Mam czapkę popularnie zwaną kaszkietem, lub oprychówą, w której chodzę cały boży dzień od października do kwietnia. Szczerze powiedziawszy, mam dwie takie czapki, jednak w związku z tym, że pies mojej córki jedną z nich uszkodził, chodzę już tylko w jednej. Za to tej ładniejszej. Jej uroda – i jednocześnie wyjątkowość – sprowadza się do tego, że jest to czapka w czerwoną szkocką kratę – tak zwany Royal Stewart – która, jak to szkocka krata, ma swój wyjątkowy urok, no a poza tym rzuca się w oczy. Jechałem więc sobie któregoś dnia tramwajem, a obok mnie zabawiało się wesoło troje dzieci w górnym wieku gimnazjalnym. Dwaj chłopcy i dziewczynka. Dzieci były bardzo sympatyczne, bardzo wesołe, bardzo elokwentne i, co tu akurat być może najważniejsze – wszystkie były naprawdę pięknie wystrojone w czystym punk rockowym szyku. Kiedy mówię, że one się zabawiały, nie mam na myśli jakichś szczególnych ekscesów. Owszem, zachowywały się dość głośno, ale przede wszystkim nie klęły, no i opowiadały pewnej stojącej obok nich miłej starszej pani – która najprawdopodobniej, zanim jeszcze wsiadłem do tramwaju, ich zagadnęła – że one się zachowują tak głośno, bo w szkole jest terror i one muszą tam się zachowywać bardzo grzecznie, więc jak mają czas wolny, to lubią sobie poużywać. Naprawdę, tak jej jeden przez drugiego objaśniały swoją ciężką sytuację wieku dziecięcego. Jeden z tych chłopców w pewnym momencie zrobił się tak zabawny, że zaczął tej pani tłumaczyć, że oni tak naprawdę mają są mocno szurnięci, ale to też przez szkołę, bo tam jest tak intelektualna atmosfera, że oni od tych mądrości zwyczajnie zwariowali.
Dzieci się bawiły, ja ich obserwowałem kątem oka i oczywiście w skupieniu wchłaniałem każde słowo, kiedy nagle chłopczyk, który tak fatalnie zwariował od kontaktów ze szkolnymi intelektualistami, zwrócił się do mnie bardzo grzecznie, i powiedział, że on bardzo przeprasza, ale jemu się okropnie podoba moja czapka, i czy ja bym może nie chciał mu jej sprzedać. Że on ma wprawdzie tylko 5 złotych, no ale nie mógł się powstrzymać, więc mnie pyta. Powiedziałem mu, że ja go rozumiem, bo to jest świetna punk rockowa czapka, ale ponieważ ona ma dla mnie zbyt dużą wartość, więc musi zostać tak jak jest. W tej już chwili dziecko nie miało wyjścia, więc zapytało mnie, czy ja wiem, co to punk, ja mu odpowiedziałem, że jak najbardziej, no i dalej już poszło gładko. Dojechaliśmy do mojego przystanku, dzieci wysiadły ze mną, odprowadziły mnie pod dom i w końcu się pożegnaliśmy.
To było jeszcze wiosną zeszłego roku. Parę miesięcy temu, jechałem sobie tramwajem i nagle podszedł do mnie chłopczyk w wieku wczesno licealnym, pięknie wystrojony, jak nie przymierzając Joey Ramone, powiedział grzecznie dzień dobry, i zapytał, czy go poznaję. Ponieważ go nie poznałem, przypomniał mi, że to on ode mnie kiedyś chciał kupić czapkę. Ucieszyłem się bardzo, że to on znów przeszedł mi drogę, no i sobie zaczęliśmy rozmawiać, tym razem jednak już znacznie spokojniej, niż przed pół rokiem. Normalnie, najpierw o tym czy był na „Offie”, czego słucha, a później czy jemu wolno chodzić do szkoły w takim stroju, na co on mi powiedział, że nie wolno, bo on chodzi do szkoły, gdzie trzeba mieć mundurki, no ale stara się zawsze mieć coś takiego, co pozwala mu zachować tożsamość, no i ostatecznie – tak jak to zwykle bywa gdy człowiek się natknie na nauczyciela – zaczęliśmy gadać o szkole. I w pewnym momencie on mi się przyznał, że właśnie dostał jakąś naganę, bo była akademia, grano hymn, a on nie wstał. No bo co to za pomysł, żeby wstawać, bo jest grany hymn? A niby cóż to takiego ten hymn?
Powiedziałem więc mu, że z niego jest dupa, a nie punk. Cóż to bowiem za punk, który nie kocha swojej ojczyzny? Prawdziwi punk rockerzy byli zawsze wielkimi patriotami i ja sobie nawet nie jestem w stanie wyobrazić, żeby taki John Lydon nie wstał, kiedy grany jest brytyjski hymn. Oczywiście, można uważać, że Królowa to faszystka i takie tam, ale Anglia to Anglia. Brytania to Brytania. Ojczyznę trzeba kochać. Z Ojczyzny trzeba być dumnym. Flagą brytyjską trzeba się owinąć i dumnie paradować tak, by każdy wiedział, kto tu jest lepszy. Czyżby polscy punk rockerzy byli może Europejczykami? Nie wiem, co ten miły chłopak sobie pomyślał, bo to już był koniec mojej jazdy, a on mieszka jeszcze parę przystanków dalej, no i też od tego czasu go nie miałem szczęścia spotkać, natomiast mam nadzieję, że on zrozumiał co do niego mówiłem, bo to na moje oko zdecydowanie mądre dziecko. I mam nadzieję, że on dziś już wie, że bycie punkiem to nie żarty, lecz prawdziwe zobowiązanie.
Słucham dziś koncertu zespołu Public Image Ltd., i słyszę, jak John Lydon zapowiada piosenkę „Warrior”. I słyszę jak on wrzeszczy, że oto specjalna dedykacja dla wszystkich brytyjskich żołnierzy, którzy walczą o na frontach całego świata. Dla wszystkich brytyjskich bohaterów, którzy oddają swoje życie za sprawę. Za ludzi odważnych i pełnych poświęcenia. I takie tam. Normalny pop. Słucham występu Dave’a Matthewsa z Timem Reynoldsem, i słyszę jak on, zanim zacznie śpiewać kolejną piosenkę, opowiada historię jednego z żołnierzy, który wrócił z wojny w Iraku i niestety zostawił tam swoje wszystkie zmysły. Zamiast grać, gada przez chyba pięć minut, i nikt ani nie krzyczy, ani go nie pogania, ani się niecierpliwi, kiedy on wreszcie zacznie śpiewać, tylko wszyscy słuchają w nabożnym skupieniu historii o swoim żołnierzu.
Oglądam koncert Roda Stewarta w Royal Albert Hall, i oto nagle Rod Stewart zapowiada swój wielki przybój „Rhythm of my Hart” i zaczyna coś opowiadać o brytyjskich żołnierzach walczących na wszystkich frontach na świecie i że ta piosenka jest dla nich, a potem nagle na scenę wychodzi żona Stewarta przebrana w szkocki narodowy strój z tymi swoimi długimi nogami i z kobzą i się pręży maszerując po scenie wojskowym krokiem, a na wielkim telebimie, niemal nad całym tym pięknym wnętrzem Royal Albert Hall, powiewa wielka brytyjska flaga. Tak zwany ‘Union Jack”. Ta ich „biało-czerwona”. Normalnie – pop. Pop jak jasna cholera.
Ja tu już kiedyś pisałem z sercem krwawiącym, że coś co za granicą się nazywa „Brytania ma talent”, „Kanada ma talent”, „Bułgaria ma talent”, „Indonezja ma talent”, w Polsce nazywa się zwyczajnie „Mam talent”. Dokładnie tak, jakby komuś nagle zrobiło się wstyd, że miałby zacząć powiewać narodową flagą w sytuacjach tak przyziemnych, jak program telewizyjny. Albo w ogóle powiewać flagą. Bo niby w jakim celu? I przed kim? Oczywiście jest to wszystko okropnie przykre, natomiast dziś wygląda na to, że ta rozpacz prowadzi nas jeszcze dalej, i to w miejsca jeszcze bardziej ponure. Oto gdzieś w jakiejś tatrzańskiej chałupie, jak pewnie większość z nas wie, w dniach kiedy przez Polskę przechodziła fala najgorszych mrozów, znaleziono jakiegoś zamarzniętego biedaka, który ani nie potrafił nic powiedzieć, ani nic sobie przypomnieć i w ogóle wyglądał, jakby go nie było. Dziś już wiemy, kim jest ten człowiek. To żołnierz, którego Polska swego czasu wysłała, by służył w naszych oddziałach za granicą, i który, tak jak się złożyło – bywa – od tej wojny zwariował, no i jakoś nikt tego nie zauważył. Dziś się też dowiadujemy, że nasze Ministerstwo Obrony Narodowej okazało się tak honorowe, że swojemu żołnierzowi zapewniło opiekę i leczenie. Mimo kłopotów z budżetem… no i w ogóle międzynarodowym kryzysem gospodarczym. I nawet mu nie kazaliśmy za to płacić. Tacy jesteśmy!
Czytam dziś, że w kręgach rządowo-medialnych dyskutuje się, jak to się stało, że mogło dojść do tak przykrego zaniedbania. I przy okazji tej dyskusji, okazuje się, że polscy żołnierze wracający z misji zagranicznych, często nie są w stanie normalnie żyć i funkcjonować, i jeśli tak się nieszczęśliwie ułoży, że rodzina nie będzie na tyle przedsiębiorcza i zorganizowana, by się o los swojego brata, męża, czy syna zatroszczyć – to on równie dobrze może zdechnąć gdzieś pod płotem. I, jak to się często dzieje w tego typu sytuacjach, konkluzja jest taka, że zabrakło jakiegoś przepisu, lub urzędnicy nie zdążyli z wprowadzeniem jakiejś specjalnej ustawy. W tym wypadku ustawy o opiece nad kombatantami.
A ja wiem, że to co się dzieje z żołnierzami poddanymi ciężkiemu doświadczeniu wojny, jest czymś tak strasznym, że często nie ma żadnego sposobu, by ich w jakikolwiek sposób reanimować. Czytałem kiedyś tekst o pewnym amerykańskim kombatancie, nazwiskiem Arthur Joseph Kelly, którzy walczył na frontach II Wojny Światowej i, tak jak wielu jemu podobnych, z tego strachu oszalał. Został zwolniony ze służby, wrócił do kraju, jakiś czas spędził w szpitalu, ale ponieważ nie było sposobu, by go doprowadzić do porządku, został wypisany do domu. Oczywiście otrzymał odpowiednią rentę, być może nawet dano mu jakiś medal, który mu wysokość tej renty jeszcze odrobinę podniósł, jednak on już nie potrafił zyć w zwykłym świecie. A ponieważ z jakiegoś powodu w domu mieszkać nie chciał, poszedł do remizy strażackiej, wokół której lubił się kręcić jeszcze jako dziecko. No i strażacy go przyjęli. Ma się rozumieć, że nigdy nie został strażakiem, ale ze strażakami mieszkał i starał się im pomagać, jak tylko potrafił. A więc sprzątał, palił w piecu, no i był ich kolegą. Przez dziesiątki lat. Aż umarł. Wtedy strażacy urządzili mu prawdziwie strażacki, uroczysty pogrzeb, no i go pochowali. Jak strażaka. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że jest to historia wyjątkowa, jednak nie mogę przestać myśleć, że w Polsce on by jednak w najlepszym wypadku znalazł jakiś ciepły kąt w tatrzańskiej chałupie. No i, naturalnie, o jakiejkolwiek rencie nawet nie miałby co marzyć, o ile sam by sobie jej nie wystał.
Dyskusja na temat znalezionego w górskim szałasie żołnierza nabiera rumieńców. Mam wręcz wrażenie, że wszystko tak naprawdę dopiero przed nami. Wprawdzie w pierwszej chwili ta historia nie miała w sobie zupełnie nic interesującego – normalnie, znaleziono gdzieś jakiegoś brudnego i zarośniętego wariata. Później, kiedy się okazało, że on jest jakiś dziwny, bo najwyraźniej zna obce języki, a to na durniach zawsze robi odpowiednie wrażenie, poczuliśmy to charakterystyczne łaskotanie, które się pojawia za każdym razem, gdy ma się zdarzyć coś ciekawego. No a jeszcze później, kiedy wyszło na jaw, że mamy do czynienia z człowiekiem cierpiącym na ów zespół stresu bojowego, zaczęliśmy już w pełni czuć tego newsa. A ja sobie dziś myślę, że kiedy on już jako tako dojdzie do siebie – co w końcu nie jest wykluczone – i będzie można wysłuchać jego opowieści, może się stać niemal tak sławny, jak ojciec „Madzi z Sosnowca”. No i będą nam towarzyszyć dwie równoległe historie – jedna o tym żołnierzu i jego przygodach na wojnie, a druga o urzędnikach z ministerstwa, którzy czegoś tam nie dopatrzyli. Wprawdzie Kazik o nim piosenki już nie zaśpiewa, bo jeszcze nie daj Boże musiałby zawiesić gdzieś biało-czerwoną szmatę, ale przynajmniej dowiemy się co to takiego „shell shock”. Jakiś zaproszony do studia telewizyjnego psycholog opowie nam o tym zespole pod kątem medycznym, a TVN24 pokażę jakieś kawałki z amerykańskich archiwów.
Miejmy tylko nadzieję, że przy okazji nie pojawi się więcej zapomnianych, gnijących gdzieś w jakichś wiejskich chatach, byłych bohaterów z Iraku, czy Afganistanu, bo jak ich się zbierze zbyt wielu, to może się okazać, że temat się nam spali. Zwyczajnie, wedle starego, dobrze nam wszystkim znanego schematu. I na samą myśl, że gdzieś znowu znaleziono jakiegoś stukniętego żołnierzyka, ludzie zaczną raptownie przełączać kanały w swoich telewizorach, by zobaczyć, czy nie lecą jakieś powtórki z ostatniego „Mam talent”.
Proszę wspierać ten blog finansowo pod podanym obok numerem konta, i zachęcam do kupowania książki o liściu. Naprawdę warto. Dziękuję.