Do dwóch najświeższych tekstów, jakie opublikowałem i tu i w Salonie24, mam stosunek szczególny, w tym sensie, że nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej potrafił za jednym zamachem powiedzieć tyle naprawdę istotnych rzeczy. Oczywiście, od samego początku bardzo się staram, by te teksty – tu znów muszę się odwołać do młodego Wojciecha Młynarskiego – to była „taka piosenka, taka ballada, co byle czego nie opowiada”, niemniej zawsze jest coś, co wydaje mi się można było powiedzieć lepiej, dobitniej, czy uzupełnić tym jednym słowem, które by pozwoliło sprawę zamknąć. Tym razem, a więc w przypadku tego naszego tekstu o kolczyku w języku i niezapłaconych rachunkach, oraz tamtego, o owym strasznym, zaledwie sprzed tygodnia, tak okrutnie przemilczanym przez System, nieszczęściu w Bangladeszu, miałem pewność, że wszystko zostało powiedziane, i to tak, że lepiej bym już nie potrafił.
No i stało się tak, jak to się dzieje o wiele zbyt często, a mianowicie okazało się, że to tylko mnie się tak wydawało. Z punktu widzenia wielu z tych, do których te moje słowa były skierowane, nie stało się nic szczególnego. A już z całą pewnością nic choćby w przybliżeniu tak szczególnego, jak… ja wiem? Powiedzmy, kolejna wypowiedź któregoś z „palikotowców” na temat religii w szkołach i poza nią…
Akurat jak idzie o ten blog, to zawsze zakładam, że nawet jeśli czasem odnoszę wrażenie, że trafiłem przysłowiową kulą w płot, to tak naprawdę jest to tylko błędne wrażenie, i wszystko, co zamierzałem powiedzieć, trafiło tam gdzie trafić miało, i w taki dokładnie sposób, jak to sobie zamierzyłem. A więc ta kobieta idąca ze swoim synkiem zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku, może z wyjątkiem komentatora podpisującego się Steve Steven, zrobiła na wszystkich odpowiednio silne wrażenie i wzbudziła odpowiednio ponure refleksje. Gorzej – zdecydowanie gorzej – jeśli idzie o tekst o Bangladeszu. Tam rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że z anonsowanych w tytule tekstu Bangladeszu i pisarza Rudnickiego, niemal cały show przypadł w udziale Rudnickiemu. A ja już tylko się zastanawiam, co by się działo, gdybym ja tam wspomniał jeszcze o Tusku.
Przepraszam bardzo za ten ton, ale od chwili, gdy się dowiedziałem, że w zeszłym tygodniu w Bangladeszu zginęło ponad 400 biednych kobiet i dzieci, a to przez politykę kilku wielkich, międzynarodowych koncernów odzieżowych, wynajętych do tego, by za jakieś grosze szyć ciuchy, i to nieszczęście spłynęło po tak zwanej opinii publicznej, jak woda po kaczce, jestem w takim nastroju, że nie bardzo widzę możliwość, bym miał pisać, przynajmniej na razie, o czymkolwiek innym.
A zatem, zanim się być może wreszcie uspokoję, przez wzgląd na naszą starą znajomość, proszę, darujmy sobie kolejny tekst, i skupmy się na następującej wiadomości:
24 kwietnia, w jednej z dzielnic stolicy Bangladeszu Dhaki, Savarze, zawalił się ośmiopiętrowy budynek o nazwie Rana Plaza, w którym, oprócz banku i eleganckich sklepów, mieściła się fabryka odzieżowa, produkująca na zamówienie międzynarodowych sieci handlowych, takich jak Primark, Benetton, czy Walmart. Do katastrofy doszło po tym, jak lokalny nadzór budowlany wykrył pęknięcia w konstrukcji i zarządził ewakuację budynku. Ewakuowano jednak wyłącznie obsługę sklepu i banków, natomiast, ponieważ właściciel fabryki nakazał pracownicom kontynuować pracę, w wyniku zwalenia się konstrukcji, zginęło ponad czterysta osób, a ponad tysiąc zostało rannych. Polskie media o katastrofie praktycznie nie poinformowały, a przynajmniej nie na tyle, by wiadomość o niej dotarła do osób w miarę systematycznie śledzących codzienne wiadomości.
Wśród niewielu merytorycznych komentarzy, jakie zdarzyło mi się znaleźć pod notką w Salonie24, pojawiły się sugestie, że Bangladesz to dzicz, i to wszystko przez to.
Próbowałem dowiedzieć się czegoś na ten temat i oto znalazłem taka informację:
„Przemysł odzieżowy Bangladeszu wart jest 20 mld dolarów rocznie i zaopatruje sklepy na całym świecie. Eksport ubrań to ponad trzy czwarte całego krajowego eksportu. W Bangladeszu znajduje się około 4,5 tys. zakładów odzieżowych. Według Światowej Organizacji Handlu, Bangladesz jest obecnie czwartym największym eksporterem odzieży na świecie, a przemysł związany z produkcją ubrań zatrudnia ponad 3 mln robotników”.
Próbowałem też znaleźć jakieś zdjęcia z Bangladeszu, ale większość to relacje z katastrofy. Najwyraźniej, zapis na temat obowiązuje tylko u nas. U nas natomiast można obejrzeć coś, czego świat dziś akurat pokazywać się już wstydzi, choćby coś takiego. Proszę powiedzieć, czyż to nie piękne miejsce? A może by tak na wakacje do Dhaki?
