czwartek, 30 maja 2013

Czy leming bawi się lalką Barbie?

Tak się złożyło, że mój stały zwyczaj ograniczania kontaktów ze służbą zdrowia do pojawiania się w rejonowej przychodni po odbiór recept na lekarstwa, jak to określa pani Toyahowa, na podtrzymanie życia, został ostatnio zakłócony przez konieczność przeprowadzenia zabiegu wycięcia pewnego podejrzanie zachowującego się znamienia na ramieniu. W związku z tym, spędziłem tam odpowiednią ilość godzin, najpierw stojąc w kolejce do rejestracji, następnie w kolejce do zabiegu, wreszcie w kolejce po zdjęcie szwów.
Pierwsza refleksja jest taka, że, jak idzie o to, gdzie System póki co nie sięga, a mam tu na myśli relację lekarz-pacjent, wszystko działa idealnie. Człowiek, który mi wycinał tego pieprzyka, był zarówno bardzo uprzejmy, rozmowny i wesoły, jak i robił wrażenie odpowiednio do tej swojej roboty przygotowanego, w dodatku poczekalnia, gdzie spędzałem wszystkie te godziny była jasna, czysta, a ludzie, którzy przyszli tam razem ze mną – grzeczni i życzliwi.
I oto proszę sobie wyobrazić, że było tak. Stoję w tej kolejce, tu jakaś staruszka, tu z kolei chłopak z dziewczyną, tam jakaś dziewczyna w dżinsach z dziurami, przede mną autentyczny, śmierdzący menel, a za mną typowy „IT specialist” z komórką, przez którą nieustannie udziela komuś porad, typu, co trzeba kliknąć, co otworzyć i jaki kod gdzieś wpisać, żeby coś tam zadziałało. W pewnym momencie, zirytowany czyjąś niekompetencją, sączy do słuchawki: „Daj mi Wojtka, bo już mi się nie chce ci dalej tłumaczyć”. Wojtka nie ma, więc IT specialist wyłącza telefon i zwraca się do pani w rejestracji: „Ile jeszcze będę czekał?” Ona spokojnie i grzecznie odpowiada: „No wie pan, trochę trzeba poczekać”, na co on: „Co to znaczy trochę? Przecież to nie jest odpowiedź na moje pytanie”. W tym momencie do rozmowy włącza się menel i mówi: „Co pan zrobisz? Takie życie, że to tu to tam każą czekać”. Ten na menela patrzy tak, jakby ktoś mu nasrał na klawiaturę komputera i rzuca z lekceważeniem: „Dobra już, dobra. Nie wtrącaj się”.
I to jest dla mnie problem. Wygląda na to, że mimo naprawdę bardzo szeroko i profesjonalnie zorganizowanej akcji, by Polskę doprowadzić do stanu takiego zdziczenia, by, gdy już nadejdzie odpowiedni czas, to, co z niej pozostanie, zwyczajnie sprzedać, na poziomie, którego System jakimś cudem jeszcze nie zdążył dotknąć, wszystko jakoś trwa. Lekarze leczą, nauczyciele – przynajmniej niektórzy z nich – starają się coś tam tym biednym dzieciom powiedzieć, kierowcy autobusów przyjeżdżają na przystanki na czas i próbują na czas z nich odjeżdżać. A co najciekawsze, pomijając przypadki najbardziej drastyczne, jak ten, że gdzieś jakiś działacz Platformy Obywatelskiej kogoś zamordował, lub rzucił się na ludzi z siekierą, czy że jakiś obłąkaniec po raz kolejny pojawił się na procesji Bożego Ciała, żeby modlących się ludzi wyprowadzić z równowagi, ludzie podchodzą do siebie wzajemnie z pełnym zrozumieniem wspólnoty losów. I oto pojawia się taki, jak wyżej opisałem buc z telefonem i pokazuje nam wszystkim, dokąd to wszystko ma prowadzić.
W ramach mocno ostatnio intensywnych w naszych prawicowych mediach szyderstwach z tak zwanych lemingów, pojawiły się obrazki par wyglądających jak Barbie i Ken, z sugestią, że oto typowi wyborcy Platformy Obywatelskiej; oto typowe lemingi, a więc ci, którzy pozwalają, by, dopóki oni mają nielimitowany dostęp do swoich galerii handlowych i kredytów bankowych ograniczanych tylko przez dział windykacji, wszystko powoli gniło. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja ten typ ludzi tam w tej mojej kolejce widziałem. Oni zachowywali się, jak każdy z nas. Uśmiechali się, byli grzeczni, odpowiadali dzień dobry i do widzenia, jak trzeba było nawiązywali zwykłe małe rozmowy z sąsiadami. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że to nie oni stoją za tym nieszczęściem. To ten 65-letni mężczyzna, który dziś gdzieś rzucił się na świąteczne dekoracje, no i ów specjalista od klikania ze swoim telefonem. To on. Człowiek, który reaguje już tylko na bat trzymany w ręku przez swojego coacha. Miejmy na niego oko. Nie dajmy się zwieść.

Jeszcze raz przepraszam za mocno spowolniona ostatnio aktywność. Obiecuję, że się podniosę. Tymczasem bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję za zrozumienie i wytrwałość.

wtorek, 28 maja 2013

Gejom już dziękujemy - nadszedł czas onanistów

W związku z faktem, że kilka dni temu pojawił się w naszej ubikacji egzemplarz „Newsweeka”, gdzie – o czym niedawno zresztą już zdążyłem poinformować – Tomasz Lis, rozpoczynając akcję pod tytułem: „Śmierć Jasia – stop bezkarności lekarzy”, staje na czele kampanii, mającej na celu oczyszczenie polskich mediów z tabloidowego brudu, od czasu do czasu mam okazję przyjrzeć się bliżej kondycji, w jakiej znalazły się umysły ludzi okupujących półkę z napisem „Oni”.
I oto, proszę sobie wyobrazić, trafiłem wczoraj na coś wręcz fantastycznego. Otóż redakcja „Newsweeka” wygrzebała gdzieś pewnego staruszka nazwiskiem Tadeusz Rolke, jak się nagle okazuje, wybitnego „fotografa znanych artystów, pięknych kobiet i radosnych lat 60”, oraz wieloletniego „fotoreportera ‘Stolicy’ i ‘Polski’” i zrobiła z nim wywiad. W jakiej sprawie owa rozmowa? Przede wszystkim, okazuje się, że w Krakowie otwarto wystawę zatytułowaną „Studio Rolke” i z jakiegoś powodu chodzi dziś o to, żeby tam ktoś zachciał się pojawić. Poza tym jednak, ów Rolke to ktoś, kto ma dużo do powiedzenia, jak idzie o sprawy dla współczesnej Polski kluczowe. Okazuje się mianowicie – i to jest fakt anonsowany już w podtytule wywiadu – że Rolke był członkiem Szarych Szeregów i on nam może opowiedzieć o panującym tam antysemityzmie. A ja sobie myślę, że to był pierwszy jednak powód, dla którego Polska musiała usłyszeć nazwisko Rolke. Reklama samej wystawy, to wyłącznie nagroda.
Był więc Tadeusz Rolke w tych Szarych Szeregach i w związku z tym oczywiście pierwsze pytanie w tym temacie brzmi następująco: „Czy wyczuwał pan homoseksualną fascynację w Szarych Szeregach?” Rolke rzekomemu pedalstwu, nieoczekiwanie, choć jednoznacznie, zaprzecza, natomiast jak się okazuje, tam faktycznie panował straszliwy antysemityzm. Posłuchajmy zatem, jak to z tym żydożerstwem bywało:
Rzeczywiście, temat [Holokaustu] nie istniał. Kiedy wywożono tysiące ludzi z getta, harcmistrze śpiewali piosenki. Kiedy płonęło getto, ćwiczyliśmy pływanie i śledzenie wroga. Nikt nie mówił, że jest Treblinka”.
I to jest wszystko na ten temat. To właśnie ten fragment kazał „Newsweekowi” zareklamować ów wywiad obietnicą, że Rolke będzie opowiadał o antysemityzmie w Szarych Szeregach. Tam nie ma jednego słowa o tym, by któryś z tych polskich patriotów zabił jakiegoś Żyda, nie ma jednego słowa o tym, że jakiemuś Żydowi nakład po pysku; mało tego – tam nawet nie ma słowa, by w piosenkach, które oni śpiewali była zachęta, by jakiegoś Żyda choćby kopnąć w tyłek, czy pociągnąć za brodę. Nie. Piosenki były o tym, że „żadna siła, żadna burza nie odbierze Gdyni nam, nasza flota, choć nieduża, wiernie strzeże portów bram”. I znów, słowa nie było też o tym, by tę Gdynię chcieli nam odebrać Żydzi. Rzecz tylko w tym, że kiedy płonęło getto, polscy harcerze, zamiast rozmawiać o Treblince, śpiewali patriotyczne piosenki, i się kąpali w rzece, co Rolke doprowadzało do białej cholery.
Popatrzmy więc może bliżej, co to za wrażliwiec z tego Rolke. Jak Rolke patrzył na Polskę i świat, kiedy już wprawdzie tamtego getta nie było, natomiast powstało szereg nowych, nie mniej poruszających, a on, biedaczek, próbował „uciec od tamtej ciemnej przeszłości”? I znów, oddajmy głos temu dziwadłu:
Wielu mężczyzn ogląda się całe życie za kobietami. Tylko nie wszyscy się do tego przyznają. Lubię szczupłe, nie muszą być wysokie. Jako początkujący fotograf ‘Stolicy’ poszedłem na reportaż do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Natychmiast poznałem 2-3 dziewczyny. I tak było zawsze. Obcowanie z piękną kobietą i przetłumaczenie tego wrażenia na język fotografii zawsze mnie pociągało. […]
Nie byłem playboyem. Miałem kolegę fotografa, robił wyłącznie modę i reklamę. W studiu miał tapczan i to było jego miejsce pracy. Dziesiątki mężczyzn przepuszczał przez łóżko. On był zawodowcem, pod każdym względem.[…]
Nie czułem się podrywaczem, bo znałem prawdziwych. Po Warszawie hulała wówczas grupa zawodowych podrywaczy, dzieci tak zwanej inicjatywy prywatnej. Mieli zachodnie samochody, a ja skuter lambrettę. Miałem pracę, dwie redakcje na głowie, czasem chałturę.[…]
To były czasy powszechnego niedoboru, zakazu, szarości. A pieniądze pozwalały wszystko to podważyć, unieważnić, dawały luz. Bogaci playboye jeździli pod Warszawę do pensjonatów i hotelików. Zameldowanie dwóch osób, które nie były małżeństwem, w jednym pokoju kosztowało 100 złotych włożone do dowodu. W Polsce w sprawach damsko-męskich panował patriarchalizm, rządzili faceci: to oni podrywali dziewczyny. A one stroiły się, by ich wabić. No i z tym doświadczeniem wyjechałem w 1970 roku do Niemiec”.
A tam dalej to samo, tyle że już po niemiecku.
I oto dziś ten peerelowski bananowy bawidamek i dupcyngiel wjeżdża mi swoją lambrettą do łazienki i opowiada, jacy ci harcerze z Szarych Szeregów byli straszni, że kiedy płonęło getto, oni śpiewali patriotyczne piosenki i się bawili??? A co, zdaniem Tadeusza Rolke powinni byli robić, żeby sobie zasłużyć na dobre słowo? Dupczyć okoliczne dziewczyny?
Co za potworna bezczelność! Kiedy te dzieci z Szarych Szeregów niejednokrotnie albo umierały w komunistycznych więzieniach, lub wegetowały w nędzy i upodleniu w swoich nędznych smutnych mieszkaniach, ten goguś z kolegami wydawał niepotrzebne mu pieniądze na dupy i zadawał szyku w „pensjonatach i hotelikach”, a dziś przyjeżdża ze swoimi starymi fotografiami, i edukuje nas z wrażliwości i solidarności.
Ktoś powie, że niepotrzebnie się nakręcam, bo Rolke to stary pierdziel, który nie jest w stanie odróżnić tyłka od łokcia, i, jak wielu ludzi o określonej przeszłości i w określonym wieku, ma w głowie tylko te cycki sprzed lat i nienawiść do Kościoła. I ja to przyjmuję. To jest fakt. Oni tak już mają. Rzecz jednak w tym, że wcale nie chodzi o tego Rolke. W końcu to jest ktoś, kogo nazwisko istnieje w powszechnej świadomości jeszcze słabiej, niż nazwisko, dajmy na to, piosenkarki Ani Żebrowskiej. Przecież choćby przy takim Kutzu, który też sobie poużywał, on jest nikim.
Natomiast jest czymś naprawdę upiornym, że każdy, dosłownie każdy, bałwan i nieudacznik, wystarczy, że zechce opowiedzieć coś na temat swoich doświadczeń z księżmi-pedofilami, patriotami-antysemitami, a przynajmniej gejami, czy zwyczajnie opowiedzieć o tym, jak to za dobrych peerelowskich czasów można było sobie bezkarnie podupczyć, ma drogę otwartą na wszelkie salony. Nawet jeśli gospodarzem tego salonu jest jakieś zatrudnione na etacie w „Newsweeku” nieszczęście, nazwiskiem Jacek Tomczuk.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Za każdy gest jestem nieskończenie wdzięczny. Dziękuję.

sobota, 25 maja 2013

Jeszcze raz o tym, czego bramy piekielne nie przemogą

Ponieważ dzieci moje, wszystkie, jak jeden mąż, siedzą nieustanie w tak zwanym necie i – również, jak jeden mąż – mają stałe oko na to, co się dzieje na współczesnej scenie pop-rockowej, nie ma dnia, abym nie miał okazji poznać czegoś, co, choć sam za bardzo w tę stronę nie spoglądam, mnie zainteresuje, a nawet niekiedy zachwyci. Mieliśmy tu niedawno okazję słuchać pewnej dziewczyny z Australii nazwiskiem Sara Blasko (przy okazji, przepraszam Cię, Lucyno, za opóźnienie), a dziś chciałem opowiedzieć o czymś z jednej strony bardzo smutnym, a z drugiej napełniającym Duchem.
Rzecz w tym, że jakiś czas temu na youtubie pokazał się następujący filmik:



Gdyby ktoś nie wiedział, rzecz w tym, że ów Zach Sobiech to chłopak, który dowiedziawszy się, że jest śmiertelnie i nieuleczalnie chory, napisał powyższą piosenkę, sprosił znajomych muzyków, nagrał ją i umieścił na youtubie.
Dziś Zach Sobiech już nie żyje. Umarł parę dni temu, a ponieważ w międzyczasie jego piosenka i ten jego tak bardzo smutny los zyskały bardzo dużą popularność, również w Stanach Zjednoczonych, grupa popularnych tam bardzo artystów postanowiła nakręcić klip, trochę pewnie po to, by zbierać fundusze na jego leczenie, a trochę – i myślę, że bardziej jednak chodziło o to – aby go w ten sposób pożegnać, podczas którego oni mruczą pod nosem słowa tej cudownej piosenki, podczas gdy z tyłu słyszymy oryginał.
Zresztą, co ja będę dłużej gadał. Popatrzmy i na to. No i posłuchajmy.



Ktoś się zapyta, po co ja o tym piszę. Otóż przede wszystkim dlatego, że wydaje mi się ta historia po prostu warta opisania. Po drugie, to jest fantastyczna piosenka i niezwykły talent, w dodatku talent, który pojawił się, jako reakcja na pojawienie się śmierci. No ale jest też trzeci powód. My tu dość często staramy się krążyć wokół tego typu spraw i głupio by było naprawdę nie dołożyć jeszcze jednego argumentu w dyskusji na temat walki czarnoksięstwa z Prawdą. Oto Prawda. Nie lękajmy się! I posłuchajmy tego jeszcze. Trochę inaczej.



Pragnę przypomnieć każdemu i każdej z nas, którzy mieszkają we Wrocławiu i w okolicach, że jutro, mniej więcej między godziną 13 a 16 będę obecny na festynie w miejscowości Krośnice, zorganizowanym z okazji otwarcia linii zabytkowej kolejki wąskotorowej. Ze zdjęć, jakie widziałem, wszystko wygląda naprawdę ładnie, natomiast ja chcę tylko zachęcić do kupowania książek, z którymi tam będę na Was czekał, i obiecuję, że każdy kto sobie zażyczy, dostanie ode mnie osobistą dedykację. Miejmy nadzieję, że nie będzie padać.

piątek, 24 maja 2013

Tomasz Lis - korepetycje z desperacji

Po raz kolejny w ciągu minionego miesiąca, czy może już dwóch, biorę do ręki tygodnik „Newsweek”, i po raz kolejny przychodzi mi do głowy, że głównym powodem, dla którego dostaję jasnej cholery, ile razy trafiam na publicystyczne popisy Wildsteina, Gadowskiego, czy któregoś z owych strażników tego czegoś, co ostatnio chyba zostało nazwane Strefą Wolnego Słowa, nie jest wbrew pozorom to, że każdy z nich jest tak dramatycznie beznadziejny, i beznadziejnie żałosny, ale to, że nie mam na co dzień kontaktu z takimi asami dziennikarstwa, jak Tomasz Lis, czy Rafał Kalukin. No bo proszę spojrzeć. Biorę do ręki dołączony do filmu Quentina Tarantino „Django” numer „Newsweeka”, a tam artykuł wstępny wspomnianego Lisa, zatytułowany „Korepetycje z histerii”. O czym nam opowiada Lis? O tym mianowicie, że on majowy weekend spędzał za granicą i z tamtej perspektywy obserwując, co się w Polsce dzieje, stwierdził, że „na polskim jarmarku najbardziej chodliwym towarem jest histeria”, i że histeria owa objawia się w atakowaniu organizatorów hecy z czekoladowym orłem, ministra Nowaka z zegarkiem, minister Muchy z Madonną, oraz Ministerstwa Edukacji z sześciolatkami w szkole. Tyle, zdaniem Lisa, jest ważnych ze społecznego punktu widzenia wydarzeń, na które należałoby zwrócić uwagę, a tu Polak tylko widzi „zdradę, zaprzaństwo, Targowicę, kondominium, rozpad, chaos, klęskę, katastrofę”. No i ten pieprzony zegarek wielmożnego pana ministra na dodatek.
Prawicowa histeria infekuje całkiem szerokie rzesze społeczeństwa, ponieważ występuje w rzekomej synergii z rzekomo antypisowskimi mediami”, załamuje ręce nad naszą Polską Lis, a ja sobie myślę, że może dla dobra polskiej prawicy powinienem zacząć ponownie oglądać TVN24 i raz na tydzień czytać wstępniak Tomasza Lisa? No, nie wiem, zastanowię się, jednak jak na dzisiejszy wieczór wydaje mi się, że może ten jeden raz wystarczy mi na pewien czas.
Zaglądam jeszcze raz na okładkę „Newsweeka” i widzę zdjęcie smutnego dziecka i wielki napis „Śmierć Jasia” i ciut mniejszy „Stop bezkarności lekarzy”. I wykrzyknik. Oto propozycja Tomasza Lisa przebudowy naszego polskiego, medialnego przekazu: należy przestać się emocjonować tym, że rząd Donalda Tuska wykonał kolejny przekręt na parę miliardów, że kolejny polityk Platformy Obywatelskiej, czy PSL-u znów zagarnął pod siebie parę milionów, że Minister Edukacji niedługo pewnie dostanie specjalny order od rządu Niemiec za praktyczną realizację starego dobrego pomysłu, by Polak potrafił rachować i czytać komunikaty, bo to jest dowód jakiejś ciężkiej histerii, natomiast trzeba koniecznie coś zrobić z tym, żeby w polskich szpitalach i ośrodkach zdrowia lekarze nie mordowali małych pacjentów, a jeśli już chcą to robić, niech za to do cholery ciężkiej ponoszą odpowiedzialność!
Wszyscy zapewne wciąż pamiętamy słynną okładkę „Newsweeka” z dzieckiem gwałconym przez księdza. To jest temat! To jest dopiero popis zimnej krwi! Tak się „odwzorowuje rzeczywistość”. No, ale dobra. Rozumiem, że niszczenie polskiej religijności, to dla Lisa i jego niemieckiego pracodawcy ani tania sensacja, ani tym bardziej dowód braku opanowania, lecz sprawa o wymiarze państwowym, czy nawet ogólnoeuropejskim, natomiast, bardzo przepraszam, ale co to ma być z tymi lekarzami bezkarnie mordującymi małe dzieci??? Osobiście cały rząd Platformy Obywatelskiej chętnie widziałbym wyprowadzany w kajdankach, a samego Donalda Tuska dodatkowo w łańcuchach na nogach, ale w życiu by mi nie przyszło do głowy, by bić w dzwony, bo polska służba zdrowia bezkarnie morduje pacjentów. Raz na miesiąc zachodzę do swojej rejonowej przychodni odebrać receptę na leki i za każdym razem widzę ludzi, którzy wchodzą i wychodzą od lekarza, i daje słowo ani razu ani nie widziałem, by tam ktoś umarł, ani nawet o podobnym przypadku nie słyszałem. Wręcz przeciwnie, zawsze miałem wrażenie, że tam się uzyskuje przynajmniej podstawową pomoc. A ten kretyn dostaje histerii, bo ktoś gdzieś zamiast żyć, umarł. To ja już podejrzewam, że więcej osób dostało zawału serca ze zdenerwowania, czytając te idiotyzmy produkowane przez zatrudnianych przez Lisa dziennikarzy, niż wykończyli źli lekarze.
No ale i tu jestem gotów uznać, że za tą akcją stoją sprawy wagi państwowej, o których wie Lis i paru jego kumpli. Ja jestem nawet gotowy przyjąć, że wszystko co robi Lis to dokładnie przemyślana akcja, gdzie nie ma miejsca ani na emocje, ani tym bardziej na histerię. W tej sytuacji ja jednak proponuje wrócić do początku tej dzisiejszej refleksji, gdzie wyraziłem przekonanie, że moje pretensje do prawicowych dziennikarzy o zaniżanie poziomu są spowodowane tym, że ja nie wiem, co się wyprawia w świecie mafii prawdziwej, a nie dopiero aspirującej. Zapomnijmy więc na moment o poglądach, i popatrzmy tylko na ten fragment twórczości publicystycznej Tomasza Lisa:
Ojciec Rydzyk i profesor Legutko, bracia mniejsi Karnowscy i publicysta Warzecha – wszyscy oni w czekoladowym orle dostrzegli symbol: oto naród, a przynajmniej jego lemingowsko-komorowska część, skarłał. Zamiast patriotyzmu, łez, czynu i krwi – niepowazna błazenada. To że nasza prawica wciąż chce przelewać krew, jest dobrą informacją dla stacji krwiodawstwa. Ale głupie lemingi i słoiki zamiast przelewać krew, zechcą może zeżreć czekoladowego orła, a przecież wiadomo, że krwiodawca dostaje czekoladę po oddaniu krwi, a nie zamiast”.
O co mi chodzi? Otóż mnie się dotychczas wydawało, że w ten sposób – a więc zarówno jak idzie o dowcip, inteligencję i ów styl polegający na tworzeniu niekończącej się serii zdań podrzędnych – potrafi pisać tylko jeden człowiek, a mianowicie bloger Pantryjota. Wygląda dziś na to, że Lis jest gorszy. W jaki sposób? W taki mianowicie, że Pantryjota ten greps by pociągnął dalej do objętości porządnej blogerskiej notki , a Lis pękł intelektualnie po głupich pięciu zdaniach. Co tam Pantryjota. Nawet ja to potrafię. Proszę posłuchać. Oto dalszy ciąg tego cyrku, gdyby tylko Tomasz Lis miał więcej talentu:
„Zamiast, to on najwyżej może oddać mocz na mur. Musi tylko uważać, żeby to nie był mur jakiegoś kościoła, bo kto wie, co wewnątrz się dzieje. Może jakiś ksiądz tam szkoli kolejne roczniki przedkomunijnych dzieci. A dzieci, jak to dzieci, są zawsze chętne do ustępstw, założywszy, że ksiądz w kieszeni ma jakąś nagrodę. Co to za nagroda? Oczywiście to może być czekoladowy batonik, ale również bilet wstępu do Telewizji Republika, która ostatnio zaczęła dostarczać wsparcia taliibom od smoleńskiej mgły, co jak wiemy, szczególnie gdy sondaże chwilowo zwyżkują, jest sprawą wagi państwowej, oczywiście w rozumieniu Jarosława Kaczyńskiego i jego bratowej, o ile oczywiście nie zdecydowała się ona jeszcze na występy na festiwalu piosenki patriotycznej w Przeworsku, co by stanowiło dla niej pewną szansę, nawet jeśli smoleński lud…” i tak dalej, i tak dalej.
Lis nie potrafi odstawić nawet takiego gówna. O co tu chodzi? Skąd się bierze taka nędza? No i wreszcie, jak to się dzieje, że taka nędza odnosi takie sukcesy. Z tego co słyszę, Lis miesięcznie – i z tego nieszczęsnego „Newsweeka” i z TVP – wyciąga jakieś 300 tysięcy miesięcznie. W omawianym dziś numerze, jest artykuł o mecenasie Rogalskim i 250 tys. złotych, które on podobno dostał od PiS-u przez miniony rok. 250 tysięcy!!! To, panie, straszne!!!! No, naprawdę, chyba trzeba poprosić Tomasza Lisa, żeby kolejny numer swojego tygodnika poświęcił tej skandalicznej sprawie: ile to niektórzy zarabiają, podczas gdy małe dzieci są mordowane w szpitalach.

Jeśli ktoś chce jeszcze czytać te nieśmiałe prośby na końcu każdej z notek, pragnę zapewnić, że to co niektórzy z nas chcą przysyłać, jako wsparcie dla tego bloga, to podstawa naszego przeżycia. Jeszcze przez półtora roku. I ja wcale nie kłamię. Bardzo więc proszę, jeśli tylko komuś zbywa, nie zapominajcie o mnie. Dziękuję.

czwartek, 23 maja 2013

Gdzie choćby dwóch lub trzech w imię nasze - felieton optymistyczny

Wstyd mi jak jasna cholera, ale nie mam wyjścia i muszę się przyznać do czegoś, co aż mnie samego i zaskoczyło i chyba jednak też trochę zawstydziło. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w oficjalnie autoryzowanej przestrzeni publicznej pojawiła się osoba, która mi się zwyczajnie podoba, którą bardzo lubię i z prawdziwą przyjemnością oglądam, ile razy ona się gdzieś pokaże. Było mi oczywiście trochę z tym dziwnie, jednak z drugiej strony poczułem pewną ulgę. Rzecz w tym, że od pewnego czasu liczba osób publicznych, do których czułem jeszcze jakikolwiek szacunek, regularnie malała w takim tempie, że kiedy na scenie został już tylko Jarosław Kaczyński, ojciec Rydzyk i ewentualnie Antoni Macierewicz, poczułem lęk o to, co dalej.
I oto, pojawiła się ona. Nie po raz pierwszy zresztą. Tyle że wcześniej moja wrodzona ostrożność, mimo że byłem jak najbardziej pod wrażeniem, nie pozwalała mi traktować swoich wrażeń zbyt poważnie, a już z całą pewnością dzielić się nimi publicznie. W końcu, diabli wiedzą, co tam się czai za rogiem? Było jeszcze coś. Ona ma w sobie coś, czego ja nigdy za bardzo nie lubiłem, a mianowicie tę nerwową nonszalancję, która przede wszystkim nie pozwala na normalną, spokojną rozmowę, a poza tym sugeruje, że mamy do czynienia z kimś, kto nas traktuje z taką okropną, profesorską wyższością, która jest zwyczajnie nie do zniesienia, a jeśli charakteryzuje osobę podłą i głupią, jak to się na przykład dzieje w przypadku Stefana Niesiołowskiego, budzi w nas jedynie agresję.
U niej jednak ten rodzaj roztrzepania, w połączeniu ze szczególną inteligencją, humorem i celnością ocen, zwyczajnie czarował. I to za każdym dosłownie razem. Po pewnym więc czasie uznałem, że ona nie kłamie. Tam nie ma śladu oszustwa.
Większość z nas prawdopodobnie miała okazję, jeśli nie oglądać tego na żywo, to przynajmniej rzucić okiem na wszędzie już dziś obecny filmik z tej niedługiej rozmowy w studio TVN24. Nie chce mi się wchodzić w szczegóły, a już z całą pewnością dzielić się uwagami na temat merytorycznej wartości tego, co ona powiedziała. Dla mnie bowiem sprawa jest tak od początku do końca oczywista, że każde dodatkowe słowo byłoby zwykłym, bezsensownym wyważaniem otwartych drzwi. Przecież wystarczyło przez krótką ledwie chwilę spojrzeć na te paradujące maszkary, zobaczyć tę ich nędzę i nieskończoną brzydotę, do tego poczytać fragment owego chorego manifestu, jaki któraś z nich nabazgrała, żeby mieć pewność, że żadna z nich nie zasługuje na jedno słowo litości. Nie będę więc tłumaczył, dlaczego uważam, że to ona ma rację w tym starciu. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na coś, co, moim zdaniem, świadczy o czymś naprawdę wartościowym, a czego wcześniej chyba nie miałem okazji w tej przynajmniej przestrzeni dostrzec. Mam na myśli ów nieprawdopodobny spokój, jaki daje pewność, że się ma rację.
Mamy ostatni fragment tej rozmowy, Kuźniar już ledwo żyje, ona się śmieje i tłumaczy mu jak dziecku, żeby nawet nie próbował, bo nie ma najmniejszych szans, Następuje chwila ciszy, on jej standardowo dziękuje za rozmowę, a ona, rozbawiona do końca, rzuca: „Dziękuję. Jak najbardziej. Dzięki. Cześć! Pa!” I odchodzi.
Nie wiem, czy wszyscy rozumieją, o co mi chodzi, kiedy wspominam o tej sile, którą daje prawda, ale mam nadzieję, że tak. Bo to „cześć” na końcu jest zupełnie niezwykłe. Tam nie ma ani lęku, ani kalkulacji, ani tej nieznośnej walki o to, by nikt o nas sobie źle nie pomyślał. Tego okropnego przekonania, że w końcu, jeśli się nie chce kłamać, nie trzeba przecież koniecznie mówić prawdy. Wystarczy się ślizgać.
Mam ostatnio bardzo marny nastrój, jak idzie o stan, w jakim znalazła się prawicowa część naszej sceny politycznej, w tym oczywiście moje Prawo i Sprawiedliwość. Dzięki prof. Krystynie Pawłowicz mam poczucie, że może jeszcze nie wszystko stracone.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga i przypominam tym wszystkim, którzy mieszkają w okolicach Wrocławia, że w sobotę i w niedzielę w miejscowości Krośnice niedaleko Wrocławia odbędzie się uroczyste otwarcie Krośnickiej Kolei Wąskotorowej. Osobiście i na temat samych Krośnic i tej kolejki wiem bardzo niewiele, ale z tego co mi mówią, w wymiarze lokalnym to jest wielkie wydarzenie. W drugi dzień festynu, a więc niedzielę, organizatorzy przewidzieli spotkanie z pisarzem, i tak się składa, że tym pisarzem jestem ja. Będzie więc okazja do zakupu książek, uzyskania dedykacji, no i pogadania. Również z naszym kolegą Dr. Wallem, który mi to spotkanie zorganizował. Na moje oko, tak przez kilka godzin, od południa do 17.00 może. Serdecznie wszystkich zapraszam.

środa, 22 maja 2013

Cała władza w ręce prawych i sprawiedliwych

Powiem szczerze, że przez dramatyczny ostatnio brak czasu, nie bardzo jestem w stanie śledzić, co się dzieje poza promieniem określanym przez drzwi i okna naszego mieszkania, no i te miejsca, gdzie muszę ostatnio częściej bywać. A więc nie bardzo się też emocjonuję czymś, co, z tego co słyszę to tu to tam, robi wrażenie czegoś wręcz przełomowego. Mam tu na myśli serię wydarzeń, rozpoczętych przez niesłychany wręcz wzrost aktywności tak zwanych prawicowych mediów, przez bardzo przyspieszony upadek rządu Platformy Obywatelskiej, po, ostatnio, wystawienie przez System na odstrzał samego Lecha Wałęsę.
Dlaczego uważam, że wydarzenia te oznaczają jakikolwiek przełom? W końcu, przez te wszystkie lata, bywały chwile co najmniej równie ciekawie, by nie powiedzieć, że może nawet i ciekawsze, i naprawdę nic konkretnego z nich nie wynikało. Jednak proszę zwrócić uwagę na niewątpliwy fakt, że nigdy dotychczas nie mieliśmy do czynienia z takim przyspieszeniem i z taką kumulacją. Jeszcze przecież nie minęła połowa roku, a polska prawica otrzymuje dwa nowe tygodniki i swoją telewizję o ogólnopolskim zasięgu, Platforma Obywatelska leci na łeb na szyję w sondażach, PiS-owi raptownie rośnie, nie ma dnia, żebyśmy się nie dowiadywali o kolejnej aferze, czy kolejnej kompromitującej wpadce któregoś z przedstawicieli władzy, no a teraz jeszcze Wałęsa informuje opinię publiczną, że Borusewicz to agent, a Krzywonos nie ma mózgu, a System udaje, że został zaczarowany. I tylko ojciec Rydzyk próbuje zachować w tym wszystkim równowagę, na tyle skutecznie, by nie dać się wywiać przez ten żywioł. Przepraszam bardzo, ale ja naprawdę nie urodziłem się wczoraj.
Jak mówię, to wszystko, co wyżej opisałem, znam wyłącznie z bardzo pobieżnych omówień, najczęściej dostarczanych mi przez moje dzieci, więc i moje refleksje nie mogą być tu odpowiednio mocno podbudowane. Ja jednak mam bardzo silne przekonanie, że szykuje się gwałtowna zmiana władzy, a co w tym i niezwykle interesujące, i jednocześnie dość przerażające, to jest to, że owa zmiana jest przez System w pełni kontrolowana. Oczywiście mogę się mylić, i Bóg mi świadkiem, że bardzo bym się mylić chciał, ale wszystko wskazuje na to, że sprawy są już odpowiednio ugadane i jeśli wszystko ruszyło z taką siłą, a System milczy, to znaczy, że tam nikt się tego, co się ma stać, nie boi.
Otóż to – System najwidoczniej niczego się nie boi. I to jest wiadomość bardzo pierwszorzędna. Bo, oczywiście, to, że wreszcie to straszliwe nieszczęście, jakie nad Polską zawisło w roku 2007, siłą swojego zła wreszcie się rozsypuje, to wiadomość wręcz fantastyczna. Nadzieja na to, że będziemy mogli doświadczyć choćby drobnych demonstracji tak długo wyczekiwanej sprawiedliwości – to wiadomość jeszcze lepsza. Szansa na to, że wreszcie niektórzy z nich trafią tam gdzie ich miejsce, a więc do pudła – czymś niezastąpionym. Ja bym przy tym jednak chciał wiedzieć, czemu System się nie boi? Czemu nikt się niczego nie boi? Nikt, poza, jak się zdaje, ojcem Rydzykiem.
Nie mam możliwości oglądania tego, co się dzieje w nowej telewizji Republika, ale z tego co czytam na blogach, dowiaduję się, że jest to coś mocno podobnego do tego, co oglądamy w TVN24, tyle że póki co znacznie biedniejsze, i że prowadzącymi nie są Morozowski, Pochanke i Knapik, tylko Lichocka, Gociek i Gargas. Poza tym wszystko tak samo, a więc w studio mamy Terlikowskiego i Hartmana, którzy dyskutują o eutanazji, albo Sakiewicza i Śmiłowicza o Katastrofie Smoleńskiej. No i oczywiście, kiedy TVN pokazuje spotkanie intelektualistów w Gdańsku, Republika daje transmisję posiedzenia Zespołu Macierewicza. Jeśli coś pomieszałem, oczywiście przepraszam, ale wydaje mi się, że kierunek pokazałem prawdziwy.
Ktoś się zapyta, co w tym złego? W końcu zawsze chodziło nie o to – sam nawet wielokrotnie o tym pisałem – że prawda nie jest relacjonowana, czy że przedstawiciele opozycji są publicznie dyskryminowani, ale że sposób w jaki owa demokracja się realizuje jest z gruntu rzeczy obciążony ciężkim kłamswem. A więc teraz, kiedy za to wzięli się „nasi”, wszystko uzyska odpowiedni dla siebie kształt.
Otóż nie. Rzecz bowiem w tym, że nawet jeśli przyjąć, że głównym naszym problemem nie był brak prawdy, ale sposób w jaki ona była manipulowana i zafałszowywana, to samo wyrzucenie fałszerzy i zastąpienie ich przez ludzi wiernych i dobrych niczego nie zmieni. Bez zmiany bowiem całego przekazu, cokolwiek zrobimy, będzie się musiało ostatecznie rozbić o tę skamielinę.
Myślę, że najlepiej to, o co mi chodzi, pokazuje okładka najnowszego numeru tygodnika „Sieci”. Wszyscy pewnie pamiętamy, jak to niedawno cała Polska zesztywniała z oburzenia, kiedy tygodnik „Newsweek”ozdobił jedną ze swoich okładek zdjęciem anonimowego księdza, przyciskającego do swojego rozporka twarz małego dziecka. Co nas w tej okładce oburzyło? Otóż wiele rzeczy, jednak wydaje mi się nie najbardziej to, że akurat został zaatakowany Kościół. W końcu taki Jerzy Urban, Nergal, „Gazeta Wyborcza”, czy Janusz Palikot robią to od lat, i zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Poszło raczej, jak sądzę, bardziej o drastyczność tego przekazu. O styl tego ataku. O to, że w ten sposób, spór – czy to polityczny, czy to światopoglądowy – poziom jego agresji, sięgnął poziomu ruskiego kibla. Z tego co wiem, okładka z tym księdzem i gwałconym przez niego dzieckiem, zrobiła wrażenie nawet na właścicielu „Newsweeka”, który upomniał Lisa, żeby nie przesadzał. Dziś widzę, że Lis na swojej okładce daje znów zdjęcie dziecka, tyle że tym razem już w takim oto kontekście, że polska służba zdrowia, przez swoje nieskończone dziadostwo, skazuje nasze dzieci na śmierć. Kiblem natomiast zajmujemy się dziś my. Na okładce ostatniego „Sieci” widzimy jakąś wypizdrzoną męską dłoń zatykającą małemu, przerażonemu dziecku usta, a nad tym zdjęciem i w środku numeru seria ostrzeżeń, że homoseksualiści to naturalni gwałciciele małych dzieci.
A więc ja już widzę oczyma wyobraźni, w jakim kierunku idzie ta zmiana. „Newsweek”, „Polityka” i „Przekrój” będą się zajmować ujawnianiem afer w służbie zdrowia, kolejnictwie, szkolnictwie i sporcie, natomiast my będziemy pisali i pedałach-gwałcicielach i do każdego kolenego numeru dodawać nowy film Anity Gargas, Ewy Stankiewicz, lub Joanny Lichockiej o tym, co się naprawdę działo w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, a TVP natychmiast każdy z nich będzie emitowała w najlepszym czasie tuż po Wiadomościach.
I może tylko od czasu do czasu, „Polityka” lub „Wprost” – „Newsweek” będzie nasz – dla porządku opublikuje zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego w mundurze gestapowca, za co tygodnik „Do Rzeczy” w ramach rewanżu da zdjęcie prezydenta Komorowskiego w leninówce. I nikt nikomu nie będzie miał nic za złe, bo czasy będą zupełnie nowe, i wolność słowa już nie będzie fikcją, ale czymś całkowicie oczywistym.
Tylko Telewizji Trwam już nie będzie, i Jarosława Kaczyńskiego, bo po co komu byty tak archaiczne, skoro wreszcie już mamy demokrację?

Ja wiem, że w ostatnich dniach ten blog dramatycznie zapuściłem, i że widoczny i tak dramatycznie przez nas odczuwany kryzys pomocy jest czymś, na co sobie zasłużyłem. Bardzo jednak proszę, nie zapominajcie o nas. Tu wciąż jest jak jest, a jest bardzo niełatwo. Dziękuję za każdy dobry gest.

I jeszcze jedno, bo byłbym zapomniał. W sobotę i w niedzielę w miejscowości Krośnice niedaleko Wrocławia odbędzie się uroczyste otwarcie Krośnickiej Kolei Wąskotorowej. Osobiście i na temat samych Krośnic i tej kolejki wiem bardzo niewiele, ale z tego co mi mówią, w wymiarze lokalnym to jest wielkie wydarzenie. W drugi dzień festynu, a więc niedzielę, organizatorzy przewidzieli spotkanie z pisarzem, i tak się składa, że tym pisarzem jestem ja. Będzie więc okazja do zakupu książek, uzyskania dedykacji, no i pogadania. Również z naszym kolegą Dr. Wallem, który mi to spotkanie zorganizował. Na moje oko, tak przez kilka godzin, od południa do 17.00 może. Serdecznie wszystkich zapraszam.

wtorek, 21 maja 2013

Ray Manzarek - człowiek, który stworzył Golema

Jak niektórym z nas wiadomo, jestem w trakcie pisanie kolejnej książki, na razie bez tytułu, lub może z tytułem głęboko ukrytym, ale popularnie nazywanej „książką o zespołach”. Plan miałem taki, by, w odróżnieniu od wcześniejszego zwyczaju, nie publikować wcześniej jakiegokolwiek fragmentu tego, co się tam w końcu znajdzie, jednak stało się tak, że zmarł Ray Manzarek, twórca i faktyczny lider projektu zwanego The Doors, a ja na jego temat – właśnie na jego, a nie na przykład na temat Morrisona, czy samego zespołu – mam gotowy tekst, no i z okazji tej śmierci z tej czuję potrzebę opublikowania go teraz. Dziś.
Niech więc ten tekst będzie, z jednej strony, moim hołdem oddanym wszystkiemu, co przez tę muzykę ubogaciło nasze życie, tym piosenkom, samemu Morrisonowi, i wreszcie niewątpliwemu talentowi samego Manzarka, z drugiej strony okazją do powiedzenia paru słów starannie ukrywanej prawdy na temat Doorsów, no i wreszcie zapowiedzią samej książki, która gdzieś tak po wakacjach powinna być do kupienia.


Jest takie ujęcie filmowe, wielokrotnie pokazywane przy różnych okazjach, gdzie widzimy muzyków The Doors, jak po kolei przechodzą chyba przez kontrolę na lotnisku, i deklarują swoją tożsamość i zawód. Wydaje się, że podstawowym powodem, dla którego ta krótka przecież bardzo scena zyskała swoją popularność to Jim Morrison, który przystaje na chwilę, patrzy najpierw nieobecnym wzrokiem w przestrzeń, jakby chciał sobie coś przypomnieć, a potem nagle, nieco figlarnie, rzuca okiem w kamerę, i z tym swoim niezwykłym, całkowicie wyjątkowym i niepowtarzalnym, uśmiechem, mówi „Jim”.
Tak wygląda legenda, dla mnie jednak o wiele ciekawsze jest zachowanie pozostałej trójki. Krieger i Densmore wprawdzie pozostają dość przytomni i w miarę oficjalni, niemniej nie robią wrażenia, jakby im tu akurat szczególnie na czymś zależało. Jak idzie o Manzarka, sprawa wygląda już całkowicie odmiennie. On staje poważny i wyprostowany i deklamuje: „Raymond Daniel Manzarek – musician, organist”. Jakby wiedział, a już z pewnością wiedział lepiej od swoich kolegów, że są sytuacje, gdzie lepiej sobie żartów nie robić.
Czy to jest może powód, dla którego on akurat musiał się znaleźć na tej szczególnej liście największych porażek w historii muzyki popularnej? Trochę tak, a trochę nie do końca. Tak czy inaczej, obecność ta może dziwić, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę, że za sukcesem Doorsów najprawdopodobniej stał jednak on. Ani Robbie Krieger – człowiek, który, jak by nie patrzeć, napisał „Light My Fire”, ani nawet Jim Morrison, bez którego to wszystko istnieć oczywiście dalej już nie mogło, ale właśnie on, którego jakiś zupełnie niewyobrażalny geniusz to coś stworzył.
Zdaję sobie sprawę z tego, że zdecydowana większość wielbicieli zespołu The Doors jest przekonana, że to Jim Morrison uruchomił cały ten projekt, i że to on i jego sztuka, wokalna, literacka i sceniczna sprawiała, że te kilka lat przeszły do historii muzyki. Z tego jednak, co nam wiadomo, i co od czasu do czasu to tu to tam przebija się do publicznej świadomości, to od początku był ściśle pomysł Manzarka. To on pewnego dnia spotkał Morrisona, chłopaka – o czym wielu nie chce pamiętać – młodszego od siebie o całe 8 lat i z jakiegoś powodu uznał, że warto byłoby się nim zainteresować. Daję słowo, że nie mam pojęcia, co sobie dokładnie Manzarek wyobrażał i jakie miał plany, ale wiem jedno: mamy rok 1965, 30-letni Manzarek w pewnym momencie wpada na tego 22-latka, o którym nie wie prawie nic, z wyjątkiem oczywiście tego, co wie, ale z kolei my tego nie wiemy, i proponuje mu, żeby został wokalistą w jego zespole. Zastanówmy się, co może mieć wspólnego 30-letni byk z 22-letnim chłopakiem, który właśnie skończył studia i nie wie, co dalej robić w życiu? Siedzieć na miejscu i pisać wiersze? Jechać do Nowego Jorku i próbować kogoś poznać? A może zwyczajnie żyć, jak wszyscy inni? Trudno zgadnąć, ale nie jestem w stanie uwierzyć, że poszło tylko o to, że Manzarek na niego spojrzał, uznał, że oto człowiek z talentem, i mu zaproponował śpiewanie w jego zespole. Tam musiało być coś jeszcze, a ja już tylko mogę obiecać, że do tematu wrócę pod koniec tych refleksji.
Stało się więc tak, że zespół powstał, i choć Morrrison natychmiast stał się jego pierwszą gwiazdą i swego rodzaju znakiem firmowym, całość była pod kontrolą Manzarka i pewnie częściowo Kriegera. O jakiej kontroli ja mówię? Otóż wydaje się, że Manzarek stworzył brzmienie zespołu, na czele z tym niezwykle charakterystycznym, knajpianym dźwiękiem organ, który ostatecznie zdefiniował to, co dziś jest rozpoznawane, jako muzyka The Doors, a Krieger ową muzykę komponował. I to, skromnie bardzo, stanowiło ten tak zwany „background”. Z przodu natomiast mieliśmy Jima, najczęściej kompletnie nieprzytomnego, czy to od wódki czy narkotyków.
Miałem kiedyś okazję oglądać reportaż o zespole, zrealizowany jeszcze dla starego MTV, w którym jego pozostali trzej członkowie opowiadają, jak to wtedy było. I to właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałem sobie o tym, co dziś śmiem twierdzić, że wiem, a mianowicie, że to od samego początku był biznes zaplanowany w ten sposób, by na jego końcu nastąpiła śmierć. W filmie tym jest wypowiedź Manzarka, w której on ni z gruszki ni z pietruszki wypala, że tak, myśmy wszyscy od początku wiedzieli, że Jim umrze, ale czyż to nie było fantastyczne patrzeć jak on płonie? I to oczywiście robi pewne wrażenie, ale ono staje się jeszcze większe, kiedy słyszymy najpierw Kriegera, jak on wyznaje, że ci cali Doorsi najczęściej byli gówno warci, a później pojawia się Densmore i skarży się, że ponieważ sam początek był tak piękny, ale już po niedługim czasie wszystko się zepsuło, on w pewnym momencie nie marzył już o niczym innym, jak tylko o tym, by tym wszystkim raz i ostatecznie pieprznąć. Zwłaszcza gdy się widziało, jak Jim umiera. I w ten sposób zostaje tylko ten Manzarek – dumny z siebie, jak jasna cholera.
Kiedy piszę ten tekst, oglądam sobie jednym okiem koncert zespołu w Hollywood Bowl, jeden z tych paru, gdzie wszystko się zaczęło i skończyło zgodnie z planem. A więc jest Jim, który śpiewa, tańczy, wiruje, krzyczy, śle te swoje niezwykłe uśmiechy i jest taki piękny. Są też ci dwaj, którzy wykonują swoją robotę tak jak nikt inny by tego zrobić nie potrafił, no a z boku, skromnie przyczajony nad tymi swoimi organami, Ray Manzarek ma na wszystko oko. Od czasu tego koncertu bywało różnie, jak mówię, raz lepiej, częściej jednak gorzej, by wreszcie zespół nagrał tę swoją fantastyczną L.A. Woman, a Morrison – tak naprawdę nie wiadomo ani jak, ani po co – zmarł w Paryżu.
Nadszedł czas, aby wyjaśnić ostatecznie, co Ray Manzarek robi tu na tych czarnych stronach. Otóż po śmierci Morrisona zdecydował on – zupełnie inaczej, niż dziesięć lat później Jimmy Page – że wprawdzie zespół stracił wokalistę, ale to nic nie szkodzi. Oni sobie bez niego spokojnie poradzą, a pewnie z tą nazwą i z tym mitem będzie jeszcze łatwiej, no i nagrali dwie płyty, o których dziś pies z kulawą nogą nie wspomni. Przyznaję, że miałem okazję słuchać tej pierwszej, ale to było coś tak strasznego, że nawet nie chcę o tym myśleć, a co dopiero pisać. Nagle się bowiem okazało, że oprócz księgowości, istnieje duch, i że ten duch nie ma nic wspólnego ani z muzycznym wykształceniem, ani ze znajomością nut, ani z muzyczną wyobraźnią, ani nawet z bardzo przebiegłym planem, i że jeśli jego zabraknie, nie ma mowy o jakiejkolwiek sztuce.
A ja dziś sobie tylko myślę, że ten Manzarek musiał być bardzo zszokowany, kiedy się zorientował, że tak się nie da. Kiedy miał niemal wszystko, z czym zaczynał, a więc swój pomysł, swoje brzmienie, swoich muzyków, swojego kompozytora, a nawet sam potrafił znakomicie udawać głos samego Morrisona, czego zmuszony był się nauczyć w tak przecież wielu sytuacjach, kiedy to Jim nie był w stanie wystąpić, a publiczność czekała. Miał więc to wszystko, tyle że zabrakło ducha.
Myślę sobie, że on do dziś się nie potrafi z tym pogodzić. I to stąd pewnie wciąż próbuje reaktywować ten swój stary projekt, wymyślając już najbardziej cudacznych wokalistów, którzy zastąpią mu Jima i pozwolą się znów polansować. W pewnym momencie on już był naprawdę blisko, kiedy udało mu się na jedna trasę wypożyczyć Lindę Perry, która nie dość, że śpiewała naprawdę fantastycznie, to jeszcze z tym swoim wdziękiem potrafiła naprawdę zbliżyć się do oryginału. Na ale okazało się, że zabrakło jej tego jednego, na czego brak Manzarek akurat nigdy nie narzekał – bezczelności. No i znów klapa.
Piszę ten tekst i wciąż myślę o Led Zeppelin, którzy w absolutnym szczycie swojej kariery, kiedy zmarł Bonham – nie lider przecież, ale zaledwie perkusista – uznali, że skoro tak, to nie ma o czym więcej rozmawiać. I nawet dziś, kiedy mają tego młodego Bonhama, całkiem przecież dobrego perkusistę, nie mogą się przełamać. I wracam do początku, kiedy to – jak sam opowiada – szedł sobie Ray Manzarek plażą i spotkał Morrisona, człowieka, którego znał przelotnie, zapytał go, co porabia… i nagle postanowił uruchomić ten projekt. Co go do tego skłoniło? Otóż myślę, że w tym właśnie momencie, jakimś swoim wewnętrznym okiem zobaczył on wszystko na raz – tę jego niezwykłą urodę, tę jego wrażliwość i tę jego bezbronność, która uniemożliwi mu jakąkolwiek walkę, gdy do głosu dojdą naprawdę duże pieniądze. On to musiał – jakimś nieprawdopodobnym wręcz talentem – zobaczyć i zagrał va banque. I ostatecznie przegrał. Bo, jak już powiedzieliśmy, księgowy nie ma żadnych szans z duchem.


niedziela, 19 maja 2013

O potrzebie patrzenia prosto w oczy

Tradycyjnie, jak co tydzień, przedstawiić pragnę felieton, jaki opublikowałem w najświeższym wydaniu "Warszawskiej Gazety". Jednoczesnie bardzo wszystkich, którzy czekali na kolejny tekst, a się nie doczekali, przepraszam za opóźnienie. W czwartek byłem na tych nieszczęsnych targach w Warszawie, a już w piątek rozpoczęło się sprawdzanie matur. Wczoraj i dziś siedziałem nad tymi smutnymi pracami - które tak bardzo, i to jak najbardziej przypadkowo, dopasowały się do tematu poniższego tekstu - od rana do wieczora. Podobnie będzie w przyszłym tygodniu, a jeszcze w niedzielę wybieram się do Wrocławia na spotkanie autorskie. O szczegółach poinformuję w najbliższych dniach. Na razie, proszę czytać owe kolejne 444 słowa, no i obiecuję jutro, najpóźniej pojutrze, napisać coś nowego. A w międzyczasie, proszę o podtrzymywanie dotychczasowego wsparcia. To wciąż nasza podstawowa nadzieja na przeżycie.

W ostatnich dniach pewną karierę w Internecie zrobił filmik przedstawiający scenę z pewnego punktu widzenia dość szczególną. Otóż widzimy klasę szkolną, gdzieś w Texasie, oraz ucznia, chwilę wcześniej przez nauczycielkę – uczącą, jak się okazuje, historii – wyrzucony z lekcji za krytykowanie jej metod nauczania. Ów uczeń, wysoki, długowłosy blondyn, nazwiskiem Jeff Bliss, stoi w drzwiach i, chwilę przed wyjściem, kieruje w stronę nauczycielki prawdziwą tyradę, o tak niezwykłej merytorycznej sile, że występ ten jak najbardziej zasłużył na wspomnianą popularność.
O co poszło? Otóż nauczycielka, realizując, jak większość nauczycieli na świecie, zadany program, i czyniąc to w zadany przez metodyków sposób, utrzymywała ze swoimi uczniami kontakt polegający na wręczaniu im jakichś standardowych zestawów, które oni mieli najpierw opracowywać w domu, a następnie wspólnie omawiać podczas lekcji. Któregoś dnia ów Jeff Bliss nie wytrzymuje i prosi nauczycielkę, by zechciała w swoją pracę włożyć nieco serca, a nie ograniczała się do przekazywania dzieciom owych „pakietów”, no i za to wylatuje z lekcji.
Całe wystąpienie Blissa trwa nieco dłużej, ja natomiast przedstawiam tu najbardziej istotny fragment:
Gdyby choć raz pani wstała i zaczęła nas uczyć, zamiast przynosić nam wciąż te kretyńskie pakiety. Te dzieci nie nauczą się w ten sposób niczego. One potrzebują kontaktu, twarzą w twarz. Chce pani, żeby tu przychodziły? Żeby się interesowały? To niech je pani zainteresuje! Aby je zmienić i sprawić, by stały się lepsze, trzeba dotknąć ich PIEPRZONYCH SERC, a nie tylko powtarzać im, że się mają zmienić”.
I wychodzi, na koniec jeszcze wyjaśniając: „Tu chodzi o przyszłość tego kraju i moją edukację”.
Dlaczego zacząłem od stwierdzenia, że owo zdarzenie jest czymś niezwykłym? Oczywiście nie dlatego, że uczeń zbluzgał nauczyciela. W czasach gdy nauczyciele w konfrontacji z uczniem stoją na pozycjach od początku do końcu straconych, czy to ze względu na zagrożenie fizyczne, czy zwykłe poczucie bezsensu swojej pracy, to że któreś z tych dzieci ich opyskuje, to naprawdę żadne wydarzenie. To, co robi wrażenie tutaj, to fakt, że ów Bliss przedstawił – oczywiście, że w bardzo ograniczonej skali – niemal doskonałą krytykę Systemu, i sposobu, w jaki on traktuje człowieka. Owej nieludzkiej metody sprowadzającej się do eksploatowania go od początku do samego końca tak, by przez cały ten czas ani przez moment nie spojrzeć mu w oczy. Krzyczy Bliss do swojej nauczycielki: „Niech pani przynajmniej spojrzy tym dzieciom w twarz”, na co ona wciąż, jak automat, powtarza: „Proszę wyjdź”.
Mamy w Polsce bliską już bardzo zmianę warty. Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce tak zwani „nasi” obejmą władzę, i niewykluczone, że będzie to wstrząs. Mam więc do tych z nas, których wybierzemy, tylko jedną prośbę. Jak już będziecie zajmować swoje pozycje, nie bądźcie tak głupi, by próbować unikać naszych spojrzeń. To się nie uda.

środa, 15 maja 2013

O nowym tatuażu Brada Pitta

Wiadomość, że Angelina Jolie zrobiła sobie badania genetyczne, dowiedziała się, że praktycznie nie ma szans na unikniecie raka piersi i ogarnęło ja takie przerażenie, że postanowiła dokonać zabiegu mastektomii, oczywiście robi wrażenie, choćby z tego powodu, że każdy z nas jest w stanie, lepiej lub gorzej, ale jednak jakoś tam sobie wyobrazić sytuację, kiedy dowiaduje się, że i w końcu jego to spotkało.
I wbrew pozorom, wcale nie najbardziej chodzi o to, że akurat jak idzie o kogoś takiego jak Angelina Jolie, naprawdę ciężko jest znaleźć sposób, by cokolwiek jej się zdarzy, cokolwiek ona zechce zrobić, a już najbardziej, cokolwiek ona nam powie, traktować poważnie. I znów, wcale nie najbardziej rzecz jest w tym, że jeśli mamy do czynienia z kimś, kto nie jest w stanie przeżyć jednego dnia, by w jakiś tam sposób nie okaleczyć swojego ciała, czy to przez tatuowanie, dziurawienie, nacinanie, obcinanie, doklejanie, usuwanie i w usunięte miejsca wstrzykiwanie przeróżnych, poprawiających urodę preparatów, jeśli któregoś dnia przyjdzie temu komuś do głowy amputować sobie obie piersi, i w tak przygotowane miejsce wstawić silikonowe protezy, aż się prosi, by przyjąć tę wiadomość z wzruszeniem ramion.
Tym razem jednak, jest jednak coś, co autentycznie nie pozwala do samego końca zachować w sobie tego wzruszenia i konsekwentnie stać przy Jolie i przeżywać wraz z nią ten trudny czas. Otóż ja pamiętam, jak przed kilku laty, Polskę obiegła wiadomość, że na raka zachorował biskup siedlecki Kiernikowski, tyle że wcale nie poszło o to, że on biedny męczy się i umiera, a że był dobrym człowiekiem i wielu go kochało, wielu też o jego życie drży, ale że on o swojej chorobie poinformował na Facebooku, czy jakimś innym Twitterze, i że to dopiero jest powód, by się za nim ujmować i życzyć mu wszystkiego dobrego. Że on się okazał taki nowoczesny, że o swojej chorobie poinformował przez Internet. Gdyby wiadomość o jego dramacie dotarła do nas zwykłą drogą, a więc przez oświadczenie rzecznika Kurii, czy zwykłą dziennikarską plotkę, pies z kulawą nogą siedleckim biskupem by się nie zainteresował.
I tu, w przypadku Angeliny Jolie, mamy sytuację podobną. Gdyby nie to, że ona z tym, że ma nowe piersi, wyszła publicznie, o całej sprawie dowiedzielibyśmy się z jakiegoś Pudelka, czy Super Expressu, i wiadomość tę potraktowalibyśmy jak setki innych. Tymczasem ona opowiedziała nam o całym swoim życiu, a więc o mamie, która umarła na raka, i o tym jak ona po tej śmierci cierpiała, i o tym, jak ona dziś bardzo nie chce, by jej i Brada Pitta kupa adoptowanych w Afryce dzieci tak samo cierpiały, i że to wszystko dla nich. A jak ona skończyła, przyszli inni i zaczęli opowiadać, jaka to ona dzielna i twarda, jaka pełna poświęcenia, no i przede wszystkim szczera, że zechciała tak otwarcie o tego typu rzeczach opowiadać publicznie. A kiedy skończyli oni, zrobił się już taki zgiełk, że z niego już tylko pozostała ta egzotyczna nazwa „mastektomia”, której nikt z nas dotychczas nawet nie słyszał, a dziś wypowiada z większą rewerencją, niż działo się to w przypadku owej palikotowej „apostazji”.
A ja się obawiam, że to wszystko się skończy tak, że, owszem, każdy bałwan będzie umiał bezbłędnie wypowiedzieć słowo „mastektomia”, a Angelina Jolie w międzyczasie umrze od przedawkowania kokainy, albo na zakaźną żółtaczkę, która ją dopadnie przez ten tatuaż, który sobie kazała zrobić na podbrzuszu. A następnie, ponieważ cały ten pieprzony pop już nawet nie będzie pamiętał, o co oryginalnie poszło, otrzyma pośmiertnego Nobla za zasługi dla walki z rakiem jajnika.
I jak tu się porządnie pobeczeć?

Przypominam, że jutro z Gabrielem jesteśmy na Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym, gdzie będziemy sprzedawać nasze książki, i, jeśli tylko ktoś będzie miał ochotę się z nami spotkać, będziemy służyć w każdym wymiarze. Oto nasz dokładny adres: Stoisko nr 197, sektor D 18. Zapraszam.

wtorek, 14 maja 2013

Tomasz Stańko interesuje się poezją

Szedłem sobie niedawno na lekcje i na pobliskim przystanku autobusowym zobaczyłem plakat reklamujący koncert Tomasza Stańki i jego nowego, a może starego – życiem i twórczością Tomasza Stańki akurat nie interesuję się szczególnie, więc nie wiem – zespołu o nazwie New York Jazz Quartet. I od razu pomyślałem sobie, że to jest dokładnie to, co Stańce zostało na koniec jego wieloletniej kariery: jeździć po Polsce z materiałem, który wyprodukował dla niego, a tak naprawdę dla siebie, na potrzeby tego nieszczęsnego ECM-u, Manfred Eicher i udawać, że tak naprawdę, on wcale nie jest z Krakowa, ale z samego Nowego Jorku.
A zatem, robić dokładnie to samo, co dziś próbują robić Michał Urbaniak, Urszula Dudziak z córkami, czy Adam Makowicz.
Jest jednak coś, co Tomasza Stańkę od innych odróżnia. Otóż na plakacie, który zwrócił moją uwagę, oprócz tego, że Stańko to prawdziwy nowojorczyk widnieje informacja, że program, z którym on się wozi po Polsce nosi nazwę „Wisława”. A ja z tego już wiem, że jeśli tamci pozostali, mają dokładnie tyle samo talentu, co Stańko, a ich upadek jest mniej więcej tak samo spektakularny, u Stańki widać pewną szczególną determinację, która przejawia się w przekonaniu, że jeśli chce się coś jeszcze znaczyć, nie obejdzie się bez jakiś gestów politycznych. No i prawdopodobnie stąd ta Szymborska.
Mam więc w tej sytuacji dla Stańki parę kiepskich wiadomości. Przede wszystkim, on się mocno spóźnił. Szymborska jest już dawno passe. On była passe nawet jeszcze zanim umarła. Na niej on nigdzie nie zajedzie. To już lepiej dla niego byłoby nawiązać do „wolnych konopii”, prawa adopcji dla pedałów, czy czegoś podobnego. A więc to jest pierwsza zła wiadomość. Druga jest taka, że nawet jeśli jego następna trasa koncertowa odbędzie się pod hasłem „Donald”, czy nawet „Bronek”, to też już będzie za późno, w dodatku żenująco komicznie. No i wreszcie sprawa trzecia. Czasy mianowicie dostały takiego przyśpieszenia, że nie ma chwili, by gdzieś na świecie nie pojawiła się kolejna gwiazda, i to gwiazda takiej wielkości, że ktoś taki jak Tomasz Stańko nie jest w stanie nawet się tam wynająć do tego, by dbać o świeżą dostawę wody mineralnej podczas koncertów. Co gorsza, są to często jeszcze dzieci, a nie stare zniszczone przez wódę i narkotyki dziady. A więc tu naprawdę nie pomoże nawet Szymborska. Nawet Nowy Jork.
Jak mówię, tu nie ma nawet chwili, by nie było ruchu. I to ruchu takiego, że ktoś o artystycznej i czysto ludzkiej pozycji Tomasza Stańki nawet nie jest w stanie złapać równowagi. Niedawno słuchaliśmy tu niejakiej Sary Blasko. Ona jednak ma już naprawdę znaczące miejsce na rynku, więc tu akurat byłoby nam zbyt łatwo. Popatrzmy więc na coś jeszcze nowszego, no a przede wszystkim posłuchajmy:




Wszystkich czytelników tego bloga, którzy mieszkają w Warszawie, lub w pobliżu, informuję, że w najbliższy czwartek razem z Gabrielem Maciejewskim, czyli Coryllusem, będę obecny na Warszawskich Targach Książki. Impreza będzie miała miejsce na Stadionie Narodowym, a konkretne szczegóły już u Gabriela na blogu.



niedziela, 12 maja 2013

O sercu i jego braku

Dyskusji, jakie wspólnie z moim kolegą Coryllusem staramy się prowadzić tu na blogach, a która dotyczy stanu, w jakim znajduje się w Polsce tak zwana opozycja, wciąż towarzyszy kierowany pod naszym adresem zarzut, że przez to, iż z tak wielkim zacięciem występujemy przeciwko „naszym”, sprawie wyłącznie szkodzimy i jeśli wciąż władze w Polsce sprawuje agentura, to również my za to jesteśmy odpowiedzialni. Bo to my właśnie wspieramy owo przekleństwo, które sprawia, że prawica w Polsce jest nieustannie skłócona i dramatycznie podzielona.
A bywa jeszcze gorzej. Wśród tych wszystkich pretensji pojawia się i taka, że za naszym postępowaniem stoi coś absolutnie najgorszego, a mianowicie pycha, zawiść i kompletny brak poczucia wspólnoty. Nie podobają nam się określeni politycy? Wiadomo, dlaczego: wszystko przez to, że dla nas nie znalazło się tam miejsce. Nie podobają nam się „nasi” dziennikarze? Powód jest jeden: bo to nie nas wybrali, byśmy tam zadawali szyku. Nie podobają nam się wszelkiego rodzaju prawicowe okazje? Podobałyby się nam, gdyby oni tam handlowali naszymi książkami. I tak się to plecie. Z jednej strony, i on i ja wciąż bijemy na trwogę, a z drugiej, ta złość, że my nie wiemy, czym jest solidarność i wspólna walka ze wspólnym wrogiem.
Myślałem, żeby napisać o tym już wcześniej, i pewnie jakoś tam ta myśl się to tu to tam pojawiała, natomiast wciąż mam wrażenie, że dotychczas nie miałem okazji zwrócić uwagi na pewną rzecz, która, moim zdaniem, tę naszą nędzną sytuację determinuje w sposób podstawowy. I, powiem uczciwie, że tu w ogóle nie chodzi ani o to, że i ja i Gabriel, i wielu innych ludzi o przerośniętych ambicjach i z brakiem podstawowego zrozumienia dla tego, czym jest wspólnota, wciąż się kłócimy, ani nawet to, że nasze prawicowe elity reprezentują tak fatalnie niski poziom. Uważam, że to, co jest tu prawdziwym problemem, to to, że tak wielu z nas, zewnętrznych obserwatorów i komentatorów sceny politycznej, przez te wszystkie lata zatraciło poczucie tego, czym jest demokracja. Jakbyśmy kompletnie nie zdawali sobie sprawy z tego, że cokolwiek oni zrobią, czy my powiemy, ostateczny efekt zawsze będzie jeden: w wyborach ludzie zagłosują na tego, na kogo będą chcieli. A jak się tym, czy innym zmęczą, to go zwyczajnie odwołają. I ani my, ani oni tego nie zmienimy.
Mam nadzieje, że ta myśl jest prosta i jednoznaczna, jednak na wszelki wypadek spróbuję powiedzieć to jeszcze jaśniej, w oparciu o najnowszy konflikt między Telewizją Republika i Telewizją Trwam, czy może raczej o spór na temat owego konfliktu. Pojawiło się parę głosów, które – w ślad za głównym przekazem budowanym przez twórców Telewizji Republika – udowadniają, że w tej chwili, w obliczu tak fatalnej monopolizacji rynku mediów przez służby Systemu, rzeczą nie do przecenienia jest pojawienie się oferty, która w skali ogólnopolskiej będzie przekazywała „prawdę”. I nie ma znaczenia, czy poszczególni dziennikarze to durnie, kłamcy, ludzi o złych intencjach, czy, wręcz przeciwnie, obrońcy prawdy i sprawiedliwości, czy proces powstawania owego projektu jest przejrzysty i czysty, czy budzący mnóstwo jak najgorszych podejrzeń – to, co się liczy, to fakt, że dzięki tej telewizji, wielu z nas będzie wreszcie miało okazję usłyszeć prawdę, i dzięki temu uda nam się wreszcie odsunąć od władzy Platformę Obywatelską, a tych jej przedstawicieli, którzy przez te wszystkie lata Polskę niszczyli, a polski naród doprowadzili do tak dramatycznie ponurej sytuacji, sprawiedliwie osądzili. A co dalej, to się zobaczy. A więc mamy do czynienia owym upiornym wręcz i starym jak świat przekonaniem, że kto przeciwko nim, ten z nami, i nic już więcej nie ma znaczenia.
Proszę więc, rzućmy okiem na to wszystko, co się nam przydarzyło przez minione niedługo już 25 lat. „Nasi” zwyciężali parokrotnie. Pierwszy raz zwycięstwo dała nam w roku 1989 Solidarność, następnie naszym prezydentem został Lech Wałęsa, później Porozumienie Centrum premierem uczyniło Jana Olszewskiego, mieliśmy też fantastyczne zwycięstwo AWS-u, wreszcie w roku 2005 podwójny tryumf Jarosława i Lecha Kaczyńskich. I ja oczywiście wiem, że znajdzie się z całą pewnością wielu, którzy powiedzą, że zwycięstwo Solidarności w roku 1989 było od początku skażone zdradą Okrągłego Stołu, Wałęsa to agent, a AWS to Buzek, a wszyscy przecież wiemy, kto to taki ten Buzek. Na pewno znajdzie się też ktoś, kto powie, że przykład roku 2005 też nie jest celny, bo to wszystko było bardzo dobre, tyle że atak agentury okazał się zbyt silny. To media i służby najpierw zniszczyły dobry i kompetentny rząd, następnie zamordowały nam prezydenta, później sfałszowały wybory, a dziś zębami i pazurami walczą, by nie dopuścić do odsunięcia od władzy Tuska i Komorowskiego. A my nie rozumiemy, że najważniejsza jest dziś solidarność.
W tej sytuacji ja bardzo proszę o przyjęcie do wiadomości owej prawdy, że już w roku 1989 do wyborów poszło zaledwie niespełna 70 procent społeczeństwa. Na prezydenta Wałęsę głosowało też mniej więcej tyle samo. Później natomiast już było tylko gorzej. I nie oszukujmy się. Ludzie, którzy dziś mają w nosie nasze dylematy i dopóki im System nie pozamyka sklepów, będą je mieli w nosie równie głęboko jak dziś, dzięki Telewizji Republika nie zmienią swojego podejścia ani o jotę. Dla nich ani tygodnik „Do Rzeczy”, ani tygodnik „Sieci”, ani powody, dla których ta literka „w” stamtąd zniknęła, ani wreszcie to, kto tam będzie i co pisał, nie będą miały jakiegokolwiek znaczenia. Jeśli oni pójdą do wyborów i zagłosują tak, a nie inaczej, zrobią tak nie dlatego, że zachęcił ich do tego Jacek Żakowski czy Bronisław Wildstein. Oni zagłosują tak a nie inaczej, wyłącznie kierowani jednym: czy mają już dość, czy jeszcze nie. A większość z nich nie zagłosuje w ogóle. Bo wiedzą, że ani nie ma na kogo głosować, ani po co. I to jest największy problem.
A jeśli, jakimś cudem, większość z tych, którzy pójdą do najbliższych wyborów, czy to do Parlamentu Europejskiego, czy tego w Warszawie, pogoni tę bandę gangsterów i oszustów, oni zrobią to nie dlatego, że w ten właśnie sposób ocenią sytuację, lub bo się naczytali prawicowych tygodników i naoglądali prawicowych mediów, ale dlatego, że mają już dość. Ale jest coś jeszcze, dla nas akurat, o wiele ważniejszego. Jeśli za kolejne cztery lata – a kto wie, czy nie wcześniej – nawet nie mrugną okiem, widząc, jak gangi wracają na swoje dawne pozycje, to też nie przez to, że za mało mieli tej „swojej” telewizji i tych „swoich” gazet, ale dlatego, że znów mieli dość. Dość patrzenia się w twarze ludzi głupich, złych i fałszywych. Albo choćby tylko dramatycznie kiepskich.
Bo im nie będzie brakowało demokracji, wolności od kłamstw i przekrętów, od tej strasznej przemocy na każdym możliwym poziomie. A już w najmniejszym stopniu nie będą cierpieli braku tak zwanej moralności w życiu publicznym. A więc, na co będą czekali? Diabli wiedzą, na co. Będą mieli dość i kropka. I pogonią wszystkich. Naszych i nie naszych. A wpuszczą każdego, kto choć na chwilę wzbudzi w nich zaufanie. I jego w końcu też pogonią. Bo tak właśnie działa demokracja.
Ktoś powie, że ja sugeruję, iż tak naprawdę to jest wszystko jedno, co zrobimy, czy co powiemy. Bo i tak ocena wyborców w najmniejszym stopniu zależy od naszych kalkulacji. Otóż nie. Ja chcę tylko powiedzieć, że kiedy tak ciężko jest przekonać do siebie drugiego człowieka już na poziomie kontaktu bezpośredniego, każda próba przekonania całych mas społeczeństwa wymaga kunsztu najwyższego, talentów wręcz nieosiągalnych i determinacji najwyższej. Kiedy jest czymś naprawdę niełatwym zachowanie z takim wysiłkiem zdobytego zaufania w relacjach codziennych, jak ciężko jest zachować zaufanie, jakim obdarzył nas cały naród. Tu nie wystarczy parę tanich sztuczek piarowskich, i kilka pierwszych lepszych kłamstw. Tu jest potrzebny najwyższy wysiłek i serce, bez którego tego wysiłku nie przeżyjemy. A żeby to ludziom dać, trzeba znaleźć ludzi najlepszych. A nie jakichś paru cwaniaków, którzy nam obiecają złote góry pod warunkiem, że ich nie będziemy krytykować. Pomyślmy może, czemu nagle w Ameryce wygrał po raz kolejny Obama, co? Dlaczego? Przecież to jest jasne jak słońce. Bo nie przedstawiono lepszej oferty i kropka. Czemu w Polsce wygra – jeśli wygra – po raz kolejny Komorowski? Bo albo my przeciwko niemu wystawimy jakiegoś bałwana bez charakteru, albo do tej roboty wystawimy durniów bez serca.
Właśnie – serce. A im się wydaje się, że wystarczy parę kartek papieru i wspólna zgoda co do tego, że to co tam jest napisane, to coś naprawdę fantastycznego. I fajny program w telewizji, w którym znajdziemy parę fajnych prawd. Co za nędza! Co za rozpacz!
Napisałem tu już grubo ponad tysiąc tekstów i daje słowo, że ani jeden z nich – ani jeden! – nie został napisany z taką oto myślą, że on wprawdzie jest do niczego, ale jakoś to będzie. Nigdy – i niech mnie diabli wezmą, jeśli kłamię – nie próbowałem popłynąć na owej fali starego zaufania. Każdy z tych tekstów był napisany w przekonaniu, że to było coś absolutnie najlepszego, na co mnie było tego konkretnego dnia stać. Jeśli tylko czuję, że to, co napisałem, jest gorsze, niż miało być, wyrzucam to w kosmos i nie piszę już nic. A wiem, że wcale tego robię nie muszę. Przynajmniej przez jakiś czas. Do momentu, gdy ci, do których te słowa są kierowane zorientują się, że ktoś ich próbuje wykiwać. Jak ja zobaczę wreszcie, że którykolwiek z nich wykazuje ten sam rodzaj zangażowania, to się zamknę. Nie wcześniej. Czy to naprawdę jest tak trudno zrozumieć?
Bardzo proszę o wspieranie w miarę możliwości tego bloga. Dziękuję.



sobota, 11 maja 2013

O dobrej żenadzie, bo naszej


Dziś, tradycyjnie, najświeższy felieton z "Warszawskiej Gazety". Trochę już tu o tym było, no ale tym razem w tak zwanej pastylce. Bardzo zapraszam. No i tradycyjnie proszę o wsparcie pod podanym obok numerem konta.

Kiedy jeszcze w czasach, gdy Platforma Obywatelska dopiero zaczynała się rozglądać po zagrabionych przez siebie terenach, liczyła zdobycze i jeszcze nawet nie zaczęła układać sobie przyszłych geszeftów, Julia Pitera wzięła udział w sesji zdjęciowej, zorganizowanej przez tygodnik „Newsweek”, podczas której wystąpiła jako szeryf, w kapeluszu i z kowbojskim coltem w dłoni, by cała Polska zobaczyła, jak to Platforma jest zdeterminowana, by dbać o nasze bezpieczeństwo i każdego złoczyńcę z miejsca zastrzelić.
Oczywiście widok akurat Julii Pitery w stroju kowbojskim już sam w sobie budził wesołość zmieszaną z zażenowaniem, jednak nawet to nie robiło takiego wrażenia, jak doskonała bezczelność tego kłamstwa. W końcu, zakładać, że normalny człowiek uwierzy, że wraz z wyborczym zwycięstwem Platformy Obywatelskiej, Polska stała się krajem pierwotnej sprawiedliwości, trzeba było albo uznać, że człowiek to urodzony debil, albo samemu nim być.
Akcja „Newsweeka” została więc wyśmiana, sama Pitera, wówczas chyba po raz pierwszy, uznana za bezrozumnego pajaca, sprawy ruszyły normalnym torem, i jak idzie o ten typ propagandy, dano Polakom spokój.
I oto nagle po latach, jak gdyby nigdy nic, ów upiorny cyrk powrócił do nas jako parodia, tym razem w wykonaniu jednego z „naszych”, a mianowicie Pawła Lisickiego, który dla uczczenia swojego konfliktu z Hajdarowiczem, udzielił wywiadu magazynowi „Press” i przy tej okazji dał się sfotografować w przeróżnych pozach, jak się wyplątuje z więzów, którymi jest skrępowany przez zły System. Siedzi więc Lisicki (sic!) na krześle, związany sznurkiem i napinając żyły na czole, odstawia ten żałosny cyrk. Patrzyłem na ten idiotyzm, i już tylko sobie myślałem, że jak się musi dziś cieszyć Julia Pitera, że pojawił się ktoś, kto po latach zdjął jej z karku to brzemię wstydu.
Wygląda na to – i jeśli ktoś myśli, że ja tu czuje jakąkolwiek satysfakcję, jest w ciężkim błędzie – że przekręt, z jakim wyszła na samym początku swoich rządów Platforma Obywatelska, który, wszyscy mamy nadzieję, w końcu ją pogrąży, spodobał się bardzo „naszym”, i że to my od dziś będziemy tworzyć politykę na tym właśnie poziomie. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że tygodnik „Do Rzeczy” na swojej najświeższej okładce zamieścił zdjęcie Bronisława Wildsteina w „skórze”, z rękoma uniesionymi w pozycji bokserskiej, z twarzą wykrzywioną, jakby chciał złym ludziom powiedzieć, że oto nadeszła ich chwila… i z przewieszonymi na szyi bokserskimi rękawicami. Żeby wszystko było widać ostro i nie budziło żadnych wątpliwości – zwłaszcza, jak się domyślam, u idiotów, samo zdjęcie jest wyedytowane w photoshopie w taki sposób, by na twarzy naszego bojownika nie zgubiła się najdrobniejsza kropla potu, najmniejsza choćby plamka.
Patrzę na okładkę jednego z głównych pism polskiej konserwatywnej prawicy, i wypełnia mnie wstyd. I już tylko powiem, że jeżeli taki ma być kierunek, to ja się wypisuję. Żebym nie musiał dostać w łeb zgniłym jajkiem.

piątek, 10 maja 2013

Don Paddington: Maria Okońska

Właśnie otrzymałem prośbę od naszego Księdza i przyjaciela, Don Paddingtona, o przekazanie informacji, którą on sam zawarł w poruszającym wpisie na swoim blogu w Salonie24. Postanowiłem zrobić więc coś, co robię zwykle, kiedy Ksiądz do nas mówi, a więc zamieścić jego słowo tutaj. Proszę o uwagę:

W poniedziałek, 6 maja, w Częstochowie zmarła Maria Okońska, założycielka Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła (dzisiaj noszącego nazwę Instytutu Prymasa Wyszyńskiego). Mówiąc o Pani Marii, używa się zazwyczaj określenia: „bliska współpracownica Prymasa Wyszyńskiego”, albo (pewnie nieco na wyrost): „prawa ręka Prymasa Tysiąclecia”. Ona sama, swoją obecność przy Słudze Bożym opisywała tak:
Ideę Nawiedzenia [kopii Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po Polsce] Ksiądz Prymas podjął jeszcze w Komańczy. Powiedział mi o swoich zamiarach: byłam zachwycona projektem wędrówki Matki Bożej po Polsce w kopii Jej Cudownego Obrazu Jasnogórskiego (…)
W początkach lutego 1957 roku obudził się mój niepokój: Czas ucieka, Nawiedzenie powinno się rozpocząć razem z Wielką Nowenną, ale jak się ma to odbywać? Czy jest taki obraz, który by mógł wyruszyć z Jasnej Góry? Przecież to nie może być jakikolwiek obraz, to musi być wierna kopia. Po naradzie z ojcami paulinami okazało się, że na Jasnej Górze odpowiedniego obrazu nie ma. Trzeba więc zwrócić się do kogoś o namalowanie wiernej kopii obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Wtedy ojciec Teofil Krauze, kustosz bazyliki jasnogórskiej, powiedział: „Znam kogoś, kogo można by o to prosić. Jest taki profesor, Leonard Torwirt, konserwator i artysta malarz – na Uniwersytecie Toruńskim. Był kiedyś na Jasnej Górze i wtedy powiedział z zadumą: 'Jestem z pochodzenia Szwedem, to znaczy moje nazwisko jest szwedzkie. Tak myślę, że kiedyś będę musiał jakoś Matce Bożej na Jasnej Górze wynagrodzić za napaść Szwedów w 1655 roku'. Myślę – powiedział ojciec Teofil – że teraz można by mu to przypomnieć i prosić o namalowanie kopii Cudownego Obrazu”.
Pojechaliśmy z ojcem Teofilem do Torunia. Profesor Torwirt wysłuchał nas w skupieniu i ze wzruszeniem. Miał tylko jedno zastrzeżenie – krótki czas, bo obraz musiał być gotowy na 3 maja, a więc było bardzo mało czasu na tak poważną pracę. Ale nie odmówił. Ojciec Teofil jako kustosz przyrzekł, że paulini udostępnią profesorowi Cudowny Obraz, ile razy będzie mu to potrzebne, nocami profesor będzie mógł przy nim pracować. Ja z kolei zapewniłam, że Instytut będzie się modlił dzień i noc przez cały czas o to, aby profesor mógł go skończyć w terminie i aby był jak najwierniejszą kopią Cudownego Obrazu – aby był niejako napełniony mocami wizerunku jasnogórskiego, aby stał się „cudowny” i zasłynął łaskami na drogach swej wędrówki.
Wszyscy wywiązaliśmy się z naszych obietnic. Ojcowie paulini odprawiali Msze Święte przez cały okres malowania Obrazu. My zmobilizowaliśmy cały Instytut, aby co dzień ktoś przyjeżdżał na czuwanie nocne na Jasnej Górze. Obsadziłyśmy też wszystkie godziny w ciągu dnia tak, że nie wolno było wyjść z Kaplicy Matki Bożej, póki nie przyszła następna [członkini Instytutu]. Profesor Torwirt w określonych terminach otrzymywał Obraz do swojej dyspozycji w ciągu godzin nocnych. Pracował nocami w zakrystii jasnogórskiej.
3 maja 1957 roku [profesor] przedstawił jeszcze wilgotny obraz Księdzu Prymasowi, paulinom i nam. Trzeba było teraz nielada sposobu, aby zapakować Obraz na podróż do Rzymu tak, aby nie uszkodzić werniksu. Zrobiły to nasze dziewczęta [z Instytutu] już w Warszawie na Miodowej, w domu Księdza Prymasa. 5 maja 1957 roku Prymas Polski z Obrazem wyruszył w drogę do Rzymu, do Ojca Świętego. 14 maja papież Pius XII pobłogosławił Obraz na wędrówkę po Polsce. 26 sierpnia na Jasnej Górze uroczyście rozpoczęto Nawiedzenie.

(Maria Okońska: „Wszystko postawił na Maryję”)

Takich wspomnień Maria Okońska, niestety, nie pozostawiła wiele. Lubiła trzymać się w cieniu i jeśli już była zmuszona powiedzieć coś o sobie i o swej roli u boku Prymasa Tysiąclecia, to i tak czyniła to w sposób bardzo dyskretny, eksponując przede wszystkim postaci Matki Bożej i kardynała Wyszyńskiego. Najbardziej znane wspomnienia Okońskiej dotyczą okresu uwięzienia Prymasa Polski, zwłaszcza w Komańczy, gdzie ksiądz kardynał (zresztą po usilnych naleganiach Pani Marii) napisał tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.
Bez względu jednak na to, czego te wspomnienia dotyczą, można z nich wywnioskować co następuje: Maria Okońska całe swoje życie poświęciła Chrystusowi i Jego Kościołowi, bardzo kochała Matkę Bożą i miała wielkie do Niej zaufanie, z wielkim oddaniem służyła pomocą kardynałowi Wyszyńskiemu i była przekonana, że naszemu narodowi potrzebne jest moralne odrodzenie, które jeśli się spełni, to przede wszystkim dzięki kobietom (a zwłaszcza dzięki jednej Kobiecie – Tej, która jest Królową Polski).
Maria Okońska była wyjątkową kobietą, bardzo zasłużoną dla Kościoła i dla Polski. Miejmy nadzieję, że kobiet podobnych do Niej jest pośród nas całe mnóstwo.
Msza Święta pogrzebowa w intencji śp. Marii Okońskiej zostanie odprawiona w archikatedrze św. Jana przy ul. Świętojańskiej w Warszawie, w sobotę, 11 maja, o godz. 13.00. Ciało Zmarłej będzie wystawione przy sarkofagu Sługi Bożego, kardynała Stefana Wyszyńskiego, od godz. 9.00. Pogrzeb odbędzie się na cmentarzu Bródnowskim.

Dodatkowe informacje o Marii Okońskiej:

www.wyszynski.sej.pl/artykuly.php?p=5

www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,14347,zmarla-maria-okonska-zalozycielka-osemek.html

www.niedziela.pl/artykul/98723/nd/%E2%80%9EOsemka%E2%80%9D-jak-osiem-blogoslawienstw

czwartek, 9 maja 2013

Dlaczego Telewizja Republika nie lubi zespołu Pussy Riot

W tygodniku „Sieci” z tego tygodnia ukazał się tekst Piotra Skwiecińskiego w pewnym sensie przełomowy, by nie powiedzieć rewolucyjny, a jednocześnie kuriozalny w stopniu najwyższym. Dlaczego przełomowy i dlaczego rewolucyjny? Dlatego mianowicie, że chyba nigdy dotychczas – przynajmniej ja sobie nic takiego nie przypominam – nie zdarzyło się, by w oficjalnych mediach obsługujących tak zwaną scenę prawicowo-konserwatywną, pojawiła się tak bezpośrednio sformułowana teza, że, po pierwsze, w systemach totalitarnych wszelka formalnie autoryzowana opozycja jest wynikiem prowokacji Systemu, a po drugie, że tego rodzaju opozycja nie jest w stanie przejąć władzy w sposób faktyczny i historycznie znaczący. Dlaczego? Bo – właśnie dzięki odpowiedniemu nadzorowi Systemu – ona dla większości społeczeństwa będzie zawsze czymś sztucznym i obcym, a przez to małowartościowym. Bo w ostatecznym rozrachunku. Nawet jeśli społeczeństwo władzą się zmęczy, czy ją wręcz znienawidzi, wszystko i tak w końcu wróci do początku, a więc do stwierdzenia, że „co by o nich nie mówić, to są przynajmniej poważnie ludzie”.
Dlaczego tekst Skwiecińskiego jest kuriozalny? Otóż wszystko wskazuje na to, że Skwieciński, pisząc to co pisze, i przekazując nam to co w pewnym skrócie przedstawiłem wyżej, robi wrażenie, jakby kompletnie nic z tego swojego tekstu nie zrozumiał. Można odnieść wrażenie, że on coś tam usłyszał, coś sobie pokalkulował i doszedł do wniosku, że oto ma ciekawy temat na felieton, w dodatku temat ambitny i dotyczący spraw poważnych. Tyle tylko, że ani mu do głowy nie przyszło, jak poważnych.
W czym rzecz? Chodzi o to mianowicie, że pewna amerykańska lesbijska aktywistka Masha Gessen w którejś z wypowiedzi przyznała, że dla tak zwanych „ruchów gejowskich” walka o prawo do zawierania małżeństw jest zaledwie krokiem na drodze do pełnej likwidacji instytucji małżeństwa, jako przeżytkowi kulturowemu. No i Skwieciński w tym momencie ujawnia, że owa Gessen to Rosjanka z podwójnym obywatelstwem, która w Nowym Jorku działa, jako bojowniczka o likwidację rodziny, natomiast w Moskwie uchodzi za jednego z czołowych antyreżimowych działaczy, prześladowanych przez Putina i jego ekipę.
W konkluzji swojego tekstu, Skwieciński, z rozbrajającą bezpośredniością pisze… pozwolę sobie zacytować:
Warto, żebyśmy sobie przypomnieli to wszystko, kiedy po raz kolejny będziemy zastanawiać, dlaczego Rosjanie nie obalają putinowskiego reżimu. I kiedy po raz kolejny będziemy odczuwać pokusę, by uzasadnić to jedynie brakiem wolnościowych tradycji i dziedzictwem bolszewizmu”.
Wcześniej napisałem, że artykuł Skiwecińskiego jednoznacznie wskazuje, że zarówno owa Gessen, jak i cała reszta tych, jak on sam ich nazywa, „antykremlowskich liberałów”, to opozycja z odpowiednią autoryzacją. To jednak jest tylko moja – zdecydowana, owszem – ale interpretacja. Tak naprawdę jednak, sam Skwieciński tego nie pisze. On wręcz zdaje się sugerować, że Rosjanie zwyczajnie mają taką opozycję, na jaką sobie zasłużyli. Że, owszem, oni mają te swoje totalitarne tradycje, które jakoś tam ich determinują, ale tak naprawdę, jak już idzie o sprzeciw wobec reżimu, oni nie zdołali utworzyć nic autentycznego. Mają więc tę Mashę, mają te swoje „Pussy Riot”, jakichś innych przebierańców albo obnażających się publicznie, albo regularnie bezczeszczących prawosławne świątynie, i równie regularnie zsyłanych za to do obozów pracy, natomiast żeby stworzyć coś tak autentycznego, jak Telewizja Republika, czy tygodnik „Sieci”, to oni nawet marzyć nie mogą. Co klasa, to klasa.
Otóż ja mam dla Skwiecińskiego paskudną wiadomość. To że on sobie chodzi po wolności, to w najmniejszym stopniu jego zasługa i zasługa jego zbuntowanych wobec władzy Platformy Obywatelskiej kolegów. To jest wyłącznie wynik tego, że, póki co, jego działalność Systemowi nie szkodzi, a kto wie, czy go nie podtrzymuje w stosunkowo nienajgorszej kondycji. Powiem coś jeszcze straszniejszego. To, że on swój sprzeciw wobec Systemu demonstruje, żądając prawdy o Smoleńsku i przyznania koncesji Telewizji Trwam, a nie biega po mieście bez majtek, to też nie jest wynik jego wrodzonej wrażliwości, ale tego, że w Polsce akurat, w odróżnieniu od Rosji, opozycja głosząca powszechne prawo do pedofilii, z punktu widzenia Systemu byłaby kompletnie bezużyteczna.
Poza tym jednak, to jest dokładnie to samo. I myślę, że Piotr Skwieciński, a więc człowiek, który – nawet jeśli niechcąco – napisał naprawdę ważny bardzo tekst, opisujący sytuację, jaką mamy dziś w Polsce, zgodzi się ze mną przynajmniej w tym, że ta nasza dzisiejsza Polska to kraj – jeśli będziemy pamiętać o proporcjach – wcale nie tak wiele mniej totalitarny, niż putinowska Rosja. I że zgodzi się ze mną co do jeszcze jednego – metody zawsze były te same. Bardzo ładnie je swego czasu sformułował George Orwell, a przypomniał ledwo co wczoraj jeden z komentatorów na blogu Coryllusa. Posłuchajmy i dalej już ani słowa:
Tak długo jak występują przeciwko nam, pozwalamy im działać, i sprawiamy, by stali się jednymi z nas. Dopiero wtedy ich zabijamy”.

Dziękuję bardzo za bardzo poruszającą odpowiedź na mój wczorajszy apel. No i oczywiście proszę pamiętać. Bez Waszej solidarności, my nie istniejemy. Tak to się ułożyło i jeszcze przez pewien czas musimy z tym żyć. Jeszcze raz - dziękuję.

wtorek, 7 maja 2013

O cwaniakach w bokserskich rekawicach i pościeli Beatlesów

Nie mam bladego pojęcia, jak się realizuje rynkowy sukces tygodnika „Do Rzeczy”, a tym samym, nie umiem powiedzieć, ilu z nas zwróciło uwagę na okładkę najnowszego numeru owego pisma. Na wszelki więc wypadek, króciutko powiem, w czym rzecz. Otóż najpierw widzimy zdjęcie, wyedytowane w taki sposób, by widać na nim było każdy najdrobniejszy, zwykle w sposób naturalny ignorowany, szczegół, Bronisława Wildsteina. Wildstein ma na sobie skórzaną kurtkę, ręce trzyma w pozycji bokserskiej, twarz ułożoną w wyraz typu „A teraz, kurwa, który?”, a kompletu dopełniają przerzucone na szyi bokserskie rękawice. A obok tekst: „Wildstein oskarża. Siedem głównych grzechów polskich mediów”.
Po tym, jak Paweł Lisicki swego czasu udzielił wywiadu magazynowi „Press” i przy okazji pozwolił sobie wziąć udział w sesji zdjęciowej, podczas której, niczym Houdini, wyplątuję się z więzów niewoli, czym pobił, wydawałoby się nie do pobicia, rekord Julii Pitery, kiedy ta z kolei dała się sfotografować „Newsweekowi” przebrana za szeryfa ze westernu, postanowiłem, że, jak idzie o tak zwanych „naszych”, już nic nigdy mnie nie zdziwi. I rzeczywiście, widok Wildsteina jako tego, co to, kurwa, nie zna litości, mnie ani nie zaskakuje, ani nawet nie martwi. Wiem bowiem, że to wszystko, to jest zwykły handel w najbardziej podstawowym sensie, a więc z budą, towarem, i odpowiednią tabliczką.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak opowiedzieć skromną, choć jak najbardziej autentyczną, historię o pewnym niezwykłym geszefcie.
Otóż niemal 50 już lat temu, w roku 1964, kiedy Beatlesi odbywali swoją pierwszą trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych, dwóch bardzo przedsiębiorczych młodych ludzi, Richy Victor and Larry Einchorn postanowiło zrobić interes życia, i zarobić bardzo duże pieniądze na histerii, jaką Beatlesi powodowali. Otóż wpadli oni na coś, co wydawało się planem doskonałym: wymyślili mianowicie sobie, że zgłoszą się do paru z hoteli, w których Beatlesi mieli spać, i kupią od właścicieli pościel, na której George, John, Paul i Ringo spali. Następnie potną materiał na parocentymetrowe kawałki i będą je sprzedawać po dolarze za sztukę.
Oczywiście cały projekt został wcześniej odpowiednio zabezpieczony logistycznie. Tuż po tym, jak Beatlesi opuszczą swoje apartamenty, drzwi do pokoju zostaną zapieczętowane, a następnie do środka wejdą prowadzeni przez Einhorna i Victora dyrektor hotelu, wynajęci prawnicy, oraz specjalnie na tę okazje powołani świadkowie, i dojdzie do uroczystego przekazania pościeli.
Następnie zostaną sporządzone odpowiednie oświadczenia, na których zostanie potwierdzone odpowiednim prawniczym językiem, podpisami oraz pieczątkami, że przedstawiony kawałek materiału jest jak najbardziej autentyczny, i w końcu, po pocięciu tych szmat na małe kwadraty, pod spodem każdego zaświadczenia przelepiony zostanie kwadracik z napisem: „John spał tutaj”, lub „Paul spał tutaj”, „George spał tutaj”, lub „Ringo spał tutaj”. Wszystko odbyło się gładko i pościel Beatlesów trafiła do sklepów.
Owa niezwykła oferta została zauważona przez ogólnokrajowe media, o kawałkach pościeli, na której spali Beatlesi, mówiono w telewizji, pisano w gazetach, rozprawiano na tak zwanym mieście. Doszło nawet do tego, że o wydarzeniu poinformował w swoim telewizyjnym show sam Walter Cronkite, a więc ktoś, kim u nas bardzo chciałby być Tomasz Lis. Ponieważ Victorowi i Einhornowi udało się pociąć zakupioną za tysiąc dolarów z drobnym hakiem pościel na 164 tysiące kawałeczków, obaj biznesmeni już czuli 164 tysiące dolarów w swoich kieszeniach.
I w tym momencie nastąpiły dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że praktycznie nikt nie kupił pościeli Beatlesów. Z tego, co po latach wspominał Victor, wiemy, że oni w sumie sprzedali około tysiąca tych zaświadczeń, nie odzyskując nawet wydanych na całe przedsięwzięcie pieniędzy, w tym jedno z nich dla swojego synka zakupił sam Walter Cronkite, właśnie podczas programu, w którym Einchorn i Victor zachwalali swój produkt.
A więc, to było jedno. Druga rzecz była może jeszcze gorsza. Otóż Einchorn i Victor otrzymali pismo od nowojorskiego prawnika Beatlesów, który ich poinformował, że to, co oni robią, wyrządza wielkie szkody jego klientom, i ostrzegł ich, że jeśli natychmiast nie zaprzestaną swojej „bezprawnej i nieautoryzowanej działalności”, pójdą siedzieć.
Jakaż tej historii nauka płynie dla nas wszystkich? Jedyne co mi przychodzi do głowy, by ją jakoś krótko opisać, to słynny cytat z Abrahama Lincolna: „Niektórych można oszukiwać wiecznie, a przez jakiś czas wszystkich; wszystkich wiecznie oszukiwać się nie da”. Jak ta zasada działa w praktyce, tego nie wiem. Nie wiem też, jak płyną te fale, kiedy wzbierają i kiedy się uspokajają, ani też wreszcie, dlaczego ludzie, którzy zawsze dawali się nabierać, nagle stają się na kłamstwo uodpornieni. Ale to jest fakt – pewne granice pozostają nie do przejścia. Larry Einhorn i Richy Victor przekonali się o tym już 50 lat temu, my uczymy się tego dziś. Wygląda na to, że są też wśród nas tacy, co tego akurat nie zrozumieją nigdy. Z pewnego szczególnego punktu widzenia, jest to wiadomość bardzo ponura.

Mam sprawę, i jestem pewien, że każdy z nas wie, że tu nie ma ani podstępu, ani tym bardziej kłamstwa. Jeśli ten blog nie przyniesie nam ratunku, do 15 maja jesteśmy w poważnym dole. Gdyby udało się nam zmobilizować ten jeden raz, wydaje mi się, że przeżyjemy, a później może jakoś już będzie. Bardzo proszę o ten gest. I dziękuję.

niedziela, 5 maja 2013

Gdy mainstream powoli zdycha

Od wielkiej, wstrząsającej i tak dramatycznie symbolicznej budowlanej katastrofy w Bangladeszu minął już dziesiąty dzień, i wygląda na to, że najważniejsze polskie media znalazły wreszcie powód, by zacząć o sprawie wspominać. Czy przyczyną owego gwałtownego wzrostu zainteresowania tym niewyobrażalnym wręcz nieszczęściem było to, że liczba śmiertelnych ofiar przekroczyła 500, a, jak wiemy, istnieje pewien typ skretynienia, który pozwala człowiekowi reagować wyłącznie na przekaz najprostszy, i tu liczba 500 wydaje się być czymś równie niemal fantastycznym, co zdjęcie zakrwawionego ciała uzupełnione o fotografie zapłakanych twarzy tych, co przeżyli, czy może poszło o coś innego – nie wiem. Wiem natomiast, że sytuacja, w której organizacje tak potężne, jak „Gazeta Wyborcza”, Onet, TVN24, czy „Gazeta Polska”, bez śladu zawstydzenia, 10 dni po zdarzeniu, mówią nam: „A czy państwo słyszeli, że w zeszłą środę w Bangladeszu zginęło ponad 500 osób?”, to jest naprawdę nie byle co.
Trochę po to, by przypomnieć, w czym rzecz, ale też przez tę prostą prawdę, że są rzeczy, o których należy mówić za każdym razem, gdy tylko nadarzy się okazja, powiem raz jeszcze, o co chodzi. Otóż 24 kwietnia, w stolicy Bangladeszu Dhace, zawalił się ośmiopiętrowy budynek, w którym szyto ubrania z przeznaczeniem dla międzynarodowych sieci sklepów odzieżowych, takich jak Primark, czy Benetton. Rzecz w tym, że kiedy dzień wcześniej stwierdzono zagrożenie, ewakuowano obsługę mieszczących się w budynku sklepów i banku, natomiast szwaczkom kazano przyjść do pracy, jak co dzień. No i one akurat pracowały, kiedy wszystko runęło.
To jest jedno. Druga rzecz jest taka, że przez niemal tydzień po tragedii, główne polskie media, jeśli w ogóle informowały o tym, co się stało, to akurat tyle, by z jednej strony nikt broń Boże nie wpadł w zły nastrój, a jednocześnie, by zawsze można się było zasłonić tym, że jakaś tam informacja przecież była. Światowe agencje dzień po dniu donosiły o coraz wyższej liczbie zabitych, wiadomo już było, że ta liczba przekroczyła 400, a w Onet, TVN24 i TVP – niemal idealna cisza. Trochę mi żal, że nie czytam już „Rzeczpospolitej”. Mógłbym powiedzieć, na której stronie oni to podali.
Kiedy piszę ten swój dzisiejszy tekst, czytam, że bengalscy ratownicy doliczyli się już niemal 600 ofiar, i proszę sobie wyobrazić, że tę informację znalazłem na Onecie. Kiedy jednak pisałem o tym u siebie na blogu, a było to i tak już pięć dni po, wszystko co na ten temat wiedziałem, przeczytałem w angielskiej Wikipedii. Jak idzie o polskie strony, jedyne, co na ten temat znalazłem, to była notka na jakimś maleńkim lewicowym portalu o nazwie lewica24.pl. Dziś, jak mówię, wystarczy wpisać hasło „Bangladesz”, a na samej górze mamy dzisiejszy Onet. Wreszcie. 10 dni po 24 kwietnia!
A więc, co się stało? Za jaką przyczyną 10 dni od dnia, kiedy ten przesiąknięty ludzką krwią, potem i udręką budynek zamienił się w zbiorowy grób, nasi specjaliści od budowania idealnego społeczeństwa konsumenckiego, postanowili zmienić front? Otóż mam wrażenie, że wszystko jednak zaczęło się od tego bloga, a jeśli ktoś myśli, że mi się za dużo wydaje, jeśli sądzę, że ci mądrale z Onetu, czy TVN24 nie mają nic lepszego do roboty, jak śledzić to, co ja tu piszę, to go od razu spieszę uspokoić. Ja aż tak pewny swego nie jestem. Pojawił się tu natomiast pośrednik w postaci „Gazety Polskiej Codziennie”. Otóż, w czwartek 2 maja otrzymałem informację od jednego z czytelników, że o tym, co się wydarzyło w Bangladeszu, poinformowali „nasi”, a jak idzie o nich, to ja jednak biorę pod uwagę to, że jeden z drugim tu bywają. Ponieważ przy tym, przy całym moim szacunku dla Tomasza Sakiewicza i jego niezawisłości, niezależności i, że tak powiem, „offowości”, ten projekt to jak najbardziej poważna część mainstreamu, mam podejrzenie, że szefostwo TVN24, a za nim cała reszta tej bandy uznali, że nie da się dłużej udawać, że jest okay… no i mamy, to co mamy. Inaczej widzieć tego nie potrafię.
Na koniec, mam już tylko jedną refleksję. Jeśli niedługo nadejdą czasy, kiedy to każda kolejna informacja podana przez „Newsweek”, „Politykę”, TVP, czy Onet, lub TVN24, będzie się zaczynała od słów: „Jak się dowiadujemy z blogów…”, będzie to oznaczało, że jesteśmy już prawie w domu. A oni – i tu akurat mam na myśli jednych i drugich – w dupie. Już się nie mogę doczekać.

Jeśli ktoś znalazł w tym tekście źródło dobrych refleksji i zwykłej codziennej satysfakcji, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję i proszę nie odchodzić.

czwartek, 2 maja 2013

Nie żyje Seawolf - przeciwnik, sojusznik, kolega

Z pewnym opóźnieniem dotarła do mnie wiadomość o śmierci Seawolfa – wybitnego i niezwykle popularnego w Sieci blogera. Wbrew bardzo silnym pozorom, nasze wzajemne stosunki były znacznie lepsze, niż – zwłaszcza w ostatnich miesiącach – można było zgadywać. Seawolf był dla mnie kimś na tyle bliskim, że dziś, kiedy słyszę, że Go już tu z nami nie ma, czuję straszny żal i martwię się, jak jasna cholera. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez Niego, blogera Seawolfa, to miejsce, gdzie wszyscy się w ten czy inny sposób spotykamy, już nigdy nie będzie takie jak poprzednio. I będzie też o wiele bardziej bylejakie.
Cieszę się, że spotkałem Go na swojej drodze, żałuję pewnych słów, które na Jego temat powiedziałem, ale ponieważ wiem, że On akurat stał zawsze ponad moimi obsesyjnymi podejrzeniami, traktował mnie z należnym pobłażaniem, i wbrew wszystkiemu, uważał mnie za swojego kolegę, jest mi dziś znacznie, znacznie lżej.
Proszę, pomódlmy się za duszę Seawolfa, i wesprzyjmy osieroconą Jego odejściem rodzinę, choćby kupując książkę, którą ostatnio napisał i szczęśliwie jeszcze zdążył wydać:

slowaimysli.pl/pozycja/alfabet-seawolfa/3

środa, 1 maja 2013

Nie wszyscy jesteśmy Bengalczykami

Do dwóch najświeższych tekstów, jakie opublikowałem i tu i w Salonie24, mam stosunek szczególny, w tym sensie, że nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej potrafił za jednym zamachem powiedzieć tyle naprawdę istotnych rzeczy. Oczywiście, od samego początku bardzo się staram, by te teksty – tu znów muszę się odwołać do młodego Wojciecha Młynarskiego – to była „taka piosenka, taka ballada, co byle czego nie opowiada”, niemniej zawsze jest coś, co wydaje mi się można było powiedzieć lepiej, dobitniej, czy uzupełnić tym jednym słowem, które by pozwoliło sprawę zamknąć. Tym razem, a więc w przypadku tego naszego tekstu o kolczyku w języku i niezapłaconych rachunkach, oraz tamtego, o owym strasznym, zaledwie sprzed tygodnia, tak okrutnie przemilczanym przez System, nieszczęściu w Bangladeszu, miałem pewność, że wszystko zostało powiedziane, i to tak, że lepiej bym już nie potrafił.
No i stało się tak, jak to się dzieje o wiele zbyt często, a mianowicie okazało się, że to tylko mnie się tak wydawało. Z punktu widzenia wielu z tych, do których te moje słowa były skierowane, nie stało się nic szczególnego. A już z całą pewnością nic choćby w przybliżeniu tak szczególnego, jak… ja wiem? Powiedzmy, kolejna wypowiedź któregoś z „palikotowców” na temat religii w szkołach i poza nią…
Akurat jak idzie o ten blog, to zawsze zakładam, że nawet jeśli czasem odnoszę wrażenie, że trafiłem przysłowiową kulą w płot, to tak naprawdę jest to tylko błędne wrażenie, i wszystko, co zamierzałem powiedzieć, trafiło tam gdzie trafić miało, i w taki dokładnie sposób, jak to sobie zamierzyłem. A więc ta kobieta idąca ze swoim synkiem zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku, może z wyjątkiem komentatora podpisującego się Steve Steven, zrobiła na wszystkich odpowiednio silne wrażenie i wzbudziła odpowiednio ponure refleksje. Gorzej – zdecydowanie gorzej – jeśli idzie o tekst o Bangladeszu. Tam rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że z anonsowanych w tytule tekstu Bangladeszu i pisarza Rudnickiego, niemal cały show przypadł w udziale Rudnickiemu. A ja już tylko się zastanawiam, co by się działo, gdybym ja tam wspomniał jeszcze o Tusku.
Przepraszam bardzo za ten ton, ale od chwili, gdy się dowiedziałem, że w zeszłym tygodniu w Bangladeszu zginęło ponad 400 biednych kobiet i dzieci, a to przez politykę kilku wielkich, międzynarodowych koncernów odzieżowych, wynajętych do tego, by za jakieś grosze szyć ciuchy, i to nieszczęście spłynęło po tak zwanej opinii publicznej, jak woda po kaczce, jestem w takim nastroju, że nie bardzo widzę możliwość, bym miał pisać, przynajmniej na razie, o czymkolwiek innym.
A zatem, zanim się być może wreszcie uspokoję, przez wzgląd na naszą starą znajomość, proszę, darujmy sobie kolejny tekst, i skupmy się na następującej wiadomości:
24 kwietnia, w jednej z dzielnic stolicy Bangladeszu Dhaki, Savarze, zawalił się ośmiopiętrowy budynek o nazwie Rana Plaza, w którym, oprócz banku i eleganckich sklepów, mieściła się fabryka odzieżowa, produkująca na zamówienie międzynarodowych sieci handlowych, takich jak Primark, Benetton, czy Walmart. Do katastrofy doszło po tym, jak lokalny nadzór budowlany wykrył pęknięcia w konstrukcji i zarządził ewakuację budynku. Ewakuowano jednak wyłącznie obsługę sklepu i banków, natomiast, ponieważ właściciel fabryki nakazał pracownicom kontynuować pracę, w wyniku zwalenia się konstrukcji, zginęło ponad czterysta osób, a ponad tysiąc zostało rannych. Polskie media o katastrofie praktycznie nie poinformowały, a przynajmniej nie na tyle, by wiadomość o niej dotarła do osób w miarę systematycznie śledzących codzienne wiadomości.
Wśród niewielu merytorycznych komentarzy, jakie zdarzyło mi się znaleźć pod notką w Salonie24, pojawiły się sugestie, że Bangladesz to dzicz, i to wszystko przez to.
Próbowałem dowiedzieć się czegoś na ten temat i oto znalazłem taka informację:
„Przemysł odzieżowy Bangladeszu wart jest 20 mld dolarów rocznie i zaopatruje sklepy na całym świecie. Eksport ubrań to ponad trzy czwarte całego krajowego eksportu. W Bangladeszu znajduje się około 4,5 tys. zakładów odzieżowych. Według Światowej Organizacji Handlu, Bangladesz jest obecnie czwartym największym eksporterem odzieży na świecie, a przemysł związany z produkcją ubrań zatrudnia ponad 3 mln robotników”.
Próbowałem też znaleźć jakieś zdjęcia z Bangladeszu, ale większość to relacje z katastrofy. Najwyraźniej, zapis na temat obowiązuje tylko u nas. U nas natomiast można obejrzeć coś, czego świat dziś akurat pokazywać się już wstydzi, choćby coś takiego. Proszę powiedzieć, czyż to nie piękne miejsce? A może by tak na wakacje do Dhaki?