środa, 31 stycznia 2018

Biedny Polak patrzy na Izrael

      Jeszcze wczoraj wieczorem dostałem od mojego syna wiadomość, że dziś rano w radiu RMF FM Robert Mazurek będzie rozmawiał z ambasador Izraela w Polsce Anną Azari i że na pewno będzie ciekawie. Odpisałem mu natychmiast, że ciekawie z całą pewnością nie będzie z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że Azari język polski myli się z językiem rosyjskim, a więc z językiem jej młodości, więc ją będzie bardzo trudno zrozumieć, a drugi, może jeszcze bardziej oczywisty, że kody kulturowe, których używają Mazurek i Azari to dwa kompletnie różne światy i nie ma takiej mozliwości, by z ich rozmowy wyłonił się jakikolwiek porządek. Dziś już jesteśmy pewnie po tej rozmowie, a ja, nawet nie sprawdzając jej przebiegu, chciałbym przypomnieć swój bardzo już dawny tekst, dotyczący wydarzenia dziś już oczywiście kompletnie zapomnianego, na początku roku 2009 odpowiednio zamilczanego, a mam na myśli wywiad, jakiego ówczesnemu dziennikowi „Dziennik” udzielił swego jeden z najwybitniejszych, a dziś niewykluczone, że  dogorywający w którymś z zakładów psychiatrycznych, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Michał Cichy. Uważam, że, pomijając mój wczorajszy tekst, nie ma nic lepszego, co by pomogło nam zrozumieć to z czym mamy do czynienia w tych dniach. Oto mój tekst z lutego 2009 roku zatytułowany „Biedny Polak patrzy na ‘Gazetę Wyborczą’”, dziś pod nieco tylko zmienionym tytułem. Proszę posłuchać.

      W dzisiejszym „Dzienniku”, a ściślej, w dodatku o dumnej nazwie Europa, tekst niezwykły http://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article325207/Wojna_pokolen_przy_. Cezary Michalski rozmawia, z, pod pewnym – dość wstydliwym – względem, kultowym dziennikarzem Gazety, Michałem Cichym. Zanim zacząłem czytać tę rozmowę, nie bardzo widziałem sens przepytywania akurat Cichego akurat o Adama Michnika,
Helenę Łuczywo i w ogóle o ten niezwykły projekt o pełnej nazwie „Gazeta Wyborcza”. Jednak, coś mnie podkusiło, i teraz już wiem, że właśnie przeczytałem tekst zupełnie epokowy. Biorąc pod uwagę, że Michalski rozmawia nie z kimś, kto zawsze stał w opozycji do „Gazety” i ludzi tam skupionych, nie z jakimś tropicielem Żydów, bojownikiem o etniczną czystość lokalnego środowiska, lecz z kimś z samej, że tak powiem, otchłani, mamy do czynienia z rewelacją.
       I od razu muszę powiedzieć, że nie chodzi mi o to, ze Michał Cichy zaświadcza swoim doświadczeniem, że to nie Adam Michnik jest faktycznym szefem Gazety, ale Helena Łuczywo. Nie o to, że, zdaniem Cichego, Michnik to cham i cynik. Nie o to też, że według relacji człowieka, który przez bardzo długi czas był bardzo blisko tego towarzystwa, czołowi dziennikarze „Gazety”, jakimi niewątpliwie są Paweł Smoleński i Agnieszka Kublik to „cyngle do wynajęcia”. To wszystko jest nic. To, jeśli tak można powiedziec, to wewnętrzna sprawa Michnika, Łuczywo i Cichego na dokładkę. To co mnie w tej wypowiedzi poraziło, to – po raz pierwszy tak autorytatywne – przyznanie, że środowisko tworzące „Gazetę Wyborczą” i decydujące o jej polityce, filozofii i kształcie, to środowisko całkowicie wyalienowane z tzw. interesu narodowego, i to wyalienowane w sposób zamierzony i programowy.
      Oto co mówi o Helenie Łuczywo – swojej mentorce, bohaterce, osobie o wielkości dla niego niemal historycznej – w rozmowie z Michalskim, Michał Cichy: „Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem”.
      A więc tak to wygląda w ocenie kogoś kto jest niewątpliwym autorytetem. Więc dziś już wiemy. Nie można się dziwić. To co się liczy przede wszystkim, to „zaplecze kulturowe i genetyczne”. Nie księża, nie Fieldorf, zapewne nawet nie Polska jako znak i symbol. Tu się realizuje misja polegająca na chronieniu swoich przed nieszczęściem. I proszę zwrócić uwagę. Cichy nie oskarża. Nie zgłasza pretensji. Nie przedstawia dylematów. Jego słowa są czystą afirmacją. Według Cichego, człowieka, który był w „Gazecie” przez tyle lat przez wzgląd na wielkość Heleny Łuczywo i który odszedł z niej mimo tej wielkości, tak jak jest, jest słusznie i właściwie. Dlaczego? Bo inaczej po prostu się nie da. Bo „problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia”.
      To z czym mamy do czynienia podczas tej niezwykłej rozmowy, rozkłada nawet samego Michalskiego. On oczywiście stara się zrozumieć, ale i on musi to w końcu wykrzyczeć, że jego „etniczne kryteria wcale nie kręcą”. Na nic. Za Cichym bowiem stoi nie to w co on wierzy, czy co mu się wydaje, czy nawet nie to, czego on by bardzo chciał. Za Cichym stoją fakty. On sobie tego nie wymyślił. On tam był, on słuchał co do niego mówią, on tego wszystkiego doświadczał, on to zaakceptował i dziś on po prostu to wszystko wie. A skoro wie, to mówi, a mówi rzeczy porażające: „Ale jak pan [etnicznych kryteriów] nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych […]. O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy”.
      Ot co! Tak się mają sprawy. Więc ja już nic więcej nie napiszę. Zakończę ten tekst drobną refleksją. „Gazetę” – na poziomie bardziej ogólnym – zaczepiłem właściwie raz, w jeden, bardzo szczególny sposób i tę moją zaczepkę zapisałem na stałe na głównej stronie swojego bloga. Poza tym żartem, staram się o „Gazecie” wspominać wyłącznie w odniesieniu do spraw konkretnych. O ile sobie dobrze przypominam, jeśli idzie o „Gazetę”, udawało mi się zawsze unikać wchodzenia w coś, co wydawało mi się oceną pozamerytoryczną. Dziś widzę, że jeśli kiedykolwiek coś zaniedbałem, dziś to moje zaniedbanie naprawił z nawiązką Michał Cichy. Człowiek, który wszedł do współczesnej historii Polski jednym gestem. Gestem w postaci pamiętnego artykułu z roku 1994 zatytułowanego „Polacy - Żydzi: czarne karty Powstania” i adekwatnym tekstem. Dziś mi ten sam człowiek dokładnie wyjaśnił, co jest na rzeczy.
       Ze swojej strony mogę więc zadeklarować, że sprawy „Gazety Wyborczej”, Agory i całego tego środowiska będę traktował już zawsze, jako sprawy obce, które pozostają poza sferą mojego zainteresowania.

Zapraszam wszystkich do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam.


wtorek, 30 stycznia 2018

Dlaczego Żydzi nie lubią korzystać z usług PKP

          Zębami i pazurami broniłem się przed tym, by choćby słowem zająknąć się na temat najświeższej awantury żydowsko-polskiej w temacie tak zwanych „polskich obozów śmierci”, a to z dwóch podstawowych względów. Otóż, przede wszystkim, ile razy pojawia się w przestrzeni publicznej temat, którym nagle zaczynają się fascynować dosłownie wszyscy, to ja się w sposób naturalny najeżam i zaczynam się bacznie rozglądać, czy nie o to właśnie chodzi, by również i mnie wciągnąć do tej dyskusji. A ja się w ten sposób nigdy nie bawiłem i bawić nie zamierzam. Po drugie, przekaz, jaki do mnie dochodzi niemal z każdej strony jest do tego stopnia jednakowy, również – co akurat nie powinno dziwić – z aktywnym udziałem wielu wybranych organizacji żydowskich, że, przepraszam bardzo, ale cóż ja w tej sytuacji mogę zrobić? Z czystej przekory napisać coś bardzo prowokacyjnego i w ten sposób zwrócić na siebie uwagę? Otóż tak również nigdy się nie bawiłem i bawić nie będę. A mimo to, jak widzimy, postanowiłem coś na ten temat powiedzieć i naprawdę mam wielką nadzieję, że moje słowa nie będą zbyt kontrowersyjne, a jednocześnie zachęcą przynajmniej niektórych z nas do pewnej refleksji.
      Otóż, moim zdaniem, oczywiście różni Żydzi, zarówno w Izaraelu, jaki i w innych rejonach świata, a także i w Polsce, grają tu w swoją grę, której ja, w odróżnieniu od wielu wybitnych komentatorów nie rozumiem i tez rozumieć za bardzo nie potrzebuję, jednak nawet jeśli owa gra jest faktem i za nią stoją bardzo poważne interesy, ona z całą pewnością bardzo skutecznie wykorzystuje autentyczną wrażliwość bardzo wielu Żydów. Gdyby nie ona, to jestem przekonany, że oni nawet by nie próbowali. A owa wrażliwość sprowadza się do tego, że dla wielu z nich Auschwitz to Polska, a nie Niemcy. I tego nie zmienimy, choćby dlatego, że za tym przekonaniem stoją znacznie większe pieniądze, niż jesteśmy sobie wyobrazić. Musimy to wreszcie zrozumieć, że jeśli gdzieś w Tel Avivie jest jakaś szkoła, której uczniowie raz na jakiś czas jadą na wycieczkę do Auschwitz, by odwiedzić miejsce, gdzie swego czasu został zgładzony ich dziadek, dziadka bracia i siostry, no i dziadka rodzice i ich bracia i siostry, to oni na bilecie lotniczym mają jak byk napisane, że jadą do Polski, a nie do Niemiec. I, proszę się nie gniewać, ale ani oni sami nie wpadną na to, ani nikt im też nie powie, a jeśli powie, to on i tak tego nie zrozumieją, że to wprawdzie jest Polska, ale Polska pod niemiecką okupacją wiele lat temu, i że napis, który oni za chwilę ujrzą na bramie obozu nie jest w języku polskim, lecz jak najbardziej w niemieckim, a już z całą pewnością oni nic nie zrozumieją z anegdoty o bandytach napadających na dom, którą im właśnie opowiedział premier Morawiecki. Dlaczego? Bo oni są dokładnie tacy jak większość z nas, którzy do szczęścia potrzebują tylko dużego kolorowego zdjęcia i jednego, mocnego i nie za długiego, zdania pod spodem.  Dla wielu z nich Auschwitz to Polska i tego nie zmienimy przy pomocy jednej ustawy i paru bon motów.
      Ale nie chodzi tylko o te głupie – ani mniej, ani bardziej od naszych – dzieci. Również ci Żydzi, którzy sami jakoś tam przetrwali Auschwitz i wciąż jeszcze chodzą po świecie, traktują nie Niemcy, ale Polskę, jako swoje osobiste piekło. I wcale nie chodzi o to, że oni tam jakoś szczególnie źle byli traktowani przez swoich sąsiadów, ale właśnie o ową świadomość, że Auschwitz to Polska, a nie Niemcy. Niemcy w tym wszystkim są wyłącznie jakimś nic nie znaczącym, dość abstrakcyjnym, ozdobnikiem. Liczy się miejsce, a tym miejscem jest Polska. No a gdyby ktoś był zbyt mało wrażliwy, by to pojąć, pozostaje jeszcze odpowiednia propaganda – o której my tu dziś nie piszemy, bo o wiele lepiej zrobią to inni – która dokończy reszty.
      A więc Polska. Jest taki kwartet smyczkowy słynnego amerykańskiego kompozytora Steve’a Reicha, zatytułowany „Different Trains”, a zbudowany wokół motywu pędzącego pociągu, w który w postaci tak zwanych sampli, wpisane są słowa wypowiadane przez kilka osób, które przeżyły Auschwitz. Efekt jest taki, że smyczki udają ten pociąg, a na tym tle słychac tekst: „I was in second grade. I had a teacher. A very tall man, his head was completely plastered smooth. He said, ‘Black Crows- Black Crows invaded our country many years ago’. And he pointed right at me. No more school. You must go away. And she said, ‘Quick, go!’ And he said, ‘Don't breathe’. Into the cattle wagons. And for four days and four nights. And then they went through these strange sounding names. Polish-Polish names Lots of cattle wagons there. They were loaded with people. They shaved us. They tattooed a number on our arm. Flames going up in the sky. It was smokey”.
       Te obco brzmiące nazwy. Polskie nazwy. Te bydlęce wagony, a potem ci fryzjerzy. No i te tatuaże. Fascynujące, prawda?
       Znkomity jest ten utwór Reicha. Szczerze polecam. Ale jeszcze lepsza jest historia, którą mam na koniec. Otóż proszę sobie wyobrazić, że moja żona ma bardzo bliską koleżankę, Żydówkę z Izraela. Ona z urodzenia jest Brytyjką, rodzice z Polską nie mieli nigdy nic wspólnego, nawet jej dziadek wyjechał do Wielkiej Brytanii długo przed wojną, no ale jest tą Żydówką, o Polsce słyszała wielokrotnie i ostatecznie postanowiła tu przyjechać, żeby zobaczyć strony, z których pochodził jej dziadek. Żona spotkała się z nią w Krakowie, gdzie wsiadły w pociąg do Warszawy, a stamtąd już udały się na nasze Podlasie, gdzie obie spędziły wspólnie czas, wąchając te  ledwo żywe jeszcze cmentarze.  Najlepsze jednak było na samym początku, podczas wsiadania do pociągu w Krakowie. Otóż owa koleżanka żony nagle zdrętwiała i powiedziała: „To jest niesamowite. Jestem w Polsce i wsiadam do pociągu”…
      Powtarzam, ja znam wszystkie argumenty, a swoje zdanie na ten temat również posiadam i ono jest bardzo ściśle określone. Jednak bardzo proszę pamiętać, oni nigdy nie zrezygnują z prawa do swoich osobistych wspomnień, a tym bardziej skojarzeń. A jeśli ktoś będzie chciał im ich zakazać na mocy ustawy, będą walczyć.
      Osobiscie mam nadzieję, że tym razem będą musieli poczekać na lepsze czasy.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek. Polecam gorąco.


poniedziałek, 29 stycznia 2018

Bóg, Honor, Ojczyzna, czyli o ludziach z Google Translate

      Pisząc wczorajszy tekst o Brytyjskim Imperium, słowo daję, że nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie przyszło mi do głowy, że spotka go jakieś większe zainteresowanie, a co dopiero kompletnie bezprzytomna agresja, z jaką ostatecznie przyszło nam tu mieć do czynienia. Przeczytałem wcześniej tamten tekst w „Kurierze Galicyjskim”, dowiedziałem się z niego czegoś dla mnie zupełnie nowego, tego mianowicie, że polscy generałowie, którzy po II Wojnie Światowej trafili do Wielkiej Brytanii, zostali przez rząd brytyjski potraktowani jak bezdomne śmieci i pomyślałem, że to jest wiadomość na tyle ciekawa, że być może kogoś zainteresuje. Z drugiej strony, wiedząc, jak wielkie antybrytyjskie nastroje wzbudza tu od lat Coryllus, brałem pod uwagę, że jedyną reakcją na ten tekst będzie wzruszenie ramion i krótkie pytanie: „I cóż to za sensacja? Gabriel o tym pisał wielokrotnie”.
      Dlatego też, jak może niektórzy zauważyli, bardzo mało miejsca zostawiłem na osobiste refleksje, gdy natomiast chodzi o sam temat, tak naprawdę ograniczyłem się wyłącznie do zacytowania fragmentu rozmowy z Wojciechem Markertem i apelu o zajrzenie do oryginału. I nawet nie znalazłem odpowiedniego miejsca, by wspomnieć sam początek owej rozmowy, gdy Markert mówi:
     „Brytyjczycy zachowali się podobnie jak w jakiejś mierze traktowały nas inne narody, czyli jako narzędzia, służące do utrzymania własnego imperium”.
     No ale napisałem ów tekst – powtarzam, nie o generałach Sosabowskim, Maczku, czy Borze-Komorowskim, ale o Brytyjskim Imperium – i nagle, zupełnie ni stąd ni z owąd parka komentatorów, zamiast trzymać się tematu, nadzwyczaj skutecznie i całościowo strolowała mi ów tekst, kierując całość dyskusji na temat rzekomej pierdołowatości owych zapomnianych żołnierzy, którzy zamiast zachowac się honorowo, czyli, albo poszukać sobie pracy zgodnej ze swoimi ambicjami, albo sobie strzelić w łeb, kompromitowali siebie i Polskę, jako owa tytułowa „srebrna brygada”, na której widok każdy odpowiednio zmotywowany człowiek może się najwyżej posrać ze śmiechu.
      Oczywiście każdy w miarę doświadczony czytelnik tego bloga wie, że tego typu zachowanie budzi we mnie wyłącznie furię, tym razem jednak zamiast furii przyszła pewna, moim zdaniem, dość ciekawa refleksja. Otóż ja od pewnego czasu zauważam, że tu na blogu – szczególnie owej jego wersji zamieszczanej pod adresem szkolanawigatorow.pl – pojawiają się komentarze ludzi, których całe życie  intelektualne zbudowane jest w oparciu o trzy, czy cztery koncepty, które ci eksploatują na zmianę, w każdej możliwej okoliczności. A zatem, załóżmy że ja napiszę tekst o tym, że Roger Federer, odbierając kolejny puchar za zwycięstwo w Australian Open, znów się pobeczał, a w tym samym momencie, jako pierwszy, pojawi się ktoś, kto mi napisze, że to jest z mojej strony niepoważne emocjonować się Federerem, bo Federer to Szwajcar, a, jak wiemy, Szwajcarzy to banda satanistów. Jeśli z kolei napiszę tekst o tym, że Roald Dahl pisał świetne powieści, natychmiast pojawi się ktoś, kto mi zacznie wypominać, że Dahl był niesławnym brytyjskim agentem, a, jak wiemy, Imperium to zło.
     No ale jest jeszcze coś, i to, moim zdaniem, znacznie nam owo spektrum ludzkiej nędzy rozszerza. Otóż gdy ja napiszę tekst o tym, że gdzieś w Polsce do miejscowego sklepu przyszło dwoje dzieci, położyło na ladzie dwa czterdzieści i poprosiło dwa jajka plus kilogram ziemniaków, natychmiast znajdzie się ktoś kto na tę wiadomość uśmiechnie się z pobłażaniem i powie, że on też kiedyś tak miał, ale dziś pracuje w korporacji, bo swego czasu, zamiast jęczeć bez sensu, zakręcił się i dziś ma to co ma, a mnie poradzi, bym przestał zajmować się głupstwami, tylko napisał coś może na temat zbyt wysokich podatków.
      I w tym momencie pojawia się element naprawdę złowieszczy. Jednym z nielicznych komentatorów na moim oryginalnym blogu pod adresem toyah.pl jest od miesięcy człowiek podpisujący się Chris Horse. Jego ostatni komentarz, dotyczący mojego wcześniejszego  posta, na temat Bertolda Kittela, brzmi tak: „Lache swietnie obciagala ...a Bertold nein ... 8-))))) Przypadek z procesem kretyna szeremietiewa - dlatego debil zyje - gdyby nie blowjob dziadek bylby w piachu”. Ktoś mi powie, że mamy do czynienia z człowiekiem chorym i ja tę opinie potwierdzam. To co mnie natomiast uderza, to fakt, że gdyby pominąć to szaleństwo, to komentarz owego dziwnego człowieka tak naprawdę nie różni się niczym od tego, z czym mieliśmy do czynienia pod wczorajszym tekstem o Imperium. Tu mamy dokładnie ten sam poziom obsesji i ten sam rodzaj trollingu.
      No ale porzućmy te złośliwości i wróćmy do świata ludzi, co by o nich nie mówić, to żywych. W swojej, dziś już niedostępnej, książce. „Twój pierwszy elementarz” jedną z notek poświęciłem tak zwanemu liberalizmowi. A było tak:
      „Liberalizm – System, który każe człowiekowi wierzyć, że jego powodzenie jest zasługą systemu właśnie, natomiast jego porażka, jego osobistą winą. Z tego właśnie powodu, jedni liberałowie, kiedy słyszą głos ‘poniżonych i bitych’, zatykają sobie uszy, a inni nachylają się nad tymi co proszą o zmiłowanie z zaciekawieniem i pytają: ‘A dlaczego wy uważacie, że wasze problemy są moimi problemami?’ Oczywiście, liberałowie twierdzą, że to nieprawda, że oni chcą tylko ludziom dać wędkę, i takie tam. Tyle że ja akurat nie widziałem jednego z nich, który by szedł z wędką. Może dlatego, że sami łowią na prąd”.
      Powiem uczciwie, że kiedy pisałem tamten tekst, w życiu bym się nie spodziewał, że przyjdzie czas, że i oni tu na mój blog przylezą i w dodatku będą występować z pozycji jego przyjaciół. Gdzieś musiałem popełnić błąd. Może ktoś mi pomoże dojść do tego, na czym on polegał? I proszę mojego kumpla Valsera, by mi nie tłumaczył, że Stanisław Sosabowski to był dupek, bo jak w tej kwestii nie mam ani wiedzy ani zainteresowania. Ja na wszelkie uwagi na ten temat ziewam.
       No i jeszcze jedna rzecz. Na toyah.pl nie pojawił się w tej kwestii ani jeden komentarz, nawet w wykonaniu wspomnianego wczesniej wariata, natomiast, owszem, ową notkę przeczytało 1280 osób, co jak na niedzielę, stanowi bardzo dobry wynik. Kocham to miejsce i jestem z niego bardzo dumny. Tu ludzie przychodzą, czytają, wracają do swoich codziennych zajęć i pojawiają się ponownie w kolejnym dniu. Tu nikt nie przychodzi po to, by się popisać tym, co odkrył, kiedy jeszcze był dzieckiem.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam gorąco.


niedziela, 28 stycznia 2018

Srebrna Brygada, czyli o jeden most za daleko

      Mój zmarły niedawno teść pochodził ze Lwowa i tak jak to się dzieje w przypadku chyba wszystkich tych, którzy się choćby tylko tam urodzili, trzymał w sobie przez całe życie ów słynny lwowski sentyment. Z tego też względu moja żona, gdy tylko się dowiedziała o tym, że tam we Lwowie, z myślą o ludziach między innymi takich jak on, wydawany jest dwutygodnik pod tytułem „Kurier Galicyjski”, pierwsze co zrobiła, to mu tę gazetę zaprenumerowała, no i on ją regularnie otrzymywał, czytał i do samego końca bardzo sobie chwalił. Dziś naszego taty i dziadka z nami nie ma, a ponieważ „Kurier Galicyjski” nadal przychodzi, zwłaszcza moja żona go sobie regularnie przegląda.
      Gdy chodzi o mnie, ja ze Lwowem mam tyle wspólnego, co daje mi moje małżeństwo, no i jedna tam wizyta, a w kwestii sentymentów, to o wiele bardziej jestem przywiązany do Przemyśla, gdzie od dziesiątek lat spędzam jakąś część wakacji, by już nie wspomnieć o mojej wsi, to ona bowiem jest moją prawdziwą miłością.
      No ale mamy ów Lwów, a przy okazji czasy, które już nie wrócą, a ja po tym, wyjątkowo przydługim i jak się za chwilę okaże zupełnie niepotrzebnym wstępie, przejdę do rzeczy, a więc do tekstu, który zamieścił wspomniany „Kurier Galicyjski”, a który mnie aż tak zainspirował, że zacząłem opowiadać o Lwowie i o moim świętej pamięci teściu. Oto więc mamy tam rozmowę z dr. Wojciechem Markertem, pracownikiem Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku na temat postaci generała Stanisława Sosabowskiego, którego historię mniej więcej wszyscy znamy i gdyby wszystko sprowadzało się tylko do tego, pewnie bym się dziś zajął czymś innym, natomiast w pewnym momencie ów Markert zaczyna opowiadać o naszej pierwszej, powojennej emigracji do Wielkiej Brytanii i mówi co następuje:
       „To są niestety typowe losy polskich oficerów. Kiedy poznałem Joannę Pieciukiewicz, reżyser ‘Honoru generała’, która chciała zrobić film o powojennych losach dwóch generałów Sosabowskiego i Maczka, podjęła decyzję trochę też pod wpływem moich opowieści, że Maczek był bardziej znany i nie był tak zniesławiany. A jakie to były losy? Sosabowski był magazynierem, Maczek kelnerem… o oficerach mawiano: ‘srebrna brygada’. To byli starzy już ludzie, niewiele prac mogli wykonywać, jedną z tych, które mogli wykonywać, było czyszczenie sreber w hotelach. W eleganckich hotelach byli zatrudnieni jako lokaje. Każdy wariant był zły. Ci, którzy wracali do Polski, byli skazani na represje wojsk komunistycznych. Tych, którzy zdecydowali się pozostać, czekała nędza. Nie mieli emerytur brytyjskich. Byli to na tyle zaawansowani wiekowo ludzie, że już nie mogli nauczyć się angielskiego, więc wykonywali proste prace ‘poza społeczeństwem brytyjskim’. Oni całe życie byli związani z wojskiem i nic innego nie umieli robić. Określenie ‘srebrna brygada’ było przecież ironiczno-pogardliwe. Poznałem panią w Anglii, która mówiła: ‘Przy tym stole siedziałam z Borem-Komorowskim, robiliśmy ozdoby ze sztucznej biżuterii i próbowaliśmy sprzedawać, żeby przeżyć’. To były typowe losy Polaków, którzy znaleźli się na emigracji, wcale nie było im lekko! Wielu z nich bardzo gorzko wspomina postępowanie Brytyjczyków. Na tym tle wyróżniała się Holandia, oni szacunkiem darzyli polskich żołnierzy, mieli trochę wyrzutów sumienia, ale oni ze wszystkich narodów na Zachodzie, najlepiej się odnosili do Polaków. Mieli wyrzuty sumienia, ale tam od dawna stał polski pomnik, od dawna były zadbane cmentarze. Dzieci holenderskie składały tam kwiaty, w porównaniu z innymi, zwłaszcza Brytyjczykami, Holendrzy umieli się zachować!
      A ja nie dość że nie mam już więcej nic do dodania, to tak naprawdę w ogole nie mam nic w tym akurat wypadku do powiedzenia. I myślę, że teraz już każdy wie, skąd się wziął ów bezsensowny wstęp. W końcu głupio jakoś tak zupełnie nic nie napisac od siebie. Zwłaszcza że mamy jeszcze jeden fragment tekstu owego Markerta, który bardzo pięknie komemntuje ostatnią najświęższą debatę na temat słynnego polskiego nazizmu. Posłuchajmy:
      „Udało się przywrócić pamięć i honor Sosabowskiemu. Powiedzieć czego dokonał, z czego zasłynął. A teraz trzeba powiedzieć, skąd on się taki wziął. Kim był, że mógł takich czynów dokonać? Wychował się w Stanisławowie w ciężkich warunkach. Żył w środowisku wielonarodowościowym. To ostatnie, na przykład, miało wpływ na traktowanie przez niego żołnierzy, wśród których nie czynił różnic z powodu przynależności narodowościowej”.
      I tyle. Kto będzie naprawdę zainteresowany, wszystko sobie znajdzie, a kto leń, to kiep.


Książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam. Dalej naprawdę nie trzeba szukać.

       

sobota, 27 stycznia 2018

Bertold Kittel, człowiek z ukrytym guziczkiem

      Decydując się na to, by już wczoraj wrzucić tu swój felieton z „Warszawskiej Gazety”, poświęcony kwestii nazizmu, który, wedle doniesień stacji TVN, wraz z objęciem władzy przez Prawo i Sprawiedlwość, złapał Polskę za gardło, kierowałem się podejrzeniem, że kwestia owej prowokacji jest już tak zużyta, że jeszcze chwila, a jakakolwiek wzmianka na ten temat będzie automatycznie wywoływała już tylko ziewanie. Minął jednak kolejny dzień, a ja widzę, że sprawa, nie dość, że nie zdycha, jak na to od samego początku zasłużyła, to jeszcze się w najlepsze rozwija.  W tej sytuacji, zatem, zaryzykuję i jeszcze parę słów na ten temat powiem, tyle że może w tym o tyle szczególnym ujęciu, że bohaterem owych refleksji nie będzie ani ta szóstka leśnych przebierańców, ani cała skierowana przeciwko rządowi polityczna propaganda, lecz jeden tylko człowiek, autor owego szczególnego doniesienia, dziennikarz nazwiskiem Bertold Kittel.
       Ja biorę naturalnie pod uwagę, że w momencie gdy pojawiło się już owo nazwisko, większość czytelników tego bloga, a więc ludzie doświadczeni i doskonale poinformowani, zawoła: „O nie! Tylko nie Kittel! My o nim wiemy wszystko!”, ponieważ jednak, jak obserwuję medialną dyskusję na wspomniany temat, nie mogę nie zauważyć, że kwestia owego autorstwa jest notorycznie pomijana, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi przypomnieć parę, to tu to tam zapomnianych, faktów.
     Otóż wspomniany redaktor to człowiek, który, swego czasu, w wyniku bardzo perfidnej prowokacji, a niewykluczone, że na zamówienie Służb, zniszczył karierę wiceministra obrony narodowej w rządzie Jerzego Buzka, Romualda Szeremietiewa. Szczerze powiedziawszy, szczegółów tamtej afery ja ani nie znam, ani też mnie one nie interesują, natomiast zdecydowanie wystarczy mi wiedzieć to, że mieliśmy wówczas rząd Jerzego Buzka, Ministrem Obrony Narodowej w owym rządzie był Bronisław Komorowski, jego zastepcą Szeremietiew, i któregoś dnia ów Szeremietiew z dnia na dzień został przez Komorowskiego wyrzucony na zbity pysk, bo wspomniany Kittel wraz z niejaką Anną Marszałek napisali tekst w „Rzeczpospolitej”, z którego wynikało, że Szeremietiew to złodziej, kłamca i aferzysta, by po wielu, wielu latach, w wyniku prawomocnego wyroku sądu, oboje musieli Szeremietiewa przepraszać.
      Mnie Szeremietiew w najlepszym razie nic nie obchodzi, a gdybym miał się jednak nad nim jakoś szczególnie zatrzymywać, dodałbym jeszcze, że on mi jest absolutnie do niczego niepotrzebny. Natomiast ile razy o nim myślę, to od lat natychmiast przypominam sobie nazwisko dziennikarza Bartolda Kittela, który – o czym zadecydował sąd – w sposób absolutnie bezpodstawny, zniszczył mu życie, a przy okazji polityczną karierę, a niektórzy twierdzą, że na zamówienie Służb, których – wedle tych samych żródeł – stałym przedstawicielem w polskiej polityce był Bronisław Komorowski. Tak już mam i nic na to poradzić nie mogę. Ile razy słyszę nazwisko Bertold Kittel, natychmiast pojawiają mi się w głowie Szeremietiew i Komorowski, no i owa złowieszcza nazwa – WSI.
       Dziś Szeremietiew jest niemal nikim, o Annie Marszałek, diabli wiedzą gdzie się aktualnie udzielającej, mówi się, że jak najbardziej współpracowała, a Bertold Kittel pracuje w telewizji TVN i ogłasza, że oni mają nagrania, jak ci jego kumple z lasu pod Wodzisławiem zapowiadają, że zabiją Donalda Tuska, jednak owe zapowiedzi są tak drastyczne, że zdecydowano się ich nie upubliczniać. No cóż. Jesteśmy oczywiście wstrząśnięci i zmieszani, chcielibyśmy jednak przy tym podziękować Bertoldowi Kittelowi, że nam zaoszczędził niepotrzebnego stresu. To musi być bardzo dobry człowiek.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.


piątek, 26 stycznia 2018

Dlaczego komuniści nie obchodzą urodzin Hitlera?

Ponieważ obawiam się, że sprawa nazistowskich korzeni rządu Prawa i Sprawiedliwości już lada chwila przestanie być częścią bieżącego przekazu medialnego, mamy dziś być może już ostatni moment, by przedstawić tu mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. A zatem zapraszm na parę uwag na jeden z tych kompletnie nieistotnych tematów, w służbie kompletnie nieistotnych celów. 

      Jesteśmy pod wrażeniem reportażu telewizji TVN, który w minionych dniach tworzy główny przekaz medialny – być może jedynie z wyjątkiem telewizji TVP, realizującej kompletnie inne cele, niż szczucie na Polskę z powodu jej rzekomo powszechnie znanych faszystowskich sympatii – a ja nie mam najmniejszych problemów z tym, by przyznać, że, owszem, widok tych durniów przebranych w mundury SS na tle płonącej swastyki dał mi wiele do myślenia. Ja znam bowiem emocje, jakie od lat ujawniają niekiedy wyznawcy ideologii Wielkiej Polski i, powiem szczerze, że niekiedy staram się ich rozumieć, no ale to by oni nagle uznali, że droga, która ich prowadzi do celu wiedzie przez hitlerowskie Niemcy, robi na mnie wrażenie co najmniej prowokacji, i to wręcz wyjątkowo taniej.      
      Oglądam jednak wspomniany reportaż, przyglądam się medialnym relacjom i wiem, że to co pokazuje TVN, to nie fikcja, a oni chyba faktycznie żyją i mają się całkiem dobrze. Oni faktycznie osiągnęli stan, gdzie muszą spotykać się gdzieś w tym lesie pod Wodzisławiem Śląskim i stojąc na tle płonącej swastyki śpiewać piosenki na cześć Adolfa Hitlerra, który podobno prywatnie był bardzo porządnym człowiekiem, nie pił, nie przeklinał, a kobiety i zwierzęta traktował po ludzku.
      A zatem, wygląda na to, że to co dziś czeka tych durniów – powtarzam ów epitet, bo nie umiem znaleźć na to co oni wyprawiają innego słowa – a więc przede wszystkim delegelalizacja, a dalej już tylko bardziej konkretne kary, jest nam bezwzględnie potrzebne. Nie mogę jednak przy tym nie zauważyc czegoś, o czym w tym całym zamieszaniu akurat się nie bardzo rozmawia. Otóż gdy chodzi o zarzut tak zwanego „propagowania” ideologii nazistowskiej, to ja owo „propagowanie” nie bardzo zauważam, o ile oczywiście nie uznamy, że sytuacja, gdy ciemną nocą, w całkowitej konfidencji, w lesie niedaleko Wodzisławia Śląskiego zbierze się grupka miejscowych wariatów po to by obchodzić urodziny Adolfa Hitlera, stanowi coś, co możemy uznać za propagowanie. To, przepraszam bardzo, ale już bardziej bym zarzucił propagowanie ideologii nazistowskiej telewizji TVN, bez której zaangażowania niektórzy z nas nie wiedzieliby nawet, kto to był ten cały Hilter.
      Podobnie zreszta, jak zarzuciłbym telewizji TVP propagowanie komunizmu, gdyby oni nagle, w ramach politycznej retorsji wobec lewej strony, postanowili się wkręcić w imprezę organizowaną potajemnie w Warszawie przez młodych polskich komunistów, ewentualnie w Sosnowcu lub Dąbrowie Górniczej przez starych polskich komunistów, na których inna już kompletnie banda – pozwolę sobie trzymać się tego określenia – durniów śpiewa piosenki na cześć Stalina. Bo aby wiedzieć, że tak się dzieje, wystarczy mieć świadomość jak najbardziej legalnej działalności tak zwanej Komunistycznej Partii Polski, która na swojej stronie internetowej głosi chwałę Wielkiej Rewolucji Październikowej i jej lidera, Włodzimierza Lenina.
     I proszę mi nie mówić, że tu sprawa jest czysta. Tamci też nie wzywają do budowania komór gazowych.


Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam jak najszczerzej. 

czwartek, 25 stycznia 2018

Gdy przy korycie robi się za ciasno

            Szczerze powiedziawszy, ile razy zdarzy mi się kupić tygodnik o zmiennej nazwie „Sieci” i „W Sieci” i w efekcie, wręcz z automatu, nie mogę się powstrzymać, by bandę tych cwaniaków potraktować dokładnie tak, jak oni sobie na to zasłużyli, obiecuję sobie, że to już po raz ostatni. Kwestia honoru. To jednak, że ja tu sobie coś obiecuję, nie oznacza oczywiście nic i wynik owego mojego braku zdecydowania jest taki, że te niemal już dziesięć lat na tym blogu, gdy rozmawiamy o prawicowych mediach, wciąż nam mijają w atmosferze graniczącej albo z rozbawieniem, albo z rozpaczą, a najczęściej, jako główni animatorzy owych emocji, występują albo albo Witold Gadowski, albo Łukasz Warzecha, albo Rafał Ziemkiewicz, albo Jan Pietrzak, albo Krzysztof Feusette, albo Tomasz Sakiewicz… można wymieniać, krótko mowiąc, tak zwani „niepokorni dziennikarze”.
           Dziesięć lat to szmat czasu i można się przyzwyczaić. Tak jak do wszystkiego.  Efektem owego przyzwyczajenia jest akceptacja, która wynika prosto z uznania, że tak jak jest, jest normalnie i inaczej już nie będzie. Podobne zresztą zjawisko obserwujemy na poziomie znacznie szerszym, a więc obejmującym w ogóle wszystko to co się dzieje w dzisiejszym świecie i nas absorbuje przez ten jeden kolejny dzień i ani chwili dłużej. Ktoś coś ukradł? Ktoś kogoś zabił? Gdzieś ktoś się ostatecznie skompromitował kłamstwem nie do opisania? I cóż z tego? Taki to jest świat i naprawdę nie ma możliwości, byśmy się pochylali nad każdym podobnym zdarzeniem i traktowali je jak jakąś sensację.
          Kupiłem jakiś czas temu wspomniany tygodnik „Sieci” – jak już tu pisałem, chodziło o zdjecie na okładce przedstawiające Witolda Gadowskiego przebranego za wojennego korespondenta – przeczytałem rozmowę, jako bracia Karnowscy przeprowadzili z Gadowskim, niechybnie głównie po to, by podać nam namiary na adres pod którym można wpłacać pieniądze na jego nowy film, uznałem, że szkoda moich słów, by się tą nędzą zajmować, ale oto dziś przy śniadaniu sięgnąłem po to coś i wszedłem na stronę, na której zwyczajowo swoimi przemyśleniami dzieli się poeta Wencel. I oto, proszę sobie wyobrazić, tym razem wprawdzie Wenclowi nie przyszło nic ciekawego do głowy – co rozumiem – jednak w zamian za to – czego już zrozumieć jest mi naprawdę ciężko – uraczył on nas parodią Zbigniewa Herberta w postaci trzech swoich wierszy. Bez komentarza, bez słowa wyjaśnienia, bez żadnej dodatkowej refleksji. Trzy wiersze, zajmujące mniej więcej tyle samo miejsca na stronie, co zdjęcie ich autora, a z których fragment jednego (daję słowo, że wybrany przeze mnie na chybił trafił) brzmi tak:
            
            Najważniejsze – przetrwać: nie dać się
            złamać wychłodzić zagłodzić nie gardzić
            zupą z korzeni ani nadgniłą cebulą

            nie tracić ducha: szeptem powtarzać
            dziecięce modlitwy imiona wszystkich
            świętych i strofy z „Pana Tadeusza”

            gimnastykowac się o świcie rzeźbić
            krzyżyki i szachy z drewna pocieszać się
            wzajemnie: co nas nie zabije, to nas…

      A więc tak to działa. Mamy najważniejszy prawicowy tygodnik, który, obok TVP Info, gdy chodzi o media, stanowi publiczną twarz Dobrej Zmiany, a każdemu średnio przytomnemu obserwatorowi wystarcza chwila, by zauważyć, że i tu i tam nie chodzi o nic innego, jak się uczepić tego koryta i nie zważać już na nic, tylko na to, co tam jest w środku i jak zrobić, żeby nikt się nie wrył tam przed nas.
      Jak zdarza mi się to dość często, oglądałem wczoraj wieczorny program TVP Info „Zawsze po 20” i kiedy już przestał żartować syn Janusza Rewińskiego, na ekranie pojawił się Cezary Gmyz i ostrzegł wszystkich, by bardzo uważali na dziennikarzy piszących w takich pismach jak „Warszawska Gazeta”, bo oni tam, przedstawiając się jako polscy patrioci, tak naprawdę realizują interesy ruskiej agentury. Ponieważ to było również do mnie, jako do kogoś kto od kilku już lat co tydzień we wspomnianej „Warszawskiej Gazecie” publikuje swój felieton, chciałem dziś powiedzieć, że może rzeczywiście – o czym nie wiem – ja faktycznie piszę na zlecenie Putina, jednak w życiu by mi nie przyszło do głowy, by przy tym atakować papieża Franciszka, prezydenta Dudę, czy samego prezesa Kaczyńskiego, zarzucając im, że każdy z nich, razem i osobno, występują przeciwko Ojczyźnie, Kościołowi i Honorowi, czemu ostatnio ci ciekawi ludzie wyjątkowo często i z autentycznym zaangażowaniem się oddają.
        A gdyby ktoś mi zarzucił, że ja zaledwie odbijam piłeczkę i mówię, że to nie ja, lecz oni, chciałbym zapewnić wszystkich, że ani mi w głowie zarzucać Gmyzowi, że za jego postępowaniem stoją jakieś niedobre związki. Nic podobnego. Tu chodzi wyłącznie o to, że według najnowszych, jak najbardziej oficjalnych danych, wydawana przez Piotra Bachurskiego „Warszawska Gazeta”, gdy chodzi o wielkość sprzedaży, wyprzedziła właśnie zarówno „Gazetę Polską”, jak i „Do Rzeczy” i dziś zajmuje piątą pozycję na liście najpoluparniejszych tygodników w Polsce, przegrywając zaledwie o włos ze wspomnianymi wierszami Wencla.
        Naprawdę trudno się dziwić. To prawda jest dobra, a kłamstwo złe i tego nie zmieni nic. To jest czysta fizyka. Można tylko dostawać cholery.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam serdecznie.

           

środa, 24 stycznia 2018

Tablica na nowy rok

    Od czasu jak „Polska Niepodległa” na pewien czas przeszła na cykl dwutygodniowy, o moich krótkich kawałkach, które się tu kiedyś ukazywały w każdą środę, notorycznie zapominamy. A one się mają całkiem dobrze i w związku z tym dziś proponuję kolejny odcinek, z nadzieją, jak zawsze.       

 Ja zdaję sobie sprawę z tego, że wszyscy żyjemy dziś czym innym, proponuję jednak trzymać się bardziej ziemi i zwrócić uwagę na wiadomość, która gdzieś tam przemknęła i wystrzeliła w kosmos, tę mianowicie, że były zastępca dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami w warszawskim ratuszu, niejaki Jakub R. otrzymał nowe zarzuty, dotyczące przyjęcia 20 milionów złotych łapówki. Zarzuty są nowe, ponieważ uzupełniaja tylko wcześniejsze, dotyczące przyjęcia ponad 30 milionów złotych łapówki. A zatem, jak każdy z nas potrafi sobie sam policzyć, wygląda na to, że jakiś Kubuś, zatrudniony przez Hannę Gronkiewicz Waltz na stanowisku, nawet nie dyrektora, ale zaledwie jego zastępcy, skasował w postaci łapówek ponad 50 milionów złotych.
Oczywiście, wypadałoby się nam teraz zadumać nad całą organizacją systemu, który tego typu zabawę umożliwia, ale chyba zabraknie nam słów. Powiedzmy więc tylko, że prawdziwy szczęściarz z naszego Kuby. W Chinach już by dostał czapę, a w Korei Północnej do wykonania wyroku sprowadzono by mu specjalną rakietę przeciwlotniczą.

***

Już za chwilę przejdziemy do spraw, które nas ostatnio wręcz rozdzierają na strzępy, ale zanim to nastąpi zwróćmy uwagę na bardzo zabawne wydarzenie, do którego doszło w Sejmie. Oto pod obrady Sejmu trafił projekt pod nazwą Ratujmy Kobiety, którego celem była liberalizacja ustawy antyaborcyjnej. I proszę sobie wyobrazić, że mimo iż władza, zapewne w ramach usług dobrej woli, postanowiła użyczyć zgłaszającym ów projekt lewackim organizacjom swoich głosów i nawet sam prezes Kaczyński z posłanką Pawłowicz zagłosowali za skierowaniem projektu do kolejnego czytania, na głosowaniu nie pojawiła się cała kupa posłów Nowoczesnej, a w dodatku trzech posłów Platformy zagłosowało za odrzuceniem projektu. Jak nas informują władze Platformy Obywatelskiej, w związku ze wspomnianym wybrykiem, z parti zostali usunięci posłowie Joanna Fabisak, Marek Biernacki i Jacek Tomczak. Również zareagowała Nowoczesna i w geście moralnego oburzenia na gnuśność swoich kolegów, swoje członkowstwo w partii zawiesiły dwie Joanny - Scheuring Wielgus i Schmidt – oraz Krzysztof Mieszkowski.
No i proszę tylko popatrzeć. Wystarczyło wyrzucić z rządu Antoniego Macierewicza i jedyną opozycją pozostaną już tylko Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda i jego rzecznik.

***

A zatem, skoro atmosfera zrobiła się tak radosna, możemy spokojnie przejść do kwestii czystek na pierwszym froncie Dobrej Zmiany. Dla każdego w miarę uważnego obserwatora politycznej sceny było wprawdzie od samego początku oczywiste, że nie ma mowy o jakiejkolwiek rekonstrukcji rządu bez usunięcia z niego Antoniego Macierewicza, jednak kiedy już do tego doszło, na prawicy podniósł się taki wrzask, że w pewnym momencie zaszła obawa, że w ramach żałoby po stracie pana Antoniego zostaną odwołane miesięcznicowe uroczystości na Krakowskim Predmieściu. Na szczęście już po chwili wszystko się uspokoiło i poza grupką internautów, na placu boju pozostali Sakiewicz, pani posłanka Pawłowicz oraz małżonka redaktora Rachonia, Katarzyna dwojga nazwisk Hejke, która oświadczyła, że wymuszając na premierze Morawieckim dymisje Macierewicza, prezydent Duda „stanął tam, gdzie stało ZOMO”. A my już tylko apelujemy do TVP Info o zorganizowanie debaty, gdzie Hejke będzie reprezentowała stronę narodowo-patriotyczną, a redaktor Rachoń – ZOMO.

***

Byłbym zapomniał. Obok wspomnianego wyżej Tercetu Oburzonych stanął jeszcze, nieznany nam dotychczas kompletnie, Paweł Piekarczyk, o którym portal braci Karnowskich pisze „pieśniarz”. Otóż chodzi o to, że pieśniarz Piekarczyk w proteście przeciwko odwołaniu Macierewicza postanowił prezydentowi Dudzie zwrócić Krzyż Kawalerski Polonia Restituta, jaki ten wręczył mu za zaśpiewanie piosenki o Żołnierzach Wyklętych. Aby uzasadnić swój gest, Piekarczyk napisał do Prezydenta list, który następnie opublikował w pariotycznych mediach, a w którym znalazł się następujący passus: „1 marca 2017 roku otrzymałem odznaczenie z rąk człowieka niegodnego wręczać je, niejako, w imieniu Żołnierzy Wyklętych”. Jako komentarz, można by tu właściwie tylko dodać uwagę, że to musi być naprawdę ciekawy człowiek ten Piekarczyk, gdy z taką lekkością głosi przekonanie, że samo spiewanie piosenek o Żołnierzach Wyklętych czyni go z automatu ich rzecznikiem, gdyby nie jeszcze jeden szczegół. Otóż w wypowiedzi dla mediów Piekarczyk pochwalił się, że on list, który skierował do prezydenta, napisał otrzymanym od niego wiecznym piórem, które teraz sobie zachowa na pamiątkę. I to akurat, muszę przyznać, rozumiem bardzo dobrze. Taki krzyż to zaledwie kawałek metalu ze strzepkiem jakiejś szmatki, który można kupić na Allegro za 8 złotych i 24 grosze. Za pióro, nawet jeśli to jest tylko jakiś głupi Parker, Piekarczyk będzie mógł sobie przy pierwszej lepszej kryzysowej sytuacji kupić parę porządnych flaszek.

***

Swoją drogą, kiedy piszę te refleksje, już widzę, że w najbliższym czasie interesy przemysłu monopolowego muszą mocno podskoczyć. I to chyba nie najbardziej po stronie tak zwanego Zakonu Antoniego, ale tam, w tej części politycznej sceny, gdzie się pasą Grzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer, chłopaki z PSL-u, czy nawet sam maestro Kukiz. Chodzi mi o to, że dopóki na czele tak zwanych resortów siłowych stali Macierewicz i Błaszczak, było jak było, ale żyć się dało. Wejście do tej zabawy Joachima Brudzińskiego można porównać tylko do zahaczenia o Ziemię którejś z lżejszych asteroid. Ktoś powie, że Brudziński to nic takiego. Jeden totumfacki Prezesa odszedł, na jego miejsce przyszedł drugi, można wracać do codziennych zajęć. Może i tak. Jednak skoro faktycznie nic się nie stało, to czemu zapadła taka cisza?  Czyżby wszyscy się przyczaili w oczekiwaniu aż nowy minister zacznie żartować?

***

Tym bardziej że nawet część Internetu jakby przycichła. I to jak najbardziej w temacie. Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale dość popularnym komentatorem w Sieci jest niejaka Klaudia Jachira, lokalna działaczka Komitetu Obrony Demokracji, znana z całej serii szyderczych performansów kierowanych pod adresem głównie Jarosława Kaczyńskiego.  Otóż owa Jachira ni stąd ni z owąd popadła w nastrój nader poważny i na swoim profilu facebookowym zamieściła następujący komentarz:
Prowadziłam dziś bal karnawałowy w przedszkolu. 80% chłopców było przebranych za...policjantów! Ten strój dobrze znam, poniewaz identycznie wygladają policjancipacyfikujacy obywatelskie demonstracje. Za komuny też były bale w przedszkolach, jednak z tego co słyszałam, to nikt nie przebieral się za milicjanta...
Żołnierz, Indianin, Spiderman, OK. Ale policjant? Drodzy rodzice, naprawdę chcecie, by Wasze dzieci budowały represyjne państwo? Wzywali na przesłuchania opozycjonistów, ochraniali miesięcznice, aresztowali za posiadanie białej róży?
Widok tylu ‘policjantów’ nawet na balu w przedszkolu to przerażający widok
”.
I to jest, moim zdaniem, najlepszy komentarz do powołania na stanowisko Ministra Spraw Wewnętrznych Joachima Brudzińskiego. Niech on się tylko przebierze za Jokera, to dopiero będziemy mieli bal.

***

Skoro zrobiło się naprawdę uroczyście, nie pozostaje mi nic innego, jak zakończyć dzisiejszą serię komentarzy w nastroju prawdziwie dostojnym. Oto wraz z nieuchronnie zbliżającą się eksplozją corocznego owsiakowego obłędu, dotarła do nas informacja wręcz porażająca. Oto sam Jerzy Owsiak postanowił odebrać szpitalowi w Pszczynie sprzęt, na który zrzuciła się dzieciarnia podczas zeszłorocznej zbiórki. Poszło o to, że wśród wielu różnych sprzętów, zandowało się też sześć łóżek, przeznaczonych na oddział geriatryczny, ponieważ jednak pszczyńska geriatria łóżek miała dość i aby przyjąć te od Owsiaka, musiałaby wyrzucić stare, a całkiem dobre, dyrekcja szpitala uznała, że prościej będzie cztery z nich wstawić na oddział kardiologiczny, gdzie łóżek akurat brakowało. Kiedy ktoś Owsiaka o owym wysteplku poinformował, ten dostał cholery i zażądał zwrotu całego podarowanego szpitalowi sprzętu. Szpital padł na kolana, prosząc Owsiaka o zmiłowanie, napisał nawet do niego specjalne pismo, w którym przeprosił tego dobrego człowieka i obiecał poprawę, ten jednak pozostał nieugięty i łóżka zabrał. Jak donoszą lokalne media, podobno najmocniejsze wrażenie akcja Owsiaka zrobiła na pacjentach obu odziałów, których trzeba było gwałtownie odłączać od sprzętów i zrzucać z łóżek, bo transport czeka. Mam nadzieję, że przynajmniej ci ludzie wiedzieli, jak się zachować w minioną niedzielę.


Ktoś powie, że to wsyztsko to są starocie, tymczasem problem polega na tym, że owe starocie stały się starociami już na drugi dzień po urodzeniu. Powyższa notka była starocią już w momencie publikacji w „Polsce Niepodległej”. Powiem więcej. Ona była starocią jeszcze zanim ów numer „Polski Niepodległej” trafił do kiosków. To jest ów klimat, który mamy. A zatem, aleluję o rozsądek. Nie dajmy się zwraiować. I pamiętajmy, że książki są do kupienia, jak zawsze, w księgarni na stronie www.basnjakniedziwedz.pl. Polecam.


wtorek, 23 stycznia 2018

Biały łoś, czyli pokochać ich jak Irlandię

       Mieliśmy tu ostatnio kilka dni bardzo poważnych debat, a zatem uznałem, że nie zaszkodzi choć na chwilę spuścić z tonu i się trochę zabawić. Oto od jednego z naszych ludzi uzyskałem wczoraj informację, że w ostatnich dniach świat kultury popularnej został zaatakowany przez coś, co niemal w jednej chwili uzyskało nazwę Darbygate i moim zdaniem jest to coś na tyle śmiesznego, że pomyślałem sobie, że czemu nie? Ale zacznijmy od początku. Otóż okazuje się, że Internet, w którym i nam przyszło spędzać pewną część swojego czasu, oferuje usługi tak zwanych „social influencerów”, a więc najczęściej młodych ludzi płci dowolnej, którzy na regularnie umieszczanych przez siebie filmikach opowiadają o tym, co im się ostatnio ciekawego przydarzyło i co oni na temat owych zdarzeń sądzą. Czemu ta cała aktywność służy, czemu zdobyła tak wielka ostatnio popularność, a zwłaszcza, jak to się dzieje, że jeden „influencer” staje się nagle znacznie bardziej popularny od „influencera” innego i co sprawia, że jego internetowa aktywność przynosi mu sławę i jakieś tam pieniądze, powiem uczciwie, że nie mam bladego pojęcia, no ale przyznaję, że musi być coś, co te kwestie rozstrzyga i nie zamierzam się tu wymądrzać.
      Stało się zatem tak, że gdzieś w Anglii pewna jak najbardziej typowa wybotoksowana dwudziestoparolatka nazwiskiem Elle Darby  uruchomiła w Internecie swojego video bloga, w którym zaczęła opowiadać o swoich koleżankach, sukienkach, kosmetykach, no i w ogóle o życiu i odniosła pewien, relatywnie niewielki sukces, powiedzmy wielkości określanej jako 80k. W pewnym momencie owo osiągnięcie tak zamieszało w głowie, że, uznając, że ono się stało własnością publiczną, napisała list do pewnego luksusowego hotelu w Dublinie o nazwie Charleville Lodge Hotel, prowadzonego przez parę gejów, z propozycją, by oni ją i jej chłopaka ugościli za darmo przez tydzień, za co ona, jako wybitna „social influencerka,” zrobi im odpowiednią reklamę na swoim video blogu, no i oni dzięki temu odpowiednio zwiększą swoje dochody. I w tym momencie stało się coś, czego nikt się nie spodziewał, a co uruchomiło lawinę. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że właściciel hotelu, a jednoczesnie restauracji o nazwie White Moose Cafe, niejaki Paul Stenson, list owej biednej dziewczyny opublikował w sieci, wraz ze swoją odpowiedzią, którą tu zdecydowałem się zacytować w całości, bo jest tego warta. Proszę posłuchać:
      „Szanowna Społecznościowa Influencerko! (znam Pani nazwisko, ale, jak sądzę, nazwisk nam używać nie wypada)
       Dziękujemy za Pani e-mail z prośbą o darmowy pobyt w naszym hotelu w zamian za reklamę. Trzeba być osobą o wyjątkowym tupecie, by nie powiedzieć, o braku szacunku do siebie, by wystąpić z czymś podobnym.
      Jeśli zgodzę się, by spędziła Pani czas w naszym hotelu wyłącznie za obietnicę wystąpienia w Pani filmie video, proszę mi powiedzieć, kto zapłaci personelowi za to, że będzie się Panią zajmował? Kto zapłaci pokojówkom za sprzątanie Pani pokoju? Kelnerom, którzy będą serwować Pani śniadania? Recepcjoniście, który będzie załatwiał pani codzienne sprawy? Kto zapłaci za prąd i ogrzewanie, które Pani zużyje w trakcie swojego pobytu? Za pranie Pani pościeli? Za zużycie wody? A może uważa Pani, że powinienem poinformować swoich pracowników, że zamiast pensji za obsługę Pani pobytu, otrzymają szansę występu w Pani video?
      Szczęśliwie, my również jesteśmy dość popularni w mediach społecznościowych, ze 186 tysiącami obserwujących na Facebooku, 80 tysiącami na Snapchacie, 32 tysiącami na Instagramie, oraz 12 tysiącami na Twitterze, ale – na Boga! – w życiu by mi nie przyszło do głowy, by prosić kogokolwiek, by mi dał cokolwiek za darmo. Prowadzę również bloga, co jednak, w moim mniemaniu nie oznacza nic ponad internetową gadkę. Powyższe statystyki przy tym w żaden sposób nie czynią mnie na tyle lepszym, bym oczekiwał, że nie będę musiał płacić za coś, za co muszą płacić inni.
      Jeśli mogę coś pani doradzić, to zachęcam, by w przyszłości za usługi płaciła Pani jak wszyscy inni, a jeśli trafi Pani na hotel, który postanowi skorzystać z Pani oferty, być może zaproponują Pani apartament w cenie zwykłego pokoju. Takim zachowaniem z pewnością nabierze pani więcej szacunku do siebie i nie będzie się musiała niepotrzebnie kompromitować.
      Nasza odpowiedź brzmi - nie”.
      Opublikował Stenson w Internecie oba maile i na to nieszczęście wylał się taki hejt, że ona opublikowała film, w którym zarzuciła Stensonowi psychiczne molestowanie, sprawą zajęły się najpoważniejsze światowe media i w tym momencie Stenson wystąpił ponownie, publikując w sieci szyderczy rachunek wystawiony na nazwisko Darby na sumę  5 289 000 Euro jako prowizję za reklamę, jaką on zapewnił Darby dzięki temu, że jej nazwisko pojawiło się w 114 artykułach w 20 krajach na świecie, generując widownię wielkości 450 milionów. Sprawę skomentował również Linkedin, oceniając te szacunki jako jak najbardziej rozsądne.
      Jak się sprawa dalej będzie rozwijać, tego nie wiemy, ale domyślać się można, że obie strony na sprawie wygrają. Chociaż… no nie wiem. Zajrzałem na ów vblog Elle Darby, po raz pierwszy w życiu obejrzałem – przyznaję, że odpowiednio wstrząśnięty – to, co ona tam prezentuje, porównałem jej zwykłe, dawne występy z tym, co ona przeżywa dziś, i wygląda na to, że ona jest w stanie wskazujacym na to, że to już koniec. A potem porozmawiałem trochę z moją córka, która znacznie lepiej orientuje się ode mnie, gdy chodzi o tego typu kwestie i ona powiedziała mi, żebym sobie nie pozwalał na zbyt wiele, bo nie wolno pod żadnym pozorem traktować ludzi bez szacunku, nawet jeśli uważamy ich za skończonych durniów.
      A zatem, postanwiam już być dziś grzeczny i oświadczam, że geje bywają naprawdę w porządku i zachęcam wszystkich, by podczas najbliższego pobytu w Dublinie, jeśli nie mają się gdzie zatrzymać, wybierali Charleville Lodge Hotel. Powinno być, nomen omen, wesoło.
      I to jest cały sens powstania dzisiejszej notki. 

Książki niezmiennie są do nabycia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.
      
    

        

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Czy Klinika "Budzik" to jedyny ratunek dla katoprawicy?

      Od paru dni próbujemy tu ostatecznie zamknąć, najpierw rozpętaną, a następnie odpowiednio podsycaną przez tak zwaną katolicką prawicę, dyskusję na temat nowoczesności, która pod okiem papieża Franciszka rzekomo coraz bardziej rujnuje nasz Kościół, i mam wrażenie, że mimo iż nasze słowa sięgają niewiele dalej niż sięgnąć od samego początku są w stanie, to ich brzmienie w ten czy inny sposób się roznosi, a to jest dla mnie wiadomość dobra. I myślę sobie, że zarówno to, co mnie samemu udało mi się w tych notkach powiedzieć, jak i to, co do tego wszystkiego dodali komentatorzy, zarówno tu, jak i pod tekstem na Szkole Nawigatorów, ale też trochę w dyskusji na Facebooku, naprawdę solidnie rozprawia się z publicystyczną działalnością naszych współczesnych „uczonych w Piśmie”.
       Ktoś w pewnym momencie – na Facebooku właśnie – wspomniał list, z jakim jakiś czas temu do Franciszka zwróciło się czterech kardynałów, próbując go sprowokować do dyskusji na temat adhortacji „Amores leatitia”, a zwłaszcza tego jej fragmentu, gdzie papież odnosi się do problemu stosunku Kościoła do ludzi żyjących w nowych związkach. Gdyby ktoś nie pamiętał, ciekawy bardzo był ów list, właśnie ze względu na jego niemal bliźniacze podobieństwo do sposobu, w jaki przed dwoma tysiącami lat samego Jezusa zaczepiali faryzeusze. Z jednej strony oni zwrócili się do Papieża z oczywistą intencją napomnienia go, że „wprowadza zamieszanie w sercach kapłanów i wiernych”, a  z drugiej, solennie zapewniali, że oni „tylko pytają”. Kiedy Papież na ów list uprzejmie nie zareagował, ci zwrócili się do niego ponownie, tym razem jednak już z prośbą o audiencję, podczas której oni mu wszystko to, czego on nie rozumie, wyjaśnią osobiście, zapewniając jednoczesnie, w sposób wręcz modelowo obłudny, o swoim „absolutnym oddaniu i bezwarunkowej miłości do Stolicy Piotrowej i Jego Świątobliwości, w którym widzą następcę Piotra i Wikariusza Jezusa”. I tym razem jednak papież ani nie drgnął.
      Oczywiście z różnych stron podniosła się wrzawa, że zachowanie Papieża w stosunku do kardynałów wyłącznie potwierdza jego zdradę, a ja sobie myślę, że może jednak trzeba było zareagować. Nie mówię od razu, że on miał ich przyjąć i każdego zdzielić po tych ich kardynalskich kapeluszach swoją papieską laską, no ale pismo mógł wystosować, przytaczając może tylko jeden fragment z Mateusza, z owym kluczowym adresem – „plemię żmijowe”. O tak:   
      „31 Dlatego powiadam wam: Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone. 32 Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym. 33 Albo uznajcie, że drzewo jest dobre, wtedy i jego owoc jest dobry, albo uznajcie, że drzewo jest złe, wtedy i owoc jego jest zły; bo z owocu poznaje się drzewo. 34 Plemię żmijowe! Jakże wy możecie mówić dobrze, skoro źli jesteście? Przecież z obfitości serca usta mówią. 35 Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa dobre rzeczy, zły człowiek ze złego skarbca wydobywa złe rzeczy. 36 A powiadam wam: Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. 37 Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony”.
      I nawet nie chodzi mi o tych czterech najwidoczniej  słabo przytomnych staruszków, bo im już pewnie nic niestety nie pomoże, ale o naszych lokalnych mądrali. Pomyślmy tylko, jak oni by na te słowa zareagowali. Może by się zakrztusili gumą do żucia, trafili do kliniki „Budzik” i tam mieli szansę zacząć wszystko od nowa?


Zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie niezmiennie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

niedziela, 21 stycznia 2018

Gdy Jezus zamieszkał w Watykanie

     Ponieważ wczorajsza notka wywołała zainteresowanie takie sobie, a ja osobiście uważam, że dziś być może nie ma tematu pod pewnymi względami ważniejszego, i prawdę mówiąc jestem akurat w takim nastroju, by pisać tylko na ten jeden temat, najpierw pomyślałem sobie, że może ów tekst zostawię, by sobie tu pobył przez tę dzisiejszą niedzielę, jednak ostatecznie zdecydowałem, że przypomnę tu refleksję jeszcze sprzed trzech lat, a jutro się zobaczy, ale ostrzegam, że może być jeszcze gorzej.    


      Co do znajomości Pisma Świętego, jestem znacznie słabszy, niż by wypadało. To co jednak wiem nieprzerwanie od dzieciństwa, to to, że Swoją miłość Jezus kierował głównie do ludzi grzesznych, upadłych i odrzuconych. Już przy Jego narodzeniu, wieść o nim została zaniesiona najpierw do pasterzy, a więc – nie oszukujmy się – ludzi, którzy musieli mieć sporo za uszami. Podobnie zresztą było z Apostołami. Jak mówię, nie bardzo mam podstawy, by się tu wymądrzać, ale z tego co pamiętam, większość z nich, kiedy ruszali za Jezusem, nie była jakoś szczególnie duchowo mocna. No i wreszcie główna wiadomość z owych paru lat, kiedy On nauczał: Maria Magdalena nie była żadnym wyjątkiem.
      Natomiast ja, owszem, dobrze wiem, że jeśli Jezus potrafił być naprawdę brutalny, to wobec ludzi wówczas najbardziej religijnych i, gdy chodzi o Pismo, najlepiej wykształconych. To ich systematycznie napominał, im groził wieczną karą, jeśli się nie opamiętają, a bywało, że zwyczajnie potępiał. To nie prości grzesznicy, ale owi ludzie bez skazy, byli pierwszym przedmiotem Jego gniewu.
      Podobnie jak jestem mało kompetentny w słowach Pisma, tak samo dość kiepsko się orientuję w naukach papieża Franciszka. To co wiem jednak na pewno, wystarczy mi, by nie przegapić owego niezwykłego faktu, że jego nauczanie jest zwrócone głównie do ludzi grzesznych, upadłych i odrzuconych, a jego gniew własnością tych, którzy od lat pluskają się w aurze najczystszych.
      A jedno wiem na pewno, i tu nie muszę ani mieć szczególnie dobrej pamięci, ani być kimś wybitnie oczytanym, ani na bieżąco z doniesieniami na temat tego, co się dzieje na linii Watykan - Lud Boży. Ja mianowicie widzę to, słyszę i czuję każdego dnia, jak wielką wściekłość we współczesnych uczonych w piśmie wywołuje owa papieska nauka. Przyjmuje Franciszek na audiencji grzesznego księdza, który stojąc wręcz nad grobem, pragnie jeszcze z nim – niejako rzutem na taśmę – porozmawiać, rozmawia z nim, a potem przytula, całuje w rękę i się z nim żegna, a faryzeusze wyją ze złości. Franciszek, zwracając się do owych faryzeuszy, by dzieląc się swoją wiarą z ludźmi grzesznymi i słabymi, czynili to tak, by nikogo do Jezusa nie zniechęcać, a ci się w tym momencie zaczynają jeżyć i wołają: „A może on by się zamiast nami, zajął pedałami?” Apeluje wreszcie papież do tych, co już nawet się nie budzą ze snu w Duchu Świętym, by nie odłączali się od tego jednego Kościoła, który jest nasz i tutaj, a oni marszczą brwi z niezadowolenia i pytają się jeden drugiego: „A ten czego znowu od nas chce?”
      Ponieważ nawet jeśli on im odpowie, to i tak go nie zrozumieją, sam im wyjaśnię tę zagadkę: On od Was chce tego samego, czego chciał od Was Jezus. Ocalić Was przed Waszym grzechem. Nic więcej, nic mniej.

Zapraszam oczywiście do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki.


sobota, 20 stycznia 2018

O tych co przychodzą po zmroku

      Napisałem tu niedawno tekst, w którym wziąłem w obronę papieża Franciszka przed agresją ze strony naszych głównych portali prawicowo-katolicko-niepodległościowych, zarzucających mu wspieranie aborcji. Oczywiście, wystarczyło zaledwie parę godzin, by plotki, które stały na samym początku tego kłamstwa, zostały skutecznie odsłonięte, niestety wszystko co nastąpiło potem, jedynie potwierdza od dawną znaną prawdę, że na zatwardziałe serca i umysły nawet sam Diabeł nie pomoże. A już zwłaszcza gdy on nie ma najmniejszego interesu, by cokolwiek tu jeszcze mieszać. Portal, który nas tu, ze zrozumiałych względów, być może interesuje najbardziej, a więc wpolityce.pl, zamiast przeprosić za tekst swojego głównego teologa Grzegorza Górnego i zająć się sporem na linii Kukiz – Balcerowicz, zamieścił tekst kolejny, w którym Górny bije na alarm, pokazując jak to Kościół, którego, jak wiemy z obietnicy samego Jezusa, bramy piekielne nie przemogą, zostaje połykany przez wszelkie zło tego świata. W tekście zatytułowanym „Czy droga Kościoła prowadzi do Boga, czy do nowoczesności”, Górny, opierając się na kilku wyrywkowych, zaczerpniętych oczywiście – bo skąd inąd – z doniesień medialnych, wypowiedziach hierarchów, którzy prawdopodobnie bez aktywności wspomnianych mediów by zwyczajnie nie istnieli, udowadnia, że sprawy się mają dokłanie tak jak on, Górny, mówi, a więc Kościół rzeczywiście, zamiast do Boga, prowadzi nas do nowoczesności. Jakie to są doniesienia? Otóż jeden z niemieckich biskupów, Franz-Josef Bode, wyraził opinię, że pary homoseksualne powinny zostać obięte opieką Kościoła; kardynał Tobin z Newark w wywiadzie dla „New York Timesa” powiedział, że nie widzi powodu, by kiedyś w przyszłości kardynałem nie została kobieta; jakiś ksiądz ogłosił, że jego zdaniem Kościół powinien przestać traktować antykoncepcję jako grzech; biskup Dunn z Auckland na spotkaniu z lokalną młodzieżą stwierdził, że Kościół powinien się otworzyć na środowiska LGBT; Archidecezja Los Angeles ogłosiła program czegoś, co nosi nazwę Kongresu religijnego i tam podobno aż dziewięć – Górny zapewne wie, choć nam nie powie, na ile w sumie – wystąpień ma być związanych z problemem LGBT; niejaki ksiądz Paul Zulehner z Wiednia w wywiadzie dla lokalnej gazety zapowiedział, że w roku 2019 papież Franciszek uzna kapłaństwo kobiet.
      Znalazł Górny w internecie te informacje, napisał na ten temat tekst o tym, że papież Franciszek, zamiast prowadzić nas do Boga, prowadzi nas do Szatana, pobiegł z owym tekstem do swoich kumpli Karnowskich, ci mu oczywiście natychmiast ten tekst zamieścili na swoim portalu i… przepraszam bardzo, ale nie przychodzi mi do głowy nic innego, jak tylko to, że ów interes się kręci.
      W tej sytuacji ja też coś opowiem. Otóż mam kolegę, który mieszka na wsi pod Warszawą i tam jest kościół, do którego ów kolega tradycyjnie uczęszcza, a którego być może najbardziej prominentnym parafianinem jest jeden z braci Karnowskich. Otóż jest tak, że od czasu do czasu, w ramach swojego kolejnego tournee po kraju, do owej wsi zajeżdża Grzegorz Górny, a po niedzielnej mszy świętej, ksiądz proboszcz zaprasza go na ambonę, by ten opowiedział o swojej książce o Świętym Gralu, która przy wyjściu z kościoła jest oferowana do sprzedaży. Przepraszam wszystkich bardzo, ale – zakładając, że Grzegorz Górny w swoim tekście słusznie bije na alarm – mam bardzo silne przekonanie, że to co być może faktycznie zwiastuje problemy, to nie ów biedny staruszek, 78-letni dziś już ksiądz Paul Zulehner z Wiednia, ale ów wypasiony byczek nazwiskiem Górny, jak się domyślam, z Warszawy.

Jutro niedziela, a więc i Msza Święta. Tam na szczęście ludzie, zamiast kupować książki, będą się normalnie, jak to ludzie, modlić. Jeśli jednak ktoś ma ochotę soboie poczytać na poziomie, zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.



piątek, 19 stycznia 2018

Sukces, czyli i ty zostaniesz urzędnikiem

Ponieważ dziś nic sensownego mi do głowy nie przychodzi, proponuję, byśmy z lekkim wyprzedzeniem zajrzeli do „Warszawskiej Gazety”. A tam mój najnowszy felieton na bardzo inspirujący temat. Polecam.

      Prace komisji do spraw warszawskiej reprywatyzacji się rozkręcają, niemal każdy kolejny tydzień przynosi nowe, niekiedy wręcz fascynujące, wiadomości, jak choćby ta najnowsza, dotycząca tego, że kuratorem wyznaczonym przez Ratusz do jednej ze spraw był oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego, czy nieco wcześniejsza, że mąż i córka Hanny Gronkiewicz Waltz zwrócili miastu po okrągłym milionie, na mnie jednak największe wrażenie zrobiła informacja, że niejakiemu Jakubowi R, już wcześniej oskarżonemu o przyjęcie łapówek w wysokości 30 milionów złotych, dołożono kolejny zarzut tym razem w wysokości 20 milionów.
      Powiem uczciwie, że na łapówkach się nie znam, głównie dlatego, że właściwie nigdy nie pełniłem funkcji, które dawałyby mi tu jakieś możliwości edukacyjne. No dobra, raz się zdarzyło, że, kiedy jeszcze pracowałem w szkole, jeden z rodziców chciał mi wcisnąć pięćset złotych, bym jego dziecku załatwił zdanie matury, no ale przede wszystkim wszyscy chyba wiedzą, że to musiał być jakiś żart, no a poza tym, cóż to jest pięć stów w porównaniu z 50 bańkami? W sytuacji jednak, która mnie tak poruszyła, może jeszcze bardziej, niż sama wysokość łapówki, wrażenie robi fakt, że ów Jakub R. to ani minister, ani wiceminister, ani dyrektor w ministerstwie, ani prezydent, czy któryś z wiceprezydentów miasta, ani nawet dyrektor w warszawskim Ratuszu, ale zaledwie – że pozwolę sobie zacytować – „zastępca Dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami Urzędu m.st. Warszawy”.
      Proszę zwrócic uwagę na to, co się tu dzieje. Mamy oto urząd jednego z polskich miast, jakieś biuro, jego dyrektora, owego dyrektora zastępcę, oraz system, w którym ów urzędnik-zastępca jest w stanie do swojej pensji dorobić na poziomie kilkudziesięciu milionów złotych. Ma ów urzędnik prawdopodobnie żonę, dzieci, dzieci chodzą do szkoły, a tam koledzy się pytają, co robi tatuś, na co pada odpowiedź: „Jest urzędnikiem w Ratuszu”, a tu nagle pojawia się suma 50 milionów złotych. Jak to możliwe? Bo „taki mamy klimat”?
     Otóż tak to właśnie widzę. To musi być kwestia klimatu i nie udawajmy, że chodzi tylko o Warszawę. I nie chodzi tylko o Warszawę, nawet jeśli tę sumę obniżymy do jednego miliona. I jeszcze coś. Nie oszukujmy się. Tu nie może chodzić tylko o urzędy miast.
      Wypadałoby te uwagi zakończyć jakąś mocną refleksją, a ja zrobię coś mocno nieortodoksyjnego, a więc sięgnę po pomoc do samego Jacka Fedorowicza, któremu jeszcze w czasach PRL-u władza pozwoliła wydać naprawdę znakomitą książeczkę pod tytułem „W zasadzie tak”, w której napisał on, że komuna to jest takie miejsce na świecie, gdzie człowiek wprawdzie helikoptera sobie nie kupi, ale na flaszkę zawsze starczy. Komuna już dawno za nami, podobnie jak cała tamta słodko-gorzka atmosfera. Wkroczyliśmy w nowy wspaniały świat, gdzie, aby kupić sobie helikopter, a nawet kilka, nie trzeba być ani tak zwanym badylarzem, ani nawet milicyjnym kapusiem. Wystarczą zarękawki.




Oczywiście, książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, a jeśli ktoś woli klikać od razu, to tu na blogu, w okładkę tuż obok. Zachęcam.

czwartek, 18 stycznia 2018

Porównali mnie do Józefy Henellowej! Czy Patryk Jaki się za mną ujmie?

      Gdyby ktoś nie wiedział, to chciałem poinformować, że Krzysztof Pieczyński, to, jak wielu innych polskich aktorów, zaledwie polski aktor, dla nas natomiast interesujący z dwóch powodów. Pierwszy to ten związany z jego karierą aktorską, a więc rolami w takich perłach polskiego kina, jak „Krzyk”, „Tanie pieniądze”, „Prowokator”, „Pokuszenie”, „Grający z talerza”, „Enduro Bojz”, „Daleko od okna”, „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i daję słowo, że wielu, wielu innych – a przy okazji równie wybitnych – a drugi, dotyczący już jego życia osobistego, które potoczyło się w taki sposób, że on pewnego dnia doszedł do wniosku, że jest tak przystojny, że powinien zaryzykować w samym Hollywoodzie, wyjechał tam, po pewnym czasie wrócił, rozpił się, a następnie oszalał i dziś – oczywiście nadal wystepując w kolejnych arcydziełach polskiej kinematografii – stanął na czele założonej przez siebie organizacji, której celem statutowym jest zdelegalizowanie Kościoła Katolickiego.
     Choć pewnie nie jest to dla mnie powodem do szczególnej chwały, ja o tym Pieczyńskim słyszałem wcześniej, a to mianowicie przy okazji jego działalności społecznej, która staje się niekiedy tak ekstrawagancka, że o kolejnych jego wybrykach donoszą wszystkie spragnione krwi media, no a ja, chcąc nie chcąc, muszę w tym brać jakiś tam udział. Ostatnio na przykład dowiedziałem się, że ów Pieczyński – przypominam, że w pierwszym rzędzie aktor filmowy – ogłosił ni mniej ni więcej, jak to mianowicie:
      „Co to za świat, ten świat snów? To jest świat uwolniony od ego, od tej męskiej zasady. Świat bliższy tej części bóstwa, która reprezentuje żeńskość, księżyc, boginie. Ten świat bogini rodzi, czyli nadaje formę wszystkiemu. Mężczyzna zapładnia. Ten świat daje nam nieustanne impulsy. Nasza dusza, kiedy jest pozbawiona ego, jest zabierana z ciała, jest informowana przez kolory i przez światło wyższych inteligencji kosmicznych, jest pouczana. Przez kody światła ta dusza wraca i odbywa się nieustanny proces ewolucji. Dlatego Kościół chce kontrolować sny.
      A zatem, jak widzimy, jest nieciekawie, ale nikt nie powie, że nieinteresująco.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, że w dniu wczorajszym wszystkie nasze media obiegła sensacyjna wręcz informacja, że ów Krzysztof Pieczyński szedł sobie ulicą gdzieś w Warszawie i nagle zatrzymał się przy nim obcy człowiek, i nazwał go „pedałem”. Pieczyński na to, zamiast wzruszyć ramionami i pójść dalej, wdał się z tym dziwakiem w dyskusję, no i od słowa do słowa doszło do bijaktyki, która skończyła się wezwaniem policji i wszystkim tym, co się zwykle z tym wiąże. Stan rzeczy na dziś jest więc taki, że obaj panowie oskarżają się wzajemnie o napaść, policja prowadzi dochodzenie, a ja się zastanawiam, jak ja bym się zachował w sytuacji, gdyby ktoś do mnie na ulicy powiedział „pedale”. Przyznaję, że raz zdarzyło mi się, że grupa młodzieży na pobliskim osiedlu zaczęła na mnie krzyczeć „Owsiak, ty chuju”, ale raz, że ja na te złośliwości nie zareagowałem, a dwa, że nawet gdybym jednak zareagował i za to dostał od tych dzieciaków po łbie – zwracam uwagę na to, że ani Pieczyńskiemu, ani temu drugiemu nic się poważnego nie stało – to nie bardzo sobie wyobrażam, bym miał wzywać w tej sprawie policję, a tym bardziej, by z tego zdarzenia ktokolwiek miał ochotę czynić sprawę publiczną... No dobra, ja wiem, że tytuł „Został pobity, bo wzięli go za Jurka Owsiaka” brzmi nieźle, jednak bez przesady. Jest w końcu jakaś hierarchia.
       Tymczasem mamy dziś do czynienia z sytuacją, gdy jakiś wariat wdaje się w bojkę z innym wariatem, który go nazwał „pedałem” i w jednym momencie sprawa nabiera wagi ogólnopaństwowej. Proszę zwrócić uwagę raz jeszcze na to, co tu się dzieje. Mamy dwie osoby, o zbliżonej publicznej rozpoznawalności, które się pokłóciły, a następnie się nieco poprzepychały i całe ogólnokrajowe media nie mówią o niczym innym, jak o tym właśnie.
     Mało tego. Jak się okazuje, sprawa nabrała charakteru wydarzenia o takiej randze, że głos zabrał sam wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, który na – jak by inaczej – Twitterze oświadczył co następuje: „Pobicie Krzysztofa Pieczyńskiego to skandal. Musimy z takimi zachowaniami walczyć. Jutro poproszę o nadzór MS na tą sprawą”. A więc, jak widzimy, sprawa już idzie na biurko samego ministra Zbigniewa Ziobro i dopóki nie wyjaśni się, jak to było z tym „pedałem” i całą resztą, Polska nie zazna spokoju.
       Prowadzę ten blog już niedługo 10 lat i bywało różnie, włącznie z epitetami typu „mieszanka żydowsko-katolicka” z bezpośrednim odniesieniem do „Tygodnika Powszechnego”. Przepraszam bardzo, ale ja już naprawdę wolałbym być „pedałem”. No ale w tej sytuacji, co ja mam robić? Prosić Patryka Jakiego, by się za mną ujął i moją sprawę objął bezpośrednim nadzorem rządu Dobrej Zmiany?
      Nie jest dobrze. Powtarzam: nie jest dobrze. Ale damy radę. Nawet jeśli od czasu do czasu ktos taki jak aktor Pieczyński będzie musiał otrzymać fangę w nos.

Moje książki niezmiennie są tam, gdzie były wczoraj, a więc w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam z całego serca.