Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2014

O lewych czarusiach z Ministerstwa Prawdy (repryza)

Ponieważ do dyskusji na temat rzekomego oxfordzkiego wykształcenia Radka Sikorskiego włączają się coraz szersze kręgi różnej maści kibiców, pomyślałem sobie, że może przypomnę tu swój stary już bardzo, bo jeszcze z roku 2011, tekst, dotyczący właśnie tej niezwykłej kariery. Ci, co go już mieli okazję czytać, pewne kwestie sobie poprzypominają, a ci, co są tu dopiero od niedawna, możliwe, że wzbudzą w sobie pewne refleksje. I kiedy mówię o refleksjach, to nawet niekoniecznie sięgam aż tak wysoko, jak do Oxfordu. Mnie chodzi wyłącznie o maturę w skromnym liceum gdzieś w Bydgoszczy. A zresztą, co ja tu będę zanudzał? Czytajmy.

Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.
Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!:
Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.
I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.
Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał. Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”. Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.
I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego życiu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.
Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!
Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.
Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.

Wszystkich tych, którym powyższy tekst się spodobał zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkich pięć moich książek, w tym dwie pierwsze, już prawie na wyczerpaniu, po bardzo atrakcyjnej cenie.Jednocześnie, naprawdę bardzo serdeecznie i desperacko proszę o wsparcie dla tego bloga. To jest okres wyjątkowo trudny i bez Waszej pomocy, leżymy.

niedziela, 3 lutego 2013

W zoo, czyli nauka pisania

Podczas dyskusji po zeszłotygodniowym spotkaniu w Klubie Ronina, mój kumpel Maciej Świrski – być może poruszony odczytanym wcześniej fragmentem z mojej najnowszej książki – zapytał mnie, czy mam jakiś swój sposób pisania, według którego powstają moje teksty, no a ja odpowiedziałem, że sposobu konkretnego nie ma, natomiast, owszem, istnieje pewna technika, która pozwoliła mi się nauczyć składania słów w akapity, a akapity w większą całość. No i ową technikę opisałem.
Jak się okazało, ta moja wypowiedź zrobiła na słuchaczach pewne wrażenie, i oto wczoraj chyba Coryllus wyraził obawę, że od jutra we wszystkich szkołach pisania, opisany przez mnie sposób zostanie przyjęty jako podstawowy i jedyny w pełni skuteczny, a ja będę się mógł najwyżej zapluć ze złości. W tej sytuacji pomyślałem sobie, że oto nadszedł fantastyczny moment, by wszystkim zainteresowanym udzielić pewnej lekcji, a tym samym, w ów szczególny sposób zastrzec sobie jego autorstwo, a przy okazji dać coś moim czytelnikom na zawsze i za darmo, lub ewentualne „co łaska”.
Proszę sobie zatem wyobrazić, że mamy do napisania tekst pod tytułem „W zoo” o długości 240 słów, a więc typowe zadanie maturalne na poziomie rozszerzonym. Zaczynamy od stworzenia jednego, pięciozdaniowego akapitu pod tym samym tytułem:
Była ładna pogoda, więc poszedłem do zoo. W zoo widziałem trzy zwierzęta: żyrafę, słonia i niedźwiedzia. Żyrafa i słoń nie podobały mi się. Niedźwiedź był wręcz fantastyczny. W przyszłym tygodniu znów pójdę się z nim spotkać”.
Oto 36 słów i jeden akapit. Proszę zwrócić uwagę na jego budowę. Tam wszystko jest na swoim miejscu, i nie ma takiej możliwości, by jeśli tylko polecenie polegało na tym, by napisać akapit zatytułowany „W zoo” na 36 słów, ktokolwiek był w stanie tę krótka notkę zakwestionować. Mamy jedno zdanie wstępu, jedno zdanie na zakończenie, dwa zdania opisu i jedno z osobistą refleksją. No ale my mamy do napisania 36 słów i nie akapit, ale 240 słów i pięć akapitów. Proszę więc bardzo.
Bierzemy nasz akapit, wyciągamy zdanie otwierające i budujemy z niego akapit:
Obudziłem się wcześniej niż zwykle i spojrzałem na zegarek. Była 8.23. Wyjrzałem za okno i ujrzałem piękny, słoneczny dzień. Pomyślałem sobie, że skorzystam z okazji i pójdę do zoo”. 29 słów.
Teraz kolej na zdanie numer dwa, no i akapit numer dwa:
Do zoo dotarłem przed dziesiątą. Mieszkające przy wejściu małpy zlekceważyłem, nawet nie podnosząc na nie wzroku. Nieco dalej zobaczyłem żyrafę, potem słonia, a chwilę dalej niedźwiedzia. Powiem szczerze, że dalej już nie szedłem. Niedźwiedź mnie poraził”. 36 słów, a więc razem już 65.
Teraz czas na zdanie nr 3 i akapit nr 3:
Właśnie tak. Niedźwiedź mnie poraził, zwłaszcza że ani żyrafa, ani słoń nie zrobiły na mnie wrażenia. Żyrafa, jak to żyrafa, była żółta, miała długą szyję i spojrzenie, które określiłbym jako po prostu bezmyślne. Ze słoniem było jeszcze gorzej. Ten był duży, szary, bez jednego kła, a co gorsza, nawet na mnie nie spojrzał. W życiu nie widziałem zwierzęcia, które byłoby tak niesympatyczne”. 62 słowa; razem – 127.Teraz bierzemy się za misia:
Niedźwiedź to zupełnie inny wymiar. Niedźwiedź to coś absolutnie unikalnego. Przede wszystkim był fantastycznie biały, cudownie puchaty, i te oczy – oczy, które mówiły: ‘Bądź mi bratem’. Stał tuż za ogrodzeniem, dwa, może trzy metry ode mnie, a ja poczułem to niesamowite, nieodparte pragnienie, by go dotknąć. I pewnie bym go dotknął, gdyby nie ta straszna, boleśnie okrutna tabliczka z napisem: ‘Nie głaskać niedźwiedzi’. Stałem więc tam, znieruchomiały, zafascynowany i zachwycony, poruszając tylko milcząco ustami: ‘Mój miś’”. 76 słów, a zatem przekroczyliśmy 200 i osiągnęliśmy 203. Pora na akapit zamykający:
Jak mówię, dalej już nie poszedłem, postałem tam może godzinę, może dwie – czasu nie liczyłem – i powoli wróciłem do domu. Dziś już doskonale wiem, co będę robił w kolejną sobotę, już za 5 dni. Wsiądę w tramwaj i udam się do zoo, prosto do mojego niedźwiedzia. Mojego kumpla białego, polarnego misia”. 51 słów… Ups! 254 słowa. O 14 dużo. Trudno, musimy wyrzucić 14 z nich. Tylko które? Najprościej byłoby usunąć ostatnie zdanie, które nie jest chyba bardzo potrzebne. Jest to pięć wyrazów, zostałoby nam już tylko dziewięć, no ale jakoś tego zdania szkoda. Ono jest mocne, wzruszające i stanowi naprawdę ładną puentę. Szukajmy więc gdzie indziej. 14 słów. Zdanie „Wyjrzałem za okno i ujrzałem piękny, słoneczny dzień” zmieniamy na „Wyjrzałem za okno i ujrzałem piękny dzień”. Jesteśmy 1 słowo do przodu. Szukamy dalej. Drugi akapit: „Do zoo dotarłem przed dziesiątą. Mieszkające przy wejściu małpy zlekceważyłem, nawet nie podnosząc na nie wzroku”. Czy to można jakoś skrócić? Pewnie. Może tak? „Do zoo dotarłem przed dziesiątą. Na mieszkające przy wejściu małpy nawet nie podniosłem wzroku”. Dwa słowa. Mało, cholera. Szukajmy dalej. Może wyrzucić „mieszkające” i zostawić „Małpy przy wejściu”? Czemu nie? Trzy słowa, razem z pierwszym akapitem – cztery. Zostaje 10. Akapit nr 3.
Zdecydowanie można usunąć „które określiłbym jako”. To jest tylko stylistyczny zabieg, nic nie wznoszący, a poza tym bez niego uwaga o bezmyślnych oczach żyrafy będzie tylko mocniejsza. No a są to trzy słowa, przez co zostaje nam już tylko siedem. Jest tam coś jeszcze? Czemu nie? „W życiu nie widziałem zwierzęcia, które byłoby tak niesympatyczne” można bez żalu zamienić na „W życiu nie widziałem zwierzęcia tak niesympatycznego”. To nam daje kolejne dwa słowa, i w ten sposób zostaje nam już tylko pięć i aż dwa akapity. Co tam jest do wzięcia? Otóż początek, przez to powtórzenie jest zbyt słaby. Będzie zdecydowanie lepiej, jeśli drugie zdanie usuniemy w całości, a zatem „Niedźwiedź to coś absolutnie unikalnego” wyrzucamy, i dostajemy bardzo ładny początek czwartego akapitu: „Niedźwiedź to zupełnie inny wymiar. Przede wszystkim był fantastycznie biały, cudownie puchaty, i te oczy – oczy, które mówiły: ‘Bądź mi bratem’”. Ładny początek, a przede wszystkim pięć słów. A to nam porządkuje całość do zadanego kształtu. 240 słów pod tytułem: „W zoo”. Proszę zobaczyć:

Obudziłem się wcześniej niż zwykle i spojrzałem na zegarek. Była 8.23. Wyjrzałem za okno i ujrzałem piękny dzień. Pomyślałem sobie, że skorzystam z okazji i pójdę do zoo.
Do zoo dotarłem przed dziesiątą. Na małpy przy wejściu nawet nie podniosłem wzroku. Nieco dalej zobaczyłem żyrafę, potem słonia, a chwilę dalej niedźwiedzia. Powiem szczerze, że dalej już nie szedłem. Niedźwiedź mnie poraził.
Właśnie tak. Niedźwiedź mnie poraził, zwłaszcza że ani żyrafa, ani słoń nie zrobiły na mnie wrażenia. Żyrafa, jak to żyrafa, była żółta, miała długą szyję i spojrzenie po prostu bezmyślne. Ze słoniem było jeszcze gorzej. Ten był duży, szary, bez jednego kła, a co gorsza, nawet na mnie nie spojrzał. W życiu nie widziałem zwierzęcia tak niesympatycznego.
Niedźwiedź to zupełnie inny wymiar. Przede wszystkim był fantastycznie biały, cudownie puchaty, i te oczy – oczy, które mówiły: „Bądź mi bratem”. Stał tuż za ogrodzeniem, dwa, może trzy metry ode mnie, a ja poczułem to niesamowite, nieodparte pragnienie, by go dotknąć. I pewnie bym go dotknął, gdyby nie ta straszna, boleśnie okrutna tabliczka z napisem: „Nie głaskać niedźwiedzi”. Stałem więc tam, znieruchomiały, zafascynowany i zachwycony, poruszając tylko milcząco ustami: „Mój miś”.
Jak mówię, dalej już nie poszedłem, postałem tam może godzinę, może dwie – czasu nie liczyłem – i powoli wróciłem do domu. Dziś już doskonale wiem, co będę robił w kolejną sobotę, już za 5 dni. Wsiądę w tramwaj i udam się do zoo, prosto do mojego niedźwiedzia. Mojego kumpla białego, polarnego misia”.

Jeszcze raz liczymy słowa… Jest. 240 i nie chce być ani mniej, ani więcej. A całość? Czy tu można się czegoś czepić? No dobra, ktoś może powiedzieć, że ten tekst jest głupi. Na to ja już niestety nic nie poradzę. Jak pisać teksty mądre? Tego ani nie sposób wiedzieć, ani tym bardziej nauczyć się nie da. To trzeba po prostu mieć. Skąd? Też nie wiadomo. Przynajmniej ja nie tego nie wiem.

Jeśli ktoś chce tę notkę potraktować jako lekcję pisania, na przykład dla swojego dziecka, które ma przed sobą egzamin z języka polskiego, lub nawet obcego, będzie mi bardzo miło. Numer konta jest tuż obok.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...