sobota, 28 lutego 2015

Ida, flaszka i polski holocaust

Dziś, kolejny felieton z „Warszawskiej gazety”. Temat po tygodniu trochę już zużyty, ale myślę, że wciąż warto. Jeśli ktoś nie miał okazji, zapraszam.

Ostatnie dni zdominowane zostały w kraju przez trzy tematy, choć różne, to w perwersyjny sposób ze sobą powiązane. Otóż od czasu gdy Andrzej Duda na serio rozpoczął swoją kampanię i pokazał, że jest jak najbardziej w stanie ująć za kołnierz Bronisława Komorowskiego, wywlec go z Pałacu Prezydenckiego i wyrzucić na ulicę między te pety i flaszki po wodzie mineralnej, przede wszystkim wzmogła się dramatycznie histeria związana rosyjskim zagrożeniem dla Polski, no i może przede wszystkim film „Ida” otrzymał Oscara i w ten sposób zobaczyliśmy, jak zachowanie status quo nie dość, że uchroni nas przed Rosją, to jeszcze zachowa polską kulturę na ścieżce i na kursie.
Ponieważ sprawę kampanii Andrzeja Dudy mamy już, jak sądzę, załatwioną przez polityczny spryt Jarosława Kaczyńskiego i osobiste talenty samego już kandydata, a Putin napadający na Polskę to idiotyzm tak wyjątkowy, że wstyd jest to komentować, chciałbym zwrócić uwagę na ten drugi z gestów, jakimi raczy nas reżimowa propaganda, czyli aferę z „Idą”.
Z dyskusji, jaka się toczy w mediach, można zrozumieć, że polska kinematografia próbuje podbić międzynarodowy rynek produkowaniem coraz to nowszych historii na temat czegoś, co określane jest już tu i ówdzie terminem „polski holocaust”, a „Ida” jest inwestycją o tyle cenniejszą, że wreszcie udało się zebrać wystarczająco duże środki i rozdysponować je na tyle umiejętnie, by ów szczególny przekaz został nagrodzony Oscarem. A zatem – zdrada.
A ja sobie myślę, że choć ten element jest tu oczywisty, warto zwrócić uwagę na wszystko to, co nastąpiło już po oscarowej nocy, a więc na próby wkomponowania owej nagrody w kampanię prezydencką Bronisława Komorowskiego przez nieustanne powtarzanie opinii, jakoby ów sukces pokazywał nam wszystkim, jak to przez minione 25 lat Polska zdobyła sobie mocną pozycję w świecie, już nie tylko, jako równoprawny uczestnik globalnej polityki, ale również znacząca część światowej kultury. Oczywiście, czytelnicy „Warszawskiej Gazety” wiedzą doskonale, że problem z „Idą” nie tyle dotyczy samej treści tego filmu, celów, dla których on został wyprodukowany i powodów, które kazały go nagrodzić aż „Oscarem”, lecz tego, że jest to po prostu film słaby, nieciekawy, źle zagrany i kompletnie pusty. Nawet owe czarno-białe zdjęcia, które rzekomo robią tak wielkie wrażenie, nie są w stanie się równać z pierwszym lepszym polskim filmem z lat 60. A więc cała propagandowa akcja na rzecz III RP, z jaką dziś mamy do czynienia, to jest przysłowiowy strzał kulą w płot.
W pooscarowej już wypowiedzi, aktorka grająca rolę Idy przyznała, że ona samo ogłoszenie nagrody dla „Idy” przegapiła, bo akurat z inną aktorką poszły do baru się napić. I moim zdaniem, zdarzenie to dobitnie pokazuje, z czym my tu mamy do czynienia. To jest właśnie ten poziom. Poziom wyznaczany przez ów „polski holocaust”. Flaszka i prezydencka kampania Bronisława Komorowskiego.

Bardzo zachęcam do kupowania moich książek , dostępnych na stronie www.coryllus.pl. Wedle uznania, a więc, czy to „Kto się boi angielskiego listonosza” o języku angielskim, czy „Rock and roll” o muzyce, czy „Marki, dolary, banany” o miłości, czy wreszcie wybór z tych tu felietonów. I tak to będzie strzał w dziesiątkę.

piątek, 27 lutego 2015

Dlaczego nie jesteśmy Bohdanem Tomaszewskim?

Jeśli ktoś ten blog czyta w miarę regularnie, wie, że od czasu do czasu pojawia się tu temat sportu i że ja mam do niego stosunek bardzo emocjonalny. I wcale nie chodzi o to, że jestem kibicem którejś z piłkarskich drużyn, czy uważam się za specjalistę w skokach narciarskich, czy w tenisie. Nie chodzi nawet o to, że moje życie w zauważalnym stopniu wokół sportu się kręci. Nic podobnego. Moje zainteresowanie sportem sprowadza się zaledwie – ale może i aż – do bardzo intensywnego przeżywania tego, czym jest tak zwany wyczyn. W związku z tym, jeśli ktoś się spodziewa, że ja się nagle zacznę angażować czy to w spory między kibicami, czy choćby w pojedynki eksperckie dotyczące poszczególnych wydarzeń, może natychmiast przełączyć przysłowiowy kanał. Tu nikt nie ma na co liczyć. To co mnie pasjonuje w sporcie, i powiem szczerze, że stanowi dla mnie niemal największą zagadkę, to jest fakt, że wielu wybitnych kibiców i komentatorów sportowych wydaje się nie zauważać, jak to wspomniany wcześniej wyczyn roztacza przed nami krajobraz, który dla większości z nas jest i fizycznie i intelektualnie wręcz nie do pojęcia. Powtórzę tu coś, o czym wspominałem już jakiś czas temu, ale jak to jest możliwe, że normalny człowiek skacze w dal 9 metrów? Jak to możliwe, że drużyna, która w zeszłym sezonie zdobyła tytuł mistrza kraju, po stracie jednego zawodnika nie jest w stanie wygrać żadnego meczu? Jak to jest wreszcie możliwe, że piłkarz, którego całe życie jest skoncentrowane na dążeniu do tego, by być najlepszym na świecie, nagle nie potrafi strzelić z jedenastu metrów w światło bramki? To są, dla mnie, a więc tak naprawdę kompletnego dyletanta, pytania nie mniej fascynujące, jak te, które zaprzątają ostatnio naszą uwagę, a więc, jak to się dzieje, że w niedawnych wyborach w Katowicach większość wyborców zdecydowała się głosować na jakiegoś Krupę, a nie na Sośnierza, który od Krupy był w sposób oczywisty, obiektywny i bez porównania lepszy?
Dziś dowiedzieliśmy się, że zmarł Bohdan Tomaszewski, człowiek, który dla mnie, zupełnie niezależnie od wszystkiego innego, w tym środowisku od zawsze był dla mnie kimś, kto sport autentycznie kochał i doskonale czuł jego niezwykłą zupełnie naturę. Zmarł ten nasz Tomaszewski, a ja sobie pomyślałem, że skoro tak, to ja opowiem coś, co gdy idzie o wrażenia sportowe przeżyłem ledwo co wczoraj wieczorem.
Oto ze względu na autentyczną pasję mojej starszej córki, oglądaliśmy mecz między Liverpoolem i turecką drużyną o nazwie Besiktas Stambuł, który „nasi” przegrali. Nie będę tu opisywał całego kontekstu meczu, a tym bardziej jego przebiegu, rzecz jednak w tym, że Liverpool spotkanie przegrał w tak zwanych karnych, a tym, który decydującego karnego nie strzelił był piłkarz nazwiskiem Lovren. I tu bym chciał wrócić do tego, o czym pisałem wcześniej. Bramka ma szerokość ponad siedem metrów i wysokość niemal 2,5 metra, przed nią w odległości 11 metrów stoi człowiek, którego nie dość, że całe życie obraca się wokół kopania piłki, to jeszcze, tak się składa, jest jednym z czołowych piłkarzy na świecie, i w decydującym momencie on nie dość, że nie potrafi kopnąć piłki na tyle mocno i sprytnie, by zdobyć gola, to jeszcze nawet nie jest w stanie skierować jej w światło bramki. W tej sytuacji, ja się już tylko zastanawiam, z jak strasznymi napięciami mamy tu do czynienia i to niekoniecznie związanymi z tą jedną chwilą, ale i z całą psychiczną konstrukcją zawodnika i z innymi uwarunkowaniami, o których my tutaj nawet nie mamy pojęcia, że on w tym jednym momencie zachowuje się, jak amator. Powtórzę to bardzo chętnie: dla mnie kwestia ta jest prawdziwie fascynująca.
Ale to co mnie być może fascynuje jeszcze bardziej, to fakt, że autentyczni kibice sportowi, ludzie, wydawało by się, nie dość, że znacznie bardziej ode mnie zaangażowani w te pojedynki, to jeszcze bez porównania bardziej ode mnie fachowi, ni stąd ni z owąd zaczynają się zachowywać, jak nie przymierzając moja ciocia ze wsi, której gdyby pokazać, jak Lovren nie trafia do bramki, zawołałaby: „Co za patałach! Nawet ja bym tę piłkę kopnęła jak trzeba”.
Tu w Salonie24 mamy blogera Karlina, który przedstawia się nam, jako miłośnik sportu, ze szczególnym uwzględnieniem tenisa, a który znaczną część swoich refleksji poświęca na pouczanie czy to Agnieszki Radwańskiej, czy Jerzego Janowicza, co oni powinni robić, żeby osiągać lepsze wyniki. Radwańska i Janowicz należą do najlepszych tenisistów na świecie, ich trenerzy należą do najlepszych trenerów na świecie, do najlepszych na świecie, jak podpowiada czysta logika, zapewne należą ich fizjoterapeuci i psychologowie. Jeśli wszystko się układa pomyślnie, mówimy, że cały ten układ zadziałał, kiedy natomiast coś nie wyjdzie – a nie wyjść może z setek różnych przyczyn – mówimy, że trzeba było to, tamto albo ewentualnie jeszcze coś innego zrobić inaczej. I przyznam szczerze, że ja wobec tego typu zachowań jestem bezradny. A skąd my do ciężkiej cholery możemy wiedzieć, co trzeba było zrobić, skoro nie wiedzieli tego nawet oni? Skąd my tak naprawdę możemy wiedzieć cokolwiek, gdy gra się toczy na poziomie, który dla nas jest zwyczajnie niedostępny?
Wczoraj oglądaliśmy ten mecz Liverpoolu z Turkami i przyszedł moment, kiedy wiadomo było, że o wszystkim rozstrzygną rzuty karne. Pamiętam, że jeszcze kiedy byłem dzieckiem, ktoś mi powiedział, że kiedy jest rzut karny, bramkarz nie ma żadnych szans i ja te naukę pamiętam do dziś, również wtedy, gdy oglądam mecz między dwiema największymi drużynami na świecie i każdy kolejny zawodnik podchodzący do piłki pudłuje. I wtedy zawsze wpadam w ten mój szczególny sportowy nastrój i zaczynam się zastanawiać, co się musi dziać w głowie takiego Messiego, Gerrarda, czy Lewandowskiego, kiedy oni nagle muszą spudłować.
Nie wiem, ilu z nas interesuje się piłką nożną na tyle, by wiedzieć tego typu rzeczy, ale zanim rozpocznie się strzelanie karnych, obie drużyny przez jakieś pięć, czy więcej minut naradzają się co do tego, kto, w jakiej kolejności i jak, będzie te karne strzelał. A ja się zastanawiam, czemu do jasnej cholery, oni nie mogą normalnie stanąć jeden za drugim przed bramką i pakować piłkę tu, tam, albo jeszcze gdzie indziej. Wedle uznania. Sam przecież widziałem, jak niektórzy z nich z trybun stadionu potrafią trafić piłką do ustawionego na boisku kosza. A jednak, gdy przychodzi ten moment, okazuje się, że to jest zwyczajnie za trudne. Mimo że oni się do tego szykowali przez całe pięć minut.
Wczoraj zawodnik Liverpoolu Lovren w decydującym momencie spudłował. Kopnięta przez niego piłka poleciała parę metrów nad bramką i ja mam wrażenie, że świetnie wiem, co się stało, i tę wiedzę przeżywam niezwykle mocno. To czego jednak nie rozumiem, to to, dlaczego tego nie wiedzą ludzie, którzy się nam przedstawiają, jako fani sportu, kibice piłkarscy, specjaliści i pasjonaci, i to do tego stopnia, że to oni dziś zapełniają najróżniejsze fora dyskusyjne obrzucając tego idiotę Lovrena najgorszymi wyzwiskami, a razem z nim, drugiego idiotę, trenera Liverpoolu, i tych durniów, jego kolegów, którzy zgodzili się, by to on decydował o wszystkim w sytuacji tak dramatycznej? I krzyczą: „Czemu nie strzelał Sterling?” I ani im do głowy nie przyjdzie, że Sterling być może nie strzelał, bo się bał i prosił, by go tym razem z tego obowiązku zwolnić. I znów pojawia się pytanie: dlaczego nie wiedzą tego oni, a wiem ja?
Moja córka, jak już wspomniałem, kibic FC Liverpool, martwi się tym Lovrenem, że czemu akurat on i że oni teraz go będą jeszcze bardziej nienawidzić, wciąż siedzi na internetowej stronie polskich fanów Liverpoolu, gdzie jak się domyślam gromadzą się ludzie, dla których sport jest dokładnie taką samą fascynacją, jak dla nas polityka, media, społeczeństwo, religia i co tam jeszcze, ludzie, którzy na sporcie znają się, jak mało kto, co więcej, ludzie, którzy są zagorzałymi kibicami Liverpoolu, czyta te wszystkie komentarze i w pewnym momencie, widząc, jak któryś z tych specjalistów zaczyna wymyślać Lovrenowi od durniów, którzy nie są w stanie trafić piłką do bramki, zwróciła mu uwagę na to, że parę dni temu karnego nie strzelił sam Messi. I na to natychmiast otrzymuje odpowiedź: „Jak śmiesz porównywać Lovrena do Messiego?”, a niemal w tym samym momencie kolejny jej odpisuje: „Gdyby w firmie, gdzie jestem kierownikiem, ktoś tak zawalił, to bym go tak opieprzył, że by się posrał”.
Mam dobrą wiadomość dla tych czytelników, którzy nie rozumieją, czemu ja się postanowiłem dziś zająć czymś tak błahym, jak piłka nożna, a dotrwali do tego momentu. Otóż my jak zawsze staramy się maksymalnie poszerzać pole rozmowy. I tu akurat ja mam wrażenie, że w tym wypadku, jak na dłoni, mamy pokaz tego, co nas dręczy już nie tylko w sporcie, ale w ogóle w życiu. Otóż z każdej strony jesteśmy odtoczeni przez ludzi gnuśnych, leniwych i tak naprawdę podłych. I przepraszam bardzo, ale to nieszczęście wymyka się wszelkim, tak przez nas ulubionym, podziałom. Tu się świetnie poczuć może każdy z nas. Nawet bloger Karlin. On tak jak my będzie głosował na Dudę. Podobnie jak tamten nieznajomy, który się oburzył na moje dziecko, że ono ma czelność porównywać Lovrena do Messiego. No i jak wielu z tych, co uważają, że ja tu się nagle zacząłem emocjonować nie swoimi sprawami, bo albo ktoś mnie wczoraj zdenerwował, albo umarł Bohdan Tomaszewski, a ja postanowiłem, że to jest okazja, by napisać coś o sporcie.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy nasze książki, w tym moją najnowszą kolekcję felietonów z tego bloga pod tytułem „Palimy licho…”. Szczerze zachęcam.

środa, 25 lutego 2015

Co Kościół daje Tomaszowi Terlikowskiemu

Pani Toyahowa, zwana tu niekiedy „moją żoną”, swego czasu opracowała i doprowadziła do perfekcji argument, który z prawdziwą satysfakcją i nadzwyczajną skutecznością stosuje w sytuacjach, gdy pojawia się ktoś, kto próbuje ją przekonać, że z tą naszą pobożnością sprawa jest mocno szemrana, bo w każdej niemal chwili można wskazać na dziesiątki ludzi, młodych, starszych i tych najstarszych, którzy regularnie chodzą do kościoła, codziennie się modlą, żegnają się przed i po posiłku, a niekiedy wręcz są księżmi i ministrantami, a wszyscy ich znają, jako kłamców, złodziei i pospolitych szubrawców. W takiej to sytuacji, żona moja lubi mawiać, że jest bardzo prawdopodobnie, że owa przynależność do Kościoła i związane z nią praktykowanie przeróżnych rytuałów, dla wielu z tych ludzi stanowi prawdziwy ratunek przed stoczeniem się w jeszcze większe zło. Może bowiem być tak, że ten pospolity złodziej, gdyby nie spowiedź święta i codzienna modlitwa, już dawno by wisiał za serię morderstw, lub gwałtów na nieletnich, a ów ksiądz, który ma już tyle za uszami, że je ledwo co spod tego brudu widać, mógłby być zapijaczonym dziennikarzem, albo psychopatycznym parlamentarzystą. A tak, przynajmniej taka jest z niego korzyść, że da rozgrzeszenie ludziom łagodnym i uprzejmym, a jeśli akurat nie leży gdzieś pijany, to przyjdzie nawet do domu i namaści umierającego. W końcu, jest bardzo prawdopodobne, że nawet autor słynnego i jakże cennego dla naszej polskiej kultury dwuwiersza: „Modli się pod figurą, a ma diabła za skórą”, sam się modlił bardzo dużo i serdecznie, a skórę przykrywał kolejnymi warstwami, by nikt nie widział, co się tam wyprawia. Oczywiście, jak zawsze, można i tę teorię zbić argumentem silniejszym, a więc choćby w postaci owego wręcz wzoru pobożności, który parę lat temu z czystej chciwości spalił swoją żonę i dzieci, i zapytać, kim by on był, gdyby nie ta jego wiara, no ale to już byśmy mieli rozmowę dłuższą i poważniejszą.
Tak to te dylematy tłumaczy Toyahowa, a ja wtedy myślę sobie o Tomaszu Terlikowskim i zastanawiam się, gdzie by on był, gdyby nie to, że najwyraźniej jest człowiekiem wierzącym i to wierzącym mocno. I przyznam, że mam tu nie lada kłopot. Terlikowski bowiem robi wrażenie kogoś, kto doszedł do ściany i jeśli dalej ani rusz, to dlatego tylko, że ta ściana jest tak gruba i twarda, że ktoś tak bezwładny i gnuśny, jak on, choćby nie wiadomo jak się starał, rady nie da. No ale ja też się staram i, owszem, potrafię sobie wyobrazić, co by nam potrafił pokazać Tomasz Terlikowski, gdyby nie jego pobożność i cudowne działanie sakramentów. Choćby na przykład jeszcze od czasu, gdy pani Terlikowska udzieliła wywiadu dla „Wysokich obcasów”, w którym opowiadała o tym, jak ona z mężem magazynowali jej śluz i jego spermę, by coś tam na chwałę bożą sprawdzić, a jeszcze bardziej od momentu, gdy sam Terlikowski, poproszony o skomentowanie swojego „ulubionego” grzechu głównego wskazał na nieczystość, mam głębokie podejrzenie, że gdyby nie ta Wiara, on by robił takie rzeczy, że nasza wyobraźnia od czegoś podobnego by eksplodowała.
No i oto dziś zdarzyło się coś, co mnie postawiło na równe nogi. Gabriel napisał znakomity tekst o Żydach i filmie „Ida”, ja zajrzałem na główną stronę Salonu, zobaczyć, jak oni się do tego ustosunkowali, no i zobaczyłem, że na „jedynce” znajduje się wewnętrzna informacja Administracji o tym, że Rosjanie uruchomili polski oddział internetowego portalu o nazwie Sputnik News, którego celem jest propagandowa agresja skierowana przeciwko Polsce i Europie, natomiast zaraz pod nim, na „dwójce”, tekst Terlikowskiego na temat tygodnika „Polityka”, który zachęca nasze dzieci do uprawiania seksu, a nas do towarzyszenia im w tych praktykach. Terlikowskiego czytać mi się za bardzo nie chciało, natomiast, owszem, sprawdziłem, co to za szatan ten Sputnik News i przyznaję, że zadrżałem. Przede wszystkim, od pierwszego wejścia rzuca się w oczy absolutny profesjonalizm tego przedsięwzięcia. Tu nie ma wątpliwości, że oni, przygotowując ten skok, w ogóle się nie oszczędzali. Przy tym, co pokazują ci Ruscy, niknie, nawet nie mówię, że Salon24, wpolityce.pl, czy natemat.pl, ale dokładnie wszystko, co my tu w Polsce mamy na poziomie Internetu. I to jest wrażenie pierwsze. Drugie natomiast to udział w tym projekcie osób o polskobrzmiących nazwiskach, takich jak Marceli Szpaczyński, czy Cyprian Darczewski, którzy tam piszą swoje felietony, o których sam wcześniej nie słyszałem, ale których, jak sądzę, Rosjanie wypożyczyli sobie z wybranych polskich mediów. Ale to, co zrobiło na mnie wrażenie największe, to artykuł na samym początku głównej strony zatytułowany „Polski ultrakatolicki publicysta krytykuje papieża Franciszka za bycie pobłażliwym wobec Rosji”. Przeczytałem ten tytuł i ponieważ od razu coś mnie tknęło, pomyślałem, że zajrzę do środka… i moje najgorsze podejrzenia się sprawdziły: tak, Rosjanie omawiają tekst Terlikowskiego. To on im tam się podkłada, by mogli zająć jak najlepszą pozycję do ataku. To Terlikowski krytykuje papieża Franciszka i to on pokazuje Rosjanom, jakie oni mają teraz pole manewru.
A ja już wiem, co Tomaszowi Terlikowskiemu daje Kościół i Wiara. Gdyby nie to, on prawdopodobnie by dał się wynająć do tej roboty już bezpośrednio. Ruscy by się do niego zwrócili z ofertą pisania na temat obecnego papieża, przy okazji obiecaliby mu, że za pięć dobrych kawałków ściśle w temacie, oni pozwolą mu napisać jeden o seksie pozamałżeńskim, lub aborcji, a on by już tylko grzecznie zapytał o cenę, a oni by mu odpowiedzieli, że ależ panie Tomaszu, my wszystkim płacimy tak samo. I gdyby nie ta Wiara, on by już tam działał. I jestem pewien, że na przyjemności też by starczyło. Gdyby nie ta Wiara.

Przypominam, że pod adresem www.coryllus.pl znajduje się księgarnia, gdzie można kupić wszystkie moje książki, czy to z wybranymi felietonami z bloga, czy o muzyce popularnej, czy o języku angielskim, czy wreszcie o miłości i dla czystych wzruszeń. Polecam szczerze.

wtorek, 24 lutego 2015

O kościele bez Pana Jezusa, czyli sztuka życia

Każdy z nas, kto ma dzieci, czy to swoje własne, czy w rodzinie, zna ten problem doskonale. Myślę zresztą, że tu nawet i to nie jest potrzebne. Wystarczy minimalny zmysł obserwacji, by zauważyć, że od czasu gdy wszyscyśmy śpiewali „Już za kilka dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę” świat się zmienił wręcz nie do poznania, a z nim nasze dzieci, a z nimi często i my sami. I daję słowo, że wcale niekoniecznie chodzi mi o to, że nawet my tutaj dziś znaczną część wolnego czasu spędzamy przed komputerem, czy to nawet, że mój syn swojego najbliższego kolegi, który mieszka parę ulic dalej, nie widział od paru lat, z tego prostego powodu, że im wystarczy Facebook. To oczywiście też, ale przede wszystkim mam na myśli to wszystko, co tak pięknie zostało usymbolizowane owym „plecakiem i gitarą”. A więc, mówiąc ogólnie, tak zwaną sztukę życia.
Jak wiemy, końcówkę zeszłego tygodnia spędziłem w Poznaniu, a dokładniej rzecz biorąc w Kiekrzu u księdza Paddingtona. Nie będę opisywał tego pobytu bardziej dokładnie, bo raz że nie sądzę, by to wielu z nas interesowało, a dwa, że tego słowa, nawet i tak giętkie, jak moje, oddać nie zdołają, jednak chciałem opowiedzieć króciutko pewną przygodę, która zrobiła na mnie takie wrażenie, że zaniemówiłem i trochę mnie to trzyma do dziś.
Otóż pojechaliśmy w sobotę do pewnej wioski pod Poznaniem, gdzie ksiądz chciał mi pokazać były kościół. Pisząc „były kościół”, nie mam oczywiście na myśli tego, z czym możemy się spotkać choćby w Pradze, ale pozornie normalny, stary kościół z czerwonej cegły, taki jakich tam jest cała masa, a więc kościół z witrażami, ołtarzem, krzyżem, ławkami, chórem, a nawet konfesjonałem zsuniętym gdzieś pod ścianę, tyle że bez Pana Jezusa. A skoro bez Pana Jezusa, to kościół, do którego na przykład można wejść, nie zdejmując czapki.
Ja akurat czapkę zdjąłem, bo mam taki odruch, natomiast ludzie, których spotkaliśmy w środku, owszem, nie zawracali tu sobie niepotrzebnie głowy. Co to byli za ludzie? Otóż pewien znajomy księdza plus czterech chłopaków, takich najbardziej klasycznych wiejskich chłopaków w wieku określanym pogardliwie, jak „gimbaza”, w wełnianych czapkach na głowach i tanich kurtkach na grzbietach. To była sobota rano, piękny, ni to zimowy, ni to wiosenny dzień, pierwszy dzień poznańskich ferii, no a ów znajomy księdzu pan i tych czterech miejscowych chłopaków spędzali czas w opuszczonym przez Pana Jezusa kościele i go myli. Właśnie tak – oni tam przyszli, by myć ten dziwny kościół; nawet nie sprzątać go, bo tam nie było co sprzątać, ale go myć z wieloletniej skorupy brudu.
Wyjaśnił mi ksiądz Paddington, że od czasu, jak wiele już lat temu w wiosce pobudowano nowy kościół, stary stał się niepotrzebny i po pewnym czasie, siłami natury, zaczął przypominać owe opuszczone, poniemieckie kościoły ewangelickie, których tam, na zachodnich ziemiach, jest naprawdę niemało. Rzecz jednak w tym, że ten tu akurat, z tego co wiadomo księdzu, jest jedynym takim kościołem katolickim. Jedynym katolickim kościołem, w którym nie ma Pana Jezusa. A widok ów jest tak bolesny, że nie uszedł on uwadze pewnego lokalnego mieszkańca, który jakiś czas temu nie wytrzymał, zwrócił się do proboszcza, by mu pozwolił ten kościół doprowadzić do porządku, pozwolenie otrzymał, ściągnął tych czterech chłopaków, no i oni w piątkę klęczą tam z tym szmatami, szczotkami, wiadrami i pucują tę podłogę. Na razie podłogę.
Ja wiem, że aby pojąć wielkość tego obrazu, trzeba by go mieć przed oczyma, ale postaram się to, co widziałem, opisać. Przypominę więc: mamy piękny, ciepły, bezchmurny, sobotni poranek, pierwszy dzień ferii szkolnych, ten brudny jak jasna cholera kościół i tych czterech wiejskich gimnazjalistów skrobiących na kolana tę podłogę. Oni nie uczcili tego poranka, zasiadając do swoich komputerów, by zobaczyć, co słychać na fejsie, ani nie jadąc do miasta, by się posnuć po jednej z poznańskich galerii, oni nawet nie uznali za stosowne wyspać się do południa, bo to przecież wreszcie dzień, w którym nie trzeba iść do szkoły. Oni wstali z samego rana, założyli te stare kurtki, jakieś dziurawe dżinsy, czapki z pomponem i poszli myć podłogę w kościele, z którego zabrano Pana Jezusa, a skoro Pana Jezusa, to i każdego z nas. Bardzo mocny ten widok. Daję słowo, że bardzo mocny.
Pan który nam opowiadał, jak tam przed nimi jest jeszcze dużo pracy, pokazał na malutki kwadrat podłogi, częściowo już umyty. Mały fragment, wciąż cały oblepiony brudem tych lat, ale już trochę jaśniejszy od reszty. A ja sobie myślę, że te ferie się skończą, trzeba będzie wracać do szkoły, zostaną za to soboty i coraz dłuższe dni. Mam naprawdę wielką nadzieję, że kiedy przyjdzie lato, ci chłopcy dadzą radę wyjechać choćby na parę dni normalnych wakacji. Życzę im tego z całego serca.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym ta o markach, dolarach, bananach i biustonoszu marki Triumph. Skromnie bardzo przyznam, że na pewno w Polsce ostatnio ukazało się coś równie dobrego, ale ponieważ jestem mało oczytany, to akurat nie zauważyłem.

poniedziałek, 23 lutego 2015

"Ida" symbolem 25 lat naszej wolności

Wbrew dość popularnej opinii, to że „Ida” dostanie Oscara za najlepszy film zagraniczny, wcale nie było pewne. Oczywiście, i sama dość już przecież zabawna nominacja, i cały tworzony przez dwa ostatnie lata wokół tego filmu zgiełk, ale też polityczne nastroje budowane wokół Polski, wskazywały, że tak się stanie, jednak ostatecznie mogło być różnie. Oscara mogły zupełnie spokojnie otrzymać gruzińsko-estońskie „Mandarynki”, natomiast „Idzie” mogła przypaść nagroda za zdjęcia, albo zgoła nic. Wielokrotnie mogliśmy się przekonać, że Akademia nie ma najmniejszego problemu, by stuprocentowego pewniaka odesłać z kwitkiem w postaci nagrody za montaż, efekty specjalne, czy kostiumy, a główne Oscary przyznać komuś innemu.
Tym razem jednak stało się tak, jak obstawiała większość, włącznie z tymi, dla których nie podlegało nawet dyskusji, że wspomniane wcześniej „Mandarynki”, ale też i pozostałe nominowane w kategorii filmy, od „Idy” są lepsze. „Ida” wygrała i dziś szczęśliwi są nie tylko autorzy filmu, nie tylko Agnieszka Odorowicz z Agnieszką Holland i całą jej rodziną, ale my wszyscy. Polski film wreszcie dostał Oscara. To co się nie udało przez Wajdę, nie udało przez Polańskiego, udało się temu… jak mu tam? Pawlikowskiemu.
Coryllus w dzisiejszej notce pisze, że jemu ludzie którzy znają się na filmie powiedzieli, że „Ida” pod względem technicznym zrealizowana jest sprawnie. I to akurat nie podlega kwestii. Rzecz w tym jednak, że dziś, pomijając może filmy, jakie w Polsce się kręci na co dzień, technicznie wszystko jest na pewnym stałym poziomie. A już z całą pewnością, każdy z filmów nominowanych do Oscara, z tym jednym wyjątkiem, któremu poświęciłem wczorajszą notkę, zrealizowany został na wysokim poziomie zawodowstwa. O co więc chodzi z „Idą”? Otóż sprawa polega na tym, że od „Idy” lepsze były niemal wszystkie polskie filmy kręcone w latach 60-tych, włącznie z „Wojną domową” i przygodami kapitana Sowy, natomiast ta nominacja i ta nagroda są wynikiem pewnej paskudnej umowy i kropka. Tu nawet nie ma o czym gadać. Każdy kto widział ten film musi to przyznać: „Ida” to jest film zaledwie nieco lepszy od tego, co dziś w Polsce się kręci każdego roku.
Bardzo dobrze to zresztą widać, jeśli się zwróci uwagę na fakt, że oni jej nie przyznali Oscara za zdjęcia. Ja nie twierdzę, że zdjęcia do „Idy” powinny były zostać nagrodzone, nie. Każdy z nominowanych w tej kategorii filmów zdjęcia miał od „Idy” znacznie bardziej oryginalne i poruszające, natomiast faktycznie, jeśli już coś w „Idzie” zwraca uwagę to akurat tylko te zdjęcia. Nie tak poruszające, jak zdjęcia w „Żywocie Mateusza”, czy nawet w „Soli ziemi czarnej”, ale tam naprawdę poza zdjęciami nie ma nic. Za zdjęcia jednak „Ida” Oscara nie dostała. Dlaczego? Ano dlatego, że z tego oni by się jednak musieli jakoś tłumaczyć; z „najlepszym filmem” już problemów nie ma. Cóż to bowiem za kategoria „najlepszy film”? Podobał im się i już. Co tu jest do wyjaśniania? Dziś to nawet przyznaje Janusz Kamiński, sam dwukrotnie nagradzany za zdjęcia dla Spielberga, że oni „Idzie” dali tę nagrodę, bo im się zwyczajnie spodobała jej forma. A ja mogę już tylko dodać, że tak faktycznie było najwygodniej. W końcu byłoby niezręcznie przyznać, że polska zakonnica-żydówka, której ciocia była komunistycznym prokuratorem, to naprawdę fantastyczny pomysł.
Dziś, jak już wspomniałem wcześniej, cała Polska cieszy razem z tego sukcesu, a sam pan prezydent ogłosił, że ta nagroda to wręcz symbol tego, czym jest jego prezydentura. No i dobrze. Ja jestem gotów nawet przyznać, że nie tylko ta nagroda, ale sam film jest symbolem tego, czym jest ta prezydentura. Mam nadzieję, że już niedługo.

Wszystkich tych, którzy lubią czytać ten blog zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym dwie pierwsze sygnowane nickiem Toyah po bardzo promocyjnej cenie 15 zł. za egzemplarz. Szczerze polecam.

niedziela, 22 lutego 2015

Nasza małpka, nasza klątwa, nasz los

Jak pewnie część z nas wie, dziś w nocy przyznawane są Oscary, co dla ludzi kochających kino stanowi oczywistą okazję do świętowania, i to jest fakt, którego nie zmienimy, nawet jeśli z tak zwanego „hollywoodu” będziemy szydzić dziesięć razy dłużej i sto razy mocniej, niż dotychczas. Cokolwiek byśmy bowiem nie powiedzieli i jakiejkolwiek kinematografii byśmy nie zechcieli przeciwstawić tę, która jest symbolizowana przez ów „hollywood”, na końcu i tak się okaże, że, jak co roku, wszystkie drogi prowadzą do Dolby Theater w Los Angeles. A jakby tego było mało, po nich w równym stopniu drepczą szczerzy miłośnicy kinematografii amerykańskiej, co ci, dla których bojkotowanie owych filmów, reżyserów i aktorów to kwestia podstawowego smaku. Stąd też, jeśli dziś my tu w Polsce przeżywamy szczyty histerii z tego powodu, że po raz kolejny i nasi twórcy rywalizują o największe współczesne wyróżnienie w branży filmowej, to nie dlatego, że akurat rozpoczyna się jakiś festiwal filmowy w Berlinie, Rzymie, Moskwie, Gdyni, czy Cannes, ale dlatego że amerykańska Akademia Filmowa daje nagrody. I kropka. Tu nie ma nic więcej do dodania.
Gdy chodzi o mnie, ja nigdy nie miałem cienia wątpliwości, co do faktycznej hierarchii, jaka obowiązuje w tej branży, ale też nigdy nie miałem najmniejszych problemów z uznaniem, że dziś jedyne kino warte uwagi, to kino amerykańskie i brytyjskie. Podobnie, nigdy nawet nie śmiałem protestować, kiedy po raz kolejny okazywało się, że, jeśli nagle gdzieś na świecie pojawi się coś wartościowego to o tym z pewnością poinformują nas Amerykanie, a nie Francuzi, Włosi, Niemcy, czy Belgowie.
I oto nagle jeszcze wczoraj w nocy moje dzieci zaprezentowały mi fragment nominowanego do tegorocznego Oscara polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, a ja od razu muszę wyjaśnić, że, jeśli tylko fragment, to nie dlatego, że całość jest ściśle chroniona prawem autorskim, ale dlatego, że człowiek o tradycyjnie rozumianej wrażliwości, wiedząc, że nie ma do czynienia z parodią Monty Pythona, nie jest w stanie tego czegoś oglądać dłużej niż przez chwilę. Obejrzałem więc pół minuty, może minutę, tego filmu i powiem uczciwie, że czegoś tak skandalicznego złego nie widziałem chyba nigdy, a daje słowo, że wiem, o czym mówię. Czytelnicy tego bloga znają moje zdanie na temat polskiego filmu, to jednak co zobaczyłem wczoraj wieczorem bije na głowę wszystko inne, włącznie z „Drogówką”, „Lejdis” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Rzecz w tym, że tamto wszystko, choćby nie wiadomo jak złe, jest tylko złe; w przypadku tego czegoś, trudno nawet powiedzieć, że mamy do czynienia z żartem.
Nie mam zamiaru pisać tu recenzji tego filmu, nie mam nawet ochoty pisać, o czym ten film jest, ja nawet nie planuje na temat tego filmu napisać tu kolejnego zdania; jak ktoś chce, niech się obsłuży korzystając z tego, co jest szeroko dostępne w Internecie. Ja chcę się dziś tylko zastanowić się, jak to się stało, że ten film został w ogóle nominowany, bo mam głębokie przekonanie, że tu mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym, niż jakaś marna sztuka i związany z nią prosty przekręt. Jeśli coś takiego odbywa się na takim poziomie, to znaczy, że mamy do czynienia z sytuacją o skali dotychczas nieznanej.
Aby pokazać, co mam na myśli, może wrócę do sprawy, o której już tu wcześniej pisał mój kolega Coryllus, a co się wiąże z pewnym szczególnym literackim debiutem. Może parę słów wyjaśnienia dla czytelników bloga prowadzonego pod adresem toyah.pl, którzy to co się dzieje w Salonie maja najczęściej w nosie. Otóż w moim mieście od niedawna pojawiła się lokalna sieć spożywcza pod nazwą „Małpka”, gdzie niekiedy kupują. I oto dziewczyna, która tam sprzedaje, pochwaliła mi się jakiś czas temu, że napisała powieść, którą rozesłała do kilku pierwszoligowych wydawnictw w kraju, no i proszę sobie wyobrazić, że jedno z nich postanowiło jej tę powieść wydać. Mało tego, wydać. Umieścić książkę we wszystkich głównych sieciach księgarskich w kraju, zorganizować promocję we wszystkich ogólnopolskich mediach, a samej autorce zorganizować serię spotkań z czytelnikami. Najpierw pogratulowałem dziewczynie sukcesu, wyraziłem nadzieję, że otrzymam od niej egzemplarz autorski, no i oczywiście zapytałem, o czym jest ta książka. Okazało się, że jest to coś, co ona określiła jako „takie trochę psychologiczne fantasy”.
Książka jeszcze się nie ukazała, natomiast znajoma sprzedawczyni otrzymała swój pierwszy autorski owej powieści egzemplarz. Pokazała mi go naturalnie, a ja naprawdę pełen naiwnej nadziei, że, kto wie, ale może tym razem stał się cud, rzuciłem okiem na początek, i nie uwierzycie: „Urodziłam się inna. Mój ojciec był człowiekiem, a matka wampirem”. Jakoś tak. W tej sytuacji pomyślałem, że sprawdzę, jak ta niezwykła historia się kończy i okazuje się, że równie imponująco: „Nie poddam się. Będę walczyć”.
Rzecz teraz w tym, że wedle zapewnień mojej znajomej sprzedawczyni z „Małpki”, ona już się przymierza do kolejnych części powieści, ale na razie przede wszystkim myśli o przetłumaczeniu jej na język angielski i wydaniu jej w Stanach. Kiedy jej powiedziałem, że jestem anglistą, ucieszyła się bardzo, bo w ten sposób „nie będzie musiała szukać tłumacza”, no a kiedy jej wyjaśniłem, że do tej roboty będzie musiała znaleźć kogoś znacznie bardziej ode mnie językowo sprawnego, powiedziała, że poprosi swoją ciocię, która mieszka od wielu lat w Stanach, czyli na miejscu. Oczywiście, wobec tych wszystkich doświadczeń zadumałem się bardzo i w efekcie popadłem w nastrój naprawdę ciężkiego przygnębienia, i oto wczoraj właśnie, obejrzawszy fragment nowego polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, pojąłem, że tu się ani nie ma z czego śmiać, ani czemu dziwić, ani nawet komu współczuć, bo jest bardzo prawdopodobne, że już za rok moja znajoma sprzedawczyni z „Małpki” będzie nominowana do nagrody „Nike”, i wtedy dopiero zrozumiemy, co się dzieje. Przepraszam bowiem wszystkich bardzo, ale jeśli stało się tak, że jakiś dwoje siadło na kanapie, włączyło kamerę, zaczęło wedle napisanego przez siebie scenariusza do tej kamery na zmianę stękać „No, nie wiem, kurwa… naprawdę nie wiem”, a dziś w nocy cały świat będzie to ich stękanie podziwiał w tłumaczeniu na język angielski, to o czym my tu rozmawiamy? Co my tak naprawdę z tego świata rozumiemy i co na jego temat wiemy?
Od pewnego już czasu Coryllus na swoim blogu próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rynek książki w Polsce wygląda jak wygląda, ową odpowiedź z grubsza już chyba znamy i to co z niej wynika, obejmuje również problem, jaki przed nami przedstawiła moja znajoma z „Małpki”. I to, przyznaję, z mojego punktu widzenia stanowi autentyczny horror. Co by jednak o tym nie mówić, wciąż jeszcze jesteśmy w stanie sobie z tym jakoś poradzić, nawet jeśli na końcu tego szaleństwa ujrzymy wspomnianą wcześniej „Nikę”. Znacznie jednak się nam wszystko skomplikuje, kiedy ta powieść o pół-człowieku i pół-wampirze, zgodnie z kalkulacjami tego dziecka, zostaniewydana w Stanach przez powiedzmy Random House, a następnie uzyska nominację do National Book Award. Po wczorajszym doświadczeniu stoję gotowy na wszystko.

Wszystkich czytelników tego bloga szczerze zachęcam do korzystania z oferty naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Jest tam choćby moja książka „Marki, dolary, banany…”. A przecież nie tylko.

piątek, 20 lutego 2015

Gdy System popuścił.

Temat ten wprawdzie był już tu na blogu poruszany w odpowiednim czasie, jednak dziś chciałbym może troszeczkę do sprawy wrócić, przedstawiając felieton, jak dziś ukazuje się w „Warszawskiej Gazecie”. Nie powinno zaszkodzić.

W odpowiedzi na dewastującą dla Systemu kampanię Andrzeja Dudy, po kilku dniach wypełnionych pełnego przerażenia stuporem, zareagował wreszcie sztab Bronisława Komorowskiego i o wsparcie zwrócił się do Systemu właśnie, na co ten z kolei polecił dwóm śląskim politykom, Piotrowi Uszokowi i Marcinowi Krupie, by w sali NOSPR-u w Katowicach zebrali prezydentów miast od Rzeszowa przez Tychy, Wrocław, Wałbrzych, Łódź i Gdańsk i wszyscy poparli kampanię Bronisława Komorowskiego. Jak System kazał, tak ci dwaj zrobili i doszło do zdarzenia, które, kiedy wreszcie oprzytomniejemy spod owego propagandowego ciśnienia, które nas najwidoczniej pozbawiło choćby podstawowej wrażliwości, sprawi, że zaczniemy krzyczeć z przerażenia.
Oto bowiem za pieniądze pochodzące ewidentnie z budżetu miasta, System zorganizował urzędującemu prezydentowi konwencję wyborczą, podczas której zwrócił się do nas, byśmy jeszcze tym razem, w imię zachowania niezidentyfikowanego do końca porządku publicznego, zrezygnowali z podstawowych demokratycznych praw i wbrew własnemu sumieniu, w nadchodzących wyborach poparli kandydata Systemu. A gdyby ktoś miał wątpliwości, co do prawnych podstaw owej manifestacji państwowej przemocy, głos zabrał sam zainteresowany i poinformował, że nie ma mowy ani o żadnej konwencji, ani nawet o kampanii wyborczej, za to mamy do czynienia ze zwykłą obywatelską inicjatywą i skromnym obywatelskim spotkaniem, do którego prawo ma nawet władza.
Mam nadzieję, że wszyscyśmy widzieli, jak owa demonstracja systemowej agresji została zorganizowana i przeprowadzona. Mam nadzieję, że mieliśmy okazję choć przez chwilę zobaczyć wszystkich tych urzędników zgromadzonych na scenie w katowickim NOSPR-ze, jak najpierw podpisują się na tablicy poparcia dla Ukochanego Przywódcy, Pana Prezydenta, a następnie każdy z nich podchodzi staje przed Jego Obliczem, by Go uściskać i życzyć Mu zwycięstwa w jak zwykle demokratycznych wyborach.
I powiem szczerze, że mimo ciszy, jaka zapanowała wobec tej hucpy zarówno w mediach mainstreamowych, jak i w internetowej niszy, a może właśnie w związku z tą ciszą, ja bym zwyczajnie wyszedł na ulicę i zaczął wrzeszczeć, gdyby nie to, że nagle uświadomiłem sobie, że ona, owa cisza niesie zarówno ból, jak i nadzieję. Bo proszę zwrócić uwagę na fakt, że przerażony ową niezwykłą kampanią Andrzeja Dudy, wpadając w ów dotychczas chyba niezaobserwowany typ histerii, System zaczyna de facto działać wbrew sobie, i okazuje się, że tak naprawdę nikt tego co się stało nawet nie raczył zauważyć, a jeśli nawet zauważył, to nie uznał za stosowne uznać tego za wydarzenie warte choćby wzruszenia ramion.
W Katowicach, w miejscu jak najbardziej publicznym, doszło do spotkania prezydenta Komorowskiego z prezydentami polskich miast, podczas którego to spotkania prezydenci udzielili Komorowskiemu swojego poparcia i pies z kulawą nogą nawet na to nie zwrócił uwagi. Co ja mówię pies? Nawet propagandowe służby Systemu zaledwie się poszły wyrzygać. I to też, jak się zdaje, czymś sprzed dobrych paru dni.
Bądźmy więc dobrej myśli. Nadchodzi nowy dzień.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl można wciąż jeszcze kupić ostatnie egzemplarze moich dwóch pierwszych książek, „O siedmiokilogramowym liściu” i „Twój pierwszy elementarz”. One dziś idą po 15 zł. plus przesyłka, więc nie sądzę, by się było nad czym zastanawiać. Dodruk nie jest planowany.

środa, 18 lutego 2015

Kamil Durczok, czyli być jak papierek po batoniku Mars

Trochę mi oczywiście wstyd, że się ostatecznie ugiąłem i zdecydowałem poświęcić tekst Kamilowi Durczokowi i przygodzie, która go ostatnio spotkała, jednak kiedy widzę, co się wokół tego człowieka wyprawia, a w dodatku mam świadomość, że część czytelników tego bloga pewnie by chciała wiedzieć, co ja sobie myślę na ten temat, uznałem, że nie bardzo mam wyjście. Jeśli jednak ktoś sądzi, że będziemy się tu dziś zastanawiać nad tym, czy Sylwester Latkowski miał prawo zniszczyć Durczoka, lub czy Durczok, osiągając znany nam już dziś aż zbyt dobrze poziom upadku, zasługuje na nasze współczucie, czy jedynie zimną satysfakcję, z pewnością się zawiedzie. Rzecz bowiem w tym, że ja od pierwszego dnia, kiedy Durczok pojawił się w mojej świadomości, jako realny byt, wiedziałem, że tak właśnie będzie wyglądał jego koniec i że to jest coś, na co tego typu ludzie zasługują. Skąd? A stąd mianowicie, że mam swoje lata, swoje doświadczenia, swoje refleksje i wiem, dokąd drogi, którymi tacy jak Durczok chadzają, prowadzą. Ale też, od pierwszego razu – zanim jeszcze zorientowałem się, jakie on ma poglądy – kiedy zobaczyłem twarz Latkowskiego i zwróciłem uwagę na sposób, w jaki on do mnie mówi, wiedziałem, że mam do czynienia z człowiekiem, który był skończony, zanim się urodził. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale co mnie mogą obchodzić tacy ludzie, jak Durczok, czy Latkowski, których całym sensem życia było od zawsze wyłącznie wsłuchiwanie się w polecenia tych, którzy pozwalają im się łajdaczyć? Właśnie tak – łajdaczyć. Powtórzę to jeszcze raz wielkimi literami: ŁAJDACZYĆ.
Jest jednak coś, co w całej tej aferze z Durczokiem mnie zainteresowało. Otóż, kiedy Latkowskiego spuścili ze smyczy, Durczok, zaklinając się, że on ani nie ćpał, ani się nie prostytuował, ani w ogóle się jakoś szczególnie nie upadlał, powiedział, co następuje: „Czym innym jest styl zarządzania w mediach, jestem cholerykiem, wybuchowym szefem, a czym innym praca ośmiogodzinna w sklepie. Czym innym jest wymagający szef, a czym innym jest molestujący szef. Nigdy nim nie byłem”.
Przepraszam bardzo, ale, gdyby moje życie się tak niefortunnie potoczyło, że ja któregoś dnia bym się poczuł zmuszony, by wyznać, że „jestem cholerykiem, wybuchowym szefem” i sugerować, że to mnie w jakiś sposób usprawiedliwia, poszedłbym na ruski targ, kupił rewolwer i strzelił sobie w ten swój głupi łeb, a to z tej prostej przyczyny, że bym wiedział, że i tak mnie już nic nie uratuje. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zjawisko tak zwanego „wybuchowego szefa” tak wrosło w naszą kulturę i, konsekwentnie, świadomość, że wielu z nas nawet sobie nie potrafi wyobrazić, że szef może nie być „wybuchowy”, to jest coś, z czym nie ma już sposobu, by choćby próbować walczyć. A trzeba nam wiedzieć, że „wybuchowy szef” to nie jest takie hop-siup, czy fiku-miku. „Wybuchowy szef” – ja specjalnie umieszczam to określenie w cudzysłowie, bo wiem, że za tym kryją się autentyczne dramaty i tak naprawdę owa „wybuchowość”, to jest zwykły eufemizm – to jest niekiedy całe nasze życie. „Wybuchowy szef”, to niekiedy taki brak codziennego spokoju, że człowiekowi odechciewa się żyć. Ja miałem raz w życiu przez parę lat „wybuchowego szefa”, który raz do roku podczas uroczystego zakończenia roku szkolnego nas wszystkich za tę swoją „wybuchowość” przepraszał, bo on wie, jaki jest okropny, ale sami rozumiecie, kochani, a nam wszystkim chciało się już tylko rzygać ze zdenerwowania. A zatem, ja wiem, jak jest. I kiedy słyszę o „wybuchowych szefach”, to mam ochotę ich wszystkich walić w pysk tak długo aż zobaczę, jak sinieją i się przestają ruszać.
Dziś, jak wiele na to wskazuje, Kamil Durczok, człowiek który, co ciekawe, jest moim młodszym kolegą szkolnym – jeszcze jednym z tych chłopców, którzy swego czasu się tam po tych korytarzach kręcili, nie mając kompletnie pojęcia, co ich czeka – jest ostatecznie skończony. I to wcale nie dlatego, że przez tę władzę, której przez jakiś czas pozwolono mu czuć, jako coś realnego, on się aż tak stoczył. On jest skończony, bo tak się akurat ułożyły interesy, na które on ani nie miał wpływu, ale których też charakteru nawet nie miał szans poznać. Podobnie zresztą, jak Sylwester Latkowski, człowiek, który dostał zadanie, żeby Durczoka dobić i je wykonał najlepiej jak potrafił. I staje to nieszczęście przed nami i prosi, byśmy zrozumieli, że on musiał być takim skurwysynem, bo praca w takiej stacji jak TVN, i to jeszcze na poważnym stanowisku, to nie to, co bycie sklepową.
Skoro już zająłem się tym nieszczęsnym Durczokiem, myślę, że byłoby z mojej strony naprawdę czymś niskim, gdybym nie udzielił mu koleżeńskiej nauki. Kolego Durczok, to że bycie szefem „Faktów” TVN stawia człowieka w innej sytuacji niż sklepową na osiedlu, to bzdura, która oni Ci wbili w Twój pusty łeb dla swoich brudnych celów. Nawet ukończenie najlepszego liceum w mieście, tej relacji nie zmienia ani na jotę. Prawda jest bowiem taka, że, kiedy dojdzie co do czego, to się zawsze okaże, że każda władza człowieka psuje, a czym bardziej jest ona fikcyjna, tym bardziej bezlitośnie. Dziś już o tym wiesz, tylko co z tego, prawda?

Tak się składa, że jutro jadę do Poznania na zaproszenie naszego duszpasterza, księdza Krakowiaka, znanego tu, jako Don Paddington, a więc aż do niedzieli nie będę nic pisał. Mam nadzieje, że zostanie mi to wybaczone. Przypominam jednak, że na stronie www.coryllus.pl jest księgarnia, a w niej cała kupa naprawdę fantastycznych książek, w tym dwa tomy wybranych felietonów z tego bloga. Powiem szczerze, że gdybym ich nie znał na pamięć, sam bym je czytał dzień w dzień. Choćby po to, by nie mieć grzechu.

wtorek, 17 lutego 2015

Z ostatniej chwili: Nasi przejęli Ministerstwo Prawdy

Przeczytałem wczoraj gdzieś w sieci, że na prawicowym i szalenie patriotycznym portalu niezależna.pl ukazało się następujące oświadczenie:
Przepraszamy, że opisując Pana Piotra Pytlakowskiego w książce‘Resortowe dzieci. Media’, naruszyliśmy jego dobra osobiste, sugerując niezgodnie z prawdą, że odbywał zastępczą służbę wojskową w szpitalu MSW, sugerując, że do obsługi procesu zabójców Jerzego Popiełuszki został wyznaczony przez SB i odszedł z dziennika ‘Życie’ na skutek opublikowania przez ten dziennik artykułu ‘Wakacje z agentem’. Oświadczamy, że treści zawarte na okładce nie odnoszą się do Pana Piotra Pytlakowskiego. Oświadczamy, że nie była naszym celem sugestia, jakoby ojciec Piotra Pytlakowskiego Jerzy Pytlakowski kiedykolwiek współpracował z gestapo”.
Całość podpisana jest: „Wydawca - Fronda PL. sp. zoo. i Autorzy Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz”.
Przyznaję, że o książce „Resortowe dzieci. Media” wcześniej, owszem, słyszałem wielokrotnie, jednak ponieważ dotychczas jej nawet nie miałem w ręku, a Pytlakowskiego z dużym trudem kojarzę, trudno jest mi powiedzieć, jak to tam naprawdę z tym człowiekiem było, no ale myślę, że skoro Kania, Targalski i ten jakiś Marosz są w opublikowanym w portalu niezależna.pl oświadczeniu aż tak jednoznaczni, należy z tego rozumieć, że po pierwsze, Pytlakowski nie odbywał służby wojskowej w szpitalu MSW, po drugie, do obsługi procesu zabójców księdza Popiełuszki nie został wyznaczony przez SB, po trzecie, z dziennika „Życie” nie odszedł w związku z publikacją artykułu „Wakacje z agentem”, i wreszcie, że ojciec Pytlakowskiego nie współpracował z gestapo, a zatem pisząc to wszystko, czemu dziś zaprzeczają, oni wszyscy kłamali, jak bure suki.
Może też być oczywiście tak, że każde słowo wypowiedziane przez Kanię, Targalskiego i Marosza, to szczera prawda, tyle że sądy w Polsce są niesprawiedliwe i w tej swojej niesprawiedliwości całą naszą trójkę zmusiły do poświadczenia nieprawdy. Jeśli jednak taka jest sytuacja, to z nimi jest jeszcze gorzej. Ja na przykład, gdyby ktoś mnie zmuszał do tego, by przepraszać za to, że powiedziałem prawdę, a następnie kłamać, mówiąc, że prawda tak naprawdę była nieprawdą, wolałbym zdechnąć, niż się prawdy wyprzeć. Z tego co wiem, Kani, Targalskiemu i Maroszowi zdychać nikt nie kazał.
A zatem przyjąć muszę, że Pytlakowski, przynajmniej w zakresie, jaki Kania, Targalski i Marosz wyznaczyli na rzecz swoich rozważań, jest czysty jak złoto. Natomiast oni, razem i osobno, uświnieni tak, że ja nie bardzo widzę sposobu, jak i czym by ich można było umyć.
Proszę zwrócić uwagę na fakt niezwykle moim zdaniem znaczący. Kania, Targalski i ten jakiś Marosz, nie napisali, że Pytlakowski coś tam kiedyś nabroił donosząc na kolegów ze studiów, co akurat dziś już jest praktycznie nie do sprawdzenia. Oni na temat Pytlakowskiego podają całą kupę bardzo konkretnych informacji, włącznie z tą, że jego ojciec był konfidentem gestapo i okazuje się, żadna z nich nie jest prawdziwa. Z oświadczenia podpisanego przez całą trójkę wynika niezbicie, że każde słowo, jakie oni napisali na temat Pytlakowskiego to bezczelne kłamstwo. A zatem myślę, że dobrze by było wiedzieć, czemu oni to zrobili? Czy oni coś źle przeczytali, albo niedokładnie usłyszeli, czy może to wszystko, co napisali, to prawda, tyle że nie dotycząca Pytlakowskiego, ale kogoś zupełnie innego, czy może wreszcie ktoś ich wszystkich celowo wprowadził w błąd, po to, by oni Pytlakowskiego zgnoili, no i w ten sposób siebie i cała ideę, jak stoi za tego typu publikacjami, skompromitowali? A może oni od początku wiedzieli, że to wszystko, co oni piszą, to nieprawda, ale ponieważ cechuje ich chroniczna beztroska, a Pytlakowskiego za coś tam nienawidzą, postanowili mu dosolić? Może być różnie. Faktem jest jednak to, że dziś publikują na portalu Sakiewicza to oświadczenie i ogłaszają, że to, co napisali w tej swojej książce, to stek kłamstw.
Jak mówię, książki „Resortowe dzieci. Media” nie czytałem, czytać nie zamierzam i na ile siebie znam, czytać jej już nie będę. Ponieważ jednak piszę dziś ten tekst, pomyślałem sobie, że przynajmniej wklepię ten tytuł w wyszukiwarce i zobaczę, co mi się tam pokaże. I proszę sobie wyobrazić, że jej już kupować nie trzeba, ona jest w całości dostępna w Internecie, i to nawet razem z okładką, a ja jakimś kompletnym cudem rzuciłem okiem na czwartą stronę owej okładki i oto co tam znalazłem:
Książka jest zatwierdzona przez Ministerstwo Prawdy. Książkę polecają: ‘Gazeta Polska Codziennie’, ‘Gazeta Polska’, niezależna.pl, ‘W Sieci’, wpolityce.pl, ‘Republika’. Tę książkę możesz kupić w Księgarni Ludzi Myślących”.
Nie mam pojęcia, ilu z czytelników tego bloga czytało kiedykolwiek klasyczną dziś już powieść George’a Orwella „Rok 1984”, a tym bardziej nie umiem zgadnąć, ilu z nas rozpoznaje ową frazę „ministerstwo prawdy”. Możliwe, że znaczna większość, czy wręcz wszyscy, na wszelki wypadek jednak przypomnę, że owe Ministerstwo Prawdy, w świecie tak obrazowo przedstawionym przez Orwella, to symbol niewyobrażalnego, najstraszniejszego, bezlitosnego kłamstwa; kłamstwa chyba nigdy wcześniej i już nigdy później z takim talentem nie przedstawionego. U Orwella owo Ministerstwo Prawdy produkuje kłamstwo dokładnie tak samo, jak Ministerstwo Miłości produkuje cierpienie i śmierć. A jedno i drugie stanowią takie samo szyderstwo, jak ów Wielki Brat, który rzekomo ma tylko za zadanie uważać, by nikomu z nas włos nie spadł z głowy. Więc ja jeszcze raz czytam ten bon mot Kani, Targalskiego i Marosza i już tylko się smutno zastanawiam, czemu oni nie napisali, że to szczególne dzieło otrzymało imprimatur od Wielkiego Brata. No czemu? Czyż to nie byłby dobry żart? Czy to dopiero nie byłoby szyderstwo najwyższych lotów?
Zbliżam się już do końca tej dzisiejszej notki, a przed sobą mam przede wszystkim wydawnictwo Fronda, tuż obok Kanię, Targalskiego i Marosza, no a dalej tych wszystkich, którzy za nich poświadczają i ich działania autoryzują, a więc Sakiewicza, Karnowskich, Terlikowskiego z Wildsteinem i diabli wiedzą, kto tam akurat z nimi dziś trzyma sztamę. Stoją oni przede mną i łżą z podniesionym czołem, a gdyby mi przyszło do głowy się oburzać, to zaczynają rechotać i mi mówią, żebym zamknął ryja, bo oni tu przyszli prosto z Ministerstwa Prawdy. A ja już wiem, że moje ostatnio coraz mocniejsze podejrzenia, że, kto jak kto, ale ci akurat, wszystko co robią, robią w pełnej przytomności umysłu, były od początku w pełni uzasadnione.
Nie łudźmy się. Do tej roboty gap nigdy nie przyjmowano.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl można kupić moje wszystkie książki, w tym osobiście przeze mnie przygotowany wybór felietonów z tego bloga. W dwóch wydaniach, pierwszym pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu” i drugim, wciąż jeszcze bardzo świeżym, i zatytułowanym „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Szczerze i uczciwie polecam.

poniedziałek, 16 lutego 2015

O białym proszku, który Kamil Durczok znalazł na dnie piramidy Carlo Ponziego

Z dzisiejszą notką miałem pewien kłopot. Otóż pierwszą myślą było to, by ciągnąć sprawę akcji „Prezydenci dla Prezydenta”. W końcu nie codziennie się zdarza, że mamy autentycznie grubą aferę na poziomie naprawdę wysokim i na ten temat zabiera głos dwóch komentatorów, w tym jeden jak dziecko przyznający się do tego, że on nic z tego co się stało nie zrozumiał, a reszta sprawę komentuje zastanawiając się, który z prezydentów polskich miast jest lepszy, a który gorszy. W końcu jednak machnąłem na sprawę ręką. Skoro już teraz widać, że nikogo ten przekręt nie obchodzi, nie ma co się dalej męczyć.
Pomyślałem więc, że napiszę coś o Durczoku. W końcu dwa pierwsze teksty w Salonie są o nim, a reszta w większości też, jest więc szansa, że wreszcie i moja notka trafi na pudło, uda się sprzedać kolejną książkę i może za rok dostanę kulturalna nagrodę pod nazwą „Wdecha” przyznawaną przez „Gazetę Wyborczą” „artystom, animatorom kultury, miejskim aktywistom i dyrektorom instytucji, tym dzięki którym miasto nabiera barw i charakteru”. No ale wtedy sobie uświadomiłem, ze tu chodzi o miasto Warszawę, a ja w odróżnieniu od Marii Peszek i Doroty Masłowskiej nie jestem z Warszawy, a więc też nie ma się co napinać.
Pomyślałem więc ostatecznie, że ponieważ właśnie zamknąłem drugi z dwóch ciężkich kredytów, jakie mnie niszczyły przez minione paręnaście lat, wrócę do sprawy tak zwanych „frankowiczów” i poświęcę im tekst, który oryginalnie był przeznaczony dla „Gazety Finansowej”, ale ze względów technicznych nie został opublikowany i leży tu sobie wolny jak ptak. W tytule notki umieszczę tylko ni w pięć ni dziesięć nazwisko Durczoka, tak by pan administrator mi tę notkę zechciał wyróżnić na stronie głównej, a czytelnicy się na nią z zainteresowaniem rzucili, i będzie gites.
A trzeba przyznać, że sprawa kłopotów, w jakie wpadły tysiące polskich rodzin, które swego czasu dały się wypuścić bankom na tak zwane „kredyty we frankach”, wciąż żyje, ale bardzo dobrze też się ma szeroko propagowana opinia, że owe kłopoty są prywatną sprawą zainteresowanych, że widziały gały co brały, że każdy jest kowalem własnego losu, że branie kredytów nie jest konstytucyjnym obowiązkiem obywatela, i takie tam tego samego typu mądrości. Co ciekawe, wśród tych, którzy głoszą owe nauki jest wcale niemało osób chętnie przyznających, że gdy chodzi o banki akurat, możliwe, że człowiek nie zna dnia ani godziny, kiedy dostanie od któregoś z nich po głowie, tyle że rozsądny obywatel wie, że owe „domy gry” należy omijać szerokim łukiem, a jeśli owego rozsądku zabrakło, to ma teraz dyskretnie cierpieć i nie zawracać głowy tym, którzy akurat sobie radzą.
A mnie się na tę okoliczność przypomina człowiek nazwiskiem Bernard Madoff, który swego czasu dla grupy chciwych i głupich Żydów skonstruował bardzo ciekawą, opartą na tak zwanej piramidzie finansowej, ofertę, w wyniku której wyciągnął od tych cwaniaków jakieś 65 miliardów dolarów, za co dostał 150 lat więzienia, i o ile czegoś nie przegapiłem, tam się nawet na moment nie pojawił argument, że widziały gały co brały i że każdy jest kowalem własnego losu. O ile dobrze pamiętam od momentu, jak ów przekręt wyszedł na jaw, nawet na moment nie pojawiła się propozycja, by ofiary Madoffa przestały wreszcie jęczeć i przyznały, że ponieważ nikt ich do bycia chytrym nie zmuszał, im obecnie też nie wypada innych angażować w swoje zmartwienia. No i wreszcie mam wrażenie, że nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby Madoffa bronić w przekonaniu, że on za tych ludzi umów nie podpisywał.
Jeszcze w zeszłym roku pozwoliłem tu sobie wkleić tekst, również napisany dla „Gazety Finansowej”, poświęcony Edmondowi Safrze, a dziś, ponieważ wciąż mi chodzą po głowie te banki i ta ich porażająca wręcz bezkarność, z taką bezmyślnością chroniona przez niektórych z nas, chciałbym przedstawić tekst wspomniany wcześniej, tym razem o człowieku, który wspomnianą piramidę swego czasu wymyślił i bez którego możliwe, że nie byłoby Madoffa, ale też kto wie, czy i my nie bylibyśmy w zupełnie innym miejscu, niż dziś jesteśmy. Tekst jest dość długi, ale poniedziałek również, w dodatku, jak słyszę, mój kumpel Coryllus jest chory, więc niech mu on jakoś ten czas choroby uprzyjemni. Życzę wszystkim wielu mocnych wrażeń.



Wśród dotychczas przez nas wspominanych miliarderów, milionerów, czy wreszcie ludzi, których majątek tak naprawdę ani nigdy nie był, ani też nie będzie do końca znany, trudno byłoby znaleźć takiego, o którym mniej lub bardziej słusznie i sprawiedliwie nie dałoby się powiedzieć, że to złodziej i oszust. Natomiast chyba nie mieliśmy tu jeszcze okazji poznać człowieka, którego od początku do końca jedynym pomysłem na sukces, było oszukać jak największą liczbę naiwnych osób, i który zrobił to ze skutecznością, której mogli mu pozazdrościć naprawdę znacznie lepsi od niego. Oczywiście, w ostatecznym rozrachunku skończył ów dziwny biznesmen dość marnie, jednak w pewnym momencie życia swoje osiągnął i zapewne umierając mógł powiedzieć, że parę miłych wspomnień na sam koniec życia mu zostało.
No ale przejdźmy już może do rzeczy. Większość z nas ów szczególny rodzaj szwindlu zna pod nazwą „piramidy finansowej”. Mówiąc bardzo krótko, chodzi tu o manewr polegający na tym, że jego inicjatorzy najpierw przedstawiają wybrany model biznesowy, a nastepnie zachęcają jak największą liczbę osób do finansowego w nim partycypowania, z tą obietnicą, że jeśli każdy kolejny uczestnik „piramidy” wciągnie do gry kolejnych kilka osób, stopniowo każdy z nich osiągnie zwielokrotniony w stosunku do oryginalnego udziału zysk. Fałsz tego projektu oczywisty jest dla każdego, kto wie na przykład, że jeśli złożymy papierową chusteczkę 50 razy, to ona nie będzie miała grubości metra, dziesięciu, czy nawet stu dziesięciu kilometrów , ale owych kilometrów miliony, i to wyłącznie zresztą w wymiarze matematycznym, mimo to historia zna tak wiele różnych schematów opartych na tego typu pomyśle, że trudno nawet jest powiedzieć, który z nich można by nazwać „klasycznym”.
W powszechnym przekonaniu, pierwszym człowiekiem, który wpadł na ten sposób zarabiania na ludzkiej chciwości i głupocie, był niejaki Charles Ponzi, i to stąd niekiedy zamiast owej „piramidy” używamy nazwy „schemat Ponziego”. Ów Charles Ponzi urodził jako zwykły Carlo w roku 1882 w Lugo we Włoszech i w wieku 21 lat, mając w kieszeni zaledwie 2,5 dolara przypłynął do Bostonu. Najpierw pracował jako kelner, a następnie wyjechał do Montrealu, znalazł pracę w banku i wkrótce awansował na stanowisko dyrektora. Jego kariera w tym miejscu nie trwała jednak zbyt długo, bo bardzo szybko, po pierwszej próbie oszustwa, trafił na trzy lata do więzienia, a następnie, po wyjściu na wolność, za udział w grupie zajmującej się przemytem emigrantów, poszedł siedzieć ponownie. Tym razem na dwa lata. Po zakończeniu odsiadki wrócił do Bostonu, ożenił się i poszedł pracować, jako tłumacz.
I pewnie miałby szansę na to, by jakoś sobie życie ułożyć, gdyby nie fakt, że któregoś dnia trafił na coś co do dziś nosi nazwę Międzynarodowego Kuponu na Odpowiedź, w skrócie IRC, a który to kupon, mówiąc bardzo skrótowo, stanowi ważny na całym świecie papier wartościowy, który można wymienić na znaczki pocztowe. Jako sprytny Włoch, zauważył Ponzi, że wymieniając w Ameryce IRC na znaczki pocztowe, bardzo znacznie zarabia i w jednej chwili wpadł na pomysł masowego skupowania europejskich IRC i wymieniania ich w USA na znaczki, a następnie sprzedawania ich z zyskiem sięgającym niekiedy aż 40%. Po pierwszej udanej próbie zastosowania wymyślonego przez siebie systemu, Ponzi założył firmę pod nazwą „Security Exchange Company” (SEC) i w bardzo krótkim czasie rozkręcił interes na tyle, że mógł zatrudnić całą masę pracujących w systemie prowizyjnym agentów, których jedynym zadaniem było pozyskiwanie inwestorów, za obietnicą pięćdziesięcioprocentowego zysku w ciągu 45 dni. Piramida rosła, Amerykę stopniowo ogarniała gorączka inwestycyjna i SEC zdobywało coraz więcej uczestników, przy czym oczywiście inwestycja nie bilansowała się, a obiecywane zyski były wypłacane wyłącznie z bieżących wpłat od kolejnych inwestorów. Do czasu gdy pieniądze od nowych uczestników jeszcze wpływały, tym którzy już w grze byli od pewnego czasu, Ponzi jakoś tam płacił. Sam zresztą też nie mógł narzekać. Żył w luksusie, kupował kolejne posiadłości i otwierał kolejne konta w kolejnych bankach w całej Nowej Anglii. Szacuje się, że w roku 1920 jego majątek wynosił grube dziesiątki, a może i setki milionów dolarów.
Tak gwałtowny sukces finansowy musiał wywołać podejrzenia. Kiedy pewien lokalny dziennikarz zajmujący się rynkiem i finansami zwrócił uwagę na fakt, że nie ma takiego sposobu, by Ponzi mógł legalnie w tak krótkim czasie uzyskać takie dochody, Ponzi skierował sprawę do sądu, a jako że w tamtych czasach to na dziennikarzu spoczywał prawny obowiązek dostarczenia dowodów, gazeta musiała Ponziemu wypłacić 500 tysięcy dolarów odszkodowania.
Mimo że kolejne zarzuty siłą rzeczy musiały się pojawiać, przez pewien czas interes rozkwitał i w pewnym momencie doszło do tego, że osobiste zyski Ponziego sięgały 250 tysięcy dolarów dziennie. 26 lipca 1920 roku lokalna gazeta “Post” rozpoczęła publikację serii artykułów, w których postawiła cały szereg praktycznie rujnujących Ponziego pytań pod adresem prowadzonego przez niego biznesu. Wynajęty przez gazetę analityk zauważył, że mimo uzyskiwanych przez Ponziego wręcz fantastycznych zysków, jego osobiste inwestycje były bliskie zera. W dodatku również zaobserwował ów analityk, że gdyby uznać finansowe oświadczenia Ponziego za wiarygodne, należałoby również przyjąć, że w tamtym czasie w ogólnym obrocie znajdowało się aż 160 milionów kuponów, podczas gdy wedle informacji przekazywanych przez pocztę, na rynku znajdowało się ich zaledwie 27,000, a co więcej, nigdzie też nie zaobserwowano, by ich skup się jakoś radykalnie zwiększył.
Doniesienia “Post” spowodowały panikę wśród inwestorów, w odpowiedzi na co, aby przynajmniej na krótką chwilę uspokoić nastroje, Ponzi w ciągu trzech dni wypłacił zdenerwowanym graczom 2 miliony dolarów, poczęstował zgormadzonych przed biurem tłum kawę i pączkami, i zapewnił, że wszystko jest pod kontrolą i nie ma powodu do niepokoju. Wielu zmieniło zdanie i zostawiło swoje pieniądze w rękach Ponziego. Jednak prawo już siedziało Ponziemu na karku. Naczelny Prokurator Massachusetts skierował do Securities Exchange Company audyt, i choć tym razem jeszcze bez większego sukcesu, bo po wkroczeniu do biur kontrolerów, okazało się, że cała księgowość Ponziego składa się wyłącznie z kart z nazwiskami inwestorów i niczego więcej, jak już powiedzieliśmy, koniec tego przekrętu wydawał się być nieunikniony. Po całej serii, z jednej strony, prasowych artykułów, a z drugiej oficjalnych dochodzeń, wyszło na jaw, że Ponzi ma ponad 7 milionów dolarów długu. 11 sierpnia nastąpił ostateczny cios. „Post” na swojej pierwszej stronie opublikował artykuł, w którym przypomniał stare, jeszcze sprzed 13 lat grzechy Poznziego, a odpowiednie służby ponownie się wzięły za najróżniejszego rodzaju dokumenty związane z jego aktywnością. Mając świadomość faktu, że lada dzień zostanie aresztowany, Ponzi oddał się w ręce władz i został oskarżony o oszustwo. W pierwszej chwili, po wpłaceniu 25 tysięcy dolarów kaucji, wyszedł na wolność, jednak kiedy „Post” opublikował kolejne rewelacje, kaucja została zwrócona, pięć kolejnych banków prowadzących operacje Ponziego upadło, a sami inwestorzy, otrzymując za każdego wpłaconego dolara 30 centów, stracili, jak się ogólnie ocenia, od 15 do 20 milionów dolarów, co na dzisiejsze warunki musiałoby oznaczać ponad ćwierć miliarda dolarów.
Przeciwko Ponziemu skierowano dwa osobne akty oskarżenia, federalny i stanowy, w których postawiono mu w sumie 86 zarzutów. W obawie przed dożywotnim więzieniem, Ponzi przyznał się do winy, okazał skruchę i został przez surowego sędziego skazany na pięć lat więzienia.
Po trzech i pół roku został zwolniony i niemal natychmiast, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, stanął ponownie przed sądem, tym razem już z oskarżenia stanowego, pod zarzutem zaboru mienia. Natychmiast się odwołał, twierdząc, że więzień federalny nie może być sądzony przez stan, jednak ostatecznie, decyzją aż Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, który uznał, że oba oskarżenia dotyczyły dwóch różnych rodzajów przestępstw, apelację odrzucił.
W październiku 1922 Ponzi ponownie więc stanął przed sądem, a jako bankrut, nie będący w stanie opłacić sobie adwokata, bronił się sam. I wtedy okazało się, że w tym pechowym pozornie obrocie sprawy, zaświtał poranek. Wykorzystując wszystkie swoje naturalne i nabyte talenty, okazał się Ponzi tak wiarygodny, że ledwo zaczął gadać, uwiódł, podobnie jak wcześniej swoich inwestorów, całą ławę przysięgłych, a sędzia nie miał innego wyjścia, jak go uwolnić od zarzutów. Stanął przed sądem po raz drugi, pod innymi już zarzutami, tym razem z kolei, przysięgli nie byli w stanie podjąć decyzji. Czemu? Nie wiadomo. Natomiast nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby część z nich już nie mogła się doczekać, by wrócić do domu i spróbować osobiście sprawdzić, jak owa maszynka Ponziego działa. Dopiero podczas kolejnej rozprawy, udało się Ponziego skazać, tym razem na od 7 do 9 lat więzienia, a sędzia, ogłaszając wyrok, określił go, jako „pospolitego i notorycznego złodzieja”.
Kiedy okazało się, że Ponzi, mimo że mieszka w Stanach już od dziesięcioleci, nigdy nie otrzymał obywatelstwa, podjęto oficjalne próby deportacji. Tymczasem Ponzi odwołał się po raz kolejny, został zwolniony za kaucją, po czym zbiegł na Florydę, i jakby dla potwierdzenia opinii sędziego co do bycia „pospolitym i notorycznym złodziejem” uruchomił kolejny biznes pod nazwą Charpon Land Syndicate, gdzie naturalnie owo Charpon miało uhonorować jego oczywistą wielkość, jako przedsiębiorcy i pierwszego na świecie cwaniaka. Tym razem już jednak postanowił nie handlować ani kuponami, ani znaczkami, lecz zaczął oferować naiwnym klientom jakieś najbardziej drobne grunty, niektóre znajdujące się pod wodą, no i tym razem już obiecując nie jakieś głupie 50 procent w 45 dni, ale 200 procent w dwa miesiące. W rzeczywistości, towar, który wciskał ludziom nie był niczym innym, jak zwykłym bagnem gdzieś w Kolumbii. Stanął ponownie przed sądem i został skazany na rok więzienia. Jak zwykle apelował i jak zwykle został zwolniony po wpłaceniu kaucji, tym razem w wysokości zaledwie półtora tysiąca dolarów.
Korzystając z chwili swobody, natychmiast przeniósł się do Tampy, ogolił głowę, zapuścił wąsy i udając członka załogi, zaokrętował się na płynącym do Włoch handlowym statku, mając nadzieję, że w ten sposób wyjedzie z kraju. Został jednak pojmany w Nowym Orleanie, odesłany ponownie do Massachusetts, gdzie ostatecznie odsiedział już do końca swój poprzedni, siedmioletni wyrok. W międzyczasie rządowi śledczy próbowali jeszcze raz bardzo dokładnie przebadać rachunki Ponziego, by uzyskać przynajmniej ogólne pojęcie na temat tego, ile Ponzi nakradł i co się z tymi pieniędzmi stało, jednak nie doszli do niczego ponad to, że chodziło o bardzo grube miliony.
Ponzi wyszedł na wolność w roku 1934 I niemal tego samego dnia została wszczęta procedura deportacji do Włoch. Zwrócił się Ponzi o łaskę do samego gubernatora, jednak jego prośba została odrzucona. Ponieważ jednak po tych siedmiu latach więzienia, z jego dawnej charyzmy nie pozostał nawet ślad, gubernator prośbę odrzucił i kazał Ponziemu się pakować. Na domiar złego, nie chcąc zamieniać Bostonu na jakieś Włochy, opuściła go żona. Inna sprawa, że nie bardzo mogła liczyć na to, że mąż będzie ją mógł dalej utrzymywać, a on też nie miał jak jej pokazać, że jest w błędzie. Udał się więc Ponzi do Włoch, no i, jak się możemy domyślać, tam na miejscu również robił to, co robić potrafił najlepiej, a więc tworzył kolejne piramidy, próbując nabijać ludzi w butelkę. Ponieważ jednak najwidoczniej Włosi okazali się mniej od Amerykanów podatni na jego uroki, wyjechał z kraju i udał się do Brazylii, gdzie otrzymał pracę, jako agent włoskich linii lotniczych Ala Littoria. Podczas II Wojny Światowej, skutkiem włoskiego zaangażowania po stronie Hitlera i jednoczesnym przystąpieniu Brazylii do koalicji antyhitlerowskiej, działalność linii w Brazylii została zamknięta i Ponzi został na lodzie. Próbował jeszcze wydać biografię, w której opisał swoje 17-letnie przygody w więzieniach i poza nimi, jednak nieuchronnie już popadał w nędzę, a z dawnej glorii nie zostało choćby westchnienie.
Przez ostatnie lata próbował zarabiać na życie jako tłumacz, jednak podupadł na zdrowiu, a zawał serca, jaki przeżył w roku 1941 osłabił go jeszcze mocniej. Dodatkowo zaczął tracić wzrok, do tego stopnia, że kiedy wojna się skończyła był już niemal całkowitym ślepcem. Któregoś dnia los ukarał go dodatkowo ciężkim wylewem, w wyniku którego uległa paraliżowi prawa część jego ciała, no i ostatecznie 15 stycznia 1949 roku zmarł Charles Ponzi w szpitalu w Rio de Janeiro.
Wspierany do samego końca przez jedynego przyjaciela, jaki mu pozostał, fryzjera nazwiskiem Francisco Nonato Nunes, Ponzi udzielił swojego ostatniego wywiadu amerykańskiemu dziennikarzowi wygłaszając pamiętne słowa:
Nawet jeśli oni za swoją inwestycję nie dostali ani centa, nie stracili aż tak wiele. Biorąc pod uwagę fakt, że ja naprawdę nie miałem jakiś szczególnie złych intencji, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że urządziłem im najpiękniejszy show, jaki ta ziemia przeżyła od czasu przybycia Pielgrzymów. Czyż nie warto było wydać 15 milionów bucksów, żeby sobie popatrzeć, jak ja to robię?
Jak już wspomnieliśmy wyżej, Charles Ponzi, wymyślając swoją piramidę i dając naprawdę bardzo dobrą szkołę tym wszystkim mniejszym lub większym kombinatorom, którzy mieli dopiero przyjść po nim, zyskał i niezwykłą, jak na czasy, w których przyszło mu żyć, fortunę, nieprawdopodobną wręcz sławę, jeśli jednak porównać skalę owego przekrętu, znowu aż tak bardzo się nie popisał. Mówi się o owych 15 milionach, ale nawet jeśli tego było znacznie więcej, to jak to się ma do tego, co na swoich żydowskich klientach wykonał niejaki Bernard Madoff. Ten to dopiero nie znał granic. Biedny Carlo Ponzi. Gdyby on to tylko mógł widzieć. Gdyby on tylko mógł swoim włoskim nosem powąchać te 65 miliardów dolarów, to myślę, że i te 150 lat więzienia, jakie współczesna Ameryka zaserwowała Maddoffowi, nie zrobiłyby na nim aż takiego wrażenia. To była bowiem sztuczka, jakiej w swoim cyrku nie powstydziłby się sam mistrz Barnum, którego ledwo co sobie tu wspólnie powspominaliśmy.

Oczywiście zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym choćby i ta o języku angielskim, zatytułowana „Kto się boi angielskiego listonosza?” Polecam ją przede wszystkim tym, co się go, owszem, boją jak cholera.

niedziela, 15 lutego 2015

Powrót Piotra Uszoka, czyli śmierdzi strachem

Kiedy prezydent Katowic Piotr Uszok niespodziewanie ogłosił, że nie będzie ubiegał się o kolejną kadencję – zwróćmy uwagę, że kadencję, którą miał praktycznie w kieszeni – i jako swojego następcę wskazał Marcina Krupę, przyznam, że byłem w kropce, i prawdę mówiąc do dziś nie wiem, co takiego się stało, że Uszok uznał, że już dość. Z tego co zdążyłem zauważyć, nie wie tego nikt. Plotkowało się wprawdzie, że on ma ambicje związane z parlamentem, czy to europejskim, czy naszym tu na miejscu, z tego jednak, co można zaobserwować, wynika, że chyba jednak nie. Uszok namaścił Krupę, którego naród śląski, jak to jest w jego zawsze wiernej władzy naturze, wybrał prezydentem, i zniknął.
I oto Piotr Uszok wrócił, by pokazać, że jeśli miało być dość, to wcale nie tak, jak nam się wydawało i wspólnie ze swoim faworytem zwołał w Katowicach zjazd prezydentów polskich miast i w ramach akcji „Prezydenci dla Prezydenta” zaapelować wspólnie do nas, byśmy, jak to głosi przygotowany tekst, wznieśli się ponad partyjne uprzedzenia i w nadchodzących wyborach prezydentem Polski ponownie wybrali Bronisława Komorowskiego, bo, jak rozumiem, on choć prezydentem jest wybitnym tak jak Piotr Uszok i reszta, ani sam nie może zrezygnować, ani nie należy go odwoływać. I zapewne wszystko by się załatwiło inaczej, gdyby nie ta cholerna demokracja.
A więc mamy prezydenta Katowic Krupę i – nie wiadomo tak naprawdę w jakiej roli – Piotra Uszoka, którzy postanowili odstawić dla nas tę dziwną demonstrację, zupełnie jak gdybyśmy przed sobą nie mieli zwykłych wyborów, ale co najmniej zagrożenie nuklearne. Krupa z Uszokiem spraszają do Katowic prezydentów polskich miast od Rzeszowa po Gdańsk, ci przyjeżdżają ciągnąc ze sobą Komorowskiego, wszyscy strzelają sobie fotę i apelują do mnie między innymi, bym jednak poszedł po rozum do głowy i w imię wyższych wartości nie głosował na Andrzeja Dudę, ale na Komorowskiego z Kaszalotem.
Powtarzam, ja z tego nie rozumiem nic. Jeśli mogę coś podejrzewać, to tylko to, że wokół cuchnie strachem, jakiego nasza Polska dawno nie widziała. To natomiast, co się wczoraj wydarzyło w Katowicach robi wrażenie czegoś, czego ja nie umiem nawet skomentować. Powiem szczerze, że już bardziej wolę się wpatrywać w twarz ministra Nałęcza w grafice googla. I wciągać nosem ten smród.

Zachęcam wszystkich, by czytali moje książki. Niewykluczone, że w tej chwili to jedno z nielicznych sensownych jeszcze zajęć. Przynajmniej na te parę wiosennych miesięcy. Adres księgarni jest prosty jak sytuacja w jakiej nas postawiono: www.coryllus.pl.

sobota, 14 lutego 2015

Jakie interesy prowadzą bracia Karnowscy z Kubą Wojewódzkim?

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że popełniam grzech ciężki, i to w dodatku podwójny. Znów bowiem będzie o portalu wpolityce.pl, a jakby tego było mało, to jeszcze o Kubie Wojewódzkim. Sumienie jednak nie pozwala mi milczeć, bo oto wczoraj na portalu wpolityce.pl najpierw trafiłem na tytuł „Wojewódzki wygwizdany na konferencji TVN. Showman uciekł ze sceny z opuszczoną głową”, a następnie przeczytałem cały tekst i mimo, że swoje doświadczenia już mam, a wraz z nimi skórę twardą jak jasna cholera, oniemiałem. Co się mianowicie okazuje? Otóż TVN zorganizował imprezę, podczas której miał przedstawić tak zwaną ramówkę na kolejny rok, no i w pewnym punkcie jakiejś niby konferencji prasowej, wspomniany Kuba Wojewódzki poczuł się źle, dyskretnie i bez słowa wyszedł, zgromadzona publiczność, jak donosi portal, go wygwizdała, i to sprawiło że prawicowa opinia publiczna aż zawyła z uciechy. Dlaczego? A to dlatego mianowicie, że podobno Wojewódzki miał spuszczoną głowę, kiedy wychodził, i to jest zdaniem owej opinii fantastyczny argument przeciwko wrogom Polski. Trzeba go tylko trochę podrasować uwagami na temat tego, jak to „’Król TVN’ po raz kolejny udowodnił, że ma w nosie dziennikarzy, fotoreporterów i publiczność. Wygląda na to, że lekceważy też stację, która mu płaci i go promuje”. A to już w ramach troski o standardy.
Otóż ja nie wiem, jak ta impreza była zorganizowana i wedle jakiego scenariusza, nie mam bladego pojęcia, kto, po co i na jakiej zasadzie na nią przyszedł, no i oczywiście nie wiem, dlaczego tych wszystkich fanów telewizji TVN tak bardzo oburzyło wyjście Kuby Wojewódzkiego, wiem natomiast, że prawicowy portal wpolityce.pl, kłamie jak zawsze, tyle że, mam wrażenie, ostatnio coraz bardziej i coraz bezczelniej. Jak pewnie już zauważyliśmy, tytuł owego sensacyjnego, jak rozumiem, newsa przekazanego nam przez portal braci Karnowskich sugeruje, że podczas ogłaszania owej ramówki doszło do jakiegoś skandalu, którego bohaterem był Wojewódzki, publiczność go wygwizdała, no jemu nie pozostało już nic innego, jak tylko „z opuszczoną głową” i przy akompaniamencie gwizdów się z sali „ulotnić”. Tymczasem z dalszej części artykułu dowiadujemy się, że przede wszystkim kolejność była odwrotna, a więc Wojewódzki najpierw wyszedł, rzekome gwizdy były później, a jakby tego było mało, stacja nie ma do niego pretensji, bo jak się okazuje Wojewódzki był zwyczajnie chory i nie miał siły ani tam siedzieć, ani gadać. I tyle. To wszystko. I w efekcie z tego wszystkiego nie wiemy już nic, nawet tego, czy rzeczywiście tam były jakieś protesty, czy może one były zaledwie pobożnym życzeniem – lub, jak nas ostatnio nauczył, Łukasz Warzecha, „wishful thinking – redaktorów patriotycznego portalu. A więc, powtarzam: nie mamy nic. Prawie.
Napisałem „prawie”, bo faktycznie, jeśli się nad tym, co się tu wyprawia zastanowić, coś tam jednak mamy, a mianowicie świadomość, że rodzaj kłamstwa wciskany nam przez Karnowskich i ich drużynę zaczyna powoli przeganiać to, z czym mieliśmy do czynienia przez minione 25 lat ze strony najczęściej reżimowych mediów. Tego było naprawdę wiele, włącznie z ostatnią hucpą związaną z narciarską aktywnością Andrzeja Dudy, ale ja pamiętam dwa starsze przypadki, moim zdaniem naprawdę poruszające. Pierwszy z nich dotyczył tytułu w „Gazecie Wyborczej” głoszącego, że Prymas Polski trafił do więzienia, podczas gdy, jak się okazało, on tam zaszedł tylko ze świątecznym błogosławieństwem, a drugi kiedy ta sama „Wyborcza” poinformowała, że Jarosław Kaczyński oświadczył, że dla niego polityka to tylko okazja do zarabiania pieniędzy, podczas gdy on powiedział jedynie, że jeśli polityka ma się sprowadzać tylko do pobierania poselskiej diety, to on za taką politykę dziękuję.
Otóż ja dziś mam wrażenie, że tak zwani „nasi” przebili wszystkie owe poziomy już dawno i teraz już tylko pikują w dół. Piszę o tym od pewnego już czasu, napominam, przestrzegam, biję na alarm, niekiedy wręcz wpadam w nastrój, który niektórzy z nas określają, jako chamstwo – wszystko na nic. I ja już naprawdę się nie dziwię, gdy mnie ktoś pyta, po ciężką cholerę, ja wciąż o nich piszę. No ale ja nie jestem w stanie tego co się dzieje lekceważyć z jednego prostego powodu: ja chcę wiedzieć, czemu oni to robią. Dlaczego „nasi” kłamią, jak bure suki? Jedno wiemy na pewno, a mianowicie to, że oni wiedzą, że kłamią. Oni wiedzą, że Wojewódzki wyszedł z tefauenowskiej imprezy, bo się źle czuł i że prawdopodobnie nikt go nie wygwizdał, natomiast z jakiegoś powodu potrzebują nas okłamywać. Pojawia się więc kwestia, że skoro kłamią i wiedzą, że kłamią, to czemu to robią, no i tu możliwości są dwie: kłamią, bo uważają nas za durniów, którzy kupią wszystko, a im bardzo zależy, żeby nas wciąż karmić tą informacją, że Wojewódzki to kretyn, którego już nawet inni kretyni nie znoszą, albo kłamią, żeby wszyscy ci, którzy Wojewódzkiego bardzo lubią, a nienawidzą Polski, wiedzieli, że nie ma nic gorszego, jak polska prawica i polski patriotyzm, że nie ma nic ważniejszego, jak tę Polskę tępić do końca, a przy okazji zbliżających się wyborów, głosować nawet na tego nieszczęsnego Komorowskiego, bo kiedy wygra Duda, za nim przyjdą Karnowscy i wtedy będzie najgorzej.
A więc powtarzam: Karnowscy i spółka kłamią świadomie i celowo, a nam już tylko pozostaje się dowiedzieć, czy oni są tak głupi, czy tak cwani. Ponieważ z natury jestem człowiekiem życzliwym i wyrozumiałym, a nigdy nie potrafiłem się do końca zorientować, czym tak naprawdę jest owa mityczna głupota, jedno i drugie skreślam, natomiast obstawiam gnuśność. Jak zawsze zresztą.

Wszystkich stałych i przypadkowych czytelników tego bloga zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym dwie pierwsze, wydane pod imieniem Toyah, już niemal na wyczerpaniu.

piątek, 13 lutego 2015

Czy szefem zreformowanych WSI zostanie generał Siara?

Ponieważ na poprzedni felieton z „Warszawskiej Gazety” musieliśmy czekać długo za długo, dziś dla odmiany proponuję tekst, który ukazał się dziś. Mam nadzieję, że poziom został zachowany.

Ostatni sukces Andrzeja Dudy uradował mnie tym bardziej, że to ja już w pierwszy dzień po nominacji napisałem, że Duda ma wszelkie szanse pokonać Komorowskiego, i to niekoniecznie dlatego, że w uczciwej walce jego pokona nawet mój pies, ale dlatego, że jest kandydatem naprawdę znakomitym. I przedstawiłem tę opinię wbrew niemal jednogłośnej wrzawie skierowanej przeciwko Dudzie, jako kandydatowi nieznanemu, bez doświadczenia i zwyczajnie zbyt słabemu na takich gigantów, jakimi są Bronisław Komorowski i jego małżonka, nie wspominając już o księdzu-kapelanie. A zatem, kiedy dziś słucham, jak tamten zgiełk skierowany przeciwko Andrzejowi Dudzie błyskawicznie się zmienia w czystą afirmację, czuję się zaszczycony.
Jestem pewien, że jeśli przez najbliższe trzy miesiące Duda będzie z równym entuzjazmem prowadził swoją kampanię, my z kolei, jako ci co go wspierają i życzą mu jak najlepiej, nie popełnimy większych błędów, a ci, którzy będą Dudzie prostowali ścieżki do zwycięstwa, nie pozwolą, by po owych ścieżkach zaczął się kręcić element, który to wszystko zniszczy tak samo skutecznie, jak zrobił to pięć lat temu, wygramy i to niewykluczone, że w sposób tak spektakularny, że nawet słynne rosyjskie serwery za nami nie nadążą.
Ale, jak mówię, trzy miesiące to czas, w którym może się zdarzyć wszystko i ani się nie obejrzymy, jak dzięki staraniom osób bardzo nam życzliwych, wszystko w jednej chwili runie. Pierwsze pokazy owego cwaniactwa już mieliśmy. Najpierw głos zabrał profesor Nowak z Krakowa, sugerując, że skoro Duda jest tak dobry, to Kaczyński może równie dobrze umierać, po nim przyszedł prawicowy dziennikarz Warzecha i pokazał, że jak trzeba na Dudę znaleźć kij, to on chętnie posłuży, i oświadczył, że Duda wygłaszając swoje legendarne przemówienie, korzystał z promptera, no a jeszcze mamy satyryka Janusza Rewińskiego, którego oczywiście wszyscy bardzo lubimy za jego żarty z WSI i PPPP, tyle że ja może, zanim zacznę się wspólnie z wszystkimi śmiać, chciałbym go poprosić, by jeszcze przed kolejnym żartem, zechciał nam może zdradzić, jak to z ową Polską Partią Przyjaciół Piwa, której nawet miał zaszczyt swego czasu przewodniczyć, było. Jak on wpadł na ów fantastyczny pomysł, jakie konkretnie osoby musiał do niego przekonać, by odnieść tak wielki sukces, no i oczywiście, cóż takiego się w Polsce stało, że można było spokojnie ów szczególny projekt zamknąć?
O ile wiem, dotychczas „Siara” milczał tu jak grób, podobnie zresztą jak na temat realizacji filmu „Uprowadzenie Agaty”, w którym też miał swój skromny udział. Niech nam choćby powie „Siara”, czy pieniądze na oba projekty pochodziły z tego samego źródła? Niech no Janusz Rewiński zechce wspólnie z nami powspominać stare czasy. Mam nadzieję, że się nie boi.
A jak już sobie wszystko wyjaśnimy, dla mnie on może nawet zostać szefem zreformowanych WSI.
Taki żart. W końcu sobie tylko żartujemy, prawda?

Serdecznie wszystkich zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a tam kupowanie moich książek. Przypominam, że nakład dwóch pierwszych z nich, podpisanych jeszcze moim blogowym nickiem „Toyah” są już na wyczerpaniu i nawet nie potrafię zagwarantować, że one będą dostępne jutro, a tym bardziej w przyszłym tygodniu.

czwartek, 12 lutego 2015

Od dziecka był praktykującą katoliczką, czyli schody do Mordoru

Możliwe że wciąż jeszcze, mimo że System ostatnio zmienił narracje i dziś zajmujemy się czym innym, pamiętamy, jak to papież Franciszek przyjął w Watykanie na audiencji parę transwestytów, czy transseksualistów – przepraszam, ale ścieżek, po których porusza się współczesny świat, aż tak dokładnie nie śledzę – wysłuchał ich i coś im tam powiedział. Oczywiście sam fakt, że papież uznał za stosowne zadawać się z grzesznikami, już zrobił na bardziej pobożnej części publicznej opinii wrażenie, jednak w tym wypadku mieliśmy jeszcze coś więcej. Otóż, jak się okazało, stworzenie, które o wysłuchanie do Papieża się zwróciło – należy zwrócić uwagę, że osoba bardzo religijna – w dzieciństwie było dziewczynką, ale ostatecznie uznało, że lepiej mu będzie być chłopczykiem, przeprowadziło zabieg zmiany płci, no i postanowiło żyć normalnie, jak inni chłopcy. Niestety, lokalne środowisko, w tym ksiądz proboszcz, od tego nieszczęścia się odwróciło, zaczęło je systematycznie prześladować, no i ono ostatecznie uznało, że nie ma innego wyjścia, jak wziąć pod pachę swoją świeżo poznaną dziewczynę, i udać się do samego papieża, no i stąd to spotkanie.
Jak mówię, papież tę dziwną parkę przyjął i odbył z nią dyskretną rozmowę, światowe media natychmiast o sprawie poinformowały, lud boży zatrząsł się z oburzenia, a po krótkiej chwili pojawiły się już nowe tematy, no a gdy idzie o Watykan, też naturalnie mamy kolejną sensację, czyli że mianowicie Papież każe bić dzieci.
A ja wciąż pamiętam prasowe relacje z tamtego zdarzenia, za każdym razem brzmiące dokładnie identycznie, jak każda poprzednia, ale też i następna, a w nich fragment, również jednobrzmiący: „Od dziecka był praktykującą katoliczką”.
Przeczytałem to zdanie i struchlałem, bo nagle sobie uświadomiłem, że doszliśmy do momentu, gdzie coś takiego pojawia się w oficjalnej przestrzeni i nie jest wynikiem błędu dziennikarza i nieuwagi korekty, ale czymś jak najbardziej zamierzonym i naturalnym. „Od dziecka był praktykującą katoliczką”. Czy my w ogóle uświadamiamy sobie, co się wokół nas dzieje? To jest świat, w który nas niemal mimochodem wprowadzono i nikt nas ani nie uprzedził, co się będzie działo, ani nie zapytał o zdanie, ani nawet dziś nie daje nam szansy, byśmy się mogli do kogoś zwrócić o choćby najbardziej proste wyjaśnienie. Tak naprawdę, sytuacja jest tego typu, że my nawet nie wiemy, kto by nam potrafił autorytatywnie cokolwiek w tej sprawie powiedzieć.
Od dziecka był praktykującą katoliczką”. Bardzo przepraszam, ale od razu muszę uprzedzić wszystkich tych, którzy mają swoje uwagi na temat papieża Franciszka, że my dziś nie rozmawiamy o Franciszku, zwłaszcza że to akurat z całą pewnością nie jest jego wypowiedź – on zaledwie przyjął u siebie w Watykanie dwoje grzesznych ludzi, natomiast tę dziwną kwestię sformułował współczesny świat i ja bardzo potrzebuje wiedzieć, jaki jest krok następny. Bo że przed nami pejzaż nieopisany, nie ulega wątpliwości.
Wczoraj na swoim blogu mój serdeczny kumpel Integrator wyraził rozczarowanie postawą Andrzeja Dudy, który jakiś czas temu zapytany o ochronę życia poczętego nie wykazał się dostateczną determinacją i zamiast stanąć w postawie wyprostowanej zaczął kluczyć. Integrator jest rozczarowany, a ja mu tą drogą, i zwracając się bezpośrednio do niego, chciałbym przypomnieć coś, o czym ja już pisałem tu w tym miejscu przed laty, a mianowicie, że dziś aborcja, taka jaką znaliśmy jeszcze niedawno, nie istnieje. Wczesna ciąża – a w ogromnej większości wypadków z taką mamy do czynienia – jest niszczona przy pomocy powszechnie dostępnych tabletek antywrzodowych, które przepisać może każdy lekarz. Jedna, dwie tabletki i mamy poronienie jak złoto. Pytasz mnie, Przyjacielu, skąd ja to wiem? Stąd, że mi o tym opowiedział człowiek, który się na tym zna, a którego Ty z kolei znasz lepiej ode mnie. A więc dziś jest tak, że każda kolejna debata na temat aborcji, to najzwyklejsza prowokacja, której celem jest stworzenie odpowiedniego kontekstu do tego, by można było dalej rozkładać to, co i tak już ledwo zipie.
Oczywiście, każde kolejne zabójstwo niewinnego życia, czy to w łonie matki, czy na laboratoryjnej płytce, woła o pomstę do nieba, nie to jednak dziś stanowi naszą największą troskę. Świat bowiem tonie, a to że wszystkie najważniejsze media w Polsce rzucają nam zdanie: „Od dziecka był praktykującą katoliczką”, a my ani drgniemy, czy to w grozie, czy choćby i w rozbawieniu, świadczy o tym wręcz znakomicie.
Nie łudźmy się, Drogi Przyjacielu. Ci co za chwilę tu przyjdą nie trzymają w dłoniach aborcyjnych szczypiec.

Wszystko co miałem do powiedzenia na temat zabijania życia poczętego powiedziałem dawno temu i zamieściłem w całości w książce o siedmiokilogramowym liściu. W księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-siedmiokilogramowym-lisciu-i-inne-historie. Szczerze polecam.

środa, 11 lutego 2015

O pilotach boeingów i lengłydżu w ściśniętym gardle

Pamiętam, jak w dawnych już bardzo czasach studenckich wysłano nas wszystkich na trzy tygodnie do Poznania na tak zwany „obóz językowy”. Jeśli ktoś widział film Zanussiego „Barwy ochronne”, wie, o co chodzi. Tam wprawdzie było jakieś jezioro i las, a tu Poznań, czyli miasto, idea była jednak podobna: wydziały anglistyki z całej Polski miały się spotkać w jednym miejscu i… no właśnie nie wiadomo, co. Nawet nie można było, gdyby ktoś miał na to ochotę, pójść popływać goło z dziewczynami. Towarzysko było jednak dość przyjemnie, a ponieważ w dodatku puszczono nam z kasety „Łowcę jeleni” i pokazano, co to takiego MTV, że nie wspomnę już o tym, jak to z moją wówczas jeszcze dziewczyną pojechaliśmy na festiwal do Jarocina, ów czas wspominam do dziś z wielką sympatią.
Oczywiście, kiedy się studiuje język, po pewnym czasie człowiek przestaje jego znajomość traktować, jako jakiś szczególny awans i dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie ma się w ogóle czym ekscytować. Są jednak tacy studenci, a niekiedy i asystenci, czy nawet profesorowie, dla których owa świadomość „przynależenia” jest tak silna, że oni tym angielskim już muszą żyć na codzień. I oto tam w Poznaniu właśnie był z nami pewien kolega, który tak bardzo się przejął swoją rolą, że któregoś dnia, kiedy staliśmy w kolejce po jedzenie w stołówce, on zwrócił się do kobiety, która te kartofle nam wydawała, z pytaniem „What’s the charge?” Myśmy oczywiście to usłyszeli, zarumieniliśmy się ze wstydu, no a później już do końca pobytu – w moim wypadku do dziś – na tego biedaka mówiliśmy nie inaczej jak „What’s the charge”. Ja już nie pamiętam, jak on wyglądał, ani, jak się nazywał, do dziś jednak wiem, że w tamtych dawnych peerelowskich latach na obozie językowym w Poznaniu, był z nami ten dureń „What’s the charge”. I jestem pewien, że gdybym dziś zapytał moją żonę, czy pamięta „What’s the charge”, ona by sobie go przypomniała w jednej chwili.
Jak mówię, ów „What’s the charge” to był dureń, jednak dureń szczególny. Z niego się wszyscy śmiali, a kiedy on szedł, to każdy udawał, że jest czymś zajęty, kiedy podchodził pogadać, to się go w najbardziej okrutny sposób lekceważyło, a kiedy to nie pomagało, to się go traktowało, jak szmatę. A wszystko przede wszystkim za to „What’s the charge” skierowane do pani w bufecie. A on nawet przez moment nie był w stanie nikomu z nas się postawić, bo z jednej strony wiedział, że jest zwyczajnie za słaby, a z drugiej, że zawsze trafi na kogoś, komu będzie mógł zaimponować znajomością języka i w ten sposób sobie te wszystkie straty jakoś zrekompensować.
I dziś przypomniał mi się ten nieszczęśnik, kiedy w portalu wpolityce.pl trafiłem na tekst Łukasza Warzechy komentujący sobotnie wystąpienie Andrzeja Dudy, a zatytułowany „Dobre wystąpienie Andrzeja Dudy, ale nie ulegajmy wishful thinking”. I proszę sobie nie myśleć, że ja tu teraz zacznę się znęcać nad Warzechą za to, że on wyskoczył z tym nieszczęsnym „wishful thinking” zamiast zwyczajnie nas zachęcić, byśmy nie ulegali pobożnym życzeniom. Mnie akurat to, że on tak właśnie zatytułował swój tekst, nie dziwi absolutnie, bo wiem, że to jest tak naprawdę wszystko, co mu pozostało, by się pokazać. Natomiast owszem, będę dziś pisał o Łukaszu Warzesze, bo ja nagle uświadomiłem sobie, że on faktycznie jest z nich wszystkich najgorszy – gorszy do Karnowskich, Goćka, Zaremby, Feusette, a nawet Mai Narbutt. Po prostu najgorszy. A przez to, że najgorszy, to zasługujący na te kilka słów prawdy.
Parę dni temu Warzecha wystąpił w telewizji TVP Info i tam któryś z tych telewizyjnych błaznów zapytał go publicznie, czy jemu PiS płaci za to, że on gada to co gada. Ja, oczywiście, gdybym był na miejscu Warzechy, w jednej chwili bym wstał, walnął w ten głupi łeb z tak zwanego liścia, wygłosił krótkie oświadczenie do kamery, a potem już tylko odcinał przysłowiowe kupony. To byłbym jednak ja. Warzecha zrobił to, co potrafi, a więc najpierw zaczął coś popiskiwać, a kiedy nastąpiła chwila przerwy, korzystając z tego, że nikt nie patrzy, szybko uciekł, a ja już się tylko zastanawiam, czy na odchodnym powiedział coś po angielsku. Jakieś „See ya later, fuckers”.
I powiem szczerze, że i to mnie nie dziwi, bo ja Warzechę znam od lat i wiem, co on potrafi, a co przekracza jego nędzne możliwości. Kiedyś wręcz napisałem na ten temat osobno, i to był właśnie tekst, po którym Warzecha wygłosił swoje dziś już kultowe oświadczenie, że on jest pilotem boeinga, podczas gdy ja traktorzystą. Przypomnę może króciutko, o co poszło. Otóż Warzecha wystąpił w telewizji TVN24, gdzie red. Knapik kazał mu dyskutować z Tomaszem Wołkiem. Tak się złożyło, że ja oglądałem ten program i widząc, jak Wołek traktuje Warzechę, a ten nie jest w stanie nawet mu spojrzeć w oczy, zwróciłem też uwagę na tekst, jaki na drugi dzień Warzecha opublikował na swoim blogu, gdzie Wołka bez żadnych już zahamowań wyszydził. Napisałem więc Warzesze, że teraz jest już za późno i że on miał się Wołkowi postawić wtedy, kiedy był na to czas, natomiast teraz z tymi swoimi pokrzykiwaniami, jest jeszcze bardziej żałosny, niż był wtedy, kiedy oglądała go cała Polska. No i to wtedy właśnie Warzecha przedstawił mi się, jako „pilot boeinga”.
Minęły lata i wygląda na to, że Warzecha wciąż, kiedy analizuje sytuację polityczną, nie potrafi nic więcej, jak tylko porównywać boeinga do traktora, snopowiązałkę do mercedesa, porche do poloneza, czy rakietę do furmanki. Ale też wszystko wskazuje na to, że on wciąż, gdy tylko trafia na zawodnika, którego mu przedstawiają, jako zawodowca, zaczyna robić w pory i jedyne co umie, to wiać, gdzie pieprz rośnie. Tak też było w programie TVP, kiedy to jakieś coś zapytało Warzechę, czy mu PiS płaci za to, że on wciąż tylko o tych samochodach, a on położył uszy po sobie, przy pierwszej okazji, gdy nikt nie patrzył, wyszedł ze studia, a potem zaczął się wymądrzać w Internecie, że on sobie na takie traktowanie nie pozwoli. I nie ma znaczenia, co było pierwsze: ucieczka ze studia, czy owo „wishful thinking”, które miało Warzesze pomóc się odkuć za owo upokorzenie. Rzecz bowiem w tym, że ja już dziś nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, z kim my tu mamy do czynienia. To jest najzwyczajniej w świecie nasz kumpel sprzed lat „What’s the charge”, tyle że w skali publicznej. Łukasz Warzecha to jest ktoś, kto tak naprawdę się czuje bezpiecznie, kiedy może sobie siedzieć spokojnie przy biurku i wystukiwać na laptopie jakieś idiotyzmy, najlepiej o Donku i Elce, z Grasiem w tle, ile razy natomiast zdarzy mu się stanąć przed szerszą publicznością, natychmiast drętwieje i nie jest z siebie wydusić słowa.
Piszę tę skromną przecież tak naprawdę notkę i wciąż mi w głowie siedzi to „wishful thinking”, i tak bardzo chciałbym wymyślić jakąś celną na to ripostę i jestem bezradny. Może więc spróbuję napisać coś bardziej merytorycznego. Otóż, jak pewnie wielu z nas zauważyło, od czasu gdy Andrzej Duda dał nam tę nadzieję na zwycięstwo, towarzystwo dotychczas skupione wokół patriotycznych mediów najwyraźniej poczuło niepokój. Nie wiem jeszcze, skąd ta reakcja, ale ją widać, słychać i czuć. Wczoraj na przykład redaktor Wikło na portalu wpolityce.pl napisał, że jeśli Duda nie zwróci się jednak o wsparcie do prawdziwych, zawodowych, ogólnopolskich mediów, przegra. Zdaniem Wikły, tak zwana „sprzedaż bezpośrednia” jest nieskuteczna i, jeśli chce się odnieść sukces, nie ma innej drogi, jak korzystanie z usług oferowanych przez zawodowe autorytety. I to, że Wikło wpadł mniej więcej w ten sam nastrój, co Warzecha, powiem szczerze, napawa mnie i radością i nadzieją. Jeśli oni wpadli w ten nastrój, to znaczy, że moje podejrzenia co do sposobu, w jaki Duda chce prowadzić swoją kampanię, są jak najbardziej słuszne. Obserwując reakcję przedstawicieli znacznej części prawicowego mainstreamu, mam dobre powody, by sądzić, że sztab Dudy z ich usług albo zrezygnował, albo je ograniczył do niezbędnego minimum. I oni już się o tym dowiedzieli. A, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że ja się od lat najbardziej boję nie tyle tego, że po Platformie władzę w Polsce obejmie PiS, co ludzi, którzy ów PiS z każdej strony oblepią swoimi ryjami, to uważam, że dla nas, ludzi dobrej woli, byłaby to wiadomość wręcz fantastyczna.

Proszę zaglądać na stronę www.coryllus.pl i szukać moich książek. Jest ich tam aż sześć i każda lepsza od poprzedniej.