piątek, 29 marca 2019

Lechu napada, czyli sztuczna inteligencja


W tym tygodniu nie będzie zwykłego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, bo waga tematu spowodowała, że oryginalny tekst musiałem znacznie rozszerzyć i wyszło coś zupełnie innego. A zatem, zapraszam do czytania swoistej kompilacji, wraz z całkowicie nową puentą.       


      Narastało to już od dawna, zwiastuny ostatecznego krachu następowały jeden po drugim, no i stało się. Wydaje się że Lech Wałęsa ostatecznie wpadł w autentyczny obłęd, który, co ciekawe, okazał się tak spektakularny, że od słów zachwytu nie są w stanie powstrzymac się takie nawet, dotychczas wiernie stojące przy Prezydencie, medialne tuzy jak Radio Zet, Onet, czy Polsat. Ale nie każmy sobie dłużej czekać. Oto fragment wystąpienia Lecha Wałęsy na spotkaniu z sympatykami w Krośnie:
Jak nasi pradziadowie wymyślili rower i trochę techniki, to z tych różnych osad musieli zrobić kraje, i do XX w. to wytrzymało. A teraz technologia jest za duża i musimy powiększyć struktury, i gdzie je powiększyć? Musi być biuro jakieś, i to nazwaliśmy Unią Europejską. Są trzy rozwiązania. Trzeba się zwrócić do największych krajów Unii, Niemiec, Francji, Włoch. Macie się porozumieć i zrobić remont, albo powołujcie nową Unię bez Węgier, Polski i Rosji i umieszczacie przy wejściu dwie tablice. Na jednej z nich jest napisane: ‘Każdy może do nas wstąpić, ale otrzymuje dziesięć praw’. A obok jest druga tablica i tam jest dziesięć obowiązków. I tam będzie napisane, żeby się nie wygłupiać, jak Polska czy Węgry. Drugie rozwiązanie: dziś każda organizacja typu Unia powinna otworzyć mikrofony. Każdy z was mógłby zadzwonić do ministra do Unii. Każdy jeden minister wie, w jakich godzinach inny pracuje i ten minister do was powie tak: ‘Uwierzcie wreszcie, my was wszystkich kochamy. My w tej Unii chcemy dla was maksymalnie dobrze. Zadzwoń, podpowiedz nam. Ja wysłucham ciebie’. A drugi minister na to mówi: ‘Nie słuchaj ich, demagowgów, populistów’. No i gdzie pójdziesz? Gdzie będą porozumienia wszelkie? Na razie te biura są za duże. Ale dlaczego są za duże? Bo każdy kraj jeden drugiemu nie wierzy. Ale możemy też to zburzać. Już pięć razy chyba, czy cztery razy były takie cywilizacje jak nasza. Budowali piramidy. I dochodzili do tego momentu, co my. I ktoś podobny do Putina przycisnął guzik i rozpuścili nam krew i wszyscy zginęliśmy. Albo jest trzecia możliwość. Na innych galaktykach są trzy poziomy rozwoju intelektualnego. My jesteśmy najniżej. I wyższa cywilizacja przyjeżdza tymi, takimi czy innymi, i patrzy, co oni tu wyprawiają. Jak zagrozimy destabilizacją, atomem, tym Putinem, to oni nam przeszkodzą, przetną na pół, ziemia się zwinie, wszystkich nas zgniecie, przetrzymają nas pięć tysięcy lat, przyślą nam Adama i Ewę i będziemy budować znów do tego momentu, w którym dziś jesteśmy. Dziś różne rzeczy znajdują, wykopują w kamieniu, piramidy nawet, i nie ma odpowiedzi, skąd to się wzięło. Tak nie może być, musimy się dogadać. Pan Bóg dał nam tę Ziemię, a tu jedni żyją gdzie jest strasznie gorąco, kolor skóry zmieniony, a inni całe życie się nie rozbierają, bo tam jest za zimno. Tak nie może być”.
      Różne fragmenty tego wykładu są dziś powtarzane przez praktycznie wszystkie media – z wyłączniem oczywiście „Wyborczej” oraz TVN-u – za każdym razem w nieco zmiemnionej wersji, jak rozumiem, z tej przyczyny, że tok rozumowania Przewodniczącego jest mocno szarpany, a i samo nagranie wyjątkowo marne. I chyba po raz pierwszy od wielu, wielu lat zaniepokojenie jego stanem psychicznym stało się aż tak powszechne, a co jeszcze ciekawsze, tak mocne. A ja sobie myślę, że musimy być przygotowani na kolejne, i to kto wie, czy nie jeszcze bardziej spektakularne wystąpienia. Tempo bowiem, w jakim Lech Wałęsa, traci przytomność, jest naprawdę niepokojące, w tym sensie, że trudno sobie wyobrazić, by ci, dla których on stanowi jeszcze jakieś alibi byli w stanie dłużej znosić owe wybryki. Tego co czeka nas wszystkich w momencie gdy Lech Wałęsa przekroczy tak zwaną masę krytyczną, oni zwyczajnie mogą nie wytrzymać i będą musieli uznać, że z tym trzeba koniecznie coś zrobić i próbować Prezydenta jakoś powstrzymać. A przecież wszyscy Wałęsę znamy. Naprawdę trudno sobie wyobrazić, by on zechciał kogokolwiek słuchać, szczególnie w sytuacji, jak mówię, krytycznej. Można interweniować na różne sposoby, ale on nie przestanie występować. Jeśli nie na Facebooku, to na publicznych spotkaniach; jeśli wyda się polecenie lokalnym fanclubom, by przestały mu te spotkania oragnizować, przygarną go jakieś bardziej niszowe redakcje, czy wydawnictwa, które dadzą mą możliwość publicznego prezentowania swoich przemyśleń. A powtarzam, przez to, że jego stan siłą rzeczy będzie coraz poważniejszy, również szaleństwo owych wystąpień będzie większe.
      I teraz przechodzę do sprawy naprawdę poważnej. Otóż wszyscy wiemy, jak tego typu problemy od lat rozwiązuje przemysł pop. Tam się nikt, przepraszam za wyrażenie, nigdy nie opieprzał. Tam nigdy nie było żadnych sentymentów. Piłka za każdym razem była krótka i bardzo dobrze mierzona. Pamiętamy, jak rozwiązano kwestię Briana Jonesa, Hendrixa, Morrisona, Joplin, czy już w bardziej współczesnych czasach, Kurta Cobeina, Michaela Jacksona, Amy Winehouse, czy – już z zupełnie innej beczki – prezydenta Gdańska, Adamowicza. W momencie gdy księgowość informowała, że zbliża się kryzys, a wraz z nim bardzo prawdopodobna konieczność zamknięcia interesu, interes, owszem, zamykano, tyle że w sposób kontrolowany na tyle, by jeszcze przynajmniej przez kilka lat czerpać z niego zyski. I jak pokazuje historia, bardzo skutecznie. Znacznie bardziej skutecznie, niż by to miało miejsce w przypadku jakiejkolwiek zwłoki.
      Otóż obawiam się, że może się zdarzyć, że kiedy Lech Wałęsa się już naprawdę rozbryka i nawet jego najwięksi sojusznicy, jak wspomniana „Wyborcza”, TVN, czy nawet portal NaTemat Tomasza Lisa, który właśnie niemal rzutem na taśmę postanowił bronić Wałęsy z pozycji naukowych , powołując się na badania radzieckiego naukowca, Kardaszewa, stracą do niego resztki cierpliwości, a wszystkie dostępne dowody zaczną nieubłaganie wskazywać na to, że dalsza jego aktywność przynosi bardzo poważne straty – i polityczne i finansowe – będą musieli zareagować bardzo szybko, na tyle szybko, by jeszcze dało się jakoś rozdmuchać tę legendę, urządzić odpowiednio spektakularną żałobę – no i stanie się nieszczęście.
      Ktoś powie, że to nie Wałęsa, ale ja oszalałem. No, może i tak. Mam nadzieję, że tak. W końcu on ma, cokolwiek by nie mówić, dopiero 75 lat, a to przecież naprawdę młody wiek. Mam więc wielką nadzieję, że to ja się mylę, a Lechu będzie walczył do późnej starości i dokończy swojego żywota siedząc przed laptopem, studiując nauki radzieckich astronomów i wrzucając na Facebooku kolejne meny.



Niezmiennie przypominam, że w księgarni Coryllusa jest do kupienia moja najnowsza książka. Serdecznie polecam: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/imperium-czyli-gdzie-pada-cien-na-ss-mantola/



czwartek, 28 marca 2019

Ile trzeba zapłacić za porządny film nakręcony na taśmie 8 mm?


      Nie opadł jeszcze kurz po notce, którą zamieściłem tu parę dni temu, a poświęconej Finlandii i jej przewadze nad resztą świata, o Polsce nawet nie wspominając, pod względem osiągniętego poziomu szczęścia, jak RMF podał informację, która znakomicie wręcz uzupełnia zarówno raport ONZ, sytuujący Finlandię własnie na szczycie tej drabinki, jak i – tym bardziej może – moje osobiste na ten temat refleksje. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wedle wspomnianych doniesień (pozwolę sobie zacytować):
     Fińska policja zatrzymała pięciu mężczyzn, którzy molestowali seksualnie i gwałcili młodych chłopców. Nagrywali to i zamieszczali nagrania w internecie, a także sprowadzali do Finlandii i rozpowszechniali pornografię dziecięcą.
      Śledztwo w tej sprawie, wszczęte na podstawie informacji ‘zagranicznej agencji’, trwało półtora roku i prowadzone było w 17 krajach, głównie europejskich – ujawniła policja, nie podając szczegółów. Wszyscy aresztowani to Finowie, podobnie jak ich ofiary – sześciu chłopców w wieku od sześciu do 15 lat. Pedofilska szajka działała od 2004 roku do 2018 roku.
      Najłagodniejszą formą molestowania, którego dopuszczono się w Finlandii było pokazywanie ofierze (dziecku) pornografii z udziałem dorosłych, a najokrutniejszą – gwałcenie odurzonego narkotykami dziecka przez 10 godzin – powiedziała inspektor Sanna Springare. Odmówiła bliższych informacji o zatrzymanych.
      Śledczy ujawnili również, że wśród pornografii dziecięcej sprowadzonej przez tę szajkę z zagranicy i rozpowszechnionej było nagranie przedstawiające śmierć maltretowanego dziecka”.
       Jeśli ktoś w tej chwili spodziewa się, że ja zaczną sobie stroić, żarty na temat tego rzekomego szczęścia, które złapało za gardło obywateli tego najszczęśliwszego kraju na świecie, czy tym bardziej zastanawiał się, czy fakt, że inspektor Springare „odmówiła informacji o zatrzymanych” nie dowodzi tego, że owi zatrzymani to katoliccy księża, jest w błędzie. W temacie zarówno rzekomej pedofilii księży i jej wpływu na poczucie szczęścia Finów powiedziałem już wszystko. Dziś interesuje mnie coś zupełnie innego, a mianowicie fragment powyższej informacji – przez redakcję zdecydowanie zlekceważony –  wspominający o nagraniu przedstawiającym zabójstwo dziecka. Jednak zanim do tego dojdę, pewne filmowe wspomnienie.
     Otóż – może ktoś widział, a może nie – jest taki film Joela Schumachera z Nicholasem Cagem, zatytułowany „8 mm”. Mówiąc najkrócej rzecz w tym, że Cage jest prywatnym detektywem, który otrzymuje zlecenie od pewnej bardzo zamożnej wdowy. Mąż tej pani zmarł, a ona, porządkując po nim mieszkanie, znalazła amatorski film pornograficzny, na którym widać coś, co robi wrażenie autentycznego zabójstwa młodej dziewczyny. Ponieważ ów film zrobił na niej duże wrażenie, ona chce, by Cage zbadał sprawę i powiedział jej, czy przedstawiona na filmie dziewczyna została faktycznie zamordowana, czy to tylko inscenizacja na potrzeby różnego rodzaju nieszkodliwych zboczeńców. Cage przyjmuje tę robotę i zaczyna szukać. Reszta filmu to właśnie prowadzące do pełnego napięcia finału poszukiwania, które przypominają schodzenie na najniższy krąg piekła, gdzie okazuje się, że to co widzimy, lub to nawet co sobie możemy wybrazić, to, owszem, mniej lub bardziej brutalna pornografia, nawet z inscenizowanym zabójstwem, natomiast rodzaj oferty pozostaje już tylko kwestią pieniędzy. W tej sytuacji jest tak, że jeśli ktoś jest gotów zapłacić naprawdę duże pieniądze, to za nie dostanie wszystko. I o tym własnie jest ten film. O rynku, który jest gotowy na realizację wszelkich potrzeb, o ile tylko ktoś na samym początku wpadnie na choćby najbardziej niewinny, ale otwierający szeroko różnego rodzaju drzwi, pomysł.
     Oglądałem „8 mm” wiele lat temu, ale to właśnie pamiętam z niego bardzo dobrze, że tu wszystko zaczyna się od zwykłych, sprzedawanych spod lady „świerszczyków”, nawet jeśli z drobną porcją marihuany dla rozluźnienia. Dlatego też ani mnie za bardzo nie zdziwiła owa wrzucona na koniec, niejako półgębkiem, informacja na temat sfilmowanego zabójstwa tego dziecka, ani też sposób, w jaki ten akurat element został potraktowany. Tytuł tekstu RMF brzmi „Odurzone narkotykami dziecko gwałcone przez 10 godzin. Pedofile zatrzymani”, całość ilustrowana jest głupkowatym i całkowicie nieadekwatnym zdjęciem kieszeni spodni, z której wystaje szmaciany miś, a ja się już tylko zastanawiam, czy to, że oni nie dali nam nawet szansy na zastanowienie się nad prawdziwym sensem tego, z czym mamy do czynienia, nie wynika z faktu, że oni jak ognia boją się tego, że mogą zwrócić naszą uwagę na wspomniane przeze mnie wcześniej kręgi, a wraz z nimi pytanie, które się musi wreszcie pojawić: Dlaczego Michael Jackson w swoim Neverlandzie nie trzymał dziewczynek? No a wtedy to dziś już najbardziej intrygujące: Ile zmarły mąż kobiety z filmu Schumachera zapłacił za tę swoją taśmę 8 mm i ile by musiał zapłacić dziś?




Wygląda na to, że w księgarni dziś już wszystko działa jak należy, na wszelki wypadek jednak przypominam, że od kilku dni jest do kupienia moja – pierwsza od grubo ponad już dwóch lat – książka o Brytyjskim Imperium i jego językach, a adres do niej, jak i też do pozostałych, to:
https://basnjakniedzwiedz.pl/ksiegarnia/temat/autor-krzysztof-osiejuk/. Serdecznie polecam.

środa, 27 marca 2019

Siedem wiosennych kawałków dla zabawy i refleksji


Za chwilę kwiecień, a z nim kolejny numer miesięcznika „Polska Niepodległa”, w którym niezmiennie na czołowym miejscu ój zestaw wesołych komentarzy na tematy bieżące. Ponieważ słowo „bieżące” w obecnym stanie rzeczy brzmi nieco dziwnie, nie będę czekał, natomiast oczywiście bardzo polecam ów naprawdę ciekawy magazyn i przypominam, że „Ruch” jest bojkotowany, a więc proszę szukać w innych punktach.


Podczas gdy w Polsce, dzięki zaangażowaniu przede wszystkim prezydenta wszystkich warszawian, Rafała Trzaskowskiego, rozgorzała wielka dyskusja na temat ewentualnej konieczności uczenia naszych dzieci sztuki onanizmu, wygląda na to, że na Dzikim Zachodzie wszystko zmierza ku temu, by się z owej seks-edukacji drobnym raczkiem zacząć wycofywać. A wszystko to za sprawą dwóch dziś już starych byków, jednak przed laty zaledwie dzieci, które jako jedne z wówczas wielu, były systematycznie i w najbardziej brutalny sposób wykorzystywane przez niegdysiejszą gwiazdę popu, Michaela Jacksona. Oczywiście, o tym co się wyprawia w jego posiadłości o słodkiej nazwie Neverland mówiło się niemal od początku, były nawet w tej sprawie zakończone wielomilionową ugodą pozwy, no ale w końcu Jackson został z tego świata brutalnie usunięty i na kilka dobrych lat biznes się odpowiednio kręcił. Szczerze powiem, że kiedy Michael Jackson umarł, byłem przekonany że to wynik obaw, że jego psychiczny, ale też fizyczny stan doprowadzi do jakiejś publicznej katastrofy i cały interes jasny szlag trafi. Tymczasem wygląda dziś nagle, że jego trzeba było usunąć nie ze strachu, że jemu odpadnie na scenie nos, czy wręcz głowa, ale że przez jego coraz większy pedofilski apetyt trzeba go będzie ostatecznie zamknąć albo w więzieniu, albo w szpitalu psychiatrycznym i będzie jeszcze większa tragedia, niż w przypadku odpadniętego nosa. Węszę więc ów spisek i myślę sobie, że ten cały przemysł rozrywkowy, to ciekawe miejsce. Kiedyś Hendriksa, Janis Joplin, Jima Morrisona i paru innych, kiedy ci nie potrafili ani zapewnić odpowiednich profitów, ani też normalnie zejść ze sceny, trzeba było z tej sceny najbardziej brutalnie znieść . Straszna jest ta skuteczność pieniądza.

***

Myślę o Jacksonie i od razu przychodzi mi do głowy nasz Lechu Wałęsa, który wprawdzie nie jest ani pedofilem, ani wariatem po setkach operacji plastycznych, ale zwykłym pogubionym głuptaskiem, który kompromituje siebie i rękę, która go karmi. Mimo że w ostatnich tygodniach on się tak bardzo uaktywnił na swoim Facebookowym profilu i to na poziomie emocji nawet u niego dotychczas nieznanym, wydaje się, że nawet jeśli część jego sympatyków się od niego odwróci, to nikt go ani nie zabije, ani nawet nie wsadzi do psychiatryka, i w ten sposób on dopełni swojego żywota na wspomnianym Facebooku właśnie. I pomyśleć tylko, że niektórzy mówią, że polityka jest bezwzględna i brutalna. Cóż za potężna bzdura! Owszem, gdyby Lechu był popularnym piosenkarzem, lub gitarzystą rockowym, to moglibyśmy się dziś naprawdę o niego zacząć bać. A tak, z napięciem czekamy kolejnego dnia i kolejnego obrazka, który się mu bardzo spodoba.

***

A przecież Lech Wałęsa, mimo że nam dzielnie lideruje, nie jest jedyny. Mam nadzieję, że Czytelnicy pamiętają Pawła Śpiewaka, który zasłynął przed laty publicznym przyznaniem, że owszem, popierana przez niego Platforma Obywatelska, to banda autokratów, którzy dla utrzymania władzy gotowi są wrogą sobie część społeczeństwa wziąć za twarz, używając do tego mediów, służb specjalnych, sądów, a nawet kultury popularnej, ale on nie ma nic przeciwko temu, bo oni w tym swoim nazizmie są naprawdę słodcy. Od tego czasu minęły lata, Śpiewak na pewien czas zniknął nam z oczu, ale oto na nowo się pojawił i od razu w najwyższej formie. W jednym z wywiadów zacytował całkowicie fejkowy internetowy mem, gdzie piłkarz Messi mówi rzekomo, że rządy Prawa i Sprawiedliwości to czysty faszyzm. Kiedy temu nieboraczkowi zwrócono uwagę, że Messi nic takiego nigdy nie powiedział, tylko ktoś Śpiewaka zrobił w trąbę, temu nawet jeden włos się nie poruszył na jego rudej bródce i odpowiedział, że może i nie powiedział, ale mógł i powinien powiedzieć, w związku z tym on nie widzi problemu. Podobno uczeni w Piśmie tego typu zachowania potrafią bardzo dobrze objaśniać.

***

Z tymi memami to w ogóle ciekawa sprawa. Jest ich w Internecie cała kupa, zdecydowana większość kompletnie fejkowa, i z tego co zdążyłem zauważyć, zawsze się znajdzie jakiś aktor, piosenkarz, naukowiec, czy wreszcie polityk związany z opozycją, który zechce go cytować. Robi to nieustannie Wałęsa, robi też regularnie aktorka Janda, która niedawno narobiła sobie ciężkiego wstydu publikując zdjęcie z metra w Kijowie, gdzie banda tępych wołów nie chce ustąpić miejsca ciężarnej kobiecie i podpisując je w następujący sposób: „Polak katolik, prawdziwy patriota wyklęty zawsze służy obronie życia poczętego, no chyba, że jest zmęczony, wtedy robi sobie przerwę”.
Powiem szczerze, że się zaczynam ostatnio zastanawiać, czy przypadkiem w naszym rządzie nie powstała specjalna komórka, która produkuje tego rodzaju memy i publikuje je w Internecie kosztem tych głuptasów. Jeśli tak, to chyba znów zaczynam wierzyć w Dobrą Zmianę.

***

A z tym, jak wiemy nie jest łatwo. Jeszcze nie opadł kurz po wystąpieniu Marka Suskiego, w którym poskarżył się ów ciekawy poseł, że on jako ważny polityk zarabia niemal tyle co przeciętny nauczyciel, nie umilkł brutalny rechot po tym, jak się Suski zreflektował i przeprosił na Twitterze swoją żonę – nauczycielkę, zapewniając że Polacy kochają nauczycieli, a nauczyciele kochają uczniów i w ogóle wszystko jest na swoim miejscu, jak Wiadomości TVP podały wyliczenia, że przeciętny nauczyciel spędza w pracy trzy godziny dziennie, a do tego ma sześć tygodni letnich i dwa tygodnie zimowych wakacji. Strajk nauczycieli, który ma szansę dokumentnie rozwalić cały szkolny system, zbliża się wielkimi krokami, przewodniczący Broniarz robi wrażenie człowieka zdeterminowanego, by pozostać szefem Związku na kolejną kadencję, więc ja naprawdę nie rozumiem, czemu oni sobie kopią ten grób. Przecież w sytuacji w jakiej się znaleźli, zamiast pleść coś o szacunku, mogliby właściwie zacząć ogłaszać, że nauczyciele to banda głupich leni i nierobów, którym powinno się zmniejszyć pensje o połowę, i to naprawdę niewiele by zmieniło. W sumie – zagadka.

***

Zagadek w tym pokręconym świecie polskiej polityki jest zresztą znacznie więcej. Oto, jak się dowiadujemy, wydawca oraz właściciel takich popularnych tygodników opinii jak „Do Rzeczy”, czy „Wprost”, Michał Lisiecki, został zatrzymany przez CBA pod zarzutem udziału w grupie przestępczej, która „wyłudziła 29 milionów złotych na szkodę firmy specjalizującej się w budowie i remontach infrastruktury kolejowej”. Czym jest dziś „Wprost” tego nie wiem, natomiast wiem, jaką opcję prezentuje tygodnik „Do Rzeczy” i doprawdy nie potrafię zrozumieć, że jego dziennikarze zachowują się jakby to co się właśnie stało, ich nie dotyczyło. Mądrzą się nadal w swoich felietonach, występują w telewizji i robią wrażenie bardzo z siebie zadowolonych. I co ciekawe, nikt z nich ani nie komentuje, ani nie jest nawet proszony o skomentowanie tej afery. Przepraszam bardzo, ale zastanówmy się, co by mówili dziennikarze „Do Rzeczy”, gdyby CBA nagle zatrzymało nie ich pana dobrodzieja, ale dajmy na to takiego Bartosza Hojkę, prezesa zarządu „polskiej grupy rozrywkowo-medialnej”, Agory S.A. Jakie by tam nastąpiło intelektualne wzmożenie, gdyby się nagle okazało, że niemieckie służby bezpieczeństwa zatrzymały właściciela Springera? A tu nic. Cisza.

***

Swoją drogą nie mogę się tu powstrzymać przed tym by na chwilę wrócić do Michaela Jacksona, od którego zacząłem dzisiejsze refleksje. Minęło dziesięć lat od jego śmierci i 30 od kiedy po raz pierwszy pojawiły się podejrzenia, że on wykorzystuje seksualnie małe dzieci. Jeśli idzie o mnie, to ja nie miałem wątpliwości co do tego, że z nim jest coś nie tak, od samego początku. Powiem więcej, mam wrażenie, że to wiedzieli wszyscy. Ale też mam wrażenie, że wszyscy wiedzieli, co w trawie piszczy, kiedy się okazało, że właścicielem tak zwanego „Tygodnika Lisickiego” jest nie kto inny a właśnie sam Michał Lisiecki. I daję słowo, że wcale problemem nie jest to, że oni mają podobnie brzmiące nazwiska.

Przypominam, że moja najnowsza książka o Brytyjskim Imperium jest już do kupienia. Ponieważ dochodzą mnie pretensje, że ona jest nie do znalezienia na stronie księgarni, załączam najbardziej bezpośredni link: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/imperium-czyli-gdzie-pada-cien-na-ss-mantola/ Serdecznie zachęcam.



poniedziałek, 25 marca 2019

Nasza Kochana Oświata, czyli paskiem w ryj


       Wprawdzie już parę tygodni temu zabierałem tu głos w sprawie sytuacji na polu starcia między Komunistycznym Związkiem Nauczycielstwa Polskiego a rządem, ponieważ jednak głównym bohaterem mojej notki był poseł Marek Suski, wobec wciąż narastającego napięcia czuję, że powinienem się odezwać zupełnie osobno. Problem polega na tym, że pytają mnie znajomi – w większości ludzie bardzo życzliwie nastawieni do Dobrej Zmiany – jak to jest z tymi zarobkami nauczycieli, czy faktycznie dyplomowany nauczyciel zarabia tyle ile mu wyliczyła minister Zalewska, a ja nie mam innego wyjścia, jak powtarzać niezmiennie, że nie, że nauczyciel dyplomowany zarabia dużo mniej i że Zalewska, a z nią inni ministrowie bezczelnie i w sposób zupełnie niepojęty łżą. Kiedy Suski wyskoczył z tym swoim idiotyzmem, gdzie porównał zarobki nauczyciela do tego, co za swoją robotę otrzymuje poseł, oczywiście wybuchła wielka awantura, jednak proszę zwrócić uwagę na fakt, że niemal nikt nie kwestionował tych 5,5 tys. które rzekomo zarabia nauczyciel, ale większość komentarzy skupiła się na owych ośmiu patykach dla posła. Również, kiedy Suski wrzucił na Twittera coś, co w jego rozumieniu stanowiło przeprosiny, nie zmienił on swoich rachunków, lecz zaledwie zapewnił, że on bardzo szanuje nauczycieli i wie, jak ciężka i pełna poświęcenia jest ich praca i jak oni kochają swoich uczniów. I to jest właśnie przekaz, jaki ze strony rządu dociera do nauczycieli oraz opinii publicznej: praca nauczyciela jest bardzo ciężka, bardzo potrzebna, oraz zasługująca na najwyższy szacunek, dlatego rząd już teraz podwyższył nauczycielskie pensje do poziomu 5,5 tys., by w przyszłości podwyższyć je jeszcze bardziej.
        A ja tego zwyczajnie nie rozumiem. Nie mam bladego pojęcia, czemu oni zdecydowali się iść w to kłamstwo, kłamstwo podłe i bezczelne. Zwyczajnie nie wierzę w to, że oni są szczerze przekonani co do tych rachunków. Nie ma takiej możliwości, by którykolwiek z nich – poza może Suskim – sądził, że nauczyciel otrzymuje brutto co miesiąc 5,5 tys. zł. Ale jest coś jeszcze. Ja nie wierzę też w to, że którykolwiek z nich jest przekonany, że polski nauczyciel spędza w szkole średnio 3 godziny dziennie, o czym poinformowano we wczorajszym Dzienniku Telewizyjnym. Nie wierzę w to, bo gdyby tak miało być faktycznie, to ja tym idiotom już dziś pragnę podziękować i prosić, by mi zeszli z oczu raz na zawsze.
       A zatem, pozostaje pytanie, czemu oni to robią. Czemu kłamią i czemu robią to z taką determinacją, że jedynym tego efektem może być doprowadzenie nauczycieli do takiej wściekłości, że nawet jeśli przewodniczący Broniarz dogada się z władzą i poprosi grzecznie nauczycieli, by jeszcze trochę poczekali, oni go najpierw powieszą na najbliższej latarni, a potem już sami osobiście rozpieprzą cały ten system. Powiem szczerze, że odpowiedzi na tę zagadkę nie mam. A skoro tak, to muszę założyć, że jest coś, o czym nie wiem, a to z kolei musiałoby oznaczać, że w tym szaleństwie musi być jakaś metoda i kto wie, czy oni z jakiegoś powodu nie postanowili wypowiedzieć wojnę Komunistycznemu Związkowi Nauczycielstwa Polskiego. Może być bowiem tak, że ta akurat władza zrozumiała, że jeśli nie weźmie za mordę całej tej bandy post-PRL-owskich trepów, to nigdy nie zaznają spokoju. Choćby się nie wiadomo jak starali, nie wiadomo jak spektakularne odnosili sukcesy, nie wiadomo jak wielkie mieli poparcie w społeczeństwie i z jakim poparciem wygrywaliby kolejne wybory – zawsze będą szkoły i nauczyciele, w ogromnej większości pozostający w owym ideologicznym uścisku, który jest praktycznie nie do zdarcia. No i znów, skoro tak, to oni też muszą wiedzieć, że jedynym praktycznym skutkiem tego strajku będzie to, że ci biedni nauczyciele za cały ten okres nie dostaną ani grosza i dopiero wtedy zrozumieją, jak byli głupi, kiedy dostaną pasek z kolejną wypłatą i tam, zamiast tych pięciu tysięcy, czy choćby zwykłych trzech, pojawi się ledwie parę stów. I w ten sposób dojdzie do – przepraszam za wyrażenie – z dawna wyczekiwanego ostatecznego rozwiązania kwestii nauczycielskiej. Amen.



niedziela, 24 marca 2019

Piotr Semka, czyli dawnych wspomnień czar


O Piotrze Semce pisałem na swoim blogu niespodziewanie wiele razy i przyznaję, że nigdy z nudów i braku innych lepszych tematów. O ile dobrze pamiętam, za pierwszym razem on się tu pojawił, po tym, jak pewnego dnia czekałem z moimi dziećmi na pociąg i na peronie pojawił się wspomniany Semka, moje dzieci, od zawsze nadzwyczaj świadome tego, co się wokół nich dzieje, Semkę rozpoznały i rzuciły się w jego kierunku, by się z nim przywitać, a on je zwyczajnie spuścił. Drugi raz, po tym jak sprawę opisałem, Semka nas przeprosił i zapewnił, że musiał być zamyślony. Trzeci raz, kiedy spotkałem Semkę na urodzinach Salonu24, przywitałem się z nim i powiedziałem, że nie mam pretensji, no i wtedy on spuścił mnie.
W kolejnych latach było jeszcze parę okazji, by się nad Redaktorem poznęcać, no ale w końcu temat się wyczerpał i od kilku dobrych lat on już tu nie gości. I oto wczoraj, w komentarzach pod moją notką, dzięki Joli Plucińskiej Piotr Semkia triumfalnie powrócił, a ja sobie pomyślałem, że z tej okazji przypomnę pewne zdarzenie sprzed lat, kiedy to redakcja Salonu24, na życzenie właśnie Semki usunęła dwa moje kolejne felietony. Oto tekst oryginalny:

       Dzisiejsza notka będzie wyjątkowo krótka, nastawiona przede wszystkim na to, że sprawę za mnie załatwią komentatorzy. Czy plan się powiedzie, oczywiście odgadnąć nie potrafię, z drugiej strony jednak nie mam pomysłu na dłuższy wpis. A ponieważ uważam, że sprawa nie jest w żaden sposób błaha, proszę o uwagę.
       Otóż szedłem sobie wczoraj z moim synem przez miasto i nagle, na jednym z największych budynków w mieście, tak zwanym „Separatorze”, w którym kiedyś mieściły się biura regionalnej „Solidarności”, a dziś nie wiem, co się w nim dzieje i do czego on służy, poza tym, że od czasu do czasu wywieszane są na nim ogromne reklamy, i tak wiszą całymi tygodniami, pojawił się portret byłego dziennikarza telewizji TVN24, Kamila Durczoka, plus adres: silesion.pl.
        Mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga przynajmniej czują, skąd ten dzisiejszy tekst. Idę sobie mianowicie przez jesienne i zadeszczone miasto i nagle widzę, jak niczym ilustracja do orwellowskiego „Roku 1984”, wyrasta nade mną Kamil Durczok, były dziennikarz telewizji TVN24. I ten adres: silesion.pl.
       Nie planowałem ani przez moment oczywiście korzystać z owej czarnej wskazówki, natomiast również wczoraj znalazłem na Twitterze, czy na Facebooku – nie pamiętam już – informację, że oto świeżo założonemu portalowi Kamila Durczoka silesion.pl udzielił wywiadu nie kto inny jak sam Piotr Semka.
      A ja rozumiem, że to się odbyło tak. Czy to sam Durczok, czy może bardziej jego asystent, zadzwonił do Semki i zapytał: „Panie Piotrze, czy zechciałby pan udzielić krótkiego wywiadu dla nowego portalu internetowego Kamila Durczoka ‘silesion.pl’?”, na co Semka oczywiście wyszedł z pytaniem kluczowym: „Za ile to by było?”. Na to padła odpowiedź: „Tu nie musi się pan martwić, finansowanie mamy mocne”. No a dalej już wszystko poszło z górki. A ja już wiem, że kiedy oni wieszali ten ogromny baner, by red. Durczok na nas patrzył jak ów Big Brother, mieli wszystko dokładnie zaplanowane i wyliczone.
      I nie mam nic więcej do powiedzenia. Wklejam odpowiednie zdjęcie, no i już tylko proszę o komentarze, jak zawsze zapraszając do księgarni Coryllusa, gdzie można kupować moje książki.



Jak mówię, ów tekst został przez Igora Janke usunięty, a ja w tej sytuacji napisałem kolejny, zatytułowany „Szanownemu Panu Redaktorowi Piotrowi Semce z przeprosinami i życzeniami zdrowia który Janke również usunął. Bardzo proszę:

      Rocznicowego tekstu z okazji dziesiątego jubileuszu Salonu24 nie planowałem pisać ani dziś, ani w ogóle, z tego prostego względu, że nie bardzo wiedziałem, o czym miałbym pisać, poza tym, że faktycznie, gdyby nie Salon24, być może nie byłbym dziś tym, kim jestem, a więc stosunkowo popularnym blogerem, oraz przede wszystkim utrzymującym się z ich sprzedaży autorem książek. No ale to jest, jak widzimy, zaledwie jedno zdanie, a poza tym – nie oszukujmy się – to, że udało mi się dotrzeć aż tutaj, w żadnej mierze nie jest zasługą ani Igora Janke, ani Bogny Janke, ani kolejnych administratorów. Powiedzmy to sobie uczciwie: nawet wtedy, gdy na samym początku tej drogi zgłosiłem się do konkursu Onetu na blog roku i zdobyłem tam, w pewnym sensie również dla Salonu, pierwszą nagrodę w kategorii „polityka”, Igor Janke zareagował na to jedynie zdawkowymi gratulacjami, a administratorzy niemal natychmiast zaczęli moje teksty lekceważyć. Czemu tak? Nie wiem i przyznam szczerze, mało mnie to obchodzi.
        Mógłbym też napisać, że już po tym wydarzeniu, zaczęło dochodzić do sytuacji, kiedy moje notki były przez Administrację usuwane, czego najbardziej drastycznym przykładem był najpierw wpis o manipulacji z szalikiem Lecha Kaczyńskiego, a potem moje refleksje na temat Alicji Tysiąc i jej cudem ocalałej córeczki. Pierwszy z nich w związku z groźbami ze strony Agory, drugi na żądanie środowisk proaborcyjnych. To jednak wciąż są tylko maksymalnie dwa zdania. Za mało jak na notkę na blogu. W dodatku uroczystą.
       A zatem, jak mówię, tego wpisu miało nie być i by go oczywiście nie było, gdyby nie dzisiejsze zdarzenie, w sposób jednoznaczny symboliczne, a mianowicie usunięcie przez państwa Janke mojego dzisiejszego tekstu na temat nowego portalu Kamila Durczoka, silesion.pl, oraz zaangażowania się Piotra Semki w jego promocję. Jak informuje mnie w nadesłanym mailu Administracja, tekst został usunięty na żądanie Piotra Semki, który oświadczył, że zawarta w notce sugestia, jakoby on za udzielenie wywiadu Durczokowi wziął pieniądze, narusza jego dobra osobiste. Z tego co przekazała mi Administracja, Piotr Semka zgodził się na wywiad dla Kamila Durczoka za darmo, a w związku z tym ja, jako ktoś kto na Semkę ma oko od dobrych paru lat, z prawdziwą satysfakcją oświadczam, że bardzo mnie ten fakt cieszy, a Semkę za swoje naiwne i głupie podejrzenia z całego serca przepraszam. To że Semka rozmawiał z Durczokiem za darmo, jest dla mnie najprzyjemniejszym zdarzeniem dzisiejszego poniedziałku. Przyznaję, że ja sam, gdyby jakimś cudem Durczok mnie poprosił o wywiad, zażądałbym od niego co najmniej pięć patoli, a gdyby się zaczął targować, powiedziałbym mu, żeby się walił. I powiem coś jeszcze: jeśli w tym momencie naruszyłem swoje dobra osobiste, czuję z tego powodu wyłącznie frajdę.
      Na sam już koniec tego tekstu, państwu Janke życzę kolejnych 10 lat sukcesów w każdej dziedzinie ich życia osobistego i zawodowego, a Salonowi24, by z równą skutecznością, jak dotychczas, pozwalał odnosić sukcesy również mnie, mojemu kumplowi Coryllusowi i wszystkim tym, którzy się tu z naszego powodu wciąż kręcą.

I to tyle na dziś. Mam nadzieję, że to wspomnienie zostanie przyjęte przez Czytelników z sympatią, a niewykluczone, że będą wśród nich i tacy, którym ówe incydent wtedy zwyczajnie umknął.


piątek, 22 marca 2019

Jak kochać i jednocześnie nienawidzić Dobrą Zmianę?


Jak już chyba miałem okazję tu wspominać, w związku z tym, że zbankrutowany „Ruch” winien jest Piotrowi Bachurskiemu ciężką kasę i nie zamierza płacić, ten zdecydował się zrezygnować z ich usług i w związku z tym „Warszawska Gazeta” – dziś najlepiej sprzedawany polityczny tygodnik po „Sieci” oraz przed „Do Rzeczy” – przestała być dostępna w kioskach „Ruchu”. Proszę więc szukać „Warszawskiej” gdzie indziej, tymczasem specjalnie z myślą o tych, którym się nie uda, zamieszczam tutaj swój najświeższy felieton.

      Pytają mnie od czasu do czasu znajomi oraz czytelnicy, dlaczego nie potrafię się zdecydować, czy popieram Prawo i Sprawiedliwość, czy mam ich już serdecznie dość. A ja przyznaję, że owe pytania są jak najbardziej usprawiedliwione, bo w rzeczy samej mój stosunek do partii, której wciąż jestem członiem i z którą nie widzę najmniejszego powodu, by się rozstawać, jest nadzwyczaj ambiwalentny. W czym rzecz? Otóż ja przede wszystkim, nawet na najdalszym politycznym horyzoncie, nie widzę bliskiego mi politycznego środowiska, które nie tylko miałoby praktyczną możliwość przejęcia władzy, ale które, przy jakimś cudownym wybryku losu, byłoby w stanie realizować ów gospodarczy oraz cywilizacyjny program uczciwiej i skuteczniej od dzisiejszego PiS-u. I dlatego trzymam się, póki on jeszcze ma się dobrze, Jarosława Kaczyńskiego i nie widzę powodu, by cokolwiek tu zmieniać.
      Z drugiej strony, przyznaję, że nie ma dnia, bym nie dostawał autentycznej cholery na to, co wyprawiają zarówno nasze media, jak i nasi politycy z trzeciego, drugiego, ale też jak najbardziej pierwszego rzędu. Przyznaję, że żadne ostatnio publiczne wystąpienie i żaden ich wybryk nie wstrząsnęło mną tak jak to, co zrobił Marek Suski, porównując swoją sytuację finansową z tym, z czym żyje polski nauczyciel, niemniej nie oszukujmy się – ów wygłup to zaledwie odprysk tego, z czym musimy się męczyć od co najmniej trzech lat i co najprawdopodobniej ma przed sobą świetlaną przyszłość. A zatem, podobnie jak wcześniej, tu też nie widzę najmniejszego powodu, by się wycofywać i udawać, że się nic nie dzieje. I stąd te moje ciągłe wybuchy, które wielu, jak podejrzewam, również czytelników „Warszawskiej Gazety”, traktuje jako atak, który musi ostatecznie coś w moim stosunku do Prawa i Sprawiedliwości zmienić. Otóż nic z tego. Gdybym miał bardziej graficznie opisać swoje podejście do problemu, powiedziałbym, że ono jest jak stosunek ojca do dziecka, które raz za razem robi coś okropnie głupiego i nie ma sposobu, by to z niego wykorzenić, a z drugiej strony jest tak, że to jest wciąż dziecko, w które się chce wierzyć i jest wciąż wystarczająco dużo dobrych chwil, które tę wiarę podtrzymują.
      Oto, proszę sobie wyobrazić, że dziś, oglądając ten, jak zawsze wręcz nie do zniesienia, „Dziennik Telewizyjny” we współczesnej odsłonie, trafiłem na informację, która była dla mnie całkiem nowa i nieoczekiwana. Oto, jak się okazuje, ledwo co wyrwane z łap Donalda Tuska i tej jego ferajny spod ciemnej gwiazdy polskie porty morskie dramatycznie zwiększają swoje zyski, z 17 mld zł. w roku 2015 do ponad 40 mld zł. w roku 2018, wpłaconych do krajowego budżetu. Przepraszam bardzo, ale póki nie nastąpi jakaś globalna kompromitacja, to choćby ta jedna wiadomość, obok tak zwanej „piątki Kaczyńskiego” pozwala mi w nich walić jak w kaczy kuper, wciąż z ojcowskim uśmiechem na twarzy.

czwartek, 21 marca 2019

Dlaczego Matti Nykäenen był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie


     Zajrzałem wczoraj na portal tvn24, który traktuję jako praktycznie jedyne żródło swojej wiedzy na temat tego, co się dzieje w tych tępych łbach, i to co mnie autentycznie poraziło, to wiadomość, którą redakcja potraktowała jako jedną z aktualnie wręcz pierwszorzędnych, a zatytułowaną „Najszczęśliwsze kraje świata. Polska daleko w rankingu”. Oczywiście już sam fakt, że oni postanowili puścić coś takiego w takiej właśnie a nie innej formie, oczywista satysfakcja wypełzająca z tego tytułu, zasługuje na osobną refleksję, to jednak na co chciałbym zwrócić uwagę, dotyczy samej treści wspomnianego rankingu. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że wedle oenzetowskich standardów – bo trzeba nam wiedzieć, że za tą chucpą stoi ONZ – na czele owego wykazu, gdzie Polska została potraktowana jako ponura nędza, znalazła się... Finlandia.
      Gdyby ktoś myślał, że ja sobie stroję żarty, rzućmy może na to coś okiem z bliska:
      Najszczęśliwszym krajem świata jest Finlandia – wynika z opublikowanego w środę raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych, w którym wzięto pod uwagę takie kryteria, jak długość życia w zdrowiu czy Produkt Krajowy Brutto na głowę mieszkańca. Polska zajęła w tym zestawieniu 40 miejsce”.
      Tu zdecydowanie warto wspomnieć pozostałe kryteria, jakie zastosowałi w swoim badaniu specjaliści z ONZ:
       Wsparcie społeczne (zgodnie z odpowiedzią na pytanie: ‘czy masz krewnych lub przyjaciół, na pomoc których możesz liczyć, gdybyś miał kłopoty?’), postrzeganą swobodę podejmowania decyzji życiowych, szczodrość (mierzoną odpowiedzią na pytanie: ‘czy w ostatnim miesiącu przekazałeś jakieś pieniądze organizacji charytatywnej?’) i poziom postrzeganej korupcji”.
      No ale lećmy dalej:
      To prawda, że wszyscy Finowie byli szczęśliwsi niż mieszkańcy innych krajów, ale imigranci w tym kraju również byli najszczęśliwszymi imigrantami na świecie – ocenił współautor raportu John Helliwell. – Dbają o siebie nawzajem. To miejsce, w którym ludzie chcą żyć – dodał”.
       W tej zatem sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak nadal podpierać się cytatami:
       * „23 września 2008 roku Saari o godzinie 10:47 czasu lokalnego wtargnął do szkoły w Kauhajoki. Zamachowiec ubrany był na czarno, a na twarzy miał narciarską maskę. Saari uzbrojony był w pistolet Walther P22 oraz koktajle Mołotowa. Kilka chwil po wejściu do szkoły Saari wszedł do sali, w której uczniowie akurat pisali test, i zaczął strzelać. W czasie całego zajścia użył koktajli Mołotowa, co spowodowało pożar w szkole. Gdy przestał strzelać, zadzwonił do swojego przyjaciela, poinformował go o swoim dokonaniu oraz pożegnał się z nim. Chwilę później Saari strzelił sobie w głowę. W masakrze na miejscu zginęło 9 osób, ostatnia ofiara zmarła kilka godzin później w szpitalu. Sam Saari zmarł około godziny 16:45 w szpitalu w Tampere”.
      * ” 7 listopada 2007 około południa 18-letni Pekka Auvinen zaatakował grupę rówieśników w szkole. Chłopak zastrzelił 8 osób: pięciu chłopców, dwie dziewczyny i dyrektorkę szkoły, po czym sam się postrzelił. Wcześniej na portalu YouTube ukazało się nagranie wideo zapowiadające ‘szkolną masakrę’. W ciągu kilku godzin portal zanotował około 175 tysięcy wejść na stronę. Właściciele serwisu zablokowali wszystkie materiały tego użytkownika.
Fińskie media, powołując się na źródła policyjne, podały, że napastnik zafascynowany był przemocą, wyrażał podziw dla Hitlera i Stalina. Sam nazywał siebie ‘socjaldarwinistą’, który ‘wyeliminuje wszystkich, którzy mu nie pasują’
     * „Trzy kobiety zostały zastrzelone w nocy z soboty na niedzielę w fińskim mieście Imatra. Ofiary to szefowa tamtejszej rady miejskiej i dwie dziennikarki. Policja poinformowała o zatrzymaniu 23-letniego mieszkańca Imatry, podejrzanego o dokonanie zabójstw. W strzelaninie zginęła szefowa rady miejskiej Tiina Wilen-Jappinen i dwie dziennikarki – podała lokalna policja. Ofiary miały 53, 52 i 36 lat. Motywy sprawcy, który nie stawiał oporu, gdy go zatrzymywano, nie są na razie znane. Według policji mężczyzna prawdopodobnie strzelał z karabinu do przypadkowych ofiar w strefie dla pieszych przed jedną z restauracji. Napastnik oddał łącznie pięć strzałów”.
    * „W mieście Espoo, należącym do zespołu miejskiego Helsinek, doszło do strzelaniny w centrum handlowym. 43-letni mężczyzna otworzył ogień do klientów. Zginęły 4 osoby. W domu na przedmieściach Helsinek znaleziono ciało żony sprawcy. Prawdopodobnie znaleziono też zwłoki samego zabójcy - Ibrahima Shkupollego - poinformowali na konferencji prasowej policjanci prowadzący śledztwo w tej sprawie”.
      * „Do strzelaniny doszło we wczesnych godzinach rannych w miejscowości Hyvinkaa, około 50 kilometrów na północ od stolicy kraju, Helsinek. Uzbrojony 18-latek zastrzelił w sobotę po południu dwie osoby, a kilka innych ranił. Zaraz potem został zatrzymany przez fińską policję. Według funkcjonariuszy strzelanina mogła mieć charakter przypadkowy. 18-latek zaczął strzelać z dachu budynku w centrum miasta – poinformował oficer odpowiedzialny za śledztwo”. 
      * „Po pierwsze alkohol w Finlandii jest bardzo drogi. Nawet słynna wódka Finlandia jest trzy razy tańsza w Polsce niż w kraju pochodzenia. Po drugie alkohol jest trudno dostępny. Jedynie sieć Alko kontrolowana przez państwo może sprzedawać napoje z zawartością powyżej 4,7% alkoholu. A takich sklepów na znajdziemy za wiele, nawet w największych miastach. Czasami trzeba pokonać wiele kilometrów, aby znaleźć ‘źródełko’. Wysoka cena alkoholu i trudność dostępu do niego wynikają z walki z wszechobecnym alkoholizmem. Według raportu WHO Finowie w latach 2008-2010 wypili średnio na głowę 12,3 litra czystego alkoholu”.
      * „Finlandia, wbrew temu, co się przyjęło myśleć o Skandynawii, nie jest krajem powszechnej szczęśliwości. W dużej mierze wynika to z samej natury Finów. Są ludźmi bardzo skrytymi, trudno nawiązują kontakty i często wpadają w głęboką depresję. Przez przynajmniej ostatnie 15 lat Finlandia przechodziła poważny kryzys finansowy. Z czasem kasowano kolejne miejsca pracy, pojawiła się rzesza bezrobotnych. W konsekwencji został tym ludziom bardzo ograniczony dostęp do opieki zdrowotnej, w tym przede wszystkim do wszelkich poradni zdrowia psychicznego. Pozwalniano lekarzy, specjalistów, nie ma żadnego programu przymusowego leczenia osób z zaburzeniami. To może powodować, że ludziom w trudnej sytuacji, na rozdrożu, nikt nie jest w stanie pomóc na czas.
      * „Prof. Timo Partonen z Instytutu Zdrowia i Dobrobytu w Helsinkach (THL), krajowej jednostki przy ministerstwie zdrowia i opieki społecznej, tłumaczy w rozmowie z PAP Life, że w Finlandii tylko około 10 proc. zaburzeń depresyjnych stanowi depresja sezonowa wywołana, szczególnie na jesieni, mniejszą ilością światła dziennego lub jego brakiem. Dodaje, że dla połowy wszystkich przypadków depresji głównymi powodami są różne przeżycia i traumatyczne doświadczenia (przemoc, zranienie, ciężka choroba, bezrobocie, tarapaty finansowe) i jednocześnie dla pozostałych przypadków nie można wskazać jednej głównej przyczyny jej wystąpienia. Według THL ciężka depresja może prowadzić do samobójstw.
      * „’W ostatnich latach wzrosła liczba prób samobójczych i zaburzeń psychicznych wśród azylantów. Negatywne tendencje zauważono w wielu fińskich ośrodkach dla uchodźców, donosi YLE. Rzeczywiście, wielu młodych i dorosłych, ubiegających się o azyl otrzymuje opiekę psychiatryczną. Potrzeba pomocy wzrosła, a nam brakuje personelu’ –  powiedział dyrektor placówki w regionie Oulu”.
      * „Finlandia ma mnóstwo społecznych problemów. Bezrobocie wynosi tu (9,6%) w przybliżeniu tyle samo co średnia w UE (9,1%). Jesteśmy dość odległym państwem, nie przyzwyczailiśmy się jeszcze do obecności na naszych ulicach ludzi innego pochodzenia oraz narodowości: nasza wielokulturowa oraz wielonarodowa historia jest dość krótka. Istnieje wiele uprzedzeń, a nawet rasizm wobec imigrantów, którym trudno jest również znaleźć u nas pracę. Najwięcej cudzoziemców stanowią Rosjanie, Estończycy, Szwedzi oraz Tajowie (stan z grudnia 2009 r.). Nowi obywatele pomimo zdobytych tytułów w pielęgniarstwie, medycynie, inżynierstwie czy szkolnictwie, muszą zadowolić się pozycją osoby sprzątającej lub statusem bezrobotnego.
Kolejnym problemem jest bezdomność i przestępczość (wg. „The Daily Telegraph” w 2009 r. wskaźnik zabójstw wyniósł 2,1 zgonów na 100 tys. obywateli, co zapewniło Finlandii wspólnie z Portugalią i Szkocją pierwsze miejsce w zachodniej Europie). Ponadto wobec kobiet jest bardzo częstym zjawiskiem (wg. The Guardian w 2008 r. wyniosła ona 40%). Co więcej w 2006 r. jedną z głównych przyczyn zgonów był alkoholizm, kosztujący społeczeństwo rokrocznie wiele pieniędzy. Kolejną kwestią jest opieka medyczna nad umysłowo chorymi oraz bardzo wysoki wskaźnik samobójstw, który w 2008 r. był piąty co do wysokości pośród krajów Unii Europejskiej. Biorąc to wszystko pod uwagę trudno mi uznać Finlandię za najlepsze państwo na świecie pod względem panującego w nim dobrobytu”.
       W pierwszej chwili planowałem zakończyć te dzisiejsze refleksje dłuższym komentarzem i krótkim, acz odpowiednio brutalnym bluzgiem skierowanym przeciwko tej bandzie zdrajców, zafascynowała mnie jednak owa nazwa Instytutu Zdrowia i Dobrobytu w Helsinkach. Otóż to jest hit. Nie mam wątpliwości, że jak ludzie z ITI przejmą władzę, pierwsze co powinni zrobić to powołać do życia Ministerstwo Dobrobytu i Wiecznej Szczęśliwości. Wówczas z całą pewnością Kamil Stoch, podobnie jak jego fiński kolega Matti Nykäenen, zapije się na śmierć, a Polska w rankingu ONZ-u automatycznie wskoczy na drugie miejsce. Tuż za Finlandią.





Przypominam, że od wczoraj w naszym sklepie pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/imperium-czyli-gdzie-pada-cien-na-ss-mantola/ można kupować moją najnowszą książkę. O Finlandii tam akurat nie ma ani słowa, natomiast, owszem, jest dużo na temat innego Nieba na Ziemi, jakim jest Brytyjskie Imperium.


środa, 20 marca 2019

Gdzie pada cień na SS Mantola?


     Z radością i satysfakcją donoszę, że jeszcze pachnące drukarnią egzemplarze mojej najświeższej książki „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola” dotarły pod chałupę Coryllusa i myślę, że już dziś, kogo najdzie ochota, będzie mógł sobie ją kupić. W pewnym sensie jest to kolejna odsłona mojej nieco wcześniejszej książki „Kto się boi angielskiego listonosza”, jednak tym razem starałem się, by ona – choć wciąż jak najbardziej poświęcona językowi – w znacznie mniejszym stopniu obejmowała kwestie techniczne i mogła się spodobać również tym, którzy języka nie mają ochoty się uczyć, a nawet go nie znają. Powiem więc, że ona może się okazać miłym prezentem dla tych, co języka nie znają i od lat czekają aż ktoś im pokaże, jak bardzo to nie ma żadnego znaczenia. To oni też, w co wierzę, chętnie sobie poczytają o Imperium właśnie jako takim.

      Jak mówię, książka nosi tytuł „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola”, a oto jej dość charakterystyczny fragment:
      
      Jeszcze przed laty pewien mój dawny kolega, Anglik z urodzenia, przy jakiejś okazji poinformował mnie, że moje nazwisko, z jego punktu widzenia, brzmi bardzo zabawnie, bo gdyby on mnie nie znał, to by pomyślał, że jestem Irlandczykiem o nazwisku O’Sheough. Dziś po latach głowy nie dam, ale tak to chyba miało wyglądać: O’Sheough. Pomyślałem sobie wtedy, że, co by o nich nie mówić, Brytyjczycy to ludzie o zdolnościach językowych przekraczających wszystko to, co my Polacy potrafimy sobie wyobrazić. Chwilę potem jednak, kiedy już doszedłem do siebie, zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę ja to wszystko od dawna wiedziałem, tyle że traktując jako oczywistą oczywistość, nawet się nad tym nie zastanawiałem.
      Spójrzmy choćby na dość popularną wśród tych ostatnich żyjących jeszcze pasjonatów języka angielskiego zabawę, gdzie najpierw przedstawione zostają są trzy wyrazy, „enough”, „women”, oraz „action”, następnie z wytłuszczonych fragmentów utworzone słowo „ghoti” i w końcu postawiona zagadka, w jaki sposób, zachowując konsekwencję zapisu oraz wymowy, odczytamy owo świeżo powstałe słowo.
      Ta ryba to oczywiście tylko żart, niemniej żart, który nie pojawił się tak zupełnie out of the blue, ale wynika z czegoś, co jest od dawna bardzo zastałe i powszechnie uznawane za standard, a sprowadzające się do powtarzanej do znudzenia zasady, że w języku angielskim „inaczej się pisze, a inaczej mówi”. Ta sztuczka jest oczywiście przednia, jednak pisząc ten tekst wpadłem na coś co mnie wręcz zafascynowało. Otóż, jak się orientują piłkarscy kibice, trzecim bramkarzem angielskiej drużyny piłkarskiej Liverpool FC jest zawodnik o nazwisku Caoimhin Kelleher. Gdyby ktoś nie wiedział, ów Kelleher jest Irlandczykiem, a jego przedziwne imię czyta się mniej więcej tak samo jak imię głównego bohatera popularnego filmu „Kevin sam w domu”, które, jak się okazuje, tak naprawdę jest niczym innym jak uproszczoną anglojęzyczną wersją owego Caoimhina. Czemu tak? Bóg jeden wie, a ja tylko dla zwykłej zabawy poinformuję, że jeśli sięgniemy do źródeł, to dowiemy się, że ów Kevin oznacza „szlachetnego z urodzenia”.

Zarówno ta, jak i inne moje książki – i nie tylko moje – dostępne są, lub już za chwilę będą, w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.




    


wtorek, 19 marca 2019

Piekło, czyli niekończąca się zabawa


      Zdając sobie oczywiście sprawę z wszystkich pułapek, jakie niesie ze sobą próba zainteresowania się najnowszym skandalem, o jakim pisałem wczoraj, a związanego z gwałtownym odrodzeniem się dawnych zarzutów o seksualne wykorzystywanie małych dzieci, a kierowanych pod adresem dziś już zmarłego Michaela Jacksona, uważam jednak, że jest rzeczą niewątpliwie cenną obejrzenie czterogodzinnego dokumentu pod tytułem „Leaving Neverland”. Dlaczego wspominam o pułapkach? Odpowiedź jest prosta. Rzecz w tym, że świat w jakim przyszło nam żyć oferuje nam tak wiele możliwości, by się dać emocjonalnie oszukać, że właściwie najlepiej by nam było się zamknąć w naszych czterech ścianach i słuchać Johnnego Casha oraz Dolly Parton, a i to wcale nie jest pewne, czy wyszlibyśmy z tego bez uszczerbku. W sytuacji, kiedy mamy do czynienia z Michaelem Jacksonem, pojawiającymi się ponownie zarzutami o jego homoseksualizm i pedofilię, a wszystko to w postaci naprawdę solidnie wyprodukowanego przez HBO filmu, ryzyko staje się zwielokrotnione. A mimo to, jak widzimy, ja już drugi raz z rzędu oddaję się temu właśnie tematowi.
Czemu tak? Otóż to co mnie w tym co zobaczyłem i co w wysłuchanych opowieściach  tak naprawdę mnie poruszyło, to ani nie opisy tego występku, ani elokwencja jej sprawców i ofiar, ani nawet zagadka, czy to co oni mówią to szczera prawda, czy tylko kolejna próba wyciągnięcia skąd się tylko da ciężkich milionów odszkodowania. Z mojego punktu widzenia bowiem, absolutnie fascynującą rzeczą jest to, czego już nikt nie kwestionuje, a mianowicie fakt, że te rodziny ze swoimi dziećmi faktycznie zgodziły się spędzić całe lata w tej obłąkanej posiadłości o nazwie Neverland. Powtarzam, nie ma większego znaczenia, czy Michael Jackson rzeczywiście był całkowicie niegroźnym wariatem o wrażliwości dziewięciolatka, czy cwanym i bezlitosnym drapieżcą, porażające jest bowiem to, że nawet jeśli on tym dzieciom nie zrobił nic złego, to w żaden sposób nie jest zasługą ich matek. Jeśli on je oswzczędzieł, to wręcz wbrew woli matek. Porażające, jak mówię, jest to, że kiedy oni najpierw poznali Jacksona, a następnie zostali przez niego wprowadzeni do tego Neverlandu, które jeszcze dziś każde z nich opisuje jako raj na Ziemi, Niebo, czy krainę z baśni, rzeczywiście uznali je za każde z tych trzech miejsc.
Zawiózł ich tam ten przedziwny człowiek, pokazał im te kwiaty, wodospady, fontanny, te drzewa, piękne domy z najpiękniejszymi pokojami w środku, piękne kino, z wyświetlanymi godzinami kreskówkami, nocne światła odbijające się w najpiękniejszych jeziorach, autentyczne zoo z egzotycznymi zwierzętami, no i, oczywiście już tylko dla dzieci, wesołe miasteczko z karuzelami, huśtawkami i wszelkimi innymi właściwymi dla tego miejsca atrakcjami. No i oczywiście nieskończone ilości cukierków, czekoladek, batoników, ciasteczek, popcornu, chipsów i wszystkiego, o czym marzy każde dziecko, a wszystko za darmo. Pokazał im to – i tu przypomina nam się niedawne czytanie o kuszeniu Jezusa przez Szatana – i powiedział: „To wszystko może być wasze, oddajcie mi tylko pokłon”. A oni – powtarzam, jak sami jeszcze dziś wspominają – poczuli że są w Niebie i propozycję przyjęli.
I oczywiście, nie możemy mieć pretensji do tego siedmioletniego dziecka, które zaledwie zostało złożone tam w ofierze, natomiast owszem, chętnie bym zapytał jego mamę, dlaczego ona go nie zechciała nauczyć tej prostej prawdy, że nie ma czegoś takiego jak „raj na Ziemi”, a jeśli zdarzy się mu coś takiego poczuć, to powinien się najlepiej trzy razy przeżegnać i splunąć za siebie.
Fascynujący jest ten dokument właśnie przez to, że w najbardziej obrazowy sposób ilustruje dla nas ową ewangeliczną opowieść o konfrontacji Jezusa ze Złym. Wszystko tam mamy: i wspomniane Niebo i nieograniczone bogactwo i nieopisaną, wręcz ekstatyczną radość, niewysłowioną przyjemność, najwyższe zaszczyty, poczucie autentycznej wyjątkowości, ale też – zakładając, że tym razem już nikt z nich nie kłamie – Piekło w najbardziej autentycznym wydaniu.
   Zabawne tylko, że tam przez bite cztery godziny nikt z nich choćby jednym słowem nie wspomina o Bogu, modlitwie, czy grzechu, pomijając standardowe „Bogu dzięki”, „Na Boga” i takie tam. 

   

poniedziałek, 18 marca 2019

Ucieczka z Krainy Grzybów


      Kiedy owo lewackie bydło zaczaiło się nocą na placu ks. Henryka Jankowskiego i wśród triumfalnie przybijanych „piątek” przewróciło jego pomnik, pomyślałem sobie, że nie tak mało jednak czasu musiało upłynąć zanim ciało księdza prałata ostygnie na tyle, by oni wszyscy mogli bezpiecznie podnieść swoje łby. Dziś jest już tak, że nie tylko Bogdan Borusewicz, ale i prof. Cenckiewicz publicznie głoszą, że i jego homoseksualizm i pedofilia i, jak najbardziej, współpraca Księdza ze Służbą Bezpieczeństwa były dla osób wtajemniczonych znane od wczesnych lat 80-tych, no i tylko ten nieboraczek Lechu Wałęsa idzie w zaparte i powtarza, że on w to co się mówi o Księdzu „nie może uwierzyć”. A ja się oczywiście zastanawiam, co się takiego stało, że szczególnie marszałek Borusewicz, który dziś chodzi po mediach i zdradza najdrobniejsze szczegóły występków ks. Jankowskiego, przez te wszystkie lata milczał jak zaklęty, a szczególnie wtedy, gdy obaj się z Księdzem ściskali i przekazywali sobie znak pokoju.
       I proszę sobie nie myśleć, że ja tu próbuję księdza prałata wybielać, czy wręcz sugerować, że to wszystko czego się dziś dowiadujemy to brudne plotki. Jako osoba mniej więcej od roku 1991 szczególnie podejrzliwa, zawsze twierdziłem, że gdy chodzi o niego, choć w żaden sposób nie jego jedynie, nie uwierzę, dopóki na jego rękach „nie zobaczę śladu gwoździ”. A zatem jestem pewien, że to co mówią Borusewicz i Cenckiewicz to najprawdziwsza prawda, tyle że wciąż mnie gnębi myśl, czemu oni się zrobili tacy odważni dopiero dziś, kiedy to pomnik Księdza właśnie runął.
     Ponieważ od tych zdarzeń minął już jakiś czas, ktoś może mnie zapytać, czemu i ja tak długo czekałem, by zabrać głos. Już odpowiadam. Przede wszystkim, nie uważałem, że w tym całym medialnym zamieszaniu i w sytuacji w gruncie rzeczy aż nazbyt oczywistej, komuś jest w ogóle potrzebny mój komentarz. Dziś natomiast się odzywam w związku z czymś znacznie moim zdaniem ciekawszym i bardziej też inspirującym, a mianowicie faktem, że oto między innymi BBC zakazało puszczania piosenek Michaela Jacksona, a to z tego względu, że jak się nagle „okazuje”, wszystkie te dzieci, które on sobie kazał sprowadzać do swojej posiadłości, były przez niego brutalnie, systematycznie i bez ograniczeń seksualnie wykorzystywane. I tu znów powstaje pytanie, jak to się stało, że to o czym tym razem już nie tylko osoby wtajemniczone, ale wręcz cały świat, wiedział doskonale i co ów świat w pewnym momencie zdecydował się potraktować jako zupełnie naturalny fragment owego egzotycznego krajobrazu znanego pod nazwą przemysłu rozrywkowego, nagle staje się światową sensacją i skandalem. Co ja mówię, świat wiedział? Świat to wiedział, ale też afirmował jako część owego mitu wiecznego dziecka, współczesnego Piotrusia Pana we współczesnym i jak najbardzie realnym Neverlandzie. Czemu? Bo to była cześć owej oferty, który przynosiła wcale nie byle jakie pieniądze... do czasu gdy się zaczęło robić na tyle niebezpiecznie, że trzeba to było w najbardziej brutalny, a więc jedyny dostępny, sposób przerwać i tego nieszczęśnika zabić.
    Od wczoraj próbujemy oglądać ów film – co daję słowo, nie jest łatwe – w którym, z najdrobniejszymi szczegółami, przez bite cztery godziny, ofiary Jacksona, wówczas zaledwie kilkuletnie dzieci, opowiadają, jak to się wszystko zaczęło i jak, w świadomości i przy zgodzie osób jak najbardziej dorosłych, niczym nie zakłócone, trwało, a ja próbuję wejść w emocje tych wszystkich osób, które nagle zaczynają się oburzać i krzyczą: „Stop przemocy seksualnej!”. I jestem pełen bardzo szczególnych refleksji.
    Ostatnio tu u nas zapanowała atmosfera walki o tak zwaną „wolność seksualną”, w ramach której władze Warszawy i Krakowa zapowiadają wejście w życie tak zwanej „Karty LGBT+”, tradycyjnie zorientowana część społeczeństwa natomiast przeżywa pojawiające się tu i tam obrazki, na których jacyś ufryzowani zboczeńcy czytają dzieciom bajeczki. Owa walka trwa w najlepsze, a ja sobie myślę, że gdzieś poza naszą świadomością dzieje się coś naprawdę ważnego, czego pierwszorzędnym symbolem jest zakaz grania piosenek Michaela Jacksona w BBC. Mam bowiem bardzo mocne podejrzenie, że to jest zaledwie początek i już niedługo świat nie wytrzyma i te wszystkie drag queens, a wraz z nimi cała ta straszna cywilizacja śmierci, zostaną przegonione na cztery wiatry. I kiedy ów świat wróci do względnej równowagi, my tutaj w Polsce jak zawsze pozostaniemy jak ci głupi z ręką w nocniku, którzy nie zorientowali się w porę, skąd i jakie wieją wiatry. Nie pierwszy zresztą raz i nie ostatni.
      I tylko pozostaje żal, że w koszta tego szaleństwa wliczyć trzeba będzie piosenki i nadzwyczajny muzyczny talent wielkiego, cudownego, niezastąpionego artysty, jakim był Michael Jackson.


niedziela, 17 marca 2019

O nas, ludziach z obsługi


      Z wczorajszej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, w której wziąłem udział, pierwszą rzeczą, jaka mi się spodobała, był przyznany mi przy wejściu identyfikator z wypisanym na froncie tytułem:  „obsługa”. Ponieważ zaproszenie, jakie otrzymałem na owo spotkanie było pierwszym od wielu, wielu lat i szczerze powiedziawszy, nie byłem już nawet pewien, czy nadal jestem członkiem PiS-u, czy nie, miałem podejrzenie, że władze partii, obawiając się, że mogą być kłopoty z frekwencją, postanowiły zorganizować klasyczną łapankę. Nic bardziej błędnego. Frekwencja była bez zarzutu, gdy przyszedłem na miejsce, wszystkie miejsca w liczbie 624 były już zajęte przez lokalnych działaczy, a jak się okazało, my obsługa byliśmy potrzebni Partii wyłącznie do tego, by wypełnić wszystkie możliwe przejścia między rzędami oraz wejścia na salę w taki sposób, by widzowie TVP Info mogli odnieść wrażenie, że miejsce okazała się zbyt małe, by pomieścić wszystkich chętnych.
     Ponieważ mam ostatnio tak, że nawet w kościele nie mam dość cierpliwości, by stać, zrozumiałą rzeczą jest chyba to, że sam początek było dla mnie nadzwyczaj rozczarowujący, zwłaszcza że nie miałem pojęcia, ile to wszystko potrwa. Ponieważ jednak na szczęście impreza zaczęła się punktualnie, przemówienia wygłosili jedynie Prezes, Premier, oraz lider listy do europarlamentu, pani Jadwiga Wiśniewska, wszystko zakończyło się  już po jakiejś godzinie, więc dałem radę i w pierwszym dogodnym momencie dałem nogę.
       Ktoś pomyśli, że jestem tym, co mnie tam spotkało, rozczarowany. Otóż nic podobnego. Przede wszystkim to, że mamy w województwie aż tylu działaczy, to że prezes Kaczyński i premier Morawiecki są wciąż w bardzo dobrej formie, a kandydatka Wiśniewska w swoim pięknym czerwonym kostiumie i z tak samo pięknym uśmiechem wyglądała bardzo ładnie, szalenie mnie ucieszyło i w efekcie moje przekonanie co do tego, że PiS zmierza dziś prostą drogą do kolejnych zwycięstw, jest jeszcze mocniejsze niż wcześniej.
       Oczywiście nie będę udawał, że nie zauważyłem tam obecności Marka Suskiego, z niezmiennie zadowoloną z siebie twarzą i w dodatku wciąż w najbliższym otoczeniu Prezesa, i  że ta część programu nie wyprowadziła mnie nieco z równowagi. Powiem zupełnie uczciwie, że jest bardzo mozliwe, że gdyby nie fakt, że wokół była cała kupa panów z ochrony, podszedłbym do niego i napluł mu na ten głupi łeb... no ale ponieważ wygląda na to, że z tym idiotą będziemy się wszyscy musieli męczyć jeszcze przez wiele długich lat, nie mam chyba innego wyjścia, jak machnąć na niego ręką.
       Aby zakończyć tę notkę bardziej porządną refleksją, zacznę może od pewnej anegdoty. Mamy tu – o czym już chyba kiedyś wspominałem – nadzwyczaj dla Partii zasłużonego działacza, pana Piotra Pietrasza, z którym się znam jeszcze z czasów wczesnego PC. Otóż rozmawiałem z nim kiedyś na temat Jarosława Kaczyńskiego i zapytałem, czy on Pietrasza, który, jak by nie było, jest tu dość ważny, jakoś szczególnie rozpoznaje i on mi opowiedział ową anegdotę. Otóż Pietrasz regularnie bierze udział w dorocznych grillach organizowanych przez Kluby „Gazety Polskiej” z udziałem Prezesa, i tam jest tak, że na samym środku pali się ognisko, wokół ogniska siedzą Prezes, Sakiewicz, oraz główni ludzie Sakiewicza, nieco dalej jest krąg działaczy mniej ważnych, jeszcze dalej krąg następny i tak dalej, i tak dalej. Poza kręgiem najbliższym, do Prezesa dostępu nie ma nikt, ale Pietrasz miał to szczęście, że pewnego razu, już po zakończonej zabawie, Prezes Pietrasza zaczepił jednym zdaniem, zwracając się nawet do niego per „panie Piotrze”. Przypomniałem sobie tę historię, kiedy patrzyłem na ów układ sił podczas katowickiej konwencji. Siedział więc Jarosław Kaczyński, po jego prawej stronie posłanka Wiśniewska, oraz minister Tobiszowski, z kolei po lewej Mateusz Morawiecki, a obok Morawieckiego posłanka Izabela Kloc, a dalej – tyle że już po drugiej stronie przejścia – Antoni Macierewicz. Jako pierwszy przemawiał Prezes i wtedy przez pewien czas między Premierem a panią Wiśniewską było puste miejsce. Kiedy Prezes wrócił, na scenę wyruszył Premier i wtedy, uwaga, posłanka Kloc natychmiast przesunęła się na kjego miejsce, by choć przez chwilę posiedzieć sobie przy Jarosławie, a ja sobie już tylko myślałem, że to dopiero będzie figiel, jak ona się już stamtąd nie ruszy i to Morawiecki będzie musiał się posunąć.
      Co z tego? Nic. Dokładnie nic. Rzecz w tym, że patrzyłem na tych wszystkich działaczy siedzących w kolejnych rzędach, potem na stojących wokół mnie członków obsługi i przypomniały mi się dawne czasy, kiedy wszystko było jeszcze strasznie niepoważne, a my byliśmy jak dzieci, i można było nawet przez chwilę podejść do Jarosława Kaczyńskiego i z nim dłużej porozmawiać. Pamiętam jak spotkaliśmy się na imprezie z okazji trzecich urodzin Salonu 24 i któryś z kolegów powiedział mu, że jest taki bloger Toyah, który bardzo mocno wspiera Prawo i Sprawiedliwość i że mógłby on być dla Partii kimś bardzo cennym. Jarosław Kaczyński zainteresował się, spojrzał mi w oczy i zachęcił mnie bym się zgłosił do miejscowych struktur, zaczął tam działać i w ten sposób spróbował zrobić polityczną karierę.
       Ciekawe, czy mam żałować, że Prezesa wówczas nie posłuchałem. Ciekawe, czy przy dobrych wiatrach nie stałoby się tak, że wczoraj, jak tam sobie stałem i biłem brawo premierowi Morawieckiemu, któryś z tych co stali obok nie powiedziałby do mnie „Cześć, jak leci?”, a potem wspólnie byśmy poszli, by sobie zrobić zdjęcie z posłem Suskim. A Wy co o tym myślicie?
      ...Byłbym zapomniał. Posłanka Izabela Kloc oczywiście, kiedy ten wrócił, ustąpiła miejsca premierowi Morawieckiemu. Góra stoi.





sobota, 16 marca 2019

O życiu w kolorze czarno-czarnym


      Nie umiem powiedzieć, od jakiego czasu to już trwa, a tym bardziej nie wiem, czy tylko ja na to zwróciłem uwagę, natomiast, owszem, mam wrażenie, że ostatnio zapanowała w mediach, a już zwłaszcza w Sieci moda na załamywanie rąk niemal nad całym naszym światem. Parę dni temu, proszę sobie wyobrazić, zajrzałem do portalu tvn24.pl i ze zdziwieniem zauważyłem, że po tym jak akcja #MeToo, gdzie praktycznie dzień po dniu pojawiały się kolejne gwiazdy, gwiazdki i gwiazdeczki, skarżące się na swoich kolegów z branży, że je zmuszali do różnorakich seksualnych zachowań, już się nieco wypaliła, została zainicjowana kolejna, pod nazwą #IamNotOk, tym razem w sprawie takiej oto, że partnerzy owych gwiazd całymi latami się nad nimi fizycznie znęcali. Tu akurat o jakimkolwiek seksie mowy już nie ma, natomiast jak najbardziej są pocięte nadgarstki, obite pejczem plecy i podbite oczy. Wspomniany portal poświęca owej akcji znaczną część swojego dziennego coverage, zamieszczając serię zdjęć i fimów, a wszystko podpisująć krótkim i odpowiednio mocnym tytułem: „Byłam zbyt przerażona by odejść”.
      Gdy chodzi o nasze polskie poletko, poza, jak się zdaje, Weroniką Rosatti, która poskarżyła się na swojego „byłego partnera oraz ojca ich dziecka”, że ten się nad nią znęcał psychicznie i fizycznie, a ona nic z tym nie potrafiła zrobić, wszystko, jak sądzę, przed nami, tylko musimy poczekać aż opadnie kurz po księżach gwałcących ministrantów oraz żyjących w zakonach siostry. Na razie jednak, owszem, nie ma praktycznie dnia i godziny, byśmy nie słyszeli o tym, jak to setki tysięcy ofiar księży-pedofili oraz księży- drapieżców seksualnych proszą o sprawiedliwość, oczywiście bezskutecznie, ponieważ cały Kościół Powszechny, od Wąchocka po Watykan tonie w rui i poróbstwie.
      A to przecież nie wszystko. Oto oprócz Żydów oraz imigrantów, nadszedł czas wielkich prześladowań osób oznaczanych ostatnio nazwą „LGBT+”, którym nie dość, że nie wolno adoptować dzieci, to jeszcze głoszone przez nich idee miłości, przyjaźni i równości są rugowane ze szkół oraz placówek wychowawczych. Kato-faszystowska dzicz wyciąga w ich stronę swoje brunatne pazury i wszystko wskazuje na to, że znikąd nie można się spodziewać pomocy.
      O polityce nawet nie warto wspominać.
      Któż mi powie, żebym nie zawracał głowy, bo to nic nowego, że światowe oraz rodzime lewactwo próbuje rozrabiać na potęgę. Otóż daję słowo, że gdyby tylko o nie chodziło, to bym prawdopodobnie przez kolejny dzień dał Czytelnikom od siebie odpocząć. Rzecz jednak w tym, że odnoszę wrażenie pewnej niezwykłej zupełnie korelacji w nastrojach po obu stronach ideologicznego oraz cywilizacyjnego sporu. Ów apokaliptyczny klimat zdaje się pojawiać z jednakowym natężeniem i tu i tam... i co ciekawe, często dokładnie na tych samych poziomach. Oto kończę z TVN-em i otwieram stronę tvp.info, a tam sążnisty tekst Tomasza Terlikowskiego zatytułowany „Czy Franciszek pozbawi Jana Pawła II świętości?”, skąd dowiadujemy się, że papież Franciszek, próbując ratować swoją i swojego otoczenia skórę przed jak najbardziej usprawiedliwionymi oskarżeniami o tolerowanie w Watykanie homoseksualnej oraz pedofilskiej mafii, próbuje winę zrzucić na naszego papieża i w ten sposób doprowadzić do jego dekanonizacji. Tekst ten ukazuje się jednocześnie w szeregu katolickich portali, z satysfakcją cytowany przez takie media jak „Superstacja”, a z boku Terlikowskiemu wtóruje nie kto inny jak Grzegorz Górny, najpierw alarmując na temat wspomnianej homoseksualnej ośmiornicy, która opanowała najwyższe piętra Watykanu, a potem wyjaśniając ów mechanizm tekstem zatytułowanym „Wrogowie Kościoła zyskują nowe narzędzie wpływania na jego politykę personalną”.
       No i wreszcie mamy Internet, gdzie jest już wszystko, począwszy od walenia jak w kaczy kuper w papieża Franciszka, przez kolejnych hierarchów tu na miejscu, po rwanie włosów z głowy przez posiadaczy „licencjatu teologicznego z teologii fundamentalnej” na temat szkód jakie w umysłach tysięcy młodych Polaków czyni dominikanin Szustak. No a i to przecież nie wszystko – mamy w końcu jeszcze politykę, a tam też się dzieje, oj dzieje. No więc przede wszystkim premier Morawiecki sprzedał już Polskę Amerykanom oraz Żydom, rząd Prawa i Sprawiedliwości potajemnie współpracuje z europejskim lewactwem na rzecz uniemożliwienia Grzegorzowi Braunowi zdobycie stanowiska prezydenta Gdańska, a Jarosław Kaczyński ze starości już kompletnie utracił kontrolę nad tym całym bałaganem i wiele wskazuje na to, że szanse na kolejną kadencję są coraz mniejsze.
       W czym rzecz? Otóż, jak już wspomniałem wcześniej, mam wrażenie, że gdybyśmy się w naszej obywatelskiej aktywności ograniczali do śledzenia mediów i stamtąd czerpali codzienne inspiracje, to musielibyśmy dojść do wniosku, że albo nadszedł czas do dawno już zapomnianej wewnętrznej emigracji, albo do kolejnego buntu. No bo nie oszukujmy się: lewactwo podnosi łeb, Kościół chyli się ku upadkowi, Prawo i Sprawiedliwość chodzi na pasku światowego żydostwa... a ja już mam tylko nadzieję, że to wszystko to są już faktycznie tylko media, które nie są w stanie funkcjonować bez huśtania ludzkimi emocjami, oraz niewielka grupa internetowych wariatów, którzy są w te media wpatrzeni jak w święty obrazek. Całe prawdziwe życie natomiast toczy się tu w naszych domach, wśród naszych codziennych spraw i w towarzystwie tej jakże silnej nadziei, że będzie dobrze. Bo w końcu, czemu nie?
      Na koniec nadzwyczaj zabawna informacja. Oto zostałem zaproszony na konwencję Prawa i Sprawiedliwości tu w Katowicach, na którą już za chwilę się wybieram. Jeszcze tylko wyjdę z psem na spacer, a potem – prosto w objęcia miłościwie nam panującego Prezesa. Bardzo bym chciał napisać na ten temat coś prawdziwie fascynującego, ale obawiam się, że będzie dokładnie tak samo jak w telewizorze.

Przypominam że lada dzień powinna się ukazać moja nowa książka o Brytyjskim Imperium i jego językach. Do tego czasu, naturalnie, zachęcam do kupowania tego, co jeszcze jest w ofercie księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl.