wtorek, 31 lipca 2012

I zawsze i wciąż Pietuszki

Nie do końca wiem, jak to się dzieje, ale ile razy zdarzy mi się trafić do Warszawy, cały zestaw refleksji, jakie mnie nawiedzają, starcza na parę dobrych tygodni. Powiedziałem „nie do końca”, bo w rzeczy samej czegoś tam się domyślam, niemniej poziom wrażeń jest zawsze znacznie powyżej oczekiwań.
Nie inaczej było i tym razem. Wyjechałem, jak zawsze latem, na parę tygodni do siebie na wieś, a ponieważ od dziecka nie znam innej drogi, jak zahaczającej przy każdej tego typu okazji o Warszawę, no to i stało się. Trzeba więc powiedziec parę słów o tym niezwykłym miejscu, czy może raczej o symbolice, jaką ono z sobą niesie. Bo tak to właśnie widzę. Warszawę jako symbol całego tego nieszczęścia, jakie nas od tylu lat dręczy. O co chodzi? Otóż rzecz w tym, że – a ma to swoje szczególne miejsce zwłaszcza w ostatnich latach – Warszawa, jak sądzę, daje nam odpowiedź na wszystkie dręczące nas pytania. Warszawa jako miejsce, gdzie jak nigdzie indziej widać to oszustwo i tego oszustwa cudowną wręcz skuteczność.
Przemknąłem przez ten – mam nadzieję, że ci których szanuję wybaczą mi użycie tej nazwy – ruski disneyland dwa razy, raz w tamtą stronę, drugi raz z powrotem, i nagle zrozumiałem, że ja świetnie wiem, skąd się biorą ci, których niektórzy nazywają lemingami, a ja wolę raczej nazywać nowym peerelem. I wcale nie mówię tu tylko o tych z Warszawy, ale z całej Polski. Jak już wspomniałem, Warszawa tu nam służy zaledwie jako symbol. Mijałem po raz pierwszy w życiu bryłę Stadionu Narodowego, tak fantastycznie opracowaną w tym tefauenowskim photoshopie i pokazywaną od rana do wieczora na naszych ekranach, żebyśmy widzieli, jakie to nas cywilizacyjne szczęście spotkało, i aż się skuliłem ze zdziwienia, gdy zobaczyłem, że tam nie ma nic poza tą brudną czerwienią i jeszcze brudniejszą bielą, otoczoną przez ten stary jak najstarsza komuna syf, wyznaczany głównie przez te smutne szare nadwiślańskie plaże, na których wygrzewają się smutni, spragnieni chwili oddechu, i szarzy jak cała reszta obywatele. I leżą na tym brudnym piasku, spoglądając z dumą na tę burakowata czerwień swojego stadionu, i myślą sobie: „No, proszę. Co by nie powiedzieć, to jednak się rozwijamy. Jakie to szczęście, że Kaczor z Rydzykiem już nie rządzą, bo dziś i tego byśmy nie mieli”. Przepraszam bardzo, ale dokładnie tak sobie wyobrażam widok ku któremu w pijackim zauroczeniu zmierzał bohater Jerowfiejewa. Nawet nie Południowa Afryka ze swoim stadionem, któryśmy – jak się nagle okazuje – za te 2 mld złotych ledwo od nich odrysowali. Ale Jerofiejew. Oto prawdziwa rozpacz!
Tak sobie właśnie wyobrażam tamte Pietuszki, ale też w ten sposób pamiętam czasy późnego PRL-u, kiedy to, ile razy chciało się ponarzekać na to na co nie narzekać zwyczajnie nie wolno było, zawsze przychodzili jacyś państwo i pokazywali na to, ile to dróg, szkół i samochodów się dzięki ludowej władzy u nas w kraju pojawiło. Że no tak, owszem, w sklepach wciąż mamy braki, w autobusach trochę śmierdzi, papierosy się niekiedy rozklejają, no ale przecież nie od razu, panie, Kraków zbudowano. No a poza tym, lepiej nie myśleć, co będzie jak ci rozrabiacze z Solidarności dorwą się do władzy. Wtedy to nawet i tego nie będzie.
Warszawa. Z tymi klimatyzowanymi tramwajami, upiornie pustą oszkloną przestrzenią Dworca Wschodniego, linią kolejową na Okęcie, mostem do Białołęki, ścieżką rowerową wokół Kabatów, portem lotniczym Modlin i tymi żulami na Hożej, proszącymi po angielsku (i to jeszcze jak!) o papierosa i może choćby kawałek ogórka do zjedzenia. No i oczywiście z klientelą Tesco i Auchauna, których tak bardzo porywa duma z tego, że jednak się rozwijamy. No i że – o tym ani na moment nie wolno zapominać – mogłoby być znacznie gorzej. Gdyby nie ten tak niezwykły rzut na taśmę wtedy w październiku 2007 roku. No i że jest ten stadion.
No i Polska. Ze swoimi galeriami handlowymi, odremontowanymi to tu to tam chodnikami, z tymi wymyślnymi fontannami. Gdyby jeszcze tylko dało się przepędzić tych meneli z ławeczek, to i by się siąść dało. A mówią jeszcze, że podobno dzięki Bogu w Czechach, wprawdzie pociągi jeżdżą szybciej, ale za to korupcja jest większa.
Kiedy piszę ten tekst, myślę sobie, że tak naprawdę on mógłby być cały tylko o tym stadionie, który zrobił na nas wszystkich takie wrażenie, że niespodziewanie stał się niemal częścią logo reżimowej propagandy. Tyle że obawiam się, że nie ma ani literackiego, ani też tak naprawdę fizycznego sposobu, by przedstawić jego symboliczną potęgę. Tu chyba trzeba by było się uciec do jakiejś multimedialnej prezentacji, gdzie można by było spróbować pokazać każdy po kolei element tego obłędu. A i to nie bardzo wiadomo, czy ów pokaz już po paru minutach nie stałby się z jednej strony tak nudny, że aż nie do wytrzymania, a z drugiej też tak bardzo nie do wytrzymania ponury. Ale tak właśnie widzę Warszawę, a przez nią stan tych zaczadzonych reżimową propagandą umysłów. Jako ponure nudy. Zanurzone w kłamstwie, które wbija nam do głów, że ta czerwień, ta biel, ta zieleń, ten błękit są jak najbardziej autentyczne, i że tak naprawdę jest i ciekawie i wesoło, tyle że aby to dojrzeć, trzeba wcześniej wziąć niebieską tabletkę.

Jeszcze nigdy o tym nie wspominałem, ale oceniając tak na oko, połowa osób, które wspierają ten blog jest z Warszawy. Są też i przyjaciele z Gdańska, ze Szczecina, z Krakowa, z Lublina, z Bydgoszczy i z różnych mniejszych i jeszcze mniejszych miejscowości. No ale ta Warszawa robi wrażenie. Zupełnie nie wiem, jak to tłumaczyć. Może tam jest równie łatwo zmarnieć, co i wyszlachetnieć. Dokładnie jak za PRL-u. To by się nawet zgadzało. Nieważne. Proszę o mnie pamiętać. Dziękuję.



poniedziałek, 30 lipca 2012

Gdy wokół same wilki

Od paru już lat, każdy wtorek to dla mnie dzień, w którym muszę napisać kolejny swój tekst do „Warszawskiej Gazety”, bo oni w środę składają kolejny numer, więc muszą mieć wszystko gotowe. Dotychczas, o ile się nie mylę, tylko raz się zdarzyło, że tekstu nie wysłałem, bo o tym zwyczajnie zapomniałem, no i raz – choć tu, z powodów o których wspomnę za chwilę, pewności mieć nie mogę – tekst się nie ukazał. Poza tym, każdy piątek przynosi kolejne wydanie „Warszawskiej Gazety” a w nim kolejny mój tekst.
Dlaczego tak bardzo się zaangażowałem w pisanie własnie dla tego tytułu? Wyjaśniałem to już kiedyś, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Pierwszy powód to oczywiście pieniądze. Piotr Bachurski, a więc wydawca i naczelny redaktor gazety, za moje teksty mi płaci. Skromnie, to fakt, ale miesięcznie coś tam z tego jest. Rzecz druga to to, że ja do projektu Bachurskiego mam pewien sentyment, związany z tym, że on zatrudnia wyłącznie publicystów niezależnych, w tym przede wszystkim blogerów, a to mi imponuje. Oczywiście, ja nie muszę czytać ani publicystyki Grzegorza Wszołka, Magdy Figurskiej, Mirka Kokoszkiewicza, Aleksandra Ściosa, posłów Czerneckiego i Wojciechowskiego, czy nawet księdza Małkowskiego, jednak twierdzę, ze to wszystko tak czy inaczej jest znacznie bardziej świeże i czyste niż to co może mi dać Łukasz Warzecha, Rafał Ziemkiewicz, by już nie wspomnieć o Eryku Mistewiczu. Pisze więc dla Bachurskiego dla zarobku i po to by wesprzeć jedyny znany mi projekt przynajmniej robiący wrażenie niezależnego. Podkreślam bardzo mocno to słowo – robiący wrażenie. Bo, jak wiemy, czasy mamy takie, że oni się czają ze wszystkich stron i dyszą chęcią mordu.
Nie czytam „Warszawskiej Gazety”. Głównie dlatego, że w ogóle poza tekstami Coryllusa nie czytam nic. Proszę sobie wyobrazić, że nawet nie przeczytałem tych swoich dwóch książek. Jechałem teraz na wieś, a potem wracałem ze wsi do domu i, ponieważ jednemu z naszych przyjaciół, którego zwyczajnie na jego kupno nie stać, obiecałem że mu go podaruję, miałem ze sobą jeden egzemplarz „Elementarza”, no a więc przy okazji trochę sobie poczytałem. Refleksja jest taka, że to jest naprawdę bardzo dobra książka. Wśród setek najróżniejszych haseł, jakie tam zamieściłem jest na przykład coś co określiłem terminem „młodzi, wykształceni, z dużych miast”, a co stanowi polską odpowiedź na zachodnich „yuppies”, a więc też coś, co nie tak dawno temu Robert Mazurek postanowił opisać jako tak zwanego „leminga”. I mam podejrzenie graniczące z pewnością, że ten jeden drobny akapit jest nieskończenie bardziej celny, głęboki, dowcipny, lepiej napisany, a przede wszystkim prawdziwy, niż wszystko co stworzyła wyobraźnia i publicystyczny talent zarówno Mazurka jak i wszystkich jego kumpli dziennikarzy. No więc co mam w tej sytuacji robić? Co mam czytać? Paradowską? Stommę? Michalskiego?
Jest jednak jeszcze jedna przyczyna dla której „Warszawskiej Gazety” nie czytam. Mnie się bardzo nie podoba tak zwana ideologiczna, czy może tylko poetycka, linia pisma, a więc coś co się zaczęło od przeróżnych drobnych narodowo-patriotyczno-katolickich gazet i gazetek, trafiło do mainstreamu dzięki Tomaszowi Sakiewiczowi, co jak się zdaje granic nie ma, a co się przejawia w publikowaniu obrazków przedstawiających Donalda Tuska jak siedzi albo na kiblu, albo na elektrycznym krześle i się idiotycznie uśmiecha. Oczywiście szanuję emocje tych wszystkich, którzy znienawidzili tego bałwana do tego stopnia, że w swojej bezradności już tylko szukają okazji, by go opluć i pośmiać się z tego jak on głupio z tą spływająca po ryju śliną wygląda, natomiast sam znam o wiele moim zdaniem lepsze sposoby zdobywania satysfakcji. No więc, jak mówię – nie lubię i kropka.
Wspomniałem krzesło elektryczne. Krótko powiem, skąd się ono wzięło. Otóż niedawno napisałem dla „Warszawskiej Gazety” stosunkowo lekki tekst oparty na takim oto pomyśle. Donald Tusk robi ostatnio wrażenie człowieka, który nie dość że przegrał wszystko, to w dodatku jeszcze z tego wszystkiego nie zostały mu nawet dobre wspomnienia. A wszystko wzięło się stąd, że on tak naprawdę nie chciał być premierem. On najpierw chciał być prezydentem, potem jakimś wysokim urzędnikiem unijnym, natomiast premierostwo go tylko zawsze stresowało i niszczyło psychicznie. Dziś on świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że jego kariera się kończy, a przyszłość tonie w najgęstszej z możliwych mgieł. I że mi jest zwyczajnie po ludzku żal dokonującego politycznego żywota w tym strasznym napięciu Tuska. Ów dość ironiczny tekst skończyłem taką oto refleksją, że na szczęście nasz premier ma wciąż tę tefauenowską mapę pogody z wyróżnionym Sopotem, i że choć normalnie moglibyśmy się denerwować, że oni postanowili ten Sopot w tak nachalny sposób eksponować, to proponuje by im to darować. Niech już on ma przynajmniej od nas ten Sopot. Wszystko stracił, ledwo się rusza, niech się cieszy, że przynajmniej na mapie pogody w TVN24 jest to jego ukochane miasto.
Napisałem ten tekst, zatytułowałem go „Trąba nad Sopotem”, wysłałem Bachurskiemu, a Bachurski poprosił bym zmienił tytuł na medialnie bardziej nośny. Zmieniłem więc tę trąbę na „Końcówka, czyli Donald Tusk pod napięciem”, i tyle. No i doniesiono mi własnie, że redakcja „Warszawskiej Gazety” zdecydowała się opublikować ów tekst opatrując go dwukrotnie, bo i na pierwszej stronie też, obrazkiem z Tuskiem palącym się na krześle elektrycznym. Co ciekawsze, sam tekst wygląda tak, że najpierw jest wspomniany wyżej tytuł, a więc Tusk pod napięciem, następnie mamy ten obrazek płonącego na krześle elektrycznym premiera, a pod zdjęciem kończący mój tekst apel, by darować Tuskowi ten Sopot na mapie pogody: „Niech ma. To od nas, premierze”. Że niby ja Tuskowi życzę, by spłonął na elektrycznym krześle.
Dziś jestem w takiej sytuacji, że część z moich znajomych twierdzi, że moja dalsza współpraca z „Warszawską Gazetą” mnie kompromituje, a ja bardzo mocno czuję, ze powinienem w tej sprawie zabrać głos. Oto on. Otóż ja przede wszystkim uważam, że dziś sytuacja w Polsce jest taka, że jedyne co człowieka nie kompromituje to ciężka i uczciwa praca na rzecz utrzymania rodziny i szczera modlitwa. Koniec. Tylko to. Cała reszta to albo automatyczna i natychmiastowa kompromitacja, albo kompromitacja – łaskawie, dzięki jakiemuś szczególnemu zbiegowi okoliczności – przesunięta w czasie i przestrzeni. Dzisiejszy świat tak został nam skonstruowany, że niemal nikt, nic i niczego nie gwarantuje, poza ostateczną kompromitacją. Dni kiedy wszystko było bardzo starannie rozdzielone i każdy z nas świetnie wiedział, że tu mamy Kościół tu komunę, tu Porozumienie Centrum a tam Kongres Liberalno-Demokratyczny, tu „Ozon”, a tam „Gazetę Wyborczą” minęły bezpowrotnie. To z czym mamy do czynienia dziś to wyłącznie tłumy obcych sobie osób, z których każdy już tylko kombinuje, jak nie utonąć. Mówią mi ludzie życzliwi, ze ten typ manipulacji, z jakim mamy do czynienia w przypadku tekstu o Tusku pod napięciem Wola o pomstę do nieba. A ja uważam że wcale nie. To jest przecież zwykły handel. Co oni mieli zrobić? Dać zdjęcie mapy pogody z TVN-u? Żeby do czego zachęcić? Żeby co sprzedać? A kłamstwo? Jakie kłamstwo? O jakim kłamstwie mowa? Dopiero co, korzystając z bardzo dużej ilości wolnego czasu, bawiłem się Internetem w swojej komórce i zajrzałem na portal Wirtualna Polska. I oto zobaczyłem zdjęcie piłkarza Roberta Lewandowskiego i wielki tytuł: „Lewandowski odchodzi z Borussii? Decyzja już podjęta”. Poniżej tekst informujący o tym, że były plotki o odejściu piłkarza Lewandowskiego z Niemiec do jakiegoś hiszpańskiego, czy angielskiego klubu, ale ostatecznie okazało się, że Lewandowski zostaje. Decyzja została podjęta. Dokładnie tak jak to głosi tytuł. I w tym momencie uświadomiłem sobie, że to ja byłem naiwny sądząc, że Wirtualna Polska informuje mnie o odejściu Lewandowskiego z Borussii. Przecież oni dali znak zapytania i napisali, że ów znak zapytania jest już nieaktualny, bo wszystko jest jasne. Oczywiście, ktoś powie, że to jest właśnie manipulacja, tyle że co z tego? A cóż się stało takiego zległo poza tym, że ktoś, kto normalnie by tego tekstu nie przeczytał, jednak poświecił chwilę czasu i się dowiedział, że nic się nie stało?
Podobna sytuacja jest z moim tekstem w „Warszawskiej Gazecie”. Mamy tego skwierczącego z głupim uśmiechem na krześle elektrycznym Tuska, pod spodem napis, że ta śmierć to nasze dla niego życzenie, a jeszcze niżej tekst, z którego wyraźnie wynika, że my tak sobie tylko żartujemy. że my wcale nie mamy morderczych instynktów. Że nam się tylko napięcie psychiczne skojarzyło z napięciem elektrycznym. No a poza tym, też z tą nienawiścią nie udawajmy, że coś jest nie tak. Przecież wiadomo, że go wszyscy już od dawna nie tolerujemy, gardzimy nim i życzymy mu wszystkiego najgorszego. Tusk to wróg i tyle wszystkiego.
Ktoś powie – i takie głosy się oczywiście pojawiają – że Bachurski i jego projekt to podejrzana sprawa. I ja oczywiście, jako osoba nieskończenie podejrzliwa i nieustannie węsząca podstęp, biorę pod uwagę, że jestem zwyczajnie wykorzystywany. Tyle tylko że choćbym nie wiadomo jak się naprężał, nie uznam, że jakiekolwiek powszechnie dostępne miejsce, poza moim blogiem, gwarantuje mi pełny spokój sumienia. I wcale nie mam tu na myśli Agory z „Gazetą Wyborczej” i tym cholernym „Metrem”, grupy Axel Springer z ich „Newsweekiem” i „Faktem”, Polsatu, czy TVN-u, ale również takie miejsca jak „Gazeta Polska” i „Uważam Rze” jak najbardziej.
A więc, jak mówię, nie mam absolutnie żadnego innego wyjścia jak robić dalej to co robię dotychczas, z jednej strony po to by utrzymywać rodzinę, a z drugiej dawać świadectwo prawdzie. I liczyć na to, że mój gest dotrze do najbardziej odległych zakątków tej przestrzeni, w której przyszło nam się w pewnym momencie naszego życia znaleźć. Bo jeśli tego nie będzie, to można z czystym sumieniem machnąć na to wszystko ręką i liczyć najeż tylko na Boże zmiłowanie.
Na sam koniec mam jeszcze trzy sprawy. Pierwsza to taka, że jeśli ktoś ma ochotę poczytać wspomniany wyżej tekst, jeszcze pod oryginalnym tytułem „Trąba nad Sopotem”, to może zajrzeć na mój blog w Salonie24. On tam akurat sobie jest. Druga, to zwyczajowy apel o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i kupowanie książek. Szczególnie dziś może „Elementarza” z tekstem o prawdziwych lemingach, a nie o tych, które narodziły się w durnej pale Roberta Mazurka. Dla zachęty, proszę posłuchać:
Młodzi, wykształceni, z dużych miast – Nasza polska odpowiedź na zachodnich yuppies. Powszechna opinia jest taka, że młodzi, wykształceni, z dużych miast stanowią naturalną silę napędową polskiego sukcesu cywilizacyjnego, a jednocześnie naturalną społeczną siłę reżimu. Osobiście uważam że to nieprawda. Że to mit. W Polsce reżim wspierany jest przez spauperyzowaną inteligencję zarówno z dużych miast i mniejszych miasteczek, najczęściej osoby starsze, lub w wieku średnim. Gdyby spróbować opisać typowego wyborcę Platformy Obywatelskiej to jest to ta emerytowana nauczycielka z Łodzi. dzwoniąca do Szkła Kontaktowego i sugerująca, by zrobić wreszcie coś z tym Kaczyńskim. Lub ów idiota z filmu „Dzień Świra” grany przez Marka Kondrata. Nie mam wątpliwości, że on głosowałby na Platformę. Osobiście nie lubię. Oglądałem tylko fragmenty".
Dziękuję.

czwartek, 26 lipca 2012

A jednak out

Siedzę sobie tu na wsi i cały czas mnie gniecie świadomość, że powinienem coś napisać, a tu tymczasem ogarnia mnie wyłącznie ta cudowna pustka. Z tego wszystkiego, żeby się zupełnie nie zagubić w tym raju, pomyślałem, że może poszukam jakiegoś starego, dawno już zapomnianego tekstu i go wkleję – ot tak dla tej zwykłej codziennej satysfakcji ludzi wrażliwych. I oto, proszę sobie wyobrazić, znalazłem coś, jeszcze z września 2009, co właściwie powinno się było znaleźć w książce o Liściu, a ja to zwyczajnie przegapiłem. A winno ono tam być w sposób jak najbardziej oczywisty. Z wielu względów. Jak je liczę, to wychodzą mi aż cztery, ale kto wie, czy nie ma ich więcej. Zresztą, co tu będę dłużej owijał w bawełnę. Proszę, rzućcie okiem. Uważam, że warto.

Niedawno bardzo pisałem tu, że jeśli w ogóle interesuje mnie sport, to wyłącznie na takiej zasadzie jak interesuje mnie życie w ogóle. Lubię patrzeć na chodzących ulicami ludzi, przejmuję się tym, co się dzieje na świecie, czasem nawet zamyślę się nad tym, że jakiś aktor czy artysta się ożenił, lub rozwiódł, lub się nawet rozpił. A więc, kiedy już zacznę oglądać jakiś mecz, czy sportowy pojedynek to najczęściej bardzo chętnie sobie to co się dzieje oglądam. Niedawno nawet trafiłem na Eurosporcie na australijską ligę rugby i z największa przyjemnością obejrzałem sobie te akcje. Młody Toyah dopiero co pokazał mi na youtubie pewne słynne uderzenie Tigera Woodsa i też byłem bardzo poruszony. Przez miniony tydzień, z najwyższą radością oglądałem tenisowy turniej US Open i z równą radością przyjąłem wczorajsze zwycięstwo Del Potro. Federera – nie wiedzieć dlaczego, bo to bardzo miły człowiek – jakoś nie lubię, a Argentyńczyka wręcz przeciwnie, więc nad ranem byłem w siódmym niebie, a w pewnym momencie pomyślałem sobie nawet, że może jednak i jestem kibicem?
Prawda jednak jest taka, że nie jestem. Moje życie kręci się wokół wielu różnych zdarzeń, jednak wśród nich, absolutnie nie ma sportu. A już z całą pewnością nie ma mowy o tym, że nagle, z własnej inicjatywy, zacznę śledzić wydarzenia sportowe, by już nie wspominać o wydzieraniu się przez okno, tylko dlatego, że polscy piłkarze siatkowi pokonali Francję na Mistrzostwach Europy. Jest fajnie. Ale to tyle.
Nie było tak zawsze. Kiedy byłem młodszy, interesowałem się sportem znacznie bardziej. W piłce nożnej kibicowałem Górnikowi Zabrze, a w Anglii Evertonowi, obserwowałem sukcesy Podhala Nowy Targ w hokeju, liczyłem lata od olimpiady do olimpiady, a jak przyszedł odpowiedni czas, z zapartym tchem czekałem, by zobaczyć co dziś osiągnie Wojciech Fibak. Pamiętam też, że w tamtych latach, kibicując polskim sportowcom, miałem nieustanne wyrzuty sumienia, wynikające z tego, że każdego dnia widziałem, słyszałem i czułem, od rana do wieczora, że każdy sukces polskich sportowców jest jednocześnie sukcesem komunistycznej władzy. W tamtych latach, nie było mowy – jak dzisiaj – o wykorzystywaniu sportu w celach politycznych i propagandowych. Nikt niczego nie musiał wykorzystywać. Sport był częścią polityki i propagandy. Był, w rzeczy samej, jednym z najważniejszych elementów systemu. Moje przekonanie z tym związane, było tak silne, że ja na przykład zawsze uważałem, że największymi skurwysynami w całym komunistycznym dziennikarstwie byli komentatorzy sportowi. Dla mnie sprawa była jasna. Każdy z nich był stuprocentowym ubowcem. I wciąż byłem tym kibicem. Przypomniało mi się to wszystko i – konsekwentnie – pomyślałem sobie, że warto by było coś na ten temat napisać, dziś przed południem, kiedy włączyłem telewizor i akurat trafiłem na imprezę zorganizowaną przez Premiera na cześć siatkarzy. Właściwie już wczoraj złe myśli zaczęły mi chodzić po głowie, kiedy okazało się, że Prezydent wprawdzie umówił się z nimi na wręczenie odznaczeń, ale ponieważ nasze orły nie zdążyły zetrzeć z siebie potu, umyć się i przypudrować nosków, więc minister Drzewiecki i szef Związku kazali mu albo się zgłosić innym razem, albo – jak to dowcipnie się mówi w kręgach młodzieżowych – iść na drzewo. Oglądałem siatkarza Kurka, czy może Burka, nie znam się, gadającego zaraz po 20 z Moniką Olejnik – wyluzowanego, zrelaksowanego, tryskającego świeżością i dowcipem – a później prezesa Walczaka, czy Niezgody (wszystko jedno) tłumaczącego, jak to o 19 chłopaki nie miały serca iść, cali śmierdzący i umordowani sukcesem, na prezydenckie salony i myślałem sobie, że jest zdecydowanie podle. I wcale nie dlatego, że sport, znów po latach stał się nieoddzielną częścią polityki, ale dlatego, że przez nową władzę– jak wiele zresztą innych elementów naszego życia – został użyty do działalności ściśle antypaństwowej.
Ale nie tylko to. To co mnie naprawdę poruszyło, to obrazki, jakie dzisiejszego przedpołudnia pokazał nam Mariusz Walter z rodziną. A więc to wszystko, co było początkiem i końcem całego przedsięwzięcia, mającego z jednej strony na celu zdyskredytowanie i upokorzenie Prezydenta Rzeczypospolitej, a z drugiej sprawienie przyjemności Donaldowi Tuskowi, który jest i wiernym kibicem wszelkich dyscyplin sportowych, i jednocześnie człowiekiem zwyczajnie próżnym. To wszystko, co w swoim zamierzeniu miało doprowadzić do tego, że Prezydent zostanie kopnięty w swoje grube kartoflane dupsko, a premier Tusk będzie mógł sobie powiesić na szyi medal i pochrząkać z zadowoleniem, że on wprawdzie troszkę może niski, ale też – tak jak oni – pełen sportowej pasji (o czym koledzy z boiska mogą zawsze zaświadczyć) i że oni na pewno go trochę lubią.
Piszę o działalności antypaństwowej, bo czymże innym jest ogłoszenie – na poziomie jak najbardziej oficjalnym – że decyzją władz sportowych i rządowych, temu prezydentowi można zwyczajnie powiedzieć, żeby się nie wysuwał przed szereg. A jak mu przyjdzie do głowy realizować te swoje niby-uprawnienia, to niech napisze podanie. Najlepiej do prezesa któregoś ze związków sportowych.
I popatrzmy tylko do czego to doszło. Mijają dwa lata jak kibole z Pomorza objęli władzę w naszym kraju i niedługo chyba trzeba będzie na nich wysyłać policję z tarczami i pałkami. Bo oni są na prostej drodze, by uznać, że Polska już osiągnęła ten upragniony przez nich stan, kiedy można zacząć rzucać kamieniami i przychodzić do pracy z siekierami i kijami, a na drzwiach do gabinetów pisać HWDP. Bo co, kurwa? Coś może komuś nie pasuje?
Oczywiście zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że widok Kaczora czekającego ze swoimi ministrami na siatkarzy, żeby im wręczyć medale, które dla nich znaczą dokładnie tyle na ile im pozwoli trener, musi być dla wielu moich znajomych w Salonie, przezabawny. No bo pomyślmy tylko, stoi ten głupek z tymi swoimi bezsensownymi pudełeczkami, których ani nie wymieni na pieniądze, ani nawet na bilet na jakiś fajny mecz, a chce się załapać na nie swoje sukcesy. A tu się okazuje, że może innym razem, Panie Kartofelku. Można skonać ze śmiechu! A więc róbcie Państwo swoje, natomiast ja sobie pozwolę na nieco inną refleksję.
Oglądałem dziś Donalda Tuska, jak się prowadzał wśród tego siatkarsko-prezesowskiego towarzystwa, a później jak odbierał od trenera siatkarzy ten medal i pytał: „Czy to dla mnie? Na zawsze?” A następnie, jak rozdawał siatkarzom te odznaczenia i pewnie sobie myślał: „Jestem prezydentem. Jestem prezydentem”. I kiedy dobrzy ludzie przed telewizorami zasłaniali przed telewizorami oczy ze strachu, że on zaraz zacznie te pudełka do siatkarzy rzucać, żeby oni mu pokazali, jak potrafią odbijać i ścinać, on był taki szczęśliwy! A jego koledzy też się cieszyli, że tak fajnie się udało wszystko zrobić. Dokładnie tak jak zaplanowali na początku i że cała Polska to widzi i już wie, kto jest prawdziwym mistrzem, a kto niedorajdą. I teraz tylko trzeba załatwić sprawę Katynia i tego tam ludobójstwa. Pojawią się nowe sondaże i będzie git.
Właśnie. Katynia. Kiedy Premier bawił się że jest prezydentem, prawdziwy prezydent już zaczął kolejny dzień pracy. Spotkał się z członkami Rodzin Katyńskich, powiedział im parę słów pociechy i przekazał wyrazy solidarności. I ostatecznie bardzo się cieszę, że już się nie spotka z siatkarzami. Niech to spotkanie pozostanie w tym stanie upiornego zawieszenia i niech pozostanie w naszej współczesnej historii, jako ślad, dowód i świadectwo.

Myślę, że to ważny tekst. Jeśli uda mi się w końcu sprzedać książkę o Liściu – a wbrew pozorom wcale nie jest do tego aż tak daleko – wznowię ją, uzupełnioną o ten właśnie tekst. Póki co, wszystkich przyjaciół tego bloga szczerze namawiam do kupowania obu książek, no i oczywiście do wspierania tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bardzo proszę i bardzo dziękuję.

wtorek, 24 lipca 2012

Uwaga! Polityka - teren skażony

Myślę, że większość z czytelników tego bloga zdążyła wielokrotnie zauważyć, że w ostatnim czasie staram się bardzo unikać wszelkich tematów związanych bezpośrednio z bieżącym życiem politycznym. Jeśli w ogóle w tych tekstach pojawia się nazwisko Donalda Tuska czy Jarosława Kaczyńskiego, czy choćby nazwy reprezentowanych przez obu politycznych projektów, to wyłącznie w kontekście kwestii znacznie szerszych, niż to co nam może dać powszedni dzień. Czemu się tak stało? Trudno mi powiedzieć, niemniej sytuacja jest taka, że gdyby mi cos nagle strzeliło do głowy, by spróbować skomentować którąś z tak zwanych gorących politycznych wiadomości, to najpierw sam bym się spalił ze wstydu, a w drugiej kolejności – o czym jestem głęboko przekonany – większość czytelników tego bloga zaczęłaby ziewać. I to w najlepszym dla mnie wypadku.
Czy to znaczy że polityka przestała mnie interesować? Ależ w żadnym wypadku. Ja wciąż bardzo uważnie obserwuję to co się na tej scenie dzieje, natomiast nie mam najmniejszego zamiaru angażować swoich emocji w coś, do czego zwyczajnie nie mam dostępu. Ani na poziomie faktów, ani jak idzie o możliwości logicznej analizy. Co bowiem jest mi wiadome? Dokładnie to samo co wiedziałem już lata temu. Że jedynym realnym polskim politykiem, człowiekiem któremu gotów jestem powierzyć los kraju, bo jest to ktoś kto życie poświęcił idei z którą się osobiście utożsamiam, i dla którego ponad tę właśnie ideę nie ma nic, jest Jarosław Kaczyński. I wiem jeszcze dokładnie dwie rzeczy ponad to. Że dopóki on żyje i działa, cła moja nadzieja może być związana tylko z jego politycznym sukcesem. No i że dziś wszystko wskazuje na to, że System go dopadł na tyle jednoznacznie, że go praktycznie wyeliminował z gry. Mam wielką nadzieję, że nie na długo. A zatem, cóż mnie dziś może obchodzić na przykład coś tak bzdurnego jak jakaś afera taśmowa w Polskim Stronnictwie Ludowym i reakcja na nią Donalda Tuska?
A więc jeśli ktoś myśli, że mój stosunek do polityki oparty jest dziś o wymiar wyłącznie moralny, ma bezwzględną rację. Tak właśnie dziś wygląda sytuacja. Dopóki nie wydarzy się nic na poziomie moralnym właśnie – i proszę mi nie mówić, że tak zwane lody kręcone przez rządzącą koalicję nalezą do tego wymiaru – mam w głowie tylko jedno. Przy okazji najbliższych wyborów pójdę tam, gdzie pójść mi przyjdzie i zagłosuję na listę, którą mi poleci Jarosław Kaczyński. A zatem, muszę przyznać, że w pełni zgadzam się z opinią wyrażoną ledwo co przez jednego z na co dzień mniej rozgarniętych blogerów, że mimo iż w Polsce polityczną władzę od pięciu lat trzyma Platforma Obywatelska, przez ten sam czas moralnie rządzi PiS. Tak bowiem właśnie jest. Od pięciu lat pełnia moralnych rządów w Polsce od pięciu lat znajduje się w rękach Prawa i Sprawiedliwości, czy może bardziej konkretnie – Jarosława Kaczyńskiego. Cała reszta to zwykle codzienne interesy. Oscylujące między pensjami w wysokości od 10 tysięcy do 100 tysięcy rocznie. Plus nieokreślone dodatki.
Miałem okazję przeczytać dziś trzy wpisy na różnych blogach, i powiem szczerze, że po ich przeczytaniu bardziej niż kiedykolwiek mam pewność, że droga którą wybrałem jest jak najbardziej słuszna. Że jeśli przyjąć, że za tym co się dziś dzieje w Polsce jest jakiś choćby szczątkowy plan – a ja osobiście twierdzę, że nie może go nie być – to obowiązkiem każdego myślącego obserwatora i komentatora jest obchodzić każdą kolejną podawaną przez media polityczną informację jak najszerszym łukiem. Maia14 w swoim najświeższym tekście pisze, że Platforma Obywatelska znakomicie od początku wiedziała, że politycy PSL to banda cynicznych złodziei, ale ze względu na wyższy interes polskiego państwa z jednej strony pozwalała im kraść, a z drugiej ten proceder chroniła, no ale teraz, skoro już wszystko się wydało, trzeba się będzie ustosunkować. No więc są emocje.
Mój kolega Michał Dembiński z kolei na swoim blogu pisze, że on ma wielkie pretensje do premiera Marcinkiewicza o to, że wydłużył o tydzień szkolne wakacje, przez co efektywny czas nauki polskiego dziecka skrócił o 2% i przez to bardzo popsuł naszą pozycję wobec Europy. No a poza tym faktycznie jest kłopot z tym PSL-em, bo nie wiadomo, czy Platforma nadal będzie próbowała kryć przekręty w rządzie, czy pokazać, że jednak uczciwość na szczeblach władzy jest czymś co się liczy. A można od Platformy tego oczekiwać, bo Bogu dzięki właśnie się okazało, że jak idzie o poziom korupcji wyprzedziły nas ostatnio Czechy i Rumunia.
No i wreszcie jest blogerka Ufka, która od czasu gdy Igor Janke ją osobiście zapewnił, że Salon nie posiada większego bogactwa niż ona właśnie, i obiecał, że od dziś każdy jej tekst będzie promowany na szczycie głównej strony, już się nie gniewa i z odpowiednią godnością informuje, że dziś nie ma czasu ani pisać ani komentować, bo właśnie przestało padać i ona będzie kosić trawnik. Poza tym smaży jajecznicę i musi uważać, by nie stwardniała. I oczywiście nie robi nic innego, jak pisze, wkleja, a to co pisze i wkleja, to wynik nieustannego wchłaniania tego, co jej pod nos podsunie zwyczajowa propaganda.
A więc mija 6 lat, a my wciąż mamy przed sobą Donalda Tuska w całej swojej okazałości, z tymi po piłkarsku wykręconymi nogami, z tą rzekomą naturalnością miłego chłopaka z Pomorza, ojca Kasi i Michała. Tak jak mam okazję go obserwować te już kilka dobrych lat, właściwie od samego początku odnoszę wrażenie, że ja doskonale znam typ, który on prezentuje. Nie potrafię przestać zauważać, że Donald Tusk to charakter, który ja osobiście bardzo dobrze znam. Dziś nawet spytałem swoją córkę, czy jej się nie wydaje, że Tusk jest dokładnie taki, jak nasz pewien wspólny znajomy. I ona mi powiedziała, że tak, oczywiście, naturalnie – oni są dokładnie tacy sami. Mam na myśli taką szczególną konstrukcję psychiczną i emocjonalną. Kiedy wszystko idzie dobrze, żona jest w dobrym nastroju, dzieci się dobrze prowadzą, pod ręką są pieniądze, w perspektywie wyjazd na wakacje, ani śladu jakichkolwiek kłopotów, człowiek potrafi być wręcz ujmujący. Kiedy natomiast pojawiają się zmartwienia, czy to na poziomie zawodowym, czy w postaci obrażonej żony, czy może tylko zwykłego zmęczenia – ten typ się robi absolutnie nie do wytrzymania. I to nie tylko jest problem jego relacji z ludźmi, ale przede wszystkim może nawet stosunek do samego siebie. To jest ktoś taki, kto wie doskonale, że jeśli nie uda mu się tego napięcia rozładować – to on nie wytrzyma. I w tych sytuacjach albo wybucha, albo zmusza ludzi, żeby z nim grali w piłkę, ping-ponga, tenisa, siatkówkę – obojętne. Byle przez te parę godzin on mógł z siebie wyrzucić całe to zło.
Kiedy obserwuję Donalda Tuska od tych paru lat, kiedy słyszę różnego rodzaju relacje na jego temat, kiedy próbuję analizować to co widzę i słyszę, obraz Donalda Tuska układa mi się w bardzo logiczną całość. Przecież to nie ja wymyśliłem, że Tusk tak bardzo marzy o tym, by jak najszybciej przestać być tym nieszczęsnym premierem, a zostać jakimś ważnym europejskim urzędnikiem, bo w obecnej sytuacji jest to dla niego oferta idealna. Europejska biurokracja Tuskowi daje na długie lata to, co on kocha najbardziej. Wolny czas, niewiele obowiązków, dużo wyjazdów i to wyjazdów, gdzie się głównie reprezentuje, zwiedza, spędza miło czas, a jak człowiek lubi sobie dłużej pospać, to i to można bardzo prosto załatwić.
Od jesieni roku 2007, najbliższe otoczenie Donalda Tuska zrobiło wszystko, żeby go jakoś odciążyć, jak idzie o tę najbardziej nieprzyjemną część pracy na stanowisku premiera. I długo robili to bardzo skutecznie. Administrował Schetyna, partię reprezentował Chlebowski, samego premiera Nowak, a do bezpośredniej walki kierowani byli Niesiołowski, albo któryś z aspirujących lokalnych polityków. No i oczywiście całość organizował Palikot. Premier miał tylko od czasu do czasu się pokazać, coś powiedzieć i zapewnić, że nad wszystkim panuje. A i tak okazało się to dla niego za dużo. Stąd te nieustanne wyjazdy na wakacje, i coraz większe zdenerwowanie po każdym kolejnym powrocie. W pewnym momencie pojawiła się nawet szansa, by zostać prezydentem. Szykował się więc Donald Tusk do prezydentury i starał się ten czas spędzić bez większych stresów, no i gdzieś obok niego zdarzyło się kilka bardzo przykrych rzeczy, nad którymi koledzy Premiera nie zapanowali, na które on sam nawet nie miał wpływu i które nagle zmieniły się w lawinę. I nagle Donald Tusk dowiedział się, że to jednak on jest za wszystko odpowiedzialny i że teraz on będzie musiał zacząć ponosić konsekwencje.
Na dodatek, wszystko wskazuje na to, że z jakiegoś powodu, media – które przecież musiały wiedzieć, co się dzieje i czego się można spodziewać – nagle straciły cierpliwość i przynajmniej częściowo cofnęły ochronę. A może nawet nie chodzi tu o cierpliwość. Może po prostu w sytuacji, kiedy dzieją się tylko złe rzeczy, nie można nagle przestać w ogóle informować. Może jest tak, że kiedy nawet nie ma się za co znęcać nad PiS-em i komunistami, kiedy nawet PSL dzielnie się zmobilizował i nie prowokuje afer, a premier Pawlak właściwie oddał się wyłącznie swojemu tabletowi, pozostaje tylko ta wspomniana już lawina
I co ma teraz zrobić Donald Tusk, premier rządu? Ma powiedzieć, że to nie on? Że on o niczym nie wiedział? Że on jest zmęczony i na chwilę musi wyjechać? Że to koledzy? Że on od początku chciał być prezydentem, a nie premierem? Przecież teraz nawet nie wiadomo, czy jemu wypada jutro i w niedzielę pójść z kolegami na piłkę, bo od razu przyjdą jacyś i będą się pytać o różne rzeczy. A skąd on ma cokolwiek wiedzieć?
Więc ja myślę, że ja rozumiem sytuację Premiera. I uważam, że jeśli się natychmiast wszystko nie uspokoi, to on najzwyczajniej w świecie tego nie wytrzyma. Wiem, że w polityce bywa różnie i niekiedy bardzo ciężko. I wiem też, że się wytrzymuje najróżniejsze kryzysy. Ale do tego trzeba twardych ludzi. Giertych by wytrzymał. Poradziłby sobie, gdyby żył, Lepper. Pawlak – bez najmniejszego wysiłku. Oczywiście Kaczyński pewnie by nawet nie zauważył, że coś się dzieje, a jak by zauważył, to czułby tylko przyjemne podniecenie. Jestem głęboko przekonany, że Tusk w dzisiejszych dniach jest kompletnie rozbity. I nie może być inaczej.
Kiedy sześć lat temu władzę przejmowała Platforma Obywatelska oraz całe jej medialne, biznesowe i cywilizacyjne zaplecze, byłem w bardzo marnym nastroju. Bałem się, że jesteśmy załatwieni na wiele długich lat, a jeśli mamy walczyć, to walka będzie straszna i na tyle wyczerpująca, że nawet po jej zakończeniu będzie trzeba bardzo długo lizać rany. Przez te wszystkie lata były chwile, kiedy cały front z którym przyszło nam walczyć, zupełnie słusznie wskazywał, że przy totalnej mobilizacji ogólnie rozumianego obozu władzy, opozycja praktycznie nie istnieje. I nagle, zupełnie niespodziewanie, w ciągu zaledwie parę tygodni ten kolos rozpada się w pył. Nie wiem, co się zdarzy jutro. Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała sytuacja polityczna za tydzień. Wiem natomiast, ze wszystko dzieje się bardzo szybko, a przede wszystkim przy ogromnym współczynniku chaosu. Nie znam sytuacji na samych szczytach polityki. Ja nie wiem nawet, kto się z kim w tej chwili spotyka, kto z kim o czym rozmawia, kto na kogo się czai.
Natomiast raz na jakiś czas widzę Jarosława Kaczyńskiego, mimo tragedii jaka go spotkała i przecież niełatwego naprawdę życia, odświeżonego, wypoczętego, pełnego spokoju i pewności siebie, i od czasu do czasu Donalda Tuska, który robi wrażenie bardzo zmęczonego i który, według wszelkich dostępnych relacji jest w istocie bardzo zmęczony. Oczywiście, wciąż słyszę głosy, które każą mi wierzyć, że nowa polityka PiS-u to bzdura i pudło. Że wystarczy spojrzeć na sondaże, żeby widzieć, że nic się nie zmieniło. Że nawet najgorsza Platforma i tak jest lepsza, bardziej skuteczna i bardziej po prostu znośna od najlepszego PiS-u. I że Polacy to wiedzą. Ale ja wiem coś bardzo ważnego. To mianowicie, że jeśli Donald Tusk tego napięcia nie wytrzyma, to wszystko się po prostu zawali. Zupełnie niezależnie od tego, czy zmiana wizerunku PiS-u będzie skuteczna, czy nie; czy Gowin wyleci z rządu, czy nie; czy kolejny znany polityk się powiesi, zastrzeli, czy przeżyje. Bo to jest po prostu lawina i to lawina pędząca ze wszystkich stron. A Donald Tusk musi jeszcze czekać, a najgorsze w tym czekaniu jest to, że on nawet nie wie, na co czeka. A poza czekaniem nie ma nic. Żadnych obowiązków, żadnych wyzwań, żadnego nawet zagrożenia. Teraz wystarczy tylko czekać. To już jest czysty automat.
Dlatego właśnie uważam, że zajmowanie się bieżącą polityką na poziomie proponowanym nam przez samych polityków jest głupie i złe nawet nie dlatego, że powinniśmy być bardziej honorowi, i na tę plazmę nie zwracać uwagi. Moim zdaniem zajmowanie się codzienną polityką jest głupie i złe dlatego że oznacza poddanie się kłamstwu. Kłamstwu absolutnie najstraszniejszemu. Nie wolno nam tego robić. Naszym obowiązkiem jest dziś wyłącznie głoszenie prawdy, modlitwa, wypatrywanie znaków i cierpliwe oczekiwanie na dzień, kiedy – tu ukłon w stronę braci Rastafarian – Babilon upadnie.

Pozdrawiam wszystkich z jeszcze nie do końca skażonego Podlasia i proszę bardzo pamiętać o nas zarówno jak idzie o ksiązki i bezpośrednią pomoc dla bloga. Będę zobowiązany za każdy najdrobniejszy gest.

niedziela, 22 lipca 2012

Batman vs. Joker - walkower 0-4

Oczywiście mogę się mylić, mogłem coś przegapić, ale mam wrażenie, że owo – absolutnie historyczne moim zdaniem – morderstwo, do jakiego doszło w mieście Aurora w pobliżu Denver, nie spotkało się z poważniejszym zainteresowaniem w tak zwanej blogosferze. Można odnieść wrażenie, że najbardziej liczący się blogerzy uznali, że zajmowanie się kolejnym wybuchem pojedynczego szaleństwa gdzieś na świecie jest jak na ich ambicje zwyczajnie zbyt płytkie i niegodne. Co innego sprawa sytuacji w koalicji, dymisja prezesa Śmietanki, czy wyjazdowe posiedzenie klubu Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast, jak idzie o to, że gdzieś znów jakiś wariat wziął karabin i zastrzelił pięć, dziesięć czy sto osób… te liczby są ciekawe wyłącznie o tyle o ile dla owego aktu opętania tworzą dobre tło.
To prawda. Przez jakiś czas wszystkie telewizje informacyjne pokazywały dom, w którym mieszkał zabójca i informowały o tym jak to odpowiednie służby zastanawiają się, w jaki sposób usunąć stamtąd wszystkie te ładunki, które on tam umieścił, i zrobił to tak sprytnie. No i widzieliśmy tych policjantów, pirotechników, agentów FBI i wszyscy oni wyglądali tak fantastycznie zawodowo. No i też samego zabójcę, z jego twarzą, nazwiskiem i całą tak intrygującą, jak na kogoś kto potrafił dokonać czynu tak strasznego, historią. No i te dwanaście osób. A raczej tę liczbę – 12. I to napięcie, czy ona urośnie, czy zatrzyma się na swoim w końcu niezbyt szczególnie poruszającym poziomie.
W telewizji TVN24 wystąpił, odgrzebany ostatnio z owej sterty pozornie zapomnianych już numerów telefonów Paweł Moczydłowski – doktor i ekspert. Ekspert i doktor. I oświadczył, że ci wszyscy wariaci z karabinami robią to co robią, bo bardzo liczą na to, że dzięki temu i oni w końcu trafią do głównych mediów i będą sławni. No a media, wiadomo, robią co do nich należy, i koło się zamyka. Rozmawiający z Moczydłowskim dziennikarz z powagą i zrozumieniem skinął głową i sprawa została zamknięta. Znów pokazano dom, w którym mieszkał zabójca, zostało pokazane jego zdjęcie, podpisane tym podwójnym imieniem i nazwiskiem, i poinformowano, że liczba zmarłych się nie zmniejszyła.
Okazuje się jednak, że obok tego świata, świata mediów oficjalnych i obywatelskich, istnieje jeszcze miejsce, gdzie można się dowiedzieć czegoś o tych, którzy wybrali się tamtej fatalnej nocy do kina i już nie wrócili. Miejsce gdzie nazwisko owego jakże fantastycznego wcielenia Jokera nie pada, natomiast można sobie obejrzeć zdjęcia i poznać imiona tych co umarli. Nie jest trudno tam trafić. Wystarczy choć na moment zmienić kierunek, w którym zwracamy nasze emocje. Nie wiem dokładnie co to za miejsce, ale od swoich dzieci dowiaduję się, że ma ono swoją nazwę „They have names” i że tam są zdjęcia wszystkich tych osób i historia ich ostatnich godzin. I tam właśnie oni przestają być tylko numerami. Nazwiska tego kto ich zabił tam nie ma.
Jest za to na przykład pewien Alex Sullivan, który owego dnia obchodził urodziny, i godzinę przed seansem napisał do swojego kumpla (na Twitterze!) wiadomość, że jeszcze godzina i nadejdzie najpiękniejszy wieczór w jego życiu. Ja sam naturalnie nie widzę możliwości, by kolejne ekranizacje Batmana, czy jakiegokolwiek innego komiksu miały wytyczać główne etapy mojego życia. Nie widzę też naturalnie za bardzo sensu w tym, że kolega owego Alexa przychodząc na miejsce tej rzezi uznał za stosowne założyć na siebie koszulkę ze znakiem Batmana, Powiem coś jeszcze. Nie rozumiem zupełnie, jak można po tym co się stało wciąż emocjonować się tym właśnie filmem, gdzie akurat o pojedynczych ofiarach Jokera wiemy dokładnie tyle samo co o każdym z tych dwunastu, a więc nic. Jednak każde z tych spojrzeń oczywiście szanuję, a już zdecydowanie uważam je za o wiele bardziej warte naszego zrozumienia, niż perspektywę, którą wyznaczył umysł człowieka, który uznał, że Joker to bohater pozytywny. A dziś ją wyznacza w stopniu jeszcze bardziej dobitnym podejście do całej sprawy mediów, a wraz nimi popularnej opinii, które postępują tak jakby uznały że w tym wszystkim liczy się tylko jeden człowiek, a reszta to tylko zmieniające się liczby.
Obejrzałem wczoraj raz jeszcze Batmana z Nicholsonem w roli Jokera. Głupio to mówić, ale ani Keaton jako Batman, ani tym bardziej Bassinger w roli reporterki, nie są w stanie przebić postaci Jokera. To Joker w tym filmie jest prawdziwa gwiazdą. Pewnie trochę dlatego, że jedyną prawdziwą gwiazdą jest tam Jack Nicholson, ale również dlatego, że – nie oszukujmy się – Batman to nudy na pudy. Batman to ktoś z kim nawet nie ma jak się normalnie zabawić. W całym filmie nie ma jednej wypowiadanej przez Batmana kwestii wartej nawet nie zapamiętania, ale choćby i uśmiechu. Tam prawdziwym mistrzem ceremonii jest Joker. A ja już w tej chwili się tylko zastanawiam, gdyby to wszystko nie było tylko popularną zabawą, lecz faktycznym pojedynkiem między Dobrem a Złem, kogo by zaproszono do prowadzenia na przykład kolejnej edycji popularnego programu pod tytułem „Mam talent”? I nie będę udawał, że na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Jutro wyjeżdżam na tydzień do siebie na wieś. Postaram się przez ten czas coś parę razy napisać i posłać Państwu stamtąd. Tymczasem z psem zostaje tu pani Toyahowa. Jeśli ktoś ma jakiś luźny grosz, bardzo proszę przez ten czas wspomagać ten blog, tym razem głównie z myślą o niej. Dziękuję.


piątek, 20 lipca 2012

O humanizmie z ostatniego kręgu

Przyznaję uczciwie, że z wszystkich filmów, jakimi miałem okazję się w życiu emocjonować, jedno z pierwszych miejsc zajmuje tak zwany „oryginalny” Batman, a więc z Jackiem Nicholsonem w roli Jokera. Wybór ten jest o tyle szczególny, że ani same komiksy, ani ich ekranizacje nigdy nie były moją pasją, a więc i historia człowieka-nietoperza w dowolnym momencie mojego życia obchodzić mnie mogła zaledwie tyle co nic. Jak idzie o Batmana z Nicholsonem – pozostaję zwyczajnie bezradny.
O co tu chodzi? Otóż kiedy myślę o tej szczególnej ekranizacji Batmana, w głowie mam tylko tego Nicholsona i tylko tę jedną jedyną scenę, kiedy to Joker – daję słowo, że nawet nie umiem opisać całego kontekstu tego ujęcia, a więc gdzie to się dokładnie dzieje i co z tego co widzimy ma wynikać – najpierw rozpyla jakiś gaz, który obezwładnia wszystkich, którzy mogliby mu próbować przeszkodzić, a następnie on i jego kumple idą przez to muzeum i niszczą wszystko co im się nawinie pod rękę, czy choćby wpadnie w oko. Jeden z nich niesie na ramieniu potężny kasetowy odtwarzacz, z którego ryczy jakaś funkowa muzyka, a oni wszyscy są tacy rozbawieni, tacy beztroscy, tacy wolni – i w rytm tej muzyki dokonują owego bezsensownego, kompletnie absurdalnego aktu zniszczenia.
Ile razy oglądam tę scenę, a w niej wielką rolę Jacka Nicholsona, myślę sobie, że nigdy w swoim życiu nie widziałem demonstracji tak głupiej beztroski, takiej bezmyślnej nonszalancji. W dodatku nonszalancji wypełnionej tak strasznie pustą zabawą. Kiedyś u Boba Greene’a czytałem tekst o tym, jak to słowo „party” w kulturze i języku angielskim przestało oznaczać szkolny bal, czy domową prywatkę, czy może pospolite urodzinowe przyjęcie, a zaczęło kojarzyć się wyłącznie z najbardziej intensywnym tak zwanym „imprezowaniem”. Bob Greene opisuje zabawę, która w języku amerykańskiej młodzieży nosi nazwę „quarters” i polega na tym, by najpierw trafić ćwierćdolarówką do szklanki z piwem, a potem to piwo wypić. Wygrywa ten, który się pierwszy wyrzyga. Czy jakoś tak.
A więc w owej scenie z Nicholsonem zdecydowanie chodzi o „party”. O to by zrobić coś kompletnie niepotrzebnego, niechby i nawet głupiego, a jednocześnie dowodzącego naszej nieskończonej wolności. Idzie Nicholson z bandą tych kretynów – bo tak to właśnie jest, oni wszyscy stanowią cudownie idealną bandę idiotów, których jedyna, ale i zupełnie wystarczająca siła polega na tym, że im dziś wolno wszystko – i wszyscy, podrygując w rytm tej muzyki, zarażają świat tym swoim idealnym chaosem. Patrzę więc na ten krótki przecież bardzo fragment popularnego filmu i myślę sobie, że niewykluczone, że kiedy Nicholson przygotowywał się do tej roli, może przez głowę przeleciała mu ta jedna myśl, że trzeba zagrać Szatana. Takiego jakiego znamy choćby z powieści Bułhakowa.
Właśnie tak. Tu chodzi o to „party”. To samo „party”, jak sądzę – i przepraszam moje dzieci, ale tak to właśnie widzę – z którym mamy do czynienia choćby w kultowym już, gdzieniegdzie uważanym za jeden z najlepszych rockowych teledysków w historii, klipie popowej grupy Verve, zatytułowanym „Bitter Sweet Symphony”. Jest zwykła ulica, jest oczywiście ta kamera, ulicą idzie niedbale ubrany młody, długowłosy człowiek i… maszeruje prosto przed siebie. Przez „prosto przed siebie” rozumiem to, że on idzie w taki sposób, jakby na tej ulicy był tylko on i nikt więcej. A zatem, z jednej strony gra ta muzyka, a z drugiej on sobie idzie jakby świat należał tylko do niego, no i rozprasza wszystko co spotka na swojej drodze. Tyle. To wszystko. To jest jedyny pomysł tego filmu. Że kiedy on idzie, wszyscy muszą mu zejść z drogi. O co tu chodzi? Czemu ten akurat parominutowy film zdobył takie uznanie? Myślę, że właśnie z tego samego powodu, dla którego słynna scena z Jokerem w muzeum była tak przerażająca. Przez ową afirmację bezkresnej wolności.
Myślę że większość z nas, którzy się tu codziennie spotykamy, domyśla się już, skąd się wzięła ta dzisiejsza refleksja. Tak. Poszło o to nieszczęście w Denver na filmowej premierze nowego Batmana. Ten człowiek najpierw rozpuścił gaz, a następnie postanowił pokazać całemu światu, na czym polega prawdziwa wolność. Ja oczywiście świetnie wiem, że już w tym momencie cale tabuny psychologów, socjologów, specjalistów od zachowań kryminalnych nie tylko u nas w Polsce korzystają z okazji, by opowiedzieć gdzie się tylko da, jak to oni świetnie wiedzą, czym jest nienawiść, złe wychowanie i szkodliwy wpływ mediów. Dziękuję bardzo. Jak idzie o mnie, nie skorzystam. Nie muszę mieć bowiem przeróżnych tytułów doktorskich i doświadczenia w całym szeregu fantastycznych szkoleń odnośnie tego, jak ciężko jest się młodym ludziom odnaleźć w dzisiejszym świecie. Bo ja wiem, czym jest „party”. I wiem jaką ono ma moc. No i wiem jeszcze coś. Wiem mianowicie, jaka jest zależność między imprezą, a wolnością.
A więc, przepraszam bardzo, ale nastrój mam w tej chwili taki, że jeśli spotkam kogoś, kto mnie zacznie uświadamiać odnośnie pożytków płynących z tak zwanego humanizmu, wezmę i zabiję. A potem będę się tłumaczył w sądzie, że mnie tak właśnie zdemoralizowała kultura popularna.

Pomijając bezpośrednią pomoc dla tego bloga, nie mam sposobu, by wiedzieć, jak jest ten blog czytany, przez kogo, i tym bardziej, na ile to co tu powstaje jest komukolwiek potrzebne. Oczywiście są komentarze, ale sami widzicie jak jest, więc ja już nie muszę nic dodawać. A więc nie wiem nic. Te 800 odsłon dziennie to możecie być równie dobrze Wy, jak i ktokolwiek inny. Ten tydzień minął niestety jako całkowita zagadka na obu poziomach. Powyższy tekst, który osobiście uważam za bardzo ważny na tle tego co bylo wcześniej, powisi tu aż do nowego tygodnia. Mam nadzieję, że zostanie doceniony. Proszę więc mnie nadal wspierać. Bardzo tego potrzebujemy.

czwartek, 19 lipca 2012

O kłamstwie dobrym, bo naszym

Zacznijmy może w sposób bardzo nietypowy, bo od dłuższego cytatu. Oto typowy wywiad prasowy. Z jednej strony mamy dziennikarza, z drugiej człowieka proszonego o opinię. Najpierw pytanie:
Dzieci odpowiadają za grzechy rodziców czy dziadków?
Jak widzimy, sprawa jest bardzo poważna. No ale robi się jeszcze poważniej po wysłuchaniu odpowiedzi:
Nigdy bym się nie podpisał pod takim stwierdzeniem. Przecież Jarosław Kaczyński, czy jego zmarły brat nie odpowiada z grzechy swojego ojca Rajmunda Kaczyńskiego, który w najczarniejszych latach stalinizmu robił partyjną karierę na szczeblach władzy. Wiadomo powszechnie, że uczelniana organizacja partyjna systematycznie wystawiała mu dobrą opinię. Był człowiekiem zaufanym. Dzięki temu mógł już w latach 60. wyjeżdżać na zagraniczne kontrakty do Anglii, Belgii, Holandii, RFN, Włoch i Libii. Władze PRL doceniały i nagradzały lojalnych pracowników – w latach 70. Rada Państwa przyznała Rajmundowi Kaczyńskiemu Złoty Krzyż Zasługi”.
Sprawa Rajmunda Kaczyńskiego jest w ostatnich dniach bardzo na czasie. I to już nie jak dotychczas, dzięki informacjom dostarczanym przez Janusza Palikota, czy wyczytywanym na blogach w Salonie24, ale w najbardziej podstawowym mainstreamie, reprezentowanym choćby przez tygodnik „Newsweek”. Cala interesująca się polityką Polska zastanawia się, co to za afera z tym starym Kaczyńskim. No a my, biedni w swej bezradności obserwatorzy z zewnątrz, zastanawiamy się jak daleko może się jeszcze posunąć to kłamstwo?
O jakim kłamstwie ja mówię? Czy chodzi o to, że Rajmund Kaczyński był tak naprawdę bohaterem naszej walki o wolność, wspaniałym człowiekiem i wielkim patriotą, a źli ludzie robią z niego pospolitego drania i oportunistę? Ależ skąd. Szczerze powiem, ze mam zbyt mało informacji na ten temat, a i sam temat jest zbyt skomplikowany, by można go było obejść przy pomocy kilku krótkich zdań. Biorę pod uwagę, że to co się dziś mówi o ojcu Jarosława Kaczyńskiego, to stuprocentowa prawda, a niewykluczone, że za tymi informacjami stoi jeszcze coś więcej. O co więc pretensje. Mam nadzieję, że większość czytających ten tekst doskonale wie, o co są pretensje. Pretensje są w sprawie kłamstwa leżącego znacznie głębiej. Chodzi o kłamstwo na poziomie intencji. Chodzi o kłamstwo, które prawdę wykorzystuje dla swoich najczarniejszych zamiarów. A czyniąc to stroi się w szaty emisariusza dobrej nowiny.
Co jest takiego oburzającego w zacytowanym przeze mnie wyżej fragmencie wywiadu? To że nie chodzi o sam fragment dotyczący Rajmunda Kaczyńskiego już wiemy. Chodzi o fałsz, który stoi za tą informacją. Chodzi, powiem to jeszcze raz, o coś znacznie gorszego niż zwykle, bezczelne kłamstwo. Chodzi o prawdę będącą na usługach kłamstwa. Czy dzieci odpowiadają za grzechy swoich rodziców? Ależ w zyciu! No wie pan? Jak pan może coś takiego sugerować? W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi cywilizowanymi i wiemy, że człowiek rodzi się, dorasta, dokonuje wyborów na własny rachunek i bierze odpowiedzialność za swoje grzechy i zaniedbania. No ale nie możemy uciekać przed prawdą. Ten Rajmund to była wyjątkowa swołocz. Proszę tylko posłuchać.
Jestem pewien, że wielu z nas zastanawia się, gdzie to mogło dojść do eksplozji tego typu zakłamania. Tego typu bezczelnej manipulacji. Czy to ten „Newsweek”? No i z kim ta rozmowa? Żakowski? Wołek? No, to już wiemy, „Newsweek” postanowił skompromitować Jarosława Kaczyńskiego, więc napisał tekst o jego ojcu, sugerując, że to był zimny drań. O ile się jednak orientuję, cała akcja została przeprowadzona bez specjalnych moralnych zabezpieczeń. To znaczy, tekst w „Newsweeku” nie został poprzedzony socjologiczno-psychologiczną, a może i historyczną analizą, z której miałoby wynikać, że dzieci nie odpowiadają za grzechy swoich rodziców. Cel był jasny, no i przede wszystkim „Newsweek” zna swoją klientelę, i wie, że ona wszystko co trzeba zrozumie bardzo dobrze. Jaroslaw Kaczyński to zwykła ruska swołocz. Jak jego tatuś. A więc co to za wywiad? Kto i w jakiej sprawie postanowił popisać się obłudą na tak oburzającym poziomie oczywistości? No i do kogo był ten adres? Do jak osmolonego najczarniejszym kłamstwem czytelnika?
Otóż proszę sobie wyobrazić, że nasze dylematy są jak najbardziej słuszne. To co zacytowałem powyżej jest zwyczajnie niemożliwe. Ten rodzaj manipulacji – choć oni oczywiście swoje sukcesy mają zapisane już na kartach historii – nie mógł się ukazać ani w „Newsweeku”, ani w „Gazecie Wyborczej”, ani nawet w „Polityce”. Uważam, że czegoś takiego czytelnicy tych gazet by zwyczajnie nie znieśli. Tekst ten ukazał się w jak najbardziej naszym medium – w tygodniku autorów niepokornych „Uważam Rze”, no i w nieco innym kształcie. A jego bohaterem, owszem, są bracia Karnowscy, i niejaki Tadeusz M. Płużański – nasz człowiek w Super Expressie. Jeśli ktoś się dziwi, to mam dla niego fantastyczną wiadomość. Tak – tam też mamy swoich ludzi.
Żeby nie trzymać nikogo w niepotrzebnej niepewności, przytoczę teraz ten fragment w kształcie oryginalnym. Pytanie było takie jak wyżej: Czy dzieci odpowiadają za grzechy rodziców czy dziadków, a zadął je jeden z braci Karnowskich. Odpowiedź natomiast brzmiała tak:
Nigdy bym nie podpisał się pod takim stwierdzeniem. Przecież Danuta Hübner [oryginalnie nie wiedzieć czemu Huebner] nie odpowiada za grzechy swojego dziadka Józefa Młynarskiego, który pracując po wojnie w UB w Nisku, według relacji ‘odznaczał się najwyższym okrucieństwem’ obok osławionego kata Polaków, wspomnianego już Supruniuka. Także jej tata był wysokim funkcjonariuszem komunistycznej bezpieki. Obaj byli zaangażowani w zbrodnie, znamy konkretne sprawy represji wobec polskich patriotów”. A więc przykro mi bardzo, ale sprawa Jarosława Kaczyńskiego została załatwiona krótko i uczciwie, przy pomocy paru wpisów na blogach i jednego artykułu w poważnym tygodniku. To się ludzi nie szkaluje. W końcu my tacy nie jesteśmy. My nie uprawiamy propagandy. My wyłącznie informujemy na temat historii. Przekazujemy historyczną, tak bardzo zaniedbana przez komunę i Platformę Obywatelską, prawdy. No a że pojawiło się nazwisko Danuty Hübner? A kogóż to obchodzi? Przecież wiemy, co to za jedna. Czy ktoś się za nią może ujmie? No, bądźmy poważni.
Jak już tu pisałem, tygodnik „Uważam Rze” jest w naszym domu czytany wręcz nałogowo. Podobnie ostatnio, dzięki mojej żonie, nowa gazeta o nazwie „Historia”. Niedawno córka moja, która tak się składa jest najbardziej gorliwym rzecznikiem czytania obu tytułów, zapytała mnie, czy nie sądzę, że oni jednak są strasznie nieobiektywni. Że retoryka jakiej oni używają do opisywania spraw, które nas dotyczą i często bolą, jest tak dramatycznie nachalna, że to się robi już nawet nie irytujące, lecz zwyczajnie podejrzane. A ja nie miałem sposobu, by jej nie odpowiedzieć, że tak. Że do czegoś takiego po tamtej stronie nie dochodzi. Że jednak nawet największy manipulator stara się zachowywać pozory. To wszystko robi wrażenie jakiejś prowokacji.
Niedawno Łukasz Warzecha w portalu – jak najbardziej autorów niepokornych – wpolityce.pl przedstawił niezwykle zabawny skecz opisujący fikcyjne spotkanie ruskich kiboli z prezydent Warszawy Gronkiewicz-Waltz. Podstawowy dowcip owego skeczu polega na tym, że ruscy kibole rzygają na eleganckie wnętrza warszawskiego ratusza, na Gronkiewicz mówią „ty kurwo”, a ona drży przed nimi ze strachu. Bo to są bracia Rosjanie. A ja mam już tylko jedno pytanie – jak my byśmy zareagowali, gdyby portal wyborcza.pl, lub onet.pl opublikował podobny skecz, tyle że z tymi Ruskimi do ratusza przyszedłby jeszcze Jarosław Kaczyński? Co my byśmy mieli do powiedzenia na temat tego, dokąd nas doprowadziła polityka miłości Platformy Obywatelskiej? Hmmm?
Przepraszam bardzo, ale moim zdaniem w ogóle nie ma o czym gadać. To jest bardzo prosta sprawa. To jest normalna prowokacja. I najwyższy czas, żebyśmy – skoro jesteśmy taki czujni –przestali się dać w nią tak głupio wpuszczać.

Oczywiście jest mi bardzo niezręcznie nieustannie wpadać w ten ton, ale mam nadzieję, że to jest jasne. Ja z pisania tego bloga również utrzymuję rodzinę. Zachowując więc oczywistą wdzięczność dla tych wszystkich, którzy przez minione lata swoją solidarnością pozwalają nam żyć,proszę tych pozostających w możliwościach o korzystanie z podanego obok numeru konta i wspieranie tego bloga. Dziękuję.

wtorek, 17 lipca 2012

Coł koł kiem

Jak już chyba parę razy tu wspominałem, następna książka nie będzie się rozliczała z niczym. To będzie tylko szmer, z nadzieją taką, że uda mi się go tak zintensyfikować emocją, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Piszę ją więc sobie pomaleńku i liczę, że jeśli w międzyczasie nie popadnę w kompletną ruinę, a i zdrowie pozwoli, jesienią wszystko będzie gotowe. Akurat żeby kto sobie zażyczy, miał coś do czytania, gdy za oknem śnieg. Proszę rzucić okiem na jeden z rozdziałów. Może być?

W latach mojego szczenięctwa, katowicki Pałac Młodzieży nosił dumne imię Bolesława Bieruta. Szczerze powiedziawszy, wcale nie jestem pewien, czy Bolesław Bierut wciąż nie patronował tej kulturalnej, sportowej i edukacyjnej placówce jeszcze pod koniec lat 80-tych. Oczywiście w tamtym czasie Bierut był już mocno passe, ale nie wydaje mi się, by ktokolwiek wówczas miał jakikolwiek powód, by to nazwisko stamtąd usuwać. Tak czy inaczej, jak mówię, kiedy byłem małym chłopcem, Pałac Młodzieży nazywał się dokładnie tak jak wyglądał. A wyglądał tak jak wygląda dziś.
Jak każde porządne – ale też i niejedno mniej porządne – dziecko, byłem przez swoich rodziców zapisywany do Pałacu Młodzieży ze złośliwą regularnością. Chodziłem tam najpierw do tak zwanej Sali Bajek, a później, kiedy już miałem więcej lat, do Sali Zabaw, potem na angielski, następnie na akordeon, jeszcze później na judo i gimnastykę, na basen, na plastykę i Bóg Jeden wie, na co jeszcze. I, powiem szczerze, że właściwie nigdy mi się tam nie podobało. Pałac Młodzieży zawsze robił na mnie okropnie przygnębiające wrażenie, zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Od pierwszego dnia swojej tam obecności czułem, że jest to miejsce mi wrogie, a ludzie, których tam spotykam – zarówno dzieci, jak i dorośli – życzą mi jak najgorzej. Nawet ta metalowa tabliczka z numerkiem z szatni, którą trzeba było nosić na szyi, budziła we mnie czysty lęk.
Czy spotkała mnie tam jakaś rzeczywista przykrość? Owszem – parę razy, jednak ani nie wydaje mi się, by stało się to już w moim pierwszym tam dniu, ani też nie sądzę, by to owe przykrości zainfekowały to miejsce. Myślę, że było odwrotnie – to nie ludzie, którzy spędzali tam swój czas zainfekowali Pała Młodzieży. To Pałac Młodzieży zainfekował tych ludzi.
Z dzieciństwa spędzonego w Pałacu Młodzieży, pomijając atmosferę, konkretnych wspomnień mam zaledwie parę. Najstarsze z nich zostało nawet uwiecznione na pewnym zdjęciu. Jest ta sala, na pierwszym planie grupa dzieci tańczy w kółku, a ja stoję smutny w kącie. O ile, sobie przypominam, to była jakaś kara. Za co? Tego akurat nie pamiętam. W każdym razie, na pewno nie za niegrzeczność, bo byłem dzieckiem grzecznym. Coś mi chodzi po głowie, że za spóźnienie.
Drugie wspomnienie związane jest z zajęciami na basenie. Ono akurat jest jakby potrójne, bo z jednej strony obejmuje ostry zapach chloru, którym tamta woda była stale uzdatniana, byśmy nie dostali jakiejś choroby, z drugiej ów odbijający się echem od ścian i wody wrzask dzieci, no i wreszcie postać ratownika-trenera, który chodził wzdłuż brzegu basenu z długim kijem, którego oryginalnym przeznaczeniem było ratowanie tonących dzieciaków, jednak w jego rękach służyło wyłącznie do odpychania od brzegu tych, które z jakiegoś powodu, nie chciały pływać.
Kolejne z tych wspomnień, to lekcje akordeonu. Rodzice chcieli, bym grał akurat na akordeonie trochę dlatego, że byli ludźmi, dla których to właśnie akordeon był instrumentem pierwszego wyboru, no a poza tym, nie mieliśmy w domu ani gitary, ani pianina, ani skrzypiec – tylko ten nieszczęsny akordeon, więc wybór wydawał się być zupełnie naturalny. Nigdy nie nauczyłem się na nim grać. Chodziłem na owe lekcje przez dwa lata, i pamiętam z nich tylko jeden pochód pierwszomajowy, kiedy to z innymi dziećmi maszerowaliśmy ulicą i graliśmy na tych pieprzonych instrumentach ówczesny ruski hit, piosenkę „Pust wsjegda budjet sołnce”, no i jeszcze automatyczny ołówek mojej nauczycielki, którym lała mnie ona po palcach, ile razy źle układałem palce na klawiaturze. A dobrze układać nie potrafiłem.
No i wreszcie wspomnienie ostatnie, które mój stosunek do Pałacu Młodzieży zdefiniowało ostatecznie. Otóż któregoś dnia zostało tam zorganizowane jakieś przyjęcie, z okazji, której dziś już nie potrafię zidentyfikować. Siedzieliśmy wszyscy przy długich, przykrytych białym obrusem stołach, przed każdym z nas stał talerzyk, na talerzyku leżały dwie kromki tak zwanego „francuza”, każda z tych kromek była pokryta chyba białym serkiem, a na tym serku leżały paski wyciśniętego z jakiejś tubki czegoś różowego. Ponieważ moje życie tak się ułożyło, że u nas nie jadło się „francuza”, lecz zwykły chleb z kiełbasą,, lub z serem, a niekiedy, zwłaszcza na wakacjach, ten sam chleb, maczany w wodzie, posypywany cukrem, w towarzystwie posolonego zielonego ogórka, na widok tych dwóch kromek zdębiałem. One wyglądały egzotycznie, pachniały egzotycznie i robiły wrażenie czegoś gorszego od psiej kupy. Obok mnie, pamiętam, siedział jakiś nieznany mi gruby chłopczyk, którego zapytałem, czy ja muszę to jeść, na co on mi odpowiedział, że owszem, ja nie mogę tych kromek nie zjeść. To i je zjadłem.
Nie będę opisywał, co się działo dalej, a każdym razie, jeszcze dziś, po pięćdziesięciu latach, kiedy przechodzę obok Pałacu Młodzieży, kiedyś imienia Bolesława Bieruta, czuję mdłości. A po głowie chodzą mi tylko te trzy słowa „coł koł kiem”, których się nauczyłem, kiedy przez jakiś miesiąc uczęszczałem tam na kurs judo. O ile pamiętam, chodzi o to, by kiedy się leci na mordę, umieć upaść bezpiecznie. Ale mogę się mylić.

Gdybyśmy żyli w czasach porządnego tradycyjnego sponsoringu, mógłbym dziś zaapelować do jakiegoś bardzo bogatego władcy o to, by mnie i moją rodzinę na czas pisania tej książki wziął na swój garnuszek. Tymczasem jest jak jest, więc pozostaje mi prosić wszystkich jak zwykle o wspieranie tego bloga i kupowanie książek które już są. Dziękuję.

niedziela, 15 lipca 2012

Czy Zbyszek mógłby pracować w TVN24?

Wydaje mi się, że stosunkowo niedawno napisałem o tym, że telewizję na poziomie tego co tam się sączy w temacie polityki, przestałem oglądać. Nie stało się to ani w związku z jakimś konkretnym wydarzeniem, ani z jakimś szczególnym postanowieniem. Ot tak. Stało się Któregoś dnia nie włączyłem telewizora, a potem wszystko poszło już bardzo szybko. Dziś, jak idzie o pierwszą stację informacyjną w Polsce, a więc TVN24 – Polsatu i TVP Info nie oglądałem nigdy – zaglądam tam równie rzadko jak na wspomniane też dopiero co Mango Telezakupy, a więc w tych pojawiających się niekiedy chwilach, gdy nie ma zupełnie nic do roboty, i można sobie bez szczególnych wyrzutów sumienia siąść i pozbijać bąki.
I tak się zdarzyło wczoraj czy przedwczoraj. Siadłem sobie w fotelu, włączyłem telewizor i pokazało się jakieś TVP Historia z czymś co oni dają od pewnego czasu, a więc wspomnieniem Dziennika Telewizyjnego. Ponieważ ten sam żart powtarzany zbyt często – a tu mamy sytuację kiedy on jest powtarzany regularnie o tej samej porze każdego dnia – po krótkim czasie staje się bardzo ponury, przełączyłem kanał na TVN, a tam leciał akurat Dziennik Telewizyjny w wersji HD, czyli tak zwane Fakty. I powiem Państwu szczerze, ze ja nigdy dotychczas w historii III RP nie miałem tak silnego przeświadczenia, że to co się rzekomo skończyło już ponad 20 lat temu trwa, tyle że w formie szyderczej. I nie umiem powiedzieć, czy wrażenie jakie odniosłem może zostać przez kogoś potwierdzone obiektywnie, czy może to wszystko jest związane z tym, że ja miałem jednak ten okres odstawienia, i po tym powrocie wszystko może wyglądać dość surrealistycznie, ale faktem jest że fragment Faktów TVN, który miałem okazję obejrzeć wczoraj, był niemal dosłowną parodią tego, co w tym samym czasie nadawano na TVP Historia. Każda kolejna wiadomość była doskonale pusta, bez najmniejszego znaczenia, a jednocześnie podana tak, by po obejrzeniu programu każdy przeciętny dureń pozostał z informacją, że po pierwsze nic ciekawego się nie dzieje, a po drugie jest dobrze. A nawet wesoło.
Poza tym – co akurat tu jest bardzo ważne – to akurat wydanie Faktów prowadziła Anita Werner, a więc ktoś kto od początku do końca wygląda nie jak człowiek, lecz klasyczny android. I nie wykluczam, że to ona właśnie, w połączeniu z tą niezwykłą wręcz zawartością programu, tak mnie zainspirowała. Bo patrząc na tę Werner, jak ona odczytuje to nowe wydanie Dziennika Telewizyjnego w wersji technicznie poprawionej i cyfrowo odnowionej uświadomiłem sobie, że cały ów TVN jest równie nierzeczywisty jak nierzeczywista jest ta kobieta.
No i w tym momencie zdałem sobie też sprawę z tego, że oni wszyscy, a więc nie tylko Werner, ale i Rymanowski, Miecugow, Olejnik, a nawet ta żałosna tefauenowską drobnica w postaci jakiejś Arlety Zalewskiej, czy Omeny Mensy zostali bardzo skutecznie zmienieni w androidy. Tak jakby samo to miejsce – może przez ów nadmiar tego jednego koloru – zaczęło już tylko zarażać. Jak jakaś nowa postać huxleyowskiej somy.
Pisałem tu kiedyś przy jakiejś okazji o Monice Olejnik w kontekście pewnego mojego kolegi ze szkoły podstawowej imieniem Zbyszek. Wtedy chodziło o coś zgoła innego, ale dziś znów mi się przypomniał ów Zbyszek, a z nim oczywiście sama Olejnik. Pozwolę sobie więc przypomnieć tamtą refleksję w wersji nieco rozbudowanej, no i z nieco innymi wnioskami. Otóż poza tym, że patrzę na nią oczywiście jak na androida, mam z Olejnik jeden kłopot. Kiedy zamordowano prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ona wystąpiła w swoim programie „Kropka nad i”, powiedziała, że ledwo co, krótko przed katastrofą, wciąż kombinowała, żeby zrobić z Prezydentem kolejny wywiad, ale jej jakoś zawsze coś wypadało, i że wciąż ma w swojej komórce jego numer telefonu… no i mówiąc to, się pobeczała. Autentycznie. Ktoś mi powie, że to nieprawda. Że Żydzi, szczególnie z karierą w aparacie, to są takie sprytne stworzenia, że dla nich odegrać wzruszenie to tyle co kogoś zabić. Może. Ja w każdym razie słyszałem jak jej się łamał głos, a później jak autentycznie beczała. I pamiętam, że poczułem wtedy poważny dyskomfort. Oczywiście, od tego czasu ona jak najbardziej doszła do siebie, i dziś, jak się zdaje, potrafi z siebie wykrzesać owego słynnego zbydlęcenia więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a ja wciąż pamiętam, jak ona wtedy się wzruszyła. W celu rozwiązania tej zagadki, mógłbym oczywiście skonsultować się z którymś ze znajomych psychologów, czy może nawet i psychiatrów, tyle że do nich akurat nie mam najmniejszego zaufania, a już zwłaszcza od czasu, gdy cala ta nauka przeszła na wyłączną służbę Systemu. A więc na nich liczyć nie mogę. Pozostaje mi więc, jak już wielokrotnie wcześniej, liczyć wyłącznie na siebie, swoje doświadczenie, no i swoją inteligencję.
No i tu się pojawia wspomniany wcześniej Zbyszek. Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej, miałem tego Zbyszka za kolegę z klasy. Zbyszek, mimo tak ładnego imienia, był najbardziej okrutnym bandytą. Nie wiem czy on dziś żyje czy nie, a jak żyje, to czy siedzi w polskim więzieniu, czy może pracuje na budowie w Niemczech, a może pracuje w TVN24, w każdym razie, kiedy byliśmy kolegami, był on bandytą wręcz doskonałym w tym sensie, że miał w sobie odpowiednio dużo okrucieństwa, był odpowiednio głupi, no i odpowiednio fizycznie do tego przysposobiony, a więc wyglądał jak idealny psychopata. W dodatku jeszcze, cierpiał ów Zbyszek na wirusowe zapalenie oka, w związku z czym nieustannie mu ciekła z tego oka jakaś ropa, co sprawiało, że wyglądał naprawdę firmowo.
Pewnego razu Zbyszek zażyczył sobie, że on będzie siedział w klasie na moim miejscu. Podszedł do mojej ławki i zażądał bym się przesiadł. Ja akurat byłem dzieckiem grzecznym i fizycznie mało sprawnym, jednak to jego polecenie tak mnie zdziwiło, że powiedziałem Zbyszkowi, że mowy nie ma. Że się nie ruszę. Na co Zbyszek wyciągnął mnie z ławki, jednak zanim zdążył cokolwiek zrobić, ja go z całej siły kopnąłem w goleń. Przyznaję – mało to było sportowe, ale nic mi akurat lepszego do głowy nie przyszło. Oczywiście ten kopniak był tak skuteczny, że na pewien czas Zbyszka wyłączył z rozgrywki, co niestety jednak oczywiście sprawy nie zakończyło. Parę dni później szedłem sobie spokojnie ulicą, no i pojawił się Zbyszek. Z nożem. No i wtedy znów znalazłem na niego sposób. Równie mało sportowy, jak numer z goleniem. Powiedziałem mu, żeby się na mnie nie gniewał, bo mam bardzo trudny moment. Oto mój najlepszy kumpel zmarł właśnie na białaczkę i jest mi naprawdę ciężko. Zbyszek się tą historią bardzo zainteresował, kazał mi opowiadać, a ja zacząłem wymyślać jakieś niestworzone rzeczy. No i proszę sobie wyobrazić, że on się w pewnym momencie zwyczajnie popłakał. Najpierw zaczął mu drżeć glos, potem z tego zaropiałego oka poleciała pierwsza łezka, a potem już poszło wszystko równo. W końcu schował ten nóż, poklepał mnie po plecach i chlipiąc odszedł.
A ja oglądam sobie właśnie Fakty TVN, z Anetą Werner w roli głównej, ale oczami wyobraźni widzę, jak tuż za nią czają się i jakaś Ania, lub Joasia, jakiś Wojtek, czy Robert, i sobie myślę, że ciekawa jest ta ludzka natura. Weźmy więc taką Olejnik. Całe swoje zawodowe życie w ten czy inny sposób poświeciła na to, by zapędzić Lecha Kaczyńskiego do grobu. A kiedy już wszystko poszło wedle jej pragnień, nagle dojrzała w tym jakąś opowieść, która ją wzruszyła, no i stało się co się stało. Więc jak to jest? Czy oni są już tylko androidami, czy też jeszcze troszeczkę ludźmi? A może oni sa androidami już w drugiej, czy trzeciej edycji, jak ta biedna dziewczyna w Blade Runnerze Scotta, którzy wprawdzie są tylko maszynami, ale mają wszczepione wszystkie podstawowe ludzkie odruchy, w tym nawet wspomnienia i uczucia? Które potrafią włączać i wyłączać, zależnie od potrzeby.
Co oczywiście nie zmienia faktu, że uważam że ich wszystkich należy tępić, bez cienia współczucia. Nawet przy tej świadomości, że oni żyją tylko pięć czy dziesięć lat. A więc gdybym spotkał takiego Piotra Marciniaka, czy Kolendę-Zaleską, i miał przy tym odpowiednio dużo miejsca i czasu, to bym wziął odpowiedni zamach i potraktował ja dokładnie tak, jak swego czasu mojego kolegę Zbyszka. Tuż nad tym idiotycznym bucikiem, który oni za ciężkie tysiące noszą na tych swoich muskularnych, skutecznie uformowanych w firmowym gymansionie kopytkach.

Przed nami kolejny tydzień. Taki sam jak poprzedni, pełen codziennego wysiłku by przeżyć i nadziei, że nic się nagle nie skończy. Bardzo więc proszę pamiętać o mnie, wspierać ten blog finansowo, kupować książki, polecać innym, no i przede wszystkim stąd nie odchodzić. Dziękuję.

piątek, 13 lipca 2012

Zapraszamy do Tajlandii

A więc kilkakrotnie już zamykana sprawa tzw. „Małej Madzi z Sosnowca” – lub inaczej „Mamy Madzi” – wróciła z na tyle dużym hukiem, że telewizja TVN24 z charakterystyczną tylko dla siebie bezczelnością uznała za stosowne się nad nią raz jeszcze pochylić. I jestem pewien, że wszyscy ci, którzy czytają ten tekst – a nie zamierzam wyłączać z tego grona osób nawet najbardziej patologicznie naiwnych – doskonale wiedzą co mam na myśli pisząc zarzucając tu ludziom z TVN24 skrajną bezczelność. Jestem pewien, że nie ma nikogo kto choćby raz w ciągu całego wczorajszego dnia rzucił okiem na ów pokaz hipokryzji, który nie schodził z ekranów telewizorów od momentu, jak po raz pierwszy pojawiła się wiadomość – swoją drogą, co to za wiadomość? – że tamtego zimowego dnia prawdopodobnie doszło do zwykłego dzieciobójstwa, aż do ostatniej, zanim poszliśmy wszyscy spać, zapowiedzi, że sąd w Katowicach już lada chwila podejmie decyzję o aresztowaniu tej nieszczęsnej kobiety, i kto jednocześnie nie pomyślał, że za chwilę pojawi się Kazimierz Marcinkiewicz by i on mógł nam opowiedzieć, jak wygląda ów problem okiem Londyńczyka.
Marcinkiewicza – o ile dobrze zauważyłem – jednak nie było, podobnie jak, jakimś cudem, nie pojawił się też, aktualnie, podobnie jak Marcinkiewicz, bawiący w Londynie, ojciec zamordowanej dziewczynki, natomiast TVN24 jak najbardziej poprosił o wypowiedź detektywa Rutkowskiego, doktora Moczydłowskiego, ministra Kwiatkowskiego, sędzię Piwnik, adwokata Kruszyńskiego, całą bandę psychologów, no i – jakże by inaczej – posła Kalisza, z których każdy oczywiście miał strasznie wiele do powiedzenia, byleby nie odnośnie tego jak i kto w tych pięknych czasach handluje Bogu ducha winną śmiercią i ludzką nędzą.
Szczerze powiem, że z tych wszystkich osób, których nazwiska wyżej wymieniłem najchętniej bym się zajął Pawłem Moczydłowskim, bo to i mam w stosunku do niego pewne bardzo poważne zaszłości, ale też przez jeden jedyny moment, jedno jedyne nawet nie do końca wypowiedziane słowo, które on już niemal ze swoich czarnych ust wypluł, ale jakimś cudem w ostatnim momencie się zreflektował, i tym samym – inna sprawa, że w bardzo wątpliwy sposób – wyratował. No ale ileż można napisać o Moczydłowskim? Jedno zdanie? Dwa? No, niech będą trzy? Cóż o nim można poza ta krótką informacją, że kiedy go zapytano, co się stało w Polsce, że tak dużo jest dziś zabijanych dzieci, on najpierw wyjaśnił, że dzieciobójstwo, a zabijanie dzieci to nie to samo, a później nawiązał do obowiązującej ustawy o ochronie życia poczętego, która tak bardzo niefortunnie chroni też dzieci „niepotrz… niechciane”? A więc, cóż więcej, poza tym jednym nieskończonym słowem?
A zatem, o Moczydłowskim już ani jednego oddechu. Natomiast, zanim jednak uda mi się znaleźć coś, co choćby symbolicznie odda całość tego strasznego problemu, chciałbym opowiedzieć o tym, jak to oglądałem wczoraj tę niemal półgodziną rozmowę w telewizji TVN24, na temat tego co się stało, a co się nie stało z „małą Madzią i jej mamą”, i kiedy już byłem przygnębiony do granic rozpaczy, weszła moja młodsza córka. Otóż najpierw na mnie spojrzała, potem zaczęła się przysłuchiwać tej rozmowie, potem spojrzała na mnie po raz drugi i zapytała: „Kogo wolisz? Ich, czy mamę Madzi?” No i ja, najuczciwiej jak tylko potrafiłem, odpowiedziałem, że oczywiście bezwzględnie mamę Madzi. A ona na to powiedziała: „Tak myślałam”.
I myślę, że tu się muszę jakoś usprawiedliwić, a do tego niech mi posłuży Ryszard Kalisz, który też tam wtedy był. Spróbuję wyjaśnić, czemu wolę – niech będzie, że symboliczną – ją od – równie symbolicznego – niego. Jak pamiętamy, swego czasu Stefan Niesiołowski nazwał go „pronogrubasem” i powiem szczerze, że mimo iż przezwisko zarówno bardzo mi się podoba, jak i uważam je za wyjątkowo adekwatne, gdyby ktoś mnie poprosił o konkretne uzasadnienie, chyba bym sobie nie poradził. To znaczy, rozumiem grubasa. Wprawdzie Kalisz nie jest tak gruby jak dajmy na to Piotr Semka, czy Henryka Krzywonos, niemniej gruby jest z całą pewnością, i to gruby w sposób raczej obrzydliwy, a więc tu mamy pełną jasność. Kalisz to grubas. I to w dodatku grubas ohydny. Natomiast nie bardzo już umiem do niego dopasować tę pornografię. Czy Niesiołowskiemu chodziło o to, że otyłość Kalisza jest tak bezwstydna, że aż w tej swojej bezwstydności pornograficzna? Czy może on akurat coś o Kaliszu wie, czego my nie wiemy, i kiedy sugerował, że Kalisz to pornogrubas, to nie myślał akurat o typie tej opasłości, lecz o czymś zupełnie od jego wyglądu niezależnym. Może jemu chodziło o to, że Kalisz to taka sama męska dziwka, jak wielu innych jego kolegów, tyle że od nich grubsza? A więc, przyznaje, że nie wiem. Natomiast faktem jest, że, jak już wspomniałem, z jakiegoś powodu, ile razy patrzę na Kalisza, i przypominam sobie ów dawny epitet, to moja dusza krzyczy „Bingo!”.
O co więc chodzi? Ja myślę, że za tą moją przedziwną reakcją stoi pewne dawne już bardzo wspomnienie. Otóż kiedyś, kiedy jeszcze informacja o tym, co słychać u Ryszarda Kalisza, w jakimś tam stopniu elektryzowała opinię publiczną, pojawiła się w mediach informacja, że Kalisz zniknął i nie wiadomo, gdzie się podział. Po jakimś czasie Kalisz wrócił i okazało się, że on był na wakacjach w Tajlandii. Wtedy, powiem zupełnie uczciwie, po raz pierwszy pomyślałem sobie o nim z pewnym nieokreślonym jeszcze do końca niepokojem. Po jakimś czasie światowe agencje podały informację, że na Tajlandii doszło do jakiegoś strasznego trzęsienia ziemi, w którym zginęły setki tysięcy ludzi, a na peryferiach tej wiadomości ktoś wspomniał o tym, że wśród tych ofiar jest bardzo dużo turystów i że ów żywioł ze swoimi strasznymi skutkami, to kara za grzech nieczystości.
Otóż ja się na karach nie znam. Zwłaszcza, że jakoś staram się wierzyć, że jeśli już Pan Bóg potrzebuje nam coś powiedzieć, to nie w formie kary, lecz zaledwie nauki, którą kto chce może wziąć do siebie, a kto nie – może zlekceważyć. A więc nie wiem, jak to było z tym strasznym nieszczęściem. Tym bardziej nie wiem, jak to jest z Ryszardem Kaliszem. No ale, jak mówię, ów pornogrubas bardzo mi się podobał. Również zresztą w odniesieniu do Aleksandra Kwaśniewskiego. Z tych samych niemal, niejasnych powodów.
No i wciąż jest jeszcze jedna niewyjaśniona rzecz: Jeśli Stefan Niesiołowski jest tak fantastycznie zorientowany w różnych tajemnych kwestiach – to skąd? Może trzeba go zaprosić do TVN24 i poprosić by nam powiedział, co on sądzi o zabijaniu małych dzieci. I – to już może za Moczydłowskiego – jaka jest różnica między dzieciobójstwem, a zabijaniem dzieci. On może wiedzieć. W końcu jest profesorem.

Nie wiem, czy zakomunikowałem to już wystarczająco jednoznacznie, więc z wdzięcznością powtarzam: akcja finansowania praktyki starszej Toyahówny zakończyła się pełnym sukcesem. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć, poza tym co zawsze. Kupujcie Elementarz, a przy okazji i Liść, no i wspierajcie ten blog tak jak zawsze. Dziękuję.

środa, 11 lipca 2012

Unitra, czyli jak się dać oszwabić

Prowadzenie tego bloga, poza satysfakcją, której przecenić nie sposób, ma w sobie coś, co, powiedzmy, że niekiedy dokucza. Chodzi mianowicie o to, że nazbyt często teksty, które powstają najbardziej jak tylko to możliwe z bólu serca i które w moim odczuciu są naprawdę ważne, albo przechodzą niezauważone, albo traktowane są jako takie tam sobie marudzenie. I odwrotnie. Bywa tak, że napiszę tu coś – oczywiście uczciwie i najlepiej jak mogę – ale mimo wszystko bez większego przekonania, i nagle się okazuje, że trafiłem w sam środek emocji tych do których to tak naprawdę od początku było i jest. Koś zapyta, co w tym złego? Oczywiście, jeśli przyjęcie jest lepsze niż się spodziewałem, to nic. Natomiast jeśli gorsze, no… jakoś głupio.
Otóż mam wrażenie, że poprzedni tekst, o wolnym rynku i tym co on nam złego zrobił, został jednak niedoceniony. Nie chcę przez to oczywiście powiedzieć, że nie został doceniony w ogóle, ale że zwyczajnie został niedoceniony. Że on jest tak dobry, tak słuszny, tak głęboki, że powinien był zostać wyróżniony w sposób szczególny. Choćby jakąś poważną awanturą. A tu tyle wszystkiego, że przyszedł mój stary kolega Michał Dembiński i odstawił swoją typową propagandę sukcesu, już nawet nie na miarę Gierka, ale na czasy jak najbardziej nowe, przy których Gierek, gdyby żył, spłonąłby ze wstydu.
No ale stało się coś jeszcze. Otóż, jak może większość z tych, którzy czytają ten tekst, pamiętają komentatora podpisującego się LEMMING. Otóż jest to wielki przyjaciel tego bloga, no i człowiek, który dzięki właśnie temu blogowi swego czasu przeszedł jak najbardziej pozytywną transformację i dziś może o sobie powiedzieć, że jest wśród tych, którzy kiedyś będą tryumfować. A przynajmniej, nie będą musieli się wstydzić. LEMMING dziś tu nie komentuje z tego przede wszystkim powodu, że jest człowiekiem osobistego sukcesu tak pochłoniętym pracą, że każdy wolny moment przeznacza nie na jakieś bezsensowne komentowanie, lecz na kontakt ze swoimi córkami i z żoną. Tyle wszystkiego że nie opuszcza jednego dnia, by tego co tu się dzieje, nie czytać. Dodatkowo, niestety, doszło do tego, że przez swoją długą nieobecność zapomniał swojego bloggerowego hasła i nie potrafi się tu zarejestrować normalnie jako LEMMING.
No więc stało się tak, że LEMMING przysłał mi e-mail z powyższą informacją na temat trudności z hasłem i poprosił, bym w jego imieniu wstawił dwa komentarze. No i w tym momencie pomyślałem sobie, że jednak nie jest źle. Jeśli ja piszę tekst, który dla LEMMINGA ma takie znaczenie, że on nagle postanawia złamać swoje postanowienie i jednak wrócić tu z komentarzem, to znaczy że nie jest źle. Proszę więc posłuchać. Oto dwa komentarze LEMMINGA odnośnie mojej notki o rynku który zwyczajnie dał dupy. Pierwszy do Michała Dembińskiego:
@Michał
Obserwacje to jeszcze nie marudzenie. Są one dość daleko od marudzenia nawet. „Marudzenie" to chyba jakaś nowa odmiana słowa "krytykanctwo".
Jeżeli chodzi o to co większość przyzwoitych ludzi może zrobić żeby zmienić Polskę na lepszą, to się głównie sprowadza do pójścia raz na mniej więcej 2 lata na wybory i oddania głosu na PiS.
No i drugi komentarz już do mnie:
@toyah
Ten tekst Mazurka to jest tragedia. Po pierwsze on opisuje świat którego nie ma, jak słusznie piszesz. Ja wielu tzw. lemingów znam, ale nikogo zbliżonego do tego opisu (i nie chodzi o to że opis przerysowany). Po drugie i najgorsze, to jest napisane słabiutko. To po prostu nie jest ani trochę lekkie ani śmieszne. W obrębie tej konwencji dałoby się zrobić coś ogromnie zabawnego. W dodatku wystarczyłby do tego zupełnie przeciętny bloger.
Serdeczności i podziękowania za wszystko!
Cóż można powiedzieć? No, oczywiście lepiej, żeby LEMMING, swoim dawnym zwyczajem napisał coś bardziej rozbudowanego. No ale, jak wiemy – rodzina przed wszystkim. W tej sytuacji ja opowiem coś co mi dziś leży na sercu. Ale, jak zwykle zacznę od początku. Kilka lat temu, przy okazji Bożego Narodzenia postanowiłem podarować synowi mój stary, naprawdę znakomity, gramofon. Aby prezent był pełny, dokupiłem odpowiednią igłę, no i Toyah Jr dostał co miał dostać. Niestety, z różnych względów, w które tu nie mam potrzeby wchodzić, wciąż brakowało głośników i wzmacniacza. A więc stał ten smutny gramofon u niego w pokoju przez lata i czekał na lepsze czasy. No i proszę sobie wyobrazić, że kilka dni temu ktoś mi zaproponował bym za 200 zł kupił dwie stare, ale wciąż bardzo porządne kolumny, wzmacniacz i equalizer, kiedyś, jeszcze albo w dawnych PRL-owskich czasach, a może na samym początku naszej transformacji – nie wiem – zanim wszystko zostało ostatecznie przyklepane, wyprodukowany przez polską firmę Unitra. No i to wszystko kupiłem, żeby młody Toyah mógł słuchać muzyki z moich starych czarnych płyt.
I proszę sobie wyobrazić, że to jest coś co jest absolutnie nie do opisania. Sprzęt wyprodukowany kiedyś przez polską Unitrę – zgoda, najwyższej jakości i tak dalej – na moje oko przewyższa wszystko to co dotychczas funkcjonowało jako domowe Hi-Fi Sanyo, Philipsa, czy jakiegoś Pioneera. Słucham w tej chwili tej zapomnianej Unitry i myślę sobie, że oto stało się coś absolutnie porażającego. I brak mi słów by to dalej objaśniać.
Nie ma dziś Unitry. Co się stało z ludźmi, którzy wyprodukowali sprzęt, który po tych dwudziestu latach znalazł się w pokoju mojego syna i wygląda na to, że mu będzie świetnie służył przez lata kolejne? Nie mam pojęcia. Pomyślmy jednak o nich przez chwilę. A skoro już o nich, to jeszcze o paru innych kwestiach. A ja mam tylko apel do mojego kolegi Michała: Zanim postanowisz wkleić tu swój kolejny komentarz, w którym mi opowiesz jak to Polska rozkwita, a ja jestem zwykłym, nie mieszczącym się w głównym nurcie, nieudacznikiem, pomyśl dwa razy.

Jeszcze raz dziękuję za wsparcie dla mojej córki. Wszystkich zawistników chciałem poinformować, że jesteście skompromitowani. A czytelników tego bloga tradycyjnie proszę – zostańcie ze mną.

PS.
Już po napisaniu tego tekstu podzieliłem się swoim zmartwieniem z moją żoną, która tak już jest skonstruowana, że ile razy pojawia się jakiś dylemat, uważa za konieczne najpierw sprawy kwestionować, a potem dopiero dochodzić do ostatecznych wniosków. A więc, kiedy jej przedstawiłem kłopot jaki mam z Unitrą, pierwsze co powiedziała, to to, że pewnie jednak ta Unitra nie była wystarczająco mocna. Że czegoś jej brakowało i zwyczajnie musiała się zwinąć. No bo spójrzmy na inne polskie firmy. Niektóre przetrwały i mają się bardzo dobrze. Weźmy taki Zelmer.
No i sprawdziliśmy Zelmera. Przykro mi to mówić, ale wygląda na to, że jest gorzej niż myślałem. Zelmer to już wyłącznie nazwa. Zgoda – przynajmniej tyle. Przynajmniej została ta nazwa. Ale fakt pozostaje faktem. Zelmer też już poleciał.

wtorek, 10 lipca 2012

Rynek cuchnie

Miniony weekend spędziłem w miejscowości Milówka na ślubie i weselu mojego syna chrzestnego. Pomijając jednak jedzenie przeróżnych weselnych frykasów, większość tego czasu upłynął mi na rozmowie z pewnym dawno niewidzianym kolegą, który kiedyś, jak pamiętam, był bardzo dogmatycznym liberałem, a dziś… no, nie powiem, że jest socjalistą tak jak ja, ale owszem – rozmawiało nam się bardzo dobrze.
Ktoś złośliwy – niewykluczone, że będzie to mój kumpel Michał Dembiński – od razu mi powie, ze trafił swój na swego, jednak każdego chętnego muszę na samym początku zawieść. Otóż nic z tego. Kolega o którym wspominam to ktoś, kto z minionego dwudziestolecia wyciągnął niemal same korzyści. Ma dom, dwa mieszkania, bardzo dobrą pracę, zero długów i święty spokój. No i twierdzi, że to do czego Polska po tych dwudziestu już ponad latach doszła to czarny syf, który musi się skończyć jakimś nieszczęściem. Musi. Po prostu musi. Przed nami wybuch.
Dziś cała blogosfera żyje tekstem Roberta Mazurka o tak zwanych lemingach, który on opublikował – jakże by inaczej – w „tygodniku autorów niepokornych” „Uważam Rze”, a w którym próbuje on przedstawić typowego wyborcę Platformy Obywatelskiej jako zamieszkującego Warszawę durnia, zatrudnionego w jakiejś poważnej firmie, na wakacje jeżdżącego do ciepłych krajów, natomiast tu na miejscu wydającego swoje ciężko zarobione pieniądze na pozorne przyjemności, i patrzącego z pogardą na wszystkich, którym się nie udało. Otóż z moich obserwacji – a mam ich kilka – wynika, że nie ma nic bardziej bzdurnego. Ludzie którym w nowej Polsce się udało – udało naprawdę i na dobre – pomijając bandę gangsterów, którzy i tak każdego dnia drżą o to, by nie trafić na listę kolejnych samobójców, to ludzie, którzy świetnie wiedzą jak jest. A jeśli się nie ujawniają ze swoimi poglądami, to tylko ze strachu przed agresją rozwścieczonych zawistników. Lemingi, na temat których próbuje się mądrzyć Mazurek, są zupełnie gdzie indziej i wyglądają zupełnie inaczej, niż to się jemu w jego durnej pale wyrodziło.
Ale wracajmy do tematu. Cała blogosfera żyje tekstem Mazurka i wszyscy się strasznie cieszymy, że Mazurek tak sprytnie zdiagnozował nasz kłopot. Otóż nieprawda. On niczego nie zdiagnozował. Ludzie o których on pisze, nie istnieją, natomiast ludzie o których chciał napisać wcale nie sa lemingami. Oni, jak już wspomniałem, wszystko świetnie wiedzą. I kiedy przyjdą kolejne wybory, jeśli w ogóle, będą głosować na PiS. Jednego z nich niedawno miałem okazje spotkać. Co ja mówię, jednego? Kilku.
A zatem wiadomo, że ten cały liberalizm nie wypalił. Że to cale gadanie o wędce, o możliwościach, o talentach, o wysiłku to gówno, które można sobie potłuc o kant siedzenia. Nie ma żadnej wędki, a co gorsza, nie ma nawet ryb, które ci co je już dawno zjedli i tak złowili na prąd, a nie na jakąś głupią wędkę. A zatem, doszliśmy wszyscy do bardzo ciekawego momentu, gdzie zdecydowanie bardziej kompromitującą rzeczą jest głosić pochwałę kapitalizmu, niż zwykłą lewicową wrażliwość. W tej sytuacji, z wysoko podniesioną głową, chciałem zwrócić uwagę na to, cośmy dostali wraz z tymi pieprzonymi paszportami w każdej szufladzie, telewizorami, które się da przykleić do ściany i sklepami pod fikuśnymi nazwami „Krasnoludek” (to ten zagraniczny) i „Biedronka” (też zagraniczny, tyle że po polsku).
Kiedy pojawiła się telewizja satelitarna, najpierw kupiliśmy antenę satelitarną i prosty dekoder, no i z prawdziwą radością oglądaliśmy sobie stacje Sky News i Sky Sport. Po pewnym czasie, z jakiegoś powodu to się skończyło i zainstalowaliśmy się w firmie Wizja TV, która następnie, jako Cyfra+ została przejęta przez francuski Canal+. Kiedy nas ta Cyfra zaczęła denerwować, poszliśmy do Polsatu, a kiedy Polsat okazał się jeszcze bardziej nie do zniesienia, trafiliśmy do Telewizji N, z którą obecnie się męczymy.
Jak być może większość czytających ten tekst wie, miniona sobota i niedziela, ale również kilka dni poprzedzających, upłynęły nam na podziwianiu sportowych wyczynów polskich siatkarzy i Agnieszki Radwańskiej. Kiedy piszę „upłynęły nam” mam na mysli oczywiście tylko tych, którzy akurat trafili na ofertę Polsatu, bo dzięki nowym rynkowym regulacjom, czasy w których, jak za Gierka, czy Jaruzelskiego, cała Polska mogła się emocjonować sukcesami polskich sportowców należą do przeszłości. Dziś jest tak, że mimo bardzo bogatej – czasem wydawałoby się niepotrzebnie aż tak bogatej – oferty, możliwości są znacznie ograniczone. Efektem tego jest na przykład to, że dwa największe w ostatnich latach sukcesy polskiego narodowego sportu, czyli finału Wimbledonu z udziałem Agnieszki Radwańskiej i zwycięstwa polskich siatkarzy w Lidze Światowej abonenci Cyfry+, N, oraz ci wszyscy, którzy akurat satelity nie mają. Ta niezwykła satysfakcja była dostępna tylko dla tych, którzy mają podpisaną umowę z Polsatem. Dlaczego? Jak to dlaczego? Bo jest kapitalizm. Jest wolny rynek. Jest wolna konkurencja. Polsat sobie kupił prawa do transmisji, więc ma to, za co zapłacił. Kupił sobie Polsat te prawa, i w dodatku zapłacił tyle, by nikt kto nie ma podpisanej umowy z Polsatem nie znalazł śladu tych pojedynków nigdzie. Jak kto chce, niech płaci Polsatowi, to też będzie miał. Też sobie obejrzy jak siatkarze leją Amerykanów, a nasza Agnieszka Radwańska dzielnie walczy z tak bardzo niefortunnym katarem i z Sereną Williams. To w tym roku. A w przyszłym? Się zobaczy. Wszystko zależy od tego, jak się stacje umówią. Być może w przyszłym roku Wimbledon trafi w ręce Eurosportu, a więc będzie dostępny powszechnie. A może nie. Wszystko weźmie znów Solorz. Się zobaczy. Zdecyduje pieniądz. Rynek.
A zatem, ja świetnie sobie zdaję sprawę z tego, na co się narażam, kwestionując odwieczne prawo rynku, że oto własność przede wszystkim. I, powiem uczciwie, że do końca nie mam pewności, czy stoją za mną jakiekolwiek argumenty. Jednak jest coś, na co chciałbym zwrócić uwagę. Otóż wczoraj powszechnie dostępny– a więc nie transmitujący ani walki Radwańskiej, ani zwycięstwa siatkarzy – Polsat Sport News pochwalił się, że oto oni odniesli wielki komercyjny sukces, ponieważ obie transmisje obejrzało ponad milion widzów. A to bardzo dużo. Az 16 procent z tych, co z reguły oglądają Polsat. A ja się zastanawiam, ile osób obejrzałoby ów tryumf polskiego talentu, polskiego wysiłku, polskiej wielkości, gdyby nie owe fantastyczne prawa rynku, gdzie, jeśli coś chcesz, masz zapłacić? No ile? Pięć milionów? 10 milionów? Ile osób oglądało sukcesy Małysza w ogólnodostępnej TVP? Tyle że kogo to obchodzi.
Kiedy polscy siatkarze wrócili z Bułgarii ze swoim tryumfem, prosto z lotniska pojechali do Donalda Tuska na obiad. I to jest zrozumiale. Ich zwycięstwo to sprawa narodowa. Ich sukces i ich radość, to nasz sukces i nasza radość. Prezydent śle depeszę, a Premier przyjmuje na uroczystym obiedzie. No a przy tym, ów sukces Polsatu. Ponad milion widzów. Przepraszam bardzo, ale czy jest może coś, czego ja nie rozumiem? Czy ktoś mnie może pyta, co zrobić skoro, jak wiemy, wszystko jest na sprzedaż? Proszę uprzejmie. Chętnie odpowiem. Można zmienić priorytety. Część z tej oferty wyłączyć, a inną część można wystawić na tak zwany sale. Zróbmy tak, że każde tego typu narodowe wydarzenie będzie dostępne w przestrzeni od początku do końca publicznej, natomiast jeśli komuś się zrobi przykro z tego powodu, że rynek został narażony na straty, niech ów obiad w Kancelarii Premiera, połączony z deklamacją adresu Prezydenta będzie transmitowany wyłącznie przez stację „N Sport”. Ja to przeżyję. Zwłaszcza że zawsze jest szansa, że podczas przekazywania slow Bronisława Komorowskiego, któryś z siatkarzy lektorowi doprawi zabawne rogi.

Dziękuję wszystkim za wsparcie, jakie otrzymaliśmy w związku z ambicjami mojej córki. Proszę zostac z nami i być. Po prostu być.