poniedziałek, 30 listopada 2009

O łysiejących politykach i nikomu niepotrzebnych emerytach

Dzisiejszy dzień, ledwo się zaczął, a już przyniósł dwie tzw. ‘sensacyjne' wiadomości. Tak się dziwnie składa, ze żadna z nich nie dotyczy ani Lecha Kaczyńskiego, ani Zbigniewa Ziobro, ani nawet nowych zeznań Janusza Kaczmarka. Powiedziałbym, ze wręcz odwrotnie - chodzi o premiera Donalda osobiście i działań jaśnie nam panującej władz. Okazało się bowiem, że Platforma Obywatelska miała jakąś naradę, zamkniętą przed mediami, i z tej właśnie narady ‘wyciekły' taśmy, na których premier Tusk skarży się, że gdyby on wiedział, ze rządzenie jest tak niefajne, to by się do tego nie pchał. Dodatkowo jeszcze, Donald Tusk popłakuje, że teraz z tych wszystkich stresów on wyłysieje i mu spadnie w sondażach. Jeśli kogoś to interesuje, to całość relacji jest w Onecie http://wiadomosci.onet.pl/1871836,11,item.html.
Patrząc na pierwsze reakcje, nie mogę nie zauważyć, że powszechna opinia na temat tego wystąpienia Premiera jest taka, że „facet jest git". A to natychmiast powoduje u mnie włączenie lampki alarmowej i rosnących podejrzeń, że powyższy 'przeciek' był przeciekiem kontrolowanym. Uważam, że platformowi piarowcy, znając doskonale intelektualny poziom wyborców Platformy, a jednocześnie widząc, że skala poparcia dla rządu mocno się chwieje, postanowili wykonać gest, który dla przeciętnie inteligentnego obserwatora jest zupełnie samobójczy, ale - jak powiada znane powiedzenie - „biały człowiek ich nie zrozumie". A więc - w moim odczuciu - jest niemal pewne, że przez najbliższe dni, sprzymierzone z Donaldem Tuskiem media, będą chichotać i udawać, że „ależ to Donald wykonał wpadkę!", a drugiej strony wszyscy będą bacznie obserwować wzrost poparcia, jeśli już nie dla rządu, to przynajmniej dla „wypasionego kola z Sopotu".
Ja - wiedząc, że moje słowa niewiele zmienią, bo siła otępienia bywa wielka - chciałbym jednak wtrącić tu parę słów prawdy. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość wygralo wybory w roku 2005 i przejęło władze, mówiło się, ze oto Polska wpadła w ręce ludzi, którzy mają wszystko, tylko nie determinację do zmieniania państwa i do uczciwego, ciężkiego rządzenia. Powszechna opinia była taka, ze partia, która mogła się autentycznie skupić na tym co istotne, nieszczęśliwie dla Polski przegrała wybory. Kierunek ataku propagandowego przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości był taki, że PiS zajmuje się wyłącznie organizowaniem konferencji prasowych i podlizywaniem się najmniej wymagającym umysłom, ale na szczęście tuż za rogiem stoją siły pod kierunkiem Donalda Tuska, przygotowane, wykwalifikowane i zdeterminowane do tego pierwszego po 18 latach autentycznego gestu na rzecz Polski. Tego historycznego skoku. Zresztą sam Donald Tusk lubił wielokrotnie mawiać, jak to on wie, że rządzenie to nie zabawa, ale ciężka praca. Praca nie na pokaz, ale praca dla powszechnego dobra.
I oto dziś, po roku rządzenia, Donald Tusk ogłasza, że on w ogóle się nie spodziewał, ze rządzenie jest tak nieprzyjemne i że jemu już włosy z tej mitręgi wypadają i że to pewnie mu obniży popularność. Co jednak najciekawsze, istnieje uzasadnione podejrzenie, że te słowa mu podsunął jakiś Eryk Mistewicz, bo z wyliczeń mu wyszło, że to będzie dobre 'story'.
Pisałem tu nie tak znowu dawno temu o Margaret Thatcher. Pozwolę sobie przypomnieć jej słowa komentujące pierwsze chwile po tym, jak ona wygrała wybory i stanęła przed najcięższym wyzwaniem w życiu. Kiedy stanęła przed zadaniem wyciągnięcia Wielkiej Brytanii z trwającego dekady kryzysu.
W obliczu tak dramatycznej sytuacji, na którą złożył się wspomniany już długotrwały upadek gospodarczy, wyniszczające skutki socjalizmu i rosnące niebezpieczeństwo ze strony Sowietów - z pewnością każdy nowy premier mógł żywić pewne obawy.
Także i ja, tego pamiętnego wieczora, gdy jechaliśmy do domu przy Flood Street, powinnam była odczuwać większy lęk wobec przejęcia takiej spuścizny.[...] Lecz wtedy, przewrotnie niemal, wszystkie te wyzwania napawały mnie doprawdy szczerą radością.[...]
Muszę się tu przyznać, że istniało jednak coś jeszcze - coś niezwykle osobistego - co również dawało mi radość i siłę. Chatham kiedyś świetnie zauważył: ‘Wiem, że mogę ocalić ten kraj i że nikt inny tego nie potrafi. Byłoby zarozumialstwem z mojej strony, gdybym porównywała się do Chatham, lecz nie byłabym do końca szczera, nie przyznając, że wgłębi duszy żywiłam podobne przekonania'."
Oto przywództwo. Oto wielkość człowieka. A tu co mamy? My nie dość, że mamy premiera, który mówi, że to cale rządzenie to coś niezwykle paskudnego, to jeszcze mówi to z - jak się okazuje - słusznym przekonaniem, że te słowa w sumie świadczą o nim jak najlepiej.
Jest też dziś jednak i drugi news, na który warto zwrócić uwagę. Otóż Platforma Obywatelska postanowiła wyjść z czymś, co się nazywa ‘testament życia'. Chodzi o to, ze moja córka, albo syn, albo może nawet i ja, jeśli tylko zapragniemy, możemy złożyć oficjalne oświadczenie, że jeśli kiedykolwiek znajdziemy się w takiej sytuacji, że życie nam zacznie doskwierać, to my prosimy o coś skutecznego i ostatecznego.
Ja już się nie będę znęcał nad samą nazwą tego niezwykłego projektu. Do tego rodzaju fałszu i zakłamania, jaki się manifestuje w nazywaniu śmierci życiem, przywykliśmy już dawno, choćby po przeczytaniu Orwella. Do pokręconych ścieżek tego rządu - również.
Mnie bardziej jednak porusza inna refleksja. Oto rządzenie. Ciężka praca dla dobra innych. Jeśli idzie o konkrety,to mamy już pierwszy. Jeśli tylko zechcemy, możemy zdechnąć. Rząd Donalda Tuska nam to prawo gwarantuje. Dla dobra tych, co szczęśliwie pozostaną i ich emerytur. Może nawet i pomostowych.

O kasie i talentach

Jestem w rozterce. Napisałem krótki tekst, na wyraźne żądania ze strony przyjaciół - i natychmiast pojawiły się głosy, ze ma być szerzej. Nawet otrzymałem e-mail w tej sprawie. Mam zatem dwie wiadomości: obie złe. Będzie znów za krótko i za długo. A poszło o Mam talent. Mam talent to program rozrywkowy, który jakiś czas temu - dzięki moim dzieciom - znałem z filmików na youtubie, a który od pewnego czasu nadaje TVN. Wczoraj program Mam talent miał swój finał. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, w czasie wielotygodniowych eliminacji, mieliśmy okazję oglądać najróżniejsze osoby, wykazujące się najróżniejszymi talentami, z których część odpadała, a część awansowała dalej. Ostatecznie, na ringu zostało dziesięć osób i dziś właśnie został wyłoniony zwycięzca. Największy polski talent.
Muszę przyznać, że oglądałem program z zainteresowaniem od samego początku, wyłącznie ze względu na niezliczona liczbę uczestników, z których każdy - no, może prawie każdy - miał jakiś talent. I ten talent niezmiennie mi imponował. Oglądałem ten program ze względu na utalentowanych uczestników i wbrew prowadzącym. Jeśli idzie o osoby prowadzące program, było trzech jurorów i dwóch tzw. wodzirejów. Nazwisk nie będę wymieniał, bo mi się nie chce. Wystarczy, kiedy powiem, że osobą najbardziej znośną z tej piątki była piosenkarka Agnieszka Chylińska.
Ja wiem, że w niektórych środowiskach - i nie mam o to pretensji - iluzjoniści, żonglerzy, cyrkowcy i każdy kto umie coś, czego nie umiem, przykładowo, ja (a są ich miliony), uważani są za obciach. Wiem, że jest mnóstwo ludzi, w tym wielu moich znajomych i przyjaciół, którzy uważają, że na przykład ktoś kto potrafi pięknie tańczyć, lub zaledwie wyginać, stanowi nic ponad prowincję. Ja się jednak jakoś nimi wszystkimi zachwycam. Dlatego, oglądałem program Mam talent i z zainteresowaniem kibicowałem moim faworytom. Myślałem sobie przy tym, jak bardzo czułbym się spełniony, gdybym tak jak oni, umiał cokolwiek w sposób szczególny.
Była jednak jedna rzecz, która - poza oczywiście występami Marcina Prokopa i Małgorzaty Foremniak - przez całe te tygodnie mnie nieustannie irytowała. Chodzi mi mianowicie o wieczne przypominanie, że gra się toczy o sto tysięcy euro i sto tysięcy złotych. Ile razy słyszałem te idiotyczne wzmianki o tym, że na najbardziej utalentowanego uczestnika konkursu czeka czek na 100 tysięcy euro, dostawałem szału. Oto przed nami dziesiątki ludzi absolutnie wyjątkowych w jakiejś dziedzinie, nieprawdopodobnie zdolnych, niezwykłych, którzy przyszli tu głównie po to, żeby się pokazać i żeby ktoś powiedział: „Tak. Jestem pod wrażeniem." A organizatorzy przez cały czas machają im i nam przed nosem czekiem na 100 tysięcy euro. Kogo, do ciężkiej cholery obchodzą pieniądze, kiedy na szali jest pasja?
Wczoraj konkurs został rozstrzygnięty. Wygrał duet akrobatów (wiem, że to słowo nie oddaje całej wartości pokazu) tak niezwykłych, że brakuje słów, żeby opisać to, co oni potrafią. Drugie miejsce zajęła dziewczynka o głosie, jak dzwon. O głosie, autentycznie, jak dzwon. Po całych tygodniach zmagań między ludźmi, z których każdy - niemal każdy - miał swój indywidualny, niepowtarzalny talent, zostało tylko tych dwoje (a raczej troje). Najlepsi. Wybrani. Utalentowani.
I w tym momencie, zwyczajnie, po prostu, jeden z TVN-owskich wodzirejów, gratulując zwycięstwa duetowi Melkart Ball, wypalił: „I jak to jest, kiedy się ma taką kasę?".
Ja oczywiście wiedziałem, że temat tych euro powraca, ale mimo to byłem porażony. Ci dwaj artyści dowiadują się właśnie, że wygrali nie tylko z tą niezwykłą dziewczynką, ale i z wieloma innymi ludźmi z talentem (wiecie, o czym mówię, prawda?), a tu przychodzi to coś i pyta: „To jak, niezła kasiorka, hę?"
Z jednej strony się dziwię, a z drugiej ja doskonale wiem, że nie ma się czemu dziwić. Przecież to właśnie o to chodzi. Kogo obchodzi człowiek, kogo obchodzi prawdziwe człowieczeństwo, kogo obchodzi talent? Kasa! Oto cel. Oto przyczyna. Oto droga. A oni nawet nie wiedzą, jacy są biedni.
Chwilę później przełączyłem na TVN24 i akurat leciał reportaż o człowieku, który o mało co, nie wygrał miliona złotych w Milionerach. Już prawie miał tę ‘bańkę', ale nie chciał ryzykować, więc wygrał 500 tysięcy. Reporterzy TVN-u oczywiście, tropem wydarzenia, wyszli na ulicę, żeby dowiedzieć się, co o takiej fortunie myśli przeciętny Polak. Podeszli więc też do pewnego - na pierwszy rzut oka - bardzo wykształconego obywatela i spytali, co on by zrobił, gdyby wygrał 500 tysięcy złotych. Odpowiedź była krótka i - jak mówią Anglicy - ‘to the point': „WYJECHAŁBYM Z TEGO KRAJU".
Własnie tak. Dokładnie tak. I to jest właśnie to. To jest to, o czym pisze tu, w Salonie od wiosny 2008 roku. I za co zbieram baty, ale też i wyrazy solidarności. Tych drugich na szczęście jest dużo więcej. Dziękuję Wam za nie. To nas wszystkich trzyma mocno razem.

O tym, czego nie zna piekło

Pisząc swój poprzedni tekst, byłem jednocześnie w nastroju bojowym, bo i bojowy był sam temat (karabiny, Biblia, trupy – te sprawy), i w głębokim poczuciu, że to co mówię, powiedziane być musi, bo pora jest właśnie taka, że pewne rzeczy wymagają świadectwa. Inna sprawa, ze nie pierwszy to już raz na tym blogu i nie ostatni. Okazało się, że wewnętrzne napięcie samego tekstu, jak i to napięcie zewnętrzne, które on wysyłał na zewnątrz, stworzyły taką mieszankę wybuchową, ze najpierw Administracja uznała, że wpis ów trzeba zawiesić na tak zwanej ‘jedynce’, by już chwilę później dojść do wniosku, że on powinien jednak spaść z głównej strony Salonu na mordę, co w pierwszej chwili uznałem za znak tego, że okazał się on po prostu niebezpieczny. I właściwie się ucieszyłem, bo cóż może być bardziej przyjemnego dla aspirującego publicysty, jak informacja, że to co on wymyślił, ludziom mózgi rozwala na pół? Dokładnie zresztą na pół.
Oczywiście, to co wyżej napisałem, to były tylko moje przypuszczenia. To znaczy, ja tylko przypuszczałem, że poszło o coś naprawdę poważnego. Przypuszczałem, a jednocześnie miałem nadzieję, że nie było tak, że ktoś się pomylił już na samym początku i wyeksponował ów tekst przez własne gapstwo, a jak tylko się zorientował, to szybko naprawił ten błąd i uznał, że teraz dopiero jest okay.
Pytano mnie już tu kilka razy, czemu ja się tak dopominam o tę ekspozycję. Tłumaczyłem więc sprawę najlepiej jak umiem, ale skoro może trzeba jeszcze raz, to proszę bardzo. Ja robię to co robię, a więc pisze te swoje refleksje i je tu przedstawiam, nie dlatego, że to jest taka moja zabawa, ale dlatego, że ja to wszystko traktuje bardzo poważnie. Dla mnie, z jednej strony świadomość, że akurat pisać potrafię, a z drugiej fakt, ze te teksty, w porywach, czyta do 3000 osób dziennie, są niesłychanie istotne i mobilizujące. Podobnie, poczucie, że kiedy tylko one zostają – z dowolnego zresztą powodu – ukryte, zaglądają do nich już tylko ci, którzy o nich i tak już wiedzą wystarczająco dużo, bardzo mnie deprymuje. To znaczy, doznaję bardzo silnego poczucia, że coś się marnuje. I najgorsze, że nie wiadomo za bardzo z jakiej racji. A zatem dopominam się o więcej miejsca, tak jak się dopominają o więcej miejsca ci, dla których przestrzeń jest kwestią podstawową, a nie tylko wynikającą ze zwykłej próżności, czy z nudów.
A zatem, ów poprzedni tekst – tak jak większość ostatnich z tych tekstów, traktujący o wartościach – poleciał i, mimo kierowanych przeze mnie w tej sprawie pytań, przez dłuższy czas pozostawał bez żadnego wyjaśnienia. Spojrzałem więc na to, co zostało. I z lekkim przestrachem zauważyłem, że zostało to co zostaje zawsze. A więc polityka i pranie się po pyskach. Zacząłem się zatem zastanawiać, czy gdybym i ja wrócił do pisania o Tusku, Piterze, Gosiewskim, Karpiniuku, to stałbym się mniej kontrowersyjny, czy może po prostu ciekawszy? A może po prostu mądrzejszy? I właśnie wtedy, sam Szef objaśnił mnie, że cała sprawa była wynikiem pomyłki i kazał te moje biblijno-pakistańskie przemyślenia przywrócić. I super! I pięknie! Tyle że co się pomyślało, to się pomyślało, i to już jest i będzie. No a poza tym, pomyłki też nie zdarzają się ot tak sobie, i mają swoje przyczyny. Warto by więc może było popróbować coś lżejszego. Choć ten jeden jedyny raz. Nie tylko dla samego eksperymentu, ale też dlatego, że jest akurat dobry moment i dobry temat, a przy okazji to co mi chodzi po głowie jest wystarczająco irytujące i wystarczająco przy tym uniwersalne, żebym na ten temat pisząc, zachował czyste konto. Spróbujmy więc.
Otóż w sobotę jechałem autem w charakterze pasażera, i włączone było radio. Chyba Zet. I w wiadomościach poinformowano, że projekt ustawy antykorupcyjnej, dla którego dwa lata temu została powołana do rządu Julia Pitera, został wreszcie przeczytany i wyrzucony jednogłośnie na śmietnik. Okazało się, że efekt pracy Pitery jest tak niski, że nikt ani z opozycji, ani z rządu, ani z koalicji, nie chce ani na niego więcej patrzeć, ani nawet o nim dyskutować. Usłyszałem, że to co przedstawiła Pitera do tego stopnia się nie nadaje, że nawet marszałek Komorowski musiał w trybie natychmiastowym przygotować coś ratunkowego. Najciekawsze jednak powiedziano na koniec. Otóż okazuje się, że choć każdy wie, że za tę bumelkę Pitera powinna polecieć, to ona nie poleci, bo jak to zgrabnie wyjaśnił jakiś anonimowy polityk Platformy, nie ma nic gorszego niż „wyrzucona i obrażona Pitera”. Dokładnie tak. Ciekawe, prawda?
Każdy kto czytał Shakespeara, zna tę piękną linijkę, która informuje, że „piekło nie zna furii kobiety odrzuconej”. A więc, można by było sądzić, że właściwie nie dzieje się nic. Sprawa jest jasna, prosta i oczywista. Platformawywali Piterę, bo jest kiepska, to ona zrobi takie piekło, że Donald Tusk będzie już tylko prosił o jakąś nową aferę korupcyjną. A to i tak już mu nie pomoże, bo ta wściekłość przykryje wszystko. I to będzie koniec.
Wydawałoby się więc, że nie ma o czym gadać. Natury nie zmienimy, więc musimy z nią żyć. Tyle tylko, że to nie jest – wbrew temu co się wydaje tym, którzy twierdzą, że od czasu, gdy Koalicja 21 październikaprzejęła Polskę w zarząd – Polska jest własnością prywatną paru piłkarzy i kilku typków z pieniędzmi, którzy owym piłkarzom dostarczają piłkę i kawałek trawy. Po prostu nie. Tak się może wydawać im, jak i tym wszystkim, którzy tworzą dla nich całą tę wyborczą obudowę, ale prawda jest nieubłagana. Polska nie jest wartością i własnością prywatną. To jest dokładnie taka sama sytuacja jak z Polańskim i jego kumplami. To że on brutalnie zgwałcił dziecko, nie jest problemem jego i Daniela Olbrychskiego, a zatem będzie tak, że on z tą obrożą ma chodzić, a Olbrychski ma siedzieć cicho. A jeśli jest inaczej, to nie jest norma, ale patologia.
Podobnie właśnie, nie jest normą, lecz wyłącznie patologią, kiedy Sławomir Nowak z Donaldem Tuskiem nie chcą ruszyć Pitery i gotowi są ją utrzymywać, karmić i hołubić za publiczne pieniądze tylko dlatego, że ona ma coś z głową i wszyscy się jej boją, że ona się pobeczy i im wydrapie oczy. To nie jest standard. To jest kompletne szaleństwo i jeśli nad Polska jeszcze nie rozległo się przeciągłe i niekończące się buczenie, to wyłącznie dlatego, że tym co mogliby buczeć ktoś bardzo skutecznie poprzestawiał wszystkie śrubki i oni są póki co wyłączeni.
Też w sobotę – co za dzień! – w studio TVN-u odbył się ostatni półfinał konkursu pod nazwą Mam talent. Wystąpiła śpiewająca dziewczyna, która na co dzień nie śpiewa, lecz sprzedaje gwoździe w sklepie, zaśpiewała piosenkę Janis Joplin i zaśpiewała ją mniej więcej tak, jak by ją mogła zaśpiewać właśnie Joplin, gdyby dopiero zaczynała karierę, a póki co sprzedawała gwoździe. A więc tylko i aż talent. Ponieważ publiczność przed telewizorami, która miała swoimi esemesami głosować na trzy najlepsze występy, jakoś tej dziewczyny od gwoździ nie zauważyła, Kuba Wojewódzki – jeden z jurorów programu – dostał kompletnego szału i powiedział, że ludzie są idiotami pozbawionymi gustu i że jemu jest przykro. A ja się trochę jednak dziwię tej wściekłości, i gdybym miał okazję spotkać się z tym Kubą, to zanim bym go kopnął w jego słodki tyłeczek, bym go zapytał: „Panie, co pan chcesz od ludzi? Przecież to wszystko to pańscy fani. Sól tej ziemi i gust tej ziemi. Pańska osobista hodowla. Odpieprz się pan od nich!” A gdybym miał okazję z nim pogadać dłużej, to bym mu jeszcze wrzucił informację zupełnie podstawową. Nie można, jak to mówią, mieć ciastka i je zjeść. Albo – albo. Albo Pitera, albo ta dziewczyna. Właśnie tak. I wtedy bym dopiero użył mojego buta.
Tekst ten pisałem w nocy, a dziś już jest nowa informacja. Okazuje się, że – jak podaje Onet- w sobotę w Mam talent doszło do „skandalu”. Ludzie, i to ludzie najlepsi z najlepszych, mimo tego, że sam ich mistrz powiedział im wyraźnie, jak się sprawy mają, nie złapali aluzji. I to wyłącznie z tak banalnego powodu jak ten, ze ich gusta są ciut za cienkie jak na Janis Joplin. Nawet choćby tylko podrabianą. Szykuje się więc kolejna afera. Tyle że już znacznie poważniejsza. Może na skalę europejskiej konstytucji. Może więc się stać i tak, że trzeba będzie cały półfinał powtórzyć. Jak irlandzkie referendum.
Zostajemy więc z Piterą. I nie tylko z nią. Z Tuskiem, Grupińskim, Grasiem, Sekułą, i całą resztą tego nieszczęścia. A ludzie? Na razie nie jest najlepiej, ale niewykluczone, że ta mgła się jednak rozejdzie. No bo jakże inaczej? Musi się rozejść. Bo tu nie ma już nawet miejsca na dyskusję. Stąd w pewnym momencie ten blog stał się taki inny. Ale skoro dla niektórych to jest wciąż za trudne, to spytam uprzejmie. Platforma jest do bani, prawda? I mam nadzieję, że tym razem nie okazałem się zbyt kontrowersyjny?

niedziela, 29 listopada 2009

Krótki tekst o zabijaniu

Ponieważ ostatnio parę razy zwrócono mi uwagę, że piszę teksty zbyt długie, jak na salonowe standardy, sprawdziłem i potwierdzam. Wszystkie wpisy, do jakich zajrzałem były zdecydowanie krótsze. Postanowiłem, więc pokazać wszystkim, że też potrafię.
W dzisiejszym Dzienniku Robert Mazurek rozmawia z panią poseł Elżbietą Kruk i oczywiście pyta ją o jej sławne już pijaństwo. Elżbieta Kruk jednoznacznie zaprzecza, jakoby była pijana. Przyznaje natomiast, że dzień wcześniej miała urodziny i po przyjęciu rzeczywiście - jak to po przyjęciu - była zmęczona. Mogę potwierdzić - przyjęcia potrafią być wyczerpujące, nawet jeśli się pije troszeczkę, albo nawet w ogóle. Wiem, bo bywam.
Ciekawy jest natomiast inny fragment wypowiedzi posłanki Kruk:
Wie pan, czego się najbardziej bałam? Że po wyjściu z restauracji napierający na mnie dziennikarze zrzucą mnie ze schodów i się najnormalniej w świecie wywalę. To byłby dopiero piękny obrazek, prawda? A popychało mnie, bez przesady, kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym kilku naprawdę nieźle zbudowanych kamerzystów. Cudem się nie przewróciłam [...]To była absurdalna sytuacja. Siedziałam tam na kawie i co chwila przybiegali jacyś posłowie i mówili, że Sejm jest już całkowicie oblężony przez dziennikarzy, że są wszędzie, że nie można się ruszyć. Im więcej tego słuchałam, tym bardziej głupiałam i nie wiedziałam, co zrobić."
Ktoś powie, że pani poseł najzwyczajniej świecie kłamie. Wszyscy bowiem wiedzą, ze była pijana, a Szkło Kontaktowe nawet już ukuło nowe polskie powiedzenie ‘nawalony jak Kruk'. Nie wiem. Może i tak. Ale ja dziś nie o tym. Dziennik przeprowadza rozmowę z Elżbieta Kruk, w której ona przede wszystkim zaprzecza, że była pijana, a przy okazji opowiada, jak to okropnie się bała, ze ten tłum dziennikarzy, pragnący jedynie jej głowy, zrzuci ją ze schodów. Bała się tak bardzo, że przez kilka godzin siedziała w sejmowej restauracji, piła kawę za kawą, nie wiedząc co zrobić, i czekała aż to stad hien wreszcie pójdzie do domu.
Czy wiecie, jak Dziennik tytułuje rozmowę z panią poseł? „BAŁAM SIĘ ŻE SPADNĘ ZE SCHODÓW". To jest tytuł tej rozmowy. Tytuł, na który nie rozpisywano konkursu. Tytuł, który ktoś wymyślił, a później zaakceptował.
Ktoś się spyta - o co chodzi? A co, nie bała się? A co, że nie ze schodów? Owszem, bała się, że spadnie ze schodów. Więc o co chodzi? O nic. Ja tylko zaświadczam.
Minął tydzień. Sprawa Kruk się powoli kończy. Kończy się tzw. ‘incydent gruziński'. Niedługo Palikot wyjdzie z czyś nowym. Na razie w TVN24, na czerwonym pasku leci informacja, ze prokurator Wełna oskarżył ministra Święczkowskiego o naciski.
Akcja trwa.
Ktoś się zapyta, po co ja to w ogóle piszę. Już mówiłem. Chodzi o świadectwo. W rezultacie zawsze chodzi o świadectwo. Szczególnie kiedy już na nic innego nie można liczyć.

Kupa i pieniążek, czyli dobry koniec pewnego etapu

Ciekawa sprawa. Przydarzyły mi się już wczoraj dwie pozornie kompletnie błahe rzeczy, które, może przez swój trochę ukryty sens, a może przez to, że obie w zupełnie przypadkowy sposób dotyczyły dokładnie tej samej kwestii, spowodowały we mnie tak intensywny bieg myśli, że pomyślałem sobie, że zarwę wieczór, a może i noc, i spróbuję opisać to, co mi chodzi po głowie, nie czekając do niedzieli. Tak się jednak składa, że, jak wspomniał bardzo inteligentnie przed laty John Donne, „nikt nie jest samotną wyspą”, a ja dodam przytomnie, że szczególnie ten, któremu żona i dzieci codziennie muszą przypominać, że ma wziąć tabletkę na serce, więc w takich oto razach, nie pozostaje mi nic innego, jak zacisnąć zęby i poczekać na bardziej sprzyjający moment. Choć może jednak i na tę noc, kiedy wszyscy już będą spali. No i ostatecznie tak to się właśnie dzieje. Oni śpią, ja to piszę, a jutro z rana, kiedy już wszystko starannie przemyślę, wstawię te słowa tam gdzie ich miejsce.
Stało się mianowicie tak, że po południu obejrzeliśmy sobie z Toyahową kawałek dokumentalnego filmu telewizji BBC, w którym Michael Palin oprowadza nas po okolicach Himalajów. Trafiło na Pakistan. Palin prowadzi nas do pewnego miasteczka, gdzie w pewnym miejscu, w samym tego miasteczka centrum, znajduje się miejsce, gdzie można sobie zamówić dowolną sztukę broni palnej. Nie jest to sklep z bronią, ale warsztat, w którym tę broń się produkuje. Na zamówienie. Przychodzisz, prosisz o kałasznikowa i oni ci tego kałasznikowa wykonują jak należy za w sumie niewielkie pieniądze. Wszystko zupełnie oficjalnie, na oczach ruchliwej ulicy. Wkoło słychać co chwilę nawet pojedyncze, czy seryjne wystrzały, bo ktoś gdzieś sprawdza, czy towar jest sprawny. Film jest sprzed dobrych kilku lat, więc niewykluczone, że ten biznes się już tak dobrze nie kręci, jednak to co tam widzimy, robi oczywiste wrażenie. I nagle Palin pyta człowieka, który go oprowadza, kto kupuje te karabiny i po co, i na to dostaje niezmienną odpowiedź, że to jest wszystko związane z plemienną tradycją. Broń jest po to, żeby nią zabijać. Ot i cała filozofia.
W nieco innym miejscu, ktoś Palinowi tłumaczy, że w Pakistanie on nie ma się absolutnie czego bać, bo ludzie są bardzo przyjaźni i gościnni. I tak, faktycznie zresztą, jest na każdym kroku. Ludzie, z którymi on rozmawia, są naprawdę sympatyczni, przyjaźni i gościnni. Jednak w którymś momencie, ktoś precyzuje, że to co tam się dzieje, wsparte jest jakby na dwóch filarach, z których jeden to gościnność, a drugi to zemsta. Gościnność i zemsta. Oto cała konstrukcja tamtej kultury. Gościnność i zemsta.
Myślałem sobie o tych dwóch wymiarach, nie potrafiłem o nich zapomnieć, wspominałem wszystko, co dotychczas na temat tego Pakistanu i w ogóle kultur niechrześcijańskich miałem okazję słyszeć, przypomniałem sobie również mój dość stary już tekst zatytułowany „Mukhtar Mai, czyli splendor na maksa” (polecam!), ale i tak wciąż mi wracała ta sekwencja, jak jakaś obsesja – gościnność i zemsta.
I oto młody Toyah zaprosił mnie, oczywiście za moje pieniądze, do kina. Od razu, jeśli ktoś ma wobec mnie jakiekolwiek podejrzenia, muszę poinformować, że nie był to ani najnowszy polski hit, zatytułowany Rewers, ani też amerykański łamacz serc z Willem Smithem o siedmiu duszach. Poszliśmy na zupełnie nowy film Law Abiding Citizen, o przedziwnym polskim tytule Prawo zemsty. Przepraszam, ale muszę opowiedzieć choć troszeczkę. Sprawa polega na tym, że jest człowiek, który ma żonę i córeczkę i któregoś dnia przychodzą do jego domu bandyci i mordują obie. Bandyci zostają ujęci, ale ze względu na, z jednej strony, błędy proceduralne, a z drugiej zagmatwane kwestie prawne, główny bandyta zostaje skazany na jakieś pięć lat, a zdecydowanie mniej winny – na karę śmierci. Nie chcę i nie mogę tu wchodzić w szczegóły, ale to co w tym filmie wyprawia system sprawiedliwości, woła o pomstę do nieba. Przez kolejne dziesięć więc lat, człowiek, któremu źli ludzie zamordowali rodzinę, a System odmówił sprawiedliwości, najpierw przygotowuje się, a wreszcie budzi się do… otóż nie zemsty. Najciekawsze w tym filmie jest to, że w ogóle nie chodzi o zemstę. On nie chcę się mścić. On chce spalić System, a z nim cały świat. I wtedy zaczyna się coś, co on sam określa bardzo znamiennym i niezwykle w tym kontekście interesującym słowem ‘biblical’!
Film, który mnie zainspirował do dzisiejszego tekstu jest o tyle ciekawy, że w całym cyklu filmów o zemście, on wyznacza całkiem nowy etap. Otóż zemsta jest niczym. Tu już nie ma się na kim mścić. Tu wyłącznie chodzi o to, żeby stopniowo, metodycznie, bezlitośnie, a co najważniejsze, w pełnym poczuciu egzekwowania sprawiedliwości, rozbić System.
Ktoś bardzo podejrzliwy powie mi, że przenoszę swoje obsesje na coś, co jest zdecydowanie obok mnie. Nieprawda. W filmie, o którym piszę, słowo ‘System’ pada – albo bezpośrednio, albo w sposób zdecydowanie sugerujący – niezliczona ilość razy. To jest zupełnie niewiarygodne! Dzisiejszy Hollywood wyprodukował zwykły, sensacyjny, w sumie bardzo klasyczny film popularny, który opowiada o tym, że świat doszedł do tego miejsca, gdzie jeśli znajdzie się ktoś, kto go w swojej szczerej i jak najbardziej usprawiedliwionej furii zechce spalić, zasłuży na miano bohatera. Mamy faceta, którego, w sumie, nie spotkało nic takiego baaaaardzo wyjątkowego. Bandyci zamordowali mu rodzinę, a wymiar sprawiedliwości się nie popisał. Mieliśmy to tyle razy! Jednak tu nie mamy do czynienia ze zwykłym death wish. Nasz bohater nie zabija tylko złych ludzi. On zabija wszystkich tych, którzy dla niego reprezentują właśnie System. Nawet tych z pozoru zupełnie niewinnych. Zwykłych urzędników. A co najciekawsze, scenariusz tego filmu jest tak skonstruowany, że to jemu, a nie sędziom, policjantom, prokuratorom, urzędnikom widz kibicuje. Najbardziej okrutnemu mordercy, który stanął w obliczu Systemu.
I ja się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w czasach, gdy już zdawałoby się nie ma miejsca dla rozważań na temat zbrodni i kary, sprawiedliwości i jej braku, prawdy i kłamstwa, popularna kultura ni stąd ni z owąd podejmuje taki temat? I to jeszcze z tak okropnie politycznie podejrzanym zacięciem. Bo – powtarzam – w tym akurat filmie nie chodzi o to, że stało się zło, ktoś kto miał się nie pomylić, pomylił się, więc trzeba było błąd naprawić ręcznie. Tu nie chodzi o błąd. Tu sprawa dotyczy Systemu, którego już się naprawić nie da. Więc, co im strzeliło do głowy? Czy jest może tak, że oni – bo to przecież, nie oszukujmy się, są ONI – uznali, że to co się wokół nas dzieje zmierza w bardzo złym kierunku i trzeba chyba trochę odpuścić i zmienić kurs, czy może oni dalej uważają, że całe to gadanie o prawie i sprawiedliwości jest głupie, niepotrzebne, a przede wszystkim bardzo staroświeckie, ale ludzie zaczynają się denerwować, więc trzeba im od czasu do czasu rzucić, niczym ochłap, jakieś złudzenie, żeby się choć na moment zamknęli?
Uważam, że bez względu na to, która z tych opcji jest prawdziwa, przekaz, który uzyskujemy jest bardzo pozytywny. Bowiem, tak czy inaczej, wygląda na to, ze to co stanowi naturalny kształt świata i naturę człowieka, jest nie do pokonania. Choćby całe zespoły mędrców i proroków nowych czasów użyły wszystkich swoich talentów i umiejętności, choćby nawet zaprojektowali najbardziej kłamliwą manipulację i tę manipulację zastosowali wobec całych społeczeństw, jest coś co sprawia, że tego co prawdziwe, pierwotne i niewzruszone, nigdy się już nie zmieni. Bez względu na to, czy uznali swoją porażkę, czy może tylko próbują przegrupować siły, Amerykanie robią wrażenie – nie po raz pierwszy zresztą ostatnio – jakby zobaczyli, że z żywymi ludźmi nie ma żartów. Właśnie Amerykanie. Bardzo to moim zdaniem jest ciekawe i znamienne.
Opowiedziano mi wreszcie – w sposób z całą pewnością bardzo subiektywny i strywializowany – o czym jest, wspomniany nie tylko wyżej, najnowszy polski film Rewers. Chodzi o to, że młoda Buzkówna je jakąś cenną monetę, następnie robi z niej kupę, później ją myje, zjada i znów ją wydala… i tak bez końca, do końca życia. Taki to jest film. Moneta i kupa. Jak mówię, biorę pod uwagę, że ten film jest o wiele głębszy, niemniej w jedno nie uwierzę – że on jest tak głęboki, że gdzieś obok tej kupy stawia przed nami problem Systemu, braku sprawiedliwości i próby tej sprawiedliwości wyegzekwowania. A już na pewno, nie na poziomie powrotu do wymiaru prawdziwie biblijnego. A więc najbardziej prawdziwego.
Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Obserwując bardzo uważnie wszelkie znaki i wszelkie gesty, słuchając wszelkich słów, które dochodzą do nas od strony tak zwanego establishmentu, mam nieustające wrażenie, że tam już jest tylko kupa. Kupa i jedzonko. A wszystko na poziomie czystego grepsu. Weźmy choćby jednego z wybitnych przedstawicieli owej society, Daniela Olbrychskiego. Wystąpił ów mędrzec parę dni temu u Moniki Olejnik i po raz kolejny wygłosił obronę Romana Polańskiego. Nie wiem, czy może nie przeoczyłem czegoś wcześniej, niemniej mam wrażenie, że tym razem Olbrychski posunął się dalej niż dotąd, pod każdym względem. Mianowicie najpierw powiedział, że on uważa, że skoro Polański już został za swój czyn sprzed trzydziestu lat skazany, należałoby mu dać już spokój, a następnie – kiedy red. Olejnik parokrotnie zapewniła go, że Polański nie został wcale skazany, oświadczył – troszkę zdziwiony, bo nie wiedział! – że on i tak Polańskiego będzie bronił bez względu na wszystko, bo to jest jego przyjaciel! Co dodatkowo jeszcze może się wydawać bez znaczenia, ale dla mnie jakoś uzupełnia całość, Daniel Olbrychski, rozmawiając z Olejnik, siedział przez cały czas odwrócony do niej tyłem, patrzył w niebo jak na scenie i wypowiadane przez siebie zdania najzwyczajniej w świecie recytował. Słowo daję! Siedział więc tyłem i pokazywał najbardziej wyraźnie jak tylko to możliwe, że on ani nic nie wie, ani nic nie rozumie, ani nic nie czuje, i że prawdopodobnie nie jest już nawet człowiekiem, a jedynie nakręcanym pajacem, pozbawionym nawet już duszy.
Moneta i kupa. Oto zakręt, na którym znaleźli się oni, a z nimi, niestety, my wszyscy, w naszej drodze do nowej cywilizacji. Nie wiem, czy akurat Amerykanie ten etap w ogóle przeszli, czy może jakoś tylko im przemknął. Wiem jednak, że są już dziś od niego bardzo, bardzo daleko i zdecydowanie wychodzą na prostą. Europa – a za nią oczywiście my, pod przewodnictwem naszych elit – jak najbardziej wciąż się kręci wokół tych dwóch filarów. Pieniążka i kupy. Już było dziś o filarach. Kompletnie innych – o gościnności mianowicie i zemście. Ja wiem, że tu też jest nie do końca bezpiecznie, ale skoro już mam wybierać, to jednak bym się chyba zdecydował na ten Pakistan. Przynajmniej do czasu.

piątek, 27 listopada 2009

O czasach dobrych i złych i bzdurnych

Zupełnie ostatnio napisał mi ktoś, że ludzie, komentując rzeczywistość, przyjmują dwie perspektywy. Albo patrzą na świat przez pryzmat swoich emocji, a następnie to spojrzenie starają się racjonalizować, albo patrzą na świat po prostu racjonalnie i tylko czasami dokonują pewnych emocjonalnych korekt. Tak tę diagnozę odczytałem, i choć biorę pod uwagę, że czegoś nie zrozumiałem, bo w ogóle rozumiem stopniowo coraz mniej, postaram się ją skomentować, choćby po to, żeby od niej przejść do czegoś bardziej, moim zdaniem, znaczącego. Pozostanę jednak chwilę przy tej przywołanej wyżej opinii. Otóż ów komentator, w uzupełnieniu tego co napisał wcześniej, poinformował mnie, że jeśli ja nawet w jakiś sposób odstaję od tych, którzy na świat patrzą, kierując się głownie emocjami, to tylko w ten sposób, że jestem od nich sprawniejszy intelektualnie i warsztatowo, więc ta – fałszywa, bo wymuszona – racjonalizacja przychodzi mi łatwiej.
Choć przedstawioną wyżej sekwencję ocen uważam za wyjątkowo niemądrą i nawet nie zasługującą na polemikę, to jednocześnie sądzę, że jest w niej coś takiego, co może bardzo skutecznie zainspirować do pewnych ogólnych już bardzo refleksji. A mówiąc „coś”, mam na myśli pewien kulturowy fenomen, który, na swoim początku, jest wynikiem tego, do czego nieszczęśliwie doszedł dzisiejszy świat, a u swego końca przejawia się takim szczególnym przekonaniem, że nie ma już konfliktu między dobrem a złem, lecz wyłącznie między tym co słuszne, a co niesłuszne. Przy tym słuszne jest to, co jest zracjonalizowane od początku, a niesłuszne to, co stara znaleźć dla siebie jakąś racjonalizację już po fakcie. Praktyczny efekt tego szczególnego myślenia jest taki, że mamy rację nie dlatego, że wyznajemy jakieś wartości i emocjonalnie ich bronimy, lecz dlatego, że jesteśmy mądrzy, rozsądni i opanowani i dzięki temu każdą rzeczywistą wartość jesteśmy w stanie natychmiast rozpoznać. A jeśli ją postanowimy bronić – choćby i emocjonalnie – to mamy z góry tę przewagę, którą uzyskaliśmy właśnie przez swoją racjonalność.
Uczciwie powiem, że nie wiem zupełnie, odnośnie czego został przedstawiony ten komentarz. Nie wiem, bo nie pamiętam, czy on dotyczył konkretnego mojego poglądu (czy może przejawu mojej histerii), czy został skierowany do mnie tak ogólnie, w tym sensie, że ja – owszem – ładnie piszę, tyle że to w cokolwiek tam sobie wierzę, jest niepoważne, bo nie poparte poważnym zastanowieniem. Nie wiem i też nie bardzo zależy mi na tym, żeby to zbadać, choćby dlatego, że – jak już wspomniałem wyżej – tego typu myśl odbieram jako bardzo marną i niewartą nawet polemiki. Natomiast uważam za ciekawą, próbę opowiedzenia jak to jest z wartościami, i dlaczego przywiązanie do wartości może się niekiedy okazać tak silne, że aż prowadzące do tego, że człowiek najpierw zaczyna się emocjonować, by następnie dojść do przekonania, że właśnie teraz zrozumiał, że tylko to co ujrzał i czego jest teraz gotów bronić, jest prawdziwie racjonalne.
W odpowiedzi na wspomniany komentarz, przyznałem, że – owszem – kieruję się emocjami i być może zupełnie nierozsądnym zacietrzewieniem, wyłącznie co do jednej rzeczy. Mianowicie kłamstwa. Jeśli prowadzę ten blog i wciąż piszę te teksty, na najróżniejsze tematy, a jednocześnie operuję na takim poziomie czystego krzyku, to wyłącznie po to, żeby wskazać palcem powszechne, niewyobrażalnie rozpanoszone kłamstwo. Oczywiście, mam swoje sympatie (to są właśnie te wspomniane emocje) i pewnie też obsesje, niemniej jeśli cokolwiek mnie naprawdę zmusza do zabierania głosu, to poczucie porażenia kłamstwem.
Wpis, który zebrał tu największą liczbę komentarzy, dotyczył zdarzenia niezwykle mało istotnego, i osoby jeszcze mniej istotnej, a jednak wplątanego w tak nieprawdopodobnie intensywne kłamstwo, że trudno jest mi się jeszcze teraz z niego otrząsnąć. Nie chodzi bowiem ani o to, że jakiś piosenkarz jest zwyczajnie kiepski, ani o to, że jego piosenka stała się dziwaczną sensacją, ani nawet o to, że ludziom podoba się coś, co jest po prostu marne. Zmartwieniem moim było to, że ci, którzy mają moc decydowania i w których rękach jest w gruncie rzeczy i los naszego kraju i jego pamięci, odstawiają najzwyklejszą partaninę, pokazują ją, i mówią wszystkim, że oto Ojczyzna, oto Historia, i oto jej Dziedzictwo. Ledwie wczoraj, moj bardzo bliski kolega wspomniał mój stary wpis, dotyczący tzw. sprawy Cugier-Kotki i poinformował mnie, że on by się raczej po mnie spodziewał poważniejszych odniesień. A ja wciąż pamiętam, jak kłamstwo, które przecież jest wokół nas codziennie, w tamtych dniach stało się harde i bezczelne. I to całkowicie niezależnie od tego, czy tamta kobieta piła już wcześniej, czy może dopiero później się rozpiła. I czy najpierw była z PO, a później z PiS-em, czy odwrotnie. Ale podobnie i teraz, kiedy płaczę nad losem kobiety zamęczonej na śmierć przez jej własnego ojca i przez świat, w którym przyszło jej żyć, to też nie dlatego, że uważam życie za wartość aż tak uniwersalną , lub jej cierpienie za tak wyjątkowe, że warte aż takiego alarmu. Lecz dlatego, że to co się stało jest oficjalnie i publicznie i powszechnie przedstawiane jako właśnie tryumf słuszności, a więc dobra. Ale o tym za chwilę.
Słyszę opinie, że moje zawodzenia nad tym, co się stało ze światem i co się stało z nami są niepoważne, choćby dlatego, że jeśli spojrzymy na historię człowieka, to zobaczymy, że jest ona od samego początku usiana grzechem, występkiem i cierpieniem. Najczęściej zupełnie niezawinionym. Że zło miesza się z dobrem od początków dziejów i nie możemy całkowicie uczciwie powiedzieć, że dopiero teraz stoimy wobec zdarzeń, które stanowią punkt ostateczny. I ja oczywiście doskonale wiem, o co chodzi. Wiem, że los tej zamęczonej na śmierć kobiety jest pewnie nawet nieporównywalny z losem tych wszystkich, którzy w jakimś momencie swojego życia musieli stanąć wobec zła niewyobrażalnego w swojej bezlitości. Ja też znakomicie rozumiem, że każde kłamstwo, z którym mamy do czynienia dziś, na poziomie czy to polityki, czy życia społecznego, jest niczym wobec kłamstw, z którymi ci, którzy przed nami odeszli musieli się zmierzyć. Jednak ja emocjonuję się czymś zupełnie innym i jeśli wciąż tu podnoszę zgiełk i – zdaniem niektórych – zwyczajnie histeryzuję, to w związku nie z samym pierwotnym kłamstwem i samym pierwotnym złem, ale w związku z tym, jak to pierwotne kłamstwo i pierwotne zło zostało współcześnie zaakceptowane i oznaczone jako nie słabość, błąd, czy skutek uboczny, lecz jako nasz sukces i dowód osiągniętego przez nas postępu. I jeśli dziś wpadam w tak wysoki ton, to też nie tylko dlatego, że publicznie i oficjalnie ten sukces został odtrąbiony, ale dlatego też, że ta wiadomość została powszechnie przyjęta z dumą i radością przez ludzi, którzy na co dzień nie są ani mordercami, ani oszustami, ani nawet głupcami.
Nie do końca kompetentnie, a być może w ogóle niekompetentnie, jednak jakoś tam orientuję się w dziejach świata. Wiem co człowiek wyprawiał za czasów Cesarstwa Rzymskiego, co człowiek pokazał za czasów renesansowej Anglii i francuskiej rewolucji, czy wreszcie, do czego człowiek był zdolny przez cały XX wiek. I wiem, że, jak idzie o poziom nienawiści, w połączeniu z prostymi ambicjami, a to wszystko w połączeniu ze zwykłym opętaniem karmiącym ludzką wyobraźnię, nie mamy się czym szczycić. Natomiast nie ulega dla mnie wątpliwości, że jeśli zobaczymy, co człowiek może zrobić, jeśli idzie o jego rozum i jego szczególne poczucie kulturowej i cywilizacyjnej misji, to weszliśmy właśnie w czas ostateczny. Mogę się mylić. Może się okazać, że moja wyobraźnia jest komicznie uboga, a wiara siłę swojej oceny zabawnie rozbuchana i, jeśli tylko dożyję, to mogę się bardzo zdziwić. Może tak. Ale tego akurat nie wie nikt. Z perspektywy, którą dziś zajmuję, jest najgorzej.
Dlaczego najgorzej? Dlatego mianowicie, że mamy czasy, gdzie w pewien bardzo przewrotny sposób, wszystko to, co dotychczas, w epoce rozwoju nauk, ekologii i wzmożonego poczucia moralnego obowiązku wobec świata i człowieka, zostało uznane za błąd i plamę na naszej historii, jest jednocześnie, jak gdyby tylnymi drzwiami, przyjmowane z bardzo poważnie formułowanym uzasadnieniem, że dla pewnych, bardzo ważnych przyczyn, powinniśmy jednak uznać, że w tych akurat okolicznościach i w tych akurat warunkach, kłamstwo nie jest kłamstwem, zabójstwo nie jest zabójstwem, kradzież nie jest kradzieżą, a zdrada oczywiście też nie jest zdradą. I nie jest to głoszone dla jakichś doraźnych celów, czy mniej lub bardziej prywatnych porachunków. To w ogóle już nie jest przykrym sposobem na coś piękniejszego. Nie. To już jest drogą i ostateczną odpowiedzią.
Eluana Englaro została doprowadzona do śmierci nie dlatego, że sprawiała kłopot, albo że komuś przyszło do głowy, że dzięki tej śmierci będzie można coś wygrać. Za tą śmiercią i za tą zbyt powszechną radością z powodu tej śmierci, nie stały czyjeś mroczne interesy, czy nawet czyjeś osobiste zło. Ta śmierć została sprowokowana, a następnie oklaskana, wyłącznie dlatego, że ona właśnie wyznaczyła tryumf współczesnej moralności i otworzyła na oścież bramę do świata, który dopiero teraz będzie, nie prawdziwie zły, ale właśnie prawdziwie dobry. I to nie dobry dla wybranych, ale dobry dla wszystkich. Każde zło – bo to, wbrew temu co nam mówią, jest zło – jest dziś egzekwowane nie w imię innego zła, ale właśnie w imię przyszłego dobra. A przez to właśnie poświęcenie, to zło staje się automatycznie dobrem. Bo służy czemuś znacznie lepszemu, niż to cośmy dotychczas mogli sobie wyobrazić. Bo dobrem jest już właściwie wszystko, z wyjątkiem tego, co stoi na przeszkodzie temu, by to dobro wprowadzać i o jego zachowanie walczyć.
I to jest właśnie to kłamstwo, o którym piszę, a jest to kłamstwo, moim zdaniem największe. Bo kłamstwo to nie uderza w pojedyncze zjawiska, pojedyncze zdarzenia, czy w pojedynczych ludzi. To kłamstwo opanowuje i niszczy całą strukturę człowieka i całe środowisko, w którym człowiek żyje. Jest to kłamstwo troszkę przypominające kłamstwo z Orwella, tyle że nawet tam, ono albo było wynikiem wojny, albo było tej wojny stymulatorem. A skoro wojny, to jednak sytuacji skrajnej. Wojny, nawet jeśli tylko istniejącej w propagandowej ułudzie. Dziś nikt już nawet nie musi mówić o wojnie, czy o sytuacji wyjątkowej. Dziś jest po prostu dobrze i ma już być tylko lepiej.
Więc jeśli ktoś dziś przychodzi i prosi mnie o umiar, przez wzgląd na wszystko to zło i cało to kłamstwo i wszelkie to cierpienie, które nam towarzyszy od zawsze, to ja go proszę, by nie trywializował ani tych cierpień, ani tych kłamstw, ani tego zła. Bo, oczywiście, zło jest złem, choćby dlatego, że na jego początku stoi naturalnie zawsze ten sam Szatan. Ale jeśli nagle widzimy jak na dłoni, że Zły się bardzo sprofesjonalizował i jednocześnie poczuł mocno zdesperowany, nie mówmy, że nic nie dzieje się takiego, co nie działo się wcześniej, bo to nieprawda, a poza tym nieładnie. Choćby wobec tych, którzy nie mogąc być bohaterami, już tylko mogą liczyć na świętość. A może nawet – jako część tego świata – nawet i nie na to.
Nie trywializujmy więc tego zła, bo strywializowane zło ma za sobą już tylko ścianę. A ze ścianą za plecami, ono jest zdolne do wszystkiego. W odróżnieniu od strywializowanego dobra, które może nam wyłącznie pokazać różowe okulary Jerzego Owsiaka, czy pozwolić wysłuchać religijnej pogadanki Szymona Hołowni. I to akurat, na szczęście, też tylko od czasu do czasu i na krótko.

środa, 25 listopada 2009

Tonąca w radości i rozpaczy historia o spóźnionym sprzątaniu

Nie wiem, ile może być jeszcze osób, które wciąż, do dziś, pamiętają, że 9 lutego roku, który nam się niedługo skończy, w miejscowości Udine we Włoszech zmarła kobieta nazwiskiem Eluana Englaro. Niektórzy mówią, że ona nie zmarła, ale została zamordowana. Są jednak też i tacy, którzy mówią, że ona w żaden sposób nie została zamordowana, ale sobie cichutko zmarła, i to dzięki wsparciu ludzi, którzy nie mieli nic innego na myśli, jak tylko to, żeby owej Eluanie ulżyć w przykrościach, które ona – biedna – musiała znosić. Prawda jest akurat taka, że choć ona nie została zamordowana, to wcale nie umarła sobie cichutko. Umarła z hukiem, od którego wprawdzie świat się jakimś cudem nie zawalił, ale jeśli nie wiemy dlaczego, to tylko dlatego, że nie znamy tak naprawdę bożych ścieżek. I jesteśmy tu głupi jak przysłowiowa klozetowa deska.
Eluana Englaro ani nie została zamordowana, ani też nie umarła cichutko, i to akurat wiemy na pewno. Wiemy tez jeszcze coś. To mianowicie, że na początku, zdecydowany plan, żeby ją zabić, istniał z całą pewnością, i że, mimo iż ostatecznie jednak ów plan nie wypalił, jej śmierć sprawiła, że w wielu miejscach tego naszego świata, już chwilę potem, wystrzeliły korki szampana. No i z tej informacji wynika jeszcze jedna. Że ten świat już nie żyje, dokładnie tak samo, jak ta biedna kobieta. A co gorsza, zmarł ten nasz świat w sposób jak najbardziej zasłużony.
Kiedy Eluana Englaro została doprowadzona do zawału serca, napisałem tu, w Salonie tekst, który do dziś uważam za swój może i najważniejszy, a poświęcony właśnie jej śmierci i tym korkom, a który zatytułowałem pytaniem I znów mamy się zamknąć? http://toyah.salon24.pl/88280,i-znow-mamy-sie-zamknac. Kto chce, może do niego zajrzeć i sobie poczytać. Myślę, że nawet mogłoby się to teraz okazać dość pożądane. Nie wykluczam nawet, że właściwie, biorąc pod uwagę to, ze wielu czytelników tego bloga śledzi na co dzień to, co się dzieje w świecie, mogłoby to się też okazać jedyną rzeczą, którą warto teraz zrobić. No ale napiszę jeszcze coś, co czuję, że musi być napisane. Więc, kto chce, niech czyta. Kto nie chce, niech płacze. To jest bowiem na to idealny moment.
Powód, dla którego w lutym napisałem i umieściłem tu ów tekst był jednoznaczny. Chodziło o to, że za to śmiercią, która mną osobiście bardzo poruszyła, pojawiły się głosy satysfakcji. I nie chodzi mi nawet o to, ze z radości podskoczyła Kazimiera Szczuka i jej znajomi, ale że nawet tu, w Salonie, znaleźli się tacy, którzy poczuli się zmuszeni do tego by ze szczęścia zagulgotać. Nie mówię tu o jakiejś szczególnej satysfakcji. Nie takiej, jaką się czuje, kiedy nasi siatkarze zdobędą medal, lub gdy polska drużyna piłkarska wlepi Kanadzie. Satysfakcji skromnej. Zwykłej, prostej satysfakcji z tego powodu, że udało się skutecznie doprowadzić do kolejnej niewinnej śmierci, i że ta tak niewinna śmierć, poszła jak trzeba. Czysto i gładko.
Napisałem więc ten tekst, głownie po to, żeby powiedzieć tym wszystkim, którzy się cieszą, że ich radość nie może być pełna z jednego tylko, ale bardzo znaczącego powodu. Otóż, kiedy Cywilizacja odmówiła Eluanie Englaro posiłku, z takim zamiarem, że jeśli ona nie będzie jadła i piła, to po prostu umrze, ta nieszczęsna kobieta – tak wyszło – nie umarła ani z głodu, ani z pragnienia, ale zanim jej organizm nie wytrzymał tego braku, nie wytrzymało jej serce. A rozpadło się jej ono właśnie z tej rozpaczy, z tego strachu, z tego nieszczęścia i z tego – być może – bólu. Ktoś mi powie, że bólu nie, bo Cywilizacja – w swoje pełni – do samego końca podawała jej środki ten ból uśmierzające. Więc niech będzie, że bólu nie. Przynajmniej nie tego, który taka Kazimiera Szczuka, lub mój anonimowy salonowy kolega, mogą objąć swoją bardzo szczególnej myślą.
Napisałem ten pełen najgorszej rozpaczy tekst i zakończyłem go następującymi słowami: „I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby - umierając - miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…”
Czemu tak? Otóż dlatego, że, kiedy dowiedziałem się, że ona nie umarła z głodu i z pragnienia, lecz na zawał serca, z przerażeniem pomyślałem sobie, ze ona – w tej swojej bezradności, w tym swoim bezruchu i w tej swojej nieszczęsnej samotności – doskonale wiedziała, co się dzieje. Że ona świetnie słyszała tych wszystkich ludzi, włącznie ze swoim ojcem, jak szykują dla niej ten upiorny koniec. I że, kiedy poczuła głód i pragnienie, domyśliła się, co się stało i umarła. Tak sobie pomyślałem. I napisałem ten tekst.
I oto w tych dniach, dochodzi do nas informacja, ze w Belgii, po dwudziestu trzech latach nawiązano kontakt, czy, jak wolą niektórzy, wyprowadzono ze stanu wegetatywnego, pewnego mężczyznę. Zapamiętajmy jego nazwisko – Rom Houben. To nazwisko i tamto – Eluana Englaro. Otóż stało się tak, że ów Rom Houben, po ponad dwudziestu latach stanu, który dla wielu jest stanem nie zasługującym ani na litość, ani nawet na współczucie, odzyskał świadomość i pierwszą rzeczą, jaką powiedział, to ta, że on przez te dwadzieścia trzy lata, dzień za dniem, doskonale wiedział, co się wokół niego dzieje. I że tak bardzo pragnął coś powiedzieć, ale nikt go nie słyszał. Opowiada, jak krzyczał wniebogłosy ( W NIEBO GŁOSY) – ale nikt go nie słyszał. I o tym też dziś mówi. Jak strasznie chciał powiedzieć, że on wszystko wie i wszystko czuje, a jednocześnie z coraz większym bólem i rozpaczą wiedział, że to wszystko na nic. Bo nikt go ani nie rozumie, ani nie słyszy, ani nawet nie planuje usłyszeć. Ale powiedział coś jeszcze. Że to jest stan straszny nie do opisania.
I wszyscy się dziś tym niezwykle ciekawym zdarzeniem emocjonujemy. Wszyscy strasznie się ekscytujemy, że jakież to jest niesamowite, że dzieją się takie rzeczy. Że ileż to jeszcze tajemnic kryje przed nami współczesna medycyna i współczesna nauka. Patrzcie państwo! Toż to się w głowie nie mieści! Taka niby roślina, a wszystko wiedział. No, no. A my tu myślimy, że już wszystko wiemy. Oj ten człowiek! Ileż to jeszcze zagadek przed nami ten nasz świat kryje!
Piszę ten tekst, a za chwilę wkleję go na tym blogu. I nie wiem kompletnie, czy ludzi, którzy pamiętają, co się stało w lutym tego roku we Włoszech, jest dużo, mało, lub czy w ogóle ktokolwiek jeszcze wie i pamięta. A jeśli pamięta, to czy pamięta też, że Eluana Englaro nie zmarła z głodu, ale z rozpaczy. I już wiem, że nawet jeśli jest ich więcej, niż się mogę spodziewać, to ta wiedza i ta pamięć nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Że ta wiedza jest psu na budę. Że ta wiedza jest gówno warta! Z tej prostej przyczyny, że świat, w którym żyjemy, tego typu zdarzenia traktuje wyłącznie jako kolejny news. Jako to bowiem wyłącznie świetny powód, by dzień, który właśnie minął uznać za pełny i udany. A doszło do tego z tego marnego i jakże prostego powodu, że świat w którym żyjemy nie jest już więcej cywilizacją życia, lecz cywilizacją śmierci. Z tego wreszcie nieszczęsnego powodu, ze kiedy o cywilizacji śmierci wspominał Jan Paweł II, to on się nie bawił kolejnymi bon motami, lecz przekazywał wiadomość, którą myśmy uznali za coś równie interesującego i poruszającego, jak szlagwort Pokolenie JP II. Oto świat, oto cywilizacja, gdzie to o czym dziś piszę, nie jest ani znakiem, ani przestrogą, lecz wyłącznie towarem. Dokładnie takim jak jogurt na cholesterol, kolagen na zmarszczki, czy piątka na Orkiestrę.
Przepraszam bardzo, ale muszę kończyć, bo czuję, jak każde następne słowo prowadzi mnie nawet jeśli nie do bardzo spektakularnego podpalenia się w głupim i niemym proteście, to do wybuchu gniewu, który mnie z tego miejsca – w absolutnej zgodzie z regulaminem – zwolni. Jakież to szczęście, że Dobry Bóg, nie tylko obdarzył nas i naszą nędzą i naszą wielkością, ale dał nam przy tym jeszcze tę umiejętność przystosowania się. I do jednego i do drugiego.

wtorek, 24 listopada 2009

O czarach, lekkich słów parę

Osobiście staram się zawsze lekceważyć wszelkie informacje oparte na tzw. numerologii, czy – ogólnie rzec biorąc – na popularnie lansowanych znakach i symbolach. To znaczy, bawić się mogę, ale mowy nie ma, bym pozwolił temu wszystkiemu wpływać na mój ogląd świata. Dlatego też, informacja, że oto minęły dwa lata, jak Donald Tusk został premierem ma dla mnie o tyle znaczenie, że nie wyobrażam sobie, by intensywność tego zidiocenia, którego jesteśmy niemymi świadkami, mogła nie eksplodować jeszcze przez kolejne dwa lata. Dwa lata, to wartość, którą możemy ocenić wyłącznie w odniesieniu do całego kontekstu, a tu kontekst jest taki, że, z jednej strony, to zaledwie połowa, a z drugiej jakby całe życie. No i jeszcze jedno. Ja akurat, mimo że żyję na tym świecie już bardzo wiele lat, nie umiem sobie przypomnieć dwóch lat, które można by było równie uczciwie podsumować zdaniem: „I starczy”. No bo, jeśli spojrzymy na wszystko to, cośmy otrzymali wraz z tym przedziwnym projektem, to co nas jeszcze może czekać nowego? Czy jest coś, czegośmy jeszcze nie widzieli? Wszystko co mi przychodzi do głowy jest już tak głupie, że nawet nie warto tego tematu kontynuować. Toż to nawet pythonowskie konie nie dadzą temu z czym mamy dziś do czynienia sprawiedliwości.
Mimo to, wciąż słyszę, że dwa lata to okres symboliczny. Że dwa lata, to dla każdego rządu punkt przełomowy i jednocześnie kryzysowy. Że dla tego rządu, te dwa lata, to swego rodzaju koniec bajki. Że teraz, to już może być tylko gorzej. I że to gorzej już nawet widać. Jak już wspomniałem na samym początku, nie uważam, żeby obiektywnym problemem tu akurat były te dwa lata. Natomiast nie wykluczam, że akurat w tym wypadku, te dwa lata mogły się w przedziwny sposób zracjonalizować. A stać się to mogło w ten sposób, że – o czym jestem osobiście głęboko przekonany – ten rząd jest od samego swojego początku napędzany wyłącznie przez ów wymiar irracjonalny. Mam silne wrażenie, że oni w tych ministerstwach i w tych swoich gabinetach właściwie wyłącznie albo leją wosk, albo układają pasjanse, czy wręcz biegają od ściany do ściany i wypowiadają zaklęcia. Biorę pod uwagę, że jestem silnie uprzedzony, niemniej nie mogę ani na chwilę pozbyć się wrażenia, że żaden z tych ministrów, czy posłów, czy dyrektorów gabinetów nie jest w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji bez wcześniejszego przeliczenia wszystkich cyfr na kartce kalendarza i że jeśli tam leci jakaś muzyka, to wyłącznie black metallub ten nowy pogański pop.. Jestem pewien, że nawet to – słynne już – odwoływanie się do sondaży, też w gruncie rzeczy jest wynikiem tego obłąkania. W końcu cóż oni mają ponad te numerki?
A więc, jeśli te dwa lata mogą mieć dla mnie jakieś znaczenie, to tylko w ten sposób, że ja wiem, a przy okazji widzę, że owa dwójka ma znaczenie przede wszystkim dla nich. Widzę bardzo wyraźnie, że w momencie jak ta dwójka wyskoczyła im przed oczami, oni zaczęli się zachowywać, jakby po prostu zwariowali ze strachu. I myślę sobie, że to może tak być. Są ludzie, którzy idą ulicą i widzą czarnego kota, albo kominiarza i zmieniają wszystkie swoje plany. Są tacy, którym mleko wykipi, albo sól rozsypie i zaczynają odpływać. Dziś myślę sobie, że Donaldowi Tuskowi ktoś pewnego ranka powiedział, że to już dwa lata i on się udławił z przerażenia. Pobiegł natychmiast na boisko i zaczął kopać piłkę – nic. Popędził na samolot do Sopotu, wpadł do domu, położył się na swojej ulubionej wersalce – nic. Wypił butelkę wina i zapalił cygaro – nic. Nawet w głowie nie zaszumiało. Zadzwonił do pana od wizerunku – a ten, okazuje się, równie przerażony wali z drugim w ping ponga. I w tym momencie postanowił, że jedynce co mu pozostaje, to zaktywizować się jako premier i jako poważny polityk. Tylko jak? Ani nikt go dotychczas tego nie uczył, ani nie powiedział, że to się może kiedyś przydać, a przede wszystkim, nie wiadomo, co ludzie powiedzą? A co, jeśli się zaczną śmiać? No i najważniejsze – wciąż wszędzie wisi ta dwójka!
Ale jednak zaryzykował i zapowiedział, że będzie zmieniał Konstytucję. Zmienił już przepisy hazardowe, załatwił sprawę sejmowej komisji, Kamińskiego wypieprzył, zmienił numer telefonu, żeby broń Boże, Rysio czy Zbysio nie zadzwonili, a więc teraz zajmie się Konstytucją. No i, cholera, okazuje się, że ponad 90 procent (i to jeszcze tych z TVN-u) nie chce żeby cokolwiek ruszać i żeby zostało jak dotychczas. Do tego wszyscy się śmieją i jakoś tak dziwnie patrzą i wciąż coś gadają o tych dwóch latach. W telewizji to samo. Co jakaś debata, to wszyscy przeciwko. Nawet koledzy z PSL-u nabrali wody w usta. Olejnik zaprosiła Pawlaka. A co ona może od niego chcieć? I czemu się do niego uśmiecha? Aaaaaaaaaaa!!!
Powtarzam. Ja wiem, że jestem nieobiektywny i jeśli ktoś czytał moje poprzednie wpisy, to wie, że ja ten koniec widzę od samego początku. Tylko że są też dziś już fakty. Nie moje wyobrażenia, czy nawet nadzieje, ale fakty. Kiedy to wszystko się zaczynało, to przynajmniej była zakreślona jakaś perspektywa, Ziobro z Kamińskim mieli iść do więzienia, poparcie dla PiS-u miało spaść do 7 procent, minister Pitera zapowiadała, że pod koniec lutego nastąpi taki wstrząs, że po stronie ciemności zapanuje ciemność jeszcze większa, no a przede wszystkim wszyscy zobaczą, że to nie jest tak, że PiSjest zły (choćby dlatego że PiS-u już nie będzie), ale że to Platforma jest git. A co mamy dziś? Graś drży, że Urząd Skarbowy dłużej już nie będzie czekał, Niesiołowski, że trzeba będzie płacić Skrzypkowi, Pitera, że jednak Kamiński nie popuści, Sekuła, że tak się jednak do wiosny nie da, choćby dlatego, że wprawdzie Wassermann z Kempą się tylko śmieją, ale taki już Arłukowicz robi wrażenie zdeterminowanego przez marzenia o karierze. No i przede wszystkim już nawet w Szkle Kontaktowym przestali mówić, że Platforma jest fajna, ale tylko, że za PiS-u było gorzej, albo że nawet jeśli nie gorzej, to że ludzie tak to wciąż pamiętają. Nawet pan Andrzej Dzierżoniowa przestał dzwonić.
Włączam telewizor, a tam Olechowski. Panie ministrze, jak się panu podoba rząd? No wie pani, najlepszy nie jest, ale przynajmniej nie jest taki… no… jak tamten. Że niby jaki? No tamten był taki, no wie pani redaktor, tak człowiek nie najlepiej się czuł, bo to i ta nienawiść i tak w ogóle. Przyłazi Cimoszewicz. Panie premierze, czy zadowolony jest pan z tego rządu? No… tak do końca, pani redaktor, to oczywiście trudno być zadowolonym, ale przynajmniej człowiek nie musi się irytować bez przerwy. A wtedy się pan irytował? O tak! Nieustannie. Teraz też, ale już nie tak nieustannie. Panie Generale, a co pan nam powie na temat tego rządu? Ja, pani redaktor, uważam, że prezydent Lech Wałęsa jest prawdziwym bohaterem. Osobiście mam inne poglądy na różne sprawy od niego, ale jeśli mam porównywać, to oczywiście wolę jego, niż obecnego prezydenta. Panie Kaziku, a co pan sądzi, jako artysta? No, ja się przede wszystkim cieszę, że nie ma już tamtego rządu, bo oni to tak chodzili i tak… no… tak gadali… i tak… no nie wiem. A teraz, jest jak jest, oczywiście, ale przynajmniej nie ma tego tam… że oni tak… no… tak jakoś… no nie bardzo mi się podobali. No ale ja generalnie nie lubię faszyzmu. A pan, panie Andrzeju, co pan powie? Ja tam, no nie wiem, bo dziś jestem jakiś taki nie tego, ale tak ogólnie to na szczęście ludzie pamiętają wciąż jak to było wtedy, że tak te dwa trolle… i nie bardzo dało się żyć.
Ja to wszystko słyszę, i widzę, że to już się wszystko pomału zaczyna zwijać. I oczywiście jest mi bardzo przyjemnie. No ale najważniejsze jest to, że dla mnie te dwa lata, to i tak już o dwa lata za długo. Te dwa lata są jak siedem lat, albo trzynaście. Ale wiem, że czasu zmienić się nie da. Dwa to dwa. I, jak mówią najróżniejsi magicy, a ci, których już tak mam dość, w sposób najbardziej widoczny im wierzą, te dwa lata to już koniec. Wiem – a przede wszystkim widzę – że ta dwójka powoduje autentyczne torsje. Jednego tylko żałuję, że nie mogę z Donaldem Tuskiem siąść i posłuchać w telewizorze, jak generał Kiszczak, czy Włodzimierz Cimoszewicz tłumaczą, dlaczego PiS był zły, a Platforma jest ich zawiedzioną nadzieją. Zrobiłbym mu zdjęcie i miał na pamiątkę.

poniedziałek, 23 listopada 2009

O mózgach za grosz i talentach za pół

Końcowa scena filmu braci Coen, Fargo wygląda tak. Marge rozmawia ze swoim mężem Normanem i Norman informuje ją, że właśnie został rozstrzygnięty konkurs na znaczek pocztowy. Projekt Normana wygrał, tyle że jego znaczek ma bardzo mały nominał – będzie szedł za trzy centy. Norman się martwi, bo jak mówi, ludzie nie za często używają znaczków trzycentowych. Na to Marge go pociesza i mówi tak: „Ależ oczywiście, że używają. Ile razy ceny listów idą w górę, ludzie potrzebują tanich znaczków, bo są zawaleni całą kupą starych”.

Coenowie to dwaj utalentowani Żydzi, którzy kręcą autorskie filmy i, zdaniem wielu, filmy obecnie na świecie najlepsze. Jestem przekonany, że obaj są obrzydliwie bogaci i nie mają żadnego powodu, by wiedzieć, jak wygląda świat, kiedy się patrzy na niego z poziomu ulicy, czy mieszkania w bloku. Mimo to, znaleźli w sobie wystarczająco dużo… czego? Nie wiem. Ale czegoś takiego, co sprawia, że przynajmniej robią wrażenie kogoś, z kim można by było porozmawiać. Kogoś, kto – nawet jeśli przez ten szczególny splot losu, znalazł się częściowo poza światem – ma wystarczająco dużo… czego? Nie wiem. Czegoś takiego jednak, co sprawia, że i jeden i drugi przynajmniej wiedzą, co trzeba, żeby być człowiekiem.
Bracia Coen. Mógłbym pisać dużo o ich filmach i ich scenariuszach i ich historiach. Tyle tylko, że ten tekst nie jest o nich. Wręcz przeciwnie. On jest o tych, co tego czegoś, co Coenowie szczęśliwie mają, sami nie posiadają, ale też przy tym wcale nie uważają tej swojej ułomności za jakiś szczególny brak. O tych, którzy uznali, że bycie człowiekiem, nie stawia przed nimi żadnych szczególnych wymagań i że te wymagania są bez porównania mniej ważne niż to, by sobie znaleźć wygodne miejsce do życia i móc sobie jak najczęściej kupić coś fajnego. Ale przede wszystkim, mam dziś na myśli ludzi głupich, złych i leniwych. Lub, lepiej – gnuśnych.
Zanim jednak zejdziemy na sam dół, popatrzmy, co spotkamy po drodze. Niedawno telewizja poinformowała, że istnieje plan, żeby wycofać z obiegu monety jednogroszowe, bo ich produkcja jest bardziej kosztowna, niż ich ostateczna wartość. Mimo że wolę być wszystkim, byle nie liberałem, uważam, że jest to pomysł, acz smutny, to niewątpliwie bardzo sensowny. Nie warto produkować groszówek. Nie ma żadnego dobrego powodu, żeby w dalszym ciągu wydawać pieniądze i marnować ludzki wysiłek na coś, co jest niemal bezwartościowe. Nawet jako czysta poezja. To co mnie jednak w tym wszystkim zainteresowało, to komentarz, jaki na ten temat wygłosili podający ową informację dziennikarze. Otóż najpierw pani prowadząca program spytała swojego kolegę, kiedy to on ostatnio widział monetę groszową, bo ona z całą pewnością nie przez kilka ostatnich lat. A ten – jak najbardziej naturalnie – się ze swoją koleżanką zgodził.
A więc, ci dwaj dziennikarscy państwo, nie dość że od kilku lat nie widzieli monety jednogroszowej – co w sumie nie jest aż tak dziwne – ale w dodatku jeszcze uznali, że to, iż oni tej monety nie widzieli, jest czymś tak oczywistym, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się tą wiadomością z ludźmi podzielić. A to już jest bardzo ciekawe. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że trzeba naprawdę być bardzo mocno oderwanym od realnego świata, żeby nie wiedzieć, że ludzie którzy chodzą ulicami, noszą w swoich kieszeniach monety jednogroszowe. Nawet jeśli się tych ulic nie widzi, bo albo się po nich nie chodzi, albo, nawet jeśli się chodzi, to na tę okoliczność wyłącza się wszystkie zmysły plus rozum, wypada pewne rzeczy po prostu wiedzieć. Wypada je wiedzieć choćby w podobnym stopniu, jak się wie, że istnieje wspomniany już jakiś czas temu tu, na tym blogu, kolagen, którego tez nikt nigdy nie widział, ale wie, że jest. Pan i pani, którzy zostali przez swoją stację telewizyjną wystawieni na kontakt z ludźmi – również tymi, którzy mają w kieszeniach te grosiki – ani nie mają pojęcia do kogo mówią, ani też za bardzo o czym, a co najgorsze, wcale nie uważają tego za jakąś stratę.
Tak zatem wygląda świat, kiedy schodzimy w jego najbardziej mroczną głębię od poziomu, który wyznaczają choćby bracia Coen, przez tych miłych i rozgadanych, upozowanych na naszych przyjaciół i sąsiadów dziennikarzy, aż na sam dół. I co tam widać na dole? Otóż tam jest już naprawdę bardzo ciekawie. Ciekawie z tego względu, że nie dość, że te rejony są zamieszkiwane przez stwory, które z własnego, niczym nie wymuszonego wyboru, zdecydowali się na całkowitą izolację od rzeczywistego świata, nie dość że uznali, że ten zewnętrzny już dla nich świat jest na tyle nieciekawy, że nie muszą na jego temat już nawet nic wiedzieć, to w dodatku jeszcze tę swoją ignorancję, która ich zaprowadziła tam gdzie dziś są i którą już tylko starannie kultywują, uważają za niewątpliwa wartość. Proszę zwrócić uwagę: redaktor Klaczyńska i jej redakcyjny kolega Grass – bo to o nich była wcześniej mowa – wprawdzie i stracili kontakt ze światem i jednocześnie pomaleńku zaczynają tracić podstawową, tego świata dotyczącą wiedzę, ale przynajmniej jeszcze robią wrażenie, jakby czuli, że to co im stopniowo odlatuje, stanowiło jednak kiedyś, przed laty, jakąś wartość. A przez to, wciąż z przyjemnością można przynajmniej na nich popatrzeć. To, na co włazimy już na samym dnie, to prawdziwie ostatni krąg. A najbardziej w tym ciekawe jest to, że on właśnie zamieszkiwany jest przez tzw. ludzi utalentowanych, a więc w pewnym sensie kogoś takiego jak bracia Coen. Tylko w pewnym sensie, bo tak naprawdę ich gnuśność jest tak samo nędzna jak ich talent, a ich talent dokładnie tak samo marny, jak ich wiedza. Jedyne co mają rozkręcone do najwyższych obrotów, to poczucie przynależności do elity. Są to mianowicie artyści.
W minioną sobotę, obejrzałem po raz chyba już drugi w życiu, program telewizji TVN24, zatytułowany Drugie śniadanie mistrzów. Wystąpił tam, obok paru innych tzw. celebrytów, rysownik Andrzej Mleczko i – zgodnie z formułą programu – miał się tam wypowiedzieć na tematy poważne. To co mnie uderzyło na samym już początku, to fakt, że na każde pytanie prowadzącego, Mleczko mówił, że on nie będzie odpowiadał, bo się marnie czuje i mu się nie chce ani myśleć, ani tym bardziej gadać. I było tak, jak zapowiedział. Prowadzący program Marcin Meller z Playboya, zdawał pytanie, a Mleczko coś stękał i informował, że innym razem, bo on dziś jakiś słaby. I w momencie, gdy już naprawdę jedyne pytanie, jakie zwykłemu, białemu człowiekowi mogło przyjść do głowy, to takie, po jasną cholerę on tam w ogóle przylazł i jak to jest, że takie zachowanie jest publicznie tolerowane, pojawił się temat, który Mleczkę rozruszał. A mianowicie kwestia relacji między komunizmem, a faszyzmem. Otóż Mleczkę kac – czy co to tam było – natychmiast opuścił i powiedział, że on nie widzi powodu, żeby porównywać Gomułkę do Hitlera i że on uważa, że komunizm znowu nic takiego złego ludziom nie zrobił. W momencie kiedy zdesperowany już Meller, powiedział, że oni nie mówi o Gomułce, ale o Stalinie i wspomniał czarne lata 50., Mleczko odpowiedział, że na tym to on w ogóle się nie zna i nic nie wie, bo Hitlera owszem – pamięta, a tego akurat nie, i też nic szczególnego nie zauważył, a poza tym Stalin, w odróżnieniu od Hitlera, to nie Polak… No a poza tym i tak najgorsze co mogło się stać, to to, że Donald Tusk nie może zdobyć żadnej powaznej góry, bo co się wdrapie, to tam siędzą dwa trolle i go nie wpuszczają. Poważnie! Tak to właśnie powiedział. I się jeszcze tak ożywiał przez parę minut, by znów popaść w swój zwykły stupor.
Córka moja, z jakiegoś powodu ogląda ten program częściej i mówi mi, że Andrzej Mleczko występuje tam regularnie i jest zawsze najgłupszy ze wszystkich. Oczywiście bywają tam prawdziwe tuzy rytualnego zidiocenia, bo taka jest właśnie formuła programu, niemniej Mleczko – jej zdaniem – jest jeszcze nawet gorszy od, dajmy na to, aktora Pszoniaka. A ja się zastanawiam, jak to się dzieje, że z jednej strony, ludzie, którzy stanowią tak zwaną śmietankę kulturalną i artystyczną naszego kraju, nie dość że nie mają rozumu – co akurat nie jest czymś szczególnie szokującym, że nawet nie potrafią udawać, że coś tam się w tych ich głowach dzieje, to na dodatek jeszcze są traktowani przez publiczną domenę, jako przykład na coś innego niż patologię. Andrzej Mleczko, człowiek i posiadający pewnie co najmniej średnie wykształcenie, i mieszkający wśród ludzi i z tymi ludźmi jakoś tam się spotykający, nawet jeśli najczęściej kompletnie pijany, to przynajmniej od czasu do czasu trzeźwiejący, oświadcza, że on za bardzo się nie interesuje losem pomordowanych przez komunistyczny system ludzi, bo nic nie widział i nie słyszał, a więc nawet nic nie może pamiętać, i ten jego wybryk nie stanowi żadnego znaczącego wydarzenia. Człowiek, który z zimną krwią, bez śladu wstydu i publicznie, oświadcza, że komunizm niczym sobie nie zasłużył, by go porównywać z faszyzmem, bo kudy tam Gomółce do Hitlera, występuje w programie, który ma w tytule słowo „mistrz”, a co najlepsze wie przy tym świetnie, że w kolejną sobotę też tam wystąpi, bo to on współtworzy tę elitę i ten standard. A publiczność, w swojej znacznej części, i tak niczego nie rozumie, poza tym, że być może własnie zaobserwowała jeszcze jeden eksces jeszcze jednego bohatera kolorowych magazynów. No a poza tym i tak czeka teraz przede wszystkim na to, by ich ulubiony humorysta zapuścił wąsa, bo tak będzie bardziej w stylu.
Właśnie na ekranach polskich kin bryluje film zatytułowany Rewers. Nie wiem o nim nic, poza tym, że podobno jest absolutnie szczytowym osiągnięciem naszego nowego kina i że podobno jest dokładnie tak samo beznadziejny, jak wszystkie pozostałe nowe polskie filmy. W jedno i w drugie wierzę bardzo chętnie i z jednakowym bólem. Dlaczego chętnie? Dlatego, że doświadczenie mnie uczy, że każdy nowy polski film jest szczytowym osiągnięciem nowego polskiego kina. A dlaczego z bólem? Dlatego mianowicie, że mogę mieć pewność, że już wkrótce, kiedy Andrzej Mleczko do tego stopnia odleci, że już nie będzie mógł występować w programie Drugie śniadanie mistrzów, ani w ogóle pokazywać się publicznie, zostanie zastąpiony przez kolejnego ‘mistrza’ i będzie nim albo reżyser filmu Rewers, albo jego scenarzysta, albo któryś z jego aktorow (czy gra tam może Marek Kondrat?) I wtedy ten ktoś będzie nam opowiadał, jak to wygląda Polska i świat oczami artysty. A my nic na to nie będziemy mogli poradzić, ani słuchając tych stęknięć i pofukiwań, ani oglądając filmy braci Coen, ani słuchając piosenek brytyjskiego zespołu La Roux,czy duńskiej piosenkarki o imieniu Aura,oglądając kolejny odcinek serialu House, czy jakiś kolejny czeski, czy ruski film, czy kolejny zestaw obrazków z magazynu New Yorker i zastanawiając się, co to za cholera, że akurat tak to się nam musiało porobić!

sobota, 21 listopada 2009

Daukszewicz, czyli o sępach na debecie

W poprzednim, ponad miarę rozbudowanym wpisie, odniosłem się w głównej mierze do problemu związanego z bankami i tym, jak one rozpanoszyły się w naszym nowym wspaniałym świecie. Dziś, kiedy patrzę i na sam tekst i na nieliczne komentarze, jakie mu towarzyszą, wiem, że zmarnowałem temat. Zmarnowałem go przede wszystkim dlatego, że nadając mu tak rozwlekły ton, zgubiłem i emocję i intensywność i – być może przede wszystkim – sam sens. Nie chcę przez to powiedzieć, że tego wszystkiego tam nie ma, bo tak nie jest, jednak prawda jest taka, że w tej właśnie tak leniwej narracji, to wszystko na co ten temat z całą pewnością zasługiwał – jak mówię – zgubiłem. Dziś w dodatku jeszcze, mój przyjaciel Gemba zauważył, że musiał kilka razy ten nieszczęsny wpis czytać, żeby odnaleźć w tej gęstwinie odpowiedź na pytanie, które go najbardziej nurtowało, a mianowicie, dlaczego ten System tak łatwo docisnął nas Polaków do ściany i sprawił, że oddaliśmy mu wszystko, cośmy mieli, a co dla Systemu było interesujące.
Najpierw myślałem, że może przeredaguję ów wpis, skrócę go i zintensyfikuję i sprawię, że stanie się bardziej przystępny i przez to bardziej dźwięczny. I pewnie bym tak zrobił, gdyby nie dwie sytuacje. Pierwsza to taka, że się oczywiście trochę bałem, bo jak wiemy, nawet najlepszy sequel czy remakezawsze jest narażony na to, że stanie się on własną parodią. Po drugie – ważniejsze – zdarzyło się coś, co dało mi bardzo dobry powód do wzięcia się za kolejny temat, ale o czym powiem za chwilę. Tak się też przy tym stało, że ta moja dzisiejsza refleksja, jeśli nawet się oddala od problemu rabunku, jakiego na tym i tak już wybiedzonym społeczeństwie dokonały banki, to tylko pozornie i nie tak znów bardzo. A więc mam nadzieję, że znajdzie się tu wszystko, co trzeba. Zobaczmy więc. Zacznijmy od końca, a więc od tyłu.
Gemba chciał wiedzieć, dlaczego moim zdaniem, dajemy się tak fatalnie kantować i to w sposób tak beznadziejnie prostacki i głupi. Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw dokonać rozróżnienia między tymi, którzy wchodzą w zaproponowany im deal, bo jest to dla nich jedyny ratunek wobec innych zagrożeń, na które System skazał ich wcześniej i w innych miejscach, oraz na tych, którzy znaleźli się tu, gdzie dziś są, właśnie dlatego, że w pewnym momencie ów system polubili, uznali go za odpowiadający ich aspiracjom, a przede wszystkim na tyle się rozleniwili, że nie wzięli pod uwagę, że za darmo mogli coś dostać najwyżej za komuny, a i to też wcale nie do końca na pewno. Tych pierwszych możemy spokojnie zostawić na inne, bardziej sprzyjające czasy, bo przede wszystkim, ich motywacje są jasne, a poza tym, co do nich mam parę uwag, niezwykle interesujących, więc bardziej odpowiednich moż na inny wpis. A teraz przejdźmy do Systemu. Uważam, że metoda, jaką sobie on sobie obrał, szykując się do ataku na społeczeństwo, opiera się na dwóch założeniach, które z kolei dotyczą dwóch – i tylko dwóch – etapów całego przedsięwzięcia. Oba są stare jak świat i równie prostackie. Pierwsze z nich wykorzystuje fakt, że jeśli się człowiekowi przedstawi odpowiednią perspektywę i, drogą bardzo szczególnych posunięć, wzmocni ich tak, by ta perspektywa stała się dla nich swoistym uzależnieniem, to on zrobi wszystko, by nawet za cenę utraty kontaktu z rzeczywistością, pójść na wszelka umowę. Wiem co mówię.
Jakieś dziesięć lat temu (proszę pamiętać – dziesięć lat, to naprawdę bardzo, bardzo dawno temu), kiedy jeszcze pracowałem szkole, przyszli do nas pracownicy Citi Banku i wszystkim nauczycielom wcisnęli karty, każdemu na około 4 tys. zł. Nie będę wchodził w szczegóły. Powiem tylko, że właśnie w tym miesiącu udało mi się, po dziesięciu latach, wreszcie im tę kartę oddać i – wstyd mi jak cholera – jedyne co mi po niej pozostało, to świadomość, że dołożyłem się jak ostatni idiota do pensji tych wszystkich prezesów i dyrektorów. I to zaćmą pewnością w potężnej wielokrotności tych czterech patyków. Proszę pamiętać. Dziesięć lat temu, nie potrzebowałem extra pieniędzy. Było marnie, ale nie najgorzej. Pomyślałem sobie tylko, że co mi szkodzi? Czemu nie? I trwało to niemal dziesięć lat. A więc, wiem, co mówię. Uważam się tu za specjalistę. Więc dziś, kiedy – jak mi relacjonuje jeden z moich byłych uczniów, który z tymi kartami biega po mieście – już Citi Bank obstawił już wszystkie szkoły, wszystkie przedszkola, wszystkie biura, i wszystkie punkty, gdzie ludzie mają stałe, bezpieczne dochody, tyle że na tyle skromne, by perspektywa czegoś ekstra kompletnie za darmo była wystarczająco kusząca, a ja widzę tych wszystkich smutnych ludzi z żonami, z dziećmi, czy z kolegami, jak wynoszą z Media Marktu potężne telewizory, też wiem, co się dzieje.
Nasz poprzedni telewizor kupiliśmy ponad 20 lat temu, zaraz po ślubie. Zmarniał przez te lata bardzo, więc poszedłem do rzeczonego Media Marktu i spytałem niepewnie, czy mógłbym dostać jakiś skromny kredyt, skoro nie mam stałych dochodów. Dowiedziałem się, że bez najmniejszego problemu, o ile tylko chcę coś kupić poniżej 5 tys. zł. Ponieważ chciałem kupić telewizor tylko za 1200 zł, dali mi go od razu, bez żadnych zaświadczeń, bez żadnej dyskusji. Ot tak! Bierz pan i sobie pan oglądaj do woli. I tak to się dzieje. I to jest cała filozofia. Cała odpowiedź na pytanie Gemby? Jak oni to robią? Ot tak! Po prostu.
Ktoś się zapyta, czemu ludzie są tacy głupi? Czemu oni, bez żadnego przymusu, bez najmniejszej potrzeby, zwalają sobie na głowę najbardziej straszliwe kłopoty? A to, z tym już pytaniem, proszę się kierować do mądrzejszych ode mnie. Choćby do tych, którzy – uwaga! uwaga! – uznali, że ubezpieczenie społeczne musi być obowiązkowe. I niech się ich spytają, dlaczego ono jest obowiązkowe? Dlaczego każdy zatrudniony w naszym kraju – a przecież nie tylko w naszym – u kogoś, czy u siebie, ma psi obowiązek, ze swoich ciężko wyszarpanych pieniędzy oddawać ZUS-owi co najmniej kilka ciężkich stów co miesiąc, bo inaczej ZUS porozumie się z bankami i go załatwią zanim się zestarzeje? Odpowiedź jest mianowicie taka, że człowiek jest tak zbudowany, że ma skłonność myśleć wyłącznie o tym, co jest teraz. A zatem, gdyby ludziom pozwolić, by sami dbali o swoją przyszłość, to każde nowe pokolenie starców, czy ludzi niezdolnych do pracy, rozwaliłoby od wewnątrz każde państwo, umierając z głodu na ulicach, a w konsekwencji uciekając się do aktów desperacji. A każde państwo lubi wszelkie akty desperacji kontrolować.
Więc tu wszyscy jesteśmy strasznie mądrzy. Ale w takim razie, pozostaje kwestia oczywista. Skoro państwo tak bardzo się troszczy o ludzi, by im zapewnić w sposób najbardziej podstawowy przetrwanie na wypadek starości, czy zniedołężnienia, czemu dopuszcza do tego, by przy w pełni otwartej kurtynie, bezczelnie, całkowicie oficjalnie, bezwstydnie i – w ostateczności – kompletnie bezmyślnie, dla podłego interesu grupki osob, systematycznie doprowadzać całe społeczne grupy do całkowitego, finansowego, moralnego i życiowego upadku? Właśnie dlatego, że jest to upadek kontrolowany. Bo jest to upadek sterowany przez połączone siły banków, ZUS-u , Urzędów Skarbowych i wszelkich innych fajnych instytucji, które działają tam, gdzie można złapać za gardło jakiegoś obywatela.. Name them!
Jak więc wygląda ów upadek? Oczywiście nie tak, że człowiek pożycza pieniądze z banku, bo dał sobie wmówić, że tych pieniędzy potrzebuje, albo że może kiedyś w przyszłości mu się przydadzą. Prawdziwe nieszczęście zaczyna się wtedy, gdy te pieniądze są już autentycznie potrzebne i są potrzebne do tego stopnia, że jest już wszystko jedno i nie liczy się już zupełnie nic, jak tylko to, żeby je dostać. Co będzie później, jak się rozwinie sytuacja, nie ma już znaczenia. Może umrzemy, a może będzie jakiś krach i wszystko się zawali, a może stanie się jakiś cud, a może pojawi się wreszcie jakiś nowy bank, który zacznie pożyczać wszystkim. W ostateczności pozostaje prawdziwa lichwa w postaci Providentai kolejne morderstwo.
I jeszcze raz. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wszyscy doskonale wiedzą, że to już zaszło za daleko i nie są w stanie tego zatrzymać, bo jednocześnie to wszystko stanowi najbardziej czystą i oczywistą podstawę naszej cywilizacji, a ich powodzenia.
Skąd mi przyszło do głowy, żeby jednak jeszcze raz o tym pisać? Zaraz powiem, ale jeszcze chwilę o czymś innym. Parę miesięcy temu, z jakiejś okazji, której charakteru nie pamiętam, Donald Tusk zakomunikował nam, że on i jego rząd mają niezwykle trudną sytuację, bo z nim jako z kapitanem, i z jego ministrami jako załogą, oni próbują utrzymać bezpiecznie na falach ten statek, któremu na imię Polska, kiedy wokół sztorm i strach, a banda bezmyślnych, pozbawionych zasad i ziejących czystą destrukcją pasażerów, rabuje walizki i rozkrada cały znajdujący się na statku dobytek. Otóż, jeśli już mam uznać to porównanie za celne, to od wielu, wielu tygodni, nie mam najmniejszych wątpliwości, że wszystko co robi Platforma Obywatelska, to nie jest ratowanie statku, lecz właśnie czyste, proste i jednoznaczne rabowanie resztek dobytku. Od wielu tygodni, każdy nowy dzień, czy to w decyzjach poszczególnych urzędników, czy w zachowaniu wymiaru sprawiedliwości, czy w pojedynczych doniesieniach medialnych, przynosi nam jedną informację. Na tym statku zapanowało kompletne bezhołowie i chaos, pasażerowie siedzą skuleni gdzieś w kącie, a ZAŁOGA już tylko patrzy, gdzie ewentualnie zostało jeszcze coś, co by można było splądrować. I nie liczy się już nic. Ani przyszłość, ani bieżąca reputacja, ani tzw. bilans strat i zysków, bo punkt za którym jest już wyłącznie najczystsza desperacja został dawno przekroczony. A zatem, w tym momencie Donald Tusk, jego rząd i jego partia zachowują się dokładnie tak, jak ten biedny zaszczuty klient banku, którzy zaryzykował zupełnie nową przygodą , a kiedy się zorientował, że to wszystko go przerosło, okazało się też, że już jest za późno. Nie można się już bowiem ani cofnąć, ani choćby zatrzymać, a przyszłość jest nieznana zupełnie. Jak już wspomniałem, w relacjach człowiek-bank, w najbardziej drastycznych przypadkach ci zrozpaczeni ludzie mordują dziewczyny, które firma wysłała z pretensjami. Tu, kiedy wreszcie okaże się, że wokół jest już tylko pełna pustka… sam chciałbym wiedzieć, co się wydarzy? Co zrobi Donald Tusk? I czy na pewno on?
Trzeba już kończyć. A więc tym samym doszliśmy do głównego pretekstu, dla którego ten tekst w ogóle powstał. Otóż schodzimy na sam dół. Z tego okrutnego Systemu, z banków, z najbardziej wyrafinowanych szwindli, ze Zbychów i Rychów i tych bluzgów podsłuchanych przez CBA, od Lwa Rywina i panów z ABW, i z ministerialnych kantów, z tej bezmyślnie podbijanej piłki gdzieś na nocnym boisku, z tych bezsensownych wędrówek między Sopotem, Warszawą, a Brukselą, schodzimy do poziomu czystego symbolu. Oto dziś dowiadujemy się, że jedna z pierwszych gwiazd sztandarowego osiągnięcia Koalicji 21 października, a mianowicie Szkła kontaktowego – Krzysztof Daukszewicz – najbardziej spektakularną część swojego niedawnego telewizyjnego występu, przepisał w całości, niemal słowo w słowo z blogowego wpisu w Salonie autorstwa naszego kolegi Bernarda http://bernardo.salon24.pl/139361,daukszewicz-przywlaszczyl-sobie-tekst-blogera-salonu24. Przepisał, wygłosił i opowiedział, jak to on sam, osobiście, przed dwoma laty siadł i to wszystko inteligentnie i proroczo wymyślił. Bez wstydu, na ślepo, bez zająknięcia. W sposób całkowicie dla normalnego człowieka niepojęty.
Ktoś powie, ze wszystko powyżej napisałem, nagle, na sam już koniec, okrutnie i bez potrzeby strywializowałem. Nic bardziej błędnego. To jest właśnie cała esencja tego, co tak pięknie i mądrze wymyślili pijarowcy naszego pana premiera, co mu kazali wygłosić, a co on zgrabnie wycharczał. To jest ten statek. Ta obojętność i desperacja jednocześnie. I te sępy stukające dziobami w walizki.

czwartek, 19 listopada 2009

O jednej kropli i o jednej skale

Mój wczorajszy wpis o nowoczesnym kłamstwie informacyjnym, zaprojektowanym na nowoczesne czasy i na rzecz nowoczesnych społeczeństw, w paru wypadkach spotkał się z pewnym niezrozumieniem. Szczerze powiem, że tego akurat nie do końca rozumiem, bo byłem przekonany, że to co mi chodziło po głowie, przedstawiłem wystarczająco jasno i w sposób maksymalnie pełny. W dodatku, jeśli uznałem, że pretensje kierowane pod moim adresem są szczere i wynikają wyłącznie z nieporozumienia, dołożyłem pewna porcję wyjaśnień jeszcze w postaci komentarzy. I dziś, choć mój naturalny optymizm każe mi wierzyć, ze teraz już wszystko powinno być ostatecznie wyjaśnione, doświadczenie wali mnie kijem po głowie i mówi, że tych drzew jest wciąż więcej niż mogłoby się wydawać.
Z czego to się bierze? Nieskromnie uważam, że ja akurat jestem tu bez winy. Mam głębokie przekonanie, że problemem, który tak często uniemożliwia nam porozumienie jest to, że jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do tego, co już odkryliśmy i co już zdążyliśmy nazwać, że każdą nową wiadomość, która nam może nasz obraz zakłócić – nawet go niekiedy znacznie wzbogacając – traktujemy z nieufnością, czy wręcz z agresją. W mojej dotychczasowej pisaninie, kilka razy zdarzyło mi się, że kiedy zbyt mocno uszkodziłem coś, co wielu z nas już układało się w pełną informację, zostałem posądzony o co najmniej nadmierny ekscentryzm. Tak się działo w przypadku sprawy zbrodni wołyńskiej, w sprawie księży-kolaborantów, a ostatnio w sprawie komunizmu jako znaku i symbolu. Teraz okazuje się, że niektórzy załamują nade mną ręce, bo rzekomo uważam TVN za porządne, bezstronne i uczciwe medium informacyjne. I co ja mam zrobić poza apelowaniem o większe otwarcie? Oczu, uszu, rozumu, a przede wszystkim serc.
Polska od 20 lat wchodzi z histeryczną wręcz prędkością w świat nowej cywilizacji i nowej kultury. Jak jest komentowany ten postęp? Dwojako. Jedni mówią, że to co się z nami dzieje jest zjawiskiem absolutnie cudownym. Skończyło się bowiem całe to komunistyczne nieszczęście i w jednej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zostaliśmy obdarowani dobrobytem, wolnością, dostępem do świata, bezpieczeństwem. Każdy człowiek ma w domu paszport, za oknem sklep z wszelkimi możliwymi produktami, na biurku komputer z dostępem do Internetu, a kiedy wyjdzie z domu, to albo wsiada do pięknego samochodu, albo idzie pięknymi ulicami, które jeśli gdzieniegdzie wyglądają mało przyjaźnie, to wyłącznie dlatego, że akurat prowadzone są na nich prace drogowe, które mają tylko je jeszcze bardziej upiększyć. Są też jednak i tacy, którzy tego wszystkiego nie widzą, bo ów obraz przysłania im kłamstwo, korupcja, niedożywione dzieci, ogłupiała inteligencja, zubożałe rodziny, a niekiedy jeszcze wszechobecny System, którego celem jest wszystko co jeszcze pozostaje normalne, zniszczyć. Oczywiście – i bardzo naturalnie – obie te strony są ze sobą w ustawicznym sporze i nie ma żadnego sposobu, żeby powstało na tej linii jakiekolwiek porozumienie. Jedni bowiem nie widzą tego całego bogactwa, a inni nie widzą tej całej rozpaczy. Czasem tylko przyjdzie ktoś, kto – oczywiście strasznie mądrze – będzie się starał pokazać, że „prawda, jak zwykle leży pośrodku” i obok tej nędzy, są też sukcesy i teraz jedyne co nam pozostaje to się pogodzić i wspólnie dbać o to, by było lepiej. I tak to się zamyka podstawowa scena debaty.
Obawiam się jednak, że w tym standardzie dyskusji brakuje już miejsca dla jakichkolwiek innych uczestników. Czyli, na przykład, dla kogoś, kto zechce twierdzić, że – owszem – rzeczywiście jest bosko, tyle że ta ‘boskość’ jest najgorszym z możliwych rozwiązań. Że jeśli od tej ‘boskości’ nie ma już żadnych możliwych zwrotów i jeśli ona nie może już być w żaden sposób uczłowieczona, to już lepiej jest wybrać stare komunistyczne czasy. A co gorsze, że większość tych biednych i odrzuconych tak naprawdę nie marzy o niczym innym, jak o tym, żeby uzyskać akces do tego, co dla nich okaże się już prawdziwym nieszczęściem. Ktoś taki, zostanie w jednej chwili odrzucony przez obie strony, a już zwłaszcza przez tych, którzy uznali tego typu opinię za zdradę ideałów. A więc jedni kogoś takiego określą, jako duchowego komunistę, który wciąż jeszcze mentalnie nie wyszedł z czasów PRL-u, a ci drudzy, jako zaślepioną tym całym nowoczesnym blichtrem, ofiarę manipulacji. A wszystko bierze się stąd, że jedni w tej opinii zobaczyli tylko fragment potwierdzający, że „jest bosko”, a drudzy zwrócili uwagę, na inny, że otóż „za komuny było lepiej”.
Uważam nieskromnie, że to zjawisko dotyczy często właśnie refleksji pojawiających się na tym blogu. Kiedy wyraziłem opinię, że pojęcie „komunizm” zostało przez bezwzględnych manipulatorów zdeformowane w takim stopniu, że używanie go w jakiejkolwiek sensownej debacie straciło sens, zostałem oskarżony o to, że lekceważę czerwone zagrożenie. Kiedy napisałem, że nawet najgorszy, najbardziej zaprzedany i tchórzliwy ksiądz, mocą łask Bożych pozostaje dla nas, ludzi wierzących, jedyną nadzieją, kiedy na przykład będziemy prosić o ostatnie namaszczenie, wielu się na mnie obraziło, że usprawiedliwiam sprzedajny Kościół. Dawno już temu, płacząc nad strasznym losem pomordowanych przez Ukraińców Polaków, zasugerowałem, że, jak idzie własnie o Ukraińców, mamy wyłącznie dwa rozwiązania. Albo uznać ich za biedny naród bez historii, bez przeszłości, bez bohaterów, dla których poczucia dumy narodowej i patriotyzmu, jedynym rozwiązaniem jest czczenie morderców i – ponieważ jesteśmy wiecznymi sąsiadami – potraktować ich z pełną łagodności wyższością i zamknąć ten piekielny rozdział, albo – zerwać z nimi wszelkie stosunki, na granicy postawić zasieki i poinformować, że do czasu, aż oni zechcą wreszcie uznać swoją wieczną nędzę, nie istnieją dla nas jako partner. Co się wtedy stało? Zostałem wdeptany w ziemię, z jednej strony przez tych, którzy zarzucili mi, że traktuję z pogardą Ukraińców, a z drugiej, przez tych, którzy uznali, że jestem zdrajcą polskiej pamięci. Czemu tak się stało? Uważam, że nie z mojej winy. Jestem przekonany, że za tą całą agresją stały wyłącznie: lenistwo i zamknięte serca. Nie moje.
Moje poglądy są jasne dla wszystkich, którzy je znają. Każdy kto tu przychodzi i czyta te teksty, doskonale wie, że ja ani nie kręcę, ani się nie zasłaniam, ani nie robię uników. Każdy, kto tylko chce, wie, że jestem wojownikiem i że to właśnie Łukasz Warzecha – jakiekolwiek były jego intencje – miał rację, kiedy nazwał mnie Azraelem prawicy. Skoro już nie pod względem inteligencji, zgrabności pisania i uczciwości, to z całą pewnością, jeśli chodzi o waleczność, radykalizm i przejrzystość poglądów. A więc bardzo proszę, nie mówcie na mnie, że jestem kapusiem.
Czemu siadając dziś do tego tekstu, zacząłem od tych wszystkich osobistych akcentów? W najmniejszym stopniu nie przez to, że mój wczorajszy wpis spowodował jakąś klapę. Nie. Wręcz przeciwnie, mimo tych gorzkich refleksji, uważam, że został on, jak większość pozostałych, przyjęty bardzo dobrze. Jednak, ponieważ chodzi mi po głowie nowy temat, zacząłem się trochę obawiać, że znów ktoś może się zdenerwować podejrzeniami, że ja coś kombinuję. A bardzo tego nie chcę. Bo to po prostu nieprawda. O co chodzi? Otóż wczoraj TVN, w ramach tej właśnie polityki informacyjnej, o której wczoraj pisałem, postanowił się wziąć za banki, a konkretnie za tzw. Eurobank. Poszło o to, że jakiś człowiek, który się ciężko zapożyczył w tym właśnie Eurobanku, popadł w kłopoty i nie był w stanie regularnie i w odpowiedniej wysokości spłacać swojego zadłużenia. W związku z tym, bank skierował sprawę do windykacji i specjaliści o d mokrej roboty zaczęli nachodzić owego pana telefonicznie, traktując go jak szmatę. Pan klient wszystko nagrał, taśmy wysłał do TVN-u, a TVN sprawę nagłośnił.
Jeśli idzie o mnie, wiem doskonale o co chodzi. A ponieważ wiem o co chodzi, uważam, że TVN zachował się bardzo po obywatelsku i bardzo porządnie. Uważam że gdyby nie TVN, Eurobank i jego egzekutorzy mogliby jeszcze bardzo długo robić, co im się żywnie spodoba. Jestem głęboko przekonany, że TVN tu, w tej sprawie ma zasługi bardzo poważne. Jednocześnie jednak, nie ulega dla mnie wątpliwości, że cała ta akcja TVN-u jest całkowicie pozbawiona sensu i celu. Z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę nie jest ona żadną akcją, lecz wyłącznie informacją, a po drugie z tej przyczyny, że – będąc wyłącznie informacją, a nie propagandą – pozostawia bez wyjaśnienia to, co w tym wszystkim jest najważniejsze i jednocześnie najstraszniejsze. To co zrobił TVN, może przynieść korzyść przede wszystkim temu człowiekowi, którego bank zgnoił, a który był na tyle sprytny i przytomny, że potrafił się bankowi odwinąć, no i wszystkim tym, co tę wczorajszą – i jeszcze trochę dzisiejszą – informację potrafią wykorzystać dla siebie. Cała reszta pozostaje nienaruszona. A przede wszystkim kondycja i samego Eurobanku, a – co najważniejsze – również całego Systemu, który pozostał niezidentyfikowany i nienazwany, choćby z tego powodu, że świetnie służy również samemu TVN-owi. Gdyby TVNtylko chciał, doprowadziłby Eurobank do takiego wstrząsu, że oni by się nie potrafili pozbierać jeszcze przez całe miesiące, ale również sprawiłby, że cały System – jak to mówi młodzież – by się posrał. Ale oczywiście tak się nie stanie, bo prawda jest taka, że i TVN i Eurobank w gruncie rzeczy stanowią część tego samego Systemu, a System w żaden sposób nie pozwoli na poważniejsze kłótnie w rodzinie.
O co chodzi z tym Eurobankiem? Otóż jest tak, że jego właściciele uznali, że będzie lepiej, jeśli oni zlecą egzekucję zobowiązań klientów zewnętrznej firmie windykacyjnej, która, działając jako bank, będzie skutecznie działała na ich rzecz. W efekcie jest tak, że jeśli ktoś weźmie z Eurobanku pieniądze, a w pewnym momencie spóźni się ze spłatą, lub spłaci za mało, jest natychmiast nękany bardzo niesympatycznymi telefonami, które wkrótce z zaledwie niesympatycznych, stają się po prostu chamskie. Do klientów dzwonią nie pracownicy banku, ani tym bardziej nie jacyś bardzo inteligentni specjaliści od wymuszeń, lecz zwykła, drobna hołota, która na szybkich kursach została nauczona, że rozmowy należy prowadzić na maksymalnie osobistym poziomie. Bank nie ma nic do tego, jego pracownicy w bezpośrednim kontakcie są uprzejmi, życzliwi i rozumiejący, natomiast, rozmawiając przez telefon, człowiek się dowiaduje, że jest durniem i nieudacznikiem, za którego jego najbliższa rodzina powinna się wstydzić i który prędzej czy później skończy w kryminale, lub na ulicy.
Ciekawe jest jednak jeszcze coś. Otóż ci telefonujący, z całą pewnością też są tylko zwykłymi ludźmi, którzy próbują zarobić jakieś marne grosze na spłatę swoich własnych kredytów, tyle że dobrze wiedzą, że muszą swoją robotę wykonywać dobrze i zgodnie z zaleceniami, bo inaczej będzie z nimi tak samo krucho, jak z tymi do których od rana do wieczora dzwonią i ich straszą i obrażają. Problem więc nie polega ani na tym, że ktoś nie ma pieniędzy na spłatę kredytów, ani na tym, że banki są bezwzględne w swoich pretensjach, ani nawet na tym, że w ogóle takie bezwzględne banki istnieją. Problem leży w tym, że powstał System, który bez tego wszystkiego nie jest w stanie się obejść i który własnie dzięki temu w ogóle jest w stanie funkcjonować. I dzięki któremu, też może funkcjonować to zło.
Jestem pewien, że większość czytających ten tekst doskonale zna sytuację wynikającą z tego, że są banki i te banki działają tak jak działają. I że większość czytających wie też, jak one działają. Nowe czasy, wśród tych wszystkich cudeniek błyskotek, którymi nas obdarzyły, dały nam też możliwość byśmy, przez nie otoczeni, ani przez chwilę nie mieli poczucia, że one nie są dla nas. Akcja została więc przeprowadzona w sposób najprostszy i najbardziej skuteczny. Otóż System wdarł się do naszych domów i powiedział jasno: Jesteś na dorobku, masz ambicje, masz pragnienia, chcesz zakosztować nowego, masz głowę i dwoje pracowitych rąk? Nie martw się. Jesteśmy tu po to, żeby ci pomóc. Ile ci trzeba? Pięć stów na drobne wydatki? Proszę bardzo. Więcej? Ile? Pięć tysięcy? Żaden problem. Może być za 15 minut. Dwadzieścia tysięcy? Leżą tu, w szufladzie. Podpisz tylko parę kwitków. Ostatnio jest już nawet tak, że nie musisz się ruszać z domu. Oni ci przyślą do domu piękną kartę debetową na te 20 tysięcy. Masz tylko zadzwonić i potwierdzić chęć skorzystania. Umowa przyjdzie pocztą. Jest tak że nawet kiedy nie masz kłopotów finansowych i ani ci w głowie brać kolejny kredyt, oni i tak cię odnajdą i zaproponują pomoc.
Eurobank jest tu szczególnie agresywny. Agresywny, a jednocześnie przyjazny. Przyjazny, a jednocześnie bezwzględny i drogi jak cholera. Właśnie dlatego, że taki przyjazny. Mam wrażenie, że ze wszystkich banków, żaden nie jest tak bezczelny i bezlitosny, jak właśnie Eurobank. Oni ludzi wręcz błagają, by brali od nich pieniądze. Nie trzeba ani zaświadczeń, ani czystej kartoteki w BIK-u, ani żyrantów, ani czasu na sprawdzenie finansowej kondycji. Nawet nie trzeba mieć numeru konta, na który trzeba dokonać przelewu. Pieniądze dostaje się w pięknej kopercie prosto do ręki. Cała kupa pieniędzy w gotówce w ciągu kilku minut. Oczywiście do czasu. W końcu przyjdzie taki moment, że ci powiedzą, że cię nie znają i że to ty masz następnym razem już wrócić z pieniędzmi. A w międzyczasie cię zniszczą głosami tych biednych windykatorów. Ale do tego czasu, nie jesteś nawet spokojnie zacząć i zakończyć dnia, by w ten czy inny sposób nie wciskali ci tych swoich papierów. Oni są pewnie najgorsi, ale przecież i to wcale nie jest takie pewne. Bo System jest potężny i bardzo rozbudowany. No i się rozwija. I działa właśnie tak, bo inaczej działać nie może.
TVN pomógł (być może) jednemu z tych, których System nakarmił, a później zaczął go dręczyć. Zmusił również część tego Systemu, żeby przylazł do studia i przed kamerami przeprosił wszystkich za swoje złe zachowanie. System, w swoje szczodrości, nie dość że przeprosił, to jeszcze obiecał, że dwóm z tych osób, które zatrudnia do swoich brudnych akcji, da po mordzie i ich doprowadzi do ruiny. Czy obiecał, że przestanie się wciskać do naszych domów i nas naciągać? Nic mi o tym nie wiadomo. O tym już TVN nie poinformował. Czy może sam TVN obiecał, że spróbuje się zainteresować, dlaczego jest jak jest i co można z tym zrobić? Też nic podobnego nie zauważyłem. Czy może wszystkie te pozostałe banki, które rozpanoszyły się po tym pięknym kraju i z każdym dniem przepoczwarzają się w coś kolejnego i nowego, które płacą swoim prezesom ciężkie miliony na to żeby się już od tych pieniędzy porzygali, a swoim pracownikom drobne paręset złotych, żeby mieli na fryzjera i coś na zimę, które już oszalały od tego nieustannego rozglądania się za kolejnymi ofiarami, mają dziś jakiś kłopot? Nic z tych rzeczy. Jedynym efektem tej obywatelskiej akcji TVN-u jest to, że być może ten człowiek z taśmami coś tam uzyska, TVN poczuje się bardziej spełniony, a część widowni pomyśli sobie, że nie jest źle, skoro nowe czasy tez nam dały nową, skuteczną, obywatelską kontrolę nad drobnymi patologiami. Tyle. No i – mam nadzieję – jeszcze niektórzy z nas dowiedzieli się czegoś więcej.
A Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę…”
I byłoby naprawdę fatalnie, gdyby to było tylko to. Na szczęście jest jeszcze coś. Kropla drąży skałę. Pomaleńku. Niepostrzeżenie. Ale w końcu to wszystko poleci. Z jednej strony, nie chcę widzieć tego, co się będzie działo. A z drugiej, już się nie mogę doczekać.