poniedziałek, 31 października 2011

O śmiechu co zamarł na brzegu kieliszka

Myślę, że każdy kto czyta te teksty dłużej, zauważył, że raczej nie ma co liczyć na to, że znajdzie w nich tak zwaną satyrę. Czy ja wiem, ile razy w mojej publicystyce pojawił się tekst, którego zadaniem było wyłącznie, lub choćby i tylko przede wszystkim, rozśmieszyć? Niech będzie, że dziesięć. Niech i nawet będzie, że dwadzieścia. Co to jednak znaczy w skali, jak by nie było, tysięcznej? Jednak tak to właśnie z tym pisaniem jest. Przynajmniej w swoim zamierzeniu, ma ono być czymś, co – w zupełnie innym kontekście – John Lydon nazywa „proper music for proper people”, a ja bym do tego dodał może jeszcze słowo „serious”.
Owo pragnienie, by tu wszystko odbywało się jak najbardziej serio, wyrażało się oczywiście przede wszystkim przez sam charakter tych tekstów, ale również przez przekazywane tu niekiedy apele, by sobie nie robić żartów z czegoś, co wcale nie jest zabawne, ale i też przez bezpośrednie słowa pogardy kierowane pod adresem całej tej politycznej kultury, obecnej albo w najróżniejszych żartach na temat czy to Donalda Tuska, czy – może jeszcze bardziej – Bronisława Komorowskiego, lub w tym kompletnie niezrozumiałym obyczaju publikowania w przeróżnych prawicowych pismach idiotycznych, a podobno szalenie śmiesznych, obrazków wykpiwających tę bandę szkodników, która została przez nas samych dopuszczona do tego, by, jak najbardziej na poważnie, zajmować się naszymi, polskimi sprawami.
To prawdopodobnie w związku z tą moją niechęcią do żartowania, ile razy pisałem o Komorowskim, nie miałem ochoty na przekręcanie jego nazwiska i nazwy pełnionej przez niego funkcji, ale prawdopodobnie też i dlatego, nie chciałem poświęcać więcej uwagi, niż to było konieczne do przeprowadzenia jakieś bardziej poważnej refleksji, jak idzie o kwestie tak zwanych „wpadek” tego dziwnego osobnika. Ja w ogóle, patrząc na to, co się dzieje z nami wszystkimi w obliczu tej niesłychanej cywilizacyjnej agresji, jakiej jesteśmy poddawani od dobrych kilku już lat, mam coraz częściej obawę, że gdzieś w czeluściach Systemu już jakiś czas temu została utworzona specjalna komórka, zajmująca się wyłącznie kompromitowaniem jego poszczególnych urzędników, bo specjaliści od społecznej manipulacji wyliczyli sobie, że sukces władzy wiąże się bezpośrednio z liczbą kolejnych wstydliwych zdarzeń będących jej udziałem. Że jeśli Radek Sikorski, czy Katarzyna Hal zrobią lub powiedzą coś, co ich do końca i na zawsze ośmiesza, społeczna reakcja będzie dla obojga wyłącznie bardzo życzliwa. Ja ostatnio – a w tych już najbardziej ostatnich dniach szczególnie – mam wrażenie, że taka na przykład „afera” z błędem ortograficznym, jaki prezydent Komorowski popełnił, próbując napisać słowo „ból”, była zwykła prowokacją. Wizerunkowi opiekunowie Prezydenta najprawdopodobniej namówili go, żeby, wpisując się w tej japońskiej księdze, walnął parę bardzo drastycznych byków, a to mu z całą pewnością przyniesie wzrost popularności. Podobnie było z tym kieliszkiem, który on zabrał szwedzkiej królowej, i w wielu innych, znanych wszystkim bardzo dobrze, wypadkach. W jaki sposób? Nie mam pojęcia. Nie znam się na aż tak ciemnych stronach ludzkiej duszy. Ale, jak mówię, obserwując najnowsze ruchy po tak zwanej stronie obywatelskiej, dochodzę do przekonania, że dlaczego by nie? A jeśli mam tu rację, to przepraszam bardzo, ale co w tym jest takiego śmiesznego? Że on jest rezydentem, a nie prezydentem, i ma wąsa i głupią i szpetną żonę?
A więc tak. Podejrzenie, że za tym stoi jakiś plan mnie nie opuszcza i jest coraz bardziej dojmujące. Niedawno syn mój znalazł w Internecie film z pewnego prezydenckiego wystąpienia, kiedy to Bronisław Komorowski, mówiąc o Ojcu Świętym Janie Pawle II, użył określenia „Jan Paweł Trzeci”. Wszyscy oczywiście bardzośmy się śmiali i powtarzali sobie, jaki to bałwan z tego naszego prezydenta, tylko moja żona, nie mogąc w to co się stało uwierzyć, uznała, że to któryś z internautów musiał dokonać takiej zabawnej manipulacji, żebyśmy się wszyscy mogli ponabijać z „Rezydenta”. Bo przecież to niemożliwe, żeby ktoś mógł się pomylić w czymś takim. I tak długo więc twierdziła ona, że Komorowski nie mógł się aż tak walnąć – nawet on! – aż wreszcie któryś z naszych znajomych potwierdził, że to zdarzenie faktycznie miało miejsce. Że ono było nawet transmitowane przez telewizję. Komorowski w istocie rzeczy wypowiedział frazę: „Jan Paweł Trzeci”. A zatem tę kwestię mamy już załatwioną – to w żadnym wypadku nie była manipulacja dowcipnych internautów. Pozostaje jeszcze jednak do wyjaśnienia kwestia druga. Czemu Komorowski to zrobił? Czemu on nie był w stanie, na zasadzie zwykłego odruchu, tak jak się oddycha, połyka, lub drapie, gdy swędzi, połączyć imiona Jan i Paweł z liczbą dwa? Skąd mu strzeliła do głowy ta trójka? Przecież on równie dobrze mógł zamiast tego nieszczęsnego „Jan Paweł Trzeci”, powiedzieć „Jan Wojciech Drugi”, lub „Bronisław Paweł Pierwszy”… chociaż nie, to akurat niekoniecznie. Jest całkiem możliwe, że on, kiedy sobie siedzi w tym Belwederze i się nudzi, wymyśla sobie jakieś ciekawe tytuły a konto swojej prezydentury, i wtedy to by mogło się faktycznie mu przytrafić. Jednak Jan Paweł Trzeci? Mowy nie ma. Nie da rady.
Zatem odpowiedź jest tu jedna. On to zrobił specjalnie. I z całą pewnością nie chodziło o to, że on chciał w ten sposób dokuczyć pamięci Ojca Świętego – co przecież też nie wykluczone, tyle że raczej mało prawdopodobne. Mogło też być tak – przychodzi mi to do głowy w tej chwili, kiedy się tak zastanawiam nad tą zagadka – że on chciał może pokazać w ten sposób, że dla niego taki Jan Paweł II, to postać tak nieistotna i obca w całej naszej współczesnej historii, że trudno by ktoś taki jak Bronisław Komorowski pamiętał o jakiś nieistotnych szczegółach. Tak samo jak swego czasu, w czasie wojny o Falklandy, Margaret Thatcher udawała, że nie wie, jak się wymawia nazwę Argentyny. No ale myślę, że to też nie może o to chodzić. Bronisław Komorowski ma znacznie więcej sposobów na to by podkreślać swoją ważność, niż udawanie, że on nie wie, jak się nazywał nasz papież. Mamy więc dwie możliwości: albo on to zrobił niechcąco, bo jest kompletnie nieprzytomnym durniem, który nie odróżnia tyłka od łokcia, albo sobie wymyślił, że jak on tak zrobi, to będzie frajda. I obie z tych opcji, z powodów o których wspominałem wyżej – wykluczam.
W tej sytuacji, pozostaje nam już tylko wrócić do teorii od której zacząłem te nasze dzisiejsze rozważania. Że pomysł, by Bronisław Komorowski, nasz prezydent i bohater naszej świadomości, w swoim publicznym wystąpieniu do imienia Jan Pawel doczepił tę trójkę, został mu podsunięty przez doradców od wizerunku. Oni mu musieli powiedzieć, że, jeśli on powie nagle „Jan Paweł Trzeci”, na przeciętnym obywatelu zrobi to bardzo dobre wrażenie. Oczywiście, w pierwszej chwilki będzie dużo śmiechu i szyderstwa, z całą pewnością wielu będzie mówiło, że ten Komorowski to niedorajda, lub nawet idiota, ale w ostatecznym rozrachunku wszystko skończy się bardzo dobrze, i w ten sposób będzie można dalej bardzo skutecznie zmierzać do końca kadencji i początku kolejnej. W jakiż to sposób? Już o tym mówiłem – nie mam pojęcia. I proszę mnie nawet o to nie pytać.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Skoro tego typu metoda jest aż tak skuteczna, czemu – tak jak to miało miejsce przed laty – System nie uruchomi całej kultury popularnej na rzecz wyszydzania rządu i prezydenta? Czemu nie widzimy wszędzie T-shirtów właśnie choćby z wizerunkiem Komorowskiego i podpisem „Pokolenie JP III”? Czemu nigdzie nie można kupić przypinek ze słowem „bul” i wąsem pod spodem? Czemu Andrzej Mleczko, który, jak pamiętamy przecież, w pewnym momencie narysował podobno bardzo śmieszny obrazek z Lechem Kaczyńskim w limuzynie, która ciągnie za sobą budkę z napisem ‘toi toi”, nie wymyśli jakiejś zabójczej satyry na słynne już przecież otępienie naszego aktualnego prezydenta? Otóż prawdopodobnie chodzi o to, że co za dużo to jednak niezdrowo. Gdyby kultura pop za bardzo się zaangażowała w ten proces kompromitowania władzy, obywatel mógłby nagle uznać, że tak jak jest, jest niedobrze, albo wręcz źle. Że tak jak jest, być nie powinno. Że jeśli coś jest złe, to jest nie dobre, ale złe. A to nikomu w najmniejszym stopniu do niczego nie jest potrzebne. To co obywatel ma wiedzieć, to tylko to, że prezydent jest dokładnie tak samo mądry i tak samo głupi jak on sam, a więc, że jest swoim człowiekiem. Człowiekiem zza rogu. Jego prezydentem i prezydentem jego szwagra i kolegi z pracy. Obywatel nie potrzebuje, żeby mu tłumaczyć, że on, jego znajomi, jego krewni, jego prezydent i jego premier z ministrami – to wstyd dla ludzkości. A on może się tego dowiedzieć, tylko kiedy mu się to narysuje. Najlepiej na kolorowo i podpisze dużymi literami.
Na koniec muszę wrócić do wspomnianych tu wcześniej obrazków. Jak czytelnicy tego bloga wiedzą – bo raz, że jakiś czas temu miałem o tym okazję już pisać, no a poza tym, trudno tego nie zauważyć – redakcje naszych pierwszorzędnym prawicowych gazet, za stosowne uznały takowe u siebie umieszczać. „Gazeta Polska” zaczęła wydawać wręcz specjalny dodatek zatytułowany „Pinezki”, by zamieszczać w nim rysunki jakby żywcem wyjęte z ruskiego „Krokodiła”. Ja, jak wspomniałem, uważam to za rzecz, nie dość, że zbędną, to wręcz szkodliwą. I to wcale nie najbardziej dlatego, że te obrazki są chamskie, głupie, czy prymitywne. To akurat, moim zdaniem, nie ma większego znaczenia. Moim zdaniem problem z nimi jest inny, ale za to dwojakiego rodzaju – przede wszystkim one są kierowane pod adresem nie tych, których do czegokolwiek trzeba przekonywać i którym cokolwiek trzeba tłumaczyć, a po drugie one – jak ktoś już jest tak głupi, że jemu faktycznie wszystko trzeba narysować – ta forma przekazu do tego kogoś nie trafi. Z takiego żartu spragniony informacji obywatel dowie się tylko jednego – że jest wesoło i będzie jeszcze weselej. Obywatelowi, który tak naprawdę potrzebuje dowiedzieć się czegoś o swoim zyciu, niepotrzebne są jaja jak berety, ale wstrząs. Co ma być tym wstrząsem? To już jest zupełnie inna sprawa. Jak idzie o mnie, to na swoją własną, nędzną miarę, robię tu co mogę, by pokazać, że nie jest ani fajnie, ani sympatycznie, ani nawet zabawnie. Że jest płacz i zgrzytanie zębów. Właśnie to. Płacz i zgrzytanie zębów. A z tego śmiać się nie należy.
Tyle wszystkiego, że zawsze można sobie poczytać parę szczerych słów prawdy. Zachęcam. W końcu cóż mamy więcej? A można to robić, kupując książkę o liściu, lub najprościej – zaglądając tu, na ten nasz blog. Przy okazji, jeśli ktoś ma możliwości, niech go wspiera finansowo. A ja obiecuję, że ta pomoc nie pójdzie na marne. Dziękuję.

niedziela, 30 października 2011

Gdy szarość pokraśniała

Dziennikarz „Gazety Wyborczej” Robert Leszczyński, jeszcze do niedawna był mi osobą równie znaną, jak większość polskich dziennikarzy reżimowych na poziomie… ja wiem? Milady Jędrysik, może? Czy kogoś takiego. Jedyna różnica to taka, że, jeśli ta Jędrysik nie kojarzyła mi się nigdy z niczym innym, jak tylko ze swoim fikuśnym imieniem, to Leszczyński w mojej pamięci zawsze występował w postaci podwójnej, mieszając mi się niezmiennie z innym dziennikarzem – oryginalnie też chyba z „Gazety Wyborczej” – Robertem Orlińskim. Dlaczego ci dwaj mi się tak bardzo mylą? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Może dlatego, że obu zawsze traktowałem jako przedstawicieli tego nowego nurtu młodego pokolenia przygazetowych bolszewików, dla których słuchanie punk rocka w młodości, na starość – przy wykorzystaniu jakiejś chorej logiki – zaczęło oznaczać walkę o wolność aborcji, eutanazji i narkotyków? A może dlatego, że jeden z nich nosił przez jakiś czas blond dredy i jakoś mi utkwił w pamięci, a że ten drugi też był młody i też zorientowany mocno lewicowo, no i że jeszcze obaj mają tak samo na imię, albo to, że ich nazwiska mają tyle samo sylab i oba kończą się na „–ński”? Może tak, a może tam było coś jeszcze? Jak mówię, nie wiem. Na pewno Orliński dużo występował w telewizji i gadał o muzyce, no a przez to, że miał te włosy, to jakoś go zapamiętałem. No ale ostatecznie i tak, nigdy nie wiedziałem do końca, czy jemu jest tak naprawdę Orliński, czy może Leszczyński.
Piszę, że ten Leszczyński był mi osobą niemal całkowicie obcą do niedawna, bo od pewnego czasu, mój kolega LEMMING, który – pewnie ze względu na swoje zawodowe uwarunkowania – dużo czyta, systematycznie informuje mnie, co ten Leszczyński pisze na mój temat na swoim blogu. Czy mnie te doniesienia interesują? Owszem – bardzo. Przede wszystkim dlatego, że Leszczyński jest jednak jakąś tam figurą, i – mimo że osobiście nie chciałbym go spotkać nawet w autobusie – fakt, że on czyta mój blog, skutecznie łaskocze moją próżność. Ja go nie czytam, a on mnie – jak najbardziej, i z tego co zdążyłem zauważyć, regularnie i dokładnie. O czym to może świadczyć? No przede wszystkim o tym, że tak jak ja nie muszę, to on się powstrzymać nie potrafi. Zaczyna dzień, i z tysięcy różnych blogów, od których w Internecie się aż roi, wybiera akurat mój. On pewnie powie, że nie mam się z czego cieszyć, bo mój blog jest tak wyjątkowo głupi, lub literacko nieporadny, że on czytanie go traktuje czysto badawczo. No więc przede wszystkim, ja mu w takie wyjaśnienie z wielu powodów nie uwierzę, a poza tym, nawet gdyby to była prawda, to i tak tu musiałoby być coś jeszcze. Z tego mianowicie powodu, że na polu głupoty i literackiej nędzy, konkurencja jest zwyczajnie zbyt duża, a ja – cokolwiek by o mnie nie mówić – jestem tu nikim. I to akurat, ja po prostu wiem.
Interesuje mnie to jeszcze z jednego powodu. Otóż myślę sobie, że jeśli mnie czyta Leszczyński, to niewykluczone, że Orliński też, a jeśli Orliński, to zapewne też bardzo duża liczba najprzedziwniejszych reżimowych, ale też i nie-reżimowych, celebrytów. A to dla kogoś, kto traktuje to swoje blogowanie bardzo poważnie, stanowi naprawdę potwierdzenie tego, że to wszystko ma bardzo poważny sens.
Czy są jeszcze jakieś przyczyny, dla których zainteresowało mnie doniesiecie LEMMINGA, że Leszczyński mnie czyta i to czyta w sposób do tego stopnia zaangażowany, że od czasu do czasu wspomina o mnie na swoim blogu? Chyba nie bardzo. A przynajmniej nic o nich nie wiem. Nie mogę nawet powiedzieć, że dzięki tej wiedzy, postanowiłem czytać blog Leszczyńskiego i w ten sposób uzyskałem jakąś dodatkową porcję inspiracji. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest bardzo w stylu mówić o kimś, kim się gardzi, że to jest nie – Kowalski, ale „niejaki” Kowalski, a jeśli ten ktoś jest autorem, czy dziennikarzem, twierdzić, że jeśli się czyta jego teksty, to wyłącznie przypadkiem. Tyle że ja naprawdę w życiu nie przeczytałem jednego tekstu Leszczyńskiego. Nigdy. Nawet te, które mi przesłał LEMMING, przejrzałem wyłącznie pod kątem tego, co on miał do powiedzenia na mój temat. A więc znów – poszło o mnie, a nie o niego. To już bardziej zawsze interesował mnie ten Orliński. Zanim Palikot wprowadził go do Sejmu, ja czytałem jakieś jego teksty we „Wproście”, albo oglądałem go w telewizji, jak mówił o muzyce, bo zawsze mnie strasznie irytowało, jak on się kompletnie na niej nie zna. A jak wiemy z informacji przekazanej nam przed wielu już laty przez Johna Lydona: „Anger is an energy”.
Nie inaczej było i tym razem. LEMMING poinformował mnie, że Leszczyński znów coś o mnie napisał, więc zajrzałem na jego blog i sprawdziłem, o co poszło. Otóż poszło o to, że jemu się bardzo nie podoba to, że ja próbuję żyć z pisania tych tekstów, i to nie dlatego, że to jest wstyd lub nieuczciwość, ale że tak jest głupio. Dlaczego głupio? Bo z bloga żyć się nie da i Leszczyński to wie. Gdyby bowiem żyć się dało, to Leszczyński też by żył ze swojego. A więc Leszczyński tym razem napisał o mnie po to tylko, by powiedzieć swoim czytelnikom, że z bloga żyć się nie da, a ja jestem durniem, sądząc, że jest przeciwnie. Ale ja jestem też durniem, ponieważ – zdaniem Leszczyńskiego – ja miałem pracę, ale z lenistwa i chciwości ją rzuciłem, sądząc naiwnie, że lepiej zarobię, pisząc bloga. Ale jest jeszcze jeden dowód na to, że jestem durniem. Otóż ja uznałem, że ponieważ ten mój blog jest tak popularny, że go czyta nawet Leszczyński, to ja z całą pewnością dostanę się do Sejmu. I dziś, kiedy się do tego Sejmu nie dostałem, widać wyraźnie jaki jestem żałosny.
I teraz jest tak. Nawet jeśli przyjmiemy, że Leszczyński nie zmyśla, lecz pisze prawdę i tylko prawdę, a więc ja w istocie rzuciłem pracę na rzecz tego bloga, a następnie oszalałem, i uznałem, że się dzięki niemu dostanę do Sejmu, to wciąż pozostaje pytanie: co to wszystko Leszczyńskiego obchodzi? Nawet jeśli założymy, że Leszczyński nie kłamie, i ja faktycznie – prowadząc tę swoją kampanię za stówę, bez reklam i plakatów – uzyskałem najgorszy wynik na liście, to dlaczego taki Leszczyński nie może z tego powodu spać? Dlaczego on się tak bardzo przejmuje tak makabrycznie nędznym nieudacznikiem jak ja? Powtórzę raz jeszcze: nie mam bladego pojęcia. Sposób na życie emocjonalne, jaki wybrał dla siebie Robert Leszczyński jest dla mnie zagadką i ja tej zagadki rozwiązać nie potrafię. Akurat jest jedna ewentualność, której jednak moja wrodzona skromność na poważnie rozważać mi nie pozwala. Może być tak, że nawet dla tak ciężkiej bolszewii, jaką reprezentuje Leszczyński, to co ja piszę, jest tak niepokojące, że dopóki oni mnie w jakikolwiek sposób nie zniszczą, nie zaznają spokoju. Ja wciąż pamiętam spotkanie, jakie miałem już ponad dwa lata temu na trzecich urodzinach Salonu24 z blogerem Azraelem. Jadłem sobie spokojnie golonkę, popijałem ją piwem, i nagle do mnie się dosiadł ów Azrael i zaczął mnie gwałtownie namawiać, żebym się przyznał, że ja tak naprawdę myślę inaczej, natomiast to co piszę, to tylko taka prowokacja. A więc niewykluczone, że podobnie jest z Leszczyńskim. On czyta te teksty, widzi, że one są pisane na takim poziomie merytorycznym i technicznym, jakiego on nigdy nie osiągnie, że ich logika, inteligencja i zwykłe serce, jego – choćby tylko potencjalne – możliwości zwyczajnie przekraczają, no i się denerwuje. Zwyczajnie. Niektórzy tak mają.
Ponieważ jednak tej opcji, ze względu na swoją wspomnianą już skromność, pod uwagę brać nie mogę, zwrócę uwagę na coś innego. I to już nie bardzo nawet dotyczącego samego Leszczyńskiego, ale wielu, wielu innych osób – po wszystkich możliwych stronach sceny – rzekomo wyznających pewne idee, ale tak naprawdę dbających wyłącznie o to, by się jakoś dało żyć. Skoro bowiem nie można tak, niech będzie jakkolwiek. Jak wiedzą czytelnicy tego bloga – a więc i sam Leszczyński – ja nie rzuciłem pracy na rzecz pisania, ale właśnie przez to pisanie ją straciłem. Ludzie którzy mnie zatrudniali, sprawdzili w Sieci, jakie ja mam poglądy, i za te poglądy postanowili skazać mnie i moją rodzinę na ruinę. Dodatkowo wręcz, niektórzy z nich, komentując to co się stało, oświadczyli mi osobiście, że tak właśnie ma być, że mam to co mi się należało, i że jeśli będę dalej prowadził tego bloga, spotka mnie coś znacznie gorszego. I to nie tylko mnie, ale i osobiście już moich bliskich. A zatem, doszło do sytuacji, której taki Leszczyński powinien się, przynajmniej teoretycznie, radykalnie i zasadniczo sprzeciwiać. Tymczasem jest wręcz odwrotnie. To że ja próbuję zarabiać, pisząc te teksty, budzi w nim wyłącznie obrzydzenie i pogardę. O kim to świadczy? No, z całą pewnością nie o mnie, lecz właśnie o nim. O nim i o szczerości jego zaangażowania.
Jest jeszcze jedna sprawa. Tak naprawdę jedyna tu istotna. Otóż jest tak, że choć ja rzeczywiście raczej poruszam się na krawędzi, to jednak staram się pracować. Tłumaczę, daję lekcje, również w soboty i w niedzielę. Biorę wszystko, co mi proponują. Nie odmawiam, nie targuje się o ceny. Pracuję, jak się da i ile się da. Nie jest tego tyle, by utrzymać pięcioosobową rodzinę i pokryć wszystkie bieżące zobowiązania, ale robię co mogę. Po co mi więcej pieniędzy? Otóż ja mam kredyty. Niewiele. Dwa. Jednak one mnie trzymają za gardło. A trzeba wiedzieć, że ja nie wziąłem ich po to, by sobie kupić samochód, czy dom, albo pojechać na wakacje do Toskanii, czy na Karaiby, ale żeby spłacić inne zobowiązania. Krótko mówiąc, uważam się za jedną z wielu ofiar bankowego systemu, jaki mamy w Polsce. Leszczyński, jako dumny lewicowiec, powinien się tu ze mną solidaryzować. Jestem pewien, że kiedy ostatnio w Warszawie jego kumple i wychowankowie organizowali marsze tzw. oburzonych, on tam z nimi jak najbardziej był. I co? I nic. Wyłącznie dlatego, że jemu się bardzo nie podoba to, jak ja myślę, uważa, że powinienem zdechnąć. A jeśli banki mi w tym pomogą – on akurat nie będzie się sprzeciwiał. Może nawet tak będzie lepiej. Akurat tu System, z którym Leszczyński rzekomo walczy, gwarantuje najwyższą skuteczność.
Co więc ja mam o tym myśleć? Wydaje się, że odpowiedź jest jedna. Wiara, idea, zaangażowanie, poświęcenie – to wszystko zostało już wyłącznie po stronie reprezentowanej przez nielicznych. Cała reszta, to już tylko coś, co kiedyś Norwid określił pogardliwym terminem „interesy”. Leszczyński jest tu świetnym przykładem tego, co mam na myśli, mówiąc „cała reszta”. Uważam, że z niego jest taki lewicowiec, jak ze mnie biznesmen. Leszczyński to jest ktoś, kto z jakiegoś powodu uważa, że należy przestać karać za posiadanie narkotyków i dać spokój pederastom. Oczywiście, zakładając, że ów pederasta i posiadacz marihuany, to nie jest ktoś, kogo Leszczyński nie lubi. Bo jeśli tak, to niech do akcji wkraczają nawet ruscy faszyści i w jego imieniu zrobią porządek. Co do reszty jednak, on pozostaje elastyczny. Powiem szczerze, że, jeśli mam wybierać, to już wolę liberałów. Ci przynajmniej oficjalnie głoszą potrzebę zamknięcia takich jak ja w jakimś mało przytulnym getcie, a co do pederastów i narkotyków się nie wypowiadają, byle nie ruszano tego co ich. Obrzydliwe? Owszem. Ale przynajmniej uczciwe.
Na koniec chciałbym parę słów skierować osobiście pod adresem Roberta Leszczyńskiego. Ale zanim to zrobię, chwila wspomnień. Miałem otóż kiedyś taką koleżankę, która z jakiegoś powodu, ile razy mnie spotykała, pytała z ironią w głosie, czy już sobie kupiłem samochód. Ponieważ samochodu nie mam i nigdy nie miałem, odpowiadałem zawsze, że nie, i ona wtedy była bardzo zadowolona. Któregoś dnia, zaczepiła mnie jak zwykle, a ja jej, nie wiedzieć czemu, odpowiedziałem, że ja mam w dupie samochód. Wożę się wyłącznie taksówkami, bo wprawdzie nie są bardzo tanie, ale człowiek ma przynajmniej wolne ręce, na to, by się pobawić komórką. Zadziałało? Zadziałało. Jeszcze jak! Leszczyński twierdzi, że gdyby z blogowania dało się żyć, to on by od razu zaczął na tym zarabiać, ale ponieważ wie, że tak dobrze nie jest, to ten sport zostawia naiwnym bałwanom, takim jak ja. W tej sytuacji mam mu coś do zakomunikowania, jednak w tym celu otworzę nowy, końcowy już, akapit.
Panie! Żeby zarabiać na blogowaniu, trzeba mieć coś więcej, niż umiejętność robienia skrętów. Żeby żyć z blogowania, trzeba umieć ładnie i z sercem pisać. I mieć wiernych i oddanych czytelników. Żeby wreszcie żyć z blogowania – trzeba mieć talent. I to nie jeden. Kilka talentów. To wcale nie jest tak, że ktoś jest redaktorem w gazecie i uznaje, że możnaby nagle coś przyrobić. Tu trzeba znacznie więcej. Pan jednak tu się akurat zdecydowanie nie mieści. Pan jest zaledwie jednym z nich. A jak jest ze mną? Chciałby Pan wiedzieć? Otóż ja z tego blogowania żyję dużo lepiej, niż Pan z tych swoich kretyńskich tekstów dla „Wysokich Obcasów”. I w ogóle dużo lepiej, niż jest Pan w stanie sobie wyobrazić. A teraz mam do Pana pytanie. Skoro Pan jest taki sprytny, niech mi Pan teraz powie – czy ja teraz kłamię

sobota, 29 października 2011

Strzelamy do Powstańców, czyli "wharevah"

O ile sobie dobrze przypominam, nigdy dotychczas nie zdarzyło mi się tu wspominać o mojej świętej pamięci teściowej – mamie pani Toyahowej. Jest to trochę dziwne, choćby z tego względu, że w pewnym momencie mojego i Toyahowej pożycia małżeńskiego, kiedy mówiłem do niej „mamo” miałem dokładnie to słowo na myśli. Dziwne to jest jeszcze z tego powodu, że ona była osobą tak niezwykłą, że można by o niej tu wspominać właściwie co chwilę, i przez to sprawiać, że ten blog byłby lepszy i pełniejszy. Tymczasem, jak widzimy – zero. Moja teściowa się tu nie pojawia. Dlaczego? Otóż powód tego milczenia jest równie, wbrew pozorom, zrozumiały, jak niezrozumiałe może być to, że jej tu nie ma. Otóż polityczne napięcie jest takie, że jestem pewien, że choćby tylko i ten dzisiejszy wypadek, kiedy ona się tu nagle na chwilkę pojawiła, ściągnie na mnie gromy ze strony tych, którzy ją znali i kochali tak jak ja, za to, że kalam jej dobre imię. W jaki sposób? No właśnie w taki, że ją tu wbrew jej woli – która dla nich jest jak najbardziej oczywista – sprowadziłem. W końcu, czemu nie? Ja już – ostatni raz ledwo co – dowiedziałem się od bardzo mi bliskiej osoby, że gdyby mój świętej pamięci ojciec widział, co ja tu wypisuję, przewrócił by się w grobie. Tak to jest i nie ma na to rady.
A zatem, o mojej teściowej niemal już ani słowa, natomiast chciałem tu trochę napisać o nieudanej wyprawie, jaką z okazji Dnia Wszystkich Świętych pani Toyahowa sobie zamierzyła do Przemyśla, na grób właśnie swojej mamy, Otóż, jak wiemy, żeby dojechać do Przemyśla, trzeba sobie na tę podróż wygospodarować jakieś siedem godzin. Kiedyś to było pięć godzin, dzisiaj jest siedem. Bywa. Nauczyciel mojej córki na przykład twierdzi, że to przez Kaczorów, i swoich uczniów o tym informuje. Też bywa. W związku z tym, wymyśliliśmy, że o wiele wygodniej będzie, jeśli Toyahowa najpierw pojedzie specjalnym autobusem do Krakowa, a stamtąd pociągiem ekspresem, co jej zajmie trochę zaledwie ponad 5 godzin, a w dodatku, możliwe że będzie znacznie wygodniej. Kupiłem więc mojej żonie bilet z miejscówką na ekspres Kraków-Przemyśl, a następnie udaliśmy się na autobus. Kiedy przyszliśmy na miejsce, na przystanku było tak dużo ludzi, że od razu właściwie wiadomo było, że tym akurat przewozem się Toyahowa – i parę jeszcze innych osób – nie zabierze. Ponieważ jednak jesteśmy ludźmi przewidującymi, wiedzieliśmy, że za 50 minut jest autobus kolejny, na niego akurat Toyahowa się załapie i spokojnie zdąży na swój pociąg. No ale tak się stało, że następny autobus nie przyjechał. Czemu? Nie wiadomo. Nie przyjechał, więc i nie odjechał, a więc wróciliśmy do domu. Wcześniej Toyahowa oddała w kasie dworcowej swój bilet i kupiła następny, na godzinę 4.40 dziś rano. Normalnie już – z Katowic do Przemyśla. Wstała o 3.00, udała się na dworzec, ale pociągu też nie było. Dlaczego? Nie wiadomo. Jako że jednak na peronie – mimo niestandardowej pory – kotłował się tłum, postanowiła kotłować się wraz z nim. No i sukces! Pociąg wreszcie przyjechał mocno spóźniony, tyle że był tak nabity, że pani Toyahowa około 6 rano zapłakana wróciła do domu, i tyle wszystkiego. Okazało się – może się mylę, ale chyba jednak po raz pierwszy w moim długim życiu – że, w pewien szczególny sposób, Katowice stały się miastem zamkniętym.
No i doszliśmy do miejsca, gdzie najpewniej wypadałoby coś wspomnieć o ministrze Grabarczyku. Każdy kto jednak zna te teksty bliżej, wie, że o tym mowy być nie może. My jesteśmy zbyt ważni, by się poruszać na poziomie jakichś partyjnych koterii. My jesteśmy zbyt wazni, ale i problem też jest zbyt poważny. Przejdę więc od razu do samego pana premiera. Od pewnego czasu pojawia się w mediach pytanie, gdzie on jest i co u niego słychać, kiedy akurat nie pojechał do Brukseli, by sfotografować się z Angelą Merkel, czy kto tam akurat obok będzie przechodził. I na to pytanie odpowiedź jest taka, że nie wiadomo. Ostatnio pojawiły się żarty, że opija magisterium Kasi. Tak czy inaczej, powszechnie krążąca sugestia jest taka, by tego pytania, przynajmniej do czasu bezpośrednio przed Świętami, a więc Pana Premiera zapowiadanego expose, nie stawiać, bo to nie ma sensu. Pozostaje nam zatem czytać gazety. Oczywiście najlepiej prawicowe, a skoro prawicowe, to najlepiej Roberta Mazurka. Kupiłem więc sobie „Uważam rze” i od razu zajrzałem do rubryki, w której Robert Mazurek na zmianę z Igorem Zalewskim próbują nas rozbawiać w temacie takim oto, że co to za cyrk, panie, w tej Polsce mamy! No i okazuje się, że istotnie – jaja jak berety! Mazurek – a może i Zalewski, jeden diabeł – w trzech kolejnych notkach informuje nas, że w Platformie panuje atmosfera takiego zastraszenia, że, kiedy na horyzoncie pojawia się Donald Tusk, wszyscy szarzeją, a niektórzy robią wrażenie – uwaga, dowcip! – jakby zrobiono im właśnie lewatywę. Że dlatego, na przykład, na wiadomość, że Platforma wygrała wybory, taki Grzegorz Schetyna mało się ze strachu nie posrał. Czy to dlatego, że Tusk ma w sobie coś takiego szczególnego, że ludzie się go boją? Może i tak, ale to akurat nie jest najważniejsze. Sugestia jest taka, że tam panuje nie terror psychiczny, terror bardzo konkretny. Terror, który się objawia w tym, że ktoś coś powie, albo zrobi nie tak jak trzeba, Donald Tusk go bierze do siebie, mówi mu parę słów, i to wtedy właśnie pojawia się ta szarość i ta lewatywa.
A zatem, z tego co piszą nam Mazurek i Zalewski, wynika, że to nie Prawo i Sprawiedliwość – wbrew popularnej opinii – jest sektą, o delegalizacji której należałoby pomyśleć, ale właśnie Platforma Obywatelska. Że oczywiście, nie jest dobrze, jeśli ktoś – choćby taki Ziobro – mówi parę mało ciepłych słów na temat swojej partii, i natychmiast się dowiaduje, że jeśli mu się nie podoba, to droga wolna, ale że prawdziwy problem jest tam, gdzie każda próba jakiegokolwiek uniezależnienia się od partii powoduje to coś – niestety, ja nie wiem, co, a sami Mazurek z Zalewskim też mi tego nie tłumaczą, bo wolą w tym czasie sobie żartować – co sprawia, że ludzie zaczynają szarzeć z przerażenia. I ja oczywiście bardzo bym chciał, żeby nasi prawicowi publicyści, skoro już powiedzieli „a”, powiedzieli też i „b”. Niestety, przynajmniej jak idzie o tych dwóch, po tej bardzo wesołej sugestii, że w Platformie Obywatelskiej dochodzi do przestępczych aktów szantażu, dowiadujemy się już tylko tego, że Dariusz Rosatti nie pija win poniżej 200 zł za flaszkę, a któryś z posłów Platformy to bałwan, który nie odróżnia prawej leki od lewej. No, niby odróżnia, ale to ma być taki dowcip. W końcu każdy cyrk, to śmiech i zabawa, czyż nie?
No i jesteśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. Po tej naszej prawej stronie, i już tylko rozglądamy się zaciekawieni, a czasem wręcz zadziwieni, i trochę przy tym zawstydzeni, że po raz kolejny okazało się, żeśmy zostali tak fatalnie wystawieni do wiatru. Z tymi naszymi emocjami, z tym naszym zaangażowaniem, z tą naszą determinacją, by trwać, i by się nie poddawać. I dowiadujemy się nagle, że „Rzeczpospolita” została ostatecznie przejęta… i nagle, zamiast się martwić i zapłakiwać, że straciliśmy kolejny przyczółek, wzruszamy ramionami i dalej patrzymy dookoła jak osłupiali. Czy ktoś się może dziwi?
Wrócę do pani Toyahowej. Otóż pracuje ona jako nauczycielka w szkole i niedawno pojechała na tydzień ze swoją klasą na wycieczkę do Warszawy. Po co się jeżdzi na tygodniowe wycieczki szkolne do Warszawy – mnie proszę nie pytać. W każdym razie, każdej jesieni, mniej więcej wtedy, gdy do Katowic przyjeżdża zespół Kult, oni jadą do Warszawy i przez tydzień chodzą do teatru na przedstawienia, zwiedzają Sejm i różne inne warszawskie miejsca, w tym oczywiście – Muzeum Powstania Warszawskiego. W tym roku, podczas wizyty w Muzeum, grupa została podprowadzona pod ustawiony w jednej z sal, i, jak się okazuje, używany w Powstaniu Warszawskim, pistolet maszynowy typu „Sten”, z którego można sobie tam niby-strzelić. Pomysł to oczywiście nie byle jaki, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że młodzież zwiedzająca Muzeum, w swojej większości, na to by sobie postrzelać, zawsze znajdzie ochotę, a przy okazji będzie mogła znaleźć też chwilę na odpowiednią refleksję. No i w pewnym momencie okazało się, że kiedy dane dziecko przymierzy się do oddania owego niby-strzału, przed sobą, jako cel, nie ujrzy Niemca, lecz warszawskiego powstańca. Dokładnie tak. Uczeń zwiedzający Muzeum Powstania Warszawskiego podchodzi do tego „Stena”, przymierza się do oddania strzału… i jak już wali, to wali prosto w łeb warszawskiego powstańca.
Pani Toyahowa wróciła ze swojej wycieczki do domu i – kiedy już odespała ten tydzień – siadła do komputera, znalazła e-mailowy adres szefa Muzeum Jana Ołdakowskiego (ten jest w Sieci jak najbardziej dostępny!) i napisała co następuje:

Szanowny Panie!
W zeszłym tygodniu, kolejny już raz, zwiedzałam Muzeum Powstania Warszawskiego, tym razem jednak z grupą maturzystów z jednego z katowickich liceów. Być może dlatego, że była to moja pierwsza wizyta w Muzeum z przewodnikiem, zwróciłam uwagę na drobną, być może, rzecz, która jednak mogła rzutować na odbiór całości przez moich uczniów.
Mianowicie: w jednej z sal eksponowany jest karabin powstańczy, w taki sposób, który po zachęcie ze strony przewodnika, umożliwia jego użycie – ‘A teraz, kto chce, może spróbować strzelić z karabinu’, mówi przewodnik, uczeń podchodzi i strzela. Drobiazg, na który chciałam zwrócić Pańską uwagę, to fakt, że lufa karabinu i celownik skierowane są na ścianę, gdzie na naturalnych rozmiarów archiwalnej fotografii widoczni są Powstańcy wychylający się zza barykady.
Otóż, w moim odczuciu, zabawa typu ‘Kto wyceluje w powstańca’, to dość makabryczny i, jak wierzę, niezamierzony efekt końcowy wizyty w Muzeum, dlatego pozwalam sobie niepokoić Pana tą korespondencją.
Z wyrazami szacunku”.

Mail został podpisany i wysłany i – ku naszemu wspólnemu zdziwieniu – krótko potem nadeszła odpowiedź, podpisana przez niejakiego Szymona Niedzielę, „Kierownika Działu Obsługi Ekspozycji”. Proszę popatrzeć:

Dziękuję za napisany mail i zawartą w nim wątpliwość dotyczącą funkcjonowania Muzeum Powstania Warszawskiego. Zważywszy na to, że była Pani pierwszy raz w naszej placówce, widok osób strzelających ze Stena mógł wzbudzić w Pani negatywne skojarzenia. Zapewniam jednak, że absolutnie celem tej ekspozycji nie jest ,,celowanie" do Powstańców. Muzeum stara się przybliżyć widzów do eksponatu, dlatego pozwala obsługiwać karabin. Chodzi nam raczej o to, aby widz mógł dotknąć tego eksponatu, niż strzelać. Łączę wyrazy szacunku i proszę o zgłaszanie nam wszelkich uwag dotyczących Muzeum Powstania Warszawskiego.
Szymon Niedziela – Kierownik Działu Obsługi Ekspozycji”.

A więc tak. To jest sytuacja, jaka nas otacza, i to jest też sytuacja, która sprawia, że czujemy się tak, a nie inaczej. To jest w końcu sytuacja – a tak naprawdę nie mam tu na myśli ani Grabarczyka i jego pryncypała, ani Mazurka z Zalewskim, ani całej pozostałej naszej tak zwanej „prawicowej” obsługi medialnej, ani nawet tego Niedzieli z jego, tak zwykłym w tym towarzystwie przekonaniem, że otacza ich wyłącznie tępa hołota, która nawet jeśli ma coś do powiedzenia, to owo coś w żaden sposób nie może być warte ich szczególnej uwagi – która po raz kolejny każe nam się zastanowić nad naszymi szansami na najbliższą przyszłość.
I, powiem uczciwie, że ja się zastanawiać dziś już nie zamierzam. Trochę dlatego, ze generalnie czuję zmęczenie, a poza tym trochę się boję. Bo, czego jak czego, ale swojego wyssanego z mlekiem mojej matki optymizmu, stracić bym bardzo nie chciał. A moment jest bardzo niebezpieczny. Proszę bowiem spojrzeć na to co się dzieje przed naszymi oczami: jedni umarli, inni żyją, ale tak jakby dawno już umarli, a jeszcze inni żyją w najlepsze, tyle że z tego ich życia akurat dla nas dokładnie nic nie wynika. Lepiej więc jednak zamknąć oczy i spróbować jednak ten paskudny moment jakoś przeczekać.

Poniedziałek to jeszcze październik. Mam nadzieje, że listopad będzie choć odrobinę przełomowy. Póki co jednak, mamy ten październik, więc proszę o mnie pamiętać i kupować książkę. Jak ktoś nie chce, lub już ma, proszę wspierać nas wpłatami na podany obok numer konta. Dziękuję.

środa, 26 października 2011

Czyste dobrze oświetlone miejsce

Dzieci moje – prawdopodobnie jak większość ludzi młodych i bardzo młodych – mają w sobie coś takiego, co każe im patrzeć na innych ludzi pod kątem takim oto, czy ktoś jest ładny, czy brzydki. I nie chodzi tylko o ludzi występujących w telewizji, bo to by nawet było zrozumiałe. W końcu oni się tam w dużej swej części pokazują po to, by ktoś ich ocenił nie tylko w kategorii inteligencji, dowcipu i błyskotliwości, ale też właśnie urody. Często nawet urody przede wszystkim. Ja sam, kiedy ten jeden raz występowałem w telewizji, musiałem się wcześniej poddać odpowiednim zabiegom mającym na celu jakieś tam wygładzenie i wypolerowanie mojej twarzy. Jednak moje dzieci mówią, że są ładni lub brzydcy również o ludziach, których spotykają ot tak, na co dzień. A zwłaszcza o tych, których mogliby, choćby potencjalnie traktować, jako swoich przyszłych bliższych przyjaciół.
Tłumaczę więc, szczególnie swojemu synowi, że jeśli spojrzeć na ludzkie twarze w sposób obiektywny, to właściwie między nimi różnicy wielkiej nie ma. No, zdarzają się oczywiście przypadki wyjątkowe, kiedy te proporcje są dramatycznie zachwiane – choćby należałoby tu wspomnieć omawiany już tu przypadek Donalda Tuska – jednak na ogół oczy są rozstawione równo. Nad oczyma jest czoło, między nimi nos – najczęściej każdy mniej więcej taki sam – pod nosem usta, pod ustami broda, po bokach uszy i wszystko gra. A zatem, jaki jest uczciwy sens w tym, żeby nagle wziąć dwie twarze i powiedzieć, że ta jest ładna, a ta już nie? Oczywiście to moje gadanie nic nie daje, no bo o czym tu dyskutować, skoro każdy widzi, że ta dziewczyna jest ładna, a ta brzydka?
Tłumaczę więc mu dalej, że jest jeszcze coś takiego, jak heat of the moment, a więc często zdarza się, że nawet nie trzeba czekać lat – wystarczy parę dni – by ktoś, kto dotychczas był ładny, nagle stał się brzydki, albo i odwrotnie – jakaś paskuda nagle okazała się piękna. Weźmy aktorkę Sissi Spacek. Kiedy ona grała jeszcze w „Carrie” DePalmy, stanowiła typowy przykład brzyduli. Popatrzmy na nią dzisiaj. Przecież to jest czyste piękno! Co tam Spacek? Spójrzmy na tych dwóch – Ala Pacino, i Dustina Hoffmana. A co? W drugą stronę to może nie działa? Każdy z nas wie, jak to bywa.
A zatem, pozostają te najbardziej ukryte szczegóły. Oczy, usta, uśmiech, zmarszczenie czoła, ten zapach, jakieś niezwykłe przechylenie głowy, ten jeden gest, którego wcześniej nie udało nam się dostrzec. No i teraz, skoro wszystko co trzeba było w tym temacie powiedzieć, powiedziałem, pora na pewne wyznanie. Otóż ostatnio – i to wcale nie po raz pierwszy, ale tym razem intensywność tego uczucia mnie poraziła – sam poczułem, co to znaczy spojrzeć na kogoś i pomyśleć, że faktycznie bywa źle. Żona moja – z każdym kolejnym dniem coraz piękniejsza – znalazła w Internecie zdjęcie naszej pary prezydenckiej Bronisława i Anny Komorowskich. Zdjęcie jest o tyle dziwne, że jest praktycznie portretem. Nie wiadomo, gdzie oni są, co oni akurat robią i w ogóle co się wokół nich dzieje. Zupełnie jakby ktoś wymyślił, że to jest własnie to, co powinniśmy wszyscy zobaczyć. Anna Komorowska jest nieco wysunięta na pierwszy plan, on ciut z tyłu… i, jak mówię, to mnie autentycznie pokonało. Komorowska wygląda, jak nigdy dotąd. I właściwie nie chodzi o to, że ona jest jaka jest, i że to, jaka ona jest, na tym zdjęciu zostało jakoś dramatycznie uwypuklone. Owszem – jest zdecydowanie grubsza niż była wcześniej, jej twarz jest zdecydowanie bardziej opuchnięta, te oczy faktycznie są już prawie schowane pod tymi eksplodującymi policzkami, ale najgorsze jest to, ze ona wygląda jakby za chwilę miała umrzeć ze zwykłego, najbardziej podstawowego zaszczucia. Nie wiem, co to jest, ale ona wygląda tak, jakby była całkowicie i kompletnie zrujnowana jako kobieta i człowiek.
No a obok stoi Prezydent. I on jest dokładnie taki sam jak dwa, trzy osiem miesięcy wcześniej. Zadowolony jak cholera, wąs zadbany, oczy rozświetlone tą prezydenturą, zupełnie jakby wybierał się na polowanie i właśnie usłyszał dźwięk trąbki. Kiedyś, jeszcze chyba w okresie kampanii prezydenckiej w zeszłym roku, ktoś go pokazał w zbliżeniu, jak stoi gdzieś na jakiejś mszy i cały prawy rękaw ma uświniony, czy to wylewającym się z niego potem (przez marynarkę!!!), czy może zupą, albo diabli wiedzą czym. Widzieliśmy też jego zdjęcia, gdzie nagle zasnął, albo zrobił minę, która jednych zaniepokoiła a innych zdecydowanie napełniła nadzieją. Na tym dzisiejszym zdjęciu Bronisław Komorowski zwyczajnie kwitnie. Tu nie ma wątpliwości, ze mamy do czynienia z prawdziwym prezydentem. Prawdziwym prezydentem.
Do tego zdjęcia wrócę jeszcze na koniec tego tekstu. Teraz jednak chciałbym się podzielić paroma refleksjami co do ogólnej sytuacji, w jakiej, mam wrażenie, znalazła się dziś nasza Polska. Otóż większość z nas pewnie zauważyła, że po wyborach zapanował kompletny bezruch. Owszem, coś tam się dzieje w Prawie i Sprawiedliwości, no ale powiedzmy, że jest to zwykła, standardowa, powyborcza procedura, związana z rozliczaniem przegranej kampanii, która jeszcze chwilę potrwa i skończy się równie spokojnie, jak się zaczęła. Ziobro z Mularczykiem i może jeszcze kimś innym, uspokoją się i zostaną tu gdzie są, albo spróbują z PJN-em zakładać nowe, zwycięskie ugrupowanie, natomiast generalnie wszystko zostanie tam gdzie jest dziś. Trochę jeszcze słychać jakieś ruchy po stronie Ruchu Palikota, gdzie trwa debata, czy dalej jechać z Krzyżem, czy może już się brać za pedałów i aborcję. To co mnie jednak dość dziwi, to fakt, że kompletna cisza zapanowała po stronie Systemu. System najzwyczajniej na świecie znieruchomiał i tylko dyszy.
Jeszcze nie tak niedawno, kiedy jeszcze liczyliśmy na to, że jednak PiS te wybory wygra, prezydent Komorowski zapowiadał, że on nie będzie mógł czekać na jakieś niepewne przepychanki koalicyjne, bo tu, panie, z jednej strony polska prezydencja, tu znowu kryzys puka do drzwi, i nowy rząd musi być powołany jak najszybciej. W końcu na beztroskę mogą pozwalać sobie gospodarki, które już są na rynku odpowiednio długo, a przez to i ich pozycja jest bardziej stabilna. Tymczasem dziś, jak widzimy, ani nie wiadomo do końca, jak będzie wyglądała przyszła koalicja, bo premier Pawlak coś się nie za bardzo zgadza z ministrem Bonim, a poza tym, wiadomo, nowe rozdanie, nowy budżet. Zwłaszcza że, tradycyjnie już, PSL może, ale wcale nie musi. W dodatku, napięcie wewnętrzne w Platformie Obywatelskiej jest tak wielkie, że nie ma żadnego sposobu, żeby czegokolwiek dotykać, bo człowiek ruszy jedną nitkę, a tu się wszystko pourywa. Schetyna na urlopie, Donald Tusk – jeden tylko jego pan wie, gdzie, i jest zupełnie niewykluczone, że przyjdzie grudzień i dowiemy się, że jeszcze chwilę trzeba z tym expose poczekać do po Świętach, a najlepiej do nowego roku, bo coś tam ktoś jeszcze musi coś skonsultować. A poza tym, wiadomo, Europa w kryzysie, a my – choć ona nas za bardzo już, jak się pokazuje, na nowo nie dotyczy, to trudno jakoś tak stać z boku i się tylko przyglądać. Tymczasem jednak mamy tę edukację, to wojsko, tę służbę zdrowia, to prawo, te fundusze, drogi, koleje, rolników, ubezpieczenia, pracę – i tu panuje kompletna cisza. Zupełnie jakby wszystkich wywiało.
A co słychać u nas, u ludzi, którzy, kiedy te wybory się wreszcie zakończyły, poszliśmy spać, wstaliśmy rano w ten poniedziałek, wsiedliśmy w te samochody, tramwaje lub autobusy i udaliśmy się do pracy? U nas dokładnie tak samo jak było miesiąc temu i rok temu. Stoimy jak zaczarowani, oślepieni tym światłem, które nam zainstalowali w supermarketach i handlowych galeriach, byśmy się mogli choć raz na tydzień, poczuć bezpiecznie i beztrosko. Pewien nasz kolega twierdzi, że weszliśmy w czas rozbuchanej konsumpcji. Otóż myślę, że on nie ma racji. Konsumpcja już była. Nawet i ta rozbuchana. W tej chwili pozostały nam już tylko te stare samochody, którymi możemy zajechać na ten wspomniany w poprzednim wpisie parking pod dachem, czy może na dachu – obojętne – te stare ubrania, które wciąż trzymamy w szafach, by je raz na parę dni na siebie założyć i pójść do czystego dobrze oświetlonego miejsca. Ot tak, nie żeby coś sobie szczególnego kupić, no bo każdy wie, że łatwo nie jest, zwłaszcza gdy już nawet paczka papierosów kosztuje chyba z 10 zł. No, najwyżej kawę i ciasteczko. Ale głównie po to, by się znów poczuć człowiekiem, o którego ktoś wreszcie zachciał zadbać.
Bardzo przepraszam wszystkich, których wprowadzam w niedobry smutek swoimi nastrojami, ale tak to własnie widzę. Widzę miliony ludzi zauroczonych tym światłem i tą schludnością supermarketów ludzi; ludzi całkowicie zaczarowanych i w gruncie rzeczy strasznie nieszczęśliwych. Może też i trochę przestraszonych, że nawet to zostanie im za chwilę zabrane. Czy to już jest Orwell? Nie. Orwell będzie dopiero wtedy, jak te supermarkety zostaną pozamykane. Wtedy będziemy mieli Orwella. Możliwe. Niewykluczone. Jest taka obawa. Ale jest też szansa, że nie. Że zanim będzie naprawdę źle, wyrwiemy się z tego koszmaru i przetrzemy oczy. To jest też możliwe. To okropne, ze nie pozostało nam już nic innego, jak liczyć na to przebudzenie, które – co tu dużo ukrywać – nie będzie przyjemne. No ale robiliśmy przecież wszystko co robić można było. Przynajmniej niektórzy z nas.
Wracam do tego zdjęcia, które tak naprawdę wywołało ten mój nastrój. Uważam, że ono właśnie doskonale symbolizuje to co się przez ostatnie lata stało z Polską i czego niemymi świadkami jesteśmy dziś. Ciekawe, że ktoś kiedyś wymyślił, że Prezydent to pierwszy obywatel, no a jego żona, to tak zwana Pierwsza Dama. Ironię tego – literackiego przecież tylko – zabiegu, ale też i jego szczególną celność, widać wyraźnie, jeśli z jednej strony spojrzymy na to zdjęcie, a z drugiej wsłuchamy się w tę straszną, skąpaną w tym świetle i w tej czystości, ciszę. A ja wciąż twierdzę, że to wszystko jest nie do utrzymania. No przecież, proszę, spójrzmy na to zdjęcie. Przecież tego się nie da utrzymać. To, w ten czy inny sposób, musi się skończyć.

wtorek, 25 października 2011

O półkolistym ekranie na poziomie +1

Myślcie sobie co chcecie, ale poczułem, że to akurat muszę powiedzieć. Nawiedziła mnie bowiem myśl, że muszę się podzielić pewną, dziś już akurat nie refleksją, ale zwykłą, czystą wiadomością. Oto wiadomość. Proszę złapać się czegokolwiek:
W Silesii przybyło nie tylko sklepów, ale także miejsc parkingowych. Kierowcy mają ich do dyspozycji już 3,5 tys. Na duże zakupy mało kto wybiera się z torebką albo plecakiem. Większość do Silesia City Center przyjedzie samochodami. Na szczęście i o tej kwestii pomyślał inwestor. Do istniejących wcześniej miejsc parkingowych doszło aż 1,3 tys. nowych. 525 zlokalizowanych jest na dachu nowej części, w podziemiach łącznie znajdziemy 1,7 tys. w trzech miejscach – pod Tesco, pod Saturnem, i nową częścią (co łącznie z istniejącymi wcześniej miejscami daje ponad 3,5 tys. miejsc do parkowania.
– W Silesii pojawiły się dwa nowe parkingi. Jeden z nich znajduje się na dachu nowej części, prowadzi do niego specjalna rampa. Cały parking ukryty jest za półkolistym ekranem na poziomie +1. Ciekawostka jest to, że klienci pozostawiający swoje samochody własnie na tym parkingu będą mogli wchodzić do centrum przez dach, zjeżdżając na pasaż ruchomymi schodami lub windą, podobnie jak klienci wybierający parking podziemny – tłumaczy Dominika Musialik, marketing manager Silesia City Center. – Dzięki nowemu systemowi oznakowań poruszanie się po parkingach w Silesii będzie teraz znacznie łatwiejsze – dodaje Musialik.
To jeden z największych parkingów podziemnych na Śląsku. Więcej miejsc parkingowych oznacza, że Silesia City Center przygotowuje się na jeszcze większą liczbę klientów, a tych rocznie do centrum przyjeżdża aż 13 mln. – Chcemy zapewnić każdemu klientowi możliwie najbardziej komfortowe warunki do pozostawienia swojego samochodu w bezpiecznym miejscu, możliwie najbliżej wejścia do Centrum – podkreśla Musialik”.
Cóż powiedzieć? Cóż powiedzieć? Będą dwie rzeczy. Dowiedziałem się właśnie, że w swojej nowej książce, Janusz Palikot przyznaje, że przez wszystkie dni, jakie spędził w Sejmie, nie miał ani jednej okazji, żeby zamienić choćby jedno słowo z Jarosławem Kaczyńskim. Nigdy. Przez te wszystkie lata – normalnie, jak to w pracy – rozmawiał z każdym. Z Jarosławem Kaczyńskim – on to najzwyczajniej w świecie w tej swojej książce przyznaje – nigdy. Choćby i przez chwilę. Przez te wszystkie lata, każdego możliwego dnia, ich drogi się rozchodziły.
I to jest jedna rzecz. Druga to apel to niektórych z czytelników tego bloga. Oni wiedzą, że o nich mówię. Jeśli powyższy tekst okazał się dla nich za trudny – niech przynajmniej się nie odzywają, bo mogę zareagować tak jakbym bardzo nie chciał. Ostatnio i tak już wyłącznie grzeszę.

poniedziałek, 24 października 2011

Zanim zaczną płonąć

Nigdy w życiu – nigdy! – nie używałem suszarki do włosów. Powiem wręcz zupełnie szczerze, że do czasu jak założyłem rodzinę i stopniowo zaczęliśmy się powiększać, byłem przekonany, że suszarka do włosów, to jest fanaberia typowa dla zakładów fryzjerskich i że nie istnieją jakiekolwiek dobre powody, by te urządzenia zalegały na półkach zwyczajnych domów. No ale oczywiście – sam, naturalnie, pozostając swoim przekonaniom wierny do końca – dziś wiem bardzo dobrze, że bez suszarki do włosów ani rusz. Jakiś czas temu jednak, suszarka do włosów, której używają moje obie córki, żona i syn, z jakiegoś przedziwnego powodu, uległa spaleniu, przez kilka tygodni wszyscy oni próbowali sobie jakoś bez niej radzić metodami harcerskimi, aż wreszcie żona moja doszła do wniosku, że nas stać na nową i w ten sposób udaliśmy się do katowickiego centrum handlowego o nazwie „Silesia City Center”, a konkretnie do sklepu „Saturn”. W ten oto sposób, dzięki spalonej suszarce do włosów, mogę sobie teraz pozwolić na pewną porcję refleksji i się nimi tu podzielić.
O katowickiej galerii „Silesia City Center” pisałem już przed laty, w kontekście wystawionego tam stoiska z antykaczystowskimi gadżetami, takimi jak kubki, przypinki, czy T-shirty. To tam właśnie można było zaopatrzyć się w znaczek z dwoma kartoflami, czy kubek z napisem „Ojciec Dyrektor”. Dziś tego stoiska już nie ma, zamiast niego natomiast jest inne, sprzedające beczki z proteinami dla osób pragnących uzyskać dobrą sylwetkę. Dzisiejsze „Silesia City Center” jest też znacznie większe, niż parę lat temu, światło oświetlające poszczególne sklepy robi wrażenie bardziej intensywnego, być może niosąc trochę wspomnienie niedawnej wizyty w tym miejscu słynnej Paris Hilton. Poza tym, czasy się właściwie nie zmieniły. Tak jak przed laty, alejkami „Silesia City Center”, tam i z powrotem, spaceruje tłum wyszykowanych mężczyzn i kobiet, którzy po ciężkim tygodniu zarabiania na życie, przyszli tam, by przede wszystkim się pokazać i poczuć tę odrobinę satysfakcji, że są częścią świata, a przy okazji, najpierw sobie coś kupić, a potem pójść na kawę i ciasteczko. Lub lody.
Poszliśmy więc z moją żoną po tę suszarkę, i nagle doznałem olśnienia. Nagle zrozumiałem, że ów dumny i szczęśliwy tłum, który zjawił się tam w tak odświętnym nastroju, nie ma absolutnie żadnych innych pragnień jak to jedno jedyne, by nikt nigdy nie odebrał im tej świadomości, że cokolwiek się będzie działo, zawsze wreszcie przyjdzie ta sobota, kiedy oni będą mogli założyć na siebie piękny strój, wsiąść w samochód i udać się na te niezwykłe zakupy. Zakupy wręcz rytualne, a skoro rytualne, to jedyne w sposób autentyczny wartościowe.
Dlaczego oni się boją, że mogą to stracić? Na to odpowiedź jest bardzo prosta. Ostrzeżenie to słyszą każdego dnia, od rana do wieczora, od lat. Czy to w formie bezpośredniego przypomnienia, że pierwszą decyzją rządu Kaczyńskiego będzie likwidacja galerii handlowych, lub wizji Polski, która znajdzie się w stanie wojny jednocześnie z Niemcami i z Rosją, a wtedy, nie tylko nie będzie tych galerii, ale w ogóle nic. No bo wiadomo – wojna to wojna.
A więc, jeśli spojrzeć na społeczną sytuację w Polsce po kątem aspiracji i lęków, niewątpliwym sukcesem rządu Donalda Tuska jest to, że mimo ogólnoświatowego kryzysu, mimo ogromnego, i wciąż rosnącego, deficytu budżetowego tu u nas, w Polsce, mimo tego że ceny rosną w tempie zastraszającym i mimo właściwie już oficjalnie formułowanych zapowiedzi, że przyszły rok i rok następny przyniosą nam cios, z którego wielu z nas się nie podniesie, znaczna część wyborców nie dała sobie wytłumaczyć, że obecny rząd, nawet gdyby jakimś cudem postanowił się zabrać za ratowanie kraju, nie jest w stanie tego zrobić, bo jest przeżarty korupcją, kłamstwem i fatalnym otępieniem, z którego już go nie jest w stanie wyrwać nic. To jest autentyczny sukces tego rządu. To że przy istnieniu bardzo jasnej i przejrzystej kontrpropozycji, znaczna część wyborców uznała, że, owszem, jest źle, ale ponieważ może być jeszcze gorzej, to jak jest, można wciąż jednak jakoś wytrzymać. Wystarczy zamknąć oczy zatkać uszy i starać się żyć tak jak się żyło dotychczas. A więc chodzić do pracy – póki ona jest – i w sobotę dać się zapędzić do czystego, dobrze oświetlonego sklepu.
Ja oczywiście zdecydowanie wolałbym, żeby to wszystko potoczyło się inaczej. Żeby przede wszystkim w roku 2007 Prawo i Sprawiedliwość zachowało władzę, żeby to Zyta Gilowska w dalszym ciągu mogła prowadzić nasze finanse, i żeby dziś ta sama Zyta Gilowska nie musiała nam, ogłupiałym obywatelom, tłumaczyć, co to dla nas oznacza, że wszyscy – od dzidziusia po ledwo zipiącego staruszka – zadłużeni jesteśmy co najmniej na 20 tys. zł. Wołałbym też, żeby jednak Prawo i Sprawiedliwość lepiej poprowadziło tę kampanię, i żeby Platforma Obywatelska była już dziś odsunięta od zajmowania się naszymi sprawami. Niestety, wszystko, jak widać, idzie w kierunku dokładnie przeciwnym w stosunku do tego, co ja sobie wyobrażałem. Niestety, wygląda na to, że dopiero gdy kostka masła zachowa swoją cenę, pod warunkiem, że jej waga zmniejszy się do 100 gramów, oficjalna informacja potwierdzi fakt, że ten manewr wynika z potrzeby ratowania deficytu, a na naszych handlowych galeriach zawisną kartki z napisem „Zamknięte z powodu braku klientów”, a nie „Zamknięte na podstawie decyzji premiera Jarosława Kaczyńskiego”, stanie się to, co się powinno było stać już dawno temu – Naród się przebudzi.
Niedawno, w jednym z artykułów, jakie tu regularnie zamieszczam, pozwoliłem sobie na pewne dramatycznie smutne porównanie naszej społecznej sytuacji do sytuacji tamtej niezapomnianej dziewczyny, sterroryzowanej przez dwóch bezwzględnych bandytów, którzy dzień i noc wieźli ją ze sobą na śmierć pociągiem, i która, z jednej strony, czepiała się ich łaski, w owym pełnym desperacji przekonaniu, że jeśli tylko będzie grzeczna, to oni się nad nią ulitują i dadzą jej przynajmniej żyć, a z drugiej już tylko w kompletnym milczeniu błagała nas o pomoc. Byśmy przyszli, i nawet jeśli ona nie znajdzie w sobie dość odwagi, by się od nich odwrócić, wyrwali ją z ich rąk. I kiedy dopiero co sunąłem z panią Toyahową alejkami galerii „Silesia City Center”, w kierunku sklepu „Saturn”, by kupić jakąś w miarę tanią suszarkę do włosów, a wokół mnie krążyły piękne sklepy i ludzie, tak bardzo pragnący dopasować się swoim pięknem do tamtego piękna, pomyślałem sobie, że niech nas Bóg broni, byśmy – kiedy oni się wyrwą z tego szoku – nie zostali przez nich zmiecieni wraz z całą resztą. Za to, że w czasie gdy oni liczyli na naszą solidarność, myśmy zajęli się kręceniem jakichś dziwnych, bardzo doraźnych interesów. Choćby po to, by starczyło na suszarkę.
Przy okazji, gdyby komuś przyszło do głowy, że mógłby się do tej suszarki dorzucić, to będę zobowiązany. Można to robić na dwa sposoby. Albo przez kupowanie książki o liściu, albo przez zasilanie naszego konta. Wszystko się bardzo dobrze i z pożytkiem dla wszystkich przyda. Dziękuję serdecznie.

sobota, 22 października 2011

O górniku, zomowcu i wojskowym lekarzu na wietrze

Z pewnego bardzo szczególnego punktu widzenia, dwa minione dni były dla mnie czymś, co można porównać tylko do wakacji. Wakacji wiecznych. Przeżywam ten stan za każdym razem, gdy albo mam okazję tu w Katowicach gościć kogoś, kogo uważam za przyjaciela, lub samemu u tego swojego przyjaciela spędzać czas. A zatem chodzi o to spędzanie czasu. Bez żon, bez dzieci, bez presji, bez trosk. Z jednej strony bardzo intensywne, z drugiej wręcz bezmyślne, a to wszystko odpowiednio uzupełniane równie odpowiednim jedzeniem i piciem. I też tu w znacznym stopniu o to jedzenie i picie chodzi. Sam, jak wiemy, jestem biedny, ale tak się jakoś szczęśliwie zdarzyło, że większość moich przyjaciół wręcz odwrotnie, więc z tym nigdy nie ma problemu. Jakoś się więc tu uzupełniamy, i to też bardzo pomaga tworzyć tę wakacyjną atmosferę.
Miniony czwartek i piątek spędziłem z naszym kolegą LEMMINGIEM, któremu pewne dość specyficzne względy biznesowe kazały wyjechać na chwilę z Warszawy, a zatem uznał on, że tylko Katowice pozwolą mu pobożnie połączyć pracę z przyjemnością, no i przyjechał tutaj. W dodatku zameldował się w hotelu, który znajduje się niemal dokładnie naprzeciwko naszego okna, więc właściwie, gdybyśmy byli w odpowiednim wieku, czasie i nastroju, moglibyśmy nawet sobie między naszymi balkonami pociągnąć sznurek i przesyłać sobie wiadomości. Tak to było. Very impressive!
No ale trzeba też powiedzieć, że poza pracą i przyjemnościami – tak, tak, pracą też, bo wbrew pozorom, nie jest tak, że ja w ogóle na co dzień nic nie robię; wbrew pozorom, ja mam szczęśliwie pewne drobne zajęcia nie dość że codziennie, to jeszcze i w sobotę i niedzielę nawet – a więc, poza pracą i przyjemnościami, postanowiliśmy poświęcić też trochę czasu na sprawy duchowe, a to w naszym wypadku oznaczało wspólne udanie się pod wspominaną tu już parokrotnie Kopalnię Wujek i zanurzenie się w tym wietrze, który – co do tego nie może być wątpliwości – wieje tam stale. I stało się tak, że właściwie wszystko co się po kolei działo, robiło wrażenie jakiegoś niezwykłego fatum, zupełnie, jakby ten wiatr nas tam postanowił przytrzymać i dać nam siebie poczuć w sposób szczególny. Proszę posłuchać.
Z Kopalnią Wujek jest tak, że tam właściwie nie ma nic ciekawego. Są te dwa kominy, jest ten podwójny krzyż, ten pomnik z dziewięcioma krzyżami, jest ten mur i na tym murze pamiątkowe tablice, za murem główny budynek kopalni i ten napis „Kopalnia Wujek”, a przed murem te dziwne pudełkowate domy, w których wciąż jeszcze mieszkają ludzie, pamiętający tamten grudzień sprzed 30 lat. To jest naprawdę bardzo mało ciekawe miejsce. A zatem, kiedy się tam idzie po raz drugi i trzeci, to właściwie nie ma na co patrzeć i czym się wzruszać, w związku z czym tam się głównie przychodzi i odchodzi. Jak ktoś ma ochotę, robi jeszcze zdjęcie. Tym razem jednak stało się tak, że kiedy stawiliśmy się na miejscu, do LEMMINGA zadzwoniła pani LEMMINGOWA i zaczęli rozmawiać. Rozmawiać dość długo. LEMMING stał, gapił się na ten budynek z czerwonej cegły i na pracujących przy nim – zbliża się rocznica – robotników, i rozmawiał ze swoją żoną. Ja, ponieważ stać mi się nie chciało, sobie usiadłem na pobliskim murku, też zacząłem się gapić w ten mur i ten napis: „Kopalnia Wujek”, no i oczywiście nie rozmawiałem z nikim. Tam i tak, jak to się zwykle dziej, nie było nikogo. Nie wiem, ile czasu tam spędziliśmy, nie robiąc nic, tylko patrząc się i patrząc na ten budynek i tych robotników, ale wiem że trwało to wystarczająco długo, żeby nabrać odpowiedniego nastroju. A daje słowo, że był to nastrój nie byle jaki.
No i wreszcie nadszedł czas, by się ruszyć. LEMMING zrobił jeszcze zdjęcie, pokiwaliśmy głowami i zaszliśmy do znajdującego się obok muzeum. Prawdę powiedziawszy, nie jest to muzeum w sensie powszechnie znanym. Raczej taka skromna izba pamięci z kilkoma zdjęciami, makietą terenu kopalni z dnia szturmu, jednym przestrzelonym kaskiem, figurą zomowca w pełnym rynsztunku i tą salą projekcyjną, gdzie się wyświetla dokument o tym, jak to swego czasu polskie państwo zabiło dziewięciu górników. Poleźliśmy więc do tego muzeum i, normalnie, tak jak to zawsze bywa, obejrzeliśmy najpierw tę makietę, popatrzyliśmy na zomowca, następnie przyjrzeliśmy się uważnie dziurce w tym biednym górniczym kasku, i wtedy okazało się, że się zepsuł projektor i filmu w żaden sposób nie da się puścić. Próbowaliśmy jakoś pomagać, ale wszystko stanęło, i w końcu wyszło na to, że nic z tego nie będzie. Kiedy tak się wszyscy męczyliśmy z tym projektorem, raczej z grzeczności, niż z faktycznej potrzeby, zapytałem człowieka, który nas próbował obsłużyć, i który tam się po tym muzeum kręcił, jako ktoś w rodzaju ciecia, czy on był w kopalni, kiedy to wszystko się działo i on mi odpowiedział – nawet nie mrugnąwszy okiem, nawet nie próbując wydąć warg, czy unieść czoła w dumnym geście informowania świata o swoim bohaterstwie, mniej więcej tak, jakby potwierdzał fakt, że owszem, mamy ładną jesień – że to on właśnie dowodził tym strajkiem. I że się nazywa Stanisław Płatek. I oto, nadszedł właściwie idealny moment, żeby zamknąć ten dzisiejszy tekst zdaniem: „I to by było na tyle”, i pozwolić wszystkim go czytającym zanurzyć się w swoich własnych refleksjach, no ale tak się niestety zrobić nie da, bo trzeba powiedziec jeszcze parę rzeczy. Koniecznie. Najpierw jednak zajrzyjmy wspólnie do wikipedii:
Stanisław Płatek, ur. 5 II 1951 w Katowicach. Ukończył Technikum Górnicze dla Pracujących w Katowicach (1979). 1969-1973 pracownik Zakładów Aparatury Doświadczalnej Biprokwas w Katowicach. Od 1973 górnik KWK Wujek. IX 1978 – III 1981 członek PZPR. 1-3 IX 1981 uczestnik strajku w KWK Wujek, od IX 1980 w „S”. XII 1980 – 1981 sekretarz Komisji Rewizyjnej „S” KWK Wujek. 13-16 XII 1981 przewodniczący KS w KWK Wujek; 16 XII 1981 ranny podczas pacyfikacji, internowany, przewieziony do szpitala MSW; 31 XII 1981 aresztowany, przewieziony do Okręgowego Szpitala Więziennego w Bytomiu, gdzie przebywał do VI 1982. 9 II 1982 wyrokiem Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach skazany na 4 lata więzienia i 3 lata pozbawienia praw publicznych, w VI 1982 przeniesiony do AŚ w Zabrzu, VIII 1982 – II 1983 w ZK we Wrocławiu. W II 1983 zwolniony ze względu na stan zdrowia, VII 1983 objęty amnestią. 1983-1986 pracownik Klubu Sportowego Gwarek Tarnowskie Góry, 1986-1993 AZ Sp. z o.o. w Tarnowskich Górach. 1983-1989 (we współpracy z Ludwikiem Dziwisem) kolporter pism podziemnych (m.in. „Głos Śląsko-Dąbrowski”, „Górnik Polski”, „Wujek”) na terenie Katowic. W II 1989 współzałożyciel, przewodniczący Tymczasowej KZ, następnie do 1991 przewodniczący KZ „S” AZ Sp. z o.o. 1993-2006 zatrudniony w KWK Wujek. 1995-1998 wiceprzewodniczący, 1998-2002 przewodniczący KZ „S” KWK Wujek, 1998-2002 delegat na WZD. 1998-2002 wiceprzewodniczący Regionalnej Komisji Rewizyjnej „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. 1989-1991 członek Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ku Czci Górników KWK Wujek w Katowicach Poległych 16 XII 1981, 1991-1998 przewodniczący (od 16 XII 1994 przekształconego w Społeczny Komitet Pamięci Górników KWK Wujek Poległych 16 XII 1981). W 1994 jeden z założycieli, od 2000 przewodniczący Zarządu Krajowego Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego. Organizator Międzynarodowego Memoriału Szachowego Dziewięciu z Wujka (1997-2001). Od 2006 na emeryturze. Współtwórca albumu i przewodnikaKrzyż Górników. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2007) ”.
Zostaliśmy więc z tym zepsutym projektorem i Stanisławę Płatkiem jeszcze dłuższy czas i, czując, jakie to nas szczęście spotkało, że ten projektor się nagle zepsuł, naciągnęliśmy Płatka na wspomnienia. No i powiedział nam Płatek, że jak był strajk, to on miał trzydzieści lat, żonę i syna, że, kiedy się pochylał nad rannym kolegą, został trafiony w ramię zomowską kulą – ciekawe, że, mówiąc o innych górnikach, używał wyłącznie formy „kolega” – i to pewnie uratowało życie, bo inaczej dostałby z boku w okolice brzucha, że w sumie w tych starciach bralo udział 3 tysiące górników, że z tych dziewięciu, pięciu dostało w głowę, a dwóch w serce, i że jak go wieźli karetką pogotowia, to milicja karetkę zatrzymała, wyciągnęli go stamtąd i on pamięta, jak przed nim stanął wysoki bardzo milicjant i chciał mu wlać, ale między milicjanta a niego wszedł wojskowy lekarz i go przed tym ciosem zasłonił. Opowiedział nam też, że jeszcze dziś w okolicy kopalni pojawia się niekiedy pewien kolega – tak, właśnie kolega – który nie brał udziału w strajku, bo w tym czasie akurat siedział u siebie w domu, ale zomowcy wrzucili mu przez okno do mieszkania jakiś ciężko trujący gaz i on od tego się pochorował tak, że dziś jest raczej ludzkim wrakiem. No ale, jak mówię – kolega.
Powiedziałem wyżej, że Płatka naciągnęliśmy na wspomnienia. I tak właśnie było. On sam nie mówił zbyt wiele. Pytaliśmy, on grzecznie i bardzo spokojnie odpowiadał i – co do tego zgodziliśmy się z LEMMINGIEM w pełni – zachowywał się, jakby już dawno znalazł się w świecie, do którego dostępu nie ma nikt z nas. I wtedy też zrozumiałem, dlaczego Stanisław Płatek, emerytowany górnik, ani w jednym momencie naszej rozmowy – a trwała ona naprawdę długo – ani jednym słowem nie wspomniał o bieżącej polityce. Ani nie pluł na Tuska, ani na Kaczyńskiego, ani nic nie mówił o wyborach, ani nawet nie narzekał na ogólną sytuację. Ten temat jakby w jego świadomości w ogóle nie istniał. Później, kiedy już zajęliśmy się wszyscy sobą, znaleźliśmy w Sieci informacje, że Płatek gardzi PiS-em. Co sądzi o Platformie, nie wiadomo. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę o tym niezwykłym spotkaniu i przyszło nam do głowy, że te 3 tys. ludzi, to nie byle co. To musiała być walka, jakiej współczesny świat nie widział. 3 tys. ludzi – takiego starcia nie było nawet w Powstaniu Warszawskim I ten obraz Stanisława Płatka, jak go wyciągają z karetki, z tym rozpieprzonym w drobny mak ramieniem, i z tym wysokim dowódcą, który zamierza się na niego pałką i tym wojskowym lekarzem, odgradzającym tych dwóch od siebie. I co powiedzieć? Co powiedzieć? Wajda z tego nie zrobi. A jak idzie o młodych – oni niech się lepiej za to nawet nie biorą, bo jeszcze im wyjdzie komedia.
Skoro o komedii mowa, właśnie przeczytałem, że żona prezydenta Sarkozego urodziła mu córeczkę i, wbrew żądaniom Francuzów, by dziecko miało na imię Europa, nazwała dziecko Julia. W związku z tym wydarzeniem, i w sprawie tego imienia, nasze media zwróciły się do specjalisty od tego typu wydarzeń, Eryka Mistewicza z prośbą o komentarz, i Mistewicz powiedział co następuje: „Julia to jest bardzo dobre, wspaniałe imię, o dużym potencjale narracyjnym. Można fantastyczne historie opowiadać, niczym Romeo i Julia. Tak jak Sarkozy w każdej swojej kampanii opowiada piękne historie. Za tym ludzie idą
I to właśnie jest ten moment, kiedy musimy kończyć, bo czuję, że jeszcze jedno słowo, a zacznę wzywać do tego, by zacząć strzelać. A to by mi na sucho nie mogło ujść.

Jeśli ktoś przeżył tę historię tak jak ja, może ma ochotę poczytać sobie więcej tekstów na podobnym poziomie emocji. Znajdzie je w książce, która jest reklamowana tuż obok i nazywa się "O siedmiokilogramowym liściu i inne historie". Kto jednak tę książkę już ma, albo z jakiegoś powodu nie będzie jej kupował, niech wspomaga ten blog inaczej. Na przykład przez zasilanie podanego też obok numeru konta. Dziękuję.

piątek, 21 października 2011

Parę konstruktywnych propozycji na kolejną kampanię

Opowiadał mi kiedyś pewien mój kolega – kolega bardzo dobrze obeznany z zasadami obowiązującymi w przestrzeni medialno-rozrywkowej – że wszelkie telewizyjne produkcje, typu „Masz talent”, „Top Model”, czy „You Can Dance” zorganizowane są nie na takiej zasadzie, że szuka się najlepszego z dobrych, ale że głównym celem jest zaplanowanie tej godziny czy dwóch w taki sposób, by osiągnięty wynik spowodował wzrost liczby oglądających przy następnej okazji. W związku z tym, bardzo często się zdarza, że decyzją jury, owszem, od czasu do czasu do następnej rundy przejdzie ktoś bardziej wybitny, tyle że o tym awansie nie decyduje sama tylko wybitność. A to z tej prostej mianowicie przyczyny, że sama wybitność w dzisiejszych czasach nikomu nie jest do niczego potrzebna. Z punktu widzenia tak zwanej „oglądalności”, wybitność ma znaczenie drugorzędne. A niewykluczone, że i trzeciorzędne. To co się liczy przede wszystkim, to kolor i ten jeden wyraźny przekaz. Że jest fajnie.
To stąd właśnie, od czasu do czasu dochodzi do sytuacji, kiedy wykonawca naprawdę zdolny przegrywa z jakimś nieudacznikiem czy nudziarzem, bo okazało się że nieudacznik i nudziarz, decyzją specjalistów od wspomnianej „oglądalności”, daje większe szanse na przyciągnięcie publiczności, choćby przez to, że wieść pojdzie po całej Polsce, że oto wydarzył się skandal, bo jakaś oferma doszła do finału. Lub, na przykład, że skandalu wcale nie było, ale za to ta biedna dziewczyna, która była tak okropnie beznadziejna, ale za to tak pięknie się pobeczała, otrzymała swoją drugą szansę i może tym razem pójdzie jej lepiej. Dobór uczestników kolejnych etapów owych konkursów może też w ogóle pomijać ocenę merytoryczną, a więc to, czy ktoś był dobry, czy nie. Może się okazać, jak twierdzi mój znajomy, że jedynym kryterium jest zaledwie to czy ktoś się dobrze komponuje na niebieskim tle, lub – i to jest tak zwany czynnik ludzki – czy jest gruby, czy chudy, stary czy młody, ładny lub brzydki, bo skoro mamy już dwóch grubych, to niech teraz będzie jeden chudy i jeden brzydki, żeby Kuba Wojewódzki mógł jakoś tę brzydotę paskudnie skomentować i wywołać tym komentarzem powszechny szok. A zatem, tak czy inaczej, podstawowym kryterium jest to, czy uda się stworzyć show, który przy następnej okazji zwiększy liczbę widzów, a więc zapewni wzrost realnych dochodów firmy. Pod jakimkolwiek pretekstem.
Przypomniałem sobie o tym wszystkim niedawno przy okazji dyskusji na temat roli Tomasza Terlikowskiego, jaką pełni on w publicznej ofercie polskich mediów mainstreamowych, eksponując się tam jako tak zwany „Talib”. Teza moja była taka, że media zapraszają Terlikowskiego do udziału w swoich programach kierując się wyłącznie jedną intencją – że Terlikowski zagwarantuje publiczności odpowiednią porcję emocji na najniższym poziomie. On przyjdzie, powie coś, z punktu widzenia popularnych oczekiwań, szokującego, choć jednocześnie jak najbardziej standardowego, i w ten sposób, z jednej strony, uda się zachować umysłowe status quo społeczeństwa, a z drugiej, stworzy wrażenie jakiejś niby debaty. To zresztą jest zjawisko, które możemy zaobserwować nie tylko w przypadku Terlikowskiego, ale niemal na każdym innym przykładzie. Właściciele mediów stworzyli dla siebie pewien typ oferty i ostatnią rzeczą, na jakiej przy tej okazji im zależało, była jej jakość i poziom merytoryczny. Od początku do końca, jedynym praktycznie celem było to, by się na tym dało zarobić.
Pamiętamy być może scenę z filmu „Rejs”, kiedy to Zdzisław Maklakiewicz mówi, że on lubi tylko te piosenki, które już zna. A ja uważam, że to jest myśl wręcz podstawowa dla zrozumienia systemu w jakim operują polskie media. One doskonale zdają sobie sprawę z tego, że to co przed wielu już laty powiedział Maklakiewicz to standard. Przeciętny człowiek nie potrzebuje żadnych niespodzianek. On chce dostać dokładnie to na co czekał, a więc rolą mediów jest najpierw sprawić, by czekał na to, na co ma czekać, następnie sprawdzić, czy faktycznie czeka na to, na co czekać ma, i wreszcie mu to dać. Jak idzie o Terlikowskiego, wykształcony odbiorca TVN24 przygląda się bieżącym wydarzeniom, słyszy, że do Sejmu dostał się jeden homoseksualista i jeden transwestyta i myśli: „Ho, ho! Ciekawe co ma na ten temat do powiedzenia ten talib Terlikowski” i nie mija pół dnia, jak przed kamerą zasiada Terlikowski i mówi dokładnie to, czego wykształcony obywatel po nim oczekuje, a więc że pederastów i transwestytów trzeba leczyć. I dalej wszystko już idzie z górki. Terlikowski wraca do domu, zadowolony, że dał świadectwo, a obywatel idzie spać w błogim przekonaniu, że ci durnie od Rydzyka są jednak naprawdę niebezpieczni.
Innym razem Stefan Niesiołowski udzieli jakiejś – oczywiście, równie przewidywalnej – wypowiedzi, że Kaczyński to człowiek podły i zakłamany, a jego żałoba jest, równie jak on sam, funta kłaków warta, a dziennikarz stacji w tym samym momencie pędzi już do Joachima Brudzińskiego i pyta go o zdanie. Brudziński, oczywiście w sposób całkowicie naturalny, oburzony wygłasza opinie, której każde słowo jest powtórzeniem tego, co zostało wcześniej starannie zapisane w planach specjalistów od zwiększania „oglądalności”. A na drugi dzień zdecydowana większość opinii publicznej rozprawia już tylko o tym, jakie to z tego Brudzińskiego pisowskie chamidło.
I tak się dzieje zawsze. Czy do udziału w dyskusji na dowolny temat poproszony jest Kazimierz Kutz, czy Jacek Kurski, czy Jan Tomaszewski, czy Zbigniew Hołdys, czy Władysław Bartoszewski, czy Marek Jurek – cel jest zawsze ten sam. Każdy z nich ma powiedzieć dokładnie to co mówił poprzednim razem i co się tak dobrze sprawdziło. A niechby którykolwiek z nich spróbował wykonać coś kompletnie nieprzewidywalnego. Niech go Ręka Boska broni. W końcu nie po to sztab ludzi mądrych i przebiegłych z takim trudem tworzy publiczny wizerunek dla tych, którzy im płacą, by ktoś coś w tym garnku nagle zaczynał mieszać. Ludzie życzą sobie piosenek, które już znają i właśnie takie piosenki mają być im śpiewane. Koniec. Kropka.
Z tego właśnie powodu uważam, że ludzie, którzy w jakikolwiek sposób reprezentują nasze pragnienia i aspiracje, i reprezentują je publicznie, powinni jak ognia się wystrzegać tego, że zostaną przez naszych wrogów zaszufladkowani, a następnie już tylko – metodą kija i marchewki – wykorzystywani do realizacji w żaden sposób nie swoich, ale jak najbardziej cudzych, planów. Naszym pierwszym zadaniem powinno być, jeśli ktoś nas o to poprosi, prezentowanie naszych opinii i poglądów tak, jak to robią ludzie wolni i suwerenni, a więc bez oglądania się na to, czego i kto od nas oczekuje. Oczywiście, pierwszym rezultatem takiej postawy będzie to, że tamci zrezygnują z naszych usług. Bo nie po to zdecydowali się na program na żywo, by ponosić tej transmisji przykre konsekwencje. Ja świetnie wiem, że jeśli red. Rymanowski zaprosi do studia takiego księdza Isakowicza, by wszystkim opowiedział o tym, co sądzi na temat zbrodni wołyńskiej, a on zamiast realizować to zamówienie powie, że on bardzo przeprasza, ale dziś chciałby powiedzieć coś na temat ukradzionego przez Prezydenta krzyża, albo na temat najbardziej podłej nagonki, jaką System zorganizował przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, to tego typu zachowanie skończy się dla niego bardzo marnie. No ale trudno. Przynajmniej w świat pójdzie przekaz, który inaczej by gdzieś zaginął w gąszczu medialnej manipulacji.
Podobnie wspomniany Terlikowski. Jeśli któregoś dnia posadzą go naprzeciwko księdza Sowy, a on zamiast powtarzać swoje banały i jednocześnie zwracać się do Sowy per „Kaziku”, powie, że za to co ksiądz robi będzie się palił w piekle, to też korzyść dla sprawy będzie o wiele większa, niż powtarzanie, że grzechem jest pedalstwo, a nie zaparcie się krzyża. A dla samego Terlikowskiego, wbrew pozorom, też. Nawet jak zostanie z listy gości skreślony. Podobnie taki Joachim Brudziński. Kiedy Monika Olejnik po raz kolejny zaprosi go do studia, a on, zamiast zacząć nawalać w Tuska, jej powie, że właśnie wysłuchał na youtubie bardzo ładną piosenkę pod tytułem „Jesień idzie” , i gdyby umiał ładnie śpiewać to by ją zaśpiewał i zadedykował ją Donaldowi Tuskowi, to Olejnik, widząc te pieniądze, jak jej uciekają z torebki, dostałaby szału. Możliwe że i dosłownie. A wtedy on by zadał kolejne pytanie: czy ona słyszała, jak tę piosenkę śmiesznie przerobił „Andrus” . No i wtedy program by się gwałtownie skończył.
Koś powie, że ja sobie stroję żarty. Przede wszystkim, wcale nie. Jestem dziś, jak zwykle zresztą, jak najbardziej poważny. A poza tym, nawet jeżeli, to nic mnie to nie obchodzi. Ostatnio bowiem mam wrażenie, że strojenie sobie żartów weszło w modę. A ja, jak wiemy, jestem panem modnym.

czwartek, 20 października 2011

O ludziach zimnych i gorących

Nie wiem, ile z osób odwiedzających ten blog, zagląda też od czasu do czasu na blog mojego kolegi, i przy okazji człowieka, który wydał moją książkę o siedmiokilogramowym liściu, Coryllusa, ale, ponieważ wiem, że wszyscy tu lubimy sobie poczytać ciekawe i ładnie napisane artykuły, podejrzewam, że na ogół Coryllusa znamy i czytamy. A w związku z tym, domyślam się, że wielu z nas wie też, że od dnia, kiedy najpierw sondażownie, a za nimi Państwowa Komisja Wyborcza, ogłosiły wynik wyborów, Coryllus poświęcił całe swoje pisanie bardzo radykalnemu, bezkompromisowemu i pełnego gniewu wyrzucaniu kampanii Prawa i Sprawiedliwości najpierw ciężkich zaniedbań, które, zdaniem Coryllusa, musiały doprowadzić do porażki, a ostatnio wręcz zdrady swoich wyborców. To co mnie dość zaskakuje, to fakt, że reakcje na opinie prezentowane przez Coryllusa są w dużej części pozytywne, a więc stosunkowo wielu czytelników zgadza się, że ci działacze PiS-u, którzy wzięli na siebie odpowiedzialność za prowadzenie i wynik tej kampanii, sprawę, krótko mówiąc, spieprzyli. Świadomie, czy nieświadomie, celowo, czy nie celowo – ale spieprzyli.
Ponieważ jednak najświeższy tekst Coryllusa, dotyczący już bezpośrednio zdrady, spowodował naturalną wrzawę, i równie naturalny wzrost głosów oburzenia, czuję, że nie mam innego wyjścia, jak się w całą sprawę zaangażować i wtrącić swoje trzy grosze. Dotychczas, jak wiadomo, starałem się bardzo ostrożnie komentować wynik wyborów, a tym bardziej oceniać pracę sztabu. I wbrew pozorom, nie wynika to z tego, że, jako wierny członek PiS-u czuję się bardzo niezręcznie, publicznie krytykując kampanię, jaką PiS przeprowadził, ale z faktu, że przez mój dramatycznie naiwny i wieczny optymizm, w dniach kiedy kampania się jeszcze w najlepsze rozwijała, ja nie miałem żadnych bardziej negatywnych pod jej adresem uwag, i byłem szczerze przekonany, że ewidentne dziadostwo musi zostać ukarane, a cnota nagrodzona. A zatem dziś jakoś mi głupio stawać na środku sali i się wymądrzać. Tyle wszystkiego, że w pewnym momencie nieśmiało zauważyłem, że może trzeba było skorzystać z usług Wojciecha Cejrowskiego, albo wszystko jedno kogo – byle był to ktoś kto ma pojęcie, jak się prowadzi skuteczną kampanię.
Dziś jednak, jak mówię, czuję, że dłużej mi nie wypada udawać, że sprawa mnie nie dotyczy. Co nam zatem mówi Coryllus, i co w tym, co on mówi, jest tak szokującego, że doszło wręcz do tego, że pojawili się nawet komentatorzy, którzy postanowili bojkotować jego księgarnię i nie kupować sprzedawanych przez niego książek? Wbrew pozorom, nic. Wbrew pozorom, nic takiego, co, nawet gdybyśmy wcześniej tego nie brali pod uwagę, to tu to tam się nie pojawiało w publicznej dyskusji. Mam na myśli opinię, że działacze Prawa i Sprawiedliwości, tacy jak Hofman, Kamiński i Poręba, a więc te trzy osoby, które stanowiły swego rodzaju think tank całej kampanii, tak naprawdę mają w nosie całą tę ideologię, całe te nasze marzenia, te wszystkie nasze łzy i nerwy, ten cały ruch, który wzmacnia Prawo i Sprawiedliwość drżeniem swoich serc, natomiast to co ich tak naprawdę w tym wszystkim interesuje, to poczucie, że należą do wąskiej grupy politycznych celebrytów, którzy, dopóki jest jak jest, mogą zawsze liczyć na codzienną porcję próżnej przyjemności.
Coryllus napisał, że Hofman, Kamiński i Poręba w najmniejszym stopniu ani nie rozumieją naszych emocji, ani tym bardziej, się nimi nie przejmują, a co gorsza, w tym swoim, pozbawionym jakże dobrze nam znanych wzruszeń, świecie, wcale nie są jakimiś szczególnymi wyjątkami. Że niewykluczone, że jedną z bardzo nielicznych, a kto wie, czy nie jedyną, osobą, której tak naprawdę jeszcze tam na czymkolwiek poza bieżącą polityką, bardziej zależy, jest Jarosław Kaczyński. I ja dziś muszę powiedzieć, że, choć wciąż nie chcę oceniać konkretnie tej kampanii i poziomu zaangażowania, jakie w nią włożyli jej autorzy, diagnoza Coryllusa na tym poziomie jest dla mnie czystą i jednoznaczną oczywistością. I dziwię się szalenie, jeśli ktoś nagle przychodzi i słysząc opinię, że partyjni działacze Prawa i Sprawiedliwości – czy jakiejkolwiek zresztą innej partii – w swojej większości dbają wyłącznie o swój prywatny interes, unoszą się oburzeniem i gniewem. A dziwię się, ponieważ interesuje się polityką wystarczająco długo, i mając przez ten czas okazję obserwować – z często zdecydowanie zbyt dużym zaangażowaniem – zachowanie poszczególnych działaczy, o wiele zbyt często miałem też tę nieprzyjemność stwierdzić, że z tym moim sercem, tym moim zaangażowaniem, z tym moim oddaniem sprawie, wyglądam przy nich, jak naiwny idiota. Że ja stoję przy nich, patrząc na nich jak na tych, którzy mnie będą skutecznie reprezentować, a widzę wyłącznie szalenie zajętych urzędników, dobrze jeśli przynajmniej w podstawowy sposób grzecznych.
A co mam powiedzieć o tych, którzy już są dawno ex? Takich jak starszy Kamiński, Bielan, Poncyliusz, Kluzik, Kowal, Zalewski… możnaby wymieniać. Wszystkich tych, którzy kiedyś byli tacy świetni, tacy nasi, tacy wierni – i nagle okazało się, że wystarczy parę godzin, żeby się okazało – po raz który to z kolei? – że wszystko to było o dupę potłuc. No i jeśli mam być konsekwentny, proszę mi powiedzieć, jakie ja mam gwarancje, że już za parę miesięcy nie będę musiał oglądać w telewizji Moniki Olejnik, jak rozmawia z Hofmanem, czy Porębą, a oni, z równie spokojną twarzą, jak dziś, będą mi tłumaczyć, że Jarosław Kaczyński to stary bałwan i półprzytomny piernik, i że oni to wiedzieli od dawna? No, proszę mi powiedzieć, jakie tu są gwarancje? Otóż problem polega na tym, że gwarancji nie ma żadnych. Dlaczego? Bo zamiast owych gwarancji, istnieje bardzo mocne podejrzenie, że dla większości z nich, miejsce, które oni obecnie zajmują, to kwestia czystego zbiegu okoliczności. Może kiedyś, zanim się tak wyeksponowali, byli oni równie zaangażowani, jak my… tyle że to im zdecydowanie już jakoś dawno przeszło.
Nie jestem działaczem partyjnym. Tyle wszystkiego, że jestem Prawa i Sprawiedliwości członkiem i parę razy w życiu miałem okazję się spotkać z ludźmi bardziej oficjalnie ode mnie w ten projekt zaangażowanych. I otóż, proszę sobie wyobrazić, że za każdym razem, gdy z kimś takim rozmawiałem, miałem bolesne uczucie, że obaj znajdujemy się na dwóch przeciwnych biegunach emocji. Ile razy miałem okazję z kimś tego typu rozmawiać, nie mogłem zwalczyć w sobie przeświadczenia, że to całe moje gadanie o Polsce, o PiS-ie, o Kaczyńskim, o walce, tego kogoś kompletnie nie interesuje. Dochodziło wręcz do sytuacji tak horrendalnych, że ja się pytałem, na przykład, co tam u Prezesa, a odpowiedź padała, że się pewnie „zajmuje mamusią lub kotem”. I wszystko oczywiście odbywało się cholernie życzliwie – w końcu, jak by nie było, jesteśmy z PiS-u – tyle że tak trochę bardziej swobodnie.
Ponieważ uważam, że okazja jest ku temu bardzo dobra, opowiem też dziś coś, czego wcześniej nie opowiadałem i, szczerze powiem, opowiadać nie planowałem. Najpierw jednak powiem, dlaczego. Otóż przede wszystkim wydawało mi się, że plotki są oczywiście bardzo przyjemne i niekiedy ich upublicznienie może być z korzyścią dla wielu, jednak wciąż, owo plotkowanie ma w sobie coś niesympatycznego. Drugi powód mojego milczenia był już bardziej praktyczny. Ja najzwyczajniej w świecie nie mogłem do samego końca, a więc praktycznie do dziś, uwierzyć, że to co usłyszałem, było faktem, a nie wynikiem jakiegoś błędu, czy niedosłyszenia. No ale jednak opowiem. Jak niektórzy pamiętają, jeszcze w zeszłym roku, w trakcie kampanii prezydenckiej, Janek Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu „Warto rozmawiać”, żebym opowiedział o szaliku, jaki prezydent Kaczyński swego czasu trzymał na piłkarskim stadionie i o serii wyjątkowo parszywych zdjęć, jakie z tej okazji zostały opublikowane przez Agorę. Zajechałem więc do tej telewizji, ktoś przyszedł, zaprowadził mnie do tej ich kawiarni, postawił kawę i kazał czekać. Siedziałem tam więc sobie sam i rozglądałem się ciekawie. Po jakimś czasie zaczęli pojawiać się inni uczestnicy programu, a więc najpierw chyba przylazł Jan Hartman, po nim Ludwik Dorn, a po Dornie Karnowski z Mistewiczem. Siedli obok i zaczęli się jedni z drugim wesoło zaprzyjaźniać. Tak wyszło, że najbliżej mnie usiadł Dorn z Hartmanem i pogrążyli się w rozmowie. Nie wiem, o czym gadali, bo, wbrew pozorom, wcale nie jestem aż tak wścibski, jednak to co mnie uderzyło, to fakt że oni znajdowali się w wyjątkowej komitywie, no a poza tym, w pewnym momencie usłyszałem coś bardzo wyraźnie. Otóż Dorn zaczął opowiadać Hartmanowi, jak się czuje wobec zbliżających się wyborów, i powiedział – to jest ten fragment, co do którego jest mi tak trudno uwierzyć, że się nie przesłyszałem – że z jego punktu widzenia, najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby Jarosław Kaczyński przegrał, tyle że nie tak bardzo; uzyskując, powiedzmy, jakieś 35 procent.
Ja wiedziałem, że Dorn jest poza PiS-em, że jest z Prezesem pokłócony, że on pewnie już PiS-u nie lubi, natomiast fakt, że on nagle, tylko dlatego, że coś tam między nimi nie poszło tak jak należy, jest gotów zdradzić wszystkie swoje przekonania, całą swoją polityczną wiarę, no i w efekcie Polskę, byle tylko Bronisław Komorowski Kaczyńskiemu wpieprzył i został prezydentem, i przekazać swoje poparcie Komorowskiemu – było dla mnie prawdziwym szokiem. Szokiem tak wielkim, że – jak mówię – do dziś nie mam nawet pewności, czy jednak się nie przesłyszałem. Nie zmienia to jednak faktu, że ja po prostu wiem, że im tak naprawdę jest dokładnie wszystko jedno. To my wypruwamy z siebie żyły. To my kochamy i nienawidzimy. To my wreszcie narażamy się na wzgardę innych, niekiedy nawet ryzykując los swoich rodzin. Co z tego rozumieją oni? Głupie pytanie. To w ogóle nie jest kwestia rozumienia. To jest wyłącznie kwestia priorytetów.
Jarosław Kaczyński, w niedawnej wypowiedzi, stwierdził, że on, nawet gdyby chciał, nie może zrezygnować z prezesowania Prawu i Sprawiedliwości. A to mianowicie przez wzgląd na tych ludzi, którzy każdego 10 kwietnia na Krakowskim Przedmieściu krzyczą do niego „Jarosławie ratuj!”. Wielu z nas prawdopodobnie pamięta obrazki z filmu Ewy Stankiewicz o Krzyżu i pamięta postać pewnej dziewczyny, która tam pod tym Krzyżem wciąż się kręci. Otóż, z mojego punktu widzenia, z nią jest coś nie tak. Ona na sto procent robi wrażenie osoby… hmm, jak by to powiedzieć – dziwnej. Ale widzę ją, obok niej widzę innych ludzi towarzyszących jej w tym rozpaczliwym proteście i jestem z nią całym sercem. Bo wiem, że cokolwiek by o niej nie powiedziec, ona tam nie realizuje niczyich interesów. Ona tam przyszła, bo to zło, które nas wszystkich zalewa ją akurat przerosło. Ona akurat już nie wytrzymała.
I teraz powstaje pytanie, co na jej temat myśli Jaroslaw Kaczyński? Otóż on już na to odpowiedział. Właśnie ze względu na nią – mimo że, jak już w innym miejscu zadeklarował, życie dla niego się skończyło – on, zamiast pójść do domu i skulić się w kącie obok swojego kota, pozostaje tu. Właśnie przy niej. Bo wie, że już nikt inny poza nią go nie potrzebuje. No i pojawia się też drugie pytanie. Co o niej myśli – no dobra, załóżmy że się jednak przesłyszałem, i on jest faktycznie nasz – Ludwik Dorn? Otóż, moim zdaniem, Ludwik Dorn o niej nie myśli nic. Dla Ludwika Dorna ona jest nikim. Podobnie zresztą, jak my wszyscy. Wściekli, zapłakani i walczący. I dobrze, jeśli nie okaże się, że on się z nas śmieje.
Pozostaje nam wrócić do serii tekstów Coryllusa, a zwłaszcza do tego z nich ostatniego. Co ja o nich sądzę? Czy się zgadzam, czy mnie one oburzają? Otóż ani mnie nie oburzają, ani też się z nimi nie zgadzam. Nie oburzają mnie, bo uważam przede wszystkim, że każdy ma prawo pisać, co mu się podoba, o ile za tym pisaniem stoją czyste intencje i przeświadczenie o tym, że się pisze prawdę. A ja jestem pewien, że Coryllus, pisząc to co pisze, jest przekonany, że pisze szczerą prawdę. I że ma dobre intencje. Co mi się natomiast w tych jego tekstach nie podoba? Otóż nie podoba mi się w nich przekonanie, że to zakłamanie i te interesy mają w ogóle jakiekolwiek znaczenie i że stanowią w ogóle jakieś niezwykle interesujące zjawisko. Moim bowiem zdaniem, one ani nie są szczególnie ciekawe, ani tym bardziej nie niosą w sobie jakichkolwiek poważnych skutków. To czy PiS wygrywa, czy przegrywa, czy też wspomnienie nazwy Platformy Obywatelskiej budzi w społeczeństwie słodką rozkosz, czy obrzydzenie, stanowi zagadkę, której ani zrozumieć, ani przewidzieć nie jesteśmy w stanie. I wreszcie, jeśli dziś Platforma Obywatelska po raz kolejny wygrała wybory, to wydarzenie nie jest wcale wynikiem tego, że ich działacze są bardziej od naszych szczerzy, uczciwi i pełni poświęcenia. To może świadczyć najwyżej o tym, że tamten projekt jest całkowicie aideowy. Tamten projekt, jeśli jest popierany i wybierany przez większość głosujących, to tylko dlatego, że on gwarantuje bezpieczeństwo dla tych grup, które swoje powodzenie opierają wyłącznie na interesach, a nie na czymś tak nieokreślonym, jak poglądy czy wiara.
I przeciwnie. Jeśli te miliony, które mogły w tym roku zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość, tego nie zrobiły, to stało się tak nie dlatego, że one nie mogły znieść sytuacji, że ten PiS jest taki jakiś inny, ale dlatego, że jest dokładnie taki jak wszyscy. Jak te wszystkie Peesele, te Platformy i ci komuniści. I że, tak jak oni wszyscy, oni mają nas wszystkich głęboko w nosie. Coryllus twierdzi, że dopóki Prawo i Sprawiedliwość nie stanie się takie jak Jarosław Kaczyński, nie ma jakiejkolwiek szansy na sukces. I z tym się też nie zgadzam. Prawo i Sprawiedliwość nigdy nie będzie takie jak Jarosław Kaczyński. Tacy jak Jarosław Kaczyński, z jego oddaniem i poświęceniem, możemy być najwyżej my – głupi i naiwni komentatorzy, wariaci wypruwający z siebie żyły dla jakiejś idei, o której nawet nie wiemy, czy możemy marzyć. Ale też wierzę, że to własnie dzięki nam – ludziom prawdziwie zaangażowanym i wiernym – Jarosław Kaczyński w końcu wygra. Nawet jeśli miałoby się to odbyć wbrew interesom jakichś drobnych kombinatorów bez poglądów i bez marzeń, innych niż to jedno – żeby dało się z sukcesem przecisnąć przez ten jeszcze jeden dzień. A do tego, prędzej czy później, dojdzie, i to nie przez to, że Hofman czy Poręba wezmą się do roboty – bo oni najpewniej do roboty się nie wezmą nigdy – ale przez to, że prawdziwi, wolni i suwerenni Polacy to ludzie wierni.
A tamci nie mają nawet i tego.
Coryllus to autor, którego warto czytać. Poza tym, on jest też człowiekiem, który wydał moją książkę, więc to też jakby o nim dobrze świadczy. Nam pozostaje tylko ją kupować. No a jeśli ktoś już ma, albo woli czytać na ekranie komputera, to proszę, niech wspiera ten blog w inny sposób. Dziękuję.

środa, 19 października 2011

O baranach na mecie

Tak się dziwnie porobiło, że poprzedni tekst zacząłem pisać w powyborczy poniedziałek, a skończyłem tuż przed publikacją. Muszę jednak się pochwalić, że jak idzie o główną tezę tego tekstu, a więc moje smutne podejrzenie, że nadchodząca kadencja przyniesie nam sytuację, kiedy to Donald Tusk wraz ze swoimi ministrami wycofają się z publicznej przestrzeni, natomiast całe oficjalne życie polityczne będzie się toczyć między pisowską opozycją, a Klubem Parlamentarnym Ruchu Palikota, ona akurat narodziła się jako pierwsza. To jest bowiem to, co mi przyszło do głowy już w pierwszym momencie, kiedy dowiedziałem się, że Ruch Palikota osiągnął w tych wyborach trzeci wynik i że większość zapowiadanych przez niego gwiazd do Sejmu się dostała. Że nowa debata ograniczy się wyłącznie do tego, co do niej wprowadzi Janusz Palikot, a usłużne media sprawią tylko, że spragniony codziennej porcji newsów obywatel uzna, że to jest właśnie to, czego on zawsze potrzebował. Nie jakiegoś przynudzania na temat finansów, tej jakiejś infrastruktury i walących się szpitali, ale czegoś w temacie Krzyża, bogatych księży, prześladowanych transwestytów i gejów, którzy chcą mieć dziecko i w ogóle życia, panie, życia!
Moje obawy potwierdzał każdy kolejny dzień, a wczoraj wszystko się przepięknie dopełniło w telewizyjnym programie Tomasza Lisa. Nie oglądam tego programu. O ile sobie dobrze przypominam, zdarzyło mi się to w życiu zaledwie dwa, czy trzy razy. Kiedyś, może jakimś przypadkiem, i stosunkowo niedawno, przy okazji słynnej już rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. A i to tylko dlatego, że ktoś na blogu wspomniał o tym, że u Lisa będzie Kaczyński. Gdyby nie to, pewnie bym o tej rozmowie nawet nie wiedział. Ostatni program Lisa obejrzałem więc już tylko w Internecie, a zrobiłem to, ponieważ z wielu naprawdę miejsc zaczęły do mnie dochodzić informacje, że było naprawdę ciekawie i że warto popatrzeć. Obejrzałem więc ten program w całości i przyznaję – było fascynująco.
Skład uczestników był jak najbardziej słuszny, zrównoważony i sprawiedliwy. A zatem, z jednej strony siedzieli przedstawiciele Nowej Europy, a więc Magdalena Środa, Robert Biedroń i Robert Leszczyński, a z drugiej dewocja, czyli Stefan Niesiołowski, Tadeusz Cymański, jeden ksiądz i jeden Murzyn. Murzyn akurat z mety został z dyskusji wyeliminowany, trochę pewnie dlatego, że układ czterech na trzech – nawet biorąc pod uwagę miejsce zajmowane przez Lisa – byłby niesprawiedliwy, a poza tym on w swojej pierwszej, i, jak się okazało, jedynej wypowiedzi, uczciwie zapowiedział, że jemu akurat jest obojętne, czy krzyż w sejmie będzie wisiał, czy nie, Biedroń na to powiedział, że on mu dziękuje za wsparcie, no i to, jak idzie o Murzyna, jest wszystko.
A zatem, jak wspomniałem, wszystko zostało starannie i uczciwie zorganizowane, a więc był panel dyskutantów, osoba dyskusję moderująca, no i niezwykle ważny społecznie, i interesujący jak diabli temat: „Czy w Sejmie powinien wisieć krzyż?”. Wbrew temu, czego pewnie niektórzy się po mnie spodziewają, nie będę tu relacjonował punkt po punkcie tej debaty, nie będę krytykował Lisa za to, że jak zwykle nie potrafił zapomnieć o tym, że ma poglądy i to poglądy dramatycznie jednoznaczne, ani nawet nie planuję się tu znęcać nad Środą. Chcę bowiem wyłącznie zwrócić uwagę na dwie rzeczy, związane z moimi kasandrycznymi przepowiedniami z początku zeszłego tygodnia. Pierwsza to taka, że program ten w sposób bardzo jednoznaczny potwierdził moje obawy, i jednocześnie bardzo dokładnie pokazał, jak to co przed nami będzie wyglądać. Pokazał też przy tym, jak bardzo zdeterminowani są ci, którzy dojrzeli tu swoją szansę i postanowili zacząć wprowadzać nowe porządki ostro i od zaraz.
Druga rzecz, na którą chcę pokazać i podzielić się w tym temacie pewnymi refleksjami, to wyraźnie dziś już widoczna przyczyna, dla której to co się stało, mogło w ogóle mieć miejsce. A chodzi mi tu ni mniej ni więcej jak tylko o fakt, że ów zamach na Kościół i religię ma dziś miejsce po raz pierwszy od wczesnych lat 90-tych, kiedy to System w tak pamiętny i zorganizowany sposób próbował tę operację przeprowadzić, i że są ku temu jednoznaczne powody. To w jaki sposób Środa, Biedroń i Leszczyński prowadzili swoją krucjatę, robiło naprawdę wrażenie imponujące. I nie chodzi mi oczywiście o merytoryczną wartość ich wystąpień, ale o czystą i żywą determinację. Z tego, jak oni się zachowywali, co mówili, w jaki sposób to mówili, wynikało w sposób oczywisty, że oni świetnie wiedzą, o co toczy się walka i jakie się otwierają przed nimi szanse. Każdy z nich zachowywał się, jak zwierzę, najpierw trzymane przez wiele długich dni w klatce, o brudzie i głodzie, i nieustannie karmione złością i obietnicą już bliskiej wolności, a następnie z tej klatki wypuszczone z okrzykiem: „Bierz!”. Każdy ich gest, każde najkrótsze słowo, każdy grymas na twarzy – a może przede wszystkim, każdy uśmiech – pokazywały, że oni świetnie wiedzą, po co są tam gdzie ich postawiono. Oczywiście i Niesiołowski i Cymański, a szczególnie ksiądz, jak idzie o stronę merytoryczną, byli mocni dokładnie tak jak mocny jest ten nasz pierwszy i jedyny Kościół. Jednak za tym, co oni mówili, stała wyłącznie wiara i poczucie bycia wciąż w większości. Czego natomiast tam brakowało – i nie ma się nawet czemu dziwić – to świadomość tego, że oto zaczęła się wojna. Oni nie walczyli. Oni siedzieli rozsadzeni wygodnie w swoich fotelach i pokazywali, że Bóg jest z nimi.
Jest jednak jeszcze owa druga kwestia, na temat której chciałem tu powiedzieć parę słów. A mianowicie związana z pytaniem, cóż to takiego się stało, że ten atak nadszedł tak nagle, i z taką siłą? Ktoś powie, że odpowiedź jest oczywista. Palikot wszedł do Sejmu z 40 swoimi ludźmi i robi awanturę. Otóż nie. Palikot mógł wchodzić do Sejmu pod wieloma pretekstami, a pretekst antyreligijny wcale tu nie był najmocniejszy. On zabrał się za Kościół i naszą wiarę wyłącznie dlatego, że otrzymał od nas sygnał, że my jesteśmy tak bardzo skłonni do ustępstw. Ale i to by pewnie mu nie wystarczyło, gdyby ta nasza deklaracja nie została tak mocno wsparta autorytetem Episkopatu, biskupów i często też zwykłych księży. Uważam, że pierwszym powodem tej agresji, jest to, że Palikot, a z nim cała ta hałastra, poczynając od Środy, a kończąc na dzieciach ze szczególnym upodobaniem dewastujących ostatnio nasze cmentarze, otrzymali bardzo czytelny sygnał ze strony polskiej hierarchii, że to coś cośmy zawsze nazywali Ludem Bożym, czy niekiedy, bardziej górnolotnie, Jego Owczarnią, zostało pozbawione pasterza. Kiedy ten sygnał został wysłany po raz pierwszy? Oczywiście, nie mam żadnych wątpliwości, że pierwsze próby pojawiały się już dawno – może jeszcze wtedy, kiedy zmarł Jan Paweł II – natomiast bardziej zdecydowanie owa wiadomość została podana tuż po smoleńskiej katastrofie, a w sposób już zdecydowanie bardziej jednoznaczny została potwierdzona w sytuacji, gdy zjednoczone siły Systemu rzuciły się na bezbronnych ludzi stojących tamtego lata pod smoleńskim krzyżem, a Kościół na to wszystko wzruszył ramionami. Uważam że to właśnie wtedy Zło dostrzegło światło w tym czarnym tunelu i przegrupowało siły.
Podczas wczorajszej – czy tak naprawdę przedwczorajszej – debaty u Lisa, zdarzyły się jednak dwie rzeczy, o których chciałbym tu wyjątkowo wspomnieć. Obie związane z osobą Stefana Niesiołowskiego, który – trzeba mu to przyznać – do pewnego momentu bardzo dzielnie wypluwał potoki swojej kultowej już śliny w stronę Środy i jej towarzystwa. Pierwsza miała miejsce, kiedy to pogardliwie rzucił poganom w twarz ową starą prawdę, że Kościoła nikt nigdy nie zniszczy, bo Kościół jest święty i boży, a Lis z uśmiechem go spytał: „A co z Hiszpanią?” I Niesiołowskiego zatkało.

Druga wydarzyła się też tak mniej więcej w tym samym czasie, a więc już pod koniec spotkania. Ani niczym nie sprowokowany, ani nie zmuszony jakąś bieżącą potrzebą sklejenia kolejnego argumentu, Stefan Niesiołowski – człowiek, czego wszyscy jesteśmy pewni, pobożny i wierny – zaczął ni z tego ni z owego informować wszystkich, co on sądzi o Kaczyńskim i o ojcu Rydzyku. I w tym momencie rozległy się brawa. Brawo biła Magdalena Środa, brawo bił homoseksualista Biedroń i jak najbardziej brawo bił człowiek nazwiskiem Leszczyński. Oni bili brawo, Tomasz Lis siedział wygodnie w swoim fotelu, spokojny i pełen satysfakcji, a Stefan Niesiołowski kończył swoją kwestię, ciężko dysząc gniewem i zwykłym przecież zmęczeniem. Jak po długim biegu.
I to mnie akurat nie zdziwiło. Bo wiem, że ten bieg był naprawdę długi. Stefan Niesiołowski, podobnie jak wielu jego przyjaciół z Platformy Obywatelskiej, wliczając w to ludzi może nawet jeszcze bardziej pobożnych od niego, jak poseł Gowin, czy prezydent Waltz, nie mówiąc już o ich wybitnych pasterzach, jak kardynał Dziwisz, czy sam metropolita Nycz, właśnie dobiegli do mety. Dziś stoją u swojego celu, rozglądają się ciekawie wokół, widzą, że wprawdzie nie udało się wygrać, bo tak jakoś wyszło, że wygrał kto inny, no ale stoją i dyszą. Trochę zdziwieni, trochę rozczarowani, ale z całą pewnością dumni, że przynajmniej mieli dobre intencje. A ja jestem tylko ciekaw, czy oni w ogóle słyszą te brawa. Jestem bardzo ciekawy, czy wśród nich są tacy, co te brawa słyszą i je rozumieją. Myślę, że się tego już niedługo dowiemy. Tymczasem my róbmy swoje. Ja będę pisał te teksty, inni będą je czytali, i też robili swoje. Mam nadzieję, że znajdzie się też w tym wszystkim i miejsce dla tej mojej książki i tej pomocy, o której wciąż tu ze wstydem przypominam.