Pokazywanie postów oznaczonych etykietą godność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą godność. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2015

O zerach, po których nic nikomu

Ponieważ upały tak mnie osłabiły, że nie jestem w stanie myśleć nawet o perspektywach, jakie się rozciągają przed Marcinem Kędryną, proponuję poczytać sobie tekst stanowiący jeden z rozdziałów mojej książki „o bananach”. Swoją drogą, bardzo przewrotnie w temacie ostatnich dni.

Możliwe że widziałem go już wcześniej – kto wie czy nie w tych pieprzonych Niemczech dziesięć lat wcześniej – ale jak idzie o prawdziwe, świadome przeżycie, to ananas w mojej świadomości pojawił się dopiero wtedy, gdy w Katowicach otwarto sklep Future 2, która to nazwa wbrew pozorom, a z pewnością zgodnie z lokalną tradycją, czytana była po niemiecku.
Tam było wszystko... No, może przesadzam. Może nie wszystko. Ananasy natomiast były z całą pewnością. Ananasy, kokosy, i to dokładnie takie same jak ten z filmu „Nocny Kowboj”, który biednemu Ratso wypadł z okna. A trzeba pamiętać, że to był zaledwie początek. To coś bowiem szybko padło i zostało przejęte przez dzieci starego Wiatra, czy może jego kumpla Pastusiaka, w postaci tak zwanego Empiku, natomiast w rożnych innych miejscach zaczęły się pojawiać – wprawdzie jeszcze bez galerianek, ale już robiące jak najbardziej solidne wrażenie – klasyczne już galerie handlowe, gdzie taki kokos z Future Zwei to był naprawdę żart. I z tego właśnie zaciągu powstał też potężny sklep o nazwie Geant.
Był rok 2000 i wtedy jeszcze, chyba siłą rozpędu po słodkich latach PRL-u, powodziło nam się zupełnie nie najgorzej. W ogóle, z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że tamten właśnie rok miał swoją moc symboliczną. Ja na przykład zacząłem wtedy pracować w szkole i niemal pierwszą rzeczą jaką poznałem, to była karta kredytowa Citi Banku. Do pokoju nauczycielskiego weszli ci wystrojeni akwizytorzy i wszystkim nauczycielom dali po jednej karcie ze zdjęciem i jakimiś paroma tysiącami w środku. A potem wszystko już poszło szybko. I to nawet niekoniecznie jak idzie o Citi Bank.
A zatem, był rok 2000, któryś z weekendów, wzięliśmy dzieci i, jak przystało na nowoczesną rodzinę, udaliśmy się na zakupy do wspomnianego Geanta. Pamiętam że kupiliśmy wtedy strasznie dużo najróżniejszego towaru, za naprawdę ciężkie pieniądze, no i w momencie kiedy już po zapłaceniu za ten wózek opuszczaliśmy kasę, podeszli do nas sklepowi ochroniarze... i nas wszystkich najzwyczajniej w świecie aresztowali. Oczywiście żona moja, osoba która do dziś żyje na tym poziomie obywatelskiego napięcia, że gdy tylko w którymś ze sklepów zapiszczy jej bramka, robi na cały sklep taką awanturę, że skutkiem tego znają ją już wszystkie agencje ochroniarskie w mieście, postawiła się dzielnie ochronie postawić... niestety na próżno. Zostaliśmy otoczeni, bez słowa wyjaśnienia zaprowadzeni na zaplecze sklepu i zamknięci w jakiejś klitce z kamerą pod sufitem.
Pytaliśmy się oczywiście, przekrzykując płacz dzieci, o co chodzi, ale wciąż dostawaliśmy jedną odpowiedź: „Dowiedzą się państwo w stosownym czasie”. No i wreszcie, po dłuższym oczekiwaniu, do celi przyszedł jakiś umyślny, przyniósł paczkę kredek i poinformował nas, że oto któreś z naszych dzieci naderwało folię, w którą kredki były zapakowane, i że w związku z tym mamy zapłacić 11 złotych i sobie te kredki zabrać.
Poszliśmy więc do kasy, kupiliśmy te kredki, żona moja je natychmiast – jak to ona – demonstracyjnie wyrzuciła do kosza, wróciliśmy do domu, a ja – pamiętając jeszcze z dawnych czasów zwyczaj, że z wszelkimi pretensjami idzie się prosto do Komitetu Wojewodzkiego PZPR i korzystając ze swoich wrodzonych umiejętności literackich – napisałem ładny list do „Gazety Wyborczej”. „Gazeta Wyborcza” zareagowała natychmiast. Zadzwoniła do nas jakaś kobieta, umówiła się z nami na spotkanie, myśmy jej wszystko opowiedzieli, no i z tego zrobiła się afera o skali porównywalnej chyba tylko z wtedy jeszcze zaledwie się rodzącą aferą Rywina.
Po pewnym czasie dostaliśmy telefon z dyrekcji Geanta i zaproszono nas na spotkanie. Poleźliśmy tam we dwójkę, obok nas siedziała przedstawicielka „Wyborczej”, przed nami jakiś Francuz, tłumaczka i ktoś jeszcze, no i Francuz – nie wdając się w szczegóły – zapytał nas, co chcemy za to, że nas tak potraktowano. Dziś sobie myślę, że to cośmy wtedy zrobili, zwłaszcza biorąc pod uwagę lata, które nastały, stanowiło błąd największy. Było jednak tak, że mając przed sobą tego Francuza, który z trudem ukrywał pogardę dla grupki biednych Polaków, którzy chcą go naciągnąć na jakieś grosze, właściwie równocześnie wymyśliliśmy, że nie weźmiemy od niego ani grosza. I kiedy Francuz zapytał nas, co chcemy, ja mu powiedziałem, że on chyba oszalał sądząc, że ja będę za niego myślał. Niech sam kombinuje. On wtedy wyjął czek, napisał na nim jedynkę z trzema zerami i podsunął mi go pod nos. Wtedy powiedziałem mu, że nawet jeśli on tam zacznie dopisywać kolejne zera, to nic z tego nie będzie, bo, jak to powiedział – inna sprawa, że mocno bez sensu – Mickey Rourke w filmie „Rok Smoka” pewnemu Chińczykowi, nas Polakow nie da się przekupić. No i proszę sobie wyobrazić, że on mnie wtedy zapytał, ile ja sobie tych zer życzę.
To właśnie wtedy nawaliłem. Zamiast mu coś tam rzucić, ja mu powiedziałem, żeby sobie ten czek wsadził i kombinował dalej. No i on wreszcie zapytał, czy może dzieci by coś chciały. Zabawkę, albo coś podobnego. No i tak się więc ostatecznie stało, że któregoś dnia, pojawił się u nas w domu specjalny kurier i przyniósł naszym dzieciom ogromne pudła z zabawkami plus dla każdego osobisty list z przeprosinami od firmy Geant. Trochę głupio, przyznaję, przynajmniej jednak mam satysfakcję, że on do dziś, kiedy jest tak nudno, że już nie ma o czym gadać, wspomina ten swój pobyt w Polsce, gdzie spotkał bardzo dziwnych Polaków. Polaków, dla których honor znaczył więcej niż jego portfel.
Geanta dziś już nie ma. Na jego miejscu jest coś co się nazywa Real. My już jednak tam bywamy bardzo rzadko. Czasem tylko wybierzemy się na krótko, by kupić flaszkę po mocno okazyjnej cenie, słoik indyjskiego sosu – też taniej niż choćby w takim Tesco – lub ciasteczka dla psa. I tylko sobie czasem myślę, że szkoda że mój ojciec nie dożył tych czasów. On, jako ostatni na tym świecie prawdziwy liberał, byłby zachwycony. Przynajmniej na początku. Tyle dobrego, że papieża doczekał.

Z informacji, jakie dostaję od Coryllusa, wiem, że nakład książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” , z której pochodzi powyższy tekst, jest już niemal na wyczerpaniu. Dodruk póki co nie jest planowany. Proszę więc nie tracić okazji. Ta i inne moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

środa, 28 marca 2012

O reputacji panny bez zęba na przedzie

Pisałem tu niedawno o Lechu Wałęsie akurat nie dlatego, że uważam go za postać wartą stałej dyskusji – choć przyznaję z prawdziwym bólem, że tak właśnie uważam – ale dlatego, by pokazać, właśnie na przykładzie Lecha Wałęsy, do jakiego stanu doszła polska debata. Oczywiście wiemy wszyscy, że przez to, iż Lech Wałęsa był przez całe lata 80 nominalnym przywódcą polskiej tak zwanej „rewolucji”, później został tym nieszczęsnym prezydentem, a dziś jest wciąż jednym z najbardziej znanych Polaków na świecie, nie jest łatwo go nagle zacząć traktować tak, jak on dziś w sposób aż nadto oczywisty zasługuje. A więc z lekceważeniem podobnym do tego, jakie przysługuje jakiemuś, powiedzmy, nocnemu stróżowi z punktu sprzedaży telefonów komórkowych. To co jednak zaskakuje nawet jak na nasze polskie standardy, które przyzwyczaiły nas przecież już niemal do najgorszych ekscesów, to fakt, że Lech Wałęsa wciąż przez znaczną część społeczeństwa traktowany jak autorytet. I to wcale nie w ramach owej tak strasznie perwersyjnej walki politycznej, ale szczerze. Prawdziwe. Z całego serca.
No bo spójrzmy na to raz jeszcze. Pojawia się Lech Wałęsa – ten Lech Wałęsa – ze swoim blogiem i z tym wszystkim, co on tam niemal codziennie pisze, a opinia publiczna swoim jak najbardziej oficjalnym głosem komentuje to z pełną powagą i nawet się przy tym nie zająknie. Nawet się nie zarumieni. Nie mówiąc już o tym, że nikt nie przyjdzie i nie zawoła, że dość już tego. Że tego człowieka i jego gadkę trzeba koniecznie gdzieś schować, bo ona nas, nawet jeśli nikt tego głośno nie mówi, zwyczajnie kompromituje i ustawia – jako kraj i jako naród – w pozycji, tym razem już naprawdę, chorego człowieka Europy. I nie tylko Europy.
Ktoś powie, że mówiąc o tej kompromitacji, wpadam w ton bardzo charakterystyczny dla tych wszystkich mędrków, którzy kiedy myślą o Polsce, nie mają w głowie nic innego jak tylko to, by o nas dobrze mówili na świecie. Otóż nie. Ja nie mam tu na myśli czegoś tak abstrakcyjnego jak zagraniczna opinia publiczna, ale zwykłe interesy. Ja świetnie wiem, że to co zrobił, czy powiedział Jaroslaw Kaczyński czy Donald Tusk nie obchodzi zwykłego Francuza, czy Szweda, zwłaszcza że oni akurat mają swoich własnych głupków w nadmiarze. Ów symboliczny Francuz czy Szwed mają ma nas głęboko w nosie. I to na każdym poziomie – od Smoleńska do Torunia. Oni nawet nie wiedzą, czy Lech Wałęsa wciąż jeszcze żyje, czy już dawno umarł. Co innego natomiast ci, którzy zajmują się globalnymi interesami. O tych możemy być spokojni. Dla nich żaden kolejny wybryk Wałęsy i nasza na niego reakcja nie pozostaną niezauważone. I tego akurat co oni sobie pomyślą o państwie i narodzie dla których ktoś taki jak Wałęsa pozostaje bohaterem, nikt im nie odbierze. I nie ma takiej siły, która by ich zmusiła do tego by, kiedy nas trzeba będzie trochę porozstawiać po kątach, oddzielać jedno od drugiego.
I ja naturalnie wiem, że nasza reputacja wcale nie najbardziej wisi na Lechu Wałęsie. Że gdyby to tylko chodziło o niego, zawsze można by było powiedziec, że my mamy do niego taki nasz polski sentyment i traktujemy go trochę jak ulubioną maskotkę, która wprawdzie jest już mocno zużyta i gdzieniegdzie nawet pokryta jakimś trudnym do określenia paskudztwem, ale jakoś się do niej przyzwyczailiśmy i głupio wyrzucić. Ja wiem, że o naszej pozycji w świecie interesów, wobec tego wszystkiego co na co dzień wyprawia rząd Donalda Tuska, czy prezydent Komorowski z panią Dziadzią, taki Wałęsa to naprawdę peryferie. Jednak wydaje mi się, że z rządami, i w ogóle władzą, jest trochę inaczej. Jest jakaś dość naturalna skłonność do patrzenia na narody nie w oparciu o to, kogo one sobie wybrały do reprezentowania ich na poziomie władzy, ale kogo biorą jako swoich patronów. A tu – jakkolwiek byśmy się tego nie wypierali – mamy przede wszystkim tego Wałęsę, Bartoszewskiego, Owsiaka, Wojewódzkiego, Palikota, Kutza… a więc typy, łagodnie mówiąc, albo ledwo przytomne, albo po prostu psychopatyczne.
Weźmy tego Kutza. Niedawno, dzięki blogerowi Libickiemu, trafiłem na jego wywiad dla Onetu. Libicki akurat – no ale czego można się spodziewać po Libickim – zwraca w wypowiedzi Kutza uwagę na coś, co pozostaje bez jakiegokolwiek znaczenia, a mianowicie na to, że Kutz smarka na Kościół i w ogóle na religię jako taką. Nie on pierwszy, nie ostatni, no i przede wszystkim wcale nie jest w tym najlepszy. Na mnie akurat zrobiło wrażenie coś innego. Otóż, jak wiemy, Kazimierz Kutz jest staruszkiem mocno już posuniętym w latach, i co gorsza, on nawet nie ma tego co wspomniany wcześniej Bartoszewski, a więc owego pozornego choćby wigoru. Każdy kto miał ostatnio okazję oglądać Kutza w akcji wie, że on doszedł do takiego miejsca, że gdyby go choć lekko puknąć, to prawdopodobnie palec by nam wpadł do środka. A to przecież tylko jeśli idzie o jego stan fizyczny. Psychicznie bowiem jest jeszcze gorzej. Kutz najzwyczajniej w świecie już nawet nie jest w stanie normalnie wyrażać myśli. To co on robi, to czysta, starcza demencja. I ciekawe w tym jest tylko to – ale może i aż to – że jedyną myśl, jaką jeszcze się z tego jego mamrotania da odczytać, to jakieś uwagi o seksie i prawie do tak zwanej „godnej śmierci”. On – zachowując ów stan niemal pełnej utraty przytomności – wciąż coś mówi o kopulacji i o tym, że kiedy on tylko poczuje, że już dłużej nie może, odbierze sobie życie. Posłuchajmy fragmentu wspomnianej rozmowy:
„PO była starą ciotką, której już nikt nie chciał pier... i samej jej się już nie chciało pier... Teraz ta ciotka się obudziła i dostała wigoru. Skończył się ping-pong z Kaczyńskim i jazda na jałowym biegu. Skończył się podział na Polskę Kaczyńskiego i Tuska. Dzisiaj Tusk może współpracować z Palikotem i mają dużo do zrobienia.[Początek kadencji Donalda Tuska robił wrażenie, jakby władza] była w ręku ciotki w przededniu klimakterium. Cały czas wujek Jarosław dobijał się do niewłaściwych drzwi i hałasował, więc można było rządzić nie wyjmując rąk ze spodni”.
Onet oczywiście wszystko należycie wykropkował, natomiast każdy kto wie, co słychać w głowie Kazimierza Kutza wie, że on prawdopodobnie sobie nie folgował. Bo to jest właśnie taki pan. I tak to właśnie w jego wypadku wygląda. Ale popatrzmy dalej:
„Nie chciałbym być ciężarem dla innych. Moim świętym prawem jest decydowanie, kiedy chcę odejść. Trzymanie na siłę ludzi przy życiu jest niegodne. […] Bóg dał nam wolną wolę i prawo do zachowania godności. Eutanazja nie jest samobójstwem, ale prawem do decydowania o odejściu. Ja pewnego dnia sam nieproszony będę chciał powiedzieć: ‘Panie Boże, odchodzę’. Śmierć to sprawa godności. Tak jak życie. Nie odbierajmy ludziom godności do dobrej śmierci. […] Tak mnie matka wychowała. Nie można być obciążeniem dla dzieci, ale i nie można żebrać od dzieci pomocy. Tak trzeba żyć, żeby dzieciom do końca pomagać, ale nie chcieć od nich niczego. Ja swoim dzieciom nie zamierzam sobą zawracać głowy.[…] Zasnę na zawsze. Są różne środki. Nie będę się wieszał, ani podcinał. Zostawię list dzieciom i odejdę”.
I to jest właśnie Kazimierz Kutz. Ktoś, z kim Onet przeprowadza w dwóch częściach wywiad, który następnie jest cytowany przez polskich polityków i komentatorów. Ktoś kto jest jednym z najbardziej popularnych polskich polityków, ktoś kto, jeśli tylko jego kandydatura jest wystawiona w dowolnych wyborach na Śląsku, wygrywa z wszystkimi nawet nie prowadząc odpowiedniej kampanii. Wystarczy nazwisko i reputacja. Właśnie ta reputacja. Reputacja starego, półprzytomnego piernika, szukającego czegoś po kieszeniach spodni. Oto Kazimierz Kutz – senator RP, człowiek, którego przy byle okazji o wypowiedź proszą najważniejsze polskie media, a prosząc o tę wypowiedź nawet nie mają na myśli sprowokowania jakiegoś skandalu, lecz zwyczajnie, zasięgnięcie opinii u kogoś, kto jest niewątpliwym autorytetem dla wielu.
Proszę zwrócić uwagę, o czym Onet rozmawia z Kutzem. Nie o sytuacji politycznej na linii Platforma Obywatelska – Prawo i Sprawiedliwość. W końcu Kutz tak naprawdę politykiem nawet nie jest. On to sam zastrzega. On jest artystą i filozofem, który przyszedł do polityki, by dawać świadectwo wartościom. A więc rozmowa z nim nie służy wyciąganiu od niego deklaracji politycznych, lecz jest wyłącznie pretekstem, by dać mu coś powiedzieć na temat Boga, życia, śmierci, no i oczywiście seksu. Czemu tak? No bo wiadomo, o polityce – a więc o czymś brudnym i nieciekawym – można rozmawiać z jakimś Kaczyńskim, ministrem Kwiatkowskim, czy choćby i Aleksandrem Kwaśniewskim. Z ludźmi takimi jak Władysław Bartoszewski, Maria Czubaszek, Jolanta Kwaśniewska, Zbigniew Hołdys, czy właśnie Kazimierz Kutz rozmawia się o tematach uniwersalnych. Bo to oni są na tyle autorytetami, by obywatelowi wyjaśnić wszystko to, co go gryzie, kiedy już wróci do domu z pracy, zje obiad i chce się pozastanawiać nad życiem. A mój problem polega na tym, że mam bardzo poważną obawę, że to właśnie obywatel sobie takich lektorów wybrał. I to właśnie o obywatelu świadczy jak najgorzej. I to właśnie jak najgorzej świadczy o miejscu, które obywatel zamieszkuje.
Dlatego właśnie słucham tego Wałęsy, czytam rozmowę z Kutzem, wiem, że prawdopodobnie już niedługo w telewizji pokaże się wspomniany Bartoszewski, czy Andrzej Olechowski, i już nie będzie miało zupełnie znaczenia, co wyprawia Tusk z Pawlakiem w sprawie emerytur, i co powiedział Bronisław Komorowski na temat Powstań Śląskich. Bo wszyscy, jak wiemy, polityki nienawidzimy. My tak naprawdę szanujemy tylko swoje autorytety. Kiedyś był to Jan Paweł II. Dziś, kiedy Go nie ma, pozostał nam już tylko Wałęsa, Bartoszewski, Owsiak, a jak ktoś lubi więcej i bardziej, to też może być i Kutz. On też. Do czasu przynajmniej jak już nie uzna, że nie chce być dla nas dłużej ciężarem. I da nam przykład, jak należy wstać i wyjść.

Serdecznie proszę wszystkich, którzy lubią czytać te teksty i mają z nich jakąś satysfakcję, o finansowe wspieranie tego bloga. Również zachęcam do kupowania książki. Niedługo Wielkanoc, a więc prezent będzie jak znalazł.

środa, 14 kwietnia 2010

Dziś Wawel, czyli wciąż lezą



Ponieważ jestem ojcem dwóch córek, jak to się mówi w normalnej Polsce, na wydaniu, mam pewien kompleks, który – jestem pewien – dzieli wielu innych ojców, będących w podobnej do mnie sytuacji. Otóż w odróżnieniu od zwykłych podstarzałych mężczyzn, zamiast wodzić rozanielonym wzrokiem za młodymi dziewczynami, wodzę wzrokiem – i to w żaden sposób nie rozanielonym – za młodymi mężczyznami. I cały sens tych moich działań obserwacyjnych sprowadza się do tego, by móc uwierzyć, że – z punktu widzenia właśnie interesów dziewcząt na wydaniu, a przy okazji i moich osobistych – tego kwiatu jest pół światu. Wciąż. I, niestety, coraz częściej widzę, że sytuacja wcale nie jest dobra. Że prawdę powiedziawszy wybór praktycznie nie istnieje i że jest boleśnie prawdopodobne, że któregoś dnia moja córka przyprowadzi do domu jakiegoś idiotę w kapturze, lub w cieniutkim binderku i powie że on się nazywa Darek, albo Patryk, a ja będę już do końca moich dni będę musiał mu dawać pieniądze, które zarabiam choćby z tego bloga, na kino, albo hamburgera.
Niekiedy, naprawdę z rzadka, udaje mi się jednak zobaczyć kogoś, kto ani nie zachowuje się jak pajac, ani nie wygląda jak pajac, natomiast ma coś takiego w sobie, co pozwala mi pomyśleć, że oto pojawił się jeden z ostatnich Mohikanów. Kto w tych naprawdę trudnych czasach, które tak często z młodych ludzi robią wyłącznie towar, z tym zastrzeżeniem, że jest to towar albo uszkodzony, albo po naprawie, nagle robi wrażenie czegoś zwykłego, autentycznego, czemu jakimś cudem udało się stanąć z boku i powiedzieć: Patrzcie na mnie, jestem wciąż taki jak byłem zawsze.
Wiem że to co piszę ani nie brzmi odpowiednio poważnie, ani w ogóle nie robi wrażenia czegoś choćby minimalnie mądrego. Ale, jak mówię, jest to mój kompleks i na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że z całą pewnością nie jestem jedynym ojcem, który od czasu do czasu uzyskuje tego rodzaju perspektywę. A skoro już się usprawiedliwiłem, to pozwolę sobie jeszcze w tej kwestii parę słów. Otóż córka moja, ponieważ według dostępnych mi standardów jest dziewczyną atrakcyjną, od czasu do czasu pokazuje się z kimś kto ją zwyczajnie lubi. I, powiem szczerze, są to najczęściej chłopcy, którzy robią dobre dość wrażenie. Problem w tym, że ona niezmiennie ich odstawia, twierdząc też nieodmiennie, że to głupki. Zawsze mnie ta postawa martwiła, i przy okazji nigdy nie udało mi się od niej wyciągnąć bardziej konkretnej informacji, w czym rzecz. Głupek i tyle.
I wczoraj wydarzyło mi się coś takiego, że zobaczyłem coś, co do tej mojej perspektywy wprowadziło pewną korektę, niestety nie najbardziej optymistyczną. Otóż w telewizji zobaczyłem demonstrację jakiś przeciwników pochowania Prezydenta na Wawelu, którzy stali gdzieś w nocnym Krakowie i darli mordy, że „Na Powązki, na Powązki, na Powązki”. Dziennikarka postanowiła przepytać któregoś z tych czarnych aktywistów i pojawił się młody chłopak, najpierw jeden, potem drugi, który wyglądał po prostu ładnie, patrzył szczerze w oko kamery i spokojnym bardzo głosem robił z siebie takiego cymbała, że – szczerze powiedziawszy – w tym momencie wolałbym zobaczyć jakiegoś zaćpanego gimnazjalistę z nożem. I pomyślałem sobie, że sytuacja jest absolutnie dramatyczna. W świecie, w którym tak ciężko, i coraz ciężej, spotkać młodych ludzi, którzy i wiedzą co to Wawel i co to królowie i co to historia, a co to Powązki i godność, nagle pojawia się ktoś kto to z pozoru to wszystko wie, tyle że ta wiedza mu się zdaje jak psu na budę. Bo nawet jeśli jest uczniem którejś z najlepszych krakowskich szkół, a w tej szkole jest jednym z najlepszych i najbardziej uświadomionych obywatelsko uczniów, i nawet jeśli potrafi wypowiedzieć składnie jedno zdanie, nie wtrącając w to słowa „kurwa”, jest równie pusty jak każdy inny jego rówieśnik i tak czy inaczej, prędzej czy później znajduje swoje ulubione miejsce w jakichś idiotycznych dyskusyjnych grupach w Internecie o przezabawnych tytułach, takich jak „Piramida Cheopsa dla Kaczyńskiego”, czy coś podobnego.
A przecież dni które wszyscy tak mocno przeżywamy są tak proste i oczywiste. Przesłanie, które się z nich wynurza jest tak jednoznaczne i tak czyste, że naprawdę wiele na to wskazuje, że już nigdy nikt z nas nie będzie miał tak dobrej okazji, żeby poczuć się człowiekiem. To jest właśnie sytuacja, kiedy najgorsze zakapiory, najwięksi cynicy i pustogłowi durnie, mogą nagle – zupełnie za darmo, bez najmniejszego wysiłku – zobaczyć ową prawdziwą dostojność i choć na chwilę się w jej obliczu zamknąć. To zdarzenie, ta symbolika z nim związana, nawet nie koniecznie znaki – bo powiedzmy, że znaki sa niekiedy za trudne – to wszystko zostało nam podane na tacy. Nagle stanęliśmy – po raz pierwszy od wielu lat – wobec tej prawdy, że nasze codzienne emocje są niczym w obliczu potęgi historii. Nagle otrzymaliśmy okazję, by zrozumieć jak bardzo na przykład to, że amerykańskie dzieci w amerykańskich szkołach, kiedy w czasie śpiewania hymnu, trzymają dłoń na sercu, nie ma nic wspólnego ani z Bushem, ani z Clintonem, ani z Obamą. A tym samym – bo tu już jest droga krótka – jak bardzo nasze łzy i nasze ściśnięte gardła, są niezależne od tego czy zmarły prezydent nazywa się Wałęsa, Kaczyński czy Kwaśniewski. Że historia państw i narodów ma w sobie taką moc, że przy niej bez znaczenia są i pojedyncze losy, pojedyncze upadki, a i pewnie pojedyncze wzloty.
Tymczasem okazuje się, że jest cała grupa ludzi – młodych i starszych – którzy potrafią ładnie mówić, ładnie patrzeć, a i czasem – co widzimy i tu w Salonie – ładnie pisać, i którzy przez te wszystkie ostatnie lata prawdziwego upadku w jakim zanurzyła się ta nasza Polska, dostali tak mocno po głowach, że nagle jedyne co wiedzą to to, że liczy się tylko chwila, która jest tylko nasza i z którą możemy sobie robić, co nam się żywnie podoba. Bardzo to przygnębiające.
Przed nami kolejny dzień tego wspólnego rozrachunku i tej wspólnej szansy. Boję się tego dnia. Bo wygląda na to, że ci, którzy powinni dawać przykład, są już tak fatalnie wydrążeni, że to nimi najbardziej trzeba się będzie zająć. Na szczęście jest też wciąż dużo tych, którzy swoją postawą pokazują, że oni ten obowiązek mogą śmiało wziąć na siebie. Przede wszystkim ci harcerze, którzy tak dzielnie od rana do nocy przestawiają świeczki pod Pałacem Prezydenckim, ta młodzież zgromadzona na nabożeństwach w naszych kościołach, te małe dzieci klęczące w modlitwie przed znakami i symbolami; ale również ci co zawsze byli pozornie najgorsi,. A więc te bandy okapturzonych kiboli, tych gimnazjalistów z nożami, tych zaćpanych durniów nie mających najczęściej nawet pojęcia co jest co i gdzie i jak. To oni muszą dziś pokazać tym prymusom z prywatnych liceów i z naszych najlepszych uczelni, tej elicie młodej Warszawy i młodego Krakowa, jak wygląda prawdziwa godność.
Bo jeśli im nie pokażą, to i ja i inni ojcowie będący w podobnej do mnie sytuacji, możemy równie dobrze zacząć się pakować.

czwartek, 8 kwietnia 2010

O nożu i widelcu i poszumie liści



Przy okazji wczorajszych uroczystości w lesie katyńskim wypełniło mnie tyle przeróżnych mysli, że w pewnym momencie nawet sięgnąłem do czasów, gdy to co dziś dla jednych stanowi chlubę IIIRP, a dla innych jej zgubę, dopiero się hartowało. Przypomniało mi się na przykład, jak – obecny jak najbardziej wczoraj w Katyniu – Tadeusz Mazowiecki pojechał tam po raz pierwszy i telewizja pokazała, jak on, premier polskiego rządu i jego rzeczniczka Niezabitowska pląsają w jakiejś ruskiej sali na tańcach, które im miejscowi zorganizowali. Patrzyłem więc na byłego premiera, jak siedzi obok bawiącego się komórką Wałęsy na krzesełku, które im w tym lesie ustawiono i zastanawiałem się, czy on sobie jeszcze przypomina tamtą upojną noc? Kiedy ich tam przywieźli i potraktowali z taką uwagą, a on tańczył z piękną panią Małgosią i czuło się powiew historii.
Ale przypomniałem sobie jeszcze coś. Jak wtedy, w tamtych mniej więcej też czasach, któryś z polityków partii, która wprawdzie rządziła bardzo krótko, ale zawsze była bardzo zainteresowana tym by decydować o tym kto rządzić ma, wypowiedział słowa, które brzmią mi w uszach do dziś – czasem jak żart, a niekiedy jako pewnego rodzaju fatum. Nie pamiętam kto to był. Czy bardziej pasuje tu Andrzej Celiński, czy może Władek Frasyniuk. Myślę, ze jednak był to pan Władek, ewentualnie jego kolega Zbyszek Bujak, lub jakiś inny aspirujący polityk o mocnych, czerwonych dłoniach i skupionym czole. Nieważne. Liczą się te słowa. Że jak to dobrze mianowicie jest być członkiem partii ludzi, którzy wiedzą, jak się je nożem i widelcem.
No więc dziś, po latach, widać to wyraźniej niż kiedykolwiek, że to co wówczas brzmiało jak żart lub głupstwo, zaciążyło nad Polską niczym fatum. Że to właśnie te słowa o nożu i widelcu, podobnie zresztą jak ów taniec Premiera z błyszczącą i roześmianą Małgorzatą Niezabitowską gdzieś w drodze do tego lasu, stanowiły bardzo znaczącą część tego „mitu”, o którym wspomniał wczoraj w Katyniu premier Tusk, a który tak bardzo ukształtował naszą pamięć o zbrodni sprzed lat. Bo nie jest oczywiście ani mitem los tych tysięcy Polaków, ani nie jest mitem los tej dziewczyny, o której prawdopodobnie przedwczoraj dowiedział się Donald Tusk i postanowił nam opowiedzieć. Szczególnym natomiast mitem – mitem założycielskim – jest właśnie ten nóż i widelec i to bogactwo świateł i te pląsy i ten radosny śmiech bawiącej się władzy.
Do czego zmierzam? Mam otóż wrażenie, że przed współczesną Polską – kiedy już i Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski i Wojciech Jaruzelski mogą najwyżej pełnić funkcje doradcze dla osób sprawujących władzę – stoi jedna alternatywa. Albo jej los zostanie oddany w ręce tych, którzy wiedzą, że Państwo i Naród to coś znacznie więcej niż błogie poczucie przebywania w dobrym towarzystwie, albo będzie w dalszym ciągu skazany na kaprysy ludzi, którzy nade wszystko ukochali dyskretne pobrzękiwanie srebrnych zastaw.
Każdy dzień zbliżający nas do wczorajszych uroczystości w Katyniu przynosił kolejne potwierdzenie faktu, ze z punktu widzenia polskiej polityki zagranicznej nie ma nic cenniejszego, jak osiągnięcie takiego stanu, gdy między Polską a Rosją nastanie nie wzajemny szacunek, nie prawdziwa wspólnota interesów, a nawet nie chłodna równowaga, ale zaledwie ten moment, gdy oni powiedzą „przepraszam”, my powiemy „wybaczamy”, a wtedy już wreszcie będziemy się mogli wspólnie upić i dalej już tylko trzeźwieć w błogim przekonaniu, że polityka jedzenia nożem i widelcem po tych wszystkich, wieloletnich staraniach, przyniosła efekty. No i nadszedł ten dzień, a przestrzeń publiczna wypełniona była już tylko tym pełnym napięcia wyczekiwaniem na to, co zrobi ten, w którego rękach jest nasze przyszłe dobre samopoczucie, a może i los. Czy przeprosi, czy się uśmiechnie, czy zwolni kroku, czy może choćby spojrzy życzliwie? A jeśli nie przeprosi, to co powie? I jak to powie? Co przywiezie? A jak przywiezie, to czy da, czy tylko pokaże? A może chociaż obieca, że jak będzie miał chwilę, to się zastanowi?
Nie nastąpiło ani jedno, ani drugie, ani siódme. Najpierw się spóźnił, potem się przywitał, następnie szybko zrobił co miał zrobić… i, cholera, jeśli spojrzał, to tylko przed siebie. Patrzyłem na idących obok siebie Putina i naszego premiera, jak maszerują szybkim, mocnym krokiem i jedyna satysfakcja jaką czułem to ta, że jednak te piłkarskie treningi przydały się na tyle, że nie trzeba się było bardzo zadyszeć. A później te przemówienia. I tu już się chciało wyć. Gdy Donald Tusk – zapewne silnie podenerwowany sposobem, w jaki został potraktowany – opowiadał Putinowi o tamtej dziewczynie, i z takim napięciem patrzył w jego stronę, w ten idealnie nieprzyjazny profil człowieka, który i tak go pewnie nie słuchał. I chwała Bogu, bo jeszcze by mu odpowiedział: „Daj pan spokój! Co mnie obchodzą wasze wzruszenia? Takich historii, to ja wam mogę opowiedzieć setki. A jak chcecie, to zapraszam do siebie. Puszczę wam jakiś ładny film. My tu w Rosji mamy bardzo zdolnych filmowców”.
Albo jeszcze gorzej. Bo coś by mu nagle strzeliło do tego ruskiego łba i spojrzałby polskiemu premierowi z bezczelnym uśmiechem w oczy i powiedział: „No dobra, przepraszam za tę dziewczynę” i Tusk by się pobeczał z wdzięczności i wzruszenia. A za nim obserwatorzy, komentatorzy, historycy i cała ogłupiała część polskiej opinii publicznej. I w ten sposób wreszcie ten „mit”, o którym Premier wspomniał, skutecznie by się wypełnił.
A tak niewiele było trzeba. Wystarczyło tak nie pędzić. Nie zgodzić się na ten krok. Przystanąć, rozejrzeć się po tych drzewach, wciągnąć nosem ten zapach wiosny i pomyśleć sobie że to jeszcze tamta wiosna, i zmusić Rosjanina, żeby przystanął. A wtedy mu powiedzieć: „Słyszysz pan tamte strzały? Czujesz pan ten płacz? Widzisz pan ten las?” To było naprawdę proste. Nawet ktoś taki jak Tusk mógł to zrobić. Co do reszty, musimy niestety jeszcze poczekać. Na prawdziwego człowieka i autentycznego mężczyznę. Który nie tylko będzie umiał wykonać jeden prosty, ludzki gest, ale znajdzie jeszcze w sobie poczucie, bycia Polakiem. A to sprawi, że to on będzie nadawał tempo. I nie zawsze przecież. Ale na pewno w jednej z tych wciąż nielicznych sytuacji, kiedy naprawdę wszystko należy już tylko do nas i tylko od nas zależy. Wtedy dopiero wszyscy zobaczymy, jak mało znaczą słowa. A już zwłaszcza jakieś tam „przepraszam”.

niedziela, 24 stycznia 2010

O tłumaczeniu dowcipów



Kiedy Janusz Palikot został blogerem Salonu24, zaskoczyło mnie to zaledwie troszeczkę. Ja ten trend obserwuję od pewnego czasu, i nie dość, że go obserwuję, to wiem, o co chodzi. Salon24, przy swojej niszowości, jest miejscem mianowicie bardzo poważnym, i każdy minimalnie sprytny polityk powinien wiedzieć – a jeśli nie wie, to prędzej czy później się zorientuje – że tu warto uderzyć. I uderzy. Albo samodzielnie, albo przez swojego asystenta, ale uderzy.
A więc patrzę jak przychodzą. Najpierw Czarnecki z Girzyńskim, potem Dorn, niedawno Pawlak, a teraz Palikot. Zobaczyłem tego Palikota i się zadumałem. Jednak nie nad Palikotem, ale nad sposobem, w jaki on został tu przyjęty. To co zobaczyłem na jego blogu, a więc i powódź komentarzy, i uroczyste powitanie, jakie mu zgotował Igor Janke, i wreszcie tę eksplozję potrzeby pokazania Palikotowi, jak my go tu wszyscy nienawidzimy, a jednocześnie jak bardzo szanujemy jego pozycję, mnie poraziło. Już wcześniej dziwiłem się, że tak wielu, z pozoru rozsądnych i myślących ludzi, tak bardzo potrzebowało dowartościować obecność tu Waldemara Pawlaka, no ale pal go licho! Pawlak to wprawdzie tylko (i aż Pawlak), ale pal go licho! Palikot to co innego. Trudno mi mianowicie wyobrazić sobie postać tak śliską i nieprzyjemną w tej śliskości, która by tak zasługiwała na zimne lekceważenie jak Palikot. A jednak to czego się można było się spodziewać, nie nastąpiło. Palikot został tu przyjęty fajerwerkami. Wprawdzie głównie nienawiści i pogardy, ale fajerwerkami.
I wtedy pomyślałem, że się zniżę i napiszę ten tekst http://toyah.salon24.pl/151915,flaszka-z-januszem. Nie o Palikocie przecież, ale o ludziach, którzy mu tę fetę zorganizowali. Tekst, w którym postawię pytanie, jak to się stało, że rozwiązanie z pozoru oczywiste, czyli kompletna pustka i – pomijając zwyczajową paplaninę paru trolli – milczenie pod tym blogiem, nie nastąpiło. Nie chciałem tego robić, ale kiedy już zobaczyłem, że wśród komentujących pojawił się i Sowiniec, a to po to, by nawiązać z Palikotem dyskusję filozoficzną, siadłem i zacząłem pisać tekst. O ludziach, którzy, choć wiedzą że mają do czynienia wyłącznie ze śliskim złem, do tego zła lgną, jak do Matki Ziemi. Napisałem więc tekst, w którym wyraziłem zdziwienie, że ktoś tak podły i nikczemny jak Palikot jest w Polsce traktowany ze szczególną wciąż rewerencją. Że nawet ci, którzy wiedzą, że on jest zaledwie podły i nikczemny, czują, że ta jego podłość i nikczemność są jednak inne, barwniejsze, może bardziej ironiczne, może w pewnym sensie stańczykowskie, i że ten rodzaj podłości i nikczemności zasługuje na szacunek.
To było zdziwienie. Ale również napisałem, że tak być nie powinno. Że to jest szalenie smutne, że ktoś kto w gruncie rzeczy reprezentuje poziom menela Huberta K., tylko dlatego, że jest ładnie ubrany, ma pieniądze i wykształcenie filozoficzne, nagle właśnie przez te swoje szaty, ten majątek i ten tytuł magistra traktowany jest z większą powagą. Wreszcie, żeby podkreślić swój stosunek do Palikota i zaproponować jedyny możliwy sposób, w jaki z nim można rozmawiać, dopuściłem się czegoś, czego się wręcz bałem, że przez swój prymitywizm i jednoznaczność, przykryje cały sens mojej wypowiedzi. Wygłosiłem więc ten pełen menelskiego bełkotu, a jednocześnie prostej nienawiści tekst, skierowany bezpośrednio już do Palikota i sprawę zamknąłem.
I co się stało? Najpierw otrzymałem mail od jednego z moich kolegów, w którym ów kolega poinformował mnie z wyższością, że on już o Palikocie dwa razy pisał i jeśli idzie o niego, to wystarczy. Następnie pojawił się pierwszy komentarz, w którym nie bardzo mi znany bloger, w odpowiedzi na tekst w którym wezwałem do tego, by z Palikotem nie gadać, pouczył mnie, że Palikota należy bojkotować, a nie tracić czas na pisanie o nim. Po chwili pojawił się kolejny komentarz, w którym inny bloger, tym razem już mi znany, napisał, że zajmując się Palikotem tracę czas, i w dodatku go dowartościowuję. Tym razem już nie wytrzymałem. Nie wytrzymałem dlatego, że sytuacja w której ktoś, kto na blogu Palikota zostawił kilkanaście komentarzy, w odpowiedzi na tekst, w którym ja wyrażam z tego powodu smutek i zażenowanie, poucza mnie, że z Palikotem gadać nie należy, jest zwyczajnie kuriozalna. No a potem już poszło jak z górki. Jedni zwracali mi uwagę, że moje uwielbienie dla Palikota jest żałosne, a inni oskarżali mnie, że zamiast krytykować Palikota, to obrażam „naszych”. Świat stanął na głowie? Tak jakby.
To co się stało, jest dla mnie doświadczeniem bardzo przykrym z wielu względów, o których nie chce mi się już tu pisać. Spróbuję jednak jakoś z tym żyć i zobaczymy, jak mi pójdzie. Muszę jednak zwrócić uwagę na coś jeszcze, co się też zdarzyło przy okazji tego wpisu, a co mnie pociesza i pozwala wierzyć, że było warto. Otóż ja już wcześniej spostrzegłem, że ile razy napiszę coś co wydaje mi się bardziej ważne i wartościowe, na ten blog, w zwiększonej liczbie złażą się komentatorzy, których zwykle określa się mianem trolli. I tak się właśnie zdarzyło teraz. Wśród komentarzy pod omawianym wpisem, pojawiło się ich dużo więcej niż zwykle. I to jest dla mnie wiadomość dobra. Bo otóż okazało się, że wśród czytelników owego wpisu byli też i tacy, którzy go zrozumieli bez najmniejszego wysiłku. I uznali ten wpis za na tyle ważny, żeby w nim pomieszać. I to mnie raduje. Bardzo.
Na koniec już mam informację tylko dla moich przyjaciół. Nasz kolega giz 3miasto zaapelował do mnie, bym w tym co piszę był bardziej jednoznaczny. Żebym pisał jaśniej i z uwzględnieniem możliwości, że do niektórych z nas trzeba mówić prosto, jednowarstwowo i bez tych okropnych komplikacji. Otóż nie! Nic z tego nie będzie. Będę pisał tak jak dotychczas, zakładając że czytelnicy tego bloga potrafią jednocześnie czytać i rozumieć. I prędzej głupi zmądrzeją, niż ja zacznę pod każdym z moich wpisów umieszczać specjalne przypisy dla tych, którym się albo nie chce, albo che, ale nie za bardzo. Niedoczekanie Wasze!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...