niedziela, 31 października 2010

Truskawka

Dyrektorka w szkole, w której kiedyś pracowałem, opowiedziała mi pewne zdarzenie. Otóż szła ona sobie zupełnie pustym korytarzem – co się zdarzało, bo to nie była duża szkoła – i nagle naprzeciwko niej pojawił się jeden Karol. I akurat nie widząc nic i jak zwykle myśląc niewiele, splunął na śliczną szkolną podłogę. Pani Dyrektor stanęła jak wmurowana i zapytała to dziecko: „Karol, czemu plujesz na podłogę?” Karol również stanął jak wryty, otworzył swe błękitne oczy najszerzej jak tylko potrafił, i wykrzyknął: „Kto? Ja?”
Nie pracuję już tam od wielu lat, ale mam też oczywiście i swoje własne wspomnienia. Pamiętam na przykład, jak podczas pewnej studniówki, pewien Hubert, oczywiście już bardziej pod koniec, niż na początku tamtej nocy, wziął mnie na bok i powiedział mi mniej więcej coś takiego: „Panie profesorze! My stąd odchodzimy, pan zostaje, a ponieważ był pan w stosunku do nas przez te lata w porządku, chciałbym, żeby pan zapamiętał jedną rzecz. To jest bardzo ważne. To co panu powiem, pozwoli panu lepiej sobie radzić. Podstawowa zasada jest taka: ‘Dobra ściema - podstawą wychujki’”
Muszę przyznać, że nauka, jaką otrzymałem od mojego ucznia Huberta nie bardzo mi się przydała w mojej karierze nauczycielskiej, choćby z tego względu, że kiedy już w końcu zrozumiałem, o co mu chodziło, przestałem w szkole pracować. Natomiast przyznaję, że wciąż to niezwykłe zdanie świetnie pamiętam, i czym dłużej je pamiętam tym bardziej jestem przekonany, że pamiętać je jest warto. W ogóle warto jak najwięcej pamiętać i niedobrze jest zapominać. Są bowiem chwile, że wszystko co nam pomaga zrozumieć świat, który wokół nas wyczynia niekiedy tak dziwne harce, a rozumiejąc go zachować poczucie jakiegoś tam choćby minimalnego sensu, to pamięć właśnie. No więc i pamiętam. Pamiętam moją dyrektorkę i tego plującego Karola, no i też tego mojego Huberta z jego życiowym mottem.
Dobrze jest pamiętać.
Roald Dahl w swoich wspomnieniach z czasów II Wojny Światowej pisze, że jemu jest łatwo odtwarzać wszystkie najdrobniejsze szczegóły z każdego przebytego dnia, ponieważ od dnia kiedy skończył szkołę i wyjechał z Anglii, co tydzień – dosłownie co tydzień – słał do swojej mamy w Anglii list. Robił tak przez całe życie, kiedy tylko był poza domem. A kiedy wreszcie stało się tak że mama umarła, okazało się, że te wszystkie listy były tam na swoim miejscu, ułożone starannie w jedną kupkę. No i więc kiedy w przyszłości miał pisać te swoje wspomnienia, to wystarczyło właściwie przepisywać to, co przed dziesiątkami lat pisał do swojej mamy, a ona ani nie wyrzuciła, ani nawet nie zgubiła. Nic się nie zgubiło.
Jak już pisałem, ostatnio mam trochę więcej czasu – i to niestety też niekiedy czasu zupełnie pustego – więc wypełniam go dość często przenoszeniem starych notek jeszcze z lat, kiedy pisałem w Salonie. Pierwsza z nich ukazała się w lutym 2008 roku i bardzo często działo się tak, że kolejne zamieszczane tu były wręcz codziennie. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że i charakter tego bloga, jak i moje poglądy, w znacznym stopniu determinują całą tematykę tego co tu powstaje. I wiem też, że obraz jaki tu powstaje nie jest w żaden sposób obrazem obiektywnym. Jedno jednak trzeba mi przyznać. Tu nie ma kłamstwa. Wszystko co zostało tu przez te lata powiedziane, to najczystsza prawda. Tu nic nigdy nie zostało wymyślone. To wszystko o czym tu możemy poczytać się zdarzyło. I tego już nic nie zmieni. A skoro się zdarzyło, to – przynajmniej jeśli idzie o polską politykę i o to, co System z nami robi od tych kilku już dobrych lat – niech nikt nie próbuje mnie wykiwać, że tak pięknie strawestuje słowa mojego ucznia Huberta.
Jarosław Kaczyński, w trakcie ostatniej debaty na temat nienawiści, agresji, języka, szacunku, judzenia, obrażania się i czego tam jeszcze, wspomniał o sztandarowym projekcie telewizji TVN24 o nazwie Szkło Kontaktowe, mówiąc – tak jak on to zawsze, a ostatnio może i nawet bardziej – jednoznacznie, bezpośrednio i bez obaw o utratę reputacji, że likwidacja tego programu jest jednym z warunków zakończenia tej wyniszczającej Polskę wojny. Dlatego, że to właśnie Szkło Kontaktowe jest głównym motorem nakręcającym ów przemysł nienawiści, który z jednej strony kompletnie rujnuje nasze żucie publiczne, a z drugiej stanowi jedyny powód dla obecnie rządzącej Platformy Obywatelskiej do pozostawania przy władzy. Jak się można było spodziewać, rozpętało się piekło. Że czego on się czepia? Że o co mu chodzi? Czy on już zupełnie oszalał? Jaka nienawiść? To to już nie wolno krytykować PiS-u? A poza tym, kto gadał o tym gdzie stało ZOMO? Kto dzielił Polaków? Kto powiedział, że każdy kto żył i pracował w PRL-u, to dureń? A kto powiedział „Spieprzaj dziadu”? Może Bronisław Komorowski? Hę?
No właśnie. Jaka nienawiść? Od kiedy normalna dyskusja polityczna to nienawiść? A ja wszystko pamiętam. I mam to wszystko przed oczyma. Przeglądam te stare teksty i w nich jest cała historia tego, co ostatecznie doprowadziło najpierw do smoleńskiej masakry, a teraz kazało jednemu z tych nieszczęsnych pionków strzelać. Gdybym miał czas i siły, zrobiłbym z tych wpisów kompilację zawierającą każde słowo i każdy gest, który w żadnym wypadku nie stanowił głosu w dyskusji, lecz był jeszcze jednym kamieniem, który miał tak trafić, by zabić. I to co w tym najciekawsze z punktu widzenia treści dzisiejszego wpisu, to własnie fakt, że za tym wszystkim stało wiele osób i instytucji, ale na samym czele było właśnie to Szkło Kontaktowe. Pierwszy, najważniejszy, a jednocześnie najnowocześniejszy propagandowy program Systemu. I niech mi nikt nie mówi, że cierpię na jakąś obsesję, że to się znów ujawnia ta moja stara paranoja, że jestem niepoważny. O tym, że Szkło Kontaktowe to projekt nie pierwszy z brzegu i niebylejaki świadczy choćby to, że w całej ofercie telewizji TVN24, przez te 10 lat, jak oni prowadzą swoją misję, nie było audycji równie zadbanej i pod równie staranną ochroną. Szkło Kontaktowe jest jedynym programem telewizji TVN24, który jest nadawany codziennie, 7 dni w tygodniu, a jednocześnie jest z nich wszystkich najdłuższy. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że pierwsza telewizja informacyjna w Polsce, stacja jak najbardziej poważna i w pewien określony sposób misyjna, to co ma najcenniejszego, to ani polityczne debaty, ani relacje reporterów, ani te dokumenty BBC z niedzieli, lecz ten ni to kabaret, ni to tak-show, ni to, cholera, jakieś telegadki, jakieś takie uwspółcześnione ‘dialogi na cztery nogi’. Szlag trafił rozmowy Małgorzaty Domagalik, ślad nie pozostał po ’24 godzinach’, nie wypalił autorski program Anity Werner, za chwilę poleci – o ile już nie poleciał – Pałasiński. Żaden z tych biedaków uczepionych tej roboty jak pijany płotu, nie zna dnia ani godziny. Nawet Olejnik ma tylko te swoje dwadzieścia parę minut, i to tylko od poniedziałku do czwartku z przerwą na wakacje. Niemal wszystkie stałe programy TVN24 zawieszają nadawanie na wakacje. Nie Szkło Kontaktowe. 365 dni w roku, 7 dni w tygodniu, niemal 60 minut musi zostać, by telewidzowie plus zaproszeni do studia kabareciarze mogli sobie trochę pożartować. W imię czego???
A kiedy przychodzi Jarosław Kaczyński i mówi, że to głównie stamtąd lezie to całe zło, odzywa się nasz Karol: „Kto? Ja!!!!????”
Niektórzy z czytelników tego bloga, jak wiem, mają do mnie żal, że ja w nadmiarze oglądam telewizję. Jest to przede wszystkim nieprawda, a poza tym nie ma nic do rzeczy. Bo fakt jest taki, że gdybym ja oglądał choćby tylko pięć minut tego programu raz w tygodniu, to przy moim wyczuleniu na to zło, te pięć minut by mi w zupełności wystarczyło. Przeżywamy ostatnio dni szczególne, związane z łódzkim zabójstwem. Wciąż słyszymy pełne zatroskania głosy, mówiące o tym, jak ważne jest byśmy jednak wszyscy usiedli i porozmawiali jak ludzie. Żebyśmy skończyli z ta niepotrzebną złością i nikomu niepotrzebną agresją. W ciągu tego właśnie mijającego tygodnia oglądałem Szkło Kontaktowe w sumie przez jakieś 15 minut. I oto co zapamiętałem. Zadzwoniła jakaś pani i powiedziała, że ona osobiście żałuje, że to nie Jarosław Kaczyński zginął, ale jego brat. Później zadzwonił jakiś pan i powiedział, żeby uważać na starsze panie w beretach, bo w czasach nasilonego terroryzmu czasem trudno odróżnić antenkę z beretu od lontu. Innym razem zadzwonił jakiś inny pan i zatroskanym głosem poinformował, że on nie rozumie, dlaczego Jarosław Kaczyński tak bardzo się obraża za uwagi o tym, że powinien się udać na leczenie psychiatryczne. Przecież to jest normalne, ze człowiek po takiej stracie, może oszaleć. Że nawet jego mama też po śmierci taty zwariowała, ale lekarze ją wyleczyli i teraz jest w bardzo dobrym nastroju. 365 dni w roku, 7 dni w tygodniu, 60 minut dziennie, z powtórką w nocy dla naszych rodaków na drugiej półkuli, TVN24 dostarcza ludziom tego typu gadkę. A jak im się zwróci uwagę, żeśmy zauważyli, co oni robią, to robią wielkie oczy i drą mordę: „JA????”
Ktoś, wiem nawet, kto, powie mi, ze przeceniam siłę działania mediów. Ludzie przede wszystkim nie oglądają TVN-u, ale Jedynkę. Poza tym polityka to naprawdę mała część tego, czym Polacy żyją. Normalny człowiek chce obejrzeć jakiś ładny serial, albo sobie coś kupić, a w lecie wyjechać nad morze. Kogo obchodzi Daukszewicz, czy jakiś Knapik? I to jest jak najbardziej prawda. Ja to wszystko świetnie wiem. Sam o tym niejednokrotnie tu pisałem. Mam jednak przy tej okazji takie pytanie: Jaki procent społeczeństw tworzy historię? Iluprocentową widownię miała komedia wszechczasów ‘Latający Cyrk Monty Pythona?” Ile trzeba było zaangażować osób, żeby wybuchła I Wojna Światowa? Wkraczam na grząski teren. Lepiej już dam sobie spokój, bo tak jak idzie, idzie całkiem dobrze.
Ale powiem coś na koniec, co wydaje mi się, że przez swoją poetycką wielkość powinno zabrzmieć znacznie lepiej i mocniej niż tysiące mądrych słów. Wczoraj oglądaliśmy troszkę kolejne wydanie programu ‘Mam talent’. Wystąpiła jakaś dziewczyna z Rybnika i ku powszechnemu zachwytowi jury, śpiewała piosenkę. Jak śpiewała? Normalnie. Pewnie lepiej niż większość jej koleżanek z klasy, tyle że głośno i z sercem. W każdym mieście Anglii, Francji, czy Stanów Zjednoczonych jest dziesięć lepszych. Kubę Wojewódzkiego zatkało tak że nawet nie był w stanie powiedzieć nic na temat dupczenia, aktorka Foremniak się pobeczała, a artystka estradowa Chylińska powiedziała, że ta dziewczyna z Rybnika i jej śpiew stanowią dla niej dowód na istnienie Boga. Na to znękana swoim bólem pani Toyahowa skrzywiła się ze swoją tradycyjną pogardą i powiedziała: „To ona nie widziała truskawki?”
Czasami naprawdę nie trzeba dużo, żeby wiedzieć choćby tyle co wspomniany na początku tej refleksji Hubert. To tak mało. A strasznie się robi wtedy, kiedy dla niektórych nagle coś takiego – jak się okazuje – to jednak i tak za wiele.

piątek, 29 października 2010

Przepraszam, czy ja się komuś przyśniłem?

Wspomniałem tu niedawno, może – z oczywistego poczucia wstydu – trochę w nieco niebezpośredniej formie, że przez to, że prowadzę ten blog, straciłem praktycznie pracę i znów muszę – czego Bóg mi świadkiem szczerze chciałem uniknąć – utrzymywać rodzinę, pisząc te teksty. Sytuacja którą teraz przeżywam, ma jednak, jak to zwykle bywa, również swoje plusy, a nie wykluczone, że i stanowi pewien znak. Otóż pani Toyahowa cierpi na jakieś nierozpoznane dotychczas bóle, co powoduje, że w nocy raczej nie śpimy. Myślę więc sobie, że gdybym ja dalej miał pracować tak intensywnie, jak to się działo przez te dwa minione miesiące, jednocześnie praktycznie nie śpiąc, to bym zwyczajnie tego nie wytrzymał. A więc, kto wie, jak to naprawdę się dzieje? Pisałem niedawno o cudownym filmie Shyamalana pod tytułem Znaki i tam mniej więcej ten typ zdarzeń został przedstawiony. Kto wie?
Jest jednak coś jeszcze, co towarzyszy temu aktowi politycznej zemsty, jaki mnie spotkał. Otóż mam znacznie więcej czasu niż dotychczas i poświęcam go w dużym stopniu na przenoszenie starych salonowych tekstów tu na ten blog. I oto dziś, wpadłem na wpis z marca zeszłego roku dokładnie pokazujący to, co się, jak się dziś okazuje, prędzej czy później musiało stać. W świecie wojny kulturowej, czy wręcz już cywilizacyjnej, nie ma litości. Bo nie może być tez litości tam gdzie procedury zostają zastąpione wyłącznie przez pełne nienawiści rozdygotanie. Pomyślałem, ze powinniście przeczytać ten wpis sprzed półtora już roku. Pasuje jak ulał. Do każdej chwili wypełniającej te dni. Bardzo proszę. Jednocześnie dziękuję bardzo za solidarność i każdy jej gest.


Jeszcze jakiś czas temu, opisałem pewną przygodę z czasów, kiedy to podczas kampanii wyborczej Lecha Wałęsy przed wyborami w roku 1990 stałem na rynku w Katowicach i rozdawałem wyborcze ulotki. Dziś tylko dla przypomnienia powtórzę, że kiedy tak stałem z tymi papierami, w pewnym momencie podeszła do mnie dawna szkolna koleżanka, otworzyła szeroko oczy i buzię, a następnie wystękała: „Tego się po tobie nie spodziewałam”. I odeszła obrażona.
Żeby w pełni zrozumieć kuriozalność tej sytuacji, należy wiedzieć, że w tamtych dniach nadchodzące zwycięstwo Lecha Wałęsy nie podlegało jakiejkolwiek dyskusji. Wałęsa był absolutnym przywódcą i nawet jeśli będziemy pamiętać, że faktyczna większość społeczeństwa i Wałęsę i całą resztę polityków miała w głębokiej pogardzie, to i tak nikt inny, jak tylko dawny przywódca Solidarności mógł tamte wybory wygrać. Ja, stojąc tam i agitując za Wałęsą reprezentowałem – jak się niedługo miało okazać – dwukrotnie większą liczbę osób niż moja koleżanka, a mimo to zostałem z taką otwartością zaatakowany. Mało tego, będąc przedstawicielem w pewnym sensie głównego politycznego nurtu, odebrałem tę agresję jako coś absolutnie zwykłego, by nie powiedzieć oczywistego.
O co mi chodzi? Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że w tamtych czasach, gdybym ja, albo którykolwiek z ówczesnych zwolenników kandydatury Lecha Wałęsy, zobaczył kogoś znajomego namawiającego do głosowania na Tadeusza Mazowieckiego, nie podszedłby do niego i nie wykrzyknął: „Tego się po tobie nie spodziewałem”. Z dwóch powodów. Po pierwsze myśmy doskonale zdawali sobie sprawę z nastrojów panujących w pewnej części społeczeństwa, jeśli idzie o Lecha Wałęsę, a po drugie od początku wiedzieliśmy, że to z czym mamy do czynienia, to nie jest wojna kulturowa, ale zwykły spór polityczny. Dlatego też z jednej strony doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że naprzeciwko siebie mamy nienawiść zupełnie ślepą i głuchą na to co jest naprawdę, a z drugiej braliśmy pod uwagę, że możemy zawsze spotkać kogoś, kogo emocje będą inne od naszych i trzeba to umieć uszanować.
Od tego czasu zmieniło się bardzo wiele. Parę jednak rzeczy pozostało na starym miejscu, między innymi ta ślepa i głucha nienawiść, która sprawia, że część opinii publicznej myśli i zachowuje się zupełnie jakby żyła w innym świecie. W świecie, który tak naprawdę istnieje wyłącznie w ich zdziwaczałej wyobraźni. Niedawno Krzysztof Wołodźko w swoim wpisie w Salonie opowiedział historię, jak to spotkał dawno nie widzianego kolegę, który wyskoczył do niego z następującym tekstem „He, he! Ty podobno katolikiem jesteś i frondystą”. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że mogą być środowiska, gdzie tego typu otwartość jest zjawiskiem naturalnym, bez względu na ideologię, z jednej i drugiej strony. Jednak osobiście nie wyobrażam sobie, żebym ja, spotykając kogoś znajomego, kto – jak słyszałem – został ostatnio ateistą, podszedł do niego i rzucił uwagę: „He, he! Ty podobno nie chodzisz już do kościoła”.
A przecież mógłbym osiągnąć takie poczucie przynależności do większości, które by się mogło objawiać tym właśnie, że chodziłbym po wybranych znajomych i im wytykał, że nie wierzą w Pana Boga. Nie widzę jednak takiej możliwości z dwóch powodów – raz, że nie mam wcale pewności, czy w grupie w której się obracam, rzeczywiście stanowię większość, a dwa, że – tym bardziej – gdybym stanowił rzeczywiście większość, takie zachowanie byłoby raczej podłe.
To jednak dotyczy wyłącznie wymiaru osobistego i dla niektórych, w gruncie rzeczy, bardzo intymnego. Niestety, odnoszę wrażenie, że ten terror, wynikający z fałszywego (albo bardzo zadufanego w sobie poczucia siły) obejmuje również życie jak najbardziej zewnętrzne, czyli w wypadku dzisiejszego tematu – polityczne. Kiedy Lech Wałęsa po raz pierwszy kandydował do urzędu prezydenta, był – jak już wspomniałem – niewątpliwym faworytem, podczas gdy Tadeusz Mazowiecki równie niewątpliwym przegranym. Z jakiegoś powodu jednak, część elit, była przekonana, że sytuacja jest dokładnie odwrotna i tym razem już całkowicie racjonalnie, stworzyła w swoich środowiskach atmosferę terroru. Pamiętam bardzo dobrze, jak to wyglądało. Przez to, że zwolennicy Lecha Wałęsy zachowywali zewnętrzny spokój, dystans i swego rodzaju delikatność, można było odnieść wrażenie, że ich po prostu nie ma. Odwrotnie było z ludźmi po przeciwnej stronie politycznego sporu. Oni mieli nieustanną potrzebę manifestowania swojego poparcia dla Mazowieckiego i jednoczesnego tropienia wszystkich, którzy byli emocjonalnie związani z Wałęsą.
Efekt był taki, że ja na przykład doskonale wiedziałem, kto z moich znajomych kibicuje Mazowieckiemu, a jak nie wiedziałem, to brałem mocno pod uwagę, że tacy w moim otoczeniu są, natomiast oni dzierżyli nieustanne przekonanie, że jeśli gdzieś jest ktoś, kto chce głosować na Wałęsę, to pewnie w jakiejś najbardziej zabitej deskami wsi pod kościołem. I proszę nie zapominać. To było w czasach, kiedy z tej połowy obywateli w ogóle zainteresowanych polityką, niemal 40% popierało Wałęsę, a jedynie niespełna 20% Mazowieckiego.
Były to też jednak czasy, kiedy Polska dopiero uzyskiwała status społeczeństwa nowoczesnego, kiedy wciąż byliśmy dopiero na granicy między stanem gdzie właściwie można przeżyć mając ten rower i sto złotych do jutra, a Nową Europą, gdzie – jak już dziś wiemy – możesz zdechnąć na środku ulicy i pies z kulawą nogą się tobą nie zainteresuje. Były to czasy, kiedy ludzie pracowali jeszcze tylko 8 godzin dziennie, a po pracy siedziało się w domu, oglądało telewizję, czytało ksiązki (które wreszcie można było normalnie kupić), albo rozmawiało z bliskimi. Czasy, gdzie nie było jeszcze tak ważne dbanie o pozycję, o towarzyskie bezpieczeństwo i o przyszłą karierę. Już wtedy, oczywiście, lepiej było być w trendzie niż poza nim, ale jestem pewien, że Marek Migalski, popierając oficjalnie Lecha Wałęsę, nie ryzykowałby jeszcze utraty pracy. Co najwyżej pełne niezadowolenia chrząknięcia inteligentnych kolegów.
Dziś jest tak, że właśnie się dowiaduję, że jest w Salonie człowiek, który tak bardzo dba o swoją anonimowość, że nawet boi się pokazać publicznie z ludźmi powszechnie identyfikowanymi jako IVRP. Dlaczego on się tak zachowuje? Otóż dlatego, że w jego zawodowym środowisku jest takie napięcie, że on wie iż w momencie, jak się ujawni politycznie, może stracić pracę. Oczywiście nie na takiej zasadzie, że go wyrzucą z przyczepioną do rękawa opaską ‘PiS’. Nie. Oni mu po prostu urządzą takie piekło na co dzień, że on w efekcie tego psychicznie nie wytrzyma.
A ja bardzo dobrze wiem, o co mu chodzi. Ja piszę te swoje teksty tu w Salonie i doskonale wiem, ze są w moim otoczeniu ludzie, którzy, gdyby je troszkę poczytali i dowiedzieli się, że to ja jestem ich autorem, wypowiedzieliby mi znajomość. Są to ludzie, którzy wprawdzie nie znają moich poglądów, ale – co najciekawsze – nie biorą nawet pod uwagę, że mogą one być takie jakie są. Zakładają ze stuprocentową pewnością, że i oni i ja jesteśmy dokładnie po tej samej politycznej barykady. Oni nieustannie rechoczą na samo wspomnienie nazwiska Kaczyński, dławią się ze śmiechu, jak widzą księdza i – oczywiście – nieustannie podkreślają, że zwolennicy PiS-u to idioci. Bez wyjątku. Dlaczego oni mi to mówią? Dlaczego nie biorą pod uwagę, że ja mogę być człowiekiem pobożnym i lubić Jacka Kurskiego? Przecież ja im w życiu słowem nie powiedziałem, jakie mam poglądy polityczne. Przecież ja nie jem przy nich demonstracyjnie hamburgerów w piątek, żeby im pokazać, jaki to ja jestem nowoczesny. Oni po prostu wiedzą, ze ponieważ jestem kimś kto ma dwie nogi, dwie ręce, mówi po polsku (a jak trzeba to i po angielsku) i nie nosi na szyi różańca, to ja muszę być po ich stronie.
To jest wymiar wyłącznie towarzyski. Ale to szaleństwo sięga o wiele dalej. Jak niektórzy wiedzą, uczę języka angielskiego na kursach i prywatnie. Tak to jakoś się ułożyło, że moja sytuacja na tym polu jest bardzo dobra. Uczniowie są sympatyczni, chętni do nauki, a co najważniejsze, bardzo zadowoleni. Mówiąc językiem najbardziej potocznym, oni wiedza, ze mają ‘wypasionego’ nauczyciela, z którym i można pogadać i który też ich za te pieniądze, które wydają osobiście, albo ich firmy, nauczy języka. Wielu z nich jednak, to ludzie bardzo politycznie zmotywowani, a wielu też z tych – o czym wiem bardzo dobrze, bo mi to wielokrotnie pokazali – to ludzie, którzy na dźwięk nazwiska Kaczyński spluwają za siebie i którzy prędzej by się śmierci spodziewali, niż tego, że ich nauczyciel może być pisowcem.
Ja z nimi nie rozmawiam o polityce, ja im nie potakuję, kiedy oni coś tam bredzą, ja w tych kwestiach trzymam nieprzerwany dystans. Co oni z tego wiedzą? Nic. Poza jednym – ja na pewno, podobnie jak każdy normalny człowiek, nienawidzę PiS-u. A ta ich wiedza jest dla nich wiedzą na tyle podstawowa, że ja nie mam wątpliwości, ze gdybym miał ją nagle zakwestionować, straciłbym tę pracę. I znów, nie dlatego, że oni by mi powiedzieli „Won!”. Z doświadczenia wiem, że to wszystko odbyłoby się zupełnie inaczej. Najpierw oni mieliby nieustanną potrzebę przepytywania mnie, potem nawracania, a w końcu już tylko dokuczania mi, i w efekcie nasze kontakty zrobiłyby się na tyle napięte, że oni by uznali, że ja jednak jestem idiotą i przestalibyśmy się spotykać.
Dlaczego jest tak, że oni uwierzyli, że ludzi, którzy mają inne niż oni poglądy polityczne nie ma, a jeśli są to z pewnością nie tam gdzie się cywilizowany człowiek zapuszcza? I dlaczego ta ich wiara jest tak intensywna, a emocje tak silne, że kiedy coś im to przekonanie zakłóci zamieniają się w zwierzęta? Ktoś mi powie, ze to jest naturalne, bo faktycznie trzeba być durniem i nieokrzesanym chamem, żeby lubić Joachima Brudzińskiego na przykład. W porządku. Tyle że ja też, naprawdę szczerze, nie znoszę – powiedzmy – Sławomira Nowaka, a o politycznym guście ludzi, którzy ten typ choćby tolerują, mam zdanie jak najgorsze. Wprawdzie nie twierdzę, że popieranie drużyny Donalda Tuska to przejaw umysłowego upadku, jednak nie mówię tak nie dlatego, że widzę w tej opinii jakąś odrobinę sensu i logiki, ale dlatego, że wiem, że tak to jakoś jest, że polityka zawsze generowała większe emocje niż inne dziedziny zycia. Dlaczego? Nie wiem, ale wiem, że tak jest.
A może tu chodzi o to, że wszyscy ci ludzie, którzy tak dzielnie obnoszą się ze swoimi poglądami i tak zajadle tępią nas, przedstawicieli „najbardziej obciachowego projektu w historii współczesnej polskiej polityki”, są po prostu bardziej od nas pewni swoich racji i bardziej odważni w ich głoszeniu? Może jest tak, że my, z tymi naszymi wieśniackimi atawizmami, w gruncie rzeczy czujemy, że za nami nie stoi nic poza bezmyślnym uporem i głupią zawziętością? Może to, że my się tak boimy przyznać do naszych politycznych sympatii, nie jest wymuszone żadnym zewnętrznym naciskiem, lecz tylko naszym wewnętrznym tchórzostwem? Zgoda. Niech będzie i tak. Tylko dlaczego w tej sytuacji, przedstawiciele tej rzekomo bardziej cywilizowanej części narodu nie potrafią oprzeć się pokusie, żeby całą swoją energie, w kontaktach z nami, kierować na faktyczny mobbing?
Ostatnio, kiedy z pracy wyleciał Krzysztof Skowroński, jeden z szefów w Polskim Radiu, najbardziej światła część polskiej opinii publicznej zacierała ręce z satysfakcji, że dobrze mu tak, bo kto mieczem wojuje etc.etc. No, ale dobrze. Niech będzie, że Skowroński to piesek Kaczyńskiego, który został umieszczony na tym stanowisku, żeby wprowadzać kuchennymi drzwiami do domeny publicznej truciznę IVRP. Niech będzie tak, że nowa władza, jak każda władza, traktuje Polskę jak swoje partyjne włości i wszelki element obcy będzie z nich eliminowała przy pomocy decyzji administracyjnych. Dlaczego jednak publiczna emanacja tej władzy, w postaci najróżniejszych zwykłych osób – formalnie zupełnie niepolitycznych zapaleńców, pracujących w szkołach, urzędach, najprzeróżniejszych biznesach – tylko dlatego że część z nich interesuje się bardzo polityką, ma mieć moralne prawo usuwać z przestrzeni publicznej ludzi, którzy im nie odpowiadają światopoglądowo? Czy tylko dlatego, że oni są słabi w argumentach i tchórzliwi w sercach?
Dlaczego jest tak, że skromna studentka, która – z powodów których znać przecież nie musimy – dokonała takiego a nie innego wyboru politycznego, nie chce pójść na publiczne spotkanie z Antonim Macierewiczem, bo boi się, że ją pokażą w telewizji, ktoś ją przypadkiem zobaczy i potem nie dadzą jej żyć w jej codziennym uczelnianym środowisku? Dlaczego dziecko w szkole, na pytanie nauczycielki: „Czy jest tu ktoś kogo rodzice głosowali na PiS” musi milczeć, bo wie, że jeśli przyzna się za swoich rodziców do tego występku, to będzie musiało przez kolejne minuty wysłuchiwać różnych złośliwości? Dlaczego należy traktować jako stan naturalny to, że cała grupa ludzi, których – jak się okazuje – jedyną winą jest to, że mają poglądy przez innych uważane za dziwne i że mają w sobie zbyt dużo delikatność, żeby tych poglądów hardo bronić, musi się chować po kątach, bo jak ich ktoś zauważy, to będą się musieli po raz setny tłumaczyć?
Napięcie polityczne, które dziś w Polsce mamy, stworzyło sytuację gdzie część społeczeństwa jest publicznie prześladowana i to prześladowana często w sposób oficjalny, wyłącznie za poglądy. Bezczelnością postaw generujących ten stan jest to, że na skromną uwagę, że tak nie wypada, agresor w tej wojnie wydyma pogardliwie wargi i woła: „Skoro masz takie poglądy, to walcz za nie!” Ohydne w tym wszystkim jest to, że agresor w tej wojnie, korzystając z najróżniejszych bonusów – o których tu nie będę wspominał, ale które wszyscy mniej więcej znamy – najpierw określił reguły gry, później ustawił tę grę na wybranym przez siebie poziomie trudności, a teraz już tylko zajmuje się wyłapywaniem potencjalnych przeciwników i wciąganiem ich do tej gry.
Kiedy zaczynałem pisać ten tekst, miałem nadzieję, że z jednej strony uda mi się – jak zwykle – sprawić, że ci z nas, którzy się martwią postępującym schamieniem obyczajów, poczują choćby trochę wsparcia i będzie im lżej. Ale również trochę liczyłem na to, że ten tekst dotrze i do tych, którzy to zło czynią i pozwoli im się przynajmniej na chwilę zastanowić. Marne jednak są moje nadzieje. Przypomniała mi się własnie stara wypowiedź niejakiej Marii Szyszkowskiej, kiedyś osoby troszkę publicznej. Pewnego dnia, przy okazji jednej z ostatnich już odwiedzin Jana Pawła w Polsce, opowiadała ona, jak ciężko przeżywa ten tydzień. Jak przerażona siedzi w domu i nie wychodzi nawet na ulicę, bo boi się ataku rozwalonej bezczelnie religijności. Siedzi w domu, czyta tygodnik Nie (słowo daję – ja tego nie wymyślam) i czeka aż tornado minie.
Przypomniała mi się ta Szyszkowska i pomyślałem sobie, że właściwie przed sobą mamy głównie takie umysły i takie emocje. To są własnie ludzie, którzy są głęboko przekonani, że ich agresja jest wyłącznie reakcją na napaści ze strony bezczelnej czarnej zarazy, dokuczającej im albo swoimi moherowymi beretami, albo kłapiącymi kaczymi dziobami, czy wreszcie tropiącymi ich przed gabinetami, gdzie oni chcą pozwolić innym spokojnie umrzeć. Oni sami żyją w nieustannym lęku. Oni budzą się każdego ranka zlani potem, że za drzwiami czai się ksiądz z kropidłem, na ulicy banda starszych pań z figurką Matki Boskiej, a w telewizji na pewno kolejna konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego. I że każda z tych osób coś od nich na pewno chce. Więc się bronią.
I to właściwie mogłoby stanowić o tyle optymistyczną puentę tego testu, że jakże wyraźnie sugerującą, że pod pewnym choćby względem jesteśmy kwita. Oni wprawdzie nam i naszym rodzinom odbierają codzienny spokój i zmuszają do nieustannych, niepotrzebnych manewrów. Natomiast nasza obecność, nocą nie daje im spać, a w dzień spokojnie zarabiać na te przyjemności, którymi Europa pozwoliła im się cieszyć. Więc i my się troszkę boimy, ale oni też. Tyle że oni mają koszmary. A to już jest los nie do pozazdroszczenia.

czwartek, 28 października 2010

Czy szatan jest idiotą?

Do napisania poprzedniego tekstu, o pamiętniku znalezionym na dworcu, przygotowywałem się od tygodnia, zabierałem się do niego kilka razy, i ostatecznie za każdym razem rezygnowałem. Przede wszystkim, z jednej strony bardzo mi zależało, żeby jego forma była jak najbardziej naturalna, a z drugiej, żeby nikt nie pomyślał sobie że oto kolejny przykład wariactwa, które spotyka ludzi wszędzie i każdego dnia, ale żeby od samego początku było dla wszystkich jasne, że jest to zaledwie symbol pewnego stanu umysłu, który zdominował w ostatnich latach nasze życie. No i pisałem ten tekst, by po chwili dojść do wniosku, że albo to wszystko jest zbyt oczywiste, lub zbyt trywialne, lub może zbyt naturalne, a przez to robiące wrażenie nikomu niepotrzebnego autentyku. No ale w końcu ten dzienniczek powstał, i powstał taki, jak go widzimy.
Reakcja na ten wpis, jak wszyscy mogliśmy zobaczyć była, z dwoma wyjątkami, jednoznaczna. Większość uznała, że takich dzienniczków wszędzie jest pełno, a to że ja jeden z nich znalazłem to nawet nie szczególny przypadek. I z tym podejściem akurat chętnie się zgadzam. Napisałem też o tym w jednym z komentarzy. Że takich umysłów jest wszędzie całe zatrzęsienie. To co mnie natomiast zaciekawiło bardziej, to reakcja naszego Studenta SGH, który, szczerze oburzony, zakrzyknął, że to co on czyta jest oburzające, i że na szczęście on takich idiotów – a już szczególnie ze swojego pokolenia – w swoim życiu nie spotkał. A więc że problem nie istnieje. No i jeszcze komentarz Yo, która wyraziła jakże słuszne podejrzenie, że ten idiotyzm napisałem osobiście, a ona poznała prowokację po tym, że ten tekst jest zbyt dobrze napisany po polsku. I że zatem nasz wróg to nieczytaty i niepisaty ruski buc. A tym samym, mocno zbliżyła się do Studenta w tym, że problem właściwie nie istnieje.
Dlaczego w ogóle postanowiłem wymyślić ten dzienniczek? Otóż od pierwszego dnia, jak pojawiła się informacja o tym, że w Łodzi został zamordowany działacz Prawa i Sprawiedliwości, i że to morderstwo według wszelkich danych było morderstwem politycznym, z rosnącym przerażeniem obserwowałem reakcję tych wszystkich, którzy z jednej strony byli mniej lub bardziej bezpośrednimi autorami tej zbrodni, a z drugiej, od których akurat w tej sytuacji można by było wymagać, żeby się przynajmniej na chwilę zamknęli. I wcale nie chodziło mi o to, że oni się do swego autorstwa nie chcą przyznać, bo oni już nigdy do niczego się nie przyznają. Nie chodziło mi też o to, że oni, nie dość, że nie biją się we własne piersi, biją się w piersi inne – cudze. To jest ten styl, czy jak mówi Student SGH - mindset. Styl nam znany. To co tak bardzo kazało mi się przez ponad tydzień męczyć z tym idiotycznym dzienniczkiem, to fakt, że po stronie zajmowanej przez faktycznych autorów tej zbrodni, narastał tylko szatański chaos, którego naprawdę nie sposób było znieść.
Od pierwszego dnia, ci którzy w najgorszym wypadku powinni byli siedzieć cicho, zajmowali się wyłącznie albo tym, żeby pleść jakieś nicnieznaczące dyrdymały na temat nienawiści, która nas wszystkich niszczy i z którą trzeba natychmiast skończyć, albo wmawiać prostym i Bogu ducha winnym ludziom, że tak naprawdę nic się nie stało. Ot, jeszcze jeden wariat, jakich na świecie wielu, a to co nas faktycznie dręczy, to i tak nie uda się tego pokonać dopóki naszą scenę polityczną będą zaśmiecać tacy ludzie jak ten Rosiak. Chaos tego przekazu w pewnym momencie stał się tak irytujący, że już naprawdę nie pozostało nic innego jak zacząć wrzeszczeć.
No bo jeśli rzeczywiście, jak słyszeliśmy w dni parzyste, w Polsce doszło do zabójstwa na tle politycznym, a jego bezpośrednią przyczyną była nienawiść, która pewnego dnia okazała się jedyną drogą i jedynym kluczem do już wiecznego trwania obecnego reżimu, to wydaje się że sytuacja jest prosta jak strzała. Jeśli ów nieszczęśnik faktycznie dał się nakręcić tej fali nienawiści tak bardzo, że w końcu nie miał już absolutnie żadnego wyjścia, jak tylko wpaść tym z tym pistoletem i nożem i z okrzykiem „nienawidzę PiS-u” do łódzkiego biura Prawa i Sprawiedliwości, i dokonać swojej egzekucji, to wypadałoby się przynajmniej niektórym z nas podrapać po pustym łbie. Jeśli prawdą jest, że wszyscy doszliśmy do punktu, gdzie jeśli natychmiast się nie uspokoimy, to możemy zacząć zwijać ten nieszczęsny interes, to dobrze by było powiedzieć choć jedno szczere słowo „przepraszam”, a nie popisywać się łowieckimi dowcipami na temat jakichś eksperymentów.
Natomiast, jeśli z drugiej strony, tak jak to się nam sączy ze wszystkich stron w dni nieparzyste, ten pan Ryszard z Częstochowy, to zwykły wariat, któremu któregoś dnia od tej polityki pomieszało się w głowie, to nie ma o czym gadać. Jeśli już od pierwszego dnia po tym morderstwie, bardzo poważny i uznany profesor psychologii informuje nas ex-catedra, że tam nie było żadnej polityki, lecz zwykłe zaburzenie osobowości, natomiast prawdziwym problemem jest Jarosław Kaczyński i jego obsesje, to o jakiej zmianie stylu my m mówimy? Jeśli wreszcie Donald Tusk jednego dnia mówi, że doszło do zbrodni na tle politycznym, a drugiego z tą samą idealnie obłąkaną pewnością siebie, cieszy się, że przecież nic się nie dzieje, a jeśli spojrzeć na inne kraje, to w Polsce właściwie mamy idealną sielankę, to po jasna cholerę w ogóle minutę dłużej zajmować się tym niefortunnym wypadkiem?
Od 19 października minął już ponad tydzień i nie ma jednego dnia, żeby ogólnopolskie media nie karmiły ogłupiałych obywateli idealnie chaotycznym przekazem, że tu ktoś zabił Johna Lennona, tam ktoś zamachnął się na Ronalda Reagana, gdzieindziej ktoś inny zastrzelił kogoś w Szwecji, a co kilka dni gdzieś na świecie jakiś uzbrojony szaleniec wpada do jakieś szkoły i morduje kogo popadnie bez powodu i bez celu, a jednocześnie nie załamywały rąk nad tym, jak to powinniśmy wszyscy zastanowić się nad tą nienawiścią, która jest taka brzydka i okropna. Nie ma dnia, żeby któryś z cyngli TVN24 w jednej minucie z zatroskana miną nie ubolewał nad upadkiem politycznej kultury, by już w następnym momencie nie skakał z podniecenia, ze już podobno psychologowie zbadali tego zabójcę, i lada chwila dowiemy się, że tak naprawdę to nie on zabił tego Rosiaka, ale zrobili to Kaczyński z Brudzińskim, a pan Ryszard był tylko biednym pionkiem w tej podłej pisowskiej grze.
I pewnie bym nawet tym się za bardzo nie przejmował, bo wiem, jak ciężko czasem jest każdemu z nas przyjąć do wiadomości, że to co robiliśmy przez lata było wynikiem nawet jeśli nie opętania, to zwykłej głupoty. Sprawa jest jednak znacznie poważniejsza. Otóż dokładnie przez ten sam tydzień, gdy tymi dwoma sprzecznymi komunikatami byliśmy karmieni od rana do wieczora z taką intensywnością, że nikt już nie wiedział, czy iść do spowiedzi, czy może komuś dać po pysku, idealnie równocześnie trwała dokładnie ta sama kampania nienawiści w stosunku do Jarosława Kaczyńskiego, co przez ostatnie 5 lat. Przez cały tydzień, nie było takiej obelgi, takiej złośliwości, takiego szyderstwa, którego by Jarosławowi Kaczyńskiemu nie oszczędził ten czy inny polityk, dziennikarz, czy komentator. Z tych samych czarnych ust czy to Donalda Tuska, czy Bronisława Komorowskiego, czy Grzegorza Miecugowa, czy jakiegoś ruskiego socjologa wynajętego przez media do tej roboty, przez cały tydzień wylewały się równocześnie słowa najszczerszej empatii i zatroskania stanem debaty i ten stary rechot z najbardziej tandetnego studenckiego kabaretu.
Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, a w telewizji leci bezpośrednia transmisja z uroczystości pogrzebowych w Łodzi, TVN24 uznał za stosowne do komentowania tego co się dzieje zaprosić nim niej ni więcej jak Jana Hartmana, człowieka, którego serce, mózg i język przeżarte są już nawet nie nienawiścią, ale czystym bestialstwem.
Oto komunikat, kutry dostajemy od tych, którzy za wysyłanie tych komunikatów otrzymują ciężkie pieniądze: Tak jak jest bardzo dobrze. I tak ma pozostać. I tak będzie dopóki to my będziemy stawiać Warunki. A wam, bando kretynów nic do tego. Każemy wam beczeć – będziecie beczeć. Każemy wam rżeć – będziecie rżeć. Jak trzeba będzie kogoś zamordować – znajdzie się ktoś, kto to co trzeba zrobić zrobi idealnie. A my na to kiwamy głowami i tylko czasem, przez ułamek chwili, ktoś z nas się zniecierpliwi i powie, że ta cała polityka to jakiś cyrk. I dla uspokojenia nerwów pójdzie coś przegryźć. Albo otworzy kolejną flaszkę.
Panie Studencie SGH, niech no Pan czasem spojrzy w lustro. Tylko wcześniej je przetrze jaką szmatą.
Droga Yo! Zapewniam Cię, Szatan potrafi pisać bardzo kaligraficznie i z piękną, czystą składnią. A ortografia to dla niego naprawdę nic trudnego.

środa, 27 października 2010

Pamiętnik znaleziony na dworcu kolejowym w Katowicach dwa lata przed Euro 2012

Idę ja sobie przez pięknie odremontowywany kolejowy dworzec w moim mieście, patrzę, a tu przede mną leży śliczny, oprawiony w niebieską okładkę zeszyt z wykaligrafowanym napisem: „Mój dzienniczek”. Podnoszę, otwieram, zaglądam do środka, a tam? Co za dziwy! Co za cuda! Ponieważ ostatnio brak mi pomysłów, pomyślałem, że posłużę się tym, co przeczytałem w znalezionym przez mnie na katowickim dworcu kolejowym zeszyciku. W końcu nawet jeśli to wszystko nieprawda, cóż nam taka nieprawda przeszkadza? Jesteśmy przecież doświadczonymi obserwatorami i badaczami tej niezwykłej części naszego świata, więc i wiemy, jak to jest z prawdą i nieprawdą. Raz jest, raz jej już nagle nie ma, a w efekcie i tak to wszystko jest bez znaczenia. A więc do dzieła.
Wtorek 19.10
Ale jaja! Załatwili Kaczora. Właśnie dzwonił do mnie Karol z Młodzieżówki i powiedział co się stało. Jakiś gostek wpadł do biura PiS-u w Łodzi i poderżnął gardło Kaczorowi. Super. Ciekawe, czy pokażą w Szkle? Już się nie mogę doczekać jutrzejszych zajęć. Mamy na ósmą, więc nie jest źle.
Dupa. Karolowi coś się powaliło. Faktycznie ktoś zastrzelił jakiegoś pisowca, ale nie Kaczyńskiego. Nawet nie znam nazwiska. Ktoś jeszcze ma też poderżnięte gardło, ale też nie wiem, co za jeden. Poza tym, chyba żyje. W TVN-ie mówią, że jest w szpitalu i stan ma stabilny. Kiedyś jakiś lekarz mówił w telewizji, że jak stabilny, to człowiek wciąż może umrzeć.
Właśnie wystąpił Kaczor i coś pieprzy o nienawiści. Co za idiota! Ciekawe, kto gadał o tych co stoją tam, gdzie ZOMO? Jak ja go nienawidzę!
Jest Tusk. Mówi że powinniśmy wszyscy się zastanowić nad stanem, w jakim znalazła się polska polityka i że trzeba skończyć z językiem nienawiści. Był świetny! Wyważony, spokojny, w sumie bez zarzutu. I dobrze, że powiedział o tej nienawiści. Od tego wszyscy przegrywamy.
Środa 20.10
Ale fajnie było na uczelni! Pogadaliśmy sobie jak nigdy. Karol powiedział, że to co mu się wczoraj przytrafiło, po angielsku nazywa się ‘wishful thinking’. Muszę zapamiętać. To jest właśnie to co oni robią, jak wciąż gadają o tym, że Kaczor jeszcze kiedyś będzie premierem. Wishful thinking. Fajnie brzmi. To ‘think’ to chyba znaczy tonąć. Tonąć w studni. Muszę sprawdzić. Toną, idioci.
Wczoraj w Szkle mówili dużo o tym wypadku w Łodzi, ale nie bardzo wiem, o co chodzi. Wyglądało jakby chcieli powiedzieć, że ta nienawiść jest rozłożona po równo i że to też niby wina Platformy. Ale nie wiem. Nie bardzo zrozumiałem. W ogóle jakoś mi się mniej podobało. Wolę jak jest Miecugow z Daukszewiczem.
Podobno ten gość z Częstochowy to wariat. Pewnie że wariat. Kto normalny zrobiłby coś takiego? Dla Kaczora i jego przydupasów najlepiej by było, żeby był normalny. Od razu by go chcieli powiesić. Niech najpierw powieszą Ziobrę za to, że zamordował Blidę.
Pisiory palą świeczki pod tym swoim biurem, kładą kwiaty i odstawiają stary cyrk. To jest banda kretynów! Co oni sobie wyobrażają? Jakiś wariat odstrzelił jednego pisowca i od razu może trzeba będzie żałobę narodową ogłaszać. Dobrze że ten kartofel nie jest już prezydentem. Pewnie bym nawet nie mógł normalnie pójść do klubu.
Czwartek 21. 10
Okazuje się, że ten gościu wcale nie chciał zabić Kaczyńskiego, tylko Millera. W ogóle nie wiem, o co tyle huku. Wszędzie na świecie ktoś kogoś zabija i nikt nie robi z tego afery. Ale to mnie nie zdziwiło. On podobno był z PiS-u i słuchał ciągle Radia Matyja. Wiadomo. Sami już się z tej nienawiści zabijają. Teraz pewnie wszyscy będą mówili, że on jest psychicznie chory. Pewnie. Staną na głowie, żeby swojemu się nie stała krzywda.
Piątek 22. 10
Nic nie rozumiem. W TVN-ie wciąż mówią, że to przez nienawiść. I że wszyscy jesteśmy winni. Podobno Premier powiedział, że zwróci uwagę Niesiołowskiemu, żeby nie krytykował PiS-u. W sumie ma rację. Trzeba uważać. Jak się wściekną, to pozabijają nas wszystkich.
Wczoraj próbowałem zadzwonić do Szkła Kontaktowego, ale mi się nie udało. Wysłałem też esemesa, ale też nie dali. Nie wiem, dlaczego. W końcu nic takiego tam nie było. A poza tym to jest już oficjalne, że Kaczor był pijany w tym samolocie.
W TVN-ie bardzo dobry reportaż. O tym że na całym świecie różni wariaci strzelają do polityków. I że na to nie ma rady. Na przykład w Szwecji jakiś Arab czy Turek zastrzelił ich prezydenta w sklepie. A przecież oni tam nie mają PiS-u. Ale wciąż nie wiem, jak to jest. Po co tyle szumu, skoro ten pisowiec to jakiś wariat?
Poniedziałek 25. 10
Nie pisałem ani w sobotę, ani w niedzielę, bo mi się nie chciało. Dziś patrzę, a okazuje się, że to pisowskie bydło napisało jakąś odezwę, że niby dopóki prezydent Komorowski ich nie przeprosi, to oni będą wciąż gadać o Smoleńsku i stawiać te krzyże. No i że Kaczyński ma mieć ochronę, bo on się boi, że i jego ktoś ustrzeli. Bardzo dobrze powiedzieli w TVN-ie, że to co się stało w Łodzi to jest wina Kaczyńskiego. Bo to przez jego nienawiść i ten agresywny język, tyle w nas agresji.
Bardzo ładnie zachowali się Komorowski, Tusk i Schetyna, że pojechali do Łodzi i pod tym biurem zapalili świeczki i pokłonili się ofiarom. Co klasa to klasa. A mogli tam nie jechać. W końcu za to wszystko co na nich wygadywali Kaczyński, Kurski i Brudziński, powinien ktoś z nich jeszcze dostać nożem pod Ziobro. Lubię tak żartować. Sam to wymyśliłem. Że niby pod żebro. Ale lepiej brzmi pod Ziobro. Swoją drogą, szkoda że i jemu się nie oberwało. Za Blidę i doktora G.
Przed chwilą znowu mówili, że mamy złagodzić język. Nic zupełnie nie rozumiem. Przecież to nie my. Jeden idiota z drugim obrażają prezydenta i inne ważne osoby w państwie, kłamią, stawiają te krzyże i się tam wciąż modlą, a my mamy się zastanawiać? Jak ja ich nienawidzę! Wszystkich bym powywieszał.
Wtorek 26.10
Mówią że w czwartek będzie pogrzeb tego pisowca z Łodzi. Współczuję oczywiście jego rodzinie i wiem, jaka to dla nich tragedia, ale przecież wiadomo, że dostał co chciał. W końcu tam w tym PiS-ie jeden wart drugiego. Żal mi trochę tego pana Ryszarda z Częstochowy. On musiał się czuć bardzo zaszczuty, że postanowił zrobić coś tak okropnego. To co mnie najbardziej denerwuje to to, ze ten wieprz Kaczyński nawet nie wie, do czego doprowadził. Ludzie przez niego już nie tylko tracą rozum, ale i giną. Zwyczajnie giną. Znowu wczoraj dzwoniłem do Szkła, chciałem powiedzieć, żeby dali spokój Platformie a zajęli się PiS-em i tym co w ministerstwie wyprawia Ziobro. No ale było zajęte.
Daję słowo, dopóki PiS będzie rządził, do takich smutnych wydarzeń jak w tej Łodzi, będzie dochodziło coraz częściej. Już nie mogę znieść tej agresji i nienawiści.
Bardzo dobrze powiedział Donald Tusk. Że w Polsce, jak idzie o język i to co się dzieje, to wcale nie jest tak źle. Że to normalna debata i gdzieindziej jest znacznie gorzej. Fajnie. Podziwiam go, że w tym wszystkim zachowuje taki spokój. Ja na jego miejscu bym ich wszystkich powsadzał. Normalnie kulka w łeb, albo co najmniej do pudła. Albo do jakichś prac przy budowie stadionów. Dobrze że już niedługo Euro. Podobno Fabiański gra jak złoto!

wtorek, 26 października 2010

Pogromcy mitów - wersja polska

Na naszym blogu pojawił się w dość sympatycznym stylu komentator Obliveon, i korzystając z okazji zadał jego autorowi kilka pytań. Pytania, mimo że oryginalnie pochodzą z rejonów niezbyt godnych polecenia, a w dodatku przez swoją wręcz nudną trywialność, nie zachęcają choćby do lekkiego skupienia, są o tyle warte poważnego potraktowania, że przypomniane zostały przez osobę młodą, uczciwie przyznającą się do niewiedzy, i – jeśli się nie mylę – szczerze poszukującą prawdy. A więc, specjalnie dla Obliveona, z nadzieją, że może przy okazji ktoś jeszcze na tym skorzysta, przedstawiam relację z początków III RP, i proszę ją potraktować, jako blogową wersję gromienia mitów. Mitów złych i głupich.
Najpierw, dla rozjaśnienia przedpola, zmuszony jednak jestem zacytować całość pytań, które za jakimś zamierzchłym komentatorem, skierował do mnie wspomniany Obliveon:
"Autor tekstu z powyższego linku zamiast wypisywać laurki o braciach Kaczyńskich powinien najpierw sprawdzić fakty w źródłach:
1. Lech Kaczyński nigdy nie był przewodniczącym Solidarności - był wiceprzewodniczącym i został nim, bo należał do grona współpracowników Lecha Wałęsy, który był przewodniczącym. Po wyborze na prezydenta Wałęsa zrezygnował, a podczas zjazdu Solidarności Lech Kaczyński przegrał wybory na przewodniczącego z Marianem Krzaklewskim.
2. Wobec stwierdzenie "Wałęsa wiedział, że całe polityczne zaplecze jego prezydentury było w Porozumieniu Centrum i w Solidarności ... bez Kaczyńskich i ich struktur, a więc też i bez Solidarności nie będzie miał po co zaczynać " - TO BZDURA - Wałęsa w 1990 był chodzącą legendą i nie potrzebował braci Kaczyńskich, to zdjęcie z Wałęsą dawało mandat poselski/senatorski w wyborach 1989 roku. O Kaczyńskich wtedy mało kto słyszał.
3. Jarosław Kaczyński nie organizował rządu Mazowieckiego, bo w owym czasie był związany z Wałęsą, a z Mazowieckim nic go nie łączyło. Wręcz przeciwnie, bracia Kaczyńscy wraz Lechem Wałęsą doprowadzili do przyspieszonego upadku rządu Mazowieckiego, zaczynając w 1990 roku tzw. "Wojnę na górze". Wtedy bracia Kaczyńscy stali się publicznie znani w Polsce.
4. "Przez wszystkie kolejne lata, pozostawał Kaczyński wielkim, wybitnym politykiem, zwyciężając regularnie z tymi, którzy ..." - w 1991 Kaczyńscy weszli konflikt ze swoim "dobrodziejem" Lechem Wałęsą, który wywalił ich z kancelarii - zaraz po tym "okazało się że Lech Wałęsa jest agentem 'Bolkiem'" - Jarosław Kaczyński na czele manifestacji palił kukłę Lecha Wałęsy-Bolka. Informacje o Bolku krążyły w Gdańsku od lat 80-tych, ale do momentu wywalenia braci były dla nich "niewiarygodne" i im nie przeszkadzały.”
1. Przyznaję - spieprzyłem. Napisałem, że kiedy Wałęsa prowadził kampanię, Lech Kaczyński był szefem Związku. Prawda była taka, że on był FAKTYCZNYM szefem Związku. Ponieważ Wałęsa był zajęty kampania, Lech Kaczyński - jako wiceprzewodniczący - praktycznie prowadził Związek. Inna sprawa, ze każdy kto ma odrobinę dobrej woli, mógł się domyślić, że moja uwaga o przewodniczeniu Związkowi przez Lecha Kaczyńskiego była niezręcznością, a nie insynuacją. Przecież Wałęsa ani nie został wyrzucony, ani nie miał powodu by rezygnować. To było oczywiste. Natomiast insynuacją jest to, że Kaczyński został wiceprzewodniczącym Związku, bo był "jednym ze współpracowników" Wałęsy. To tam tak nigdy nie działało.
2. To nieprawda, że w 1990 roku o Kaczyńskich "mało kto słyszał". Ten kto obserwował wtedy politykę choćby tak sobie, wie to świetnie. Scena polityczna została na początku roku 90-tego bardzo skutecznie podzielona na dwa obozy – a więc na tzw. obóz rządowy i – znów tak zwany – obóz solidarnościowy, a na jego czele, jako jego polityczna siła, stanęło Porozumienie Centrum pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego. Każdy kto miał choćby drobne pojęcie o tym, co się w Polsce dzieje, wiedział, że to Porozumienie Centrum umożliwiło stworzenie wtedy podstaw polskiego systemu partyjnego. To Porozumienie Centrum – a więc Jarosław Kaczyński – przeszkodziło Systemowi w przejęciu Solidarności, a tym samym w uzyskaniu pełni władzy. To wtedy Jarosław Kaczyński stał się polskim wrogiem publicznym numer jeden.
Oczywiście nie można zapominać o Lechu Wałęsie. On był wtedy niekwestionowanym przywódcą obozu patriotycznego, oczywistą legendą, bohaterem – nawet jeśli ze swoją czarną przeszłością za uszami – i bez niego Polska nie miałaby zwycięskiego kandydata w walce z Systemem. Ale polityczną siłę tego ruchu stanowił Jarosław Kaczyński. I System ten podział musiał szanować. Dziś mało kto to pamięta, ale na przykład ostatnia telewizyjna debata przed wyborami odbyła się między Michnikiem, a Kaczyńskim, i Michnik ją z kretesem przegrał. To byli wówczas autentyczni partnerzy.
Jak mówię, pozycja Wałęsy jako legendy była oczywista i nie do podważenia, natomiast prezydentem nie zostaje się będąc legendą. Mazowiecki miał za sobą w walce o prezydenturę cały aparat państwa i wszystkie jego struktury. Wałęsa mógł liczyć tylko na Solidarność jako Związek, i na polityczne wsparcie w postaci Porozumienia Centrum. Bez Jarosława Kaczyńskiego, nawet gdyby tamte wybory wygrał – a przy lecącym na łeb na szyję poparciu dla Mazowieckiego nie było to wykluczone – byłoby mu znacznie trudniej osiągnąć zwycięstwo. Przypominam, że nawet wtedy, Lech Wałęsa w pierwszej turze nie przekroczył poparcia 40%.
3. Znowu zgubiła mnie marna precyzja. To jest oczywiste, że Jarosław Kaczyński nie organizował rządu Mazowieckiego Ten rząd był organizowany przez System. Natomiast to z całą pewnością Kaczyński prowadził rozmowy na rzecz utworzenia koalicji ZSL-SD-Solidarność i na rzecz tego, by premierem był człowiek z naszej strony, a nie jakiś komuch. Najpewniej Kiszczak. Na co wielu liczyło! I podobnie jak w pierwszym punkcie, przyznaję, że byłem niedokładny, natomiast każdy uczciwy czytelnik wie, że to nie była insynuacja, lecz właśnie brak dokładności. Od pierwszego dnia po powołaniu Tadeusza Mazowieckiego na stanowisko premiera, Jarosław Kaczyński został skutecznie z tego towarzystwa wyeliminowany. Podobnie zresztą jak Wałęsa. Więc nie miał nawet fizycznych możliwości tworzenia rządu. Chodziło wyłącznie o polityczną i intelektualną organizację tych pierwszych miesięcy po ‘okrągłostołowym’ zwycięstwie. I to był Jarosław Kaczyński.
4. Konflikt między Kaczyńskimi i Wałęsą zaczął się od tego, że Lech Wałęsa zatrudnił jako „wiceprezydenta” Mieczysława Wachowskiego, którego postać i historia jest dostępna w szerokiej literaturze, i nie mam powodu, by ją tu przypominać. Wszystko co się działo przez kolejne miesiące było oczywistym i jednoznacznym wynikiem rosnącej pozycji Wachowskiego. Jedyne co Kaczyńscy mogli uczciwie zrobić w tamtym czasie, to po zwycięstwie nie przyjąć oferty Wałęsy i się od niego odciąć, ale tego w tamtych dniach nie zrozumiałby nikt, włącznie ze mną. Każdy kolejny ruch, włącznie z ostatecznym złożeniem dymisji, był jak najbardziej oczywisty. Uwaga o tym, że Wałęsa ich wywalił jest insynuacją. Ale niech będzie – wywalił ich. I co z tego? W świetle dziś już powszechnie znanych wyników badań IPN-u powinien był ich wywalić znacznie wcześniej.
I wreszcie ta kukła, której powinienem poświęcić osobny punkt, ale ponieważ należy do punktu 4, niech taką pozostanie. Demonstracje antywałęsowskie nie rozpoczęły się wraz z odejściem Kaczyńskich z Kancelarii, lecz po obaleniu rządu Jana Olszewskiego i po praktycznym rozpoczęciu autentycznego mordowania opozycji – co nie kto inny jak Jan Maria Rokita określił jako walkę państwa z antypaństwową działalnością opozycji. Demonstracje przeciw Wałęsie stały się częścią polskiego krajobrazu nie wtedy, gdy władzę w Polsce trzymali Lech Wałęsa, Mieczysław Wachowski i rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego, a bracia Kaczyńscy byli tam zaledwie kwiatkami do kożucha, lecz dużo później, kiedy premierem była już Hanna Suchocka, System uznał, że nadszedł odpowiedni moment, żeby sytuację uporządkować, nawet kosztem fizycznej eliminacji niektórych osób. Kukła – i to jest fakt potwierdzony przez historyków – nie została przyniesiona, a następnie spalona, przez organizatorów demonstracji, a tym bardziej nie przez Jarosława Kaczyńskiego, lecz przez jednego z zawsze w takich sytuacjach obecnych prowokatorów. Dziś znana jest nawet jego tożsamość, jako tajnego współpracownika jak najbardziej tajnych służb. To że ta kwestia wciąż wraca w oficjalnych przekazach medialnych jest najbardziej bezczelną bezczelnością.
Czas oczywiście zaciemnia pewne sprawy, ale mam głębokie przekonanie, że nawet jeśli są tu w tej mojej relacji jakieś błędy, to nie mają one wartości kluczowej. To że Jarosław Kaczyński jest politykiem najwyższej i najprawdziwszej miary, jest faktem niepodażalnym. Niemniej, jeśli ktoś coś ma do dodania, zapraszam bardzo.
A nasz nowy komentator Obliveon, mam nadzieję, jest usatysfakcjonowany.

poniedziałek, 25 października 2010

Cała władza w ręce ludu

Od dłuższego już czasu nie mogę nie zauważyć, że ile razy powołuję się na coś, czego się dowiedziałem z telewizji, lub na coś co uzyskałem z telewizji zaczynam narzekać, pojawia się całe mnóstwo głosów informujących mnie, że oglądanie telewizji jest złe i, ze jeśli chcę zachować trzeźwość spojrzenia, powinienem natychmiast telewizor wyłączyć, a najlepiej wyrzucić. No, ewentualnie, jeśli już nie mogę się powstrzymać, to powinienem ograniczyć się do TVP. Bo reszta kłamie i manipuluje, a przez to czyni ze mnie bałwana wystawionego na wrogie działania innych bałwanów. Informacje tę, co ciekawe, przychodzą do mnie nie w reakcji na moją naiwność, lub łatwowierność – co mógłbym wówczas świetnie zrozumieć – ale, wręcz przeciwnie, stanowią odpowiedź na moje przestrogi, by bezwzględnie uważać na to co oni tam wyprawiają.
Gdyby więc na przykład Marcin Meller ze swoimi kumplami poświecił cały swój kolejny program na przekonywanie mnie o tym, jak to jedynym jeszcze czystym intelektualnie i moralnie środowiskiem w Polsce są artyści, a ja bym na to zakrzyknął: „Hurra!”, jestem pewien, że tym okrzykiem zasłużyłbym sobie na bardzo poważna reprymendę, no i niewykluczone też, że na karne odcięcie mnie od oferty TVN24. Jeśli jednak ja gapię się od rana do wieczora w na szczątki naszego samolotu poniewieranego przez tę ruską tłuszczę, pokazywane pod każdym możliwym kątem i w najlepszych kolorach przez reporterów owej telewizji, a następnie wybucham świętym oburzeniem, gdy któryś z czy to redaktorów, czy zaproszonych do studia ekspertów, czy wręcz polityków, uspokaja mnie, że to nic takiego i żebym się nie martwił, bo wszystko jest na dobrej drodze, to ja autentycznie nie potrafię pojąć, dlaczego ktoś mi nagle każe wyłączyć telewizor, albo przenieść się na Polsat, czy TVP. Bo co niby ma się stać? Ja od tego zgłupieję, czy może tylko stracę nerwy?
Mam bardzo silne przekonanie, i jest ono coraz mocniejsze z każdym nowym ciosem, jaki na mnie spada ze strony tych wszystkich, którzy uważają, że net jest znacznie bardziej sympatyczny od telewizji, że za tymi pouczeniami stoi ni mniej ni więcej jak tylko najczystsza i zawstydzająca naiwność. A przejawia się ona we tej wręcz dziecinnej wierze, że to co z nami wyprawiają media, ze szczególnym uwzględnieniem TVN24 właśnie, to klasyczne postpeerelowskie kłamstwo i klasyczna postpeerelowska manipulacja. I ze w związku z tym, każdy porządny i świadomy Polak powinien postępować zgodnie z klasycznymi solidarnościowymi zaleceniami – a więc to kłamstwo bojkotować.
Dlaczego twierdzę, że diagnoza ta jest naiwna i krótkowzroczna? Otóż nie ulega dla mnie wątpliwości, że różnica między tym, co robiły media zarówno za Gierka jak i za Jaruzelskiego, a tym co robią za Tuska jest tak samo kosmiczna, jak między samym PRL-em, a tym czymś, co nam się dziś oferuje w formie choćby sieci lokalnych sklepów Żabka. I to na najbardziej czarną niekorzyść Tuska. Jestem głęboko i szczerze przekonany, że ów typ manipulacji – nie kłamstwa (kłamstwo jest passe), ale właśnie manipulacji – z jakim mamy do czynienia dziś, w dobie cywilizacyjnego rozwoju i rozbuchanego dobrobytu, stanowi kłamstwo tak straszne, że ci biedacy Uberman i Szykuła, jak to widzą, muszą się palić ze wstydu, a Jerzy Urban już tylko zwyczajnie chleje. Bo mianowicie to z czym mamy dziś do czynienia to kłamstwo bez kłamstwa. To kłamstwo, które polega na przedstawianiu najczystszej prawdy człowiekowi, który wcześniej został tak psychicznie i duchowo zniewolony, że tego co widzi nie jest w stanie nawet już narysować. Choćby przy pomocy symbolicznych kresek.
Jestem bardzo mocno przekonany, że to co się dzieje w mediach jest dokładnym przedłużeniem tego, co nam oferuje dzisiejszy świat, czy to w formie supermarketów, czy najbardziej szerokiej oferty telewizyjnej, tych kredytów, tych sklepów z kosmetykami i ciuchami, tych festiwali i nieustannych konkursów. A więc, jeśli przyjrzymy się temu, co nam mówi od rana do wieczora wspomniany – i symboliczny tylko przecież – TVN24, to zobaczymy, że to co od nich dostajemy, jest tak samo pełne i uczciwe, jak cała ta feeria barw, towarów i promocji, jaka nas oblepia w momencie, gdy wejdziemy do jakiegoś Tesco czy Reala. A więc mówić, że oni nie informują, lub nawet że kłamią, jest tak samo niepoważne i w gruncie rzeczy bezmyślne, jak powiedzieć, że w Auchan Polska nie można nic kupić. Tymczasem fakt jest taki, że w naszych sklepach można kupić wszystko, a TVN24 mówi dokładnie tak jak jest. Tyle że z tego nic nie wynika, bo w świecie splątanym najbardziej perwersyjnie wynikać z tego nie może nic poza czystym i najbardziej żałosnym upadkiem.
I konsekwentnie, skoro jeśli ja chcę sobie kupić mysz do komputera, bo stara mi się zepsuła, to idę do Saturna, a jeśli chcę sobie kupić śmierdzącego niebieskiego stiltona, to idę do Almy, to dokładnie tak samo, jeśli chcę się dowiedzieć, co słychać, włączam sobie TVN24 i słucham. I jestem w stu procentach przekonany, że dostanę i tę mysz, i ten ser, ale też i tę informację. I jeśli ktoś mi w tym momencie mówi, żebym z jednego z tych źródeł zrezygnował, bo tam nic nie ma – podczas gdy problem polega na tym, że tam wszystkiego jest w absolutnie dewastującym nadmiarze – to znaczy tylko tyle, że ten ktoś się spóźnił na pociąg, na który zwyczajnie spóźnić się nie wypadało. I to już naprawdę nie moja wina. Bo ja akurat świetnie wiem, co ten dobrobyt oznacza. Wiem, że jeśli tak wielu naszych rodaków najzwyczajniej w świecie dało się kupić, to własnie nie przez niedostatek i obietnicę otrzymania czegoś, czego inni nie mają, ale właśnie przez to, że wszystkiego jest już tak bardzo dużo, że w tym gąszczu nie można się wręcz odnaleźć.
Tak właśnie wygląda sytuacja z mediami. Czasy cenzury, reglamentowania informacji, przemilczania niewygodnych faktów, ukrywania nieprzyjemnej prawdy, praktycznie się skończyły. Oczywiście, sa sytuacje zupełnie dramatyczne, kiedy to coś zostanie ukryte i na pewien czas zwykły człowiek nie będzie miał do tego czegoś dostępu. Natomiast naprawdę nie trzeba być bardzo wnikliwym obserwatorem, żeby nawet oglądając tylko program TVN24, wiedzieć wszystko co trzeba od początku do końca, a z tej wiedzy wyciągnąć wniosek jedyny – że ci którzy obecnie Polską rządzą, na czele z premierem Tuskiem i prezydentem Komorowskim to banda durniów i zdrajców. Jeśli idzie o mnie, ja to wszystko wiem ze źródła w tej mierze jak najbardziej obiektywnego, a więc z telewizji prezesa Waltera. A to że całe tysiące ludzi, którzy mają do tych samych informacji dostęp równie oczywisty i bezkolizyjny jak ja, nie są w stanie dojrzej tej oczywistej prawdy, jest wynikiem dokładnie tego samego zjawiska socjologicznego, jakie obserwujemy, kiedy patrzymy na jakiegoś zahukanego biedaka, który pierwszy raz w zyciu zaszedł do supermarketu , z głupiał od tej mnogości ofert i kolorowych reklam i stracił wszystkie swoje oszczędności na coś, co mu nawet nie było potrzebne.
I na tym polega szatańska skuteczność czasów, w jakich przyszło nam zaczynać żyć, lub swoje życie kończyć. Ktoś bardzo, bardzo sprytny – i to z cała pewnością nie był któryś z medialnych doradców Donalda Tuska – wpadł na pomysł, że stopniowe wycofywanie się państw ze sfery publicznej, ma same zalety. Wszystkim najbardziej skutecznie zajmie się sam człowiek. To o co państwo ma zadbać, to wyłącznie zapewnić społeczeństwom nadmiar wszystkiego. Jedyne co trzeba zrobić, żeby całą najbrudniejszą robotę, włącznie z klasycznym państwowym terrorem i kłamstwem, wzięli na siebie sami ludzie, to dać im co chcą, zasugerować, że mogą mieć jeszcze więcej, i pozwolić działać. Wtedy dojdzie sytuacji, że już każdy będzie mógł samodzielnie dbać o siebie. Proszę zwrócić uwagę na sztandarowy program telewizji TVN24, czyli Szkło Kontaktowe. Grzegorz Miecugow – człowiek skądinąd spod absolutnie najczarniejszej gwiazdy – i wynajęty kabareciarz są zaledwie skromnymi moderatorami tego co tam się dzieje. Całą główną część roboty wykonują ci biedni ludzie, którzy tam dzwonią, ślą esemesy i w najbardziej idealny sposób zaświadczają o upadku człowieka, którego pochłonęła nowa cywilizacji. Czy to jest może kłamstwo? Oczywiście że nie. Tam nie ma śladu łgarstwa i manipulacji. Każde kolejne wydanie Szkła Kontaktowego to najczystsza prawda. I dlatego tak bardzo lubię je oglądać.
Niedawno wspominałem o tym, jak nagle, ni stąd ni z owąd poczułem, jak to nasz reżim wreszcie dotarł osobiście do mnie i mojej rodziny, i wyłącznie z powodu moich poglądów zasugerował, ze mnie zniszczy. Ktoś powie – Reżim? Za poglądy? Jakże to możliwe? Zniszczy? Jak? W dzisiejszym świecie? I oczywiście jego zdziwienie, czy oburzenie będą jak najbardziej na miejscu. Czarne czasy komuny mamy już dawno za sobą. Nawet jeśli urzędnicy ABW, z jakiegoś powodu czują sens czytania tych refleksji, to z całą pewnością robią to albo z nudów, albo po to, by uzbierać trochę adrenaliny na kolejny dzień. Nie ma jednak takiej możliwości, żeby oni nagle postanowili sobie pobrudzić ręce czymś tak drobnym i bez znaczenia, jak ten blog i pięć nikomu nieznanych osob, które się tam wokół niego kręcą. Oni wiedzą, że system, który stworzyli ich szefowie, działający gdzieś tam w nieznanej przestrzeni, pracuje świetnie, i nie ma powodu, by cokolwiek tam ruszać. Całą pracę, jeśli tylko będzie taka potrzeba, wykonają za nich zwykli ludzie, klienci tych sklepów, odbiorcy tych telewizyjnych programów, przeciętni marzyciele. Oni się za mnie, za moją żonę i moje dzieci zabiorą z całą energią. Jest wtorek, 19 października. Pierwszego już mamy.

Powyższy tekst ukazał się wcześniej w Warszawskiej Gazecie.

niedziela, 24 października 2010

Linijki

Wczoraj przydarzyła mi się niezwykle ciekawa przygoda. Rozmawiałem z kimś bardzo mi bliskim, kto - tak się złożyło - zażyczył sobie niedawno, żebym go na tym blogu nie identyfikował. Nie ze względu na jakieś szczególne towarzyskie obawy, ale na zwykle obrzydzenie do tego, co tu powstaje. Ponieważ, jak mówię, jest to ktoś bardzo mi bliski, podzieliłem się z nim odpowiednią refleksją co do faktu nagłej utraty przez mnie większej części mojej pracy. Ów mój znajomy na tę informację zareagował z życzliwym uśmiechem i kilkoma szczerymi zdaniami: "Dostałeś za tego swojego bloga. I bardzo dobrze. Okazuje się, że państwo jednak działa".
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, reakcja ta ucieszyła mnie. Choćby z tego względu, że zawsze jest lepiej wiedzieć, że kiedy się obrywa, to było za co, niż żyć w przykrej niewiedzy i zadręczać się tym głupim pytaniem: dlaczego?. No a przede wszystkim może przez to, że skoro nas jest już dwóch, to znaczy, ze nie koniecznie cierpię na paranoję. A to też już coś jest, prawda?
Dziś siedzę od rana i przerzucam stare teksty z Salonu na ten blog. I w pewnym momencie wpadł mi w oko wpis z maja 2009 roku, który zrobił na mnie wrażenie tak świeże, tak idealnie odpowiadające i temu co mnie niedawno spotkało, i temu wczorajszemu komentarzowi, a i w ogóle kierunkowi, w jakim nasza Polska dziś próbuje zawzięcie zmierzać, że pomyślałem, że go wkleję z dzisiejszą datą. Niech Wam będzie na zdrowie. Nazywał się bardzo ładnie i skromnie: Linijki.


Jak idzie o absolutnie przeważającą część dziedzin wszelkich, jestem klasycznym ignorantem. Bez względu na to, czy coś mnie pasjonuje, czy zaledwie interesuje, czy jest mi to coś całkowicie obojętne, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że moja wiedza na dany temat jest wyłącznie empiryczna i nie podparta niczym innym jak doświadczeniem, wiarą i przekonaniem. Niedawno ktoś na mnie nakrzyczał, że moje uwielbienie dla malarstwa Picassa jest chore, bo Picasso to dno i oszustwo. A ja nawet nie potrafię się bronić, bo jedyne co na temat Picassa jako artysty mogę powiedzieć, to to, że kiedy widzę jego obrazy, to staję jak wmurowany i drżę. No ale to bardzo mało, prawda?
I tak jest właściwie z całą resztą wszystkiego co nas otacza. Nawet na piłce nożnej się nie znam. Nie wiem, dlaczego ci którzy wygrali, byli lepsi i w czym byli lepsi, a co powinni byli robić, żeby wygrać jeszcze wyżej. Mecz mi się albo podobał albo nie i na tym ja swoje wystąpienie w sprawie footballu kończę. Słucham piosenki i piosenka mi się albo podoba, albo nie. Czytam wiersz i albo jestem wzruszony, albo nie. Kiedyś Gore Vidal chyba napisał, że to, czy wiersz jest dobry czy nie, zależy od liczby tzw. dobrych linijek. Czytasz linijkę i myślisz sobie – w porządku jest! Im ich jest więcej, tym oczywiście lepiej. I tak jest – w moim przypadku – ze wszystkim. Patrzę na linijkę – jedną, drugą, trzecią – i wiem.
Blog który prowadzę jest blogiem politycznym, a więc większość tego co tu piszę obejmuje i troszeczkę sprawy społeczne, i kwestie historyczne, niekiedy problemy ekonomiczne, i oczywiście każde słowo jakie wypowiadam ma wartość wyłącznie o tyle, o ile wartość ma moja intuicja i umiejętność perswazji. Jeśli ktoś zechce ze mną dyskutować z pozycji eksperta, to ja się natychmiast poddaję, choćby z tego względu, że nie mam nawet odpowiedniego słownika, żeby prowadzić poważną, kompetentną rozmowę. Dziś mam kłopot szczególny, ponieważ wpadło mi do głowy parę refleksji, którymi bardzo się potrzebuję podzielić, a które wymagają pewnej wiedzy. A tej, jak mówię, mi brakuje. Mam tu na myśli mianowicie coś, co nawet nie wiem jak się nazywa. Ja na to coś zawsze mówiłem ‘komuna’. Ale prawdopodobnie chodzi tu bardziej o marksizm, albo jakiś inny leninizm, czy – ostatnio – postliberalizm. A z tym nie ma żartów. To jest poważna wiedza i – o ile mi wiadomo – istnieją nawet specjalne w tej kwestii studia i kontrowersje.
Nie mam jednak wyjścia. Muszę coś powiedzieć. Proszę posłuchać. Otóż chodzi o to, że – o ile się nie mylę – zanim komunizm się zmaterializował w postaci sowieckiego państwa, jego przyczółków, tych dziesiątek milionów ofiar i tego całego – czasem całkiem trywialnego – nieszczęścia, to istniała teoria. Wszystko co miało później nastąpić, zostało najpierw wykoncypowane, następnie jakoś tam przedyskutowane i w końcu zapisane na papierze. Znów – o ile się nie mylę – pomysł był taki, że Boga nie ma, a to że niektórzy postanowili ten przesąd utrzymywać, wynikało z czystej chęci zaszkodzenia człowiekowi. Religia – wedle tej teorii – służyła wyłącznie trzymaniu społeczeństw za pysk i wykorzystywaniu dobrej natury człowieka do jego faktycznego gnębienia.
A zatem, teoretycy tego nowego podejścia do świata i człowieka, kierując się naturalnie najlepiej pojętym interesem jednego i drugiego, postanowili, że świat może być sprawiedliwy, a człowiek szczęśliwy za sprawą paru szybkich i odpowiednio przemyślanych posunięć. Jakie to miały być posunięcia, nie za bardzo się orientuję, ale to co się liczyło, to cel. A cel był następujący: Człowiek ma być wolny, ma mieć wszelkie możliwe szanse na rozwijanie swoich talentów, ma mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, a jak już zaspokoi głód i podstawowe potrzeby, będzie miał czas na rozrywkę i przyjemności. Ponieważ dzięki mądrościom i talentom zdolnych i wykształconych ludzi, korzyści spływają na cały naród, teoretycy nowych czasów wymyślili też, że nauka będzie dostępna dla wszystkich, oczywiście będzie darmowa, a jak ktoś zachoruje, to – naturalnie – państwo zrobi wszystko, żeby choremu pomóc, bo zdrowie obywatela przekłada się w sposób oczywisty na zdrowie narodu. Nie wiem, co na temat moich wynurzeń sądzą w tym momencie wykształceni przedstawiciele Krytyki Politycznej, ale – jak sądzę – nie powinno być najgorzej. Tak to wyglądało, prawda?
To wszystko jednak była tylko teoria. Kiedy przyszło do jej wdrażania, na pierwszy ogień poszła religia. Nie można instalować bowiem systemu społecznej sprawiedliwości i naturalnego szczęścia, dopóki istnieją jakiekolwiek czynniki ograniczające wolność człowieka i jego aspiracje. A zatem, z jednej strony zaczęto likwidować wszelkie elementy starej wiary, a z drugiej, zamiast niej – wiedząc, że człowiek jednak potrzebuje jakiegoś rytuału – wprowadzać najróżniejsze akcenty, tworzące wciąż religię, tyle że religię nowego typu. A więc zamiast Watykanu, pojawiła się Moskwa, zamiast papieża – Pierwszy Sekretarz KPZR, a już niżej te wszystkie komitety partii zamiast parafii, ci urzędnicy zamiast księży i te uroczystości zamiast Mszy Świętej. Te pieśni, te gesty, te wyznania wiary, te pasowania na młodzików, te cywilne śluby, te uroczystości nadania imienia, zamiast chrztu. Lata mijały, a rezultat był tak, ze z tego wszystkiego zostały tylko te gesty i od czasu do czasu butelka wódki i goździk. A wokół miliony trupów.
Dziś właściwie komunizmu już nie ma. Nie zostało z niego nic. Ani tych obietnic o dobrym życiu, ani tych świąt, a i goździki też jakoś wyparowały. Zostało natomiast to co najbardziej ludzkie i wieczne – zwykłe pragnienie sprawiedliwości i nadzieja na to, że kiedyś będzie lepiej. Naiwne przekonanie, że jeśli ktoś ma jakieś pożyteczne dla ogółu zdolności i nie jest przy tym skończonym leniem, to będzie mógł utrzymać i siebie samego i rodzinę, a na starość nie będzie musiał żyć na łasce swoich dzieci. To pozostało.
Niestety, również, okazało się, że nawet jeśli stary system runął, to z całą pewnością stworzył swoją przedziwną kontynuację. Na miejscu starej komuny, pojawiło się coś co w dość przerażający sposób potwierdza teorię, że historia się powtarza w postaci swojej karykatury. Otrzymaliśmy więc nowy projekt, którego nazwy nie znam i co do którego, nawet nie mam przekonania, czy on jest bytem realnym, a nie tylko moim złudzeniem. Ale rozglądam się, staram się wyciągać wnioski i nie mogę nie zauważyć, że jednym z bardzo widocznych elementów nowego systemu jest uparte przekonanie, że religia to zwykłe zawracanie głowy, a jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie popatrzy, jak te wszystkie kościelne porządki przypominają stare, partyjne pomysły. Przecież to jest, panie, dokładnie to samo! On nawet padają na kolana przed obrazami!
I to uważam za najbardziej niezwykłe, najbardziej spektakularne osiągnięcie ateistycznego komunizmu. Wmówienie bardzo wielu, z pozoru niekiedy zupełnie inteligentnym ludziom, że to co dla człowieka zawsze było tak bardzo naturalne – mianowicie wiara w zbawienie i miłość do Boga – to śmiechu warta parodia komunizmu. Spójrzmy troszkę wokół siebie. Przysłuchajmy się, co niektórzy ludzie mówią o Kościele, o księżach, o zasadach, o przebaczeniu, o Komunii Świętej, o Sakramencie Pokuty, o żalu z grzechy. Jak wielu z nich i jak często, twierdzi, że wszystko to co zawsze było tak prawdziwe i tak ludzkie, jest wyłącznie kalką z komuny. To jest właśnie ten sukces. Wykształcenie nowego, nowoczesnego człowieka, który świetnie wie, co jest życiem, a co jedynie przesądem i jeśli się da nabierać, to wyłącznie dla swojej własnej przyjemności.
A więc tu mamy do czynienia z kontynuacją. Cała reszta, to już pełna modyfikacja. To co przyszło po Marksie, po Leninie, po Stalinie, po tych gułagach, po tym głodzie, po tych zabójstwach – i w majestacie prawa i ot tak sobie – nie dość że nie przyniosło realizacji tych starych obietnic, ani choćby zapowiedzi nowej sprawiedliwości i nowego szczęścia, to wręcz poinformowało nas, że sprawiedliwość i szczęście to też zabobony. To co przyszło po, już nic nie obiecuje. Wyłącznie apeluje, przestrzega, grozi, a jeśli ktoś nie chce słuchać, ten zostaje zwyczajnie zignorowany. To co przyszło po, przede wszystkim mówi, że nic nie jest gwarantowane, nic się nikomu nie należy i że jeśli człowiek zdycha, to pretensje może mieć wyłącznie w stosunku do siebie. To co przyszło po – ja nie wiem jak się to nazywa, bo, jak mówię, nie znam się – nikomu już nic nie każe. Jedynie sugeruje. Że jak się chce żyć, to trzeba sobie radzić. Jak ktoś chce tracić czas na religię, czy zwykłe marzenia, to jego sprawa. Ale ma przy tym wiedzieć, że skoro sobie nie wiadomo co wyobraża, to jest zwykłym komunistą. Jeśli mówi o sprawiedliwości – jest komunistą. Jeśli mówi o prawach człowieka – jest komunistą. Jeśli mówi o biedzie, o strachu przed utratą pracy, o prawach ludzi słabych i wykluczonych – jest oczywiście też komunistą. A jak jeszcze te swoje dziwne pretensje zechce zamanifestować publicznie, to dostanie gazem pieprzowym po oczach, pałą po dupie, ewentualnie pięścią w mordę, a na sam koniec zostanie opisany przez światłą opinię publiczną jako chuligan – komunista. Oto nowe czasy. Już na samym początku tego tekstu zastrzegłem, że jestem bardzo kiepskim fachowcem, jeśli idzie o świat i jego zagadki. Widzę jednak, że tamto coś jeszcze na samym swoim początku przerodziło się w terror i zbrodnię, a później już tylko stopniowo gniło. I że gnijąc, stało się nawozem dla powstania prawdziwego potwora. Powstał świat – podobnie jak wcześniej – bez Boga, ale również bez jakichkolwiek obietnic i w rezultacie bez nadziei. I zalecenie – żadnych przesądów, poszło jeszcze dalej. Żadnych marzeń. Żadnych obietnic. Tylko nauka i praca. A to co zostanie, to już wyłącznie będzie zależeć od szczęścia i troszeczkę od nas. Nagle się okazało, że skoro już się nie musimy modlić, to też możemy mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, albo nie. Możemy mieć czas na rozrywkę i przyjemności, albo nie. Możemy się uczyć, albo i nie. A jak ktoś zachoruje, to państwo – tak jak kiedyś – zrobi wszystko, żeby choremu pomóc. Ale może też i nie pomoże, a w tej sytuacji niech ten chory pomaga sobie sam. Ewentualnie może pójść do wróżki, żeby się dowiedzieć, jakie są perspektywy.
No i zostali ludzie i ich dzieci. Wierni wyznawcy tej zamierzchłej już teologii ateistycznego komunizmu. Wieczne ofiary tego przedziwnego eksperymentu. Znakomici uczniowie swoich dawnych mistrzów. Dokładnie ci sami, tyle że dziś nazywający się prawicą, a nie lewicą. To są właśnie ci, którym wystarczy pamiętać o dwóch rzeczach. Pierwsza z nich to ta, że marzenia o sprawiedliwości to komunistyczna utopia, a druga – że Boga nie ma.
I nagle słyszę, jak oni na mnie mówią, że jestem homo sovieticus.

sobota, 23 października 2010

O znakach raz jeszcze

Swego czasu opublikowałem tu wpis wyrażający z jednej strony mój podziw i szacunek dla filmowej sztuki reżysera Shyamalana, a z drugiej rozczarowanie z powodu tego, jak jego filmy – z wyjątkiem może pierwszego, Szóstego zmysłu – są niesprawiedliwie traktowane przez tak zwane mądre towarzystwo. Refleksja ta doprowadziła mnie – co było pewnie nieuniknione – do bardzo ogólnych rozważań na temat tego, jak mainstream, szczególnie gdy ni stąd ni z owąd poczuje w sobie misję edukowania, potrafi pokazać całą swoją tępotę i najbardziej podstawowy brak wrażliwości.
To co mnie uderzyło w powszechnie obowiązującym sposobie oceniania filmów Shyamalana, to fakt, że nikt nigdy mu nie zarzucił, ze one są zrobione źle, niechlujnie, czy są zwyczajnie tanie. Pretensje zawsze krążyły wokół dwóch zarzutów, że tak to określę – scenariuszowych. Że mianowicie te filmy są głupie i nieemocjonujące. Nie nudne – nieemocjonujące. Zawsze brałem pod uwagę fakt, że mogę tu nie mieć racji. W końcu, czy coś jest głupie czy nie, zależy bardzo mocno od pozycji, z jakiej tę głupotę oceniamy. W sposób zupełnie naturalny, im bardziej ktoś jest mądry i wymagający, tym większą tu wykazuje wrażliwość. I odwrotnie. Podobnie z emocjami. Jedni emocjonują się na Bergmanie, inni na Spielbergu, a inni jeszcze na Shyamalanie. Może więc i też gdzieś tam jest jakaś cienka linia wyznaczająca obiektywizm oceny?
Kiedy pisałem tamten tekst, miałem pewnego ucznia, człowieka minimalnie ode mnie młodszego, którego świadomość estetyczna idealnie właściwie przylegała do mojej. Jak idzie o muzykę, sztukę, literaturę film i ogólnie życie, mogliśmy sobie gadać bez końca, w pełnej, wręcz niekiedy nużącej zgodzie. Był tylko jeden problem – otóż on uwielbiał polskie komedie, uważając na przykład, że Testosteron to film wybitnie śmieszny, ale ten jego sequel o kobietach jest jeszcze śmieszniejszy, no i że Kaczyńscy to matoły. Co warto dodać, on z tymi swoimi poglądami był znacznie bardziej ode mnie oczytany – znacznie nawet bardziej oczytany od tych, którzy i tak już są ode mnie bardziej oczytani – a więc też konsekwentnie w ogóle znacznie lepiej ode mnie wyposażony w tak zwaną wiedzę ogólną. No i zarykiwał się nieprzytomnie na tych Ladies. No i jeszcze coś – był całkowicie i do końca przekonany, że Znaki Shyamalana to najbardziej pospolite gówno.
Tak jakoś nieszczęśliwie wyszło, że wczorajszy dzień był pierwszym od dwóch miesięcy - i jak się obawiam, nie ostatnim w najświeższej sekwencji - kiedy to miałem zupełnie wolne popołudnie, no i siedziałem bezczynnie w domu. No i na to wszedł młody Toyah i powiedział, że sobie obejrzymy Znaki. Ponieważ w naszym domu Znaki lubimy wszyscy, popatrzyliśmy sobie na ten film po raz kolejny, i po raz kolejny z pełną – może nawet ze względu na okoliczności pełniejszą – satysfakcją.
Wprawdzie część z czytelników tego bloga wie, o czym jest ten film, ale na wszelki wypadek, króciutko opowiem, choćby też z tego względu, że wspomniana wiedza może być niepełna. Otóż Mel Gibson jest tam pastorem, który skutkiem wypadku samochodowego, w którym zmarła jego żona, utracił wiarę. Mieszka więc sobie, pogrążony w żałobie, z dwójką dzieci i bratem na farmie. I wtedy, spada na niego i jego rodzinę kolejne nieszczęście, nieszczęście tym razem nie indywidualne, lecz jak najbardziej globalne, a mianowicie na Ziemię przybywają kosmici, z jednym zamiarem – zabić wszystkich ludzi i wykorzystać w formie pożywienia. Atak, jak mówię, jest globalny, a więc Ziemia zaatakowana jest w jednej chwili i w całości. No ale my jesteśmy na tej farmie, gdzie Mel Gibson mieszka ze swoimi bliskimi i wie, że tym razem, to już nie jest jego koniec, ale koniec wszystkich. Jego dzieci to chłopczyk i dziewczynka. Zwykłe wiejskie dzieci, z tym szczegółem, że chłopczyk cierpi na astmę, a dziewczynka ma tego fioła, że ona nie może pić wody, bo każdy jej rodzaj, z tego czy innego powodu jej cuchnie. Mel Gibson staje na głowie, żeby ona jednak piła tę wodę, przynosi jej najróżniejsze jej rodzaje, ale ona spróbuje troszeczkę i odstawia szklankę, bo jej nie smakuje. W związku z tym, cały dom jest zastawiony porzuconymi przez to dziecko szklankami z wodą.
No i następuje ten atak, którego gwałtowność i powszechność jest absolutnie porażająca. Ziemia zostaje spacyfikowana przez te szkaradne postacie bez twarzy, które przypominają właściwie ludzi, tyle że są trochę bardziej barczyści, no i nie mają tych twarzy. Potrafią też bardzo szybko się poruszać i są wyposażeni w jedną broń. Mianowicie potrafią emitować jakiś zabójczy gaz. No i tym gazem, po kolei wszystkich zabijają. Mel Gibson z dziećmi i bratem, też zaatakowani przez grupę tych dziwolągów, ukrywają się w piwnicy domu na tej ich farmie, i znaczna część filmu dzieje się własnie tam, w piwnicy. Jakakolwiek walka raczej nie istnieje. Tam prawie w ogóle nie ma typowej dla tego typu filmów przepychanki, typu kto kogo. To co widzimy, to właściwie od samego początku pełna rezygnacja… no i ta dominująca utrata wiary. Co gorsza, kiedy oni schodzili do piwnicy, żeby się tam choć na chwilę schronić, zapomnieli wziąć ze sobą lekarstwa i inhalator dla chłopca. No więc wśród tych kompletnych ciemności, z atakującymi ich kosmitami, trwa też walka o to by to dziecko nie udusiło się jeszcze za nim wezmą się za nich ci kosmici. To właśnie wtedy, Mel Gibson, tak jak to tylko on potrafi, z tymi swoimi zapłakanymi wzruszeniem oczami, trzy razy krzyczy do Boga, że go nienawidzi.
No i nagle, wszystko się kończy. Okazuje się, że atak został jakoś odparty. Nie wiadomo jak, ale fakty są oczywiste. Atak się skończył. Gibson z rodziną wychodzą na zewnątrz i widzą, że wszystko jest takie jak było wcześniej, tyle że w domu pozostał jeszcze jakiś zagubiony Obcy, który trzyma na rękach nieprzytomnego chłopca i robi jedyne co umie robić skutecznie, a więc go traktuje tym gazem. Dochodzi do walki, brat Gibsona, były baseballista, bierze kij, tym kijem tłucze Obcego, który jeszcze jakoś się trzyma, ale nagle, w trakcie tej walki, przewraca się jedna z tych walających się wszędzie szklanek z wodą, opryskuje Obcego, potem następna, i jeszcze następna… i okazuje się, że to jest coś, czego oni nie są w stanie przeżyć – mianowicie woda. Tak jak woda pokonała ich wcześniej na całej Ziemi, tak i te pozostawione szklanki ostatecznie zabiły i tego ostatniego.
Ale okazuje się coś jeszcze. Otóż przez swoją astmę, syn Gibsona miał skutecznie zatkane drogi oddechowe, a więc i ta trucizna go ominęła. A więc zgoda – mamy klasyczny happy end. Ale coś jeszcze. Mamy mianowicie też te znaki. I jeśli komuś się wydaje, że tu chodziło o te głupie, oczywiste ślady w zbożu, to jest w najbardziej głębokim błędzie. Bo tu chodzi o coś znacznie, znacznie więcej. Chodzi o tę wodę w szklankach, wodę na świecie, o te zatkane drogi oddechowe, astmę, a nawet o ostatnie słowa umierającej Gibsonowi żony: „I powiedz Merillowi, by brał duży zamach”. A więc, z pewnego punktu widzenia, o same nieszczęścia.
I jeszcze o coś. Otóż mianowicie trzeba wiedzieć, że ten atak trwał zaledwie jeden dzień. Oni wylądowali na Ziemi, ruszyli do ataku, i właściwie w jednej chwili okazało się, że są do dupy. Bo jedyne co posiadali, to tę swoją bezwzględną i bezlitosną naturę i niezwykle rozwinięte mózgi. A już na przykład zabrakło im zwykłej, ludzkiej siły. Okazało się, że oni tam w Kosmosie wymyślili sobie, że trzeba inwestować w Rozum, i już przy pierwszej próbie kontaktu z człowiekiem dowiedzieli się, że lekki strzał w pysk ich rozbija w drobny mak. A co dopiero porządny kop w ryj. A co dopiero życiodajna woda. I że te ich wybitnie rozwinięte mózgi nie pomogły im nawet skutecznie skalkulować tej informacji.
Bardzo dobrze jest sobie obejrzeć film Shyamalana. Zwłaszcza wtedy, gdy może się wydawać, że z jednej strony otaczają nas Obcy, a z drugiej nasza niewiara nie pozwala nam dostrzec nawet najbardziej prostych znaków. A co z tymi, którym Shyamalan się mimo wszystko bardzo nie podoba? Czasem wydaje mi się, że ta ich niechęć jest jak najbardziej oczywista. A czasem, stoję jak wmurowany i się już tylko dziwię. Wszystko jednak po to, by już za chwilę dojć ponownie do wniosku, że to jednak jest jak najbardziej zrozumiałe. Znaki potrafią przerażać. Szczególnie tych, którzy sobie na to jakoś tam zasłużyli.

piątek, 22 października 2010

Don Paddington: Suplement

Rozmyślając o Buforze, Opresywnej Cywilizacji i Nieprzystosowanych a więc Zbędnych, przypomniałem sobie pogodnych happenerów, którzy podczas znanej w całym postępowym świecie manifestacji na Krakowskim Przedmieściu karnie podskakiwali, by dać Systemowi świadectwo, że są przeciwko Buforowi. Okazją zaś do tego przypomnienia, był polecony mi przez kogoś następujący filmik
Filmik, jak filmik: nic nowego. Podskakują, krzyczą i bawią się pluszową kaczuszką – jak to dzieci. Ciekawie zaczyna się robić ok. 5.00 min. filmu. Oto jakaś dziewczyna wdrapuje się na latarnię, co staje się wystarczającym powodem, by zebrana wkoło wesoła gromadka zaczęła domagać się od dziewoi okazania swoich wdzięków. To samo pragnienie wyartykułował tłum „młodych i wykształconych” pod adresem jakiejś kobiety, która równolegle do dziewczęcia na latarni, pojawiła się w pobliskim oknie. Jak pamiętam, ten właśnie moment manifestacji był dwa miesiące temu dość obficie komentowany, ale dopiero teraz – dzięki wspomnianemu filmikowi – miałem okazję zobaczyć to na własne oczy. Zwróciłem uwagę na dwie rzeczy:
Po pierwsze, obydwie kobiety, choć w sposób ewidentny należały do grona podskakujących (bądź też z nimi sympatyzowały) i życzliwie machały rączkami i nóżkami do adorujących je „wielkomiejskich”, nie spełniły pragnień tłumu i swoje walory zachowały do swej prywatnej wiadomości.
Po drugie, pewnie nieświadomie jeden z obecnych tam panów wyraził obecne w Systemie od wielu pokoleń przeświadczenie (5.31 min.; myśl ta przez autora filmu podkreślona jest napisem), że jeśli istnieje niczym nieskrępowany, całkowicie nieograniczony dostęp do wyżej wymienionych walorów, to nic – nawet największa świętość – nie ma już znaczenia. W starciu z bezwstydnie i powszechnie oferowanym, oraz łatwo osiągalnym doznaniem seksualnym, Bufor (przepraszam za niestosowną dwuznaczność) na pewno przegra.
Przechodząc do adremu:
Mam kolegę, który jest zakochany w Czechach: w Czechach jako ludziach i Czechach jako kraju. Często wyjeżdża za południową granicę i cieszy się licznym gronem czeskich przyjaciół i znajomych. A gdy wraca i mamy potem okazję się spotkać, opowiada mi przeróżne, najczęściej urocze facecje o czeskich przypadkach. Bywa też, że owi Czesi przyjeżdżają do mojego kolegi i wtedy – jeśli akurat do niego zawitam – mam sposobność osobiście z nimi pogadać.
Akurat tak się złożyło, że gdy ostatnio odwiedziłem kolegę, gościł u niego jakiś Paweł (Pavel) z Ołomuńca, odznaczający się mocną głową, oryginalnym poczuciem humoru, dobrą polszczyzną, oraz tym, że nie lubi pewnych nacji. Paweł na przykład, choć sam Czech, to Czechów nie lubi, co tłumaczy względami zasadniczymi, oraz swoim słowackim (po dziadku) pochodzeniem. Słowaków też nie lubi, co w tym przypadku tłumaczy – poza względami zasadniczymi – swoim węgierskim z kolei (po którejś prababce) pochodzeniem. Nie będzie zaskoczeniem jeśli dodam, że i Węgrzy nie cieszą się sympatią Pawła, boć przecież i słowackie pochodzenie, i głupi, madziarski język, oraz oczywiście względy zasadnicze. Zresztą, owe względy (zasadnicze zawsze, a mniej zasadnicze niekiedy) powodują, że u Pawła na minusie są także (o czym niżej) inne narody. Jest za to – ze względów zasadniczych, tudzież innych (choć nie chodzi tu o babkę z Chrzanowa) – zachwycony Polakami.
Oczywiście zapytałem Pawła, o te tajemnicze względy zasadnicze. Było mi miło, że jakiś Czech – właśnie Czech! – tak ciepło wyraża się o moim narodzie, ale sądziłem, że to po prostu kurtuazja Pawłem kieruje. Bo przecież skala przestępczości w Polsce, pijaństwo, liczba rozwodów itd., zbyt dobrze o nas nie świadczą. Gdy to Pawłowi powiedziałem, roześmiał się i oskarżył mnie o uleganie antynarodowej propagandzie. „Polacy – mówił – mają w sobie jakąś przedziwną skłonność, by dobre cechy widzieć tylko u innych, a u siebie tylko wady. Co się z wami dzieje? Macie powody, by być dumnym z siebie narodem, a wy ciągle, jak w obrazek, wpatrzeni jesteście w jakichś Niemców czy Żabojadów, siebie przy tym mając za nic. Poczytajcie sobie statystyki, to może wam przejdzie”. I zaczął podawać cyfry.
Nie pamiętam już w tej chwili szczegółów, ale przyznam się, że byłem zaskoczony. Bo chyba rzeczywiście ulegałem dotąd antynarodowej propagandzie i dość bezrefleksyjnie przyjmowałem pewne opinie o Polsce i Polakach. Z tego bowiem co Paweł mówił wynikało, że jesteśmy np. jednym z najtrzeźwiejszych społeczeństw w Europie. W spożyciu alkoholu na głowę mieszkańca, nie mieścimy się nie tylko w pierwszej dziesiątce, ale chyba nawet w pierwszej dwudziestce nas nie ma. Podobnie rzecz się ma z przestępczością w Polsce: środek, albo koniec europejskiej stawki (także jeśli chodzi o rzekomą polską specjalność w tym względzie, tzn. kradzież samochodów: Paweł strasznie ten mit obśmiał). Co czwarte małżeństwo w Polsce się rozpada. To bardzo niedobre zjawisko, zwłaszcza w katolickim kraju.. Ale wg. Pawła w większości państw europejskich rozpada się co drugi związek. I tak właściwie jest we wszystkich dziedzinach. „Statystyka pokazuje – mówił Paweł – że wcale nie jesteście najgorsi. Wręcz odwrotnie. Macie oczywiście problemy gospodarcze. No i olbrzymi problem demograficzny. Ale nawet pod tym względem nie odbiegacie w jakiś znaczący sposób od europejskiej średniej. Tyle tylko, że to wszystko jest bez znaczenia. Nie dlatego was lubię.”
„W takim razie dlaczego? – spytałem.
„Ze względów zasadniczych.” – odpowiedział.
Okazało się, że owe względy zasadnicze są związane z kobietami, które jako „aktorki” robią karierę w tzw. branży porno. O owej branży Paweł dużo wie, ponieważ kilka lat temu, przebywając w Niemczech, pracował - jako fachowiec od oświetlenia – przy produkcji wiadomych filmów. Naoglądał się wtedy różnych rzeczy, a ponieważ wychowany został w kulcie ciepłej i matczynej Kobiety-Czeszki, takim go ta praca napełniła obrzydzeniem, męskim poczuciem winy, gniewnym współczuciem do grających w „pornosach”, kreowanych na „gwiazdy” kobiet, oraz złością na kupujący to gówno świat, że nie tylko rzucił tę robotę, ale zaczął organizować jakieś pikiety protestacyjne pod sex-shopami i porno-wytwórniami. Był na tyle upierdliwy, że Niemcy zasugerowali mu powrót do Ojczyzny, co w końcu – pozbawiony środków do życia – uczynił.
Pracując i pikietując w Niemczech, Paweł odkrył pewne „prawo”, które można stosować jako kryterium ujawniające zasadniczą wg. niego cechę poszczególnych narodów, jaką jest stopień ich moralnego zepsucia/moralnej przyzwoitości.„Prawo” to brzmi następująco: „Im mniej mieszkańców danego kraju przypada na jedną „gwiazdę porno” kraj ten „reprezentującą”, tym stan moralny tego kraju jest gorszy.” Dlaczego gorszy? Bo Paweł tak to sobie założył, uważając na przykład, że „jakość” moralna społeczeństwa, jest w sposób wyłączny wprost proporcjonalna do „jakości” moralnej kobiet, które są tegoż społeczeństwa częścią (w sposób wyłączny tzn., że mężczyźni swoimi zachowaniami na tę jakość mają wpływ znikomy; tu się z nim nie do końca zgodziłem, ale Paweł miał swoje argumenty). Wyjaśniał przy tym, że owa „jakość” moralna kobiety jest wypadkową jej szacunku do siebie samej, oraz zewnętrznych uwarunkowań (związanych z religią, prawem, obyczajem), które owego szacunku bronią. Sama zaś gotowość jakichś kobiet do pracy w branży porno (a miał tu na myśli tylko te panie, które bez przymusu i świadomie w ten biznes wchodzą), jest wg. niego jawną oznaką, że te kobiety – cokolwiek by o tym nie mówiły – samych siebie nie szanują. Im więcej zaś w społeczeństwie kobiet, które siebie nie szanują (a praca w branży porno jest wg. Pawła najbardziej skrajnym przejawem braku szacunku do siebie samego), tym większy jest też moralny upadek tegoż społeczeństwa. „Te kobiety nie biorą się znikąd. – mówił Paweł – Przecież one są w jakiejś mierze produktem społeczeństwa, w którym wyrosły i ukształtowały się. One o tym społeczeństwie, o poziomie pewnych przyzwoleń społecznych, dają świadectwo.”
Państwo „rozumią”, że byłem przerażony słuchając tego rodzaju faszystowsko-seksistowsko-mizogyniczno-nienawistnych wypowiedzi, a przerażenie moje wzrosło, gdy Paweł wyjaśnił, że jak na porządnego Czecha przystało, patrzy na to wszystko jako zakamieniały ateista, a swoje kryterium kalibruje w oparciu o sytuację w Niemczech. Sytuacja zaś jest tam taka, że jedna legitymująca się niemieckim paszportem „pornogwiazda”, przypada na jeden milion mieszkańców. „I jest to już ten poziom społecznego zepsucia – mówił Paweł – który w mojej ocenie jest nie do zaakceptowania. Od tego poziomu zaczynamy: to co jest poniżej Niemców traktujemy in minus, a to co jest powyżej Niemców, traktujemy in plus”.
Straszne!
Straszne tym bardziej, że jeśli zastosuje się pawłowe „prawo”, to pod kreską pojawią się tak podziwiane przez nas narody jak Amerykanie, Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Norwegowie, Holendrzy, Szwedzi, Francuzi, Finowie, czy nawet ozdobieni urodą swych pań Duńczycy. A do tego dochodzą wspomniani na wstępie Węgrzy, Czesi i Słowacy. Węgrzy i Czesi są zresztą zupełnie bezkonkurencyjni, bo u naszych południowych sąsiadów, jedna „gwiazda” przypada na trzydzieści tysięcy mieszkańców, a u bratanków jedna „gwiazda” na dwadzieścia tysięcy (ciekawe, prawda? Niemiecki poziom 1:1000000 jest już dnem, a tu od dołu ciągle pukają, pukających jest wielu, a na samym końcu Czesi z ich 1:30000, i Węgrzy z 1:20000).
Zapytałem Pawła, skąd czerpie te dane, na co wydął pogardliwie wargi i powiedział (po czesku; niestety nie potrafię dzisiaj tego powtórzyć): „To elementarne, drogi Watsonie”.
A gdzie w tym „rankingu” jest Polska? Według Pawła, Polska jest całkiem przyzwoita, wręcz nadspodziewanie przyzwoita, ponieważ u nas jedna „gwiazda” przypada na dwa miliony, dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców (1:2250000). Jesteśmy więc nad kreską i to zdecydowanie (w porównaniu np. z Rosją, Ukrainą, Szwajcarią czy Hiszpanią, których wynik oscyluje w granicach 1:1500000). Paweł mówi, że jesteśmy zdrowi i że to się czuje. I właśnie dlatego jest nami zachwycony.
Co z tego wynika? Nie wiem czy z takiego dziwactwa może cokolwiek wynikać. Bo nie mam pojęcia, czy to jest prawda i czy w jakikolwiek sposób choćby dane na których Paweł się opiera, można zweryfikować. Ale bez względu na to, czy Paweł ma rację, czy też jej nie ma, podoba mi się jego sposób myślenia. Myślenie to sprowadza się do następującej konstatacji: dla istnienia państw i narodów (zwłaszcza narodów) ważniejsze są niekiedy drobne, na co dzień lekceważone rzeczy (np. to, jak szybko i jak chętnie - wobec obcego mężczyzny - kobieta rozpina guziki swej bluzeczki), a nie to, co z wielkim zadęciem jest przez ludzi jako ważne traktowane (np. to, w jaki sposób skonstruowany jest system podatkowy).
Chciałbym, byśmy w tym miejscu dobrze się rozumieli: nie chodzi o to, że kształt systemu podatkowego (czy jakakolwiek inna – w wymiarze politycznym, czy gospodarczym – podobna sprawa) jest czymś mało ważnym. Wręcz odwrotnie. To są bardzo istotne kwestie. Rzecz w tym, że jeśli z jakichś powodów owe ważne sprawy są w ruinie (jak mawiają w poznańskim: „istny syf i malaria”), ale społeczeństwo jest wewnętrznie zdrowe, to tak naprawdę nie ma się czym martwić. Zdrowe społeczeństwo poradzi sobie z każdym „syfem” i każdą „malarią”. O zdrowiu zaś społeczeństwa świadczy – wg. Pawła – zdolność kobiet do szanowania samych siebie.
W czasie ostatnich miesięcy działy się rzeczy straszne. Przypatrując się im, można popaść w głębokie przygnębienie: bo mgła nabrała konsystencji stali, bo „gówniarze” ze sztabu olali sprawę, bo prawicowi dziennikarze i najprawdziwsi prawicowi prawicowcy zdiagnozowali sytuację, bo 50% społeczeństwa wypięło się na własne państwo, bo burych suk się namnożyło, ruskich buców wysypało a młodzi i wykształceni z dużych miast w podskokach dali głos. Oprócz tego, w stanie przygnębienia utrzymują nas wydarzenia z ostatnich dni: 18 ludzi z Drzewicy zginęło - „bo nie mieli zapiętych pasów bezpieczeństwa”; dziewczynka zaginęła w lesie – „bo pochodzi z wielodzietnej, a więc patologicznej rodziny”; mama Natalii od roku nie może znaleźć pracy - ponieważ nie wchodzi na stronę www.praca.gov.pl.; „spokojny starszy pan z Częstochowy” wykopuje w Łodzi taboret spod pisowców - ponieważ nie można dłużej „z życia publicznego robić piekła negatywnych emocji”.
I w tym wszystkim przed naszymi oczami przechodzą „gwiazdy” w osobach Panów Sikorskiego, Grasia, Palikota, Tuska, Niesiołowskiego, Kutza czy Komorowskiego, że o innych nie wspomnę, bo i nie warto. Patrząc zaś na te „gwiazdy” konstatujemy nie tyle to, że dla tych Panów nie ma już niczego, co byłoby święte i uszanowania godne, lecz raczej to, że my nie mamy żadnego pomysłu, by skutecznie przeciwstawić się prezentowanemu przez nich nihilizmowi (a imię tego nihilizmu: „Legion, bo jest ich wielu” – nie tylko z Biłgoraju). Bo co my właściwie możemy? Poza podrapaniem się w nos, możemy co najwyżej - jak ongiś Tadeusz Rejtan - położyć się przed drzwiami, których otwarcie i przekroczenie oznacza podjęcie haniebnych, złych dla Polski i Polaków decyzji.
I tak właśnie na dobrą sprawę od 10 kwietnia robimy: leżymy, własnym ciałem zagradzając dojście do drzwi. I choć wśród otaczających nas przeciwników widzimy zdrajców, głupców, jurgieltników, czy nawet ludzi „o skrwawionych rękach”, mamy ciągle nadzieję, że się opamiętają, że Polska i zwykła ludzka przyzwoitość, okażą się dla nich być ważniejsze od władzy i pieniędzy. Niestety, nic z tego. Tak jak kiedyś po Rejtanie, tak i po nas przeszli, śmiejąc się wzgardliwie, kopiąc, szturchając i z pogardą plując nam w twarz.
Gdy coś takiego nas spotyka, tym czego najbardziej potrzebujemy jest nadzieja. Nadzieja, że KTOŚ, COŚ obroni nas, obroni Polskę, obroni świat. Potrzebujemy Buforu, który osłoni nas przed gniewem Nowego Wspaniałego Świata i zapewni nam czas niezbędny do przegrupowania i nabrania sił. I tak sobie myślę – wspominając rozmowę z naszym czeskim wielbicielem – że o istotnej mocy tego Buforu wcale nie decydują pomysły i działania Jarosława Kaczyńskiego i innych zacnych ludzi, ani nasze męskie - intelektualne, polityczne czy gospodarcze przewagi. Siła Buforu tkwi w tym, że jako społeczeństwo, dzięki przyzwoitości naszych Kobiet jesteśmy zdrowi. Siła buforu tkwi w tym, że jest nadzieja, której kobiecy, niezłomny kształt kiedyś nam Grottger wymalował. Skoro One są niezłomne, to Bufor wytrzyma i całe to systemowe kłamstwo, którym codziennie jesteśmy karmieni, wcześniej czy później trafi szlag.
Oczywiście, że można podać mnóstwo przykładów Polek, które źle się prowadzą. Ale – jak sądzę – owo „mnóstwo” i tak rozmywa się w morzu dzielnych Niewiast, na które „gwiazdy” rozmaitej proweniencji i profesji mają wpływ znikomy. I to jest nasz, duchowy i polityczny kapitał. I warto z tego kapitału zdać sobie sprawę właśnie teraz, gdy „nie tylko nas obrażają, ale zaczynają także zabijać”. Warto pomyśleć o wszystkich wspaniałych Kobietach – Polkach, które owszem: są na co dzień irytujące swoją przyziemnością, rozbrajające naiwnością i wdeptujące w ziemię życiową konkretnością. Jednocześnie jednak, Panie te szanują siebie, potrafią się wstydzić, uważają się za bezcenne, są pobożne, pracowite, bezinteresowne, swoim bliskim bez reszty oddane, słowem: przyzwoite. I w tym właśnie jest zalążek klęski tych wszystkich zjawisk, które dzisiaj napawają nas strachem, oburzeniem i obrzydzeniem.
Przyglądam się jeszcze raz tej dziewczynie z filmiku. To dziewczątko siedzące na latarni jest przecież głupie jak but, pewnie też w dużej mierze zepsute. Ale jest w niej jakaś siła, dzięki której – mimo usilnych nalegań – koszulki z siebie nie zdjęła. Czyli nie do końca jednak głupia. A może nawet mądra. Mądra mądrością, której – jak to ładnie Orjan powiedział – probierzem jest sumienie.
Polki rulez!