piątek, 30 listopada 2018

Czy liżydupstwo to dobry sposób na Prezesa?


Jutro i pojutrze jestem na Targach Historycznych w Warszawie i nie wiem czy jeszcze uda mi się coś napisać. A zatem już dziś przedstawiam swój felieton z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” i do zobaczenia albo jeszcze jutro rano, albo dopiero w poniedziałek.

     Wprawdzie od procesu, jaki Lechowi Wałęsie wytoczył Jarosław Kaczyński upłynęło już dość dużo czasu, jego echo nie milknie, a ja podejrzewam, że nie umilknie przynajmniej do 6 grudnia kiedy sędzia Weronika Klawonn nie wyda wyroku nakazujacego Wałęsie Kaczyńskiego przeprosić. A że tak się stanie, jestem dziś przekonany.
      Oczywiście, ponieważ przede wszystkim znam sytuację, w jakiej znajduje się polskie sądownictwo, a dodatkowo znam polityczne upodobania wspomnianej sędzi, biorę pod uwagę możliwość, że gdy dojdzie co do czego, okaże się, że to Jarosław Kaczyński ma przepraszać Wałęsę. Niemniej, znając przebieg tej rozprawy i kierując się zdrowym, a nie partyjnym rozsądkiem, uważam, że Klawonn Wałęsę załatwi na czysto.
      Czemu więc zajmuje mnie ta kwestia aż tak, że poświęcam jej osobny felieton? Otóż moim problemem jest to, że podczas gdy sędzia Klawonn w sposób ewidentny sprawę przeciwko Wałęsie prowadziła wedle powszechnie przyjętych standardów sztuki sędziowskiej, spotkał ją z tak zwanej „naszej” strony hejt wręcz niewyobrażalny. I co najgorsze, nie mam na myśli głosu Internetu, ale jak najbardziej pierwszej ligi prawicowych mediów, oraz polityki. O co są pretensje? Główna sprowadza się do tego, że sędzia Klawonn trzymała cały czas stronę Wałęsy i prowadziła rozprawę tak, jakby to Kaczyński był osobą pozwaną. Gdy jednak chodzi już o konkrety, zarzuty są zaledwie trzy: po pierwsze, sędzia Klawonn nie ukarała Wałęsy gdy ten odmówił odpowiedzi na pytania, po drugie, sędzia towarzyszący zapytał Kaczyńskiego, czy on wciąż  bardzo cierpi z powodu śmierci brata i po trzecie wreszcie, Kaczyński był odpytywany trzy godziny, podczas gdy Wałęsa zaledwie pół. Poza tym nie ma nic. Zero.
       Od dawna twierdzę, że 90% naszego dramatu w każdym możliwym wymiarze zawdzięczamy naszej ignorancji i głębokiemu przekonaniu, że ona nam w żaden sposób nie przeszkadza w wyrażaniu opinii. W tym wypadku mamy do czynienia wręcz z manifestacją tego nieszczęścia. Otóż po pierwsze, sędzia mogłaby ukarać Wałęsę gdyby on odmówił zeznań jako świadek, a nie osoba pozwana. Jako pozwany, on może wręcz sądowi powiedzieć, żeby mu dał święty spokój, bo on jest głupi i nie rozumie co się do niego mówi. Po drugie, ponieważ proces dotyczył obrazy uczuć, sąd musiał poprosić Kaczyńskiego, by owe uczucia opisał. Po trzecie ostatecznie, to nie sędzia przez trzy godziny trzymała na nogach Kaczyńskiego, lecz adwokat Wałęsy.
     O co więc chodzi? Mógłbym pomyśleć, że posłowie Czarnecki i Tarczyński, czy redaktor Jachowicz to prości durnie, jednak za tym stałoby ewentualnie tylko podejrzenie, że nimi kieruje czyste lizusostwo. Jeśli bowiem oni sądzą, że Kaczyński się na to weźmie, to muszą być wybitnie głupi. A zatem pozostaje już tylko metoda. Oni świetnie wiedzą, że Klawonn nie można nic zarzucić, natomiast zależy im wyłącznie na tym, by robić zwykłe bydło.
      Po co? Aaaa… to już jest temat na osobny felieton.



Jak wspomniałem, w Warszawie pod Zamkiem trwają Targi Książki Historycznej, na których od kilku już dobrych lata regularnie spotykam się z Czytelnikami. Zapraszam wszystkich i tym razem w sobotę i niedzielę od 10 do 18. Siedzę lub stoję na stoisku Kliniki Języka nr 11

czwartek, 29 listopada 2018

Lewizna vs. Lewizna


     Rozmawialiśmy tu parę razy o tym, jak ów lewacki - przepraszam za to określenie, ale nie przychodzi mi do głowy nic choćby nieco bardziej uniwersalnego - obłęd, z jakim mamy do czynienia tu u nas od parunastu już lat, jest zjawiskiem, które ani nie powstało tu na naszej ziemi jako pierwsze, ani też tym bardziej nie zostało tu u nas wymyślone. Wręcz przeciwnie. Jeśli przyjrzeć się dokładnie, jak wygląda dziś spór między - znów pozwolę sobie na znaczne uproszczenie - zwolennikami zabijania dzieci poczętych, a ich ratowania, sytuacja w jakiej się znajdujemy my, jest zdecydowanie bardziej znośna od tej, z którą mamy do czynienia choćby w takich Stanach Zjednoczonych. A jestem pewien, że o prawdziwej skali owego szleństwa będziemy się mogli przekonać po wiosennych wyborach europejskich.
       Póki co, mówimy o Ameryce, która jest duża, silna i wszędzie obecna, zarówno ze swoimi cywilizacyjnymi sukcesami, jak i porażkami. Oto mają oni telewizję Fox, a w niej gadkę, jaką im regularnie prezentuje niejaki Tucker Carlson. Tucker Carlson to dziennikarz o poglądach mocno konserwatywnych, nadzwyczaj wyszczekany, a jego telewizyjny projekt sprowadza się do tego, że on zaprasza do swojego programu najbardziej zażartych piewców lewackiej ideologii i się z nimi przekomarzać, najczęściej oczywiście ich kompromitując. Wszystkie jego występy można znaleźć bez problemu na Youtubie, więc jeśli ktoś ma ochotę, serdecznie polecam, niemniej ostrzegam, że to co tam na nas czeka, to świat, w którym taka na przykład Magdalena Środa nie miałaby miejsca ze względu na zbyt prawicowe poglądy. Ow Tucker nie rozmawia z ludźmi, którzy wzywają do tego, byśmy się wszyscy kochali i by geje, lesbijki oraz imigranci cieszyli się wolnością taką jak nasza, czy że religia to opium sdla narodów. Oni nawet nie apelują oto, by przy okazji najbliższych wyborów odsunąć Trumpa od władzy. Nie. Oni nigdy nie schodzą poniżej poziomu, gdzie wzywa się do eksterminacji wszystkich tych, którzy na przykład uważają swoje życie rodzinne za obiektywny sukces, a stosowanie zaimków on/ona uważa się za faszyzm. Przesadzam? Ani trochę. Poziom sporu politycznego w Stanach Zjednoczonych sięga poziomów dka nas nieznanych.
     A zatem mamy owego Tuckera i mamy Amerykę, gdzie Zło nie jest już tylko jeszcze jedną propozycją, ale stanowi część życia, i nikomu nawet do głowy nie przyjdzie traktować go jako rozwiązania alternatywnego. I powtórzę, gdy chodzi o poziom tak zwanego „sporu”, to znów, to z czym mamy do czynienia w Polsce, to jest zwykła rozmowa przy kawie i ciasteczku. Nawet jeśli po drugiej stronie stolika siedzi cała redakcja „Wysokich Obcasów”. W tym akurat wymiarze, świat nas wyprzedził dokładnie w taki sam sposób, jak to robi od lat.
      Skąd nagle pomysł, by powrócić do tego tematu? Otóż znalazłem w Sieci rysunek ze znanego tygodnika „The New Yorker” o następującej treści:




      Gdy chodzi o „New Yorkera”, mimo że to jest banda lewackich opętańców, ja od lat nie znam niczego równie fantastycznego jak owe rysunkowe żarty. Wydaje mi się, że ja jeszcze chodziłem do liceum, gdy w starych toeplitzowskich „Szpilkach” pochłaniałem całym sercem te obrazki, no i do dziś pozostaje wierny tej estetyce i tej literze. I oto wczoraj znalazłem ów żart, gdzie, jak widzimy, na najniższym kręgu piekła buduje się mieszkanie dla Donalda Trumpa. I to jest właśnie taki żart.
       Przepraszam bardzo, ale przypomina mi się w tym momencie upadek Wojciecha Młynarskiego, wielkiego artysty i poety, który w momencie gdy zaangażował się w politykę, nie dość że natychmiast stracił swój złoty róg, to jeszcze, jak słyszymy to tu to tam, zwyczajnie też zmysły. Jest jednak coś co sprawia, że to co spotkało Młynarskiego w najmniejszym stopniu nie przypomina tego, co się stało z rysownikami „New Yorkera”, a więc z ludźmi, którzy zanim otworzą rano oczy, już widzą rok 1921 i prezydenta rozrywającego swoimi tłustymi paluchami wolny świat. Młynarski, owszem, został pożarty przez politykę i od tego zwariował, jednak nawet jego wierszyk o sędzi Tulei to był majstersztyk przy tym co zaprezentowałem wyżej. Proszę popatrzeć na to coś. Przecież to jest upadek kompletny. Bo co oni chcą nam powiedzieć? Że Donald Trump pójdzie do piekła? Przepraszam bardzo, ale, pomijając już poziom tego grepsu, co to się dzieje? Czyżby nagle ta banda lewackiego śmiecia zaczęła wierzyć w ostateczne potępienie?
       No, nie wiem, co mam im powiedzieć. Może tylko to, żeby się nie martwili, bo Jezus jest Panem. A jeśli idzie o naszych bojowników o tęczę nad światem, to niestety same złe wieści: jeszcze wiele przed wami. Musicie się zdecydowanie bardziej starać, byśmy was mieli zacząć traktować poważnie.

Już pojutrze z częścią z nas spotkam się w Warszawie w Arkadach Kubickiego na targach książki. Tymczasem jednak tych co mają za daleko zapraszam na zakupy albo do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo tu do mnie pisząc na adres k.osiejuk@gmail.com.
   
     

środa, 28 listopada 2018

Gdy piosenka szła na wojnę


     Gdy chodzi o polską piosenkę, moje zdanie znane jest tu aż nazbyt dobrze i nie ma sensu, bym je tu ponownie prezentował. Rzecz natomiast w tym, że, podobnie jak pewnie znaczna część z nas, zanotowałem niewątpliwy sukces tego dziecka z Jasła. Co więcej, zaintrygowany tym, co owa dziewczynka zaprezentowała, może niekoniecznie na poziomie artystycznym, ale czysto wykonawczym, owszem, obejrzałem sobie parę z nią wywiadów i powiem uczciwie, że tym razem się nie zawiodłem.
     Co mam na myśli mówiąc o poziomie wykonawczym? Otóż cytowany tu od czasu do czasu Bob Greene opowiedział historię, jak to któregoś dnia zaszedł do pewnego przeciętnego baru w Chicago i tam nagle, przy kompletnie pustej sali, miał okazję wysłuchać krótkiego wokalnego występu, jaki przy akompaniamencie pianina, dała miejscowa babcia klozetowa. I pisze Greene, że poza tym, że ona śpiewała naprawdę znakomicie, na nim główne wrażenie zrobiło to, że ona, stojąc tam w tej pustej sali, pokazywała całą swoja postawą i każdym swoim gestem, że wie znakomicie, czym jest scena i co to znaczy być artystą.
       Otóż kiedy oglądałem występ tej dziewczynki, a może jeszcze bardziej jej zachowanie podczas telewizyjnych wywiadów, przypomniał mi się tekst Greene’a i uwaga o tym, jak ważna jest u wykonawcy świadomość sceny. Ona bowiem przez cały czas kontrolowała każdy jej element. Uśmiechała się, kiedy trzeba, patrzyła w kamerę, kiedy trzeba i kiedy trzeba wykonywała dokładnie taki jak trzeba gest ręką. A więc, bez względu na to, jak wiele jej jeszcze brakuje do tego, by odnieść autentyczny sukces, ona już w wieku 13 lat z pewnością wie, co to znaczy być artystą. A tego w Polsce nie mieliśmy dotychczas nigdy. A w wypadku Kory, ani u Nosowskiej, ani tym bardziej u jakiejś Majki Jerzowskiej, czy Jopek.
       Ale nie o tym przede wszystkim chciałem mówić. Zanim jednak przejdę do sedna, nie uniknę dygresji. Otóż jest w TVP osoba, której całym swoim sercem nie toleruję bardziej niż kogokolwiek innego w tym towarzystwie, włączając w to red. Cezarego Gmyza, a mam tu na myśli dziennikarki Wiadomości TVP, o nazwisku Maria Stepan. Moja niechęć do niej jest czysto fizyczna, wręcz irracjonalna, a bierze się wyłącznie z jednego epizodu. Otóż kiedy w roku śmierci Zyty Gilowskiej, przy okazji dnia Wszystkich Świętych, Wiadomości TVP wspominały zmarłych w minionych miesiącach, owa Stepan uznała za stosowne przedstawić prof. Gilowską, jako „wspołzałożyciela Platformy Obywatelskiej oraz ministra finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza”. Kropka. Tym samym też wpędziła mnie w stan, z którego już nie wyjdę do końca życia. Otóż rozmowę z Roksaną Węgiel, trzynastoletnią zwyciężczynią konkursu Eurowizji dla dzieci, prowadziła wspomniana Stepan i w pewnym momencie padło takie mniej więcej pytanie, które mnie natychmiast utwierdziło przekonanie, że ja na Stepan reaguję zgodnie z naturą : „Czy bierzesz pod uwagę, że twój sukces związany jest przede wszystkim z tym, że jesteś jeszcze dzieckiem? Czy nie boisz się, że kiedy będziesz starsza, nie będziesz już robiła takiego wrażenia? Czy masz już na taką okoliczność przygotowany plan B?
     I proszę sobie wyobrazić, że zamiast wstać i pokazać tej dziwnej kobiecie środkowy palec, tak jak by to zrobił porządny młody artysta ze Stanów, czy Wielkiej Brytanii, to dziecko wprawdzie najpierw lekko straciło rezon, za to potem oświadczyło:
     Nie. Oczywiście może być różnie, ale póki co nie mam planu B, ponieważ zamierzam zostać gwiazdą światowego formatu”.
      Wiem oczywiście, że za chwilę ktoś powie, że to nie jest żadna artystka, lecz zaledwie bezczelny gówniarz, któremu brakuje skromności i szacunku dla większych. Nie zgadzam się. Uważam, że oto przed nami wreszcie ktoś, kto - niezależnie od wszystkiego - przynajniej wie, czego chce i się nie boi świata, w który postanowił wejść ze świadomością swojej wartości.
       Wielki rockowy gitarzysta, Johnny Marr, autor wszystkich jakże klasycznych melodii dziś już kultowego zespołu The Smiths, opowiada jak w wieku 5 lat dostał swoją pierwszą gitarę-zabawkę i pierwsze co zrobił, to ją przemalował, tak by wyglądała jak prawdziwe rockowe gitary, następnie zaczął do niej przyklejać kapsle od piwa, by te imitowały prawdziwe gitarowe pokrętła i trzymając w dłoniach to coś udawał, że jest gwiazdą światowego formatu. A potem, jak oni wszyscy, nie zatrzymał się choćby na chwilę. Choćby na moment nie wystraszył się przyszłości. Jak oni wszyscy.
       Podoba mi się ta Roksana. Mam nadzieję, że będzie twarda i nie da się ustawić w tym ponurym szeregu.



Moje książki - naprawdę jedne z najlepszych - są tam gdzie zawsze. Zbliżają się Święta i nie ma co czekać.
     

wtorek, 27 listopada 2018

Kardynał Nycz dziękuję pani Hani i panu Bogu, czyli o wierze mizernej i cichej jak mysz pod miotłą


      Czytelnicy tego bloga, a już zwłaszcza ci, co są tu z nami od wielu lat, doskonale zdają sprawę z tego, że my tu na kardynała Kazimierza Nycza mamy oko szczególnie wytężone. Oczywiście, od momentu gdy w Polsce doszło do zmiany władzy i ów pobożny mąż mógł się na spokojnie zająć sprawami mniej doczesnymi, my też mieliśmy dobry powód, by się i nim nie zajmować, niemniej pamięć nie umarła i gdzieś tam z tyłu głowy tliła się wciąż myśl, że być może on nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa. I oto wystarczyło wydarzenie pozornie tak bardzo dla historii naszego narodu błahe, jak ostateczne zamknięcie prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz, by Ksiądz Kardynał odzyskał swoją dawną polityczną werwę i zabrał publicznie głos w tym akurat temacie. A ja powiem zupełnie uczciwie, że - przepraszam bardzo, ale nie mogę się powstrzymać - pies go drapał co do czy to jego ukrytych zobowiązań, czy jak najbardziej szczerego opętania, gdyby wszystko się zamknęło w czysto politycznych deklaracjach. Tymczasem jednak nasz ksiądz uznał za stosowne opisać politykę przy pomocy języka Ewangelii i wyszło z tego coś, co i mnie zmusiło do zabrania głosu.
      A wszystko zaczęło się od tego, że - Diabeł jeden wie, z czyjej to czarnej inicjatywy - zamknięcie prezydentury Gronkiewicz-Waltz postanowiono ukoronować Mszą Świętą dziękczynną, koncelebrowaną wspólnie z naszym Kardynałem przez księży Andrzeja Lutra, Kazimierza Sowę, Wacława Oszajcę SJ, Władysława Dudę, Mirosława Kreczmańskiego, Andrzeja Gałka, oraz Aleksandra Seniuka, który zaznaczył, że nie wszyscy zaprzyjaźnieni z panią prezydent kapłani mogli przybyć i wymienił tu ks. Adama Bonieckiego. W kościele pojawili się również politycy, wśród nich sam prezydent Komorowski z małżonką, oraz premier Hanna Suchocka. I to do nich między innymi swoje słowo skierował kardynał Nycz. Zachęcam do tego, by każdy się złapał tego, co tam kto ma pod ręką.

Dziś w tej świętej Eucharystii dziękujemy Panu Bogu za lata bycia prezydentem naszego miasta, Warszawy, pani Hannie Gronkiewicz-Waltz. Kładziemy te kolejne kadencje, cały jej wysiłek, na ołtarzu, aby Panu Bogu podziękować za to wszystko, co stało się w tym czasie, pod jej kierownictwem i z jej inspiracji. Myślę, że stać nas na takie szersze spojrzenie, które pozwoli sprawiedliwie, prawdziwie i serdecznie popatrzeć na lata minione. Tylko człowiek, który widzi dalej, potrafi ocenić to, co się dokonuje czasem dzięki życiu i pracy jednego człowieka, który potrafi już tu na ziemi budować Królestwo Boże, do czego zostaje powołany”.
      Odnosząc się do obecności zaprzyjaźnionych kapłanów powiedział Ksiądz Kardynał: „To jest efekt tego, że pani prezydent zawsze była zaprzyjaźniona z Panem Bogiem i Kościołem. Zaprzyjaźniona w tym najgłębszym wymiarze, gdzie w sumieniu, w sercu, dokonuje się moment decyzji człowieka, gdzie się dokonuje ta święta inspiracja, z którą się nie wychodzi na zewnątrz i nie chwali się nią, ale także nie wyraża poprzez słowa i gesty, i za to także chcemy w tej świętej Eucharystii Panu Bogu i pani prezydent podziękować”.
      
      W momencie gdy dotarła do mnie wiadomość o tym niezwykłym spektaklu, napisałem komentarz na Facebooku, gdzie owszem, ostatnio się dość intensywnie udzielam, w którym zauważyłem, że gdyby prezydent Waltz właśnie umarła i kardynał Nycz wygłaszał tego typu słowa na Mszy Świętej błagalnej w intencji jej zbawienia, to ja bym właściwie się w to wszystko nie wtrącał. No może z wyjątkiem uwagi, że nie byłoby źle, gdyby Ksiądz Kardynał, dziękując „Panu Bogu za to wszystko, co stało się w tym czasie, pod jej kierownictwem i z jej inspiracji”, dodał, że może nie za „wszystko”, ale za „wszystko dobro”, no i oczywiście, żeby dziękując Panu Bogu, nie dołożył do tego jednocześnie podziękowań dla prezydent Waltz. W końcu nie przesadzajmy. Nawet z punktu widzenia politycznych emocji kardynała Nycza i nawet z zachowaniem świętej zasady, że o zmarłych mówi się wyłącznie dobrze, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie jest jeszcze choćby osobą beatyfikowaną, że już nie wspomnę o tym, że ona póki co jest, jak to mówią Anglicy, alive and kicking.
       A zatem ów właśnie fakt, że Hanna Gronkiewicz-Waltz wciąż żyje i to żyje na tyle dobrze, że dla niej zwrócić z dnia na dzień ukradzione 7 milionów to jest tyle co splunąć, sprawia, że kazanie kardynała Nycza odbieram wyjątkowo źle. I przyznam, że bardzo chętnie bym tu zbudował jakiś mocny komentarz, nawet ryzykując, że w ten sposób zbluźnię, na szczęście uczynił to za mnie - na wspomnianym Facebooku -  i to w sposób pod każdym względem bardziej właściwy, mój serdeczny przyjaciel ksiądz Piotr Płonka. I proszę mi pozwolić, że to jego słowa zakończą mój dzisiejszy wpis, tak by nam łatwiej było wytrwać w wierze w Święty Kościół Powszechny:
      Przez 30 lat nauczałem, że o Chrystusie mamy świadczyć słowem i czynem, a tu się okazuje, że najlepiej jak z tą świętą inspiracją nie wychodzi się na zewnątrz, że nie wyraża się ona poprzez słowa i gesty. Ale jeśli nie przez słowa i gesty, to przez co? I za to mamy Bogu dziękować? Już sobie wyobrażam jak Pan Bóg po prostu rozpływa się ze szczęścia, że czcimy Go w największej możliwej konspiracji. Nie wiem ile lat trzeba studiować teologię, żeby dojść do takich ‘subtelności’".






Już za kilka dni pojawię się ze swoimi książkami w Warszawie na Targach Książki Hostorycznej. O szczegółach będę informował na bieżąco. Tymczasem jak zawsze zachęcam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com.     





poniedziałek, 26 listopada 2018

Parę krótkich kawałków na koniec jesieni


Wiem, że jest trochę jeszcze wcześnie, ale wydarzenia przyspieszają tak, że moje komentarze z „Polski Niepodległej” są już często zdezaktualizowane w momencie, gdy ów fantastyczny twutygodnik trafia do kiosków, a co dopiero przy dodatkowym tygodniowym przesunięciu.W tej sytuacji zacznę ten tydzień od kolejnego odcinka „Wezwanych do tablicy” i mam nadzieję, że będzie dobrze.



Zwykle jest tak, że te nasze wesołe refleksje na tematy różne staram się rozpoczynać zgodnie z zaleceniem mistrza Hitchcocka, by każda akcja zaczynała się od wielkiego wybuchu, po czym atmosfera ma się stopniowo zagęszczać i w związku z tym na pierwszy plan niezmiennie wysuwa się ktoś co najmniej tak zanczący jak Donald Tusk, Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, czy sam przewodniczący Wałęsa. Tym razem jednak nie mogę się powstrzymać, by już na samym początku przedstawić Czytelnikom osobę praktycznie anonimową, która w poświątecznym zamieszaniu wrzuciła na Facebooka rysunek wykonany rzekomo przez siedmioletnią córeczkę polskich faszystów, o imieniu Zosia, na którym widać mamę, tatę, Zosię, oraz jej braciszka w wózeczku, z białoczerwonymi flagami, jak wśród petard demonstrują umiłowanie Ojczyzny pod takimi hasłami, jak: „Śmierć wrogom Ojczyzny”, czy „Jebać Żyda”. Ponieważ mimo starań autorki, by obrazek wyglądał jak najbardziej naturalnie, internauci nie dosyć, że natychmiast zorientowali się, że to jest prowokacja, to jeszcze pojawiły się głosy, że tego typu fejk być może podpada pod kodeks karny. W tym momencie nasza wesoła artystka wpadła w popłoch i najpierw błyskawicznie uruchomiła na Facebooku stronę pod tytułem „Rysunki Zosi”, gdzie szybciutko zamieściła całą serię podobnych obrazków, tym razem już podpisanych swoim nazwiskiem, a potem, czując że to nic nie da, wszystko skasowała i dzis pewnie siedzi przerażona wśród swoich przyjaciół z Komitetu Obrony Demokracji i wszyscy się zastanawiają, co to teraz będzie.
A ja sobie myślę, że cokolwiek byśmy powiedzieli o naszej prawicy, to nie wyobrażam sobie, by ktoś z nas okazał się aż tak głupi, by zrobić coś podobnego, tyle że z hasłami w rodzaju: „Śmierć Kaczyńskiemu”, „Przyłączyć Polskę do Niemiec”, „Wystrzelać księży-pedofilów” i udawać, że to jest świat widziany oczami dziecka nowoczesnych Europejczyków.
Czy to możliwe, że w skrajnej desperacji zanikają czynności mózgu?

***

A nie ulega wątpliwości, że wielu z nich, po pierwszej fali radości z powodu rzekomej klęski Prawa i Sprawiedliwości w wyborach samorządowych, desperacja zdecydowanie złapała za gardło i nie chce puścić. Weźmy choćby wspomnianego już wcześniej Donalda Tuska, który zamiast ze swoimi brukselskimi mentorami świętować w Paryżu zakończenie I Wojny Światowej, przyjechał do Łodzi, gdzie podczas tak zwanych Igrzysk Wolności popisał się swoją wiedzą hiistoryczną i poinformował świat, że kiedy marszałek Piłsudski w roku 1920 ruszył na Moskala, robił to „de facto bronił wspólnoty Zachodu, wspólnoty wolności”. Nie wolnej Polski, ale europejskiej wspólnoty. Ja wiem, że o Piłsudskim można różnie mówić i często bardzo słusznie, ale to, że on był europejskim kosmopolitą mogło się wyrodzić tylko pod tą rudą, wyłysiałą kępką i to właśnie w stanie już najwyższej desperacji. Przepraszam bardzo, ale odnoszę wrażenie, że już nawet Lech Wałęsa bardziej się kontroluje.

***

A jemu też przecież łatwo nie jest. Otóż korzystając z tego, że Polacy uroczyście świętowali odzyskanie niepodległości, wystąpił pan Bolesław na swoim facebookowym profilu i wyjaśnił zainteresowanym powody swojej nieobecności podczas Marszu: „Nie mogłem brać udziału w większym zgromadzeniu z okazji 100 letniej rocznicy. Widząc co się dzieje w Ojczyźnie musiałbym zachęcić do natychmiastowych działań przeciw. Propozycja ta na pewno byłby zwycięska ale kosztowałaby za dużo”. No, no! Jakiż to dobry człowiek z pana Bolka. Wyobrźmy sobie, czegośmy dzieki jego opanowaniu uniknęli. Idzie ten trzystutysięczny tłum, nagle przed nimi staje On i wzywa do „natychmiastowych działań” przeciwko faszystowskiej władzy. Przecież to byłaby istna rzeź podczas której ariegarda marszu splynęłaby krwią. On nie mógł do tego dopuścić. A przecież powodów do działań jest wystarczająco dużo. Weźmy chocby świeżo postawiony na Placu Piłsudskiego pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Znów mówi On: „Nie można się zgodzić na to by bezcześcić plac stawiając takiej miernocie pomnik. Człowiekowi skazanemu prawomocnym wyrokiem sądu za pomówienia i kłamstwa”.
Teraz już naprawdę nie wiem, czy słusznie oceniłem Donalda Tuska, stawiając go niżej Lecha Wałęsy, noa le sami Państwo widzą, że iskrzy nadzwyczaj mocno.

***

Wiem natomiast doskonale, jakie to pomówienia i kłamstwa miał na myśli nasz bohater, a objasnił nam to znakomicie jak zwykle na swoim Facebooku:
Wyznaczam 250 000zł nagrody ( które zamierzam wypłacić przy pomocy moich sympatyków) dla świadka który brał udział w perfidnej prowokacji wrabiającej mnie w agenturalną działalność i dostarczy niepodważalnych dowodów wykazujących kto za tym stoi. Moim zdaniem to bracia Kaczyńscy wykorzystując panią Kiszczak i podrobione przez SB dokumenty, przy pomocy takich ludzi jak Gwiazda, Cenckiewicz i Wyszkowski próbują na siłę zrobić ze mnie agenta i wmówić Polakom kłamstwa na mój temat. Prawdę o moich działaniach w latach 70 tych znajdziecie w książce ‘Wałęsa"’ wydanej bez mojej wiedzy i zgody przez Wydawnictwo Morskie w 1981r. zanim bracia Kaczyńscy, Wyszkowski, Gwiazda i Cenckiewicz dla swoich egoistycznych korzyści politycznych zaczęli zakłamywać fakty i niszczyć fenomen zwycięskiej walki jaką wtedy stoczyliśmy”.
Kiedy przeczytałem te słowa, w pierwszej chwili pomyślałem, że pójdę śladem jednego z organizatorów Marszu Niepodległości, który w reakcji na wyznaczoną przez policję pieniężną nagrodę za wskazanie osoby puszczające podczas Marszu race, zgłosił swojego kumpla z ONR-u i natychmiast poprosił o pieniądze, zgloszę się do Lecha Wałęsy z przyznaniem, że to ja brałem udział w owej „perfidnej prowokacji” i dostarczę niepodważalnych dowodów na to, że za tym stoi Sławomir Cenckiewicz, a 250 tys. przydadzą mi się zdecydowanie. Wciąż się jednak waham, bo nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tym „wypłacaniem przy pomocy sympatyków”. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, by Donald Tusk dał mi choćby jedno euro.

***

Widzę nagle, że obiecałem, ze atmosfera się będzie zagęszczać, a tu tymczasem wciąż, jeśli nie Tusk, to Bolek. Już się poprawiam. Otóż proszę sobie wyobrazić, że polscy europejscy parlamentarzyści zwrócili się do władz w Brukseli z projektem rezolucji, wzywającej „Komisję Europejską do zapewnienia dokładnych kontroli procedur i praktyk stosowanych przez Niemiecki Urząd ds. Dzieci i Młodzieży (Jugendamt) pod kątem ich niedyskryminacyjnego charakteru w zakresie sporów dotyczących rodzin międzynarodowych”. I oto w momencie, gdy wszystko rozwijało się w miarę pomyślnie, do akcji wkroczyła poslanka Platformy Obywatelskiej Julia Pitera i jak najbardziej skutecznie zgłosiła poprawkę, z jednej strony wykreślającą ów apel, a z drugiej stwierdzającą, że „w 2011 roku, gdy Komisja Petycji przeprowadziła wizytę rozpoznawczą w Niemczech, nie znaleziono wówczas przesłanek do stwierdzenia, że niebędący Niemcami rodzice w małżeństwach międzynarodowych są przedmiotem jakiejkolwiek dyskryminacji ze strony niemieckiego Urzędu ds. Dzieci i Młodzieży (Jugendamt)”.
Jako że wielokrotnie mieliśmy okazję odbierać informacje na temat tego, w jaki sposób działają owe Jugendamty i były to zawsze informacje autentycznie porażające, powstaje pytanie, czy za gestem Pitery stoi szaleństwo czy metoda. Otóż przy moim wyjątkowym braku zaufania do intelektualnej sprawności pani posłanki, tym razem mam silne podejrzenie, że tu ona wiedziała dokładnie, co robi. I tylko mam nadzieję, ze przyjdzie czas, gdy uda się znaleźć sposób, by z niej pewne informacje wydusić.

***

No i masz. Miało być jedynie gęściej, a zrobiło się zwyczajnie straszno. W tej sytuacji dla odzyskania oddechu i być może nawet lekkiego uśmiechu, informacja naprawdę zabawna. Otóż, jak doniosły media, dziennikarze tefauenowskiego Superwizjera, Bertold Kittel, Anna Sobolewska i Piotr Wacowski, autorzy niesławnego reportażu "Polscy neonaziści", w którym zaprezentowali całemu światu, jak polscy naziści świętują gdzieś w lesie urodziny Adolfa Hitlera, zostali laureatami nagrody Radia ZET. Rzecz w tym, że jak się ostatnio wysypało, ów reportaż od początku do końca był zamówioną przez wspomniany Superwizjer ustawką. Sprawa jest aktualnie sprawdzana przez prokuraturę, pętla wokół tych cwanych karków się zaciska, a Radio ZET przyznaję im nagrodę za reportaż roku. No, no! To dopiero będzie zabawa, jak w tej sprawie zapadną wyroki i trzeba będzie wszystko odszczekiwać. Szkoda tylko, że wtedy już prawdopodobnie tego strasznego TVN-u już dawno nie będzie.

Jak zawsze namawiam wszystkich do kupowania moich książek. Adresy każdy kto będzie chciał z pewnością znajdzie. Dziękuję za uwagę.


  

niedziela, 25 listopada 2018

Francja elegancja, czyli czy polscy faszyści będą wysyłali do Paryża śpiwory i koce

       Szczerze zupełnie powiem, że co się dzieje poza Polską interesuje mnie tylko o tyle, o ile dotyczy to Polski właśnie, no i ewentualnie kiedy sobie myślę, gdzie bym najchętnie pojechał na wycieczkę, gdyby mnie było na to stać. Z tego też powodu tematy związane z polską i czyjąkolwiek polityką zagraniczną pojawiły się tu, o ile dobrze pamiętam, jeśli w ogóle, to zaledwie pary razy. Z tego też powodu, ani szczególnie nie przyżywałem, ani nawet nie śledziłem tego, co się w tych dniach wyprawia w Paryżu i innych miejscach we Francji, nawet jeśli pokazywane w telewizji obrazki zmuszały wręcz do pewnych refleksji na temat różnicy między naszym a francuskim łamaniem wolności, równości, oraz demokracji.
      Dopiero w momencie gdy zauważyłem, że wspomniane telewizyjne ujęcia uparcie pokazują wyłącznie białych uczestników owych demonstracji, pomyślałem sobie, że nadzwyczaj sprytni muszą być zatrudnieni przez prezesa Kurskiego na odcinku propagandy ludzie, skoro tak szybko się zorientowali, że trudno by było wzbudzić w Polakach współczucie dla opryskiwanych gazem i bitych pałami po plecach francuskich demonstrantów, gdyby się miało okazać, że tam większość to jakaś czarna bandyterka. A że tak musi być, wydawało mi się oczywiste. I oto wczoraj nagle uświadomiłem sobie, że się fatalnie pomyliłem, bo, jak się okazało, tam faktycznie protestują wyłącznie biali, a dokładnie rzecz biorąc tak ładnie w języku angielskim określony „white trash”.
       I to jest, moim zdaniem, informacja, która może się okazać interesująca nawet dla nas, żyjących tu, na tej szczęśliwej i spokojnej wyspie. Bo cóż to oznacza, że Paryż płonie, policja rozpyla gaz i tłucze pałkami kogo popadnie, miasto pogrąża się w coraz większym chaosie, a wszyscy czarni, których tam przecież są grube setki tysięcy, zamiast iść się bawić, siedzą w domach, palą zioło i na swoich wypasionych telewizorach oglądają albo France 24, albo Al Jazeerę?
      Otóż moim zdaniem oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że, choć tego nikt głośno nie powie, cały ten protest jest po pierwsze skierowany przeciwko nim, a po drugie bez względu na to, w jaki sposób on się zakończy, ostatecznie to oni będą musieli na nastrojach, które do niego doprowadziły, stracić. Bo co dla nich będzie oznaczało wycofanie się rządu z planowanych podwyżek? Nie ma wątpliwości, że wtedy, aby ratować budżet, trzeba będzie odebrać im, a więc ludziom, którzy dziś we Francji żyją sobie jak pączki w maśle, bez żadnych zobowiązań, często bez pracy, za to z całą kupą legalnych i nielegalnych dochodów. I wtedy będziemy mieli wojnę przy której to co się dzieje w tych dniach będzie dziecięcą zabawą. A co jeśli rząd razem z policja zmęczą protestujących i ludzie będą musieli jednak zacisnąć pasa? Wtedy ich gniew już zupełnie bezpośrednio zwróci się przeciwko tym darmozjadom i wtedy dojdzie do być może jeszcze większej wojny, bo z jednej i drugiej strony już wyłącznie o przeżycie.
       Marnie zatem widzę francuską przyszłość. A jeśli francuską, to również tę, do której od Francji jest zaledwie rzut kamieniem. A skoro to, do czego oni wszyscy się przez te wszystkie lata doprowadzili, będzie musiało, jak to wdzięcznie określiła komisarz Bieńkowska, pierdyknąć, to, przepraszam bardzo, ale ja tym bardziej nie widzę powodu, by im kibicować w tę czy drugą stronę.

      Ktoś mi tu pewnie przypomni stary bon mot Donne’a, że „nikt nie jest samotną wyspą” i zacznie mnie uświadamiać, że każdy poważny wstrząs u nich, musi się odbić i na naszej kondycji. W końcu Europa to w ten czy inny sposób system naczyn połączonych, więc lepiej mieć na wszystko oko i jednak im kibicować, żeby się z tego nieszczęścia jakoś wyrwali. A zatem dobrze. Będę miał to co się tam dzieje na uwadze, zwłaszcza gdy się okaże, że przyszedł czas, kiedy trzeba będzie nam zacząć do Francji wysyłać śpiwory i koce, a kto wie, czy nawet nie czekoladę. Co się nie udało w 1982 Jaruzelskiemu, jestem pewien, że my za niego skończymy z naddatkem.

 

Przypominam, że moje książki można zamawiać w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, można też się wybrać do sklepu Foto-Maga w Warszawie, ewentualnie napisać do mnie maila na adres k.osiejuk@gmail.com, i coś tam wymyślimy. 




 

     

sobota, 24 listopada 2018

Nie angielski, nie kreolski, tylko nasz polski Kain


Skoro wczoraj rzucaliśmy tu grochem o ścianę w kwestii zachowań tak zwanych „naszych”, dziś porzucajmy sobie kolejną garścią grochu w „nie-naszych”, a przecież też, jak by nie było, też jak najbardziej naszych. Oto mój najnowszy tekst z „Warszawskiej Gazety”.

      Dzień Święta Odzyskania Niepodległości spędziłem w Poznaniu z wizytą u zaprzyjaźnionego księdza, konsekwentnie zatem Msza Święta w której uczestniczyłem, miała miejsce w zaprzyjaźnionym kościele, a okolicznościowe kazanie wygłosił naturalnie „mój” ksiądz. Kazanie owo z jednej strony nawiązywało do tekstu Ewangelii o „wdowim groszu”, a z drugiej poświęcone było rozważaniom na temat czterech tak zwanych grzechów wołających o pomstę do nieba, a więc najbardziej ze wszystkich kluczowych, gdy chodzi o troskę o powszechnie rozumiany porządek społeczny, czyli mianowicie bratobójstwa, sodomii, wstrzymywania zapłaty, oraz prześladowania wdów i sierot.
      Ponieważ wydaje mi się zarówno owa sodomia, jak i wstrzymywanie zapłaty, czy wreszcie ów niesławny neo-liberalizm, nie wymagają tu komentarza, bo wszyscy doskonale znamy owych nieszczęść kształt i mroczne skutki dla Niepodległej Ojczyny, nie będę komentował każdego z nich osobno, natomiast chciałbym się zatrzymać nad pierwszym z nich, a więc owym bratobójstwem. Cóż to bowiem za zwierz? W jaki sposób bratobójstwo może stanowić problem gdziekolwiek w naszej cywilizacji, a tym bardziej w jaki sposób ów problem może mieć wymiar społeczny. Całe to LGBT - sprawa jest jasna. Podobnie nie płacenie ludziom za pracę. Nie ma też czego wyjaśniać, gdy idzie o powszechną pogardę dla przysłowiowych „wdów i sierot”. Ale bratobójstwo?
      Otóż pomyślałem sobie właśnie, że jeśli ten szczególny typ zabójstwa potraktujemy podobnie symbolicznie, jak choćby grzech sodomii, będziemy mogli bardzo prostą drogą dojść do wniosku, że Kościół ma tu na myśli każdy akt agresji wobec osoby nam bliskiej, czy to pod względem rodzinnym, czy społecznie, czy wręcz narodowo. Mam wrażenie, że ów grzech tak straszny, że aż wołający o pomstę do Nieba to grzech popełniany przeciwko bratu w rozumieniu najbardziej szerokim, konsekwentnie więc, wykazujący wszelkie cechy każdej zdrady, w tym zdrady Ojczyzny.
       I tu przejdę do konkretu. Otóż, jak mogliśmy ostatnio nie raz zaobserwować, kierowane są w przestrzeni publicznej pretensje wobec różnego rodzaju zagranicznych ośrodków, czy to skupionych w rządach, w mediach, czy różnego rodzaju obcych organizacjach, o ich jednoznacznie antypolską działalność. Choćby  przy okazji wspomnianych uroczystości byliśmy świadkami obrażania Polski i Polaków, oskarżania nas o wszystko co najgorsze, i zawsze przy tej okazji - zwłaszcza gdy idzie o media - powracały apele o ich repolonizację. Onet ma być polski, TVN ma być polski, Radio Zet ma być polskie, a „Gazeta Wyborcza” ma zostać odebrana Żydom. A ja bym tylko chciał zwrócić uwagę, że taki Onet, zanim go jeszcze kupili Niemcy, był bardzo, bardzo polski… i co to zmieniało?
       Rzecz mianowicie w tym, że naszym problemem w ogóle nie są Żydzi, Amerykanie, czy choćby nawet Niemcy, ale ten jak najbardziej nasz, współczesny Kain, i to jego czyn niszczy naszą Ojczyznę tak, że ten grzech wymaga aż niebiańskiej interwencji. W nie mniejszym stopniu niż słynne poznańskie przychodnie ginekologiczne 24h.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, nasza choinka już niedługo zostanie ścięta i trzeba będzie coś pod nią położyć. Polecam którąś z moich książek, dostępnych w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, ewentualnie częściowo też tu u mnie, pod adresem k.osiejuk@gmail.com.   

piątek, 23 listopada 2018

Czy Lech Wałęsa dostanie od Świętego Mikołaja nowy laptop czy rózgę?


      O tym że telewizja transmituje rozprawę sądową Kaczyński vs. Wałęsa dowiedziałem się dopiero w czasie jej trwania, w zwiazku z czym - co stwierdzam z prawdziwym bólem - wszedłem w nią już po zeznaniach Prezesa, a dokładnie w momencie, gdy za barierką stanął Lech Wałęsa i oglądałem do końca, czyli do momentu, gdy pani sędzia całkowicie bezskutecznie próbowała od wałęsowemu obrońcy wydusić, co mają do rzeczy kolejne jego wnioski, a TVP Info uznała, że to jest już mało ciekawe i transmisję przerwała na rzecz swojego zwykłego nudzenia. Natomiast, owszem, przyznaję, że fragmenty bardzo długiego przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego obejrzałem na Youtubie, no a przy tym nie mogłem nie usłyszec, co na temat sposobu prowadzenia owej rozprawy przez panią sędzię mają do powiedzenia tak zwane „nasze” media. Otóż ogólny ton owych komentarzy jest taki, że ona w skandaliczny sposób dręczyła Jarosława Kaczyńskiego, możliwie najbardziej chroniąc Wałęsę i swoim zachowaniem ona po raz kolejny potwierdziła to, w jak strasznej kondycji znajduje się polskie sądownictwo i jak bardzo wymaga zmiany. Czytam i słucham owych opinii i nie mogę uwierzyć, że to co widziałem ja, oraz to co obejrzeli owi komentatorzy, to jest to samo. Rzecz mianowicie w tym, że na mój rozum i moją wrażliwość, ani sędzia prowadząca, ani tych dwoje sędziów po jej prawej i lewej stronie nie zrobili nic, co by wskazywało na to, że oni są w jakikolwiek sposób uprzedzeni do Prezesa. Powiem więcej, osobiście miałem przedziwne wrażenie, że pani sędzia była wręcz zniecierpliwiona zachowaniem Lecha Wałęsy, a już zwłaszcza jego obrońców.
     Pada zarzut, że podczas gdy Lech Wałęsa już po pół godzinie oznajmił, że on już nie ma ochoty zeznawać i został puszczony wolno, Jarosław Kaczyński musiał się prężyć przez całe trzy godziny i odpowiadać na pytania. Przede wszystkim jednak chciałbym zwrócić uwagę na trzy fakty. Po pierwsze, nie ma chyba na świecie normalnego człowieka, który byłby w stanie prowadzić rozmowę z Wałęsą dłużej niż owe pół godziny. Po drugie, to nie sędzia przede wszystkim kazała Kaczyńskiemu tam stać i się tłumaczyć, ale własnie obrońcy Wałęsy, poczas gdy ona ich nieustannie mitygowała. Zwróćmy tez przy tym uwagę, że kiedy zeznawał Wałęsa, adwokat Kaczyńskiego nie zadał mu choćby jednego pytania, a przecież mógł, prawda? Mógł go tam trzymać dwie godziny i maglować go wte i wewte do wieczora. Tylko po co, prawda? Po co? No i po trzecie wreszcie, co ona miała zrobić, kiedy ten przygłup ogłosił, że on już nie ma nic więcej do powiedzenia? Złapać go za gardło, po raz dziesiąty powtarzać jak zaklęcie zdanie „Ale ja nie o to pytałam” i kazać mu gadać?
      A zatem, to jest fakt nie znoszący sprzeciwu. Każdy kto sobie na spokojnie obejrzy to wysłuchanie, musi dojść do wniosku, że tam się wszystko odbywało zgodnie z regułami.
      Ja oczywiście wiem doskonale, w jakim stanie są dziś nasze sądy i jaki poziom moralny i intelektualny prezentują ludzie, którzy je ze wszystkich stron obstawili. Słyszałem też, co to za ziółko z tej akurat pani sędzi i jak to ona się udzielała na zgromadzeniach KOD-u. Biorę też pod uwagę taką możliwość, że to co mnie się wydawało zachowaniem bezstronnym, było tylko grą, a 6 grudnia gdański sąd wyda postanowienie, że Lech Wałęsa nie ma za co przepraszać Kaczyńskiego, bo on się tylko angażował w politykę, w dodatku na Facebooku, gdzie każdy przecież wie, jak bywa ostro, no i wtedy zrobi się nam wszystkim niewesoło. Ja biorę nawet pod uwagę - w końcu nie takie cuda już widzielismy - że gdański sąd uzna, że dopóki Jarosław Kaczyński nie przedstawi dowodów na to, że nie kazał swojemu bratu lądować, Wałęsie wolno gadać wszystko co mu się we łbie wyrodzi, zwłaszcza że owa hipoteza jest bardzo prawdopodobna. Póki co jednak, namawiałbym wszystkich tych, którzy uważają, że napięcie jest tak duże, że można komentować kolejne zdarzenia bez choćby śladu refleksji, żeby się ogarnęli, bo nie ma nic gorszego jak bezmyślna nadgorliwość. Zwłaszcza gdy stoimy w obliczu nadzwyczaj perfidnie prowadzonego ataku.

Moje książki są do kupienia niezmiennie w tych samych punktach co wcześniej, a mnie nie pozostaje nic innego jak powtórzyć, że skoro ktoś już lubi czytać, to tam jest wszystko co trzeba. Mój email: k.osiejuk@gmail.com

czwartek, 22 listopada 2018

Czy minister Nowak wsadzi do pierdla prezesa Kaczyńskiego za polityczne skorumpowanie radnego Kałuży?


     W cudownej powieści Roalda Dahla „Czarownice” jest scena, kiedy to Luke ze swoją babcią przyjeżdżają na wakacje do Bournmouth i w miejscowym hotelu trafiają na doroczny kongres czarownic, podczas którego te debatują nad nowymi, coraz bardziej okrutnymi, oraz skutecznymi sposobami zabijania dzieci. Z punktu widzenia czytelnika, wszystko co się tam w dalszej kolejności odbywa jest nadzwyczaj interesujące, ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na to, że owe wiedźmy - a pamiętajmy, że są to stwory złe w sposób wręcz przykładowy - zjawiają się w tym hotelu jako przedstawicielki Królewskiego Towarzystwa Przeciwdziałania Okrucieństwu Wobec Dzieci.
      Książkę Dahla mam w głowie niemal na co dzień w związku z tym, że moi uczniowie czytają mi ją ostatnio na lekcjach, a to że o niej dziś wspominam związane jest z wczorajszym przesłuchaniem przed sejmową komisją do spraw wyłudzeń podatku VAT, podczas którego była wiceminister finansów w rządzie Platformy Obywatelskiej oraz PSL, Elżbieta Chojna-Duch opowiedziała, jak to powołana w jej czasach przez Sejm komisja „Przyjazne Państwo”, na której czele stanął poseł Janusz Palikot, a przedstawicielem Premiera został w niej Sławomir Nowak, i której ustawowym zadaniem były „przegląd i analiza przepisów w celu wskazania przepisów niejasnych, niespójnych, nieskutecznych, zbędnych lub nadmiernie regulujących; przygotowanie tez dotyczących niezbędnych zmian w ustawodawstwie; występowanie z inicjatywą ustawodawczą w celu realizacji tych tez oraz rozpatrywanie projektów ustaw dotyczących spraw związanych z ograniczaniem biurokracji”, w rzeczywistości zajmowała się wyłącznie pośredniczeniem między różnego rodzaju brudnymi biznesami a rządem w celu umożliwienia bezkarnego i wieloletniego rabowania budżetu państwa na grube setki miliardów złotych. To jest właśnie to, co zeznała przed komisją była minister: jeśli Janusz Palikot ze Sławomirem Nowakiem likwidowali biurokrację, to wyłącznie w tym zakresie, w jakim ona przeszkadzała w gangom w interesach. A ja już sobie teraz tylko złośliwie myślę, że to w  sumie ciekawe, że autorzy tego pomysłu nie nazwali swojej grupy „Sejmowe Towarzystwo Walki z Oszustwami Podatkowymi”.
       No ale zastanawia mnie jeszcze coś, a mianowicie to, ile z tego, skoro jak wiemy budżet państwa został tu rąbnięty na niemal 300 miliardów dolarów, przypadło w udziale tym dwóm, a niewykluczone, że nie tylko tym dwóm panom. No i jeszcze coś. Z jakim to rodzajem korupcji mamy tu do czynienia? Politycznym, czy może jakimś innym, której nazwy nasze media jeszcze nie zdążyły wymyślić?
       A to z kolei nie prowadzi mnie z powrotem do literatury dziecięcej, lecz do twardych faktów, czyli do tego, że oto wczoraj, po wielu bardzo bardzo suchych latach, w Katowicach i w całym regionie władzę przejęło Prawo i Sprawiedliwość, a uczyniło to w sposób przyjęty we wszystkich demokracjach, a więc najpierw przez uzyskanie odpowiednio dobrego wyniku wyborczego, a następnie przez - jak najbardziej polityczne -  skorumpowanie tylu opozycyjnych polityków, ilu trzeba do skutecznego rządzenia. W tym wypadku akurat jednego. A ja już mam tylko nadzieję, że radny Kałuża, bo o nim tu mowa, okaże się na tyle twardy, by ów jego gest nie skończył się tragicznie. Z tego bowiem, co mogę zaobserwować od wczoraj, naprawdę się boję, że to całe towarzystwo, które na wspomnianej politycznej korupcji przez minione lata zjadło wręcz zęby, że wspomnę takich choćby polityków jak posłowie Mężydło, Kamiński, Kluzik-Rostkowska, Arłukowicz, Marcinkiewicz, Giertych, Sikorski, Zalewski, czy Dorn, postanowiło się za Kałużę, a kto wie, czy też nie za jego dom, rodzinę, samochód i psa, wziąć całkiem na serio.
      Wspomniałem tu tych parę nazwisk, a przecież wiemy zarówno to, że to jest zaledwie procent naprawdę poważnej całości, ale i przede wszystkim to, że owa polityczna korupcja to jest zaledwie propagandowe hasło. W końcu w jaki sposób stanowi to nasz interes, jakich politycznych wyborów i za jakie obietnice dokonują politycy różnych maści? Ich klocki, ich zabawa. To co mnie tu dziś natomiast interesuje, to to, że za ową nagonką - i to powtarzam raz jeszcze, nagonką wyjątkowo podłą - stoją ci sami ludzie, którzy zakładali komisję „Przyjazne Państwo” i ich - w pierwszej kolejności oczywiście politycznie, a potem już jak bądź -  skorumpowani koledzy.
     Też w tych dniach mieliśmy okazję wysłuchać rozmowy nagranej w restauracji „Sowa & Przyjaciele” z udziałem Pawła „Ciecia” Grasia, a niejakiego Wituckiego, gdzie obaj panowie strasznie dobrze się bawią opowieściami na temat technicznej strony operacji „VAT”. Ja oczywiście nie sugeruję, że oni maczają w tym procederze palce, to natomiast co mnie ciekawi to fakt, że tam nie słychać śladu oburzenia tym co się w Polsce wyprawia. Tam żaden z nich nawet nie wspomni o tym, że może trzeba by było kogoś wsadzić do „pierdla”, tak jak to o Kałuży powiedział poseł Zdrojewski. To co tam mamy to jedynie pełne satysfakcji mlaskanie i klepanie się po brzuchach z rozbawienia.
      Swoją drogą, ciekawe to bardzo, że na temat katowickiego dealu nie zabrał jeszcze głosu szef Pawła Grasia, premier Tusk. W końcu brakuje nam tu już tylko moralnego głosu Europy.

Jest w Warszawie tuż obok stacji metra Stokłosy  bardzo piekny sklep o nazwie Foto-Mag, gdzie są do kupienia wszystkie warte dziś przeczytania książki na świecie, w tym moich, jak sądzę dziś już tylko pięć. Polecam serdecznie. Jeśli ktoś nie mieszka w Warszawie, może zawsze kupić sobie coś przez Internet, czy to zaglądając pod adres www.basnjakniedzwiedz.pl, czy też pisząc bezpośrednio do mnie na maila k.osiejuk@gmail.com.

środa, 21 listopada 2018

Czy Roman Giertych interesuje się piłką plażową? (repryza)


Ponieważ mam tu od wczoraj lekkie zamieszanie i nie bardzo mam jak i co pisać, pomyslałem, że może mi ujdzie na sucho, jeśli dziś pociągnę jeszcze przez chwilę wątek Romana Giertycha i przypomnę, moim zdaniem, dość ciekawy tekst jeszcze z pamiętnego roku 2010, kiedy on wprawdzie jeszcze nie podskakiwał, ale już się zdecydowanie do pierwszych podskoków ustawiał. Bardzo proszę.


      Ponieważ w miniony weekend udało mi się wpaść w marny nastrój, i tym nastrojem bardzo niefortunnie dopasowałem się do smutków mojego kumpla Don Estebana, który dotychczas w moich smutkach zawsze stanowił dla mnie najbardziej racjonalny punkt odniesienia, dziś proponuję zakosztować nieco zwykłej ludzkiej satysfakcji. Mam na myśli satysfakcję płynącą z widoku naszych wrogów, jak to mówią, zalewanych przez krew. Okazja ku temu jest bardzo odpowiednia, jako że wczoraj właśnie, już pod sam wieczór, w telewizji TVN24 wystąpił Roman Giertych i przypuścił na Jarosława Kaczyńskiego, ale też i na jego zmarłego brata, atak, którego bezwzględność świadczyć może tylko o jednym – Roman Giertych wciąż dobrze nie śpi.
      Żeby uzyskać odpowiednią pozycję, proszę sobie przypomnieć, kim był w polskiej polityce Roman Giertych, gdy przestał być już tylko synem Macieja Giertycha, wnukiem Jędrzeja Giertycha i prawnukiem Franciszka Giertycha, a jeszcze nie zaczął zarabiać na życie jako lokalnie znany adwokat. Otóż kiedy miał zaledwie 18 lat, Roman Giertych założył tak zwaną Młodzież Wszechpolską, której był zawsze mniej lub bardziej oficjalnym przywódcą. Szefując tej szczególnej organizacji, dzięki swoim niewątpliwym talentom i ambicjom, powoli robił polityczną karierę, której ukoronowaniem było dwukrotne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, przywództwo w kiedyś dość znaczącej partii o nazwie Liga Polskich Rodzin i – sukces największy – stanowisko ministra edukacji w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, które w dodatku Roman Giertych wypełniał dobrze i skutecznie. Choć dla niektórych sukces to marny, każdy kto obserwuje polską scenę polityczną pod kątem organizowanych przez System przeciwko wybranym politykom politycznych nagonek, musi przyznać, że w pewnym sensie Roman Giertych zapisał się bardzo pozytywnie w polskiej współczesnej historii, jako wróg publiczny numer 1, w pewnym momencie detronizując nawet Jarosława Kaczyńskiego. Polityczna wielkość Romana Giertycha doprowadziła go w pewnym okresie do takiej pozycji, że jeśli nie kandydował na fotel prezydenta RP – i to nie jako plankton, lecz polityk z pierwszego szeregu – to tylko dlatego, że nie miał wówczas jeszcze ukończonych 35 lat. I wtedy nastąpiło coś, co tak naprawdę stanowi sens mojego dzisiejszego wpisu. Jesienią roku 2007 Roman Giertych, uznawszy, że właśnie osiągnął idealny punkt do ataku, wypowiedział wojnę Jarosławowi Kaczyńskiemu, i w ciągu zaledwie kilku dni został zmieciony z polskiej sceny politycznej. Ot tak!
      Jest coś takiego w polityce, ze ona przyciąga wszystkich. Można odnosić międzynarodowe sukcesy artystyczne, można zarabiać wielkie pieniądze w najbardziej dochodowych przedsięwzięciach, można wreszcie uzyskać sławę jako pierwszy autorytet – jest coś takiego w polityce, że to ona się staje początkiem i końcem prawdziwej kariery. Jestem głęboko przekonany, że gdyby tylko droga do politycznych sukcesów była bardziej prosta i mniej wyboista, każdy by tam lazł. Bo można być wielkim pisarzem, ale lepiej jest być pisarzem-posłem. Można być wybitnym przedsiębiorcą, ale lepiej jest być przedsiębiorcą-ministrem, można wreszcie być wielką gwiazdą dziennikarstwa, ale zawsze lepiej jest być gwiazdą-prezydentem. Taka to jest siła polityki. I Roman Giertych osiągnął w tej polityce wiele, a mógł osiągnąć wszystko. Gdyby nie jego nadmierna pycha i pospolita głupota, byłby dziś ważnym polskim politykiem, a jego nazwisko może by kiedyś świeciło w książkach do historii. Ponieważ jednak okazał się tylko nędznym, prowincjonalnym kombinatorem, będzie się już do końca życia tylko kojarzył z tą kartką papieru, na której podczas rządów Jarosława Kaczyńskiego jakieś biedne ogłupiałe dziecko napisało rymowankę: „Giertych do wora, a wór do jeziora”.
      Oglądam dziś Romana Giertycha i słucham słów, które z jego ust bez najmniejszego wysiłku wyciąga któryś z podrzędnych reżimowych dziennikarzy, i czuję zapach tej niebywałej wściekłości, która próbuje tak nieudolnie pokryć zwykłe ludzkie rozczarowanie. I przypomina mi się tu ten cudowny fragment z Williama Congreve’a „Niebo nie zna wściekłości miłości obróconej w nienawiść/Nie zna piekło furii nad wściekłość zawiedzionej kobiety”. Oto Roman Giertych człowiek, który kiedyś miał wszystko a dziś nie ma nic, pytany o coś tak pozornie dla siebie wygodnego, jak krzyż na Krakowskim Przedmieściu i o ludzi, którzy dla tego krzyża zgodzili się przyjąć na siebie całe zło tego świata, nie umie z siebie wyrzucić jednego słowa wiary, a zamiast tego od początku do końca wylewa ze swoich czarnych ust wyłącznie nienawiść do człowieka, który dał mu szansę przysłużenia się dla Polski, a on tę szansę zmarnował.
      I oto Jarosław Kaczyński. Człowiek i polityk, który od dwudziestu już lat zostawia za sobą legiony tych, którzy widząc jak okazali się marni i nieprzystosowani do tego by służyć Polsce, mogą dziś tylko na niego pluć za to tylko, że łaskawie wskazał im ich miejsce w szeregu. Cała historia politycznej kariery Jarosława Kaczyńskiego jest udekorowana ową polityczną i ludzką nędzą, jaką pozostawiał za sobą. Czy to w postaci tych, którzy go chcieli zniszczyć zwykłym podstępem, podłym skrytobójstwem, czy też rzekomą przebiegłością. I stoi dziś przed nami, nad grobem zamordowanego przez swoich wrogów brata, potłuczony, posiwiały, posmutniały, a wokół niego wciąż ten sam wrzask i to same stare pragnienie by go unicestwić. Nienawiść ludzi, którzy od dwudziestu już lat próbują go złamać i wciąż odbijają się od niego jak od ściany. Może więc być tak, że nasz kolega Don Esteban ma racje, kiedy mówi, że oni wreszcie, po tych wszystkich latach, Jarosława Kaczyńskiego dopadli i że oto zaczął się jego powolny koniec. Może i jest tak jak beznadziejnie nam przewiduje Don Esteban. Jeśli nawet jednak ma rację, kiedy mówi, że Jarosław Kaczyński odchodzi, to jednego możemy być pewni. Że jeszcze nie odszedł. A o tym że nie odszedł, najlepiej świadczą choćby ci opętańcy grający w piłkę plażową pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, i kibicujące im, błyszczące pełnym napięcia wyczekiwaniem, oczy Romana Giertycha.


Książki są wciąż tam gdzie wczoraj i przedwczoraj. Bardzo polecam.


wtorek, 20 listopada 2018

Czyż nie dobija się koni?


      Jak wszyscy widzimy na własne oczy, z pewnych ściśle określonych przyczyn, od minionego piątku polityki tu zbyt wiele nie ma, a zatem najwyższa pora, by coś w tej sprawie zrobić, zwłaszcza że przez te wszystkie dni tematem nr 1 w naszej Polsce jest kwestia ściśle polityczna, a mianowicie tak zwane „wejście konia”. Pewnie większość Czytelników wie, w czym rzecz, ale mówiąc o koniu mam na myśli nikogo innego jak samego mecenasa Romana Giertycha, wynajętego przez właściciela Getin Banku, Leszka Czarneckiego, do poprowadzenia desperackiej wręcz próby ratowania nie byle w końcu jakiej fortuny.
       Na ten temat powiedziano już tyle, że mogłoby się wydawać, że zajmowanie się owym tematem jest jak psu na budę, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś, na co zwrócił uwagę w telewizyjnym wywiadzie prezes NBP Adam Glapiński i owo spostrzeżenie krótko skomentował. Otóż w wypowiedzi dla stacji TVP Info, zapytany czy jego zdaniem w omawianym kryzysie zawiódł system, czy przewodniczący Chrzanowski, odpowiedział Glapiński nadzwyczaj inteligentnie, że on się bardziej zastanawia, czy nie zawinili autorzy tekstu w „Gazecie Wyborczej”, którzy nakręcili cały temat.
      Wczoraj w prokuraturze, którą mam tu niemal za rogiem i na temat której minione lata każą mi mieć wyłącznie dobre myśli, przez bite 12 godzin przesłuchiwany był wspomniany Leszek Czarnecki, trzymany pod pachy przez mecenasa Giertycha, przed budynkiem owej prokuratury przez te same bite 12 godzin dreptała banda ogłupiałych dziennikarzy, czekając diabli wiedzą na co, a ja sobie myślałem, że po raz kolejny w ciągu minionych 30 niemal już lat, stajemy wobec czystego absurdu. Proszę bowiem popatrzeć, co się dzieje. Otóż któregoś dnia, jak wiemy, pogrążona w śmiertelnym kryzysie „Gazeta Wyborcza”, publikuje taśmy na których przewodniczący KNF proponuje rzekomo Leszkowi Czarneckiemu deal, w ramach którego KNF uratuje jego biznesy za 40 milionów złotych. W tym momencie Czarnecki, zamiast natychmiast wyłożyć te głupie czterdzieści kwałków, by ratować swoje dzisiaj i jutro, uruchamia wielką aferę i oskarża rząd Prawa i Sprawiedliwości o państwową korupcję. A w dodatku na pomoc wzywa nikogo innego jak Romana Giertycha, który, jak wiemy, w swoim nędznym życiu nie zanotował dotychczas jednego poważnego sukcesu poza paroma wystepami w telewizyjnej audycji Moniki Olejnik. Z jaką nadzieją? Że Giertych rozwali Dobrą Zmianę? Czym, przepraszam, swoim płaszczem za parę tysięcy złotych?
      Mam nadzieję, że w tej chwili wszyscy już mniej więcej rozumiemy, w czym rzecz, na wszelki wypadek jednak dopowiem. Systuacja jest taka, że właściciel upadającego banku, po kilku nieudanych próbach użycia swoich wpływów, widząc że sprawa jest raczej przegrana, udaje się do instancji ostatecznej, czyli „Gazety Wyborczej” z jakimiś lewymi taśmami, ci natychmiast oczywiście organizują akcję, pod którą podłącza się Roman Giertych, a więc człowiek, który w publicznej świadomości - i to po wszystkich możliwych częściach sceny - kojarzy się wyłącznie z wszystkim co najgorsze… i w tym momencie cała Polska, włącznie z najwyższymi władzami Państwa, plus największymi rządowymi mediami, zachowują się jakby to wszystko warte było coś więcej niż splunięcia.
        Jak wszyscy tu wiemy, ja jestem zaledwie skromnym blogerem, który - mimo że, czym się nieustannie szczycę - należy do elitarnej grupy występującej pod nazwą „Zakonu PC”, nie ma jakichkolwiek informacji poza tymi, które sam sobie udostępnia. Chciałbym jednak poinformować, że przed nami następujący rozwój wypadków: Getin Bank zostanie przejęty przez podmiot bardziej wiarygodny, Leszek Czarnecki opuści Polskę i zajmie się diabli wiedzą czym, Marek Chrzanowski zostanie oczyszczony z wszelkich zarzutów i otrzyma jakieś nadzwyczaj interesujące stanowisko, które pozwoli jemu i jego rodzinie godnie się prowadzić, a Prawo i Sprawiedliwość wygra kolejne wybory i będzie nam rządziło szczęśliwie przez wiele lat.
      Czy tak będzie dobrze? Przepraszam bardzo, ale skąd ja to mogę wiedzieć?

Moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w warszawskim sklepie Foto-Mag przy Rondzie Stokłosy, no i ewentualnie proszę pisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 19 listopada 2018

Henryk Mikołaj Górecki, czyli Polska Biało-Czerwoni


       Nic na to nie jestem w stanie poradzić, ale stało się tak, że od piątku, a więc od czasu gdy poszliśmy z żoną do filharmoni tu za rogiem, myślę o Henryku Mikołaju Góreckim i jego muzyce. Pisałem już wczoraj, że patrząc na to obiektywnie, pierwszym wydarzeniem była prapremiera jego Koncertu na Klarnet i Orkiestrę, jednak to, co - jak zawsze zresztą, kiedy tego słucham, a słucham jak najczęściej - poruszyło mnie najbardziej, to kolejne wykonanie „III Symfonii Pieśni Żałosnych”.
       Powiem szczerze, że w pierwszej chwili nie miałem ochoty o tym ani pisać, ani w ogóle szerzej rozpowiadać, z tego prostego powodu, że byłem przekonany, że właściwie większosć z nas wie, z czym mamy do czynienia. Wydawało mi się bowiem, że wszyscy pamiętamy choćby ten czas, kiedy III Symfonia Pięśni Żałosnych została wydana na płycie na tak zwanym „Zachodzie” i natychmiast odniosła sukces komercyjny porównywalny jedynie z tym, co się odnotowuje każdego roku na scenie muzyki popularnej, jednak już niemal następnego dnia, po tym choćby jak mój własny syn wyznał mi, że on nie ma pojęcia, o co chodzi, uznałem, że takich jak on musi być znacznie więcej, a zatem warto zrobić coś w tym kierunku, by sprawa nabrała kolorów. A więc bierzmy w ręce te farbki i malujmy to coś najlepiej jak potrafimy.
     Jednak zanim zacznę, chciałbym podzielić się pewną refleksją. Otóż wydaje mi się, że przynajmniej od czasu do czasu każdy z nas przeżywa ów szczególny nastrój, kiedy dowiaduje się, że Polska została gdzieś na świecie w szczególny sposób doceniona i wówczas czujemy coś w rodzaju radosnej dumy. Szczerze powiem, że nie wiem, co to za cholera. Nie mam bladego pojęcia, co takiego w nas siedzi, że tak wielką przyjemność sprawia nam, że gdzieś na świecie ktoś powie, że Polska, czy Polacy, to jest coś naprawdę pięknego. Wydawałoby się, że wszyscy inni w wiekszym czy mniejszym stopniu się do tego typu pochwał przyzwyczaili, my natomiast wciąż zachowujemy się wręcz zgodnie z naukami tego starego durnia, który nam po raz nie wiadomo który wbił do głowy, że jesteśmy jak brzydka panna na wydaniu, która naprawdę nie ma zbyt wielu argumentów. Czemu tak jest, jak mówię, nie wiem i przyznaję, że i ja sam nie jestem tu w żaden sposób lepszy.
      Słuchałem w miniony piątek Góreckiego, od kolejnych paru dni puszczam go tu sobie w domu, chłonnę ten niezwykły geniusz i w pewnym momencie zajrzałem na Youtube’a i tam znalazłem zapis koncertu jaki miał miejsce w katowickiej Archikatedrze pod wezwaniem Chrystusa Króla jeszcze w roku 1976, wrzucony do Internetu przez użytkownika - co już zupełnie fascynujące -  o nicku luzifergruss. Jakie przeżycia i intencje kierowały tym kimś, nie wiem i nieszczególnie mnie to obchodzi, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na komentarze - jednobrzmioące i niemal wyłącznie w jezyku angielskim - jakie się tam pojawiły. Bardzo proszę. Lecimy od góry:
Nic mnie nie obchodzi, ile osób powie, że to jest przecenione. Dla mnie jest to jedna z najpiękniejszych kompozycji stworzona przez ludzkość”;
Jeśli to was nie wzruszyło, lepiej zmierzcie sobie ciśnienie”;
Minione kilka tygodni spędziłem studiując najróżniejsze symfonie i ta jest zdecydowanie najlepsza. Tu nie ma nawet porównania z innymi. Analizowałem ich polifonię, głębię, fakturę, melodykę, orkiestrację itd, gdy chodzi jednak o ten utwór, żaden inny tak do mnie nie przemówił, kompletniutonąłem e w emocjach i w zadumie. Jest to prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszy utwór muzyczny, jaki kiedykolwiek słyszałem”.
Mój ojciec wcisnął mi to do torby, nalegając bym tego posłuchał. Dotychczas interesowała mnie głównie nowa fala lat 80 i post punk, tu jednak puściłem sobie tę płytę, wyszedłem do drugiego pokoju i w pewnym momencie poczułem, że nie jestem w stanie ani się ruszać ani oddychać. Od tego czasu jest to jedna z moich ulubionych kompozycji. Wydawałoby się, tak prosta, a jednocześnie tak doskonała”;
Boże, jakie to jest piękne. Jakie to cudowne. Co za emocje”;
Chcecie dotknąć Nieba? Posłuchajcie tego”;
Po tym jak przeczytałem, o czym jest ten tekst, a później zobaczyłem na ekranie Góreckiego, zwyczajnie się pobeczałem”;
Jak dotychczas, najlepsze wykonanie tej przepięknej kompozycji. Zauważyłem, że zwykle jest tak, iż najlepiej do wykonywania konkretnego utworu nadają się muzycy z kraju kompozytora. Tylko oni rozumieją te emocje i tę mentalność. Tu mam na myśli Polaków”;
Nie rozumiem ani słowa, ale to jest mój ulubiony utwór muzyczny z wszystkich jakie słyszałem dotychczas”;
Nie ma wątpliwości, że jest to jedna z najpiękniejszych symfonii kiedykolwiek napisanych, choć przyznaję, że warto też rozumieć treść tych pieśni, by pojąć transcendentalny wymiar i nieskończoną wspaniałość samej kompozycji. Powtórzę: coś tak doskonałego mogło powstać jedynie z Bożej inspiracji”;
Doświadczyć miłości na wieczność - mój cel życiowy”;
Słucham tego ponownie. Najpiękniejsza kompozycja jaką kiedykolwiek słyszałam”;
Nie ma słów by opisać piękno i doskonałość tego utworu”;
Czy ktoś z Polski może potwierdzić, co ona śpiewa pod sam koniec? Wszędzie mi piszą, że tam jest: ‘A ty, boze kwiecie, kwitnijze w około, niech się synockowi choc lezy wesolo’, ale ja tego nie słyszę. Bardzo dziękuję”.
      No i tak to się ciągnie w nieskończoność, a ja zacytuję jeszcze tylko jeden komentarz:
Cudowni Polacy! Nigdy nie zapomnę tych wszystkich radosnych chwil mojego życia, spędzonych w Katowicach i w Krakowie. Mam nadzieję, że któregoś dnia tam wrócę i zostanę w Polsce na zawsze!”
      Czytam te wszystkie komentarze aż staje się to już zbyt monotonne i myślę sobie, że warto chyba nam wreszcie uwierzyć, że tak naprawdę nigdy nie było źle, a zatem dobrze jest też i dzisiaj, no i wszystko wskazuje na to, że gorzej już nigdy nie będzie. Słuchajmy więc Góreckiego, wzruszajmy się tak jak oni i pamiętajmy, żeby zawsze trzymać przypisany nam fason.



Jeśli natomiast idzie o moje książki, wszystko jest na swoim miejscu. Można nawet pisać na adres k.osiejuk@gmail.com

niedziela, 18 listopada 2018

Refleksja na czas intelektualnej niemocy


     Tak się złożyło że piątkowy wieczór spędziliśmy z żoną w filharmonii (sic!), na prapremierze - skąd po tylu latach nagle prapremiera? - porażającego wręcz Koncertu na Klarnet i Orkiestrę Henryka Góreckiego, a jakby tego było mało, wczoraj, uroczyście, w rodzinnie poszerzonym składzie, obejrzeliśmy na Netlflixie najnowszy film braci Coen „Ballada o Busterze Cruggsie” i, powiem szczerze, jestem po tych dwóch dniach tak kompletnie wypłukany emocjonalnie, że nie pozostaje mi nic innego jak się na dziś przynajmniej zamknąć i pozwolić gadać tym, którzy są ode mnie mocniejsi.
     Oto, jak wiemy, zeszły weekend spędziłem w Kiekrzu u księdza Krakowiaka, a w świąteczną niedzielę wziąłem udział w Mszy Świętej w prafialnym kościele. Tam ksiądz Krakowiak wygłosił kazanie, które ja ukradkiem zarejstrowałem i okazuje się, że Bogu dzięki, bo dzięki temu będziemy tu wszyscy mogli zobaczyć to, co nam umyka każdej niedzieli. Bardzo proszę i nieskromnie tylko dodam, że książki są niezmiennie tak gdzie wczoraj i przedwczoraj i zawsze.  



sobota, 17 listopada 2018

O potrzebie cierpliwej uczciwości


      Ja dobrze bardzo wiem, że większość czytelników tego bloga znakomicie zdaje sobie z tego sprawę, jak zawsze jednak, z myślą o tej mniej zorientowanej mniejszości, spróbuję sprawę naświetlić. Otóż pokutujące gdzie niegdzie przekonanie, że księża - a mam tu na mysli przede wszystkim księży katolickich - jako ludzie całkowicie oderwani od doczesnego świata, nie posiadający rodzin, zdani na łaskę i nie łaskę swoich biskupów, oraz gospodyń, zamknięci w przykościelnych budynkach, o życiu mają pojęcie mikroskopijne, a często wręcz żadne, to jedno z największych nieporozumień tej naszej drobnej części wielkiego świata. Zanim wyjaśnię, co mam konkretnie na myśli, opowiem może angdotę. Otóż mamy zaprzyjaźnionego księdza, który swego czasu był duchowym opiekunem grupy studentów Akademii Muzycznej w Katowicach. Przyjaźnił się z nimi, regularnie się z nimi spotykał i któregoś dnia dołączył do nich ich kolega, luteranin, i już tam z nimi został. Nie po to oczywiście, by się jakoś szczególnie duchowo przetransformować, ale zwyczajnie, bo mu się tam podobało pod względem towarzyskim. Pewnego razu wieczór się niebezpiecznie przedłużył i kiedy ów student zdał sobie sprawę z tego, że ma ciężki kłopot z dostaniem się do domu, nasz ksiądz bez problemu zaproponował mu, że go odwiezie, tłumacząc swoją dyspozycyjność słowami: „No wiesz, nie mam żony, to mnie stać”.
     Bo tak to właśnie jest. Nasi księża nie mają żon, nie mają rodzin, nie mają nawet swoich domów, tak naprawdę nie mają nic, bo nawet te samochody służą nie tyle im, co jakims zagubionym luteranom, a zatem ich stać. Ale jest coś jeszcze. Otóż oni, całe swoje życie ofiarując swoim parafianom, tworzą dla siebie sytuację, gdzie to owi parafianie właśnie stają się dla nich wielką rodziną, a przez to ich wiedza na temat ludzi i świata znacznie przewyższa to, co my w naszych domach jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
       I oto w tym momencie pozwolę sobie znacząco bardzo zmienić nastrój, bo choć oczywiście wciąż pozostaniemy przy księżach i ich nadzwyczajnych wręcz kompetencjach, to opowiem o tym, jak owe kompetencje mają się do przestrzeni o wiele bardziej uniwersalnej, niż tej wyznaczanej przez nasz dom i rodzinę. A mam tu na myśli politykę. Jak już pisałem, spędziłem ostatnio parę dni w towarzystwie naszego księdza Rafała Krakowiaka i traktuję ten czas jak autentyczne rekolekcje, chciałbym więc opowiedzieć, co mi Ksiądz powiedział gdy chodzi o politykę właśnie i to jak ją widzą ludzie mniej w nią od nas zaangażowani, i jak to ich widzenie wpływa na ich wybory.
      Dla przypomnienia, ksiądz Krakowiak pracuje w jednej z poznańskich parafii, gdzie jak wiemy, większość osób - często bardzo pobożnych - albo zdecydowała, że minione wybory to w ogóle nie jest ich sprawa, albo że nie ma dla nich nic lepszego jak kolejne pięć lat pod prezydenturą tego komunisty Jacka Jaśkowiaka, i oto co on zaobserował. Otóż większość osób głosujących na Jaśkowiaka nie ma ani bladego pojęcia, ani też ich specjalnie nie interesuje to, jakie poglądy reprezentuje ten typek. Czy on wspiera ruchy LGBT, czy jest za przerywaniem ciąży, czy uważa, że Pan Bóg istnieje, czy wręcz przeciwnie, jest kwestią nieznaną i nieistotną. Jedyne co oni wiedzą na jego temat, to to, że on przez te minione cztery lata tyle się nakradł, że teraz wreszcie już będzie uczciwy i będzie miał czas, by się zająć miastem, a ci co czyhają na jego miejsce, tylko patrzą jak by się tu ustawić, szczególnie ci - i tu uwaga, uwaga - którzy na swoich wyborczych banerach demonstrują jak bardzo są pobożni i jak w związku z tym liczne mają potomstwo.
      Opowiadał mi ksiądz Krakowiak, że nawet nie mam pojęcia jak wiele osób reaguje wręcz alergicznie na te banery, gdzie widzą faceta w garniaku z piątką czy szóstką dzieci, obiecującego im to, że ponieważ on jest katolikiem, zadba o ich powodzenie. Muszę przyznać, że aż podskoczyłem, kiedy powiedział mi nasz ksiądz, że nie ma nic gorszego, jak zawracać wyborcom głowę tymi licznymi rodzinami. To już znacznie większe szanse ma jakiś gej ze swoim chłopakiem, bo ludzie wiedzą, że ta parka ma na tyle małe potrzeby, że przynajmniej znajdą gdzieś na boku czas i na potrzeby zwykłych ludzi.
     Ja wiem, że to brzmi przede wszystkim kompletnie absurdalnie, no a jeśli nie aburdalnie, to zwyczajnie strasznie, ale tak własnie wygląda doświadczenie księdza Krakowiaka. Z rozmów, jakie on przeprowadził ze swoimi parafianami wynika jednoznacznie, że tak zwani „zwykli ludzie” nie mają choćby kropli zaufania do polityków. Z ich punktu widzenia, wszyscy oni to banda wiecznie kłócących się oszustów i złodziei, którzy nawet jeśli im dają jakieś 500+, to tylko dlatego, że im się to politycznie opłaca, a zatem oni je chętnie biorą, ale o jakiejkolwiek wdzięczności mowy być nie może. A więc jeśli w ogóle angażować się w tę całą politykę - a to jest wybór ostateczny - to najlepiej obstawiać to, co już znane.
      Ponieważ nie było to wszystko zbyt pocieszające, porozmawialiśmy sobie z księdzem troszkę na ten temat dłużej, by spróbować jednak nakreślić jakąś dla nas, możliwie optymistyczną, perspektywę. I wtedy pojawił się temat Victora Orbana i Węgier. Nie wiem, czy wszyscy sobie to uświadamiamy, ale tam wcale nie było tak słodko, jak nam się wydaje. Kiedy Fidesz po raz pierwszy zdobył władzę w roku 1998, to zaledwie na jedną kadencję. Podczas swoich rządów dokonał rekonstrukcji zniszczonego w czasie wojny Mostu Márii-Valérii łączącego Węgry ze Słowacją, wybudował nowy gmach Teatru Narodowego w Budapeszcie, doprowadził do zniesienia czesnego za studia, wprowadzonego w pierwszej połowie lat 90. przez koalicję socjalliberalną i ponownie przywróconego przez rząd Ferenca Gyurcsánya w 2006, zaczęło też państwo mocno wspierać małe i średnie przedsiębiorstwa. Za pierwszej kadencji Victora Orbana zmniejszyła się inflacja i bezrobocie oraz nastąpił wzrost płac, a mimo to po czterech latach stracił Fidesz władzę i musiał aż na osiem lat przejść do opozycji wobec rządu złożonego w sposób niemal otwarty z tego co śladem Marszałka określiliśmy tu niedawno mianem „kurew i złodziei”. Dopiero po ośmiu latach biedowania w opozycji, w koalicji z chrześcijańskimi demokratami wygrał Fidesz wybory, a Orban został po raz kolejny premierem. Samodzielne już jednak rządy, bez niczyjej już łaski, mimo bardzo ciężkiego ataku ze strony tak zwanej „ulicy i zagranicy”, Fidesz objął cztery lata później, a więc w roku 2014. Ale to wciąż nie był jeszcze pełny sukces, związany nie tyle z liczbami, co z autentycznym poparciem Węgrów. Oto w maju roku 2018 frekwencja w wyborach na Węgrzech wyniosła ponad 70% i dopiero po 20 latach okazało się, że Węgrzy uwierzyli, że nie mają do czynienia zaledwie z kolejnymi złodziejami.
      Rozmawialiśmy więc o tym troszeczkę z księdzem Krakowiakiem i powiedział mi on, że to co najważniejsze w naszej sytuacji to zachować podstawową uczciwość, no i może przede wszystkim cierpliwość. Skoro Węgrzy męczyli się z tą swoją - powiedzmy to sobie szczerze - ludzką gnuśnością, i ją ostatecznie pokonali, to nie ma powodu, byśmy i my nie dali sobie z rady.

Przypominam, że moje książki są do kupienia głownie w trzech miejscach. W księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Fot-Mag w Warszawie (adres można sobie wyguglać), no i tu u mnie. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.