Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bankructwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bankructwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2014

O ataku gazem i innych cywilizacyjnych niespodziankach

Niedawno, przy okazji, której już w tej chwili nie pamiętam, moje najmłodsze dziecko zapytało mnie, co jest gorsze – „Polityka”, czy „W Sieci”. Wbrew temu, co mogą sobie myśleć stali czytelnicy tego bloga, odpowiedź na to pytanie wcale nie przyszła mi tak łatwo. Główny problem, przed jakim stanąłem, związany był z tym, że przez ostatnie 25 lat ja „Politykę” miałem w ręku zaledwie kilka razy, natomiast tygodnik „W Sieci” czytam na okrągło, i jeśli za każdym razem dochodzę do wniosku, że oto trzymam w ręku coś absolutnie najgorszego, to nie mogę wiedzieć, czy akurat „Polityka” nie jest jeszcze gorsza. Jednak przyznaję, że przed własnym dzieckiem zaświadczyłem, że „W Sieci” to wprawdzie gówno straszne, zle za to od „Poltyki” przynajmniej bardziej inspirujące. „Polityka” – nie tylko zresztą przy tygodniku Karnowskich – robi wrażenie wyłącznie kawałka papieru, którym można by co najwyżej umyć okno, gdyby lepiej się do tego nie nadawała „Gazeta Wyborcza”.
No ale nie da się ukryć, że każdy dzień przynosi nowe niespodzianki i zawsze się znajdzie dobry powód, by krzyknąć: „Zaraz, wróć! Może jeszcze raz. Jakie było pytanie?” Oto wczoraj wieczorem, kiedy już wyglądało na to, że najnowszy numer tygodnika „W Sieci” został omówiony od początku do końca, jakimś nierozpoznanym cudem zajrzałem na ostatnią stronę przed zamykającą numer okładką, gdzie wcześniej zawsze mieliśmy felieton Andrzeja Zybertowicza, a tam naszym oczom ukazał się, owszem, felieton, tyle że nie Zybertowicza, lecz żony Profesora, Katarzyny Szymańskiej-Zybertowicz.
Cóż to za tekst, ktoś zapyta, i cóż to za kobieta, która jest w stanie ot tak, jednym krótkim gestem, zastąpić swojego wybitnego męża w tej jakże istotnej dla Polski robocie? Otóż tego, kim jest żona prof. Zybertowicza nie wiemy, natomiast możemy krótko spróbować opisać ów tekst. Otóż jego sens sprowadza się do tego, by nas wszystkich poinformować, że Andrzej Zybertowicz to, podobnie jak Jarosław Kaczyński, fantastyczny człowiek i bez niego „archipelagi polskości” nie mają szansy ani na z dawna wyczekiwane powstanie, ani tym bardziej na rozwój. Pisze Katarzyna Zybertowicz:
Rodzina, Polska, Europa. Taki był tytuł konwencji podsumowującej wyborczą kampanię Andrzeja Zybertowicza. Jasne, że można na te hasła popatrzeć jak na banał. Ale czy nie za dużo ważnych części życia oddaliśmy na pastwę banalizacji? Nie trzeba być socjologiem, aby widzieć siłę zasobu, jakim są polskie rodziny. Przecież to w nich zapadają najpoważniejsze z punktu widzenia jednostki decyzje, tworzą i rozstrzygają się konflikty, powstają plany. A co gdyby tak spojrzeć dalej, poza pułap troski o własne dzieci, ich wychowanie, ułatwienie startu w dorosłe życie. Nasze rodziny nie muszą być samotnymi wysepkami.
Tak. Archipelag Polskości jest. Zybertowicz już się nie wymiga (nomen omen). A jego rodzina jest z nim”.
We wczorajszym tekście i w komentarzach pod nim zastanawialiśmy się wspólnie, jak mogło dojść do tego, że najpoważniejszy tygodnik prawicowej opinii w Polsce, nie dość, że kompletnie zlekceważył ostatnio najważniejsze, i to najważniejsze w sposób zupełnie oczywisty, dla naszego wspólnego powodzenia wydarzenie, to jeszcze je piórem dwóch swoich czołowych dziennikarzy wykpił i wyszydził. No i z tych naszych rozważań wyszedł wniosek taki jak zawsze: Wszystko się rozbija o budżet, którego się nie da w nieskończoność naciągać, a brzuchów do wypasienia wciąż tylko przybywa.
Wszyscy też pamiętamy, co się niemal na samym finiszu kampanii do europarlamantu przytrafiło Andrzejowi Zybertowiczowi, więc nie ma sensu, by całą tę smutną historię tu od nowa opowiadać. Wystarczy przypomnieć, że, jako niemal pewny kandydat do zdobycia mandatu, Zybertowicz w pewnym momencie, zamiast pilnować interesu, postanowił wyskoczyć na jednego, i w tym czasie wszystko zostało dokończone już bez niego, z efektem takim, że jemu się już najwyraźniej nawet odechciało pisać tych swoich fantastycznych felietonów dla Karnowskich, ze nie wspomnę o kolejnych odcinkach „alfabetu”.
A ja sobie już tylko myślę, że trudno o lepsze podsumowanie tego, o czym sobie wczoraj rozmawialiśmy, zastanawiając się, dlaczego nasze prawicowe media zlekceważyły tak cudownie się rodzący „archipelag polskości”, jakim okazała się Marysia z Gorzowa Wielkopolskiego, niż ów felieton żony Zybertowicza, która musiała się aż tak upokorzyć, by w jego imieniu prosić o tę jeszcze jedną szansę, a redakcja tygodnika „W Sieci” tak się wczuć w to nieszczęście, by się najzwyczajniej w świecie jeszcze raz skompromitować. I myślę, że to jest już punkt tak straszny, że tam nie można się ani śmiać, ani szydzić, ani tak naprawdę się mądrzyć, bo wszystko wskazuje na to, że oto się dzieją rzeczy, przy których nawet te 850 złotych, które gwałtownie musiałem pożyczyć z samego rana, by mi gazownicy nie zdjęli licznika, robią wrażenie jakiegoś żartu. I jestem teraz jak najbardziej poważny, co poświadczam tym, że na tym kończę. O tak.

Niestety i przez ten niespodziewany atak gazowy i całą kupę innych okoliczności, wciąż muszę apelować o wsparcie dla tego bloga. Jeśli ktoś ma jakieś luźne zapasy i żadnych szczególnych wobec nich planów, bardzo proszę o tę pomoc. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

niedziela, 3 października 2010

Gramy w życie

Pamiętam jak parę miesięcy temu zadzwonił do mnie bank, w którym niefortunnie mam uruchomiony kredyt, i jakaś wypuszczona na front przez tych przedsiębiorczych ludzi biedaczka, zaproponowała mi, żebym za sto złotych miesięcznie skorzystał z ich pośrednictwa w dostępie do bezkolejkowej i jak najbardziej bezpłatnej służby zdrowia. Ponieważ zarówno ja, jak i moja żona, przy wspomnianym dostępie do, również jak najbardziej, bezpłatnej opieki zdrowotnej korzystamy od wielu już lat z obowiązkowego – i przy okazji znacznie bardziej kosztownego niż sto złotych na rodzinę – pośrednictwa tzw. ZUS-u, nie planowałem bez sensu zwiększać rodzinnych wydatków, rozmowa była krótka i sprowadzała się niemal wyłącznie do uprzejmego nieprzerywania miłej pani. Mimo to, zdążyłem się jeszcze dowiedzieć, że cała ta oferta nie ma najmniejszego sensu, bo ja i tak bym nie pasował do koncepcji banku. Choćby ze względu na fakt, że mamy aż troje dzieci, a oni całą operację zaplanowali na rodziny maksymalnie czteroosobowe.
Jak mówię, sprawa dodatkowego ubezpieczania zdrowia i życia w prywatnych bankach interesowała mnie w stopniu minimalnym, mimo to jednak przez jakiś czas, ten niezwykły telefon chodził mi po głowie. No bo proszę pomyśleć. Polskie państwo, wręcz z cywilizacyjnie gwarantowanej zasady, zapewnia każdemu obywatelowi wcześniej opłacony w formie składek dostęp do powszechnie dostępnej ochrony zdrowia. Jedyne czego w ramach tego narodowego porozumienia ono od nas wymaga, to tego, byśmy my – jeśli tylko mamy możliwość – pracowali, a ono już się zajmie resztą. I oto od pewnego czasu widzimy, jak najbardziej przejrzyście, że jedyne co z tej umowy dziś nam pozostało, to nasza praca, wspomniane składki i system, który bardzo skrupulatnie egzekwuje owych składek spływalność. Wprawdzie z jakiegoś powodu, jak dotychczas nie widzimy wokół siebie porzuconych, umierających na ulicach ludzi, i oczywiście wszędzie jest całe mnóstwo aptek, gdzie – jeśli nas tylko na to stać – możemy sobie kupić niemal dowolne lekarstwo, które przynajmniej teoretycznie może nas wyleczyć, niemniej każdy w miarę rozgarnięty obywatel wie, że to jest już niemal wszystko, co nam dziś pozostało i na co możemy jako tako liczyć.
Wspomniałem o aptekach. Oczywiście sens ich istnienia jest jak najbardziej oczywisty z wielu powodów. Przede wszystkim chodzi o to, żeby mógł się rozwijać przemysł farmaceutyczny i żeby dzięki temu wielu ludzi miało dobrą i dobrze płatną pracę. Niektórzy twierdzą, że może jeszcze chodzić o to, że gdyby nie było aptek, ludzie których boli głowa, nie mogą spać po nocach, lub cierpią na dolegliwości trawienne, nie mieliby co z sobą zrobić. Na to jednak pada argument, że ponieważ tak naprawdę wcale nie ma pewności, co w tych tabletkach jest, bez nich wcale nie musiałoby być gorzej niż jest teraz. Tak czy inaczej, przyglądając się sytuacji, nie sposób nie podejrzewać, że ostatni, w miarę dobrze funkcjonujący, bastion bezpłatnej służby zdrowia, czyli tzw. lekarz pierwszego kontaktu, jest skutecznie przez państwo chroniony właśnie ze względu na konieczność zapewnienia płynnego funkcjonowania aptek, a przez to dalszego rozwoju światowego przemysłu farmaceutycznego. Z punktu widzenia Systemu on jest jedynym po stronie tak zwanej służby zdrowia elementem, w który wciąż warto inwestować.
Takie to myśli chodziły mi po głowie w związku ze wspomnianą bankową ofertą, a jednocześnie niemal co tydzień wydawaliśmy kolejne pieniądze czy to na jakieś witaminy, czy to na dentystę dla nas, lub dla któregoś z naszych trojga dzieci, czy znów na badanie akcji serca dla naszej córki, na różnorakie badania dla naszych pozostałych dzieci, czy wreszcie na kolejną kontrolę mojego osobistego już serca u mojego kardiologa. I oto niedawno w telewizorze pojawiła się nowa reklama. Reklam niezwykła, bo znacznie dłuższa od innych, a jednocześnie maksymalnie prosta. Na ekranie widzimy tylko jedną panią, która opowiada nam mniej więcej o tym samym, o czym ja pisałem wyżej, tyle że innymi – znacznie bardziej łagodnymi – słowami, i informuje mnie, że jeśli na podany numer wyślę esemesa z jednym tylko słowem SZPITAL, to wtedy ona do mnie oddzwoni i przedstawi mi instrukcję, co mam dokładnie zrobić, żebym, jak będę potrzebował ratować swoje lub swojej rodziny życie i zdrowie, mógł skorzystać ze szpitalnej opieki. Piszę „dokładnie”, bo co mam zrobić „mniej więcej”, to już wynika już z samej reklamy. Mam tej pani płacić złotówkę dziennie, a wtedy ona, jeśli się poważnie pochoruję, da mi tysiąc złotych na to, bym sobie kupił łóżko w szpitalu, a później codziennie kolejne tysiąc na to, żeby mnie stamtąd nie wywalili na twarz. Czy jakoś tak. Niezwykłe jest to, że ona właściwie powiedziała to najbardziej jednoznacznie. Że obecnie, jeśli coś mi się stanie, jedyne co mi pozostanie to iść się pomodlić to kościoła. Szpitale są już pozamykane, klucze wyrzucone do ścieku, a obsługa poszła na ryby.
Powiem szczerze, że reklama ta zrobiła na mnie jeszcze bardziej przejmujące wrażenie niż tamten telefon z banku. Z jakiegoś powodu, może przez to, że ona nie miała charakteru zamkniętego – a więc sympatycznej rozmowy ucho w ucho – lecz wkroczyła w domenę jak najbardziej publiczną, przypomniała mi konkurs, jaki któryś z operatorów komórkowych organizuje dla nas regularnie od pewnego czasu. Polega on na tym, że ludzie mają wysyłać esemesy po pięć złotych za sztukę, a kiedy już ich wyślą odpowiednio dużo, czyli za jakieś 200 tys. zł., to dostaną zupełnie za darmo czarną limuzynę marki BMW. Oglądałem więc tę panią, pod nią migający czterocyfrowy numer, nad numerem napis SZPITAL, i myślałem sobie, że następnym etapem będzie prawdopodobnie esemesowa zabawa dla wszystkich Polaków właśnie pod tytułem SZPITAL, lub ZDROWIE, a może po prostu ŻYCIE, i zamiast grać o samochody, każdy z nas będzie mógł sobie zagrać o bezpłatnego dentystę, chirurga, onkologa, albo podręczny zestaw leków na ukojenie nerwów, lub nie przerywany koszmarami sen. W perspektywie może się nawet pojawić nagroda w postaci darmowego wyjazdu do Holandii na równie darmowy zabieg eutanazji.
Oczywiście mam na myśli konkursy całkowicie dobrowolne. Kto nie ma ochoty, będzie mógł nie grać. Na razie. Niewykluczone że już niedługo minister Boni przedstawi nowy program pod tytułem na przykład „Rozwój 2045”. Gdzie ZUS wreszcie zostanie zlikwidowany, banki nie będą musiały się już dzielić z państwem najmniejszym procentem, natomiast każdy obywatel w ramach programu „SMS dla każdego” zostanie objęty obowiązkowym ubezpieczeniem na życie i zdrowie, następnie otrzyma specjalny, napędzany słoneczną energią breloczek, i będzie raz na miesiąc grał . I wtedy to właśnie gra stanie się ustawowym obowiązkiem.
Na koniec pragnę przypomnieć pewien może nie wszystkim jeszcze uświadomiony fakt. W listopadzie mamy w Kraju wybory samorządowe. Jeśli ktoś myśli, że ta informacja nie ma nic wspólnego z treścią powyższego artykułu, jest w bardzo poważnym błędzie. To jest mniej więcej informacja tak samo ważna i w temacie, jak choćby ta, że rząd premier Tuska postanowił uderzyć w przemysł dopalaczowy. Z pełną mocą, determinacją i takie tam.


Powyższy tekst ukazał się wcześniej w Warszawskiej Gazecie

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...