Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwigilacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwigilacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 października 2021

O głęboko ukrytym sensie Brexitu

 

Z powodów które nawet jeśli mogą być ciekawe, to z pewnością nie są istotne, jutro wybieram się na cztery dni w ścisły rejon obowiązywania stanu wyjątkowego i do niedzieli mnie tu nie będzie. W związku z tym, drogą absolutnie szczególnego wyjątku, już dziś, a więc w formie swego rodzaju przedpremiery, przedstawiam Państwu felieton, który w „Warszawskiej Gazecie” ukaże się dopiero jutro. Jest oczywiście pewna szansa, że napiszę coś i stamtąd, ale tego dziś wiedzieć nie mogę. A zatem do usłyszenia i życzę przyjemnej lektury.    

 

 

      Od paru dni ogólnopolskie media żyją tym co spotkało Rafała Ziemkiewicza na londyńskim Heathrow. Otóż odwoził Ziemkiewicz swoją córkę na studia do Oxfordu, pragnąc wraz z nią przeżyć tak ważny w życiu rodziny dzień, kiedy okazało się, że Brytyjczycy uznają Ziemkiewicza za persona non grata i go bez ceregieli odesłali do Polski. Gdyby ktoś myślał, że oni ów wrogi akt pozostawili bez uzasadnienia, jest w błędzie, bo uzasadnienie jak najbardziej zostało dołączone:
Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu jest niepożądane”.

      Brytyjski gest wywołał w Polsce dwojaką reakcję, a więc część opinii publicznej zakipiała zrozumiałym oburzeniem na ów antycywilizacyjny wręcz gest, a część zadławiła się nieprzytomną satysfakcją, że Ziemkiewcz dostał na co zasłużył. Mimo to, jak sądzę, w głębi serca nawet ci drudzy są przekonani, że ze Zjednoczonym Królestwem jest coś zdecydowanie nie tak, a jednocześnie, podobnie jak pierwsi, zachodzą w głowę, jak to jest w ogóle możliwe, że tekst jak ten zacytowany powyżej mógł w ogóle się ukazać poza murami najbardziej skretyniałych uniwersytetów po zachodniej stronie współczesnego świata. Otóż, wierząc że zrozumieć, nawet jeśli nie oznacza wybaczyć, to przynajmniej pozwala zachować odpowiedni spokój, pragnę poinformować Czytelników, że Wielka Brytania, prawdopodobnie od zarania swoich dziejów jest zbudowana na systemowym donosicielstwie, które tam stanowi zarówno obywatelski jak i prawny obowiązek. Obywatelski dlatego, że zdaniem ojców założycieli owej patologii, społeczeństwo jest w stanie należycie funkcjonować tylko wtedy, gdy się je spęta obserwacyjną pajęczyną, a prawny, bo wedle tej samej doktryny, mówiąc najprościej, kto nie kapuje jest współwinnym zdrady.

       Tak tam było zawsze, dziś natomiast, gdy współczesny świat wpadł w niewolę politycznej poprawności w wersji turbo plus, ów straszny system wręcz triumfuje. Informują mnie na przykład brytyjscy znajomi, że dziś tam jest tak, że wystarczy że ktoś przy kimś użyje na przykład słowa „negro”, a informacja o owym ekscesie dotrze do władz, człowiek zostaje natychmiast potraktowany z wszelkiego owego przestępstwa konsekwencjami, od aresztowania po utratę pracy.

        A przez to że nieważny jest czyn gdy wystarczy donos, wystarczyło Ziemkiewiczowi, że ktoś kto go z czysto politycznych względów nie lubi, poinformował brytyjskie służby, że ten na przykład notorycznie szydzi z osób LGBT, używając wobec nich polskiego określenia „zboki” i Ziemkiewicz z mety dostaje zakaz wjazdu na Wyspy.

        Współczujmy więc oczywiście Ziemkiewiczowi, że nie przyszło mu być świadkiem trumfalnego wkroczenia swojej córki w mury Oxfordu, ale miejmy też nadzieję, że on, jako człowiek niewątpliwie inteligentny, odpowiednio wcześniej ową przykrość wliczył w sobie w koszta.



Post Scriptum - Proszę sobie wyobrazić, że powyższą fotografię udało mi się tu zamieścić dopiero za szóstym razem. Wszystkie wcześniejsze próby kończyły się informacją, że ściągnięcie tego zdjęcia może być niebezpieczne, a zatem system je automatycznie, dla naszego wspónego dobra, niezmiennie blokował. Baaaardzo to jest znaczące.

czwartek, 11 lutego 2016

Czy rząd Prawa i Sprawiedliwości ukradł nam pilota od Fejsa

W ramach znanej nam akcji donoszenia na Polskę do Niemców i nurzania w błocie jej reputacji, zgłosili się kolejni chętni i załatwili w Parlamencie Europejskim, by tym razem tak zwana Komisja Wenecka, skoro już się zainteresowała sprawą Trybunału Konstytucyjnego, zajęła się również kwestią oto co znowelizowanej ustawy o policji. Chodzi o to, że, jak nas informują między innymi działacze KOD-u, Amnesty International, Komitetu Helsińskiego i diabli wiedzą, kto jeszcze, wedle nowych przepisów, służby specjalne Prawa i Sprawiedliwości będą mogły bezkarnie nas wszystkich śledzić i w ten sposób gwałcić naszą prywatność. Dotychczas byliśmy bezpieczni, jak u mamy, jednak teraz to się wszystko skończy i nikt z nas nie będzie znał dnia ni godziny. Logujemy się do Internetu, a prezes Kaczyński z ministrem Macierewiczem już nas mają na biurku.
Patrzę więc na tych najczęściej mocno już starszych ludzi, jak męczą się w tej zimowej chlapie, podskakując w rytm gwizdka i skandując jakieś rymowanki w obronie wolnego Internetu i myślę sobie, że oni są już oczywiście na straty, natomiast tych, którzy ich tam sprowadzili i kazali podskakiwać, można by było jeszcze jakoś zmusić do opamiętania. Oni bowiem mogą być oczywiście bardzo głupi i podli, nie zmienia to jednak faktu, że większość z nich znakomicie zdaje sobie sprawę zarówno z tego, że przede wszystkim nikt nikomu nie odbiera wolności korzystania z Internetu, jak i tego, że, gdy chodzi o System i jego agendy, chyba nie ma już takiej metody śledzenia każdego naszego kroku, której oni by nie znali i nie byli w stanie użyć, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Od wielu już lat bowiem każdy nasz ruch, każde nasze słowo, nieomal każda nasza myśl, czy to w Internecie, czy podczas przechadzki w lokalnej galerii handlowej są poddane takiej inwigilacji, o jakiej nawet Orwellowi się nie śniło. Winston przynajmniej wiedział, gdzie jest ta kamery i gdy chciał zrobić coś nieprawomyślnego, to chował się w tym jednym kącie, gdzie pozostawał niewidoczny. Ja dziś wyglądam za okno, a tam normalnie, drzewo i dach domu naprzeciwko.
Pamiętam choćby, jak jeszcze wiele lat temu, ale, owszem, już za rządów Platformy otrzymałem maila od jednego ze znajomych z bloga, który uprzejmie zaproponował mi, bym dołączył do jego Facebooka. Ponieważ był to czas, gdy ze względu na bezpieczeństwo finansowe swoje i rodziny, musiałem zawiesić swoją aktywność na Facebooku i swoje konto zamknąłem, napisałem wspomnianemu koledze, żeby na mnie nie liczył. On to oczywiście natychmiast zrozumiał, natomiast to, co nie pozwoliło mi o sprawie zapomnieć, to fakt, że pod zapraszającym mnie mailem, znalazłem sześć zaproszeń już od samego Facebooka. Trzy z nich były dość oczywiste. Mianowicie Facebook uznał, że ja „mogę znać” mojego syna, jedną z moich córek i córkę jednego z moich bliskich kolegów, z którą utrzymuję taki sobie kontakt. Oprócz nich pojawił się też człowiek, którego akurat sobie nie przypominałem, no ale pomyślałem sobie, że skoro Facebook pisze, że ja go „mogę” znać, to równie dobrze może się okazać, że go mogę nie znać.
To co mnie jednak zdziwiło – najpierw przelotnie, a później, z każdą chwilą coraz mocniej – to dwa kolejne nazwiska. Otóż za jednym z nich stał człowiek, którego uczyłem jakieś dziesięć lat wcześniej i z którym mogłem mieć – choć akurat tego nie pamiętałem – jakąś skromną mailową wymianę w tamtych latach. Drugie z nich sprowokowało mnie do jeszcze ciekawszych refleksje. Otóż też mniej więcej w tamtym czasie kupowałem coś przez Internet – myślę, że to mogła być jakaś płyta CD – a człowiekiem, z którego oferty przez chwilę korzystałem, był pewien Anglik, z którym przy tej okazji wymieniłem może dwa, a może trzy maile. Nic takiego. Normalne, gdzie mieszkasz, kim jesteś i pozdrowienia. Ale jak mówię, to było tak dawno, że gdybym miał częstszy zwyczaj nawiązywania internetowych znajomości, pewnie bym jego nazwiska nawet nie zapamiętał. A tu nagle czytam wiadomość od Facebooka, że oni sobie pomyśleli, że ja go „mogę znać”.
Zobaczyłem te dwa nazwiska i pomyślałem najpierw, że pewnie ci moi dawni znajomi jakimś cudem wciąż mnie wciąż mają gdzieś w pamięci swojego komputera, no a ten Facebook to widzi i rozsyła te zaproszenia. No ale minęło parę godzin, a ja mimo to się wciąż zastanawiałem, jak to się stało, że do mnie wysyła wiadomość kolega z bloga, a Facebook dołącza do niej wspomnienie – moje wspomnienie – sprzed niemal już dziesięciu lat. Zapytałem swojego syna, co on o tym sądzi, na co on uznał, że pewnie oni są jakoś zsynchronizowani z Onetem, a ponieważ ja mam od wielu lat mailowe konto właśnie na Onecie, to automatycznie wykryli moje jakieś stare maile. No ale przede wszystkim, ja przez dziesięć lat wysłałem i otrzymałem tysiące maili od ludzi, których kiedyś bardziej lub mniej, lub jeszcze mniej znałem, a o których dziś nawet nie mam pojęcia, czy żyją. Dlaczego dziś Facebook nagle mi przypomina tych dwóch? I w ogóle, czemu mi przypomina kogokolwiek z tak zapadłej przeszłości. I jak on to robi, że jest w stanie przypominać mi o czymś, czego ja już niemal nie pamiętam?
I tu nie mogło chodzić o mój komputer. Ja przez te wszystkie lata zmieniałem sprzęt wraz z całą jego możliwą zawartością kilkakrotnie. Domyślam się, że tamci dwaj robili to nawet częściej, więc też chyba winowajcą nie jest nasz sprzęt. Pozostaje ten Onet, lub – może jeśli idzie o tego Anglika – jakiś jego tamtejszy operator. No ale jeśli zatem Facebook sprzężony jest z tymi internetowymi systemami i automatycznie uzyskuje dane o tak drobnych wymianach sprzed dziesięciu już lat, to znaczy, że z jednej strony Onet i wszyscy inni zachowują na wieczną pamiątkę wszystkie informacje dotyczące każdego najmniejszego głupstwa z całej swojej historii, a jednocześnie każde tego typu głupstwo staje się automatycznie własnością organizacji – bo wygląda na to, że to jest prawdziwa Organizacja – takiej jak Facebook. Po co, dlaczego, jak i na jakiej zasadzie? No a jeżeli oni wiedzą to, ciekawe by było się też dowiedzieć, czego nie wiedzą? A jeżeli czegoś nie wiedzą, to czy to znaczy, że wiedzieć nie mogą, czy że nie chcą, czy może, że chcą, tyle że akurat nie teraz?
No i wreszcie nie mogłem nie pomyśleć o czymś, co w tym wszystkim musiało robić wrażenie największe. Jak ja bym się mianowicie poczuł, gdyby oni mi przysłali propozycję zostania facebookowym znajomym kobiety, z którą ja dajmy na to 10 lat temu miałem romans, ale przez te wszystkie lat bardzo sporządniałem i o tamtym nieszczęściu zapomniałem? Albo gdyby ten Anglik, od którego kupowałem płyty z muzyką wysyłał mi dziecięcą pornografię, którą się kiedyś interesowałem, ale mi przeszło i uznałem, że wszystko jest tylko czarną historią. Jak ja bym się poczuł, gdyby po tych dziesięciu latach Facebook zechciał mi ten wstyd przypomnieć w formie niewinnego pytania: „Czy wy się przypadkiem nie znacie?”
Moje dotychczasowe życie akurat minęło mi w taki sposób, że problem tak zwanej inwigilacji może mnie obchodzić wyłącznie teoretycznie. Jeśli chodzi o mnie, oni mogą mnie obserwować od rana do wieczora, kiedy tylko chcą, bylebym nie musiał o tym wiedzieć i tego oglądać. Krótko mówiąc, nie mam nic do ukrycia poza tym, o czym i tak mówię księdzu w spowiedzi. Gdybym był jakimś ważnym biznesmenem, albo politykiem, to ludzie ze służb specjalnych mogliby mnie zechcieć otruć, a moje dzieci uprowadzić. Gdybym był prezesem jakiejś ważnej spółki, Facebook mógłby moim nieprzyjaciołom dostarczyć jakieś moje stare maile i mnie w ten sposób próbować zniszczyć. Nawet gdybym był – tak jak i dziś jestem – nikim, ale za to miałbym za sobą jakąś bujną przeszłość na poziomie narkotyków i dziwek, to być może warto by było poszperać w starych śmieciach. Ja jednak jestem, kim jestem, a ponieważ w dodatku moja jedyna publiczna działalność polega na prowadzeniu tego bloga i pisaniu książek, które są powszechnie dostępne, jeśli ktoś mi chce zrobić krzywdę, i tak już ma mnie na przysłowiowym widelcu. A zatem, by mi dokuczyć, nie trzeba w to angażować Facebooka. No powiedzmy – trochę. Ale z pewnością nie jego głębokiej części systemowej.
A zatem kiedy dziś widzę, że Facebook wie, z kim ja prowadziłem nicnieznaczące rozmowy w roku 2000 i się w dodatku tą wiedzą przede mną chwali, nie czuję niepokoju. Co najwyżej ciekawość. I to też już nawet nie o to, jak oni to robią, że wiedzą o mnie wszystko. Pewnie jakoś wiedzą i niech im ta wiedza stanie kością w gardle. To co mnie interesuje dziś, to właśnie cała ta polityczna akcja prowadzona pod hasłem wolnego Internetu. To co mnie naprawdę tu fascynuje, to jak można być tak tępym, żeby się nagle dać namówić na wychodzenie w tej chlapie na ulicę i protestowanie przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, bo oni chcą nas śledzić przez Internet?
Telewizję oglądam korzystając z oferty czegoś, co się nazywa Neovision. Na balkonie mam antenę, obok telewizora dekoder Cyfry, no i ile razy mi przyjdzie ochota, to sobie coś tam oglądam. Nie zdarza się to często, ale czasem dzwonię do nich z prośbą o poradę. I wtedy regularnie się okazuje, że oni podczas tej rozmowy widzą każdy mój ruch palca na pilocie. Dziewczyna po tamtej stronie linii mówi: „Niech pan przyciśnie przycisk z napisem setup” i niemal w tej samej chwili: „O właśnie tak”. Przepraszam bardzo, ale skoro tak, to czego ja dziś jeszcze mogę być pewien? Że jak mi przyjdzie ochota, by sobie pooglądać trochę tego porno, co oni tam udostępniają za darmo i bez ograniczeń tuż obok Mezzo, to po paru dniach nie dostanę maila z ofertą burdeli w Siemianowicach, Tychach i w Rudzie Śląskiej?
I oni mi mówią, że ja się mam bać Jarosława Kaczyńskiego i w ramach solidarności osób represjonowanych, wzywają do Polski jakichś włoskich kontrolerów.

Przypominam wszystkim, że moje książki można bezkarnie kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam. Naprawdę warto.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Szare towarzystwo z Fejsa

Kiedy się to zdarzyło, sprawę zlekceważyłem. Zlekceważyłem, bo w ogóle tak jestem skonstruowany, że rzeczy do mnie docierają zwykle po pewnym czasie. Poza tym, mimo że – jak wszystkim wiadomo – jestem moherowym faszystą i tropicielem wszelkiego autoramentu spisków, w owo tropicielstwo nie angażuję się aż tak, jak niektórzy mogliby przypuszczać. Jeśli mam do wyboru spisek i jego brak – wybieram zawsze to drugie. A więc przypadek, lub nawet jeżeli plan, to bardzo niegroźny i nic nie znaczący.
No ale w końcu padło i na mnie. Otóż wczoraj otrzymałem mail od jednego z naszych blogowych przyjaciół, który uprzejmie zaproponował mi, bym dołączył do jego Facebooka. Ponieważ, jak już niektórzy mieli okazję się dowiedzieć, ta cywilizacyjna rozrywka nie jest już od pewnego czasu moim udziałem, co zostało w pewnym sensie na mnie wymuszone troską o dobro moje i mojej rodziny, napisałem wspomnianemu koledze, że, jeśli idzie o Facebooka, ja akurat od pewnego czasu już nie biorę udziału w tej zabawie. On to oczywiście natychmiast zrozumiał, natomiast to co mi wciąż kazało pozostać w temacie, to fakt, że pod zapraszającym mnie mailem, znalazłem sześć zaproszeń już od samego Facebooka. Trzy z nich były dość oczywiste. Mianowicie Facebook uznał, że ja „mogę znać” mojego syna, jedną z moich córek i córkę jednego z moich bliskich kolegów, z którą utrzymuję taki sobie kontakt. Oprócz nich pojawił się jakiś człowiek, którego akurat sobie nie przypominam, no ale skoro Facebook pisze, ze ja go „mogę znać”, to równie dobrze może się okazać, że ja go nie znam.
To co mnie jednak zdziwiło – najpierw, jak mówię, przelotnie – a później, z każdą chwilą coraz mocniej, to dwa kolejne nazwiska. Otóż jedno z nich, to jest człowiek, którego uczyłem jakieś dziesięć lat temu i z którym mogłem mieć – choć akurat tego nie pamiętam – jakąś skromną mailową wymianę w tamtych latach. Drugie z nich jest jeszcze ciekawsze. Otóż też mniej więcej w tamtym czasie kupowałem coś przez Internet. Człowiekiem, z którego zasobów przez chwilę korzystałem, był pewien Anglik, z którym wymieniłem może dwa, a może trzy maile. Nic takiego. Normalne, gdzie mieszkasz, kim jesteś i pozdrowienia. Ale jak mówię, to było tak dawno, że gdybym miał częstszy zwyczaj nawiązywania internetowych wiadomości, pewnie bym jego nazwiska nawet nie zapamiętał. A tu nagle czytam wiadomość od Facebooka, że oni sobie pomyśleli, że ja go „mogę znać”.
Zobaczyłem te dwa nazwiska i pomyślałem najpierw, że pewnie oni mnie wciąż mają gdzieś w pamięci swojego komputera i że to dziwne, a później, że patrzcie państwo, jak ten Facebook jest dobrze zorientowany. No ale minęło parę godzin, a ja dalej się zastanawiałem, jak to się stało, że do mnie wysyła wiadomość kolega z bloga, a Facebook dołącza do niej wspomnienie – moje wspomnienie – sprzed niemal już dziesięciu lat. Zapytałem więc młodego Toyaha, co on o tym sądzi. On najpierw też nie wykazał zainteresowania. Uznał, że pewnie oni są jakoś zsynchronizowani z Onetem, a ponieważ ja mam od wielu lat konto właśnie na Onecie, to automatycznie wykryli moje jakieś stare maile. No ale przede wszystkim, ja przez dziesięć lat wysłałem i otrzymałem tysiące maili od ludzi, których kiedyś bardziej lub mniej, lub jeszcze mniej znałem, a o których dziś nawet nie mam pojęcia, czy żyją. Dlaczego dziś Facebook nagle mi przypomina tych dwóch? I w ogóle, czemu mi przypomina kogokolwiek z tak zapadłej przeszłości. I jak on to robi, że jest w stanie przypominać mi o czymś, czego ja już niemal nie pamiętam?
To nie może chodzić o mój komputer. Od tamtych lat zmieniałem sprzęt wraz z całą jego możliwą zawartością kilkakrotnie. Domyślam się, że ci dwaj robili to nawet częściej, więc też chyba winowajcą nie są ich komputery. Pozostaje ten Onet, lub – może jeśli idzie o tego Anglika – jakiś jego tamtejszy operator. No ale – dalej dociekam – jeśli Facebook sprzężony jest z tymi internetowymi systemami i automatycznie uzyskuje dane o tak drobnych wymianach sprzed dziesięciu już lat, to znaczy, że z jednej strony Onet i wszyscy inni zachowują na wieczną pamiątkę wszystkie informacje dotyczące każdego najmniejszego głupstwa z całej swojej historii, a jednocześnie każde tego typu głupstwo staje się automatycznie własnością organizacji – bo wygląda na to, że to jest prawdziwa Organizacja – takiej jak Facebook. Po co, dlaczego, jak, i na jakiej zasadzie? No a jeżeli oni wiedzą to, to czego nie wiedzą? A jeżeli czegoś nie wiedzą, to czy to znaczy, że wiedzieć nie mogą, czy że nie chcą, czy może że chcą, tyle że akurat nie teraz?
Są to pytania, które mnie akurat szczególnie nie dręczą. I też pytania, od odpowiedzi na które – akurat jeśli idzie o mnie – jak sądzę nie zależy nic. Moje życie jest tak zbudowane, że jedyna rzecz, jaka może dla mnie mieć znaczenie ostateczne, to tylko to, że ono prędzej czy później musi się skończyć. A jeśli idzie o codzienność, to moje wszelkie zmartwienia są związane albo z bezpośrednim losem mojej rodziny, albo siłą rzeczy moim. A on akurat nie jest w rękach ani Facebooka, ani Banku Światowego, ani nawet za bardzo Donalda Tuska i jego ferajny.
Weźmy nasze zdrowie. Gdybym ja był jakimś ważnym biznesmenem, albo politykiem, to ludzie ze służb specjalnych mogliby mnie zechcieć otruć, a moje dzieci uprowadzić. Gdybym był prezesem jakiejś ważnej spółki, Facebook mógłby moim nieprzyjaciołom dostarczyć jakieś moje stare maile i mnie w ten sposób próbować zniszczyć. Nawet gdybym był – tak jak i dziś jestem – nikim, ale za to miałbym za sobą jakąś bujną przeszłość na poziomie drągów i dziwek, to być może warto by było poszperać w starych śmieciach. Ja jednak jestem kim jestem, a ponieważ w dodatku moja jedyna publiczna działalność polega na prowadzeniu tego bloga, jeśli ktoś mi chce zrobić krzywdę już ma mnie na widelcu. W dodatku, z przyczyn o których tu już pisałem, sprawianie mi kłopotów i tak System już skutecznie przekazał w ręce ludzi którzy mnie otaczają, a więc tak zwanych współobywateli. A więc, jak się już przekonałem, w celu doprowadzenia mnie do finansowej ruiny, nie trzeba angażować Facebooka. No powiedzmy – trochę. Ale z pewnością nie jego głębokiej części systemowej.
A zatem kiedy dziś widzę, że Facebook wie, z kim ja prowadziłem nicnieznaczące rozmowy w roku 2000 i się w dodatku tą wiedzą przede mną chwali, nie czuję zaniepokojenia. Nie czułbym też tego niepokoju nawet wtedy, gdybym zamiast z jakimś nieznanym mi Anglikiem, te maile pisał z posłem Węgrzynem. W końcu dziesięć lat temu nawet on nie był kimś, na kogo należy uważać… No dobra, niech będzie, że nie z Węgrzynem, ale z Tomczykiewiczem. Natomiast to, że nie ma we mnie niepokoju, nie musi oznaczać, że cała ta sytuacja mnie nie interesuje. Bo interesuje mnie bardzo. To co chcę mianowicie wiedzieć, to czy przypadkiem nie jest przypadkiem tak, że ten mały, nicnieznaczący incydent świadczy o czymś znacznie większym i dużo poważniejszym, niż to że ja żeby przeżyć kolejny miesiąc muszę liczyć na ludzi, którzy czytają te słowa. Czy nie jest tak, że właśnie to drobne, i w gruncie rzeczy śmieszne, zdarzenie, nie pokazuje nam bardzo wyraźnie, jakie są powody tego, że dziś w Polsce – choć przecież nie tylko – jest jak jest. A jest tak, że na poziomie znacznie wyższym niż my się dziś znajdujemy, ludzie są tak straszliwie spanikowani, tak splątani, tak ubezwłasnowolnieni, jak chyba nigdy dotąd. Że na poziomie, który my możemy ewentualnie dostrzec przez szybę telewizora, panują wyłącznie strach, kłamstwa i wymuszenie. Że ci, którzy jeszcze nie tak dawno byli zwykłymi, miłymi, Bogu ducha winnymi ludźmi, dziś gotowi są sprzedać własną matkę, byleby… właśnie co? To jest to pytanie. Byleby co?
I pomyśleć tylko, że taki drobiazg, jak zaproszenie z Facebooka, może uruchomić tak interesującą falę refleksji.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...