czwartek, 30 kwietnia 2009

Kiedy reżim zobojętniał

Kiedy wczoraj, z jednej strony wysłuchałem w telewizji kilku komentarzy na temat policyjnej interwencji wobec protestujących stoczniowców, a z drugiej przeczytałem sobie wpis na ten temat u FYM-a, pomyślałem, że nic tu po mnie. FYM powiedział wszystko, co mógłbym powiedzieć ja, a komentarze – jak to komentarze w naszych dziwnych czasach – też mnie, jeśli w ogóle zainspirowały, to raczej do rozpaczy, a nie do kolejnego szarpania się ze ścianą. A zatem, obiecałem sobie, że na razie nie będę nic pisał, tylko jakoś spróbuję dojść do siebie, a później mniej więcej to samo przyrzekłem FYM-owi u niego na blogu. I poszedłem spać.
Wczorajszy dzień był dla mnie o tyle szczególny, że od rana do wieczora byłem odstawiony od jakichkolwiek informacji. Wiedziałem oczywiście z wcześniejszych zapowiedzi, że Platforma Obywatelska będzie się lansowała przed Polakami w związku ze zjazdem, wiedziałem, ze przyjadą stoczniowcy demonstrować i wiedziałem, że z pewnością przydarzy się coś wartego uwagi. Kiedy jednak wieczorem wróciłem do domu i dowiedziałem się, że policja sprała stoczniowców, byłem autentycznie poruszony. Ja oczywiście nie jestem taki bardzo wrażliwy z jednej strony, a z drugiej taki zakłamany, żeby rwać sobie włosy z głowy nad cierpieniem tych demonstrantów. Ja doskonale wiem, że to są na ogół twardzi zawodnicy i że im się zdarzało w zyciu przechodzić przez burze, których żaden z nas pewnie by nie zniósł. A więc dostać po głowie pałką, albo wziąć na oczy gaz, to dla nich nie pierwszyzna. Oni na takie traktowanie wcale nie musieli czekać aż do czasów, gdy władzę w Polsce obejmą chłopaki z boiska.
Mimo to, byłem autentycznie zdewastowany. Z bardzo prostego powodu. Doszło bowiem wreszcie w Polsce do tego, że znowu leją. Leją i traktują gazem. Stało się jednak coś jeszcze. Po raz pierwszy od czasów komuny, atak policji na demonstrantów nie spotkał się ze zwykłą w tych okolicznościach medialna histerią. Więcej. Wobec tego typu patologii, media zachowały stosunkowo duży spokój. Oczywiście, to nie są już czasy, kiedy policja bije, a dziennikarz w telewizji mówi, że nie bije. Informacja działa jak należy. Tyle tylko, że dziś, w nowej rzeczywistości politycznej, mówi się, że policja bije, ale to już nic nie szkodzi.
Ciekawsza jeszcze była reakcja polityków. Widziałem w TVN-ie Michała Kamińskiego, który, nawet jeśli jego porażenie było udawane, to zachowywał się standardowo. Jako przedstawiciel Prezydenta i zwykły człowiek, wyrażał swój żal i rozczarowanie z powodu tego, co się stało pod Pałacem Kultury. Trudno, żeby postępował inaczej. Natomiast, mimo wszystkich moich dotychczasowych doświadczeń, które mnie bardzo ogólnie uodporniły na najróżniejsze przejawy zdziczenia, mocno poruszyły mnie trzy wystąpienia po stronie szeroko pojętej władzy rządowej. Najpierw zobaczyłem siedzącego obok Kamińskiego ministra Szejnfelda, który najwidoczniej całą sytuacją był bardzo rozbawiony. On się autentycznie przez cały czas szczerzył do kamery i sobie radośnie podskakiwał. No ale, powiedzmy, że on się nie liczy. Ja go przede wszystkim nie znam. Dla mnie on może być starostą gminy Boćki, albo kierownikiem miejskiej stacji MPO. Że jest ministrem, nie jest dla mnie nawet zagadką. Na bycie zagadką też trzeba sobie zasłużyć.
Bardziej zainteresował mnie występ policjanta, który próbował usprawiedliwić to, że policja pobiła i poraniła stoczniowców. Gadał on dość długo, ale sens jego wypowiedzi był prosty. To stoczniowcy zaczęli i policja nie miała wyjścia. Dokładnie tak jak zawsze. Tak jak 30, 40, czy 50 lat temu. Policja stała sobie spokojnie, a ponieważ warchoły i elementy chuligańskie zaczęły grozić porządkowi publicznemu, to cóż było robić? A należy pamiętać, że gaz to naprawdę drobiazg w porównaniu z tym, co nowoczesne środki przymusu bezpośredniego potrafią zrobić.
I wreszcie na koniec, pojawił się rzecznik rządu Graś. I to własnie jego wystąpienie było bezpośrednia przyczyną, dla której odechciało mi się pisać i dla której obiecałem FYM-owi, że jemu zostawiam miejsce w tej sprawie. To jednak on też – Paweł Graś – sprawił, że ostatecznie nie dotrzymałem słowa i muszę pisać to co piszę. Ja staram się bardzo łagodnie dobierać słowa i robię wszystko, żeby nie przekroczyć pewnych granic. A Bóg mi świadkiem, że nie jest łatwo. Myślę od rana o tym Grasiu i wiem, że muszę mu poświęcić choć część dzisiejszego tekstu i że nie ma słów, które mogą zadośćuczynić powadze sprawy i samej postaci. Graś, zapytany o stanowisko w sprawie ataku policji na manifestantów, powiedział mniej więcej coś takiego. To nie jest cytat, ale staram się być maksymalnie wierny: „Demonstracja stoczniowców nie była tak poważna i duża jak zapowiadano. Należy podkreślić bardzo sprawną i skuteczną postawę policji, która szybko zaprowadziła porządek. Niestety należy z przykrością stwierdzić, że czterech funkcjonariuszy odniosło obrażenia.” Koniec.
Zastanawiam się dziś od samego rana, jak nazwać to, co się wydarzyło wieczorem w telewizyjnym studio. Co się stało z Polską i co się stało z pewnymi ludźmi i – wreszcie – co się stało z Pawłem Grasiem, że on wylądował tu, gdzie go musimy dziś oglądać. Co sprawiło, że ludzie, po których oczywiście można się było spodziewać, że w tej atmosferze nieustannego kłamstwa, staną się nawet łotrami – bo w końcu, czemu nie – posuną się jeszcze dalej. Utracą mianowicie to wszystko, co dotychczas nadawało im w miarę ludzki kształt. Ja naprawdę się martwię. Bo, wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego, że te nowe zwyczaje i ta nowa kultura i ta – w gruncie rzeczy – nowa cywilizacja doprowadzą do tego, że Paweł Graś osiągnie w sposób czysty poziom Jerzego Urbana.
Skoro uzyskaliśmy pełny obraz, to już tylko pozostaje nam zadawać pytania i próbować na nie odpowiadać. Dlaczego władza kazała policji pobić demonstrantów i dlaczego dziś, zamiast się rumienić, najwyraźniej się z tego swojego zagrania cieszy? Czy tu sa jakieś interesy, czy może tylko emocje? A może tu nie ma już ani interesów, ani emocji, tylko zwykłe odruchy? Interesów nie widzę. To co wczoraj zrobił rząd Platformy Obywatelskiej nie przyniesie im żadnych korzyści. Może oczywiście im nie zaszkodzić. W końcu jest jak jest i być może na powrót rozsądku trzeba jeszcze trochę poczekać. Ale korzyści z tego nie będzie. Żyjemy w czasach, kiedy policja nie używa gazu łzawiącego nawet w okolicach boisk piłkarskich, kiedy trzeba rozgonić prawdziwych bandytów. Wszyscy pamiętamy, jak wielkie poruszenie wywołała sprawa rzekomej agresji Jarosława Kaczynskiego przeciwko zdrowiu pielęgniarek, które wlazły mu do jego gabinetu i nie chciały wyjść przez całe dni. Wiem oczywiście, że ta histeria była totalnie nakręcana, ale powiedzmy, że rozumiem. Aparatura podsłuchowa mogła paniom zepsuć zdrowie i trzeba się za nimi wstawiać. Tu państwo, tu ludzie, jest konflikt, jesteśmy z ludźmi. Trzeba ich bronić. Nawet jeśli to ma zaprowadzić byłego premiera pod sąd. Co by się jednak działo, gdyby Jarosław Kaczyński wpadł do tego gabinetu, gdzie pielęgniarki spędzały czas i popryskał je gazem po oczach?
Więc postawa rządu, z którą przyszło się nam wczoraj tak fatalnie zetrzeć, nie może wynikać z zimnej kalkulacji. Bardziej prawdopodobne jest to, że Donald Tusk, Grzegorz Schetyna i Janusz Palikot (on może nie – jest zbyt wyrachowany), wpadli w takie podniecenie z powodu tego kongresu, że kiedy się dowiedzieli, że ci śmierdzący stoczniowcy im przeszkadzają, dostali autentycznego szału i zwrócili się do policji, żeby dali stoczniowcom po oczach. To bym rozumiał. Wściekłość i rozgoryczenie. Ale myślę sobie, że i to nie może być przyczyną tego, do czego oni się postanowili posunąć wczoraj. Ja myślę, że czas kiedy oni się jeszcze czymś autentycznie emocjonowali już dawno minął. Oni już ani nie czują podniecenia tym co robią, ani złości, że ktoś może ich wysiłków nie doceniać, ani nawet dumy, że są tacy piękni i ważni. Mam bardzo poważne podejrzenie, ze jeśli idzie o ekipę Donalda Tuska i jego samego, na placu boju pozostała już wyłącznie czysta korupcja. Korupcja w bardzo szerokim sensie. Korupcja jako zepsucie. Zepsucie totalne. Zepsucie, z którego nie ma już wyjścia. Które się skończy klasycznym zgniciem, po którym już można nastąpić tylko klasyczna zbrodnia.
Ja dziś mam wyjątkowo silne poczucie, że to co kiedyś Jarosław Kaczyński powiedział na temat zwycięstwa Platformy Obywatelskiej, było bardzo słusznym spostrzeżeniem. Chodzi mi o tę szokującą wówczas dla wielu prognozę, że zwycięstwo Platformy będzie dla Polski czymś gorszym niż 13 grudnia. Dziś widzę, o co Kaczyńskiemu mogło chodzić. On ich zawsze znał o wiele lepiej od nas wszystkich tu zebranych – tych wszystkich Grasiów, Szejnfeldów, Nowaków, Gradów, a przede wszystkim Donalda Tuska – a znając ich, potrafił jednocześnie zachować swoją tradycyjną przenikliwość. On musiał to wiedzieć. On musiał wiedzieć, że idą ludzie, którzy w momencie kiedy już dostaną to co chcieli i dowiedzą się, że mogą już nie dostać nic więcej, dojdą do przekonania, ze w takim razie im jest już wszystko jedno.
Przejęli władzę, stworzyli atmosferę nienawiści i kulturowego terroru, wyhodowali całą armię potencjalnych wyborców, karmiących się ta nienawiścią i tym terrorem, a na końcu ogłosili, że albo oni, albo po nich niech wszystko ginie. I mam dziś wrażenie, że własnie ludzie Platformy osiągnęli ostatni etap swojego politycznego i – jak się okazuje – również czysto ludzkiego rozwoju. Oni wkroczyli w okres, gdy z jednej strony widza mur, a z drugiej czują jak bardzo ta nieszczęsna bezalternatywność im smakuje. Więc pozostaje im albo zacząć wrzeszczeć z przerażenia, albo uznać, że jest im już wszystko jedno. I to uważam za sytuację bardzo niebezpieczną. Bo obawiam się, że oni normalnie władzy już nie oddadzą. Im dziś jest już autentycznie wszystko jedno. Nie będzie autostrad, nie będzie Euro 2012, nie będzie ‘jednego okienka’, nie będzie niskich podatków, nie będzie godnego życia, nie będzie służby zdrowia, nie będzie wolnych mediów, nie będzie nic. Ale pozostaje ta piękna i słodka bezalternatywność i dziejowa konieczność. I oni jednego i drugiego będą bronić. Oddali władzę komuniści. Oddał władzę PiS. Oddała władzę nawet kiedyś Unia Wolności. Donald Tusk i jego polityczne środowisko najwyraźniej doszli do przekonania, że oni władzy nie mają komu oddawać. A nawet jak mają, to nie muszą. Że oni już będą zawsze. Bo nawet jeśli są kompletnie niesprawni, totalnie nieudani, całkowicie zepsuci – i tak nie ma dla nich ani alternatywy, ani potrzeby jakiejkolwiek alternatywy.
Dziś, podobnie jak wczoraj, też nie bardzo miałem okazji obserwować rozwoju zdarzeń. W pewnym momencie syn mój przyniósł mi wiadomość, że Prezydent miał dziś jakieś spotkanie, na którym sobie zażartował, że Europa jest jak róża i w tym momencie ukłonił się pani Róży Thum. Nic specjalnego, ale podobno wszyscy byli bardzo zadowoleni i w ogóle zrobiło się miło. Od razu pojawiły się komentarze skupionej w Onecie pro-reżimowej bandyterki. Oto przykłady: „Buhahaha! Co za żenada. Ludzie nie mają co jeść, a ten świruje pawiana” da~god „Jakie poczucie humoru????? Brat mu napisał przemówienie? I ciekawe , po ilu ‘małpkach’ przemawiał???!!!!” precz_z_antkiem „Traktat kiedy podpiszesz? Dziadzie, picerze.” kostek
To jest Onet. Ja wiem, czym jest Onet. Wiem też, czym jest wyborcza.pl. Ja nie dziwię się właściwie już niczemu. Natomiast w tym wszystkim, czyli w tych pobitych i zatrutych gazem stoczniowcach, w tej kretyńskiej radości Szejnfelda, w słowach rzecznika policji, w kompletnej pustce oczu Pawła Grasia, i w tej klace dzisiejszych onetowiczów, zobaczyłem coś autentycznie nowego. Tę szczególną zawziętość i determinację, jakiej dotychczas nie widziałem. Determinację przechodzącą w obojętność wobec wszystkiego co się dzieje poza. I w tej sytuacji nawet nie wiem, czy hasło, które tu ostatnio powtarzam: „Zmieńmy Polskę, idźmy na wybory!” ma jeszcze jakiś sens. Warto jednak sprawdzić. Warto spróbować. Nie wiem, co oni wymyślą. Ale warto spróbować. A jeśli oni zaszli za daleko, to trudno. Trzeba będzie ich stąd usunąć fizycznie.

wtorek, 28 kwietnia 2009

O tych co odlatują i o tych co zostają

2 stycznia 2009, w Richmond w stanie Virginia, zmarł w wieku 69 lat William Devereux "Billy" Zantzinger http://pl.wikipedia.org/wiki/The_Lonesome_Death_of_Hattie_Carroll.
Myślę, ze wielu z czytelników tego bloga wie, o kogo chodzi. Tym, którzy są zbyt młodzi żeby wiedzieć, albo po prostu jakoś tę historię przegapili, pragnę przypomnieć, że William Zantzinger, 9 lutego 1963 lutego o 1.30 w nocy, w hotelowej restauracji w Baltimore, „zabił biedną Hattie Carroll laską, którą zakręcił wokół swojego palca z diamentowym pierścieniem...".
Skąd ja to wiem? Od Boba Dylana oczywiście. To znaczy, jeśli mam być zupełnie ścisły, to od Dylana wiem, co William Zantzinger zrobił. O tym natomiast, że zmarł, dowiedziałem się od młodszego Toyaha, który zamiast uczyć się do matury grzebie, grzebie, grzebie… no i wygrzebał. A więc William Zantzinger nie żyje. Jednak tamtej zimowej nocy już niemal pół wieku temu, w tamtym hotelu, 24-letni William Zantzinger, plantator tytoniu, człowiek bardzo bogaty i o rozległych politycznych koneksjach, bawił się w hotelowej restauracji, bardzo mocno pijąc i ogólnie zadając szyku. Historia nieomal jak z tandetnego filmu. Siedział więc ten Zantzinger w tym eleganckim hotelu, bawiąc się i pijąc ze swoimi znajomymi, w ręku cały czas trzymał laskę-zabawkę za 25 centów, którą się bawił jak dziecko, aż wreszcie zażyczył sobie od obsługującej ich czarnej kelnerki, żeby mu przyniosła kolejnego drinka. Ponieważ ta się, jego zdaniem, ociągała, walnął ją tą laską najpierw po plecach, a następnie w głowę tak mocno, że laska rozpadła się na części. A ona umarła. Nazywała się Hattie Carroll. Przypominam: to nie były lata 30-te. Był to rok 1963. Stany Zjednoczone.
Bob Dylan napisał swoja piosenkę zatytułowaną Lonesome Death Of Hattie Carroll http://www.bobdylan.com/#/songs/lonesome-death-hattie-carroll – jak się mogę domyślać – z dwóch powodów. Przede wszystkim, jak sądzę, zainteresowało go to, że facet się wścieka na kelnerkę, że go zbyt powoli obsługuje i ją zabija. Drugi powód, dla którego Dylan zainteresował się tematem był taki, że ponieważ Zantzinger był biały i bogaty, a Carroll czarną, biedną, na dodatek starą i tylko kelnerką, sędzia uznał postępek Zantzingera za nieumyślne spowodowanie śmierci i skazał go na sześć miesięcy więzienia. Myślę, że to wystarczyło. Nawet gdyby sam Dylan wiedział już, pisząc swoje wielkie dzieło, że Zantzingerowi sąd odroczył wykonywanie kary ze względu na żniwa, że z różnych humanitarnych względów Zantzinger odsiedział wyrok w wyjątkowo łagodnym więzieniu i że za dobre sprawowanie wyszedł po trzech miesiącach, niewiele by to zmieniło. Pierwsze wrażenie i tak było wystarczająco mocne. Pisałem tu stosunkowo niedawno o zabójstwie pewnej 16-latki z Kętrzyna. Zabił ją jej chłopak, który najpierw zrobił jej dziecko, później zażyczył sobie aborcji, a ponieważ ona nie chciała, to się zezłościł i ją zamordował. Zastanawiałem się więc, kto tego Kubusia (bo tak mu rodzice dali na chrzcie) tak starannie wyedukował, że – będąc niewątpliwie przeciętnym kretynem –to akurat wiedział. Że na trudne chwile aborcja jest dobrym rozwiązaniem. I przypominałem sobie piosenkę Boba Dylana, również sprzed lat, o pewnym bokserze, który zginął na ringu, w której to piosence Dylan zastanawia się, kto tak naprawdę tego boksera zabił. Taka poezja. Ciekawe – na marginesie – że ów Davey Moore zginął zaledwie półtora miesiąca po śmierci Hattie Carroll. Szczególny rok, prawda? Napisałem więc tekst na moim blogu, z jednej strony dumając nad różnymi ważnymi sprawami, a z drugiej wyrażając żal, że jakoś cierpimy na szczególny brak Dylanów i pewnego rodzaju wrażliwości. Sprawa jest, jak się okazuje, dość aktualna nawet jeśli już dziś wiemy, że nam się akurat tak poszczęściło, że zamiast jednego Dylana mamy paru Pilchów.
Gdybyśmy zamiast nawet pięćdziesięciu Pilchów, mieli ćwierć Dylana, moglibyśmy może się zastanowić nad kilkoma bardzo ważnymi sprawami. Chodzi bowiem o to, że w owej piosence o śmierci Hattie Carroll, Bob Dylan z niespotykanym talentem literackim kreśli cztery obrazy. Pierwszy z nich pokazuje scenę zabójstwa, w drugim pokazuje Zantzingera i całe jego 24-letnie tło, w trzeciej widzimy Hattie Carroll, z jej kolei nędzną historią i czystą niewinnością, a to wszystko po to, żeby wreszcie na koniec obejrzeć sobie sędziego z jego powagą, dostojeństwem i – oczywiście – niezawisłością. Pozwoliłem sobie przetłumaczyć dla Was tę ostatnią zwrotkę, żebyście mieli pojęcie do czego tak naprawdę tu zmierzam:
„W pięknej sali sądowej, sędzia stuknął swym młotkiem,
By pokazać, że wszyscy są dziś równo słuchani
I że prawo się nie da ni naciągać ni wkręcać
I że nawet elita karę swoją odbierze
Kiedy gliny dopadną i pod sąd ich sprowadzą
I że prawa drabina nie ma szczytu ni dołu
I popatrzył na tego co zabił ot tak sobie
Bo mu przyszło do głowy,
bo tak mu się chciało
I przemawiał w swej todze tak głęboko i szczerze
I wezwał surowo o skruchę i karę
I dostał Zanzinger pół roku bez mała"
___________________
Ostatnio, przy najróżniejszych okazjach, co jakiś czas zmuszeni jesteśmy wszyscy wysłuchiwać najbardziej zakłamanych i zdecydowanie przy tym idiotycznych dyskusji na temat tak zwanych niezawisłych sądów. Z jakiegoś, kompletnie dla mnie nie zrozumiałego powodu, jednym z najbardziej absurdalnych, a jednocześnie, stanowczych osiągnięć Trzeciej RP stało się powszechne przekonanie, że idiotą może być pan dziennikarz, lekarz, nauczyciel, piosenkarz, aktor, adwokat, prokurator, inżynier, a nawet pan poseł, pan minister, pan premier i pan prezydent – dosłownie każdy, z wyjątkiem praktycznie dwóch tylko osób – mianowicie pana sędziego i pani sędzi. I nie ma znaczenia, czy sędzia jest stary czy młody, doświadczony, czy niedoświadczony, bardzo elokwentny, czy bełkoczący bez ładu i składu. Jedno jest poza wszelką dyskusją – że sędzia nie może się pomylić, nie może oszukać, nie może zwyczajnie zgłupieć, albo równie zwyczajnie się zapętlić. O nie! Każdy, tylko nie sędzia. Sędzia z samej swojej definicji jest mądry, sprawiedliwy, bezstronny i niezawisły i każdy kto to kwestionuje jest niemalże przestępcą, a w najgorszym wypadku głupcem.
Doszło do tego, ze wczoraj chyba Jarosław Kaczyński wyraził się o sędzi, która – w sposób dla każdego zwykłego obserwatora – czytając wyrok w sprawie spotu PiS-u, wystawiła się na czyste pośmiewisko, słowami „młoda dama”, czy jakoś tak, i posypały się na niego natychmiastowe gromy. Że co? Że takimi wyrazami on śmie charakteryzować sędzię???? Toż to skandal i hańba! Jakim prawem? Zbudowaliśmy wspólnymi siłami tę demokrację i tę europejską kulturę, a tu przychodzi jeden z drugim i ma czelność kwestionować pozycję kogoś takiego jak sędzia! Cóż to za białoruskie zwyczaje?
A ja pamiętam z mojej kariery nauczycielskiej jeden epizod. Zdarzyło mi się przed laty uczyć grupę sześciu sędziów. Tak wyszło, że same panie. Ja powiem zupełnie uczciwie – mnie się w życiu nie zdarzyło spotkać grupy osób tak tandetnych i niepoważnych, jak one. Nawet biorąc pod uwagę to, ze ja naprawdę byłem zaskoczony tym, co mnie spotkało i tym niezwykłym kontrastem między moimi oczekiwaniami, a stanem faktycznym, efekt i tak był sam w sobie piorunujący. Myśmy się spotykali przez rok i one się przez cały ten czas, dwa razy w tygodniu, zachowywały jak nie przymierzając nauczycielki w gimnazjum. Ile razy tam przychodziłem, czekałem z przerażeniem aż którejś z nich wypadnie z torebki magazyn dla dziewcząt Bravo Girl. Autentycznie. Właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu uznałem, ze nie ma żartów. Że po wyższych uczelniach, wali się kolejny mur. Że już autentycznie nie zostaje nic. Wydawało mi się – jak się okazuje, naiwnie – że po tych ciężkich studiach prawniczych, po tych wszystkich aplikacjach tych egzaminach, tej mitycznej już wręcz walce, nie ma bata – trzeba coś mieć. Okazało się, ze nie. Że tu też nie trzeba mieć dokładnie nic.
Więc ja oczywiście wiem, co tam się dzieje i czego się po tamtych ludziach można spodziewać. I to najprawdopodobniej bez względu na to, czy mamy do czynienia z sędziami sądu okręgowego, czy sądu najwyższego. Różnica najprawdopodobniej jest tylko taka, że jedni bardziej od innych zadzierają nosa. Ja wiem, że te stare skecze z Monty Pythona, gdzie sędziowie najczęściej byli równie śmieszni i niepoważni, jak cała reszta tego pythonowskiego pejzażu. Z piosenki Dylana, która mi się dziś przypomniała, wynika dokładnie to samo. Że w prawdziwie nowoczesnym świecie, a nie w kraju, który dopiero co zaczął do tego świata aspirować i to na dodatek w tak nędznym i niskim stylu, kwestia szczególnej pozycji sądu i sędziego nigdy nie była dyskutowana. Zwyczajne społeczeństwa, i to nie społeczeństwa sprzed 100 lat, ale całkiem świeże, już od lat budujące lepszą i mądrzejszą demokrację, nigdy nie potrzebowały ani żadnych lewych autorytetów, ani żadnych pseudo-kulturowych zakazów, ani też jakiegokolwiek cywilizacyjnego alibi dla usprawiedliwiania czyichś ciemnych sprawek. Oczywiście, niewiele – jak się okazuje – im to dało. Ale przynajmniej wszystko co spieprzyli, poszło na ich konto, a nie na konto jakichś podsuniętym ich przez ludzi złych i głupich – przesądów.
Bardzo bym był ciekawy zobaczyć, co by się działo, gdyby dziś pojawił się u nas ktoś równie utalentowany i podobnie wrażliwy, jak Bob Dylan i zaśpiewał piosenkę o parszywym prawie i parszywie służących temu prawu parszywych sędziach. Piosenkę o podobnym jak u Dylana ładunku goryczy, złośliwości i gniewu. Już słyszę te inteligenckie fuknięcia. Już widzę te marsy na tych czołach, które od notorycznego braku kontaktu ze zgiętym palcem już zupełnie utraciły swoją tradycyjną funkcję.
Jest jednak coś w tym wszystkim pocieszającego. Na końcu i tak jest zawsze to samo. Wraz z nadejściem nowego roku, jak się właśnie okazało, przekonał się też o tym William Devereux "Billy" Zantzinger. A najprawdopodobniej wiele lat przed nim jeden amerykański sędzia.

Więc wolę socjalizm - kłamstwo, niż was

Kiedy byłem młodszy, dawno, dawno temu, jeszcze za głębokiej i jeszcze głębszej bolszewii, kiedy dzieci w szkole uczyły się wierszyków o tym, że u Wowy, na przykład, mama jest milicjantką, a u Lowy mama kucharzem, ale to, że mama może być pilotem, to już jest grubsza afera., albo że dzieci wchodzą do ujutnej (pozdrowienia dla pani Joli), przestronnej klasy, a na tablicy stoi jak byk napisane: „Nie potrzebujemy wojny”, świat był zdecydowanie bardziej poukładany i oczywisty. Człowiek siedział przed telewizorem, oglądał film mistrza Wajdy Kiedy ty śpisz, później wysłuchał komentarza w Dzienniku na ten sam temat i wiedział, ze tam są oni, tu jesteśmy my, tam jest komuna, tu jest Polska i wiedział, co, gdzie i jak.
Były to czasy, kiedy słowo komuch miało znaczenie cudownie szerokie i swoją obelżywością zdecydowanie przekraczało wszystkie pozostałe epitety. Można oczywiście było ten język modyfikować i wtedy, na przykład, powstawały takie perełki, jak „chuje komuniści”, albo „pierdolona komuna”. Tam byli oni, tu staliśmy my i bez względu na to, czy mówiliśmy o nich, czy mówiliśmy o sobie, jeśli tylko chcieliśmy użyć bata, uciekaliśmy do tego niezwykłego języka obłąkanej ideologii. Człowiek wchodził do sklepu po słoik ogórków, pani sklepowa patrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem i odpowiadała: „Nie ma. Wyszły” i obywatel wychodził rzucając na pożegnanie jedno z tych wyżej wymienionych wyrażeń. A jeśli pani sklepowa była nieuprzejma i na prośbę o ogórki rzucała: „Daj mi pan spokój. Głowa mnie boli”, to ten ‘komunistyczny’ epitet był kierowany już bezpośrednio do niej.
I to naprawdę nie miało znaczenia, czy naprzeciwko tego znienawidzonego systemu stał zwykły obywatel, czy tego systemu funkcjonariusz. Wystarczyło, że poziom irytacji osiągnął poziom wystarczająco wysoki, a wszyscy pluli tą komuną. Nie dam głowy, ale sądzę, że nawet większość tych, którzy na tej naszym wspólnym nieszczęściu się paśli, też, jeśli tylko chcieli wyrazić swój ból – dowolny ból – wyrzucali ją z siebie, tak jak Ty i ja. Nie bardzo natomiast umiem sobie przypomnieć, czy jako obelgi używało się słowa ‘socjalizm’ lub ‘socjaliści’. Mogę się oczywiście mylić, ale mam wrażenie, że nie. Chyba było tak, że socjalista nie funkcjonował jako charakter bardzo czarny. A przynajmniej nie wydaje mi się, żeby w społeczeństwie krążyły określenia w stylu „pieprzeni socjaliści”. Była tylko komuna, komuniści i my.
Od tego czasu zmieniło się wiele. Można byłoby nawet powiedzieć, że zmieniło się wszystko. Ogórki są w nadmiarze, a jeśli człowiek trafi na ofertę specjalną, to może jej nawet trafić po niecałe 3 zł za słoik. Ale oczywiście ogórki to tylko symbol. Zmieniła się przede wszystkim ideowa podstawa tego słoika. Nie ma już komuny, nie ma komunistów, a tym bardziej, nie ma już ‘pierdolonych komunistów”. Jeśli chcemy wyrazić swoją niechęć do kogoś kogo nie lubimy, używamy albo pojęcia ‘liberał’, albo , w drugą stronę, ‘socjalista’, albo – i to może najchętniej – ‘faszysta’, ‘pisior’ ewentualnie ‘moher’.
Jak to się stało? Bardzo prosto. Kiedy upadła ‘pierdolona komuna’, dobrzy ludzie mieli nadzieję, że za tym upadkiem rozpocznie się zwykłe egzekwowanie sprawiedliwości. Że ci wszyscy, którzy tworzyli tamten system, a którzy przy tym tak naprawdę byli autorami tego niezwykłego językowego zjawiska, o jakim wspominałem wyżej, albo zostaną powieszeni, albo skazani na długoletnie wyroki, albo choćby odsunięci od jakichkolwiek wpływów. Starsi i doświadczeni ludzie doskonale wiedzieli, że nie ma na co liczyć, bo we współczesnym świecie, gdzie rządzi biznes i pieniądz, nie ma miejsca na tego typu gesty. Że, podobnie jak po II Wojnie Światowej teren państwa niemieckiego – wbrew nadziejom wielu – nie został zrównany z ziemią i obsadzony kartoflami, tak i Polska, przynajmniej częściowo, pozostanie już na zawsze w łapach tych, którzy sobie zwyczajnie nie zasłużyli.
Dziś więc, po tych wszystkich latach, komuny już nie ma, komuniści rozpłynęli się gdzieś w czasie, no i oczywiście zmienił się też wróg. Ja oczywiście nadal, kiedy oglądam sobie mój ulubiony TVN24, i widzę tam Leszka Millera, Józefa Oleksego, czy – ostatnio – Jerzego Wiatra, ogorzałego słońcem, pięknie posiwiałego, z tą rewolucyjna tęsknotą w oczach, której zapomnieć się nie da już nigdy, wciąż rzucam pod nosem: „Jebany komunista!”, ale jestem stuprocentowo przekonany, że należę już do gatunku wymierającego. Bo komunistów już nie ma, a i też wróg się zmienił. Czytam wczorajszą Rzepę i na pierwszej stronie widzę zdjęcia trzech najlepiej zarabiających prezesów banków. Z ich wszystkich znam tylko pierwszego. To Jan Krzysztof Bielecki, premier w rządzie przy prezydencie Wałęsie. Pod zdjęciem jest napisane, że Bielecki jest prezesem banku PKO SA i w zeszłym roku zarobił 4,5 mln zł. Jest to dużo, ale nie najwięcej. Jego kolega z pracy, wiceprezes tego samego PKO – Luigi Lovaglio, dostał 6 mln zł. Pozostałych dwóch prezesów, których zdjęcia publikuje Rzepa, jak mowię, nie znam. Są od Bieleckiego wyraźnie młodsi, pewnie i ładniejsi, jeden pracuje w banku, który się nazywa Noble, drugi w BZWBK i zarabiają ciut mniej od Bieleckiego. Wiem że Bielecki nie jest i nie był komunistą, ale zgaduję, że pozostali panowie też nie są i nie mogli nigdy być komuchami, choćby dlatego, że oni są po prostu na to za młodzi. Wiem, że komuchem jest Oleksy, Szmajdziński, Wiatr, Miller. Ale oni nie są prezesami banków. Ale wiem też, że oni nie muszą. No i tez im nie wypada. Trudno przecież sobie wyobrazić, żeby Don Vito Corleone na starość został prezesem giełdowej spółki. Raz że mu to do niczego niepotrzebne, a dwa – na starość? Nie te nogi. Nie te kości.
Czy Bieleckiego i tych dwóch pozostałych uważam za swoich osobistych wrogów? Nie. Czy oni mi w czymś przeszkadzają? Nie. Bezpośrednio nie. Czy jeśli dojdzie do sytuacji, której tak bardzo się boję i o której pisałem w moim poprzednim wpisie, że ludziom nie starczy pieniędzy na bieżące opłaty, na spłatę zaciągniętych przez lata kredytów i na pokrywanie bieżącego debetu na kartach, które przez całe lata sprzedawały im najróżniejsze, mniejsze i większe banki, i ci ludzie zaczną tych prezesów wyciągać zza ich biurek za uszy, czy ja się do nich przyłączę? Tak. Oczywiście. Pójdę tam z nimi, wejdę do jednego z tych wypasionych gabinetów i osobiście kopnę w tyłek pierwszego z brzegu prezesa, który mi się pod but nawinie. Dlaczego się w ten sposób zachowam? Otóż nie dlatego, że uważam ich za leni, darmozjadów i nieudaczników. Nie. Osobiście jestem przekonany, ze każdy z nich na te swoje miliony bardzo ciężko pracuje. Zrobię tak dlatego, że mam przekonanie graniczące z pewnością, że oni zarówno mnie, jak i tych wszystkich, którzy dziś budzą się w nocy i nie mogą już zasnąć uważają za leni, darmozjadów i nieudaczników.
Zresztą może oni akurat wiedzą dobrze jak jest. Może ja jestem w stosunku do nich niesprawiedliwy. Może oni faktycznie wiedzą. Sam, tak się składa, znam wielu pracowników tego sektora, nawet na stanowiskach kierowniczych, którzy są częścią tego systemu i są ludźmi niezwykle przytomnymi i zachowującymi w stosunku do tego własnie sytemu bardzo przedziwny dystans. Może więc jest tak, że zarówno Bielecki, jak i ci dwaj pozostali świetnie wiedza, ze ten świat jest okropnie zły i niesprawiedliwy, ale w to weszli i teraz już nie mają innego wyjścia jak to całe zło swoimi nazwiskami firmować. A więc może tu chodzi o co innego. Może to jednak jest ta klasyczna już myśl, którą też przedstawiłem w moim poprzednim tekście: „I don’t know what I want, but I know how to get it?” Może rzeczywiście sprawa polega na tym, że jeśli dojdzie do najgorszego, to właśnie jedyna możliwa odpowiedź na pytanie: „Czemu to robicie?”, będzie brzmiała właśnie tak?
Czytam wczorajszą Rzepę i dowiaduję się, że PFRON, fundusz będący na utrzymaniu budżetu i zajmujący się pomocą osobom niepełnosprawnym, nie przyznał fundacji księdza Zaleskiego która opiekuje się grupą chorych dzieci, potrzebnych na prowadzenie bieżącej działalności środków. Później w telewizorze, widzę pewną panią z zarządu tego Funduszu, która w sposób niezwykle niesympatyczny apeluje do wszystkich próbujących oskubać jej Fundusz, żeby przestali liczyć na jej naiwność. Może więc ostatecznie, jak już dojdzie do tego ciężkiego i dla nas wszystkich i dla samej naszej Ojczyzny nieszczęścia, przyjdziemy do niej, a nie do prezesa Augustyniaka.
Od czasu gdy się ostatecznie okazało, że Polska nie uwolni się już nigdy od tego zła, które ją przez tyle lat dręczyło, w tym naszym społecznym krajobrazie pojawił się szczególny gatunek obywatela. Najczęściej jest to osoba młoda, tak między 18 a 28 rokiem zycia, która uważa, że wszystko co się działo zanim oni się urodzili, to czasy na tyle egzotyczne, a na dodatek do tego stopnia zamierzchłe, ze nie warte nawet mrugnięcia okiem. Ich intelektualna sprawność ogranicza się jedynie do najbardziej wąskiego zakresu ich profesjonalnych obowiązków, a aktywność fizyczna do obejrzenia wieczornego programu informacyjnego, ze szczególnym naciskiem na wiadomości finansowe. Na polityce oni się nie znaja, polityka ich nie interesuje, a jeśli mają już coś na ten temat do powiedzenia, to właściwie tylko to, że w naszym zyciu społecznym i politycznym jest „zbyt dużo absurdów”. Oczywiście mają też swoje emocje. Nienawidzą tzw. kaczyzmu, uważają, że Platforma niestety nie dotrzymuje obietnic – i to jest bardzo niedobrze – i stosunkowo dużo szacunku mają dla Janusza Palikota, bo on jest „kontrowersyjny”, ale za to „diabelnie inteligentny”, a przede wszystkim sprawny. No i jeszcze na mnie mówią, ze jestem komunistą.
Jest jednak jeszcze coś, co ich stale irytuje i nie pozwala spokojnie zjeść swojej codziennej porcji sushi. Społeczeństwo i tego społeczeństwa nieustanne roszczenia. Oni wszystko co było do zrobienia, zrobili jak należy. Ukończyli dobre szkoły, skończyli świetne uczelnie, nauczyli się języków obcych, nauczyli się rozpoznawać dobre gatunki win, obejrzeli wszystkie polskie komedie, a tu, cholera, gdzie człowiek nie spojrzy, to się panoszy ten ludek w beretach i w tandetnych kurtkach. Polaczki, proszę państwa! I czego oni się spodziewają? A przecież wiadomo, że jak się nie zarobi, to się nie zje. Że nie można zarabiać więcej, jeśli się więcej nie pracuje. No i wreszcie, że w dzisiejszym zinformatyzowanym, pędzącym do przodu świecie nieograniczonych szans i nieograniczonej oferty, albo się człowiek przystosuje, albo… sorry, man. Jeśli ktoś nie zdążył, nie zmieścił się, albo biegnąc się przewrócił, to doprawdy powinien mieć pretensje tylko do siebie. Bo każdy dostał jednakowe szanse i dziś już nie ma czasu na wzruszenia.
W komentarzach pod tym, wspomnianym już, tekstem, pojawiło się paru takich szybkich, sprawnych i idealnie wyszykowanych na przyszłość obywateli. I jeden i drugi bardzo się irytowali na to, że ja tak dużo miejsca poświęcam protestom tzw. grup pokrzywdzonych. I jeden i drugi wciąż mi tłumaczyli, jak to jest na świecie, jak to wciąż w „tym kraju” jest zbyt dużo „absurdów”, jak to oni muszą „z własnych podatków” utrzymywać najróżniejszego autoramentu obiboków. I jak to, dopóki Polacy nie zrozumieją, że Europa na nich nie będzie czekać, nic nie osiągną. Jeden z nich, w pewnym momencie użył w stosunku do górników określenia „lenie”. Później coś tłumaczył, ze jemu chodziło nie o wszystkich górników, ale tylko o tych leniwych i że pielęgniarki pracują ciężej, a nie narzekają, a on sam, jak był w Anglii, to naprawdę harował jak wół po całych dniach (fizycznie!!!), więc wie. Tak ględził, aż wreszcie doszedł do tego, że: „zdrowy i silny trzydziestolatek, jeśli nie ma na czynsz to z własnej winy.”
I, powiem szczerze, że ja nie chcę z nim dyskutować, czy pielęgniarki pracują ciężej od górników, czy lżej. Czy on, jak był w tej Anglii, to harował bardzo ciężko, czy tylko mu się tak wydawało. Ja nawet nie chcę się z nim spierać, czy jeśli jedziemy autobusem i wokół widzimy tak dużo ludzi, którzy po prostu śpią, to dlatego że są zmęczeni, czy tylko za mało przypieprzali i im organizm się rozleniwił. Ja też nie bardzo chcę się zastanawiać, czy artykuł z Rzeczpospolitej, który jeden z nich mi przylinkował, a który mnie informuje, że górnik w Polsce przeciętnie zarabia ponad 6 tys. zł., napisał ten sam dziennikarz, który sugerował, że nauczyciel w tej samej Polsce zarabia ponad 4 tys. zł, czy oni pochodzą z dwóch różnych szkół. Powiem więcej, ja nawet nie mam ochoty go informować, że w kopalni, kilometr pod ziemią, jest kompletnie ciemno, że oświetlone jest tylko najbliższe sąsiedztwo maszyn, że powietrze jest tam takie, że, nawet nie pracując, się nie da oddychać, przy tym jest jednocześnie bardzo gorąco i bardzo wilgotno, a każdy górnik, żeby dojść do swojego „biurka”, dzień w dzień musi przejść, często na czworakach, w błocie, z sześciokilogramowym obciążeniem w postaci akumulatora obsługującego jego lampkę, aparatury ucieczkowej i podręcznych narzędzi, parokilometrowy odcinek wśród śmiertelnie czarnych tuneli i w nieustającej świadomości, że za chwilę to wszystko może razem z nim pieprznąć i zniknąć.
Ja nie mam ochoty tego wszystkiego powtarzać, bo on – podobnie jak jemu podobnie – i tak mi powie, że to wszystko wie, tyle że jak komuś się coś nie podoba, to niech zmieni pracę. Bo on na przykład, choć oczywiście sam wie co to ciężka praca, wybrał sobie inne, przyjemniejsze, choć równie ważne zajęcie jak, na przykład zaopatrywanie aptek, i jest bardzo zadowolony. Chcę natomiast powiedzieć, że wszyscy ci, co nie są w stanie wykrzesać z siebie minimum empatii dla ludzi, którzy są porządnymi obywatelami, niech się lepiej na chwile oderwą od swoich codziennych przyjemności i się zastanowią. Chcę bardzo mocno tu podkreślić, że wszyscy ci, którzy nie potrafią ukryć swojej pogardy dla ludzi, którzy solidnie przez całe lata wykonywali to czego się w życiu nauczyli, dzień po dniu chodzą do pracy, płacą podatki, zusowskie składki i nagle się dowiadują, że sytuacja się zmieniła i że trzeba się albo bardziej naprężyć, albo pakować, nie mogą liczyć również na moje zrozumienie. Bardzo was proszę, opamiętajcie się. Spróbujcie wykrzesać z siebie minimum współczucia dla tych, którzy najpierw uwierzyli temu waszemu nowemu systemowi, założyli te konta w waszych bankach, kupili te piękne karty kredytowe, obejrzeli te wasze reklamy w telewizji zachęcające ich do brania kredytu za kredytem, kupili wszystko coście im kazali kupić, a teraz tracą pracę. Bo dziś mogę wam wszystkim obiecać tylko jedno. Jeśli dojdzie co do czego, a wy odpowiednio wcześniej nie pójdziecie po rozum do głowy, to reguły gry po raz pierwszy będą ustalać własnie oni.

O literatach nowego typu i starego typu hyclach

Zanim przejdę do sprawy, która mnie dziś zainspirowała do napisania niniejszego tekstu, muszę się przyznać do pewnej, dość wstydliwej, sprawy. Otóż mój problem polega na tym, że ja od wielu lat, niezwykle mało czytam. To znaczy, nie do końca jest to prawda, bo na przykład czytam gazety, ale – na ile mogę przypuszczać – to by mnie właściwie dodatkowo pogrążało i jeszcze bardziej kompromitowało. Więc może tyle, jeśli idzie o wyznania.
Nie zawsze tak było. Ponieważ nauczyłem się czytać, kiedy miałem jakieś cztery latka, to moje dzieciństwo i lata młodzieńcze były z czytaniem związane bardzo ściśle. Będąc małym dzieckiem, czytałem tak dużo, że jedyną nagrodę szkolną, jaka kiedykolwiek w życiu otrzymałem, była książka zatytułowana Łosie w Kampinosie, którą otrzymałem w pierwszej klasie podstawówki własnie za to, że potrafiłem najlepiej ze wszystkich czytać. Przez kolejne lata, pasja czytania mnie nie opuszczała i mniej więcej do czasu, jak stałem się dorosły, a później założyłem rodzinę, a jeszcze później zacząłem tę rodzinę wzmacniać i pielęgnować, czytałem jak opętany. Wszystko. Wiersze, prozę, literaturę faktu. Wszystko. I nagle, jakoś się powoli to skończyło i dziś już praktycznie nie czytam nic, poza – jak mówię – gazetami. Spróbowałem kiedyś przeczytać pewną powieść, ale tak się wzruszyłem, że przez kilka dni nie byłem w stanie spokojnie funkcjonować, więc na tym skończyłem.
Więc książek jakoś już nie czytam tyle co kiedyś. Pamiętam jednak, że kilka lat temu spróbowałem rzucić okiem na powieść pisarza Jerzego Pilcha, która na moment stała się w Polsce wielkim przebojem, otrzymała nagrodę o nazwie Nike i umieściła Pilcha na firmamencie współczesnej polskiej literatury. Książka nosiła tytuł Pod mocnym aniołem i traktowała o chlaniu. Przeczytałem z niej następujący fragment:
Zanim pojawili się w moim mieszkaniu mafiosi w towarzystwie śniadolicej poetki Alberty Lulaj, zanim wyrwali mnie z pijackiego snu i zanim jęli się domagać - wpierw obłudnymi prośbami, potem bezpardonowymi pogróżkami - bym ułatwił druk wierszy Alberty Lulaj na łamach "Tygodnika Powszechnego", zanim nastąpiły burzliwe wydarzenia, o których pragnę opowiedzieć, była wigilia wydarzeń, był zaranek i był wieczór dnia poprzedzającego, i ja od zaranka do wieczora dnia poprzedzającego popijałem brzoskwiniówkę.
Powiem szczerze, że nie bardzo wiem, czy zacytowany fragment zrobił wrażenie na osobach, które łaskawie czytają ten mój dzisiejszy tekst, a tym bardziej nie mam pojęcia, czy zrobił na kimkolwiek takie wrażenie, jakie zrobił przed laty na mnie. Kiedy bowiem po raz pierwszy miałem okazję zapoznać się z pisarskim talentem Jerzego Pilcha i tym wszystkim, co ten warsztat pozwala mu dodatkowo wyrazić, przypomniał mi się dzień, kiedy jeszcze dawno dawno temu, z zupełnie dla mnie już dziś egzotycznych powodów, sięgnąłem po którąś ze schyłkowych już książek Romana Bartnego i przyszło mi do głowy jedno słowo: ‘gówno’. Po prostu ‘gówno’. Jak mówię, książek już od lat nie czytam, ale ponieważ kiedyś czytałem bardzo dużo, i przez te wszystkie lata zdążyłem się dość porządnie zapoznać z tym wszystkim, co mi do szczęścia było potrzebne, myślę, że wciąż mniej więcej wiem, na czym polega tak zwana wielka literatura. A zatem wiem, że to co robi Pilch nie jest ani literaturą wielką, ani literaturą w ogóle. To co robi Pilch, to całkowity upadek tego, co tradycyjnie się nazwało pisarstwem. To również całkowity koniec tego, co się nazywa wstydem. Nie ma dla mnie najmniejszej wątpliwości, ze fragment, który przytoczyłem wyżej pokazuje to w sposób modelowy i wręcz akademicki.
Skąd mi przyszło do głowy, żeby w ogóle się zajmować Jerzym Pilchem? Z dwóch powodów. Raz, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jakie miejsce zagwarantowały Pilchowi w przestrzeni społecznej tak zwane czasy. Pilch stał się w ostatnich latach symbolem, znakiem i głosem. Właśnie tych czasów. A więc nie ma żartów. Druga sprawa to ta mianowicie, że w sobotnim wydaniu Dziennikainne nieszczęście naszej polskiej współczesności, czyli Cezary Michalski, przedstawił niesłychanie długą rozmowę z Jerzym Pilchem właśnie i – przyznaje bez zbędnej dyskusji – zrobili obaj na mnie wrażenie http://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article367704/Ewangelicki_stan_ducha.html. Rozmowa Michalskiego to niemal trzy strony gazetowego druku na dwa tematy. Najpierw o tym, że Pilch i jego babcia są luteranami i to sprawia, że oni jest lepsi od innych, a już na pewno od katolików, a później już tylko wyłącznie o tzw. ‘kaczorach’, czyli o Prezydencie i jego bracie, prezesie Prawa i Sprawiedliwości.
Ja nie bez powodu przywołuję ten pop-kulturowy epitet ‘kaczory’. Bez względu na to, czy Michalski zadaje pytania, czy na te pytania odpowiedzi udziela Pilch, o Lechu i Jarosławie Kaczyńskich w rozmowie mówi się wyłącznie w ten sposób. No ale magazyn Dziennika, w którym zamieszczono rozmowę, nazywa się Europa, a więc wszystko jest zrozumiałe. Co oni mówią na temat tego, że Pilch jest ewangelikiem i że Kaczyńscy sa idiotami? Nic szczególnego. W całym wywiadzie, który ma niemal 30000 słów, nie ma jednego zdania, które w jakikolwiek sposób wskazywało na to, że do jego wypowiedzenia trzeba było wynająć aż Pilcha i aż Michalskiego. Rozmawia ze sobą dwóch klasycznych, bardzo standardowych polskich wykształciuchów i popisują się wzajemnie przed sobą takim najprostszym, najbardziej nieciekawym intelektualnym lansem. Po co? Jeśli idzie o Michalskiego, to ja odpowiedź mam już gotową od dawna. On już inaczej nie potrafi. Pisałem tu kiedyś o nim w tym kontekście. On jest zwyczajnie chory na coś, czego nazwy nie znam, ale myślę, że to swego rodzaju opętanie. I tyle na jego temat. Ciekawsza sprawa jest jeśli idzie o Pilcha. O Pilchu można napisać dużo więcej, a ja mogę to zrobić z trzech perspektyw. Jedna to ta, wedle której on już tu się miał zaszczyt znaleźć jakiś czas temu. Swego czasu opublikował on tekst w Dzienniku, w którym skopał Lecha Kaczyńskiego za zdjęcie, które znalazł w książce zatytułowanej O dwóch takich, na którym to zdjęciu Kaczyński siedzi nad szachownicą i zastanawia się na kolejnym ruchem. Pilch – chwaląc się, że sam jest wybitnym szachistą – komentuje to zdjęcie i twierdzi, że Kaczyński robi z siebie durnia z tymi szachami, bo na zdjęciu widać wyraźnie, że partia jest przegrana, a on nawet o tym nie wie. Kiedy Pilch się krztusi z satysfakcji, każdy średnio zaawansowany szachowo obywatel wie, że na zdjęciu widzimy sam początek partii i nie ma nawet mowy o tym, czy partia jest wygrana, czy przegrana. A więc jedyny wniosek jest taki, że Pilch albo się na szachach nie zna zupełnie, albo jest tak zaślepiony histerią, że w momencie gdy pokazuje się któryś z Kaczyńskich to on zwyczajnie bałwanieje. Obstawiam wersję drugą.
Druga perspektywa jest taka, że Pilch jest dumnym ewangelikiem. Ja bym się tym zupełnie nie zajmował, gdyby nie fakt, ze z jakiegoś powodu, on się postanowił tym w sposób zupełnie niezrozumiały chwalić. Dlaczego niezrozumiały? Otóż wydawałoby się, ze bycie ewangelikiem, podobnie jak bycie katolikiem, czy buddystą, jest kwestia głównie religijną. Tymczasem Pilch, mówiąc o swojej religii, religię ma głęboko w nosie. On pierniczy coś na temat swojej babci, na temat pieniędzy, na temat pijaństwa, a nawet na temat pieprzenia się, a jeśli o Panu Bogu, to wyłącznie w tym właśnie, kompletnie pozareligijnym, kontekście.
Wypadałoby jednak jakoś ten jego luteranizm skomentować. Nie bardzo wiem jednak jak. Jestem katolikiem, Żadnych luteran, ani innych protestantów z wszystkich pozostałych 20000 denominacji, prawie nie znam, więc, co tu gadać? Opowiem więc o tym jednym jedynym ewangeliku, jakiego w zyciu poznałem. Uczyłem kiedyś jedną dziewczynkę właśnie z rodziny luterańskiej. Jej ojciec wymyślił już na samym początku, że on będzie siedział na naszych lekcjach, bo on chce się przy okazji też czegoś nauczyć. Siedział więc, czytał gazetę o nawie Gazeta Wyborczai co chwilą się wtrącał do lekcji, albo drąc mordę na dziecko, że jest głupie, albo na mnie, bo przeczytał właśnie coś w Gazeciei to go rozjuszyło w kwestii moich poglądów. Ponieważ najczęściej był mocno na gazie, nie panował ani nad sobą, ani nad tym co się wokół dzieje, więc te lekcje były jakie były. Skąd wiem, że był ewangelikiem? Stąd mianowicie, że sam mi to wciąż powtarzał, wyjaśniając mi jak to luteranie są bardzo pracowici, mądrzy, zaradni, konkretni i dzięki temu bogaci – „W odróżnieniu od was, katolików-polaczków”.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to co tu opowiadam o niczym nie świadczy. Jest to tylko jeden przykład, z pewnością wcale nie reprezentatywny dla wszystkich luteran, a tym bardziej dla wszystkich protestantów. Nawet jeśli do tego obrazu dodamy Jerzego Pilcha z jego kompletnie tandetnym pisarstwem, zwykłym brakiem inteligencji, chamstwem i zwykłą ludzką nędzą, a na dokładkę jeszcze tę dziwaczną babcię z jego chorych wspomnień, to i tak to jeszcze nie będzie pełny obraz. Ale co mam zrobić? Przecież to on, nagle zupełnie, postanowił bredzić o tej swojej niby-religii i to przez niemal pół wywiadu z Michalskim, więc chyba powinienem się móc jakoś do tego odnieść.
No ale w końcu muszę spojrzeć na zjawisko o nazwie ‘Jerzy Pilch’ z trzeciej – najistotniejszej – perspektywy. W jaki sposób kogoś takiego jak on, może interesować cokolwiek? Jaki powód może mieć ktoś tak nieprawdopodobnie płytki, pusty i bezkształtny, żeby gadać, a tym bardziej rozmyślać, o czymkolwiek, a tym bardziej o polityce? Ja bardzo przepraszam, ale ja zupełnie nie wierze w to, żeby to wszystko, co on mówi w wywiadzie dla Michalskiego było wynikiem jakichkolwiek emocji, a co dopiero przemyśleń. I nawet nie dlatego, że, jak sam Pilch przyznaje, on się na polityce kompletnie nie zna. Kto się bowiem na niej tak naprawdę zna? Nie wierzę, żeby Pilch miał cokolwiek poza tym jęzorem, który pozwala mu wyrzucać z siebie słowa i tymi palcami, którymi raz na jakiś czas stuka w klawisze komputera, właśnie dlatego, że przeczytałem kawałek tej nieszczęsnej książki za którą dostał nagrodę od kupli z Wyborczej i dlatego, że przeczytałem ten wywiad w Dzienniku. Za tym co tam się dzieje nie stoi nic, co by przypominało duszę. No way!
Dla zjawiska o nazwie ‘Jerzy Pilch’ ja mam jedno wytłumaczenie. On faktycznie musi mieć w sobie tę protestancką przebiegłość, która pozwala wykonać tych parę ruchów w życiu, dzięki którym stał się tym kim jest. Wymyślił sobie kiedyś, że zostanie pisarzem, nie posiadając ani talentu, ani umiejętności, ani serca do tego żeby tworzyć choćby tanią literaturę, ale również jakoś wpadł na ten plan, wiedząc, że nawet jeśli nie ma dla kogo pisać, to są w tym przedsięwzięciu pieniądze. Literatura bowiem, jako taka, skończyła się w Polsce jakiś czas temu. Nie wiem dlaczego. Czy przez to, że ten niby-kapitalizm tak ogłupił ludzi, że przy okazji wszelkie talenty się autentycznie wypaliły, czy może dlatego, że potencjalni czytelnicy tak zdurnieli, że w sposób naturalny wymarła też potencjalna publiczność. W Polsce ludzie przestali czytać. Ale nie tylko czytać. Przestali się interesować filmem, sztuką, muzyką, a nawet zwykłą rozmową. Gdyby nagle zdecydowano, że dość już tej tak zwanej sztuki i że teraz już tylko będzie telewizja, kolorowe gazety i sklep, myślę, że prawie nikt by się tym specjalnie nie przejął. Dla kogo więc są powieści Pilcha, wiersze Szymborskiej, czy filmy Koneckiego i Saramowicza? Dla tych mianowicie, którym się wmówi, ze ten telewizor, kolorowy magazyn i sklep muszą mieć jakieś alibi. Najlepiej właśnie w postaci czegoś, co się będzie nazywało kultura.
Mówi się więc ludziom, albo w telewizorze, lub pisze w gazetach, że jeśli chcą być na poziomie, to powinni słuchać piosenek Katarzyny Nosowskiej, czytać prozę Pilcha albo Kuszczoka, czy jak mu tam, chodzić do kina na nowe polskie komedie i jeżdzić na wakacje do Chorwacji. Oczywiście, z tego wszystkiego i tak zostają tylko te kamienie na chorwackich plażach, natomiast płyta Nosowskiej się kurzy na półkach obok Queenów z Gazety Wyborczej, do kina się czasem zajdzie, ale już wygodniej i tak jest obejrzeć ten Testosteron w odcinkach na youtubie, a o książkach w ogóle nie ma co mówić. Oczywiście w każdym „inteligenckim” domu ten Pilch leży, ale przecież nikt nie będzie się aż tak wygłupiał, żeby go czytać. Jerzy Pilch doskonale zdaje sobie z tego sprawę, z tym że jego to w najmniejszym stopniu nie obchodzi. On wie, że, kiedy już wreszcie znajdzie w sobie tę wolę i siłę do napisania kolejnej powieści, to przede wszystkim dostanie poważną zaliczkę od zaprzyjaźnionego wydawnictwa, a później tantiemy z tego, co okoliczniki idioci kupią, żeby się wyróżnić na tle innych idiotów. I w swojej protestanckiej przebiegłości („W Wiśle – jak przystało luterskiej miejscowości – akceptacja twórczości jest ściśle związana z kwestią wysokości honorariów autora. Kogo Pan Bóg kocha, temu błogosławi…”, mówi w swojej rozmowie z Michalskim Pilch, bo mówić potrafi.), Jerzy Pilch dba tylko o jedno. Żeby, broń Boże, jego ustosunkowani koledzy, którzy znają wszystkie drogi do sukcesu i do pieniędzy, nie zapomnieli o nim, i a ni przez chwilę nie pomyśleli, że on nie zdążył.
W tym momencie, Pilch postępuje jak klasyczny, staro-komunistyczny literat typu Żukrowskiego, czy Putramenta. Oczywiście, oni obaj mieli od Pilcha bez porównania więcej i umiejętności zawodowych i czystego talentu. Między nimi a Pilchem, różnica jest mniej więcej taka jak między Anną Jantar, a Kasią Cerekwicką. Jednak jedno ich niewątpliwie ściśle łączy. On, podobnie jak tamci dwaj, mają w nosie to całe pisanie, te całą sztukę, tę całą kulturę. Chodzi wyłącznie o to, żeby dostać swoją paczuszkę i mieć z tego na flaszkę o dowolnej porze.
Czemu sobie tak nieładnie myślę o Jerzym Pilchu? Pierwsza – i najważniejsza – odpowiedź leży w tym cytacie wyżej. Poziom pisarstwa zaprezentowany tam przez Pilcha jest tak niewyobrażalnie denny, że od tego lepsi są wszyscy. I Chwin i Masłowska i pewnie nawet ten grafoman Kuszczok. Wszyscy są lepsi od Pilcha. Ja jestem lepszy od Pilcha. Wprawdzie nie piszę powieści, ale jak by mi się chciało, to jestem pewien, że napisałabym powieść o wiele zgrabniejszą, o wiele inteligentniejszą i o wiele ciekawszą od tego co robi Pilch. Ona i tak by była do niczego, ale od Pilcha byłaby lepsza. Z tej prostej przyczyny, że nie istnieje poziom literacki niższy niż poziom, który wyznaczył Jerzy Pilch. Proszę jeszcze raz rzucić okiem na ten kawałek jego nagrodzonej powieści. Przecież to jest bardziej amatorskie niż Jola Rutowicz.
Więc to jest powód pierwszy, dla którego tak się znęcam nad tym, w gruncie rzeczy, nieszczęśliwym człowiekiem.
Jest jednak powód drugi, bardziej bezpośredni. Chodzi o ten wywiad. Jaki interes ma Pilch, żeby przez niemal trzy strony gazetowego tekstu gadać wyłącznie o swojej babci i o Jarosławie i Lechu Kaczyńskich? Jaki jest sens, żeby – przynajmniej teoretycznie wybitny – pisarz przychodził do gazety i ględził o dwóch politykach, i to nie na poziomie politycznej analizy, ale wyłącznie w sensie zwykłego plucia i popisywania się tym, jak te plucie jest wykwintne? Przecież to jest kompletne szaleństwo.
Wspomniałem Putramenta. Oczywiście, nie mogę gwarantować, że wszystko dobrze pamiętam, ale ja sobie nie wyobrażam, żeby Putrament udzielał wywiadów, w których w całości pierniczył coś na temat Radia Wolna Europa, albo na temat KOR-u. On, oczywiście, mógł godzinami chwalić reżim, ale na ogół jednak trzymał się swojej branży. Tyle tylko że Putrament był właśnie człowiekiem z branży. On – jak by nie patrzeć – był jednak literatem. Jerzy Pilch nie reprezentuje żadnej branży. On jest człowiekiem z towarzystwa, któremu towarzystwo płaci za pewne usługi. Jakie to są usługi? Tego do końca nie wiem. Może chodzi tylko o to, że on wypełnia swoim zbydlęceniem jakąś przestrzeń, która wypełniona musi zostać. Po co? Dla kogo? Na jak długo? Proszę mi wybaczyć, ale wszystkiego wiedzieć nie muszę.

niedziela, 26 kwietnia 2009

O totalitaryzmie elit i dwustu uczniów sprzed lat

Pisał już wczoraj o tym rosemann, w swoim, świetnym jak zawsze, wpisie w Salonie, jednak pomyślałem sobie, że wiadomość ta jest tak niezwykła, a jednocześnie tak bardzo logicznie związana z całą wielomiesięczną sekwencja wydarzeń, że warto tematowi poświęcić szerszą refleksję. Otóż, jak podał Dziennik http://www.dziennik.pl/polityka/article367580/Jagiellonka_zalozy_sobie_kaganiec_.html, w związku z publikacja książki Pawła Zyzaka o Wałęsie, zebrała się Rada Wydziału Uniwersytetu Jagiellońskiego i postanowiła co następuje: „Dostrzegamy potrzebę rozważnego dostosowywania wyboru tematów i zakresu prac dyplomowych do stopnia dojrzałości naukowej studenta, w szczególności w odniesieniu do zagadnień z najnowszej historii i zasad posługiwania się metodami badań historycznych".
Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy oświadczenie tej tak zwanej Rady Wydziału było wydane na poważnie, czy nie. Nie wiem też, czy ono się utrzyma, czy też, podobnie jak wiele innych dziwacznych pomysłów, z którymi mieliśmy w ostatnich miesiącach do czynienia, umrze śmiercią naturalną. Powiem jeszcze bardziej szczerze. Sytuacja intelektualna i moralna Uniwersytetu Jagiellońskiego – podobnie zresztą, jak reszty naszych wyższych uczelni – interesuje mnie bardzo średnio. Jeśli idzie o mnie, to całe intelektualne towarzystwo, czy to w Krakowie, czy w Poznaniu, czy w Warszawie, czy też w Lublinie, albo w Katowicach, można by było zupełnie spokojnie rozpędzić i spróbować zastąpić czymś nowym, wcale niekoniecznie gorszym, głupszym i mniej sympatycznym. A już szczególnie sytuacja Uniwersytetu Jagiellońskiego mnie mało obchodzi. Zwłaszcza od czasu gdy oni uznali, że w dobrym guście będzie sobie sprowadzić człowieka z Sosnowca, czy z Radzionkowa, a na dodatek o nazwisku Musioł i zrobić go rektorem. Bóg z nimi.
Problem jest o wiele poważniejszy, bo dotyczy nie garstki rozhisteryzowanych intelektualistów, lecz całego kraju. Od jakiegoś czasu, mianowicie, nie mogę nie zauważyć, że wszyscy zaczynamy pomaleńku przyzwyczajać się do tego co nas otacza stale i tego, co nas od czasu do czasu troszeczkę jeszcze może zaskoczy tak, że zamiast płakać, krzyczeć, czy choćby pokazywać palcem, po prostu wzruszamy ramionami. A najczęściej nawet już nie podnosimy wzroku. Nie wiem, czy jest to związane z tym, że powszechność i intensywność szaleństwa, które nas otacza, po prostu nam spowszedniała, czy może chodzi o to, że tego szaleństwa bezczelność przekonała nas, że to już chyba tak będzie zawsze i wszyscy zajęliśmy się własnymi, codziennymi sprawami.
A wiem na pewno, że nie jest to wynik zwykłego społecznego otępienia, czy powszechnego zanurzenia w kulturze popularnej, które z reguły raczej alienuje, niż aktywizuje. Pamiętam, że jeszcze dwa lata temu, bardzo duże grupy społeczne gotowe były na jeden sygnał stanąć na baczność i przystąpić do obywatelskiego protestu wobec dowolnej ekstrawagancji po stronie tak zwanej władzy. Pamiętam zgiełk, jaki ogarnął niemal całe społeczeństwo nawet nie dlatego, że policjanci z warszawskiego posterunku odwieźli swojego pijanego szefa do domu i się po drodze zabili. Nie dlatego, że jacyś inni policjanci przynieśli jakiejś pani z ministerstwa do pociągu hamburgera. Nawet nie dlatego, że któryś z polityków sprowadził do Sejmu swojego psa. Zgiełk powodowany był nawet zdarzeniami tak drobnymi, jak to, że jedna z posłanek ma podrabianą torebkę firmy Channel. Były to czasy, gdy obywatelska czujność, obywatelska wrażliwość i to coś, co Amerykanie nazywają outrage nie zaznawały spokoju nawet na jeden dzień. Myślę czasem, że byłoby rzeczą niezwykle ciekawą, gdyby komuś się zechciało stworzyć kronikę tych – powiedzmy – 500 dni, między jesienią 2005 roku, a jesienią roku 2007, dzień po dniu, a może nawet godzina po godzinie. A wszystko to zilustrować tymi słynnymi, nigdy już nie dającymi się zapomnieć, czarnymi billboardami apelującymi do Polaków, by porzucali swoją Ojczyznę.
Te czasy, z pozoru tak niedawne, są już tylko czarną historią. Wraz z początkiem nowej polityki i nowego kulturowo-cywilizacyjnego obyczaju, nastał też zupełnie nowy krajobraz, który najpierw przyniósł euforię, później już może tylko pełen rozkoszy szmer satysfakcji, by wreszcie wypełnić się dojmującą ciszą, przerywaną jedynie dyskretnym szumem aparatury klimatyzacyjnej. Tak własnie działa Układ.
Ja naturalnie zdaję sobie sprawę z tego, że słowo ‘układ’ zostało już wystarczająco mocno wyśmiane i skompromitowane. Do tego, być może, stopnia, że nawet osoby, które dotychczas szczerze wierzyły, ze to właśnie siła tego Układu – nigdy nie pokazanego jednoznacznie i nigdy tak naprawdę nie nazwanego – sprawia, ze wszystko działa inaczej, niż nam dotychczas mówiono i do czego nas przez całe życie przyuczano, wolą objaśniać sobie wszystkie dotykające nas przykrości w jakiś inny sposób i przy pomocy innego opisu. Nie zmienia to jednak faktu, że to co dziś widzimy, to właśnie Układ w swoim najwyższym i najbardziej skutecznym działaniu.
Zresztą, to wcale nie musi być ‘układ’. Jeśli komuś się nie podoba to akurat słowo, mam tu inną propozycję, mojego własnego autorstwa, która może nawet lepiej opisać to z czym mamy do czynienia. Oto czuję, że ogarnia nas coś, co ja osobiście chętnie bym nazwał totalitaryzmem elit. Pamiętam jak kiedyś, jeszcze w latach starego PRL-u, mówiło się o tzw. totalitaryzmie państwowym. Zjawisko to polegało mniej na tym, że obywatel, cokolwiek robił, gdziekolwiek się znalazł, miał zawsze przeciwko sobie państwo. Pisałem już kiedyś tu o tym. Na wszelki wypadek, króciutko powtórzę to i dziś. Jeśli szliśmy do sklepu kupić soczki dla dziecka o nazwie Bobo Fruit, my byliśmy obywatelem, a pani w sklepie reprezentowała państwo. Jeśli wsiadaliśmy do taksówki i prosiliśmy, żeby nas zawieść do szpitala na przykład, my byliśmy społeczeństwem, a pan taksówkarz był przedstawicielem władzy państwowej. Nie mówię już o milicjancie, czy urzędniku w urzędzie. Jeśli jednak to my pracowaliśmy jako pani w kiosku, czy kelner w barze, to automatycznie my stawaliśmy się państwem, a wszystko, co nas otaczało reprezentowało motłoch. Podział taki był stały, niewzruszony, nie negocjowalny i – oczywiście – każdy wiedział, jak w sytuacji konfliktu rozłożą się prawa i ewentualna odpowiedzialność.
Dziś, jak wszystko na to wskazuje, państwo zrzekło się niemal całości swoich uprawnień, jednak nie na rzecz społeczeństwa, lecz na rzecz elit. I to właśnie elity dziś utworzyły stronę negocjacyjną. Różnica jest jednak jeszcze ciekawsza. Otóż, o ile w Polsce Ludowej, państwo potrzebowało obywatela do najróżniejszych swoich spraw i, od czasu do czasu, o to społeczeństwo jakoś tam dbało, dzisiejsze elity pozostawiły społeczeństwo swemu własnemu losowi. Od społeczeństwa nie chcą już nic, niczego od społeczeństwa nie wymagają i właściwie robią wrażenie, jakby tego społeczeństwa tak naprawdę zupełnie nie potrzebowały. Elity przejęły wszystkie strategiczne miejsca na mapie, kiedyś kontrolowanej przez państwo, i zaczęły sobie na tych świeżo-zdobytych rubieżach prowadzić swoje sprawy, załatwiać swoje interesy i – mówiąc kolokwialnie – miło spędzać czas. Ale nie tylko to. Elity sięgnęły jeszcze głębiej. Jeszcze dalej poza tę mapę. Elity przejęły właściwie niemal wszystko, co było do przejęcia, społeczeństwu pozostawiając jedynie telewizor, gazetę i sklep. I – nie wiem, szczerze powiedziawszy, jak to się stało – ale społeczeństwo ten układ dość spokojnie przyjęło.
I teraz jest tak, że to co się dzieje poza naszym domem i naszym sklepem, czyli na terenie zajętym przez elity, jest tych elit wyłączną troską. To natomiast, ile z tego dotrze do naszych uszu, naszych oczu, czy naszych umysłów, zależy wyłącznie od dobrej woli, czy od aktualnych interesów osób, czy organizacji, których ani nazw, ani nazwisk, ani nawet funkcji nie znamy. Ukazuje się książka Zyzaka na temat Lecha Wałęsy i wokół tej książki zaczynają się dziać rzeczy, z których my znamy jedynie najbardziej ogólny zarys, ale ani nie wiemy, co kto planuje zrobić, co komu polecić, co komu dać, co od kogo wziąć i co i gdzie zamienić. Minister Oświaty wysyła kontrolę na Uniwersytet Jagielloński, rektor Uniwersytetu jest z tego powodu bardzo zadowolony, któryś z polityków każe wyrzucić z pracy jednego z profesorów, inny polityk prosi panią minister, żeby komisję jednak zatrzymała, jakiś dziennikarz pisze, że należy zlikwidować IPN, pomysł dziennikarza popiera inny polityk, na końcu premier przecina wszystko jedną decyzją, po czym Senat odbiera Uniwersytetowi wcześniej przyznane dofinansowanie, a Rada Wydziału ogłasza, że oni w dowód wdzięczności dla starań rządu i podziwu dla historycznych dokonań Lecha Wałęsy, od następnego roku wezmą samych siebie za pysk. I to wszystko trwa kilka dni, podczas których jedni się martwią, inni cieszą, ogromna większość albo nic z tego nie rozumie, albo ma to wszystko w nosie, a dziś jest niedziela i znów sobie coś – korzystając z wolnego czasu – możemy ładnego kupić.
Niedawno, przez drobną chwilkę, opinia publiczna została zainteresowana niezwykłym dość zdarzeniem. Otóż dyrektorka jednego z warszawskich gimnazjów, dzień przed dorocznym egzaminem trzecioklasistów, otworzyła kopertę z arkuszami, poprosiła swoją sprzątaczkę, żeby jej wykonała kserokopię, ta zrobiła też jedną dla siebie i komuś tam dała. Ponieważ i ja i Toyahowa jesteśmy nauczycielami, nasze dzieci chodzą do szkól i też orientują się w procedurach, nie potrafiliśmy dojść do ładu i składu odnośnie zachowania się tej dyrektorki. Arkuszy otwierać nie wolno, nie wolno ich kserować, nie wolno ich rozdawać w jakimkolwiek innym celu, niż w celu przeprowadzenia egzaminu. Ona jednak machnęła na to wszystko ręką i pofrunęła. Dlaczego? Toyahowa mówi, że zapewne zwyczajnie uznała, że szkoła, której ona dyrektoruje to jest jej szkoła i jej tam wolno robić, co jej przyjdzie do głowy. A więc zrobiła.
Ja uważam, że ona postąpiła dokładnie tak, jak postępują nasze elity, czy – jeśli komuś tak wygodniej – Układ. Uznała, że jest na swoim terenie, a że kiedy ona jest na swoim terenie, to nikomu nic do tego, co ona tam sobie kombinuje. A ja ni stąd ni z owąd widzę, jak postępowanie tej kobiety, tak niesłychanie bezczelne, o tak niesłychanym poczuciu bezkarności, zaledwie symbolizuje to, co się od dłuższego już czasu dzieje w skali całego kraju. I jeśli teraz wspomnę niedawny wyrok sądu przeciwko wolności prowadzenia polityki, czy planowane przez Platformę sfinansowanie swojej kampanii do europejskich wyborów z tych właśnie europejskich pieniędzy, wczorajszą konferencję prasową Janusza Palikota, na której czytał spreparowane teczki SB, wielomiesięczną agresję Układu wobec IPN-u, próbę odebrania partiom pieniędzy, czy jeszcze sto kolejnych przypadków prawdziwej, bezczelnej i całkowicie bezkarnej prywaty, toczonej z jednoczesnym usypianiem społecznej świadomości przy pomocy usłużnych mediów, to ja i tak będę wciąż bardzo wstrzemięźliwy.
Jak wiele miesięcy upłynęło od czasu gdy Zbigniew Ziobro topił laptopy, Jarosław Kaczyński zagłuszał komórki pielęgniarkom, a Przemysław Gosiewski budował dworzec we Włoszczowej? Ileż to meczy piłkarskich rozegrał premier Tusk ze swoimi kolegami od czasu, gdy Adam Lipiński dawał się korumpować Renacie Beger, a Jarosław Kaczyński nie zapiął guzika u marynarki? Ileż to happeningów Janusza Palikota i bluzgów Stefana Niesiołowskiego zrelacjonowały wszystkie stacje telewizyjne od czasu gdy po raz pierwszy media ogłosiły, że Prezydent wygląda jak kartofel, a jego brat nie ma konta w banku? Ile się musiało w Polsce zmienić, żebyśmy wszyscy mogli znów poczuć ten stary, zapomniany już wiatr autentycznego totalitaryzmu, tyle że na wyższym, o wiele nowocześniejszym poziomie, z kompletnie nową story, jak by to określił pewien specjalista od politycznego marketingu.
Co musiało się stać, żebyśmy nagle – niezwykłym zupełnie przypadkiem – przypomnieli sobie wydarzenia sprzed 25 już lat w miejscowości Miętne, kiedy to 7 marca 1984 roku uczniowie Zespołu Szkól Rolniczych ogłosili strajk okupacyjny, domagając się powrotu do sal szkolnych zdjętych przez bolszewię krzyży? Jak niezwykła cisza musiała zapanować wokół nas, żeby niektórzy z nas ponownie usłyszeli z takim przejęciem historię tych dwustu uczniów i uczennic i ich nauczycieli, którzy zostali wyrzuceni ze szkoły w Miętnem, którym uniemożliwiono zdanie matury, ale których mimo to nie udało się zastraszyć i którzy, kiedy przyszedł kolejny moment prawdy, jeden po drugim, odmawiali podpisania oświadczeń lojalności wobec totalitarnego systemu kłamstwa i terroru?
Czy to rozumiesz? Oto Zespól Szkól Rolniczych w małej miejscowości pod Garwolinem. Czy umiesz sobie wyobrazić tę młodzież i tych nauczycieli? Wtedy, w roku 1984, na tle tych zdjętych krzyży i tego państwa. Oto miejscowość Miętne na Mazowszu. 25 lat temu.
A więc, skoro już sobie te dni przypomnieliśmy, to je pamiętajmy dalej i zastanówmy się czasem troszeczkę nad tym, jak łatwo można uczynić zło, lub wziąć w nim udział, ale też jak można mu nie ulec i może nawet zostać zapomnianym, ale nie ulec. Więc dziś, kiedy cały ten zawłaszczony przez Układ teren naszego Państwa zalewa chaos najróżniejszych drobnych i większych interesów, kiedy nasze Państwo zmieniło się w swego rodzaju planszę do gry w domino i pierwsza kostka już dawno przewróciła kolejne i ta gra trwa, obok nas, bez nas, i przeciwko nam, obejrzyjmy sobie ten film z roku 1984 i zobaczmy, czym może być obywatelskie nieposłuszeństwo wobec skorumpowanego Państwa i zastanówmy się teraz, jak może wyglądać nasze dziś nieposłuszeństwo wobec skorumpowanych elit. Obejrzyjmy ten film. Oto odpowiedni link: http://www.youtube.com/watch?v=Lr1fHowAWnI.
I zmieńmy kraj. Idźmy na wybory.

sobota, 25 kwietnia 2009

Po ile odwaga, po ile tchórzowstwo, po ile strach

Jakiś czas temu, umieściłem w Salonie tekst, dotyczący zjawiska, które uznałem z niezwykle ciekawe i w pewnym sensie okropnie smutne http://toyah.salon24.pl/389839.html. Poszło o to, że – według moich obserwacji – poziom społecznych emocji wokół sytuacji politycznej w Polsce podniósł się do tak niezwykłych stanów, że nagle nie można nie zauważyć, że za tymi emocjami idzie coś, co już niechybnie należy nazwać szaleństwem. Nie debatą, nie awantura, nawet nie agresją, lecz czystym i zwykłym szaleństwem.
Oczywiście, nie twierdziłem, że oto zaczęło się coś szczególnie nowego. Już na samym początku mojego pisania na blogu, opowiedziałem historię o pewnym moim znajomym, który oznajmił, że, jeśli idzie o politykę, jego interesuje tylko jedno. Dzień, w którym on zobaczy Kaczyńskich na taborecie z pętlą na szyi i będzie mógł osobiście kopnąć ten taboret. A więc ostro było od samego początku. Jednak mnie zainteresowało coś innego. To mianowicie, że te – symbolicznie ujęte marzenia o taborecie – w pewnym momencie przestały być wynikiem okolicznościowych refleksji, lecz u niektórych z moich rodaków, zaczęły stanowić treść ich codzienności.
Zainteresowało mnie coś, co z jednej strony objawiało się postrzeganiem świata w sposób, od rzeczywistości całkowicie odległy, stanowiący wyłącznie odbiciem naszych kompleksów i urojeń, a z drugiej, na nieustannej potrzebie demonstrowania tej wizji wobec osób, które są nam zupełnie obce i w sumie obojętne. I myśląc o tych demonstracjach, nie odnosiłem się do ludzkiej potrzeby przekonywania, czy wręcz prowokowania sporu. Nie. Chodziło mi o osoby, które dzielą się tą urojoną wizją świata dla samego dzielenia się z tym właśnie fikcyjnym światem.
Na czym miałaby polegać owa fikcyjność? Na tym mianowicie, że jest to świat wypełniony ludźmi wyłącznie myślącymi tak jak my, o jednakowym typie emocji, o dokładnie identycznych filozofiach, świat, w którym jeśli w ogóle istnieje ktoś inaczej od nas myślący, to z pewnością musi to być gatunek na tyle egzotyczny, że w praktyce nie spotykany. W moim przypadku objawiało się to tym, że w pracy zawodowej, zdarzało mi się niekiedy spotykać osoby, które były tak niesłychanie wypełnione polityczną energią, że nie mogły ani na moment oderwać się od tej napędzającej ją polityki. A – co gorsza – nie mogły ani na moment wziąć pod uwagę, że świat, w którym się znajdują jest światem realnym, a nie wymarzonym przez nich złudzeniem. W efekcie, tworzyli oni wokół siebie nieustanną atmosferę radosnego politycznego happeningu, gdzie każdy fałszywy ton – czy to w postaci głosu odrębnego, czy zaledwie braku zainteresowania – jest dławiony w zarodku.
Moja praca zawodowa polega na tym, że uczę angielskiego w firmach. Firmy wynajmują nauczyciela, każą mu się spotykać dwa razy w tygodniu z pracownikami – albo indywidualnie, albo w małych grupach – i płacą nauczycielowi za każde 45 minut pracy. W ciągu tych 45 minut gada się po angielsku, czyta jakieś teksty, rozwiązuje zadania – zwykła lekcyjna rutyna. Jeśli grupa jest kiepska, albo nauczyciel jest kiepski, albo któryś z uczniów jest jakoś tam nieznośny, a jednocześnie ma dominujący charakter, lekcję są do niczego i ostatecznie grupa się rozpada. Jeśli między nauczycielem, a uczniem, czy między samymi uczniami nawiązuje się porozumienie, lekcje są udane, atmosfera jest piękna, i wszyscy są bardzo zadowoleni. Co najważniejsze, nauka przynosi efekty. Zdarza się jednak też tak, ze czasem miedzy nauczycielem, a uczniami dochodzi do takiej sympatii, że układ robi się zbyt osobisty i wówczas cierpi na tym sama nauka. Dlatego na przykład, ja jestem przeciwny czemuś, co jest bardzo powszechne, czyli przechodzeniu na ty. Trzymam dobry kontakt, staram się, żeby było przyjemnie i uczę. I za to biorę pieniądze. Nienajgorsze.
Co się dzieje, jeśli uczeń bardzo potrzebuje się zaprzyjaźnić? Wtedy popada w nieustanne dygresje. Albo rozmawia o swojej rodzinie, albo o filmach, albo o muzyce, albo opowiada dowcipy – standard. Z którym zawsze sobie można jakoś poradzić. Jeśli jednak jest to ktoś o szczególnie rozwiniętych politycznych emocjach, nieustannie podrzuca komentarze dotyczące tego, co ostatnio stanowi tzw. issue. Na ogół – co mnie, powiem szczerze – stosunkowo mocno dziwi, uczniowie moi interesują się wszystkim, tylko nie polityką. Ja wprawdzie nie kreuję dyskusji politycznych, ja nie czytam z nimi gazet, ale z tego co, siłą rzeczy, słyszę, ich polityka nie interesuje w najmniejszym stopniu. To jest dla mnie odkrycie zupełnie kluczowe – oni o polityce nie mają i najwidoczniej też nie chcą mieć pojęcia. Zdarzają się jednak od czasu do czasu tacy zapaleńcy, którzy sporem politycznym ewidentnie żyją. Są to oczywiście najczęściej ludzie, którzy nienawidzą Kaczyńskich, ale też od czasu do czasu trafi się ktoś, kto nie znosi Platformy. Skąd to wiem? Stąd, że oni właśnie nieustannie próbują mnie zaczepiać pod kątem polityki. I mam wrażenie, że robią to z różnych pozycji. Jeśli ktoś na przykład powie, że „to wreszcie mamy tę obiecaną Irlandię”, robi to z zaciśniętą miną człowieka, który wie, że to co on powie, nie spotka się prawdopodobnie z niczyim uznaniem, ale on za to, po raz kolejny, uczciwie zademonstruje swoje jak najbardziej słuszne poglądy. Z kolei ci – a jest ich jak mówię, znaczna większość – którzy nieustannie coś gadają o kaczkach o kartoflach i Włoszczowej, żartując, rozglądają się tryumfalnie po sali, w głębokim przekonaniu, że za chwilę rozlegną się brawa. Jeśli jest to lekcja indywidualna, taki ktoś wrzuca swoją polityczną deklarację wraz z konfidencjonalnym mrugnięciem, wyrażającym niezbite przekonanie, że nauczyciel, którego on polubił, musi być z pewnością ‘swój’.
Nie podejmuję tematu. Nie robię tego ani w przypadku uwag o Irlandii, ani w przypadku żartów na temat ‘kartofli’. Z dwóch powodów. Przede wszystkim wiem, że jeśli pokażę, że ja też jestem ‘politycznym zwierzęciem’, szlag całą naukę natychmiast trafi. Skończy się nauka, a zacznie się dyskusja. I każda dyskusja, prędzej czy później, skończy się awanturą. Bo tak to już jest. Więc to jest powód pierwszy. Drugim powodem jest to, że ja wiem, że poziom politycznych napięć w sercach ludzi prawdziwie polityką przejętych jest tak wysoki, że on się z reguły przekłada na relacje osobiste. Ludzi którzy traktują problem ‘kartofli’ i ‘platfusów’ jako sprawę codzienną nic nie powstrzyma przed gadaniem na ten temat tak długo, aż druga strona albo przyzna im rację, albo się obrazi, albo powie, żeby już przestać. Ponieważ, jak samo doświadczenie uczy, pierwsza ewentualność nie występuję nigdy, tego typu pogawędki zawsze prowadzą do kompletnego zamrożenia stosunków. Bo, z jakichś nieznanych mi, psychologicznie jednak uzasadnionych powodów, rozmowa musi trwać. Brak rozmowy tworzy pustkę, którą można porównać tylko do pustki, jaką przeżywa ktoś, kogo pozbawiono pożywienia w chwili szczerego głodu.
Ciekawe przy tym jest to, że nikt nigdy mnie nie spytał bezpośrednio: „Na kogo pan głosował?”, albo „Za kim pan idzie?”, albo „Co pan sądzi na temat PiS-u?”. Nikt nigdy ani przez chwilę nie robił wrażenia, jak by brał pod uwagę, że ja mogę być politycznie w innym miejscu, niż oni. Ja sądzę, że, w najlepszym wypadku, oni uważają, że ja jestem zwyczajnie niezorientowany, lub wręcz niezainteresowany. Gdyby ktoś nagle zwariował, uwzględnił możliwość istnienia przeróżnych opinii i mnie spytał, to bym odpowiedział i skończył rozmowę. Nigdy jednak nie dano takiej nawet szansy. Oni wiedzą wszystko, co im jest potrzebne do dobrego samopoczucia.
Oczywiście, ja widzę taką możliwość, że – kierując się radami jednego z komentatorów – postanowiłbym się zaangażować od czasu do czasu w jakąś chryję i pokazać wszystkim, jaki to ze mnie wariat i oryginał. Tylko po co? Co ja bym miał przez to osiągnąć, poza – jak już wspomniałem – pokazaniem tej swojej ułańskiej fantazji? Nikogo bym do niczego nie przekonał, sam też nie dałbym sobie zmienić mojego zdania; jedynym skutkiem tego mojego popisu byłoby to, że po pewnym czasie, ów wielbiciel demokracji, zmęczyłby się moją osobą i lekcje zakończyłyby się dokładnie tak samo, jak ja bym któregoś dnia przyszedł pijany, albo zaczął się dostawiać do którejś z moich pięknych uczennic.
Swój tekst sprzed miesięcy napisałem, z jednego powodu. Chodziło mi o ludzi zainteresowanych polityką w sposób absolutnie histeryczny, a jednocześnie tak głupich i politycznie opętanych, że odbierających świat, jako wyłącznie z jednej strony zbiór zwykłych, takich jak my, ludzi nienawidzących PiS-u, a z drugiej – jakichś rozczochranych wieśniaków z widłami, którzy poruszają się gdzieś tam na peryferiach cywilizowanego świata, których nikt nigdy nie widział na oczy, ale którzy podobno gdzieś żyją i wciąż chcą na ten PiS głosować. Dlaczego zainteresowali mnie akurat oni? Szczerze powiem, że nie mam pewności, czy dobrze pamiętam, bo – jak może niektórzy wiedzą za Herbertem – myśli chodzą po głowie. Ale mam wrażenie, że był to czas, kiedy dowiedziałem się, że jeden z moich kolegów z Salonu boi się ujawnić swoje nazwisko, żeby nie stracić pracy. Był to też dzień, kiedy Krzysztof Wołodźko opublikował wpis, w którym opisał historię, która w gruncie rzeczy była bardzo drobna i niewiele znacząca, ale mieściła się bardzo w temacie. Ale był to też akurat czas, kiedy Marek Migalski dowiedział się, że nie zostanie habilitowany i ta wiadomość, ku uciesze niektórych – uciesze, która trwa do dzisiaj – obiegła kraj. Pomyślałem wtedy sobie, że nie zazdroszczę Migalskiemu, że musi codziennie chodzić do pracy tam, gdzie spotyka się głównie z pogardą i szyderstwem. I pomyślałem sobie, że to jest niesamowite, do czego to doszło w tej naszej Polsce. Że ludzie, wyłącznie przez to że mają poglądy takie a nie inne, mogą na przykład zostać poddani takiej presji, że stracą pracę. W ramach solidarności z Migalskim, opowiedziałem, jak to ja doskonale rozumiem, czym jest kontakt z ludźmi, którzy żyją w tak okropnym napięciu, że dopóki nie spalą wszystkiego wokół siebie, nie zaznają spokoju. Czym jest kontakt z takimi ludźmi, szczególnie gdy ich pozycja umożliwia im zdecydowanie o naszym losie. I opowiedziałem przy tym, jak to ja – wiedząc, że ujawnienie moich politycznych może się bezpośrednio przełożyć na poziom życia mojej rodziny – staram się zachować w swoim życiu zawodowym, pełną dyskrecję. Tekst, który umieściłem w Salonie był oczywiście obszerny i naświetlał problem bardzo szeroko. Jednak główna myśl była taka: w dzisiejszej Polsce panuje terror moralny, terror kulturowy i terror cywilizacyjny. Terror tak potężny, że wręcz uderzający w rodziny. A to jest po prostu straszne.
Jaki jest dziś efekt tego mojego ówczesnego pisania? Otóż taki, że wielu z moich politycznych przyjaciół przychodzi do mnie i mówi: „Ależ nie ma problemu. Trzeba być odważnym. Ja, na przykład, jestem bardzo odważny.” Że niby ten terror, z jakim mamy do czynienia jest w gruncie rzeczy niczym szczególnym. Wszystko zależy od nas i naszej odwagi. I, oczywiście, naszej determinacji. Bo w końcu, cóż znaczy utrata pracy, jeśli pokażemy naszą dzielność? Przedwczoraj opublikowałem tu tekst, w którym zbeształem Piotra Zarembę za to, że tchórzy, a tchórząc – kłamie. I od razu zostałem zasypany komentarzami, że mam się zamknąć, bo ja też tchórzę. Tchórzę, nie tłumacząc tym moim dyrektorom, że są idiotami.
Przede wszystkim więc, pragnę przypomnieć, że ja wyraźnie napisałem, że ja Zarembę do pewnego stopnia rozumiem, że mu współczuję, a sam mam ten komfort i to szczęście pracować w takim fachu, gdzie moje poglądy polityczne nie podlegają jakiejkolwiek egzegezie. Gdybym chociaż pracował w szkole, to można by było ode mnie oczekiwać, że będę dawał dobry przykład dzieciom. Kiedyś zresztą, zanim ze szkoły wyleciałem, wszyscy doskonale wiedzieli, że jestem pisowcem. Również, gdyby mnie ktoś zaprosił do telewizji, a ja bym się na ten występ zgodził, to zdecydowanie bym się skompromitował, gdybym zaczął się wykręcać i zapewniać, że ja tylko tak trochę i tylko czasem, ale że, w gruncie rzeczy, dla mnie świat jest baaaaardzo skomplikowany. Podobnie, gdyby mnie ktoś poprosił, żebym napisał coś gdzieś pod nazwiskiem, to napisałbym dokładnie to samo i dokładnie na tej samej melodii, co tu w Salonie. A gdybym planował się chować z poglądami po katach, to najpierw bym po prostu odmówił.
Ale tak? Kogo obchodzą moje poglądy, o ile nie chodzi tylko o to, żeby je zmienić, albo mnie kopnąć w dupę? Więc trochę Zarembie współczułem, ale też trochę miałem do niego pretensję. Bo jego polityczne stanowisko jest samą kwintesencją jego misji. Formułowanie politycznych ocen jest tym z czego on żyje i na czym buduje swoją zawodową pozycję. On nie prowadzi kącika kulinarnego na kanale TVN Style. On gada w telewizji i pisze w gazetach o polityce. I jeśli dziś, z czystego konformizmu, zaczyna się nagle wypierać swoich poglądów, albo zaczyna swoje poglądy zamazywać, to w moim mniemaniu, postępuje bardzo nieładnie. Ale znowu, głównym winowajcą – wedle mojej opinii – nie jest tu ani Zaremba, ani jego ostrożni koledzy, ale powszechna atmosfera kulturowego zaszczucia, którą stworzył ten rząd i to środowisko. I o tym właśnie był mój tekst. Ten i tamten poprzedni. I również tekst dzisiejszy. A jeśli ktoś tego nie zrozumiał, to już naprawdę nie moja wina.

czwartek, 23 kwietnia 2009

O dziennikarzach, dziennikarzach i o ludziach

Przedstawiając wczoraj w Salonie swój tekst o radykalizmie i tchórzliwej elegancji, wspomniałem o dziennikarzu Piotrze Zarembie i jego występie w telewizji, w programie Teraz my. Uwaga moja dotyczyła faktu, że Zaremba, poproszony o opinię na temat najnowszego wybryku Janusza Palikota, nie potrafił z siebie wydusić jednego zdania, którego by natychmiast nie skontrował zdaniem następnym. Byłem poruszony faktem, że Zaremba – dziennikarz, który wielokrotnie udowodnił, że posiada poglądy i potrafi ich bronić – nagle zachował się, jakby poglądów nie miał, albo przynajmniej nie był w stanie ich zwyczajnie sformułować. I to w dodatku na temat pozornie tak prosty, jak postępki Janusza Palikota. I to, w dodatku, w towarzystwie Sławomira Sierakowskiego, młodego komunisty, który – w odróżnieniu od Zaremby – wykazał się piękną i niewzruszoną wolnością przekonań.
Od wczoraj minęło już te kilkanaście godzin i kilkadziesiąt komentarzy na moim blogu i blogach innych, a ja wciąż myślę o Zarembie, o Sierakowskim i w ogóle o odwadze i szansach jakie ma każdy z nas, żeby być wiernym. Zastanawiam się, jak to jest, że w niektórych środowiskach tak trudno jest spotkać prawdziwą i niezakłóconą dziwnymi kalkulacjami debatę? Jak to jest, że są miejsca, gdzie radykalne przekonania i szczerość opinii nie są w najmniejszym stopniu źle widziane, tyle że są ograniczone do pewnych tylko opinii i pewnego rodzaju radykalizmu? I dlaczego ci, od których moglibyśmy oczekiwać tego minimum wielkości, nagle robią się tak strasznie mali?
Myślę tu dziś o Piotrze Zarembie. Ale również nie potrafię zapomnieć o wielu innych dziennikarzach, którzy zbudowali swoją pozycję na walce o wolność opinii i swobodę wypowiedzi, a dziś tak bardzo się boją, że ktoś mógłby ich oskarżyć o to, że mają własne zdanie i że do tego zdania są za bardzo przywiązani. Nie myślę przy tym w ogóle o dziennikarzach, którzy wprawdzie zawsze byli związani z pomysłem ograniczania wypowiedzi do pewnych, wcześniej zaakceptowanych kanonów, a dziś pokazują, jak bardzo są wolni i bezkompromisowi. I jak bardzo oni gardzą wszelkim kunktatorstwem. Jestem bowiem przekonany, że między jednymi a drugimi, w tym miejscu nie ma żadnej różnicy. I jedni i drudzy dbają przede wszystkim o swój osobisty komfort i w momencie gdy poziom tego komfortu zaczyna wyglądać niewyraźnie, tracą całą pewność siebie.
A więc problemem nie są ludzie, lecz sytuacja w jakiej się znaleźli. A zatem chodzi o tę wygodę i o to poczucie bezpieczeństwa. Myślę o Piotrze Zarembie. Oto dziennikarz. Dziennikarz ważny, uznany, powszechnie szanowany, przez wielu szanowany bardzo. A jednocześnie ktoś, kto jest od samego początku częścią pewnego systemu. Ktoś kto – będąc dziennikarzem – ma dziennikarzy za kolegów, wspólnie z innymi dziennikarzami ma pewne, bardzo ścisłe interesy i kto, w gruncie rzeczy, nie ma żadnego innego miejsca, poza swoim naturalnym środowiskiem, gdzie mógłby bezpiecznie działać. Oto ktoś, dla którego towarzystwo w którym się obraca, status, który uzyskał, pozycja jaką sobie wywalczył determinuje go w stu procentach.
Do czego zmierzam? Problem jaki mnie nurtuje jest związany z ogólną atmosferą, jaka wytworzyła się w polskim życiu, nawet nie politycznym, lecz publicznym. Ja tu niedawno pisałem o tym, jak ja sam, utrzymując rodzinę, ucząc najróżniejszych ludzi języka angielskiego, muszę dbać o to, żeby z ludźmi którzy zapewniają mi pracę, mieć w miarę ludzkie stosunki. Problem polega na tym, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jedyna rzecz, która może stworzyć między mną, a ludźmi którzy są moimi klientami takie napięcie, że dalsza współpraca będzie niemożliwa – to polityka. Dlatego staram się bardzo unikać w rozmowach z nimi tematów politycznych. A unikanie to sprowadza się, siłą rzeczy, do tego, że oni nie znają moich politycznych poglądów. Mówiąc krotko, oni nie wiedzą, że ja jestem kaczystą.
Otóż ja uważam, że moja sytuacja jest bardzo komfortowa. Ja, o ile tylko nie będę wkraczał w moje kontakty z uczniami z polityką, mogę z nimi rozmawiać o wszystkich sprawach świata. Oni mogą mi opowiadać o swoich emocjach, ja mogę im mówić o tym, co mi się podoba, a co nie – i jest pięknie. Oni nawet mogą mi posyłać nieustanne szyderstwa z Kaczorów, a mnie to nie ruszy. Bo ja szczycę się tym, że posiadam odpowiedni poziom świadomości i nie mam z tym najmniejszych problemów. Nie ma więc absolutnie takiego tematu, który mógłby nas podzielić w taki sposób, że nie bylibyśmy w stanie się dalej spotykać. I nie chodzi tu o to, że ja się boję zaprezentować moje poglądy i nie wiem, jak ich bronić. Ci co mnie czytają, świetnie się orientują, że to akurat nie jest mój kłopot. Natomiast ja absolutnie nie mam ochoty tworzyć napięcia między mną, a ludźmi którzy są mi z jednej strony obcy, a z drugiej powiązani ze mną, że tak powiem, biznesowo. Bo wiem, że takie napięcie na tym poziomie relacji jest nie do opanowania. Takie napijecie zawsze kończy się katastrofą. Ale też nie chodzi akurat tylko o nas. To jest sprawa jak najbardziej powszechna. W dzisiejszej Polsce polityka jest w stanie sprawić, że ludzie w jednej chwili tracą rozum i gotowi są się pożreć.
Piotr Zaremba, podobnie jak Piotr Semka, Michał Karnowski, Igor Janke, Rafał Ziemkiewicz i wielu, wielu innych wybitnych dziennikarzy i uczciwych ludzi, znaleźli się w sytuacji nieporównanie gorszej. Przez rodzaj wykonywanej pracy, oni nie są w stanie wycofać się z polityki również na płaszczyźnie towarzyskiej. Każdy doskonale się orientuje, jakie są ich sympatie, jakie dylematy, co sądzą dziś, jakie mieli zdanie na różne tematy wczoraj, co ich złości, co ich cieszy. A to, w dzisiejszej społecznej atmosferze, tworzy sytuację bardzo niedobrą. Dla całego dziennikarskiego mainstreamu, oni są dziennikarzami-degeneratami. Dla swoich kolegów-dziennikarzy oni symbolizują to co wśród intelektualnej elity „tego kraju”, oznacza wstyd i hańbę. Dla środowiska, w którym żyją na co dzień oni są wyłącznie trądem i pośmiewiskiem.
Więc walczą. I walczą w jedyny możliwy sposób. Jeśli nie chcą skończyć na peryferiach dziennikarstwa, a mają do wyboru albo radykalizację swojego wyboru, albo próbę kompromisu, wybierają oczywiście kompromis. I w tym momencie stają się niewolnikami okoliczności. Od momentu, w którym postanowili udowodnić swoim lepiej umocowanym towarzysko kolegom, że przecież nie są tacy nieprzemakalni, tacy niewyuczalni, tacy zamknięci, stracili jedyne co mieli. Swoją wiarę i swoją wolność. Czy to jest tchórzostwo? Czy to jest zdrada? Nie sądzę. Uważam, że oni w gruncie rzeczy nie mają wyboru. I tak już, przez swoje niezależne poglądy, zostali naznaczeni. Każdy kolejny ruch w głąb będzie ich prowadził jedynie do pełnego wykluczenia. Więc się bronią. I krzyczą do swoich oprawców: „My nie jesteśmy tacy jak myślicie! Z nami się da rozmawiać!”
Niestety, przeciwko sobie nie mają ludzi dzielnych, szlachetnych, życzliwych, gotowych ich przyjąć do siebie, jeśli ci tylko zrozumieją swoje błędne ścieżki. Przeciwko sobie mają osoby przede wszystkim nieskończenie bardziej tchórzliwe, a przede wszystkim głupsze i mniej inteligentne. Przeciwko sobie mają kogoś, kto jest mocny wyłącznie dlatego, że od zawsze był na tyle zły, sprzedajny i bezideowy, że w odpowiednim momencie znalazł się tam gdzie jest wygodnie i bezpiecznie. Przeciwko sobie wreszcie mają na przykład człowieka, który na tym blogu już jakiś czas temu znalazł swoje zasłużone miejsce, mianowicie niejakiego Jacka Kucharczyka, reprezentującego coś, co się nazywa Instytut Spraw Publicznych. Człowieka, który nie ma wątpliwości. Który poproszony przez Rzeczpospolitąo ekspercką ocenę polskiej sceny politycznej http://www.rp.pl/artykul/293483.html, przemawia na poziomie najbardziej prymitywnego słuchacza Szkła Kontaktowego i oczywiście jest z siebie przy tym dokładnie tak samo dumny, jak ten wspomniany telewidz. On się nie wykręca, on nie próbuje pokazać, jaki jest obiektywny, nie udaje, że to co on pisze to wynik jakiś obserwacji i rozmyślań. On ma bardzo zdecydowane poglądy, bardzo radykalne, bardzo jednoznaczne i je w bardzo jednoznaczny sposób prezentuje. Ale też on się nie boi, że ludzie z jego otoczenia powiedzą mu, że jest ‘opinionated’, że ktoś mu zarzuci, ze się zaangażował po jednej ze stron konfliktu, a więc wykluczył się z debaty. Ależ skąd! Bo o jakiej to debacie mowa? Z kim? Z Migalskim może??? Ale też można się spytać, czy Kucharczyk jest odważny? Oczywiście, że nie. Jego odwaga jest dokładnie na tym samym poziomie, co odwaga innego bohatera dzisiejszych potyczek, Piotra Stasińskiego. Którego eksplozję obywatelskiej i czysto ludzkiej postawy mogliśmy wczoraj poznać również w Rzeczpospolitej. Nie będę opisywał sprawy, bo – szczerze powiem – nie chce mi się. Niektórzy znają choćby z bloga Kataryny, a kto nie zna, niech sobie zalinkuje tu http://www.rp.pl/artykul/2,294522.html. Oto kolejny z całego szeregu tych, którzy stanęli naprzeciwko Piotra Zaremby i jego zniewolonych kolegów. Również człowiek o szczerej wierze i o szczerym przekonaniu o swojej wiary potędze. Ktoś, kto tym świńskim truchtem dobiegł do tego miejsca, w którym jest dziś i w którym to miejscu jest mu tak ciepło, przytulnie i przyjemnie. Powiem Stasińskiemu, że oto dotarł w swojej walce do samych bram faszyzmu i co z tego? Jakie to ma znaczenie, skoro jemu jest ciepło i dobrze? A i koledzy chwalą.
Oto towarzystwo, które sterroryzowało Piotra Zarembę, podobnie jak wielu z jego kolegów, i terroryzując nie obiecało nic, poza szczyptą spokoju na dziś i może też na najbliższą przyszłość. W komentarzu pod moim poprzednim wpisem, mój przyjaciel Gembaopowiedział mi, jak to w stacji o nazwie chyba TOK FM, Jacek Żakowski i Tomasz Lis regularnie, bezwstydnie i bez najmniejszej litości znęcają się nad Tomaszem Wołkiem, traktując go jak szmatę. Czemu oni to robią komuś, kto przecież wielokrotnie, i to z nawiązką, udowodnił, że on zrobi, powie i napisze wszystko co oni mu każą? Że on jest w stanie, na każde ich skinienie, zademonstrować każdą możliwą podłość i zejść tak nisko, jak sytuacja będzie tego wymagała? Otóż dlatego, że choćby on zaczął im śpiewać ruskie piosenki na dobranoc, oni i tak już do końca świata będą go traktować jak prawicowe ścierwo. Bo Żakowski, Lis, Najsztub, Stasiński nigdy nie wybaczają. Oni wyłącznie dają szansę nawrócenia i w nagrodę michę z kartoflami, żeby niewolnik się nażarł.
Więc jaki wybór ma Piotr Zaremba, który – tak się złożyło – został przypadkowym bohaterem mojego tekstu? Może oczywiście robić to co robi, czyli starać się przekonać Stasińskiego, że on ma poglądy wyważone i pełne otwartości. Może próbować udowodnić Kucharczykowi, że on nie jest taki jak dziennikarze z Naszego Dziennika. Może wygłosić pean na cześć cudownej nieokreśloności wszelkich rzeczy, tak by Piotr Najsztub zechciał się do niego przy najbliższej okazji zwrócić bez tego przykrego, pogardliwego uśmiechu. I ostatecznie liczyć na to, że oni wszyscy zaczną go traktować z minimum szacunku. Ale przy tym, może być pewny, ze dopóki nie stanie się jak Wołek, nie dadzą mu spokoju. Dopiero wtedy, kiedy już jak ten biedny Winston zobaczy pięć palców i oświadczy, ze on właściwie nie wie, ile ich jest, dostawią mu jakieś byle jakie krzesło i pozwolą łaskawie na chwilę się dosiąść.
Może więc iść drogą, na którą ostatnio najwyraźniej wszedł. Ale może też zachować się jak Sierakowski, czyli jak człowiek wolny. A więc spojrzeć im wszystkim prosto w twarz, uśmiechnąć się z pogardą i powiedź im, że są tandetni. I nie bać się. Powtarzać to im przy każdej okazji. Oni go oczywiście znienawidzą. Ale przynajmniej nie będą nim gardzić. Oni oczywiście załatwią mu to, że się stanie dziennikarzem niszowym, ale on sobie na pewno znajdzie jakieś miejsce, gdzie będzie mógł się wypowiadać i znajdzie sobie takich, którzy będą go chcieli słuchać. Myślę, że jeśli tylko będzie miał oryginalne i szczere poglądy i będzie gotów je głosić bez strachu – tak jak to robi Sierakowski – tak jak Sierakowski będzie zapraszany do ich głoszenia to tu, to tam. I będzie mógł zawsze spojrzeć sobie bezpiecznie rano w lustro, a w ciągu dnia, kiedy spotka gdzieś na swojej drodze Żakowskiego, czy Najsztuba, poczuje, co to znaczy bym dziennikarzem prawdziwie wolnym i niezależnym.

wtorek, 21 kwietnia 2009

O tłustych chamach i cieniutkich bolkach

W ostatnich dniach dużo myślę o tzw. radykalizmie. O radykalizmie w ogóle i o radykalizmie swoim – moim prywatnym, maleńkim, osobistym radykalizmie. I zastanawiam się, czym właściwie jest radykalizm? Czy radykalizm to wierność poglądom, czy może tylko poglądy – poglądy stałe i określone. A może radykalizm to niechęć do przyjęcia innego punktu widzenia, opór przed zaakceptowaniem innego punktu widzenia, czy może dopiero brak tolerancji wobec opinii innych?
I zastanawiam się, czy bycie radykalnym, to rzecz dobra, czy może to już występek? W języku angielskim istnieje słowo ‘opinionated’. Ktoś kto jest ‘opinionated’, wydawałoby się, jest osobą, która ma własne zdanie i – być może – tego zdania jest pewien. W słowniku, z którego korzystam, jest napisane, że ktoś kto jest ‘opinionated’ jest „zbyt pewny” swoich opinii. A więc, wygląda na to, że poprawną rzeczą jest trzymać się własnych opinii, tyle że nie „za bardzo”. Tylko co to znaczy „nie za bardzo”? W którym momencie to że w coś wierzymy i wierzymy w to mocno i jesteśmy tego w stanie bronić, przestaje być zaletą, a staje się zachowaniem godnym potępienia?
Słowo ‘opinionated’ ma również konotacje kulturowe. Słyszałem, że w Ameryce choćby, jeśli ktoś nas pyta o zdanie na dowolny temat, bardzo źle jest wyrazić swoją opinię w sposób bezpośredni. Jeśli, dla przykładu, ktoś chce wiedzieć, co sądzimy o Nowym Jorku, to zamiast mówić, że jest piękny, albo obrzydliwy, zdecydowanie lepiej jest powiedzieć coś w stylu „That’s a very interesting question”, bo każda inna odpowiedź naraża nas na ryzyko zarzutu, ze jesteśmy ‘opinionated’, a więc przemądrzali i zadufani w sobie.
Ja osobiście, gdyby mnie zanalizować z każdej możliwej strony, pod względem posiadania własnego zdania i przywiązania do tego zdania, musiałbym zostać uznany za osobę bardzo pewną siebie i bardzo w sobie zakochaną. Co gorsza, jakkolwiek bym się nie starał, ja bardzo mocno wierzę w to, że własne zdanie jest generalnie wartością, której wato bronić i, co do którego prawdziwości, warto być szczerze przekonanym. W moim wypadku jest trochę tak jak z tym radykalizmem. Dla niektórych ludzi, radykalizm jest jak dewocja. Czysta obrzydliwość i hańba. Ja z kolei, pamiętam książkę, którą bardzo kiedyś lubiłem czytać, napisaną przez muzyków rockowych, którzy w pewnym momencie swojego zycia bardzo gorąco uwierzyli w Zbawienie Chrystusa i postanowili się tą swoją wiarą podzielić. Nosiła ona tytuł Radykalni i w tamtym wypadku, ten tytuł nie funkcjonował, jako słowo obelżywe. Więcej – słowo ‘radykalni’ w tamtym kontekście, raczej miało zachęcać do czytania tej książki, a nie do kpiących uśmiechów.
A więc wciąż zastanawiam się, czym jest radykalizm w ogóle i czym jest mój radykalizm? Czy to jest coś złego, czy może nie aż tak bardzo? Ale również zastanawiam się, czym jest radykalizm innych? Radykalizm, którego ja nie toleruję, który mnie irytuje, przeciwko któremu protestuję i który całym sercem zwalczam. Mam w tej sprawie swoje przemyślenia, ale nie chcę akurat się nad tym za dużo rozwodzić. Trochę dlatego, że całe moje myślenie w tej kwestii jest siłą rzeczy skażone brakiem obiektywizmu, ale też trochę dlatego, że nie chcę akurat dziś zwłaszcza, prowokować awantur. Powiem tylko, że mam zrozumienie dla swojego radykalizmu, bo głęboko wierzę, że mając tyle zaufania co do swoich racji, zachowuję pełen szacunek dla racji innych. Biorę pod uwagę, że mogę się mylić i choć nie zdarza mi się zbyt często te błędy w swoich kalkulacjach znajdować, nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś mi je któregoś dnia wytknął. Natomiast bardzo nie lubię, jeżeli obcy radykalizm sprowadza się do tego, by wyłącznie przeciwnika rozdeptać, sprawić mu przykrość, czy go sprowokować do nadmiernego zdenerwowania. Nie lubię więc radykalizmu, który oznacza głównie manifestowanie zwykłej złośliwości.
Wczoraj w telewizji słuchałem rozmowy między Jackiem Kurskim a Sławomirem Nitrasem. Tematem pogawędki było najświeższa akcja Janusza Palikota. Sławomir Nitras, podobnie jak większość jego partyjnych kolegów zresztą, twierdził, że PiS jest chamski (a więc radykalny), więc niech nie liczy, że chamski (a więc również radykalny), nie będzie Palikot. Ja się z Nitrasem nie zgadzam. Uważam, że on jest politykiem wyjątkowo radykalnym, ale mi się jego radykalizm bardzo nie podoba. Uważam bowiem, że jego radykalizm jest fałszywy, a więc zbudowany nie po to, żeby bronić racji, ale żeby okłamać. Najnowszy spot PiS-u zarzucający Platformie zdradę swoich obietnic i – ogólnie rzecz biorąc – nieuczciwość, był bardzo radykalny i bardzo ‘opinionated’, niemniej był też bardzo merytoryczny z punktu widzenia polityki, a więc tematu. Jeśli Palikot mówi, że Prezydent jest pijakiem i pijakiem jest minister Szczygło i pijakiem jest minister Kamiński, w tym nie ma śladu debaty. Jest radykalizm, ale radykalizm zły i grzeszny. Bo oparty na kłamstwie. Nie kłamstwie bezpośrednim, ale kłamstwie znacznie gorszym. Bo kłamstwie bardzo skrytym. I takiego radykalizmu ja sobie nie życzę.
Jeśli ja piszę w swoim blogu, że Donald Tusk to bezmyślny piłkarzyk i ten jego piłkarski lans jest dla mnie obrzydliwy i – moim zdaniem – przynosi wstyd całej polskiej klasie politycznej i polskiemu państwu, to ja – uważam – jestem merytoryczny, bo ja wciąż mówię o polityce i politykach. Ja nie mówię, że Tusk zdradza żonę, albo za dużo pije. Ja nie mówię, że Sławomir Nowak podobno jest niedobry dla swojej siostry, mamy, czy kolegów. Ja najwyżej mówię, że sposób w jaki on się porusza po scenie politycznej i w publicznej domenie jest skandaliczny i bardziej pasujący do jakiegoś ruskiego buractwa, niż do salonu. Jakkolwiek by ten salon rozumieć. Kiedy jednak ktoś tu w Salonie zadaje pytanie, czy przypadkiem jakiś zbrodniarz stalinowski nie kolegował się z ojcem Lecha Kaczyńskiego i nie podpiera tego żadnymi nawet poszlakami, ale pyta ot tak sobie, bo czemu nie, to ja przeciwko takiemu radykalizmowi protestuję, z takim radykalizmem walczę i jestem bardzo smutny, kiedy widzę, że ci którzy mogliby coś rozumieć, tego czegoś nie rozumieją ani troszeczkę.
Mam jednak wrażenie, że – jak to zresztą bywa zbyt często – moje problemy zaczynają się tam, gdzie innych kończą. Dla większości uczestników naszej debaty, sprawa jest bardzo prosta. Opinie można mieć jednoznaczne i radykalne, jeśli one są słuszne. Jeśli jednak są niesłuszne, można je wyrażać, ale dobrze jest bardzo jeśli ta prezentacja będzie obwarowana maksymalnie dużą liczba zastrzeżeń. Stąd własnie się bierze sytuacja, gdy ktoś, kto chce uchodzić za osobę bardzo kulturalną i opanowaną, najpierw coś skrytykuje, ale chwilę potem obuduje tę swoją krytykę całą serią wątpliwości. Tak się przy tym jakoś złożyło, że to, które opinie są słuszne, a które nie, zostało zdecydowane już dawno i tak naprawdę nie za bardzo wiadomo gdzie. Jak idzie o politykę, podział jest czysty. Jeśli mówimy że Prezydent jest głupi i beznadziejny, to temat ten można ciągnąć w nieskończoność i nie troszczyć się o jakąkolwiek równowagę. Jeśli jednak chcemy troszkę się poznęcać nad, dajmy na to, Januszem Palikotem, wypada przynajmniej od czasu do czasu wtrącić jakieś ‘ale’, ‘chociaż’, ‘jednak’, ‘z drugiej strony’, no i może też wspomnieć o Jacku Kurskim, czy o Przemysławie Gosiewskim. No i w ogóle o tym, że to nie Palikot jest twórcą agresji jako takiej, ale że „ta cała polityka jest do niczego”. Wczoraj, jak już wspomniałem, oglądałem telewizję. Pod wieczór trafiłem na końcówkę programu Morozowskiego i Sekielskiego pod tytułem Teraz my. Rozmawiano oczywiście o Palikocie, natomiast tym razem nie z politykami, lecz z dziennikarzami. Były oczywiście dwie strony debaty – po lewej Sławomir Sierakowski, po prawej Piotr Zaremba. I – powiem szczerze – doznałem szoku. Swoją wypowiedź Sierakowski zaczął od deklaracji, że on już Palikota ma dość, uważa, że należy go ze sceny usunąć, a do czasu usunięcia, bojkotować go w całej medialnej przestrzeni. W jaki sposób? On nie wie. Może należy zacząć nosić jakieś znaczki, czy wstążeczki z napisem „Nie rozmawiam z Palikotem”? Ale coś trzeba zrobić, bo Palikot psuje Polskę. Kiedy wydawało się, że się zrobi nudno, zabrał głos Zaremba. I… niestety nie wiem, co powiedział. Nie zrozumiałem. Nie zauważyłem w jego wypowiedzi jednej konkretnej myśli. On wznosił standardowo swoje oczy ku niebu i coś plótł na temat tego, że wszystko jest bardzo skomplikowane, że on właściwie się z Sierakowskim zgadza, ale przy tym, jednak, coś tam…, i coś tam, i takie tam, różne…
A więc to jest właśnie to co mnie dręczy. To jest to, do czego doprowadziła nas ta szczególna, przedziwna poprawność. Sytuacja, gdzie lepiej jest nie mówić nic, niż powiedzieć coś. I pomyśleć tylko, że najlepszymi wyznawcami tej nowej religii stali się ci, na których wydawało się można najbardziej liczyć! Nawet nie spostrzegli, kiedy swój radykalizm i swoje zdanie złożyli na ołtarzy nijakości, tchórzostwa i zwykłego lizusostwa. Dla nich właśnie – i tu i tam – pragnę zadedykować ten kawałeczek. Jestem pewien, że jeśli im się nie spodobało to co wyżej, przeczytają tę próbkę, którą tu dla nich przyszykowałem i z pewnością uznają, że nawet ja – od czasu do czasu – potrafię pokazać, że jestem prawdziwym Europejczykiem i sportowcem. Zapraszam.

Witam wszystkich.
Na początek chciałem zaznaczyć, ze jestem znany z niewyparzonego języka i z wyrazistych poglądów, ale cenię sobie też poczucie humoru i szacunek dla wszystkich. Każdy kto mnie zna wie, że w poprzednich wyborach głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość, co oczywiście nie znaczy, że nie mam też wielu zastrzeżeń do działalności tej partii i jej głównych przywódców, w tym ich liderów w postaci Jarosława Kaczyńskiego i prezia. Nie będą jednak będę jednak ukrywał i powiem prosto, że uważam iż wina leży po obu stronach, a powiem i więcej, że po środku. Weźmy dla przykładu najnowszą działalność jednego z głównych polityków partii rządzącej, PO, Janusza Palikota. Muszę się na samym początku tego wpisu blogowego zastrzec, że mam wiele szacunku dla inteligencji i działalności poselskiej pana posła Palikota, jak również jego pracy w komisji Sprawiedliwe Państwo. Uważam, że poseł Palikot jest osobą niezwykle inteligentną i szalenie wykształconą, ale jednocześnie wolałbym widzieć go częściej w roli kogoś kto pracuje dla dobra wszystkich Polaków, a nie dla swojego „pijaru”. Oczywiście ja nie sugeruję, że poseł Janusz Palikot wyłącznie kieruje się „pijarem”, ale nie mogę nie zauważyć (spostrzec), że coraz częściej, zamiast zajmować się sprawami ważnymi, zajmuje się on sprawami nieważnymi zupełnie.
Oczywiście, rozumiem, że należy stawiać pytania, nawet najbardziej niewygodne i dotyczące najważniejszych osób w państwie, jak choćby pytania dotyczące „zdrowia” Lecha Kaczyńskiego, prezydenta i zwierzchnika sił zbrojnych, ale czy naprawdę nie warto się zastanowić, czyż nie mamy ważniejszych rzeczy na głowie, jak na przykład walki z wszechogarniających nas kryzysem? Ja wiem oczywiście, że Polska, dzięki między innymi wysiłkowi obecnego rządu, przynosi znakomite rezultaty. Mam wiele zastrzeżeń do obecnego rządu. Ale nie jestem nieobiektywny i wiem, że poprzedni rząd, w tym Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro też wiele obiecywali i swoich obietnic nie spełnili, a agresywny język Jacka Kurskiego wcale nie jest mniej szokujący od „występów” Janusza Palikota. Ponawiam moje pytanie: dlaczego nie możemy wszyscy przestać się wreszcie kłócić.
Ja oczywiście jestem osobą, która potrafi tupnąć i powiedzieć, co mi leży na sercu. Jestem też wierny zasadom i ufam, że inni też są wierni swoim zasadom i że możemy się zawsze porozumieć, natomiast nie rozumiem, jak można szkalować dobre imię osoby tak wybitnej, znanej na całym świecie, jedynego Polaka rozpoznawalnego w każdym zakątku świata, nawet w Gabonie (ha, ha). Lecha Wałęsy. Bo o nim tutaj mówię. Od czasu naszego papieża Jana Pawła II nie mieliśmy nikogo równie znanego ambasadora polskiego życia kulturalnego i religijnego, ambasadora na świecie, a tymczasem my się tylko kłócimy i niszczymy autorytety.
Czy nie możemy ze sobą rozmawiać bez języka nienawiści? Oczywiście, ja, jak wszyscy wiemy, jestem wyborcą PiS-u, ale mimo że głosowałem na Lecha Kaczyńskiego dziś już widzę, że nie jest to najlepszy prezydent, jakiego mieliśmy. I nie wiem, czy w przyszłych wyborach oddam swój głos na niego, czy może na Donalda Tuska, albo może jeszcze na kogoś innego? Oczywiście nigdy nie zagłosuję na Andrzeja Leppera, bo znamy już wystarczająco dużo „złych” rzeczy, które uczynił ten polityk, jak choćby afera seksualna. Mam tu apel do wszystkich moich czytelników, którzy mnie znają i wiedzą, kim jestem. Dość już tego cyrku o nazwie polityka. Większość społeczeństwa ma już dość swarów i sporów politycznych. I jestem za otwartością życia politycznego, też, mimo że głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, chciałbym wiedzieć, czy on cierpi na chorobę alkoholową. Pytania należy zadawać. Jednak dość już tego wszystkiego. Ludzie się już przestają interesować głupstwami. Jeśli „pójdzie” tak dalej, nie dziwmy się jeśli któregoś dnia społeczeństwo nam wszystkim powie „nie”. I wtedy nie będziemy wiedzieli co mamy im na to odpowiedzieć, a ja będę mówił, że i tak najważniejsza jest Polska.
Pozdrawiam,
bloger Toyah