Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Radwańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Radwańska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2014

Z notatnika dupy - nie kibica

Kiedy chodziłem do liceum, miałem fantastycznego kumpla o imieniu Zbyszek, na którego akurat i tak wszyscy i tak mówiliśmy nie inaczej, jak tylko „Stopa”. Stopa był moim serdecznym kolegą, z którym moja przyjaźń oparta była tak naprawdę nawet nie na wspólnej miłości do Beatlesów, ale na czymś, co jest wręcz niemożliwe do określenia. Jak to w życiu.
Oprócz tego, że Stopa grał na gitarze tych Beatlesów, on miał kompletną szajbę na punkcie angielskiej ekstraklasy piłkarskiej, i nie dość, że znał nazwy wszystkich angielskich drużyn, a prawdopodobnie też ich składy, to regularnie i na bieżąco – kupując w KMPiK-u, w nowej Polsce zamienionym na EMPiK, co tydzień „Daily Mirror” – śledził tamte rozgrywki. Ulubioną drużyną Stopy był West Ham, a ponieważ ja z jednej strony o stanie piłki nożnej na Wyspach miałem pojęcie znikome, a z drugiej owa sytuacja dla Stopy była nie do zniesienia, uznał on za stosowne zrobić dla mnie przynajmniej tyle, by uczynić mnie kibicem konkretnej drużyny. I to wtedy dowiedziałem się o istnieniu Evertonu. Któregoś dnia Stopa przyszedł do mnie i powiedział: „Kibicuj za Evertonem. Oni są fajni”. Do dziś więc, moją drużyną jest Everton.
Od czasu, gdy skończyłem liceum, ze Stopą się nie widziałem. Wiem, że mieszka dziś w Kanadzie i to wszystko. Któregoś dnia napisał do mnie na Naszej Klasie, ja mu natychmiast odpisałem, wymieniliśmy się numerami telefonów, umówiliśmy się na rozmowę, no ale, jak to w życiu, jakoś nam zeszło, i dziś, poza tym, że on mieszka w tej Kanadzie, nie wiem o nim nic. Nie wiem też oczywiście, jak tam wygląda aktualna sytuacja w Evertonie, które oni zajmują miejsce w lidze, a już z całą pewnością nie umiem wymienić nazwiska choćby jednego ich piłkarza, ale to wiem z całą pewnością: jeśli ktoś mnie spyta, komu kibicuję, to bez mrugnięcia okiem, odpowiem – Evertonowi. A jeśli ktoś będzie dociekał, i zapyta, dlaczego, udzielę odpowiedzi oczywistej: „Bo Stopa mi ich polecił”.
Co mi strzeliło do głowy, by po raz drugi w ciągu jednego tygodnia pisać o sporcie? Otóż wcale nie chodzi o piłkę nożną, ale, tak jak poprzednio, o tenis. Rzecz w tym, że ja się na tenisie, i w ogóle na sporcie, znam dokładnie tak, jak na piłce nożnej, natomiast zarówno, jak chodzi o tenis, piłkę nożną i w ogóle sport, moje serce jest tak samo dokładnie otwarte, jak to się dzieje w przypadku piłkarzy z Liverpoolu. Mam na głowie mnóstwo różnych rzeczy, ale, jeśli tylko nadarzy się okazja, jestem gotów naprawdę na wiele.
Piłka nożna zatem, to Everton, natomiast co do tenisa, również nie mam żadnych dylematów. Oto dwoje tenisistów, którym bezwzględnie kibicuję. Przede wszystkim, jak już pisałem wcześniej, Agnieszka Radwańska, a zaraz po niej – Rafael Nadal. Dlaczego lubię Radwańską, nie muszę wyjaśniać, a jeśli idzie o Nadala, tak się jakoś w pewnym momencie stało, że go polubiłem, postanowiłem mu kibicować, i od tego czasu życzę mu wszystkiego najlepszego, niezależnie od tego, jak mu idzie na tych kortach. Pamiętam, jak w pewnym momencie on zaczął robić wrażenie kogoś, kto lada chwila będzie zmuszony zakończyć tę karierę, czy to ze względu na naturalną obniżkę formy, czy może z powodu fatalnie zrujnowanego zdrowia, a ja nadal kibicowałem Nadalowi. Radwańskiej i Nadalowi.
W stylu absolutnie mistrzowskim wrócił Nadal na pierwsze miejsce w rankingu. Wczoraj w półfinale turnieju w Melbourne pokonał w trzech setach Federera, jutro zapewne wygra z Wawrinką, i na swoim koncie zapisze 14. wielkoszlemowe zwycięstwo.
Oglądałem wczoraj pojedynek Nadala z Federerem. Kto ten mecz oglądał razem ze mną, wie wszystko. Nadal to tenisowy geniusz w wymiarze niemal surrealistycznym. Ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na dwa elementy, który, być może nie są już tak dyskutowane, jak jego kolejne zwycięstwa. Pierwszy z nich to ten, że w ciągu minionego roku, ów słynny, nerwowy nawyk Nadala, polegający na tym, że on przed każdą kolejną piłką, całkowicie bezwiednie, musi dotknąć swojego nosa, uszu, policzków, poprawić włosy, koszulkę i spodenki, wzmocnił się o tyle, że on to wszystko musi powtórzyć jeszcze raz, a niekiedy dwa razy. Pytano o to szczególne natręctwo samego Nadala w którymś z wywiadów, no i on odpowiedział, że on sobie w ogóle nie zdaje sprawy z tego, że to robi.
A więc, to jedno. Druga rzecz, która mnie przy okazji tego kolejnego już zwycięstwa poruszyła, to fakt, że on kilka ostatnich pojedynków, w tym wspomniany z Federerem, rozegrał z bardzo ciężkimi ranami na lewej dłoni – dłoni, w której on trzyma rakietę. Widziałem te pęcherze, fizycznie niemal czułem ten ból, który on musiał czuć w każdej sekundzie meczu, patrzyłem na niego, jak wygrywa kolejne piłki, i jedyne co sobie myślałem, to to, że ja oczywiście jestem dla niego pełen podziwu i zachwytu, ale byłoby mi bardzo przykro, gdyby do takiego stanu doprowadziła się Agnieszka Radwańska. Nawet za cenę zostania najwybitniejszą tenisistką wszechczasów. Jeśli ona ulegnie podszeptom, z jednej strony, kibiców, a z drugiej, tych wszystkich biznesów, które ją otaczają, jak sępy, i, owszem, stanie się wreszcie niepokonana, ale za to zacznie się zachowywać jak japońska zabawka za milion dolarów, na moment przed nieuchronną i ostateczną awarią, będzie mi bardzo, ale to bardzo przykro.
A zatem, moje kibicowanie pozostanie na poziomie ustalonym przed wielu już laty: kiedy się dowiem, że Everton zdobył wreszcie mistrzostwo, bardzo mi będzie miło; kiedy Nadal wyprzedzi wszystkich i zostanie ogłoszony największym tenisistą w historii, poczuję wielką satysfakcję, a ile razy Agnieszka Radwańska wyjdzie na kort, a cały stadion będzie jej wiwatował, bo jest świetną tenisistką i mądrą, piękną dziewczyną, może sobie nawet od czasu do czasu przegrać. To nie jest jakaś szczególnie wygórowana cena za te chwile satysfakcji.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

środa, 22 stycznia 2014

Agnieszka Radwańska, czyli stul kibicu paszczę

Fakt, że w naszym domu, przez wiele długich lat, każda zimowa niedziela stała pod znakiem większych lub mniejszych sukcesów Adama Małysza, zawdzięczamy wyłącznie naszej starszej córce, która pewnego dnia ogłosiła swoją miłość do Małysza… no i dalej wszystko potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami. W końcu, jak miłość, to miłość.
Najpierw więc, chcąc nie chcąc, a po pewnym czasie już jak najbardziej z własnej, nieprzymuszonej woli, oglądaliśmy te skoki, i gdyby mnie na przykład spytać, jakie dyscypliny sportowe mogę zadeklarować, jako swoje ulubione, skoki wymieniłbym na jednym z pierwszych miejsc. Nie wiem, jak to wygląda u innych, ale, jak idzie o te skoki, oglądałem je przez te wszystkie lata z prawdziwą przyjemnością, jednak zawsze przy tym, miałem poczucie, że ta akurat dyscyplina nie jest do końca poważna. Patrzyłem na tych skoczków, z których każdy nieodmiennie robił wrażenie, jakby to, z czego żyje, stanowiło dla niego wyłącznie rozrywkę, w dodatku rozrywkę lekką, łatwą i przyjemną, i wciąż tkwiłem w tym – dziś już to wiem – jakże błędnym przekonaniu, że właściwie, gdybym tylko trochę poćwiczył, to i ja bym umiał tak polecieć, jak oni.
No i niedawno stało się tak, że austriacki skoczek Morgenstern, wykonał kolejny z tysięcy swoich skoków… i spadł na ten śnieg, jak, nie przymierzając, szmata, z trudem zachowując życie. Kiedy zapytano jednego ze specjalistów, jak to się stało, że ów biedny Morgenstern nagle i niespodziewanie, w sytuacji pozornie tak nieprawdopodobnie prostej, zachował się, jak wcześniej wspomniana szmata, ten odpowiedział, że wszystko zaczęło się od drobnego błędu, polegającego na tym, że on odrobinę zbyt wcześnie ułożył narty w kształt „v”, no i dalej już władzę nad nim przejął wiatr.
Usłyszałem to wyjaśnienie i nagle sobie uprzytomniłem, że, jeśli idzie o sport wyczynowy, a już za całą pewnością sport wyczynowy na poziomie mistrzowskim, mamy do czynienia z wymiarem, którego tak naprawdę pojąć nie jesteśmy w stanie. Bez względu na to, czy stajemy przed Stochem, Messim, Nadalem, Woodsem, czy choćby zwykłym mistrza świata w skokach na głowę do basenu, tego co przed nami, nie jesteśmy w stanie ani pojąć, ani choćby zaczepić skrawkiem naszej wyobraźni.
Czytałem kiedyś rozmowę z pewnym Ingemarem Johanssonem, dziś już nieżyjącym bokserem ze Szwecji, który w roku 1959 został mistrzem świata wszechwag w boksie. Kiedy słyszymy dziś taką informację, musimy pamiętać, że to były inne czasy, niż mamy teraz, kiedy to tych federacji jest tak dużo, że już nie jesteśmy w stanie się doliczyć kolejnych mistrzów świata. W latach 50-tych, 60-tych, czy nawet 70-tych, kiedy uzyskiwało się tytuł mistrza świata w boksie, to było się faktycznie pierwszym bokserem na świecie. A zatem ów Johansson znokautował w trzeciej rundzie Floyda Petersona, zdobył ten swój tytuł, rok później Peterson mu ów tytuł odebrał, w kolejnym roku nastąpił kolejny rewanż, gdzie Paterson znów Szweda rozbił, i ta niezwykła kariera osiągnęła swój ostateczny koniec. Czytam ów wywiad z Johanssonem, i on w pewnym momencie, na pytanie, jak to jest być najlepszym na świecie, odpowiada tak: „Nigdy o tym nie myślałem. Człowiek o takich rzeczach nie myśli. Masz w głowie tylko to, by wygrać następną walkę. Nigdy nie brałem pod uwagę tego, że mogę przegrać, jakoś wygrywałem, no i w pewnym momencie zdobyłem ten tytuł. Potem przegrałem, i przestałem być mistrzem.
No i cóż z tego? Któż ci zagwarantuje, że będziesz mistrzem wiecznie? Może trzydziestu bokserów w historii zdobyło ten tytuł, a zatem, jeśli okazujesz się nagle być jednym z nich, to chyba nie jest źle, co?
„Może trzydziestu bokserów zdobyło tytuł mistrza świata. Jeśli jesteś jednym z nich, to chyba nie jest źle, co?” Bardzo mi się podoba ta myśl, bo tu widać doskonale ową przepaść między byciem mistrzem, a byciem zaledwie kibicem. To tu, jak nigdzie indziej chyba, widać ową fantastyczną różnicę między owym wysiłkiem, no i talentem, z którym on jest nieodłącznie związany, a ową wiecznie niespełnioną, i pełną pretensji, aspiracją.
Dziś w nocy, podczas turnieju Australian Open, Agnieszka Radwańska wygrała swój ćwierćfinałowy pojedynek z Victorią Azarenką, i awansowała do półfinału, osiągając jeden z największych sukcesów w swojej karierze. Z tego co widzę na własne oczy, ale również w oparciu o opinię ludzi, którzy o tenisie mają znacznie większe pojęcie, niż ja, Radwańska zagrała wielki mecz. Oczywiście, Azarenka nie była tak dobra, jak zwykle, ale fakt pozostaje faktem – Radwańska zagrała wielki mecz i tym samym, nie po raz pierwszy zresztą, udowodniła, że jest jedną z najlepszych obecnie tenisistek na świecie.
Bardzo cieszy mnie ten sukces przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, ja generalnie cieszę się, kiedy Polacy odnoszą sukcesy, ale oprócz tego, ja Agnieszkę Radwańską uwielbiam. Uważam, że jest osobą mądrą, sympatyczną, bardzo porządną i, co nie najmniej ważne, dziewczynę o wielkim charakterze. Cieszę się jednak też z tego względu, że zeszły rok dla Radwańskiej nie był najlepszy, jak idzie o tak zwany wizerunek publiczny. Ona wielokrotnie, i z wielu doprawdy kierunków, była poddana tak niebywałej agresji, że w pewnym momencie stało się jasne, że jedyne, co może zrobić, żeby ten atak odeprzeć, to osiągnąć jakiś spektakularny sukces. To że ona już, bez względu na to, jak potoczy się jej dalsza kariera, i tak zapisała się w historii kobiecego tenisa na świecie, dla tych, co jej nienawidzą, nie ma żadnego znaczenia. Ona dla niektórych z nich nigdy nie będzie bohaterem takim, jak dla Szwedów choćby bohaterem został na zawsze Ingemar Johansson – człowiek, którego wielkość zamknęła się zaledwie w 12 miesiącach. Dla nich, Radwańska, jeśli tylko się okaże, że miniony rok był tak naprawdę jej rokiem ostatnim, będzie zaledwie dowodem na to, że ona jest, i zawsze była, do niczego. Głupią, zepsutą lalunią.
W Salonie24 pierwszym komentatorem tenisowym jest człowiek podpisujący się Karlin. Nie wiem, kim on jest, mam jednak bardzo mocne podejrzenie, że za tym nickiem stoi postać w polskim tenisie, czy może tylko w polskim dziennikarstwie tenisowym, znana. Karlin to człowiek, jeśli go ocenimy z perspektywy politycznej, jak najbardziej „nasz”, natomiast, jak idzie o jego stosunek do Radwańskiej, trzeba stwierdzić, że on je nienawidzi wręcz fizycznie i życzy jej wszystkiego najgorszego. Dlaczego? Nie mam pojęcia, jednak poziom tych emocji i ich wymiar merytoryczny może świadczyć o tym, że Karlin nie lubi Radwańskiej z powodów czysto osobistych. Może ona go kiedyś potraktowała obcesowo, może źle się do niej odniósł ktoś z otoczenia Radwańskiej – tego nie wiemy. Faktem jest, że on o Radwańskiej nie pisze praktycznie inaczej, jak o gwieździe, która kiedyś, owszem, pozwalała wiązać ze swoją grą jakieś nadzieje, ale przez swoją głupią bezmyślność i zepsucie, wszystko zmarnowała.
Czytałem trochę tenisowe komentarze Karlina, i ile razy pojawiało się nazwisko Radwańskiej, to zawsze w kontekście przysłowiowych „wacików”. Oczywiście Karlin jest zbyt poważnym komentatorem, by, pisząc o owych „wacikach”, przyznawał się do tego, że jemu nie chodzi o nic więcej. Dlatego też tam zawsze na pierwsze miejsce były wrzucane szalenie zawodowe analizy mające dowieść tego, że Radwańska jest dziś zwyczajnie słaba. Jak mówię, ja się na tenisie znam w stopniu mniej niż podstawowym, ale lubię słuchać opinii zawodowców, i z owych opinii mogłem wyczytać, że przez wielu z nich, jak na przykład Mats Willander, czy Andy Murray, ona jest traktowana, jak ktoś tak naprawdę najlepszy. Mimo często gorszej gry, niż byśmy wszyscy chcieli, dla wielu z nich Radwańska z jakiegoś powodu pozostaje tenisistką ulubioną.
No ale załóżmy, że Karlin ma rację. Załóżmy, że dzisiejsza wygrana, to tak naprawdę niewiele znaczący wypadek. Przyjmijmy, że ona swój następny mecz z Cibulkową przegra i Karlin będzie mógł tryumfować. Co z tego? Nic. Dlaczego? Dlatego, że tu w ogóle nie chodzi o to, co przed Radwańską. Tu nawet nie chodzi o to, co tam sobie w głowie szykuje ów Karlin. Radwańska bowiem może nagle dojść do wniosku, że ona ten cały tenis ma w nosie, bo zarobiła już tyle pieniędzy, że więcej nie potrzebuje, i dla niej w obecnej chwili najważniejsze jest zdrowie i coś tam może jeszcze, i od dziś zacząć wszystko przegrywać. Nie zmieni to faktu, że ona i tak już jest bardzo znaczącą częścią historii dyscypliny. I tego jej nikt nie odbierze.
Natomiast, jak idzie o Karlina – jak już wspomniałem, mam wrażenie, że człowieka, którego i tak w ten czy inny sposób wszyscy znamy – to, że on ma o coś żal do Radwańskiej jest kompletnie nieistotne. Bo problem, który nas dziś zajmuje, to nie to, że Radwańska jest dobra, a ktoś sądzi, że nie, ale to, że jedni z nas są wojownikami, a inni sfrustrowanymi kibicami. I to wcale nie tylko, jak idzie o wyczyn sportowy.

Uporczywie, i z właściwym dla sytuacji zażenowaniem, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Przy okazji dziękuję wszystkim za dotychczasowe gesty. Proszę nie odchodzić.

piątek, 12 lipca 2013

Jeszcze o hyclach od chrześcijańskiej moralności

Szczerze powiedziawszy, czegoś takiego się nie spodziewałem, ale wygląda na to, że System uznał sprawę sesji Agnieszki Radwańskiej dla ESPN za tak smakowity kąsek, że nie wypuści go z zębów przez dłuższy czas. A biorąc pod uwagę fakt, że do tej roboty gremialnie i wręcz na ochotnika zgłosili się nasi czołowi katolicy, to wszystko może potrwać jeszcze dłużej. W tej sytuacji zatem, i ja jeszcze dorzucę parę refleksji.
Na początek jednak, chciałbym opowiedzieć o pewnym moim koledze, który tuż obok, na ulicy 3 maja, prowadzi fantastycznie bogaty i niezwykle popularny komis płytowy. Ponieważ to jest bardzo poważne przedsięwzięcie, komis ów posiada swój profil na Facebooku, o ile wiem, bardzo starannie aktualizowany. Niedawno Mariusz, właściciel komisu, kupił gdzieś dwie klasyczne już płyty analogowe, jedną zespołu Roxy Music, drugą Lou Reeda z zespołem Velvet Underground. Jak mówię, obie płyty to pozycje już klasyczne, częściowo dzięki okładkom. Proszę rzucić okiem.
Najpierw Roxy Music:


A teraz Velvet Underground:


Kupił te płyty i zdjęcia okładek zamieścił na swoim facebookowym profilu, zachęcając do odwiedzenia sklepu. I proszę sobie wyobrazić, że obie okładki zostały przez administratora Facebooka usunięte, a Mariusz otrzymał informację, że zamieszczanie na Facebooku tego typu materiałów łamie obowiązujące zasady. Żadnej dyskusji, żadnych pytań i odpowiedzi. Żadnych reklamacji. Stop demoralizacji!
Jak wiemy, Agnieszka Radwańska, dzięki swojej religijności i szczerości w jej demonstrowaniu, została mianowana tak zwanym „ambasadorem” ogólnopolskiego projektu o nazwie „Nie wstydzę się Jezusa”. O co chodzi w tej inicjatywie? Otóż pewna grupa młodych katolików uznała, że czasy są takie, że każdy z nas, szczególnie wbrew środowiskowym naciskom, powinien się nie wstydzić i dawać świadectwo swojej wierze. Stąd wśród owych „ambasadorów” znalazła się cała kupa różnego rodzaju celebrytów, takich jak dziennikarze Ziemiec, Babiarz i Zubilewicz, aktor Pazura, czy sportowiec Lewandowski i, do niedawna też, Agnieszka Radwańska. Kiedy Radwańska wzięła udział we wspomnianej sesji, została stamtąd z hukiem usunięta.
Ponieważ „Nie wstydzę się Jezusa” to nie tylko projekt, ale i osobny portal i specjalny profil na Facebooku, pod oświadczeniem w sprawie wyrzucenia Radwańskiej z towarzystwa osób nie wstydzących się Jezusa, rozpętała się debata, i z tego, co mi mówi moja córka, która od pewnego czasu działa tam, jako osoba wspierająca, wynika, że większość komentarzy – również zamieszczonych przez nią – stanęła mocno w obronie Radwańskiej. I proszę sobie wyobrazić, że dziś rano, kiedy moje dziecko zajrzało na ten swój Facebook, pierwsze, co zobaczyła, to to, że wszystkie komentarze wspierające Agnieszkę Radwańską zostały usunięte, natomiast ona – a jak sądzimy, nie tylko – została pozbawiona prawa komentowania. Próbowaliśmy sprawdzić, czy tam nie doszło do jakiejś awarii, ale okazało się, że nie. Ja na przykład, póki co, gdybym tylko zechciał, mogę tam pisać do woli. Moja córka już nie. Co ciekawe, oświadczenie w sprawie usunięcia Radwańskiej z grona ambasadorów spadło już szczebel niżej, zastąpione przez jakiś nowy temat, ale i zachętę do dalszej dyskusji.
A mi do głowy przyszły dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że to wezwanie do dyskusji ma dokładnie ten sam walor moralny, co zapewnienia każdego z nich, że oni Radwańskiej nie potępiają, ale tylko po chrześcijańsku napominają. Jestem pewien, że za jednym i za drugim stoi dokładnie ta sama obłuda, to samo kłamstwo i w rezultacie ten sam grzech. Druga myśl, która mi przyszła do głowy, jest też trochę związana z historią przedstawionych wcześniej dwóch płyt z komisu Mariusza. Kiedy on mi opowiedział swoją przygodę z Facebookiem, zastanawialiśmy się przez chwilę, jak działa ów automat. Jak to możliwe, że spośród tak wielkiej liczby informacji, czasem przecież nieskończenie bardziej drastycznych, on wyłapał coś tak małego, jak te okładki. No i ustaliliśmy, że musiał pójść jakiś donos. Ktoś wszedł na profil tego komisu, zobaczył te dwie płyty, poczuł ten płomień, zarumienił się ze wstydu i zgłosił je do usunięcia. A ci już rutynowo, je usunęli. Czemu została reszta? Widocznie reszta nikomu nie przeszkadza. Podobnie jak nikomu nie przeszkadza na przykład fakt, że wśród ambasadorów inicjatywy „Nie wstydzę się Jezusa” wciąż są takie osoby, jak Przemysław Babiarz, Tomasz Zubilewicz, czy Radosław Pazura? No, ale kto ma na nich kapować? Jego koledzy z pracy? Oni już swoje zrobili w kwestii Radwańskiej. Młodzi katolicy z inicjatywy „Nie wstydzę się Jezusa?” Oni też są skoncentrowani na Radwańskiej.
A może ja? Tym bardziej nie. W końcu, jakiż tam ze mnie katolik? Jakaż ta moja moralność?

czwartek, 11 lipca 2013

Tomasz Terlikowski, czyli gdy pobożność zboczyła

Pewnie po to, by każdy potencjalny kandydat na wroga ludu, nie zapomniał o tym, co wolno, a czego nie wypada, akcja gnojenia Agnieszki Radwańskiej trwa w najlepsze. Oto okazało się, że branżowe pismo ESPN po raz kolejny przeprowadziło swoją doroczną akcję propagowania zdrowego stylu życia i dla odpowiedniego przyozdobienia owej akcji, opublikowała serię bardzo artystycznie zaangażowanych rozebranych zdjęć rozmaitych gwiazd światowego sportu. Wśród owych gwiazd znalazła się nasza Agnieszka Radwańska. No i się zaczęło.
Wczoraj w telewizji zobaczyłem jakiegoś ulizanego japiszona reprezentującego którąś z licznych organizacji ciągnących kasę ze sportu, który powiedział, że to, co zrobiła Radwańska jest oburzające, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę to, jak ona się wciąż obnosi ze swoim katolicyzmem. Później pokazała się sportsmenka Pyrek – jak idzie o nią, mam wrażenie, że coś między paniami musi skwierczeć, bo ona już nie pierwszy raz zachowuje się, jakby nazwisko Radwańskiej uruchamiało w niej instynkty swego czasu opisane przez profesora Pawłowa – i oznajmiła, że ona Radwańskiej nie rozumie. Jak słyszę, w Internecie już się pokazały fotomontaż, gdzie Radwańska siedzi goła nad basenem, a na wodzie unoszą się tenisowe piłki, tworząc słowo „Jezus”.
Ale to wszystko nic. W końcu, nie po raz pierwszy i nie ostatni mamy okazję obserwować, jak to posmoleńska obsesja, u osób, których sumienia są przeżarte przez owa wciąż niezaschniętą krew tych, których tam w ów sobotni poranek najzwyczajniej w świecie zamordowano, zbiera swoje żniwo. Natomiast warto zwrócić uwagę na fakt, że sprawa tych zdjęć poruszyła niektórych w sposób, jakiego u normalnych ludzi byśmy się nigdy nie spodziewali. Oto pojawił się Tomasz Terlikowski i ogłosił, co następuje:
Nie oceniam ani nie potępiam tenisistki, ale rozbierana sesja Agnieszki Radwańskiej to dobra okazja, by przypomnieć kilka ważnych prawd. Ciało jest świątynią Ducha Świętego, a nagość kobiety jest przeznaczona dla jej męża”.
Warto, myślę, zwrócić uwagę na sam początek tej wypowiedzi. Terlikowski ani nie „ocenia”, ani nie „potępia”, jedynie pragnie przypomnieć. Oto mamy do czynienia z rodzajem zakłamania, za który, moim zdaniem, Terlikowski powinien po śmierci trafić na najniższy krąg czyśćca. To jest ten rodzaj hipokryzji, jaki znamy z anegdot typu: „Ja nie mam nic przeciwko czarnym, ale najchętniej bym ich widział na statku płynącym w stronę Afryki”, albo „Osobiście bardzo szanuję kobiety, ale zdecydowanie wolę te z dużym biustem”. To jest dokładnie to samo kłamstwo, tyle że głoszone już na poważnie. Wręcz z różańcem w ręku.
U Terlikowskiego jednak mamy do czynienia z czymś jeszcze ciekawszym. Otóż wszyscy bardzo dobrze pamiętamy niedawny wywiad, jakiego jego żona udzieliła „Wysokich Obcasom”, gdzie – mówiąc w dużym skrócie – głównie opowiada nam o Terlikowskiego spermie i wzwodach. Ja oczywiście wiem, ze trochę mnie tu ponosi, bo tam jest dużo również rzeczy mniej drastycznych, jednak te parę mocno pikantnych szczegółów sprawia, że ja do dziś, jak tylko słyszę nazwisko „Terlikowski”, to widzę, jak on się w ubikacji onanizuje do buteleczki.
Terlikowski w swojej wypowiedzi, w której absolutnie nie ocenia („nie sądźcie, byście nie byli sądzeni”) Agnieszki Radwańskiej, zapewnia również, że on owych zdjęć ani nie oglądał, ani oglądać nie zamierza. Jak idzie o mnie, to ja je obejrzałem. Wszystkie zdjęcia z całej tej sesji. Proszę więc sobie wyobrazić, że to jest coś wręcz fantastycznego. To jest seria tak pięknych zdjęć, tak fantastycznych ujęć tak pięknych ciał, że – i przyznaję to bez bicia – gdybym ja miał okazję czymś takim się poszczycić, i zostałbym przez ów magazyn wyróżniony zaproszeniem do udziału w sesji, to to zdjęcie bym sobie powiesił w naczelnym miejscu naszego mieszkania.
A tu mamy tego Terlikowskiego z żoną, jak się pochylają nad Agnieszką Radwańską i każą jej iść do spowiedzi. Przepraszam bardzo, ale muszę wspomnieć jeszcze o czymś, i na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to nie ja zacząłem. Otóż wszyscy wiemy, jak wygląda Terlikowski i jak wygląda jego żona. Dzięki jej szczeremu wyznaniu, jakie poczyniła dla Agory, wiemy też, że Terlikowski z nią współżył przed ślubem. I on dziś ma czelność występować publicznie i ogłaszać, że „nagość kobiety przeznaczona jest dla jej męża”? Przecież tego się nie da tolerować.
Mogę się oczywiście mylić, jednak – przy okazji korzystając z metody, jaką zaproponował sam Terlikowski – zapewniając, że ja Terlikowskiego ani nie oceniam, ani nie potępiam, chciałem poinformować, że mam nieodparte wrażenie, że ja chyba wiem, dlaczego on nie obejrzał tych zdjęć. Tu na sto procent musiało chodzić o to, że on się bał, że spojrzy na gołą Radwańską, dostanie wzwodu, albo coś jeszcze gorszego, i pani Małgosia zauważy. I będzie awantura. A jak wiemy, małżeństwa powinny wręcz tonąć we wzajemnej miłości.

Te wakacje, jeśli to, co udaje się uzyskać z prowadzenia tego bloga, nie wystarczy, nas pogrążą. Dlatego proszę bardzo o wspieranie nas, ile to tylko możliwe. Dziękuję. Terlikowski, natomiast, jak tylko to zobaczy, powie, że jestem starym pedałem, no ale będę to musiał jakoś znieść. A my tu za to przynajmniej zobaczymy, o co poszło z tą Radwańską. Za przebywanie w jakim towarzystwie, ona dziś musi znosić te podłości.

piątek, 5 lipca 2013

Agnieszka Radwańska - nasza duma i radość

Agnieszka Radwańska przegrała swój półfinałowy mecz w Wimbledonie, i wszystko wskazuje na to, że tefaunowskie sępy tylko na to czekały. Od wczoraj, ile razy chcę się dowiedzieć, jak ona się czuje, co mówi, czy zdążyła dojść do siebie po tej niefortunnej porażce, trafiam na kolejną porcję bluzgów, oczywiście nie ze strony samego TVN-u – ależ skąd, oni są zawsze bardzo obiektywni! – ale tych, których autorami są tak zwani internauci, a TVN ich jedynie cytuje. W końcu zawsze wzywaliśmy do wspierania dziennikarstwa obywatelskiego, no to i je mamy.
Czego się więc dowiadujemy? Po pierwsze, tego, co zawsze wiadomo było, a mianowicie, że ta Radwańska wcale nie jest nawet w połowie tak dobra, jak się jej zdaje. Po drugie, że z niej nie jest żadna gwiazda, a zaledwie głupia gwiazdeczka, skupiona wyłącznie na swoich humorach. I wreszcie, po trzecie, że ona nie ma za grosz kultury, a jej chamstwo będzie nam od dziś przynosiło wstyd na całym świecie.
W czym rzecz? Oczywiście, na samym początku mamy ów Smoleńsk i fakt, że w obliczu tego nieszczęścia Radwańska stanęła po niewłaściwej stronie, a TVN takich postaw nie wybacza. Dziś jednak skupmy się na sporcie. Dziś bowiem, jak czytam, poszło o to, że Radwańska tak bardzo przejęła się tą porażką, że, jak się domyślam, po to, by nie wybuchnąć publicznie krepującym dla niej płaczem, schodząc z kortu, szybko podała – pamiętajmy, że swojej koleżance – Lisickiej rękę i bez słowa uciekła do szatni. A więc jedyne, co zrobiła, to dowiodła raz jeszcze, że jest typowym pisowskim burakiem, bez grama kindersztuby i słynnej sopockiej elegancji. No i jeszcze ten wstyd, od Filipin do Gabonu!
Swoją drogą, to jest coś niewiarygodnego! Pamiętam ostatni raz, kiedy to TVN miał okazję poznęcać się nad znienawidzoną przez siebie tenisistką. Wtedy poszło o coś wręcz odwrotnego. Kiedy ona przegrała swój mecz na Olimpiadzie, właścicielom stacji bardzo się nie podobało, że ona na tę porażkę w sumie machnęła ręką. Szczególne oburzenie tych ludzi wywołała seria komentarzy, umieszczonych przez Radwańską na Facebooku, z których nijak nie można się było doczytać, że ona jest zrozpaczona. Dziś nagle, ona zbiera za swoją rozpacz.
Ktoś mi powie, że tu wcale nie chodzi o rozpacz, ale o wspomniane chamstwo. Przepraszam bardzo, ale – pisałem tu zresztą o tym dość niedawno – ja w pewnym szczególnym sensie tak zwaną sportową rywalizacją na poziomie zawodowym emocjonuję się od wielu już lat, i nie jestem w stanie zliczyć, ile razy widziałem przegranych zawodników, schodzących z planszy w stanie znacznie gorszym i w nastrojach o wiele bardziej podłych, niż to wczoraj nam pokazała Radwańska. To zresztą zawsze, z mojego punktu widzenia, stanowiło samo serce tego całego przedsięwzięcia. Te emocje, których nie sposób dostrzec w żadnej innej dziedzinie życia. Ja wielokrotnie widziałem, jak ci ludzie potrafią się zachowywać, i powiem szczerze, że do dziś nie umiem zgadnąć, jak to się stało, że nikt z nich – o ile sobie dobrze przypominam – jeszcze nie umarł ze złości i rozpaczy.
Nie trzeba zresztą sięgać szczególnie daleko. Weźmy choćby naszego Jerzego Janowicza, też wybitnego tenisistę. On ledwo co przedwczoraj wygrał awans do półfinału londyńskiego turnieju, i jestem pewien, że nie tylko ja, ale redaktorzy z TVN-u świetnie widzieli, jak on się zachowywał na konferencji prasowej po meczu. Gdyby nie wiadomo było, że on właśnie odniósł swój największy w życiu sukces, można by było sądzić, że nie ma na świecie człowieka bardziej wściekłego, którego jedynym marzeniem jest dać dziennikarzowi, który mu zadaje te pytania w łeb. Dlaczego on się tak zachowywał? Otóż ja nie mam wątpliwości, że Janowicz chciał, żeby mu w tym momencie wszyscy dali do ciężkiej cholery spokój, bo on za chwilę wybuchnie płaczem, a nie chce, by to ktoś widział.
Przecież banda tych idiotów na sto procent musiała to widzieć i musieli też widzieć reakcję Janowicza – reakcję człowieka, robiącego wrażenie najzwyczajniej w świecie skrajnie niesympatycznego. Czemu więc nie znalazłem żadnych uwag na temat tego, jak to ten Janowicz nam przynosi wstyd, nie potrafiąc się odpowiednio zachować przed kamerą, wobec dobrze mu przecież życzącego dziennikarza?
Otóż, spokojna nasza głowa! Oni równie dobrze jak my wiedzą, jak wygląda to życie, jakimi ludźmi są poszczególnie sportowcy, i jakie tam rządzą żywioły. Dzięki pracy, którą wykonuję, mam kontakt z ludźmi z najróżniejszych ścieżek życia. O muzykach już kiedyś wspominałem, trzeba nam jednak wiedzieć, że miałem też parę razy okazję kontaktu z prawdziwymi, a więc klasy światowej, sportowcami. Proszę sobie wyobrazić, że wśród nich była pewna Małgosia, która walczyła – i możliwe, że wciąż tam jest – w polskiej narodowej drużynie szablistek, czy jak to się tam nazywa. Uczyłem ją, kiedy była jeszcze nastolatką, ale już jej życie koncentrowało się głównie między jednym, a drugim treningiem. To było fantastyczne naprawdę dziecko, ale z drugiej strony, ja nie znałem w życiu osoby tak bardzo wypełnionej wewnętrzna agresją, która gotowa była eksplodować w każdym nieoczekiwanym momencie. Dosłownie każdy błąd, jaki ona zrobiła w zadaniu domowym, czy sytuacja, gdy ona nagle czegoś nie umiała, lub nie rozumiała, groził zerwaniem lekcji. I to w najróżniejszy sposób. Albo przez to, że ona wybuchała wściekłością i wychodziła, albo po prostu się obrażała i zamykała w sobie.
Pamiętam też, jak kiedyś z Michałem Dembińskim byliśmy na wydłużonym weekendzie w Beskidzie, w wiosce sąsiadującej z miejscowością, z której pochodzi polska wybitna biegaczka, Justyna Kowalczyk. I mieliśmy okazję rozmawiać z kobietą, która ją zna od dziecka. I ona nam powiedziała, nie wchodząc akurat w szczegóły, że to jest „bardzo trudna” osoba. I myśmy obaj doskonale to zrozumieli. Bo wiemy, że poziom wyczynu, gdzie się sto metrów przebiega w 9 sekund, skacze na wysokość 2,5 metrów, lub odbija i leci na odległość dziewięciu, przed człowiekiem stawia fizyczne i psychiczne wymagania, których my nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić. A więc, wracając już do Radwańskiej, kiedy swego czasu czytałem pełne satysfakcji doniesienia, jak to ona się chamsko i wulgarnie odezwała do swojego ojca, wiedziałem, że pewnie tak było. Ale też wiedziałem, że były chwile, gdzie w relacji córka-ojciec do nie mniej interesujących starć musi regularnie dochodzić i w tej wiosce w górach i tu, niedaleko mnie, niemal po sąsiedzku.
I, powtarzam jeszcze raz, jestem na sto procent pewien, że ci gangsterzy polskiego dziennikarstwa z TVN-u, ale i nie tylko przecież stamtąd, to wszystko, o czym ja piszę, też świetnie wiedzą. Oni wiedzą, że Radwańska zeszła z kortu tak jak to wszyscy widzieliśmy nie przeciwko swojej koleżance Lisickiej, ale przeciwko sobie samej, przeciwko swojej słabości, wściekła na nikogo tak bardzo, jak na siebie. I wiedzą, że ona pewnie jeszcze tego samego wieczoru albo się z Lisicką spotkała, albo do niej zadzwoniła i jej szczerze pogratulowała zwycięstwa, i że jutro będzie jej kibicowała dokładnie tak samo, jak by ta kibicowała jej.
Na koniec jeszcze, wspomnę pewne zdarzenie z zeszłego roku. Był turniej w Dubaiu i Agnieszka Radwańska grał swój drugi mecz w życiu przeciwko Lisickiej. Rok wcześniej wygrała Lisicki, tym razem Radwańska brała rewanż. Kiedy kończył się drugi set i Radwańska prowadziła już 5:0, Lisicki nagle wybuchła płaczem i zaczęła głośno szlochać, krzycząc po polsku: „Ja nie chcę przegrać do zera!” Radwańska, czy to w reakcji na te błagania, czy może zupełnie niechcąco – do tego pewnie nigdy nie dojdziemy – podarowała Lisickiej ten jeden punkt. I w ten sposób zakończyło się owo jedyne zwycięstwo Radwańskiej nad Lisicką. A może by tak tefauneowscy specjaliści od sportu i miłośnicy tenisa, zechcieliby też nam i to wydarzenie ocenić… Chociaż, może lepiej niech już się zamkną i siedzą cicho. Do zakichanej śmierci.

Jestem wdzięczny za każdy gest wsparcia dla tego bloga, który trzyma nas przy życiu już od tak dawna. Bardzo proszę nie zapominać, i nie odchodzić. Dziękuję.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji

Nie umiem powiedzieć, kiedy System zauważył, że z tymi Radwańskimi sprawa jest mocno niebezpieczna, natomiast wiem, że owej kwestii poświęciłem dwa wpisy na swoim blogu – oba w styczniu zeszłego roku. Oczywiście, większości tego co się wokół nas dzieje, widzieć nie jestem w stanie, natomiast z tego co do mnie jakimś cudem dociera, mogę się domyślić, że poszło o to, że pewnego dnia na oficjalnej stronie Agnieszki i Urszuli Radwańskich pojawił się link do filmu Joanny Cichockiej „Mgła”, a obok niego następujący tekst:
Oświadczamy, że rzucanie niepopartych dowodami insynuacji wobec osób zmarłych jest niezgodne z zasadami cywilizacji zachodniej, do której należymy. Potępiamy brak szybkiej i adekwatnej reakcji władz polskich na hańbiące potwarze wobec żołnierzy Wojska Polskiego, rzucone bez dowodów przez MAK w ostatecznym Raporcie dotyczącym katastrofy samolotu Tu-154M 10”.
Postępek tenisistek spotkał się z natychmiastową reakcją Systemu na wszystkich możliwych poziomach. Otóż najpierw, jak się zdaje, zareagował Internet. Na portalu o nazwie „Pardon”, na który przypadkiem wszedłem w poszukiwaniu dokładniejszych informacji, a który, z tego co widzę, stanowi jedną z delegatur Systemu w Sieci, opublikowano zdjęcie jednej z dziewcząt w jakimś nieudanym zagraniu i podpis informujący, że Radwańska to ślamazara. Potem odezwała się „Gazeta Wyborcza” i ustami Wojciecha Fibaka ogłosiła, że Radwańskie to wieśniary. Kolejne dni przynosiły tylko kolejne ataki, i zastanawiam się już tylko, czy wśród nich były informacje o tym, że one były zawsze brzydkie i głupie, czy tylko tak mi się wydaje, kiedy widzę co się wokół Agnieszki Radwańskiej dzieje dziś.
Pisałem wówczas te swoje refleksje na temat rosnącej agresji wobec sióstr Radwańskich i zastanawiałem się, jak to będzie, gdy Agnieszka Radwańska doświadczy jakiejś widowiskowej porażki, to podszczypywanie zmieni się w bardzo poważne bombardowanie, i okaże się, że one nagle przestały być Isią i Ulą – dwiema ślicznymi, zgrabnymi blondynkami – ale Urszulą i Agnieszka Radwańską – i tylko tyle, i nic ponad to? Co będzie, gdy głos telewizyjnego komentatora relacjonujący ich występy stanie się nagle zimny, z lekka nutą szyderstwa – pewnie mimo wszystko szczegół nie bez znaczenia dla samopoczucia jednej i drugiej. I także, jeśli w tej czy innej francuskiej, czy australijskiej gazecie, nagle przy ich nazwisku pojawi się epitet „polska faszystka”. Bo, choć pieniądze sa ważne, System nie żąda pieniędzy, lecz wyłącznie wierności.
Skończyła się Olimpiada i, jak już o tym pisałem wcześniej, był to dla mnie czas dość sympatyczny. Wprawdzie nie jest już tak, jak to miało miejsce w latach mojego dzieciństwa, kiedy lata między kolejnymi igrzyskami wyznaczały też bieg mojego życia, ale wciąż lubię patrzeć na walczących sportowców. Widzę też jednak przy tym, że dzisiejsza Olimpiada, to nie jest w żaden sposób Olimpiada z tamtych lat. Przede wszystkim wtedy, proszę sobie przypomnieć, tenisa tam nie było. Dlaczego? Dlatego, że igrzyska olimpijskie z samej swojej zasady były świętem sportu wyłącznie amatorskiego, a tenis zawsze był zawodowy. Po prostu. Oczywiście sportowcom tak zwanego bloku wschodniego było znacznie łatwiej, bo myśmy, jak wiadomo, mieli wyłącznie sportowców-amatorów, jednak oficjalna zasada była taka – Olimpiada to czysty sport.
Z tym już dziś mamy ostateczny koniec. Wystarczy popatrzeć na to, w jaki sposób organizowana jest uroczystość otwarcia i zamknięcia Olimpiady, wystarczy obejrzeć sobie finał męskiej koszykówki i tych wszystkich zawodników, których nazwiska znajdują się na liście 100 najbogatszych sportowców na świecie. Olimpiada stała się jeszcze jednym biznesem dla tych, którzy dzielą pieniądze i tych, którzy w tej puli maja swój udział, i – nie oszukujmy się – wśród nich ta biedna Karolina Michalczuk, czy nawet ten bufon Majewski są niczym, jak tylko maleńką śrubką, która gdzieś tam ma to wszystko dokręcić.
Hasło do ostatecznego ataku na Agnieszkę Radwańską dała jej porażka w pierwszym pojedynku w Londynie i jej wypowiedź – jak najbardziej prawdziwa i uczciwa – że ona po tej porażce nie płacze, bo jej kariera jest budowana z dala od owego czteroletniego cyklu olimpijskiego. Że ona swoją pozycję tworzy dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc; że ma to szczęście, że z tenisa żyje i że nikomu nic z tego tytułu nie musi zawdzięczać. Czego się więc w związku z tym dowiedzieliśmy? Że ona na uroczystość otwarcia założyła krótką spódniczkę jak jakaś dziwka. I paznokcie sobie, suka jedna, pomalowała. A żebyśmy już na zawsze zapamiętali, z jakim chamstwem mamy do czynienia, to mogliśmy wysłuchać opinii jednego zapaśnika, jednego ciężarowca, jednego biegacza, który tak bardzo chciał wystąpić w Londynie, ale mu się nie udało, że jaka ta Radwańska jest straszna. Taka niepolska i taka niesportowa.
A ja sobie już tylko myślę, że skoro nadszedł czas niszczenia Agnieszki Radwańskiej, to ja też jej coś dorzucę od siebie. Otóż moim zdaniem ona stanowi typowy przypadek owego politycznego rozkraczenia, które nigdy nikomu poza Systemem nie przynosi żadnego pożytku. Najpierw pójdzie na demonstrację smoleńską, później oświadczy publicznie, ze to tata nie ona. Najpierw zażąda szacunku dla ofiar Katastrofy, a za chwilę pobiegnie do Ewy Kopacz, by z nią się ściskać i wymieniać prezentami. Najpierw zgodzi się firmować swoją osobą i swoimi sukcesami te gangi, którym sport jest potrzebny wyłącznie do transferowania pieniędzy, o jakich nam się nawet nie śniło, a po chwili powie, ze tak naprawdę, to ona z nimi wiele wspólnego nie ma. No i za to własnie w tej chwili obrywa. Bo gangi bardzo szybko rozpoznają, kto jest słaby.
A miała się zachować jak choćby Rafael Nadal. Który od początku się na tę całą Olimpiadę uczciwie wypiął. Bo wie kim jest i o co walczy. I dziś nikt ani z niego nie kpi, ani się na niego nie wścieka, ani nie komentuje kształtu jego spodenek, ani wreszcie nie każe mu być skromnym jak jakaś bokserka z małej wioski pod Świdnikiem. Którą, swoją drogą oni wszyscy, gdyby tylko mieli taki interes, spaliliby na stosie. Z szyderczym uśmiechem. A później kazaliby jej mówić „Przepraszam”.

Przypominam wszystkim zainteresowanym, że w najbliższą niedzielę o godzinie 16.00 pod Namiotem Solidarnych w Warszawie odbędzie się spotkanie z blogerami Coryllusem i Toyahem. Mam nadzieje, że każde tego typu wydarzenie, to krok w stronę większej niezależności. Zanim jednak pojawią się widoczne tego efekty, proszę o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 30 maja 2011

Byle do jesieni!

Ten tekst będzie bardzo krótki. Niemal tak krótki jak krótkie było wydarzenie, którego dotyczy. Ale też krótki tak jak krótki będzie – mam co do tego wielką nadzieję – czas oczekiwania między jesiennym zwycięstwem, a chwilą, kiedy przemysł kłamstwa i pogardy, jaki od dobrych kilku już lat System buduje na naszych oczach, runie, a jego administratorzy wylądują na ulicy.
Oto, jak może niektórzy z nas wiedzą, kiedy jeszcze w sobotę wczesnym popołudniem prezydent Obama zawitał do Kancelarii Premiera, posadzono go za stolikiem i kazano mu się wpisać się do księgi pamiątkowej. I oto nagle, gdy amerykański prezydent chciał dokonać owego aktu, okazało się, że pióro, jaki mu podano nie pisze. Obama – prawdopodobnie od pierwszej sekundy swojej wizyty w Polsce świetnie przygotowany na wszelkie fajerwerki – natychmiast sięgnął po swój sprzęt, i już miał się podpisywać, gdy ktoś przytomnie – a może i półprzytomnie, bo w końcu narobił przez to tylko więcej zamieszania – dał mu drugie pióro, i cały incydent zakończył się pomyślnie.
Oczywiście, nie stało się nic takiego. Bywa że pióra nie piszą i bywa nawet – a może przede wszystkim – że one nie piszą najbardziej wtedy, kiedy powinny. Nie byłoby więc nad czym się pochylać, zwłaszcza gdy prezydent Kaczyński już nie żyje i czas na żarty się skończył, gdyby nie inne wydarzenie, które tak naprawdę stanowi i główny temat i jedyny powód pisania tego tekstu. Otóż w reakcji na tę wpadkę Kancelarii Premiera, Onet – zawsze niezawodny i zawsze na posterunku – w następujący sposób zatytułował ów wypadek: „Spotkanie z Tuskiem, wpadka Obamy z piórem”.
Gdyby ktoś jakoś tę akurat notkę przegapił, tak na wszelki wypadek, obok, na już bardziej centralnym miejscu, szefowie Onetu kazali umieścić osobny artykuł, zatytułowany już bardziej jednoznacznie: „Wpadki Obamy”. A więc okazało się, że wpadką Obamy było to, ze jego samochód, wyjeżdżając z jakiegoś urzędu, zaczepił o rampę i na chwilą utknął, że jego ochrona pozwoliła mu na chwilę wziąć telefon od jakiejś fanki, że podczas wznoszenia toastu w Pałacu Buckingham ktoś puścił melodię brytyjskiego hymnu, jeszcze zanim Obama przestał wygłaszać swój adres… No i wreszcie – jest! Wreszcie jest! Podpisując się w Westminster Abbey księdze, zamiast roku 2011, zagapił się i wpisał rok 2008. To akurat tak ucieszyło chłopaków z Onetu, ze aż zaznaczyli, że nie tylko prezydent Komorowski, jak pisze, to robi błędy. No a na końcu jeszcze znów wróciło to pióro, które Obłamie dali ludzie Premiera.
A więc wiemy już wszystko. Obama spotkał się z Premierem, co jest oczywistym sukcesem nas wszystkich, no i zaliczył wpadkę, co dowodzić musi tylko jednego – że wpadki się zdarzają. A więc nie ma się co się tak znowu denerwować. Jest dobrze. Polska jest „podstawą postępu w Europie” – swoją drogą, ciekawe, co to może znaczyć? – wąs Pana Prezydenta lśni jak złoto, a System czuwa.
A ja, jak już zaznaczyłem na początku, czekam do jesieni. I zacieram ręce.
PS. Już po napisaniu tego tekstu, pojawiła się informacja, że Donald Tusk, jako prezent na pożegnanie, postanowił Obamie podarować to pióro. I to, moim zdaniem, jest już hit tej wizyty. Bo w tej sytuacji, albo trzeba będzie przyznać się do tego, że to jednak nie była wpadka Obamy, lecz służb Premiera, albo uznać coś jeszcze gorszego. Że Tusk, żegnając Obamę, odstawił takie chamstwo, jak nie przymierzając, podarowanie mu kawałka dywanu, na który ten nieopatrznie się wysmarkał. Ciekawe, jak Onet sobie z tym poradzi? Jak mówię, czekam. Najpierw na odpowiedź na to pytanie, a następnie już tylko na jesień i to co później.
No i musi być jeszcze jeden suplement. Kiedy wstawiam ten tekst, w telewizji leci pojedynek tenisowy Radwańska - Szarapowa. Komentator trzyma z Rosjanką w sposób tak obrzydliwy, że tak jak jestem stary, tego rodzaju ostentacji nie pamiętam nawet w wykonaniu takich funkcjonariuszy reżimu komunistycznego, jak jakiś Mrzygłód, czy Dyja. Musieliśmy dopiero dożyć Smoleńska, by zobaczyć, jak naprawdę wygląda lizanie pańskich butów.
Tym bardziej, czekajmy do jesieni.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...