środa, 27 lutego 2013

Ziew, czyli Prezydentowi poleciało z nosa

Dziś przedstawiam tu tekst, który został napisany raczej z myślą o Salonie24. Stało się tak przez to, że Coryllus prowadzi tam w ostatnich dniach bardzo ciężką walkę z przeciwnikiem wcale nie byle jakim, i uznałem, że jemu się należy jakieś wsparcie. Ponieważ jednak to, co poniżej z pewnością zainteresuje czytelników i tego, ściśle naszego już, bloga, pozwalam sobie zamieścić go i tu. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, a co więcej, jeśli ktoś uzna te myśli za inspirujące, zechce tradycyjnie już wesprzeć ten blog. Dziękuję.

Myślę, że większość z nas pamięta serię, nie tak bardzo zresztą dawnych, zdarzeń, zainicjowaną przez Rafała Ziemkiewicza, który w trakcie wywiadu dla „Nowego Ekranu” najpierw się wysmarkał w chusteczkę, a następnie starannie zbadał owego smarkania wynik, a zakończoną zbiorowym, na oczach zgromadzonej publiczności, chlaniem w wykonaniu uczestników debaty w Klubie Ronina. Pamiętamy zarówno same przypadki tego szczególnego buractwa, jak i nasze zdziwienie i to wciąż powracające pytanie: „Czemu oni to robią?”
Wydaje mi się, że odpowiedź na wspomniane pytanie od samego początku była dwojaka. Część z nas owo zachowanie tłumaczyła osobistą klasą jego bohaterów, inni natomiast przekonywali, że to wcale nie chodzi o to, jakimi to ludźmi są Ziemkiewicz, czy Sakiewicz, bo akurat z nimi może być mniej więcej wszystko w porządku, natomiast głównym winowajcą są czasy, jakich przyszło nam od niedawna doświadczać; czasy, w których wszelkiego rodzaju hierarchie tak bardzo się poprzestawiały, że ni stąd ni z owąd może się okazać, że takie jak wyżej opisane przypadki nie dość, że przestają mieć jakiekolwiek większe znaczenie, to w dodatku one są rozpoznawane przez tak już nieliczną garstkę obserwatorów, że to znaczenie staje się idealnie wręcz zerowe.
Jak idzie o mnie, z początku skłaniałem się do teorii odpowiedzialności indywidualnej, a więc starałem się przekonywać, że wystarczy tych, którzy w tym akurat momencie zapełniają publiczną przestrzeń zastąpić ludźmi nowymi, nie skażonymi tym zepsuciem, i wszystko wróci nas swoje miejsce. Później jednak, doświadczając więcej tego typu przypadków, czy to w osobie Agnieszki Holland i tych dwóch smoków, lansujących się jeszcze w zeszłym roku na Oskarowej gali, widząc jak one wyglądają, co mają na sobie, i wreszcie jak się zachowują, czy będąc świadkiem choćby czysto estetycznej degeneracji, jakiej w ostatnich miesiącach ulegają nawet już pierwszoplanowi politycy reprezentujący tak zwaną „naszą” stronę, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem jednak nie jest tak, że to nie oni zmieniają czasy, ale czasy zmieniły ich.
No i proszę sobie wyobrazić, że wczoraj byłem świadkiem wydarzenia, które chyba już ostatecznie przekonało mnie, że wszyscy znaleźliśmy się w miejscu, gdzie nie liczy się nic, poza ściśle doraźnym i partykularnym interesem, który to interes definiowany jest albo przez indywidualną potrzebę przeżycia, albo histeryczne wręcz pragnienie zachowania władzy przez tych, którzy tę władzę od sześciu już niemal lat utrzymują, lub od tej władzy są ściśle uzależnieni. A skoro tak, to, przepraszam bardzo, ale jakie ma znaczenie, że ktoś się pojawia na jednej z największych gal na świecie i wygląda, jakby właśnie skończył doić krowy, albo występując przed kamerami woła o flaszkę? Zdarzyło się to wczoraj pod wieczór, a odpowiedniej demonstracji dokonał nie kto inny, jak sam Prezydent RP Bronisław Komorowski. Poświęćmy temu eventowi osobny akapit. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ktoś z nas jakimś cudem, całkowicie nieoczekiwanie, włączył telewizor, a tam właśnie dobiegała końca rozmowa, jaką z Komorowskim przeprowadzał Kamil Durczok. Durczok powiedział „Dziękuję, panie prezydencie”, obaj wstali, no i w tym momencie, zanim jeszcze obraz zdążył przejść na coś bardziej neutralnego, Prezydent rozpiął marynarkę i wykonał gest, którego, mimo że tę scenę jeszcze wszyscy obejrzeliśmy parę razy, nikt z nas nie był w stanie jednoznacznie określić. Otóż on albo podciągnął sobie spodnie, albo [próbował wsadzić w te spodnie koszulę, która mu, kiedy jeszcze siedział, jakoś z tych spodni wylazła. Był to zresztą zaledwie moment, bo już sekundę potem, obaj bohaterowie wieczoru zniknęli z wizji, ale to cośmy zobaczyli, było nasze. Prezydent Komorowski wstał, rozpiął marynarkę i zaczął grzebać przy spodniach.
Ja oczywiście wiem, co już za chwilę usłyszę. Że niepotrzebnie się tak ekscytuję, bo przecież wszyscy wiemy, co to za typ ten Komorowski, i jedyne czemu się naprawdę można dziwić, to temu, że ja się czymś tak trywialnym i oczywistym postanowiłem w ogóle zajmować. Otóż nie. Moim zdaniem – przy całym szacunku dla kulturowych możliwości naszego prezydenta – to że on, wstając od dopiero co zakończonego wywiadu, uznał za konieczne podciągnąć sobie spodnie, to wcale nie jest nic takiego. On może i jest człowiekiem o bardzo szczególnej cywilizacyjnej i kulturowej konstrukcji, może i autentycznie nie wie, jak się pisze słowo „ból”, może wreszcie ta Ruska Buda to nie tylko jest jego miejsce wakacyjnego wypoczynku – takie nasze polskie Camp David, z wszelką obciążającą je symboliką – ale nie oszukujmy się: on naprawdę nie ma wielu stałych obowiązków, innych niż to, by publicznie nie podciągać spodni. Myślę, że wszyscy wiemy, że – podobnie zresztą, jak się to się dzieje w przypadku Donalda Tuska – cały towarzyszący mu ekspercki wysiłek, skoncentrowany jest właśnie na tym, żeby on jednak publicznie nie podciągał spodni. Od czasu jak mu zgolono tę wąsy, on już naprawdę nie musi nic. Ma nie podciągać publicznie spodni, nie smarkać, nie dłubać w nosie i nie pluć. A jeśli to robi, to oprócz tego, że on po prostu taki jest, my się dowiadujemy czegoś znacznie ważniejszego. Dowiadujemy się mianowicie, że tam już nikt o takie głupstwa nie dba. No i jeszcze czegoś – tym razem już wręcz tragicznie powaznego – że prawdopodobnie my wszyscy doszliśmy do momentu, gdzie na takie głupstwa nie zwracamy uwagi. Dlaczego? Bo sami, podobnie jak oni, jesteśmy zbyt zajęci walką o przetrwanie.
Mój serdeczny kolega Gabriel Maciejewski w ostatnich dniach napisał cała serię bardzo ważnych tekstów, wskazujących na to, że w polskiej przestrzeni medialnej dochodzi do bardzo poważnych ruchów, mających na celu kompletne owej przestrzeni przeprofilowanie. Widzimy to na rynku prasowym, obserwujemy delikatne bardzo zapowiedzi pewnych zmian w mediach elektronicznych, i oczywiście nie możemy zlekceważyć tego, co się dzieje tu w Salonie24. Uważam oczywiście, że to wszystko są bardzo istotne rzeczy i nie wolno nam nawet na moment spuszczać ich z oka, natomiast ja bym chciał zwrócić uwagę na sposób, w jaki to wszystko się odbywa, na sposób w jaki zachowują się główni bohaterowie tego przekrętu. Rzecz bowiem w tym, że oni nawet nie próbują zachowywać pozorów. Wszystko za co oni się biorą, jest dalej już prowadzone na tak zwanego „czystego bezczela”. Z nimi jest trochę tak, jak z tym kieszonkowcem, który wkłada nam rękę do kieszeni, a jak my go za tę rękę łapiemy, to on nam oburzony ją wyrywa i krzyczy „Odczep się pedale!”.
Albo jeszcze gorzej. On nam ją wyrywa, i nic nawet nie mówiąc, biegnie do najbliżej stojącego, kolejnego Bogu ducha winnego człowieka, i próbuje jemu z kolei coś wyszarpać. I patrzymy na jego oczy, a tam nie ma ani śladu jakiejkolwiek myśli, ani choćby podstawowego skupienia, ani owego słynnego już cwaniactwa, ani nawet tej starej, nudnej rutyny. Jest tylko ten strach i desperacja. A jeśli w trakcie tego wszystkiego poleci coś z nosa, to się najwyżej wytrze w rękaw.
Obawiam się, że to jest właśnie to, co oni nam zgotowali przez te kilka długich lat i co nam zostawiają na chwilę przed swoim ostatecznym upadkiem. Ja wiem, że to bardzo niepolitycznie jest mówić takie rzeczy, ale, biorąc pod uwagę wszystko, a więc i polskie szkolnictwo i edukację, polską kulturę, polski wymiar sprawiedliwości, polskie rolnictwo, polską służbę zdrowia, wygląda na to, że tu nawet nie można mówić o zwykłej zdradzie.


poniedziałek, 25 lutego 2013

"Rzeczpospolita" zdiagnozowała ciążę, Fiutowski aplikuje leczenie

Wspomniałem tu już kiedyś o tym, że żona moja, z jakiegoś niezbadanego przeze mnie powodu, w każdą sobotę, jeśli tylko nie zapomni, kupuje weekendowe wydanie „Rzeczpospolitej”. Pojawia się więc w kuchni to coś, i stopniowo, godzina za godziną, zamienia się w zestaw luźno porozrzucanych stronic, które służą głównie do tego, by rzucić na nie okiem, kiedy przy śniadaniu nie ma na czym go zawiesić. Spojrzałem więc i dzisiejszego ranka na to, co nam w miniony weekend podał prezes Hajdarowicz do czytania i dowiedziałem się, że w krakowskim szpitalu im. Rydygiera trwa spór między szpitalem, a częścią lekarzy co do etycznego wymiaru mordowania nienarodzonych dzieci.
A wszystko zaczęło się od tego, że pewien lekarz anestezjolog zauważył, że w ostatnim czasie raptownie zaczęła wzrastać liczba przeprowadzanych w szpitalu aborcji, z tak zwanych wskazań. Kiedy szpital zaczął być wręcz oblegany przez panie ściskające kolejne dokumenty i sytuacja zaczęła się robić podejrzana, ów lekarz poprosił, by więcej na niego nie liczyć, no i wtedy zrobiło się zamieszanie. Bo oto z jednej strony pojawiła się opinia reprezentującej go kancelarii prawnej, w której prawnicy dowodzą, że świętym prawem każdego lekarza jest odmówić czy to zabicia dziecka, czy choćby współuczestniczyć w jego zabójstwie, ze względów ściśle etycznych, a z drugiej opinia przeciwna, napisana również przez prawników, tyle że reprezentujących zabójców, wskazującą na to, że lekarz takie prawo, owszem, ma, o ile za każdym razem się o nie zwróci i je otrzyma.
„Rzeczpospolita” swój artykuł tytułuje w następujący sposób: „Medycy powołują się na sumienie i odmawiają udziału we wszystkich legalnych zabiegach. Prawnicy uważają, że każdą kobietę trzeba zbadać oddzielnie”. I oczywiście już widzimy, jak to się robi na trasie Kraków-Warszawa. Najpierw więc mamy nie lekarzy, tylko jakichś „medyków”, którzy odmawiają udziału we „wszystkich legalnych zabiegach”, no a już w kolejnym zdaniu „prawników”, którzy proponują, by „każdą kobietę badać oddzielnie”. No patrzcie państwo! Kto to widział, żeby lekarz odmawiał udziału we wszystkich legalnych zabiegach? Legalnych! No i czyż to nie rzecz poza dyskusją, że każdą kobietę należy badać oddzielnie? Jak oni, ci medycy, mogą kwestionować coś tak oczywistego? I to jeszcze istnieje jakaś kancelaria prawna, która twierdzi inaczej? Ach ci adwokaci! Nie ma się co dziwić, że ludzie na nich wołają „papugi”.
Zobaczmy więc, co na ten temat mówią nie jakieś kancelarie, ale prawnicy, a więc osoby poważne. Oto jedna radca prawny Katarzyna Przyborowska informuje, że protestujący lekarz „nie spełnia” i „się uchyla”, a kolejna radca prawny Jolanta Budzowska „jest takiego samego zdania”. I dodaje: „Klauzula sumienia nigdy nie zwalnia automatycznie lekarza z obowiązku udzielania pacjentowi informacji o jego stanie zdrowia, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach leczenia”. A ja z tego rozumiem tyle, że poszło o to, że do szpitala im. Rydegiera pewnego dnia zgłosiła się kobieta w ciąży, i zwróciła się do lekarza, który następnie stał się powodem całego zamieszania, a którego nazwiska nie znamy, żeby wyskrobał jej dziecko, na co ten, zamiast przeprowadzić tę cholerną aborcję i w ten sposób poinformować ją, na co ona choruje, i jak tę jej chorobę leczyć, ogłosił, że on jej ani badać, ani leczyć nie będzie, bo mu na to sumienie nie pozwala, więc niech ona sobie dalej choruje. No i teraz ci medycy, jego koledzy, się buntują, że oni też się tak chcą migać od roboty, i nawet najwybitniejsi prawnicy nie są w stanie przekonać ich, że błądzą.
Myślę, że stali czytelnicy tego bloga wiedzą już, że to nie może tak naprawdę chodzić o to, że ja postanowiłem pokazać, jak media kłamią i manipulują, no i pokazałem. Przepraszam bardzo ewentualnie rozczarowanych, ale ja tego typu emocje zostawiam blogerom prawdziwym, prawdziwie zaangażowanym. Ja tu dziś przyszedłem w zupełnie innej sprawie, choć nie ukrywam, że opisana wyżej historia mnie, owszem, zainspirowała. Chodzi mi mianowicie o wypowiedź tej laluni Jolanty Budzowskiej, z kancelarii o fantastycznej wręcz nazwie „Fiutowski i partnerzy”, a konkretnie ów fragment o odmowie leczenia. Otóż ja podejrzewam, że kiedy ona piętnując owego lekarza za odmowę leczenia, była szczerze przekonana, że tu rzeczywiście chodziło o leczenie. Jestem pewien, że gdyby nawet i teraz ją posadzić na krześle, kazać się skupić i zapytać, jakiego to leczenia odmówiono kobiecie, za którą ona się tak ujmuje, ona by odpowiedziała, że jak to jakiego? Aborcji przecież. A gdyby ją zapytać, czy ciąża to choroba, to ona by natychmiast, bez mrugnięcia okiem, odpowiedziała, że pewnie, że tak; że on sama była kiedyś w ciąży, czuła się fatalnie, i wyzdrowiała dopiero wtedy, gdy się dowiedziała, że już w ciąży nie jest. A to jest bezpośredni dowód na to, że aborcja leczy. Chorobę występującą pod nazwą „ciąża”.
I to właśnie o to mi chodziło. Nie o to, by wskazywać na to, co wyprawiają media. Bo, jak się dobrze zastanowić, to media tak naprawdę wcale nie kłamią. One pokazują pełną i czystą prawdę. Prawdę o tym, w jakim miejscu jesteśmy my, w jakim miejscu są one, i w jakim wreszcie miejscu znalazł się nasz świat. Czytajmy zatem „Rzeczpospolitą”. Wsłuchujmy się w komunikaty, jakie wysyła do nas świat ustami swoich przedstawicieli. Wchłaniajmy każde kolejne ich słowo. Żebyśmy, kiedy przejdzie co do czego, nie czuli się jakoś szczególnie zaskoczeni.
W porównaniu z tym, czym przyszło nam się zajmować ostatnio, dość lekki ten tekst. Mimo to, mam nadzieję, że przyniesie on nam wszystkim to, co przynieść miał od samego początku. Świadomość, że o ile będziemy mieli oczy i uszy szeroko otwarte, nic nam nie grozi. Jeśli ktoś tak go odebrał, a jest w możliwościach, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod zamieszczonym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 23 lutego 2013

O nabytym zespole braku odporności na poważnie

Z tego co mówi najmłodsze moje dziecko, wynika, że ja to powinienem był wiedzieć już od lat, no ale fakt jest taki, że do wczoraj byłem ciemny jak tabaka w rogu. No i wczoraj właśnie dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak Kościół Latającego Potwora Spaghetti, i że Kościół ów właśnie złożył do odpowiednich instytucji wniosek o rejestrację jego lokalnej odnogi, pod nazwą Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Sprawa stała się stosunkowo głośna z dwóch względów. Przede wszystkim, wbrew temu, co by się mogło wydawać, owo „latające spaghetti” nie jest zaledwie inicjatywą paru lokalnych wariatów z Warszawy, czy Krakowa, ale istniejące już od lat międzynarodowe przedsięwzięcie z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, o pewnej bardzo wymiernej pozycji. Po drugie, z informacji jakie do nas docierają wynika, że, jak idzie o względy formalne, wniosek, jaki polscy organizatorzy projektu złożyli, spełnia wszelkie wymagania i nie bardzo widać możliwość, by ich nie zarejestrować, jako całkowicie równoprawnego w stosunku do innych, związku wyznaniowego. Czytam w jednym z komentarzy, że jakiś profesor z uniwersytetu, poproszony przez urzędników o prawną wykładnię sytuacji, w jakiej znajdują się owi dziwacy – skądinąd występujący pod nazwą „pastafarianie” – odpowiedział, że on jest całkowicie bezradny, ze względu na to, że istnieje zbyt wiele oficjalnie przyjętych definicji pojęcia „religia”, a przez to każda opinia będzie narażona na zarzut braku obiektywizmu.
Wspomniałem wcześniej o międzynarodowym wymiarze owego „wyznania”. Czytam oto w Sieci, że przed kilku laty, pewien obywatel Austrii nazwiskiem Niko Alm, deklarujący się właśnie jako „pastafarianin”, złożył oficjalną skargę do władz administracyjnych na to, że stosują wobec niego przepis wymagający od obywateli, którzy niezwiązani przepisami wiary, składają wniosek o wydanie dokumentu tożsamości, aby dołączali do wniosku zdjęcie bez nakrycia głowy. Do swojej skargi ów Alm dołączył deklarację, że on, jako członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, ma obowiązek noszenia na głowie durszlaka, oraz żądanie, by i on, podobnie jak członkowie innych Kościołów, miał prawo do zdjęcia ze swoim „świętym” nakryciem głowy – durszlakiem do odcedzania makaronu.
I proszę sobie wyobrazić, że wprawdzie austriacki sąd z początku potraktował tego Ulma tak jak on na to zasługuje, a więc odesłał go precz, niemniej po serii trwających aż trzy lata apelacji, przyznał mu rację, i wówczas Niko Ulm mógł już tryumfalnie paradować z prawem jazdy ozdobionym zdjęciem łba z durszlakiem.
Być może ktoś się zastanawia, kto to taki ten Ulm? Czy to jakiś przygłup o twarzy nałogowego onanisty, jakich czasem zdarza się nam minąć na ulicy? Czy może jakieś dziwadło, na obraz i podobieństwo dawnych artystów cyrkowych, których język angielski obdarzył określeniem „freak”? Czy to może jakiś świeżoupieczony imigrant z Afryki, który jak najbardziej słusznie uznał, że odpowiednia porcja ekscentryzmu pozwoli mu zrobić w tej Austrii karierę? Czy może ktoś choćby o twarzy tego nauczyciela akademickiego z Wrocławia, który ostatnio dostał zarzut zmuszania swoich studentek do seksu? Otóż w żadnym wypadku. Niko Ulm to człowiek wedle wszelkich pozorów całkowicie normalny, a kto wie, czy nie z pewnym przechyłem w stronę takiej wręcz filmowej atrakcyjności. Z tego co widzę, to może być naprawdę bardzo miły, sympatyczny i inteligentny człowiek – tyle że ateista.
I tu dochodzimy do sedna i do faktycznego przesłania dzisiejszego tekstu. Otóż jest tak, że od pewnego czasu coraz częściej zdarza nam się spotykać na swojej drodze zjawiska może nie tak szokujące jak ów Kościół Latającego Potwora Spaghetti, jednak wciąż często autentycznie szokujące. I niejednokrotnie podstawowy sens owych zjawisk sprowadza się przede wszystkim do szydzenia z chrześcijaństwa, ale nie tylko. Owe ruchy mają na uwadze wszelką religijność, tyle że może ze względów usprawiedliwianych polityką, czy osobistym bezpieczeństwem szydercy, chrześcijaństwo jest tu szczególnie popularne. Niezależnie od tego jednak, kto jest na celowniku, ci którzy trzymają palec na spuście, to autentyczni i nieustannie walczący ateiści.
Myślę, że dobrze by było się zastanowić, co takiego się stało, że oni się tak ostatnio rozpanoszyli, i że odnoszą jedno zwycięstwo za drugim. Czy może ostatnie lata przyniosły nam jakieś nowe dowody na to, ze Bóg umarł i pozostała już tylko wolność? Nie sądzę. W historii świata było zawsze bardzo dużo powodów, dla których człowiek mógł zwątpić w Jego istnienie, i to wcale powodów nie byle jakich. A mimo to, naprawdę nie było łatwo spotkać kogoś, kto publicznie i otwarcie szczycił się tym, że jest ateistą. Agnostykiem – owszem. Człowiekiem wątpiącym – jak najbardziej. Ale ateistą? Do tego trzeba było być naprawdę kimś. Dziś pierwszy lepszy, średnio rozgarnięty internauta, ma pod ręką całą garść bon motów skierowanych przeciwko ludziom, którzy wierzą. I jeśli spotykają go jakiekolwiek nieprzyjemności, to z wielu bardzo przyczyn, ale na pewno nie dlatego, że on uważa, że nie ma nic.
Otóż ja uważam, że kiedy wraz z inwazją postmodernizmu, którą przyniósł nam wiek XX, pojawiło się przekonanie, że naprawdę wszystko podlega dekonstrukcji, w tym momencie prawda stała się słowem powszechnie uważanym za obelżywe. I kiedy to piszę, wcale nie uważam, że przesadzam. Dziś, słowo „prawda” jest słowem obelżywym, i to nawet z punktu widzenia osób, które na co dzień ani się nad takimi kwestiami nie zastanawiają, ani też, w konsekwencji, nie zdają sobie nawet ze swoich przekonań sprawy. Gdyby ich zapytać, czy uważają, że prawda istnieje, oczywiście większość z nich gorąco by przytaknęła, jednak gdyby już chwilę później postawić ich wobec szeregu różnych zjawisk istnienie tej rzekomo nienaruszalnej prawdy kwestionujących, nie zauważyliby jakiegokolwiek dysonansu.
I ja dziś jestem przekonany, że ateizm ów stan rzeczy w jednej chwili zauważył, zidentyfikował ją i odpowiednio ocenił. A oceniając ją, doszedł do jedynego logicznie nasuwającego się wniosku, że świat który zaakceptował sytuację gdzie prawda nie istnieje, stał się światem pozbawionym jakiejkolwiek ochrony. No i ten świat zaatakował. Ostatnim tego przykładem tu u nas w Polsce, stał się wybór na posła człowieka ucharakteryzowanego na kobietę i wymagającego, by go jak kobietę traktować, a następnym krokiem, jak wiele dziś już na to wskazuje, będzie objęcie oficjalną autoryzacją przekonania, że durszlak może być w takim samym stopniu obiektem kultu religijnego, jak różaniec, czy krzyżyk na szyi.
Oto do czego doszliśmy. Nie ma już nic. Można wszystko. Niedawno w którymś z telewizyjnych programów wystąpił człowiek, ni to kobieta ni to mężczyzna, podpisany – inaczej niż to zwyczajowo ma miejsce – nie imieniem i nazwiskiem, ale jakimś dziwnym słowem-tytułem, którego nazwy i sensu nie umiałem spamiętać, i przedstawił się jako rzecznik któregoś z ruchów na rzecz promocji transeksualizmu. Mieliśmy więc ten telewizor, to studio, tę dziennikarkę, tego jakiegoś kosmitę, no i ten absurdalny tytuł na dole ekranu.
Myślę że czas to sobie powiedzieć. Nie oszukujmy się. Znaleźliśmy się w narożniku, skąd już nie ma ucieczki. Za nami już tylko ściana. I módlmy się o to, by się okazało, że jest ze skały. Najlepiej z jaspisu.

Dziękuję wszystkim za wszelkie dotychczasowe wsparcie. Bez niego nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Bardzo proszę o dalszą pamięć.

piątek, 22 lutego 2013

Wstyd napada

Czytelnicy tego bloga, w znacznej mierze kompletnie zepsuci przez jego bardzo poważny charakter, mogą nie znać osób, które tu dziś wystąpią, ale trudno. Bez tego się nie obejdzie. Trzeba nam zatem wiedzieć, że jest sobie prawicowy jak najbardziej dziennikarz, publicysta, bloger, a ostatnio i autor powieści, nazwiskiem Witold Gadowski. Otóż ów Gadowski wydaje właśnie swoją drugą powieść i w Salonie24 opublikował jej krótki fragment. O czym ta książka jest, nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ tak się składa, że z opublikowanego już fragmentu wynika, że o czymkolwiek by ona nie była, jej warstwa merytoryczna została skutecznie przykryta przez jej, że się tak wyrażę, kunszt literacki, oraz – tym razem wydaje się, że to może mieć dla nas znaczenie – osobę autora, rzeczonego Gadowskiego.
Klasę naszego bohatera można ocenić moim zdaniem bardzo jednoznacznie na przykładzie jednej tylko wymiany, do jakiej pod zacytowanym fragmentem powieści doszło między nim a pewnym komentatorem. Komentator ów ironicznie, jak się zdaje, porównał to co wyszło spod palców i czaszki Gadowskiego do czegoś, co kiedyś funkcjonowało jako „seria z tygrysem”, na co Gadowski – tu bym chętnie skorzystał z dosłownego cytatu, niestety sam Gadowski chyba uznał, że kompromitacja ma swoje granice, i tę swoją wypowiedź usunął – poradził mu, żeby wziął lekarstwa i założył pieluchę. Tu zatem mamy tak zwany czynnik ludzki. Jak idzie natomiast o samą literaturę, to ja oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że cała książka będzie dziełem absolutnie wybitnym, jednak to, z czym mamy do czynienia tutaj, póki co, jest czymś tak złym, że język polski nie zna odpowiednich słów, by to opisać. To, czym się Witold Gadowski zechciał pochwalić, jest tak złe, że jedyne, co z tym można zrobić, to już tylko stworzyć tego czegoś parodię, i nie dodając jakichkolwiek słów komentarza, ją opublikować.
I proszę sobie wyobrazić, że ową parodię już mamy. Wykonał ją bloger podpisujący się Pantryjota, który, mimo że była tu już kiedyś o nim mowa, podobnie jak Gadowski, może być dla wielu z nas nieznany. Biorąc to pod uwagę, zmuszony jestem o nim tu powiedzieć parę słów, ale tytułem wstępu, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż, jak może niektórzy zauważyli, ja lubię od czasu do czasu pewien rodzaj ludzi określać, jako „wariatów”. Spotyka się to często z krytyką, przede wszystkim ze strony najróżniejszych psychologów, czy psychiatrów, którzy jak wiemy do ludzi psychicznie chorych mają stosunek braterski, ale w takich sytuacjach zawsze staram się wyjaśniać, że ja nie mówię o ludziach chorych w sensie, jaki oni mają na myśli, ale raczej o tych, którzy w języku angielskim – ale też gdzieniegdzie też już i u nas – określani są jako „freaks”. Ja w swojej okolicy znam trzech takich. Pierwszy z nich to człowiek, którego spotykam czasami, jak idzie, zarośnięty i śmierdzący, z plastikową torbą wypełnioną starymi płytami gramofonowymi, do nikogo się nie odzywa, nikogo nie zaczepia, nic nie wykrzykuje, tylko gdzieś wędruje z tymi swoimi analogami. Czasem spotykam go w komisie płytowym u jednego Mariusza, jak coś kupuje, a następnie bez słowa wychodzi.
Drugi „mój” wariat, to człowiek, którego spotykam w kościele na mszy. Zawsze jest elegancko ubrany, w garniturze i w krawacie, pachnący perfumami, bardzo pobożny i zasłuchany, tyle że od czasu do czasu wybucha gniewem i półgłosem komentuje kazanie, lub czytany przez księdza list. Kilka razy widziałem go na mszy rezurekcyjnej, kiedy jadł świeczkę. Ludzie, którzy to widzieli, odsuwali się od niego spłoszeni, a on stał, dumny, rozmodlony, skupiony i kawałek po kawałku wpieprzał tę świeczkę. Nie wiem, czym on się zajmuje na codzień, ale był czas, że nasze drogi do pracy się przecinały – ja szedłem uczyć, a on? Nie wiem, ale z całą pewnością też szedł do pracy, zawsze o tej samej porze, wyszykowany, w tym garniturze, z eleganckim parasolem.
No i wreszcie trzeci z nich, to chłopak, który mieszka tu w okolicy. Wygląda zupełnie przeciętnie, a powiedziałbym nawet, że może i lepiej od przeciętnej. Myślę, że to jest ktoś taki, o kim dziewczyny mówią, że jest „ciacho”. Widzę go rzadko, natomiast często go słyszę, jak śpiewa. Idzie ulicą, najczęściej bardzo późną nocą, w słuchawkach na uszach i strasznie głośno śpiewa. On też, podobnie jak ci dwaj poprzedni, nikogo nie zaczepia, nie robi nic, co by wymagało interwencji policji, czy go kazało uspokajać, tyle że idzie szybkim krokiem i śpiewa. Swoją drogą, bardzo dobrze. Naprawdę śpiewa świetnie.
Co ci trzej mają ze sobą wspólnego? Otóż, moim zdaniem, ich łączy to, że każdy z nich jest całkowicie samotny, a mówiąc „samotny”, mam na myśli stan samotności absolutnej, takiej, od której człowiek dostaje obłędu. No i jest jeszcze coś, a mianowicie Internet. Ja mam głębokie przekonanie, że każdy z nich ma w domu Internet, no i z tego Internetu korzysta w taki sposób, by tę samotność sobie rekompensować, a więc wciąż się podłącza do jakichś dyskusji i tam dopiero zadaje szyku, pokazując wszystkim, co z niego za gwiazda. A to można robić tylko w jeden sposób, mianowicie pokazać się od jak najlepszej strony, a więc jako człowiek, który ma dokładnie to, za czym każdy z nich tak strasznie tęskni. A więc siłę, wdzięk, dowcip i popularność. Każdy z nich więc siedzi od rana do wieczora w Internecie i napawa się tą swoją wielkością, opowiadając o swoich pięknych kruczowłosych kochankach, o swoich pieniądzach, swoim wypasionym samochodzie, swojej fantastycznej pracy, swoich egzotycznych podbojach. A ludzie na nich patrzą, drapią się w zakłopotaniu po głowie, i już tylko zastanawiają, jakiż ten świat skomplikowany.
Pisałem już o tym, dziś tylko powtórzę. Moim zdaniem bloger Pantryjota to właśnie ktoś taki – człowiek, który chodzi po ulicach swego miasta nosząc ze sobą reklamówkę z wszystkimi płytami Jethro Tull, a ponieważ brzydko pachnie i wygląda nie najlepiej, ludzie się od niego odsuwają i go traktują nieuprzejmie, wraca on do tego swojego pustego domu i zaczyna pisać na komputerze. Ostatnio właśnie siadł i napisał parodię nowej powieści Witolda Gadowskiego. I muszę powiedzieć, że zrobił to dobrze. Celnie, zabawnie i niestety wdeptując przy tym Gadowskiego i tę jego książkę w ziemię. Nie było to oczywiście zadanie szczególnie trudne – tekst Gadowskiego aż się prosi o tego typu podsumowanie – no ale biorąc pod uwagę, kto podsumowania tego był autorem, jestem pod wrażeniem.
I tu przechodzę do sedna rzeczy. Dużo ostatnio wysłuchuję pretensji o to, że czepiam się tak zwanych „naszych”. Że powinienem ich oszczędzać, bo najważniejszą dziś dla nas rzeczą jest tworzenie i stałe wzmacnianie frontu przeciwko złym rządom Donalda Tuska i walka o powrót Jarosława Kaczyńskiego do władzy. Celom tym atakowanie kogoś takiego jak Witold Gadowski, który jest naszym bardzo cennym żołnierzem, nie służy. Treść tych zarzutów jest wciąż taka sama, ale też taka sama jest moja odpowiedź. Otóż ja nie uważam, że Gadowski jest cennym żołnierzem. I mogę to moje przekonanie łatwo udowodnić, właśnie przy pomocy blogera Pantryjoty. Rzecz bowiem w tym, że nie może być cennym żołnierzem ktoś, kogo jednym prostym gestem ktoś taki jak Pantryjota potrafi tak czysto i ostatecznie załatwić. Mamy bowiem tego Gadowskiego, o którym co byśmy nie powiedzieli, to nie możemy zaprzeczyć, że to jest z całą pewnością ktoś, a już na pewno w porównaniu z takim Pantryjotą. Ma Gadowski pewną pozycję, ma pewien dorobek, jestem pewien, że w swoim towarzystwie jest szanowany, pisze te książki, zapewne są ludzie, którzy je chętnie kupują, przychodzą na jego spotkania autorskie, proszą Gadowskiego o autograf, kiedy jest atakowany, bronią go, jak kogoś bardzo bliskiego. Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że gdyby dziś władzy w Polsce nie trzymali ci zaprzańcy i gangsterzy, Witold Gadowski byłby znaną z telewizji twarzą, a kto wie, czy nie kimś takim jak, powiedzmy, jakiś Sekielski. I oto przychodzi człowiek-nikt, w dodatku obciążony całym tym swoim osobistym nieszczęściem, znany głównie z tego, że na swoim blogu opublikował zdjęcie zjadającego swoje własne rzygi psa, no i, jako specjalny bonus, swojej owłosionej piersi, i bez najmniejszego wysiłku wystawia Gadowskiego na publiczne pośmiewisko.
A więc ja, ile razy ktoś się mnie czepia, że ja jestem tak niepotrzebnie cięty w stosunku do „naszych”, mówię wciąż to samo. Wielu z nich nie zasługuje na nic lepszego, ale jest coś jeszcze. Otóż pozycja, jaką oni na tej naszej prawicowej scenie zajmują, nam w sposób jednoznaczny szkodzi. Ona nas kompromituje i obniża nasze szanse na jakąkolwiek wygraną. Sukces Gadowskiego jest naszą porażką z tej prostej przyczyny, że dla każdego, nawet jakiegoś kompletnego wariata, ów jego sukces niesie tylko jedną informację: „Ta prawica to musi być wyjątkowo paskudne towarzystwo, skoro taki Gadowski z tą swoją powieścią robią tam za gwiazdy”. Przepraszam bardzo, ale mnie się taka sytuacja bardzo nie podoba, i nie widzę sposobu, by mi się zaczęła ni stąd ni z owąd podobać. Ja wcale nie uważam, by warto było popierać polityczny program, którego jednym z czołowych reprezentantów jest człowiek, który w starciu z pierwszym lepszym wariatem nie ma jednego złamanego argumentu na swoją obronę. Program polityczny, który każe mi szanować ludzi takich jak Witold Gadowski w sposób oczywisty nie jest moim programem.
Na sam koniec muszę wspomnieć fragment wczorajszej nauki naszego księdza Don Paddingtona, która - warto to w tym właśnie momencie zaznaczyć - podczas gdy najnowsze dzieło Witolda Gadowskiego było przez Igora Janke z dumą prezentowane na głównej stronie Salonu24, zwycięsko tryumfowała gdzieś w jego piwnicach. Wspominając św. Jadwigę i czasy, w których przyszło Jej żyć, i nawiązując już na koniec do sytuacji, w jakiej znalazł się Kościół dziś, Ksiądz napisał takie słowa:
Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie wstrząśnie Kościołem do tego stopnia, by ten się rozpadł. Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie będzie w stanie oderwać się od Chrystusa”.
Dlaczego? Bo Kościół to jaspis, a więc „skała, której bramy piekielne nie przemogą”. Ja wiem, że niektórzy z nas zaprotestują, ale muszę to powiedzieć – polska prawica nie jest zbudowana na jaspisie. Ona nawet nie jest zbudowana na piasku. I wniosków jakie z tego faktu dla nas wypływają nie zmieni nawet nasza pewność, że cała reszta to budka z oszukanymi hamburgerami.

Mam przyjemność zakomunikować, że zgodnie z moją wcześniejszą obietnicą, wszystkie wczoraj przelane na nasze konto pieniądze, w wysokości 670 złotych, zostały złożone na tacę kościoła w Kiekrzu, gdzie ksiądz Paddington jest proboszczem. Teraz więc, z sumieniami znacznie czystszymi, możemy wrócić do naszej codziennej biedy. Dziękuję. I za to co wczoraj, i za to co być może już dzisiaj.


środa, 20 lutego 2013

Don Paddington: O abdykacji Benedykta, św. Jadwidze i pewnym naszyjniku Część 2

Dlaczego św. Jadwiga nie doświadczyła tej radości, by chrystianizowani za jej przyczyną Litwini (z jej królewskim małżonkiem na czele), czcili Boga nie tylko wargami, lecz także sercem przylgnęli do Chrystusa i Jego Kościoła? Powód był trywialny: jest bardzo trudno być blisko Chrystusa, a przynależność do Jego Kościoła traktować jako wielkie szczęście w sytuacji, gdy słudzy tegoż Chrystusa reprezentujący ów Kościół, są powodem nieustannego zgorszenia.
Cóż takiego działo się wtedy w Kościele, że Litwini (i zresztą nie tylko oni) byli tak bardzo zgorszeni? Powodów, by to co dzieje się w Kościele było dla kogoś źródłem zgorszenia, jest zawsze bardzo wiele i jest to sytuacja stała, poniekąd ponadczasowa. Przełom wieku XIV i XV był jednak pod tym względem czasem szczególnym i trzeba przyznać, że poganin czy neofita litewski, gdy patrzył na ówczesny Kościół widział coś, czego św. Jadwiga najprawdopodobniej głęboko się wstydziła.
Na nasz użytek zajmijmy się tylko tymi sprawami, które królową zawstydzały najbardziej. A spraw takich było dwie. Pierwsza dotyczyła Krzyżaków. Pamiętamy z lekcji historii, że rozwiązanie kwestii krzyżackiej było dla Litwinów – w wymiarze politycznym, gospodarczym a także najbardziej dosłownym – sprawą życia i śmierci. Rozwiązanie tej kwestii stanowiło też dla Jadwigi sprawę życia i śmierci: życia wiecznego, bądź śmierci wiecznej dla Litwinów i nie tylko Litwinów. Było bowiem czymś oczywistym, że trudno jest zaufać Kościołowi, którego reprezentantami są bracia zakonni w płaszczach z czarnymi krzyżami. Przez te osławione czarne krzyże na płaszczach, Krzyż, jako święty znak wiary naszej, źle się Litwinom kojarzył. Źle się też kojarzył sam Chrystus, skoro tolerował zbrodnie i niesprawiedliwości popełniane przez swoje sługi z Malborka.
Jadwiga była tego wszystkiego świadoma i rozumiała, że Litwie z chrześcijaństwem będzie źle dopóty, dopóki Krzyżacy radykalnie się nie zmienią, bądź też z tych czy innych względów nie znikną. Królowa nie miała nadziei, że potężny ekonomicznie i militarnie zakon, ni stąd ni zowąd zniknie z Prus, natomiast całkiem poważnie spodziewała się, że wobec akcji misyjnej prowadzonej na Litwie przez Polskę, Krzyżacy ograniczą swoją zaborczość, uznają w Litwinach swoich braci w wierze i w ogóle ukażą światu, że wzorując się na Chrystusie są „łagodnego i pokornego serca”. By do takiej zmiany w braciach zakonnych doprowadzić, Jadwiga chętnie się z Krzyżakami spotykała, dobrym słowem przekonując ich do zmiany swego postępowania. Prowadziła też z nimi ożywioną korespondencję, zwłaszcza z Wielkim Mistrzem, Konradem von Jungingen. Często też w ich intencji się modliła. Zakonni rycerze byli wobec królowej bardzo uprzejmi, ale jej zabiegami wokoło ich poprawy zupełnie się nie przejmowali.
Czy Jadwiga się zniechęciła? Nic na to nie wskazuje, natomiast jest faktem, że z biegiem czasu postawę Krzyżaków święta królowa zaczęła postrzegać jako coś, co musi być ukarane – by sprawiedliwości stało się zadość i by karany opamiętał się i nawrócił. Na ową myśl (dość obrazoburczą w owych czasach) naprowadziła ją najprawdopodobniej lektura tekstów „Objawień” św. Brygidy Szwedzkiej, wielkiej mistyczki zatroskanej o Kościół Święty. Jedną z przyczyn owej troski był także zakon krzyżacki, o którym Chrystus powiedział Brygidzie co następuje: „Umieściłem ich [Krzyżaków] na kresach chrześcijaństwa, lecz oto już walczą przeciwko mnie nie dbając o dusze, nie współczują ciałom nawróconym na wiarę katolicką, uciskają ich pracami, pozbawiają dziedzictwa i z większym bólem posyłają ich do piekła niż gdyby trwali w pogaństwie; walczą też jedynie, by się w pychę pomnożyli i powiększyli w chciwość. Dlatego nadejdzie dla nich czas, a połamane będą zęby ich; prawica będzie okaleczona i podcięta ich prawa noga, by poznali siebie i żyli”.
Jadwiga zadbała, by ta wypowiedź Chrystusa o Krzyżakach, przekazana przez św. Brygidę, stała się znana w Polsce i na Litwie. I słowa te stały się źródłem nadziei dla wielu ludzi, przede wszystkim tych, których zakon krzyżacki bardzo gorszył. Królowa zaś ową nadzieję jeszcze wzmocniła, gdy w Roku Pańskim 1398, podczas spotkania w Toruniu z krzyżackimi dostojnikami, rozgniewana ich uporem i butą, powiedziała do nich: „Wprawdzie ja, za życia mego powstrzymam prawicę mego małżonka, lecz po mojej śmierci, z wyroków Bożych straszna was czeka kara za to, że tak zaciętymi staliście się wrogami swoich panów, z których łaski chlebem, jałmużną i nadaniami żyjecie, a za doznane dobrodziejstwa, za udzielone sobie ziemie i posiadłości odpłacacie się krzywdami. Niechybna wojna przyniesie wam zagładę!
Mocna rzecz! Istnieją świadectwa, że zwycięstwo pod Grunwaldem, ówcześni ludzie przyjmowali jako potwierdzenie prawdziwości przepowiedni św. Brygidy i proroctwa św. Jadwigi – przepowiedni i proroctwa, które mówiły nie tyle o klęsce militarnej zakonu krzyżackiego, co przede wszystkim o oczyszczeniu Kościoła z tego co brudne i podłe.
W ten sposób doszliśmy do punktu, w którym – zanim zajmiemy się drugą sprawą będącą źródłem zgorszenia dla chrześcijan i dla kandydatów na chrześcijan – warto powrócić do kwestii jaspisowego naszyjnika. Popatrzmy jeszcze raz, na interesujący nas obraz:




Wspomnieliśmy już tekstach Starego Testamentu mówiących o jaspisie. A cóż o owym kamieniu mówi Nowy Testament? Poczytajmy:
Przyszedł jeden z siedmiu aniołów, […] i tak się do mnie odezwał: «Chodź, ukażę ci Oblubienicę, Małżonkę Baranka». I uniósł mnie w zachwyceniu na górę wielką i wyniosłą i ukazał mi Miasto Święte – Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego, jakby do JASPISU o przejrzystości kryształu: Miało ono mur wielki a wysoki, miało dwanaście bram, a na bramach – dwunastu aniołów i wypisane imiona, które są imionami dwunastu pokoleń synów Izraela.[…]. A mur Miasta ma dwanaście warstw fundamentu, a na nich dwanaście imion dwunastu Apostołów Baranka. […]. A mur jego jest zbudowany z JASPISU, a Miasto – to czyste złoto do szkła czystego podobne. A warstwy fundamentu pod murem Miasta zdobne są wszelakim drogim kamieniem. Warstwa pierwsza – JASPIS, druga – szafir, trzecia – chalcedon, czwarta – szmaragd, piąta – sardoniks, szósta – krwawnik, siódma – chryzolit, ósma – beryl, dziewiąta – topaz, dziesiąta – chryzopraz, jedenasta – hiacynt, dwunasta – ametyst.” (Ap 21, 9-20)
Cóż widzimy w tym opisie? Widzimy Kościół Święty (Oblubienicę, Małżonkę Baranka) takim, jakim jest On w rzeczywistości. W tej chwili, oczy naszych ciał wspaniałości tej rzeczywistości jeszcze nie dostrzegają. Owe oczy skalibrowane są raczej na obserwację w Kościele tego, co wiąże się ze wspomnianymi wcześniej brudami i podłościami. Ale gdy nastanie wieczność, zasłona przykrywająca w tej chwili nasze oczy zostanie zdjęta i zobaczymy rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, czyli zobaczymy na przykład to:


Zobaczymy oczywiście nie jakąś nędzną grafikę, czy prostacki schemat, ale coś, co swoją wspaniałością nieskończenie ową grafikę przewyższa i jest opisywanym przez Apokalipsę fundamentem Kościoła. Odnosząc powyższy schemat do wymienianych przez św. Jana szlachetnych kamieni, ów fundament przedstawia się mniej więcej tak:


Fajne, prawda? Wspomniany wcześniej znajomy geolog, gdy przy jakiejś kolejnej okazji pokazałem mu ten schemat, pochwalił mnie za w miarę trafny dobór barw, ale jednocześnie kręcił głową i mówił, że w tym zestawie kamieni, jeden z nich do całej reszty nie pasuje. I zupełnie niespodziewanie powiedział – a było to jakby mi ktoś nóż w serce wkładał – że w tym zbiorze kamiuszków:) do całości nie pasuje jaspis.
Jaspis? Jaspis nie pasuje? Jak może nie pasować? Dlaczego? Może ktoś z klasy wie?...
Jeśli nikt nie wie, to już wyjaśniam: otóż według geologa jaspis jest tutaj czymś odrębnym, ponieważ wszystkie kamienie od ametystu po szafir są minerałami, natomiast jaspis, jako jedyny w tym zestawie, jest skałą (czyli – upraszczając – zbiorem minerałów). Tego rodzaju informacja okazała się być ostatecznie nie nożem lecz balsamem dla mojego serca, ponieważ jaspis, choć z geologicznego punktu widzenia gryzł się trochę z minerałami, to jednak z teologicznego punktu widzenia był tam, gdzie być powinien, co w końcu potwierdził i geolog (pracujący na co dzień jako specjalista od fundamentowania), gdy dowiedział się, że przedstawiona wyżej grafika jest schematem fundamentu. „Skała na spodzie, jako podłoże. Bardzo dobry fundament.” – skwitował całą sprawę.
By nie przedłużać i by wszystko stało się dla nas jasne, odnieśmy teraz naszą grafikę do imion Apostołów (czego zresztą chrześcijańska Tradycja już dawno nie omieszkała uczynić) i popatrzmy na to:


Aż chce się w tym momencie po raz kolejny przytoczyć słowa Chrystusa: „Ty jesteś Piotr [Skała], i na tej Skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”.
Powiedzieliśmy w części pierwszej, że powyższe słowa są konstatacją faktu, że słońce świeci. Nas jednak interesuje to, dlaczego świeci, czyli dlaczego bramy piekielne owej skały nie przemogą? Jedna z odpowiedzi na to pytanie znajduje się na obrazie Matki Bożej z Dzieciątkiem, namalowanym być może na polecenie św. Jadwigi: diabeł ze swymi sługami nie mogą zwyciężyć Kościoła, ponieważ jego fundament (piotrowa skała) jest oparty o pierś Zbawiciela. I nie ma takiej siły (materialnej bądź duchowej), która byłaby w stanie ową pierś Chrystusową spod jaspisu usunąć. I nawet jeśli Piotrowi, bądź jego Następcom odbija, to i tak Jezus zawsze jest przy nich – inaczej mówiąc: jaspis, nawet gdyby chciał, to i tak nie jest w stanie oddzielić się, oderwać od Chrystusa.
A propos frazy: „jeśli Piotrowi, bądź jego Następcom odbija” – powróćmy do sług Chrystusa tworzących Jego Kościół, a będących – w czasach królowej Jadwigi – powodem nieustannego zgorszenia dla chrześcijan i kandydatów na chrześcijan. Mówiliśmy już o Krzyżakach, pora teraz opowiedzieć o drugim kościelnym nieszczęściu, na myśl o którym, św. Jadwiga odczuwała głębokie zawstydzenie. Owym nieszczęściem była oczywiście wielka schizma zachodnia, do której doprowadziła pycha, żądza władzy, chciwość, lekkomyślność, strach, upór, skłonność do okrucieństwa i tym podobne, przyjemne ludzkie przywary. Owa schizma podzieliła chrześcijan, a Kościół długo nie mógł się z nią uporać. Na czym polegał problem? A choćby na tym, że królowa Jadwiga panowała w czasach pontyfikatów czterech papieży, z których dwóch było antypapieżami. Ale jak rozpoznać, który jest ten prawdziwy, a który nie?
Uczeni teologowie i prawnicy różnie na ten temat się wypowiadali, a i ludzie uchodzący za świętych i później przez Kościół kanonizowani, rozmaitych dokonywali wyborów (np. św. Katarzyna ze Sieny popierała Urbana VI; św. Wincenty Ferreriusz Klemensa VII, a później Benedykta XIII). W efekcie tego wszystkiego, Kościół podzielił się na dwa zwalczające się i obrzucające wzajemnie klątwami obozy (obediencje): rzymski i awinioński – i trzeba było za którymś się opowiedzieć. Jadwiga, pomna na opinię swej mistrzyni, św. Brygidy, która twierdziła, że „gdzie Rzym, tam prawda” – opowiedziała się za obediencją rzymską (właśnie dlatego ojcem chrzestnym jej córki został papież Bonifacy IX). Jagiełło, Witold i wchodzący do Kościoła Litwini opowiedzieli się… też za Rzymem. Zmartwieniem Jadwigi było jednak to, że jej małżonek skłonił się ku rzymskiemu obozowi nie ze względu na tęsknotę za prawdą, lecz ze względu na pragnienie spokoju ze strony sąsiadów: Krzyżaków i Zygmunta Luksemburskiego. Był więc w kwestiach papieskich tam, gdzie byli oni i przynajmniej w tej sprawie nie musiał wysłuchiwać ich oskarżeń o herezję i fałszywe chrześcijaństwo.
Tak czy inaczej, sytuacja była bardzo skomplikowana i na pewno Jadwidze nie było łatwo przekonywać chrystianizowanych ludzi do Kościoła, jeśli ów Kościół sam do siebie nie miał przekonania. Bo – jak trafnie napisał jeden z historyków – „choć bezpośrednio schizma świadczyła o słabości papiestwa, to jej skutkiem było osłabienie całego Kościoła. Jego autorytet niweczyły ekskomuniki, które papieże rzucali jeden na drugiego i na swoich przeciwników. Lekceważono je, bo każdy człowiek podlegał jakiejś ekskomunice. Zdewaluowało się określenie «heretyk», bo tak nazywali jedni drugich. Głoszono, że biskup rzymski popadł w herezję, zastanawiano się więc, czy papiestwo jest potrzebne Kościołowi. Władcy świeccy zaś, za cenę opowiedzenia się za którąś z obediencji, zyskiwali od papieża lub antypapieża nowe przywileje i umacniali swój wpływ na sprawy Kościoła w państwie”.
Krótko mówiąc: sodomia i gomoria – co bardzo musiało smucić św. Jadwigę. Ze swej strony zachęcała ludzi by sercem trwali przy Rzymie, któremu zawsze była wierna i gorąco się modliła o jedność Kościoła ufając, że Chrystus swej Oblubienicy i Następcy św. Piotra nie opuści.
Wyrazem tej ufności jest obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, od którego rozpoczęliśmy naszą opowieść. Powstał on w Roku Pańskim 1398, który wówczas wielu ludziom wydawał się być rokiem końca schizmy. Bo właśnie tego roku, wszystkie państwa popierające do tego czasu antypapieża Benedykta XIII, odstąpiły od niego. Wydawało się – i Jadwidze i wielu innym dobrym ludziom – że jedność jest o wyciągnięcie ręki. Pomylili się wszyscy, ale obraz, jako znak niewzruszonej miłości Chrystusa do Kościoła i Jego Najwyższego Pasterza – pozostał. I budzi nadzieję do dnia dzisiejszego.
Cóż jeszcze dodać? Może to, że nasze dzisiejsze obawy związane z abdykacją Ojca Świętego, muszą wydać się śmieszne, w porównaniu z obawami, których doświadczać musiała św. Jadwiga. Czego byśmy nie powiedzieli o dzisiejszym Kościele, nie jest on w takim upadku, w jakim był w tamtych czasach. Św. Jadwiga poleciła, by na obrazie przedstawić nagiego Pana Jezusa, ponieważ wątpiła, czy w Kościele jest dość dobrych czynów, które mogłyby stanowić chrystusowe szaty. Pewnie przesadziła w swych obawach, ale nawet gdyby miała rację i gdyby jedynym strojem Zbawiciela było – tak jak na obrazie – papiestwo, to ciągle mówimy o zwycięstwie. Bo tam gdzie papiestwo tam Kościół, którego „bramy piekielne nie przemogą”.
I na koniec: z powyższej opowieści wynika, że największe zagrożenie dla Kościoła, rodzi się wewnątrz Kościoła. W związku z tym chciałbym jeszcze raz przywołać postać znanego nam geologa, specjalistę od fundamentów. Otóż twierdzi on, że w normalnych warunkach nie stosuje się warstwowego fundamentu. To jest po prostu niepotrzebne, przy tym drogie i w ogóle takie jakieś cudaczne. Natomiast jest taki przypadek, kiedy warstwowy fundament jawi się jako niezbędny. Owym przypadkiem są choćby hale przemysłowe, w których zamontowano jakieś maszyny powodujące swoją pracą duże drgania. By owe wewnętrzne drgania zniwelować i w ten sposób uchronić budynek przed zniszczeniem, najlepiej jest posadowić go na warstwowym fundamencie.
Myśleliście kiedyś o Jezusie, że jest dobrym inżynierem?
Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie wstrząśnie Kościołem do tego stopnia, by ten się rozpadł.
Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie będzie w stanie oderwać się od Chrystusa.

No i to tyle. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak poinformować, że wszystkie pieniądze, jakie ewentualnie jutro wpłyną na moje konto, zostaną przekazane jako ofiara od nas internautów na dobro parafii w Kiekrzu. A ja już załatwię z Księdzem, żeby się nie opędzał i ją zechciał przyjąć.

wtorek, 19 lutego 2013

Don Paddington: O abdykacji Benedykta, św. Jadwidze i pewnym naszyjniku

Oto chciałbym ogłosić nowinę, jak na to co nas mogło dziś spotkać, najlepszą. Otóż nasz Dobry Ksiądz Don Paddington napisał dla nas specjalnie tekst i poprosił mnie, abym go tu wkleił. Tekst jest długi jak należy, złożony z dwóch części. Dziś część pierwsza, a na jutro już mamy obiecaną drugą. Za chwilę ja już sobie pójdę i zostawię nas z samym Księdzem, ale zanim to zrobię chciałbym jeszcze raz prosić o wsparcie tego bloga. Ja wiem, że wszystko co kto ma na zbyciu powinno właściwie zasilić kasę kościoła w Kiekrzu, ale ponieważ - na ile go znam - Ksiądz by to i tak posłał tu do nas, to aby uniknąć zbędnych ruchów, jeszcze raz bardzo proszę. Słuchajcie! Sytuacja jest absolutnie podbramkowa. My mamy jakieś złoty trzydzieści i całą kupę dzwoniących od rana telefonów. Tak źle nie było od dawna. Ratunku!

Niniejszym tekstem chciałbym dołączyć do grona tych wszystkich dobrych ludzi („naszych” i „nie-naszych”), którzy próbują odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego słońce świeci?”. Zajmowanie się powyższym pytaniem jest samo w sobie czymś nader niewdzięcznym, zwłaszcza jeśli o wyjaśnienie powyższej kwestii zabiegają „najprymitywniejsi członkowie ekipy budowlanej, którym nie zależy na nikim i niczym”, a takiego biednego żuczka jak ja, z lubością „wdeptali by w ziemię okutym trzewikiem”. Moją złą sytuację na starcie pogłębia też okoliczność, że usiłując odnieść się do zapodanego na wstępie pytania, będę odwoływał się do treści pewnego świętego wizerunku. Trzeba zaś wam wiedzieć, że ostatnio w kontekście rzeczonych świętych obrazów poprztykałem się głupio z Krzysztofem Osiejukiem i z Coryllusem (bo – zarazy jedne – stawiali się, gdym im rozmaite rzeczywiste, bądź domniemane bezeceństwa wytykał), co jest sytuacją mało fajną, zwłaszcza jeśli Coryllus spełni swoją groźbę i będzie się odgryzał. Cóż… Będzie, co będzie.
Przechodząc do ad remu, chciałbym nie tyle podywagować sobie na temat: „dlaczego abdykował papież i kto będzie następnym”, co raczej spróbować uspokoić tych wszystkich, którzy martwią się (myślę, że szczerze) o nasz jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Skąd wiem, że owo zmartwienie jest szczere? A choćby stąd, że wielu zainteresowanych tematyką solarną odczuwa lęk na samą myśl, że papieżem może zostać np. Jego Eminencja kardynał Nycz, bądź też inny poszukiwacz prawdy, mający prawo do noszenia kardynalskiego kapelusza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że owi lękający się najprawdopodobniej pamiętają o słowach Chrystusa skierowanych do Księcia Apostołów: „Ty jesteś Piotr [Skała], i na tej Skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą” – tym niemniej, mimo owej pamięci, lękają się. Dlaczego ta piękna obietnica zawarta w Słowie Bożym, nie uspokaja wszystkich przestraszonych? Może mają małą wiarę? To pewnie też, ale przede wszystkim – jak sądzę – owi dobrzy, zatroskani o Kościół ludzie czują, że powyższe zdanie Zbawiciela jest zaledwie skonstatowaniem faktu, że słońce świeci, natomiast nie ma w nim wyjaśnienia, dlaczego świeci.
Spróbujmy więc przysłowiowo schwycić przysłowiowego byka za przysłowiowe rogi i zmierzmy się ze stojącym przed nami problemem.
Zacznijmy od obrazu:


Jak można zauważyć, jest to właściwie fragment obrazu. Dla ciekawych reszty, krótkie wyjaśnienie: na delektowanie się całością trzeba będzie poczekać, a załatwili wam to Coryllus z Toyahem swoimi niedzielnymi tekstami o świętych wizerunkach. I tak możecie się cieszyć, że w ogóle cokolwiek widzicie. Widzicie zaś obraz namalowany najprawdopodobniej w XVIII (góra w XVII) wieku, będący kopią wizerunku Madonny z Dzieciątkiem, który to wizerunek pochodzi z końca wieku XIV. Obraz jest bardzo piękny, a sporządzono go w taki sposób, by mówił o bardzo wielu ciekawych sprawach. Nas jednak w tej chwili interesuje z tego wizerunku tylko Dziecię Jezus, a mówiąc ściśle, naszyjnik spoczywający na piersi Zbawiciela.
Ten naszyjnik jest czymś bardzo frapującym. Widziałem już bowiem w życiu trochę tego typu obrazów, ale przyznam się, że po raz pierwszy spotkałem się z przedstawieniem małego, nagiego Jezusa, który byłby przyozdobiony jakąś biżuterią. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że nie wszystko widziałem i nie o wszystkim wiem i być może takich obrazów jest całe mnóstwo. Tym niemniej, po zasięgnięciu opinii znajomych historyków sztuki śmiem twierdzić, że tego rodzaju przedstawienie osoby Chrystusa jest nie tylko wyjątkowe (zwłaszcza w sztuce średniowiecznej), ale też najzwyczajniej w świecie dziwne.
By jakoś uporać się z ową dziwnością, pokazywałem różnym mądrym ludziom rzeczony obraz i prosiłem ich, by kwestię naszyjnika jakoś zracjonalizowali. Niestety, owi specjaliści w interpretacji tego co widzą nie wychodzili poza konstatacje typu: „kolare korolu kolorowego”, lub: „talizman chroniący przed złym urokiem”. Na tego rodzaju ekspertyzy można było tylko wzruszyć ramionami, co zresztą w żaden sposób nie przybliżało mnie do wyjaśnienia tajemnicy Jezusowego naszyjnika.
Przełom nastąpił w momencie, gdy obrazowi przyjrzał się mój dobry znajomy – geolog z zawodu i upodobania. Otóż wysunął on przypuszczenie, że ów wisior to po prostu naszyjnik z jaspisu. W tym momencie wszystko zaczęło mi się w głowie układać. Byłem uszczęśliwiony: „Jaspis. JASPIS! Coś pięknego! Jak mogłem o tym nie pomyśleć? No normalnie coś niesamowitego!”
Czy szanowni czytelnicy rozumieją mój entuzjazm? Myślę, że tak! Bo przecież każdy wie, że wśród szlachetnych (bądź uchodzących za szlachetne) kamieni wymienianych przez Biblię, jaspis zajmuje poczesne miejsce. W Starym Testamencie jaspis jest wymieniany jako jeden z elementów, składających się na uroczyste szaty arcykapłana (Wj 28,2-4; 15-21). I już w tym momencie spotykamy się z czymś zadziwiającym. Bo jeśli prawdą jest, że ukazany na obrazie naszyjnik jest wykonany z jaspisu, to biorąc pod uwagę fakt, że Arcykapłanem Nowego Testamentu jest Chrystus (o czym poucza nas Duch Święty w Liście do Hebrajczyków), musimy dojść do wniosku, że autor (bądź zleceniodawca) interesującego nas obrazu, wykazał się wyjątkowej subtelności teologiczną intuicją: Arcykapłan Nowego Testamentu, z całego przepychu szat arcykapłana Starego Testamentu zachował dla siebie tylko jaspis. A postaramy się wykazać, że Chrystus naprawdę innej szaty – poza jaspisem – nie przyodziewa.
Nim to nastąpi, weźmy głęboki oddech, zapomnijmy na chwilę o szlachetnych i niekoniecznie szlachetnych kamieniach i porozmawiajmy o św. królowej Jadwidze. Dlaczego właśnie o niej? Na pewno nie dlatego, że Coryllus pisze 3 część Baśni jak niedźwiedź, do czego – jak podsłuchałem – potrzebna mu jest wiedza o pożyczce, którą Siemowitowi IV udzielili krakowscy Żydzi po to, by ów dziarski, mazowiecki książę mógł sfinansować planowany przez siebie ślub z Adegawenką. O krakowskich starozakonnych wiem niewiele, ale gdyby nie to, że Coryllus się na mnie nastroszył, to bym mu podpowiedział, że Siemowita finansował też toruński rajca Olbracht Rues (Albrecht Russe), czyli po prostu Hanza, a gdy projekt pod tytułem: „Piast mężem Jadwigi i królem Polski” nie wypalił, wierzyciel ów domagał się od księcia zwrotu długu. A domagać się czegoś takiego od wiecznego gołodupca, którym był władca Mazowsza, nie było czymś łatwym. Dość powiedzieć, że zniecierpliwiony Olbracht zażądał w końcu pieniędzy od żyranta długu, którym okazał się być wojewoda kaliski Sędziwój z Szubina, jeden z najważniejszych w Królestwie Polskim ludzi, swego czasu zwolennik osadzenia księcia mazowieckiego na polskim tronie. Sprawa długo się wlokła. Jeszcze w 1400 roku Siemowit z jednej strony zapewniał Sędziwoja, że dług dawno został spłacony, a z drugiej strony dyskretnie prosił rajców Torunia, aby wpłynęli na Olbrachta, żeby ten zawiesił swe roszczenia wobec pana wojewody na czas aż do dwu tygodni po zapustach. Nie ma co gadać: ludzki pan ów Siemowit, ludzki pan…
Jak wspomniałem, podpowiedziałbym to wszystko Coryllusowi, ale ponieważ on się na mnie nastroszył i jeszcze groził, że się będzie odgryzać, to niech obejdzie się smakiem (ha, ha).
Czy ta historia o Siemowicie, Sędziwoju i Olbrachcie ma cokolwiek wspólnego z interesującym nas obrazem, a przede wszystkim z jaspisowym naszyjnikiem? Nic mi o tym nie wiadomo. To był tylko taki wtręt, żeby Coryllusa zniechęcić do gryzienia…
Wiem natomiast o bardzo silnych danych (szczegóły owych danych możemy w tej chwili pominąć), które świadczą o tym, że nasz obraz ma coś wspólnego z Rokiem Pańskim 1398, oraz z osobami: św. Brygidy Szwedzkiej i biskupa krakowskiego Piotra Wysza, herbu Leszczyc. To wszystko zaś – czyli rok 1398, św. Brygida, bp Piotr Wysz – kieruje naszą uwagę na wspomnianą wcześniej św. Jadwigę Andegaweńską.
W tym miejscu warto wyjaśnić, że w odróżnieniu od roku 1398 i św. Brygidy, Piotr Wysz nie jest bohaterem naszej opowieści. Pojawia się on tutaj tylko i wyłącznie po to, by skojarzyć obraz (którego najprawdopodobniej – być może dzięki darowiźnie św. Jadwigi – był właścicielem) z postacią królowej. Dla porządku jednak wspomnijmy, że ów znakomicie wykształcony człowiek, był najbliższym, zaufanym współpracownikiem Jadwigi, jej opiekunem i moralną podporą, oraz szefem (niekoniecznie formalnym) jej kancelarii, a po śmierci świętej władczyni został wykonawcą jej testamentu. Był znany z bezwzględnego oddania dla królowej, w odróżnieniu od drugiego, ważnego w kancelarii Jadwigi człowieka, to jest Wojciecha Jastrzębca, który znany był z tego, że na jej dworze był człowiekiem Jagiełły i Witolda i z ich poruczenia miał oko na Andegawenkę. Ten to Wojciech stał się w czasie panowania króla Władysława żywym dowodem na to, że wierność wobec Jadwigi (choć świętą była osobą) jest z jakichś tajemniczych względów czymś zupełnie bez znaczenia, natomiast wierność wobec monarchy i jego litewskiego kuzyna jest nader korzystna. Przekonał się o tym właśnie Piotr Wysz, którego Wojciech, gangsterskim chwytem, przy poparciu Jagiełły i Witolda, w 1412 roku pozbawił urzędu biskupa krakowskiego, po czym sam ów urząd objął. Moment ten stał się początkiem oszałamiającej kariery polityczno-ekonomicznej rodu Jastrzębców w Królestwie Polskim, podobnie jak upadek Piotra Wysza stał się początkiem oszałamiającej, polityczno-ekonomicznej degrengolady rodu Leszczyców (podnieśli się dopiero pod berłem Prusaków).
Piszę o tym po to, byśmy sobie uprzytomnili, że św. Jadwiga przeżywała wielkie trudności nie tylko dlatego, że musiała zrezygnować z miłości swego życia, wyjść za mąż za znacznie od niej starszego, nieokrzesanego Litwina, oraz znosić złe języki opowiadające o przyczynach jej rzekomej bezpłodności. To wszystko były głupstwa w porównaniu z cichą, ale zajadłą (ze strony Jagiełły) i pełną dystansu (ze strony Andegawenki) rywalizacją dwóch królewskich kancelarii, a przede wszystkim w porównaniu z tym, co Jadwiga – osoba głęboko wierząca i kochająca Kościół – musiała przeżywać jako ta, która swego męża i poddany mu litewski naród, do tegoż Kościoła miała przyprowadzić. Wszystko bowiem wskazuje na to, że królowa uznawszy za swoją życiową misję chrystianizację (w wersji katolickiej) Władysława oraz Litwy – nie mogła się z tym zadaniem uporać. Jadwiga czuła, że choć formalnie wszystko wygląda całkiem nieźle: Jagiełło przyjął chrzest, chrzest przyjął też Witold i bojarzy litewscy, budowano na Litwie kościoły, a papież ustanowił w Wilnie biskupstwo – to jednak do właściwego opisania tej sytuacji lepiej nadają się słowa Boga Jedynego, który poprzez proroka Izajasza tak się żalił: „Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie”. Królowa widziała, że chrzest i przynależność do Kościoła są dla Władysława i pozostałych Litwinów bogactwem – ale tylko i wyłącznie w wymiarze politycznym, ekonomicznym, ewentualnie kulturowym. W wymiarze duchowym natomiast… W ogóle można mieć wątpliwości, czy Jagiełło i jego poddani o wymiarze duchowym myśleli. A skoro nie myśleli – jednocześnie zachowując dla pragmatycznych, doczesnych względów zewnętrzną, chrześcijańskiego kształtu poprawność – to tym samym nie myśleli o własnym zbawieniu. Tego rodzaju sytuacja, musiała być dla tak pobożnej osoby jak Jadwiga, czymś nader przerażającym.
Można sądzić, że królowa w czasie 15 lat swego panowania, podejmowała nieustanny wysiłek (i wszystko w jej życiu temu wysiłkowi było podporządkowane), by tak jej mąż, jak i naród litewski, przylgnęli sercem do Chrystusa i do Jego Kościoła. Ale niestety – wszystko wskazuje na to, że św. Jadwiga tej szczęsnej sytuacji nie doczekała.

poniedziałek, 18 lutego 2013

O tym, jak szlachetność się wyrzygała

Pewnie ktoś się mnie spyta, po jaką cholerę ja w ogóle zapamiętywałem to nazwisko? Co za straszna nuda mnie podkusiła, by w ogóle zwracać uwagę na człowieka, który je nosi? Jakub Śpiewak – a kogóż może obchodzić ktoś, kto się nazywa Jakub Śpiewak i pies z kulawą nogą nie ma pojęcia, co to za jeden? A ja na tak zadane pytania, nie mam nawet jak odpowiedzieć. Bo nie da się odpowiedzieć sensownie na pytanie, dlaczego uznało się za stosowne zachować w pamięci nazwisko Jakub Śpiewak. Podobnie jak nie da się sensownie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego uznało się za słuszne i potrzebne zapamiętać twarz człowieka nazwiskiem Jakub Śpiewak. A ja, przyznaję to bez protestu, nie dość, że znałem to nazwisko, i pamiętałem tę twarz, to jeszcze wiedziałem, czym jej użytkownik się zajmuje. Mianowicie tępieniem pedofilii i pornografii w Internecie.
Jak więc się to stało, że dziś, kiedy ów Jakub Śpiewak został oskarżony o ciężkie nadużycia w kierowanej przez siebie fundacji o fantastycznej wręcz nazwie KidProtect, ja natychmiast wiedziałem, o kim mowa? Na pewno jakieś znaczenie tu miał fakt, że on nosi to samo nazwisko, co pewien niezwykle zasłużony dla III RP mąż – Paweł Śpiewak, a zatem człowiek od razu zaczyna się zastanawiać, czy to przypadkiem nie dziecko starego Śpiewaka. Ale też nie można było nie zauważyć, jak ów Kubuś się prezentował podczas tych paru telewizyjnych występów, które miałem okazję obejrzeć i zapamiętać. Otóż chodzi o to, że jeżeli mamy człowieka, który nazywa się Jakub Śpiewak, wygląda jak zgarnięty z ulicy ćpun i jest szefem ogólnopolskiej fundacji walczącej z pedofilią i pornografią, to trzeba być naprawdę kimś pozbawionym przytomności, żeby na kogoś takiego nie zwrócić uwagi.
A zatem dziś, kiedy okazuje się, że ów Śpiewak, walcząc z tą pedofilią i pornografią i ciągnąć na tę walkę ciężkie pieniądze z budżetu państwa, w pewnym momencie uznał, że do diabła z tą całą pornografią i pedofilią, kiedy żyć trzeba, a im wygodniej tym lepiej, i z tego swojego pieprzonego KidProtect wyrwał najpierw, ile się dało, a potem już całą resztę, bardzo chciałbym już na koniec tej chorej znajomości poświęcić mu parę słów. Otóż, jak się dowiaduję, kiedy przekręt naszego Kubusia został ostatecznie zauważony, on pierwsze co zrobił, to spuścił skromnie oczy, wyznał winę, poprosił o wybaczenie, i owo wybaczenie w jednej chwili dostał. Jak czytam w pierwszych na ten temat informacjach, coraz więcej autorytetów spieszy z poparciem dla tego ruskiego cwaniaka. Dlaczego? Bo oni wszyscy są bardzo wzruszeni, że on się tak pięknie przyznał do winy i tak pięknie poprosił o zmiłowanie. Słyszę już nawet głos psychologa społecznego Janusza Czaplińskiego – skądinąd, gdzieniegdzie już, a zwłaszcza w domach opieki społecznej, znanego jako profesor-śmierć – który apeluje o docenienie gestu, jaki, gdy już go złapano za rękę, wykonał Jakub Śpiewak, bo przecież tak honorowe gesty w dzisiejszej Polsce są naprawdę rzadkością. Rzeczywiście, rzadkość jak jasna cholera. Czy ktoś bowiem kiedykolwiek słyszał o przestępcy, który przyznaje się do winy? To się przecież na tym świecie nie zdarza. Czaplińskiego na przykład aż zamurowało. A to przecież człek doświadczony.
Ktoś się już być może zastanawia, skąd nagle to poparcie? Skąd ta fala zrozumienia i wielkoduszności? Ja myślę, że na to pytanie doskonałą odpowiedź będzie stanowił wpis, jaki całkiem niedawno, bo w grudniu minionego roku, Jakub Śpiewak – mam nadzieję, że już niedługo, Jakub Ś. – zamieścił na swoim blogu w lisowym natemat.pl, pod wdzięcznym tytułem „Rzygam Smoleńskiem”, Całkowicie nam wystarczy jeden jego krótki fragment:
„Mam w głębokim poważaniu to, czy wiozący polską delegację na katyńskie uroczystości samolot ściął skrzydłem brzozę, czy na odwrót – brzoza rozwaliła skrzydło samolotu, czy rozpylano sztuczną mgłę albo hel, czy tupolew wybuchł nad ziemią, czy pod ziemią, czy był na nim trotyl, semteks, czy nitrogliceryna. Nie interesuje mnie, czy Władimir Putin i Angela Merkel osobiście strzelali niedobitkom w głowy, czy też oboje kazali robić to Donaldowi Tuskowi. Rzygam Smoleńskiem”.
Tak to się, proszę szanownych państwa, robi. I nie po to, by dzielić się refleksjami, nie po to, by dać upust swoim emocjom, nawet nie po to, by walczyć o swoją prawdę, przeciwko cudzemu kłamstwu. Rzygać prawdą! Rzygać kłamstwem! Cel jest zawsze bardzo ściśle określony. Chodzi mianowicie o to, by, kiedy zdarzy się coś nieprzewidzianego, jakiś głębszy kryzys, czy choćby niewielkie tylko zmartwienie, móc liczyć na pomoc ze strony wdzięcznych przyjaciół.
Kiedy czytam wypowiedź prof. Czaplińskiego, a wraz z nią informację o owej „fali wsparcia dla Jakuba Śpiewaka” z już zupełnie groteskowym wyjaśnieniem, że to wszystko dlatego, że „zawsze jest zapotrzebowanie na szlachetność”, to wiem, że jest w tym świecie rzecz, już poza tą szlachetnością, która się zawsze sprawdza. Wyrzyganie się we właściwym momencie. I Jakub Śpiewak dowiódł, jak bardzo. Ciekawe, gdzie on się tego nauczył?

Bardzo przepraszam za zbyt pewnie jednoznaczny ton tego apelu, ale ten tydzień bez Waszej pomocy jest nie do przejścia. Więcej - nie do przejścia jest choćby i ten jeden dzień. Bardzo proszę o szczególny wysiłek i dziękuję.

niedziela, 17 lutego 2013

Tekst ostry jak żyleta Polsilver i bezużyteczny jak to co po niej zostało

Teść mój, człowiek pod wieloma względami absolutnie fantastyczny, ma zwyczaj – inna sprawa, że nie sądzę, by on był jakoś szczególnie ekstrawagancki – zbierania starych rzeczy, które ja na przykład dawno bym wyrzucił. I ja nie mam tu na myśli jakichś śmieci – broń Panie Boże! Chodzi mi o przedmioty, które przede wszystkim są bardzo starannie poukładane, mają swoje stałe miejsce i w każdej chwili mogą się przydać, że wspomnę na przykład trzymane w szafce w przedpokoju woreczki, które mu zostały po zakupach w supermarkecie Real. W efekcie, jest tak, że jeśli mojego teścia spytać, czy ma tato jakąś reklamówkę, on wstanie, otworzy szafkę, wyciągnie pierwszy z góry foliowy worek i nam go z przyjemnością da. Albo nagle sobie przypomnimy, że zapomnieliśmy kupić zapałek. Pytamy więc mojego teścia, czy ma może pudełko zapałek, i natychmiast się okazuje, że on zaraz obok tych woreczków ma kilka dziesiątek zapałek. I tak ze wszystkim. Tam wciąż panuje idealny porządek, i wśród tego porządku nie ma rzeczy, której nie można znaleźć w ciągu ułamka chwili, a która może się nam przydać w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
Byliśmy ostatnio u mojego teścia z wizytą, i ja mu odpowiedziałem, jak to chyba przez ostatnie pół roku, każdego dnia, żona moja pytała mnie, czy kupiłem żyletkę, a ja się niezmiennie łapałem za głowę i odpowiadałem, że jasna cholera, znów zapomniałem. I na to mój teść odpowiedział, że trzeba było mu powiedzieć – on żyletek, których już od dawna nie potrzebuje, ma pełno, więc może nam chętnie dać ich choćby i dziesięć. Ktoś się pewnie już niecierpliwi, po co mojej żonie żyletki. Chętnie wyjaśnię, ale do tego potrzebuję otworzyć nowy akapit.
Otóż jest tak, że żona moja nie umie żyć bez ołówka. Dla niej, ołówek jest czymś być może ważniejszym, niż telefon komórkowy. Ona, proszę sobie wyobrazić, kiedy jedzie na szkolną wycieczkę do Londynu, czy Kolonii, może ze względów oszczędnościowych nie przywieźć żadnych prezentów, ale jest pewne, że parę ślicznych ołówków, jak najbardziej. Podobnie, każdy kto chce jej zrobić prezent imieninowy, czy urodzinowy, wystarczy, że jej da jakiś ładny ołówek, i wystarczy. Dla mnie, ołówek to coś, co może być, ale zdecydowanie nie musi. Uważam, że – pomijając oczywiście majowe sprawdzanie matur – gdybym miał już w życiu nie wziąć ołówka do ręki, poradziłbym sobie świetnie, a kto wie, czy w ogóle bym na ten brak zwrócił uwagę. Jak idzie o nią, ona zaczyna i kończy dzień z ołówkiem w ręku, a więc kiedy rano wychodzi do pracy, zostawia dla nas napisane ołówkiem oczywiście instrukcje dotyczące pierwszej części dnia, potem wciąż tym ołówkiem coś rysuje, wreszcie sprawdza te swoje klasówki – ołówkiem oczywiście. No a ponieważ mówimy o ołówku, który wciąż wymaga ostrzenia, pojawia się też temperówka. Informuje mnie więc moja żona, że temperówki, które są obecnie dostępne na rynku, są tak beznadziejne, że używając ich, można dostać ciężkiej cholery, a cholera ta człowieka tak długo trzyma, aż z ołówka nie zostanie nawet kikut. No i pewnego dnia, podczas jednej z bardziej kryzysowych sytuacji, postanowiła ona, że zacznie używać starej, klasycznej temperówki na starą, klasyczną żyletkę. No i poprosiła mnie, żebym jej kupił żyletkę.
Jak już wspominałem, zanim doszło do ostatecznego zakupu, minęły całe miesiące, no ale w końcu w krytycznym momencie sobie o niej przypomniałem, i ją kupiłem. Poszedłem do lokalnego sklepu o nazwie Rossmann kupić puszki taniego, niezdrowego, ale niezwykle smacznego żarcia dla naszego psa, no i nagle przyszło mi do głowy, że zapytam o te żyletki. I proszę sobie wyobrazić, że mieli. Dwa rodzaje, w bardzo eleganckim opakowaniu, po dziesięć sztuk. Z jednej strony, niemieckiej firmy Isana, z drugiej słynnego Bica, jak znam życie, też niemieckiego. Ponieważ uznałem, że lepiej nie ryzykować i nie kupować żyletek od kogoś kto znany jest bardziej z produkcji tanich długopisów, zdecydowałem się na Isana. No i proszę sobie wyobrazić, że już w następnej chwili okazało się, że żona moja mogła równie dobrze kupić sobie jeden z tych noży dostępnych w przydworcowych kioskach „Ruchu”, bo to co przyniosłem do domu nie byłoby w stanie nawet czysto przeciąć kartki papieru. No i to wtedy właśnie opowiedziałem mojemu teściowi o tej naszej przygodzie, a on mnie zapytał, czemu mu wcześniej nie powiedziałem? Że przecież on ma wciąż całą kupę żyletek jeszcze z czasów PRL-owskich. Okazało się, że przez te wszystkie lata, era zwykłej, tradycyjnej żyletki niepostrzeżenie dobiegła końca.
Pamiętam, jak w PRL-u, kiedy nas pytano, jak to będzie, kiedy skończy się komunizm i będziemy mieli, tak jak Szwedzi czy Francuzi, kapitalizm. Odpowiadało się wtedy, trochę w żartach, że mniej więcej tak samo jak dziś, tyle że normalnie. Kiedy piszę ten swój tekst o żyletce – ciekawe, jak nisko można upaść, prawda? – przypomina mi się tamten dowcip i nagle zaczynam sobie zdawać sprawę z tego, że myśmy chyba na zbyt wiele liczyli. Wszystko bowiem wskazuje na to, że normalnie, a więc tak, by każdy wiedział na przykład, co oznacza powiedzenie „ostry jak żyleta”, już było. Tyle że myśmy, przez to nasze głupie chciejstwo, tego nie zauważyli.
Kupiłem mojej żonie te żyletki, i wygląda na to, że i tak wszystko się skończy na kolejnej wizycie u mojego teścia, a więc wizycie nieuchronnie związanej z czytaniem „Gazety Wyborczej”, ale przynajmniej wreszcie zakończonej tak jak to było zaplanowane na samym początku, a więc zaostrzeniem wszystkich znalezionych w domu ołówków. Żyletkami typu polsilver, czy jakie tam wtedy były dostępne.
Nie umiem skończyć tego tekstu. Chętnie bym tak dokładał kolejne akapity, jeden po drugim, ale wiem, że z nich i tak naprawdę nic więcej ponad to, co już było, nie wyniknie. A więc przypomnę na sam koniec pewną piosenkę, którą bardzo zawsze lubiłem, a którą śpiewał Leonard Cohen na płycie „Songs of Love and Hate”. Gdyby ktoś nie wiedział, opowiem jednym dosłownie zdaniem, o czym ona mniej więcej jest. Otóż śpiewa Cohen o człowieku, który wstaje rano i widząc, że zdecydowanie i chyba ostatecznie nie jest dobrze, idzie do łazienki, próbuje wyjąć żyletkę z papierka, tylko że ręce mu, cholera, drżą. A ja już tylko sobie myślę, że to by był figiel, jak by mu się wreszcie udało, i nagle by się okazało, że to jest żyletka firmy Bic, lub Isana, wyprodukowana w Niemczech na polski rynek, do nabycia w niemieckiej sieci Rossmann. Od razu by mu się odechciało przejmować pierdołami.

Ja wiem, ze to brzmi strasznie trywialnie, ale, jeśli spojrzeć na to co się dookoła dzieje, można dojść do wniosku, ze tego nie ma; że to jest jakiś kompletny absurd. I że tak naprawdę jesteśmy tylko my i nasze próby utrzymania się na powierzchni. W mojej sytuacji jeszcze ten blog i ta nadzieja, że po drugiej stronie jest ktoś, kto dzieli moje emocje. Proszę więc nie odchodzić, no i w miarę możliwości wspomagać nas na tej drodze.


piątek, 15 lutego 2013

Co jeść?

Nasz kolega Coryllus już dziś o tym wspomniał, ale ponieważ wiadomość tę otrzymaliśmy właściwie jednocześnie, a przemyślenia mamy już swoje własne, chciałbym zwrócić uwagę na coś, czego u Coryllusa akurat nie ma. Mam tu mianowicie na myśli nie to, czego z informacji tej dowiadujemy się na temat losu pojedynczych osób, ale na temat losu nas wszystkich. No i jeszcze coś, o czym Coryllus jakoś nie wspomniał: tym razem żartów już nie ma.
O co poszło? Otóż, jak podają Wirtualne Media, Presspublica, a więc koncern medialny przejęty parę lat temu przez rząd, w celu otoczenia jeszcze ściślejszą państwową kontrolą przekazu prowadzonego przede wszystkim przez dziennik „Rzeczpospolita” i tygodnik „Uważam Rze”, autorom piszącym do „Rzeczpospolitej” obniżył autorskie honoraria o 20 do 40 procent. Cytowany przez Wirtualne Media anonimowy pracownik „Presspubliki”, komentuje sytuację w ten sposób:
Budżet działu krajowego się nie zmniejszył, ale 20 proc. z niego przeznaczono na teksty do wydania online. Teraz dziennikarze nie chcąc zarabiać mniej niż dotąd muszą pisać dodatkowo do internetu, ale i tak nie starcza im na to czasu”.
Czytam więc ów opis sytuacji, w jakiej znalazła się znaczna grupa najwybitniejszych polskich dziennikarzy, i naturalnie zastanawiam się, jak musi wyglądać ich życie, prywatne i zawodowe, skoro oni najprawdopodobniej nie znajdą czasu, by pisać dodatkowo do elektronicznego wydania Rzepy? Co taki Piotr Semka na przykład robi ze swoim dniem, że sytuacja, w której, jeśli tylko chce zachować dotychczasowy poziom życia, musi tego właśnie dnia napisać jeden czy dwa teksty więcej, jest dla niego zwyczajnie nie do udźwignięcia? Jak ci ludzie żyją?
Jak idzie o mnie, znaczna część komentatorów jest przekonana, i wciąż to tu to tam owemu przekonaniu dają publiczny wyraz, że ja, aby utrzymać rodzinę, każdego dnia loguję się na blogspot.com i żebrzę. A więc, że zachowuję się, nie przymierzając, jak jakaś biedna rumuńska kobieta zmuszana przez swojego męża-Rumuna do przesiadywania od rana do wieczora na mrozie i wyciągania od ludzi, którym się lepiej powodzi, albo którzy mają dobre serca, pieniędzy. Niedawno wręcz pewna komentatorka pożegnała się ze swoimi przyjaciółmi uwagą, że ona musi iść już spać, bo w odróżnieniu ode mnie, następnego dnia rano musi wstawać do pracy.
Otóż jest tak, że mój dzień wygląda nieco inaczej, niż się tej dziwnej kobiecie i jej znajomym wydaje. Ja codziennie wstaję wczesnym rankiem – w poniedziałek na przykład o 5.30 – ponieważ zawsze rano właśnie mam jakąś jedną, czy dwie lekcje, wracam do domu i muszę napisać czasem jeden czasem dwa, a niekiedy nawet trzy teksty. Za ten trzeci z reguły dostaję wspomniane wyżej honorarium, jak idzie o dwa wcześniejsze – w grę wchodzi wyłącznie owo „co łaska”, które przez niektórych jest traktowane jako żebranina. Niekiedy zabiera mi to parę godzin, czasem więcej. Po południu też mam zwykle lekcje – jedną lub dwie. W międzyczasie muszę spełniać wymagania mojej żony, a więc albo zrobić coś w domu, albo pójść po coś do sklepu.
Ponieważ tak zakreślony czas biegnie niezwykle szybko, ani nie prowadzimy życia towarzyskiego, ani nie chodzimy do kina, ani nie wychodzimy na spacer. Gdyby jednak ktoś mi zaproponował jakąkolwiek dodatkową pracę, ja bym ja wziął bez mrugnięcia okiem. Proszę sobie wyobrazić, że mam znajomego, który życzy sobie, by uczyć angielskiego jego synów, ale ponieważ oni w ciągu tygodnia są bardzo zawaleni pracą, lekcje te mamy w sobotę i niedzielę. Ja wiem, że praca w niedzielę to temat delikatny, ale gdybym miał w niedzielę pracować cały dzień, też bym na to poszedł. I nawet bym nie pisnął. Dlaczego? Bo mam taką sytuację i ona przez najbliższe jeszcze dwa lata się chyba jednak nie zmieni.
I teraz czytam, że Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka, Piotr Gociek i niewykluczone, że Łukasz Warzecha też, zaczną lada chwila klepać biedę, bo Hajdarowicz im obciął honoraria o 40%, a oni już nie mają siły i czasu, by pisać więcej. Chciałbym zatem wiedzieć, jak wygląda ich życie. O której oni wstają każdego ranka, o której kładą się spać, i co robią między jednym a drugim? Ile taki Rafał Ziemkiewicz ma do napisania tekstów dziennie? No i przede wszystkim, co on poza ich pisaniem robi? Na pewno musi uczestniczyć w spotkaniach z czytelnikami jego artykułów, albo powieści, które systematycznie wydaje; zapewne pisze kolejną książkę i to mu też zżera nieco czasu; o ile się nie mylę, w odróżnieniu od Piotra Semki czy Łukasza Warzechy, w telewizjach, poza „Superstacją”, go nie chcą, więc tu ma spokój – w zaoszczędzonym w ten sposób czasie, może się udzielić w jakimś patriotycznym projekcie.
Czy on spędza dużo czasu w domu? Czy musi chodzić na zakupy, czy musi sprzątać, i układać ciuchy w szafie? Nie wiem, ale domyślam się, że niekoniecznie. Z drugiej strony, jeśli on faktycznie nie ma już czasu na pisanie kolejnych tekstów – przypominam, że za ciężkie pieniądze – to kto wie, co się tam dzieje?
Jeśli ktoś uznał, że ja sobie tu stroję żarty, to chciałbym go bardzo w tym momencie wyprowadzić z błędu. Wbrew prawdopodobnym podejrzeniom, ja sobie wcale nie kpię ani z Ziemkiewicza, ani z któregokolwiek z jego kolegów. Wbrew temu, co się może wydawać, ja jestem gotów bardzo chętnie założyć, że oni faktycznie są już w tej chwili tak obciążeni walką o przetrwanie, że ten jeszcze jeden kolejny tekst ich zwyczajnie zabije. Bo, proszę zwrócić uwagę na to, że pod pewnym szczególnym względem, sytuacja, w której ja się znajduję, nijak się ma do sytuacji, w której zmuszeni są działać oni. Przez to, że oni są osobami publicznymi, zapewne nie ma takiego ruchu, czy choćby gestu, w ciągu każdego kolejnego dnia, który oni mogliby uznać za nic nie znaczący. I gdyby im zależało tylko na tym, by pięknie wyglądać i być rozpoznawanymi, to jeszcze pół biedy. Wystarczyłoby się od rana do wieczora ładnie nosić, uśmiechać do kamer i jak najczęściej pokazywać w korzystnym świetle. Tymczasem, jeśli moje podejrzenia są słuszne, problemem Warzechy i Ziemkiewicza wcale nie jest zbyt mała popularność, czy brak ludzkiego szacunku; ich kłopot ma charakter ściśle finansowy. Oni najzwyczajniej na świecie są bez pieniędzy i wiele wskazuje na to, że tych pieniędzy na razie więcej nie będzie. A w tej sytuacji, jedyne co im pozostaje, to o te pieniądze się nieustannie użerać. A zatem, jak się domyślam, tak jak jakiś Daniel Passent już tylko się zajmuje tym, żeby się mu puder nie starł i żeby Polacy nie zapomnieli jego twarzy, a o stan jego konta dbają ci, którzy mu zawdzięczają znacznie więcej niż jakieś tam nikomu niepotrzebne emocje, Rafał Ziemkiewicz – ale też i pozostali tak fatalnie potraktowani właśnie przez Hajdarowicza autorzy – wszystko co robią, robią z myślą o tych pieniądzach. Czy idą z kimś na wódkę, czy na jakieś spotkanie w Klubie Ronina, czy nagrywają program dla internetowej telewizji, czy wreszcie, kompromitują się występami w „Superstacji”, wiedzą doskonale, że po pierwsze z żadnego z tych eventów nie mogą zrezygnować, bo to jest ich być może jedyna szansa, ale też, że już naprawdę na więcej czasu nie mają. No, w końcu można by było zrezygnować ze spania, ale ile wtedy człowiek jest w stanie pociągnąć?
Ja naprawdę z nich sobie nie dworuję. I jeśli mi ktoś nie wierzy, ja mu to bardzo łatwo udowodnię. Otóż, ja uważam, że ich los i mój los są w pewnym sensie bardzo podobne. I ja i oni padliśmy ofiarą systemu – ja go często lubię pisać z dużej litery – który zmusił ogromną część polskiego społeczeństwa do tego, by skupiać się wyłącznie na kwestii przeżycia. Oni i ja, ale przecież nie tylko my; podobnie jak my znalazła się znaczna część polityków: przede wszystkim tych, którzy w ten czy inny sposób uzależnieni są od tego, czy ten rząd przetrwa, ale również tych, którzy dziś są w opozycji, ale mają prawo się obawiać, że przy jakiejkolwiek zmianie politycznej sytuacji, oni mogą bardzo stracić. Stracić wręcz ostatecznie. Ale nie tylko oni. Nie tylko my. Również różnego rodzaju biznesmeni, sędziowie, profesorowie wyższych uczelni, pasożytujący na obecnej sytuacji eksperci, wszyscy oni budzą się rano, a wieczorem zasypiają z ta jedną myślą – co będzie, jak to się nagle skończy. Albo, jeżeli nie uda się dokończyć najbliższego projektu.
I to, moim zdaniem, stanowi dla naszego kraju sytuację wręcz tragicznie niebezpieczną. Jeśli ja mam rację, i rzeczywiście Systemowi udało się całkowicie zneutralizować tak znaczną część społeczeństwa, zapędzając tych ludzi na ów ring, gdzie porażka kończy się tylko śmiercią, to znaczy, że perspektywy przed nami są gorsze niż beznadziejne.
Proszę zwrócić uwagę na ciąg zdarzeń, jakiego niedawno byliśmy świadkami. Najpierw towarzystwo zwane „autorami niepokornymi”, zostało skutecznie rozpędzone, w pierwszej chwili oni wszyscy unieśli się honorem i postanowili pokazać, że obejdą się bez wsparcia Systemu i pokażą światu, że oni potrafią się dorobić samodzielnie. Kiedy jednak System bardzo delikatnie przecież pokazał im, że te ich fochy są głupie i niepotrzebne, grzecznie wrócili, jak się okazało, tylko po to, by przekonać się jeszcze o jednym – że wolność traci się tylko raz. Na zawsze.
Aby te refleksje już jednak jakoś zakończyć, muszę wrócić jeszcze do swojej historii. Ktoś mi powie, że skoro sam przyznałem, że moja i ich sytuacja – a mianowicie to strasznie upokarzające skoncentrowanie się na przeżyciu – są w gruncie rzeczy bardzo podobne, to mógłbym dziś nie przychodzić i nie popisywać się tymi swoimi naukami. I oczywiście, ja to mogę potwierdzić raz jeszcze – załatwili ich i załatwili mnie. I ja i oni – jeśli ktoś tak akurat woli – daliśmy się fatalnie załatwić. Jest jednak między nami pewna bardzo istotna różnica. Przede wszystkim, ja w odróżnieniu od nich, wiem, że mój sukces zależy tylko ode mnie, i że w osiągnięciu go nie pomoże mi ani żaden przyczółek, ani nikt, kto ów przyczółek zamieszkuję. Ja wiem, że ja ów sukces osiągnę i osiągnę go właśnie dlatego, że na drodze do niego nikomu nie pozwoliłem sobą kręcić. Ale też myślę, że tę różnicę wręcz fantastycznie opisuje motto tego bloga, które pochodzi prosto od tego komunisty Marqueza, a które już od dłuższego czasu figuruje na samym szczycie tej strony. Pozwolę je sobie tu powtórzyć: "- Powiedz mi, co będziemy jedli? - Trzeba było siedemdziesięciu pięciu lat - siedemdziesięciu pięciu lat życia, minuty za minutą, żeby pułkownik doczekał tej chwili. Poczuł się czysty, kategoryczny, niepokonany, gdy odpowiedział: - Gówno".
Otóż to. Jak dojdzie co do czego, będę jadł gówno, ale nie pozwolę sobą pomiatać. Nawet jeśli ktoś mi przyniesie jakiś fantastycznie sprawdzony sposób, jak się można przed sobą skutecznie usprawiedliwić.

Oczywiście, będzie mi bardzo miło, jeśli komuś ten tekst się tak spodoba, że zechce ten blog wspomóc pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 14 lutego 2013

Kardynał Nycz patrzy na Watykan

Poniższy tekst wymaga paru słów wyjaśnienia. Przede wszystkim, on w znacznym stopniu powtarza tezy, które sformułowałem w odniesieniu do arcybiskupa Nycza jeszcze przed laty. Ponieważ jednak uznałem, że warto by było to wszystko powtórzyć na okoliczność najnowszych wydarzeń i spekulacji, stworzyłem swego rodzaju wariację na kanwie tamtego tekstu. A więc, jeśli mój kumpel Kozik, który zna wszystkie moje teksty, nagle pomyśli sobie, że to już gdzieś czytał, niech nawet nie szuka. To faktycznie gdzieś tam jest. Druga rzecz natomiast jest taka, że ja ten tekst opublikowałem już wczoraj na Salonie. Tak się jednak stało, że wczoraj powstały aż dwa teksty, a więc jeden z nich poszedł tu, a drugi tam, a ja dziś sobie pomyślałem, że będzie dobrze, jeśli one się zamienią miejscami, i w ten sposób ci wszyscy, którzy lubią czytać to, co ja piszę tylko tutaj, poznają tekst o Nyczu, a ci, którzy na ten blog akurat nie przychodzą, zobaczą, co słychać u Ziemkiewicza i jego ferajny. A jeśli komuś one przypadną do gustu w sposób może bardziej wyjątkowy, niż zwykle, będzie mi miło, jeśli dostanę za niego jakiś drobny przelew na podany obok numer konta. Dziękuję.


Nie minęły nawet dwa dni od chwili, gdy Benedykt XVI ogłosił swoją abdykację, a karuzela nazwisk, jak idzie o nowego papieża, z każdą chwilą kręci się coraz szybciej. Po pierwszym szoku, który sprawił, że nieprzyjaciele Kościoła, zaczęli przeklinać Benedykta, że miał on czelność zrezygnować ze służby owemu Kościołowi, i w ten sposób zasiał w ich sercach lęk o Jego przyszłość, pozbierali się oni wszyscy jako tako, i zaczęli obstawiać swoje typy. Ponieważ jednak stan ich umysłów nie pozwala im nawet na spokojne oddawanie moczu, na tyle choćby, by sobie przy tym nie nasikać w spodnie, ta giełda wygląda jak wygląda, a część z nich zaczęła wręcz przebąkiwać o Kazimierzu Nyczu. Że on byłby w sam raz.
A ja pamiętam jak w roku 1978 ogłoszono, że Konklawe obrało papieżem kardynała Wojtyłę, w antypaństwowo nastrojonej części społeczeństwa pojawił się żart o rozczarowaniu komunistów tym, że miał być towarzysz Babiuch, a tu nagle jakiś Wojtyła. Śmialiśmy się z tego żartu głośno i przeciągle, i ani nam do głowy nie przyszło, że kiedy już Polska odzyska wolność, dowcip ów powróci do nas w formie karykatury.
Z tej właśnie okazji przypomniało mi się też pewne stare już trochę kazanie arcybiskupa Nycza, a właściwie pewien drobny, choć z naszego dzisiejszego punktu widzenia kluczowy, jego fragment, który tak poruszył siły Mordoru, że ów fragment wyświetlił się od razu na tefaunowskim pasku, informując wszystkich pobożnych Polaków, że arcybiskup Nycz właśnie ogłosił koniec żałoby. Z newsem tym pobiegłem do mojej żony, a ona wtedy zrobiła wielkie oczy i spytała: „A to była jakaś żałoba?”
W tej sytuacji, pozostało mi tylko się rakiem wycofać i zanurzyć w dalszych, jakże naiwnych rozważaniach. Przy okazji, już po chwili doszła do mnie informacja uzupełniająca, że arcybiskup Nycz, nie dość, że poinformował nas o końcu żałoby, to w dodatku jeszcze, uznał za konieczne dać nam naukę w temacie tzw. woli bożej, a więc czegoś, czemu my – za przykładem Hioba – mamy się bezwzględnie podporządkować.
Kiedy już sprawę odpowiednio przeżuł TVN, zgłosiła się do nas ”Gazeta Wyborcza”, i z dumą i satysfakcją, pod optymistycznym tytułem „Koniec żałoby”, zacytowała owe święte słowa owego świętego człowieka:

„Cmentarz nie jest naszą świątynią ani naszym domem. Owszem, przychodzimy tam opłakiwać najbliższych, ale przychodzi moment, kiedy musimy wrócić do codziennego życia i podjąć te wszystkie trudy, które są do podjęcia w ojczyźnie, Kościele, rodzinach. Niezbadane są wyroki boskie, człowiek ma prawo stawiać pytanie: ‘Dlaczego tak się stało?’. Niemniej nie możemy się na tym zatrzymać. Często trzeba powiedzieć sobie jak Hiob biblijny: ‘Bądź wola Twoja’”.

A ja sobie myślę tak. Od tego czasu minęły już lata, a ja wciąż mam kupione u Niepoprawnych dla nas wszystkich malutkie przypinki, z białoczerwoną szachownicą i napisem ‘Katyń 10.04.2010’, i niekiedy wciąż noszę taką wpiętą w kurtkę tuż nad zbolałym sercem. I wciąż się niekiedy zastanawiam, co by sobie o mnie pomyślał kardynał Nycz, gdyby zobaczył, że mimo upływu lat od dnia, kiedy on zakończył żałobę, ja tak wciąż lekceważę jego zalecenia?
I wtedy sobie myślę, że może faktycznie wypadałoby ją zdjąć. Zdjąć, bo inaczej będę miał grzech pogardy dla bożej woli? No dobra. Załóżmy, że ją zdejmę. A co ja mam zrobić, jeśli oni mi ów skrwawiony i unurzany w błocie strzęp białoczerwonej szachownicy pokażą znów w telewizorze? Jak mam zareagować? Czy mam na ten obraz patrzeć, czy może pokornie spuścić oczy i zająć się „ojczyzną, Kościołem i rodziną” w jakiś inny sposób, tak by przede wszystkim zadowolony był ze mnie arcybiskup Nycz? No a kiedy, nie daj Boże, znów mi przyjdzie zobaczyć, jak jacyś nieznani mi ludzie pakują do worków moje kwiaty, krzyże i znicze, by je wywieźć na miejskie wysypisko śmieci, a wokół stoi tłum ludzi, z których jedni płaczą, a drudzy zacierają ręce z satysfakcji, to co mam czuć? Co arcybiskup Nycz mi radzi czuć w takim momencie? Powiew woli bożej? Jej niezbadaność? I to tak od razu, czy może najpierw powinienem oczyma wyobraźni przyjrzeć się, jak ten stan praktycznego uniesienia osiągnął sam Arcybiskup? Sam? A może jemu ktoś w tym po przyjacielsku pomógł? Ktoś bardziej rozumiejący się w meandrach życia na styku woli bożej a historycznej konieczności? I tak wspólnie uradzili sprawę końca żałoby. Ksiądz wniósł wiarę, a jego przyjaciel rozsądek.
Jakiś czas temu, przy okazji kolejnych refleksji na temat aborcji, napisałem tu o piosence Boba Dylana, gdzie pojawia się historia boksera, który zabił na ringu swojego przeciwnika. Pomysł tej narracji jest taki, że Dylan przytacza słowa różnych osób, w ten czy inny sposób organizujących tę walkę, z których każdy tłumaczy swój udział w tym przedsięwzięciu słowami: „To nie ja”. A więc jest sędzia, który nie przerwał walki, jest tłum, który dopingował zawodników, jest menedżer zmarłego boksera, który zwyczajnie nie wiedział, że jego podopieczny jest nie w pełni formy, jest dziennikarz sportowy, zachęcający do szerokiej promocji boksu, jest nawet sprzedawca biletów na tę walkę, który jedyną swoją winę widzi w tym, że taki ma zawód. Ale i wreszcie jest sam bokser, który swoimi ciosami zabił drugiego człowieka. I on akurat nie wchodzi w jakieś szczególnie pokrętne dywagacje. Stwierdza prosto i zwyczajnie: „To przeznaczenie. To wola boża”. Dokładnie w ten sposób. „It was destiny. It was God’s will”.
Ciekawe, proszę Księdza Arcybiskupa, prawda? Że akurat on. Bezpośredni sprawca, właściciel tej pięści, powołuje się na wolę bożą. Bardzo to interesujące. Jak to łatwo znaleźć się w złym towarzystwie, czyż nie?
Smutno mi jak cholera. Żeby nas tak bezlitośnie i głupio opuścić. Tego się po moim Kościele nie spodziewałem. I właśnie z tego powodu, kiedy wciąż przeżywam zapowiedź odejścia papieża Benedykta, pojawia się w moim sercu iskierka nadziei, że następnym papieżem nie będzie jednak kardynał Nycz, ale ktoś, kto za jeden ze swoich pierwszych obowiązków uzna spotkanie się właśnie z nim i wytłumaczenie mu, dlaczego Kościół uznał go za Swój bardzo poważny zawód.

środa, 13 lutego 2013

Dobre wino, czyli bardzo ponury tekst na Wielki Post

Nie wiem, czy to jest coś, na co tylko ja zwróciłem uwagę, czy owo dziwactwo było już gdzieś dyskutowane, ale chciałbym się zastanowić nad czymś, co jest często nazywane „dobrym winem” nie dla określenia dobrego wina, ale dla popisania się tym, że jest się częścią towarzystwa. Jak gdzieniegdzie wiadomo, a już zwłaszcza na niektórych blogach, ja bez alkoholu nie funkcjonuję. I jest mi zupełnie obojętne, w czym się znajdują te procenty, rzecz w tym, by one były, i było ich na tyle dużo, by można było się nimi delektować. Piwo, wino, gin, nalewka, bimber, brandy, whisky – pokażcie mi flaszkę, a ja w jednej chwili wpadam w dobry nastrój. Przyznaję – wódy nie lubię i piję tylko w ostateczności. Cała reszta jednak służy mi jak najbardziej. Czasem sobie myślę, że gdyby mnie spotkało jakieś nieszczęście, a miałbym przy tym mnóstwo pieniędzy, to bym sobie kupił skrzynkę jakiegoś czterdziestoletniego malta i się zapił na śmierć.
Jak idzie o wino, najbardziej lubię czerwone wytrawne, ale oczywiście może być też jakiekolwiek inne, pod warunkiem, że nie będzie zbyt słodkie, bo ze słodyczy zdecydowanie wolę michałki. Jednak, jak mówię, wytrawne jest najlepsze. Jaki gatunek, jaki rocznik, jaki kraj pochodzenia, jaka cena – jest mi to całkowicie obojętne. Tyle tylko, że kiedyś zauważyłem, że kiedy ono jest z jakiejś wyższej półki, pije się wolniej, a zatem, jak się domyślam, ma ono w sobie coś, czego te tańsze wina nie mają, czy może nie ma tego, co tamte właśnie niefortunnie mają. Jestem pewien, że za chwilę ktoś mi powie, żebym się wreszcie zamknął, bo, jak widać, na winach się nie znam, a więc moje zdanie w tej kwestii się nie liczy. Mam jednak kolegę Michała Dembińskiego, który, akurat jak idzie o wina, i w ogóle alkohole, jakieś tam pojęcie z całą pewnością ma, i on na przykład, co chwilę poleca mi jakąś flaszkę, którą odkrył w Tesco, czy w Auchanie, którą właśnie sobie kupił za całe osiem, czy dziewięć złotych, i zapewnia, że jest bardzo dobra. I ja przy pierwszej okazji też wydaję te osiem czy dziewięć złotych, i okazuje się, że jest tak jak Michał mówił. Niedawno sam w sklepie obok odkryłem czerwone wytrawne z Argentyny za całe siedem złotych, i zapewniam, że byłem bardzo zadowolony.
Piję więc to wino, i już tylko się zastanawiam, czy to jest wino „dobre”, czy może „niedobre”. Mnie ono oczywiście smakuje, ale diabli wiedzą, co by się stało, gdyby mnie na tym procederze przyłapał jakiś profesor Sadurski, czy dziennikarz Mazurek, albo choćby blogerka Ufka? Co by oni powiedzieli? Jak by na mnie popatrzyli? Czy by tylko splunęli, czy jeszcze by coś dorzucili? Na przykład coś w rodzaju: „Poczekaj tylko aż napijesz się kiedyś naprawdę dobrego wina”. Zastanawiam się nad ich reakcją, i oczywiście chciałbym wiedzieć, co to znaczy „dobre wino”? Czy to jest wino, które piją Sadurski z Mazurkiem, czy może „dobre wino” to wino, na które Sadurskiego z Mazurkiem zwyczajnie albo nie stać, albo którego wartości oni z jakiegoś szczególnego powodu nie są w stanie rozpoznać? Czy jest taka możliwość, że któryś z nich mówi komuś „Stary, jeśli okaże się, że masz rację, masz u mnie butelkę dobrego wina”, a kiedy wreszcie z tym winem się pokazuje, zapada niezręczna cisza?
No właśnie. To jest coś, co mnie ostatnio parę razy zastanowiło. Ta właśnie fraza: „Stawiam butelkę dobrego wina”. Nie „flaszkę”, nie „butelkę whisky”, nie wreszcie „prawdziwą serbską rakiję”, ale właśnie to „dobre wino”. Na co ja mam liczyć, kiedy wreszcie dojdzie do tego rozstrzygającego momentu? Na butelkę za 60 złotych, czy na coś, co kosztuje powyżej stówy? Ja bym sobie świetnie poradził, gdyby to nie chodziło o wino, ale o whisky. Gdyby ktoś mi obiecał „butelkę dobrej whisky” i przyniósł mi dwunastoletniego Chivasa, to bym wiedział, że mam do czynienia z jakimś bałwanem. To jest na przykład powód, dla którego, ile razy mam się spotkać z moim kolegą LEMMINGIEM, wiem, że, skoro to już musi być Chivas, to z całą pewnością, nie dwunastoletni, którego mogę sobie kupić w „Żabce” za niecałą stówę. Ale jak ja mam rozumieć pojęcie „dobrego wina”? No i najważniejsze – czy którykolwiek z tych specjalistów jest w stanie mi to wyjaśnić?
Czemu postanowiłem dziś się zajmować owym winem? Otóż wczoraj nasz kolega Raven59 wrzucił mi w komentarzu kawałek filmiku ze spotkania, jakie z Rafałem Ziemkiewiczem, Stanisławem Janeckim i Tomaszem Sakiewiczem zorganizowano w Klubie Ronina. To był tylko mały fragment, w którym chodziło jedynie o to, byśmy posłuchali, jak to Rafał Ziemkiewicz stroi sobie żarty z ustąpienia Bendykta XVI, ja jednak zwróciłem przede wszystkim uwagę na to, że Ziemkiewicz i Sakiewicz, występując przed zgromadzoną publicznością, zwyczajnie chleją. Właśnie tak – chleją. Siedzą przy tym stoliku, przed nimi kieliszki z winem, Ziemkiewicz coś tam plecie o tym, że Benedykt „podał się do dymisji”, i, raz jeden, raz drugi, z tych kieliszków sobie ciągną. To jest sam początek spotkania, a ja nie mogę nie zauważyć, że o ile Ziemkiewicz dopiero zaczyna, Sakiewicz już prawie skończył. No i myślę sobie, co tam się działo dalej? Czy im zależało tylko na tym, żeby mieć dobre wejście z „dobrym winem”, czy może przez następną godzinę barmanka z knajpy obok donosiła im kolejne flaszki? No i też chciałbym wiedzieć, co oni sobie myśleli, decydując się na owo „alkoholowe” rozwiązanie. Że to im ujdzie na sucho? Że ja sobie pomyślę, że przecież to „tylko” wino? Że przecież oni nie byli pijani? Przepraszam bardzo, ale, jeśli tylko któryś z nich zechce się ze mną założyć – może niekoniecznie o „dobre wino”, ale chętniej o „dobrą whisky” – ja jestem w stanie pokazać Sakiewiczowi, że będę przez godzinę się skutecznie zza tego stolika udzielał , i nikt po mnie niczego nie pozna. Z wyjątkiem jednak tego, że ja – jak najbardziej – chleję. I to jak najbardziej w pracy.
Patrzę na ten drobny fragment ostatniego występu tych mądrali w Klubie Ronina i chciałbym wiedzieć, czy to, że oni zdecydowali się na to wino, to był tylko przypadek, bo na przykład już za tydzień oni tam będą siedzieć z butelką wyborowej, czy może ich zdaniem – wino tak, natomiast wóda, czy piwo już niekoniecznie? Czy to możliwe, że oni doszli do przekonania, że ów prawicowo-patriotyczny target, na którym oni pasożytują, jest już tak głupi, że oni mogą sobie pozwolić naprawdę na wszystko, i nikt ani nie piśnie?
Pod zamieszczonym przez Ravena filmikiem, pojawił się komentarz, w którym ktoś chciał wiedzieć, co mnie w tych kieliszkach tak zaszokowało. Że czy to już nie wolno pić wina? Czy to możliwe, że ten rodzaj podejścia stał się już standardem, a Ziemkiewicz z Sakiewiczem świetnie to wiedzą, i faktycznie za tydzień zjawią się tam z piwem?
Otóż myślę, że nie. Myślę, że za tym ich zachowaniem stoi przekonanie o tym, że piwo pije młodzież, której nie stać na nic lepszego, wódę fizyczna hołota, którą nie stać na nic, ale na flaszkę zawsze, natomiast whisky jest niedobra. Poważni, kulturalni, prawicowi intelektualiści piją wino. Najlepiej dobre. Podejrzewam, że jest też bardzo możliwe, że im się tego wina nawet nie bardzo chciało pić. Że im by wystarczyła szklanka wody mineralnej dla przepłukania zaschniętych gadaniem ust, no ale uznali, że to by wyglądało tak jakoś byle jak. Że z tą wodą oni by nie robili odpowiedniego wrażenia. No i zaordynowali to wino.
Czy ono było „dobre”? Oczywiście, że tak. Oni „niedobrego” by w pysk nie wzięli. Poza tym, kto to widział, by podczas poważnego spotkania z publicznością chlać?
Jak jakiś Kwaśniewski - komunista.

Tradycyjnie proszę o wspieranie tego bloga. Okres ferii zimowych - a w Katowicach właśnie go przeżywamy - nas akurat stawia w sytuacji wręcz beznadziejnej. Jak będzie dalej - zobaczymy. Na razie ledwo przędziemy. No i przypominam też o promocji, jaką Gabriel zorganizował na moje trzy książki w swojej księgarni. Każdy kto kupi Liścia, Elementarz i Biustonosz, zapłaci za wszystko tylko 70 złotych plus cenę wysyłki. Polecam i dziękuję.