środa, 30 marca 2016

Wszyscy jesteśmy sąsiadami

Przyznam szczerze, że nie rozumiem kompletnie, w jaki sposób można nie dość, że oglądać telewizję o nazwie „Superstacja”, to jeszcze się w niej udzielać, stało się jednak tak, że, jak donosi Twitter wywiadu owej stacji udzielił Jarosław Kaczyński i w pewnym momencie powiedział, co następuje: „W każdym społeczeństwie jest taki element najbardziej zdemoralizowany, podły, animalny i powtarzam – tutaj się niczym nie różnimy od innych. No i ten element, ta część społeczeństwa nie może być nigdy traktowana jako całość. No bo to nasi wrogowie bardzo często próbują sprowadzić Polaków to tego. Odnosząc się do czasów wojny, gdzie przecież była ta podła część społeczeństwa, taki margines. Dzisiaj próbuje się ich przedstawiać jako jakby reprezentację społeczeństwa, jako grupę reprezentatywną”.
Na te słowa zareagował człowiek nazwiskiem Michał Zieliński, jak sam o sobie pisze, analityk polityczny w Instytucie Obywatelskim i na wspomnianym Twitterze zamieścił następujący komentarz: „Kaczyński pokojowo o przeciwnikach: ‘najbardziej zdemoralizowany, podły, animalny element społeczeństwa’”. Nie wiem, czym jest Instytut Obywatelski, a tym bardziej nie mam pojęcia, kim jest analityk polityczny w owym Instytucie, Michał Zieliński, chociaż jest mi bardzo łatwo podejrzewać, że jest to po prostu kolejna kuźnia kolejnych idiotów i kolejny jej produkt. Przyznać jednak muszę, że ten poziom niezrozumienia tekstu pisanego zrobił nawet na mnie wrażenie naprawdę duże.
Jakby tego było jednak mało, informacja podana przez Zielińskiego dotarła niemal natychmiast do nie byle kogo, ale do samego wicenaczelnego „Gazety Wyborczej”, Jarosława Kurskiego, który uznał za stosowne ją podać dalej, w nadziei, że jak największa publiczność usłyszy, jak to Jarosław Kaczyński traktuje skupionych wokół Mateusza Kijowskiego bojowników o demokrację i ich medialną opokę.
Tekst ten piszę jeszcze we wtorek w nocy, a więc w dzień, kiedy zdarzenie miało miejsce, ale oczyma wyobraźni widzę, jak już kolejny dzień przynosi sensacyjną wiadomość, że oto Jarosław Kaczyński polityczną opozycję w Polsce określił epitetem „zwierzęta”. W końcu mieliśmy już „Gestapo”, mieliśmy „gorszy sort”, ostatnio też „odwołane spotkanie z Obamą”, nie ma więc powodu, by nie skorzystać i z tej okazji.
A ja już mam tylko jedną prośbę. Niech nikt już może nie apeluje do Jarosława Kaczyńskiego, by uważał na poszczególne wypowiadane przez siebie słowa, bo przyjdzie taki dzień, kiedy on powie „Dzień dobry” i okaże się, że tym samym wykopał sobie grób.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

wtorek, 29 marca 2016

O szlachetnym Stryczku i ponurym katomarksizmie, czyli paczką w łeb

Gdyby ktoś nie wiedział, a był zainteresowany, bardzo krótko opowiem, na czym polega projekt znany pod nazwą „Szlachetna Paczka”, a realizowany w Polsce z coraz większym sukcesem przez księdza Jacka Stryczka. Ogólnie bardzo rzecz ujmując, chodzi o to, że raz do roku, bardzo biedne rodziny aplikują do księdza Jacka o pomoc, on do owych rodzin wysyła wolontariuszy, którzy sprawdzają na miejscu sytuację, następnie sporządzają bardzo szczegółową i opartą na ściśle określonych kryteriach opinię, która jest analizowana przez innych wolontariuszy i wreszcie lista zakwalifikowanych do uzyskania pomocy rodzin zostaje opublikowana. W tym momencie do księdza Stryczka zgłaszają się tak zwani darczyńcy i deklarują odpowiednie wsparcie dla potrzebujących.
O jakim wsparciu mówimy? Otóż pomysł jest taki, że w grę wchodzi wszystko, czego rodziny sobie zażyczą. Ktoś chce tonę węgla – może być tona węgla; ktoś potrzebuje stół, albo dywan – będzie stół i dywan; dziecko chce laptopa, lub domek dla Barbie – proszę bardzo, może być laptop i domek; kto inny marzy o dżinsach firmy Levis, będą Levisy. Z tego co wiem, nie ma marzenia – być może z wyjątkiem willi z ogrodem, czy nagłej śmierci dla starej Kowalskiej – którego ksiądz Stryczek nie spełni. Warunek jest jeden: zakwalifikowane do „paczki” rodziny mają przedstawić listę potrzeb, lista zostanie przekazana dla majętnych darczyńców i w określonym dniu pod dom zajeżdża ciężarówka z paczkami. Czasem w towarzystwie wozu transmisyjnego telewizji.
Ktoś mnie spyta, skąd ja to wszystko wiem. Otóż wiem to wszystko, bo mi opowiadała córka, która od wielu lat jest wolontariuszem u księdza Stryczka i przez parę miesięcy w roku temat „Szlachetnej Paczki” jest jednym z pierwszych tematów w naszym domu. Czy jej się działalność w „Szlachetnej Paczce” podoba? Owszem, bardzo. Są oczywiście drobne powody do narzekań, ale generalnie ona jest w to bardzo mocno całym sercem zaangażowana. Ona, jak mówię, działa tam od wielu lat i historie, które nam każdego roku przynosi, są tak niekiedy wstrząsające, że nie ma sposobu, by je tu na tym blogu opisywać. Ale też z jej opowieści wynika, że nie ma na świecie wiele rzeczy tak poruszających, jak widok tej biednej, najczęściej nie z własnej winy, rodziny, tych matek, tych ojców, tych dzieci wreszcie, jak są nagle zasypywani stosem tych paczek, i w pewnym momencie nie ma już nic więcej, jak tylko te łzy szczęścia.
A więc to jest projekt księdza Jacka Stryczka, który wprawdzie, gdy chodzi o tak zwaną dobroczynność, pod względem popularności, nie ma się co równać z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, jednak jego skala, z tego co słyszę, owe miliony Owsiaka już dawno przegoniła. Z tego co słyszę, realna wielkość zeszłorocznej pomocy w ramach „Szlachetnej Paczki” jest tak duża, że póki co Owsiak o czymś takim może dopiero marzyć, a wygląda na to, że kolejne lata będą już tylko lepsze.
Co ja sądzę o działalności dobroczynnej organizowanej poza Kościołem, miałem okazję tu pisać niejednokrotnie. Jeśli jednak chodzi o projekt księdza Stryczka, mam uczucia mieszane. Z jednej strony oczywiście ja wiem, że, podobnie jak się to dzieje w przypadku Owsiaka, z praktycznego punktu widzenia, za tą całą „paczką” nie stoi nic innego, jak lans jednego człowieka. W wymiarze uniwersalnym, owa „pomoc” nie ma żadnego znaczenia. Nawet jeśli okaże się, że gdzieś tam, dzięki temu stołowi, czy długopisowi, jakieś dziecko uzyska upragnione warunki do nauki, dostanie się na dobre studia i będzie mogło zacząć utrzymywać rodzinę, to jest wciąż jedynie pojedynczy gest jednego darczyńcy. Z drugiej jednak strony, nawet jeśli sam ksiądz Stryczek prowadząc swoją akcję trąbi i wali w bębny, ów darczyńca pozostaje doskonale anonimowy i cichy, a to jest coś, co zasługuje zdecydowanie na szacunek. Również dla samego księdza Stryczka, który tak to wszystko zorganizował, by oni wszyscy pozostali cisi i anonimowi, no i żeby na końcu został tylko ten jeden milczący gest solidarności.
Jest jednak coś w owej „Szlachetnej Paczce”, co mi nie pozwala zamknąć tematu w tak sympatyczny sposób i co prawdę powiedziawszy stanowi główny powód, dla którego piszę dziś ten tekst. Otóż chodzi o samego księdza Stryczka. Jak się dowiaduję, ów ksiądz udzielił dłuższej wypowiedzi dla portalu money.pl http://manager.money.pl/ludzie/artykul/ks-jacek-stryczek-jezus-wcale-nie-kazal-sie,65,0,2046785.html, w której wypowiedział bardzo dużo kwestii zasługujących na osobne potraktowanie, ja jednak chciałbym wspomnieć zaledwie jedną z nich:
„[Co siódmy Polak pracuje, ale żyje w ubóstwie] Ale to zależy tylko od niego. Nikt nie jest skazany na to miejsce pracy, w którym jest, a jeżeli czuje, że jest skazany na nie, to znaczy, że się zagubił, stał się niewolnikiem sytuacji, z której nie potrafi znaleźć wyjścia.
Jeżeli w jego branży nie ma więcej pracy, powinien się przekwalifikować, stopniowo budować swoje kompetencje, żeby z czasem migrować na rynku pracy. A u nas w ramach właśnie tego katomarksizmu jest takie myślenie, że jeśli mi jako pracownikowi jest źle, to winni są wszyscy wokoło tylko nie ja sam. Jak ci jest źle, to zmień pracę. Jeśli twój zawód jest słabo płatny, to naucz się tego, w którym płacą więcej. Wszystko zależy od człowieka, a nie od systemu. Nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość społeczna”.
A zatem, mamy z jednej strony tę „Szlachetną Paczkę”, a z drugiej człowieka, który ową nazwę stworzył i dzięki której może publicznie wygłaszać opinie takie jak powyższa. Proszę zwrócić uwagę: z jednej strony mamy tego księdza Stryczka i ten jego fantastyczny projekt, a z drugiej tę ludzką nędzę, dla której, jak się nagle okazuje, on nie ma nic, jak tylko pogardę.
Przepraszam bardzo, ale chyba już wolę Owsiaka. Ten się przynajmniej lepiej kamufluje.

Zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Polecam całym sercem.

sobota, 26 marca 2016

Onet, czyli Gosia jest już dużą dziewczynką

Parę dobrych lat temu napisałem tekst zatytułowany „O tym, jak Moe Green kupił sobie Onet”, w którym, opierając się na i informacjach z tak zwanych „źródeł dobrze poinformowanych”, chciałem zwrócić uwagę na fakt, że Axel Springer, wyrzucając lekką ręką z kieszeni okrągły miliard złotych na wykupienie projektu kontrolowanego przez bandę bezczelnych gówniarzy, dla których to, kto im płaci, jest rzeczą pozbawioną najmniejszego choćby znaczenia, zrobił najgorszy interes w całej swojej karierze. Mają bowiem Niemcy ten swój Onet, ciągną z niego oczywiście co się da, natomiast o tym, żeby choć przez chwilę poczuć ów urok władzy, mowy być nie może, bo Gosia, Arek, Sławek i Marcin nie pozwolą, by im się Niemcy do zabawy wpieprzali.
A wszystko zaczęło się od tego, że przed Bożym Narodzeniem 2013 roku na głównej stronie wspomnianego Onetu ukazało się zdjęcie przedstawiające hitlerowskich żołnierzy przy świątecznej choince i tekst opowiadający o tym, jak to naziści podobnie do niektórych z nas, również kochali Pana Jezusa. Zdjęcie wywołało pewne poruszenie, a główne ostrze krytyki za uprawianie antypolskiej propagandy zostało skierowane przeciwko niemieckiemu właścicielowi Onetu. Ponieważ ja, jak mówię, miałem informacje, że Niemcy na politykę prowadzoną przez Gosię, Arka, Sławka i Marcina mają mniej więcej taki sam wpływ, jak Moe Green miał na swoje hotele, zanim został zamordowany przez Michaela Corleone, uznałem za stosowne zasugerować, że my nasze pretensję powinniśmy kierować nie do Niemców akurat, tylko właśnie do tej bandy krakowskich japiszonów, których intencje są nam wprawdzie nieznane, ale to oni jak najbardziej postanowili się z nami drażnić.
Minęły trzy lata i oto Onet opublikował coś takiego:


Przyznaję, że nie mam pojęcia, kiedy i jak długo to tam wisiało, czy był jakaś interwencja, czy może wszystko zostało przeprowadzone od początku do końca, faktem jest jednak to, że czy to Gosia, czy też Arek, a może Marcin, lub Sławek uznali, że zrobią na nas odpowiednie wrażenie, publikując zdjęcie polskich kobiet prowadzonych przez niemieckich żołnierzy na śmierć, z sugestią, że one polazły z nimi do tego lasu, żeby sobie poużywać. Nasza koleżanka, Klara Brodacka, komentująca tu swego czasu bardzo często i z prawdziwym talentem, na owym zdjęciu rozpoznała mamę swojego męża, Marię Brodacką, która została rozstrzelana w Palmirach za pomoc Żydom, i potwierdziła, że to właśnie zdjęcie ukazuje ów moment, kiedy teściowa jej jest prowadzona przez Niemca na śmierć. Tymczasem Arek, Marcin, a może Gosia, lub Sławek postanowili nam wytłumaczyć, że to wcale tak nie było, że ten las miał zupełnie inne przeznaczenie, zwłaszcza gdy chodzi o relacje Niemców z polskimi kobietami.
No i tu pojawia się pytanie, czemu oni to robią. Czemu Gosia ze Sławkiem się z nami w taki sposób zabawiają i czemu robią to z takim zaangażowaniem? Bo dlaczego Axel Springer nie interweniuje, to ja już wiem. Gdyby on powywalał tych gówniarzy na zbity pysk i na ich miejscu posadził jakąś Gerdę i Hansa, podniósłby się taki wrzask, że Niemcy nas biją, że firma by się z tego nie podniosła. A więc patrzą tylko jak ci folksdojcze robią sobie jaja i pewnie coś tam z tego próbują dla siebie wyciągnąć. O tak! Tu nie ma najmniejszej wątpliwości. Oni z całą pewnością nie pozwolą sobie na to, żeby jakoś tego uśmiechu losu nie wykorzystać.
A więc wygląda na to, że zostaliśmy otoczeni na czysto. Co więc możemy na tę okoliczność poradzić. Otóż ja nie wiem, jakie są możliwości prawne, gdy chodzi o firmę o takiej pozycji jak Onet, ale moim zdaniem najlepiej by było, gdyby rodzina tej pani na zdjęciu pozwała ich w taki sposób, by oni to poczuli. Zakładam jednak, że to jest sprawa nie do przeprowadzenia. Nie tu w Polsce. W tej sytuacji zatem pozostaje już tylko apelować do polskiego rządu, by problem Onetu załatwił podczas bezpośrednich rozmów z Niemcami. Jestem pewien, że to jest o wiele krótsza piłka, niż się wydaje. Wystarczy przypomnieć sobie, jak zgrabnie podczas bezpośrednich rozmów z kanclerz Merkel Donald Tusk rozegrał dla siebie problem „Faktu”, wyrzucając stamtąd najpierw Warzechę, a chwilę potem samego Jankowskiego. Można podejrzewać, że przynajmniej gdy chodzi o Niemców, to jest zawsze najbardziej skuteczny kierunek. Dla nich wolność mediów to podstawa.

Gdyby ktoś szukał dorogi, to księgarnia, w której można kupic moje książki znajduje się pod adresem www.coryllus.pl.

piątek, 25 marca 2016

Gdy stara ubecja zachowuje się jak trzeba

Dziś, po niezaplanowanej przerwie, mój kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Zapraszam do kupowania i do czytania.

Nie wiem, na ile czytelnicy „Warszawskiej Gazety” mieli szansę zwrócić na tę dziwną postać uwagę, ale w tych dniach przez media przeleciało nazwisko niejakiej Katarzyny Kukieły. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, co to takiego owa Kukieła, ale gdyby jednak ktoś nie wiedział, to powiem bardzo krótko, że jest to starsza pani, mieszkanka Krakowa, reprezentująca styl elegancji gdzieniegdzie określany epitetem „faszyn from raszyn”, która zawodowo trudni się albo wynajmowaniem kamienic, albo uczestniczeniem w marszach KOD-u. Kukieła zdobyła sławę, kiedy na Facebooku opublikowała tekst obrażający prezydenta Dudę, czym naraziła się jakimś lokalnym biznesmenom, którzy, jak się okazało, akurat nie mieli ochoty na to, by ich mieszać do polityki, no a teraz nie za bardzo mają z tego ambarasu wyjście.
Ponieważ Kukieła, jak już wspomnieliśmy wcześniej, to działaczka KOD-u, w jej obronie natychmiast stanęła przede wszystkim Organizacja, ale również sprzymierzone media, w tym przede wszystkim „Gazeta Wyborcza”. I nie byłoby w tym nic dziwnego – w końcu zarówno Kukieła, jak i jej znajomi, to ludzie zamożni i niewykluczone, że przynajmniej krakowski oddział KOD-u jest na ich utrzymaniu, no a „Wyborcza” też stara się być wszędzie, gdzie faszyzm podnosi głowę – gdyby nie fakt, że sama Kukieła została zaatakowana głównie przez swoich biznesowych partnerów, a więc też pewnie demokratów, a nie przez czarny, pisowski motłoch, no a poza tym szczególne wrażenie zrobiła forma tej obrony. Otóż osłaniając Kukiełę własną piersią „Wyborcza” uderzyła w tony, na jakie sobie pozwala w sytuacjach wyjątkowych, takich choćby jak profanacja nazwy Holocaust, lub nazwiska Bartoszewski, a więc postanowiła opluć świętości najbardziej polskie. I powiem szczerze, że to mnie zaskoczyło naprawdę mocno. No bo ja bym się spodziewał, że oni napiszą na przykład, że obrażając Prezydenta Kukieła wykazała się naprawdę dużym poczuciem humoru, albo że Prawo i Sprawiedliwość szczują przeciwko biednej kobiecie po to, by przykryć aferę z Trybunałem Konstytucyjnym, tymczasem, jak się okazało, oni uznali za stosowne uderzyć w nutę najwyższą i ogłosili, że Kukieła… „zachowała się jak trzeba”.
I teraz jest tak, że kiedy ja oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że czytelnicy „Warszawskiej Gazety” nie słyszeli nazwiska Kukieła, to nie wierzę, by którykolwiek z nas nie wiedział, że słowa „zachowałam się jak trzeba” wypowiedziane zostały przez wielką polską bohaterkę Danutę Siedzikówną tuż przed tym, jak została zamordowana przez ludzi, z których niektórzy zapewne do dziś bardzo chętnie czytają „Gazetę Wyborczą”. Wiemy to my, ale też z całą pewnością świetnie zdają sobie sprawę z wagi tego grepsu redaktorzy „Wyborczej”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni porównując Kukiełę do Siedzikówny, świetnie wiedzieli, co robią.
Oni to wiedzieli. My jeszcze się zastanawiamy, ale jestem pewien, że się niedługo dowiemy, skąd tam aż taka wściekłość. No bo nie oszukujmy się. Na pewno nie poszło o jakąś półprzytomna pańcię.

Zapraszam również wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

środa, 23 marca 2016

O polskiej pamięci, polskiej historii i polskim cwaniactwie

Jak wiemy bardzo dobrze, od wielu już lat nie trzeba nam nawet oglądać polskich filmów, żeby wiedzieć, że przeszliśmy naprawdę bardzo daleką drogę nawet nie tylko od takich dzieł, jak „Pingwin”, Żywot Mateusza”, czy „Do widzenia do jutra”, ale nawet „Wodzireja”, czy „Brzeziny”. Wystarczy pójść do kina na, powiedzmy, najnowszy „Wstrząs” i przy okazji obejrzeć sobie zwiastuny najnowszych polskich komedii, czy dramatów kryminalnych, by wiedzieć, co się tam aktualnie dzieje. A zatem, kiedy się dowiedziałem, że wreszcie udało się dokończyć dwa z dawna wyczekiwane filmy, o Żołnierzach Wyklętych i Smoleńsku, z prawdziwym bólem serca musiałem założyć, że tam na nas nic nie czeka, poza właśnie owym bólem i przekonaniem, że i tak lepiej już nie będzie. I się niestety nie zawiodłem.
Inaczej jednak, i to z powodów, których nie znam tak naprawdę do dziś, jest z polską tak zwaną produkcją dokumentalną. Zarówno dawne filmy Ewy Stankiewicz, jak i kolejne, robione nawet nie przez zawodowych reżyserów, takich jak Gargas, czy Lichocką, na temat katastrofy w Smoleńsku, też się dało oglądać. Filmy Grzegorza Brauna – to były filmy naprawdę bardzo dobre. Nawet dawne dokumentalne filmy Kieślowskiego, który w fabule nigdy nie sięgał wyżej niż najbardziej tandetna kinematografia belgijsko-francuska, były naprawdę bardzo dobre. Ja znam opinię na temat produkcji filmów dokumentalnych wyrażoną przez Coryllusa, który twierdzi, że to jest coś absolutnie najprostszego i żę nie trzeba umieć nic, by nakręcić przeciętny film dokumentalny, i nie wykluczam, że ma on rację. Tym bardziej więc jednak nie jestem w stanie pojąć, jak to się stało, że od miesiąca już zapowiadany film Marii Dłużniewskiej o zabójstwie bł. Jerzego Popiełuszki pt. „Ksiądz” może się okazać aż taką porażką.
Proszę sobie wyobrazić tę Dłużewską, jak za pieniądze TVP decyduje się robić rzekomo sensacyjny film o księdzu Jerzym, siada przy biurku, skrobie się ołówkiem po głowie i wreszcie wpada na pomysł: „Okay. To zrobimy tak, że z jednej strony pokażemy stare materiały SB, na których albo Piotrowski z Pietruszką opowiadają jak było, albo Pękala z Chmielewskim pokazują jak było, albo podczas konfrontacji Chrostowski rozpoznaje Pękalę i Chmielewskiego, z drugiej chodzącego po Warszawie księdza Małkowskiego i albo kupującego w kiosku "Gazetę Polską", albo opowiadającego o tym, jak to ksiądz Popiełuszko został zabity zamiast niego, na koniec damy zbliżenie z sekcji zwłok Księdza (po raz pierwszy na ekranie!) i będzie git”. Aha, no i jeszcze coś – koniecznie tłumy na pogrzebie, no i jakaś tam muzyka. Przepraszam bardzo, ale takiej bezczelności ta akurat branża chyba dotychczas nie widziała.
I to jest właśnie coś, co nam odnowiona TVP pokazała po latach. Stare esbeckie taśmy i księdza Małkowskiego jak się albo modli, albo opowiada, że Chrostowski był esbekiem. Przepraszam bardzo, ale jeśli ten akurat film ma nam coś mówić na temat spisku, śmierci i męczeństwa księdza Jerzego, nie mówi nam na ten temat nic. Natomiast jeśli on ma nas informować odnośnie kondycji, w jakiej się znajduje to wszystko, co nazywamy polską sztuką filmową, to ja już wiem, co będzie dalej. Ja nie tylko wiem, jak złym filmem jest „Historia Roja”, jak fatalny jest „Smoleńsk” Krauzego, ale też to, co nas jeszcze czeka w tym roku i w następnych latach, gdy zostanie na dobre uruchomiony projekt „Polska pamięć – polska historia”. I się zacznie zaglądanie do szuflad.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. Polecam szczerze.

poniedziałek, 21 marca 2016

O Kukiele, co chciała dobrze, czyli koniec polityki

Nie wiem, czy wielu z nas zwróciło na to uwagę, ale zanim jeszcze na dobre zdążyło się zakończyć pamiętne spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z premierem Węgier Orbanem w restauracji o nazwie „Zielona Owieczka” w Niedzicy, w mediach pojawiły się szydercze komentarze dotyczące owej sympatycznej nazwy. Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiła rozmowa Jolanty Pieńkowskiej z Kazimierzem Marcinkiewiczem w telewizji TVN, kiedy ten, chcąc w pewnym momencie zdyskredytować zarówno rangę spotkania, jak i samo miejsce, w którym ono się odbywało, niby przez nieuwagę użył nazwy „zielony baran”. Pieńkowska na ów popis humoru dostała ataku histerycznego śmiechu, natomiast sam Marcinkiewicz już tylko uśmiechnął się cwaniacko i skromnie spuścił oczy. Pamiętam to świetnie.
No i ja w tym momencie wiedziałem już, że wszyscy ci z nas, którzy uważali, że dla właścicieli takiej skromnej restauracji gdzieś w Pieninach tego typu okazja to nie tylko wyróżnienie, ale przede wszystkim fantastyczna wręcz promocja, są w ciężkim błędzie, bo nawet jeśli dzięki temu spotkaniu oni nie będą się już nigdy musieli martwić o klientów, to nienawiść, jaka ich jednocześnie spotka ze strony tych, dla których oni nie będą już „Zieloną Owieczka”, ale owym „zielonym baranem” sprawi, że już niedługo zaczną sobie pluć w brodę, że w pierwszej kolejności zgodzili się na kolaborację z polsko-węgierskim faszystowskim terrorem. No i faktycznie, po kolejnych kilku dniach przeczytałem gdzieś, że któryś z właścicieli „Zielonej Owieczki” zapytany, jak się firmie powodzi w nowej sytuacji, odpowiedział, że fala zimnej nienawiści, z jaką oni się spotykają choćby na Facebooku, sprawia, że dziś, gdyby tylko mogli, na to spotkanie by się nie zgodzili.
To wszystko sprawiło, że kiedy wczoraj media podały, że krakowski kamienicznik, wynajmujący pomieszczenia czemuś co nosi nazwę Wentzl Hotel i gdzie prezydent Andrzej Duda gościł amerykańskich senatorów na kolacji, niejaka Kukieła, zamieściła na Facebooku wpis, w którym z jednej strony zmieszała Prezydenta z błotem, a z drugiej ogłosiła, że gdyby to od niej zależało, ona by go na swój teren nie wpuściła, bo jako wierna sympatyczka KOD-u nie chce mieć nic wspólnego z wrogami demokracji, uznałem, że ona złożyła ową deklarację wiedząc, co czeka jej biznes, jeśli ludzie zaczną go kojarzyć z kaczyzmem, i zwyczajnie dmuchając na zimne.
Pomyślałem sobie o tym i machnąłem na całe to szaleństwo ręką, gdy oto nagle odezwali się właściciele restauracji, serdecznie Prezydenta przeprosili i ogłosili, że oni od Kukieły jedynie wynajmują i nie życzą sobie, by ona ich wciągała w politykę.
A w tej sytuacji ja sądzę, że choć to, o czym wcześniej napisałem, niezmiennie uważam za zjawisko niezwykle interesujące z punktu widzenia socjologii powszechnego obłędu, z jakim mamy od lat do czynienia, to tu się dzieją rzeczy jeszcze ważniejsze. Otóż wygląda na to, że powoli wchodzimy w etap, gdzie wszyscy ci, których biznesowy sukces związany był dotychczas niemal wyłącznie z polityką, czują, że oto właśnie coś się skończyło i jest już ostatni moment by zadeklarować publicznie przynajmniej neutralność. Bo nie oszukujmy się: biznesowe zaangażowanie krakowskiego interesu o nazwie znacznie przecież poważniejszej, niż jakaś tam „Zielona Owieczka”, ale też z całą pewnością prowadzonego przez ludzi, dla których ktoś taki jak Andrzej Duda w normalnej sytuacji wart byłby co najwyżej splunięcia, sięga znacznie głębiej, niż stołowanie choćby nie wiadomo jak ważnych polityków. Jeśli więc oni nagle uznali, że muszą się odciąć od naszego dzisiejszego politycznego sporu, to znaczy, że się dzieją rzeczy, których wagi nie sposób zlekceważyć.
A co z Kukiełą? A co ma być z Kukiełą? Kukieła to idiotka, której dalsze losy mogą mieć znaczenie wyłącznie z punktu widzenia KOD-u. O jej pozycji świadczyć może zarówno to zdjęcie, które już wczoraj zostało wyróżnione w kategorii „Faszyn from Raszyn 2016” i prezentowane jest z dumą w Internecie, jak i samo to, że ona w ogóle miała czas łazić na demonstracje KOD-u. No i oczywiście też fakt, że ten jej wpis na Facebooku to i tak najprawdopodobniej jej najbardziej inteligentne wystąpienie w życiu, mimo że dziś, jak sama się gdzieś tam przyznała, jest „posrana ze strachu”. Przynajmniej próbowała się wycwanić. A że nie wyszło, to trudno, zdarza się
Już się nie mogę doczekać aż wspomniany wcześniej Kazimierz Marcinkiewicz ogłosi, że ma już dość polityki i przechodzi na zasłużoną emeryturę.

Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Serdecznie polecam.

sobota, 19 marca 2016

O Żydach, Polakach i Januszach spod Rzeszowa

Do mojej żony podeszła niedawno w pokoju nauczycielskim koleżanka i ostrożnie, rozglądając się dookoła, spytała ją szeptem: „Słuchaj, czy myślisz, że tu w szkole jest jakiś pisowiec?” Żona moja, jak to ona, natychmiast się nastroszyła i odpowiedziała pytaniem: „A jest ktoś, kto nie jest?” Koleżanka, uznając zapewne, że ten akurat żart jest zbyt trudny do ogarnięcia, odeszła bez słowa.
Jakiś czas temu spotkałem się z kolegą, z którym przez to, że on mieszka w Warszawie, ja w Katowicach i siłą rzeczy żyjemy w osobnych środowiskach, widzę się jedynie od czasu do czasu. Siedzieliśmy sobie tu obok u Hindusa na obiedzie, wspominaliśmy czas, który minął od ostatniego spotkania, w końcu rozmowa zeszła na politykę i w pewnym momencie zrobiło się tak dziwnie, że nie mogłem go nie zapytać, ile on zna osób, które głosują na Prawo i Sprawiedliwość. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła: „Poza tobą, ani jednej”.
Mieliśmy niedawno bardzo poważne polityczne spięcie blisko bardzo, bo w najbliższej rodzinie, i kiedy sytuacja zrobiła się naprawdę dramatyczna padło pytanie, którego mogliśmy się wszyscy spodziewać: „Jak wy w ogóle jesteście w stanie znosić sytuację, gdzie jesteście w rodzinie jedynymi, którzy popierają PiS?” Rzecz w tym, że w naszej bliższej i dalszej rodzinie, zdecydowana większość to PiS. Rzecz jednak w tym, że z jakiegoś powodu tu nastąpiła jakaś niezwykła awaria.
Opowiedziałem te trzy historie, żeby zwrócić uwagę na to, co pewnie każdy z nas w ten czy inny sposób w którymś momencie doświadczył, ale czego część z nas być może sobie nie do końca uświadamia. Chodzi mi o to, że tak się jakoś stało, że podczas gdy Polska – a od ostatnich wyborów wiemy już, że cała Polska i to niezależnie od wieku, wykształcenia, czy miejsca zamieszkania – w ogromnej większości, jeśli tylko interesuje się polityką, popiera Prawo i Sprawiedliwość, dla pewnej niewielkiej, ale niezwykle aktywnej grupy obywateli, głosem narodu jest Ryszard Petru, oraz Mateusz Kijowski i jego KOD-y. Z jakiegoś niezbadanego przeze mnie dotychczas powodu, pewna część obywateli – i to osób z mojego najbliższego otoczenia – spotykając kogoś, kto popiera Prawo i Sprawiedliwość zachowuje się, jakby zobaczyła ducha. My ich wszystkich znamy, wiemy jak najbardziej, że są i radzą sobie znakomicie, wielu z nich bardzo szanujemy i lubimy, natomiast my dla nich pozostajemy niewyjaśnioną do śmierci zagadką. My ich znamy, wiemy, że oni nienawidzą PiS-u, że chodzą na demonstracje KOD-ów, że wieszają w swoich mieszkaniach portrety Lecha Wałęsy, że życzą prezydentowi Dudzie śmierci, a jednocześnie wiemy na pewno, że to są poza tym ludzie tacy jak my – uczciwi, porządni, współczujący, niekiedy bardzo pobożni, często nie mniej inteligentni od nas, i od rana do wieczora zachodzimy w głowę, jak to możliwe, że akurat tutaj oni wpadli w otchłań aż tak… kosmiczną.
Byliśmy wczoraj na Drodze Krzyżowej, szliśmy w tym tłumie tak pięknych ludzi i w pewnym momencie mój syn zapytał mnie, ilu z nich moim zdaniem to ludzie, którzy nienawidzą PiS-u. No a ja mu odpowiedziałem szczerze bardzo, że, moim zdaniem, znacznie więcej, niż byśmy chcieli; że moim zdaniem, wielu z tych cudownych ludzi, ze zniczami i różańcami w dłoniach, to osoby, które są głęboko przekonane, że największym wrogiem Polski jest Jarosław Kaczyński. O czym myśleli sobie oni, oczywiście nie wiem, natomiast nie zdziwiłbym się, gdyby wielu z nich zastanawiało się, czy tam w tej procesji są jacyś pisowcy. I wiem też, że ile razu któreś z nich w ten sposób sobie pomyślało, to za tym stała myśl kolejna, że ów pisowiec, to musi być ktoś absolutnie najgorszy, najpewniej przyjezdny. I że tym bardziej trzeba się modlić o śmierć dla Jarosława Kaczyńskiego. Dla dobra Polski i Polaków.
Bo jak ja widzę nasz problem? Otóż wcale nie chodzi o to, że część z nas uważa, że dla dobra kraju należy wybić wszystkich pisowców, a pozostali, że wystarczy cały ten KOD wysłać na Madagaskar i będzie spokój. Zmartwienie polega na tym, że wielu z nas dało sobie wmówić, że podział polityczny, jaki nas dręczy to tak naprawdę podział kulturowy, że druga strona to nie są ludzie tacy jak my, lecz jakieś dziwadła, o których można usłyszeć tylko w telewizji, a które podobno zamieszkują nasz kraj i podobno jest ich dużo za dużo.
Nie muszę tu oczywiście powtarzać, że ja akurat doskonale wiem, w która stronę to szaleństwo jest skierowane. Kiedy zapytałem mojego kolegę z Warszawy, czy poza mną on zna choć jedną osobę, która popiera PiS, znałem odpowiedź zanim on otworzył usta. Ja doskonale wiedziałem, że tu akurat jestem jedyny, a to musi dowodzić tego, że on na temat tego, co się tak naprawdę w Polsce dzieje nie ma najmniejszego pojęcia. Ja z kolei tę sytuację mam pod pełną kontrolą, z tej prostej przyczyny, że wśród moich znajomych są ludzie, którzy PiS-u nienawidzą i wiem, że problem, przed jakim stoimy, to coś znacznie większego, niż starcie Żyd – Polak, lub Janusz spod Rzeszowa kontra Europa.
I im dłużej trwa ten klincz, jestem coraz bardziej przekonany, że tak naprawdę najważniejsze jest teraz byśmy wszyscy zrozumieli, że z tamtej strony przysłowiowego płota są ludzie dokładnie tacy sami jak my – biedni i bogaci, mądrzy i głupi, młodzi i starzy, no i wreszcie święci i grzeszni. Bez tego bowiem ani rusz.
Nie muszę jednak przy tym też dodawać, że wiem doskonale, kto jako pierwszy powinien się opamiętać.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.

piątek, 18 marca 2016

Czy Tomasz Lis to alien?

Pewnie wielu z nas wciąż sobie przypomina, jak to jeszcze w latach 2005-2007, w ramach czegoś, co Platforma Obywatelska wyobrażała sobie jako bardzo przebiegłą politykę antyrządową, w którymś momencie, przewodniczący Donald Tusk wezwał do niepłacenia abonamentu telewizyjnego, pod pretekstem, że wolni obywatele nie mają żadnego powodu, by finansować „pisowską telewizję”. Nie wiem, ile osób już wtedy zdecydowało się posłuchać tego wezwania, ale ponieważ pamiętam, że poziom antypisowskiej histerii był wówczas naprawdę wysoki, sądzę, że parę osób z owej rady skorzystało.
Kiedy Platforma Obywatelska wygrała wybory w roku 2007, a dzięki determinacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego przejmowanie radia i telewizji przez nową władzę szło dość opornie, atak na abonament przybrał na sile i tym już razem premier Tusk nie dość, że wciąż wzywał do niepłacenia abonamentu, to dodatkowo jeszcze zaczął czynić zapowiedzi, że ów niesprawiedliwy podatek – słowo „podatek” było powtarzane niemal codziennie – zostanie przez rząd zlikwidowany. No i wtedy wpływy z tytułu abonamentu RTV spadły już naprawdę radykalnie.
Skąd wiem, że obywatele gremialnie przestali płacić za radia i telewizory? Otóż mamy wśród naszych znajomych pewnego pana, dla którego wywiązywanie się ze wszelkich obowiązków wobec państwa, jest kwestią życia i śmierci. On nie dość że nigdy w życiu nie miał jakichkolwiek długów, to jeszcze wszystkie należne opłaty realizował ze znacznym wyprzedzeniem i o tym, by czy to elektrownia, czy gazownia, spółdzielnia mieszkaniowa, czy też Tepsa, czy wreszcie operator kablówki mieli mu choćby raz w historii wysłać jedno ponaglenie, nie było mowy. I oto ten sam pan, na wezwanie premiera Tuska, przestał płacić abonament telewizyjny. A ja już w tej chwili nie mam najmniejszego problemu z bardzo logicznym wnioskiem, że skoro on temu uległ, to z całą pewnością ulegli tu też wszyscy ci, dla których Donald Tusk swego czasu był choćby niewielkim, ale jednak autorytetem. A przecież nie tylko. Nawet po stronie politycznie obojętnej musieli się znaleźć i tacy, co uznali, że skoro sam premier wzywa do niepłacenia abonamentu, to trzeba być durniem, by się jakoś szczególnie napinać.
Jak mówię, mam nadzieję, że to wszystko pamiętamy. Ale zapewne pamiętamy też, jak parę lat temu każdy z nas, który zalegał z opłatami z tytułu podatku RTV, otrzymał wezwanie z Urzędu Skarbowego do zapłacenia ok. 1500 zł. Gdy chodzi o naszego znajomego – co ciekawe, człowieka już mocno starszego – on akurat bez mrugnięcia okiem wziął te 1,5 tys. w zęby i popędził na pocztę. Z tego co wiem, Państwo Polskie ostatecznie wyegzekwowało te pieniądze od wszystkich, a każdemu kto się zaparł, że nie będzie płacił, wszedł na konto bankowe i w ten sposób doprowadził sprawę do końca.
Pamiętamy jednak jeszcze coś. Państwo Donalda Tuska wyegzekwowało te pieniądze od każdego, który dał się zwieść tej propagandzie… a oni wszyscy, którzy zostali tak fatalnie tu wykorzystani, nawet nie pisnęli. Należy przypuszczać, że nawet jeśli część z nich po latach ostatecznie straciła serce do Platformy Obywatelskiej, czy zwyczajnie do polityki, to wcale niekoniecznie przez to, że każdego z nich Platforma oszukała na 1,5 tys. zł. Podobnie nie pamiętam, żeby którekolwiek z mediów choćby zająknęło się na temat owego przekrętu. Przez Polskę przetoczyła się być może największa w historii fala zbiorowej egzekucji skarbowej, do której doprowadził premier rządu, a z każdej strony towarzyszyła jej kompletna cisza i pełne posłuszeństwo. Czy sam Donald Tusk też musiał zapłacić? Tu też odpowiedź nie padła. Inna sprawa, że nikt też go o to nie zapytał.
I oto proszę sobie wyobrazić, że parę dni temu na swoim Twitterze, znany nam aż nazbyt dobrze redaktor Tomasz Lis zamieścił komunikat, w którym ogłosił, że przestaje płacić na „pisowską telewizję” i jednocześnie wezwał wszystkich, byśmy w proteście przeciwko rządom prawa i Sprawiedliwość również przestali płacić abonament radiowo-telewizyjny. Ktoś mi na to powiedział, że Lis to głupek. Nie świnia, ale głupek. I ja oczywiście biorę tę opcję mocno pod uwagę. Może być faktycznie tak, że on jest po prostu głupi, że on w ostatnim czasie osiągnął stan umysłu, na który przez całe lata wyrzeczeń pracują na przykład aktorzy teatralni, tacy jak Daniel Olbrychski, czy Andrzej Seweryn, i cokolwiek pomyśli, powie, lub zrobi, jest jest z samej zasady całkowicie nieistotne, z tego prostego powodu, że on już nie jest już człowiekiem, lecz alienem. Nie to jednak jest moim zmartwieniem. To co mnie w związku z owym apelem najbardziej ciekawi, to kwestia, ilu z nich i tym razem uzna za stosowne zrobić z siebie durnia, jedynie po to, by przyłączyć się do rzekomej kulturalnej większości i poczuć tę słodycz uczestnictwa. Tym razem mam szczerą nadzieję, że będzie ich naprawdę dużo. Najlepiej wszyscy. Może za drugim razem coś im jednak we łbach zaświta.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Zapraszam.

czwartek, 17 marca 2016

Uwaga: fotografują!

29 kwietnia 2010 roku, jedną z notek, które zamieściłem na blogu, wówczas jeszcze tylko w Salonie24, a które wówczas były w całości poświęcone Katastrofie Smoleńskiej i śmierci Prezydenta, wypełniłem serią zdjęć, które miały pokazać, z jednej strony, jak wspaniałym człowiekiem był Lech Kaczyński, a z drugiej, jak bardzo niesprawiedliwie był on traktowany przez System. Niemal w jednej chwili, mimo że na zdjęciach, które wrzuciłem na blog nie było śladu zastrzegającego je znaku, za pośrednictwem czegoś, co do dziś nosi nazwę Agencja Gazeta, zainterweniował ten sam System i zagroził administracji Salonu24 konsekwencjami karnymi, jeśli oni natychmiast nie usuną zdjęć, które, jak się okazało, są własnością wspomnianej Agencji Gazeta. Administracja się szantażowi bez dyskusji podporządkowała i moją notkę w całości usunęła.
Kiedy już powstał blog toyah.pl, wszystko co dotychczas napisałem, przeniosłem w nowe miejsce i oczywiście tamten tekst odtworzyłem, razem ze zdjęciami. Tym razem ci gangsterzy nie zareagowali, prawdopodobnie zakładając, że nie ma nic gorszego, niż przysporzyć nowemu projektowi reklamy.
Przypomniałem sobie tamte czasy zupełnie niedawno, kiedy w Sieci znalazłem zdjęcie pewnego starszego pana, który idzie w tłumie protestującego KOD-u i w drżących dłoniach niesie wyrwaną z zeszytu kartkę z nabazgranym napisem „Chcę żyć w państwie prawa”. Zdjęcie to zainteresowało mnie z dwóch powodów. Przede wszystkim wrażenie robił jego najwyższy profesjonalizm i skromny napis w lewym dolnym rogu „Agencja Gazeta”, z drugiej natomiast strony fakt, że ów „biedny staruszek” to wybitny profesor, który zaledwie parę tygodni wcześniej osobiście przyjmował od prezydenta Dudy nagrodę za wybitne zasługi dla języka polskiego. Sądząc, że ten rodzaj bezczelnej ustawki musi zrobić wrażenie nie tylko na mnie, w pierwszej chwili pomyślałem, że zamieszczę to zdjęcie na blogu i ozdobię odpowiednim komentarzem. W tej samej jednak chwili doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu z tego prostego powodu, że Agencja Gazeta nie pozwoli mi na tego typu ekstrawagancję i jeszcze nie daj Boże administracja Salonu24 znów mi ukryje blog. Zwłaszcza że tem razem, znaczek zastrzegający prawa do zdjęcia, rzeczywiście stoi jak byk
Ostatecznie zdecydowałem, że po prostu przypomnę tekst z roku 2010 wraz ze zdjęciami, tak by młodsi czytelnicy, wiedzieli, jak hartowała się stal, a przy okazji sprawdzę, czy sprawa zabójstwa prezydenta Kaczyńskiego jest wciąż, z punktu widzenia Systemu, trefna. Bardzo jestem ciekawy.


Każdy nowy dzień sprawia, że ten smutek staje się coraz większy. I ciekawe jest to, że już nawet w tym wszystkim nie chodzi o politykę. Że w tej chwili polityka tak naprawdę ma znaczenie już wyłącznie drugorzędne. Oczywiście, żyję nadzieją, i – jak to wiele razy podkreślałem na tym blogu – trudno mi sobie wyobrazić, by ta ofiara i ta cena miały pójść na marne. A więc nadzieja żyje i ma się dobrze. Ale ten smutek jest dojmujący naprawdę. Każdy nowy dzień pokazuje, jak to co się stało 10 kwietnia, zamiast słabnąć rośnie i staje się coraz bardziej bolesne. A do tego dochodzą z jednej strony te obrazy, a drugiej te głosy i robi się jeszcze smutniej. A więc polityka nie ma tu nic do rzeczy. W końcu to Lech Kaczyński był naszym prezydentem i to on miał nim być przez kolejne 5 lat. I wiadomo że już nim nie będzie, bo to udało się skutecznie załatwić. A zatem – cóż z tego. On już nie będzie. Bo to załatwiono za nas. On już i tak zostanie tym, kto nie przegrał. I tyle polityki.
Ale słychać te głosy i wracają te obrazy. W jednym z niedawnych wpisów wspomniałem o tamtej kampanii, która miała wiele twarzy, ale jedną z nich – bardzo mocno zapamiętaną – była fotografia spopularyzowana w Internecie, a następnie wyniesiona do rangi symbolu niemal w takim samym stopniu, jak ów Borubar, którego czarna moc umożliwiła i dziś jeszcze Michałowi Figurskiemu i Kubie Wojewódzkiemu dopisać kolejny rozdział do tej przedziwnej opowieści. Mam tu na mysli zdjęcie Lecha Kaczyńskiego rozkładającego szalik z napisem ‘Polska’ na pewnym meczu. Ktoś mnie dziś poprosił o przypomnienie tamtej historii, bo – jak się okazuje – wciąż są ludzie, którym wiecznie mało. A więc myślę sobie, że ten moment jest równie dobry, jak każdy inny, żeby popatrzeć na parę zdjęć. Nowych i starych. Proszę – oto szalik, który Prezydent rozkładał podczas tamtego meczu i który tak haniebnie został wykorzystany przeciwko niemu. Oto ta sekunda:

A oto trzy kolejne zdjęcia, które już nikogo nie zainteresowały. Trzy chwile, jedna po drugiej, gdzie wszystko się wyjaśnia:

A teraz zdjęcie kolejne, którego już naprawdę nikt nie znał. Bo po co?

I jeszcze jedno. Ostatnie. Proszę spojrzeć i zapamiętać ten obraz:
 

A teraz niech ktoś mi jeszcze powie, że mu tu sobie tylko tak żartujemy. I że to tylko polityka…

Wszystkich czytelników zapraszam do księgarni pod adreesem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco i szczerze.

wtorek, 15 marca 2016

Mokra robota roku - repryza

Ponieważ ostatnio, wśród osób proszonych o wypowiedź na temat moralnej kondycji premier Szydło, prezydenta Dudy, oraz, jak najbardziej, samego Prawa i Sprawiedliwości i jego prezesa, coraz częściej pojawia się Jadwiga Staniszkis, pomyślałem, że sięgnę w dość już odległą przeszłość i poszukam śladów zamierzchłej już aktywności pani profesor. Nie może być bowiem tak, że oni gadają, a my jak stado baranów wsłuchujemy się w ich słowa, kiwamy z zatroskaniem głowami i zadajemy sobie pytanie: „Czy przypadkiem nie wypadałoby nam nieco zwolnić?”.
Oto zatem mój tekst jeszcze z roku 2008, a więc z czasów, gdy wszystko się dopiero zaczynało. Zapraszam.

Kończy się rok 2008 i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie podsumowywali wszystkiego, co się podsumowywać da, ale również wszystkiego tego, co podsumowywać się najzwyczajniej w świecie nie da, pomijając już to, że podsumowywać nie ma sensu. Mamy więc skandal roku, głupstwo roku, aktora roku, sportowca roku, książkę roku, żart roku, film roku, piosenkę roku, debiut roku, polityka roku, mądrość roku i blog roku. Dotychczas, być może ze względu na moją tegoroczną aktywność, największe wrażenie zrobiła na mnie dyscyplina o nazwie „blog roku”. Szczególnie od czasu gdy otrzymałem wiadomość emailem, że mam się zgłosić, a wtedy Jacek Żakowski (nie żartuję - Żakowski jest tu jurorem) powie, jak on widzi moje pisanie w skali globalnej. Już widziałem siebie na monitorze laptopa pana redaktora i samego pana eksperta, jak czyta mój tekst o tym, że on sam i jego koledzy to durnie i myśli sobie: „Ho, ho! Z tego Toyaha to nie byle jaki bloger! Dajmy mu może wyróżnienie”.
Pomyślałem więc sobie, że gdy idzie o różnego rodzaju konkursy na zakończenie roku, pozostanę jednak obojętny, gdy oto dziś w „Rzeczpospolitej” zobaczyłem artykuł zatytułowany „Pod znakiem Pereiro i Borubara” http://www.rp.pl/artykul/240729.html i naturalnie dostałem cholery. O co poszło? Właśnie o tego Borubara i Pereiro. Ci co mnie znają, wiedzą mniej więcej, co się w mojej biednej głowie dzieje, ale jest jednak – właśnie na zakończenie tego roku – jeszcze coś, co należy powiedzieć i uważam, że to właśnie miejsce jest do tego najlepsze.
Kiedy Lech Kaczyński skomentował dla Polsatu ów słynny mecz z Austrią i sekwencja „Boruc bardzo” zabrzmiała na tyle nieprecyzyjnie, że jakiś anonimowy specjalista od rżenia, zdecydował, że Kaczyński jest tak głupi (oczywiście!), że uznał, że nasz Artur nosi nazwisko Borubar, i wraz z uzyskaniem tej wiedzy, cała najbardziej zidiociała część opinii publicznej uniosła w górę obie ręce i wrzasnęła: „Hurra! Niech zdycha!”. Z perspektywy roku wiemy, jak echo tego wrzasku rozbrzmiewało przez następne miesiące. Pamiętamy doskonale wszystkie żarty na ten temat, wszystkie wnioski, jakie z tej „prezydenckiej wpadki” najbardziej światła część społeczeństwa wyciągała i wszystkie najbardziej poważne polityczne diagnozy, które najbardziej szanowani analitycy kazali nam przyjmować z wiarą i zaufaniem.
Doskonale pamiętamy, na jak starannie przygotowany grunt padły słowa Palikota dotyczące czy to rzekomego alkoholizmu Prezydenta, czy jego psychicznej choroby. W końcu ktoś kto sądzi, że bramkarz naszej reprezentacji Artur Boruc ma na nazwisko Borubar, musi być stuknięty. Albo na nieustannym gazie. Tak właśnie się hartowała ta stal, z którą dziś wszyscy musimy się zmagać. Właśnie w ten sposób umacniała się ta nienawiść, która zupełnie niepostrzeżenie stała się absolutnie równoprawną częścią tego krajobrazu, który jeszcze kilka lat temu każdy zdrowo myślący człowiek musiałby uznać za kompletną fikcję.
Gdyby tylko komuś chciało się grzebać w śmieciach, mógłby zajrzeć do tekstów paru z bardziej uznanych tu autorów, którzy za swój główny cel wzięli wdeptanie w ziemię wszystkiego, co się rusza, a co w taki lub inny sposób kojarzy się z projektem o nazwie IV RP. Mógłby wówczas ten odważny badacz odnaleźć cały ten wysiłek, sprowadzający się do jednego. Do udowodnienia, że Lech Kaczyński jest po prostu wiecznie nieprzytomny, a ile razy próbuje coś powiedzieć, to wydobywa z siebie wyłącznie niezidentyfikowany gulgot. Sam pamiętam, jak mi tu najróżniejsi specjaliści od przyłapywania Lecha Kaczyńskiego na kiksach, tłumaczyli najpoważniej na świecie, że Prezydent trzymał flagę do góry nogami, bo głupek nie ma pojęcia, jak wygląda polska flaga, albo że z tym „Borubarem”, to była autentyczna niewiedza.
Dziś, kiedy kończy się ten rok, właściwie wszyscy już przyznają, że nie było żadnego „Borubara”, że na polskiego Brazylijczyka, nawet komentatorzy sportowi w emocjach z jakiegoś powodu mówią „Pereiro”, że ta flaga była do góry nogami tylko przez ułamek sekundy – tyle że co z tego? Jeszcze parę dni temu, jakimś zupełnie chorym rzutem na taśmę, ten szczególny dziennikarz TVN24, którego nazwiska mi się nawet nie chce wymieniać, wręcz błagał językoznawcę Bralczyka, żeby przyznał, że ‘Borubar’ jednak tam był. Że może „panie profesorze, to jednak niewiedza?” Nic z tego. Bralczyk smutno pokręcił głową i zapewnił, że to jednak był „Boruc bardzo”.
Tylko znów… co z tego? Dziś w Rzepie widzimy tekst, którego jedynym celem jest to, żeby na zamknięcie tego roku jeszcze sobie trochę pozrywać boki z Prezydenta. Żeby każdy, kto albo się nie zorientował, albo już zdążył zapomnieć, wbił sobie do głowy, ze „hitem ostatnich 12 miesięcy stały się nazwiska, zwłaszcza te źle wymawiane” i że prawdziwą „furorę” zrobiły te związane z Lechem Kaczyńskim. Dziennikarka Rzepy oczywiście przyznaje, że w większości to wszystko albo bzdura, albo „lipa”, tyle że znowu – co z tego? Ten rok i tak przechodzi do historii jako rok Borubara, Benhauera, Pereiro i – nagle nie wiedzieć czemu – Rona Asmusa. A jak by komuś było za mało, to pani redaktor przypomni jak to „językowe lapsusy Prezydenta inspirowały internautów’. I teraz dopiero się będziemy mogli poskręcać ze śmiechu, że „Oback Barama, Barubar Bambara, Barabar Obameiro, Borubar O’Lama”. Czy dziennikarka poważnego dziennika podejmuje choćby najmniejsza próbę wyjaśnienia skołowanym czytelnikom, co to się takiego stało w ciągu tego roku, że doszło do tak strasznej kumulacji najbardziej ohydnego kłamstwa? Ależ gdzie tam! Przecież tu nie chodzi o to, żeby cokolwiek wyjaśniać. Mają być jaja! W końcu Sylwester już za pasem.
Proszę zwrócić uwagę na następującą rzecz. Po odrzuceniu „Borubara” jako skrajnej manipulacji – na dodatek manipulacji, w którą został zaangażowany cały system reżimowej propagandy plus najszerzej traktowana kultura pop – załóżmy, że przyjmiemy wersję najbardziej dla Prezydenta przykrą. On się nie zagapił, ale był autentycznie przekonany, że trener polskiej reprezentacji nazywa się Benhauer, a nasz reprezentant nosi nazwisko Pereiro. Lech Kaczyński jest w kwestii piłki nożnej kompletnym dyletantem. I co z tego? Ten typ niewiedzy jest dyskwalifikujący dla Prezydenta RP? Chyba tylko w świecie gdzie do miana politycznych i moralnych autorytetów wysunięto bandę amatorskich piłkarzy z Kaszub i okolic. To że Lech Kaczyński zapomniał, jak ma na nazwisko jeden trener piłkarski i jeden piłkarz staje się wydarzeniem roku w kategorii „Polityczny słownik 2008”?
Omawiany artykuł „Rzeczpospolita” umieściła na szóstej stronie dzisiejszego wydania. Na stronie ósmej natomiast, ekspert Jadwiga Staniszkis http://www.rp.pl/artykul/240726.html przedstawia całkowicie serio analizę, z której wynika, że Prawo i Sprawiedliwość, Kaczyńscy i wszystko, co oni reprezentują dobiega ostatecznego końca. Zupełnie serio, prof. Staniszkis spekuluje na temat rozsądku Schetyny, powagi Olejniczaka, niezłomności Dorna, dzielności Tuska, kompetencjach Klicha, nadziejach, jakie budzi tzw. Ruch Polska XXI i – naturalnie – „prostactwa” Lecha Kaczyńskiego?
Czy może – ktoś zapyta – Jadwiga Staniszkis ma pretensje o Borubara i flagę? Ależ skąd. Taka to ona znowu nie jest. Tę flagę i ten internetowy greps ona trzyma głęboko w swej nieświadomości. No a poza tym Staniszkis to nie Palikot. Dla niej Kaczyński robi z siebie durnia nie dlatego, że jest pijakiem i cierpi na chorobę Alzheimera. Ona jest mądra. Ona wie, że nie. On jest po prostu słaby. A na udowodnienie tego, pani profesor może nam przedstawić nie ślinę, ale poważną socjologiczno-polityczną paplaninę.
W tej robocie bowiem istnieje zasadniczy podział obowiązków. Na poziomie najbardziej wulgarnej kultury pop działają specjaliści od popu. Roboty wykończeniowe należą do przedstawicieli kultury wyższej.

Nakład mojej pierwszej książki, z wyborem pierwszych felietonów jest już wyczerpany, i z tego co wiem, jest jeszcze parę egzemplarzy w sklepie Foto-Mag w Warszawie. Natomiast w księgarni na stronie www.coryllus.pl mamy książki pozostałe, do kupowania których szczerze zachęcam.

poniedziałek, 14 marca 2016

Frasyniuk, czyli nic

W telewizji zobaczyliśmy Władysława Frasyniuka, jak siedzi i gada, i córka moja zapytała, kim tak naprawdę jest ten Frasyniuk. Wyjaśniłem więc, że to jest słynny bojownik o wolność z czasów PRL-u. Na to on usłyszałem, że owszem, ona to rozumie, ale chodzi o to, kim Frasyniuk jest dziś, no i wtedy uświadomiłem sobie, że w publicznej przestrzeni nie ma nikogo, kto by aż tak był pozbawiony znaczenia, jak właśnie on, Władysław Frasyniuk. No bo popatrzmy, z czym mamy do czynienia, gdy chodzi o tamtą stronę. Od czasu do czasu pokazują nam Zbigniewa Hołdysa. Owszem, bydlę i idiota, nikt jednak nie zaprzeczy, że był czas, kiedy grupa muzyczna Perfect dowodziła polską sceną rockową, ich piosenki ludzie lubią do dziś, a na jej czele stał nikt inny jak właśnie on. Popatrzmy na Kazimierza Kutza. Bywało różnie, ale jednak, gdybyśmy chcieli wymienić pięciu najwybitniejszych polskich reżyserów filmowych, czy teatralnych, Kutz się tam znajdzie. Inny Kazimierz, Marcinkiewicz – premier. Z przypadku, przez pomyłkę, dziś też obłąkany, to fakt, jednak prawdziwy premier, a to, jak wiemy, nie jest to samo, co prosty kierownik w sklepie ze sprzętem sportowym.
Pojawiają się w telewizjach najróżniejsi gwiazdorzy i każdy z nich może się pochwalić czymś szczególnym. Olechowski był ministrem, Olbrychski wybitnym aktorem, Wałęsa, choć nie wolno zapominać, że dawniej kapuś, a dziś człowiek psychicznie chory, co by o nim nie powiedzieć, to był jednak związkowym przywódcą, a potem został nawet prezydentem. Co ja mówię, Wałęsa? Nawet Kijowski stanął na czele wielkiego ruchu, któremu, w gorszy lub lepszy sposób, ale jednak przewodzi. Co ja mówię Kijowski? Nawet aktor Kondrat, w odpowiednim czasie zorientował się, że te wygłupy nie mają sensu i został za ciężkie pieniądze twarzą wielkiego banku.
A tu mamy Frasyniuka. Ktoś powie, że to co ja robię jest nieuczciwe, bo wielu dawnych działaczy Solidarności jest dziś nikim i nikt nie robi z tego problemu. Weźmy choćby dawnego kumpla Frasyniuka, Zbigniewa Bujaka. I to jest oczywiście prawda. Bujak dziś praktycznie nie istnieje. Tylko o to właśnie chodzi. Bujak jest nikim, Frasyniuk jest gwiazdą, a jeden i drugi mogą się tak naprawdę pochwalić tylko tym, że kiedyś działali w Solidarności. Frasyniuk bardziej już przypomina Celińskiego, który również wszystko co miał, kompletnie zmarnował i gdyby nie to dzisiejsze medialne pompowanie, pies z kulawą nogą nie wiedziałby, że ktoś o tym nazwisku w ogóle istnieje. Tyle że i tu Celiński jednak zawsze się kręcił jako polityk czwartego szeregu, nosząc teczki za Geremkiem, czy Kuroniem i trudno od niego czegokolwiek wymagać. Frasyniuk natomiast to jednak historia, więc można by się było spodziewać, że, skoro on już się zdecydował odzywać, to jednak przynajmniej spróbuje udowodnić, że poza owymi wspomnieniami sprzed 30 lat i dzisiejszymi kontaktami w mediach on coś tam chowa. Mógłby zostać senatorem, albo sprzedać jakieś wspomnienia, stanąć na czele jakiegoś ruchu i zdobyć tych parę procent w wyborach, albo chociaż otworzyć sieć popularnych sklepów z winem. A tu nic. Frasyniuk zmarnował wszystko co miał, i dziś, poza kasowaniem udziałów w jakiejś lokalnej firmie transportowej, już tylko czeka aż do niego zadzwonią z TVN24 i poproszą o to by powiedział, że Duda to dupa.
Przepraszam. Jest jeszcze coś, co by świadczyło, że on kiedyś jednak miał jakieś osobiste ambicje. Otóż, jak podaje Wikipedia, Frasyniuk w roku 1993 został prezesem Stowarzyszenia Na Rzecz Dzieci. Pozostaje tylko ustalić, jakim oni wówczas dysponowali budżetem. Jeśli to były jakieś grosze, to przykro mi, ale i tu nie ma o czym mówić.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. Polecam szczerze.

sobota, 12 marca 2016

Gdy Bracia biorą się za nas

Gdy chodzi o masonerię, a więc towarzystwo, o którym tu staram się raczej bezpośrednio nie pisać i w sytuacjach bez wyjścia uciekam w stronę prostego satanizmu, mam trzy wspomnienia, a tym samym trzy refleksje. Pierwsza to uwagą poczyniona przez pewnego kolegę, jak sądzę, z masonerią związanego przynajmniej towarzysko, który przewidując ostateczny upadek rządu Leszka Millera, wysłał pewnego dnia roku 2000 do mnie esemesa następującej treści: „Kołodko… co za tragedia! Już jest po Millerze. Przez te czy inne służby Bracia się za niego wezmą”. To było wtedy, gdy o aferze Rywina jeszcze nawet ptaki nie śpiewały, SLD wciąż w sondażach szybowało i nikt nie mógł przypuszczać, że oto nadchodzi początek końca.
Druga refleksja związana jest z wywiadem, jaki swego czasu przeczytałem z którymś z ważniejszych polskich masonów w „Gazecie Wyborczej”, w którym ów mistrz zapewniał, że choć oni oczywiście są zawsze bardzo zatroskani tym, co się w Polsce dzieje, to bardzo się starają, by na bieżącą sytuację nie wpływać. W jego relacji, w okresie III RP oni zareagowali tylko raz. Podczas rządów Jana Olszewskiego. Rozmowa ta była przeprowadzona jeszcze przed rokiem 2007, więc niewykluczone, że za nami owych interwencji jest już nieco więcej, niż jedna, w każdym razie faktem jest, że on powiedział tak: masoni starają się bezpośrednio nie wtrącać i wyjątek zrobili tylko raz, w roku 1992.
No i jest jeszcze coś, o czym zawsze pamiętam, jeśli chodzi o masonów. Otóż dawno temu czytałem książkę o masonerii francuskiej i tam na samym końcu była opublikowana lista najprzeróżniejszych organizacji, które są przez masonów kontrolowane, a obejmują one cały wachlarz publicznej aktywności, poczynając od związku taksówkarzy, a kończąc na jakichś miłośnikach tańca towarzyskiego. I pamiętam, że już wtedy wiadomość ta zrobiła na mnie wrażenie, bo pomyślałem sobie, że jeśli taka jest prawda i jeśli ona wynika z określonego planu, to znaczy, że na poziomie propagandowym, oni w ten sposób są w stanie kontrolować dokładnie wszystko. Załóżmy bowiem, że w takim Paryżu dochodzi do politycznego konfliktu, który masoni pragną rozegrać propagandowo właśnie. Przy tym stanie posiadania, oni nie mają najmniejszego problemu, by na przykład zorganizować milionową demonstrację w imię każdego wybranego celu. I wtedy niech nikt nie myśli, że tu są zaangażowane jakiekolwiek polityczne agendy. Ależ skąd! Demonstrują zwykli obywatele.
Ale tak samo też się dzieje, jeśli idzie o zaangażowanie tak zwanych instytucji. Publikowane są kolejne oświadczenia jak najbardziej niezależnych środowisk, które z polityką nie mają zgoła nic wspólnego i reprezentują wyłącznie spojrzenie środowiska, które przecież, jak wiemy, łączy osoby o najróżniejszych politycznych zapatrywaniach.
A zatem, to tyle, gdy idzie o wspomnienia. Wracamy do dnia dzisiejszego. Jak się tu pewnie większość z nas domyśla, refleksje te przyszły mi do głowy w związku z tym, co się dzieje ostatnio w Polsce, a my się temu przyglądamy z rosnącym przerażeniem. Bo oto nagle się okazuje – a ów rzekomy fakt jest do znudzenia przywoływany przez media i polityków – że przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości występują wszyscy. Nie tylko Platforma Obywatelska, Nowoczesna, czy PSL, a więc polityczna opozycja, ale w ogóle wszyscy. Nawet były burmistrz Nowego Jorku Giuliani. Decyzji rządu i prezydenta nie broni dziś nikt: ani zwykli obywatele zgromadzeni w Komitecie Obrony Demokracji, ani nawet – i tu nawiążę do wcześniejszej uwagi – taksówkarze, ani miłośnicy tańca towarzyskiego. Włączamy telewizje, a tam po kolei prof. Strzembosz, Włodzimierz Cimoszewicz, Ryszard Petru, Kazimierz Marcinkiewicz. Idziemy spać budzimy się, włączamy telewizor, a tam Andrzej Olechowski, po Andrzeju Olechowskim Marek Safjan, a po Safjanie Andrzej Rzepliński. Ho, ho, tak, tak, jak mawiał klasyk.
A ja sobie przypominam swój bardzo już stary tekst poświęcony Markowi Goliszewskiemu, prezesowi organizacji pod nazwą Business Centre Club. Dziś Goliszewskiego akurat nie widać, Diabeł wie, gdzie on się w tej sytuacji snuje, ale jestem pewien, że on tu nam znakomicie zobrazuje problem, z jakim mamy do czynienia. Oto odpowiedni fragment:
„Dziś dowiaduję się, że Marek Goliszewski napisał list do Przemysława Gosiewskiego http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=87b8328c-1bf6-427c-a8f8-b8a8236b43aa&ref=lastadd, w którym tłumaczy Gosiewskiemu, że on sobie nie życzy, żeby Gosiewski komentował jego interesy. Ja oczywiście nie śledzę tak bardzo dokładnie tej brudnej działalności, z której utrzymuje się Goliszewski i kto tam jeszcze z nim mieszka, ale – o ile mi wiadomo – jest to pierwszy przypadek, żeby on pozwolił sobie na taką bezczelność i wsadził swój nos w rejony, od których powinien się trzymać jak najdalej. Co się więc stało, że Goliszewski dostał nagle takiej cholery? Otóż okazało się, że kiedy Platforma – rzutem na taśmę – zaproponowała, żeby Państwo przestało utrzymywać partie polityczne, których – jak wiemy – użyteczność społeczna jest bez porównania większa niż użyteczność Goliszewskiego i jego szajki, Przemysław Gosiewski zasugerował, że w tej sytuacji, utrzymywaniem partii politycznych (tym razem już wybranych) zajmie się biznes. I ta właśnie wypowiedz Gosiewskiego spowodowała, że Goliszewski zapomniał się na ten jeden krótki moment kompletnie i się obnażył.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak przyjrzeć się, kim jest ten Goliszewski dwadzieścia lat po tzw. transformacji i czym się zajmuje. Jak on wygląda, już wiecie. A to naprawdę niemało. Zaglądam jednak do Wikipedii:
Marek Goliszewski (ur. 10 listopada 1952 r. w Warszawie) - polski przedsiębiorca, założyciel i prezes Business Centre Club. Absolwent Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (handel) i Uniwersytetu Warszawskiego (dziennikarstwo).Propagator wspierania inicjatyw prospołecznych, laureat wyróżnień za działalność pomocową - Przyjaciel Ludzi Bezdomnych (1996), Dębowy Laur Dobroczynności (2003), Wawrzyn Wyjątkowej Wrażliwości (2004), Laur Stokrotek Dobroci (2005) […]Prezes Polskiej Fundacji Klubu Rzymskiego – 1989. Członek: Zarządu Towarzystwa „Polska-Wschód” (1993), Społecznej Rady Planowania przy Centralnym Urzędzie Planowania (1994), Polskiego Forum Akademicko-Gospodarczego (od 1993), Klubu Europejskiego (1994), Stowarzyszenia Euroatlantyckiego (od 1994), Rady Integracji Europejskiej (1996), Narodowej Rady Integracji Europejskiej (2002), Środowiskowej Rady Integracji Europejskiej ds. Środowisk Gospodarczych (2002), Klubu Wschodniego – Stowarzyszenia Wspierania Współpracy Gospodarczej ze Wschodem (2002), Rady Biznesu Polska-Rosja (2002).Inicjator Rady Przedsiębiorczości (2002), Wiceprzewodniczący Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, Przewodniczący Zespołu ds. Dialogu Społecznego (2002).Odznaczony Orderem Prymasowskim Dla chwalących Boga czynem (2004), założyciel i współprzewodniczący FORUM DIALOGU (Sygnatariusze z 25 ogólnopolskich organizacji składających się z 1800 związków, stowarzyszeń i podmiotów publicznych)[…]
Rozumiecie o co mi chodzi? Czujecie ten opis? Widzicie historię, która za tym opisem idzie? Naprawdę mam nadzieję, że wiecie już też, dlaczego się denerwuję. Ale proszę zwrócić uwagę. Człowiek urodził się w roku 1952. Jest trzy lata starszy ode mnie. A ja już mam swoje lata. On zaczął żyć w roku 1989. No może nie do końca. Notka w Wikipedii wspomina o tym tygodniku o nazwie ‘Konfrontacje’ i jeszcze o tym, że Goliszewski to ‘inicjator rozmów opozycja-rząd w 1988 poprzedzających Okrągły Stół’. To jest dopiero tupet, prawda? Tak na marginesie, ja się nie znam, ale czy to prawda, że informacje w Wikipedii można osobiście redagować?
Więc akurat z tego nic się nie dowiemy. Zaglądamy więc dalej. Oto strona o nazwie: http://www.bcc.org.pl/Loza-Wielkopolska.3061.0.html. Tym, którzy mają rozum po to, żeby z niego korzystać, wystarczy sam adres. Dla tych bardziej ambitnych, ów adres może się przydać jeszcze po to, żeby tam zajrzeć i sobie przelecieć przez menu. Dla reszty mam następującą wiadomość. Jest tam takie miejsce, które się nazywa: Loża Wielkopolska Business Center Club. Kto chce, niech sobie wejdzie. Jednak ostrzegam, to jest teren skażony”.
Już kończę. Pozwolę sobie tylko powtórzyć to, co napisałem siedem lat temu: Rozumiecie o co mi chodzi? Czujecie ten opis? Widzicie historię, która za tym opisem idzie? Naprawdę mam nadzieję, że wiecie już też, dlaczego się denerwuję.
Mam nadzieję, że tym razem jednak damy radę. Tym razem damy radę.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Polecam gorąco.

piątek, 11 marca 2016

Maciej Stuhr aplikuje o pracę w klubie "Roxane".

Polecam wszystkim najnowszy numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój najnowszy felieton. Tym razem o Macieju Szczurze.

Jakiś czas temu, wypowiadając się na temat uprawianej przez siebie sztuki komediowej, aktor Cezary Pazura stwierdził, że jemu, jako wybitnemu komikowi, jest niezwykle trudno realizować się artystycznie, ponieważ miejscowa kultura zakazuje używania publicznie wyrazów uznawanych za nieprzyzwoite. Konkretnie, chodziło Pazurze o to, że on ma w głowie całą kupę niezwykle śmiesznych skeczy, jednak ponieważ nie wolno mu używać słów takich jak „kurwa”, „chuj”, czy „pierdolić”, jest jak jest. A jest tak, bo Polska to właśnie taki kraj, gdzie wszyscy na samą myśl, że artysta podczas swojego komediowego popisu miałby rzucić parę wesołych bluzgów, kładą uszy po sobie i patrzą, co powie tak zwane społeczeństwo. W efekcie, prawdziwa sztuka musi się rodzić w niepotrzebnych i ciężkich bólach, no i mamy tę naszą mizerię.
Ktoś się zapyta, co Pazurze strzeliło do głowy, by opowiadać takie dyrdymały? Otóż wbrew pozorom, za tą myślą stoi głęboki sens. Rzecz bowiem w tym, że Pazura naoglądał się w życiu całej kupy amerykańskich standupów i słysząc te wszystkie „faki”, „kanty”, czy „szity”, śmiał się do rozpuku razem z amerykańską widownią, a gdy wrócił do Polski i chciał tak samo, to mu cenzura obyczajowa nie pozwoliła na choćby jedną skromną „pizdę”, no i okazało się, że śmieje się już tylko on. I taki to problem, takie zmartwienie.
Od czasu owego wystąpienia minęło już trochę czasu i kiedy wydawało się, że już nikt nam nie będzie próbował organizować rozrywki na wspomnianym poziomie, pojawił się kolejny znany aktor, Maciej Stuhr, i pokazał, że nawet bez brzydkich słów, można być jak Amerykanie. Wystarczy obejrzeć sobie galę wręczenia Oscarów, zobaczyć, jak to za oceanem robią Chris Rock, czy Ellen Degeneres, wylewając ów „outrage” wszystkimi szczelinami i nikt się nie obraża. Kiedy więc zaproponowano mu poprowadzenie tu u nas czegoś podobnego, obejrzał Stuhr jeden czy drugi z tamtych występów, podrapał się po łbie, pomyślał, co by tu takiego powiedzieć, żeby było i na czasie i „outrageous”, dla dodania sobie animuszu obejrzał „Szkło Kontaktowe”, no i numer miał gotowy. Wylazł następnie na scenę i wyszydził kolejno: prezydenta Dudę, Żołnierzy Wyklętych, a na koniec ofiary Katastrofy Smoleńskiej, a zgromadzona publiczność ryknęła śmiechem.
Część z nas, komentując ów szczególny incydent, sugeruje, że Stuhr to idiota, któremu ani do głowy nie przyjdzie, że gdyby Rock, czy Degeneres choć jednym słowem pozwolili sobie na kpiny z ofiar 9/11, czy z ofiary amerykańskich żołnierzy w Normandii, czy w Pearl Harbour, w jednej sekundzie staliby się nikim. I to jest oczywiście prawda. Ja jednak myślę sobie inaczej. Otóż, jeśli nasi najwybitniejsi artyści uważają, że najlepsze scenariusze do ich występów będą pisać widzowie „Szkła Kontaktowego”, to znaczy, że oni najzwyczajniej w świecie zwariowali i dziś nadają się już tylko do mycia kibli w sex kabinach.

Przypominam, że moje książki można kupować na stronie www.coryllus.pl, lub po prostu klikać w okładki na blogu. Siedmiokilogramowy liść niestety jest już wyczerpany.

czwartek, 10 marca 2016

O kościele do którego wrócił Pan Jezus

Może ktoś jeszcze pamięta tekst sprzed ponad już roku, w którym opowiedziałem o pewnym kościele w Ludomach niedaleko Poznania, opuszczonym, zrujnowanym i niemal całkowicie zapomnianym przez wiernych, z wyjątkiem pewnego człowieka i grupki miejscowych dzieci, którzy, mimo że tam już nie było Pana Jezusa, tylko krzyż, parę ławek i ledwo trzymający się kupy konfesjonał, postawić ów kościół na nogi, tak, by kiedy któregoś dnia świat sobie o nim przypomni, on mógł powitać wiernych w miarę godnie. I oto wczoraj dotarła do nas radosna nowina, że dzięki decyzji arcybiskupa Gądeckiego ów kościół znów stanie się kościołem. Z tej okazji przypominam tamtą notkę i proszę wszystkich: Chwalmy Pana, bo jest wielki.

Każdy z nas, kto ma dzieci, czy to swoje własne, czy w rodzinie, zna ten problem doskonale. Myślę zresztą, że tu nawet i to nie jest potrzebne. Wystarczy minimalny zmysł obserwacji, by zauważyć, że od czasu, gdy wszyscyśmy śpiewali „Już za kilka dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę” świat się zmienił wręcz nie do poznania, a z nim nasze dzieci, a z nimi często i my sami. I daję słowo, że wcale niekoniecznie chodzi mi o to, że nawet my tutaj dziś znaczną część wolnego czasu spędzamy przed komputerem, czy to nawet, że mój syn swojego najbliższego kolegi, który mieszka parę ulic dalej, nie widział od paru lat, z tego prostego powodu, że im wystarczy Facebook. To oczywiście też, ale przede wszystkim mam na myśli to wszystko, co tak pięknie zostało usymbolizowane owym „plecakiem i gitarą”. A więc, mówiąc ogólnie, tak zwaną sztukę życia.
Jak wiemy, końcówkę zeszłego tygodnia spędziłem w Poznaniu, a dokładniej rzecz biorąc w Kiekrzu u księdza Krakowiaka. Nie będę opisywał tego pobytu bardziej dokładnie, bo raz, że nie sądzę, by to wielu z nas interesowało, a dwa, że słowa, nawet i tak giętkie, jak moje, oddać tego nie zdołają, jednak chciałem opowiedzieć króciutko pewną przygodę, która zrobiła na mnie takie wrażenie, że zaniemówiłem i trochę mnie to trzyma do dziś.
Otóż pojechaliśmy w sobotę do pewnej wioski pod Poznaniem, gdzie ksiądz chciał mi pokazać były kościół. Pisząc „były kościół”, nie mam oczywiście na myśli tego, z czym możemy się spotkać choćby w Pradze, ale pozornie normalny, stary kościół z czerwonej cegły, taki, jakich tam jest cała masa, a więc kościół z witrażami, ołtarzem, krzyżem, ławkami, chórem, a nawet konfesjonałem zsuniętym gdzieś pod ścianę, tyle że bez Pana Jezusa. A skoro bez Pana Jezusa, to kościół, do którego na przykład można wejść, nie zdejmując czapki.
Ja akurat czapkę zdjąłem, bo mam taki odruch, natomiast ludzie, których spotkaliśmy w środku, owszem, nie zawracali tu sobie niepotrzebnie głowy. Co to byli za ludzie? Otóż pewien znajomy księdza plus czterech chłopaków, takich najbardziej klasycznych wiejskich chłopaków w wieku określanym pogardliwie, jak „gimbaza”, w wełnianych czapkach na głowach i tanich kurtkach na grzbietach. To była sobota rano, piękny, ni to zimowy, ni to wiosenny dzień, pierwszy dzień poznańskich ferii, no a ów znajomy księdzu pan i tych czterech miejscowych chłopaków spędzali czas w opuszczonym przez Pana Jezusa kościele i go myli. Właśnie tak – oni tam przyszli, by myć ten dziwny kościół; nawet nie sprzątać go, bo tam nie było co sprzątać, ale go myć z wieloletniej skorupy brudu.
Wyjaśnił mi ksiądz Krakowiak, że od czasu, jak wiele już lat temu w wiosce pobudowano nowy kościół, stary stał się niepotrzebny i po pewnym czasie, siłami natury, zaczął przypominać owe opuszczone, poniemieckie kościoły ewangelickie, których tam, na zachodnich ziemiach, jest naprawdę niemało. Rzecz jednak w tym, że ten tu akurat, z tego co wiadomo księdzu, jest jedynym takim kościołem katolickim. Jedynym katolickim kościołem, w którym nie ma Pana Jezusa. A widok ów jest tak bolesny, że nie uszedł on uwadze pewnego lokalnego mieszkańca, który jakiś czas temu nie wytrzymał, zwrócił się do proboszcza, by mu pozwolił ten kościół doprowadzić do porządku, pozwolenie otrzymał, ściągnął tych czterech chłopaków, no i oni w piątkę klęczą tam z tym szmatami, szczotkami, wiadrami i pucują tę podłogę. Na razie podłogę.
Ja wiem, że aby pojąć wielkość tego obrazu, trzeba by go mieć przed oczyma, ale postaram się to, co widziałem, opisać. Przypomnę więc : mamy piękny, ciepły, bezchmurny, sobotni poranek, pierwszy dzień ferii szkolnych, ten brudny jak jasna cholera kościół i tych czterech wiejskich gimnazjalistów skrobiących na kolanach tę podłogę. Oni nie uczcili tego poranka, zasiadając do swoich komputerów, by zobaczyć, co słychać na fejsie, ani nie jadąc do miasta, by się posnuć po jednej z poznańskich galerii, oni nawet nie uznali za stosowne wyspać się do południa, bo to przecież wreszcie dzień, w którym nie trzeba iść do szkoły. Oni wstali z samego rana, założyli te stare kurtki, jakieś dziurawe dżinsy, czapki z pomponem i poszli myć podłogę w kościele, z którego zabrano Pana Jezusa, a skoro Pana Jezusa, to i każdego z nas. Bardzo mocny ten widok. Daję słowo, że bardzo mocny.
Pan, który nam opowiadał, jak tam przed nimi jest jeszcze dużo pracy, pokazał na malutki kwadrat podłogi, częściowo już umyty. Mały fragment, wciąż cały oblepiony brudem tych lat, ale już trochę jaśniejszy od reszty. A ja sobie myślę, że te ferie się skończą, trzeba będzie wracać do szkoły, zostaną za to soboty i coraz dłuższe dni. Mam naprawdę wielką nadzieję, że kiedy przyjdzie lato, ci chłopcy dadzą radę wyjechać choćby na parę dni normalnych wakacji. Życzę im tego z całego serca.

Tak jak wtedy przed rokiem, tak i dziś w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, ale też tu na tym blogu, można kliknąć w którąś z moich książek i już. Polecam gorąco.

środa, 9 marca 2016

His name is Watkins, Dr Watkins, czyli Historia Roja

Nie widziałem filmu „Historia Roja”, więc nie wiem, czy Polska wreszcie wyprodukowała wielkie dzieło filmowe, czy może wciąż dwiema największymi produkcjami III RP pozostają „Dzień Świra” i „Drogówka”, natomiast z tego co obserwuję, wynika, że nawet jeśli „Dzień Świra”, „Drogówka”, a nawet „Ida” są lepsze, po raz pierwszy mamy film, który od początku do końca jest nasz i tylko nasz. Napięcie, jakie się pojawiło wokół tego dzieła jest jednak tak wielkie, że pomyślałem, że wypadałoby może spuścić z nas nieco powietrza, bo inaczej się wszyscy uniesiemy w powietrze i zaczniemy krążyć nad Polską, a Polska nam może tego łatwo nie zapomnieć. A zatem, chciałbym przypomnieć swój tekst sprzed kilku lat, związany z „Rojem” i z moim skromnym udziałem przy produkcji tego filmu. Zapraszam.

Nie wiem, czy już tu o tym wspominałem, ale nawet jeśli tak było, to na wszelki wypadek proszę posłuchać raz jeszcze. Otóż są dwie rzeczy, na których się znam moim zdaniem bezdyskusyjnie. Pierwsza z nich, to pisanie. Ja potrafię pisać z naprawdę solidną sprawnością. Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że, gdy idzie o to, co się znajduje głębiej, a więc o tak zwany przekaz, zawsze może się znaleźć ktoś, kto powie, że to co ja piszę, to stek idiotyzmów, względnie nudy na pudy, i ja, choć się z tym radykalnie nie zgadzam, nie mam zamiaru z tą opinią dyskutować. Jednym się podoba, innym nie. To co chcę natomiast powiedzieć to tylko to, że od strony technicznej, to jak ja piszę stoi na bardzo solidnym poziomie.
Co takiego jeszcze potrafię? Otóż ja bardzo dobrze znam język angielski. I znów, nie chodzi mi o stronę praktyczną. Nie twierdzę bowiem, że potrafię mówić, jak prawdziwy Brytyjczyk, że kiedy mówię, nie popełniam błędów, ani wreszcie, że znam wszystkie słowa, które powinienem znać. Natomiast od strony technicznej, język angielski nie stanowi dla mnie jakiejkolwiek zagadki. Niekiedy nawet mam wrażenie, że gdy chodzi o ową stronę techniczną, ja na poziomie języka angielskiego czuję się pewniej, niż nawet w języku polskim. W czym się to przejawia? Mniej więcej w tym samym, o czym wspomniałem wcześniej odnośnie mojej sprawności pisarskiej. Jeśli mi na tym bardzo zależy, ja piszę po angielsku równie dobrze, a niekiedy i lepiej, niż po polsku. Jeszcze w czymś? Owszem. W tym, że w kwestii angielskiej gramatyki, ja wiem praktycznie wszystko. Mam nadzieję, że mój bardzo dobry kumpel Michael Dembiński, który jest najprawdziwszym Brytyjczykiem, się tu nie obrazi, ale bywa, że ja nawet u niego na blogu znajduję błędy gramatyczne. On zresztą dobrze wie, o czym mówię.
A zatem, kiedy producenci filmu „Rój” zaproponowali mi tłumaczenie dialogów na język angielski, ja tę robotę przyjąłem z takim spokojem, jakby oni mi na przykład powiedzieli, żebym napisał w języku polskim tekst na 240 słów pod tytułem: „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”. Jednak już na samym początku, kiedy rzuciłem okiem na projekt umowy, zaniepokoił mnie fragment mówiący o tym, że moja praca zostanie zweryfikowana przez wynajętego przez producenta fachowca i to od jego oceny będzie zależała kwestia mojego wynagrodzenia. Dlaczego mi się ta klauzula nie spodobała? Oczywiście nie dlatego, że bałem się, iż oni mnie mogą przyłapać na jakiejś niekompetencji, bo to akurat nie wchodzi w grę, ale że ja w ten sposób automatycznie tracę wszelkie argumenty. Oddaję im swoje tłumaczenie, ktoś przez nich wynajęty ogłasza, że ono jest do bani, a ja jedyne co mogę zrobić to wynająć za własne pieniądze swojego eksperta, stawiać ich przed sądem, a potem bezradnie obserwować, jak dwóch pajaców się kłóci, czy lepiej jest użyć czasownika „must”, czy „have to”.
Napisałem więc człowiekowi, który prowadził ze mną korespondencję w imieniu firmy, że ja bym wolał, żeby oni mnie w takiej sytuacji nie stawiali. On jednak zapewnił mnie, że ten zapis ma akurat przede wszystkim wartość proceduralną, że oni nie mają w stosunku do mnie żadnych złych intencji, no a ja pomyślałem, że nie mam się co w tej sytuacji szarpać.
Robotę wykonałem, odesłałem w przepisowym terminie i w równie przepisowym terminie otrzymałem mail od „mojego” człowieka, w którym ten mnie poinformował, że ich ekspert ocenił moje tłumaczenie tak nisko, że oni mi muszą moje honorarium obniżyć o 30 procent. Choćby po to, żeby zapłacić ekspertowi za włożony w sprawdzenie mojej pracy wysiłek.
Do informacji dołączone było moje tłumaczenie całe pobazgrane na czerwono. Kiedy mówię „całe”, nie używam tu figury stylistycznej. Kiedy mówię „całe”, mam na myśli to, że tam niemal każda linijka jest od początku do końca czerwona. Kiedy mówię „całe”, chcę powiedzieć, że wynajęty przez producenta bardzo patriotycznego filmu o Roju specjalista naprawdę zrobił wszystko co mógł, żeby wszyscy widzieli, jak on się strasznie napracował.
Człowiek od „Roja”, z którym się biznesowo układałem, zapewnił mnie, że ów ekspert to autentyczny native speaker, w dodatku specjalista od robienia napisów do filmów, a więc oni nie mają innego wyjścia, jak we wszystko, co on im mówi, uwierzyć. Oni zwyczajnie muszą mu uwierzyć, kiedy on ich zapewnia, że 90 procent mojego tłumaczenia nie nadaje się do niczego innego, jak do natychmiastowego wykreślenia.
Ja nie mam tu sposobu, żeby polemizować z kolejnymi uwagami, jakie poczynił wobec mojego tłumaczenia ów człowiek, bo tego jest przede wszystkim zwyczajnie za dużo, a poza tym to wszystko ma praktycznie wyłącznie charakter kosmetyczny, natomiast mogę zapewnić, że, gdy rozmawiamy o sytuacji, kiedy ja faktycznie popełniłem tam jakąś omyłkę, tam są zaledwie trzy, czy cztery takie miejsca, a więc mniej więcej tyle samo, ile prawdopodobnie znajdzie się w tekście, który aktualnie piszę.
Natomiast mam kilka bardzo mocnych powodów, by sądzić, że ów ekspert, jeśli rzeczywiście jest native speakerem, to tylko takim, jakich często można znaleźć wśród lektorów uczących na kursach w Empiku. A więc, jest duże prawdopodobieństwo, że to jest jakiś Brazylijczyk, czy Niemiec, który przez 5 lat mieszkał w Londynie. Czemu tak sądzę? Otóż, jak mówię, powodów jest kilka, ale podam jeden, mianowicie związany ze wspomnianym wcześniej użyciem dwóch czasowników „must” i „have to”. Otóż każdy przeciętny maturzysta wie, że różnica miedzy jednym a drugim jest taka, że „must” to rozkaz, a „have to” to opis sytuacji. A zatem, jeśli ja komuś każę się nie ruszać z miejsca, mówię „You must stay put”, a nie „You have to stay put”. W polskim tekście „Roja” jest fragment, kiedy to Pogoda wydaje Rojowi polecenie: „Aż do odwołania masz tam siedzieć”. I oto okazuje się, że ów zagraniczny ekspert postanowił zmienić moje „You must stay put till I call you out” na „You have to stay put until further notice”. I proszę nie sądzić, że ja wybrałem akurat ten przykład, bo on jest najbardziej drastyczny. Nie. Po prostu zależało mi na czymś w miarę przejrzystym.
Za trudne? A więc może jeszcze prościej. Tłumacząc napisy do tak zwanej czołówki, aby nie zaliczyć ewentualnej wpadki, dla pewności sprawdziłem sobie na pierwszym lepszym angielskojęzycznym filmie DVD, jak ta cała produkcja filmowa jest oznaczona, i powtórzyłem to kropka w kropkę. Ekspert natychmiast moje „directed by” zmienił na „director”; „music score” na „music”, „edited by” na „editor” itd. Po co? Przecież to jasne. Żeby było jeszcze bardziej czerwono.
Mało? Trudno. Jak mówię, tego jest zwyczajnie za dużo. Ale mam za to coś jeszcze lepszego. W umowie zostało zapisane, że ja otrzymuję wynagrodzenie od jednej strony w formacie 1800 znaków. Każdy kto kiedykolwiek zajmował się tego typu aktywnością, wie, co to oznacza. W ten sposób zdefiniowana strona obejmuje zarówno znaki, jak i wszelkie odstępy między fizycznie istniejącymi znakami. A zatem, jeśli przetłumaczony tekst ma zachować edytorską przejrzystość, a więc na przykład ma być wyposażony w odpowiednie ustępy, tam nie może się znaleźć 1800 znaków, ale znacznie, znacznie mniej. Zastrzeżenie dotyczące liczby znaków ma więc tylko taki cel, by tłumacz nie używał zbyt dużej czcionki. Gdyby tak nie było, strona jako punkt odniesienia by się w ogóle nie pojawiała.
Firma producencka o nazwie „Studio Filmowe Dr Watkins Sp. z o.o.”, kiedy już kazała mi pokryć honorarium dla ich kumpla eksperta, uznała, że właściwie można pójść na całość i mi policzyć tę robotę nie od strony, ale od liczby znaków.
Moja córka, która mimo zaawansowanej już dorosłości, jest okropnie uwrażliwiona na wszelkie przejawy nieuczciwości, wręcz jest na mnie wściekła, że ja całą tę sprawę zwyczajnie odpuściłem. Ja jej tłumaczę, że ja nie mam żadnych szans; że po tamtej stronie stoi System; że wreszcie ja mam tyle codziennych zmartwień, że nie mam siły na to, by sobie dokładać nowych. A ona wciąż mi powtarza, że mam się odwoływać.
Otóż nic z tego. Jedyne miejsce, gdzie ja się od lat już odwołuję, to jest ten blog i nie zamierzam tego zmieniać. A skoro tak, to ja opowiem jeszcze coś, już na sam koniec. Wiele lat temu wybitny rockowy zespół Sonic Youth postanowił wydać album z okładką, na której umieścił zdjęcie nagiej kobiety. Ona ani nie była specjalnie wyzywająco naga, nie robiła nic szczególnego, zwyczajnie stała naga. I oto, firma płytowa, która wydawała piosenki Sonic Youth ocenzurowała tę okładkę, twierdząc, że ona jest nieprzyzwoita. To jednak, co w tym było najbardziej bulwersujące, to fakt, że owa firma to, ni mniej ni więcej, jak Rough Trade, a więc „label”, którego sama nazwa miała wskazywać, jacy to oni są okropnie alternatywni i niezależni. Komentując to wydarzenie, ktoś powiedział mniej więcej coś takiego: „Ile razy będziecie kupować ich płyty i pomyślicie, że jesteście tacy alternatywni i fajni, nie łudźcie się. Oni są dokładnie tacy, jak cała reszta… tyle że tacy jacyś dziwni”.
A zatem ja też mam pewien apel do nas wszystkich: Ile razy ktoś Wam powie, że film o Roju to naprawdę fantastyczna, wreszcie prawdziwie polska produkcja, a ludzie, którzy go robią, to polscy patrioci i porządni ludzie, nie łudźcie się. Oni są dokładnie tacy jak cała reszta… tyle że tacy jacyś dziwni. A sam film? Dokładnie taki sam, jak ten syf Wajdy o Wałęsie, z tą różnicą, że tu na Rosjan się mówi się „Ruscy”.

Moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam gorąco.

wtorek, 8 marca 2016

O tym jak przywrócono karę śmierci za mowę nienawiści

Nie orientuję się akurat, ilu stałych czytelników tego bloga wie, co się dzieje na tak zwanym Twitterze, gdzie trafiło mi się od trzech już ponad miesięcy skutecznie urzędować, kto jednak tam choć od czasu do czasu zagląda, zauważyć musiał, że wczorajszy dzień został zdominowany przez przypadek pewnej laluni, która zechciała na swoim Facebooku wyrazić żal z tego powodu, że przy okazji niedawnego wypadku z oponą, Prezydentowi nic się nie stało, podczas gdy obywatele oczekiwali przynajmniej wstrząśnienia mózgu, lub jakiegoś choćby złamania. Dyskusja pod zdjęciem owej damy była długa i bogata w dziesiątki komentarzy, które zrobiły na mnie wrażenie przede wszystkich z tego powodu, że, choć większość z nich była mocno złośliwa i niekiedy pełna obelg, żaden z nich – podkreślam, żaden – nie życzył jej nawet nie śmierci, ale choćby wspomnianego wstrząśnienia mózgu. Powtarzam, mieliśmy przez cały boży dzień na moim Twitterze potwornie długą wymianę, w której udział brały udział dziesiątki niezwykle negatywnie nakręconych komentatorów i ani razu nie pojawiła się ani śmierć, ani nawet życzenie choćby najdrobniejszej krzywdy. No, owszem, przyznaję, że paru z nich zażyczyło sobie, by panią od wstrząśnienia mózgu zajął się prokurator, a nawet, by ją ukarać grzywną za obrazę Prezydenta, ale to było wszystko. Nawet nie pojawił się temat lochów.
Czytałem sobie te wszystkie głosy i nagle sobie uświadomiłem, że ja już chyba wiem, na czym polega problem tak zwanego „języka nienawiści”, o którym ostatnio tyle dyskutujemy. Na jakimś prawicowym forum pojawia się, dajmy na to, wpis typu „POpierdoleńcy, Polska już wami rzyga”, albo „Niech rudy Niemiec lepiej nie wraca do Polski, bo sprawiedliwość go nie ominie”, albo „Wy KOD-owskie parchy, won do Izraela” no i to jest oczywiście mowa nienawiści, której my tu nie lubimy, nie tolerujemy i uważamy za wysoce szkodliwą z punktu widzenia polskich interesów. Czy jednak tego typu plucie kwalifikuje się do tego, by prokurator jednemu, czy drugiemu z nas postawił zarzuty z oskarżenia o „stosowanie mowy nienawiści”? Czy tego typu jad upoważnia nas do tego, byśmy jego autora traktowali bardziej poważnie, niż jakiegoś pierwszego z brzegu durnia, który chodzi po mieście i maluje na murach sprayem napisy w rodzaju „śmierć konfidentom”? Otóż moim zdaniem nie. Moim zdaniem, jeśli zaczniemy się przejmować tego typu głupstwem, powoli dojdziemy do momentu – swoją drogą, uważam, że już gdzieniegdzie to się dzieje – gdzie ową mową nienawiści stanie się wszystko, co władza – jakakolwiek władza – zechce uznać za nienawiść, czyli choćby czyjeś oczy. A to jest już coś, czego nikt z nas nie chce.
Z drugiej strony mamy tych wszystkich nieszczęśników, którzy uznali za stosowne skomentować to, co się zdarzyło na autostradzie A4, w taki sposób, by wymyślać coraz to dowcipniejsze rodzaje „ostatecznego rozwiązania” dla prezydenta Dudy. I powiedzmy to sobie otwarcie: jeśli istnieje jakakolwiek równowaga między jednymi, a drugimi, to tylko w tym względzie, że w obu przypadkach mamy do czynienia z ciężkim poczuciem bezradności, który znajduje swoje ujście już tylko w eksplozji owego kompletnie beznadziejnego hejtu. My widzimy tego jakiegoś Kramarzyka i zarzucamy go stekiem wyzwisk, poczynając od świńskiego ryja, a kończąc na ubeckim pomiocie, tak jakbyśmy uwierzyli, że w ten sposób skończą się wszystkie nasze problemy, a oni z kolei wymyślają coraz to dziwniejsze sposoby śmierci dla Andrzeja Dudy, tak jakby sądzili, że w ten sposób zrównoważą ten świński ryj. I tu faktycznie jesteśmy tacy sami. Różnica jest w tym, że zarówno chamstwo, tępa wulgarność, jak i nawet prosta potwarz, należą się nam jak psu kość, ponieważ każde z nich jest częścią naszego tak ułomnego człowieczeństwa. Kiedy jesteśmy oburzeni, wściekli, czy właśnie bezradni w owym upragnionym braku satysfakcji, możemy pluć i przeklinać, a nawet porównywać nielubianego polityka do Hitlera, lub Dzierżyńskiego. Oczywiście, lepiej jest zachować poziom i zwalczać w sobie wszystko, co w nas niskie, niemniej jednak fakt jest taki, że to wszystko stanowi część naszej marnej natury. Kiedy jednak dochodzimy do miejsca, gdzie zaczynamy komuś, kogo nienawidzimy, życzyć śmierci, lub do zadania śmierci zachęcamy, przede wszystkim występujemy przeciwko naszemu człowieczeństwu, a poza tym – i to akurat w naszej dzisiejszej sytuacji stanowi kwestię kluczową – łamiemy prawo. Również prawo naturalne.
I teraz, skoro doszliśmy już tak daleko, pozostaje nam jedno, czyli zastanowić się, kto stoi za tym występkiem i kto w nim współuczestniczy. No i tu odpowiedź jest bardzo prosta i jednoznaczna. To media. Ogólnopolskie media głównego nurtu, w tym przede wszystkim „Gazeta Wyborcza”, telewizja TVN24, Onet i szereg mniej eksponowanych stacji i gazet. Media, ale też politycy tacy jak Donald Tusk, Bronisław Komorowski i cała ta pomniejsza sitwa. To oni wszyscy od niemal dziesięciu już lat pracują nad tym, by tym wszystkim ludziom nie zostawić nic poza owym „życzeniem śmierci”. By, kiedy oni już wreszcie poczują, że znaleźli się pod ścianą, czuli tylko jedno pragnienie: śmierć. I dziś, nawet jeśli prokuratura się za tych biedaków weźmie, my musimy pamiętać, że oni są tylko pionkami w ich grze. I dlatego niech nasza nienawiść pozostaje zimna jak lód. I niech broń Boże nie traci kierunku.

Wszystkich zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jak zawsze kupujemy moje książki. I nie tylko.

sobota, 5 marca 2016

O rozproszonej mgle, zgubionej śrubie i wiecznej bezradności

Wczorajszy dzień był o tyle szczególny, że – co potwierdzają specjaliści od tego typu zdarzeń – nasz prezydent Andrzej Duda cudem uniknął śmierci, natomiast to, co w tym wszystkim jest szczególne w sposób jednak dość przerażający, to fakt, że powszechna reakcja na owo zdarzenie nie odbiega specjalnie od reakcji na pierwszy z brzegu news, o którym media informują na żółtym, czy czerwonym pasku, a my go sobie przekazujemy z większym, lub mniejszym błyskiem w oku. A więc może nie koniecznie związanego z tym, że we wrocławskim zoo tygrys zagryzł opiekuna, ale już, że któryś z polityków Platformy Obywatelskiej dostał prokuratorskie zarzuty – jak najbardziej. A moim zdaniem świadczy to wszystko o tym, że po raz kolejny potwierdził się fakt, że żyjemy wśród wilków, a atmosfera owego oblężenia otępiła nas do tego stopnia, że staliśmy się na nie tak straszliwie obojętni.
I przyznaję, że ja sam nie jestem tu bez grzechu. Kiedy po raz pierwszy dotarła do mnie wiadomość, że w prezydenckim samochodzie pękła opona i że nikomu nic się nie stało, niemal wzruszyłem ramionami. W końcu zdarza się. Samochody wpadają w poślizg, zderzają się z innymi samochodami, coś się w nich od czasu do czasu urywa, czy zwyczajnie psuje, a i opony też niekiedy wybuchają. Zdarza się nawet, tak jak to mi opowiadał pewien znajomy, że samochód z nieznanych przyczyn stanie w ogniu i niech Pan Bóg chroni tych, co znajdowali się środku. Czy w tych samochodach podróżują premierzy, prezydenci, lub królowie? Czasem na pewno. Czemu nie, prawda? Wprawdzie my osobiście wielu takich sytuacji nie znamy, no ale, jak mówię, czemu nie?
I oto wczoraj też włączyłem sobie telewizję, żeby zobaczyć, czy oni w ogóle o tym zdarzeniu informują, czy może wciąż na prowadzeniu są Komisja Wenecka, IPN z teczkami na Wałęsę, no i oczywiście Kajetan P. i psychologowie. No i okazało się, że, owszem, sprawa jest. Prezydent Duda jechał autostradą i tylko dzięki sprawności kierowcy, nie doszło do nieszczęścia. Co z tego? No nic. Z jednej strony trochę zwykłego rechotu, że pod Dudą to nawet guma pęka, trochę typowych ludzkich przemyśleń odnośnie tego, gdzie to on się tak wozi zamiast pracować, no ale też głosy ekspertów, a wśród nich niejaki Kuchar – kierowca rajdowy, który w pewnym momencie powiedział coś takiego (cytuję z pamięci): „Apelowałbym jednak, żeby nie wyciągać z tego co się stało zbyt daleko idących wniosków. Autostradami jeżdżą ciężarówki i one wciąż coś gubią. Wystarczy najechać na taką na przykład śrubę i kłopot gotowy”.
No więc ja już sobie myślę tylko tak. Wyobraźmy sobie, że wczoraj, skutkiem wybuchu opony w prezydenckiej limuzynie, prezydent jednak by zginął. Niemal sześć lat po śmierci Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku, w wypadku samochodu zginąłby prezydent Duda. Jak by na to zareagowała Polska? Otóż ja wiem, że to brzmi strasznie, ale nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że wszystko poszłoby torem, który wszyscy znamy doskonale i który traktujemy jak naszą bardzo przytulną codzienność. Codzienność, na którą czasem się zżymamy, która niekiedy potrafi naprawdę nam zajść za skórę, ale która jednocześnie jest taka bliska i taka nasza. I której nie zamienilibyśmy za nic. A więc najpewniej my tu, wstrząśnięci tym co się stało, pogrążylibyśmy się w tak dobrze nam znanym w gniewie, natomiast oni by z nas, na zmianę, albo szydzili, albo próbowali nam z dobrego serca wytłumaczyć, że przecież zdarza się, że samochód, nawet najlepszy i najlepiej zabezpieczony, może najechać na porzuconą przez jakiegoś TIR-a śrubę. Przecież tyle ich leży na drogach, więc po co po raz kolejny popadać w spiskowe obsesje. Czy nie wystarczyło nam owo tak ponure doświadczenie smoleńskie? Musimy do tego wracać?
Na szczęście nic się nie stało. Prezydent Duda ma się dobrze i wszyscy wierzymy, że od dziś jest jeszcze bardziej bezpieczny niż dotychczas. Ja natomiast nie potrafię przestać myśleć o tej śrubie, o tamtej mgle i o owym nieustannym rechocie. Ale też i o tym, o czym wspomniałem na samym początku, a więc o tej naszej w gruncie rzeczy kompletnej bezradności, do której się przytulamy jak do naszej ulubionej poduszki.
Nie jest dobrze. Niestety, nie jest dobrze.

Bardzo wszystkich zachęcam do kupowania moich książek. Każda z nich dostępna jest w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Naprawdę warto.

piątek, 4 marca 2016

O Matce Boskiej z Morgan Stanley

Przed nami najnowszy numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój najnowszy felieton. Polecam.

Jak pewnie niektórzy z nas zauważyli, Lech Wałęsa oficjalnie potwierdził informację, przekazaną swego czasu przez żonę Danutę, jakoby pieniądze, jakie on w latach 70-tych systematycznie wydawał na różnego rodzaju luksusowy wówczas sprzęt domowy, pochodziły z wygranych w totolotka. A rzecz mianowicie miała się tak, że ile razy państwu Wałęsom brakowało na pralkę, lodówkę, czy nowy telewizor, Lech modlił się najpierw o światło Ducha Świętego, następnie wypełniał kupon totolotka, składał go w pobliskiej kolekturze… i bingo! Telewizor lśni, jak ta lala. „Lechu”, mówi Danuśka. „Przydałaby się nowa kuchenka. Idź no się może pomódl”. „Się robi”, odpowiada Lech i nie mija tydzień, jak w drzwiach stoją panowie z kuchenką.
I niech się nikomu nie wydaje, że to pojedyncze przypadki. Nic podobnego. Wedle słów samego pana prezydenta, owa metoda działała przez całe lata 70. Aż do czasu, gdy Lech Wałęsa został przewodniczącym Związku i zaczął odpowiednio zarabiać, a potem jeszcze dostał tę swoją Nagrodę Nobla i wtedy w ogóle cały ten Duch Święty ze swoimi typowaniami stał się mu kompletnie niepotrzebny. Dziś, jak opowiada dalej Wałęsa, on dalej gra, ale to już tylko tak dla psoty, no i oczywiście nie wygrywa już nic.
Ktoś zapyta, co nas może obchodzić Wałęsa i jego opętanie. Otóż rzecz w tym, że ów numer z Duchem Świętym typującym Wałęsie totolotka jest traktowany ze śmiertelną powagą przez zarówno wspierające go media, jak i polityków KOD-u, którzy, jak się wydaje, w obliczu powolnego, ale systematycznego wypalania się Ryszarda Petru, postanowili wziąć sobie Wałęsę na sztandary, jako patrona. Ja ostatnio parę razy słyszałem ową historię w telewizji i nie zauważyłem, żeby ktokolwiek się na to głupstwo choćby zmarszczył. Wręcz przeciwnie. On gada o tym, jak skreślał te totolotki, a z drugiej strony mamy czyste poruszenie.
Mało tego. Oto parę dni temu pokazano nam scenę, kiedy to Lech Wałęsa przekazywał Kijowskiemu sztandar Solidarności ze swoim autografem, na co ten niemal padł na kolana i oświadczył, że jedno i drugie będzie chronił „kak rielikwiu”. Co by już tylko potwierdzało ów religijny pierwiastek tego, co oni nam dziś szykują.
I oto, proszę sobie wyobrazić, dziś przeczytałem na internetowej stronie telewizji TVN24 informację, że oto pewien zagraniczny analityk, „założyciel firmy badawczej Ecstrat”, oraz „strateg w Morgan Stanley” nazwiskiem John-Paul Smith, przewiduje, że Polska wchodzi w okres ciężkiego kryzysu, ponieważ jej politycy „zmierzają w kierunku rządów autorytarnych”. Jak podaje portal, owego ostrzeżenia nie wolno lekceważyć właśnie ze względu na osobę owego proroka, który wcześniej, „jako jeden z nielicznych, trafnie przewidział załamanie na rynkach wschodzących”.
Myślę, że teraz już widzimy przynajmniej kierunek. Cuda, ikony, relikwie, a teraz prorocy. Autentyczni. Prosto z Ecstractu i Morgan Stanley. Czekajmy już tylko aż każdy z nich wepnie sobie w klapę znaczek z Matką Boską.

Zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Bardzo różne, od polityki, przez muzykę, po język angielski. Szczerze polecam.