Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pandemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pandemia. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 kwietnia 2021

Czy Jan Pospieszalski zagra nam wreszcie coś na basie?

 

         

         Gdy chodzi o panią poseł Joannę Lichocką, to moje zdanie na jej temat jest niemal od pierwszej chwili, gdy usłyszałem jej głos, pozostaje niezmienne i jednoznaczne, znacznie bardziej skomplikowana sprawa jest z Janem Pospieszalskim, oryginalnie muzykiem do wynajęcia, a od lat też telewizyjnym dziennikarzem oraz politycznym komentatorem. Otóż, gdy chodzi o Pospieszalskiego, był czas gdy go szanowałem, a dziś na swoje usprawiedliwienie mam to, że ów czas to były lata gdy wszyscy byliśmy wręcz spragnieni tego, by poglądy, które sobie ceniliśmy i szanowali, były podzielane również na tak zwanym „zewnątrz”. Od wielu już jednak lat – i od razu zastrzegam się, że nie mam tu na myśli owego roku 2010, gdy ów Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu, jako osobę która praktycznie stworzyła temat tego akurat wydania, i ostatecznie potraktował mnie zaledwie jak klasyczny „głos z publiczności” – nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Jan Pospieszalski to zaledwie jedna z owych wielu dramatycznie płytkich i intelektualnie nieciekawych medialnych osobowości, która jedyne co ma do zaoferowania to swoje nabyte lata temu poglądy i przekonania, do których jest przywiązany tak jak pewien rodzaj staruszków, którzy nie są w stanie pić z innego kubeczka, jak z tego z napisem „cukier krzepi”,  no i jeszcze ów znany nam wszystkim publiczny sznyt.

       Piszę dziś o Pospieszalskim, a wspominam Lichocką, w związku z pewnym, głównie internetowym, zamieszaniem, związanym z tym że Pospieszalski, jak to on,  w swoim nadawanym jeszcze od najbardziej ponurych czasów rzadów Platformy Obywatelskiej telewizyjnym programie – swoją drogą, tradycyjnie emitowanym w porze gdy przeciętny Polak kładzie się do snu –  zatytułowanym „Warto rozmawiać”, zaczął się zachowywać tak, jak gdyby jedyną jego misją było propagowanie nadzwyczaj ekstrawaganckich poglądów swoich i swoich kolegów. Gdy chodzi o mnie, audycji Pospieszalskiego z zasady od wielu już lat – podobnie jak wielu innych telewizyjnych programów – nie oglądam, podobnie też jak staram się nie zwracać uwagi na jego felietony w tak zwanej „prawicowej prasie”, natomiast przyznaję – wspomniałem o tym zresztą już w jednym z wcześniejszych felietonów tu na blogu – obejrzałem wydanie pewnego „Warto rozmawiać”, które w całości było poświęcone  egzorcyzmowaniu papieża Franciszka i nikt z zaproszonych, pobożnych jak jasna cholera, gości ani jednym słowem nie wspomniał o tym, że może jednak – skoro wszyscy zgromadzeni w studio to przynajmniej zdeklarowani członkowie Kościoła Powszechnego – należało by uszanować przekazaną nam przez Jezusa Zmartwychwstałego hierarchię. To wtedy po raz pierwszy – a zaznaczam, że wcześniej okazji do tego parę również było – pomyślałem sobie, że przydałoby się, by znalazł się ktoś, kto najpierw może wyjaśni Pospieszalskiemu, że owa audycja to nie jego prywatny interes, ale publiczna telewizja, ze swoimi zadaniami oraz misją, a jeśli nie zechce owego wyjaśnienia wysłuchać, to mu ten, wydawałoby się że wieczny, projekt odbierze.

        Jak pewnie większość z nas się orientuje, gdy chodzi zarówno o samo zjawisko pandemii, jak i sposoby walki z nią, ze szczególnym uwzględnieniem polityki Rządu RP, wywołują one reakcje skrajne w tym sensie, że z jednej strony mamy „ciemną masę”, posłusznie realizującą zalecenia przedstawiane przez państwowe instytucje, a z drugiej wściekłą grupę „oświeconych”, przekonaną, że tak naprawdę o żadnej pandemii mowy być nie może, wszystko to stanowi zaledwie globalne oszustwo, a wszystkie związane z nią restrykcję tworzą wyłącznie albo demonstrację kompletnego skretynienia, względnie fragment większego tajnego projektu mającego na celu zredukowanie ludności świata o jedną trzecią. Gdy używam słowa „wściekła” nie przesadzam w najmniejszym stopniu, bo w rzeczy samej poziom emocji po stronie kwestionującej nawet jeśli nie samą pandemię – bo tu akurat sprawa nie jest aż tak prosta – to sposoby walki z nią, niekiedy wykracza poza dostępną skalę. Proszę spojrzeć na parę przykładów wziętych z, co by nie mówić, zdecydowanie wpływowego nawet w skali globalnej Twittera:

Powiem Wam, że nic mi tak ostatnio nie daje radości jak widok Rodaków i Rodaczek, omijających mnie bez szmaty, wielki łukiem”;

Oglądacie na żywo konfę rzecznika MZ ? Przecież to szmaciarz...pospolita kurwa , która łże.....”;

Nie mam zdrowia do słuchania tego skurwysyna”;

Ha, ha, ha, przecież to są jakieś jaja.....A Wy dalej chodźcie w szmatach na ryju z poczuciem , że ratujecie czyjeś życie.....Nawet mi was nie żal. Tak - to jest wojna - gardzę wami idiotami”;

Po 14 tygodniach 2021 roku pan Niedzielski i Morawicki z Horbanem, Sutkowskim, Simonem i wieloma innymi, za przyzwoleniem pana Kaczyńskiego, wymordowali prawie 40 tys. Polaków”.

       I tak dalej, i tak dalej, i niech mi nikt nie mówi, że to jest jakaś nisza. Mnie akurat wystarczy każdy spacer z moim psem, gdzie dzień w dzień mijam dziesiątki osób bez maseczek, choćby i na szyi, by się zorientować, że mamy do czynienia z autentyczną armią.

        I na to wszystko przychodzi Jan Pospieszalski, człowiek od pewnie już dwudziestu lat zatrudniany przez publiczną telewizję, a więc w ten czy inny sposób medialny przedstawiciel polskiego panstwa i decyduje się realizować przekaz, którego celem, jak by nie patrzeć, jest utrzymywanie tego elementu w jego przekonaniu, że kiedy brytyjska królowa na pogrzebie swojego męża występuje w maseczce, to albo z rozkazu Billa Gatesa, albo co najmniej Henry’ego Kissingera, ewentualnie przez to, że zamiast wysłuchać tego co na temat tak zwanej „pandemii” ma do powiedzenia Grzegorz Braun, zdaje się na jakieś uzyskiwane z mainstreamu plotki.

      W tej sytuacji nie mam innego wyjścia jak zakomunikować, że – bez względu na to, jakie intencje kierowały posłanką Joanną Lichocką, gdy pisała na Pospieszalskiego donos do Jacka Kurskiego, no i tym bardziej niezależnie od tego co ów Jacek Kurski tak naprawdę, jeśli go w ogóle to cokolwiek obchodzi, o tym wszystkim myśli – uważam, że nadszedł najwyższy czas, by przywołać Jana Pospieszalskiego do porządku, a jeśli nie posłucha, to skierować go na odcinek, gdzie, gdy chodzi o mnie, może się produkować nawet jako Żorżyk – gitarzysta basowy.



 

wtorek, 6 kwietnia 2021

Czy minister Niedzielski nosi maseczkę na czole?

 

      W swoim ostatnim tekście podzieliłem się pewną dość szczególną refleksją, gdzie wyraziłem obawę – nie nadzieję, lecz obawę – że cała ta gadka na temat pandemii i sposobów by z nią walczyć, ze szczególnym uwzględnieniem konieczności noszenia maseczek, to wynik z jednej strony jakiegoś nieznanego nam porozumienia, a z drugiej, samego charakteru pandemii, która tak naprawdę pozostaje dla nas niezgłębioną zagadką. Tak jak podejrzewałem, tekst mój spotkał się z bardzo emocjonalną reakcją, gdzie pewna część czytelników – w większości oczywiście składająca się z osób deklarujących przywiązanie do prawicowych wartości – uważająca wspomnianą pandemię za fikcję, uznała mnie za swojego sojusznika. I to jest oczywiście wydarzenie dość ponure, bo w istocie rzeczy czymś ponurym jest sytuacja, gdy próbujemy przedstawić pewien nadzwyczaj istotny dylemat, a na to otrzymujemy kartę wstępu do jakiegoś obłąkanego klubu, to jednak co w tych dniach mnie doprowadziło do rozpaczy autentycznej to słowa jakie w tych dniach wypowiedział – w pewnym, kompletnie oczywiście nie zamierzonym sensie, w odpowiedzi na mój tekst – nasz minister zdrowia Adam Niedzielski w wypowiedzi dla – a to nadaje całej sprawie dodatkowego kolorytu – stacji TVN24. Dla przypomnienia. Problem jaki przedstawiłem we wspomnianym tekście dotyczył tego, że gdy Polska z jednej strony stoi w obliczu kompletnego załamania systemu opieki zdrowotnej i niekontrolowanego wzrostu zgonów w wyniku epidemii wirusa, a z drugiej polskie państwo nie jest w stanie – a kto wie, czy nie w poczuciu potrzeby – egzekwować choćby obowiązku przestrzegania obowiązku noszenia maseczek, istnieje obawa, że tak naprawdę ów nieszczęsny COVID atakuje na chybił trafił, nikt z nas nie jest w stanie – czy to z maseczką czy bez – się przed nim ochronić, a wszelkie działania podejmowane przez rządy na całym świecie to strzelanie kompletnie na ślepo. A co najgorsze, znaczna część społeczeństwa, mająca w końcu swój rozum, umiejąca patrzeć słuchać i myśleć, stopniowo i coraz powszechniej dochodzi do przekonania, że cała ta historia z pandemią to zwykły humbug o nieznanym nikomu celu i pochodzeniu i jedyne sensowne rozwiązanie to machnąć na nią ręką i próbować żyć po swojemu.

       I oto w momencie gdy jedyne co wydaje się mieć sens to zapewnienie każdego z nas, a zwłaszcza tych wątpiących, że dziś nie ma nic ważniejszego niż przestrzeganie zasad chroniących nas przed zakażeniem i w ostateczności prowadzących nas do autentycznego wyzwolenia, minister zdrowia w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Adam Niedzielski, idzie do telewizji TVN24 i mówi co następuje:

Nigdy! Nigdy już nie wrócimy do świata sprzed pandemii. Część z nas już zawsze będzie używała maseczek i będzie trzymała dystans w obawie przed zakażeniem. Jeśli chcą mnie państwo zapytać, czy pokolenie dzisiejszych 50- i 40-latków będzie do końca swoich dni żyło w stanie zagrożenia epidemicznego, to odpowiedź brzmi: absolutnie tak. Zagrożeń biologicznych będzie już tylko więcej. Mało tego: będą coraz bardziej niebezpieczne i świat będzie na nie reagował inaczej niż reagował do tej pory. Inspekcje sanitarne będą jednymi z lepiej wyposażonych instytucji we wszystkich krajach. Pora zacząć oswajać się z myślą, że to nie jest ostatnia pandemia w naszym życiu”.

      Powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, czy to co mówi Niedzielski to prawda, czy wykwit jego przemęczonego od ministerialnej pracy umysłu. A jeśli to prawda, nie wiem też, skąd on ma takie akurat informacje i skąd ma co do ich prawdziwości aż taką pewność, że uważa za stosowne się z tą wiedzą dzielić publicznie. To jednak ma znaczenie drugorzędne. Zakładając bowiem nawet, że wszystko co on nam przekazuje stanowi absolutną prawdę i to prawdę potwierdzoną obiektywnie, ciekawy jestem jaki sens jest się nią dzielić akurat dziś gdy – jak już to wspominałem parokrotnie – ludzie umierają, a szpitale nie nadążają z przyjmowaniem kolejnych pacjentów, a jednocześnie – co w pewnym sensie najistotniejsze – coraz więcej osób uważa, że nie ma żadnego wirusa.

      Jaki jest więc sens, by przychodzić do tych właśnie ludzi i im mówić, że cokolwiek oni dziś wymyślą i zrobią, to i tak lepiej już nie będzie? Że nawet jeśli dadzą się przekonać i zaczną wreszcie nosić te maseczki, a następnie zapiszą się na szczepienie i gdy przyjdzie lato, pojadą na wymarzone wakacje, to chwilę później nadejdzie coś znacznie gorszego i przed tym nic już ich nie uchroni. I znów wrócą maseczki, zamknięte restauracje, zdalna praca i nauka, i tak już będzie aż do ich śmierci. Na co on liczy? Że oni wszyscy położą uszy po sobie i założą te maseczki?

       Jak mówię, nie mam pojęcia, co Niedzielski wie, a co takiego mu się jedynie w głowie wyrodziło i nad czym on nie ma żadnej kontroli. Zakładam jednak że on wie i faktycznie nigdy już nie wrócimy do świata sprzed pandemii, a część z nas już zawsze będzie używała maseczek i będzie trzymała dystans w obawie przed zakażeniem. Dziś jednak problem polega na tym, że liczba zakażonych utrzymuje się na poziomie wcześniej nie spotykanym, ludzie umierają, a coraz więcej osób zaczyna podejrzewać, że to wszystko to jakiś paskudny przekręt, a nie realna pandemia. Przepraszam bardzo, ale nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że słuchając słów ministra Niedzielskiego, że będzie już tylko gorzej, do owych wątpiących dołączą dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy,  i od tego momentu za punkt honoru policzą sobie pokazanie władzy – nie Niedzielskiemu, lecz władzy – że zarówno ją jak i jej apele mają w głębokiej dziurze.

       I uważam to za idealny wręcz argument za tym, by prezes Kaczyński kazał Niedzielskiego wywalić z rządu na zbity pysk. Natychmiast, zanim się odezwie po raz kolejny. Precz!



      

sobota, 3 kwietnia 2021

Czy ktoś odważy się być tym pierwszym, który przestanie bić brawo?

 

       Muszę przyznać, że pierwsze miesiące, a może nawet pól roku pandemii utrzymywały mnie w przekonaniu, że ponieważ nie mam bladego pojęcia, co się tak naprawdę dzieje, najlepiej będzie jak się nie będę do całej sprawy wtrącał i liczył na to, że jeśli w swoim postanowieniu się utrzymam, to zdecydowanie dobrze na tym wyjdę. Kiedy jednak mijały kolejne miesiące i wszystko wskazywało na to, że jednak nie dzieje się nic poza właśnie pandemią, uznałem za stosowne się z sytuacją pogodzić i cierpliwie czekać na lepsze czasy, w nadziei że jakimś cudem mnie i moim najbliższym uda się przez to wszystlko przejść jak najłagodniej. No a potem znów przyszedł moment, gdy widząc jak świat, to zamykając szkoły, to je otwierając, to zamykając granice, to je znów otwierając, to wprowadzając powszechną kwarantannę, to ją zdejmując, to wypuszczając ludzi na zewnątrz, to im każąc nie wychodzić z domu, a tych którzy wyjdą przeganiać policyjnymi pałkami, jest dokładnie tak samo głupi jak głupi jestem ja sam, znów uznałem, że jednak nie wiem nic i postanowiłem, że przynajmniej jednego będę się trzymał – noszenia maseczki. Dlaczego? Otóż powód był bardzo prosty. Doszedłem mianowicie do wniosku, że maseczki to jest praktycznie jedyny element owej pandemii, co do którego panuje powszechna zgoda. Wszyscy bowiem, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy Brazylii, Francji, czy Niemczech, czy też w Holandii, lub Wielkiej Brytanii, uznali za konieczne maseczek nie zdejmować. I to nie tylko na ulicy, w sklepach, czy w murach poważnych międzynarodowych instytucji, ale na boiskach piłkarskich, kortach tenisowych, a któregoś dnia nawet obejrzałem telewizyjny reportaż z wojny między Azerbajdżanem i Armenią gdzie, przed zburzonym kompletnie domem, ujrzałem siedzącą kobietę, jak najbardziej w maseczce. Poza resztkami domu, była tylko ona i ta jej maseczka. No i wtedy pomyślałem sobie, że nawet jeśli większość tego co się nam pokazuje, to ciężka manipulacja, to akurat gdy chodzi o maseczki, one są realne i jak najbardziej naturalne.

      A przyznaję, że nie było łatwo. I wcale nie chodzi mi najbardziej o to, że praktycznie owej maseczki nie zdejmując i zdecydowanie dbając o to, by nie uczestniczyć w jakichkolwiek antypandemicznych ekstrawagancjach, Covida złapałem i do dziś nie mam pojęcia, skąd i w jaki sposób on się do mnie przykleił. To jednak co na mnie zrobiło wrażenie, to sytuacja dość nowa, związana już z tak zwaną trzecią falą, kiedy w którąś sobotę zaszedłem na pobliski targ warzywny i tam trafiłem na taki tłum, że praktycznie nie było możliwości, by przejść z jednego miejsca do drugiego bez konieczności ściskania się z dziesiątkami ludzi, z których większość, nawet jeśli miała maseczki, to poniżej nosa, a i to w najlepszym wypadku. A o handlujących już nawet nie wspominam. Ale mało tego. Poczucie uczestniczenia w prawdziwej fikcji ogarnęło mnie dopiero gdy zobaczyłem, jak na trzech budach handlujących wędliną wiszą kartki z informacją, że w środku mogą przebywać maksymalnie dwie osoby, i tam ci sami ludzie, którzy jeszcze przed chwilą tuż obok, nie oglądając się na nic, włazili sobie na głowę, stoją grzecznie w kolejce, żeby broń Boże nie łamać przepisów.

        Mieszkam w Katowicach i z medialnych doniesień wynika, że tu mamy do czynienia z prawdziwym dramatem. Parę dni temu w województwie śląskim zachorowało sześć tysięcy osób, w samym mieście ponad pięćset, szpitale pracują na granicy wytrzymałości, ciężko chorzy pacjenci transportowani są do mniej przeciążonych szpitali w głębi kraju, a ja wychodzę z psem na spacer i wedle mojej oceny jakieś pięć procent mijanych osób w ogóle nie posiada maseczki, około pięćdziesięciu procent nosi ją pod nosem, na brodzie, albo na szyi... i nie ma absolutnie nikogo, kto by ów – jak słyszę, twardy jak jasna cholera –  obowiązek egzekwował. I nie mówię o policji wlepiającej im wszystkim mandaty; tych ludzi jest tak dużo, że to jest w tej chwili już fizycznie niewykonalne, a policjantom też się nie chce chodzić po mieście i z co drugą osobą się wykłócać o to, by sobie zasłoniła usta i nos. Chodzi mi o to, że owo lekceważenie pandemii nie pojawiło się ot tak, z dnia na dzień. To był proces i dziś jego efektem jest to, że dla wielu z nas COVID to coś na co nie mamy najmniejszego wpływu, z maseczką, czy bez, a skoro tak, to też postanowiliśmy uznać, że  lepiej o nim po prostu nie myśleć, a co będzie to się zobaczy.

      A gdy chodzi o mnie, ponieważ nie mogę przestać myśleć, że ktoś za to co się dzieje odpowiada, to zauważam pewną zmianę w swoim podejściu do maseczek właśnie. Otóż myślę sobie, że jeśli z jednej strony mamy te 500 zakażeń w mieście, 6 tys. zakażeń w województwie, 35 tys. w kraju, te 500 zgonów, te szpitale z nadzwyczaj ponurymi perspektywami, te dramatyczne apele ze strony różnych instytucji o odpowiedzialność, a jednocześnie wokół siebie widzę żywe dowody na to, że tak naprawdę tylko ja mam jeszcze problem z tymi maseczkami i z ludźmi, którzy postanowili raz na zawsze o nich zapomnieć.

      Od pewnego czasu awanturuję się ze swoim bardzo bliskim kolegą na temat tego, jak należy podchodzić do kwestii pandemii. Rozmawiam więc sobie z nim, i tu on, absolutnie zgadzając się z tym, że pandemia jest czymś realnym i bardzo groźnym, jest równocześnie pewien, że maseczki nie dają nam absolutnie nic. Jest mój kumpel bardzo głęboko i szczerze przekonany, a ja mu się staram wybić to z głowy, że maseczki w żaden sposób, czy to w jedną czy drugą stronę, nie chronią przed wirusem, a tego w jaki sposób on się przenosi nie wie nikt. Jego zdaniem, a ja się wciąż z nim kłócę, nikt z nas nie jest w stanie się w żaden sposób uchronić przed chorobą i jedyne na co możemy liczyć to na to, że kiedy ona nas dopadnie, przejdziemy ją jak najłagodniej  i w końcu, jako społeczeństwo, jakoś się tam przeciwko niej uodpornimy. No i że wreszcie ktoś powie „stop” i będziemy mogli wreszcie pojechać na wymarzone wakacje, a tam pójdziemy do miłej knajpy i spokojnie, w miłym towarzystwie zjemy sobie super kolację.

       Gdy piszę ten tekst, w telewizorze mam niemal zupełnie pusty plac Św. Piotra i odprawiającego Drogę Krzyżową papieża Franciszka. Na Placu grupa dzieci dzieci z krzyżem i pochodniami, wszystkie w maseczkach, podobnie zresztą jak asystujący Papieżowi ksiądz. A ja sobie przypominam niedawną dyskusję na temat tego, czy polscy piłkarze znajdą w sobie dość odwagi, by nie uklęknąć w ramach akcji Black Lives Matter, a wraz z nią taką oto swoją osobistą refleksję, czy znajdzie się wreszcie ktoś, kto jako pierwszy odważy się powiedzieć, że już wystarczy i owa anegdota o przemówieniu Stalina i nie kończących się brawach, pozostanie tylko ponurą anegdotą.

      No i jeszcze nadzieja, że to jednak ów obraz z Watykanu  przekazuje nam prawdę, a moja piłkarska aluzja pozostanie dla nas kompletnie niezrozumiała.



sobota, 27 marca 2021

O żyrowaniu obłędu

 

     Jak pewnie część z nas zauważyła, niedawno Watykan opublikował oficjalny komunikat, w którym ostatecznie potwierdził fakt, że Kościół, nie to nawet że nie chce, ale wręcz nie jest w mocy błogosławić tak zwanym „związkom homoseksualnym”, w odpowiedzi na co, jak poinformowały media ze wszystkich stron każdej możliwej sceny, część niemieckich hierarchów, nie wspominając już o różnego rodzaju organizacjach świeckich, postawiła się okoniem i oświadczyła, że niech sobie Watykan nie myśli, że jest ważniejszy od Ludu Bożego. O owej kontrowersji, stając oczywiście w obronie autorytetu Stolicy Apostolskiej, poinformował szereg zarówno katolickich jak i patriotycznych mediów, jako naczelnego argumentu używając odwiecznej zasady „Roma locuta, causa finita”, a jeden z czołowych katolickich portali wręcz wyraził szczery żal, że oto jak widzimy nadeszły czasy, gdy słowa papieża dla wielu z nas nie mają znaczenia.

       Gdy chodzi o mnie, to ja oczywiście podzielam ten smutek, i to już od bardzo długiego czasu. Dawałem temu zresztą wyraz niejednokrotnie na tym blogu, niestety bez skutku. Pamiętam bardzo dobrze na przykład jak kilka miesięcy temu grupa nadzwyczaj pobożnych ludzi związanych ze środowiskiem Polonii Christiana czy to bezpośrednio, czy przez swoje wyraźnie demonstrowane sympatie, wzywała publicznie papieża Franciszka do opamiętania, zapewniając ze swojej strony o stałej „modlitwie, różańcu, pokucie, oraz jałmużnie” za to, by stał się cud i Papież zszedł z drogi prowadzącej prosto do schizmy. I tu akurat nie pamiętam, by przy tej okazji którykolwiek z nich przypomniał ową zasadę, że słowo Rzymu kończy dyskusję. Czemu? Jak rozumiem, wtedy nie kończyło, bo swoje do powiedzenia miał jeszcze pobożny lud.

       Dziś oczywiście sytuacja jest inna, bo przede wszystkim Papież ma rację, no a po drugie przeciwko niemu występują zepsuci Niemcy, a nie rozmodleni polscy patrioci. No ale niech przy tej okazji nikomu nie przyjdzie do głowy myśleć, że oto nastał czas beztroski, zwłaszcza gdy, jak się nagle okazuje, owych zatroskanych jest znacznie więcej niż mogło się nam wydawać. Oto portal wpolityce.pl jako wiadomość dnia zdecydował się podać informację, że „grupa narodowych i konserwatywnych organizacji wystosowała list do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, abpa Stanisława Gądeckiego”, a w liście tym wezwała polskich biskupów, by „stali się wiernymi spadkobiercami przywódców duchowych naszego narodu, stróżami swobód objawionej przez Pana Boga religii,  dumnymi krzewicielami chrześcijańskiej cywilizacji obrońcami krzywdzonych” i na dobry początek przestali jako Kościół „żyrować” antypandemiczne działanie polskiej władzy.

       Kiedy obserwuję zachowanie wielu z nas wobec zarówno samej pandemii, jak i tego wszystkiego co w obecnej sytuacji robi władza, powiem szczerze że nie dziwi mnie już nic. Biorę też więc pod uwagę, że przy obecnym poziomie napięcia niekiedy jest bardzo trudno zapanować nad emocjami, co niektórych prowadzi do autentycznego pomieszania zmysłów. Stąd też zapewne powstają inicjatywy polegające na pisaniu odezw takich jak powyższa, i to w tak rażąco szokującej formie. Nie zdziwi mnie też szczególnie sytuacja, gdy ktoś tam się odpowiednio zorganizuje i podobny apel skieruje do Rzymu. To natomiast, co w tym wypadku zrobiło na mnie wrażenie, to lista owych „narodowych i konserwatywnych organizacji”, których środowiskowa pozycja, jak rozumiem, jest na tyle znacząca, że – skoro już o „żyrowaniu” mowa – na żyrowanie ich obłędu zdecydował się portal, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jego działalność nie jest żyrowana przez polskie państwo i jego czołowych przedstawicieli. Ja wiem, że w to ciężko uwierzyć, ale bardzo proszę, po kolei:

Straż Narodowa, Rota Marszu Niepodległości, Męski Różaniec Warszawa, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, Bractwo Przedmurza, Różańcowy Marsz Życia, Fundacja Życia i Rodziny, TG Sokół-Radość, Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych Warszawy i Mazowsza, Fundacja Nowy Nazaret.

       Przepraszam bardzo, ale skoro już ustaliliśmy, że trzeba ratować Kościół w Polsce przed bezbożną władzą, to ja już mam do nich wszystkich tylko dwie uwagi. Pierwsza to ta, że moim zdaniem, jeśli Kościół najwyraźniej świetnie sobie radzi z biskupem Georgiem Bätzingiem, to, przy całym szacunku, na Towarzystwo Gimnastyczne Sokół-Radość nawet nie zwróci uwagi. Druga natomiast będzie w formie pytania:  Co Państwo osobiście sądzą na temat sensu noszenia maseczek?



 

poniedziałek, 22 marca 2021

Czy Chiny rozpoczną produkcję gwizdków dla redaktorów wolnych mediów

 

       Wspominałem o tym zarówno ja sam tu na blogu i w paru innych miejscach, podobnie jak i paru innych komentatorów, że od dnia w którym portal OKO Press, a wraz z nim, niemal jak na gwizdek pozostałe redakcje III RP, poinformowały o aktualnych losach byłego księdza Tymoteusza Szydło, to co wiedzieliśmy o dziennikarstwie niemal zawsze, uderzyło z mocą Godzilli i dziś już nie ma praktycznie żadnego powodu, by o tej akurat grupie zawodowej mówić inaczej jak przy użyciu słów powszechnie używanych jako nieprzyzwoite. To natomiast co nam w tym zamieszaniu moim zdaniem umknęło, to to, że było wyłącznie dziełem przypadku, że na ową pierwszą linię frontu wysunęły się media takie jak „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek”, czy Onet, natomiast dziennikarze aktualnie związani z władzą mogli się przez pewien czas popisywać swoim moralnym wzmożeniem. A nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, że czy to mamy do czynienia z Bianką Mikołajewską, Bartoszem Węglarczykiem, Andrzejem Stankiewiczem, czy z wydawałoby się drugiej strony, Tomaszem Sakiewiczem lub Michałem Karnowskim, stoimy dokładnie wobec tego samego zepsucia, z jakim mamy do czynienia w przypadku wspominanej przy tej okazji kilkakrotnie prostytucji.

     W tych dniach znów wystąpił mocno przed szereg niemiecki „Fakt” publikując na pierwszej stronie historię rzekomej ofiary szczepień, która po przyjęciu szczepionki skamieniała i ledwo uszła z życiem. Artykuł został ozdobiony kolorowym zdjęciem opuchniętej twarzy i dużym mocnym tytułem, no i oczywiście wywołał natychmiastową reakcję przedstawicieli władzy, a za nimi zawsze gotowych do współpracy rządowych mediów. Nie będę tu przytaczał słów oburzenia kierowanych przez tak zwanych „dziennikarzy niepokornych” pod adresem „Faktu”, ani nawet nie mam zamiaru przypominać niedawnego występu Pawła Lisickiego, który na łamach swojego tygodnika opublikował tekst dowodzący tego, że masowe szczepienia doprowadzą do śmierci milionów, bo w głowie mam to do czego doszło w tygodniku "Sieci" jeszcze za czasów ministra Szumowskiego. Otóż pamiętam bardzo dobrze, jak w kioskach ukazał się kolejny numer owego tygodnika z tekstem niesławnego Macieja Pawlickiego, zapowiadanym na okładce w następujący sposób: „Czy to fałszywa pandemia? Czy koronawirus to rzeczywiście śmiertelne zagrożenie dla ludzkości, czy też wielka manipulacja za pomocą której potężne siły chcą osiągnąć ukryte cele?” Reklamując ów numer tygodnika na Youtubie, Michał Karnowski zasugerował, że coś musi być na rzeczy, skoro nawet sam Jarosław Kaczyński był widziany, jak czyta wydaną przez Grzegorza Brauna książkę o fałszywej pandemii, a w artykule od redakcji czytamy:

W artykule „Druga fala histerii” Maciej Pawlicki opisuje panikę związaną z drugą falą zakażeń. Pokazuje wykresy które obrazują liczbę zgonów na koronawirusa w minionych miesiącach (do 2 sierpnia) w największych europejskich krajach. I co widać? Że nadeszła druga fala pandemii? Mam wrażenie, że nie nadeszła, a nawet wręcz przeciwnie. Jedyne, co nadchodzi, to druga fala histerii, którą część mediów, niektórzy politycy i liczni lobbyści koncernów farmaceutycznych znowu usiłują rozpętać”.

      Ponieważ, jak by nie patrzeć, tygodnik „Sieci” jakiś wpływ na opinię publiczną ma, a przy swojej reputacji medium rządowego, można by sądzić, że i pewną odpowiedzialność, na ten wybryk zareagował sam Minister Zdrowia, choć dyplomatycznie nie krytykując ani Karnowskich, ani nawet Pawlickiego, ale wyłącznie samą książkę o „fałszywej pandemii”:

Mam trochę wrażenie, że ktoś pisze książkę z gatunku fantastyki, bo w tym ‘spisku’ uczestniczyłoby ok. 500 tys. medyków, do tego politycy. Jest to trochę obrażające, choćby pamięć tych 1800 osób, które zmarły. W sezonie grypowym grypa nie jest tak brutalna, nie zabiera tylu osób z tego świata. Powiem szczerze: jak ktoś widzi takie spiski to jest to sygnał, żeby może zastanowić się trochę nad swoim zdrowiem psychicznym”.

      Mniej dyplomatyczny był Michał Karnowski, występując z ognistą obroną wolnych mediów:

Zaskoczyła nas bardzo osobista i emocjonalna reakcja ministra zdrowia pana profesora Łukasza Szumowskiego. Minister wziął najwyraźniej artykuł do siebie - zupełnie niepotrzebnie, bo to nie o nim. [...] Nie potwierdziły się czarne scenariusze o wielkiej śmiertelności wywoływanej zakażeniem koronawirusem, nastąpiło też przesunięcie celu, jaki stawia się przed społeczeństwami. Już nie ‘spłaszczenie krzywej’, przygotowanie szpitali, zapewnienie chorym odpowiedniej terapii, odizolowanie najbardziej zagrożonych, ale wyeliminowanie wirusa z przestrzeni jest. Może się minister Szumowski obruszać, może i na nas fuknąć (taką ma robotę), ale rząd musi przemyśleć podejście do epidemii”.

      Pisałem już o tym niedawno. Za wzrost zakażeń, za gwałtowny wzrost liczby osób nie wierzących ani w epidemię, ani w szczepionki, za cały ten społeczny chaos związany z walką z koronawirusem w sensie podstawowym odpowiadają media. To zatrudnieni tam dziennikarze, sami często stanowiący część owego ruchu antycovidowego, nie są w stanie ani na chwilę zapomnieć o swoich obsesjach i robią wszystko, by je na co dzień popularyzować. Jedyne co można w tej sytuacji zrobić, to tupnąć nogą i jednego czy drugiego, niezależnie od tego, jaką agendę akurat reprezentuje, postraszyć odcięciem od comiesięcznej gotówki. I nie oszukujmy się. Każdy z nich będzie zawsze robił to co mu się każe, a jeśli tylko zobaczy okazję jakiegoś, choćby chwilowego usamodzielnienia się, to pójdzie tam, gdzie mu zaproponują coś więcej, czy to w „Newsweeku”, czy w „Gazecie Polskiej”, czy w portalu OKO Press. I ile razy poczuje, że należy nastawić ucha, będzie słuchał dźwięku gwizdka nawet w czasie snu.



środa, 17 marca 2021

Andrea Bocelli vs. Korab-Karpowicz - nokaut w trzeciej

 

      Będąc od dłuższego już czasu niejako rozdwojony pomiędzy światem Facebooka i Twittera, a tym, co dzieje się wokół mnie, w tym również tu na naszym blogu, nie bardzo potrafię ocenić do jakiego stopnia to czym żyje Internet się ma do jak by nie było życia realnego. Nie wiem też oczywiście, jakie nastroje panują wśród czytelników tego bloga – a więc ludzi, których nigdy nie traktowałem jako klasycznych internautów – gdy chodzi o stan nastrojów w czasie pandemii, czy – w konsekwencji – emocji ściśle politycznych. Jeśli popatrzeć na politykę z dala od wszelkich medialnych komentarzy, to sytuacja wydaje się dość przejrzysta. Cała seria kolejnych sondaży poparcia zarówno dla partii politycznych, jak i pojedynczych polityków, wskazuje, że po sześciu już latach od objęcia w Polsce władzy, Prawo i Sprawiedliwość zachowuje pozycję zupełnie wyjątkowo mocną, gdzie nawet takie czy inne spadki, nie zmieniają faktu, że nawet na dalszym horyzoncie nie widać zagrożenia. Doszło do tego że wedle dawno nie widzianego CBOS-u, poparcie dla Platformy Obywatelskiej spadło już niemal do 10 procent, a wiele wskazuje na to, że ów wynik jest jak najbardziej realny.

      I tak by to wyglądało z perspektywy, z której przyszło obserwować Polskę nam, ludziom nie specjalnie zaangażowanych w śledzenie tego, co się dzieje w owym medialnym kotle, do którego dorzucać nigdy się nie przestaje. Co więc słychać po tamtej stronie? Otóż proszę sobie wyobrazić, że zaobserwowałem pewne zjawisko, które jest dla mnie dość nowe i nawet jeśli w moim przekonaniu nie ma większego znaczenia, to pewne wrażenie jednak robi. Oto pojawiła się stosunkowo duża grupa internautów właśnie, bardzo aktywnych głównie na Twitterze, i dotychczas identyfikujących się jako  wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, którzy ni stąd ni z owąd PiS-u szczerze nienawidzą. Od pewnego czasu można odnieść wrażenie, że jeśli pragniemy doświadczyć autentycznego antypisowskiego hejtu, to nie powinniśmy go wypatrywać u młodych i starych socjalistów, ani u działaczek Strajku Kobiet, u polityków Lewicy, ani nawet u osób sercem związanych z Konfederacją – tam akurat atak sunie głównie na Kościół, ochronę życia i w ogóle na to wszystko czym jest dla nas chrześcijaństwo. Natomiast to właśnie u części dotychczasowych wyborców Prawa i Sprawiedliwości można zaobserwować autentyczną nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Andrzeja Dudy, ministrów Dworczyka i Niedzielskiego, prezesa Obajtka.... można wymieniać. To oni stanowią dla części z nas sufit, którego już nie przebije nikt, ani poseł Szczerba, ani Donald Tusk, ani Dariusz Joński, ani nawet Marta Lempart. O co chodzi? Oczywiście o COVID. Zdaniem coraz większej grupy osób, prawo i Sprawiedliwość to banda morderców, która z jednej strony wprowadziła w społeczeństwie terror pandemii, a z drugiej doprowadziła do śmierci tysięcy niewinnych ludzi, którzy przy innej polityce żyli by i to żyli szczęśliwie i zdrowo. Naprawdę. Ja nie żartuje. Gdy się czyta wybrane komentarze w Internecie, taki jest podstawowy przekaz ze strony byłych wyborców PiS.

       Zastanawiałem się, skąd to się bierze i nagle trafiłem na tygodnik „Do Rzeczy”, obok „Sieci” i „Gazety Polskiej”, jeden z trzech głównych magazynów prawicowej opinii w Polsce, a w nim najpierw duży tytuł „Ekspert ostrzega. Masowe szczepienia na koronawirusa mogą zakończyć się dla nas tragicznie”, a pod spodem nazwisko autora: Prof. W. Julian Korab-Karpowicz.

        Ja o owym Korabie już nie tak dawno tem pisałem i wystarczy powiedzieć, że ów „ekspert” red. Lisickiego to przede wszystkim żaden profesor, ale zwykły inżynier po Politechnice Gliwickiej, oraz ciułacz różnego rodzaju doktoratów tu i ówdzie, a obecnie pracownik naukowy na Uniwesrytecie Opolskim i – uwaga, uwaga – samozwańczy król Polski, który przy ostatnio dość dużej nadprodukcji owych królów, zwraca na siebie uwagę głównie wysyłaniem pism do polskich władz, w których informuje że nie ma żadnej pandemii i jedyne co polskie państwo może zrobić to machnąć na to wszystko ręką, no a przede wszystkim nie szczepić, bo szczepionki to śmierć. No i okazuje się, że dziś jest on poważnym ekspertem polskiej prawicy od szczepień. Jesteśmy w tygodniku „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego Proszę posłuchać:

Ponieważ na skutek szczepień nasz naturalny układ odpornościowy słabnie, a nowe mutacje stają coraz silniejsze, stajemy w obliczu ludzkiej tragedii w skali globalnej. Grozi nam katastrofa zdrowotna, w której szczepionki okażą się nie tylko bezużyteczne, ale wręcz szkodliwe, a ponadto coraz trudniej będzie uzyskać naturalną zbiorową odporność, która okazuje się jedynym mądrym rozwiązaniem”.

        Normalnie nie czytam ani „Sieci”, ani „Do Rzeczy”, ani „Gazety Polskiej”, ani nawet „Naszego Dziennika”, gdzie jak słyszę, również odbywają się jakieś tego typu ruchy. Nie czytam też internetowych portali w rodzaju „Frondy”, czy „Polonia Christiana”. Nie oglądam programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, gdzie obawiam się, że mogę trafić na Tomasza Terlikowskiego, Grzegorza Górnego, czy nie daj Boże świeżo wysłanego na wcześniejszą emeryturę księża Kneblewskiego. Powiem szczerze, że gdy chodzi o mądrości pojawiających się tam redaktorów, wiem tylko to, co oni muszą mówić w TVP Info, wiedząc, że jeśli zaczną podskakiwać, to zostaną już na zawsze skierowani do Internetu, a odpowiednią robotę za nich wykonają Magda Ogórek z Tomaszem Sakiewiczem. A zatem mogę się tylko domyśleć, że tam gdzie moje oko nie sięga, toczy się wielka akcja propagandowa przeciwko polskiemu rządowi i to tam tworzy się ów hejt. 

       I już miałem się zacząć martwić, kiedy prezes Jacek Kurski poinformował, że to co się w Sylwestra nie udało Polsatowi, Telewizja Polski da nam bez najmniejszego problemu i na Święta Wielkanocne zawita do nas sam Andrea Bocelli. Coś mi się zdaje, że nawet zdrada Jana Filipa Libickiego gdy chodzi o nowego Rzecznika Praw Obywatelskich tego numeru nie przebije.



 

środa, 30 grudnia 2020

Czy na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku do badań naukowych używa się wody z Gangesu?

 

       Do dziś pamiętam, swoją drogą dość skutecznie w swoim czasie wyszydzony, telewizyjny występ dwóch profesorów, specjalistów od energetyki w sprawie elektrowni jądrowych, gdzie między panami doszło do takiej awantury, że gdyby ta wymiana potrwała jeszcze chwilę, to oni zapewne wzięliby się za łby. Na szczęście program się skończył i poza paroma inwektywami, nie doszło do skandalu. A rozmowa wyglądała tak:

- Energia jądrowa jest bardzo niebezpieczna. To tak jakby zapraszać do gry diabła, gdzie stawką jest jego życie.

- Całkowicie się nie zgadzam. Energetyka jądrowa jest ze względów bezpieczeństwa publicznego najbezpieczniejszą energetyką, jaka istnieje. Energetyka jądrowa jest 50-60 razy bezpieczniejsza od węglowej.

- Gdyby taki wybuch jak w Japonii był w elektrowni węglowej, w Bełchatowie, no to co by się stało? Ten węgiel rozleciałby się gdzieś po polach, trzeba byłoby go pozbierać i koniec.

- Zawsze ginęli górnicy, zawsze ginęli pracownicy kopalni, to w związku z tym pan się nie zastanawia... To głęboko nieetyczne i niemoralne stanowisko, które pan panie profesorze prezentuje. Zarzucam to panu publicznie.

- Broni pan własnej pracy, ja pana rozumiem.

- Ja nie pracuję w żadnej instytucji związanej z energetyką jądrową. Staram się spełniać warunki swojej przysięgi doktorskiej.

- Niech państwo nie zapraszają ludzi, którzy publicznie zarzucają mi pewne rzeczy.

- To pan mi zarzuca różne rzeczy! Poza tym mówi pan rzeczy, które są nietolerowane.

- Z prymitywami, którzy... Pan mi coś zarzuca, że ja coś mówię. Proszę pana, kto panu dał tytuł? Kto panu dał tytuł, wieśniakowi jednemu?

         Tu jeszcze padło brzydkie słowo, obaj panowie naukowcy wyszli osobnymi ścieżkami, a ja sobie tamto zdarzenie przypomniałem po tym jak przeczytałem wiadomość, że około dziesięciu lekarzy profesorów, oraz kilkudzeisięcioosobowa grupa drobniejszych medycznych specjalistów wystowała – jak się okazuje już po raz drugi – apel do Prezydenta, Premiera, Ministra Zdrowia, do posłów, senatorów no i oczywiście też do mediów o to by ci machnięli ręką na ten cały COVID, te szczepionki i całą tę pandemię, bo o żadnej pandemii nie ma mowy, zarazy nie ma, a szczepionka nas w najlepszym wypadku pozabija. Tym razem padły słowa następujące:

Środowisko naukowców i lekarzy, reprezentowane przez osoby podpisane pod tym apelem, pragnie ustosunkować się do Narodowego Programu Szczepień. Uważamy, że szczepionki na SARS-CoV-2 nie zostały właściwie zbadane, są potencjalnie niebezpieczne, ich skuteczność jest nieudowodniona, a masowe szczepienia wszystkich dorosłych obywateli polskich nie mają pełnego uzasadnienia w obliczu faktu, iż 80% populacji przechodzi zakażenie bezobjawowo. Drogą do zakończenia obecnej epidemii i powrotu do stanu normalności jest stopniowe zlikwidowanie obostrzeń i dążenie do wytworzenia w społeczeństwie naturalnej odporności stadnej, przy jednoczesnej ochronie osób starszych i innych z grup ryzyka.

          Ja oczywiście jestem wystarczająco stary i doświadczony, by to że ktoś ma tytuł magistra, inżyniera, doktora, docenta, czy profesora traktować z pełną obojętnością. I to niezależnie od tego, czy mam do czynienia z prawnikiem, ekonomistą, psychologiem, filozofem, artystą, czy nawet – zwłaszcza od pojawienia się na scenie prof. Simona – lekarzem. Przyznać jednak muszę, że z lekarzami mam pewien kłopot. Bo weźmy nawet wspomnianego Simona. On oczywiście jest kompletnie obłąkany na punkcie swojej nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego i przez to nie może się obronić przed tym, by od rana do wieczora biegać między Onetem, TVN-em oraz „Gazetą Wyborczą” i zamiast komentować kwestie na których się zna, pluć na rząd i wzywać „Strajk Kobiet” do nieustępliwej walki o legalizację prawa do aborcji, jednak, jak sądzę, nawet on wie, czym jest medycyna i ma jako takie pojęcie na temat jej historycznie potwierdzonych osiągnięć. Podobnie, wydawałoby się, że cokolwiek oni tam mają pod paznokciami, to odnośnie podstaw medycyny zachowują pewną zgodność i nie będą dostawać małpiego rozumu, choćby po przeczytaniu wystawionej przez Pfizera ulotki, w której ten zwraca uwagę na oczywisty fakt, że nowa szczepionka jest nowa, a więc wciąż jeszcze, w sposób zupełnie naturalny, w fazie testowania. Tymczasem nagle pojawia się niejaki „prof. dr hab. Roman Zieliński, Centre for Biomathematics, Genomics and Evolution” i z pokaźną grupą bardzo poważnych profesorów, co ciekawe głównie z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, wzywa polski rząd do opamiętania i pokazaniu całemu światu od Watykanu przez Brazylię po Grenlandię, że jeśli oni muszą, to niech robią z siebie durniów, a my tu między Odrą a Bugiem zachowamy rozsądek.  Ja rozumiem, że tacy członkowie owego Zakonu Wariatów jak Grzegorz Braun, czy Piotr Wielgucki, że już nie wspomnę o całej masie wyznawców głoszonej przez nich religii, nie mogą się nadziwić, że dostępne na rynku leki, a zwłaszcza te zupełnie nowe, są zaopatrzone w całe płachty drobiazgowo wyliczonych zastrzeżeń co do ich skuteczności oraz potencjalnych zagrożeń związanych z ich zażyciem; rozumiem, że oni nie są w stanie pojąć, że każdy – dosłownie każdy – nowy lek jest w pierwszej fazie w sposób naturalny traktowany jako swego rodzaju test; nie dziwi mnie, że oni nie wiedzą, że nawet producent popularnego leku o nazwie Ibuprom w dołączonej ulotce ostrzega, że połknięcie tabletki wiąże się z ryzykiem „wystąpienia krwotoku z przewodu pokarmowego, owrzodzenia lub perforacji, które może być śmiertelne i które niekoniecznie musi być poprzedzone objawami ostrzegawczymi lub może wystąpić u pacjentów, u których takie objawy ostrzegawcze występowały, [że w razie]wystąpienia krwotoku z przewodu pokarmowego czy owrzodzenia, należy natychmiast odstawić lek, [a]pacjenci z chorobami przewodu pokarmowego w wywiadzie, szczególnie osoby w wieku podeszłym, powinni poinformować lekarza o wszelkich nietypowych objawach dotyczących układu pokarmowego (szczególnie o krwawieniu), zwłaszcza w początkowym okresie terapii”.  Oni mogą nie wiedzieć, że w tej samej ulotce jest ostrzeżenie, że „ciężkie reakcje skórne, niektóre z nich śmiertelne, włączając zapalenie skóry złuszczające, zespół Stevensa-Johnsona i toksyczne martwicze oddzielanie się naskórka były bardzo rzadko raportowane w związku ze stosowaniem leków z grupy NLPZ, [że] ryzyko wystąpienia tych ciężkich reakcji występuje na początku terapii, w większości przypadków w pierwszym miesiącu stosowania leku [i] należy zaprzestać stosowania leku po wystąpieniu pierwszych objawów: wysypka skórna, uszkodzenia błony śluzowej lub inne objawy nadwrażliwości. [Ponadto] lek ten należy do grupy leków (niesteroidowe leki przeciwzapalne), które mogą niekorzystnie wpływać na płodność u kobiet”.

       Otóż Braun z Wielguckim plus dziesiątki wsłuchanych w to co oni plotą internautów mogą tego nie wiedzieć, w to jednak, że z tą samą powagą relacjonują informacje na temat nowej szczepionki osoby było nie było z medycyną związane zawodem, a często i ogromnym doświadczeniem, uwierzyć nie potrafię. Dlatego uważam, że jest jeden tylko sposób wyjaśnienia tego przedziwnego zjawiska. Podejrzewam mianowicie, że zarówno sam organizator tego szczególnego projektu, ów „prof. dr hab. Roman Zieliński, Centre for Biomathematics, Genomics and Evolution”, jak i ci wszyscy jego znajomi lekarze, to wariaci jakich wokół niemało, a jak wiemy, wystarczy jeden taki, by wokół siebie zbudować jakąś niewielką sektę. Każdy z nas zresztą, kto w swoim życiu przeszedł przez taki czy inny uniwersytet, wie jak to może realnie wyglądać. A tu przyczyny owego wariactwa mogą być najróżniejsze. Część z nich to mogą być jacyś ekolodzy, część to jacyś jogini zapatrzeni w filozofię Wschodu, niektórzy mogą należeć do jakichś religijnych sekt, jeszcze inni mogą być zaangażowani czysto politycznie w różnego rodzaju teorie spiskowe, a jakaś niewielka grupa to ci, co zwyczajnie owej pandemii nie wytrzymali i od niej postradali zmysły.

         A ja już się tylko zastanawiam, jaka byłaby ich reakcja, gdyby nagle Pfeizer zakomunikował, że po wielu latach badań udało się im stworzyć nadzwyczaj skuteczną szczepionkę przeciwko wszelkim możliwym nowotworom i że choć szczepionka jest nowa, jej działanie wciąż jeszcze nie do końca zbadane, no a poza tym możliwe są różnego rodzaju niepożądane reakcje, to oni zapraszają do jej kupowania: dwie dawki po tysiąc złotych za sztukę. Czy oni wtedy by powiedzieli, że czemu kurwa tak drogo, czy nie oglądając się na nic, ustawiliby się w kolejce? Bo tego, że te kolejki już by się kłębiły, jestem pewien na sto procent, a owi profesorowie z Białegostoku użyliby wszystkich swoich wpływów, by znaleźć się na jej początku.



środa, 11 listopada 2020

Lockdown, czyli czy było warto?

 

       Powiem zupełnie szczerze, że kiedy dowiedziałem się, że firma Pfeizer poinformowała o praktycznym ukończeniu prac nad szczepionką przeciwko COVID19, z jednej strony oczywiście się ucieszyłem, jednocześnie jednak autentycznie wystraszyłem. Skąd ta radość, sprawa jest oczywista, gdy chodzi o strach, już wyjaśniam. Otóż nie uważam, że jest coś szczególnie ekscytującego w tym, gdy człowiek się dowiaduje, że jest prorokiem, choćby nawet takim całkiem malutkim. A ja, mimo że wprawdzie nigdy nie wspominałem o tym, że do końca roku szczepionka pojawi się na amerykańskim rynku – choć, owszem, robił to prezydent Trump – parokrotnie tu wyrażałem swoje bardzo mocne przekonanie, że wirusa diabli wezmą zaraz po wyborach prezydenckich w USA. Oczywiście pewny – tak jak zresztą niczego w ogóle – nie byłem ani przez chwilę, choć jednoznacznie pisałem, że jeśli jest jakaś myśl, która mnie trzyma za gardło niezmiennie od dłuższego już czasu, to ta, że ów wirus został nam zesłany wyłącznie po to, by pozbawić prezydenta Trumpa drugiej kadencji. I tu znów, cóż aż tak strasznego dostrzegł ktoś w kolejnych czterech latach owej prezydentury, że urządził całemu światu aż taką „jazdę”, pojęcia nie mam i nie wiem nawet, kim ów ktoś mógł być: czy tak zwany Rząd Światowy, czy Bezos do kupy z Muskiem i Gatesem, czy może wreszcie Chińczycy, a może jeszcze ktoś, o kogo istnieniu ani ja, ani nikt inny nie ma bladego pojęcia. Jak mówię, tego nie wiem, natomiast wiele wskazuje dziś na to, że owszem, chodziło o to by odsunąć od władzy Donalda Trumpa i by zrobić to nawet za cenę tymczasowego zamknięcia całego świata.

       Czy ja tym samym sugeruję, że z tym całym wirusem to była zwykła bujda? W żadnym wypadku. Powiem wręcz, że w ostatnich dniach, ja wręcz po raz pierwszy od lutego zacząłem się bać, że ów koronawirus dopadnie kogoś z nas i to dopadnie na amen. Natomiast przez niemal cały ten czas podejrzewałem, że tu może chodzić wyłącznie o Trumpa i że do listopada nie mamy na co liczyć. Pytali mnie znajomi o to, jak ja sobie wyobrażam, że ów wirus się skończy. Ktoś wyjdzie na mównicę i ogłosi, że możemy zdjąć te maseczki, a może nagle, z dnia na dzień, liczba osób zakażonych zacznie drastycznie spadać, a może wreszcie ktoś przyjdzie i zakomunikuje nam, że to był tylko taki eksperyment i że bardzo mu przykro, jeśli kogoś narażono na zbyt duży stres? No a ja wówczas odpowiadałem, że nie mam pojęcia i powiem uczciwie, że bardzo się cieszę, że nigdy, ani jednym słowem, nie wspomniałem o szczepionce. Bo tego to już bym ze zdenerwowania nie wytrzymał. A przyznajmy, że to była odpowiedź, która się wręcz narzucała.

      No więc mamy tę szczepionkę, ktoś tam gdzieś już się dowiedział, że w Polsce za jedną dawkę trzeba będzie zapłacić trzy stówy, gdzieś też napisano, że od jutra Unia Europejska zaczyna prowadzić rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie zakupu paruset milionów sztuk, i nawet premier Morawiecki zapowiedział, że już rozpoczynamy tworzenie planu organizacji szczepień na przyszły rok. No i jeszcze coś, nie mniej ważnego. Otóż zabrał głos prezydent Trump i przypomniał na Twitterze, że on wiedział od początku, że ta szczepionka pojawi się w Ameryce do końca roku. W Ameryce. Do końca roku. A ja sobie w tym momencie myślę, że gdyby te wybory odbywały się tradycyjnie nie w listopadzie, a powiedzmy we wrześniu, to mam wrażenie, że on by zapowiadał początek owej produkcji na okres jeszcze przed jesienną, drugą falą koronawirusa. I też trafiłby w dziesiątkę.

       Ktoś się zastanawia pewnie, co teraz? Czy to znaczy, że Biden jednak już zostanie prezydentem i Trump pozostaje całkowicie niegroźny? Wcale nie. Przypominam, nigdy nie było, moim zdaniem, takiego planu, by wypuścić na rynek szczepionkę dopiero po tym, jak Biden, czy ktokolwiek inny, odsunie Trumpa od władzy. Pomysł by czekać z tym choćby i kolejne cztery lata byłby jednak zbyt ekscentryczny nawet jak na Chińczyków, że nie wspomnę o Elonie Musku. Chodziło wyłącznie o to, by stworzyć wokół owej pandemii tak wielką histerię, a w Stanach Zjednoczonych doprowadzić do tak wielu zarażeń, że ów temat stanie się pierwszym tematem kampanii i on to właśnie pozycją Prezydenta wystarczająco mocno zachwieje. Ktoś powie, że tematów było znacznie więcej. Możliwe; w końcu aż tak ważnie tego nie śledziłem, natomiast obejrzałem dwie prezydenckie debaty, oraz jedną debatę wiceprezydentów i za każdym razem kampania Bidena zaczynała od COVID-u. A w momencie gdy tuż przed wyborami liczba zarażonych w stanach wzrosła dwukrotnie, do grubo ponad stu tysięcy, byłem pewien, że to jest już tylko owa symboliczna kropka nad i.

        Czy im się udało? Powiem szczerze, że nie sądzę. Jak wiele na to wskazuje, Donald Trump był znakomicie do tego co się stanie przygotowany, a skuteczne przejęcie Sądu Najwyższego wcale nie jest jedynym tego dowodem. On był na to przygotowany i z tego co widzę, słyszę i czytam, wnioskuję, że jego szampański dziś nastrój wcale nie koniecznie musi być ani robieniem dobrej miny do złej gry, ani tym bardziej objawem żałosnej histerii. Jedyne co mnie niepokoi to fakt, że, jak zobaczyłem wczoraj w telewizji, Amerykanie powoli zaczynają zdejmować z okien i z wystaw sklepowych te deski, w przekonaniu, że skoro Biden został prezydentem, żadnych rozrób już nie będzie. W końcu, kto miałby je organizować? Prawica? Nie żartujmy. Z drugiej jednak strony pocieszam się myślą, że ci co te deski w pierwszej kolejności zakładali, to wyborcy Bidena. Prawica, nie bawiła się żadnymi deskami. Oni zwyczajnie się zbroili. I kto wie, czy ta broń jeszcze się im nie przyda?

        Tak czy inaczej, wygląda bardzo na to, że przed nami dobry nowy rok. Byle tylko spadł śnieg.



      

niedziela, 6 września 2020

Kowid srowid, czyli all lives matter


       Od pewnego, dłuższego już czasu nie mam najmniejszej ochoty podejmować tematu tak zwanej pandemii, choćby z tego względu, że nie mam ochoty wchodzić w złe towarzystwo, a biorąc pod uwagę fakt, że z każdym dniem, gdy o ową pandemię właśnie chodzi, coraz częściej przypomina mi się słynna dylanowska fraza: „For something is happening here and you don’t know what it is, do you Mr. Jones?”, to wydaje mi się, że każde moje słowo na ten temat zasługuje na to, by je w jednej sekundzie unieważnić i zapomnieć. Bo w rzeczy samej, mimo że wielu z nas odczuwa nieopanowaną potrzebę zabierania głosu w tej sprawie, przy czym większość robi to w głębokim przekonaniu, że celność formułowanych spostrzeżeń poraża wszystkich i każdego, nikt z nas na temat tego co się od miesięcy wokół nas dzieje nie ma najmniejszego pojęcia.
      Ale nie tylko przecież nikt z nas. Najprawdopodobniej o tym z jakim projektem mamy do czynienia pojęcia nie ma nikt na całym Bożym świecie, z wyjątkiem... no i tego też nie wiemy, a ów wyjątek musimy uwzględnić z tego prostego względu, że ktoś to wiedzieć z całą pewnością musi. A ja mam tu tylko wiadomość dla tych z nas, którzy zarzucają polskim władzom, że czy to ze zwykłego cynizmu, czy z ordynarnego tchórzostwa, prowadzą nasz naród do zagłady, że ani Minister Zdrowia, ani Premier, ani Prezydent, ani nawet sam Prezes też tego nie wiedzą, tyle że znaleźli się – tak jak my wszyscy – w tej pułapce i póki co – podobnie jak my – nie mają z niej żadnego wyjścia. No może tyle tylko, że tak samo jak my możemy w geście protestu usiłować wejść do sklepu bez maseczki, czy napisać szyderczy komentarz na Facebooku, tak i oni mogą nie założyć maseczki w kinie, czy nawet wyjechać do Hiszpanii na urlop.
      Oglądam w tych dniach w telewizorze US Open i oczywiście uśmiechając się wesoło na wspomnienie groźnych zapowiedzi zarówno kierownictwa Eurosportu, jak i samych zawodników, że z powodu kolejnego morderstwa dokonanego przez białych policjantów na czarnym Bogu ducha winnym obywatelu, jeśli ów turniej się w ogóle odbędzie, to Eurosport go zbojkotuje, patrzę jak tam również pandemia ma się wręcz fantastycznie. Trybuny są puste, wszyscy poza zawodnikami mają usta i nosy zasłonięte maseczkami, a i ci mają obowiązek założyć tę szmatę – plus specjalne okulary! –  kiedy tylko chcą skorzystać z porady lekarza. No i oczywiście tym razem zawodnicy sami muszą sobie chodzić po ręcznik, żeby te dzieci się od nich nie zaraziły, a ja już tylko sobie myślę, że i tak dobrze, że oni nie muszą się też sami uganiać za wyrzucanami poza kort piłkami. Serena Williams wygrywa swój pojedynek z Sloan Stephens – obie oczywiście, jak rozumiem, głęboko wspierające ruch Black Lives Matter – po meczu udziela krótkiego wywiadu, tyle że na korcie jest tylko ona, a pytania dochodzą z głośników. Również w studio Mats Willander i Barbara Schett nie siedzą już na stołeczkach obok siebie, ale rozmawiają za pośrednictwem Internetu. Przypominam – jesteśmy w Nowym Jorku. W USA.
      Przepraszam bardzo, ale czy ja mam może teraz pomyśleć sobie, że oto cały świat zwariował, tylko my tu w Polsce na Twitterze, czy Facebooku, no i oczywiście na ulicach Berlina, zachowaliśmy przytomność umysłu? Otóż prawda jest taka, że dziś już prawdopodobnie każdy – a wśród nich nawet ci, co wciąż nie chodzą do kościoła w obawie przed zakażeniem – wiedzą, że mamy do czynienia z zagadką, której rozwiązać nie jesteśmy w stanie i jedyne co nam pozostaje to albo się mniej lub bardziej irracjonalnie bać, albo się podporządkować i czekać cierpliwie aż zostanie ostatecznie ogłoszony koniec epidemii.
        Na koniec, żebyśmy z tych ponurych refleksji zupełnie nie zwariowali, opowiem świeżo zasłyszaną historię. Otóż jedna z moich uczennic ma sąsiada, człowieka 48-letniego, bez żadnych tak zwanych chorób współistniejących, który kilka miesięcy temu zapadł na owo covidowe zapalenie płuc, trafił do szpitala i dziś, jako jeden z ozdrowieńców, leży w domu kompletnie zdewastowany, z trudem oddycha, nie ma siły ani samodzielnie chodzić, ani się samodzielnie umyć, ani samodzielnie skorzystać z toalety, w dodatku praktycznie stracił wzrok, więc owe siły też by mu się za bardzo nie przydały. Tyle dobrego, że prawdopodobnie przez to, że przed COVID-em był zupełnie zdrowy, przeżył.
      Bo coś tu się dzieje, a pan nie wie, co to jest. Prawda, panie Jones?



Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...