawskiej”, jest możliwe, że wyniki tych wyborów będą ogłoszone, i to niewykluczone, że z jeszcze wyższym, niż zapowiadane, zwycięstwem PiS-u, pewne podejrzenia mieć możemy. Otóż od pewnego czasu, jak wiele na to wskazuje, coś czego natury do końca nie znam, ale co chętnie nazywam Systemem, prowadzi tajną wojnę z ową siecią, którą przez minione 7 lat zastawiła na Polskę Platforma Obywatelska. Gdyby ktoś coś przegapił, króciutko powiem, o co mi chodzi. Otóż, moim zdaniem, Platforma Obywatelska przez te kilka lat z jednej strony wykazała się tak potężną niekompetencją, że zagroziła podstawom funkcjonowania samego państwa, z a drugiej poczuła się tak bezkarna, że zrobiła coś, czego cywilizowany świat zwyczajnie nie robi, a więc zaczęła fałszować wybory, tworząc idealne podstawy do tego, by władzy nie oddać nigdy. I ta właśnie sytuacja okazała się nie do zniesienia nie tylko dla znacznej części społeczeństwa, ale również dla różnego rodzaju interesów działających na poziomie Systemu, a więc poziomu, gdzie już nie liczy się doraźna polityka, ale tylko pieniądz. Widząc, że przez owo obłąkanie władzy, ponosi bardzo realne straty, System postanowił zaatakować. Na różnych poziomach i z zastosowaniem różnych środków, i moim zdaniem, obserwowana przez nas ostatnio seria kompromitacji władzy, te wszystkie afery, włącznie, i może najbardziej, z tą dzisiejszą, w postaci awarii systemu liczenia głosów, jest wynikiem oczywistej prowokacji. Jeśli na to, co się dzieje, spojrzymy logicznie i bez emocji, nie będziemy mieli innego wyjścia, jak uznać, że to co spotkało PKW, to atak mający na celu ostateczne rozbicie całego systemu fałszowania w Polsce wyborów. A skoro tak, to na samym końcu tego planu stoi odsunięcie od władzy Platformy Obywatelskiej. A z brutalności tego ataku, możemy sądzić, że jego wynik może być jeszcze bardziej spektakularny i ostateczny, niż to, z czym mieliśmy do czynienia w latach poprzedzających upadek Millera i Kwaśniewskiego.
Że szykuje się coś na kształt ostatecznego rozwiązania mogliśmy już przypuszczać poznając sondażowe wyniki dające zwycięstwo Prawu i Sprawiedliwości. Dziś nie mam najmniejszych wątpliwości, że to co obserwujemy, to kolejna odsłona tej samej akcji. Na zastanawianie się, co zrobić z PiS-em oni mają czas. Z Platformą muszą skończyć natychmiast. I to właśnie robią. Bardzo to zabawne. Niemal jak w filmach o chicagowskiej mafii.

Każdego, kto mieszka w Katowicach, lub niedaleko, zapraszam do Spodka, gdzie z Gabrielem jutro jeszcze i pojutrze będziemy do nieustannej dyspozycji. Tych, którzy mieszkają w okolicach Warszawy proszę o to, by przyszli w następną sobotę na targi książki historycznej, a ja tam wtedy też będę. Mieszkańców Wrocławia i okolic zapraszam z kolei do Wrocławia właśnie na doroczne targi we Wrocławiu, gdzie też obiecuje się pojawić i w kolejną sobotę. A zatem, jak widać, wiele przed nami.

środa, 19 listopada 2014

Tu Morrisey, tu targi, a tu System bierze Platformę za twarz

Dziś niestety bardzo krótko. Rzecz jednak w tym, że te dni są dla mnie o tyle szczególne, że musiałem niemal wszystkie obowiązki z całego tygodnia skupić w dwóch dniach, w dodatku jeszcze czekały na mnie dwa obowiązkowe teksty dla Bachurskiego – a więc cotygodniowy felieton dla „Warszawskiej Gazety” i tekst o milionerach dla „Gazety Finansowej” – a więc jestem kompletnie wypalony. W dodatku, sprawę którą dziś wszyscy żyjemy, a więc ów ostateczny krach państwa Platformy Obywatelskiej, zdiagnozowałem w tekście dla „Warszawskiej” i tu nawet nie bardzo jak mam o tym pisać.
Co mam na myśli, mówiąc o szczególnym dla mnie tygodniu? Otóż za moment wyjeżdżam do Warszawy na zaproszenie naszego – ostatnio bardzo skrytego, ale wiernego – kumpla LEMMINGA, który postanowił mnie wyciągnąć na koncert Morisseya, no i zwyczajowo ugościć, a już w piątek w Katowicach zaczynają się targi, na których wraz z Gabrielem będziemy sprzedawać wszystko, co mamy najlepszego, no a przy okazji spotykać się z każdym, kto tylko zechce przyjść i pogadać. W międzyczasie wieczorami będę jeszcze uczył. I tak mi zejdzie do niedzieli.
A więc daję słowo, że nawet gdybym miał pod ręką dziesięć fascynujących tematów, to już zwyczajnie nie mam siły. Bardzo proszę o wyrozumiałość.

Książki oczywiście czekają na każdego, kto wie, co dobre, pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Jak głosowali Tomasz Jaśkiewicz i Mariusz Solecki, a jak my?

Ponieważ wczoraj wieczorem uznałem za stosowne zabrać głos w sprawie wyborów, uważam, że należy się Czytelnikom parę słów wyjaśnień. Otóż wczorajsza notka była, owszem, spowodowana częściowo tym, że wstępne sondażowe wyniki – po raz pierwszy od wielu lat – podały wyraźne zwycięstwo PiS-u nad Platformą, i to zrobiło na mnie pewne wrażenie. Nie mogę sobie bowiem wyobrazić lepszego potwierdzenia słuszności głoszonej przeze mnie od paru lat teorii, że między Systemem a rządząca Platformą Obywatelską toczy się wojna, której zwycięzcą może być tylko System. Ja wiem, że przez parę jeszcze dni będą się toczyły tajne targi odnośnie ostatecznych wyników tych wyborów, jednak tendencja jest już zaznaczona i dla Platformy w sposób oczywisty niekorzystna.
Drugi powód, dla którego zająłem się tym tematem, był już bardziej osobisty. Otóż ja tymi wyborami się praktycznie nie interesowałem, a ich wynik zajmował mnie tylko o tyle, o ile w ogóle interesuje mnie los tej bandy oszustów, którzy polską rządzą już od 7 lat. A więc, jeśli w ogóle zareagowałem, to głównie dlatego, ze wydawało mi się, że zareagować powinienem; że są ludzie, którzy chcieliby się dowiedzieć, co ja sądzę na temat tego, co się wydarzyło, i na choćby parę słów z mojej strony czekają. A więc to co mi leżało na sercu, napisałem. Natomiast poza tym, daję słowo, że tym razem, kiedy dzień wyborów w końcu nadszedł, ja już się znajdowałem kompletnie gdzie indziej i naprawdę bez jakiegokolwiek żalu. I proszę sobie wyobrazić, że nie tylko ja. Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj wieczorem myśmy faktycznie włączyli wieczorem telewizor, faktycznie zerkaliśmy co chwilę okiem na ekran, by wiedzieć, co się tam dzieje, ale kiedy oni podali pierwsze wyniki, żadne z nas tego momentu nie zauważyło. Ja pisałem kolejny tekst dla Bachurskiego, żona sprawdzała jakieś prace, dzieci zajmowały się sobą… i wtedy dopiero ja rzuciłem okiem w telewizor, a tam już od paru minut emocjonowano się, że PiS wygrał.
Podobnie dziś rano. Obudziłem się i w ogóle nie pamiętałem o tych wyborach. Myślałem o dziesiątkach różnych rzeczy, a więc o tym, że ten tydzień będzie bardzo pracowity, bo to i normalna praca i w środę jadę do Warszawy na Morisseya, potem mamy te targi w Spodku, ale też i o tym, że pies jakiś chory i że mój biedny syn znów miał nocny dyżur i ciekawy jestem, jak on długo to wytrzyma, i dopiero wtedy sobie przypomniałem o tych wyborach i zajrzałem do Salonu, by sprawdzić, do kiedy Partia każe PKW naprawiać te ich komputery. No a chwilę później, i tak byłem już zupełnie gdzie indziej, czyli mianowicie, proszę sobie wyobrazić, przy Tomaszu Jaśkiewiczu, gitarzyście Chochołów, a potem już głównie Niemena. Właśnie tak: dalej już tylko myślałem o Jaśkiewiczu, o książce, którą on z jakimś drugim właśnie wydali, no i o tym, że ja dziś z okazji tych wyborów napiszę recenzję książki.
Jak wiedzą ci, którzy czytali moją książkę o rock’n’rollu, albo o podwójnym nokaucie, ja do zespołu Chochoły, a przy okazji, siłą rzeczy, do gitarzysty Jaśkiewicza, mam stosunek szczególny, a więc kiedy się dowiedziałem, że zapowiadana jest z nim książka-wywiad, najpierw się oczywiście odpowiednio zdziwiłem, a potem już tylko na tę książkę czekałem. No i właśnie jestem po lekturze, która zrobiła na mnie choćby takie wrażenie, że bardziej o niej myślę, niż o tym, że w Katowicach wreszcie Platforma dostała po nosie.
Zanim przejdę do komplementów, powiem może, co mi się w książce Jaśkiewicza i tego Górki (bo jemu jest Górka) nie podoba. Otóż ona wygląda i leży w ręku mniej więcej tak, jak wyglądały i leżały w ręku książki wydawane w latach, kiedy Jaśkiewicz grał z Chochołami, a potem Akwarelami. Ja wiem, ile kosztowało wydanie mojej ostatniej książki, wiem, ile Gabriel z Tomkiem zapłacili za wydanie „Świętego królestwa”, natomiast gdy idzie o „Byłem gitarzystą Niemena”, to ono musiało kosztować znacznie, znacznie mniej zarówno od jednego, jak i od drugiego. To jest ten rodzaj taniochy, który już na samym starcie, niemal z automatu sprawia, że tę książkę będą kupować wyłącznie ci, co ja bardzo mieć chcą, bo reszta zwyczajnie będzie się brzydziła ją wziąć do ręki, zwłaszcza gdy za to ktoś im każe zapłacić 39,99 zł.
Nie podoba mi się też – choć tu, przyznaję, problemem są moje osobiste kompleksy – że Górka do Jaśkiewicza, było nie było człowieka z pewną bardzo poważną artystyczna historią i mającego w dodatku swoje lata, cały czas się zwraca z tym irytującym, protekcjonalnym „Tomku”, zupełnie, jakby rozmawiał z jakimś znalezionym na ulicy nieszczęściem. No i to mi przeszkadza. Poza tym, wszystkich serdecznie zachęcam do tego, by jednak tę książkę sobie kupili. Oczywiście, zawsze też można pójść do biblioteki, ale ponieważ zakładamy, że jednak Jaśkiewicz jakieś tam grosze od wydawcy za nią dostaje, choćby ze względu na niego, wypada się poświęcić.
Przyznam, że ja dawno nie słuchałem niczyjej opowieści z takim zainteresowaniem, jak tego, co Jaśkiewicz ma do powiedzenia na temat swojego życia – życia w tamtym środowisku, w tamtej Polsce, wśród tamtych ludzi. To jest raport o takiej intensywności, że ja, jak już wspomniałem, dziś mam już tylko w głowie atmosferę owych lat 60-tych, czy początku 70-tych, a więc czasów, których sam byłem dość uważnym świadkiem. No i jest jeszcze sam Jaśkiewicz, jako człowiek. Ja go nigdy nie miałem okazji poznać osobiście, tyle wszystkiego, że – o czym pisałem w swoich „Markach, dolarach…” – zdarzało mi się o niego potykać przy różnych okazjach, natomiast to co robi tu wrażenie zupełnie porażające, to to, jaki to jest miły i skromny człowiek. Wszyscy wiemy, jaki jest dziś styl pisania tego typu wspomnień. To czego publiczność oczekuje i to co oczywiście natychmiast dostaje, to cała kupa z jednej strony szokujących historii z alkoholem, seksem i przemocą w roli głównej, a z drugiej jeszcze więcej nareszcie ujawnionych tajemnic dotyczących tego, jacy byli „naprawdę” ludzie, których cenimy i uważamy za bohaterów. Jaśkiewicz o nikim z nich nie mówi źle. O nikim! Nawet kiedy opowiada o tym, jak całymi miesiącami, biedny i chory chodził do Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, w tym osobiście do jego szefa starego Cejrowskiego, by oni mu zapłacili to co mu się należało, a ten za każdym razem ryczał „Proszę wyjść!”, to i tak opowiada o tym w taki sposób, byśmy potraktowali ów epizod tylko jako epizod, a później i tak pisze, że po latach on z Cejrowskim sobie wszystko wyjaśnili i już było dobrze. Nawet kiedy opowiada, jak się ciężko pochorował i z dnia na dzień, bez słowa, Niemen wyrzucił go z zespołu, i nikt nigdy – w tym sam Szef – nawet do niego nie zadzwonił, by zapytać, co u niego słychać. Pytany o to, albo się wykręca i mówi, że nie ma do nikogo żalu, bo uważa, że nic takiego się nie stało, albo zbywa pytania uwagą, że on w tamtym czasie i tak nawet nie miał telefonu.
Nie zalazłem jednego fragmentu w całej książce, by Jaśkiewicz mówił źle o kimkolwiek. Nawet gdy opowiada o tym, jak w pewnym momencie Niemen wpadł w nastrój tworzenia muzyki kompletnie nie do słuchania i do współpracy zatrudnił tych dwóch pajaców, Nadolskiego i Przybielskiego, którzy wszystko to zdominowali do tego stopnia, że ludzie z koncertów zwyczajnie wychodzili, wciąż powtarza, że to byli naprawdę bardzo zdolni muzycy, a to, że się do niego nawet nie odzywali, nawet mu nie mówili „cześć”, traktuje jako szczegół bez znaczenia.
Jest też jedna historia, która zrobiła na mnie wrażenie naprawdę potężne. Otóż już w latach późniejszych, kiedy Jaśkiewicz ów telefon dostał, Niemen do niego zadzwonił i zapytał, co tam u niego. Jaśkiewicz powiedział, że jest biedny i nawet nie ma gitary. No i proszę sobie wyobrazić, że Niemen mu tę gitarę podarował, gitarę naprawdę pierwszej klasy, z tego co mówi, Jaśkiewicz, najlepszą jaką kiedykolwiek miał. Pyta Górka, co z tą gitarą dziś i na to Jaśkiewicz odpowiada, że jej już nie ma, bo kiedy Niemen umarł, zwrócił się do niego Franciszek Walicki i powiedział, że będzie otwierał muzeum rock and rolla i jemu by się ta gitara do tego muzeum przydała. Jaśkiewicz mu tej gitary dać oczywiście nie chciał, ale, jak opowiada, Walicki stopniowo zrobił się tak agresywny, że wreszcie musiał ustąpić i mu tę gitarę dał. Opowiada o tym, a później już, bez dodatkowego komentarza, wraca do tego, by opowiadać, jak to, będąc całkowicie poza środowiskiem, on nawet nie wiedział, że Niemen jest ciężko chory, i kiedy się dowiedział, że on umarł, był w prawdziwym szoku.
Są w książce zdjęcia. Stary jest już ten Jaśkiewicz – starszy, wysuszony, łysy facet z gitarą i z tymi wszystkimi historiami do opowiedzenia. Warto go posłuchać. I pewnie ta jego skromność byłaby dla nas, którzy wiemy bardzo dobrze, kogo słuchamy, miejscami nie do zniesienia, gdyby nie te parę wypadków, kiedy nawet on nie może się powstrzymać, by rzucić jakby od niechcenia – fakt, że mocno zawoalowaną – uwagę, która dla nas niesie przekaz jednoznaczny: „Byłem bardzo dobry. Wówczas najlepszy”. A my się na to nawet nie oburzamy, bo wiemy, że to najprawdziwsza prawda.
Jak już napisałem na początku, ta książka wygląda tak, że z niej pewnie nic nie będzie, poza paroma kawałkami dla wydawcy i dystrybutora. Górka i Jaśkiewicz może za to co im z niej kapnie raz na jakiś czas kupią sobie big maca.
Na targach w Krakowie spotkałem bardzo dobrego kolegę – nauczyciela, Mariusza Soleckiego, z którym miałem przyjemność przez kilka lat pracować w jednej szkole i z którym się lubiliśmy. Proszę sobie wyobrazić, że napisał on ostatnio, a wydawnictwo o nazwie LTW mu wydało, znakomitą książkę pod tytułem „Literackie portrety Żołnierzy Wyklętych”. Ponieważ Solecki uczył polskiego moją starszą córkę, a ona go bardzo lubiła, poprosiła mnie, bym jej kupił tych „Żołnierzy” Soleckiego, a jeśli go zobaczę, bym wziął od niego autograf. Spotkałem więc go, kupiłem tę książkę, wziąłem autograf dla mojego dziecka, no i chwilę pogadaliśmy. Okazuje się, że Solecki już nie jest nauczycielem, pracuje jako magazynier w jakimś sklepie, no a ostatnio dostał pieniądze za tych żołnierzy i ich sprzedaż z ostatniego pół roku – jakieś 400 złotych. No i bardzo się cieszy, bo to jednak są jakieś pieniądze.
A ja podkreślam – książka Soleckiego to jest coś naprawdę dużego. To jest coś naprawdę wyjątkowego. No a w dodatku, przyznać trzeba, oni mu ja wydali znacznie staranniej, niż tamci Jaśkiewicza. Szczerze polecam.
A teraz idę sprawdzić, jak tam serwery.

Przypominam, że na stronie www.coryllus.pl można kupić mój najnowszy wybór tekstów – tym razem o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji.

niedziela, 16 listopada 2014

Lawina


Oczywiście, to co mamy w tej chwili, to wyłącznie sondaże, które, jak wiemy choćby z cudownego rysunku Niewolnika, wciąż są w rękach Ewy Kopacz i jej szefów, a zatem tego, co się stanie jutro, nie wiemy, jednak już dziś można powiedzieć, że mamy lawinę.
Gdyby ktoś nie wiedział, lawina to coś co działa na zasadzie domina. A gdyby ktoś nie wiedział, co to takiego domino, to ja już tylko powiem, że to taka zabawa, gdzie jedna kostka przewraca drugą, druga, trzecią, a nastepne resztę.
Jak mówię, nie mam żadnego sposobu, by wiedzieć już teraz co się dzieje, a zatem biorę bardzo mocno pod uwagę, że już jutro się okaże, że Platforma jednak minimalnie wygrała. Jednak tak to już jest, że choćby te smutne sondaże tworzą lawinę. A lawina to coś absolutnie strasznego. Raz miałem okazję ją usłyszeć. Choćby tyle.

Na szczęście, zawsze są książki. Adres jest bardzo prosty: www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

Co każdy abstynent wiedzieć powinien

Jak tu już nie raz pisałem, ostatnio przy okazji nerwów, jakich dostał red. Piotr Skwieciński w związku z atakiem blogosfery, który pozbawił go możliwości komfortowego wykonywania zawodu, który sobie wybrał, prasy nie czytam, radia nie słucham, telewizji (poza angielska ligą) nie oglądam, a o tym, co się dzieje za oknem, dowiaduję się z blogów. Ostatnio na przykład trafiłem na notkę blogera Sowińca, gdzie ów dziwny człowiek informuje mnie, że oto w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł jakiegoś Krzysztofa Kowalskiego, w którym ów Kowalski omawia wyniki badań „zespołu doktor Jennifer Wiley z University of Illinois”, wskazujące na to, że „niewielka ilość alkoholu usuwa zahamowania w posługiwaniu się językiem obcym”.
Jak pisze Kowalski, a Sowiniec – do bólu ową informacją podniecony – za nim wszystko powtarza na swoim blogu, „naukowcy poddali testowi 1023 studentów z anglojęzycznych uniwersytetów, którym podano różne dawki alkoholu. Zadanie polegało na wymawianiu kompletnie nieznanych słów w jednym z narzeczy używanych w afrykańskim państwie Czad. Ci, którzy spożyli 44 ml alkoholu, lepiej wypadli od tych, którym podano placebo, ale także od tych, którzy wchłonęli 88 ml alkoholu i więcej. Ci ostatni, mając przed sobą testową kartkę, zadawali pytanie w rodzaju: ‘Sostym srobiś?’. Wyniki tych badań uprawomocniają powszechne przekonanie, że jedno piwko jeszcze nikomu nie zaszkodziło, natomiast w porozumiewaniu się z obcokrajowcami już niejednemu pomogło. Poznać pana po cholewach, poliglotę po kuflu”.
Ktoś się zapyta, w czym problem? Co mnie tak w tym poruszyło? Dlaczego ja jestem w tym momencie aż tak wzmożony? Otóż tak naprawdę ani Sowiniec, ani Kowalski, ani nawet „Rzeczpospolita”, która tekst Kowalskiego postanowiła opublikować, ani nawet ci wszyscy ludzie, którzy od dziś, ile razy staną wobec konieczności użycia języka obcego, wcześniej będą się próbowali nawalić. Bo tu nie chodzi o żadnego z nich. Problemem są bowiem uniwersytety i ich najwyraźniej kompletna już bezużyteczność. Nie jest bowiem tak, że jakaś Jeniffer Wiley z Chicago nie ma co z sobą zrobić, więc wpada na pomysł, że ona zbada, czy przypadkiem nie jest tak, że jeśli człowiek jest na lekkim gazie, staje się on bardziej beztroski i odważny, a kiedy wychleje zbyt dużo, przewraca się i zdycha, z tych badań wychodzi jej, że owszem, i na tym koniec. O nie! Za tym co ona robi, zwykle stoi jakiś poważny budżet, wcześniej odpowiednio wynegocjowany, zatwierdzony, a następnie rozdysponowany, a jeśli przy następnej okazji owa Jeniffer przedstawi papier na to, że o jej badaniach pisano nawet w Polsce, będzie mogła mieć pewność, że z głodu już do końca życia nie umrze. Już w dalszej kolejności będzie mogła przeprowadzić naukowy dowód na to – by już pozostać w temacie – że, jeśli człowiek się napije, to chodzi krzywo, albo bełkocze, albo się robi wesoły lub smutny, a jeszcze później, że alkohole wysokoprocentowe są mocniejsze od niskoprocentowych i dlatego, jeśli ktoś chce się upić piwem, to musi go wypić więcej, niż kiedy się zda na polską śliwowicę na przykład. A wyniki owych badań opublikuje już nie tylko Sowiniec i „Rzeczpospolita”, ale również tygodnik „W Sieci”.
Pamiętam, jak poznałem swoją żonę, a ona wówczas była świeżo upieczoną maturzystką, opowiadała mi przy jakiejś okazji, jak to z całej jej klasy najlepiej ustny egzamin z języka angielskiego zdało tych dziesięciu chłopaków, którzy na egzamin przyszli „nawaleni”. Mnie się oczywiście ta historia bardzo spodobała, jako niezwykle zabawna, że tak powiem, filmowo, ale nie mogę powiedzieć, bym był nią jakoś zszokowany: w końcu każde dziecko wie, że (choćby obserwując świat zewnętrzny), kiedy wypijemy jedno czy dwa piwa, jest nam lżej nie tylko w sytuacjach tak trywialnych, jak zwykła międzyludzka komunikacja, ale przy znacznie bardziej wymagających okazjach, a i my to wiemy z własnego ludzkiego doświadczenia, i ten fakt jest tak oczywisty, że nie potrzebujemy się nawet tu zamyślać. Tymczasem nagle się okazuje, że nie dość, że instytucja tak pozornie szanowna, jak Uniwersytet w Chicago, udowodniła swoją całkowitą już dziś bezużyteczność, to równie bezużyteczne okazują się mainstreamowe media, i w dodatku jeszcze kompletnie nie wiadomo, co mamy z blogera Sowińca. I pewnie z tym ostatnim mielibyśmy zmartwienie największe, choćby przez to, że, jak tu ostatnio już się zgodziliśmy, to blogosfera tworzy przyszłość, gdyby nie to, że, gdy chodzi o niego akurat, wszyscy dobrze wiemy, że bez wyjątków, nie byłoby reguł, a reguły się bardzo na co dzień nam przydają. A więc tak jak jest, jest bardzo dobrze.

Już za parę dni, w piątek rozpoczynają się w Katowicach targi książki, na których będziemy z Gabrielem do pełnej dyspozycji. Jak dla kogoś jest za daleko, zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy również moja najnowszą książkę o paleniu licha.

sobota, 15 listopada 2014

Bronisław Komorowski stawia pomniki

Zapraszam do kolejnego felietonu zamieszczonego w najnowszym wydaniu „Warszawskiej gazety”. Dziś o Panu Prezydencie:

Wbrew powszechnemu przekonaniu, Katowice, a więc miasto, w którym mieszkam i pracuję, to miejsce bardzo ładne, bardzo wygodne do życia, no a przede wszystkim niezwykle przyjazne w tym sensie, że ludzie są tu dla siebie bardzo mili, uprzejmi i życzliwi. Nawet w miejscach tak teoretycznie człowiekowi wrogich, jak ZUS, czy Urząd Skarbowy, ja na palcach jednej ręki byłbym w stanie wyliczyć wszystkie te przypadki, kiedy zostałem tam potraktowany nieuprzejmie. Nie wiem, skąd to się bierze, ale tak jest i tu nie ma choćby dyskusji.
Jak wspomniałem, Katowice są też miastem bardzo ładnym. Oczywiście jest cała masa miejsc wciąż bardzo zaniedbanych, brudnych, niekiedy wręcz zapomnianych, niemniej wystarczy podnieść wzrok, by zobaczyć choćby, jak piękne i architektonicznie oryginalne są katowickie kamienice. I to też jest fakt niepodlegający dyskusji.
Byliśmy dziś z żoną obejrzeć sobie dwa nowopowstałe punkty na mapie miasta, a więc nowy budynek NOSPR-u, z salą koncertową o, jak głosi wieść, najlepszej dziś akustyce na świecie, oraz otaczający to miejsce parkowy teren, oraz sąsiadujący z nim kompleks muzealny, wciąż jeszcze nieczynny, lecz zapowiadany już, jako Muzeum Miasta Katowic. I powiem szczerze, że i jedno i drugie pod każdym niemal względem robią wrażenie kolosalne. Jeśli ktoś mi nie wierzy, a ma ochotę sprawdzić, jak daleko się mylę, niech sobie znajdzie odpowiednia grafikę w Internecie i się przekona.
Chodziliśmy sobie więc po owych terenach, podziwialiśmy tę niezwykłą ekspozycję… i oto nagle, jak atak najgorszych sił ciemności, stanęło przed nami świeżo posadzone drzewko, obok pokaźny obelisk, a na nim z odpowiednim ceremoniałem wyryta informacja, że w ten oto sposób miasto Katowice pragnie upamiętnić dzień, w którym Bronisław Komorowski „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej” zasadził w tym miejscu „dąb wolności”, by w ten sposób uczcić 25 rocznicę odzyskania przez Polskę „wolności”.
Stałem przed tym niby-pomnikiem, oniemiały i wstrząśnięty, gapiłem się na ten napis, na to nazwisko, ten tytuł „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej” i nagle zrozumiałem, że to coś tu zostanie już na zawsze, i nawet kiedy czasy się zmienią i wszyscy dostaną to na co zasłużyli, będzie nas straszyło tak, jak te wszechobecne sowieckie pomniki, których my nie mamy determinacji likwidować, bo raz, że nie wiadomo po co, a dwa, że przecież nie wypada. No a tu jeszcze to przecież tylko drzewko.
A już po chwili przypomniałem sobie, że ostatnio mieliśmy bardzo dużo, że to tu to tam zawitał prezydent Komorowski i posadził kolejny „dąb wolności”, a ja się domyślam, że skoro on posadził dąb, to lokalne władze posadziły mu pomnik i to jest coś tak strasznego, że mnie osobiście brakuje słów, a jeśli jakieś mi jednak do głowy przychodzą, to Bachurski mi tu ich i tak nie opublikuje. A w tej sytuacji, by mnie licho nie podkusiło, już się może zamknę.

Przypominam, że moją najnowszą książkę o lichu, które skutecznie palimy, można kupować na stronie www.coryllus.pl. Szczerze polecam. Gdyby to miało kogoś przekonać, moim zdaniem, nie wydałem dotychczas nic lepszego.

piątek, 14 listopada 2014

Jeszcze raz o dziennikarzu złym i gnuśnym

Przyznaję, że kiedy wczoraj zwracałem się do Piotra Skwiecińskiego z pytaniem, czy kiedy on po raz pierwszy zrozumiał, że te wszystkie blogi i tak zwane „dziennikarstwo obywatelskie”, to nieporozumienie i kupa śmiechu, to był trzeźwy, czy może wypity, jego tekst opublikowany w tygodniku „W Sieci”, owszem, znałem, nie tak dobrze jednak, jak ów typ publicystyki na to zasługuje. Było jednak tak, że mój kolega Coryllus dzień wcześniej opowiedział mi, że Skwieciński u Karnowskich ogłasza koniec blogosfery, ja znalazłem ów tekst, szybko go przeczytałem, no i napisałem, co mi serce i rozum kazały. Dziś jednak, trochę, powiem szczerze, sprowokowany przez reakcję pani Bogny Janke, która moja notkę uznała za naruszającą dobre obyczaje, przeczytałem refleksje Skwiecińskiego raz jeszcze i jeszcze raz, i przyznaję: to co ten człowiek napisał jest czymś pod każdym względem tak niewyobrażalnie zdumiewającym, że zwykłe podejrzenia o to, że ich autor zwyczajnie chleje, to dużo za mało. I dziś, może już bez niepotrzebnych insynuacji i z nadzieją, że pani Janke zechce docenić moją dobrą wolę i staranność, chciałbym opowiedzieć dokładnie, co takiego napisał dziennikarz Piotr Skwieciński. A zapewniam, że warto. I wcale nie chodzi o wyzłośliwianie się nad takimi perłami zawodowego dziennikarstwa, jak już wczoraj przytoczone przeze mnie zdanie, gdzie, czyniąc użytek ze swojego kunsztu, Skwieciński pisze, że „sytuacja znormalniała i coraz bardziej normalnieje”, bo w odpowiedzi na ten rodzaj pisarstwa, ja bym musiał już tylko napisać, że „Skwieciński wytrzeźwiał i coraz bardziej trzeźwieje”, a, jak już wcześniej wspomniałem, nie chcę zadzierać z panią Bogną Janke.
Rzecz w tym, że, wbrew pozorom, ja się ze Skwiecińskim trochę zgadzam. To co się dzieje na blogach to faktycznie, że tak to określę, najczęściej syf i ruina. Oczywiście, jeśli twórczość blogerów, choćby i tych najgorszych, zestawimy z tym, czego nam dostarczają na co dzień komentarze choćby na portalu tvn24, czy wyborcza.pl, albo z większą częścią tego, co znajdujemy w gazetach, blogerzy są górą, realnie jednak patrząc, mamy do czynienia z czystą, ponurą amatorką. A zatem, gdyby Skwieciński, przejęty poziomem owej publicystyki napisał, że on, kiedy to wszystko ruszało, miał nadzieję, że te blogi się rozwiną i przez to, że staną się konkurencją dla mediów mainstreamowych, w ten sposób ubarwią ów rynek swoją świeżością, a może nawet zmotywują dziennikarzy zawodowych do większego wysiłku i do starań o wyższą jakość, niestety po latach on widzi, że z tych nadziei nie zostało nic, lub prawie nic, ja bym nawet nie mrugnął. Tymczasem Skwieciński, rozprawiając się z blogosferą, niemal w pierwszym zdaniu przyznaje, że z jego punktu widzenia to, że blogerzy się nie sprawdzili, to wiadomość radosna. Już sam tytuł, „Normalnieje, czyli koniec blogerów”, zwiastuje ten nastrój, a dalej Skwieciński pisze tak:
… z pewną obawą (lecz i satysfakcją) komunikuję, [że] kończy się króciutka era blogerów.[…] Nowe Media miały być triumfem tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Nie zawodowego, nie profesjonalnego. Ochotniczego. Masa, by użyć uroczego terminu z jeszcze dawniejszych czasów, ludowych korespondentów miała zastąpić agencje prasowe”.
A więc, skąd ta satysfakcja? Dlaczego Skwieciński, widząc, że blogi stają się coraz gorsze, tak bardzo się ucieszył? Bo wreszcie będzie normalnie? Bo nie będzie już tej pieprzonej bolszewii (tu tak zręcznie zakamuflowanej pod owych szyderstwem w postaci owej „masy”, „dziennikarstwa obywatelskiego” i „ochotniczego”, owych „ludowych korespondentów”), lecz normalny, porządny kapitalizm? Owszem. Skwieciński nie pozostawia tu żadnych wątpliwości: ma być normalnie, i to normalnie do tego stopnia, że kiedy już to się stanie, to postaramy się wszyscy, żeby było jeszcze bardziej normalnie – tak normalnie, że owa normalność nas zwyczajnie zadusi.
Ale jest jeszcze coś, co ów dziwny człowiek z naiwnością nawet nie dziecka, bo aż tak głupich dzieci nasza Ziemia zwyczajnie nie nosi, przyznaje już chwilę potem. Informuje nas mianowicie Skwieciński, że od czasu gdy pojawił się Internet i ludzie przerzucili się z gazet na blogi, on i jego koledzy w sposób bardzo bezpośredni i jednoznaczny stracili. Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat:
Tylko szkoda, że okres blogerskiej paniki zaszkodził tradycyjnym mediom. Dał bowiem ich właścicielom pretekst do kolejnych cięć, redukcji kosztów i zatrudnienia, w efekcie czego jakość pracy informacyjnej bardzo wyraźnie spadła”.
I tu, uważam, Skwieciński odkrywa się w sposób wręcz nieprzyzwoity, pokazując najwyraźniej jak tylko można, jaki jest dziś jego problem. Otóż oni najzwyczajniej w świecie nie mają z czego żyć i, tak jak to zwykle bywa z ludźmi głupimi i gnuśnymi, swoje pretensje, zamiast do siebie, kierują na zewnątrz. Skwieciński, zapytany, czemu jego tekstów nikt nie chce czytać, odpowiada, że to przez blogerów, bo oni głupiemu czytelnikowi zawrócili w głowie, a to z kolei samego Skwiecińskiego tak zestresowało, że on się faktycznie opuścił w robocie i jakość jego publicystyki „wyraźnie spadła”. No ale teraz już, skoro, jak się okazuje, ci blogerzy nie są tacy groźni, to będzie już tylko lepiej, Kto wie, czy Skwiecińskiemu nie dadzą jakiejś fuchy w „Wyborczej”? Albo może ludzie zaczną wysyłać esemesy?
No właśnie. Miałem już nie cytować, ale daję słowo, że tekst Skwiecińskiego jest tak intensywny, gdy chodzi o eksplozję tego obłędu, że i tak muszę się bardzo starać, żeby go tu nie przytoczyć w całości. Pojawiają się tam też już bardzo bezpośrednio pieniądze. Pisze Skwieciński tak:
W świecie zachodnim coraz wyraźniej widać, że wczorajszy dogmat – że niemożliwe jest skuteczne wprowadzenie w Internecie wymogu płacenia za treść – jest po prostu nieprawdziwy. Coraz większa część przychodu amerykańskich gazet pochodzi właśnie z opłat za wydania sieciowe”.
To ja już w takim razie będę się zbliżał do końca. Otóż, jak niektórzy z czytelników wiedzą, w wyniku tego swojego blogowania, zostałem pozbawiony prawa do pracy, w związku z czym, przez parę lat musiałem prosić czytelników, którzy lubili tu przychodzić i czytać moje refleksje, o wsparcie. Nie postawiłem tu żadnego, jak to ładnie ujmuje Skwieciński „wymogu”, lecz tylko prosiłem. I dzięki temu ja i moja rodzina ów najtrudniejszy czas przeżyliśmy w miarę bezpiecznie. Dziś znów – dzięki wsparciu czytelników – piszę za tak zwane „darmo”. Dzień w dzień dzielę się swoimi refleksjami i nawet mi w głowie, by ktokolwiek miał mi za nie płacić. Wydaję książki, pisze teksty dla Bachurskiego i jakoś żyjemy. I w życiu bym nie pomyślał, by narzekać, że cholera ciężka, gdyby nie ten Skwieciński i jego kumple, to ja bym miał lepiej. Uważam, że to jest dowód na to, że Skwieciński jest w ciężkim błędzie i to tak wielkim, że z niego już chyba nigdy nie wyjdzie.
Kończąc swój, moim zdaniem, w pewnym sensie historyczny tekst, Skwieciński pisze, że zawodowi dziennikarze mają nad blogerami tę przewagę, że oni potrafią „za darmo wykonać telefon do urzędnika i coś wyjaśnić”, a bloger już nie. I żeby już się tak nad Skwiecińskim nie pastwić, ja tu mu też przyznam rację. To prawda. Zawodowiec takie rzeczy potrafi zrobić bez większego wysiłlku. Niedawno Paweł Kukiz napisał, jak to Trójka nie chciała puszczać jego piosenki, i w tej sytuacji on wykonał telefon do urzędnika nazwiskiem Paweł Graś i sprawa została załatwiona w jednej chwili. Z tego, co się domyślam, Kukiz za ten telefon zapłacił z własnej kieszeni.

Moja najnowsza książka jest do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

czwartek, 13 listopada 2014

Skwieciński, czyli gdy człowiek się napije, budzą się demony

Dziennikarz Piotr Skwieciński, znany nam, mniej lub bardziej, od ponad dwudziestu już lat, czy to z tekstów publikowanych w mainstreamowej prasie, czy z komentarzy emitowanych przez mainstreamowe telewizje, jeśli jest przeze mnie rozpoznawany, to wyłącznie dzięki pewnemu wydarzeniu sprzed kilku lat, które to wydarzenie w najmniejszym stopniu nie jest związane ze Skwiecińskiego działalnością publicystyczną. Był czas, kiedy ja z prawdziwą pasją czytałem teksty tak zwanych „prawicowych” publicystów, takich jak Piotr Zaremba, Piotr Semka, czy Rafał Ziemkiewicz, i każdy z nich w którymś momencie swojej publicznej działalności dostarczał mi refleksji, które sobie niezwykle ceniłem. Oczywiście, do każdego z nich miałem przeróżne pretensje, na tym blogu z nimi walczyłem, niekiedy bardzo zawzięcie, każdego z nich ostatecznie z listy swoich lektur skreśliłem, niemniej, jak mówię, był czas, kiedy każdy z nich coś dla mnie znaczył. Gdy chodzi o Skwiecińskiego, nie jestem sobie w stanie przypomnieć jednego momentu, kiedy to co on ma do powiedzenia miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie. A mimo to, on w mojej świadomości istnieje i to istnieje mocno i chyba jednak na zawsze.
O co poszło? Czemu ja po tych wszystkich latach, kiedy zmieniło się już niemal wszystko, Skwiecińskiego pamiętam i zapomnieć nie potrafię? Otóż przez to przede wszystkim, ze przypomniał mi o nim Coryllus, ale też w związku z pewnym wspomnieniem sprzed lat. Otóż jeszcze w roku 2008, ledwo co zaczynając tę swoją blogerską działalność, pojechałem do Warszawy – jedyny zresztą raz w życiu – na tak zwane „trzecie urodziny Salonu”, by się tam oczywiście pokazać, ale przy okazji poznać ludzi, których dotychczas znałem tylko z Sieci. I tam właśnie, podczas tych wszystkich towarzyskich okazji, ujrzałem Piotra Skwiecińskiego, jak szedł wśród tego tłumu blogerów kompletnie pijany i to w dodatku pijany w ów szczególnie irytujący sposób, kiedy człowiek już tylko walczy, by nikt owego upojenia nie widział, a widzą wszyscy, choćby tylko po to, by nieszczęśnika łapać, kiedy ten się wywraca na mordę.
Czemu Skwieciński zrobił na mnie takie wrażenie? Otóż wcale nie dlatego, że on się napił i to było widać – w końcu się zdarza – ale przez to, że on był jedyną osobą na tym całym spotkaniu, która się schlała. Blogerzy się wzajemnie zaprzyjaźniali i udzielali towarzysko, „czerwoni” dziennikarze, tacy jak Leski, Kłopotowski, czy Warzecha zadawali szyku, samotny i nadęty Semka czy to na kogoś czekał, czy tylko się nudził, Sakiewicz gdzieś w kącie załatwiał jakieś interesy, zaproszony, jako gość specjalny Jarosław Kaczyński był do dyspozycji każdego, kto chciał porozmawiać, a Skwieciński szedł przez salę, z tym tak klasycznym wyrazem twarzy człowieka, który z jednej strony walczy z tym, żeby się nie wyrzygać, a z drugiej, by nikt nie poznał, że jemu coś jest.
I to był widok, który ze mna pozostał do dziś. Ten tłum rozradowanych, tak pełnych pasji blogerów, tych wyszpanowanych do granic możliwości zawodowych dziennikarzy, a w tym wszystkim ów Skwieciński, tak straszliwie pijany.
Jak mówię, ja Skwiecińskiego ani nie czytam, ani czytać nie potrzebuję i dla mnie on faktycznie jest tylko tym biednym, walczącym by się nie porzygać człowiekiem w tłumie ludzi autentycznie radosnych. Czemu więc dziś przyszło mi do głowy, by się nim tu zajmować. Otóż przeczytałem w najnowszym wydaniu tygodnika „W Sieci” tekst Skwiecińskiego właśnie, zatytułowany „Normalnieje, czyli koniec blogerów”, gdzie pisze on, że oto nastąpił ostateczny krach blogosfery, i po tych wszystkich latach większych, czy mniejszych obaw, że blogi wyprą z publicznej przestrzeni zawodowe dziennikarstwo, okazuje się, że profesjonaliści nie dość, że dzielnie ten atak przetrwali, to jeszcze w sposób jednoznaczny skopali blogerom tyłki. Pisze Skwieciński tak:
Ale sytuacja znormalniała i coraz bardziej normalnieje. Głośni parę lat temu PT blogerzy rozeszli się do innych zajęć. Część rozpoczęła współpracę z tradycyjnymi mediami. Inni skompromitowali się rozmaitymi ekstrawagancjami intelektualnymi. Nowych za bardzo nie widać. Dziennikarstwo obywatelskie nie wyparło normalnego (od początku było jasne, że i setka nawet bardzo głośno krzyczących w sieci wolunterów nie zastąpi jednego profesjonalisty – bo za darmo nikt nie wykona choćby jednego telefonu do urzędnika, żeby coś dla potrzeb odbiorców informacji wyjaśnić)”.
Nie chcę tu polemizować ze Skwiecińskim, co do jego oceny sytuacji na rynku, bo raz, że mi nie bardzo akurat zależy na dyskusji z kimś kto potrafi spłodzić zdanie typu „sytuacja znormalniała i coraz bardziej normalnieje”, a dwa, że moja opinia na temat, który go aż tak dręczy, jest do tego stopnia inna, że nawet nie mam sposobu, by się tu czegokolwiek uczepić. Ja akurat bowiem uważam, że przy całej swojej mizerii, blogi są dziś już ostatnim miejscem, gdzie można znaleźć jakiekolwiek warte uwagi informacje, i gdzie można liczyć na choćby szczątkową debatę, natomiast dziennikarstwo tak zwane „profesjonalne” zdechło ostatecznie i nieodwołalnie, skompromitowało się do końca i na zawsze, a więc tu naprawdę nie wiadomo, jak by można było choćby zacząć jakąkolwiek rozmowę. Chcę natomiast zwrócić uwagę na jeden fragment zacytowanej opinii Skwiecińskiego, a mianowicie miejsce, gdzie on stwierdza, że „od początku było jasne, że i setka nawet bardzo głośno krzyczących w sieci wolunterów nie zastąpi jednego profesjonalisty”.
W tej sytuacji, naprawdę nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko wspomnieć raz jeszcze ową jesień roku 2008, kiedy to ledwo żywy Skwieciński przedziera się przez ten tłum blogerów, i podzielić się ową refleksją, czy to już wtedy, kiedy on tak szedł i walczył sam ze sobą, by się na nas nie wyrzygać, Skwieciński po raz pierwszy i tak do samego końca zrozumiał, że kiedyś będzie normalnie i ta cała żałosna i tępa blogerska nędza odejdzie w niepamięć? Czy to było wtedy, czy jakoś później?

Tradycyjnie, wszystkich przyjaciół tego bloga zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie od kilku już dni sprzedajemy moją nową książkę o Diable. Bardzo adekwatnie.

środa, 12 listopada 2014

W co się zmienia wosk, czyli wybieram Dudę

Prawo i Sprawiedliwość – a tak naprawdę, jak się należy domyślać, Jarosław Kaczyński – ogłosiło, że kandydatem zjednoczonej prawicy na prezydenta w przyszłorocznych wyborach będzie Andrzej Duda… no i, jak można było mieć pewność, podniósł się odpowiedni rwetes. Co za nim stoi? Jakie zmartwienia? Jakie dylematy? Otóż jeden i tylko jeden. Wedle powszechnej opinii bowiem Duda przeciwko Komorowskiemu nie ma szans. Kto inny może tak – on nie. Ja oczywiście wiem, co za tego typu reakcją stoi i do pewnego stopnia ją rozumiem, niemniej jednak chciałbym tu dorzucić swoje trzy grosze, a podejrzewam, że owe grosiki mogą niektórych z nas wybić z owego – dla mnie oczywistego – ogłupienia.
Ponieważ od roku już 2010, a więc czwarty już, jak by nie liczyć, rok, prezydentem RP jest Bronisław Komorowski, większość z nas uznała, że cokolwiek by o tym dziwnym człowieku nie mówić, to jest jednak ktoś. Zdrajca, zaprzaniec, ruski agent, głupek, mąż swojej żony – a mimo to, jednak ktoś, i to na tyle ktoś, że choćby wyniki badań opinii publicznej wskazują na to, że my Polacy Komorowskiego lubimy i szanujemy i że w całym kraju nie ma instytucji, której byśmy bardziej ufali, niż jemu i tej kobiecie. A ja to podejście uważam z jednej strony za w sposób oczywisty błędne, a z drugiej dowód tego, jak tak wielu z nas dało się najzwyczajniej w świecie otumanić. Otóż rzecz polega na tym, że Bronisław Komorowski, jeśli choć na krótką chwilę zapomnimy o naszych kompleksach, to jest ktoś absolutnie najgorszy. Komorowski, jeśli spojrzeć na niego bez owych kompleksów, wynikających przede wszystkim że świadomości, że, jak by nie patrzeć, to jest jednak prezydent, a poza tym prezydent, który wedle wszelkich danych jest przez nas szanowany i lubiany, pokaże nam się on, jako kompletne i absolutne dno. Jeśli spojrzymy na Komorowskiego bez tej okropnej iluzji, zobaczymy, że od niego lepszy jest każdy, i to nie mówię o każdym, choćby najgłupszym polityku Prawa i Sprawiedliwości, ale również o Sikorskim, Tusku, Halickim, Nowaku, Palikocie, ale też o takich tuzach polskiej polityki, jak Ryszard Kalisz, Włodzimierz Czarzasty, czy Leszek Miller. Oni wszyscy od Komorowskiego są lepsi pod każdym względem. I co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Tu nie ma ani żartów, ani przesady. Jako prezydent, w mniejszym stopniu od Bronisława Komorowskiego, kompromitowałby nas Włodzimierz Czarzasty.
Ktoś mi pewnie na to powie, że owszem, ja mogę sobie tak gadać, niemniej, to on akurat, a nie kto inny, cztery lata temu został prezydentem, i to on dziś, a nie kto inny, jest jakoś tam przez naród co najmniej tolerowany. Owszem, zgoda, tyle że ja bym bardzo chciał przypomnieć tym, którzy lubią rzeczy zapominać, jak to się stało, że to właśnie on został tym prezydentem. Doszło do katastrofy w Smoleńsku, prezydent Kaczyński zginął, no i trzeba było rozpisać nowe wybory. Prawo i Sprawiedliwość, jak wiemy, wystawiło Jarosława Kaczyńskiego, natomiast Platforma Obywatelska najpierw ogłosiła, że ich naturalny kandydat, a więc Donald Tusk z udziału w tej konkurencji rezygnuje, a następnie zorganizowała tak zwane „prawybory”, gdzie do walki stanęli Komorowski i Sikorski. Dla każdego w miarę przytomnego obserwatora pierwszą rzeczą bez dyskusji było to, że Jarosław Kaczyński wygra zarówno z jednym, jak i z drugim, ale też i to, że jeśli jego kontrkandydatem zostanie Komorowski, zwycięstwo to będzie przygniatające, niewykluczone, że już po pierwszej turze. No i nagle wyszło na to, że Sikorski tę rywalizację przegrał, a Platforma Obywatelska przeciwko niesionemu smoleńską tragedią Kaczyńskiemu wystawia tego głupka.
Od tamtego czasu pojawiło się wiele teorii na temat tego, dlaczego oni postanowili do tej walki – przypomnijmy, że walki o wyjątkowo dużym dla nich znaczeniu – wystawić kogoś takiego, jak Komorowski. Prof. Zyta Gilowska na przykład zasugerowała swego czasu, że to jest zagadka, której my przez bardzo długi jeszcze czas, nie rozwiążemy. No ale ponieważ póki co porozmyślać chyba nam jeszcze wolno, w ramach tego rozmyślania proponuję odpowiedź z mojego punktu widzenia jedyną sensowną. Otóż dla Systemu jedynym prezydentem na ten szczególny czas był właśnie ktoś taki jak Komorowski, człowiek, który oczywiście bez odpowiedniej pomocy żadnych wyborów wygrać nie byłby w stanie, a z drugiej strony ktoś, kto, kiedy już tym prezydentem zostanie, będzie całkowicie posłuszny, wręcz bezwolny. Czy tu jeszcze może nie chodziło o ów symboliczny już tylko gest pokazania nam, ludziom pogrążonym w owym posmoleńskim bólu, że jesteśmy nikim – tego nie wiemy, ale oczywiście wszystko jest możliwe.
Został więc ów Bronisław Komorowski prezydentem i dziś mamy to co mamy. Z jednej strony, świadomość kompletnego upadku, a z drugiej ów lęk, że być może my tak naprawdę czegoś nie wiemy i możliwe, że to jednak jest ktoś naprawdę wybitny. Otóż nie. Jest faktem, którego żadne moce ziemskie, czy choćby i piekielne nie są w stanie podważyć, że prezydent Komorowski jest najgorszy w tym sensie, że każdy jest od niego lepszy. Nawet Andrzej Duda.
I o Dudzie dziś chciałem pisać. Otóż biorąc pod uwagę, że Bronisław Komorowski jest prezydentem Systemu, a nie Polaków, prezydentem nie wybranym w powszechnych wyborach przez Naród, ale nominowanym przez System, w obliczu zbliżających się w przyszłym roku wyborów musimy pogodzić się z tym, że jeśli System uzna, że trzeba Komorowskiego zachować na tym stanowisku, on prezydentem będzie przez kolejne pięć lat. I nikt z nas nic w tej sprawie nie zrobi. Koniec. Kropka. I nie zmieni tego żadna, choćby najbardziej fantastyczna kontrkandydatura. Gdybyśmy nawet nagle spośród siebie wyłonili kogoś o przymiotach i talentach Ronalda Reagana i Margaret Tchatcher i o twarzy George’a Clooney’a, jeśli życzenie Systemu będzie inne, on tych wyborów nie wygra. Wygra je Bronisław Komorowski.
I oto Prawo i Sprawiedliwość wystawia do tej walki Andrzeja Dudę i wszyscy wybuchają perlistym śmiechem. Przepraszam bardzo, ale z jakiego to powodu? W czyją to stronę ów śmiech jest skierowany? Czy naprawdę w stronę Dudy? A niby z jakiego powodu? Powiedzieliśmy już sobie, że, obiektywnie rzecz biorąc, od Komorowskiego lepszy jest każdy, a więc oczywiście też Duda. Tu jednak mamy coś więcej: Duda, obiektywnie rzecz biorąc, jest lepszy od wielu, wielu innych chętnych do tego, by kandydować w tych wyborach, a już na pewno od prof. Nowaka, który tu i ówdzie był aż nazbyt poważnie proponowany do tej roboty. Z tego co wiem, Duda wygląda nienajgorzej, jest bardzo elokwentny, inteligentny, jak się zdaje stosunkowo uczciwy, politycznie bardzo kompetentny, krótko mówiąc prezentuje się jako ktoś, przy kim wielu kandydatów w normalnej demokratycznej walce nie miałoby szans. A my tu mówimy o Bronisławie Komorowskim? Przepraszam bardzo, ale w jaki sposób Komorowski jest w stanie wygrać z Dudą, jeśli przyjmiemy, że te wybory, podobnie jak poprzedzająca je kampania, będą uczciwe? Ktoś powie, że nie będą. Ktoś powie, że propaganda Systemu Dudę rozbije w proch. No i zgoda. Ja to bardzo poważnie biorę pod uwagę, tyle, że kogo nie rozbije? Nowaka? A czemu niby Nowak byłby się jej w stanie oprzeć, skoro w lipcu roku 2010 oni pokazali, co są w stanie zrobić z samym Jarosławem Kaczyńskim?
Sprawa polega na tym, że przede wszystkim – podkreślam, z tego co o nim wiem – Duda jest dobry. Po prostu. To nie jest George Clooney, nie jest to też Ronald Reagan, czy Margaret Thatcher, ale jest dobry. Przede wszystkim jednak, jak już wcześniej się umówiliśmy, na Komorowskiego dobry jest każdy, tyle że nam nie jest potrzebny każdy, ale ktoś przynajmniej na te smutne czasy – adekwatny. Jeśli System uzna, że dość już tych oszustw, Duda wygra i to wygra w pierwszej turze. Jeśli nie, nie wygra ani Jarosław Kaczyński, ani nikt, kogo sobie wymyślimy. Jedno powinniśmy pamiętać, by nie dać się aż tak zaczarować. Trzymajmy się rzeczywistości. Spójrzmy na to zdjęcie i pamiętajmy – to nie oni są naszym przeciwnikiem. To są eksponaty z ruskiego gabinetu figur woskowych. Wystarczy, że temperatura wzrośnie choćby o jedną kreskę, oni się roztopią i nie zostanie z nich nawet kupka kupy. I to wcale nie dlatego, ze wosk nie zamienia się w gówno.



Wszystkich zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie od kilku już dni można kupować moja nową książkę o paleniu licha. Jak najbardziej w temacie.