Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A-Tem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A-Tem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 czerwca 2018

Czy znajomość języka angielskiego zapewnia wyższą pozycję społeczną niż włosy na plecach?


Jakiś czas temu, przy okazji jakiej już dziś nie rozpoznaję, Coryllus na swoim blogu wspomniał anegdotę o tym, jak to swego czasu Salvador Dali, spędzając czas przy stoliku w którejś z restauracji, wziął do ręki serwetkę i w paru ruchach „ulepił” z niej twarz. Owa historia miała ilustrować niewyobrażalny wręcz talent Dalego, a ja sobie pomyślałem, że muszę się na ten temat dowiedzieć czegoś więcej, a w związku z tym udałem się do mojego kumpla, Marka Kamieńskiego, który jest artystą malarzem i którego niektóre obrazy znane są choćby z okładek moich książek i zapytałem go, czy on by tak potrafił, a on, proszę sobie wyobrazić, odpowiedział mi, że nie, ale on nie ma wyobraźni plastycznej, natomiast zastanawia się, od kogo się tego nauczył Dali. Z tego, co mu wiadomo, gdy chodzi o malarzy, takie sztuki potrafił robić Picasso, który to co malował widział wcześniej w wyobraźni, a więc tylko odtwarzał swoje myśli. No ale Dali?  Jak mi dalej wyjaśniał mój kolega, były to czasy, kiedy oni wszyscy wciąż zbijali bąki po kawiarniach, gdzie spotykali się również z rzeźbiarzami, a ci lubili się popisywać swoimi umiejętnościami i wciąż bawili się tymi serwetkami. Krótko mówiąc, mój kumpel, jeśli się zdziwił, że ktoś potrafił coś takiego zrobić, to tylko dlatego, że był to Dali i jeśli go ta historia zainteresowała, to tylko dlatego, że chciał wiedzieć, kto Dalego nauczył tej gry cieni.
      Przypomniała mi się ta historia wczoraj, kiedy nasz kolega A-Tem opublikował na Szkole Nawigatorów tekst zatytułowany „Media”, w całości w języku angielskim, oraz z wyjaśnieniem nastepującej treści: „Notki, jak wiecie, piszę po angielsku, a potem je pracowicie elegancko tłumaczę na polski. Tę zostawię w oryginale. Napisana parę tygodni temu, adresowana do Czytelników wprawionych w myśleniu, wywołała tak pozytywny rezonans, iż zadecydowałem o jej opublikowaniu nie tylko ‘między swymi’ ale dla każdego z Nas. Please imbibe the following fluid text responsivelyThank you”. Jak wiemy, nie tylko A-Tem, ale również bloger Boson, bardzo lubią wrzucać tu całe długie fragmenty tekstów w języku angielskim, nie zważając na to, że z wyjątkiem może paru czytelników, nikt tego co tam jest napisane nie zrozumie, a już na pewno nie będzie miał ochoty się w ów lengłydż wgryzać.  Nawet ja, który tak się składa, język angielski jako tako zna, nigdy nie zadałem sobie najmniejszego trudu, by owe fragmenty choćby zaczepiać swoim okiem. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mnie – pomijając czynności zawodowe i różnego rodzaju drobne przyjemności – język angielski w ogóle nie interesuje, a już z całą pewnością nie interesuje mnie fascynowanie się jakimiś bzdurnymi pisanymi w tym języku tekstami, no a poza tym w ogóle nie lubię czytać tego, co mają do powiedzenia obydwaj panowie.
     Tym razem, przyznaję, przyczytałem ową przedziwna zapowiedź – z owym „fluid” w środku – w której wspomniał A-Tem o tym, że stanowi powszechną wiedzę to, że on, chłopak z Chorzowa, pisze teksty wyłącznie po angielsku, a jeśli je tłumaczy na polski, to tylko po to, byśmy my, durne pały, mieli dostęp do jego mądrości, uznałem, że nie mogę tego tak zostawić i sprawdzę jak to jest z tym A-Temem i jego angielskim. Ponieważ dopiero co przez dłuższy czas byłem zajęty sprawdzaniem wypracowań maturalnych, zadanie miałem o tyle prostsze, że nie musiałem się za bardzo przestawiać i przejrzałem tekst A-Tema pod tym właśnie kątem: przeciętnej pracy maturalnej.  I proszę sobie wyobrazić, że choć on, przyznaję, w owym wypracowaniu nie popełnił ani jednego błędu ortograficznego, cała reszta stanowi pełniusieńki wahlarz tego, co każdy egzaminator może znaleźć podczas sprawdzania matur, a więc błędy gramatyczne, źle użyte przedimki, czasy, błędy leksykalne, błędy interpunkcyjne, logiczne, fragmenty napisane tak nieporadnie, że wręcz niezrozumiałe, aż po zwykłe – te, które zwykle egzaminatorów cieszą najbardziej – tak zwane polonizmy. Wiemy o co chodzi? No, mam na myśli sytuacje, kiedy maurzystka pisze list do koleżanki i zaczyna go od zwrotu: „Road Friend”. Tego u A-Tema jest naprawdę bardzo dużo, a ja może zwrócę uwagę na takie kulfony, jak choćby „momentarily” w sensie „momentalnie”, czy „indeed” w sensie „właściwie”, czy – to akurat może najśmieszniejsze – „fulfill the order”, co miało oznaczać „wypełnić rozkaz”, a tak naprawdę oznacza „zrealizować zamówienie”.
      Czy ja się śmieję z A-Tema i jego językowych talentów? W żadnym wypadku. Po niemal piętnastu latach pracy choćby przy  wspomnianych maturach, nawet najgłupszy nauczyciel przestaje traktować nawet najgłupsze błędy jako coś, o czym można by było opowiadać podczas towarzyskich spotkań. Z nami jest trochę tak jak z tą chińską dziewczyną, która od rana do nocy pracuje przy produkcji prezerwatyw na zachodnie rynki i nagle ktoś się chce wspólnie z nią pośmiać z długości penisów. A zatem jeśli to co robi A-Tem jest dla mnie śmieszne, to tylko w tym punkcje, że on nagle uznał, jak jakiś kompletnie oderwany od realnego świata pełen kompleksów inteligent, że informacja o tym, że on zna język angielski i to w stopniu takim, że właściwie („indeed”) on woli się produkować w tym języku, bo to mu pozwala na większą precyzję wypowiedzi, podwyższa jego pozycję wśród znajomych. Co za wstyd! To już chyba mniej żałosne jest popisywanie się długością wspomnianego wcześniej penisa.
PS. Aby nam się nasz, było nie było kolega, zbytnio nie zestresował, chciałby go pocieszyć, że wedle najnowszych kryteriów oceniania, on by za ten tekst na rozszertzonej maturze otrzymał masymalne 13 punktów. Tam wystarczy pisać na temat, zmieścić się w wyznaczonym przedziale słów, użyć paru średniozaawansowanych zwrotów i oddzielić wyraźnymi ustępami początek i zakończenie. To wszystko.


Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.plZachęcam serdecznie.

poniedziałek, 21 maja 2018

O różnych imionach, dobrych i mniej dobrych, i o sposobach ich naruszania


      Jak już wspominałem wczoraj, ostatni trzy dni minęły mi na sprawdzaniu matur, co oczywiście musiało sprawić, że moja aktywność na blogu musiała ulec pewnemu zakłóceniu. W tej sytuacji dzień mój minął jak minął, natomiast kiedy wróciłem wczoraj do domu, zanim jeszcze otworzyłem pierwszą flaszkę, zajrzałem do Szkoły Nawigatorów, gdzie internauci lubią się gromadzić i nie mogłem nie zauważyć, że pod moją nieobecność absolutny sukces odniosła notka, której autor udowadnia, że, wbrew powszechnemu przekonaniu, prezydent Lech Kaczyński nie zginnął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie w Smoleńsku, lecz co najmniej dwa dni wcześniej podczas zwykłej rutynowej egzekucji, natomiast cała ta gadka o rzekomej katastrofie w Smoleńsku, o której już od ośmiu lat próbuje nas informować między innymi brat Prezydenta, to zwykły humbug. Co ciekawe i nadzwyczaj bezczelne, autor tych rewelacji zupełnie jak gdyby nigdy nic, zapowiada jednocześnie, że jeśli nie przeproszę go za nieuprawnione sugestie, że on nie jest tym za kogo się nam przedstawia, skieruje przeciwko mnie pozew. Co być może jeszcze ciekawsze, sukces wspomnianej notki polega na tym, że ona nagle, ni stąd ni z owąd, uzyskała tyle komentarzy i tyle odsłon, że została umieszczona na pierwszym miejscu najchętniej czytanych i komentowanych tu ostatnio tekstów.
    Ktoś powie, że nie ma się czemu dziwić. Itiotyzm o tej skali obłędu nie mógł nie zostać zauważony. Otóż nie. Pomijając paru komentatorów, ogólny ton komentarzy sprowadza się niemal wyłącznie do wyrażana zadumy nad celnością wspomnianych obserwacji, a cała dyskusja pod wspomnianą notką to klasyczna wymiana coraz to nowych spostrzeżeń dotyczących coraz to nowych refleksji, nie mających nic wspólnego z tym, z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia.
     W tej sytuacji, jako człowiek przede wszystkim zawistny, a poza tym nie znoszący porażek, pierwsze co zrobiłem po tym, jak doszedłem do siebie po pierwszym szoku, postanowiłem natychmiast napisać tekst, który wspomniane uwagi na temat prawdziwej historii tak zwanej „Smoleńskiej Katastrofy” zniszczy, a resztki wdepcze w ziemię. Kolejna więc rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to ta, że napiszę coś więcej na temat wielkiego sukcesu reżysera Pawlikowskiego, który właśnie na festiwalu fimowym w Cannes za swój najnowszy film został wyróżniony jedną z nagród i ogłosił, że oto wreszcie Polska odniosła jakiś sukces, a aktorka Julianne Moore, kiedy mu składała gratulacje, wzruszyła się do łez. Jednak uznałem, że to wprawdzie jest temat, ale nie na tę okazję. Potem pomyślałem, że może coś napiszę o Janinie Ochojskiej, którą wpuszczono do Syrii i Sudanu, a do naszego Sejmu marszałek Kuchciński wejść jej zakazał, no ale to przy wyżej wspomnianym wyczynie też wydało mi się zbyt trywialne. Pomyślałem wreszcie, że może w takim razie uda się coś na tę sytuację zaradzić korzystając z tego że książe Harry jednym krótkim gestem zdobył dla Brytyjskiego Imperium Amerykę, no ale to by już z mojej strony było naprawdę bezczelne.
      No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało się, że owo nadzwyczajne wręcz osiągnięcie ludzkiego geniuszu, zarówno ze strony autora, jak i jego oddanych czytelników,  pozostanie niepokonane, na znanym nam głównie z Twittera i Facebooka portalu pikio.pl zanalazłem informację, która chyba jako jedyna może rywalizować z tym, do czego doszło tu na naszej Szkole Nawigatorów. Oto, proszę sobie wyobrazić, okazuje się, że znana nam telewizyjna spikerka, Katarzyna Dowbor, jest w rozpaczy. Otóż nie dość, że sama zmaga się z kłopotami z tarczycą, to jeszcze jej ukochana córka okazuje się mieć cukrzycę. Mimo że obie panie korzystały z pomocy wielu lekarzy, cukrzyca nie ustepuje. Sytuacja rodzinna red. Dowbor jest o tyle bardziej tragiczna, że ona wciąż walczy o względy swojego syna, którego porzuciła, kiedy ten miał zaledwie 6 lat. On wprawdzie swojej mamie dawno wszystko wybaczył, no ale zadra wciąż w jego sercu tkwi i dziś, kiedy doszły kolejne dramaty, tym państwu naprawdę nie jest łatwo.
      Apeluję więc do osób spędzających tak owocnie czas tu na naszym portalu, by znaleźli też chwilę czasu, by obok oczywiście rozmyślań nad tym, jak to naprawdę było z tak zwaną Smoleńską Katastrofą i nad różnymi sposobami naruszania dobrego imienia tego czy tamtego, zadumać się nad tragicznym losem rodziny Dowbor. I bardzo proszę o odsłony i komentarze.

Zachęcam wszystkich, jak zawsze, do zaglądania do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl,  gdzie są do kupienia moje, a przecież nie tylko moje, książki. Każdą bardzo mocno polecam.

czwartek, 10 maja 2018

Dominika, dziewczyna ratownika, czyli gdy szaleństwo zaczyna bulgotać

Powiem zupełnie szczerze, że, wbrew pozorom, zamieszczając tu swój tekst o sprawie A-Tema, liczyłem przede wszystkim nie na wywołanie sensacji, lecz na to, że widząc co się dzieje, ów A-Tem we wszystkich swoich osobach się zamknie i się ode mnie raz na zawsze odpieprzy. Jak widać, choroba jest znacznie bardziej rozwinięta, niż można było podejrzewać, a jemu samemu zajęło pełne dwa dni, by sformułować jakąś w miarę, w jego rozumieniu, sensowną odpowiedź na to, co się stało. Oto ona:
      „I na koniec, jeszcze coś, domyślasz się już, co. Zdanie Dominiki (pani L.) o Tobie, chociaż emocjonalne, okazało się trafne. Piszę to z prawdziwą przykrością.
      Dokładnie pamiętam, co napisała o Tobie, na blogu, gdy wytrząsałeś się nad walczącym o posadę na rzeszowskiej uczelni Pawłem.
      Wolałbym, aby Dominika tu nie miała słuszności, zwłaszcza że już sama jest stąd daleko, z własnego wyboru. Wolałbym mieć przyjaciela. Stało się inaczej.
      Trudno, zerwałeś z tą miłą dziewczyną, uwielbiającą Ciebie, tak samo jak tym szaleństwem mieszania ‘wszystkiego ze wszystkim’, zerwałeś ze mną
”.
      Daję słowo, że w życiu bym nie wyciągał tu sprawy, którą w swoim szaleństwie poruszył A-Tem, ale ponieważ pojawiła się tu owa „miła, uwielbiająca mnie dziewczyna, z którą ja zerwałem” i część z nas może się poczuć skonfudowana, uważam, że przynajmniej im należy się bardziej bezpośrednie wyjaśnienie, z czym mamy do czynienia i nie mam już innego wyjścia, jak przejść do sedna.
      Otóż w pierwszej chwili, wbrew zapowiedziom A-Tem-a, kompletnie nie miałem pojęcia, o co chodzi ze wspomnianą Dominiką, ale po tym jak przeszukałem wszystkie zakamarki swojej pamięci, przypomniałem sobie jedyną Dominikę, o którą tu może chodzić – podkreślam, „może”, bo pewności wciąż mieć nie mogę. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja z A-Tem-em – a niech już będzie, że z Leszkiem Kensbokiem – rozmawiałem w życiu trzy razy. Pierwszy raz, kiedy najwidoczniej oszalał wspomniany Paweł, znany nam jako FYM, i Leszek zadzwonił do mnie, pytając, czy nie wiem, co z nim, a ja mu odpowiedziałem, że nie wiem. Trzeci raz, ostatnio, podczas wspomnianego spotkania w Bytomiu, ale dla nas dziś najciekawsze pozostaje spotkanie środkowe, kiedy to zadzwonił on do mnie i poprosił o radę. Sprawa polegała na tym, że on się zakochał w pewnej dziewczynie imieniem Dominika i chciałby się z nią ożenić, jednak ona, mimo pierwszych przyjaznych gestów kierowanych wobec Leszka, zerwała z nim wszelkie kontakty. Nie odpowiada na maile, nie reaguje na sms-y, nie odbiera telefonów, i Leszek jest rozbity. On jednak wciąż jest zdeterminowany, by nadal walczyć i ma taki plan, by bez ostrzeżenia przyjechać do niej do Polski, zapukać do jej drzwi i zapytać: „Is you is or is you ain’t my baby?” W tej sytuacji Leszek prosi mnie, bym mu doradził, co ma robić. Powiedziałem mu, że skoro ona nie chce z nim mieć nic wspólnego, powinien jej dać spokój. Trochę pogadaliśmy, w końcu on  mi podziękował, a w zamian za pomoc przysłał butelkę Laphroiga plus otwieracz do konserw, za który, tak na marginesie, jestem mu wdzięczny znacznie mniej niż za Laphroiga, i na tym sprawa się zakończyła.
      Dziś jak widzimy, w odpowiedzi na moją prośbę, by przestał mnie molestować, pisze Leszek Kensbok o… Dominice, która rzekomo mnie uwielbiała, a ja z nią zerwałem.
      Pisząc ten tekst, zajrzałem na blog wybitnego polskiego reżysera filmowego, Tomasza Gwińcińskiego, który zamykając dyskusję pod swoim tekstem dotyczącym moich podłości napisał co następuje:
      „Sorry, że nie komentuję, ale temat wydaje mi się wyczerpałem, wpisy Leszka obok chyba też stawiają kropkę nad i”.
      Oczywiście  już sam w sobie „Leszek” robi mocne wrażenie, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że nie, nie stawiają. Kropka nad i została postawiona właśnie teraz.

Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. To jest naprawdę lektura obowiązkowa. Tu: www.basnjakniedzwiedz.pl.

wtorek, 8 maja 2018

A-Tem i ja, czyli kto piszczy w Sieci


       Dzisiejsza notka może wywołaś pewne zamieszanie, jednak zapewniam, że przygotowywałem się do niej długi bardzo czas i ponieważ wreszcie uznałem, że przyszedł odpowiedni moment, proszę posłuchać.
       Otóż od pierwszego momentu jak ponad 10 lat temu zacząłem prowadzić ten blog, wśród komentatorów zaczęły się wyróżniać następujące osoby: LEMMING, don esteban, Kozik,  A-Tem, Ginewra, Orjan, oraz Don Paddington. To ich komentarze przede wszystkim tworzyły jakość tego miejsca i to im zawdzięcza ono swoją dzisiejszą pozycję. Dziś, po tych wszystkich latach, aktywnie nas tu wspiera jedynie Orjan. Don esteban zamilkł, Ginewra, podobnie jak Kozik, pojawia się od czasu do czasu, LEMMING praktycznie zniknął, Don Paddington również zapadł się pod ziemię, a A-Tem został stąd wrzucony z hukiem na zbity pysk.
       Z większością z nich mam ciągły kontak osobisty. LEMMING, podobnie zresztą jak Kozik,  pozostaje moim wielkim przyjacielem, Ginewra jest moją niemal sąsiadką, którą raz na jakiś czas spotykam i sobie ucinamy rozmowę, z Orjanem mam kontakt telefoniczny, a Don Paddington to również przyjaciel, a przede wszystkim mój pierwszy duszpasterz. A gdy chodzi o A-Tema, to on, jak mówię, został stąd wypieprzony w kosmos… otóż nie całkiem. Ale żeby przejść do tematu, potrzebuję otworzyć osobny akapit.
      Otóż wszyscy pewnie znamy A-Tema, człowieka nadzwyczaj elokwentnego, wykształconego, eksperta we wszystkich możliwych dziedzinach, fantastycznego i nadzwyczaj inteligentnego komentatora. Dlaczego on stąd został wyrzucony, i to nie tylko przeze mnie, jest tak naprawdę bez znaczenia, ale nawet gdyby potrzebne były jakieś wyjaśnienia, zabrakłoby na nie miejsca. Chcę dziś jednak bardzo opowiedzieć pewną historię, która ma wiele wątków, jest dość skomplikowana, również dla mnie, jako osoby próbującej to wszystko ubrać w słowa, ale co ma być powiedziane, powiedziane być musi.
       Otóż jeszcze parę lat temu na moim blogu toyah.pl pojawił się komentator, podpisujący się Chris Horse, który regularnie, czasem i dzień w dzień, zamieszczał tego typu komentarze:
        Ed-toyah , powazny kretyn, wystrugany z ludowej, zolnierskiej lipy pasikonik na biegunach primo voto baran Harold, przewodnik stada latajacych owiec.
- TUTAJ : https://www.youtube.com/watch?v=-iZQaq-P77A
         - Najprostsze tlumaczenie musisz spierdolic serce kapusty ....przekrecajac fakty i manipulujac bezczelnie  w jezyku walijskim. Czerwone, dziedziczne, bezwzgledne scierwo jestes ...
8-)))))))
         O interpretacji filmu "The Deer Hunter" przez wrodzone dobre wychowanie plus litosc nie wspomne chlopku malorolny. https://en.wikipedia.org/wiki/Execution_of_Nguy%E1%BB%85n_V%C4%83n_L%C3%A9m
         Ps.
         Post scriptum .
         Uwaga !    Uwaga !    Achtung !     Achtung !      Wazny komunikat  !
        Akwarium czytaj POLSKA .
       - Wczoraj w godzinach wieczornych  ze  Szpitala Przemienienia uciekl  chory psychicznie  dr           Snopek z Deblina. Pacjent  podaje sie za  slawnego , polskiego  pisarza -  Stefana Zeromskiego.
Na identyfikatorze lekarskim,  jaki nosi zbieg  ubrany w fartuch lekarski, zielona Maske p.gaz, czerwone podkolanöwki i zölte pepegi    jest umieszczony   pseudonim artystyczno - konspiracyjny:
-  Prof. dr hrabia Zubow .
- TUTAJ :
 8-)))))))))))))))))))))))
Tlumaczenie z jezyka slowenskiego fragmentu   Curriculum Vitae -  Xionc Pinionc lysy XVII, opat  z klasztoru Cystersöw Bosych
”.
       W zeszlym roku odbyły się Bytomskie Targi Książki i to tam po raz pierwszy w życiu miałem okazję poznać, znanego mi dotychczas tylko z internetu i parę razy z rozmów telefonicznych, A-Tema. Pogadaliśmy trochę i w pewnym momencie opowiedziałem mu o tym, że jestem niemal codziennie dręczony przez owego Chrisa Horse’a i proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie A-Tem powiedział mi co następuje: „On już więcej do ciebie nie będzie pisał. Skąd wiesz”, zapytałem. Bo mu powiedziałem, że ma przestać”, odpowiedział A-Tem. „A czemu on miałby cię posłuchać”, zaciekwiłem się. I wtedy padła odpowiedź: „Bo mu kazałem”.
       Co sobie pomyślałem, to pomyślałem, pożegnaliśmy się, przez dłuższy czas Chris Horse faktycznie milczał, jednak w pewnym momencie znów się odezwał, a więc w wolnej chwili zadzwoniłem do A-Tema, a ten mi odpowiedział tak: „Niestety nie mam już na niego wpływu”. I tu też, co sobie pomyślałem, to pomyślałem, ale i tym razem zachowałem to wszystko dla siebie.
       Potem nastąpiła seria wydarzeń, która doprowadziła do tego, że A-Tem został stąd wyrzucony, i w tym momencie na toyah.pl pojawił się komentator podpisujący się nickiem „Roxana” i znów, tym razem już faktycznie dzień w dzień, niekiedy po kilka razy, zaczął publikować niemal jednobrzmiące komentarze, których głównym elementem był epitet „spaślun”, a któregoś dnia pojawiło się coś takiego: 
       Czytelniczki i Czytelnicy bloga Osiejuka, konika polnego na biegunach, zdają sobie
( sic! ) sprawę z konfabulacji tegoż...:) Co tu jeszcze pisać? :(”.
       Ów „konik polny na biegunach” oczywiście zrobił na mnie pewne wrażenie i wzbudził kolejne podejrzenia, ale wciąż nie mając całkowitej pewności, co się tu wyprawia, zachowywałem nadal pełną dyskrecję. I oto, proszę sobie wyobrazić, zajrzałem wczoraj na blog kogoś, kto publikuje od pewnego czasu na Szkole Nawigatorów pod nickiem „slepamanka” i trafiłem na następujące zdanie:
       „Przywódcy eliciarze tych partii zostali wykreowani właśnie w Magdalence, w której to Czesław Kiszczak wystrugał z banana, ulepił z gliny, czy wystrugał z lipy moc autorytetów oralnych, takich jak Lech i Jarosław Kaczyńscy, Donald Tusk, Aleksander Kwaśniewski, czy Bronisław Geremek, że wspomnę o najważniejszych”.
        Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, mogę już tylko zachęcić wszystkch do choćby minimalnej koncentracji i przypominam piękną, dziś już niemal klasyczną sentencję: „Jakie to przyjemne uczucie, że oni nie wiedzą, że jestem psem”.
        Przy okazji, przepraszam bardzo za zawód, który sprawiłem tym wszystkim, którzy ostatnio tak bardzo tęsknili za komentarzami kolegi A-Tema, a jego przy okazji uprzedzam, że jeśli spróbuje się znów, czy to tu, czy tam, odezwać, ujawnię jego imię i nazwisko i będzie wstyd. Może to potraktować jako rozkaz.

Książki moje i inne, są jak zawsze do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.




Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...