Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senat. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2020

Czy w czasie politycznej pandemii Adam Lipiński czyta Przygody Koziołka Matołka?


     Przyznam szczerze, że chyba po raz pierwszy w życiu poczułem się bezradny wobec politycznych zdarzeń, a to w tym sensie, że nie potrafię w żaden sposób ani określić tego, co się kroi, ani nawet przedstawić jakichś bardziej sensownych spekulacji. I wcale nie chodzi mi o to, że to co się dzieje, w jakiś sposób mnie zaskakuje i nie potrafię powiedzieć, czemu jest tak, a nie inaczej i co trzeba by zrobić, żeby było lepiej. Rzecz w tym, że ja w ogóle nie czuję się niczym zaskoczony, tyle że mam wrażenie, że cokolwiek by się stało, ja bym musiał tak czy inaczej być na to przygotowany, bo sytuacja robi wrażenie maksymalnie otwartej. To natomiast co mnie męczy, to to, że ja z jednej strony widzę spokój z jakim do tego wszystkiego podchodzą politycy Prawa i Sprawiedliwości, z drugiej oglądam rozradowane twarze przedstawicieli opozycji, a jednocześnie widzę wyraźnie, że o ile ów spokój robi wrażenie autentycznego, to wspomniana radość już niekoniecznie. I to, powiem szczerze, też mnie nie dziwi. W końcu oni są równie jak ja doświadczeni trzydziestoma latami politycznej działalności Jarosława Kaczyńskiego, i to działalności w ostatecznym rozrachunku nadzwyczaj udanej, i muszą wiedzieć, że podobnie jak ja, nie wiedzą wciąż nic i że każdy nowy dzień może im się zwalić na te roztrzęsione łby z potrójną mocą.
        A więc, jak mówię, nie jestem kompletnie w stanie ocenić ani tego co przed nami, ani nawet tego, jakie są zamiary tych, którzy praktycznie mają wszystkie karty w ręku, a w rękawach dodatkowe asy, i to mnie bardzo dręczy. Mimo to jednak chodzą mi po głowie pewne myśli i sądzę, że nie zaszkodzi się tu nimi podzielić, choćby dlatego, że jak podejrzewam, nie ja jeden czuję dziś tę pustkę.
      Otóż jak wiemy, wczoraj Senat odrzucił sejmową ustawę w sprawie wyborów korespondencyjnych i zrobił to z takim przytupem, że chyba nikt z nas się tego nie spodziewał. Ja już jakiś czas temu zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że ów Senat, z najmniejszą przewagą z możliwych, nie dość że wszystko wygrywa, to jeszcze stworzył wokół siebie atmosferę wręcz alternatywnego ośrodka władzy, której nikt ani nie kwestionuje, ani nawet zakwestionować nie próbuje. Marszałek Grodzki ze swoimi 50 senatorami jest traktowany niemal ja zło konieczne, które musi być tolerowane, bo innego wyjścia nie ma. Podobnie sytuacja wyglądała w ciągu minionego miesiąca, kiedy to chyba nikt po którejkolwiek ze stron nawet nie pisnął, że przecież wystarczy, by tak zwany antypis stracił jednego senatora, i wspomniana ustawa jedzie prosto do Prezydenta. Zupełnie jakby każdy wiedział, że coś takiego jest zwyczajnie wykluczone. Bardzo to dziwne.
       Myślałem o tym, trochę na ten temat pisałem i patrzcie państwo co się stało wczoraj. Oni w rzeczy samej stracili jednego senatora, a tym samym, teoretycznie rzecz biorąc, możliwości odrzucenia poselskiej ustawy, i aż się prosiło, by przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości stawili się tam solidarnie i cały ten zgiełk by natychmiast umilkł. A jednak się nie stawili, i to wręcz nie stawili się w bardzo znacznej sile, zupełnie jakby chcieli pokazać, że im na tym zwycięstwie zwyczajnie już nie zależy. Dziś marszałek Karczewski tłumaczy się, że oni się nie spodziewali, że Grodzki z Kamińskim zorganizują to głosowanie jeszcze we wtorek i stąd to wszystko, ale w tego typu tłumaczenia to ja zwyczajnie nie wierzę. Na tym poziomie polityki, i to jeszcze w tak dramatycznych okolicznościach, taka nonszalancja się nie zdarza. A to prowadzi mnie do podejrzenia, że może tak naprawdę owe okoliczności wcale nie były aż tak dramatyczne jakby się mogło wydawać. Może oni już od dłuższego czasu wiedzieli, że z terminu 10 maja nic nie będzie, a skoro tak, to też nie ma sensu ciągnąć owego pomysłu z wyborami korespondencyjnymi, zwłaszcza gdy faktycznie one robią wrażenie niezbyt solidnych i chyba też nie cieszą się szczególnym społecznym poparciem. Może jest tak, że im już od dawna zwyczajnie przestało zależeć na owym senackim zwycięstwie, z tego choćby względu, że ono tak naprawdę mogłoby się stać wyłącznie obciążeniem. Niech więc teraz nawet i 10 posłów od Gowina zagłosuje za przyjęciem senackiego „weta”; niech ich będzie nawet i 18 – nic to nie zaszkodzi. Trybunał Konstytucyjny zaklepie termin 23 maja, Sejm go już oficjalnie ogłosi i w tę, mam nadzieję, słoneczną i ciepłą sobotę frekwencja wystrzeli.
       Ktoś powie, że to wcale nie jest taki optymistyczny scenariusz, bo jeśli faktycznie Prawo i Sprawiedliwość straci większość w tej sprawie, to może równie łatwo stracić większość w ogóle jako partia rządząca i dojdzie do sytuacji podobnej do tej, jaka miała miejsce w czerwcu 1992, tyle że dziś Waldemara Pawlaka zastąpi Jarosław Gowin. I ja oczywiście tę ewentualność, podobnie jak każdą inną, biorę pod uwagę, tyle że tu znów nie wierzę, by Jarosław Kaczyński był już aż tak spierniczały, żeby się dać w tak kiepski sposób wystawić, no a poza tym, nie sądzę, by tego typu akcję dało się skutecznie przeprowadzić bez pomocy służb, no i jeszcze w tak krótkim czasie. A więc nawet jeśli oni coś będą kombinować, to do 23 maja się nie zorganizują na tyle mocno, by owe wybory zatrzymać. A więc już bardziej wydaje mi się prawdopodobne, że Kaczyński powiedział Gowinowi, że skoro chce, niech sobie głosuje przeciw, tworzy własny klub i dalej wspiera rząd, a wszystko mu zostanie wybaczone, no i on to oczywiście połknął jak głupi.
       No ale powtórzę to raz jeszcze: tak naprawdę jeszcze nigdy w życiu nie czułem się aż tak bezradny wobec czegoś tak przewidywalnego i rozpoznawalnego jak polityka. A w tej też sytuacji, nie mam zupełnie pojęcia, czy ta moja analiza jest słuszna choćby i w małej części. Natomiast rzeczywiście mam wielkie zaufanie do politycznych talentów Jarosława Kaczyńskiego, zwłaszcza z tymi ludźmi, których ma dziś w swoim najbliższym otoczeniu.
       Na zakończenie, i chyba bardzo dobre podsumowanie tych myśli, opowiem anegdotę o jednym z nich. Otóż wczoraj Onet, relacjonując spotkanie Jarosława Gowina z Jarosławem Kaczyńskim, napisał co następuje:
       Co ciekawe, o przebiegu rozmów nie ma pojęcia wiceprezes PiS Adam Lipiński. – Nic o tym nie wiem, w tym czasie czytałem książkę – powiedział”.
        Przypominam, że Lipiński to człowiek, który kiedyś powiedział, że PiS bez Gowina sobie poradzi, natomiast Gowin bez PiS-u już w żaden sposób. Wprawdzie to nie jest coś tak wybitnego jak zalecenie mojej świętej pamięci cioci, która kiedyś mi poradziła, bym, kiedy mnie będą namawiać do współpracy, powiedział, że mnie boli głowa, ale i tak bardzo mi się podoba obraz Lipińskiego, jak on nie jest w stanie się skupić na rozmowie obu panów, bo jest zajęty czytaniem książki. Mam tylko nadzieję, że jest to coś naprawdę fajnego. Powiedzmy „Przygody Koziołka Matołka”.


  
      

środa, 13 listopada 2019

O Zjednoczonej Demokracji po raz pierwszy i możliwie ostatni


      Kto wie, ten wie, kto nie, temu chciałem zwrócić uwagę na pewien bardzo moim zdaniem istotny dla tak zwango świata demokratycznego szczegół. Otóż niedawno na Węgrzech doszło do wyborów samorządowych, gdzie skutkiem znanej nam wszystkim sytuacji, wystartowały zaledwie dwa ugrupowania; pierwsze z nich to rządzący na Węgrzech z sukcesem od lat Fidesz, a z drugiej koalicja wszystkich pozostałych partii, od najbardziej radykalnej lewicy do najbardziej konserwatywnej prawicy. Ponieważ w walce o Budapeszt Fideszowi nie udało się uzyskać większości, burmistrzem stolicy Węgier został kandydat zjednoczonej opozycji Gergely Karácsony, uzyskując 50,86% głosów, i w ten oto sposób wolny świat mógł wreszcie ogłosić zwycięstwo na Węgrzech demokracji i sromotną porażkę kandydata Fideszu, Istvána Tarlósa, który spotkał się z poparciem zaledwie 44,10% mieszkańców Budapesztu i okolic..
       Przypomniałem sobie, nie po raz pierwszy zresztą w ostatnich tygodniach, tamtą sytuację, przy okazji tego, co się dzieje u nas w Polsce, a zwłaszcza za każdym razem, gdy z nadzwyczajnym uporem media publikowały mapkę – co ciekawe mapkę wyprodukowaną na owych mediów potrzeby  przez Państwową Komisję Wyborczą – z której wynikało niezbicie, że Prawo i Sprawiedliwość dosłownie przerżnęło ostatnie wybory parlamentarne, zwyciężając zaledwie w kilku wschodnich województwach. Cała reszta kraju, wolą narodu oczywiście, trafiła w ręce zjednoczonej opozycji. Dziś natomiast, kiedy wreszcie rusza nowy parlament, a marszałkiem Senatu zostaje kandydat Platformy Obywatelskiej, Tomasz Grodzki, mam w głowie już tylko obraz tych wyciągniętych w geście zwycięstwa ramion, w uszach okrzyk: „Zwyciężyła demokracja!” i długie, niemilknące brawa.
       Jak wiemy, w całej najnowszej historii polskiego parlamentaryzmu nie zdarzyło się tak, by którekolwiek ugrupowanie, czy też koalicja ugrupowań zdobyły bezwzględność większość. Dotychczas było tak, że wyborcy otrzymywali przeróżne, czasem aż nazbyt liczne oferty, z których mogli wybierać, no i w efekcie ktoś tam te wybory wygrywał. Pierwszym ugrupowaniem, które przekroczyło owe zaklęte 50 procent – oczywiście nie w całej Polsce, ale w wielu miejscach – było Prawo i Sprawiedliwość, a tym samym uzyskało bezwzględną większość w Sejmie. I tak to zadziałała w Polsce demokracja. Jak wszyscy widzimy od wczoraj, marszałkiem Senatu nie zostaje przedstawiciel partii, która uzyskała największą liczbę głosów, ale kandydat jednej z partii formalnie tworzącej tak zwaną „Koalicję Obywatelską”, a w rzeczywistości znanej nam aż nazbyt dobrze „Zjednoczonej opozycji”.
       Czy to jest demokracja? Oczywiście że nie. Demokracja bowiem polega na tym, że różne polityczne siły walczą ze sobą na programy, ludzie z owych programów wybierają to co im najbardziej pasuje, no i w końcu podejmują decyzje. Tu, jak chyba wszyscy widzimy, w ogóle nie było walki na programy. Jedyną partią, która miała jakikolwiek program, było Prawo i Sprawiedliwość i ów program zdobył w wyborach największą liczbę głosów. Cała reszta startowała – podobnie zresztą jak to miało niedawno miejsce na Węgrzech – pod jednym tylko hasłem: „Niszcz faszyzm!”. No i wczoraj własnie ów faszyzm został zniszczony, a ów dziwny lekarz mógł ogłosić zwycięstwo demokracji.
       Okropna jest, przyznam szczerze, ta chwila. Oczywiście, wciąż pamiętam o różnicy między Węgrami, a Polską, gdzie póki co przynajmniej w koalicję z liberałami, zielonymi, oraz lewactwem spod znaku LGBT nie weszła jeszcze Konfederacja. Z drugiej jednak strony, oglądałem wczoraj Krzysztofa Bosaka, który wyglądał na bardzo zadowolonego z faktu, że w tej kadencji Prawo i Sprawiedliwość nie będzie mogło robić, co mu się żywnie podoba, bo skutecznie będzie mu podstawiał nogi demokratycznie wybrany Senat. Konfederacji, jak wiemy, w Senacie nie ma, w Sejmie nawet jej najszczersze chęci nie dadzą rady wpłynąć na stan rzeczy, zastanawiam się natomiast, co by było, gdyby oni jakimś cudem uzyskali te trzy, czy cztery miejsca w Senacie. Bardzo chciałbym to widzieć, jak, czy to Bosak, czy jakiś inny Tumanowicz, podnoszą rękę projektami napisanymi w brukselskich gabinetach. I powiem zupełnie szczerze, że wcale nie uważam, że to jest jakaś szczególna fikcja. W końcu mamy demokrację, czy nie?




poniedziałek, 17 października 2011

Romaszewski

Zanim na dobre zacznę pisać te refleksje, muszę przyznać się do tego, że do osoby Zbigniewa Romaszewskiego, ich głównego bohatera, mam stosunek wręcz bałwochwalczy. Jest tak, że słyszę nazwisko Romaszewski i raptownie maleję. Widzę Romaszewskiego w telewizji i odkładam na bok wszystko co akurat mam pod ręką. Słyszę jak Romaszewski mówi – zamieniam się w słuch. Kompleks ten – bo z całą pewnością ma to wymiar kompleksu – towarzyszy mi jeszcze od lat 70-tych, a więc od czasu, gdy o istnieniu i o działalności Romaszewskiego dowiedziałem się po raz pierwszy. Dowiedziałem się o nim, zobaczyłem go, usłyszałem jak i co mówi, i uznałem, że Romaszewski to jest ktoś, kto gdy wchodzi, wszyscy powinni się zamknąć i wstać.
I wcale nie mam na myśli tego, że Romaszewski jest dla mnie jednym z bohaterów polskiej walki o prawdę i wolność, i że na tej liście zajmuje pierwsze miejsce. Kandydatów do tego miejsca wcale nie jest tak mało. Uważam na przykład, że i Antoni Macierewicz i Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda, nie mówiąc już o Jarosławie Kaczyńskim i tych wielu, dziś kompletnie zapomnianych, ludziach, są dla tej walki zasłużeni w nie mniejszym stopniu niż on, a jeśli ktoś chce, niech będzie, że i w większym. Rzecz w tym, że żaden z nich nigdy nie budził we mnie tak wielkiego, wręcz irracjonalnego, szacunku. Zanim została wbita w tamto smoleńskie błoto, miałem szczęście i zaszczyt poznać Annę Walentynowicz. Miałem szczęście i zaszczyt mieć zapisany w swoim telefonie jej numer telefonu i z tego numeru z odpowiednio skromną częstotliwością korzystać. Miałem też szczęście i zaszczyt zachowywać świadomość, że kiedy do niej dzwonię, ona wie, kto dzwoni. Jednak, rozmawiając z nią, ani nie czułem tremy, ani nie zasychało mi w gardle, ani też nie miałem świadomości, że dzieje się w moim życiu coś rewolucyjnego. Ja w ogóle traktuję ludzi w sposób dość demokratyczny. Wszystkich. Wydaje mi się, że nawet gdyby mi się zdarzyło kiedyś wpaść w ten typ towarzyskiej bliskości z Jarosławem Kaczyńskim, też bym umiał zachować podstawowy spokój. Jak idzie o Romaszewskiego – sytuacja wygląda zupełnie inaczej. I to właśnie mam w głowie, kiedy mówię, że moje myśli na jego temat mają wymiar kompleksu.
Zbigniew Romaszewski był senatorem RP od 1989 roku bez przerwy. To że on jest senatorem, z mojego punktu widzenia, było czymś tak naturalnym, że aż trywialnym. Powiem więcej. Przy wszystkim moich zastrzeżeniach do tego, czym w dzisiejszej Polsce jest Senat i przy świadomości, czym on jest w istocie, ja zawsze miałem poczucie, że nawet gdyby on miał istnieć tylko ze względu na Romaszewskiego, byłby to powód jak najbardziej wystarczający. A gdyby Polska miała to szczęście, by takich senatorów jak Romaszewski mieć więcej, to taki Senat byłby tej Polski dumą i chwałą. I podkreślam to raz jeszcze. Nie chodzi mi tu o to, że senatorowanie Zbigniewa Romaszewskiego miało jakiś walor konkretny, że on, jako senator, dokonał czegoś epokowego. Ani ta epoka ani nawet on sam, ze swoimi możliwościami i swoją historią, nie stworzyły tu większych szans. Cały czas chodzi mi wyłącznie o ów wymiar symboliczny. O Romaszewskiego jako człowieka, który gdy wchodzi do pokoju, wszyscy milkną i wstają z miejsc.
Właśnie patrząc na Romaszewskiego z tej perspektywy, uważam wydarzenie sprzed czterech już lat, kiedy to Platforma Obywatelska, z szatańską wręcz beztroską, nie zgodziła się, by Zbigniew Romaszewski został nawet nie marszałkiem, ale choćby wicemarszałkiem Senatu, za znak czasów i to znak wyjątkowo paskudny. Najpierw moment odrzucenia jego kandydatury, a następnie te wszystkie dyskusje i targi, gdzie z jednej strony mieliśmy owo niezwykłe zdziwienie, że mogło dojść do czegoś tak niepojętego, a z drugiej tę zimną racjonalizację, że niby o co chodzi? Jest demokracja, czy jej nie ma? A w tym wszystkim, sama osoba Romaszewskiego, któremu tak niezręcznie było się choćby odezwać i to co się stało skomentować.
Zbigniew Romaszewski własnie przestał być senatorem. Jak tyle razy wcześniej, wystartował w wyborach i tym razem przegrał. Niektórzy mówią, że nie ma się czym przejmować, bo on dostał naprawdę bardzo dużo głosów i jego społeczna i historyczna pozycja pozostaje niezachwiana. Podobnie jak jego zasługi dla Polski. Mówią niektórzy, że to co się stało, to w gruncie rzeczy wypadek spowodowany nieudanym eksperymentem pod nazwą JOW. Poza tym, w końcu Romaszewski nie przegrał z byle kim, ale z samym Markiem Borowskim – człowiekiem, który dla wielu jest w ten sam sposób bohaterem i autorytetem, jak Romaszewski dla mnie. No właśnie. To właśnie mnie dziś tak bardzo dręczy. Że przyszły czasy – czasy, które miały swój początek cztery lata temu, kiedy to zdominowany przez Platformę Obywatelską Senat odrzucił kandydaturę Romaszewskiego – gdy bohaterstwo stało się częścią popularnej kultury, a ludzka wielkość kwestią demokratycznego gustu.
Pojawiają się głosy, że Zbigniew Romaszewski nie został senatorem przez swoje zaangażowanie w obronie stadionowego bandyty, niejakiego „Starucha”. Że Romaszewski stracił swoją szansę i nie został wybrany senatorem niejako na własne życzenie, gdy, nie rozumiejąc logiki kampanii wyborczej i potęgi tak zwanego wizerunku, uznał, że wszystko dobrze, ale najlepiej jest jednak pozostać wiernym sobie. Obejrzałem sobie w Internecie rozmowę, jaką na parę dni przed wyborami, przeprowadziła z nim dla Radia Zet Monika Olejnik, i która to rozmowa jest dziś powszechnie traktowana, jako gwóźdź do jego senatorskiej trumny. Przez niemal całą rozmowę, Monika Olejnik próbuje z Romaszewskiego wydusić przyznanie, że „Staruch” to bandzior, bo jakże tak można uderzyć w twarz innego człowieka? Czy pan, panie senatorze, by chciał, żeby ktoś pana uderzył w twarz? Czy pan, panie senatorze, uważa, że to w porządku jest kopnąć kobietę w kręgosłup? W kręgosłup!!!
Słucham tych słów i przyznam szczerze, że już nawet nie interesuje mnie, co ma do powiedzenia na ten temat, jeszcze wciąż wtedy senator, Zbigniew Romaszewski, bo najważniejsze jest dla mnie przyglądanie się tym dwóm twarzom – twarzy Moniki Olejnik, która przez te wszystkie lata jest już tak wyćwiczona, że nie sposób zgadnąć, czy ona wie, czy nie wie, że kłamie, i twarzy Romaszewskiego, i jego oczom, które wyrażają już tylko najbardziej dramatyczne zdziwienie, że oto może istnieć aż taka plazma. Ale też nie słucham tego, co mówi Zbigniew Romaszewski, bo miałem okazję wielokrotnie wcześniej bardzo skutecznie zapoznać się jego w tej sprawie wyjaśnieniami, i wiem, że on zaangażował się w obronę „Starucha” na tej samej dokładnie zasadzie, na jakiej przed niemal już czterdziestu laty angażował się w obronę innych bandziorów – bandziorów z Radomia i Ursusa. Bandziorów. Nie robotników, a właśnie bandziorów. A prawdziwy dziś problem polega na tym, że kiedy Romaszewski tłumaczy tę kwestię najlepiej jak potrafi, wielokrotnie, do znudzenia, to z drugiej strony wciąż pada to samo pytanie: „Ale czy pan uważa, że to w porządku uderzyć kogoś w twarz?”
Pamiętam wywiad, jaki ze Zbigniewem Romaszewskim, przy aktywnym uczestnictwie ministra Kwiatkowskiego, przeprowadził Bogdan Rymanowski. Romaszewski, coraz bardziej zniecierpliwiony, powtarzał wciąż, że on w latach 70-tych również bronił bandytów, ludzi, którzy niemal bez wyjątku mieli kryminalną przeszłość i wieloletnie wyroki, i że to własnie na tamtej obronie zbudował swoją dzisiejsza pozycję. A na to Kwiatkowski łapał się za głowę, że jak to w ogóle można porównywać „Starucha” do dzielnych robotników.
Przyznaję, że raz w życiu miałem do Zbigniewa Romaszewskiego pretensje. Za to, że zaangażował się w obronę Krzysztofa Piesiewicza. Bronił on go wtedy, wbrew faktom, wbrew dowodom, wbrew usprawiedliwionemu społecznemu oburzeniu, wbrew najbardziej podstawowemu moralnemu instynktowi. I oto dziś widzę Zbigniewa Romaszewskiego, jako człowieka, którego ja szanuję właśnie za to – również za to – że wtedy zdecydował się stanąć obok Piesiewicza. Bo na tanią publicystykę może sobie pozwalać choćby ktoś taki jak ja. Co tam ja? Niemal każdy z nas. Szczerze powiedziawszy, czasy są takie, że na tanią publicystykę pozwolić sobie może każdy. Nawet prezydent. Nawet premier rządu. I oczywiście, nic by nikomu nie zaszkodziło, gdyby i Zbigniew Romaszewski rozejrzał się wokół siebie, przyjął do wiadomości fakt, że pewna epoka się dawno skończyła i że wreszcie można sobie pozwolić na wesoły uśmiech. I uśmiechnąłby się, i zrzucił z siebie to napięcie, i rozsiadł się wygodnie w fotelu. A na jego twarzy, zamiast tej, dziś już tak bardzo nie do zniesienia, zawziętości, pojawiłyby się spokój i życzliwość. I zamiast się niepotrzebnie denerwować, opowiedziałby nam Zbigniew Romaszewski, jak to fajnie było być kiedyś w „Solidarności”. I jestem pewien, że wtedy wszyscy ci, którzy zobaczyli nagle bohatera w Marku Borowskim, poszliby po rozum do głowy i zrozumieli, że nie warto robić z siebie idioty. Bo życie potrafi wybaczyć wiele, ale jest pewien rodzaj wstydu, który nie opuści człowieka do śmierci.
A zatem, Zbigniew Romaszewski nie jest już senatorem. Wreszcie, po tych wszystkich latach, nadszedł czas, kiedy on tym senatorem być przestał. Wczoraj widziałem w telewizji Marka Jurka. Marek Jurek też już nie jest bohaterem naszej zbiorowej wyobraźni, ale, jak widać, System uznał, że jest tam jeszcze wiele do wyciśnięcia. Obawiam się, że Zbigniewa Romaszewskiego prędko nie zobaczymy. Domyślam się oczywiście – wręcz jestem pewien – że on dalej, kiedy tylko „usłyszy głos prześladowanych i bitych”, znajdzie czas, by znaleźć się na miejscu i robić to, co robił zawsze. I znów pojawia się obawa. Obawa, że tym razem ani nikt już go nie będzie chciał słuchać, ani też nikt już nigdy nie poprosi go, by się wytłumaczył ze swoich horrendalnych zachowań przed okiem kamery. Świat bowiem nie potrzebuje ludzi o zawziętych i pomarszczonych wiekiem twarzach i ich nauk.

I to tyle. Pozostaje mi tylko powtórzyć - jakoś ostatnio wszyscy wciąż się powtarzają - swój apel: proszę, kupujcie książkę, wspierajcie ten blog. Głupio to mówić, ale jestem pewien, że warto.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...