Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waldemar Pawlak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waldemar Pawlak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2020

Gdy nadlatują sępy (repryza)

Jak już to parę dni temu zapowiadałem, na zaproszenie naszego księdza Rafała Krakowiaka, znanego starym czytelnikom tego bloga jako Don Paddington, udałem się do Poznania, a następnie w jego okolice, by wziąć udział w prowadzonych przez Księdza rekolekcjach, no i przy okazji poużywać życia. W związku z owym wyjazdem, od dwóch dni, aż do końca tygodnia na naszym blogu publikuję teksty-wspomnienia, do komentowania bieżących wydarzeń zachęcając kolegów. Dziś jednak, kiedy przeglądałem archiwum tego bloga, trafiłem na fantastyczny zupełnie tekst wspomnianego księdza jeszcze z roku 2012, i pomyślałem sobie, że nie zaszkodziłoby go dziś przypomnieć. Ale oto pojawiło się coś jeszcze. Otóż wspomniany tekst Ksiądz sprokurował w odpowiedzi na moją wcześniejszą notkę, notkę – muszę to bez fałszywej skromności – nadzwyczaj ważną i, co ciekawe, ważną dziś jeszcze być może bardziej niż wtedy. A zatem plan mamy taki. Dziś moja notka z lutego 2012 roku zatytułowana „Gdy nadlatują sępy”, a jutro, cudowny na jej temat komentarz księdza Krakowiaka, naszego Don Paddingtona. Amen.



      Poranny niedzielny program telewizji TVN24 „Kawa na ławę” oglądałem kiedyś dość regularnie, jednak od dłuższego czasu, z dość oczywistych, jak sądzę, względów, zdecydowanie i zupełnie naturalnie, obchodzę go szerokim łukiem. W końcu, przepraszam bardzo, ale jaki ja mogę mieć interes, czy choćby satysfakcję, ze śledzenia, jak grupka kumpli z pracy spotyka się w tefauenowskim studio na ciasteczkach, i wszyscy oni popisują się elokwencją i dowcipem. Przyznaję, był taki czas, gdy wydawało mi się – dziś widzę, jak naiwnie i głupio – że tam dochodzi do pewnego, może niezbyt wielkiego, ale jednak autentycznego napięcia, i wyobrażanie go sobie sprawiało mi pewną satysfakcję. No ale, jak mówię, okres ten w moim życiu już minął, i dziś czuję się tak, jakby go wręcz nigdy nie było.
      Wspomniałem o względach oczywistych, choć wydaje mi się, że za tamtym gestem stał jeszcze jeden, może już nie tak prosty powód, i myślę, że warto go tu, jeszcze na początku tej notki, przedstawić. Otóż pamiętam, jak kilka lat temu dziennikarze prowadzący audycje w rodzaju „Kawy na ławę” właśnie, mieli zwyczaj zwracać uwagę zaproszonym gościom, by nie mówili w tym samym czasie, a już na pewno, by na siebie jednocześnie nie krzyczeli, bo przekaz mikrofonowy ma to do siebie, że przy tego typu sytuacjach do słuchacza dochodzi wyłącznie niezrozumiały zgiełk. A więc i tak nikt nie będzie w stanie docenić choćby najbardziej błyskotliwych argumentów. Pamiętam, że napomnienie to było powtarzane na tyle często i dobitnie, że po pewnym czasie, jakichś bardziej znaczących awantur praktycznie już nie było. Jedni przynajmniej starali się cierpliwie słuchać drugich, i wszystko jako tako grało. Ostatnio jednak dziennikarze przestali zwracać uwagę na ten jazgot, a czasem wręcz robią wrażenie, jakby go chcieli nawet sprowokować, i ostatnio ów sztandarowy typ telewizyjnego przekazu, a więc konfrontacja dwóch, czy więcej, politycznych stanowisk, najwidoczniej ma już kompletnie inny cel, niż zwykłą, nudną prezentację poglądów. A więc i znów, cóż tu po nas?
      Kiedy wciąż jeszcze oglądałem „Kawę na ławę”, organizacja tego procederu wyglądała następująco. Włączałem telewizor przed godziną 11, zahaczałem o początek rozmowy, potem wszyscy szliśmy na Mszę, a w ciągu dnia, przy jakiejś spokojniejszej okazji, oglądałem to co się przed południem nagrało. Dziś, jak mówię, układ dnia jest zupełnie inny. Jednak akurat w niedzielę dwa tygodnie temu tak się porobiło, że „Kawę na ławę”, owszem, obejrzałem. We fragmencie, przyznaję, ale za to we fragmencie z punktu widzenia dzisiejszej notki, bardzo istotnym. Było więc tak, że z okazji rocznicy śmierci mojej i pani Toyahowej mamy poszliśmy wszyscy do kościoła już w sobotę, i w związku z tym, w niedzielę zostaliśmy w domu. Ponieważ nastąpiła taka dość pusta godzina, włączyliśmy sobie telewizor, a tam, jak najbardziej, Bogdan Rymanowski i jego goście, a wśród nich, jak najbardziej, Waldemar Pawlak ze swoim tabletem. I oto w pewnym momencie Rymanowski zwrócił się do Pawlaka w ten oto mniej więcej sposób: „Panie premierze, gdyby młodzi ludzie zapytali pana, jak się zabezpieczyć, by w przyszłości otrzymywać godną emeryturę, co by pan im doradził?” Na to Pawlak – znów mniej więcej – odpowiedział tak: „Jak idzie o mnie, to ja akurat nie jestem najlepszym adresatem tego pytania, bo osobiście raczej nie liczę na państwową emeryturę, i bardziej już jestem za tym, by dobrze wychowywać dzieci, tak by one nas w przyszłości wspierały”.
      Oczywiście już wiem, co większość czytających ten tekst powie. Że mi się wszystko pomyliło, bo owszem – Pawlak, owszem – emerytury, tyle że nie dokładnie tak, a poza tym nie wtedy, no i że zdecydowanie powinienem zacząć zażywać magnez, czy diabli wiedzą, co tam działa na głowę. Że, zgoda, Pawlak faktycznie wyraził brak zaufania do państwowej opieki emerytalnej, tyle że nie w „Kawie na ławę”, ale kilka dni później, podczas krótkiej, przeprowadzonej z zaskoczenia, rozmowie z dziennikarką TVN CNBC, która go zaczepiła w korytarzu sejmowym, no i on, głupek, chlapnął coś o tych dzieciach. I że to jest fakt dziś już tak powszechnie znany i omawiany, że powinno być mi wstyd.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że nic z tego. Ja doskonale wiem, co mówię. Waldemar Pawlak wspomniał o swoim braku zaufania do ZUS-u dwukrotnie, a po raz pierwszy w tamtą niedzielę u Rymanowskiego. Słyszałem to ja, słyszała to pani Toyahowa, słyszeli to zaproszeni do studia koledzy Pawlaka, słyszał to wreszcie sam Rymanowski, tyle że tak się jakoś zdarzyło, że wówczas, z jakiegoś kompletnie dla mnie tajemniczego powodu, nikogo te jego słowa nie poruszyły. I oto, kilka dni potem, słyszę, że jest afera, bo Pawlakowi coś się niechcąco powiedziało na temat tego, że rozsądny Polak na ZUS nie powinien liczyć, i wszyscy się tą jego niezręcznością nagle bardzo podniecają. W pierwszej chwili uznałem, że to musi chodzić o tamtą wypowiedź w „Kawie na ławę” sprzed paru dni, a ów poślizg, to klasyczna medialna zagrywka, której sensu i tak nie zrozumiemy i nic nam do niej. Tymczasem nic podobnego. Bo oto okazuje się, że o „Kawie na ławę” akurat nikt nic nie wie, natomiast szedł sobie Waldemar Pawlak sejmowym korytarzem, kiedy to ni z tego ni z owego – całkowicie oczywiście niespodziewanie – doskoczyła do niego ambitna i niezwykle sprytna dziennikarka TVN CNBC, i zadała mu – niczego nie spodziewającemu się Premierowi – to podstępne pytanie… no i on wpadł jak śliwka w kompot.
      Pierwsze reakcje były takie, że to z pewnością przejęzyczenie. Że Pawlak gdzieś się spieszył, no a ci dziennikarze, wiadomo jacy są, no i wyszło jak wyszło. Że to przecież niemożliwe, żeby on tak myślał naprawdę. No ale, z drugiej strony, kto wie? Pawlak, co by o nim nie mówić, to jednak kuty na cztery nogi, wytrawny gracz, i chyba wie co mówi. Może więc on to zrobił specjalnie, żeby zdenerwować premiera Tuska? No ale za chwilę jest już sam Główny Premier i zapewnia, że on jest pewien, że Pawlak się przejęzyczył, bo przecież kto by to widział, żeby takie rzeczy mówić? Po Tusku przychodzi minister Rostowski i stwierdza surowo, że skoro Pawlak widział, że coś się złego dzieje w ZUS-ie, to mógł chyba coś na ten temat powiedzieć na posiedzeniu rządu. A ja to wszystko słyszę, trzymam się za moją biedną głowę, i czuję, że to mnie zwyczajnie przerasta. I myślę sobie – co za cholera! Czyżby już wszyscy zwariowali i tylko ja tu jeden zostałem na tym zdziwaczałym świecie? Idę więc do Toyahowej i pytam, czy pamięta, jak Pawlak u Rymanowskiego powiedział, że on na ZUS nie liczy i jego będą utrzymywać jego dzieci. Pamięta. Oczywiście że pamięta. W końcu- śmy razem go słuchali. Nie śniło mi się? Pewnie że nie.
      Mija tydzień, i oto zaledwie wczoraj oglądam sobie jakąś konferencję prasową właśnie Pawlaka, i w pewnej chwili z kolejnym pytaniem startuje do niego dziennikarka TVN CNBC – ta sama co wtedy, na korytarzu. Tym razem jednak, pan Premier jest już ostrożny. Uśmiecha się leciutko, robi swoją popisową minę człowieka przygotowanego na wszystko, i mówi: „O nie! Tym razem mnie pani nie zaskoczy. Na panią to ja muszę teraz uważać”. Wszyscy z szacunkiem wzdychają, że a to sprytna bestia ta ich koleżanka, jak to ona ustawiła samego Waldemara Pawlaka, a wokół cały dziennikarski świat dyskutuje, co to teraz będzie z Pawlakiem i z koalicją. I co on chciał powiedzieć przez to, co tak nierozważnie powiedział. A ja to wszystko słyszę, trzymam się za moją biedną głowę, i czuje, że świat mi umyka.
      To wszystko jest oczywiście bardzo trudne, a ja muszę przyznać, że chyba jednak nie znam odpowiedzi. Z drugiej jednak strony, kim byśmy byli, gdybyśmy chociaż nie próbowali. A zatem spróbuję. Spróbuję znaleźć wyjaśnienie tego, co się stało i co się – tak wyjątkowo już chyba bezczelnie – dzieje. Otóż przede wszystkim uważam – i wierzę, że większość czytelników tego bloga moje w tym przekonanie podziela – że to jest gra. Nie ma bowiem takiej możliwości, by do czegoś podobnego, zarówno po stronie samego Pawlaka, jak i po stronie ogłupiałych rzekomo mediów, mogło dojść przypadkowo. Takie rzeczy zwyczajnie się nie dzieją. Musiało więc być tak, że tamtej niedzieli zarówno Rymanowski wyszedł do Pawlaka ze swoim pytaniem w sprawie ZUS-u, jak i Pawlak powiedział to co powiedział, nie dlatego, bo tak wyszło, ale dlatego, że taka była umowa. Oczywiście, nie mam tu na myśli umowy między Rymanowskim a Pawlakiem – oni akurat w tego typu sprawach o niczym nie decydują – ale mówię o decyzjach na znacznie wyższym szczeblu. Chodziło więc o to, by Waldemar Pawlak, siedząc z tym swoim tabletem w tym tefauenowskim studio, powiedział, że on już ZUS skreślił. I teraz, przyznaję, że mam kłopot, bo kompletnie nie wiem, dlaczego na te jego słowa Rymanowski nie krzyknął: „Ależ panie premierze! Czy pan tak naprawdę?” i czemu już w tamtą niedzielę nie ruszyła „sprawa Pawlaka”. Czemu trzeba było czekać tyle dni? I czemu, wreszcie, nie można było zwyczajnie wrócić do tej „Kawy na ławę”, lecz zamiast tego, odstawiać ten teatr z Pawlakiem napadniętym przez podstępną dziennikarkę?
      Po raz kolejny powtarzam, że nie wiem. Ale uważam, że tu chodziło o to, by, bez żadnego większego szumu, wypowiedź Pawlaka z „Kawy na ławę” ktoś sam zauważył. Kto? Nie mam pojęcia. Tyle że ten ktoś jej nie zauważył. Ponieważ jednak z jakiegoś powodu nie można było temu komuś podać jej w formie donosu, lub owej rewelacji, typu „Czy wiecie, co Pawlak w ubiegłą niedzielę powiedział?”, bo albo już było za późno, albo zaszło tam coś innego, całą akcję trzeba było powtórzyć raz jeszcze. Tyle że tym razem, z całą tą oprawą i z całą tą historią, która nam od tylu dni jest przekazywana, ku naszej wręcz niebywałej ekscytacji.
      Ktoś mi powie, że przesadzam. Że to wszystko nie jest warte nawet wspomnienia, a co dopiero tak głębokiej analizy. I, powiem szczerze, że może i bym się nawet z tym zgodził. No bo w końcu, tych absurdów jest wokół nas tyle, że jeden więcej, czy jeden mniej naprawdę nie robi różnicy. Jednak ta wczorajsza reakcja Waldemara Pawlaka na konferencji dała mi naprawdę wiele do myślenia. Przecież to już był najbardziej tandetny cyrk. Z jednej strony, szybkie, nowoczesne dziennikarstwo, a z drugiej polityk, który udowodnił, czym jest nieostrożność w świecie, gdzie trzeba stale być czujnym wobec społecznej, realizowanej oczywiście przez nowoczesne media, kontroli.
      O co więc poszło? Jaki był cel tej maskarady? Jak mówię, nie wiem. To jest dla mnie za trudne. Jedno w każdym już razie wiem na pewno. Zabawa ZUS-em, emeryturami, funduszami emerytalnymi, ubezpieczeniami, służbą zdrowia, lekarstwami, i wreszcie naszym życiem, trwa w najlepsze. Te pieniądze, które są od dziesiątek lat, miesiąc w miesiąc odprowadzane z naszych pensji, które z takim trudem otrzymujemy za naszą ciężką, tak strasznie ciężką, i często tak okropnie beznadziejną i nikomu niepotrzebną pracę, to już chyba jedna z ostatnich okazji, żeby jeszcze, już na sam koniec, coś dla siebie wyszarpać. A więc to właśnie wokół nich, wokół tych naszych pieniędzy, możemy zaobserwować te szare cienie. Leżą sobie te pieniądze, a wokół nich zbiera się jakieś mocno szemrane towarzystwo. Na razie jeszcze nikt się przed szereg nie wypuścił, ale prędzej czy później dojdzie do bardzo poważnej akcji. Niech nas tylko Bóg broni, byśmy, kiedy już dojdzie do najgorszego, nie tumanieli w blasku świateł lokalnych galerii handlowych, nic nie widząc, nic nie słysząc i nic już nie czując. Obojętni i już do końca wydrążeni.


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Co słychać w Sieci?

Znaczna część mojego doświadczenia życiowego pochodzi z okresu, kiedy to jeszcze pracowałem w szkole. Wydaje mi się, że, pomijając pracę księdza, który siłą rzeczy, przez ciągły kontakt z ludźmi, choćby w czasie regularnych spowiedzi, wie o życiu niemal wszystko co wiedzieć o życiu można, tylko praca nauczyciela daje porównywalną wiedzę o wielkości i nędzy człowieka. No może jeszcze tylko bycie lekarzem pozwala sięgnąć aż tak głęboko, choć lekarz siłą rzeczy ma kontakt z ta raczej ciemną strona naszego życia, a zatem tylko z jej częścią.
Oczywiście, nie twierdzę tu, że bycie księdzem, nauczycielem, czy lekarzem cokolwiek nam gwarantuje. W końcu, tak naprawdę i tak wszystko się rozbija o naszą chęć do otworzenia się na innych ludzi, z ich troskami i radościami, i kiedy tej chęci zabraknie, równie dobrze można na to wszystko machnąć ręką. Ale, jak mówię, szansa zawsze jest. I tylko od nas zależy, czy ją wykorzystamy.
Pracowałem więc swego czasu w szkole i pewnego dnia pojawiła się w sekretariacie pewna pani. Osobiście jej nie spotkałem, ale sprawę mi dokładnie przedstawiono. Otóż była to mama jednego z uczniów, a przyszła ona do szkoły w takiej oto sprawie, że jej syn nie jest w stanie rano wyjść z domu do szkoły, bo siedzi przy komputerze i nie ma sposobu, by go od tego komputera odciągnąć. Rzecz tym, że ile razy ona, czy ojciec chłopca próbują go jakoś zmusić do tego, by on poszedł do szkoły, on dostaje takiego szału, że oni nie są w stanie walczyć. Przyszła więc ta pani do szkoły z bardzo niecodzienną prośbą. Czy nie istniałaby taka możliwość, by oni przywieźli ten komputer do szkoły i postawili go gdzieś w sekretariacie, czy w gabinecie dyrektora, tak by ich syn miał poczucie, że jego ulubiona zabawka jest blisko, i w ten sposób czuł się bezpieczniej.
Ja wiem, że ta historia brzmi jak fikcja, ale daję słowo, że jest prawdziwa. To się autentycznie zdarzyło i to zdarzyło dokładnie tak jak ja tę sprawę relacjonuję. Ktoś powie, że ci rodzice to jakieś kompletne bałwaństwo, a więc nie ma o czym mówić. Otóż nie. Mama była lekarzem, a ojciec prawnikiem w bardzo poważnej rządowej instytucji, a więc nawet jeśli ktoś sądzi, że bycie lekarzem, czy prawnikiem niczego nie gwarantuje, faktem jest, że to była normalna – przynajmniej w sensie przyjętym powszechnie – rodzina. Osobiście tego ucznia nie znałem. To znaczy, uczyłem klasę, do której on teoretycznie chodził, natomiast jego widziałem być może dwa czy trzy razy, i nawet wtedy trudno mi nawet było sobie przypomnieć, jak on wyglądał. Mama została przekazana szkolnemu pedagogowi, który poradził jej, by póki to dziecko nie skończyło jeszcze 18 roku zycia, skierować go na leczenie psychiatryczne, bo sytuacja jest dramatycznie zła, i to już jest ostatni moment, by cokolwiek zrobić. Za rok, kiedy on będzie osobą dorosłą, a więc decydującą o sobie, jego rodzina nie będzie miała już żadnego ruchu. Więcej już tego chłopca nie widziałem.
Jak wiemy, są różnego typu uzależnienia, i, jak to bywa z uzależnieniami, nigdy nie jest tak, że na nich wszystko się zaczyna i kończy. Chodzi mi o to, że jeśli ktoś chleje, czy pali marihuanę, to jego problem nie sprowadza się do tego, że on chleje lub pali marihuanę, a poza tym wszystko jest tak jak trzeba. Rzecz w tym, że to szaleństwo jest zaledwie pierwsza kostką z tego domina, która uruchamia całą resztę. Jeśli ktoś jest nałogowym pijakiem czy narkomanem, mowy nie ma o zwykłym życiu na każdym innym poziomie. Podobnie zresztą z wszystkimi innymi nałogami. Człowiek uzależniony od seksu przestaje być człowiekiem w takim sensie, w jakim w przebłyskach świadomości z pewnością chciałby być. Człowiek tracący wszystkie swoje pieniądze w kasynie, ktoś kto gromadzi niepotrzebne rzeczy do tego stopnia, że nie jest w stanie swobodnie poruszać się po swoim mieszkaniu, ci z nas, którzy jedzą zbyt dużo, lub nie jedzą w ogóle – oni wszyscy mają problem znaczne szerszy, niż tylko ten sprowadzający się do ich małej prywatnej obsesji. Podobnie jest z komputerem. Nałóg to nie fantazja i hobby. Nałóg to psychiczna choroba. Choroba straszna.
Niedawno, przy okazji, tak się złożyło, Euro2012, otrzymałem od pewnego naszego kolegi link do kilku zdjęć, na których widać prezydenta Komorowskiego plus towarzyszących mu polityków na trybunie stadionu we Wrocławiu, kibicujących w minioną sobotę reprezentacji PZPN w meczu przeciwko Czechom. Chodziło o to, by mi pokazać, jak to Wałęsa ma szalik na stałe ułożony tyłem do przodu, a Komorowski z kolei został zaopatrzony w taki egzemplarz, by w żadnym możliwym ustawieniu, nie narażał się na kpiny. Ja jednak zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż wśród tych wszystkich naszych celebrytów, siedzi Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki. I na każdym z tych zdjęć on nie ogląda meczu, natomiast gapi się w tablet, który ma uruchomiony przed sobą. Oczywiście biorę pod uwagę, że to wszystko jest zaledwie niefortunny przypadek, i że Pawlak przez większą część meczu patrzył na boisko, jednak ta myśl nie przychodzi mi zbyt łatwo. Problem bowiem w tym, że reporterowi, który robił te zdjęcia, zdecydowanie nie chodziło o to, by pokazać Pawlaka, że jaki to bałwan, zamiast oglądać mecz bawi się na Internecie, lecz tych co siedzieli nad nim, a więc Komorowskiego i Wałęsę. Pawlak, wygląda na to, znalazł się tam za każdym razem przypadkiem. I za każdym razem, zamiast oglądać mecz, siedział w Sieci.
Ale jest jeszcze coś. Otóż ja miałem okazję ostatnio widzieć Pawlaka w akcji kilkukrotnie. Raz w programie Rymanowskiego „Kawa na ławę” , drugi raz na jakiejś wspólnej konferencji prasowej z Tuskiem, no i teraz na tym meczu. Za każdym razem, on miał przy sobie ten tablet. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie owa konferencja. Tusk coś mówił, tymczasem Pawlak coś tam w tym swoim urządzeniu grzebał. Ja nie żartuję. To własnie tak wyglądało. Jest ta estradka, na niej stoi Tusk, obok Tuska Pawlak, przed nimi kamery i dziennikarze, Tusk coś mówi, a Pawlak siedzi w necie. Później pada pytanie do Pawlaka, Pawlak odkłada na moment ten sprzęt, coś gada, by za chwilę znów wrócić do Sieci.
Otóż jestem głęboko przekonany, że Waldemar Pawlak jest od Sieci uzależniony. Jestem pewien, że to nie jest tak, jak od czasu do czasu lubią powtarzać media, że premier Pawlak to fan Internetu. To w ogóle nie chodzi o to, że Pawlak to taki mistrz techniki, że podczas gdy inni jego koledzy wiedzą zaledwie jak wysłać i odebrać maila, to on wie znacznie więcej, Sprawa polega na tym, że Pawlak z Internetem się zjednoczył. On i Internet stali się jednym. I to stali się jednym nie tak, że on, kiedy wraca do domu, pędzi od razu do komputera i gra w jakieś gry. On stał się z Internetem jednym w taki sposób, że on już go nosi ze sobą do pracy. I nie czuje już nawet przy tym wstydu. On jest jak tamta mama, która przyszła do dyrekcji mojego liceum i zapytała, czy ona mogłaby przywieźć tam komputer swojego dziecka.
I proszę to zrozumieć. Tu nie ma żartów. To nie chodzi o to, byśmy się dziś wszyscy pośmiali z Waldemara Pawlaka. Tu nawet nie chodzi o to, byśmy sobie porozmawiali o tym, jak to ważny minister, który ma tyle ważnych spraw na głowie, prawdopodobnie nie jest nawet w stanie kontrolować swoich obowiązków. I że przez to Polskie Państwo jest w takiej zapaści. Problem jest gdzie indziej. Otóż rzecz w tym, że Waldemar Pawlak – wicepremier w polskim rządzie – prawdopodobnie cierpi na bardzo ciężką chorobę psychiczną, i przez ową niesłychaną polityczną pętlę, której nie sposób ruszyć, nie ma sposobu, by nie dość że nie móc cokolwiek z tym zrobić, to nawet nie ma jak o tym rozmawiać.
Ja wiem, że widok Waldemara Pawlaka z tym tabletem może być trochę zwodniczy. Właśnie przez to, że ten obraz w ogóle nie wygląda groźnie. Zawsze bowiem można sobie powiedzieć to, co napisałem wyżej. Że on zwyczajnie lubi Internet i się na nim zna. I tyle. Jednak jeśli, tak jak wcześniej zasugerowałem, jest to uzależnienie, to równie dobrze możemy nagle zobaczyć przed sobą któregoś z innych ministrów, pijanego w sztok, przewracającego się i śpiewającego jakieś pijackie piosenki, lub innego, zgiętego w pół, zaćpanego na śmierć… i to co naprawdę przeraża, to fakt, że podobnie jak w przypadku Pawlaka, nikt nawet nie piśnie jednego słowa, które mogłoby zaświadczyć, że coś jest nie tak.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i o kupowanie obu moich książek, dostępnych w księgarni Coryllusa, a anonsowanych ciut wyżej, po prawej stronie. Naprawdę warto. Dziękuję.

piątek, 24 lutego 2012

Gdy nadlatują sępy

Poranny niedzielny program telewizji TVN24 „Kawa na ławę” oglądałem kiedyś dość regularnie, jednak od dłuższego czasu, z dość oczywistych, jak sądzę, względów, zdecydowanie i zupełnie naturalnie, obchodzę go szerokim łukiem. W końcu, przepraszam bardzo, ale jaki ja mogę mieć interes, czy choćby satysfakcję, ze śledzenia, jak grupka kumpli z pracy spotyka się w tefauenowskim studio na ciasteczkach, i wszyscy oni popisują się elokwencją i dowcipem. Przyznaję, był taki czas, gdy wydawało mi się – dziś widzę, jak naiwnie i głupio – że tam dochodzi do pewnego, może niezbyt wielkiego, ale jednak autentycznego napięcia, i wyobrażanie go sobie sprawiało mi pewną satysfakcję. No ale, jak mówię, okres ten w moim życiu już minął, i dziś czuję się tak, jakby go wręcz nigdy nie było.
Wspomniałem o względach oczywistych, choć wydaje mi się, że za tamtym gestem stał jeszcze jeden, może już nie tak prosty powód, i myślę, że warto go tu, jeszcze na początku tej notki, przedstawić. Otóż pamiętam, jak kilka lat temu dziennikarze prowadzący audycje w rodzaju „Kawy na ławę” właśnie, mieli zwyczaj zwracać uwagę zaproszonym gościom, by nie mówili w tym samym czasie, a już na pewno, by na siebie jednocześnie nie krzyczeli, bo przekaz mikrofonowy ma to do siebie, że przy tego typu sytuacjach do słuchacza dochodzi wyłącznie niezrozumiały zgiełk. A więc i tak nikt nie będzie w stanie docenić choćby najbardziej błyskotliwych argumentów. Pamiętam, że napomnienie to było powtarzane na tyle często i dobitnie, że po pewnym czasie, jakichś bardziej znaczących awantur praktycznie już nie było. Jedni przynajmniej starali się cierpliwie słuchać drugich, i wszystko jako tako grało. Ostatnio jednak dziennikarze przestali zwracać uwagę na ten jazgot, a czasem wręcz robią wrażenie, jakby go chcieli nawet sprowokować, i ostatnio ów sztandarowy typ telewizyjnego przekazu, a więc konfrontacja dwóch, czy więcej, politycznych stanowisk, najwidoczniej ma już kompletnie inny cel, niż zwykłą, nudną prezentację poglądów. A więc i znów, cóż tu po nas?
Kiedy wciąż jeszcze oglądałem „Kawę na ławę”, organizacja tego procederu wyglądała następująco. Włączałem telewizor przed godziną 11, zahaczałem o początek rozmowy, potem wszyscy szliśmy na Mszę, a w ciągu dnia, przy jakiejś spokojniejszej okazji, oglądałem to co się przed południem nagrało. Dziś, jak mówię, układ dnia jest zupełnie inny. Jednak akurat w niedzielę dwa tygodnie temu tak się porobiło, że „Kawę na ławę”, owszem, obejrzałem. We fragmencie, przyznaję, ale za to we fragmencie z punktu widzenia dzisiejszej notki, bardzo istotnym. Było więc tak, że z okazji rocznicy śmierci mojej i pani Toyahowej mamy poszliśmy wszyscy do kościoła już w sobotę, i w związku z tym, w niedzielę zostaliśmy w domu. Ponieważ nastąpiła taka dość pusta godzina, włączyliśmy sobie telewizor, a tam, jak najbardziej, Bogdan Rymanowski i jego goście, a wśród nich, jak najbardziej, Waldemar Pawlak ze swoim tabletem. I oto w pewnym momencie Rymanowski zwrócił się do Pawlaka w ten oto mniej więcej sposób: „Panie premierze, gdyby młodzi ludzie zapytali pana, jak się zabezpieczyć, by w przyszłości otrzymywać godną emeryturę, co by pan im doradził?” Na to Pawlak – znów mniej więcej – odpowiedział tak: „Jak idzie o mnie, to ja akurat nie jestem najlepszym adresatem tego pytania, bo osobiście raczej nie liczę na państwową emeryturę, i bardziej już jestem za tym, by dobrze wychowywać dzieci, tak by one nas w przyszłości wspierały”.
Oczywiście już wiem, co większość czytających ten tekst powie. Że mi się wszystko pomyliło, bo owszem – Pawlak, owszem – emerytury, tyle że nie dokładnie tak, a poza tym nie wtedy, no i że zdecydowanie powinienem zacząć zażywać magnez, czy diabli wiedzą, co tam działa na głowę. Że, zgoda, Pawlak faktycznie wyraził brak zaufania do państwowej opieki emerytalnej, tyle że nie w „Kawie na ławę”, ale kilka dni później, podczas krótkiej, przeprowadzonej z zaskoczenia, rozmowie z dziennikarką TVN CNBC, która go zaczepiła w korytarzu sejmowym, no i on, głupek, chlapnął coś o tych dzieciach. I że to jest fakt dziś już tak powszechnie znany i omawiany, że powinno być mi wstyd.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że nic z tego. Ja doskonale wiem, co mówię. Waldemar Pawlak wspomniał o swoim braku zaufania do ZUS-u dwukrotnie, a po raz pierwszy w tamtą niedzielę u Rymanowskiego. Słyszałem to ja, słyszała to pani Toyahowa, słyszeli to zaproszeni do studia koledzy Pawlaka, słyszał to wreszcie sam Rymanowski, tyle że tak się jakoś zdarzyło, że wówczas, z jakiegoś kompletnie dla mnie tajemniczego powodu, nikogo te jego słowa nie poruszyły. I oto, kilka dni potem, słyszę, że jest afera, bo Pawlakowi coś się niechcąco powiedziało na temat tego, że rozsądny Polak na ZUS nie powinien liczyć, i wszyscy się tą jego niezręcznością nagle bardzo podniecają. W pierwszej chwili uznałem, że to musi chodzić o tamtą wypowiedź w „Kawie na ławę” sprzed paru dni, a ów poślizg, to klasyczna medialna zagrywka, której sensu i tak nie zrozumiemy i nic nam do niej. Tymczasem nic podobnego. Bo oto okazuje się, że o „Kawie na ławę” akurat nikt nic nie wie, natomiast szedł sobie Waldemar Pawlak sejmowym korytarzem, kiedy to ni z tego ni z owego – całkowicie oczywiście niespodziewanie – doskoczyła do niego ambitna i niezwykle sprytna dziennikarka TVN CNBC, i zadała mu – niczego nie spodziewającemu się Premierowi – to podstępne pytanie… no i on wpadł jak śliwka w kompot.
Pierwsze reakcje były takie, że to z pewnością przejęzyczenie. Że Pawlak gdzieś się spieszył, no a ci dziennikarze, wiadomo jacy są, no i wyszło jak wyszło. Że to przecież niemożliwe, żeby on tak myślał naprawdę. No ale, z drugiej strony, kto wie? Pawlak, co by o nim nie mówić, to jednak kuty na cztery nogi, wytrawny gracz, i chyba wie co mówi. Może więc on to zrobił specjalnie, żeby zdenerwować premiera Tuska? No ale za chwilę jest już sam Główny Premier i zapewnia, że on jest pewien, że Pawlak się przejęzyczył, bo przecież kto by to widział, żeby takie rzeczy mówić? Po Tusku przychodzi minister Rostowski i stwierdza surowo, że skoro Pawlak widział, że coś się złego dzieje w ZUS-ie, to mógł chyba coś na ten temat powiedzieć na posiedzeniu rządu. A ja to wszystko słyszę, trzymam się za moją biedną głowę, i czuję, że to mnie zwyczajnie przerasta. I myślę sobie – co za cholera! Czyżby już wszyscy zwariowali i tylko ja tu jeden zostałem na tym zdziwaczałym świecie? Idę więc do Toyahowej i pytam, czy pamięta, jak Pawlak u Rymanowskiego powiedział, że on na ZUS nie liczy i jego będą utrzymywać jego dzieci. Pamięta. Oczywiście że pamięta. W końcuśmy razem go słuchali. Nie śniło mi się? Pewnie że nie.
Mija tydzień, i oto zaledwie wczoraj oglądam sobie jakąś konferencję prasową właśnie Pawlaka, i w pewnej chwili z kolejnym pytaniem startuje do niego dziennikarka TVN CNBC – ta sama co wtedy, na korytarzu. Tym razem jednak, pan Premier jest już ostrożny. Uśmiecha się leciutko, robi swoją popisową minę człowieka przygotowanego na wszystko, i mówi: „O nie! Tym razem mnie pani nie zaskoczy. Na panią to ja muszę teraz uważać”. Wszyscy z szacunkiem wzdychają, że a to sprytna bestia ta ich koleżanka, jak to ona ustawiła samego Waldemara Pawlaka, a wokół cały dziennikarski świat dyskutuje, co to teraz będzie z Pawlakiem i z koalicją. I co on chciał powiedzieć przez to, co tak nierozważnie powiedział. A ja to wszystko słyszę, trzymam się za moją biedną głowę, i czuje, że świat mi umyka.
To wszystko jest oczywiście bardzo trudne, a ja muszę przyznać, że chyba jednak nie znam odpowiedzi. Z drugiej jednak strony, kim byśmy byli, gdybyśmy chociaż nie próbowali. A zatem spróbuję. Spróbuję znaleźć wyjaśnienie tego, co się stało i co się – tak wyjątkowo już chyba bezczelnie – dzieje. Otóż przede wszystkim uważam – i wierzę, że większość czytelników tego bloga moje w tym przekonanie podziela – że to jest gra. Nie ma bowiem takiej możliwości, by do czegoś podobnego, zarówno po stronie samego Pawlaka, jak i po stronie ogłupiałych rzekomo mediów, mogło dojść przypadkowo. Takie rzeczy zwyczajnie się nie dzieją. Musiało więc być tak, że tamtej niedzieli zarówno Rymanowski wyszedł do Pawlaka ze swoim pytaniem w sprawie ZUS-u, jak i Pawlak powiedział to co powiedział, nie dlatego, bo tak wyszło, ale dlatego, że taka była umowa. Oczywiście, nie mam tu na myśli umowy między Rymanowskim a Pawlakiem – oni akurat w tego typu sprawach o niczym nie decydują – ale mówię o decyzjach na znacznie wyższym szczeblu. Chodziło więc o to, by Waldemar Pawlak, siedząc z tym swoim tabletem w tym tefauenowskim studio, powiedział, że on już ZUS skreślił. I teraz, przyznaję, że mam kłopot, bo kompletnie nie wiem, dlaczego na te jego słowa Rymanowski nie krzyknął: „Ależ panie premierze! Czy pan tak naprawdę?” i czemu już w tamtą niedzielę nie ruszyła „sprawa Pawlaka”. Czemu trzeba było czekać tyle dni? I czemu, wreszcie, nie można było zwyczajnie wrócić do tej „Kawy na ławę”, lecz zamiast tego, odstawiać ten teatr z Pawlakiem napadniętym przez podstępną dziennikarkę?
Po raz kolejny powtarzam, że nie wiem. Ale uważam, że tu chodziło o to, by, bez żadnego większego szumu, wypowiedź Pawlaka z „Kawy na ławę” ktoś sam zauważył. Kto? Nie mam pojęcia. Tyle że ten ktoś jej nie zauważył. Ponieważ jednak z jakiegoś powodu nie można było temu komuś podać jej w formie donosu, lub owej rewelacji, typu „Czy wiecie, co Pawlak w ubiegłą niedzielę powiedział?”, bo albo już było za późno, albo zaszło tam coś innego, całą akcję trzeba było powtórzyć raz jeszcze. Tyle że tym razem, z całą tą oprawą i z całą tą historią, która nam od tylu dni jest przekazywana, ku naszej wręcz niebywałej ekscytacji.
Ktoś mi powie, że przesadzam. Że to wszystko nie jest warte nawet wspomnienia, a co dopiero tak głębokiej analizy. I, powiem szczerze, że może i bym się nawet z tym zgodził. No bo w końcu, tych absurdów jest wokół nas tyle, że jeden więcej, czy jeden mniej naprawdę nie robi różnicy. Jednak ta wczorajsza reakcja Waldemara Pawlaka na konferencji dała mi naprawdę wiele do myślenia. Przecież to już był najbardziej tandetny cyrk. Z jednej strony, szybkie, nowoczesne dziennikarstwo, a z drugiej polityk, który udowodnił, czym jest nieostrożność w świecie, gdzie trzeba stale być czujnym wobec społecznej, realizowanej oczywiście przez nowoczesne media, kontroli.
O co więc poszło? Jaki był cel tej maskarady? Jak mówię, nie wiem. To jest dla mnie za trudne. Jedno w każdym już razie wiem na pewno. Zabawa ZUS-em, emeryturami, funduszami emerytalnymi, ubezpieczeniami, służbą zdrowia, lekarstwami, i wreszcie naszym życiem, trwa w najlepsze. Te pieniądze, które są od dziesiątek lat, miesiąc w miesiąc odprowadzane z naszych pensji, które z takim trudem otrzymujemy za naszą ciężką, tak strasznie ciężką, i często tak okropnie beznadziejną i nikomu niepotrzebną pracę, to już chyba jedna z ostatnich okazji, żeby jeszcze, już na sam koniec, coś dla siebie wyszarpać. A więc to właśnie wokół nich, wokół tych naszych pieniędzy, możemy zaobserwować te szare cienie. Leżą sobie te pieniądze, a wokół nich zbiera się jakieś mocno szemrane towarzystwo. Na razie jeszcze nikt się przed szereg nie wypuścił, ale prędzej czy później dojdzie do bardzo poważnej akcji. Niech nas tylko Bóg broni, byśmy, kiedy już dojdzie do najgorszego, nie tumanieli w blasku świateł lokalnych galerii handlowych, nic nie widząc, nic nie słysząc i nic już nie czując. Obojętni i już do końca wydrążeni.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy gest będę szczerze wdzięczny. No i przypominam o książce. Ona jest do kupienia w tu, a poza tym w Poznaniu, Katowicach i w Warszawie, pod znanymi już adresami. Dziękuję.

wtorek, 5 stycznia 2010

Panie Leski, pan się nie boi!

Od pewnego czasu, wśród blogujących w Salonie 24 publicystów bryluje znany nam skądinąd Waldemar Pawlak. Pisząc ‘bryluje’ mam na myśli zarówno samą ekspozycję bloga byłego premiera, jak i intensywność, z jaką publikuje on swoje teksty. Oczywiście zdaję sobie sprawę, podobnie zresztą jak większość sensownie myślących komentatorów, że czarną robotę za Pawlaka wykonuje ktoś umyślny, któremu Pawlak wyłącznie zleca tematy i – być może ewentualnie – przeprowadza pierwszą, pobieżną cenzurę. Nie zmienia to jednak faktu, że blog Waldemara Pawlaka w Salonie 24 świeci jak betlejemska nie przymierzając gwiazda. Wspomniałem o tym dość niezwykłym, ze względu na samą osobę blogera i samą merytoryczną zawartość wpisów, zjawisku przy okazji poprzedniego tekstu, jednak bardziej z chęci zwrócenia uwagi na niezrozumiałą dla mnie pawlakową siłę przyciągania, jakiej niektórzy ulegli, niż z jakiegokolwiek innego. W końcu, ja tu się mogę zajmować wszystkim, ale fikcją jednak dopiero na samym końcu.
Czemu zatem dziś, jak wszystko na to wskazuje, poszło aż tak bardzo o Pawlaka? Otóż muszę już tu wyprowadzić ewentualnych czytelników z błędu. To wszystko pozory. Nie tyle poszło o Pawlaka co o Krzysztofa Leskiego. O Pawlaka – mimo wszystko – pójść nie mogło, natomiast o Leskiego, jak najbardziej. Nie mogło pójść o Pawlaka, ani gdyby Pawlak (czy jego pisarz) napisał tekst tylko o czerwcu 1992, ale ani nawet gdyby przedstawił nam wykonany osobiście przez siebie psychologiczny portret Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza i Kazimierza Staszewskiego na przyczepkę. Poszło o Leskiego z tego prostego powodu, że właśnie on, jako jeden z pierwszych wielkich, dał się zainspirować salonowej krucjacie Waldemara Pawlaka, a na dodatek o tej inspiracji poinformował nas w sposób możliwie najbardziej przykry.
Zaczęło się jednak od Pawlaka. Pawlak – czując prawdopodobnie, że Salon24 to takie miejsce, gdzie, jeśli on szybko sprawy jakoś nie wyjaśni, ten czerwiec będzie mu tu bardzo przeszkadzał – zainspirował umieszczenie na swoim blogu wpisu, w którym zostało powiedziane, że rząd Olszewskiego był słaby, nieudolny, a przede wszystkim mniejszościowy i musiał upaść. Że Pawlak, wówczas młody i nie do końca okrzesany polityk, zobaczył to gówno leżące przy drodze i tylko się schylił. Że każdy przecież by tak zrobił i że jeśli ktoś czuje nostalgię za pierwszym polskim rządem nowej RP, to pretensje niech kieruje gdzie indziej, zamiast do prostego, choć zdolnego i ambitnego strażaka. Ja, ze względów, które tu już wyłuszczałem, bym tego nie robił, ale na te bezczelne mądrości, oburzyło się mnóstwo komentatorów, którzy – mówiąc oględnie – dali Pawlakowi do zrozumienia, że ma się natychmiast zamknąć i nie kalać pewnych nazwisk swoimi refleksjami. I wtedy stało się coś dla mnie niezwykłego i do dziś nie do końca zrozumiałego. Na te komentarze zareagował Krzysztof Leski i poinformował komentatorów oburzonych wybrykiem Pawlaka, że Pawlak jak najbardziej ma rację. Że rząd Olszewskiego był rzeczywiście beznadziejny, słaby i mniejszościowy, a tym samym lepsza też nie mogła być uchwała lustracyjna , którą Olszewski zgodził się wykonać. A zatem Pawlak gada dobrze i to prawicowi komentatorzy powinni się zamknąć, a nie szanowny pan premier. Na to, w ten sposób potraktowani komentatorzy, zostawili Pawlaka i zabrali się za samego już Leskiego i powiedzieli mu, że jego obrona Pawlaka jest niegodna i to on powinien się zamknąć. Efekt na dziś mamy taki, że Leski stoi w środku tego piekielnego kręgu, oburzony, porażony, rozczarowany, i widzi jak nigdy dotąd, że „z salonową większością” nie da się rozmawiać.
To moje wyjaśnienie tłumaczy wiele, ale jednak nie wszystko. Chciałbym bowiem wiedzieć, czemu Leski po pierwsze czytał tak zwany tekst Pawlaka, czemu czytał umieszczone pod tym wpisem komentarze, i wreszcie, czemu trzy kolejne swoje wpisy poświęcił problemowi Pawlaka, czerwca 1992 i emocjom, jakie te dwie kwestie budzą w sercach dobrych ludzi. Najprostsza odpowiedź byłaby taka, że jego zainteresowało – tak jak człowieka interesują różne rzeczy – co Pawlak (lub nawet jego asystent) ma do powiedzenia na temat tamtych wydarzeń, przeczytał, krzyknął „Racja!”, a później już tylko chciał nam wszystkim powiedzieć, żeby się odp…. lić od Premiera. I tyle. Po co? Nieważne. Chciał, więc powiedział. Mamy demokrację, zwłaszcza tu w Salonie, więc każdy gada co chce. Jest jednak pewien szkopuł. Żeby udowodnić, że premier Olszewski był premierem beznadziejnym, a jego rząd jeszcze gorszy, i to jeszcze by udowodnić to w sposób wręcz koronny, Leski bierze na świadka samego Jana Olszewskiego. A co mówi Olszewski? To mianowicie, co każdy normalny obserwator wie od roku 1992. Czyli że mianowicie uchwała Sejmu była dla rządu bardzo poważnym kłopotem i jej wykonanie stanowiło w gruncie rzeczy akt samobójczy.
I wtedy dochodzi do prawdziwej eksplozji. Otóż dla Leskiego w tym momencie sprawa jest jasna. Rząd Olszewskiego był mniejszościowy, słaby i głupi, bo przecież był, a w dodatku zrealizował uchwałę Sejmu, słabą i głupią, więc nie ma się co dziwić, że demokracja sobie z czymś takim bez najmniejszego problemu poradziła. A poradziła sobie absolutnie w zgodzie z prawem i zasadami. Leski nawet pięknie wytłuszcza te myśl, tworząc takie przesłanie swojego rozumu i serca: „To się nazywa demokracja parlamentarna, a słynne słowa ‘Policzmy głosy’ są po prostu jej esencją”
Otóż ja świetnie pamiętam to co się w Polsce stało przed ponad siedemnastoma już laty. Pamiętam to tak dobrze, że czasem mam wrażenie, że wciąż jeszcze czuję nawet ten zapach. Ale chętnie przyznam, że to tylko moje emocje, a więc coś co z punktu widzenia wrażliwości Waldemara Pawlak, czy Krzysztofa Leskiego jest kompletnie nieistotne. Ale nawet w tej sytuacji jestem w stanie zwrócić się do Krzysztofa Leskiego z czymś jak najbardziej rzeczywistym. A mianowicie z tą samą opinią Olszewskiego, którą on zechciał przypomnieć na swoją obronę:
„[Uchwała lustracyjna Sejmu była] spektakularnie kompromitująca (...) fatalna w swej konstrukcji i o nieracjonalnej formule (...) Trudno sobie wyobrazić inspirowanie przez nas uchwały o treści tak zupełnie idiotycznej (...) W takiej formie wykonać lustracji nie było można (...) Gdyby inspiratorem tej uchwały był sam Macierewicz, to bym powiedział, że po prostu był samobójcą (...) To naprawdę była uchwała bardzo niewygodna w tym momencie dla rządu.”
Potwierdzam. Olszewski tak powiedział. I to wielokrotnie. Powiedział zresztą wiele różnych jeszcze rzeczy. Na przykład w książce Olszewski – Przerwana premiera, oprócz przyznania, że uchwała była zła, mówi jeszcze dwie rzeczy, o których Leski już jednak nie tak chętnie wspomina. Jedna to ta, że zdaniem Olszewskiego – tu wyrażonym bezpośrednio – wykonać uchwałę trzeba było i nie było innego wyjścia („O odmowie wykonania przez rząd uchwały sejmu w ogóle nie może być mowy, chyba że będzie to uchwała o wycieczce na księżyc”). Druga z kolei to taka – tu może bardziej w formie sugestii, a nie bezpośredniej informacji – że przyjęcie uchwały przez Sejm – „w ogóle bez dyskusji” i to w dodatku „znaczną większością głosów” – stanowiło faktyczny początek wielkiej prowokacji skierowanej na obalenie jego rządu. Olszewski twierdzi, że wystąpienie Korwina Mikke było dla niego kompletnym zaskoczeniem, a tym bardziej zaskoczeniem był kształt uchwały. I teraz sobie myślę, że jeśli dla Krzysztofa Leskiego opinia Olszewskiego na temat jakości samej ustawy jest tak cennym świadectwem, by mógł z radosnym i szczerym sercem głosić opinie takie jak te choćby wyrażone tylko w samych tytułach wpisów („Jaki koniec, taki początek”, „Lustracyjny wstyd 1992”), to może jednak zechciałby na sam koniec napisać jeszcze jeden tekst, tym razem już może odrobinę poważniej analizujący kwestię tego, co się działo wiosną 1992 roku w Polsce, niż na poziomie prostej informacji, że mieliśmy wtedy do czynienia z tak zwaną „demokracją parlamentarną, a słynne słowa ‘Policzmy głosy’ były po prostu jej esencją”.
Jeśli Krzysztof Leski nie wie, jak się za to zabrać, to mogę mu udzielić życzliwej porady. Niech zacznie od Korwina Mikke. Albo od momentu, w którym Korwin Mikke zdecydował, że wystąpi z tą swoją uchwałą. Albo może jeszcze wcześniej. Może od momentu, kiedy Korwin Mikke nie wiedział jeszcze, jaką historyczną rolę mu gdzieś napisano. Albo w ogóle, najlepiej będzie, jeśli Krzysztof Leski, pisząc swój – poważny tym razem – tekst, sięgnie końca roku 1991, kiedy to Polska dokonała takiego a nie innego politycznego wyboru i co dla Polski – całej Polski, włącznie z jej najbardziej egzotycznymi zakamarkami – mogło to oznaczać. A skończy na scenie, kiedy to Olszewski z Macierewiczem siedzą sami gdzieś w jakimś gabinecie, patrzą z przerażeniem najpierw na tę korwinowską uchwałę, następnie sobie w oczy i któryś z nich mówi: „No to już po nas”. I niech nie wygaduje farmazonów w postaci sugestii, że można było tę sejmową uchwałę zlekceważyć. Dopiero bowiem od dwóch lat mamy w Polsce taki standard, że rządowi wolno wszystko.
A zatem, jeśli Krzysztofowi Leskiemu rzeczywiście zależy, by się jakoś przysłużyć wyjaśnieniu jednej z największych zagadek współczesnej Polski, niech się zajmie prawdziwymi przyczynami tego co się stało w czerwcu 1992 roku i lewymi interesami, które za tymi przyczynami stały, a nie jakimś Pawlakiem, czyli narzędziem i jakimś – choćby nieudolnym nawet – rządem, czyli ofiarą.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...