wtorek, 30 czerwca 2009

To żyje!

Niedawno wspomniałem tu o posłance Marzenie Wróbel, zaatakowanej w sposób, który prawdopodobnie byłby precedensem nawet w środowisku typowo ruskiej żulowni, przez posła Platformy Obywatelskiej o nazwisku Węgrzyn. Nie znałem wcześniej sprawy. Przyznać muszę, ze ja nawet nie znałem wcześniej ani posłanki Wróbel, ani tego buca. Więcej powiem. Ja w życiu nie miałem okazji oglądać posiedzeń komisji, której jedyną racją bytu, od niewiadomo jak dawna, jest sprokurowanie jakiegoś mocnego powodu, żeby wsadzić Zbigniewa Ziobro za kratki. Nie wiem, jak to się stało, ale to jest fakt. Wszystko co wiem o działalności tej wesołej gromadki, to to co przeczytałem w gazetach i zobaczyłem w telewizyjnych skrótach. A zatem, kiedy dowiedziałem się, że tam działa kobieta, która jest tak utalentowana, że zmusiła kogoś do tak spektakularnego odkrycia się, z jakim się wystawił Węgrzyn, chciałem bardzo na tych dwoje rzucić okiem. I rzuciłem. Właśnie w dniu dzisiejszym.
Niestety, posła Węgrzyna już nie doczekałem. Dokonałem natomiast odkrycia, pod pewnym względem – być może – nawet ważniejszego. Bo oto natrafiłem na coś tak interesującego, że już nigdy więcej nie będę potrzebował jakichkolwiek politycznych i okołopolitycznych wrażeń. Nie będę już się niczym zachwycał, niczemu dziwił, niczym oburzał. Cała ta scena wypełniona tym, co się w starych czasach nazywało freak show, została – w moim odczuciu – ściśle i ostatecznie zamknięta. Z jednej strony mamy czyste i niepowtarzalne chamstwo w osobie tego Węgrzyna, z drugiej prawdziwą ruską bezczelność, której liderem pozostanie już na zawsze Sebastian Karpiniuk, a całość ostatecznie domyka umysł o wymiarze prawdziwie komiksowym. Oto przed nami łysy staruszek z PSL-u o nazwisku Łuczak. Przesłuchiwano Konrada Kornatowskiego, byłego szefa policji, wyrzuconego ze stanowiska na fali tzw. afery Kaczmarka. Rzeczony Łuczak zadaje pytania.
ŁUCZAK: Jak pan sądzi, co było przyczyną załamania się systemu niezależności struktur prokuratorskich, bo przecież w sądzie jest niezależność […]
WRÓBEL: Wnoszę o uchylenie tego pytania. Tu jest zawarta sugestia, i to sugestia ocenna.
KARPINIUK: Dobrze. To znaczy, jakby pan wiceprzewodniczący mógł troszeczkę inaczej sformułować swoje pytanie.
ŁUCZAK: Dobrze. Nie będę pytał co pan sądzi. Co było przyczyną załamania się systemu niezależności prokuratorskiej, bo jak wiadomo […]
WRÓBEL: To jest teza, która nie została udowodniona. Teza nie do przyjęcia. To jest ocena.
KARPINIUK: Pan wiceprzewodniczący pragnie zapytać czy nastąpiło tego rodzaju załamanie i takie pytanie może być zadane.
WRÓBEL: Pan przewodniczący nie zadał pytania „czy”. Pan przewodniczący postawił tezę, że nastąpiło załamanie systemu. To jest zasadnicza różnica.
KARPINIUK: Panie pośle Łuczak. Niech pan odpuści. To szkoda czasu.
ŁUCZAK: Powiem tylko jedną rzecz. Jak na polonistkę, to dla mnie różnica, co było przyczyna, czy była różnica, to te dwa sformułowania niewiele się od siebie różnią…
WRÓBEL: To jest zasadnicza różnica…
ŁUCZAK: Dziękuję pani Wrobel za sugestię. Czy było… czy była… co było przyczyną załamania się systemu niezalezniości struktur prokuratorskich, bo przecież w sądzie sędzia…
WRÓBEL: Przepraszam. Pan ciągle stawia tezę, że doszło do załamania struktur. To jest sugestia, która zawiera ocenę.
ŁUCZAK: Przepraszam, ale nie będę zadawał pytań w obecności pani Wróbel. To uwłacza mojej godności, żebym zadawał pytania w takiej atmosferze.
KARPINIUK: Pani poseł, prosiłbym żeby pani przestała krzyczeć na członków komisji, bo doprowadza pani do sytuacji dość stresowych, a to jest zupełnie niepotrzebne. Pan wiceprzewodniczący jest tu u kresu wytrzymałości emocjonalnej.
Scena jest taka, że poseł Łuczak, który dotychczas tylko z politowaniem uśmiechał się do kamery, demonstracyjnie wznosił oczy ku niebu, łapał się za głowę, i teatralnie sapał, żeby pokazać światu, jak to on już nie jest w stanie zdzierżyć eksplozji ciemności ze strony swojej tępej koleżanki, nagle zaczyna machać rękami, zrzucać ze stolika papiery, pakować się do wyjścia i krzyczeć do Karpiniuka, że Karpiniuk nie radzi sobie z komisją i ma natychmiast wyrzucić z jej prac tę straszną babę. Co w sposób nieunikniony doprowadza do tego, że Karpiniuk, oczywiście, każe się posłance Wrobel zamknąć, pod groźbą, że każde następne jej słowo spowoduje, że wyleci z komisji na wieczne czasy i będzie spokój.
Taki obraz pokazują nam kamery TVN24, świat to ogląda, a ja – jak już wspomniałem – nie potrzebuje już nic więcej. Oto do czego doszliśmy po dwóch niemal już latach tego szaleństwa. Trzy żywioły, stanowiące tak naprawdę jedyne dziedzictwo rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i PSL-u: chamstwo, bezczelność i głupstwo w stanie idealnie czystym. I te trzy postacie: Węgrzyn, Karpiniuk i Łuczak. I jeśli ktoś będzie próbował mi przywoływać ekscesy choćby Andrzeja Leppera, czy – ja wiem? – Gabriela Janowskiego, to tym razem niech na mnie nie liczy.

niedziela, 28 czerwca 2009

Powrót do chlewa



Tym razem wszystko się zacznie od końca. Zapytałem wczoraj moją najmłodszą córkę, czemu ona i jej koleżanki kupują magazyn zatytułowany Dziewczyna. Wyjaśnienie było krótkie i jednoznaczne – „Żeby się pośmiać”. Nie poddawałem się. „Ale czy to nie jest wstyd, pokazywać się z czymś takim?” spytałem. „Czemu ma być wstyd? Przecież każdy wie, że to dla jaj,” odpowiedziało moje dziecko. „No ale przecież to pismo nie jest po to, żebyście sobie robiły jaja. Dla kogo oni to wydają?” Toyahówna wzruszyła ramionami, odburknęła: „Bo ja wiem? Dla dzieci,” wzięła swojego misia i pojechała do Gdyni na Open’er Festival.
Wszystko zaczęło się od tego, że w łazience znalazłem wakacyjne wydanie wspomnianego magazynu. Standard. Błyszcząca, kolorowa okładka, na okładce wymalowane dziecko, albo kobieta – podobnie, jak na okładkach pornograficznych czasopism, trudno powiedzieć – i zapowiedź: „Weź kurs na miłość. Gorące kissy: szkoła całowania”. Zajrzałem do środka, a tam spis treści i odredakcyjny komentarz: „Hejka! Wreszcie wakacje! Przed Wami mnóstwo wspaniałych dni. Zobaczcie, w co się ubrać, żeby być na topie. I sprawdźcie, gdzie odbywają się megaimprezy. Wykorzystajcie na maksa każdą godzinę. Miłej zabawy!” Szczególnie zainteresowało mnie to wykorzystywanie każdej godziny „na maksa”. Jak, z punktu widzenia Axela Springera (bo to oczywiście on), może wyglądać ten ‘maks’. A więc szybciutko przeleciałem przez tych wszystkich ‘gostków’, ‘bibki’, ‘looki’, ‘pełne profeski’, ten ‘biżut co pasi’, i w końcu doszedłem do okładkowych ‘kissów’.
Jest tak: „Pocałunki są super! Szereg korzyści i zero wad. Podczas całowania w Twoim organizmie następuje istna eksplozja pozytywnych reakcji. Tempo wzrasta do 120 uderzeń na minutę, podnosi się też temperatura ciała. Długi namiętny kiss sprawia, że mozg wysyła sygnały wprost do nadnerczy. Te z miejsca zaczynają produkować hormon szczęścia – endorfinę! To właśnie dzięki niej serce bije dwukrotnie szybciej, a cale ciało silniej reaguje na bodźce. Mało tego! Od całowania stajesz się też szczuplejsza i piękniejsza, bo przy jednym pocałunku pracuje 39 mięśni twarzy i spalasz ok. 12 kcal! Nie czekaj więc ani chwili, tylko całuj się – to taka piękna gra!” A dalej już jest to, na co wszyscy czekamy: „Błyskawiczny kurs zrobi z Ciebie mistrzynię. Każda z nas marzy o tym, żeby pierwszy pocałunek był idealny. Zastosuj się do kilku rad, aby uniknąć katastrofy. STEP 1 Jeśli któreś z Was nosi okulary, niech je jak najszybciej zdejmie. W trakcie całowania, możecie sobie zrobić nimi krzywdę, np. podrapać, a nawet uszkodzić oko partnerowi. STEP 2 Rękami obejmij chłopaka za szyję. Przechyl głowę tak, żeby podczas pocałunku Wasze nosy się nie zderzyły. Aby dodać pikanterii chwili, przeczesz dłonią jego włosy. STEP 3 Nim Wasze usta natrafią na siebie, rozchyl nieco wargi i przymknij oczy. Dzięki temu, będziesz mogła zapomnieć o wszystkim dookoła. STEP 4 Gdy dojdzie już do pocałunku, nie wciskaj swoich warg w wargi partnera. Pozwól, niech delikatnie się muskają. STEP 5 Po pierwszym pocałunku chłopak z pewnością nabierze ochoty na więcej. Postaraj się, aby kolejny całus był dłuższy i bardziej namiętny.”
I teraz następuje opis ośmiu najpopularniejszych ‘kisów’, a ponieważ wciąż ciekawi jesteśmy, czym jest owo wykorzystywanie każdej godziny „na maksa”, zaglądamy do punktu ostatniego: „Najbardziej podniecający z pocałunków. Swoim językiem drażnisz język partnera. Początkowo lekko rozchyl wargi i delikatnie wsuń mu w usta język. Potem zacznij krążyć wokół jego języka. Teraz kolej na niego. Niech zacznie robić to samo, tyle że coraz mocniej i namiętniej. Totalna jedność!”. Przy okazji, dowiadujemy się, że moja córka zdiagnozowała publiczność Dziewczyny prawidłowo. Targetem Springera są te dzieci, które jeszcze się nigdy nie całowały, a powinny. Co to za dzieci? Redakcja wyjaśnia tę kwestię w rubryce zatytułowanej Ciekawostki – „Blisko 90% dziewcząt całuje się po raz pierwszy w wieku 11-13 lat.”
Jasna sprawa. Teraz tylko potrzebowalibyśmy czegoś, co by tę zabawę ‘na maksa’ opisało tak, by nawet c, którzy uważają, ze w sumie nic się nie dzieje, poza tym, ze „It’s the end of the world as we knowi it”. W tym celu zaglądamy na stronę, gdzie opisane jest zjawisko o nazwie sexting. Co to takiego? Sam nie wiedziałem, ale już wiem. Otóż chodzi o to, że dzieci (pewnie te 11-13 letnie) robią sobie rozbierane zdjęcia i rozsyłają na komórki do kolegów. Czy to jest zjawisko równie ‘super’ jak ‘kiss’? Czy tu też, tak jak tam, obserwujemy „szereg korzyści i zero wad”? Nie do końca. Zależy od tego, gdzie kto mieszka i z kim się tymi zdjęciami dzieli. W mieście sprawa jest właściwie bezpieczna, bo i ludzie bardziej tolerancyjni i bardziej wykształceni. Gorzej na wsi. No i fatalnie się dzieje, jeśli zdjęcie trafi do tych wieśniackich nauczycieli, albo rodziców. Ogólnie jednak jest w porządku. Sprawę zawodowo wyjaśnia fachowiec, dr Stanisław Dulko – seksuolog. Redakcja Dziewczyny pyta tego wybitnego człowieka w imieniu swoich jedenastoletnich czytelniczek: „Czy z dziewczyną, która obnaża się w sieci, wszystko jest w porządku?” A fachowiec odpowiada: „Erotyczna ekspresja to rzecz naturalna, podobnie jak chęć podobania się. Nastolatki są zafascynowane swoimi zmieniającymi się ciałami, są też ciekawe, jak wyglądają chłopcy. Jeśli dziewczynie zdarzy się raz czy drygi przesłać koledze odważne zdjęcie, to jeszcze nie koniec świata – ma wartość poznawczą. Gorzej, gdy nastolatka zaczyna się od tego uzależniać.” Jak by ktoś był ciekawy, to wyjaśniam, numeru swojej komórki, dr Dulko jakoś nie podał.
A zatem wiemy już, co prawdopodobnie redakcja Dziewczyny miała na myśli, kiedy we wstępnej notce do wakacyjnego numeru, polecała dzieciom, by wykorzystały każdą godzinę ‘na maksa’. Zdjąć okulary, wsadzić koledze do ust język, następnie wrócić do domu zrobić sobie gołe zdjęcie i wysłać ‘gostkowi’ na maila, albo na komórkę. Trzeba tylko uważać, żeby mama, albo nauczyciel nie natrafili przypadkiem na tę ‘manifestację erotycznej ekspresji”, bo się dowie cała wieś i mogą tego nie zrozumieć… no i też należy uważać, żeby się nie uzależnić. Zabawa na ‘maksa’ będzie, jeśli pokażemy koledze pupę raz, może dwa razy, potem już jest uzależnienie. Jak z heroiną. Szczególnie kiedy jest zażywana w większych ilościach i kupowana u przypadkowych dealerów, a nie, na przykład, w siedzibie Axela Springera.
I teraz czas na podsumowanie. Jak znam życie, część czytelników tego bloga pewnie liczy na to, że ja teraz to wszystko, co tak pieczołowicie przepisałem z leżącego przede mną pisma, skomentuję ostro, bezkompromisowo i możliwie okrutnie. Nic z tego. Nie ma bowiem takich słów – a przynajmniej ja ich nie znam – które potrafiłyby skutecznie skomentować to, z czym na polski rynek weszły niemieckie, a może i holenderskie, francuskie, i cholera wie jeszcze jakie, systemy cywilizacyjno-kulturowe. Wszystko co można było powiedzieć, z mojego punktu widzenia, zostało już powiedziane właśnie w tych cytatach. Ja tylko, trzymając się konsekwentnie dzisiejszej metody, cofnę się jeszcze dalej w przeszłość, do wczesnych lat osiemdziesiątych. Pamiętam, jak dla – jak to mówią moje dzieci – jaj, kupowaliśmy taki magazyn, wydawany przez ówczesne MSW, a którego nazwy już szczęśliwie nie pamiętam, gdzie opisywano jak komunistyczna władza rozwalała demonstrującą Solidarność. Pamiętam zwłaszcza numer tego pisma, w którym zamieszczono reportaż przedstawiający dzień pracy tych zomowców, którzy zamordowali górników w kopalni Wujek. W reportażu było absolutnie poważnie opisywane to, jak ci zomowcy, zmordowani całodzienną praca, wracają do bazy i myślą tylko o tym, żeby zjeść trochę gorącej zupy. I jedzą tę, zupę, i oczy im się kleją ze zmęczenia, ale serca biją raźnie, bo satysfakcja z dobrze wykonanej pracy jest większa niż głód i zmęczenie.
Czytaliśmy ten tekst, oglądaliśmy zdjęcia tych bandytów, jak siedzą i żrą zupę, i mieliśmy ubaw po pachy. Ubaw – przyznaję – straszliwie chory i bezwzględnie na nas wymuszony, ale ubaw, którego trzymaliśmy się, jakby to była ostatnia deska ratunku, żeby nie oszaleć.
Dziś, kiedy dowiaduję się, że moja córka z koleżankami, czytają te potworne idiotyzmy, które obce koncerny medialne wmusiły do czytania naszym dzieciom, a nasza władza z chęcią tę ofertę najpierw przyjęła, a później objęła swoją ochroną, nie wiem, czy one wydają swoje drobne oszczędności na tę rozrywkę, czując, że za tym wszystkim czai się tylko strach i zbrodnia, czy nie. I myślę, że pewnie nie. Pewnie są tak samo nieświadome tego, jak bardzo to wszystko jest groźne dla tych, którzy są zwyczajnie słabsi. Dokładnie tak samo, jak 30 lat temu nieświadomi byliśmy my. Ale to nieważne. Bo to co się liczy to to, że należy wiedzieć, że i ten bolszewicki magazyn sprzed lat, podobnie jak dzisiejsza europejska Dziewczyna, mają swoją wierną publiczność, która to wszystko przyjmuje, wcale nie widząc w tym wszystkim jakiegokolwiek żartu. Jest to bowiem – i wtedy i dziś – bardzo starannie przemyślana oferta i bardzo starannie wytypowany target. A zarówno ta oferta, jak i ten target, są tylko bardzo powoli, ale i bardzo konsekwentnie, poszerzane.
I teraz już naprawdę trzeba kończyć, bo każde następne zdanie tylko może się skończyć jakimś wybuchem, którego Administracja Salonu nie zdzierży. Więc chyba tylko zacytuję dowcip, który pod moim poprzednim wpisem umieścił Krzysztof Wołodźko: „Rozmawiają dwie świnie w chlewie. Jedna mówi do drugiej: - A ty wiesz, ze hodują nas, żeby zarżnąć i zjeść? Na co ta druga: - Już nie mogę! Ty znowu z tymi teoriami spiskowymi!”

piątek, 26 czerwca 2009

That's Entertainment!

Mój serdeczny kolega Gemba, przeczytawszy fragment mojego poprzedniego wpisu, dotyczący Michaela Jacksona, wystraszył się bardzo, że fani zmarłego artysty – prawdopodobnie pod wpływem ciężkiej traumy – nie zechcą dostrzec ewidentnej ironii, na którą sobie pozwoliłem, rzucą mi się do gardła i będzie po mnie. Doświadczenie każe mi podejrzewać, że obawy Gemby mogą być usprawiedliwione. Wprawdzie nadal twierdzę, że człowiek z natury jest dobry, ale wiem jednocześnie, ze intensywność współczesnego świata doprowadziła niejednego z nas do kompletnego zidiocenia. A więc, wszystko jest możliwe.
Paradoks całej sytuacji polega na tym, że ja osobiście – jeszcze od czasów Jackson Five – jestem wielkim wyznawcą sztuki artystycznej i nieposkromionego talentu najpierw rodziny Jacksonów, a później już samego Michaela Jacksona. Każda jego płyta, począwszy od Off the Wall, z czasów kiedy Jackson jeszcze był czarny, jest dla mnie wydarzeniem i każdej z nich mogę słuchać bez końca. Dziś, kiedy Jackson nie żyje, uważam, że jego śmierć jest wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Elvisa Presleya. Wielu wielkich artystów już odeszło. Umarł choćby Johnny Cash, umarł James Brown. Ale śmierć Presleya czy Jacksona jest jednak czymś innym. To jest trochę coś takiego, jak przed wielu, wielu laty odejścia takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin, czy – nieco z innej beczki – Ian Curtis, niemal dziesięć lat później. Jest to bowiem śmierć zaskakująca, a jednocześnie, jak gdyby oczekiwana. Jest to śmierć, której wielu się bało, a jednocześnie wiedziało, że jest nieunikniona i że jest już właściwie tuż tuż.
Ktoś mnie spyta, o co w tym wszystkim może chodzić? Oglądałem kiedyś dokumentalny film o Ozzym Osbornie, którego uwielbiam jeszcze bardziej niż Jacksona. W filmie tym, Osbourne, a z nim jego żona i – wówczas jeszcze nie do końca skretyniałe – dzieci, opowiadali jak to tatuś kiedyś mało nie umarł, ale żyje i już pewnie żył będzie. Sam Ozzy wspominał, jak to jeszcze za czasów Black Sabbath, w garderobach przed i po koncertach zawsze się kręcił przedstawiciel firmy nagraniowej, z walizką wypełnioną kokainą, czy jakimś innym gównem. Specjalnie dla niego i jego kolegów. Takie czasy, taki styl, taka śmierć. Osbourne przeżył. Podobno częściowo dzięki Sharon. Przeżył Mick Jagger, przeżył Keith Richards, nie przeżył Brian Jones. Podobnie jak wielu innych. Im akurat poszło znacznie gorzej. Ciekawe dlaczego?
Mam w tej kwestii od wielu lat pewną teorię, do której jestem bardzo przywiązany i którą się chciałem tutaj podzielić. Uważam – a dziś, po śmierci Jacksona, jestem tego właściwie pewien – że wielu wybitnych skądinąd artystów, nie było tak naprawdę klientami tego faceta z walizką, o którym wspominał Ozzy Osbourne. Z różnych powodów, ale prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, ze po prostu byli zbyt mało inteligentni, lub choćby tylko silni. I tak naprawdę, to oni akurat obsługiwali innych. To nie wokół nich kręcił się ten biznes. To nie branża ich karmiła. To oni karmili branżę i to oni branży służyli w sposób absolutnie niewolniczy. Służyli tak długo, aż wreszcie okazało się, że już nic więcej nie mogą przemysłowi dać. I zostali wykorzystani po raz ostatni, w sposób najbardziej spektakularny. W sposób tak spektakularny, że do dziś dzieci noszą na koszulkach wizerunek Doorsów, młode dziewczyny latem noszą się jak Janis Joplin, a ten głupek Hołdys może bezkarnie pleść coś o tym, że jego gitarzysta, Dariusz Kozakiewicz, ma ten sam talent co Hendrix, tyle że znacznie wyższą technikę.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Doorsi nagrali jeszcze jedną płytę w składzie z Morrisonem, Jimi Hendrix – zanim umarł – zagrał jeszcze trzy koncerty, a Joplin nagrała jeszcze jedną piosenkę, kolejny rok doprowadził by ich wszystkich do takiego stanu, że pies z kulawą nogą by się już nimi nie zainteresował. I to nie oni by na tym najbardziej stracili. Oni być może tego nawet by nie zauważyli, bo mieli mózgi już tak wyprane z wszelkich uczuć, ze pewnie nie bardzo nawet wiedzieli, jak się nazywają. Natomiast straciliby najbardziej na tym ci sami ludzie, którzy do dziś na nich wszystkich najwięcej zarabiają.
I jestem przekonany, że to jest też to, co ostatecznie spotkało Michaela Jacksona. Wiadomo było, ze po wielu latach kompletnie jałowych, postanowiono na Jacksonie jeszcze raz zarobić. Wiadomo było, ze już wkrótce Michael Jackson wyruszy na nową, światową trasę i że tym razem to będzie trasa rekordowa. Jak się dowiadujemy, sprzedano milion biletów na nowy show Michaela Jacksona. Wiemy, ze ten milion ludzi, którzy wydali ciężkie pieniądze na to, żeby zobaczyć wielki powrót wielkiego artysty, w tym swoim szczęściu było równocześnie skazanych na największe rozczarowanie. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że, gdyby jakoś już doszło do tych koncertów, każdy z nich kończyłby się po pierwszych pięciu minutach jakimś nieszczęściem. Czy to w postaci Michaela, który stracił przytomność, albo Michaela, który się popłakał i uciekł, czy wreszcie Michaela, który, zamiast śpiewać siadł na estradzie i zaczął opowiadać jakieś bajki. Tak prawdziwe legendy nie kończą. Jakaś banda zimnych sukinsynów – jestem przekonany, że mam rację – musiała sobie to wszystko bardzo starannie zaplanować. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Wybór pozostawał tylko jeden: czy Jackson ma umrzeć zanim się cała trasa zacznie, czy lepiej go załatwić podczas pierwszego koncertu. Wybrano rozwiązanie pierwsze. Zdecydowanie bardziej opłacalne i znacznie mniej ryzykowne. Choćby z tego powodu, że nie wiadomo kompletnie, co artysta by zdążył pokazać, zanim wszystko by się skończyło.
Dziś więc mamy sytuację idealną. Pozostała legenda w najczystszej możliwie postaci, pozostał milion tych biletów, które – nawet jeśli stanowiły dla wielu fortunę – będą już na zawsze przepiękną pamiątką. No i przede wszystkim, przez najbliższe 50 lat, najpierw dzieci, a później wnuki obecnych właścicieli tego interesu, któremu na imię pop, będą świetnie żyli z tego niezwykłego talentu i tej niezwykłej historii. A my do śmierci, z prawdziwą radością, będziemy kupować te piosenki.

O tańcu na ruskiej rurze

Po przedstawieniu swojego hołdu dla państwa Gwiazdów, sądziłem, że nie będę na razie nic nowego pisał. Niestety, stało się tak, że cały wczorajszy wieczór siedziałem przy telewizorze i nie mogłem nie zauważyć tego, co zjednoczone siły najbardziej parszywej propagandy robią Nelly Rokicie. Ten atak – z mojego punktu widzenia wyjątkowo perfidny i bezprecedensowy – okazał się tak skuteczny, że wielu, z pozoru całkiem rozsądnych i doświadczonych w bojach komentatorów – również tu, w Salonie – uznało, że ma do czynienia z faktami, a nie z najbardziej prymitywną manipulacją.
A wszystko odbyło się dokładnie tak jak zawsze. Najpierw Monika Olejnik (a przecież mógł to być ktokolwiek inny) zaprasza do swojego programu kogoś, kim wyłącznie gardzi – w tym wypadku Nelly Rokitę – od samego początku próbuje swojego gościa skompromitować, a ponieważ, jak to najczęściej w przypadku Moniki Olejnik bywa, nie jest w stanie sprostać wyzwaniom, ostatecznie pałeczka zostaje przekazana bardziej zorganizowanym kolegom red. Olejnik. I sprawa dalej jest prowadzona już na dużo wyższym poziomie.
Dlaczego bronię Nelly Rokitę? Odpowiedź jest prosta. Otóż, w odróżnieniu od posła Piechy, posłanki Szczypińskiej i mojego kolegi z Salonu, Grzesia, ja rozmowę Olejnik z Rokitą oglądałem w całości, a na dodatek dwukrotnie. Więc miałem też okazję bardzo starannie przyjrzeć się temu, co się odbyło w studio TVN24 w ten środowy wieczór. Nelly Rokita była taka jak zwykle, a więc przede wszystkim rzucało się w oczy to, że ona, z jakiegoś powodu, ma bardzo ciężki kłopot z językiem polskim. Co gorsza, mimo tych kłopotów, pani Rokita jest bardzo chętna, żeby z tym językiem zmagać się publicznie. A co jeszcze gorsza, walcząc z tym swoim problemem, pani Rokita skacze na najgłębszą możliwą wodę, jaką stanowią tematy, do dyskusji o których ja na przykład w języku angielskim bym się nie zgłosił. A więc problem jest taki, że Nelly Rokita zgodziła się przystać na wszelkie warunki, jakie jej przedstawiła Monika Olejnik, automatycznie stając – ze względów wyjątkowo pozamerytorycznych – na kompletnie przegranej pozycji.
I tu muszę zwrócić uwagę na dwie rzeczy, które – wydawałoby się – powinny być oczywiste, a niestety nie są. Przede wszystkim, można by było sądzić, że jeśli zależy nam na utrzymaniu się w prawdzie, powinniśmy przede wszystkim zachować podstawową uczciwość wobec siebie i innych. A w tym wypadku, oznaczałoby to uznanie, że nawet przeciwnika należy traktować z szacunkiem. Po drugie, nie byłoby źle, gdybyśmy uznali, że nie ma żadnej satysfakcji z odniesienia zwycięstwa, które jest zwycięstwem wyłącznie w teorii. A to jest właśnie to – zwycięstwo na niby – co mogą czuć ci wszyscy, którzy nie dość, że uważają, że Nelly Rokita w pojedynku z Olejnik poległa, to dziś głoszą, że Rokita poległa w ogóle, jako człowiek i polityk. Bo fakt jest taki, że Rokita, jeśli w jakimkolwiek punkcie przegrała, to tylko w tym, że zgodziła się na dyskusję, której prowadzić nie była w stanie wyłącznie ze względów pozaintelektualnych.
Ale nie byłoby o czym mówić, gdybyśmy wszyscy zechcieli wykazać odrobinę dobrej woli. Bo wedle wszelkich znanych mi kryteriów, wszystko to co powiedziała w programie Olejnik (albo starała się powiedzieć) Nelly Rokita mieściło się w powszechnie obowiązujących standardach. A więc to, że bezpłodność, pomijając tak zwaną chęć posiadania dzieci, nie jest chorobą w klasycznym znaczeniu tego słowa. Czyli czymś, co można leczyć – w tym wypadku – zabiegami in vitro. To, że zdarza się, że problemy z płodnością biorą się z fatalnie toksycznego stylu życia, jakie stało się naszym udziałem, i że gdyby ludzie się troszeczkę opamiętali, to być może nagle by zobaczyli, że wszystko jest daleko łatwiejsze. To, że feminizm w obecnym kształcie nie reprezentuje interesów i problemów przeciętnej kobiety (Rokita użyła niebezpiecznego, jak się okazuje, słowa – „normalnej”). I wreszcie, że nie należy wspierać kobiet, tylko dlatego, że są kobietami, lecz raczej dlatego, że są wybitnymi kobietami. A w związku z tym, zdaniem Nelly Rokity, Grażyna Gęsicka byłaby lepszym prezydentem, niż Jolanta Kwaśniewska. Przez cały czas trwania programu, Monika Olejnik albo udawała, że nie rozumie o co Rokicie chodzi, albo stawała na głowie, żeby – korzystając z braku precyzji w jej wypowiedzi – zarzucać jej jakieś absurdy. Przy okazji, w sposób nawet dla niej szczególny, nie uśmiechnęła się podczas trwania programu ani razu i ani na moment z jej twarzy nie zniknął ten wyraz, który tylko ona jest w stanie wyprodukować, oczywiście o ile akurat nie rozmawia z Andrzej Olechowskim. Wszystko bezskutecznie. Rokita zachowała pełną logikę myślenia, grzeczny uśmiech, pełną uprzejmość, czystą otwartość i szczerość. I nie rozumiem, jak bardzo trzeba było być zaślepionym (lub emocjonalnie rozchwianym), żeby tego nie zauważyć. Ale, jak się okazuje, nawet z tym można sobie poradzić. Przy pomocy usłużnych hien i leni.
Przez cały dzień, Nelly Rokita jest poddawana atakowi, którego brutalność nie ma precedensu. Atakowi, który już nawet nie jest wynikiem wojny politycznej, lecz wojny kulturowej. Poziom tej agresji dopuszcza nawet sytuację, gdy zupełnie publicznie i oficjalnie nazywa się ją idiotką. Oglądam w telewizji relację, gdzie najróżniejsi ludzie – zarówno ze świata polityki, jak i osoby spoza – są pytani o opinie na temat wypowiedzi Nelly Rokity, które absolutna większość tych mądrali zna wyłącznie z drugiej ręki, a ta minimalna mniejszość i tak jest gotowa podłączyć do tego linczu, choćby z tego powodu, że ktoś jest zwyczajnie śmieszny. Co za ohydztwo!
To ja w takim razie pokażę, co mnie porusza. Między jednym szyderstwem z Nelly Rokity a drugim, pojawiła się informacja, że jakiś poseł Platformy Obywatelskiej przeprosił posłankę PiS-u , Marzenę Wróbel, za publiczną sugestię, że pani Wróbel powinna zatrudnić się jako kurwa. Ten dureń wyskoczył ze swoim dowcipem jeszcze w maju, ale – co zrozumiałe – dopiero dziś wolne media informują nas o zdarzeniu. I, oczywiście, nie ze względu na sam incydent, ale właśnie w związku z tymi przeprosinami. W normalnej sytuacji ten nieszczęśnik, za to co powiedział, zostałby usunięty nie tylko z komisji do spraw Blidy, lecz z całej polityki. Przestałby zwyczajnie istnieć. Sytuacja jednak jest daleka od normalności. A zatem, słyszymy wyłącznie o tym, jak to wszyscy, od czasu do czasu, muszą coś ‘chlapnąć’ i że tak to bywa w polityce, a jako ilustrację tych ‘przesadzonych emocji’ nagle otrzymujemy Jarosława Kaczyńskiego, jak przeprasza za ‘wykształciuchów’!
Ale to nie wszystko. Również i my możemy sobie podyskutować choćby tu, w Salonie, na temat tego, jak to ta Nelly Rokita znów wykazała ten swój komiczny brak ogłady. Całe szczęście, że umarł Michael Jackson. Może chociaż to zdarzenie sprawi, że choć na moment te wszystkie sępy pójdą gdzieś w kąt sobie w samotności pochlipać.

czwartek, 25 czerwca 2009

Gwiazdy

Oto wpadła mi w ręce pewna książka. Książka o tyle dla mnie niezwykła, że wydana przez jakoś tam zaprzyjaźnione wydawnictwo, Obywatel, a co więcej, otoczona medialną opieką przez jeszcze bardziej zaprzyjaźniony Salon24. Mało tego. Książka, którą właśnie przeczytałem, jest oparta na rozmowach jakie Remigiusz Okraska z Obywatela przeprowadził z Joanną Gwiazdą i jej mężem Andrzejem. A to już – ci co wiedzą, to wiedzą – oznacza naprawdę bardzo wiele. Jest jednak jeszcze coś co sprawia, że to co dziś piszę na tym blogu, ma szczególne znaczenie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że poproszono mnie, bym napisał recenzję książki Gwiazdów tu własnie w Salonie 24. Z wielką radością! Zanim jednak powiem parę słów na temat tego, co właśnie przeczytałem, opowiem pewną historię.
Toyahowa ma ojca, a ja mam teścia. Teść ma swoje lata i w związku z tym, ostatnio został zmuszony do tego, by udać się do szpitala na kurację. Mieszkamy w Katowicach, szpital do którego skierowano Teścia jest w Jaworznie, a więc – jako że i ja i Toyahowa nie jesteśmy zmotoryzowani – trzeba było dziadka moich dzieci zawieźć do szpitala tzw. minibusem. W delegację udali się Toyahowa i młody Toyah . To co nastąpiło dalej, znam więc tylko z ich relacji. Kiedy bus dojechał do Jaworzna, żona moja spytała kierowcę busa, czy on się nie orientuje, gdzie w Jaworznie jest szpital. Na co kierowca powiedział, że, ponieważ szpital jest daleko, a jemu się właściwie nie spieszy, on może ich zawieść na miejsce, jakby poza swoim kursem. I ich zawiózł. Jak się okazało, mówił prawdę. Szpital faktycznie był daleko, a na dodatek, droga była dość mocno pod górkę. Kto mieszka w Jaworznie, może potwierdzić. Mój teść, jako człowiek bardzo honorowy, postanowił zapłacić kierowcy busa ekstra i to mocno ekstra. I wówczas ten człowiek powiedział, żeby mu nie zawracać głowy i tyle. Powiedział jeszcze coś. Wedle relacji mojej żony brzmiało to tak: „Panu się te pieniądze przydadzą na pewno bardziej, niż mnie”. I to jest koniec tej historii.
Domyślam się, że większość czytających ten tekst powie, że ten kierowca to był dobry człowiek. Jestem pewien, że są też tacy, którzy powiedzą, że on – w tej swojej dobroci – był bardzo wyjątkowym człowiekiem. Że ludzie generalnie są źli i podli i wstrętni i że niekiedy można by się obawiać, że niektóre zwierzęta są lepsze od ludzi. Nie zgadzam się z tą opinią. Uważam mianowicie, ze kiedy Pan Bóg dokonywał swego aktu stworzenia, postarał się, żeby wszystko było jak trzeba. Uważam więc, że jeśli człowiek robi w życiu złe rzeczy, a nie robi rzeczy dobrych, to nie dlatego, że jest zły, lecz dlatego że jest gnuśny w sercu. A przez gnuśność rozumiem tę przedziwną mieszankę głupoty i lenistwa. Ludzie są dobrzy, ale niestety – z przeróżnych powodów – przez te wszystkie lata ich serca i umysły zgnuśniały. I jeśli dziś mamy tyle zmartwień i wciąż smucimy się, co będzie dalej, to właśnie przez to rozleniwione głupstwo. I kiedy dziś myślę o kierowcy, który zawiózł mojego teścia pod sam szpital w Jaworznie, to wiem, że jest on – oczywiście – człowiekiem dobrym. Ale to akurat jest nic takiego. On przede wszystkim jest kimś bardzo mądrym, bardzo uważnym, bardzo czujnym i, może przede wszystkim, kimś pełnym wiary. To z cała pewnością nie jest człowiek gnuśny.
I teraz dochodzimy spokojnie i jakże naturalnie do ksiązki, o której jest przecież ten wpis. Kiedy już przeczytałem sobie rozmowę Okraski z Gwiazdami, pomyślałem sobie tak: tytuł tej wspanialej przecież książki jest wyjątkowo mało inspirujący – Gwiazdozbiór w „Solidarności” . Wydajemy rozmowy z Gwiazdami i jak je zatytułować? Naprawdę trudno było wymyślić coś bardziej bylejakiego. Okładka też jest strasznie oczywista. Polska z solidarnościową cyrylicą zamalowywana czerwoną farbą. I dokładnie ta sama refleksja. Ktoś kogoś poprosił, żeby wymyślił okładkę w tak zwanym temacie. No i ktoś tę okładkę wymyślił. W pięć minut. Trochę szkoda. Zwłaszcza że ksiązka jest pięknie wydana, czyta się świetnie, a przede wszystkim jest rzeczywiście jak kropla wody na pustyni.
I to jaka kropla! Jak już tu kiedyś się chwaliłem, jestem strasznie mało oczytany. Nie wiem, więc, czy były już wcześniej wydawnictwa, które by w tak pełny i przejmujący sposób przedstawiły fenomen Joanny i Andrzeja Gwiazdów. Może i tak, ale ja nie miałem okazji na nie trafić. Poza tym, nie wyobrażam sobie, żeby zarówno przed, jak i po przeczytaniu książki Obywatelatrzeba było marzyć o czymkolwiek lepszym. Przede wszystkim otrzymujemy pełny, fascynujący, poruszający wykład na temat wszystkiego tego, czym żyjemy na co dzień od tylu lat i z czym tak często nie umiemy sobie poradzić. A więc w znacznej mierze, Gwiazdozbiór w „Solidarności”to literatura czysto polityczna, bardzo subiektywna, okropnie jednoznaczna i pełna tak niezwykle silnej wiary. Dla mnie to dobrze. Ale wiem, że są tacy, którzy tego ładunku czystych – choćby nie wiadomo jak zaangażowanych – ale jednak opinii, nie mogą wytrzymać. Gwiazdowie to jednak ludzie na tyle dorośli i doświadczeni, że mogą sobie z czystym sumieniem pozwolić na to, by powiedzieć: „To co wiemy, to nasze, i nikt nam tego nie odbierze”. A wiedzą naprawdę wiele. I tę swoją wiedzę opowiadają. W sposób najbardziej fascynujący.
Jest jednak w tej książce coś jeszcze. Jest przede wszystkim ta opowieść o tym, skąd Gwiazdowie się wzięli, skąd przybyli, jak tu się znaleźli. Co doprowadziło ich tu, gdzie teraz są. A więc wszystko to, czego w świecie kłamstwa i zimnej nienawiści zostało najzwyczajniej w świecie ocenzurowane. Są więc Gwiazdowie – ludzie. I jestem przekonany, że nawet jeśli jedynym efektem tej ksiązki i tego zaangażowania, które doprowadziło do jej wydania, będzie to, że więcej ludzi się dowie, co tak naprawdę stoi za tymi dwoma imionami i tym nazwiskiem i za tą historią i za tymi poglądami i – przede wszystkim – za tą przeogromną wolnością, jaką z każdej strony tej ksiązki świeci i lśni i błyszczy – to, z mojego punktu widzenia, w pełni wystarczy.
Ale jest jeszcze coś, co bardzo bym chciał, żeby dotarło do wszystkich, którzy będą mieli okazję przeczytać rozmowę z Joanną i Andrzejem Gwiazdami. Mianowicie chodzi mi o to, co tak pięknie pokazał ów kierowca minibusa, o którym wspomniałem na początku tego wpisu. O tę dobroć, ale też i o tę wiarę i tę odwagę bycia mądrym. A więc też nie tylko o niewątpliwy fakt, że Joanna i Andrzej Gwiazda to po prostu dobrzy ludzie. Ale również to, że są to ludzie, którzy każdym swoim gestem i każdym swoim słowem pokazują, właściwie niemal od niechcenia, czym jest człowieczeństwo, które błyszczy.

środa, 24 czerwca 2009

O starych butach w świecie postpolityki

Otrzymałem właśnie link do artykułu Piotra Zaremby w sobotnim Dzienniku z prośbą, żebym się z nim zapoznał i powiedział, co sądzę na temat tego, co pisze Zaremba.http://www.dziennik.pl/opinie/article398392/Postpolityka_czystych_butow_moze_sie_skoczyc.html. Zrobiłem, jak mi kazano i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Przede wszystkim z tego powodu, że po raz pierwszy chyba udało mi się przeczytać poważny, dziennikarski tekst, który z jednej strony jest dobrze i bardzo interesująco napisany, a z drugiej nawet przez moment niczego nie udaje, ani do niczego nie namawia. A tego, jak się zdaje, dotychczas nie potrafił nikt, w tym przede wszystkim ja sam.
Zaremba pisze o czymś co sam nazwał „postpolityką czystych butów”, ale jeśli ktoś przeczyta tytuł artykułu i uzna, że ów tekst będzie świetnie działał jak lekarstwo, czy bat, czy może choćby usprawiedliwienie, to się fatalnie pomyli. Zaremba nie ma – a przynajmniej bardzo się stara, żeby tego nie było widać – żadnych intencji, poza jedną. Zupełnie na zimno przedstawić swój opis sytuacji i swoje prognozy na przyszłość. Bez wskazywania lepszych, lub gorszych, bez załamywania rąk, bez złośliwych uśmiechów i bez zacierania rąk w geście satysfakcji. Czysta analiza i jeszcze czystszy opis.
Z mojego punktu widzenia, czyli z pozycji kogoś, kto całym swoim sercem popiera Prawo i Sprawiedliwość i który swoich wyborów w żaden sposób nie ukrywa, artykuł Zaremby jest wyjątkowo mało sympatyczny. Dla kogoś kto żyje wciąż nadziejami na powrót PiS-u pod przywódzwtwem Jarosława Kaczyńskiego do władzy, Zaremba właściwie nie buduje nawet wąskich perspektyw. Zamiast tego pisze o Kaczyńskim najjaśniej jak tylko można:
„Chce być reprezentantem Polski B w kraju, gdzie większość obywateli aspiruje, często na siłę, do klasy średniej. Naprawdę odczuwa zaniepokojenie kierunkiem europejskiej integracji, wśród Polaków, których zdecydowana większość objawia sympatie euroentuzjastyczne. Wyraża coraz mocniejszą sympatię do tradycjonalizmu starszego pokolenia, gdy Polska staje się coraz młodsza i coraz bardziej permisywna. To skazuje go na pozycję lidera trwale mniejszościowego, niekoniecznie tylko ze względu na własną niezręczność. Gdy dorzucić do tego permanentny konflikt z biznesem, a więc i z większością mediów – bo krytykuje środowiska gospodarcze z pozycji antyliberalnych i narodowych, można się raczej dziwić tym blisko 30 procentom, niż narzekać, że ma ich tak mało”. Po czym, podpierając się doświadczeniami historycznymi, wykazuje Zaremba , że PiS zwyczajnie „może nie przetrwać”.
Artykuł Zaremby nie jest jednak zwykłą dziennikarską refleksją, gdzie autor, w sposób aż tak jednoznaczny, z jednej strony próbuje pokazać, jaki to on jest obiektywny, a z drugiej pogłaskać wszystkich, którzy mogliby mieć do niego jakiekolwiek pretensje, czyli, tak czy inaczej, coś załatwić przede wszystkim dla siebie. Zaremba przedstawia sytuację polityczną po europejskich wyborach tak chłodno, jak to tylko możliwe. A więc pokazuje jasno, że scena polityczna została zamknięta przez dwie silne partie, ale robi coś więcej – wyjaśnia, jak to się stało:
„Liderzy głównych partii zawładnęli wyobraźnią Polaków, stali się bohaterami wojen bez mała popkulturowych. Wystarczy zajrzeć do internetu. Masom ludzi nie potrzeba już nowych billboardów i spotów, by utwierdzać się we własnym uwielbieniu lub nienawiści do Tuska i Kaczyńskiego. Oni stali się po trosze organizatorami, wręcz panami zbiorowych emocji Polaków. Odwołującymi się lub tylko korzystającymi z najróżniejszych naturalnych podziałów: prowincja – metropolia, wykluczeni – aspirujący do klasy średniej, wschód – zachód i północ – południe, antykomuniści – cała reszta, związki zawodowe – cała reszta. Te osie można mnożyć.”
I znów, z punktu widzenia kogoś, kto swoje emocje zaangażował po stronie Prawa i Sprawiedliwości, sytuacja jest wyjątkowo mało ciekawa. Dla Zaremby, zwycięską strona w tej walce wsi z miastem, odrzuconych z aspirującymi, wschodu z zachodem i Polski z całą resztą, pozostaje jednak cała reszta. Bo taka jest kolej rzeczy, tak się świat ukierował, no i przede wszystkim taki – zacofany, staromodny, nicnierozumiejący – jest Jarosław Kaczyński i jego formacja. Formacja, której Zaremba, nieco na okrągło, nadaje nazwę ‘formacji brudnych butów’. I trzeba tu zaznaczyć – nie złośliwie, nie szyderczo, nawet nie w sposób oceniający, ale po prostu, stwierdzając zwykły, bezlitosny fakt. A więc, z tego co pisze Zaremba, wynika jednoznacznie, że prędzej czy później, wszystko to co reprezentuje PiS musi upaść, trochę z winy Nowego Świata, ale również przez błędy i nieprzystosowanie liderów Prawa i Sprawiedliwości. I nawet jeśli cała ta postpolityka, która jakimś cudem wciąż trzyma na powierzchni Platformę Obywatelską runie, to ten upadek i tak za sobą pociągnie upadek tego wszystkiego, co stworzyli Kaczyńscy. I wtedy nagle może się okazać, ze ta straszna pustka i tak może sprawić, że „być może skompromitowana i osłabiona PO będzie nadal odbierana przez wielu Polaków jako mniejsze zło”. Takie są wnioski – wnioski upiorne – płynące z artykułu Piotra Zaremby w sobotnim Dzienniku.
Jak już napisałem na początku, Zaremba napisał artykuł znakomity. I pod względem formalnym i w sensie treści. Jest mocny, przekonujący i przede wszystkim – jak mi się wydaje – bardzo uczciwy. Jest dla mnie niezbyt wesoły, prowokujący do refleksji, ale pod jednym względem niezwykle inspirujący. Inspirujący do osobistych refleksji. Otóż Zaremba, zwraca uwagę na fakt, że sytuacja Platformy nie jest aż tak bardzo pewna, i może się nagle okazać, że albo pod wpływem pogłębiającego się kryzysu, lub przez zwykłe zaniedbania, lub choćby przez to, że, jak pisze Zaremba „wyborcy mogą się zmęczyć ‘krajem bogatych willi przy kiepskich drogach’, jak jeden z socjologów nazwał niegdyś Polskę. I zwrócić się do partii stawiającej mocniej na wspólnotę. Nawet tak nieestetycznej w ich oczach jak PiS”.Po prostu. Pewnie nie, ale tak się – wedle Zaremby – też może stać.
I ten akurat fragment, w połączeniu z refleksją o „czystych butach i starannie zawiązanych krawatach” jest dla mnie – z mojego pisowskiego punktu widzenia – fragmentem kluczowym. Pewnie niekoniecznie zgodnie z intencją Zaremby, ale co zrobić. Jak to słusznie zauważył stary Shakespeare, „thought is free”. A zatem moja myśl jest taka, że jakkolwiek by patrzeć, kraj „bogatych willi przy kiepskich drogach” jest skazany na klęskę. Nawet nie przez mądrość ludzi i ich poczucie człowieczeństwa. Zwyczajnie, przez siły natury. Historia świata doskonale dowiodła, że natura nie toleruje perwersji. Czy to perwersji w postaci obrzydliwych lesbijek pląsających się po scenie, czy w postaci penisa przyczepionego do krzyża i udającego piękno, czy – że powtórzę jeszcze raz ten fragment z Zaremby – „bogatych willi przy kiepskich drogach”. Jednocześnie, nie ma najmniejszych dowodów na to, by natura również nie tolerowała wspólnoty. W historii świata nie było jednego momentu, który by wskazywał, że wspólnota jest czymś marnym i niepotrzebnym. I pozornym.
Więc jeśli spojrzymy na obecny konflikt jak na walkę tego co mija, z tym co nadchodzi, to – jeśli ten świat ma jeszcze jakiś czas potrwać – to co nadchodzi, musi przegrać. Bo, jak by nie patrzeć, z jednej strony mamy dobro, a drugiej zło. Zaremba – nie wiem, czy z przekonania, czy tak mu jakoś wyszło – pokazał ten konflikt w całej okazałości. A ja, już na sam koniec, miałbym tylko bardzo skromny apel i do Zaremby i do wszystkich innych obserwatorów komentujących naszą scenę polityczną. Jeśli naprawdę widzicie, co się na naszych oczach wyprawia, zrozumcie, ze ta sytuacja stawia wymagania również wobec was. Jeśli się okaże, że trzeba krzyczeć, to trzeba będzie krzyczeć.

wtorek, 23 czerwca 2009

Who is who, czyli świat według...

Wpadłem niedawno na krótko na pewne bardzo sympatyczne urodziny. Urodziny były o tyle miłe, że obchodzone przez bardzo mi bliskiego kolegę, którego żona niedawno otworzyła pod moim nosem fajną knajpę. Znalazłem się natomiast na tym przyjęciu, w tej nowej knajpie, na krótko, bo ludzi było sporo, ja, poza paroma osobami, nie znałem tam nikogo, a jestem tak skonstruowany, że nie bardzo wypatruję nowych wrażeń i ekstra emocji. Skoro już wspominam o tym przyjęciu, muszę jeszcze dodać, że, choć osobiście jestem wieśniakiem z bardzo marnym i dość przypadkowym wykształceniem, cały krąg moich znajomych, oraz znajomych znajomych, to ludzie, o których w języku angielskim mówi się professionals.W każdym zresztą znaczeniu tego słowa. Takie też towarzystwo wypełniało przyjęcie urodzinowe, na które zostałem zaproszony.
Zanim wypiłem, co było do wypicia, zjadłem, co było do zjedzenia i pogawędziłem z każdym, z kim miałem ochotę pogawędzić, zostałem przedstawiony pewnej eleganckiej pani, która dowiadując się, kim jestem, roześmiała się szczerze i powiedziała, że kompletnie się czuje zaskoczona, bo parę tygodni temu, w tym samym miejscu był „ten…no…ten jakiś minister, czy ktoś. Skrzypek… tak. Sławomir Skrzypek”. I ona myślała, że to ja. Bo jesteśmy podobni.
Oczywiście porównanie to mi bardzo pochlebia. Choćby z tego względu, że kiedy prezes Skrzypek i ja, byliśmy dużo młodsi i szczuplejsi, i – nie chwaląc się – nawet trochę się kolegowaliśmy, zawsze uważałem, że z niego jest bardzo ładny chłopak. Więc nie jest źle. Ja jednak nie planuję pisać o tym. To co mnie zaciekawiło, to fakt, że pani, która pomyliła mnie ze Skrzypkiem nie bardzo wiedziała, kto to ten Skrzypek jest. Ona go poznała parę tygodni wcześniej i wiedziała z tego tylko tyle, że to „jakiś minister”.
Skoro już robi się atmosfera, jak z kronik towarzyskich na ostatnich stronach magazynu Viva, to opowiem coś jeszcze. Trzeba Wam wiedzieć, że Toyahowama koleżankę. Bardzo bliską koleżankę. W pewnym sensie, koleżankę najbliższą. Od wielu lat jednak spotykają się one bardzo rzadko i jeśli gadają, to czasem przez telefon, najczęściej składając sobie życzenia. Rozluźnienie kontaktów, o którym wspominam, jest spowodowane tym, że koleżanka mojej żony mieszka w Warszawie i jest zajęta wszystkim tym, co się wiąże z byciem kimś kto się nazywa Joanna Kluzik-Rostkowska. Otóż na uroczystości otwarcia wspomnianej restauracji, do Toyahowej podeszła inna pani, przywitała się i powiedziała, że one się znają, bo chodziły do równoległej klasy i że klasa mojej żony była klasą wyjątkową, bo matematyczną i uchodzącą za wybitną, i takie tam. A później, już tak na marginesie, dodała coś w tym stylu: „Tam z wami chodziła taka jedna, co ją wciąż pokazują w telewizji. Ona jest kimś w rządzie, czy coś”. Chodziło o Kluzik.
Zanim ktoś mi zarzuci, że się zadaję z głupkami, muszę złożyć bardzo poważne oświadczenie. Zarówno jedna i druga pani, o których wspomniałem, spełniają najbardziej wyśrubowane warunki, żeby się zakwalifikować do grupy osób bardzo ‘na topie’. I to w najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. I jedna i druga, to są wykształcone, sympatyczne, bardzo dobrze ułożone kobiety. Ani szczególnie przechylone w jedną, czy w drugą niebezpieczną stronę. Pełny standard najbardziej szeroko rozumianej elegancji. Ich problem, jak się okazuje, polega tylko na jednym – one nie uważają za konieczne wiedzieć, kto to jest Sławomir Skrzypek, kim jest Joanna Kluzik-Rostkowska i prawdopodobnie dziesiątki najróżniejszych innych postaci, zamieszkujących naszą scenę pop kultury polityczno-medialnej, o których wielu z nas z kolei nie jest w stanie zapomnieć choćby na jeden dzień. One nie chcą tego wiedzieć i czasem mam szczere wrażenie, że akurat pod tym względem są ode mnie, i od wielu moich znajomych, lepsze.
Wczoraj, pisząc tu o forsowaniu przez połączone siły czarnej, antykaczystowskiej reakcji, kandydatury Jolanty Kwaśniewskiej, jako przyszłego prezydenta Polski, złośliwie wymieniłem kilkanaście innych nazwisk, głównie pochodzących z najbardziej tandetnej półki kultury pop, żeby pokazać, jak dalece nasze myślenie o rzeczach poważnych zostało skorumpowane przez tę własnie kulturę. Kiedy myślałem o tym, jaki ładny tytuł wymysleć dla mojego tekstu, zwróciłem się do moich dzieci o przykład najbardziej ‘obciachowego’ nazwiska z pierwszych stron portalu pudelek.pl. I usłyszałem o najróżniejszych gwiazdach, takich jak jakaś Gosia Andrzejewicz, Piotr Kupicha, Paweł Mroczek, czy w końcu ten ostatecznie przeze mnie wybrany Tomasz Jacyków. I teraz właściwie powinienem się zastanowić, czy obie poznane przez mnie na wspomnianych przyjęciach panie, nie mając pojęcia, kim jest Joanna Kluzik-Rostkowska i Sławomir Skrzypek, wiedzą, kim jest na przykład Jolanta Rutowicz.
Odpowiedzi na to pytanie jednak nie znam, choćby z tego względu, że ani obie te panie, ani nikt inny, w kim miałem ostatnio do czynienia, wymienionych gwiazd nie wspominał. Choć chciałbym wierzyć, że mogło się tak stać, dlatego że moi znajomi – i znajomi moich znajomych – podobnie jak ja, nie interesują się kulturą aż tak niską, wiem jednak, że może też być inaczej, tyle że oni swych zainteresowań nie wynoszą poza dom. Wiem natomiast bardzo dobrze co innego. To mianowicie, że – poza kilkoma najbardziej szalonymi fanami polityki – większość znajomych mi osób również nie interesuje się tym, co stoi znacznie wyżej zarówno od braci Mroczków, jak i Tańca z gwiazdami. Z tego co zdążyłem zaobserwować, ludzie generalnie nie interesują się niczym poza swoją rodziną, kręgiem swoich znajomych, swoją pracą i ładnym filmem w telewizji od czasu do czasu. A wszystko, co ponadto – mają w nosie. Proszę pamiętać. Ja mówię o ludziach, których znam. Nie o żulach i menelach. O tamtych nie mam bladego pojęcia.
Refleksje, którymi się dziś na tym blogu dzielę, przyszły mi do głowy po przeczytaniu artykułu Piotra Semki w dzisiejszej Rzeczpospolitej http://www.rp.pl/artykul/323747.html. W swoim tekście – kuriozalnym tak, że mogłyby kandydować do jednej z nagród fundowanych rok w rok przez Mariusza Waltera i jego kumpli – Semka postanowił ni z gruszki ni z pietruszki odgrzebać temat anonimowości na blogach i poszarpać się trochę ze swoją amatorską konkurencją. W sumie nic ciekawego. Zwyczajne pretensje do nas, tu piszących, że nie chcemy Semce powiedzieć, jak mamy na nazwisko. Można by było więc spokojnie Semkę zlekceważyć, uznając, że jego tekst jest wyłącznie smutną manifestacją jego kompleksów, zwłaszcza, że idealnie mu w tej samej Rzepie odpowiedział Igor Janke. Ja jednak czuję bardzo mocną potrzebę powiedzieć o jednej rzeczy. Otóż w zeszłym roku wracałem z wakacji z moimi dziećmi i na dworcu kolejowym w Warszawie zobaczyłem nie mniej ni więcej tylko samego redaktora Semkę, który czekał z jakiegoś powodu na ten sam, jadący do Katowic, pociąg. Ponieważ jeszcze tamtego lata – podobnie zresztą, jak moje dzieci – miałem do Semki stosunek zbliżony do nabożności, ucieszyłem się i widząc go, zawołałem coś w stylu: „Dzień dobry, panie redaktorze, miło mi bardzo pana spotkać”. Semka na to, odburknął coś pod nosem, zrobił jeszcze bardziej nadętą minę, niż pokazują to telewizyjne kamery i się powoli i z godnością oddalił.
Otóż, jak już wspomniałem, nie ma właściwie powodu, żeby zwracać uwagę na dzisiejszy artykuł Semki w Rzeczpospolitej. Poza jednym. Tylko jednym. Chodzi o to, że uważam za pożyteczne poinformowanie Piotra Semki, że on się bardzo grubo myli, co do ogólnej sytuacji na rynku. To, czy świat pozna moje nazwisko, czy poznał już nazwisko Igora Janke, czy może zawsze będzie skazany na informację, że ja jestem jakimś Toyah, a Semka w rzeczywistości nie nazywa się Semka, tylko – powiedzmy – Maciej Bombala, nie ma dla tego świata żadnego znaczenia. Jeśli ktoś powinien się troszczyć o to, kto kogo zna, kto o kim cokolwiek wie, a czego nie wie i dlaczego, to najwyżej Andrzej Łapicki, jego młoda żona i wszyscy ci, którzy zrozumieli pełną, merytoryczną zawartość niniejszego zdania. Z punktu widzenia opinii publicznej – i wcale nie tylko tej najbardziej niedoinformowanej – ale nawet szalenie starannie wykształconej i tworzącej to spektrum, do którego zwracam się ja (z czystej fantazji) i Piotr Semka (z zawodu) i Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska, nie ma żadnej różnicy między ważnym dziennikarzem z Rzepy, a kompletnie nieważnym blogerem z Katowic. Jeśli codzienny świat będzie podejmował jakieś istotne dla siebie decyzje, to wyłącznie w oparciu o zdrowy rozsądek, zwykłe emocje i najbardziej podstawowe interesy. A ja wierzę, że to będą decyzje dobre.
Codzienny świat bowiem jest kompletnie obojętny, jeśli idzie o zasługi i brak zasług ludzi, o których nawet nie słyszał. I jedyne co może zrobić, to wybuchnąć śmiechem na informację, że jeden z nich uważa się za kogoś bardzo szczególnego i jeszcze tę swoją wiarę próbuje demonstrować choćby na brudnym i śmierdzącym dworcu kolejowym w Warszawie.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Donald Tusk vs. Tomasz Jacykow - czyli remis ze wskazaniem

Dzisiejsza Rzeczpospolita opublikowała dwa teksty, które mnie zainteresowały bardziej, niż ma to miejsce na codzień. Pierwszy z nich, to wyniki badań sondażowych, z których wynika, że kiedy Lech Kaczyński zakończy swoją kadencję i odbędą się kolejne wybory, prezydentem – w drodze demokratycznego wyboru – zostanie Donald Tusk, piłkarz-amator z Sopotu. Drugi, to obszerny wywiad z Jarosławem Kaczyńskim. Niezbyt uważnie oglądałem dzisiejsze programy informacyjne w telewizji, niemniej, z tego co zdążyłem zauważyć, muszę przyznać, że jak idzie o rangę wydarzenia, wiadomość o kolejnym sukcesie Donalda Tuska bije wywiad z Kaczyńskim na głowę.
Podzielam ocenę zaprezentowana przez media. Wprawdzie z mojego punktu widzenia, to co mówi Jaroslaw Kaczyński jest daleko mądrzejsze i poważniejsze, niż spekulacje GfK Polonia, nie zmienia to jednak faktu, że w świecie o tak niewyobrażalnym poziomie fikcyjności, wiadomość zatytułowana Tusk nokautuje konkurentów nabiera takiej siły, że nie tylko mój punkt widzenia przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczy się wyłącznie nazwisko ‘Tusk’ i słowo ‘nokaut’. A skoro liczy się tylko to, to automatycznie tworzy się nowa super-rzeczywiostość i nie sposób już dyskutować o niczym innym, jak tylko o tym, że Tusk nokautuje, a reszta zdycha. Jarosław Kaczyński może przedstawić tezy, które zmienią kształt sceny politycznej w Polsce i zmienić cały dotychczasowy bieg zdarzeń. Na nic. Nie tu. Nie teraz. Istnieją tylko te liczby: 74:26. I, naturalnie, wiadomość podana przez mistrza rachunków, dziennikarza TVN24 – „Na obecnego prezydenta gotowy jest oddać głos zaledwie co piąty Polak”.
Chętnie bym bardzo skomentował rozmowę Rzepy z Prezesem, ale zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że to by było trochę tak, jak zanudzanie czytelników tego bloga relacją z przechadzki, jaką odbyłem dziś z moja najmłodsza córką w tym deszczu, podczas której nie zdarzyło się nic więcej, jak tylko wspomniany deszcz. Zbyt realne, a przez to kompletnie nie inspirujące. A więc trzeba będzie powiedziec parę słów na temat przyszłego pojedynku między trzema gigantami polskiej polityki, czyli między Donaldem Tuskiem, Jolantą Kwaśniewską i Włodzimierzem Cimoszewiczem. Jeśli ktoś nie zna faktów, to chętnie potwierdzę. Otóż tak to własnie wygląda. Na naszej aktualnej scenie politycznej – wedle relacji Rzepy – istnieją obecnie już tylko dwa liczące się podmioty: Donald Tusk – aktualny premier, i gwiazda telewizji TVN Style, żona Aleksandra i matka Oli – Jolanta Kwaśniewska. Za nimi, skromnie aspiruje były komunistyczny aparatczyk, Włodzimierz Cimoszewicz.
Parę kwestii jednak wciąż wymaga wyjaśnienia. Z badań GfK Polonia wynika jednoznacznie, że przewaga Wielkiego Męża Stanu i Wielce Szanownego Pana Profesora Jerzego Buzka nad znanym w świecie Kartoflem, mieści się w granicach błędu statystycznego. Biorąc pod uwagę kształt bieżących politycznych komentarzy, jest to zjawisko wymykające się jakimkolwiek logicznym analizom. No bo niby jak? Niby co to ma znaczyć? Na jakiej zasadzie i jakim prawem mamy przyjąć do wiadomości, że i Lech Kaczyński i Jerzy Buzek to wartości porównywalne? Mało tego. Sondaż opublikowany przez nieocenioną Rzepę informuje, że jeśli TVN Style w najbliższych wyborach prezydenckich, jako swego kandydata wystawi panią Jolantę, to Donald Tusk może się znaleźć w nie lada tarapatach. Wprawdzie on ciągle utrzymuje nad swoją najbardziej poważną konkurentką wyraźną przewagę, ale nie na tyle mocną, żeby mógł spokojnie zająć się piłką. Zwłaszcza że Gfk Polonia z jakiegoś powodu nie informuje o szansach innych kandydatów. Ja na przykład bardzo bym chciał wiedzieć, jak w relacji do premiera Tuska plasują się takie tuzy kultury masowej, jak Monika Jaruzelska, czy Maria Peszek?
Pytań zresztą jest jeszcze więcej. I to pytań o wiele poważniejszych. Na przykład, chciałbym wiedzieć, czy GfK Polonia rozważało w swoich analizach taką ewentualność, że PiSprzeciwko Donaldowi Tuskowi wystawi panią Marię Kaczyńską, lub aktora Zelnika? Albo PSL – Jolantę Fedak? A co będzie, jak zjednoczone siły medialnego koncernu prezesa Waltera uznają, że od Jolanty Kwaśniewskiej lepszy będzie Zbigniew Wodecki? Czy wówczas nie pojawi się niebezpieczeństwo, że Donaldowi Tuskowi elektorat się podzieli i zdarzy mu się niechcąco przegrać? A żartów nie ma. Polska wprawdzie ten wstrząs przetrzyma, ale Sopot???
Trzeba więc działać. Żeby nas za te niespełna dwa lata nie spotkała przykra niespodzianka. Mam zatem dla Rzeczpospolitej ofertę. Nie wiem, ile Rzeczpospolita płaci GfK Polonia za sondaże, ale mogę zagwarantować, że ja wezmę mniej. I to za sondaże wprawdzie równie wiarygodne, ale za to o wiele bardziej precyzyjne. Powiedzmy, że już za miesiąc jestem gotów dostarczyć redakcji Rzepy pełne informacje na temat szans wyborczych Donalda Tuska (ale również Kazimierza Marcinkiewicza, Tadeusza Rydzyka, Janusza Palikota, Antoniego Mężydły, Moniki Olejnik, Jacka Kurskiego, Joanny Muchy, Marka Migalskiego i Justyny Pochanke) w starciu z Tomaszem Jacykowem, Beatą Tyszkiewicz i Jerzym Urbanem. Jak będzie trzeba, mogę również się dowiedzieć w jakich relacjach Donald Tusk wygrywa z Piotrem Rubikiem, Piotrem Kupichą, a nawet z Jackiem ‘Agata’ Olszewskim. Za całość zgodzę się na, powiedzmy, pięćset złotych.
Plus występ w Szkle Kontaktowym obok panów Markowskiego i Dąbrowy.

sobota, 20 czerwca 2009

Spinujemy za friko

W naszym domu, jak idzie o wszystko to, co wypełnia czas poza pracą, spaniem, i jedzeniem, przestrzeń wypelniona jest przede wszystkim serialem telewizyjnym pod tytułem Dr. House i polityką. Dr. House to szaleństwo ostatnich tygodni. Toyahowa i obie Toyahówny, dzień za dniem, chodzą jak obłąkane i dyskutują na temat rozwoju sytuacji w szpitalu w którym pracuje ten cudowny człowiek. Ja, z kolei, z moim synem wymieniamy się refleksjami na tematy polityczne. I tak to leci. Za oknem deszcz, a w domu z jednej strony gbur z laską, a z drugiej Grzegorz Schetyna.
Właśnie się dowiedziałem, że intelektualna prowokacja Schetyny sprzed kilku dni o tym, że w wypadku, kiedy Premier zostanie prezydentem, prezydent Tusk może zachować szefostwo w Platformie Obywatelskiej, została oficjalnie już autoryzowana przez najważniejsze media, oraz przez niezależne autorytety i nie ma o czym gadać. Wiadomo już na pewno, że nie ma problemu z przywództwem w Platformie. Buldogi są wyłącznie z PiS-ie. Podobnie jak dywan. A o ile ewidentny żart Jarosława Kaczyńskiego sprzed lat o tym, że w nim jest całe dobro, wciąż czeka na oficjalne zatwierdzenie, Schetyna został przepuszczony bez kolejki. Czy się dziwię? Nie. Oczywiście, że nie.
Wczoraj w Szkle Kontaktowym odbywała się jakaś uroczystość, której pochodzenia nie znałem, bo włączyłem się dopiero wtedy, gdy wszystko zmierzało ku końcowi. W każdym razie w studio siedzieli pracownicy mediów Sianecki z Miecugowem, oprócz nich komicy Tym i Daukszewicz, a w tle stał człowiek z kontrabasem. Zadzwoniła jakaś kobieta i, co mnie akurat przyjemnie zdziwiło, bardzo składnie zwróciła uwagę prowadzącym, że są nieobiektywni na rzecz partii rządzącej. Przez cały czas jej wypowiedzi Stanisław Tym, Krzysztof Daukszewicz, Grzegorz Miecugow i Tomasz Sianecki demonstrowali swoje rozbawienie, a na koniec Miecugow powiedział coś takiego: „Ja się zastanawiam, ile razy można powtarzać ewidentne kłamstwo, żeby w końcu ktoś mógł uznać, że to prawda!”. Czy ja się dziwię. Ależ skąd? Nigdy. Też wczoraj, zaraz po Szkle Kontaktowym, próbowałem obejrzeć program Dzień po dniu. Najpierw dowiedziałem się, ze polityk, na którego jeszcze nie tak dawno cała Polska wołała ‘Buzek-łobuzek’ i którego rządy doprowadziły do tego, że Leszek Miller z komunistami zdobyli w Sejmie bezwzględną większość, jest jednak wielki i o tym już wie nawet cała Europa. A później już nie było nic, tylko wakacje, prezerwatywy i Lew Starowicz. Czy ja coś sugeruję? Nic. Tyle może tylko, że jest oczywiste, że skoro akurat nie ma nic śmiesznego o PiS-ie, to pozostają już tylko kondomy. Ponieważ zrobiło mi się słabo, wyłączyłem telewizor i puściłem muzykę. Wróciłem do telewizora dopiero przed snem i na ekranie pojawił się Kazimierz Marcinkiewicz. Okazało się, że TVN24 bardzo potrzebował poprosić go o opinię na temat sytuacji Polski w cywilizowanym świecie, bo Marcinkiewicz jest w Londynie, zachowuje pełną intelektualną niezależność i może występować jako londyński ekspert. I poszedłem spać.
Jakiś polityk Platformy ze Szczecina, który ma sprawę (czy może miał sprawę) o narkotyki, ma już lada dzień zostać posłem. Wielce Szanowna Pani Minister Hall – jak się okazuje – coś się troszkę zagapiła i dzieci w zerówkach nie będą się uczyły pisać, czytać, i innych takich. We Wproście pokazali czarno na białym, że minister Sikorski jest najzwyklejszym prowincjonalnym bucem i że każdy dodkonale to wie. Chyba wczoraj w Rzeczpospolitejdziennikarze udowadniają, że Ministerstwo Finansów najbezczelniej w świecie kłamie. I robi to już nie po raz pierwszy. Parę dni temu – o czym już tu miałem okazję pisać – Minister Boni przedstawił rządową wizję Polski z lat dwadzieścia, z szybkimi pociągami i szklanymi domami. I to wszystko jak najbardziej poważnie. Platforma odmawia ulg dla studentow, Donald Tusk jest przeciwny pomocy finansowej dla telewizji publicznej. Nie ma dnia, żeby nie pojawiła się informacja, która w normalnej sytuacji, doprowadziłaby do tak ciężkiej kompromitacji rządu, że Polska by tego po prostu nie wytrzymała. Tymczasem te wszystkie rewelacje żyją kilka godzin, i natychmiast zastępowane są przez kolejne, które też istnieją w powszechnej świadomości jedynie przez chwilę. O ile nie zbroi czegoś PiS. Wtedy media mają tydzień czystej zabawy.
Ponieważ, jak wspomniałem, wszystkie kobiety w naszym domu zajęte są oglądaniem doktora House’a, siadłem sobie z moim synem i spróbowaliśmy opracować jakąś strategię dla Polski. I wyszło nam w sposób jednoznaczny, że nie ma takiej możliwości, żeby absolutna większość społeczeństwa nie wiedziała, ze Donald Tusk i cała ta jego zbieranina, to kompletna pomyłka. Jest więcej jak pewne, że praktycznie każdy zainteresowany polityką Polak wie, że Platforma Obywatelskato eksperyment, który nie wypalił i perspektywy są żadne. Jeśli ten świat jeszcze zupełnie nie zbzikował, nie ma takiej możliwości, żeby ktokolwiek rozumny sądził, że tam coś się dzieje. No way. A w tej sytuacji, wymyśliliśmy sobie, że gdyby ktoś z PiS-u nas spytał o radę, co robić, odpowiedzielibyśmy, że nic. Nie trzeba robić nic. Trzeba tylko siedzieć spokojnie i się uśmiechać. Na każde pytanie, jakie zada nam ktoś z tamtej strony, należy się tylko uprzejmie uśmiechnąć i powiedzieć, że z pewnością PiS zna drogę, metodę i odpowiedź. Jak ktoś nas spyta, co sądzimy o Radiu Zet, o pośle Karpiniuku, o in vitro, o TVP, o szansach Tuska na prezydenturę, należy się tylko grzecznie uśmiechać i odpowiadać, że PiS jest oczywiście świetny i z pewnością lepszy od wszystkich innych.
Nawet jeśli któregoś dnia, dowiemy się, że otóż właśnie wyszło na jaw, że w Kancelarii Premiera doszło do strzelaniny, bo Donald Tusk podczas gry w piłkarzyki powiedział do Sławka Nowaka, że jest ciamajdą i redaktor Tadla spyta posła Karskiego, co o tym sądzi, pod żadnym pozorem nie należy formułować żadnych ocen, bo chwilę potem cale Szkło Kontaktowe zostanie poświęcone sprawie zepsutego wózka golfowego. A ludzie ocen nie potrzebują. Oni wiedzą już świetnie, kim jest Tusk i jego koleś Nowak. Tylko uśmiech i krótka informacja – Prosimy szanownych państwa o poparcie dla PiS-u. Można przy tym pozwolić sobie na parę grzecznych, niezobowiązujących żartów. I to wszystko.
Jak ktoś nie umie, Marek Migalski pokaże, jak to się robi.

czwartek, 18 czerwca 2009

Donald Tusk - gwizd artystyczny

Przydarzyła mi się bardzo zabawna historia. Siedziałem sobie w domu i słuchałem muzyki. Grał Bill Evans – pianista, razem z Toots Thielemansem na harmonijce. Kto się interesuje, z pewnością wie, o co chodzi. Weszła najmłodsza Toyahówna, wydęła z pogardą usta i spytała: „A co to za okropieństwo?’ Na to ja: „Organki”. Na co moja córka: „Okropne”. I znów ja: „To Toots Thielemans – on jest wybitny”. I wtedy moje dziecko: „Kto???? Tusk?”
Otóż sprawa wygląda następująco. Oczywiście nie Tusk, tylko Toots. Toots Thielemans – jeden z największych muzyków XX wieku. Można nie znać tego nazwiska, można nie wiedzieć, kto to taki, ale wystarczyło żyć i mieć uszy otwarte, żeby od czasu do czasu usłyszeć tę harmonijkę i jej nie zapomnieć. Wystarczyło te kilka ważnych filmów, jak choćby Midnight Cowboy, żeby już nigdy nie zapomnieć tej melodii. A więc nie, Moje Głupie Dziecko, nie Tusk. Toots. Wielki muzyk, znany głównie ze swojej harmonijki, ale również gitarzysta i… gość, który potrafił pięknie gwizdać. A więc bardzo zdolny człowiek. Nie Tusk.
Domyślam się, że ktoś kto znalazł się na tym blogu po raz pierwszy, pomyśli sobie zapewne, że tu się odbywa jakieś szaleństwo. Mało tego. Jestem pewien, że nawet ci, którzy byli tu już wcześniej, mają święte prawo, żeby uznać, ze ja albo ostatecznie straciłem siły, albo się po prostu zdemoralizowałem. Proszę wszystkich o zachowanie spokoju. Aż tak źle nie jest. Atmosfera tylko z pozoru jest głupkowata. Owszem, kiedy moja córka wyskoczyła z tym Tuskiem, to wpadliśmy w nastrój zabawowy i zaczęliśmy się prześcigać w najróżniejszych pomysłach, jak by to było, gdyby nagle się okazało, że Donald Tusk potrafi grac ładnie na harmonijce, albo – nie daj Boże – jest okazał się wirtuozem w artystycznym gwizdaniu. Włączalibyśmy sobie TVN24, na ekranie pojawiałby się napis ‘na żywo’, kamery pokazywałyby nam rzecznika Grasia, który by z kolei anonsował wystąpienie Premiera… i wtedy na mównicę wchodziłby Donald Tusk i pięknie grał na organkach. Lub gwizdał. To byłoby coś. To byłaby prawdziwa rewolucja. Oto mamy ten nasz polityczny świat. Tych wszystkich pieprzonych prezydentów, ministrów, premierów, komisarzy, te wszystkie parlamenty, te strategie, te gospodarki, te niespełnione obietnice, tę nieustanna walkę o głosy wyborców… a tu nagle pojawia się, który gra na organkach, a następnie grzecznie się wszystkim kłania i idzie do domu.
Niedawno, Hanna Gronkiewicz Waltz powiedziała, że, jak idzie o miasto, którym ona zarządza, to właściwie nie trzeba już nic robić. Wystarczy, żeby wszędzie były kwiaty i żeby w chodnikach nie było dziur, na których można by połamać nogi. Ludzie będą chodzić jak naćpani i będzie git. Ja do tego bym jeszcze dodał takie rozwiązanie, żeby wszędzie, wzdłuż ulic poumieszczać wielkie telebimy, na których mieszkańcy miasta mogliby nieustannie oglądać, jak Donald Tusk gwiżdże, lub gra na harmonijce.
Wbrew pozorom, to nie jest obraz aż tak bardzo absurdalny. Właściwie, jak się dobrze przyjrzeć, to wszystko zmierza dokładnie w tym kierunku. Wczoraj telewizja poinformowała, że Premier przedstawił coś, co się nazywa Polska2030 – Wyzwania Rozwojowe. Chodzi o to, że – prawdopodobnie po to, by nas ostatecznie dobić – postanowiono nam pokazać, jak to będzie za dwadzieścia lat pod rządami ludzi, którzy nam dwa lata temu wskoczyli na plecy i nie chcą zleźć. Nie będę opisywał, jak ta Polska w roku 2030 ma wyglądać. Po cholerę? I tak wszystko wiadomo – domy mają być wysokie, ze szkła i stali, a pociągi mają jeździć bardzo szybko. Chcę jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Otóż najprawdopodobniej autorem tego szaleństwa był nie Donald Tusk, lecz sam Michał Boni. Dlaczego tak myślę? Przede wszystkim dlatego, że mignął mi ten ubek wczoraj w telewizorze. Ale jest tez drugi powód moich podejrzeń. Ja na Boniego mam oko już od pewnego czasu. Dokładnie od dnia, kiedy przeczytałem z nim rozmowę w Rzeczpospolitej, gdzie on opowiadał, jak to w przyszłości każdy będzie miał komputer i będzie sobie z każdym rozmawiał na skypie. To właśnie wtedy uznałem, że nie ma takich słów, które by potrafiły opisać nieszczęście, na jakie sami się zechcieliśmy skazać 21 października 2007 roku. Ale nie ma też takich słów, które by w pełni sprawiedliwie mogły załatwić sprawę o nazwie ‘Michał Boni’.
Więc już nic więcej nie napiszę. Pewnie puszczę sobie Nocnego Kowboja i może się w ten sposób trochę uspokoję.

środa, 17 czerwca 2009

Yeah, I speak!

Jak niektórzy wiedzą, żyję z tego że uczę języka angielskiego. Co to oznacza? Dokładnie nic. W najlepszym wypadku tylko tyle, że znam język angielski lepiej niż większość moich znajomych. To jest wszystko. Fakt znajomości języka angielskiego i umiejętność posługiwanania się nim na jakimś tam poziomie, nie czyni mnie ani kimś lepszym, ani mądrzejszym, ani bardziej godnym szacunku, niż ktoś, kto tego języka zwyczajnie nie zna. Pewnie również z tego powodu, nie za bardzo tym językiem tu popisuję. Jest jednak coś, z czego – znając ten język na poziomie, że tak to ujmę, profesjonalnym – bardzo się cieszę. Mam tu na myśli poczucie, jak to wszystko właśnie jest, z jednej strony, nic nie warte, a z drugiej, złudne. Znając język angielski w stopniu niemal wystarczającym, wiem, jak cenne jest to, że mogę pozwolić sobie na to, by w tym właśnie zdaniu, z czystym sercem i pełnym spokojem, umieścić słowo „niemal”.
To wszystko, co wyżej opisałem powoduje jeszcze jeden efekt. Ja reaguję uczuleniowo na wszelkie szyderstwa pod adresem ludzi nieznających języka angielskiego, powodowane tylko tym, że oni tego języka nie znają. Owszem, kiedy ktoś – posługując się językiem na poziomie mieszkańca chicagowskiej dzielnicy o słodkiej nazwie Jackowo – przy byle okazji podkreśla, że to co on ‘posiada’, to angielski „płynny”, to ja skorzystam z każdej okazji, żeby go tępić. Podobnie, kiedy ktoś, w pełnym przekonaniu, że angielskie słowo delete wymawia się „dilejt” i że Amerykanie mówią do siebie na ‘ty’, jednocześnie załamuje ręce nad tym, jak to inni angielskiego nie znają, to ja jestem w każdej chwili gotów kogoś takiego wyszydzić. Poza tym – nie. Poza tymi wszystkimi smutnymi lanserami, ja nie widzę najmniejszego powodu, żeby się przejmować czyjąś znajomością – lub jej brakiem – języka angielskiego. Wręcz przeciwnie, raczej skłaniam się ku temu, by czuć podziw, że w ciągu tych dwudziestu lat nowej Polski tak wielu ludzi tak dobrze zaczęło sobie radzić z czymś, co dla mnie – kiedy byłem w ich wieku – stanowiło taki problem.
Dostaję więc jasnej cholery na wszelkie prokurowane przez strasznie przemądrzałych redaktorów z telewizji, czy z prasy, prowokacje, mające na celu pokazanie osobom równie zakompleksionym jak oni sami, jak to najróżniejsi politycy nie znają języków obcych. W sejmowym korytarzu jakiś zezowaty reporter zaczepia któregoś z posłów, ruską angielszczyzną zagaduje człowieka, i ani przez moment nie jest mu wstyd, że dokładnie w tej samej chwili robi z siebie tak strasznego idiotę. Redakcja ważnego tygodnika wysyła na łowy któregoś ze swoich reporterów, żeby przebadał grupę polityków pod kątem znajomości angielskiego, a ja tylko sobie mogę wyobrazić te wszystkie stęknięcia, niezgrabności, i najbardziej trywialne błędy, których on sam nie jest w stanie uniknąć, ale o tym nie wie, bo jest tylko zwyczajnym, zarozumiałym bucem.
Pisałem już o tym w tym miejscu przy okazji kuriozalnego tekstu Ernesta Skalskiego, w którym ten – występując właśnie z pozycji typowego, zakompleksionego jak nie wiem co inteligenta – plótł jakieś farmazony o tym, jak to w dzisiejszej kulturalnej Polsce bez znajomości języka obcego, nie sposób osiągnąć nawet tego najniższego szczebla kariery. A wszystko oczywiście w kontekście znanego już wszystkim ‘pisowskiego obciachu’. Przed chwilą młody Toyah pokazał mi w komputerze, redaktora Knapika, gdy ten przepytuje Marka Migalskiego, najpewniej chcąc wszystkim z radością pokazać, jak to Migalski w krótkiej wypowiedzi zrobił aż trzy błędy. Rzeczywiście, ubaw na cztery fajerki! Tyle tylko, że zanim Knapik zaczepił Migalskiego, to zapewne cały poprzedni wieczór uczył się swojej kwestii na pamięć, a ja bardzo bym chciał znać jego numer telefonu, zadzwonić do niego, kiedy z kumplami z redakcji w swoim ogródku sobie spokojnie grilluje i trochę się jego kosztem pobawić.
Ale tak to już jest. Żyjemy w świecie kompleksów i bufonady. W świecie, w którym zawsze musi być coś, co głupi ludzie lansują, jako piękne, podczas gdy jest brzydkie, mądre, podczas gdy jest głupie, ważne, gdy jest kompletnie nieistotne. I niestety, często jest też tak, że wiele umysłów jest tak zaskorupiałych, że nie ma takiej siły, która tę skorupę byłaby w stanie rozbić. Nie ma takich słów i takich argumentów. Kiedy rozlegnie się już ten szczególny rechot, sytuacja robi się naprawdę poważna. Ale, na szczęście, słowa Abrahama Lincolna o tym, ze nie da się nabierać wszystkich zawsze, nigdy nie tracą na ważności. Dziś w najnowszym Wproście, tym samym Wproście, który stoi na czele krucjaty przeciwko polskim politykom za ich językowe braki, czytam felieton Marka Króla, jak się domyślam intelektualisty i Europejczyka. Król pisze tak: „Kiedy zapytasz Polaka ‘How do you do?’, masz kilka sekund, by zmienić temat rozmowy. Jeśli się nie uda – ostrzegał jeden z tzw. polish jokes – to będziesz tego żałował do końca zycia. Polak, zamiast odpowiedzieć ‘OK.’, jak nakazuje zwyczaj, zakatuje pytającego opowieściami o wszystkich nieszczęściach, które go spotkały.” Bardzo mi się ten fragmencik spodobał. Uważam, że trzeba naprawdę niemało, żeby w czymś, według najbardziej oczywistych standardów, trywialnym i zupełnie bezpiecznym, popełnić aż trzy błędy językowe.
A teraz zagadka. Nie do czytelników tego bloga.. Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, ze akurat oni znają angielski na tyle, żeby się nie przejmować drobiazgami.
Redaktorze Knapik, znajdźcie no mi tu te błędy.

wtorek, 16 czerwca 2009

Czy Running Man to historia z happy endem?

To się musiało tak skończyć. Skoro najpierw zająłem się programem Marcina Mellera, zatytułowanym Drugie Śniadanie Mistrzów, następnie cały swój wpis poświęciłem wdzięcznej lesbijce o wdzięcznym imieniu Beth Ditto, by w końcu zejść do poziomu Dziennika, to na końcu tej drogi musiał się już tylko znaleźć Tomasz Lis ze swoim słynnym programem, nadawanym co tydzień przez drugi program publicznej telewizji. Muszę się tu przyznać, ze nieco przedramatyzowałem tę drogę, bo osobiście na przykład nie uważam, żebym moją wczorajszą afirmacją Piotra Zaremby w jakikolwiek sposób nagrzeszył, ale – zgadzam się – z punktu widzenia wielu czytelników tego bloga, to co się ze mną dzieje, to ewidentny upadek.
A więc znaleźliśmy się przy Lisie. Może mi ktoś nie uwierzyć, ale faktem jest, że ja programu Lisa w życiu nie oglądałem. Owszem, widziałem jego rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim, w której Kaczyński Lisa zdemolował, ale – jak mi opowiadają dobrze poinformowani – tamten akurat program był mało reprezentatywny, choćby z tego względu, że został wyjątkowo zrobiony pod rangę wydarzenia i w żaden sposób nie charakteryzował tego, co się zwykle wyprawia w studio, kiedy gospodarzem imprezy jest Tomasz Lis. Więc tak naprawdę, to kim jest Tomasz Lis, co on potrafi i na co go stać, wiedziałem dotychczas wyłącznie z drugiej ręki i powiem szczerze, że z tego typu wiedzą, żyło mi się zupełnie dobrze.
No ale to się zmieniło właśnie wczoraj. A było tak. Kiedy, jak zwykle wieczorem zachciało mi się zajrzeć, co słychać u redaktora Rymanowskiego, okazało się, że access jest denied, bo Toyahowa z obiema Toyahównami siedzą przed telewizorem i oglądają serial pod nazwą M jak miłość. Siadłem głupio z nimi i też sobie patrzyłem, i w pewnym momencie na pasku ekranu pojawiła się zapowiedź, że o 21.40 w programie Tomasza Lisa odbędzie się debata na temat tego, czy Jarosław Kaczyński wyrażając się brzydko na temat Radia Zet, osiągnął już najniższy poziom podłości, czy jeszcze mu coś zostało. No i tak już zostałem.
Wiem, co się stanie, kiedy już skończę pisać tę refleksję i umieszczę ją w Salonie. Wiem, że dominująca reakcja będzie polegała na wyrzucaniu mi, ze zajmuję się bzdurami, że obniżam poziom i że nie po to ludzie przychodzą tu i czytają moje wpisy, żeby zatruwać swoje wrażliwe umysły typami spod ciemnej gwiazdy w rodzaju własnie Tomasza Lisa. Wiem to wszystko, szanuję tę perspektywę, ale z wielu względów nie zamierzam ustępować. Jedyne co mogę dla tych wszystkich, spragnionych czystego przekazu na temat… no właśnie nie wiem, na jaki temat, ale przekazu nie zbrukanego nazwiskami i nazwami źle się kojarzącymi, zrobić, to tyle, że postarać się by casus Lisa wykorzystać do refleksji sięgającej dużo dalej i dużo wyżej niż ta jego wypicowana fryzura i liczyć na to, że ten wyższy poziom łaskawie uda się większości dostrzec.
Wczorajszy program Tomasza Lisa – nie wiem na ile utrzymany w zwykłym, typowym dla niego, standardzie – zrobił na mnie wrażenie, które mogę porównać tylko do tego, co kiedyś, przed wielu, wielu jeszcze laty, miałem okazję podziwiać w starym filmie z Arnoldem Schwarzeneggerem pod tytułem Running Man. Kto widział, ten wie. Kto nie widział, niech się jakoś dowie, bo warto. Naprawdę warto. Warto o wiele bardziej, niż zwykłe stereotypy i uprzedzenia mogłyby nam się kazać spodziewać. Ja wiem, że obecna sytuacja polityczna, potęga celów, jakie sobie stawiają ci, którzy dziś trzęsą nam życiem publicznym i ustalają kierunki, a przede wszystkim fakt, że czas goni, pozwalają wiele, jednak ta rzeź, którą miałem okazję obejrzeć wczoraj wieczorem, nie przypominała niczego, co bym oglądał kiedykolwiek wcześniej. Zaczęło się mocno, choć jeszcze nie jakoś szczególnie szokująco. Zwykły PRL. Na jednym fotelu siedział Lis, a na czterech pozostałych po kolei – Sławomir Sierakowski, Lena-Kolarska-Bobińska, Manuela Gretkowska i Paweł Piskorski. Przyznam się bez bicia, że nie wiem dokładnie, o czym to eleganckie towarzystwo rozmawiało, bo zwyczajnie słabo słuchałem. Najprawdopodobniej chodziło o to, ze dobrze byłoby, żeby było dobrze i żeby to „dobrze” odbywało się bez osób spoza układu, który mieliśmy przed oczami. Bomba poszła w górę dopiero w drugiej części programu. Tomasz Lis posadził przed sobą z jednej strony szefa Radia Zet, Roberta Kozyrę, a z drugiej polityka Prawa i Sprawiedliwości, Marka Suskiego. Kiedy ujrzałem ten skład, przyszły mi do głowy dwie rzeczy. Pierwsza taka, że bardzo źle się stało, ze PiS wydelegował do Lisa akurat Suskiego. Kocham PiS , mam nadzieję, że będę się już wkrótce mógł cieszyć jakimś potężnym sukcesem tej partii, polityków PiS-u uważam za bardzo mądrych, bardzo sympatycznych i niezwykle zdolnych ludzi, i nawet – wbrew powszechnym opiniom na jego temat – mam bardzo dobre zdanie o Marku Kuchcińskim. Natomiast, jak idzie o Suskiego, jakoś nie potrafię się przełamać. Druga refleksja, jaka przyszła mi do głowy, kiedy zobaczyłem to co zobaczyłem, to taka, że ten Robert Kozyra wygląda dokładnie tak, jak tylko mógłby sobie zamarzyć ktoś, kto Radia Zet nienawidzi w sposób histeryczny i uważa, że zdanie wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego: „Ja bym się wstydził pracować w Radio Zet” jest najpiękniejszym i najbardziej prawdziwym zdaniem, jakie można było w tym temacie wypowiedzieć. Ja doprawdy nie wiem, jak mogę wyrazić swoje uczucia co do, nawet nie samego wyglądu, ale tej aury, która wypełnia postać Roberta Kozyry. To jest coś takiego, co swoją pełną realizację może osiągnąć wyłącznie w jakimś super thrillerze. To jest ten rodzaj przekazu, z którym mamy do czynienia wyłącznie w kwestii: „Tego się nie da opowiedzieć. To trzeba zobaczyć”.
I wtedy nastąpiły dwie kolejne rzeczy, które mną poruszyły. Otóż okazało się, że Suski przyszedł do studia przygotowany jak do matury. Uzbrojony w plik kwitów, dokumentów, cytatów i przede wszystkim w nieprawdopodobny spokój, który zwykle daje tylko pewność tego, że ma się za sobą prawdę i rację. Od pierwszej chwili, Suski ustawił i Lisa i Kozyrę w takim półprzysiadzie, że w pewnym momencie Kozyra potrafił tylko jęknąć coś w stylu: „Ale panu to łatwo, bo pan się przygotował do tego programu”. Autentycznie, to właśnie Kozyra powiedział. Na co Suski zapytał go z zimną krwią: „A co? Nie wolno?”. I w tym momencie się zaczęło.
Kiedy Kozyra razem z Lisem oskarżyli Jarosława Kaczyńskiego o brak elegancji, o agresję, o brak szacunku, o dzielenie ludzi, a Kozyra ogłosił, że Kaczyński prawdopodobnie chodził na wagary, kiedy w przedszkolu uczyli grzeczności, Suski rozłożył kwity i zakomunikował, ze on teraz będzie czytał przykłady elegancji i grzeczności, jakie lansuje Radio Zet. I zaczął. I natychmiast skończył, ponieważ w tym momencie zainterweniował Tomasz Lis i oświadczył, ze on nie pozwoli na chamstwo w swojej audycji. I konsekwentnie zabronił Suskiemu odczytywać jakichkolwiek fragmentów z audycji Radia Zet. Od tego momentu, cokolwiek Suski powiedział, spotykało się albo z interwencjami Lisa, albo z wybuchami szyderczego śmiechu ze strony zgromadzonej w studio publiczności. Podejrzewam, że musiało tu wręcz dojść do jakiegoś spięcia, bo ten wrzask publiczności zrobił się w końcu tak ruski, że sam Lis chyba uznał, że to jest więcej niż było umówione i zmuszony był wygłosić oświadczenie, że publiczność wcale nie była dobrana ze złą intencją, ale tak to niechcąco wyszło. Doszło do tego, ze kiedy już Lis zamknął program i kazał się obu gościom zamknąć („bo mu szefowie łeb urwą”), Kozyra zwrócił się do tej bandy bojówkarzy siedzącej w studio z okrzykiem: „Czy wstydzicie się Radia Zet?!” i w odpowiedzi usłyszał wrzask: „Nieeeeee!”
Tak to właśnie się zdarzyło wczoraj wieczorem w drugim programie TVP, w audycji Tomasza Lisa. Kiedy publiczność krzyczała swoje ‘nie’, byłem właściwie pewien, że teraz na Suskiego polecą zgniłe pomidory i jajka. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Pojawiły się napisy i program się zakończył. Jestem jednak pewien, że nie będziemy musieli długo czekać. Z tej drogi nie ma już powrotu. Zaczęło się jeszcze dwa lata temu, kiedy Sławomir Nowak ściągnął do telewizyjnego studia na debatę Tusk-Kaczyński piłkarskich kibiców. Wczoraj, ta bandyterka w programie Lisa, to już była robota tzw. czynników pozapolitycznych. Coś prawdopodobnie w stylu znanego skądinąd Pępka Europy. Następnym etapem będzie jednak z pewnością już sytuacja, kiedy te pomidory autentycznie polecą, a Suskiego – czy kto tam akurat będzie – złapią za kołnierz dwaj łysi w dresach i go kopniakami wywalą ze studia. Ku nieopisanej radości publiczności w studio i przed telewizorami. I rozpocznie się czas Nowego Porządku.
Ale może nie. Może uda się jakoś tego uniknąć. Choćby z tego powodu, że to wszystko dzieje się zbyt szybko. Bo – jak już napisałem – czas goni i nie wiadomo, czy za miesiąc tego wszystkiego nie trafi szlag. Wszystko zmienia się tak szybko, że ludzie mogą tego nie wytrzymać. Nawet do nienawiści trzeba się jakoś bardziej przyzwyczaić. Może się więc okazać, że kiedy przed kamerami dojdzie do pierwszego autentycznego aktu fizycznej przemocy, sondaże pokażą, że ludzie nie reagują tak jak Sławomir Nowak, czy Grzegorz Schetyna sobie zaplanowali. I trzeba będzie się wycofać rakiem. Choćby tak, jak to dziś uczynił Nowak, tłumacząc, że ten numer z Tuskiem – prezydentem i szefem partii, to nie było na poważnie, ale to była tylko taka polityczna prowokacja, która miała zwrócić uwagę na podłości Lecha Kaczyńskiego. Może się więc zdarzyć, że zanim nastąpi to, czego się tak obawiam, znów pojawi się Sławomir Nowak i powie, ze ten Lis, to chamstwo, te wrzaski i – być może – te pomidory, to tylko taka polityczna prowokacja, którą Platforma odegrała, żeby pokazać, jak to będzie, kiedy PiS wróci do władzy.
A mnie dziś pozostaje tylko jedno. Ponowić mój apel do wszystkich, którzy jeszcze nie ulegli tej truciźnie i widzą, co się dzieje. Zacznijcie krzyczeć.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

O czytaniu i nie-czytaniu

Polecono mi artykuł Piotra Zaremby, dziennikarza, którego – o czym czytelnicy tego bloga wiedzą dobrze – od pewnego czasu zdecydowanie tępię. Przeczytałem rekomendowany artykuł, ponieważ osoba, która mi go podsunęła jest mi poglądami bardzo bliska, ale również ze względu na tytuł – Postpolityka czystych butów może się skończyć. I nie poszło o to, że owa postpolityka może się skończyć, bo to ja wiem i bez Zaremby. Dokładnie poszło o tę postpolitykę i o te buty. Coś czego do opisania obecnej sytuacji w moim kraju sam nie wymyśliłem i bardzo tego żałuję.
Przeczytałem więc cały długi tekst Zaremby i – czytając go – coraz bardziej byłem pod wrażeniem. Z jednego powodu. Otóż Zaremba napisał dokładnie to samo, co ja tu piszę już od ponad roku. Przedstawił sztuczny świat, wykreowany przez medialną propagandę i kulturę popularną, świat, który wielka część społeczeństwa, w którym żyję, z jakiegoś upiornego powodu przyjęła i w który weszła jak w masło. Przedstawił świat zwolenników IV RP, w obłoconych butach i w źle zawiązanych krawatach, bełkoczących coś w wieśniackiej polszczyźnie i świat Nowych Europejczyków, eleganckich, znających języki, w pięknych garniturach, o eleganckich fryzurach i stwierdził z przerażającą otwartością, że tak, to prawda, ten świat jest sztuczny i może dla niektórych bardzo kuszący, ale że ci wszyscy, którzy są już dziś pewni, że wygrali, lepiej niech jeszcze nie organizują festiwalu, bo to wszystko może w jednej chwili runąć. Oddajmy zresztą głos samemu Zarembie, który, zastanawiając się nad przyczyną, dla której wbrew najprostszym i najbardziej oczywistym faktom, tyle ludzi wciąż lgnie do Platformy, pisze tak:
Pytani o tajemnicę tego zjawiska specjaliści PO od wizerunku tłumaczą go jednym – niechęcią, ba, wręcz odrazą, szerokich mas do Kaczyńskich i ich partii, ugrupowania ludzi źle ubranych, nieznających języków, pozbawionych życiowych sukcesów. I wprawdzie w szeregach Platformy można znaleźć ludzi równie nieudacznych, a angielskim nie posługują się biegle ani premier, ani marszałek Sejmu, ale potęga stereotypu jest przemożna. Można by rzec, że wyborcy Platformy są dziś podtrzymywani w jedności nie jakimkolwiek spójnym zbiorem poglądów, choć strzępy haseł proeuropejskich i wolnościowych mają dla nich pewne znaczenie, ale jednym potężnym uprzedzeniem do Kaczyńskich i do ich partii. Partii prowincji, obciachu, moheru, Radia Maryja i czego tam jeszcze, każdy doda swoją własną karykaturę.
Zdawało się, że kryzys nadwyręży ten czysto estetyczny wymiar polityki. Na razie nie miał okazji, skoro jest w Polsce wyjątkowo łagodny. Specjaliści od partyjnej propagandy trochę te stereotypy podsycają, stąd tak ważny i trudny do ruszenia stał się w Platformie poseł Palikot. Ale w gruncie rzeczy najwytrwalszym ich producentem jest popkultura – didżeje i kabarety, gazety, politykujący artyści i wreszcie sami wyznawcy. Robert Krasowski marzył kiedyś o postpolityce „ciepłej wody w kranie”. Tymczasem mamy dziś do czynienia raczej z postpolityką „czystych butów” i „dobrze zawiązanych krawatów”. Zabłocone i źle zawiązane mają politycy PiS, reszta Polaków wie to z TVN-owskiego „Szkła kontaktowego” albo dzięki Kubie Wojewódzkiemu.
Postanowiłem napisać swój tekst, właśnie przez ten fragment. Własnie przez to, że nagle Zaremba zauważył coś, co ja – jak już wcześniej pisałem – wykrzykuję od początku mojego tu blogowania. Zauważył ten ‘obciach’, ten ‘moher’, te ‘języki’ i wreszcie te POPKULTURĘ, nad którą rozpaczam niemal w każdym moim wpisie. Że zauważył to człowiek, który PiS-u prawdopodobnie zwyczajnie nie lubi. Za co? Nie wiem? Ale na pewno nie za to, że ja mam wiecznie brudne buty (a trzeba Wam wiedzieć, że mam). I do tego dorzucił – już na własną rękę – tych ’didżejów i kabarety’. I tego Krasowskiego z jego uwielbieniem dla „postpolityką ciepłej wody w kranie”. I w końcu napisał najbardziej jednoznacznie, jak tylko można było, że niech ci wszyscy specjaliści od niszczenia tego co prawdziwe uważają, bo nie znają dnia ani godziny.
Więc napisałem swój tekst, w którym wyraziłem uznanie dla Zaremby, że wreszcie udało mu się dojrzeć to co my wszyscy widzimy już od tak dawna i że na dodatek tak ładnie i spokojnie potrafił to opisać. Ale napisałem też, zwracając się już bezpośrednio do Zaremby, ale również do wszystkich tych, którzy jeszcze na tyle nie oślepli, żeby widzieć, co się dzieje, że ich obowiązkiem nie jest ten świat opisywać z pozycji eleganckich komentatorów, ale przeciwko niemu wrzeszczeć. I to właśnie napisałem. I za to własnie spotkałem się z zarzutem, że ulegam michnikowej propagandzie. Mógłbym napisać, że upadliście na głowę, ale nawet mi się nie chce, bo, przepraszam wszystkich bardzo, ale jestem potężnie rozczarowany.

niedziela, 14 czerwca 2009

Jeszcze o ćmach

Już po napisaniu poprzedniego tekstu o ćmach, mój syn zapoznał mnie z postacią, o której dotychczas nie miałem pojęcia. Mam na myśli piosenkarkę o nazwisku Beth Ditto. Co jest interesującego w owej artystce? Otóż wydawałoby się, że nic. Należy ona bowiem zaledwie do całkiem nowego rzutu wykonawców popowych, który – jak wiedzą osoby zainteresowane – stanowi wyłącznie część długiego, wieloletniego już okresu kompletnej artystycznej pustki między latami 80-tymi, a tym, co być może w końcu nadejdzie, a na co się, jak na razie raczej nie zanosi. Wręcz przeciwnie. Dzięki moim dzieciom, oglądam dość często muzyczny kanał telewizyjny o nazwie MTV2, wiem też, że na początku lipca w Gdyni odbędzie się jeden z największych współczesnych festiwali rockowych w Europie (poważnie – to się dzieje u nas, w Polsce). I widać w tym wszystkim doskonale stan współczesnej muzyki rockowej. Wszystko, co się obecnie oferuje, to dziesiątki sprawnych i często bardzo sympatycznych młodych wykonawców, z których jedni brzmią i wyglądają dokładnie tak samo jak drudzy, a jedni i drudzy brzmią (a często też i wyglądają) tak samo, jak ci, o których już dawno muzyczny świat zapomniał.
Beth Ditto na tym tle jest postacią szczególną. Choć muzyka, którą oferuje ona i jej zespół jest dokładnie takim samym post-post-post punkiem jak wszystko inne, uwaga fanów musi się skupiać głównie na wokalistce. Otóż Beth Ditto jest karykaturalnie tłustą, według najbardziej obiektywnych standardów odrażającą, najczęściej występująca półnago lesbijką. Jak mówię, pomijając ten element, w muzyce zespołu i w sposobie śpiewania panny Ditto, nie ma nic szczególnego. Zwykły współczesny rock. I prawdopodobnie, jeśli na koncerty zespołu ciągną większe tłumy i tłumy te są bardziej rozhisteryzowane niż dzieje się to w przypadku innych, podobnych ofert, to wyłącznie ze względu na to wysunięte do przodu ohydztwo. I muszę tu od razu zrobić pewne zastrzeżenie, zastrzeżenie bardzo istotne. Kiedy piszę, że ta Beth Ditto jest odrażająca, nie jestem w żaden sposób ani złośliwy, ani niegrzeczny. Mam bowiem zupełnie szczere przekonanie, że ja nie dokonuję oceny, ale przedstawiam fakty, a co więcej, nie mam wątpliwości, że moja reakcja została specjalnie zamierzona przez faktycznych twórców projektu o nazwie Beth Ditto And The Gossip. To właśnie o to chodziło.
Kiedy na świecie pojawił się po raz pierwszy styl określony dumna nazwą ‘punk’, oczywiście w założeniu wszystko to, co się wiązało z nową kulturą miało być brzydkie i brudne. Ale przy tym wszystkim , to jednak był styl opracowany przez mistrzów mody. Te wszystkie podarte podkoszulki, poprzebijane agrafkami policzki, te rozczochrane włosy, te wywalone z pogardą jęzory były tylko wynikiem pracy całej bandy designerów. Można było tego nie lubić, mówić, że to brud i syf, ale też można było znaleźć tysiące ludzi, dla których ów image był czymś nowym i odświeżającym. Beth Ditto, to nie jest styl, to nie jest nowa moda, to nie jest nawet szokujący projekt typu Marylin Manson, czy lata wcześniej Alice Cooper. To jest coś co stanowi czyste zaprzeczenie, choćby nie wiadomo jak ekscentrycznego, piękna.
Po co w ogóle pisze ten tekst? Powód mam jeden. Otóż dla mnie, pojawienie się czegoś takiego jak Beth Ditto stanowi najbardziej przejrzysty dowód na upadek tego, co się dotychczas nazywało kulturą i cywilizacją. Pojawienie się tej oferty nie pozostawia mi już żadnych złudzeń, że świat zmierza w bardzo złym kierunku. Oczywiście, nie jest też tak, że do czasu jak panna Ditto postanowiła zostać gwiazdą, wszystko było w jak najlepszym porządku. O nie. W końcu zanim ona mogła bezpiecznie i publicznie odsłonić swoją brzydotę i oświadczyć, że jest lesbijką, jej starsze koleżanki lesbijki i ich heteroseksualni promotorzy zmusili stworzyć bardzo mocne fundamenty pod ten nowy sznyt. Zanim swoimi występami zespół The Gossip mógł udowodnić, że artystyczna pustka może osiągnąć poziom sztuki, wielu artystów i ich promotorów przed nimi musiało stworzyć zupełnie nowy, niższy poziom, aby pojawienie się czegoś tak tandetnego nie wywołało wyłącznie wzruszenia ramion. I to nie tylko w muzyce, ale również w filmie, w sztukach plastycznych, czy w literaturze. A więc, w pewnym sensie Beth Ditto przyszła na gotowe. Co nie zmienia faktu, że jej wejście jest wyjątkowo spektakularne.
A więc dziś Beth Ditto należy do świata współczesnej sztuki i kultury. Jest jego gwiazdą i jego dumą. Oczywiście jej sława nie jest tak wielka jak sława Rolling Stonesów, czy Michaela Jacksona, czy Madonny, czy Nicole Kidman lub Johnnego Deppa. Ale z drugiej strony, jest na pewno większa, niż Marii Peszek, czy Zbigniewa Hołdysa. Ale to nic nie szkodzi. W nowym, demokratycznym świecie każdy z nich, czy to Madonna, czy własnie Beth Ditto, czy nasza Maria Peszek, mają bowiem wszyscy bardzo ważne zadanie do wykonania. Oni. Nie Keith Richards ze swoimi koralikami i egzotycznymi gadkami. To oni właśnie mają wypełnić starą ideę demokratycznego społeczeństwa nową treścią. To oni wszyscy, przez swoje zdolności, swoje talenty i przez ten swój niezwykły dar wpływania na człowieka w sposób najbardziej pełny, będą potrafili przekazać społeczeństwom te wszystkie treści, których jakoś nie udało się przekazać filozofom, czy politykom. To przez sztukę popularną właśnie, prawdopodobnie dotrze wreszcie do nas to straszne przesłanie, że świat jest tak naprawdę pozbawiony urody, prawdy i światła. Że świat jest brzydki, czarny i śmierdzący. I że kiedy Bóg go stwarzał i twierdził, że wszystko jest bardzo dobre, to się oczywiście mylił, bo w tym czasie prawdziwy akt stworzenia zaczynał się zupełnie gdzie indziej. I ta wiadomość będzie przekazywana na różne sposoby. Beth Ditto będzie doprowadzała do histerii tysiące młodych fanów pokazując im swoje wyłażące spośród zwał tłuszczu włosy łonowe, Madonna będzie symulowała kopulację na kościelnym klęczniku, Maria Peszek będzie w szyderczym wykrzywieniu odczytywała imiona świętych męczenników, magazyn Glamour będzie przedstawiał kolejnych 50 sposobów na udaną zdradę, a pani redaktor Justyna Pohanke zaprosi do telewizyjnego studia redaktora Roberta Leszczyńskiego, żeby wszystkim wyjaśnił dlaczego kultura pop jest kulturą wyższą od kultury tradycyjnej i dlaczego Kościół Katolicki nie ma o tym zielonego pojęcia.
Pisząc wczorajszy tekst, zastanawiałem się – niebezpośrednio, oczywiście – nad tym między innymi, czy piosenkarka Maria Peszek i gitarzysta Zbigniew Hołdys mają tyle do powiedzenia na tematy publiczne, co choćby nawet Marek Jurek. I udzieliłem na to pytanie równie niebezpośredniej odpowiedzi, że nie. Że Maria Peszek i Zbigniew Hołdys na tematy publiczne nie mają jakiejkolwiek wiedzy i cywilizowany świat pozwoli im co najwyżej śpiewać i grać na gitarze. Choćby i w duecie. Pojawiło się jednak parę głosów zarzucających mi, ze jestem niesprawiedliwy dla artystów, a dla Marii Peszek w szczególności. Dla nich zatem mam, być może, pocieszającą wiadomość. Przykład Beth Ditto wskazuje na to, że może nie być aż tak źle. Że kiedy Marcin Meller do swojego programu zaprasza piosenkarkę Peszek, ale już nie Beth Ditto, to nie tylko dlatego, że ona by nie przyszła. Choć, z drugiej strony, wcale nie mam pewności, czy nie jestem zbyt naiwny. Podmalowana demokracja bowiem nie zna litości.
A nam, tej demokracji biednym ofiarom, i tak może już niedługo pozostać tylko jedno: patrzeć na to, co się dzieje z rozdziawionymi buziami i już tylko czekać aż wpadnie do kieszeni jakaś drobna kasa na drobne zakupy. O ile…

sobota, 13 czerwca 2009

O ćmach

Proszę sobie wyobrazić, że obejrzałem dziś w TVN-ie krótki, może pięciominutowy fragment programu zatytułowanego Drugie Śniadanie Mistrzów. Program, o którym mówię, jest jedną ze sztandarowych pozycji sobotniej oferty stacji, ale – z jakiegoś powodu – dopiero dziś miałem okazję bliżej zobaczyć, o co w tym czymś chodzi. Piszę „bliżej”, bo, ogólnie rzecz biorąc, miałem na ten temat pewne pojęcie już wcześniej. Wiedziałem na przykład, że gospodarzem programu jest Marcin Meller, redaktor naczelny magazynu dla onanistów o nazwie Playboy. I również wiedziałem, że koncepcja programu polega na tym, że Meller zaprasza kilku aktorów, piosenkarzy, czy innych tzw. artystów, żeby oni gadali, a my żebyśmy wszyscy mieli okazję dowiedzieć się, co każdy z nich ma do powiedzenia na tematy, o których pojęcia mieć nie może z przyczyn, o których dalej. Może zresztą to własnie był powód, dlaczego przez tyle tygodni nie miałem serca, żeby choćby rzucić okiem na tę audycję. W końcu, kogo może interesować opinia Wojciecha Pszoniaka, czy Maryli Rodowicz na jakikolwiek temat?
Szczerze powiem, że nie bardzo wiem, jak to się stało, że od pewnego czasu, do udziału w najróżniejszego rodzaju debatach, zaczęto zapraszać przedstawicieli środowisk, których jedyna kompetencja zawsze ograniczała albo do odgrywania scen w teatrze, albo do tańczenia, albo do śpiewania, ewentualnie może do pokazywania magicznych sztuczek, czy choćby tylko do wyglądania. Mogę tylko spekulować, że ta moda pojawiła się wraz z opanowaniem przez kulturę popularną całej sfery publicznej. Myślę, że w momencie gdy okazało się, że w dobrym tonie jest, żeby profesor uniwersytetu chodził z kolczykiem w nosie i wytatuowanym smokiem na tyłku, ksiądz przebierał się w skórę i jeździł po parafii na motocyklu, a prezydent kraju biegał w majtkach po trawie i kopał piłkę, nie było też już żadnych przeszkód, żeby uznać, że każdy może wszystko, byle było fajnie i po linii. Premier zostanie piłkarzem, piłkarz premierem, a tancerz socjologiem.
Kiedy dziś zatrzymałem się przez chwilę przy telewizorze, przed kamerami stacji TVN24, oprócz Mellera, występował pan którego nie znam, piosenkarka Peszek, gitarzysta Hołdys i konferansjer Urbański. Tematem debaty był zbliżający się występ piosenkarki Madonny w Polsce i zaplanowany inteligentnie na 15 sierpnia, czyli w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Chodziło o to, że ponieważ część środowisk blisko związanych z Kościołem Katolickim uważa, że jest bardzo nieładnie, żeby akurat w dniu tak wielkiego religijnego święta, Polska wypełniona została widokiem piosenkarki o imieniu Madonna kopulującej z krzyżem na konfesjonale, TVN24 postanowił spytać Peszek, Hołdysa i Urbańskiego i tego pana, którego nie znam, co oni sądzą na temat katolickich obsesji.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Hubert Urbański głównie zasłaniał się talerzem i zapluwał z rozbawienia, Zbigniew Hołdys siedział z kamienną twarzą i uważał, żeby mu się nie przekrzywił kapelusz, Meller nastawiał ucha, co mu mówią do słuchawki, a nieznajomy mi pan coś mruczał pod nosem, to właściwie całą treść programu wypełniła piosenkarka Maria Peszek. Przyszła do studia zaopatrzona w wydrukowaną z Internetu listą najśmieszniejszych jej zdaniem imion ludzi świętych z całej historii chrześcijaństwa i odczytywała je z błyskiem w oku, wzbudzając – jak się domyślam – tumany śmiechu przed ekranami. I w ten sposób w naszej przestrzeni publicznej dokonał się swego rodzaju przełom. Oto w jednym z największych kanałów telewizyjnych, w samym środku sobotniego dnia, został w aurze pełnej bezkarności przedstawiony skecz, polegający na wyśmiewaniu największych męczenników Chrześcijaństwa, bo pewnej piosenkarce wydało się bardzo śmieszne, że oni mieli takie komiczne imiona.
Cóż więc można powiedzieć? Chyba tylko tyle, że w większości współczesnych religii, Maria Peszek za to co zrobiła, została by po prostu zamordowana, a siedziba TVN, wraz z jej swoimi pracownikami i właścicielami, zwyczajnie spalona. Ale o tym akurat, jak się dowiedziałem z opisanego programu, wie może nawet i sam Marcin Meller. Natomiast ja myślę sobie o czymś innym. W tej samej telewizji TVN24, niedawno pokazała się informacja, że do czasu gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych został Barak Obama, coś takiego jak ekstremizm konserwatywny w ogóle nie istniało. Jeśli istniała prawdziwa wściekłość, to wyłącznie lewicowa. Ostatnio – prawdopodobnie częściowo w reakcji na pewne polityczne przesunięcia – coś bardzo niedobrego zaczyna się dziać. Na przykład niedawno, został zastrzelony lekarz dokonujący tzw. późnych aborcji. Coś się zdecydowanie dzieje.
Czy ktoś może wie, jaki jest powód, że ćmy tak bardzo lubią płonąć?