wtorek, 29 stycznia 2019

Czym i dokąd zajeżdża Ewa Kopacz?


Jak już pewnie większość z nas wie, była premier Ewa Kopacz postanowiła nas właśnie poinformować, że jesteśmy zacofani i śmierdzimy naftaliną. Osobiście się nie gniewam i ową naftalinę biorę z dumą na swoją podstarzałą klatę, jako coś o co tak naprawdę walczyłem całe życie. Zastanawiam się natomiast, jaką satysfakcję może mieć człowiek, który ewidentnie zadaje siarką, i to na okrągło. Aby tę moją zadumę odpowiednio zilustrować, chciałbym przypomnieć swój felieton napisany jeszcze w roku 2014 specjalnie dla „Warszawskiej Gazety”. Powinno zabrzmieć.


      Nie potrafię zgadnąć, na co oni liczyli, ale wbrew wysiłkom naszych satanistów, Jan Paweł II został ostatecznie kanonizowany, jest już wreszcie naszym wielkim świętym, i można by pewnie z satysfakcją ogłosić, że zło zostało zduszone, gdyby nie fakt, że to jest niestety nieprawda. Jan Paweł II wprawdzie oficjalnie oręduje za nami u Najwyższego, natomiast Zły ani myśli ustąpić, a wybezczelnił się przy tym tak, że nie cofnął się nawet przed tym, by się zjawić na miejscu, a więc w samym Watykanie, i tam zrobić wszystko, by swoją obecnością próbować obniżyć rangę całego wydarzenia.
      Z tego co zdążyłem zauważyć, na czoło pochodu utworzonego przez to opętane towarzystwo wyszli prezydenci Komorowski i Kwaśniewski, którzy w watykańskich wnętrzach kazali sobie zrobić tak zwaną słitfocię, i pozwolili, by scena ta została obfotografowana z wszystkich stron przez reporterów z dziennika „Daily Mail”, i wypuszczona w świat na pośmiewisko gawiedzi. Na mnie jednak największe wrażenie nie zrobił ani Komorowski, ani Kwaśniewski, ani nawet pani Komorowska, której ci dwaj kazali pstryknąć z komórki to żenujące zdjęcie, ale ktoś zupełnie inny, mianowicie marszałek Ewa Kopacz, która nic sobie nie robiąc z faktu, że już kilka lat temu sama ustawiła poza Kościołem, pojechała tam z nimi wszystkimi i postanowiła się tam poudzielać, jako pobożna katoliczka.
      Gdybyśmy już zapomnieli, w czym rzecz, przypomnę pewne zdarzenie sprzed niemal już 6 lat. Oto zachęceni przez powszechną kulturę seksu, pewna nastoletnia Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i dziecko zaszło w ciążę. Matka nastolatki, według niektórych relacji, wbrew jej woli, zaordynowała aborcję. Ponieważ sytuacja była na tyle dramatyczna, że miejscowy szpital odmówił przeprowadzenia zabiegu, do akcji wkroczyły środowiska proaborcyjne i wspólnie z matką, ostatecznie Agatę namówiły do tego, by wydała na śmierć swoje dziecko.
      Problem pojawił się jednak wówczas taki, że gdziekolwiek oni prowadzili tę biedną dziewczynkę, kolejni lekarze solidarnie odmawiali przeprowadzenia zabiegu. Trwało to tak długo, atmosfera zaczęła tak gęstnieć, a histeria proaborcjonistów tak się podniosła, że do akcji, jako minister zdrowia, wkroczyła Ewa Kopacz i znalazła dziewczynce człowieka, który chętnie się podjął wykonania mokrej roboty.
      Agata została zawleczona na miejsce, i tam już, z dala od kamer i mikrofonów, młodsze z dzieci zostało zamordowane. Gdy chodzi o głównego organizatora egzekucji, czyli Ewę Kopacz, zaczepiona przez któregoś z dziennikarzy, oświadczyła, że osobiście czuje się świetnie, bo zachowała się, jak porządny urzędnik.
       I oto dziś ta sama Kopacz założyła na łeb elegancką czarną chustę, udała się do Watykanu, i pokazała nam wszystkim, co sobie myśli o tej całej religii, grzechu i jakichś ekskomunikach. A ja przyznam, że nie wiem, czy istniał jakikolwiek sposób, by jej uniemożliwić odprawianie tam tych czarnych rytuałów, natomiast jestem pewien, że przyjdzie czas, gdy ona spłonie. W towarzystwie, które sama sobie wybrała.

k.osiejuk@gmail.com


niedziela, 27 stycznia 2019

O arytmetyce współczucia


Na ten niedzielny poranek i resztę dnia proponuję swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że damy radę.     


      Kiedy piszę ten tekst, myślę sobie, że znaczna część z tych z nas, którzy wciąż pozostają pod wrażeniem zabójstwa Pawła Adamowicza, musi przeżywać ciężki szok spowodowany faktem, że zanim jeszcze nie wystygło wspomniane ciało, najpierw telewizja TVN24 zaproponowała wdowie po Zmarłym ekskluzywny wywiad, a ta, co jeszcze ciekawsze, ochoczo tę propozycję przyjęła. Co do mnie, zachowuję w tej sytuacji pewien spokój, spowodowany choćby faktem, że na własne oczy widziałem i słyszałem na własne uszy, jak już w chwilę po śmierci swojego męża i ojca obie panie Adamowicz wystąpiły przed kamerą i wygłosiły laudację na cześć Jerzego Owsiaka i jego Orkiestry, wzywając go do nierezygnowania z prezesowania owemu dobroczynnemu projektowi i kończąc swój apel okrzykiem „Siema!” Przepraszam więc bardzo, że wtracam się w cudze emocje, ale proszę mi pozwolić zachować swoje.
      Nie dziwi mnie zatem ani pomysł telewizji TVN24, by zaprosić panią Adamowicz na rozmowę, ani nawet tak wyraźnie zademonstrowana przez nią chęć podzielenia się na gorąco swoimi refleksjami z telewidzami, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na jeden element jej wystąpienia. Otóż osobiście nie znalazłem w sobie dość odwagi, by rzucić choćby okiem na to przedstawienie, natomiast, owszem, trafiłem w Sieci na jeden jego fragment, w którym pani Adamowicz oświadcza co następuje:
      Nie czuję nienawiści do tego człowieka, który zabił Pawła, ani nienawiści do jego rodziny. Ja mam ból w sercu, cierpienie, żal, ale wiem, że to zachowanie człowieka, który siedział w więzieniu i był indoktrynowany reżimową telewizją.
      […] Myślę, że to był mord polityczny. Nie w sensie konkretnego zlecenia od kogoś. Ta mowa nienawiści, też politycznej i karmienie tym ludzi spowodowało, że ten człowiek po prostu tak a nie inaczej się zachował”.
      Znów bardzo przepraszam za wtrącanie się w cudze emocje, ale uważam, że nie pozostawiono mi wielkiego wyboru. A zatem przypominam sobie jak w poniedziałek, czy to jeszcze zanim poinformowano o śmierci Adamowicza, czy może już po, rząd ogłosił, że wysyła rządowy samolot do Londynu po mieszkające w Stanach Zjednoczonych żonę Adamowicza i jego córki. Zaraz, chwila, ale co to się tu do ciężkiej cholery dzieje? Ona w niedzielę wieczorem dowiaduje się, że jej mąż został zaatakowany przez nożownika i albo walczy o życie, albo być może już tę walkę przegrał, i zamiast pędzić na lotnisko i łapać pierwszy samolot do Polski, snuje się po świecie, a następnie cierpliwie czeka aż Mateusz Morawiecki po nie przyleci, by nie musiały przepłacać? A kiedy już jest na miejscu, pierwsze co robi to staje przed kamerą i krzyczy „Siema!”, by chwilę później udać się do tej szczujni i oskarżać Bogu ducha winny PiS o to, że zamordował jej męża?
        Szanowna Pani, proszę się łaskawie zamknąć i przy okazji tę samą prośbę przekazać córce. Bo zwyczajnie nie wypada.

Moje książki są jak zawsze albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo u Michała w warszawskiej księgarni Foto-Mag,  ewentualnie można też pisać do mnie na adreses mailowy k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam gorąco.
     


sobota, 26 stycznia 2019

Powrót do przyszłości


       Jak wśród całego tego zgiełku związanego z zabójstwem Pawła Adamowicza części z nas udało się być może zaobserwować, legislatura stanu Nowy Jork uchwaliła właśnie prawo dopuszczające aborcję do dziewiątego miesiąca ciąży, a miejscowe środowiska liberalne postanowiły uczcić to wydarzenie wielką różową iluminacją na wieżowcu wybudowanym na miejscu zburzonych w roku 2001 wież World Trade Center. Wiadomość ta zrobiła na mnie szczególne wrażenie z dwóch względów. Przede wszystkim, chwilę temu moja córka urodziła dziewczynkę, nie w dziewiątym, lecz w ósmym miesiący ciąży, a ja to dziecko widziałem, przytuliłem do serca i ucałowałem. Drugi powód mojego wzruszenia to ten, że moim zdaniem oto wlaśnie została przekroczona pewna granica, która wprawdzie była mocno podejrzana, mimo to jednak gwarantowała zachowanie przynajmniej pozorów rozsądku. Otóż jeśli uznamy, że życie ludzkie jest chronione od momentu, kiedy „płód” jest w stanie funkcjonować „samodzielnie”, automatycznie znajdujemy się w sytuacji, gdzie możemy zacząć zabijać dzieci, które nie potrafią jeszcze samodzielnie ochronić się przed zimnem, czy zaspokoić głód. A kto wie, czy też za Phillipem K. Dickiem, owym planem nie ntrzeba będzie objąć też dzieci, które nie potrafią rachować, a więc te, które nie przekroczyły 12 roku życia… a więc te, które nie posiadają duszy.
       Nie mówimy o jakiejś bandzie freaków, które gdzieś założyły komunę i w ramach owej komuny ustaliły nowe prawo kwestionujące wszystko to w co współczesna cywilizacja nas wyposażyła, lecz o legislaturze stanu Nowy Jork, a więc czegoś, co nie jesteśmy w stanie traktować jak żart. W tej zatem sytuacji myślę, że nie zaszkodzi jeśli przpomnę fragment tekst opublikowanego tu wiele lat temu, natomiast oryginalnie sięgającego czasów, kiedy ja jeszcze nie miałem pojęcia o tak zwanych „blogach” i starałem się udzielać zaledwie na łamach mediów drukowanych, niekiedy z sukcesem. Oto zatem fragment tekstu opublikowanego kiedyś w tygodniku „Solidarność”, a potem powtórzonego tu na tym blogu. O tym właśnie, o czym dziś rozmawiamy.



        Szanowny Panie Marszałku, Pani Prezydent, Panie i Panowie Posłowie! Wydawałoby się, że nasze społeczeństwo wystarczająco długo korzysta z dobrodziejstw uczestniczenia w Nowej Kulturze Europejskej, by zrozumieć, że czasy obskuranckiego dogmatu i czarnego zabobonu odeszły w niesławną niepamięć. Wierzylismy w to i chcielibyśmy wierzyć również i dziś, że te ponure demonstracje, z którymi mieliśmy do czynienia jeszcze w ubiegłym  roku, to był jedynie bezmyślny wybryk paru chorych z nienawiści pań w moherowych czapkach. Z przykrością dziś, jako przedstawiciel ugrupowania, mającego w swojej nazwie dumne słowo "odnowa", mam obowiązek zawołać: „Oni żyją!”
      Wszyscy zgromadzeni na tej sali wiemy o co chodzi i o kogo. Przed tygodniem, w jednej z warszawskich klinik, nasi specjaliści przeprowadzili kolejny już w tym miesiącu, o ile dobrze pamiętam, szesnasty, czy siedemnasty może, zabieg aborcji. Niestety, również po raz kolejny, nieliczne, ale jakże krzykliwe grupy, podnoszą larum, próbując powstrzymać coś, co nieuniknione. Powiem więcej, nieuniknione i ostateczne. Prawo do swobodnej aborcji do trzeciego roku życia jest prawem ostatecznym, ponieważ ostateczny jest także odwrót od tego, co wszyscy tak dobrze pamiętamy.
      Tak, tak, panie pośle. Ja pamiętam, pan pamięta i wszyscy tu zebrani, w tym Pan Marszałek i Pani Prezydent, pamiętamy te wszystkie nieprzespane noce, te zszarpane nerwy, tę nikomu niepotrzebną nienawiść. Pamiętamy te dzieci, nielegalnie, bez odpowiednich warunków, bez odpowiedniej higieny, bez odpowiedniego nadzoru, zabijane w najbardziej okrutny sposób tylko dlatego, że wielu z nas w pewnym momencie naszego życia w wolnej i wielkiej Europie, zostało bez żadnego jasnego powodu i – powiem brutalnie – bez litości, pozbawionych prawa do obrony przed niegrzecznym dzieckiem. Mało tego. Nie dość, że zostaliśmy pozbawieni tego najbardziej oczywistego prawa człowieka, to za próbę demonstrowania naszej godności i naszych najbardziej szlachetnych pragnień, prawo państwowe stosowało wobec swoich obywateli ciężkie i okrutne kary. Wszyscy powinniśmy mieć dobrą pamięć i niech pan, panie pośle, nie udaje, że te czarne czasy to czyjaś fantazja.
      Wspomniałem o nieprzespanych nocach, bo to przykład szczególnie drastyczny. Ale to przecież nie wszystko. Czy już niektórzy z nas zapomnieli, co czuje dorosły, odpowiedzialny, spragniony najprostszej rozrywki człowiek, który nie może wyjść z domu się zabawić, albo czasem – tak, tak – pooglądać w spokoju mecz w telewizji, bo dziecko się pochorowało i nie umie się powstrzymać od płaczu? Czyśmy już zapomnieli, jak się czuje człowiek chcący w spokoju i w kulturalnych warunkach uprawiać seks ze swoją partnerką, lub partnerem, gdy nagle trzeba wstać i uspokoić marudzącego dwu, czy trzylatka. Jak krótka jest nasza pamięć, jak ograniczona nasza wrażliwość. Czy ci wszyscy, którzy tak łatwo i tak bezmyślnie załamują ręce nad tym zeszłotygodniowym zabiegiem, wiedzą cokolwiek o gehennie, którą przez ostatnie trzy lata przeszli opiekunowie tej usuniętej dziewczynki? Czy ci wszyscy, którzy z taką łatwością szafują słowem życie, zastanowili się raz chociaż, jak niegodne życie mieli ludzie o wiele ważniejsi, o wiele poważniejsi i o wiele istotniejsi dla dalszego postępu i rozwoju naszego wspólnego domu o nazwie Europa, niż ta niegrzeczna i chorowita osoba? Czy pani, pani poseł, potrafiłaby z czystym sumieniem stanąć przed matką pozbytego się już szczęśliwie dziecka i powiedzieć jej prosto w oczy: „Niech się pani dalej męczy”?
      Od 4 lat, mamy w naszym kraju dobre prawo. Prawo dobre, prawo mądre i, przede wszystkim, prawo wyrastające ze zwykłego, ludzkiego współczucia. Nie pozwólmy, by ludzie głupi i mali - powiem prosto i bez ogródek - ludzie śmiecie, tego prawa nas pozbawili.

Długie, niemilknące oklaski.

       

czwartek, 24 stycznia 2019

Sześć krótkich kawałków na powitanie szalonego nowego roku.


Wszystko dzieje się tak szybko, że kiedy wysyłałem ostatni zestaw swoich krótkich kawałków do „Polski Niepodległej” wszyscyśmy się zajmowali wyłącznie mordowanymi przez reżim Kaczyńskiego dzikami i nikomu nawet do głowy nie przyszło, że już za chwilę okaże się, że PiS-owi nie wystarczyły dziki, ale przerzucił się na ludzi i to ludzi absolutnie najwybitniejszych. Głupio mi więc bardzo, że w tych kompletnie nowych okolicznościach przyrody, wracam do spraw tak bardzo z dzisiejszego punktu widzenia nieważnych, no ale co robić? Nie możemy w końcu się zgodzić, by jakieś lokalne porachunki, nawet i o zasięgu ogólnokrajowym, zakłóciły nam porządek rzeczy. A zatem zapraszam i sam jestem ciekawy, o czym będziemy dyskutować za dwa tygodnie.


Ostatnio uwaga publiczna została zaatakowana przez trzy tematy, czyli los polskich dzików, escape roomy, oraz wysokość zarobków dyrektorów w Narodowym Banku Polskim. Być może w odpowiedzi na ewentualne sugestie, że opozycja w Polsce jest z siebie wydusić jakiekolwiek emocje wyłącznie gdy chodzi o zwierzęta, pieniądze i medialnie atrakcyjną śmierć, główny stróż naszej obywatelskości, czyli telewizja TVN24 przedstawiła na swoim internetowym portalu historię kilku osób i ich zlekceważonego przez polskie państwo człowieczeństwa. Przedstawiony przez portal tekst nosi tytuł: „Życie Uli mogło potoczyć się inaczej. Ale urodziła się w Polsce”, a zaczyna się w następujący sposób:
Człowiek to nie tylko ciało - mówi niepełnosprawny fizycznie i pełnosprawny umysłowo 28-letni Mariusz. Skończył studia prawnicze, ma marzenia. Ale wie, że gdy zabraknie rodziców, najpewniej trafi do domu pomocy społecznej i marzenia się skończą. W jego wieku trafiła tam Ula. I tkwi tam od 39 lat. - To wyrok dłuższy niż za zabójstwo - mówi”.
Oczywiście sam już fakt, że na uwagę, że „człowiek to nie tylko ciało” pozwala sobie środowisko, które dotychczas stało na czele krucjaty mającej na celu przekonanie nas, że życie jest zaledwie formą istnienia białka, robi odpowiednie wrażenie, ja bym jednak chciał się odnieść do tytułu, a szczególnie do adresowanych do Uli przez redakcję TVN24 wyrazów współczucia, że ona urodziła się w Polsce. Oczywiście, ona zdecydowanie miała pecha. Pomyśleć tylko, że wystarczyło się jej urodzić w Holandii, Belgii, Szwjcarii, czy Wielkiej Brytanii i ci wrażliwi ludzie nie mieliby najmniejszego powodu, by jej dziś współczuć. Podobnie zresztą jak Mariuszowi i innym bohaterom wspomnianego reportażu.

***

Piszę te słowa, a jednocześnie myślę, że może oceniam ich niesprawiedliwie. Może redaktorom TVN24 nie chodziło o to, że gdyby Ula i Mariusz urodzili się w Belgii, to by się ich w odpowiednim momencie elegancko i kulturalnie zamordowało i nie trzeba by im było się dziś męczyć. Może im chodziło wyłącznie o warunki, w jakich oni żyją. O jakich warunkach mówimy? Wszystko wyjaśnia być może ilustrująca tekst fotografia, gdzie najpierw widzimy zapewne ową Ulę, która ma na szyi zawieszony święty medalik, a tuż obok komódkę z całą kolekcją przeróżnych figurek i obrazków, a więc jest Serce Jezusa, jest też On Sam, jest Matka Boska z Fatimy, jest naturalnie Krzyż, a nawet obrazek z Bazyliką Św. Piotra. Czy to możliwe, że co dobrzy ludzie tak się użalając nad losem tych cierpiących ludzi chcieli nam tylko powiedzieć, że im by tam w tej Genewie, czy Amsterdamie zrobili na tych półeczkach porządek i wtedy naszym wyłącznym problemem byłyby już tylko te dziki?

***

Sam temat owych dzików, a nawet wzmożona aktywność naszej opozycji, która swoim czujnym oczkiem wyszukała nową okazję do podjęcia próby obalenia rządu Prawa i Sprawiedliwości, nie stanowiłyby wystarczającego powodu, by się sprawą zajmować w poważnym w końcu miejscu, jakim jest „Polska Niepodległa”, gdyby nie pomysłowość czołowych przedstawicieli owej opozycji. Przy doprawdy bardzo silnej konkurencji, pojedynek na idiotyzm dziesięciolecia wygrał bezdyskusyjnie Paweł Kukiz oświadczając że:
Strzelanie do prośnych loch jest bandytką. To tak, jak Bandera kiedyś robił z Polakami”.
Ja wiem, że to co teraz powiem może zabrzmieć zbyt drastycznie, ale wygląda na to, że w swojej, mocno charaktersytycznej dla siebie bezmyślności, Kukiz paradoksalnie ustawił się w jednym szeregu z Banderą. Ja sobie bowiem bardzo dobrze potrafię wyobrazić przesłuchiwanego przez jakiś sąd Banderę, który na pytanie, czy on nie ma wyrzutów sumienia, że kazał mordować ciężarne polskie kobiety, odpowiada: „A niby czemu? Przecież to mniej więcej tak, jakby zastrzelić prośną lochę”.
Swoją drogą, ja chyba już do końca życia nie zrozumiem, dlaczego ludzie, których jedynym problemem wydaje się być to, że się lubią czasem napić, nie potrafią pojąć, że jeśli ruch jest dwustronny, to znaczy, że może się zdarzyć, że z naprzeciwka nadjedzie samochód.

***

Weźmy taką aktorkę Maję Ostaszewską. Ponieważ tak się złożyło, że kto inny został wytypowany do reprezentowania polskiego filmu w swiecie, Ostaszewskiej pozostał już tylko udział w różnego rodzaju doraźnie zwoływanych politycznych manifestacji. Pierwszy raz dała ona znać o sobie przy okazji chwilowego zamieszania w Parlamencie, stając na czele krucjaty na rzecz zabijania dzieci poczętych:
Nie możemy nigdy pozwolić na to, by zabrano nam prawo do decydowania o sobie, o naszych ciałach. Szanuję bardzo światopogląd innych ludzi, jednak podstawą jest nienarzucanie go innym. Każdy może decydować w zgodzie z własnym światopoglądem”.
Przed minionymi Świętami Bożego Narodzenia, Ostaszewska znów dała o sobie znać wypowiadając się na temat prawa do życia, jakie przysługuje rybie o nazwie karp.
Nie było zatem możliwości, by owa gwiazda nie zabrała głosu w sprawie dzika. Oto pełen cytat:
Minister Środowiska jednym podpisem skazuje na zagładę niemalże całą populację dzików!!! Do końca lutego odstrzelonych ma być 210 000 z 229 000 żyjących w naszym kraju. W tym młode, ciężarne lochy oraz osobniki żyjące w Parkach Narodowych. Decyzji tej, wyjątkowo sprzeciwiają się sami myśliwi. Jeśli dojdzie do odstrzału tak gigantycznej ilości dzików, oznaczać będzie to KONIEC TEGO GATUNKU W POLSCE!!!!!
Ktoś powie, że ona jest jeszcze lepsza od Kukiza. Otóż nie. Kukiz to absolutny lider. Natomiast przyznaję, że Ostaszewska jest znacznie bardziej inspirująca. I wcale nie chodzi najbardziej o to, że ona nie ma współczucia dla nienarodzonych dzieci, natomiast jak najbardziej jej serce krwawi nad losem nienarodzonych dzików. Mnie bardziej zastanawia fakt, że ona coś wspomina na temat gatunku. Czy to możliwe, że ona mówi to co mówi wyłącznie dlatego, że jej zdaniem najważniejsze jest dbanie o zachowanie gatunku? Czy to możliwe, że zdaniem Ostaszewskiej miliard dzieci wte czy wewte z jej punktu widzenia nie zmieni zbyt wiele, natomiast 200 tys. dzików do odstrzału to faktycznie problem?

***

Może być oczywiście różnie, zwłaszcza gdy idzie o ścieżki którymi się zataczają mysli ludzi takich jak Maja Ostaszewska, czy Paweł Kukiz, ja jednak bym sugerował, że to jest poziom naszych tak zwanych elit. Ich pierwszoplanowi przedstawiciele najprawdopodobniej w ogole nic nie myślą, nie mają żadnych refleksji na jakikolwiek temat, ale zwyczajnie powtarzają to, co im podpowiedzieli cwani politycy, którzy oczywiście jakieś tam swoje kalkulacje mają. A zatem niewykluczone, że oni niedługo pojawią się na jakimś marszu ubrani w żółte kamizelki i razem z przewodniczącym Broniarzem będą bronicć już nie dzików, ale przepracowanych na śmierć nauczycieli, licząc na to, że ci którzy Broniarzowi płacą te 12 patyków miesięcznie docenia i ich trud i coś tam im może sypną.

***

A, jak wiadomo, sypanie nabiera tempa i urody. Oto, jak się dowiadujemy, magazyn „Nowe Państwo”, wydawany przez Tomasza Sakiewicza z przyległoścami przyznał doroczną Nagrodę im. Św Grzegorza reżyserowi działającemu pod ksywą Patryk Vega. Jak czytamy w odpowiedniej informacji, wyróżnienie przyznawane jest tym, „którzy mężnie stawali w obronie prawdy w życiu publicznym w mijającym roku”. Dowiadujemy się też, że wcześniej nagrodę otrzymali tacy wybitni Polacy, jak Lech Kaczyński, czy Antoni Macierewicz, no a dziś padło na Vegę. W uzasadnieniu czytamy:
Jego filmy przyciągają do kin miliony widzów i potrafią wywołać histerię u strzegących poprawności przekazu krytyków. A On i tak pozostaje sobą. Mówi o Bogu. Mówi o prawdzie. Gdy kilka dni temu słuchałam jego opowieści o nowym projekcie filmowym, który ma rozprawić się z pedofilią - nie miałam wątpliwości, że musi dostać naszego ‘Grzegorza’”.
Mnie w tym wyznaniu uderzyły dwie kwestie. Najpierw ten początek, odnośnie tego, że filmy Vegi przyciągają i że wywołują histerię. Toż to wypisz wymaluj Smarzowski i jego „Kler”, czyż nie? No a chwilę później to „słuchałam”, „nie miałam wątpliwości”, oraz „nasz Grzegorz”. Rzeczywiście, to jest ich Grzegorz i oni mogą sobie z nim robić co im przyjdzie do głowy.





Wszelkie pytania w sprawie książek i nie tylko, proszę kierować na adres mailowy k.osiejuk@gmail.com

wtorek, 22 stycznia 2019

Czy Jonny Daniels to bot Dobrej Zmiany?


        Zaledwie wczoraj obiecywałem wprawdzie, że kończę z Adamowiczem i wracam do pisania książki, stało się jednak tak, że choć z Adamowiczem faktycznie już skończyliśmy - przynajmniej do czasu jak się pojawią nowe wiadomości - to książka została pokonana przez nie byle co, ale sam Twitter. Zanim jednak przejdę do rzeczy, może osobom niezorientowanym wyjaśnię, co to takiego ów Twitter. Proszę się skupić, bo to ważne.
       Otóż Twitter to jest internetowy projekt, którego zadaniem jest udostępnienie pola do wszelkiego rodzaju aktywności osobom, które dotychczas korzystały z usług mediów głównego nurtu, jednak doszły do wniosku, że one mają swoje ograniczenia i przez to znaczna część opinii publicznej pozostaje poza ich zasięgiem. W ten oto sposób jest tak, że właściwie przeważająca część tego co nam mają do powiedzenia osoby takie jak Donald Trump, Kevin Spacey, czy choćby Kim Kardashian, jest nam komunikowana w formie serii krótkich komunikatów przez Twittera właśnie. Jestem pewien, że gdyby tylko była możliwość - moralna, techniczna, czy ściśle biznesowa - by dostęp do Twittera ograniczyć wyłącznie do osób z tak zwanymi wejściówkami, tam by się udzielali wyłącznie celebryci. Ponieważ jednak żyjemy w epoce powszechnej demokracji, co sprawiło, że dostęp do Twittera pozostał szeroko otwarty, stało się też tak, że ów Twitter został zdominowany przede wszystkim przez zwykłą drobnicę, która sobie gada praktycznie bez przeszkód o tym, o owym i w ogóle o wszystkim, bez większego sensu, a tym bardziej bez w jakikolwiek sposób określonego celu.
        Ile osób na świecie korzysta dziś w aktywny sposób z Twittera? Wedle oficjalnych danych jest to już niemal 400 milionów zarejstrowanych użytkowników, co tym bardziej powinno świadczyć o tym, że wspomniani wcześniej celebryci nie mają tu praktycznie nic do gadania. Jest jednak słynny Paragraf 22, który stanowi, że każdy użytkownik Twittera ma dostęp do tylu kont, do ilu sobie mieć dostęp osobiście zażyczy, co oczywiście sprawia, że konto takiej Kim Kardshian jest obserwowane przez 60 milionów osób, podczas gdy konto niejakiego Dariusza-Polska przez zaledwie 2711.
      Jeśli jednak ktoś sądzi, że owo 2711 to jakaś kompromitacja, jest w dużym błędzie. Rzecz w tym, że gdy idzie o wspomnianą wcześniej drobnicę, to całkiem poważny wynik. Prowadzić konto na Twitterze i zdobyć sobie serce 2711 osób to autentyczny sukces świadczący o tym, że mamy do czynienia wprawdzie nie z Donaldem Trumpem, ani nawet Donaldem Tuskiem, ale też nie z byle kim.
      Przyjrzyjmy się zatem, kim jest ów Dariusz-Polska. Wedle informacji zamieszczonej w rubryce powitalnej, Dariusz-Polska to „wyborca Zjednoczonej Prawicy, Sympatyk PIS”, gdy natomiast zajrzymy do środka, nie mamy nic poza cytowaniem wypowiedzi najważniejszych przedstawicieli władzy, ewentualnie wrzucanych od czasu do czasu własnych komentarzy w rodzaju „brawo”, „hura”, czy „tak trzymać”. Śladu samodzielności, poza tymi okrzykami na cześć PiS-u.
      Ktoś zorientowany powie, że to nic takiego. Takich jak on jest cała masa. Rzecz jednak w tym, że Dariusza-Polska obserwuje 2711 osób, a wśród nich - uwaga, uwaga - znajdują się nazwiska osób, które z reguły nie angażują się w twitterowe pogaduszki, a więc takie jak Jadwiga Wiśniewska, Michał Rachoń, wszystkie praktycznie lokalne oddziały Prawa i Sprawiedliwości, Ireneusz Zyska, Adam Andruszkiewicz, Robert Mazurek, Ryszard terlecki, Adrian Klarenbach, i wielu wielu innych, w tym i - uwaga, uwaga - Jonny Daniels, ale do niego jeszcze wrócimy.
      Skąd ja się o tym dowiedziałem i czemu w ogóle mnie ów temat tak obszedł, że postanowiłem złamać naszą umowę? Otóż syn mój, który - póki nie narodziła mu się jeszcze córeczka - ma jeszcze czas na to, by śledzić to co się dzieje w Sieci, doniósł mi o tym, że wpadł na owego Dariusza-Polska i zwrócił się do niego z pytaniem, jak to się stało, że on przy tego rodzaju pozbawionej kompletnie znaczenia, poza czystą propagandą, aktywności, jest obserwowany przez najważniejsze na polskiej scenie politycznej osoby. I w tym momencie został nadzwyczaj brutalnie zaatakowany przez dziesiątki innnych użytkowników, równie jak ten popularnych wśród głównych celebrytów Prawa i Sprawiedliwości i okolic i równie mocno skupionych wyłącznie na prowadzeniu najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz Prawa i Sprawiedliwości.
       Kiedy piszę ten tekst, dyskusja na tej mikroskopijnej wręcz części Twittera, jak widzę, trwa, w tym momencie już tylko między ową najbardziej zaangażowaną częścią grupy, do której właśnie, jak widzę, dołączyła się niejaka Barbara, obserwowana przez samego prezydenta Dudę. I ona też oskarża - teraz już pod jego nieobecność -  mojego syna o esbecką dywersję. A za nią idą następni, dokładnie tacy sami i z tym samym bagażem czystej propagandy i płynącej stąd popularności.
       Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż od pewnego czasu słyszymy plotki, że politycy różnych partii wynajmują ludzi, których zadaniem jest zakładanie na Twitterze kont w celu wspierania w Internecie ich działalności i ja nie miałem najmniejszych wątpliwości, że tak się dzieje, a jednocześnie wierzyłem, że wśród nich nie ma Prawa i Sprawiedliwości. W końcu - pomijając już wszystkie inne powody - po jasną cholerę kłamać, gdy kłamstwo jest zupełnie niepotrzebne? Tymczasem wychodzi na to, że czemu nie? Nasi też potrafią, a problem polega tylko na tym, że poziom tego przekrętu jest tak nędzny, że on sam już dyskwalifikuje jego autorów z dalszych konkurencji.
        Wspomniałem tu Jonny’ego Danielsa i obiecałem do niego powrócić. Otóż faktycznie jest tak że Jonny Daniels, a więc ktoś kto ma wystarczająco wysoką pozycję i nadzwyczaj ważne zadania, by nie interesować się jakimiś Darkami, owego Dariusza-Polska obserwuje. Ale jest jeszcze coś. Ów Daniels to Brytyjczyk, który języka polskiego nie zna, a zatem komentarzy Darka, nawet gdyby one zawierały coś więcej, niż te wszystkie „brawo”, „znakomicie”, „hura”, czy „cudnie”, czytać nie jest w stanie. A mimo to, on Darka obserwuje, co wyłącznie działa na korzyść Darka, czyli w efekcie PiS-u. Czemu więc Daniels nacisnął ten guziczek? Diabeł jeden wie.
         A zatem stoimy wszyscy w tym momencie przed bardzo precyzyjnie określoną sytuacją. Z jednej strony mamy Prawo i Sprawiedliwość, oraz wspierający ich Internet w postaci Darka-Polska, jego przyjaciół, a w tym Jonny’ego Danielsa, a z drugiej nas tu wszystkich, głosujących na wspomniane Prawo i Sprawiedliwość i życzących im jak najlepiej. Co nam w tej sytuacji pozostaje? Nie wiem, czy mam rację, ale wciąż wierzę, że tak właśnie wygląda polityka, a nam nic do tego. To co my możemy i potrafimy, to raz na jakiś czas pójść i zagłosować w taki sposób, by zagwarantować sobie tę chwilę spokoju, no i by ktoś tam się opamiętał i powyrzucał z pracy tę bandę durniów, bo oni są gotowi narobić prawdziwego nieszczęścia.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Ambulans z literką "P", czyli o zaczynaniu od siebie


      Akurat nie stało się to nigdy głównym tematem moich ostatnich notek, niemniej parę razy wspomniałem o tym, w jak niezwykle trudnej sytuacji znalazł się cały obóz Dobrej Zmiany wobec konsekwencji tego co się stało tydzień temu w Gdańsku, kiedy najpierw antyrządowa propaganda oskarżyła PiS o faktyczne doprowadzenie do śmierci prezydenta Adamowicza, a potem już tylko zaczęła się szykować do decydującego skoku, by przegryźć mu gardło. Ja wiem, że już na drugi dzień po ataku doszło do spotkania na Nawogrodzkiej, gdzie podjęto kluczowe dla sprawy decyzje, jednak i tak, widząc jak udało się zachować wręcz stuprocentową dyscyplinę, jestem pełen podziwu dla sposobu w jaki ta obrona została zorganizowana. A jestem pewien, że wszyscy widzimy, jak nierówne były siły, kiedy to strona atakująca nie musiała dosłownie nic, a wręcz mogła działać bez żadnych praktycznie ograniczeń, podczas gdy po przeciwnej stronie można było wyłącznie milczeć i cierpliwie znosić nawet najbardziej okrutne i bezczelne kłamstwo. I tak jest zreztą do dziś. Oni stoją naprzeciwko nas jak - przepraszam za w sumie dość marne porównanie - wygłodniałe wilki i tylko czekają aż zrobimy ten jeden jedyny błąd, a nam lepiej nawet się nie ruszyć i jeden Diabeł wie, jak długo będziemy musieli się tak trzymać.
      Mnie tu jest doprawdy łatwo, ale w końcu kogo obchodzą te teksty, zwłaszcza gdy tu nawet nie można znaleźć porządnie zadbanego „języka nienawiści”? Co jednak mają zrobić ci biedacy z wpolityce, czy tvp.info, że już nie wspomnę o jakimś pośle Tarczyńskim, czy takim choćby Stanisławie Michalkiewiczu, który jak wiemy, w jednej chwili może zostać uznany za przedstawiciela Prawa i Sprawiedliwości? Oni wszyscy nie mają innego wyjścia jak siedzieć jak ta mysz pod miotłą i liczyć, że to jednak tamci jako pierwsi nie wytrzymają.
      Powyższe refleksje mam w głowie oczywiście już od tygodnia, niemniej wczoraj zaatakowały mnie ze szczególną mocą, kiedy skończyła się żałoba i niemal we wszystkich mediach pojawił się komunikat, że gdy chodzi o „język nienawiści” każdy z nas powinien „zacząć od siebie”, ale w tym akurat wypadku to „od siebie” oznacza „obóz rządzący” wraz z „mediami publicznymi”, którzy są przede wszystkim odpowiedzialne za „poziom publicznej debaty”. A gdy ktoś mnie pyta o konkrety, to bardzo chętnie odpowiadam odwołując się do wpisu, jaki na Facebooku zamieścił nie kto inny jak sam Rafał Trzaskowski, aktualny prezydent warszawiaków. Sam wpis jest nadzwyczaj długi, co by świadczyło o tym, że on sam go pisać nie miał czasu i tę robotę zlecił jednemu ze swoich asystentów, ponieważ jednak nad nim jest jego podpis, będę traktował go jako wypowiedź Trzaskowskiego. Rzecz w tym, że prezydent Trzaskowski zaczyna swoją mowę od wcześniej już wspomnianej informacji, że każdy z nas powinien przede wszystkim bić w swoje piersi, jednak ów apel wychodzi nam jak następuje:
      Rachunek sumienia trzeba rozpocząć od samego siebie. Niech każdy to więc zrobi. Ja mogę tylko powiedzieć, że pamiętam, jak jeszcze niedawno moja wstrzemięźliwość w mediach społecznościowych i brak odpowiedzi na zaczepki, chamskie komentarze i manipulacje były odbierane jako brak determinacji i woli walki (żeby było jasne - przez bardzo wielu komentatorów z obu stron polskiej barykady). Nie ma inwektyw czy fajerwerków? Toż to nuda! Nie ma czego komentować. Największy dziś podziw wzbudza miotanie się od ściany do ściany, rozedrgana hiperaktywność i logorea, najlepiej podlana agresywną retoryką. Jest czym się podniecać, lajkować, podawać dalej i jest treść na paski medialne (te prawdziwe i te fejkowe)”.
       Ja akurat nie jestem z Warszawy, więc nie wiem, co to jest ta cała „logorea”, ale nie przeszkodziło mi to w tym, by zauważyć, jak Trzaskowski swój apel uzupełnia informacją, że „jak by nie zaklinać rzeczywistości, winy nie rozkładają się tu po równo”. A my już wiemy, o jaki „rozkład” tu chodzi. Chodzi o rozkład, który w wynika ze świętej zasady, że zaczynamy naturalnie od siebie, tyle że w taki sposób byśmy się najpierw dowedzieli, co na interesujący nas temat mają do powiedzenia „tamci”.
        Ktoś się zapyta, po co ten dzisiejszy tekst, skoro żałoba już minęła i już za chwilę wszyscy i tak wrócimy do stanu sprzed tygodnia. Otóż wcale nie jest to takie pewne, czy rzeczywiście już za chwilę wszystko będzie tak jak było dawniej. Kto zabił Pawła Adamowicza, tego wciąż nie wiemy i jest całkiem możliwe, że się tego nigdy nie dowiemy, natomiast coś tam sobie myśleć możemy. Z tego co widzę, za tym, co się właśnie stało stoi plan o wiele ciekawszy niż to, z czym się nam wydaje, że mamy do czynienia. A o tym może świadczyć choćby to, że tuż po ataku na prezydenta Adamowicza, jako pierwszy na miejsce przyjechał ambulans z literką „P”. A jeśli to cokolwiek znaczy, to równie dobrze możemy podejrzewać, że mamy do czynienia z kto wie, czy nie ostatnią próbą przejęcia władzy.

Mam nadzieję, że to tyle, gdy chodzi o sprawy bieżące i teraz będę mógł się zabrać za książkę, bo ona się pisze wyjątkowo powoli. A zatem proszę mi dać trochę wolnego.


niedziela, 20 stycznia 2019

O sterroryzowanej pamięci


         Minął czas narodowej żałoby, który trwała, zależnie od regionu kraju, oraz tego, kto w danym regionie aktualnie trzyma polityczną władzę, i dalsze losy owej smuty zależne są już tylko od, z jednej strony, detreminacji jej organizatorów, a z drugiej oczywiście, od stopnia zamroczenia ofiar stworzonej w całym kraju atmosfery. I niech nikt, broń Boże, nie myśli, że chodzi mi o to, jakie dziś istnieją szansę na powstrzymanie fali nienawiści, która w mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze życie społeczne, rodzinne i osobiste od pamiętnej jesieni roku 2005, kiedy to Prawo i Sprawiedlwiość odniosło podwójne wyborcze zwycięstwo, a System - wygląda na to, że nazwa ta znów uzyskuje aktualność - zdecydował, że to właśnie zainfekowanie życia społecznego Polaków fizyczną wręcz nienawiścią i jednoczesne nadanie jej charakteru osobistego, gwarantuje odzyskanie władzy. Otóż nie to jest moim dziś problemem, a to z tego choćby względu, że w moim przekonaniu, ostatnią siłą, która może pozytywnie poruszyć te czarne serca, jest śmierć Pawła Adamowicza i zwołana w związku z nią powszechna żałoba. Dlaczego? A to z tej przyczyny, że jedynym celem rozpętanej histerii nie jest ani oddanie czci zmarłemu Adamowiczowi, ani tym bardziej sprowokowanie ogólnonarodowej refleksji w temacie tak zwanej „mowy nienawiści”, ale wręcz przeciwnie - podtrzymanie owej nienawiści i zintensyfikowanie jej na tyle na ile to tylko możliwe. I nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że jeśli ów plan się powiedzie, to im wiekszy będzie żal po zamordowanym Adamowiczu, tym większa będzie nienawiść do rzekomego sprawcy tego mordu, a więc Jarosława Kaczyńskiego i jego politcznego projektu.
       A zatem, na co liczę? Otóż moim zdaniem, jedyną naszą nadzieją jest to, że publiczna pamięć po Pawle Adamowiczu przeminie równie szybko jak przeminęła po Jacku Kuroniu, Tadeuszu Mazowieckim, Bronisławie Geremku, Andrzeju Wajdzie, Wisławie Szymborskiej, czy Władysławie Bartoszewskim, a więc po tych wszystkich dmuchanych autorytetach, których odejście być może zasmuciło wielu, ale z całą pewnością wśród nich nie było ani jednego z tych co bardzo liczyli na to, by na owym odejściu ubić polityczny interes. Liczę więc bardzo na to, że moje podejrzenia co do tego, że z tych co dziś opłakują tę śmierć, zaledwie nikły procent jeszcze tydzień temu miał w ogóle pojęcie, kto to jest ten cały Adamowicz, są jak najbardziej słuszne i że po raz kolejny się okaże, że oni nie mają już nic, co by mogli przeciwko nam wyciągnąć. I że już nawet ów moralny terror przestał działać, a to w momencie, gdy się okazało, że tak naprawdę o tym, kto to taki ten Adamowicz, wiedział jedynie Aleksander Hall, a o tym kto to Hall, prawdopodobnie nie pamiętał nawet Adamowicz… zaraz, Adamowicz? A może Adamski? Albo Adamczyk? Strasznie podobne te nazwiska.



sobota, 19 stycznia 2019

Śmierć, czyli koniec fochów


Ponieważ mamy narodową żałobę po śmierci Pawła Adamowicza, proszę pozowlić mi na refleksję, która moim zdaniem powinna się bardzo dobrze wpasować w tę okazję. Poniższy tekst został opublikowany we wczorajszym wydaniu „Warszawskiej Gazety”.         


      Kiedy piszę ten tekst, ogólnopolska histeria wokół zabójstwa Pawła Adamowicza dopiero nabiera tempa i z tego co słyszę, dopiero drobna część mniejszych miasteczek oraz wiosek w kraju ogłosiła żałobę, jednak należy się spodziewać, że kiedy ten felieton ukaże się w druku, na mapie kraju nie będzie jednej miejscowości - dużej, małej, czy zupełnie mikroskopijnej - której władze zaniedbały swój udział w owym spektaklu powszechnego zakłamania. Oczywiście, jak sądzę, nawet sami organizatorzy tego przedsięwzięcia doskonale zdają sobie sprawę, że w momencie gdy ta fala ruszyła, zatrzymać jej już nie ma sposobu, bo stworzono sytuację, jak w tym starym dowcipie, kiedy to po przemówieniu Stalina owacje trwały nawet po tym, jak on już zniecierpliwiony poszedł w cholerę, bo i bez niego nikt nie był na tyle odważny, by jako pierwszy przestać klaskać. A opamiętanie prędzej czy później przyjdzie, choćby w dniu, kiedy umrze Lech Wałęsa i okaże się, że już nie ma sposobu, by jego wielkość odpowiednio godnie uczcić. Ale jeszcze coś: uważam, że po tym, do czego nasz zbiorowy idiotyzm nas dziś doprowadził, ów kac, z jakim pozostaniemy, sprawi to, że na śmierć Wałęsy, czy kogokolwiek innego z tej szajki, większość już tylko wzruszy ramionami.
       Nie byłoby pewnie jednak o czym gadać, gdyby nie coś znacznie gorszego. Otóż cokolwiek byśmy sobie nie myśleli o Pawle Adamowiczu, biorąc pod uwagę fakt, że zmarła było nie było osoba publiczna i to zdecydowanie z pierwszej półki, należałoby owo odejście uczciwie uczcić. Tymczasem sposób, w jaki owe dni są rozgrywane przez wszystkie strony politycznego konfliktu, zamiast oddać Adamowiczowi co mu się od nas należy, zostanie on w naszej pamięci jako żałosny teatr, którego ostatecznie będziemy się zwyczajnie wstydzić, a już na pewno wstydzić się będą ci, co dziś występują jako Adamowicza przyjaciele. Tacy politycy jak Andrzej Duda, Jarosław Kaczyński, czy Mateusz Morawiecki zawsze będą mogli powiedzieć, że im ta śmierć wprawdzie snu specjalnie nie zakłóciła, no ale zwykła ludzka kultura kazała im robić dobrą minę do złej gry. Co natomiast powiedzą tamci, kiedy ktoś się ich zapyta, po co był im cały ten cyrk - tego doprawdy zgadnąć nie potrafię.
       Oglądam po raz dziesiąty w telewizji te 40 sekund, kiedy to Paweł Adamowicz pada na scenę Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ludzie wokół niego zamiast wiać gdzie pieprz rośnie, tańczą ten swój chocholi taniec, a publiczność macha w rytm muzyki smartfonami. Widzę to niewyobrażalne wręcz, bezmyślne szaleństwo ludzi, świętujących w zapamiętaniu początek owej agonii, słyszę radosny wrzask rozradowanego tłumu, no i wreszcie głos Jerzego Owsiaka ogłaszający koniec chwilowego smutku, powrót do zwyczajowego szaleństwa, no i oczywiście „koniec fochów”. I myślę sobie, że właściwie nie ma się czemu dziwić. Przy takim mistrzu ceremonii nie mogło być inaczej. Jaka śmierć taka żałoba.       
         

czwartek, 17 stycznia 2019

O ryczącej miłości i bólu, który boli


      Przyznaję bez bicia, że był czas kiedy z masochistyczną wręcz przyjemnością oglądałem telewizyjne transmisje z tak zwanego „Finału Wielkiej Orkietry Świątecznej Pomocy”. Było to bardzo dawno, wydaje mi się, że jeszcze zanim ten dziwny człowiek wpadł na pomysł owego „światełka do nieba”, które, jak się możemy dziś domyślać, ostatecznie współdoprowadziło do śmierci prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Doświadczenie to zawsze pozostawiało mnie w cieżkiej bardzo zadumie, której dawałem stały wyraz w odpowiednich notkach na tym blogu, to jednak co mnie tam niezmiennie poruszało najbardziej, to ów wrzask, wręcz nieporównywalny nawet z trąbami, o których wspomina Mateusz w swojej Ewangelii. Oglądałem te „finały” i nie mogłem się nadziwić, jaki ludzki geniusz mógł wpaść na pomysł, by doprowadzić pozornie zwykłą działalność dobroczynną do takiego upadku, a jednocześnie finansowego sukcesu, że ów gest serca jest ściśle i wyłącznie gwarantowany przez to Mateuszowe „trąbienie”.
       Ale było coś jeszcze. Otóż wpatrywałem się jak sroka w gnat w tę scenę i w tę publiczność pozostającą w stanie kompletnej histerii i myślałem sobie, że gdyby tam nagle pojawił się jakiś wariat z nożem i zaczął po kolei wszystkim z nich podrzynać gardła, nikt - włącznie oczywiście z właścicielami wspomnianych gardeł - nawet by nie zauważył co się dzieje, wszyscy by darli mordy dokładnie tak jak dotychczas, muzyka by grała, petardy by wybuchały, a Jerzy Owsiak utrzymywałby wszystkich w miłosnej ekstazie. Dlaczego? Dlatego że w tym akurat przypadku niemal od samego początku nie mieliśmy do czynienia ze zwyłym eventem, ale z najprawdziwszym zgromadzeniem najprawdziwszych członków najprawdziwszej sekty. Tak sobie pomyślałem, ale przyznaję, że zawsze żyłem w przekonaniu, że to są tylko takie moje spekulacje. I oto właśnie nastąpiła zapowiadana katastrofa.
      Parokrotnie oglądałem film z zabójstwa prezydenta Adamowicza i to co mnie niezmiennie do dziś porusza to nawet nie sam moment ataku, którego na dobra sprawę nawet nie widać, ani choćby triumfalny pochód po scenie przez nikogo nie niepokojonego zabójcy, kompletny amok obecnych na scenie świadków tego co się dzieje, ale te widoczne na pierwszym planie telefony komórkowe, przez pełne 40 sekund kołyszące się w rękach uczestników zabawy. No i to - jak gdyby nigdy nic - wysyłane do nieba światełko.
      I pomyślalem sobie, czemu oni nimi machają? Jeśli chcą mieć te swoje fimiki na pamiątkę, to przecież wypadałoby im trzymać te aparaty nieruchomo. Jaki sens jest się upajać obrazem, który tańczy wte i wewte, na którym prawdopodobnie widać wyłącznie kompletnie chaotyczną ferię kolorowych świateł. Zadumałem się nad tym i pomyślałem, że to jest właśnie też odpowiedź: pomysł na tę akcję od początku polegał głównie na tym, żeby stworzyć kompletny chaos wypełniony wrzaskiem i migającymi światłami. Uczestnicy tego spektaklu nie znieśliby ani ciszy, ani choćby chwilowego bezruchu.
      I jaki jest tego efekt? Wszyscy już wiemy. Oto na scenę leje się krew, w tej krwi rozpoczyna swoją ostateczną agonię prezydent Adamowicz, a tu nie dość że nikt nie ucieka z wrzaskiem w obawie, że za chwilę może przyjść kolej na niego, to wszyscy podskakują radośnie i machają tymi telefonami. A ja już wiem, że porządne i skuteczne dobra czynienie wymaga naprawdę bardzo dokładnie opracowanej oprawy, gdzie nawet największa orkierstra dęta nie wystarczy.
      Ale i to jeszcze nie jest najgorsze co nas spotkało. Jak się dowiaduję, z jednej strony, w Internecie pojawił się projekt dotyczący tego, by jednego ze sprawców tego nieszczęścia ubłagać, by nie rezygnował ze swojego czarnego przedsięwzięcia, a z drugiej, prezydenci Warszawy, Sopotu i Poznania zaapelowali do prezydentów wszystkich miast w Polsce, by ci umożliwili mieszkańcom uczestnictwo w żałobie po śmierci Pawła Adamowicza. I to, z mojego punktu widzenia, nie jest niczym innym jak dalszym ciągiem owego zabójstwa. Ja wiem, że nie jest łatwo to pojąć, ale to jest dokładnie dalszy ciąg tej samej zbrodni. Wszystko wskazuje na to, że oni już inaczej nie potrafią.
       W tej sytuacji mam dla nich wszystkich przekaz, który - bardzo na to liczę - przynajmniej częścią z nich odpowiednio wstrząśnie. To jest bowiem najlepszy moim zdaniem moment, by jak najwięcej z nich przypomniało sobie ten dzień, kiedy przed kryptą na wawelskim wzgórzu pojawiła się nadzwyczaj fantazyjna i dowcipna reklama zimnego piwa Lech, wówczas produkowanego pod czujnym okiem śp. Jana Kulczyka i nie było ludzkiego sposobu, by ją stamtąd usunąć.
      Proponuję zatem by Japończycy, którzy dziś, jak słyszę, opiekują się polskim Wedlem, ustawili gdańską bazyliką porządny billboard z poniższym obrazkiem, a może wtedy i i ci, którzy tak dziś opłakują śmierć swojego prezydenta, poczują, do czego prowadzi miłość, która potrafi tylko wrzeszczeć… no i jeszcze, jak ból potrafi boleć.




     
      
     

wtorek, 15 stycznia 2019

Nienawiść, czyli pikuś


       No więc, jak już wszyscy wiemy, prezydent Adamowicz jednak zmarł, i z tego co słyszę od osób znających się na sprawie, trzy ciosy, jakie zadał mu ów Stefan Wilmont, ledwo co wypuszczony z więzienia bandzior, były tak precyzyjnie wymierzone, że praktycznie każdy z nich był śmiertelny. A zatem w ten okropny sposób Paweł Adamowicz zakończył swoje krótkie życie, a ja mam w związku z tym całą kupę przymysleń, jednak dziś spróbuję je skondensować w trzech zaledwie refleksjach.
      Przede wszystkim, od pierwszej praktycznie chwili, kiedy dotarła do mnie informacja o owym kuriozalnym ataku, zastanawiam się, jak to jest, że po pięciu latach odsiadki wychodzi z więzienia 27- letni mężczyzna i pierwsze co robi, to zaczyna bardzo precyzyjnie planować zabójstwo prezydenta Gdańska. Czemu jego? Diabli wiedzą, ale faktem jest że jemu chodzi o Adamowicza właśnie i nikogo innego. Akcja przeprowadzona jest nadzwyczaj starannie, począwszy od powzięcia informacji, kiedy i gdzie będzie czekał na swoją śmierć prezydent, przez uzyskanie przez Wilmonta specjalnej przepustki dla wybranych przedstawicieli mediów, następnie przejście przez wszelkie kontrole nie ze scyzorykiem, ale z naprawdę solidnym nożem, wreszcie po danie sobie wystarczająco dużo czasu, by nie tylko zdążyć skutecznie ranić Adamowicza, ale jeszcze przez niemal minutę swobodnie triumfować, włączając w to krótkie oświadczenie do zebranych pod sceną imprezowiczów. No i na koniec sprawa podstawowa. Jak donoszą media, Wilmont cierpi na schizofrenię, a zatem niewykluczone, że przed nim kilka spokojnych lat w jakimś przytulnym ośrodku dla osób zdrowych inaczej.
      Druga refleksja związana jest z nastrojem, w jaki wpadł wczoraj mój syn. Otóż on poczytał sobie przeróżne komentarze w Internecie i doszedł do wniosku, że nie mamy najmniejszych szans. I nie chodzi tylko - a tym bardziej przede wszystkim - o owe bluzgi z ust typowych internautów, gdzie na wiadomość o śmierci Adamowicza strzelają kapsle od piwa, ale o głosy osób powszechnie znanych i szanowanych, takich choćby jak Andrzej Celiński, który popisał się wpisem na Twitterze: „Jarosławie Kaczyński - wypierdalaj”, czy Donalda Tuska, który tamże wezwał swoich sympatykow do obrony Gdańska przed pisowską szarańczą. Otóż mam dla mojego syna wiadomość pocieszającą: gorzej już było i lepiej nie będzie. Musimy się z tym nauczyć żyć, choćby prezydent Duda, a z nim cały gdański Ratusz, nie wiadomo jak się starali, by udowodnić nam wszystkim, że im jest naprawdę przykro z powodu tego co się stało.
       Poza tym, powiedzmy sobie szczerze - oni sami już naprawdę ledwie dyszą.
       No i wreszcie coś na temat samego Zmarłego. Otóż wreszcie znalazłem powód, by rzucić okiem na ową niezwykłą karierę, i to co na mnie zrobiło autentyczne wrażenie, to wiadomość, że po tym jak w roku 1989 Paweł Adamowicz ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego uzyskując tytuł magistra oraz stanowisko asystenta, to już w kolejnym roku, w wieku 25 lat, został owego Uniwersytetu Gdańskiego prorektorem do spraw studenckich. Właśnie tak!
       Dalsza kariera świętej, jak rozumiem, pamięci Pawła Adamowicza przebiegała bardzo przewidywalnie, a tego oczywistym skutkiem była jego ponad dwudziestoletnia prezydentura miasta zakończona atakiem 27-letniego schoizofrenika, oraz polityczna pozycja, która dziś jego duszy daje tę satysfakcję, że z okazji jego śmierci Prezydent RP ogłasza żałobę narodową.
      Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że on się dał tak fatalnie wrobić w ten projekt pod nazwą „Nowy Wspaniały Świat”. W końcu ja też kiedyś miałem 25 lat… co ja mówię, 25? Ja nawet pamiętam jak miałem lat 53. No ale myślę sobie, że gdyby w roku 1980 ktoś mi zaproponował, bym został prorektorem Uniwersytetu Śląskiego, to bym z wrzaskiem uciekł gdzie pieprz rośnie. Prezydentem Katowic bym oczywiście, jak wszyscy widzimy, nie został, tym bardziej nie mówiono by dziś o mnie od rana do wieczora we wszystkich telewizjach, ale przynajmniej te 10 kolejnych lat byłoby moje.
      I nie dajmy się zwieść. Nienawiść to Pikuś. Pan Pikuś.


k.osiejuk@gmail.com
             
        

poniedziałek, 14 stycznia 2019

O starej dobrej nienawiści od początku


      Prowadzę ten blog już za chwilę 11 lat i kiedy zaglądam do tekstów najstarszych, nie mogę nie zauważyć, że ich pierwszym tematem była nienawiść, oraz pragnienie śmierci, które w moim odczuciu stanowiły główną metodę Platformy Obywatelskiej najpierw na zdobycie władzy, potem na jej utrzymanie, a dziś na jej odzyskanie. Trudno mi oczywiście powiedzieć, jaki procent z czytających te refleksje to ludzie, którzy pamiętają tamten czas i lata wcześniejsze, jednak jestem pewien, że ci co pamiętają wiedzą też, co mam na myśli, kiedy wspominam o nienawiści, jako sposobie uprawiania polityki. Mam też nadzieję, że część z nas pamięta wywiad, jakiego jeszcze w roku 2011 udzielił ówczesnej wersji dzisiejszych „Sieci” Grzegorz Schetyna, gdzie powiedział, że Platforma Obywatelska najbliższe wybory przegra, jeśli cały swój program będzie opierać na szczuciu na Prawo i Sprawiedliwość. Ostatecznie przyszły nowe wybory i okazało się, że Schetyna się jednak grubo pomylił, no i trzeba było czekać kolejne cztery lata, by on - tym razem już w zupełnie nowej roli - miał z tego coś dla siebie. Nienawiść ostatecznie dostała w ryj.
      Ktoś zapyta, skąd te dzisiejsze przemyślenia. Otóż, jak wszyscy już pewnie wiemy, wczoraj, podczas dorocznej zabawy w dobroczynność, został zaatakowany przez nożownika niesławny prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz i z informacji jakie do mnie dochodzą, wynika, że z nim jest bardzo krucho. Oczywiście, nie będę udawał, że jakoś szczególnie ów temat spędza mi sen z powiek. Chodzi mi o to, że spośród wielu tragedii, jakie spadają na ten nasz świat to tu to tam, ta akurat porusza mnie od tak sobie. Oczywiście, źle jest gdy człowiek jest cierpiący, też jest niedobrze, gdy to tu to tam pokaże się jakiś wariat, by zrobic komuś krzywdę, natomiast jeśli faktycznie życzę Adamowiczowi, by z tego wyszedł, to przede wszystkim z tą myślą, że może się go wreszcie uda postawić przed sądam i on tam nam opowie o sprawach, które przez tyle lat ukrywał.
      W tym jednak, co się wczoraj stało jest coś, co mnie interesuje jeszcze bardziej niż los Adamowicza. Otóż patrząc na sylwetkę tego durnia z nożem, jego historię no i zachowanie podczas tego ataku, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ktoś wpadł na pomysł, że dobrze by było problem Adamowicza rozwiązać w sposób ostateczny i to co się wczoraj właśnie stało, odpowiednio zaaranżował, tyle że - tak jak to się im ostatnio często zdarza - ktoś inny tę robotę - na co, jak już wspomniałem, bardzo liczę, spieprzył.   
      Dzisiejszy tekst jednak będzie nie o Adamowiczu, lecz o sprawach znacznie poważniejszych, czyli o zwykłej nienawiści - o której dziś nagle wszyscy zaczęli pieprzyć trzy po trzy - a z mojego punktu widzenia najlepszym sposobem zwrócenia uwagi na sprawę będzie przypomnienie mojego tekstu jeszcze z marca 2008 roku pod tytułem „Wykopywanie taboretu”. Proszę bardzo:
      
    


      Może zabrzmi to jak fikcja, niestety jest najczystszą prawdą.
      Otóż spotkałem niedawno pewnego obywatela. Pełny standard: wyższe wykształcenie, rodzina, samochód, porządna praca, bardzo miła powierzchowność, niewymuszona uprzejmość. W pewnym momencie obywatel ów poskarżył mi się, że od pewnego czasu onet nie chce umieszczać jego postów i że jego zdaniem robi to ze względu na słowo “ścierwo”. Pisze on bowiem tekst zaczynający od słów “Wy piso-bolszewickie ścierwo” i onet tego nie puszcza. Chodzi teraz o to, żeby “ścierwo” zastąpić czymś innym, tylko czym?
      Rozmawialiśmy dłużej i mój znajomy powiedział, że jemu osobiście jest wszystko jedno, kto będzie rządził i w ogóle jest mu ogólnie wszystko jedno, ale ma jedno marzenie. Chce zobaczyć Kaczyńskich, Ziobrę, Gosiewskiego, Girzyńskiego, Szczygłę w kajdankach, a potem już z radością przeżywać każdy dzień, wiedząc, że wszyscy oni gniją w więzieniu.
      Kiedy mu powiedziałem, że jak już PiS przestanie istnieć, to trzeba będzie się pozytywnie za czymś opowiedzieć, odpowiedział spokojnie i bez śladu emocji, że od czasu rządów Mazowieckiego on osobiście nie obstawia nikogo szczególnie, ale chce, żebym zrozumiał, że to wszystko jest nieistotne, wobec tej jednej jedynej emocji:
      „Niech pan zrozumie. Jak już będą wreszcie wieszać Kaczyńskiego, to ja będę pierwszy, który z radością wykopie spod niego ten taboret. Bo ja nie mówię o polityce, o rządzeniu, o tym czy oni coś tam zrobili dobrze, czy źle. Ja ich po prostu nienawidzę.
      Mój rozmmówca ani się nie denerwował, ani nie używał brzydkich słów, ani nie miał szczególnie złej miny. Po prostu chciał mi wytłumaczyć swój stosunek do, jak to określał “piso-bolszewii”. Nie dyskutował, nie przekonywał, nie był ciekawy moich opinii – po prostu najuczciwiej na świecie tłumaczył swoją polityczną postawę.
      Przyznam, że osobiście nie sądzę, żeby onet.pl specjalnie ignorował mojego znajomego, urażony słowem “ścierwo”. Jeśli się czyta codzienne komentarze internautów, trudno się słowem “ścierwo” poczuć szczególnie zaszokowanym. Nienawiść - czysta, żywa, najszczersza nienawiść do wszystkiego, co reprezentują bracia Kaczyńscy ubierana jest na forum onetu w tak fantazyjną retorykę, że tu nie może chodzić o kolejne słowo. I nie o słowach chcę pisać. Chodzi mi mianowicie o ogólne podejście.
      Wszyscy jesteśmy okropnie rozdyskutowani, wielu z nas uważa, że ma rację i że ta nasza racja jest tak szczera, że wystarczy krok, a uda się osiągnąć choć minimalne zbliżenie. Jest jednak przy tym tak – i część z nas zdążyła tego boleśnie doświadczyć – że niekiedy po przeciwnej stronie zamiast argumentu spotykamy jedynie prostą, czystą niechęć. Niechęć ta manifestuje się różnie; czasem jest to zdanie typu “A wam tam w PiSie ile płacą za te komentarze?”, a czasem jasne i proste: “Pisiory, zamknąć dzioby”.
      Po rozmowie z moim znajomym nagle uzmysłowiłem sobie, że oto po raz pierwszy z taką uczciwością i szczerością zostałem skonfrontowany z całym sednem obecnego sporu. Mój rozmówca nie obrażał mnie, nie złościł się na mnie, nie lekceważył mnie kąśliwymi docinkami. Zwyczajnie przedstawiał stan rzeczy. Chodzi mianowicie o nic innego, jak o najzwyklejszą, najdoskonalszą nienawiść i tyle. Reszta to już tylko tak zwany PR, czy jak mu tam. Gdzie więc miejsce na rozmowę? Gdzie czas na szukanie porozumienia i zgody? Wszędzie może, ale nie w tym temacie.
      Mądrzy komentatorzy, znawcy przedmiotu, analitycy bardziej i mniej obiektywni starają się rozpoznać scenę polityczną i społeczną w kraju. Ośrodki badania opinii publicznej mierzą stosunek społeczeństwa do tego czy innego polityka, tego czy innego zdarzenia, a doświadczeni eksperci przedstawiają swoje analizy i proponują rozwiązania. Ostatnio wszyscy zajmujemy się niską oceną społeczną pana Prezydenta. Okazuje się bowiem, że 50% społeczeństwa uważa, że Prezydent powoduje konflikty, 21%, że nie wpływa na nic, 46%, że jest gorszy od prezydenta Kwaśniewskiego, 21%, że zdecydowanie źle wpływa na wizerunek Polski, 58%, że nie reprezentuje godnie Polski, etc. etc. I wszyscy zastanawiamy się, dlaczego, oraz co można i trzeba zrobić, żeby nie było tak źle.
Mnie natomiast wśród pytań sondażowych brakuje jednego, podstawowego: jaki procent z osób badanych i badających żyje od rana do nocy jednym, pięknym marzeniem: by być w końcu tym pierwszym, który wykopie taboret?

Powyższy tekst pochodzi z mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, która jest już sprzedana. Jak słyszę od Coryllusa, na najnowszą można liczyć dopiero w lutym, a niewykluczone że dopiero w marcu. Tego co jest już i jeszcze, proszę szukać na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, a wszelkie pytania zgłaszać do mnie, czyli na adres mailowy k.osiejuk@gmail.com.


niedziela, 13 stycznia 2019

Świadectwo (reprise)


Wróciłem własnie z kościoła i powiem szczerze, że jestem poruszony jak dawno nie byłem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że te opętane przez Owsiaka dzieci już się tak wybezczelniły, że nie wystarczy im stać z tymi puszkami przed kościołem, ale normalnie pakują się do środka. W tej sytuacji, mimo że obiecywałem już sobie, ze więcej o tej czarnej zbiórce nie będzie ani słowa, muszę coś przypomnieć. Bardzo proszę, oto tekst sprzed lat, ze świadectwem naszego dobrego księdza, Rafała Krakowiaka. Zachęcam.


Do corocznej eksplozji dobroci i miłości ma dojść już za paręnaście godzin, a zatem już pod sam koniec tej szczególnej wigilii, chciałbym przekazać świadectwo naszego księdza, który niekiedy tu w Salonie24 komentuje jako Don Paddington, a tak na co dzień jest sobie skromnym proboszczem w małej wiosce w Wielkopolsce. Posłuchajmy:
„Jerzy Owsiak kojarzy mi się nieodmiennie z jednym wydarzeniem, które w sposób decydujący wpłynęło na sposób, w jaki go postrzegam. Otóż w czasie wielkiej powodzi 1997 roku, w parafii w której pracowałem, zorganizowaliśmy zbiórkę artykułów pierwszej potrzeby dla powodzian. Z Kurii otrzymaliśmy adres jednej z parafii pod Opolem i postanowiliśmy ciężarówką mojego znajomego zawieźć zebrane dary do potrzebujących. I wtedy pojawił się pewien problem. Nie mogliśmy w żaden sposób skontaktować się z tamtejszym proboszczem, a jazda w ciemno nam się nie uśmiechała. Nasi kurialiści zapewniali jednak, że nie ma się czym przejmować – adres został przesłany z Kurii opolskiej i nawet jeśli przyjedziemy niezapowiedziani, zostaniemy przywitani serdecznie. Oczywiście, to czy doznamy tam jakichś serdeczności, czy też nie, nie było moim zmartwieniem. Problemem była tylko i wyłącznie kwestia dojazdu. Chcieliśmy wiedzieć, czy przy wciąż wysokim poziomie wody w Odrze, zalanych bądź podmytych drogach i zagrożonych mostach, w ogóle jest możliwe do owych powodzian dotrzeć.
Tak czy inaczej pojechaliśmy, i po licznych przygodach i jeszcze liczniejszych objazdach, dotarliśmy na miejsce. Owa wieś wyglądała strasznie. To niesamowite, co rozszalała woda może nawyczyniać. Do dzisiaj śnią mi się niektóre widoki. Podjechaliśmy pod widoczny już z daleka kościół. Stała tam grupka ludzi, od której na nasz widok odłączył się jakiś mężczyzna, energicznie otworzył drzwi naszej ciężarówki i zaczął na nas wrzeszczeć. Prawdę powiedziawszy, rzucał najgorszym mięsem, przy czym najbardziej dobitnie brzmiało słowo „wypierdalać!”. Ponieważ nosił na sobie kapłańską koszulę, domyśliłem się, że jest to ów miejscowy proboszcz, który według poznańskich kurialistów, miał nas bardzo serdecznie przywitać. No i przywitał…
Po chwili jednak okazało się, że zaszło przykre nieporozumienie, a jego przyczyną okazał się być sam Jerzy Owsiak. Otóż owa podopolska wioska w czasie powodzi została praktycznie odcięta od świata, i bardzo szybko zaczęło ludziom brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań, leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by w tej trudnej sytuacji ratować co się da i pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo choroby mieli najtrudniej. To był naprawdę dzielny ksiądz, choć, jak widzimy, trochę choleryczny. Kiedy woda trochę opadła, pojawiła się możliwość wspomożenia tej wsi transportami podobnymi do naszego. Jako jedne z pierwszych pojawiły się bodajże trzy ciężarówki od Jerzego Owsiaka. To znaczy pojawiły się kilka kilometrów od celu, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze… i się zatrzymały. Tymczasem, kiedy proboszcz dowiedział się, że wspomniane ciężarówki jadą właśnie do niego, zwołał ludzi do wyładunku, czeka, a tu nic – ani widu, ani słychu. Ciężarówki jak stały za Odrą, tak stoją. Zepsuły się? Nie wiadomo. Ludzie czekali najpierw całą noc, potem cały dzień. W końcu proboszcz, jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na drugi brzeg. I tam oto grzecznie mu wyjaśniono, że ponieważ pan Owsiak życzy sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa telewizyjna, musi uzbroić się w cierpliwość, bo tak się niefortunnie złożyło, że owa ekipa najwcześniej może przyjechać jutro, a kto wie, czy nie dopiero za dwa dni. Proboszcz oczywiście zasugerował, by machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo potrzebują pomocy. Wtedy to jeden z członków owego transportu, w obecności księdza, zadzwonił z komórki do Owsiaka, przedstawił sytuację i spytał co robić. Po chwili rozłączył się i powiedział, że szefowi bardzo jednak na telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie te parę dni jeszcze poczekać. Proboszcz na takie dictum zdenerwował się okrutnie, nawkładał tym ludziom – z Jerzym Owsiakiem na czele – od bezdusznych chamów, i kazał im, jak już zostało wspomniane, „wypierdalać”. Przy okazji też zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek wjedzie do jego wsi, to on i jego parafianie własnoręcznie te ciężarówki, wraz z tym co się na nich znajduje, spalą. No i to właśnie następnego dnia, tak się złożyło, że do owej wioski wjechała nasza ciężarówka, a ksiądz proboszcz – biorąc nas za ludzi z ekipy Jerzego Owsiaka – zareagował jak zareagował.
Wydarzenie to przypomina mi się zawsze wtedy, gdy widzę Jerzego Owsiaka, lub gdy ktoś zastanawia się, co z nim jest nie tak, skoro właściwie wszystko wydaje się być super. I przychodzą mi wtedy na myśl słowa Chrystusa: ‘Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.’ (Mt 6,2-4)I na koniec zdanie prawosławnego teologa, diakona Andrieja Kurajewa*: ‘Zło może podejmować nawet pożyteczne działania, nie zmieniając swojej własnej natury. Na przykład czyniąc to w taki sposób, że pomagając ludziom pod jednym względem, pod innym względem będzie się umacniało ich sojusz ze złem w innych dziedzinach życia – choćby przez rozpalanie próżności ofiarodawców’.
 * Cytat z „Frondy”. Diakon Kurajew pisze tam o Apokalipsie św. Jana Apostoła. Temat mnie zainteresował, ponieważ swego czasu prowadziłem rekolekcje, których zagadnieniem była właśnie Apokalipsa z jej 'błyskawicami, głosami, gromami, wielkimi trzęsieniami ziemi i krwią tryskającą aż po wędzidła koni' – i było to coś (przynajmniej dla rekolekcjonisty) wspaniałego. Kurajew, choć schizmatyk, bardzo dorzecznie – a przy tym ortodoksyjnie –  sprawę przedstawia, i jak sądzę, jego przemyślenia mogą być całkiem niezłym komentarzem, do niektórych z naszych notek".
Pozostaje jedno pytanie. Czy Ksiądz kłamie? Miłych snów dla Milych Państwa.




sobota, 12 stycznia 2019

Za co lubię Roberta Biedronia


        Nie dość, że trzeba pisać książkę, co zabiera resztki czasu, jaki mam w ciągu dnia, to jeszcze wczoraj Hanka urodziła mi drugą wnuczkę i to mnie z kolei bardzo angażuje emocjonalnie. W tej sytuacji wciąż proszę Czytelników o wybaczenie, ale nic nowego nie dam rady napisać, natomiast, owszem, mamy najnowsze wydanie „Warszawskiej Gazety”, a w niej mój zabawny felieton.       
        


      Telewizję TVN24 oglądałem bardzo regularnie przez całe lata wyznaczające czas, kiedy to, jeśli ktoś w ogóle miał ochotę oglądać telewizyjne programy informacyjne, miał do wyboru wyłącznie wspomniane TVN24 oraz TVP, która wówczas była jeszcze gorsza. Przyznać muszę, że nie traktuję tamtych lat jako straconych, choćby z tego względu, że przy moim naprawdę dużym zainteresowaniu polityką, nikt chyba tak jak owa stacja nie zapewniłby mi tego poziomu doznań i jak najbardziej pozytywnych refleksji. Kiedy jednak Dobra Zmiana przejęła w Polsce władzę i tym samym to co najgorsze zostało ograniczone praktycznie już tylko do TVN24, machnąłem na nich ręką i praktycznie tam już nie zaglądam. I tu podobnie, nie uważam, żeby działa mi się jakakolwiek krzywda - nawet przy pełnej świadomości nędzy, jakiej Jacek Kurski z kolegami nam nie oszczędzają - tyle że dziś, kiedy piszę te słowa, czuję pewien brak.
      O co chodzi? Otóż, jak uważni czytelnicy zapewne pamiętają, w zeszłym tygodniu skomentowałem występ w owej telewizji trzech byłych polityków, a mianowicie Marka Borowskiego, Ludwika Dorna, oraz Marka Migalskiego. Obejrzałem fragment - oczywiście że tylko fragment - wspomnianego programu i pomyślałem sobie, że ci z nas, którzy pozostali wierni owej ofercie muszą znajdować się w bardzo ciekawym stanie emocjonalnym, skoro to co mają do powiedzenia ci trzej panowie ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Z nimi naprawdę musi być coś nie tak, skoro oni gotowi są wyrwać ze swojego życia 15 minut, czy niekiedy i całe pół godziny, by dowiedzieć się co siedzi w głowie kogoś, kto od dawna praktycznie już nie istnieje. No i od razu pomyślałem, że jedynym powodem, by się zachowywać aż tak irracjonalnie, jest pragnienie, by usłyszeć jak ktoś - ktokolwiek tak naprawdę - w telewizji mówi brzydko o PiS-ie. Innego rozwiązania tej zagadki nie widzę.
      Wspomniałem o braku. Jaki brak mam na myśli? Otóż chodzi o to, że ja nie wiem, czy to, że telewizja TVN24, jako swojego prime time commentator bierze kogoś takiego jak Marek Borowski, to wypadek, czy standard, a przez to, że nie oglądam owej stacji, tego oczywiście wiedzieć nie mogę. Od czego jednak mamy Internet? Otóż przeprowadziłem w tej sprawie dochodzenie i oto czego się dowiedziałem. Przed nami zestaw zaproszonych gości z ostatnich miesięcy, poza już wspomnianymi:
      Ryszard Kalisz, Paweł Kowal, Kazimierz Marcinkiewicz, Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Marek Dukaczewski, Janusz Zemke, Michał Ujazdowski, Andrzej Olechowski, Adam Rotfeld, Ryszard Bugaj, Jerzy Hausner, Barbara Labuda, Grzegorz Kołodko, Leszek Balcerowicz, Jerzy Buzek, Stanisław Ciosek, Joanna Senyszyn, Marek Belka, Ryszard Schnepf, Waldemar Pawlak, Krystian Legierski.
      Właśnie tak: Krystian Legierski. Przepraszam bardzo, ale cokolwiek byśmy sobie nie myśleli na temat TVP, my przynajmniej mamy Biedronia. A to mi w pełni wystarczy, żeby się modlić o to, by stare nie wróciło.

Przypominam o swoich książkach, które są do kupienia w znanych już nam chyba wszystkim miejscach, a jeśli ktoś ma wątpliwości, to proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

środa, 9 stycznia 2019

O komórce z Bogiem i bez Niego



      Przyznać muszę, że pisanie książki idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa, a jeśli wczoraj udało mi się coś napisać, to tylko dlatego, że to był tekst za który w lutym dostanę od Piotra Bachurskiego 300 zł, a to jest dla mnie ważne. Skąd to lenistwo? Nie wiem. Podejrzewam, że to jest w ogóle takie moje związane z wiekiem zmęczenie, które prowadzi mnie do tego, że zamiast zrobić coś pożytecznego, wolę siedzieć w fotelu i gapić się w ścianę. Poza tym moje dziecko przebywa aktualnie w szpitalu i jeśli nie uda się uspokoić sytuacji, lada chwilę urodzi mi drugą wnuczkę więc wszyscy jesteśmy myślami z nimi. A zatem, jest jak jest. W tej więc sytuacji, proponuje swój kolejny stary bardzo tekst, o tyle jednak aktualny, że zahaczający o temat, który się nam tu ostatnio troszkę pojawił, a mianowicie ateizm. Bardzo polecam.

        Wspominałem już tu z pewnością o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.
      A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.
      Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.
      Spędziliśmy wczoraj wieczór, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy - i to jaki! - film „Six Shooter”, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.
      No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich myśli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.
      Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, że to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem życia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?
      A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głównie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.
      Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
      Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w życiu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.
      I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie wczoraj słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardzie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.
      A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, ze wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.
      Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

Powyższy tekst został umieszczony w mojej książce „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, dziś już niestety sprzedanej. Są jednak wciąż inne, równie dobre, a zatem serdecznie polecam. Kontakt: k.osiejuk@gmail.com.