Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2015

O ludziach ze spróchniałymi kijkami, czyli wszyscy jesteśmy Czechami

Podczas wspominanego tu w niedawno pobytu w Pradze, nie mogliśmy nie zwrócić uwagi na całą kupę jednakowych skromnych plakatów, na których widniało przekreślone grubą czerwoną kreską zdjęcie obecnego prezydenta Republiki Miloša Zemana plus podpis, którego ani nie potrafiłem odcyfrować, ani też za bardzo mi na tym nie zależało. To natomiast, co wiedziałem, i czego z całą pewnością wiedzieć potrzebowałem, to to, że najwidoczniej dla bardzo wielu ludzi awans owego Zemana stanowił problem na tyle poważny, by przeciwko niemu protestować choćby i po latach.
Taki sam plakat zobaczyliśmy w knajpie obok naszego hotelu, dokąd chodziliśmy na piwo, tym razem jednak tuż obok wisiały zdjęcia i różnego rodzaju pamiątki po Vaclavie Havlu. Zapytałem właściciela lokalu o tego Zemana, co oni od niego chcą, i czemu nagle Havel, no i on mi odpowiedział bardzo krótko: Rzecz w upadku. Cokolwiek byśmy bowiem nie mówili o Havlu i innych, rzecz sprowadza się tak naprawdę do upadku.
Sprawdziłem tego Zemana, dziś prezydenta Republiki Czeskiej i dowiedziałem się, że jest to przede wszystkim bardzo wybitny czeski komunista, debiutujący jeszcze w roku 1968, którego kariera w interesującym nas zakresie toczyła się następująco:
W 1969 ukończył zaoczne studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Pradze. W 1968 wstąpił do Komunistycznej Partii Czechosłowacji, z której po dwóch latach został wykluczony za niezależne poglądy w okresie tzw. normalizacji. Od końca lat 60. do początku 80. pracował w organizacji sportowej, następnie zaś w organizacji rolniczej. Podczas aksamitnej rewolucji włączył się w prace Forum Obywatelskiego. W 1990 uzyskał mandat posła do Zgromadzenia Federalnego. W 1992 przystąpił do Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej, z ramienia której wywalczył reelekcję do Zgromadzenia Federalnego. W 1993 został wybrany przewodniczącym ugrupowania, które aspirowało do funkcji wiodącej siły lewicowej na czeskiej scenie politycznej”.
Dziś Zeman jest prezydentem Czech, na praskich ulicach wiszą jego poprzekreślane portrety, a najnowsza wiadomość głosi, że skutkiem społecznej krytyki, będzie musiał z własnej kieszeni zapłacić za wycieczki, jakie ostatnio odbył na trasie Praga – Moskwa.
Jak mówię, sprawdziłem dość dokładnie, jak się mają sprawy w najnowszej politycznej historii Czech i dowiedziałem się też, że podczas wyborów prezydenckich sprzed dwóch lat Zeman wygrał w drugiej turze z niejakim Karel Schwarzenbergiem. Zobaczmy więc, kim jest ów Schwarzenberg:
Czeski Karel Jan Nepomuk Josef Norbert Bedřich Antonín Vratislav Menas kníže ze Schwarzenbergu, niem. Karl Johannes Nepomuk Josef Norbert Friedrich Antonius Wratislaw Mena Fürst zu Schwarzenberg, arystokrata i polityk, minister spraw zagranicznych Republiki Czeskiej w latach 2007–2009 oraz od 13 lipca 2010 do 10 lipca 2013, lider partii TOP 09, od 1979 głowa domu Schwarzenbergów, działacz opozycji antykomunistycznej w okresie Czechosłowacji. Jest najstarszym synem księcia Karola VI Schwarzenberga i jego małżonki Antoniny von Fürstenberg. Posiada podwójne czeskie i szwajcarskie obywatelstwo. Po komunistycznym zamachu stanu z lutego 1948 opuścił wraz z rodziną Czechosłowację i osiadł za granicą. Studiował prawo na uniwersytetach w Wiedniu i Grazu oraz leśnictwo na uniwersytecie w Monachium.
Po praskiej wiośnie zaangażował się w tworzenie czechosłowackich ośrodków opozycyjnych za granicą. Razem z Vilémem Prečanem utworzył Czechosłowackie Centrum Dokumentacyjne archiwizujące zabronioną literaturę. Dziś zbiory te są eksponowane w Muzeum Narodowym w Pradze. Zaangażowany w ruch obrony praw człowieka, pomiędzy 1984 a 1990 pełnił funkcję przewodniczącego Międzynarodowej Helsińskiej Federacji na rzecz Praw Człowieka. W 1989 uczestnik organizowanego przez Solidarność Polsko-Czesko-Słowacką Seminarium Kultury Europy Środkowej, o którym Václav Havel powiedział, że było uwerturą do aksamitnej rewolucji. W 1989 razem z Lechem Wałęsą nagrodzony przez Radę Europy nagrodą za działanie na rzecz praw człowieka.
Powrócił do kraju po aksamitnej rewolucji. W latach 1990–1992 pełnił funkcję sekretarza w kancelarii prezydenta Havla. W 1992 był specjalnym wysłannikiem OBWE do Górnego Karabachu. W 1996 na zaproszenie Vaclava Havla przystąpił do Forum 2000.
Był członkiem Obywatelskiego Sojuszu Demokratycznego (Občanská demokratická aliance – ODA). W 2004 został wybrany senatorem (z rekomendacji Unii Wolności). Od 9 stycznia 2007 do 8 maja 2009 minister spraw zagranicznych z nominacji Partii Zielonych w drugim rządzie Mirka Topolánka. Od 2009 jest liderem nowo powstałej konserwatywnej partii politycznej TOP 09”.
Patrzę na jego zdjęcie, widzę jakiegoś komedianta w muszce typu Janusz Korwin Mikke i właściwie myślę sobie, że do tego, bym mógł tu dostać podstawowy obraz, wystarczyłoby mi ono; cała ta historia z Wikipedii i tak nie ma już większego znaczenia. Bo z czym mamy do czynienia? Z jednej strony mianowicie z jakimś wyjątkowo parszywym komunistą z historią w rolniczych i sportowych organizacjach, a z drugiej z „zielonym konserwatystą” z partii o wdzięcznej nazwie TOP.
Zaglądam jednak dalej i oto widzę, że w tamtych wyborach mieli Czesi też ofertę w postaci niejakiej Zuzana Roithovej. Popatrzmy więc, kto zacz owa Roithová:
Czeska polityk, lekarka, była minister i senator, posłanka do Parlamentu Europejskiego. W 1978 została absolwentką Wydziału Medycyny Ogólnej Uniwersytetu Karola w Pradze. Odbyła studia podyplomowe na uczelni w Sheffield i na Wharton University.
W latach 1979–1992 pracowała w zawodzie lekarza. Od 1990 do 1998 zajmowała stanowisko dyrektora praskiego uniwersyteckiego centrum szpitalnego. W 1998 sprawowała urząd ministra zdrowia. W okresie 1998–2004 zasiadała w czeskim Senacie.
Należy do Unii Chrześcijańskich Demokratów – Czechosłowackiej Partii Ludowej. W latach 2001–2003 pełniła funkcję wiceprzewodniczącej tej partii. Od 2000 do 2002 była przewodniczącą Międzynarodowego Ruchu Europejskiego w Czechach. W 2004 z listy KDU-ČSL uzyskała mandat deputowanej do Parlamentu Europejskiego. W VI kadencji PE przystąpiła do grupy EPP-ED, została też wiceprzewodniczącą Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów. W wyborach europejskich w 2009 skutecznie ubiegała się o reelekcję.
W 2013 kandydowała w wyborach prezydenckich. W pierwszej turze uzyskała blisko 5% głosów, zajmując 6. miejsce wśród 9 kandydatów”.
Mamy więc już chyba obraz wystarczająco pełny: z jednej strony ten komuch, z drugiej pajac w muszce o zabawnym nazwisku, a obok nich ta Roithová. Patrzę na jej zdjęcie i widzę co widzę, a potem znów spoglądam na ten niezwykły wynik i myślę sobie, że ciekawe, czym ona sobie zasłużyła, że Czesi ją potraktowali w tak parszywy sposób, i dziś nagle, w związku z politycznymi wyborami swojego prezydenta, czują potrzebę wymuszania na nim jakichś śmiesznych gestów. Co ona nabroiła?
Czytam sobie o tych Czechach, i ponieważ zmuszony jestem przyznać, że jestem tu ciemny, jak tabaka w rogu, automatycznie zaczynam myśleć o tym, przed czym stoimy my tu u nas, w Polsce. O ileż nasza sytuacja jest prostsza. Jak wielkie szczęście nas spotkało, że tak naprawdę wszystko jest jasne i z każdym dniem coraz jaśniejsze. A z drugiej strony, jakie to straszne, że dajemy się tak łatwo zastraszać! Jakież to okropne, że daliśmy się doprowadzić do stanu, gdzie mając zaledwie wybierać między siekierką i kijkiem, tak wielu z nas prosi o kijek, kijek w dodatku spróchniały i cały unurzany w psich kupach. Jakie to straszne, że dostajemy ten kijek, bierzemy go w drżące dłonie i z satysfakcję wołamy: „A co? Nie wolno?” i zaczynamy tym kijkiem walić po łbach tych wszystkich, którzy mówią, że zawsze lepsza siekierka.
Bardzo się modlę o to, by się okazało, że jednak dostrzegliśmy tę granicę.

Dziś zaczęły się Targi Wydawców Katolickich w Warszawie. Coryllus z książkami już tam jest, a ja przyjeżdżam z samego rana w sobotę i będę przez dwa dni. Zapraszam wszystkich bardzo gorąco i szczerze. A jeśli ktoś nie może, moje książki można kupować w księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl.

piątek, 6 lutego 2015

Dlaczego praskie psy wolą kanabis od absyntu?

Wróciliśmy wczoraj z wycieczki do Pragi i mam bardzo silne przekonanie, że nie mogę tej przygody pozostawić bez choćby bardzo krótkiego komentarza. Jak już tu parę razy wspominałem, podróżnik ze mnie żaden i nawet pomijając fakt, że po raz pierwszy w życiu leciałem samolotem zaledwie parę lat temu, świadczyć o tym musi choćby i to, że każde z moich dzieci w swoim młodym wieku już zdążyło zobaczyć znacznie więcej ode mnie. No, ale coś tam jednak zwiedziłem i wydaje się, że pod pewnymi względami właśnie Praga robi znacznie większe wrażenie, niż którekolwiek z owych nawiedzonych przeze mnie miejsc, jak choćby Londyn, czy Wiedeń.
Weźmy ten Wiedeń. Byliśmy tam latem zeszłego roku i byłem porażony. Po raz pierwszy bowiem zobaczyłem coś, co wprawdzie wcześniej sam widziałem i we Lwowie i w Przemyślu i w Krakowie, ale też znałem z opowiadań osób, które były w Budapeszcie, a więc owo Cesarstwo, tyle że wszystko to na raz i w dodatku dziesięć razy bardziej. Przyjechaliśmy do Pragi i niemal od pierwszej chwili widać było, że to już jest zupełnie inny wymiar, a z każdą chwilą przeświadczenie to stawało się już tylko mocniejsze. Potęga Pragi robi wrażenie nawet wtedy, gdy wyjedzie się tramwajem poza kultowe już centrum i trafi na miejsca jakby żywcem przeniesione z czasów już nawet nie Husaka, ale samego Gottwalda. Owej szczególnej wielkości nie zobaczymy ani we Lwowie, ani w Budapeszcie, ani nawet w Wiedniu, że już nie wspomnę o Londynie, który swego czasu był dla mnie miejscem wręcz bajkowym, a dziś robi wrażenie tylko żartu. Praga jest jak ta drobna kostka brukowa, wszędzie ta sama, którą tak pieczołowicie swego czasu zostały wyłożone jej wszystkie ulice. Tam od początku do końca, jak chyba w żadnym innym miejscu na ziemi, widać ten plan. Właśnie plan, tak precyzyjny, jakby jego częścią były nawet te dziewczyny, naprawdę bardzo ładne – słynne piękne Czeszki.
Mieszkaliśmy w równie ładnym, choć niedrogim o tej porze roku, hotelu tuż pod zamkiem i proszę sobie wyobrazić, że okna do naszego pokoju były ozdobione witrażami czeskich świętych. Cztery okna, a w każdym po kolei – św. Vaclav, św. Boleslav II, św. Boleslav III i św. Emma. I powiem szczerze, że, kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy, nawet się nie zdziwiłem, bo już wcześniej, wzdłuż całej drogi z dworca do hotelu, podobnych wizerunków widziałem całe mnóstwo. Praga bowiem to miasto wręcz wypełnione symboliką religijną: obrazy i figury świętych, setki figur Matki Boskiej, krzyże z Umęczonym Jezusem, mozaiki z wizerunkiem Trójcy Przenajświętszej, no i kościoły. Jeśli mimo ich natłoku spróbujemy jednak zwracać na nie uwagę, to ta intensywność bije na głowę wszystko to, z czego znany jest choćby nasz Przemyśl.
Jeśli jednak spojrzymy uważniej, zrozumiemy, że tam nie ma ani kościołów, ani kaplic, ani świętych, ani krzyży, ani Trójcy Przenajświętszej, tylko restauracje, knajpy, sklepy, hotele i zwykłe kamienice, w których mieszkają ludzie, albo mają swoje siedziby jakieś instytucje, a te krzyże i te figury są tam niemal wyłącznie dla ozdoby. Zresztą już same ich nazwy wskazują na to, że w Pradze religia pełni funkcje ściśle turystyczne, tak jak sklepy sprzedające absynt, kanabis, czy znanego z czeskich kreskówek krecika. „Pub pod Praskim Jezulatkiem”, „Restauracja pod Trójcą Przenajświętszą”, czy „Hotel pod Krucyfiksem”… Tak tam się to wszystko rozkłada.
Wychodzi się z dworca kolejowego na ten bruk i najpierw słychać ów dziwny język, potem widać te kobiety, które nawet kiedy są brzydsze od innych, to wciąż tak bardzo ładne, a dalej już tylko sklepy sprzedające albo tę ich 80-procentową anyżówkę, albo kanabis, albo anyżówkę z kanabisem, albo mydło z kanabisem, albo szampon z kanabisem, albo herbatniki z kanabisem, albo papierosy z kanabisem, albo piwo z kanabisem, albo perfumy z kanabisem, albo płyn do kąpieli z kanabisem, albo, jeśli ktoś to wszystko już ma, to koszulki, bluzy, albo zwykłe obrazki do powieszenia na ścianie, ewentualnie wprasowania z liściem marihuany i napisem „Praga”. No i tajski masaż. Na każdym kroku musi się wpaść na bramę (to są najczęściej otwarte bramy), w którym jakieś Azjatki masują turystów. Azjatów w Pradze też są zresztą tysiące, po obu tak akurat stronach, a więc zarówno wśród turystów z aparatami, jak i obsługi w sklepach z kanabisem i abysntem i pluszowymi krecikami.
A nad tym wszystkim mozaiki z Trójcą Przenajświętszą, Matka Boska z Dzieciątkiem Jezus na rękach, Jezusy umęczone na Krzyżu, i tysiące figur z czeskimi świętymi, no i ten biedny św. Wit ugotowany, jeszcze zanim skończył 15 rok życia, w ołowiu i królujący nad Miastem razem z tym jakimś Zemanem. A pod tym wszystkim – i kto wie, czy nie od tego powinienem był zacząć – niezliczone ilości żebraków. I niech nikt nie myśli, że to są tacy sami żebracy, jak ci, których możemy spotkać u nas, w Niemczech, czy w Londynie. Prascy żebracy są – podobnie zresztą jak ów kanabis, absynt, jasne włosy czeskich dziewcząt, brukowa kostka i to nieprawdopodobnie wręcz intensywnie manifestowane chrześcijaństwo – całkowicie unikalni. Oni klęczą na każdej niemal ulicy, z głową wbitą w ów praski bruk, z puszką wyciągniętą nad głowę, a obok nich niezmiennie, przykryty kocem, leży grzecznie pies. Wierny, kochający i równie jak jego pan biedny i budzący litość. To jest widok nie do uwierzenia. Setki klęczących na tym mrozie żebraków, mężczyzn i kobiet, z twarzami wciśniętymi w ziemię, a każdy z nich z psem przykrytym kocem, żeby nie zmarzł od tego lutowego wiatru.
A nam już tylko, kiedy będziemy zmierzać do pociągu, który nas zawiezie do Bohumina i patrzeć na nich po raz ostatni, pozostaje się zadumać i zapytać, czy te psy wcześniej zostały poczęstowane absyntem, czy kanabisem, czy może je w stan owej nieopisanej wręcz łagodności wprowadziło owo wszechobecna praska pobożność.

Jak już na swoim blogu ogłosił Gabriel, rozpoczęliśmy promocje na moją książkę o muzyce. Od dziś przez pewien czas „Podwójny nokaut” będzie kosztował zaledwie 25 złotych plus przesyłka. Dziś w języku polskim tego typu opracowanie, a już z całą pewnością tak ciekawe i inspirujące, nie istnieje. I to nie jest opinia ale fakt, i nie zmieni go nawet dziesięć książek napisanych przez Wojciecha Manna, Piotra Kaczkowskiego i Dariusza Michalskiego. Razem, czy osobno:
http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...