Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Terlikowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Terlikowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

17 mgnień wiosny, czyli o funkcji dupy i pieniądza w życiu człowieka pobożnego

 

       W ostatnich dniach prawa strona internetu wzburzyła się niezmiernie na wieść, że Tomasz Terlikowski wraz ze swoją małżonką Małgorzatą podpisali deklarację wspierającą Misterstwo Edukacji w jego planach indoktrynowania naszej dzieciarni w kwestii onanizmu, bezpiecznej kopulacji, a jeśli coś nie pójdzie tak jak trzeba, to i równie bezpiecznej aborcji. Ludzie się wzburzyli, a ja sobie pomyślałem, ile lat muszą wyżej wymienieni państwo jeszcze poświęcić na niekończące się ględzenie na temat wartości śluzu i spermy w życiu pobożnej rodziny, zanim przynajmniej część z nas nie zrozumie, że gdy chodzi akurat o tych dwoje, powinniśmy porzucić wszelkie nadzieje i uznać, że mamy do czynienia z klasycznymi opętanymi seksem wariatami i jeśi tam kiedykolwiek dojdzie do jakiejś refleksji, to ona wyprowadzi ich na jeszcze bardziej uświnione tereny.

      Ja siłą rzeczy obserwuję publiczną działalność Terlikowskiego, a od pewnego też czasu, jego żony, od pewnie z 15 już lat i jeśli z owej działalności uznałem za stosowne coś zapamiętać na zawsze, to wspomniany śluz pani Małgosi, spermę pana Tomasza w buteleczce, no i pewne niezwykłe wspomnienie zrelacjonowane w „Gazecie Wyborczej”, jak oni oboje, jeszcze gdy byli dziećmi i wspólnie chodzili w pobożnych pielgrzymkach, któregoś dnia Tomek dostał takiego wzwodu, że nie wytrzymał i rozprawiczył Małgosię. Oni się oczywiście natychmiast z tego wyspowiadali, no ale było jak było i pani Małgosia zechciała nam się owym wspomnieniem podzielić. Przypomniałem sobie tamtą rozmowę, skonfrontowałem ją z dzisiejszą aktywnością Terlikowskich w odniesieniu do zapowiedzi minister Nowackiej wprowadzenia do szkół nowego przedmiotu i pomyślałem sobie,  że może napiszę na ten temat tekst pod tytułem „Czego się Tomek nie nauczył, Tomasz nie będzie wiedział”, o tym jak to braki w edukacji seksualnej doprowadziły jego i jego przyszłą żonę do grzechu nieczystości, i w ten sposób wskażę na to, jak bardzo ich dzisiejszy entuzjazm w stosunku do planów Ministerstwa jest czymś absolutnie naturalnym i w gruncie rzeczy jedynie logiczną kontynuacją dawnych kompleksów i obsesji.

        Już sie miałem za to brać, gdy przypomniałem sobie, że bardzo podobne teksty pisałem jeszcze w dawnych bardzo latach, a ostatnio w roku 2018, no i postanowiłem, że najlepiej będzie go tu powtórzyć w dokłądnym brzmieniu, z apelem o opamiętanie, co ciekawe, nie ich.

 

      Jak słusznie zauważył we wczorajszej notce Coryllus, zajmowanie się małżeństwem Terlikowskich to zajęcie na tyle kłopotliwe, że pomijając sytuacje zupełnie wyjątkowe, lepiej już jest pisać o bieżącej polityce Ministerstwa Kultury. Wygląda jednak na to, że do wspomnianych wyjątkowych sytuacji należy poczyniona przez Tomasz Terlikowskiego uwaga na temat  cudu jakiego na aktorce Figurskiej rzekomo uczynił Sługa Boży Wenanty Katarzyniec, zsyłając na nią deszcz pieniędzy, za który ona i jej mąż mogli sobie kupić większy samochód. Najpierw więc sprawą zająłem się ja, dalej pociągnął ją Coryllus, no a teraz ja czuję, że są jeszcze kwestie, które przed ostatecznym zamknięciem tematu, należy poruszyć.

      Oto pisze Coryllus, że z tekstów Terlikowskiego płynie prosty komunikat: „Jeśli sami udacie się do błogosławionego Wenantego, albo innego jakiegoś świętego i nie dostaniecie pieniędzy od razu, to znaczy, że musicie jeszcze długo nad sobą pracować. Ja nie muszę, bo zbliżam się do doskonałości”. I to, moim zdaniem, jest komunikat, który płynie nie tylko z tekstów Terlikowskiego, ale w ogóle z całej „duszpasterskiej” działalności owego dziwnego małżeństwa. Tomasz Terlikowski, jak się domyślam, dzięki życzliwości zaprzyjaźnionych proboszczów, wydaje po pięć książek rocznie, głównie o sobie i swojej nadzwyczajniej pobożności, podczas gdy Małgorzata Terlikowska opanowała rynek elektronicznych i papierowych mediów, od „Gościa Niedzielnego”, przez TVN, po ‘Wysokie Obcasy”, gdzie od lat już opowiada o tym, jak wygląda życie prawdziwie katolickiej rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem problemu masturbacji, seksualnego podniecenia, orgazmu, konsystencji kobiecego śluzu, oraz oralnego seksu. Rozmawialiśmy tu już kiedyś o owym śluzie, odwołując się do wywiadu, jakiego Terlikowska udzieliła wspomnianym „Wysokim Obcasom”, a ja, zainspirowany uwagą Coryllusa na temat owej rzekomej wyjątkowości katolicyzmu u ludzi takich jak Terlikowscy, zajrzałem raz jeszcze do tej rozmowy, przeczytałem ją od deski do deski i proszę popatrzeć, jakie informacje do nas z niej docierają. Kolejno:

1.      Kiedy Małgorzata ma płodny okres, a Tomasz pragnie seksu, to oni siadają na kanapie i się przytulają. Czasem to przytulanie sprawia, że Tomasz dostaje jeszcze większego wzwodu, no ale wtedy oboje tłumaczą sobie, że nie są zwierzętami i jakoś dają radę;

2.      Małgorzata nie chce mieć piątego dziecka, bo i tak już jest zarobiona po łokcie prasowaniem koszul Tomasza, a poza tym nie chce znów się narażać na zaczepki na ulicy, że się nie potrafi zabezpieczać, oraz pytania ze strony nieznajomych: „Czy te wszystkie dzieci były planowane?”

3.      Małgorzata przez lata nie mogła zajść w ciążę, przez co wciąż była molestowana przez znajomych, czy to jest świadoma decyzja, czy wynik bezpłodności (Polacy są tacy niedelikatni), jednak lekarze ustalili, że ma za mało prolatyny, przepisali jej tabletki, ona w ciążę zaszła, tyle że w jej wypadku to nie przez tabletki, ale za sprawą cudu, jakiego dla Terlikowskich uczynił święty ksiądz Escriva;

4.      Choć dla katolika przedmałżeńska czystość to sprawa nadzwyczaj ważna, Terlikowskim nie udało się jej dotrzymać, ale, jak wiemy, człowiek jest człowiekiem, a nie zwierzęciem i kiedy upada, to zawsze powstaje;

5.       Kiedy Małgorzata ma bolesny okres, Tomek jest bardzo opiekuńczy i zawsze pyta, czy ona nie chce odpocząć a czasem nawet zrobi jej kanapkę;

6.      Katolickie małżeństwo różni się od niekatolickiego tym, że wie, iż jest na siebie skazane do śmierci;

7.      Terlikowscy są sobie wierni, bo bardzo się pilnują, by nie skoczyć w bok, i kiedy któreś z nich zauważy, że ma ochotę na kogoś innego, zrywa znajomosć;

8.      Tomasz książkę o Harrym Potterze postawił na najwyższej półce, żeby jego dzieci po nią nie sięgnęły i nie dały się zwieść Złemu;

9.      Terlikowscy wysłali dzieci do szkoły katolickiej, bo do szkół katolickich chodzą wyłącznie dzieci takie jak dzieci Terlikowskich i tam nie ma zagrożeń pedalstwem i satanizmem;

10.  Małgorzata ma ogromny problem z wytłumaczeniem dzieciom, że homoseksualizm jest zły, bo choć on jest faktycznie zły, to jednak wiadomo, że szacunek należy się nawet pedałom i lesbijkom;

11.  Jeśli Marysia zostanie lesbijką, Małgorzata jej powie: „Marysiu, kocham cię jak dotąd, ale nie zgadzam się, byś przychodziła na Wigilię z partnerką”;

12.  Jeśli Marysia zobaczy prezerwatywę i zapyta, co to jest, Małgorzata jej powie, że „chłopak zakłada to na siusiaka, żeby nie mieć dzieci, ale my tego nie akceptujemy”;

13.  Kiedy czteroletni syn Terlikowskich bawił się siusiakiem, Terlikowscy odwracali jego uwagę książeczką;

14.  „Dupa, czyli seksualność, jest integralną sferą życia. Niesamowicie ważną. To nie są głupie szczegóły. To są fundamenty”;

15.  Życie jest ciężkie i pełne wyczerpujących zajęć, jednak mimo to, nie było jeszcze takiego miesiąca, żeby Terlikowscy musieli zrezygnowac z seksu;

16.  Terlikowski jest o Małgorzatę chorobliwie zazdrosny, ale kiedy go za bardzo poniesie, kupuje jej kwiaty i mówi „przepraszam”;

17.  Terlikowski jest chorobliwie zazdrosny, bo jest osobą bardzo znaną i dla niego to byłby wielki kłopot, gdyby się okazało, że w jego małżeństwie nastąpił kryzys.

 

      W swoim wczorajszym tekście Coryllus napisał coś takiego: „Wyobraźmy sobie, że człowiek, który przez całe życie karmił się treściami z GW i TVN, nagle stwierdził, iż są one niekompatybilne z jego codziennym, praktycznym doświadczeniem, a także obserwacjami czynionymi na bardzo podstawowych poziomach. Zrezygnował więc z pochłaniania tych treści i rozpoczął poszukiwanie nowych. Zamyślił się i powiedział sam do siebie – a może w tym całym Kościele mają coś interesującego? No i sięgnął po pierwszą rzecz z zakresu publicystyki katolickiej jaka mu się w sieci nawinęła. Była to recenzja książki Terlikowskiego o Wenantym Katarzyńcu umieszczona na stronach portalu prowadzonego przez Targalskiego, kolejnego tuza myśli prawicowej. Koniec. Nasz hipotetyczny poszukujący prawdy czytelnik, dokończył lekturę, po czym ze spokojem powrócił do GW i TVN, bo uznał, że to jest jednak jakiś poziom, nawet jeśli go oszukują, to czynią to w sposób nie ubliżający zarówno inteligencji, jak i emocjom. No może czasem, ale to jest doprawdy nic, w porównaniu z tym co robi Terlikowski”.

      Moim zdaniem Zarząd Agory ma pełną świadomość słuszności tego, co pisze Coryllus i dlatego właśnie zlecili red. Sroczyńskiemu przeprowadzenie rozmowy z Małgorzatą Terlikowską. Nie oszukujmy się. Oni doskonale wiedzą, że przeciętne polskie katolickie małżeństwo, starannie praktykujące swoją wiarę, modlące się wspólnie z dziećmi przed zaśnięciem, chroniące dzieci przed tym co złe i wychowujące je na ludzi uczciwych i porządnych, tą są dokładnie tacy sami ludzie jak oni, tylko znacznie, znacznie lepsi, a przede wszystkim szczęśliwsi i w najmniejszym stopniu nie przypominające tej parki freaków. I oni zrobią wszystko, by świat się tej prawdy nie poznał. I dlatego do skutecznej realizacji tego swojego poplątanego planu potrzebują kogoś, kto ten styl życia skutecznie światu obrzydzi, a do tego potrzebują ludzi takich jak Terlikowscy, którzy dostarczą mu zaledwie dwóch informacji. Pierwszej takiej, że typowy polski katolik modli się głównie o to, by Bóg im zesłał pieniądze na nowy samochód, ewentulanie większy telewizor, a kiedy już się to uda załatwić, żeby pozwolił mu na czysto rozwiązać dylematy związane z integralną i jakże fundamentalną sferą życia, jaką jest dupa. Wystarczy.




 

piątek, 3 czerwca 2022

O tym jak nie być jak Tomasz Terlikowski

 

W związku z falą dość zabawnego zainteresowania, z jakim prawa część naszej sceny potraktowała zapowiedź udziału Tomasza Terlikowskiego w evencie Rafała Trzaskowskiego pod nazwą „Campus Polska”, pomyślałem sobie, że zamiast atakować otwarte na oścież drzwi, wygrzebię któryś ze swoich testów sprzed lat, w których wytargałem Terlikowskiego za uszy. I proszę sobie wyobrazić, że wśród wielu, znalazłem dwa takie, które by się doskonale tu dziś znalazły. A ponieważ nie potrafiłem sie zdecydować, uznałem za stosowne połączyć je w jeden i się w ten sposób wspólnie z Czytelnikami Terlikowskim pobawić. Proszę popatrzeć, co mi wyszło.

 

 

 

      Oto pojawiła się informacja, że ma się ukazać nowy tygodnik, zatytułowany „Wprost przeciwnie”, którego zadaniem będzie wsparcie na rynku prasowym bardziej tradycyjnie zorientowanej część opinii publicznej. Dowiedzieliśmy się, że jest on szykowany i że ma stanowić reakcję na przejęcie przez Tomasza Lisa i jego patronów oryginalnego „Wprostu”. Ma on być „nasz”, będą tam pisali sami „nasi” i dzięki niemu „nasi” urosną w siłę, i wszystkim nam przez to zrobi się lepiej. I oto okazało się, że po pierwsze, do współredagowania owego pisma zgłosiła się najpierw cała plejada – jak najbardziej „naszych” – najznakomitszych publicystów, a po drugie, kiedy okazało się, że zaszła pomyłka, bo owo „Wprost przeciwnie” wcale nie jest „nasze”, tylko „ich” – i to jeszcze najprawdopodobniej „ich” w wydaniu turbo – większość z nich w popłochu uciekła, mrucząc pod nosem, że oni nie wiedzieli, że chcieli dobrze i że im się tylko wydawało.

      No trudno. Zdarza się. Wprawdzie ja, gdyby mi ktoś zaproponował, bym został redakcyjnym kolegą Korwina-Mikke, natychmiast bym zaczął coś węszyć, no ale, jak wiadomo, ja jestem inny, więc się tu nie liczę. A więc trudno. Bywa i tak. Z tego też powodu, przyjmuję wyjaśnienia na przykład Sławomira Cenckiewicza, że on się dał wyrolować i nie zamierzam go już dręczyć. Natomiast bardzo mnie zainteresowała reakcja innego chętnego do tworzenia nowego, „prawdziwie prawicowego pisma przeznaczonego dla polskiej prawicy” – Tomasza Terlikowskiego. On, jak czytam, najpierw zgodził się firmować swoim nazwiskiem ten szary projekt, następnie napisał na swoim blogu tekst, promujący pierwszy numer tego czegoś, wraz z otwierającym go głównym tekstem, a kiedy zorientował się, jakie palnął głupstwo, natychmiast rakiem się wycofał, udając, że on nic nie wie, bo jak się to gówno działo, to on akurat siedział w swojej przydomowej kaplicy i się modlił.

      Szczegółów tej kompromitacji nie znam, ale sprawa mniej więcej wygląda tak, że redakcja „Wprost przeciwnie” postanowiła swój pierwszy numer poświęcić, jak rozumiemy, szalenie oczywiście ciekawemu zjawisku, że politycy – wszystkich jak najbardziej opcji – politycznie wykorzystują Kościół i to jest karygodne,  Następnie u Terlikowskiego – jako najpopularniejszego katolika w kraju – zamówiła odpowiedni tekst, Terlikowski go pięknie sprokurował pod tytułem „Kościół Tuska kontra Kościół Kaczyńskiego”, a Redakcja go zamieściła, zdobiąc go okładką, na której Kaczyński i Tusk, przebrani w szaty liturgiczne, udzielają sobie wzajemnie komunii. Takie jaja. Kiedy Terlikowski zobaczył tę okładkę, wpadł w panikę, bez słowa wyjaśnienia usunął swój tekst o tym, jak to ten grzesznik Kaczyński, wraz ze swoim bratem w grzechu, Tuskiem, plugawią naszą wiarę, i – jak już wcześniej wspomniałem – udał, że się akurat modli i o niczym nie wie.

      A mnie się od razu przypomniał pewien dawny koszmar, co do którego dziś już nie jestem w stanie stwierdzić, czy to był autentyczny sen, czy może jakieś nadzwyczaj chore wyobrażenie, ale proszę mi pozwolić go opowiedzieć. Otóż śniło mi się, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” i zapytała, czy nie zgodziłbym się udzielić jej wywiadu. Pomysł był oto taki, że im bardzo zależy na tym, by zainicjować debatę na temat prawicowego obłędu, i uznali, że ja, jako wybitny przedstawiciel tak zwanej patriotycznej części politycznej sceny, oraz osoba szczególnie niezrównoważona, idealnie pokażę zjawisko, o którym „Wyborcza” chciałaby opowiedzieć swoim czytelnikom. W moim koszmarze, redaktor „Gazety Wyborczej” zapewniła, że wywiad będzie miał aż sześć stron, zostanie opublikowany w piątkowym wydaniu, będzie nosił tytuł „Smoleńscy mordercy nie unikną kary”, i że wszystko, co powiem, zostanie najpierw przez mnie autoryzowane, a następnie wiernie opublikowane. No i śniło mi się, że ja tę propozycję przyjąłem.

To był straszny sen. Śniło mi się, że do tej rozmowy doszło i że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak obiecywała mi redaktor z „Gazety Wyborczej”; że ja powiedziałem dokładnie wszystko co chciałem, mogłem mówić wszystko, co chciałem, i z każdym swoim słowem czułem, że oto wreszcie mam okazję powiedzieć to, co przez tyle lat nam mówić nie pozwalano, i że ja jestem tym, który jako pierwszy, przez swoją determinację i odwagę, powiedział to, co powiedzieć należało.

I śniło mi się, że ten wywiad się ukazał. Dokładnie w kształcie, jaki mi redakcja „Gazety” obiecała, i że żadne moje słowo nie zostało ocenzurowane, i że to był początek mojej kariery, jako przedstawiciela polskiej patriotycznej prawicy.

Od tego czasu zacząłem być zapraszany do różnego rodzaju debat w TVN24, Polsacie i TVP Info. Któregoś dnia wystąpiłem nawet w programie Tomasza Lisa i tam z gorącym sercem broniłem wartości, polskiej tradycji i mówiłem wszystko, co powiedzieć należało. Wreszcie Bogdan Rymanowski zaprosił mnie, jako stałego gościa do programu „Kawa na ławę”, bym przedstawiał tam opinie w imieniu tak zwanych mediów społecznych, a Monika Olejnik zaczęła mnie regularnie gościć w swojej audycji w Radio Zet.

Moja sława w pewnym momencie stała się tak wielka, że mainstreamowe media nadały mi przydomek „Oszołom z Katowic”, a ja sam, ile razy pokazywałem się publicznie, w ten sposób się przedstawiałem: „Hej, witam Was, Kochani! To ja Wasz Oszołom z Katowic. Przyszedłem powiedzieć Wam prawdę. Wbrew propagandzie Tuska i jego postkomunistycznej bandy”.

I wreszcie, w tym niekończącym się koszmarze, w pewnym momencie okazało się, że występuję w programie TVN24 obok Tomasza Terlikowskiego. On, jako Talib z Warszawy, a ja, jako Oszołom z Katowic, rozmowę prowadził redaktor Morozowski, który się praktycznie nie odzywał. Mówiliśmy tylko my. Terlikowski bronił życia poczętego, ja odsłaniałem prawdę o Smoleńsku, a po programie, Morozowski nas uściskał, a my udaliśmy się wspólnie do stołówki ITI, gdzie zjedliśmy polski żurek oraz pierogi z kapustą. Oczywiście na koszt tych zdrajców. No i wtedy się obudziłem.

      Co za wstyd! Co za kompromitacja! Jakież to za dno! A jednocześnie – jakaż to nauka. Nie tylko dla mnie, dla Terlikowskiego, ale też i dla nas wszystkich. Tym się właśnie kończy z jednej strony kłamstwo, a z drugiej głupota. To jest właśnie ten błąd i to jest właśnie ta kara. I wracając do kwestii wspomnianego tygodnika z piekła rodem, Cenckiewicz jeszcze przynajmniej potrafił się zachować. Terlikowski pokazał wyłącznie, że jest niczym więcej, jak rozmodloną szmatą. Czy to mnie zaskakuje? Otóż nie. Jak pisałem już wcześniej, ja nigdy nie byłem na tyle nieroztropny, żeby ufać ludziom tylko z tego powodu, że mi pokażą krzyżyk na szyi, zdjęcie Kaczyńskiego w portfelu, opowiedzą mi dowcip o Piterze i zapewnią, że są przeciwko aborcji i pedałom.

      Wieć myślę sobie, że z Terlikowskiego katolik, jak z koziej dupy trąba, i że jeśli mam wybierać między nim, a jakimś na przykład Kutzem, to nie mam zdania, ale oto mamy Kutza. Opublikował on bowiem tekst o tym że on nie lubi patrzeć na całujących się staruszków, a konkretnie Jarosława Kaczyńskiego i Zytę Gilowską. Żart i satyra Kutza polegały na tym, że prezes Kaczyński i prof. Gilowska to stare pierniki i że jak oni się tak ściskają, to Kutza bierze na śmiech. I to uważam za przypadek niezwykle znamienny. Bo ja akurat miałem okazję oglądać Kutza wczoraj w telewizji, i to co on pokazał, było autentycznie szokujące. Ja nie wiem, ile on ma lat dokładnie, ale nawet jeśli 90, lub 100, to stanu, w jakim on się znajdował, nie usprawiedliwia nic. Przede wszystkim, Kutz praktycznie nie siedział, lecz leżał, mówił tak bełkotliwie, że jego słów w większości nie sposób było zrozumieć, a kiedy ten bałwan Kajdanowicz zadawał mu pytania, ten tylko stękał, by mu powtórzyć, bo on nie dosłyszał. W pewnym momencie zrobiło się tak upiornie, że zacząłem się autentycznie bać, że Kutz za chwilę umrze, zrobi się atmosfera jak z tego skeczu Mony Pytona o krykiecie, i będzie głupio, bo z jednej strony tragedia, a drugiej – powiedzcie państwo sami, jak tu się nie śmiać?

      No ale rozumiem. Sprawa jest poważna, wszyscy się starzejemy i nie ma w tym nic zabawnego. Natomiast mi dziś chodzi o coś znacznie szerszego, a mianowicie o sytuację, w której ludzie, którzy powinni milczeć – gadają. I tu nie ma żadnych ograniczeń. Pełna demokracja. Starzy, młodzi, dzieci, mądrzy, głupi, pobożni, ateiści, nasi i obcy – wszyscy. Widzą, że się coś dzieje, natychmiast się pojawiają i zaczynają nadawać. I ani im do głowy nie przyjdzie, że świat staje jak wryty i zaczyna się już tylko rumienić.

 


wtorek, 31 sierpnia 2021

Czy katolicka inteligencja wierzy w Krew Jezusa Zmartwychwstałego?

 

      Zakładam że większość z nas zwróciła uwagę na wypowiedź prominentnego polityka Platformy Obywatelskiej, Sławomira Nitrasa, który zechciał zapowiedzieć ostateczny upadek katolickiej wiary w Polsce, a uczynił to w formie proroctwa radosnego. Nie bardzo lubię cytować słów kogoś takiego jak Nitras akurat, ale ponieważ może się zdarzyć, że ktoś nie wie w czym rzecz, a poza tym i tak, jak się za chwilę przekonamy, może być jeszcze gorzej, bardzo proszę:

„Nie wiem, czy przyjazny rozdział Kościoła od państwa jest dzisiaj możliwy. Bo coś się stało. Mam takie poczucie, że w ostatnich sześciu, siedmiu latach Kościół wypowiedział trochę posłuszeństwo temu państwu, złamał pewien standard, który w państwie obowiązuje. Dlatego nie wiem, czy nam jest potrzebny przyjazny rozdział Kościoła od państwa? A może potrzebna jest jakaś kara za to zachowanie? Uważam że za naszego życia katolicy w Polsce staną się mniejszością. Dobrze, żeby to się stało w sposób niegwałtowny, racjonalny, a nie zasadzie pewnej zemsty. Na zasadzie: to jest uczciwa kara, za to, co się stało. Musimy was opiłować z pewnych przywilejów, dlatego, że jeżeli nie, to znowu podniesiecie głowę, jeżeli się cokolwiek zdarzy”.

      Gdyby w tym momencie ktoś podejrzewał, że zamierzam poświęcić ten tekst Nitrasowi, to muszę go wyprowadzić z błędu i poinformować raz jeszcze, że będzie znacznie gorzej, bo oto przed nami guru katolickiej publicystyki, sam Tomasz Terlikowski. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że wśród naprawdę wielu głosów potępiających postępek Nitrasa, znalazło się też parę, które wzięły zacytowaną wyżej wypowiedź w obronę, w tym jak najbardziej głos Terlikowskiego. Proszę posłuchać, co ów – jak się sam wszędzie przedstawia – „mąż jednej żony i ojciec piątki dzieci” miał do powiedzenia w omawianej dziś kwesti:

„Męczy mnie nieustająca histeria. Powiedzenie, że w Polsce katolicy nie będą większością, nie jest ani atakiem, ani niszczeniem, jest nieaktualną już w dużej mierze diagnozą. Nieaktualną, bo w Polsce katolicy większością już nie są. Realnie wierzących i praktykujących jest mniej niż połowę, a wśród młodzieży jest kilka, może kilkanaście procent. Inni są już poza Kościołem. I dotyczy to zarówno prawicy, jak i lewicy. Nieustanna histeria, zamykanie oczu na fakty, budowanie wizerunku nieustannie skrzywdzonych nie pomaga w przyciąganiu tych, którzy odeszli. Jeśli rzeczywiście wierzymy, że Kościół ma im coś do zaoferowania, że Jezus jest jedyną drogą do zbawienia, to może warto zacząć Jego głosić, a nie dzielić się swoimi frustracjami, których jedynym celem realnym jest wzmacnianie jednej ze stron plemiennego sporu!”

       Ktoś powie, że dyskutowanie z Terlikowskim na temat Wiary, a już tym bardziej na temat kondycji Kościoła w Polsce, nie ma najmniejszego sensu, tak jak nie ma sensu prowadzenie dysput tego typu z kimś, dla kogo wiara w Jezusa Zmartwychwstałego wiąże się bezpośrednio z kwestią – proszę mi wybaczyć, ale nic bardziej adekwatnego nie przychodzi mi do głowy – dupcenia i tego co z niego wynika. Dla mnie bowiem Tomasz Terlikowski, a przy okazji jego szanowna małżonka, to są ludzie, którzy swego czasu – jeszcze zanim się pobrali – uznali, że jeśli natychmiast nie zaczną chodzić regularnie do kościoła i wypełniać Boże przykazania, to skończą jak zwykłe ladacznice. Z tego też względu, oni w pewnym momencie tak się na wspomnianym poziomie nakręcili – a Tomasz Terlikowski jest tu naturalnym zwiastunem ostatecznej Prawdy – że w ich rozumieniu, każdy kto nie dzieli ich poglądów na świat i świata tego pułapki, jest skazany na potępienie.

       I stąd też dzisiejsze oświadczenie Tomasza Terlikowskiego w sprawie wyskoku posła Nitrasa. Moim zdaniem było tak, że kiedy ten się odezwał jak odezwał, a większość słuchaczy zaczerwieniła się ze wstydu, względnie oburzenia, Terlikowski odnalazł w owej wypowiedzi prawdę, która go dręczy od dziesięcioleci, a która głosi, że dzisiejszy świat, w tym oczywiście Polska, to przede wszystkim niekontrolowana ruja i poróbstwo. Właśnie taka: niekontrolowana, a więc odmienna od tej, którą kontrolują on i jego żona.

        Ktoś się mnie w tym momencie spyta – i nie twierdzę, że się temu dziwię – o co mi chodzi z tym seksem. Otoż chętnie odpowiem. Gdy na przestrzeni dziesięcioleci obserwuję publicystyczną działalność Tomasza Terlikowskiego – przypomnę, że jednego z czołowych publicystów katolickich – nie jestem w stanie dostrzeć jednego choćby przypadku, by zainteresował się on jakąkolwiek kwestią zwiazaną z religijnością inną niż seks, wierność małżeńska, aborcja, homoseksualizm, czy pedofilia księży. Nie pamiętam, by ubolewając, czy to nad kondycją naszej Wiary, czy wręcz nad zdradą papieża Franciszka, Terlikowski był przejęty tym, że Kościół nasz zatracił perspektywę wyznaczaną przez Mękę i Zmartwychwstanie naszego Pana Jezusa Chrystusa. Gdy on oburza się kolejnymi słowami papieża Franciszka, nigdy nie ma na myśli kwestii Wiary, lecz wyłącznie poboczne tematy, takie jak rozwody, homoseksualizm, czy miłosierdzie dla rozwodników, ewentualnie oczywiście wspomnienie starych dobrych czasów, gdy Kościół to był ogień wypalający wszystko zło.

       Tak samo dziś, gdy on patrzy z jednej strony na dzisiejszą Polskę, a z drugiej wsłuchuje się w słowa Sławomira Nitrasa, gdy ten zapowiada koniec Królestwa, nie pozostaje mu nic innego jak pokiwać mądrze głową i ogłosić, że w sumie Nitras ma rację, no bo gdzie jest ten Kosciół, jeśli zapomnieć na chwilę o Terlikowskim, jego żonie, ich dzieciach, no i ich paru znajomych ?

      Jak już informowałem, miniony tydzień spędziłem w Domu Rekolekcyjnym w wiosce Bąblin niedaleko Obornik Wielkopolskich, gdzie wraz z tłumem pięknych, rozmodlonych w Bogu ludzi, wielbiłem Pana. Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpiwości, że gdyby tam jakimś cudem pojawił się Tomasz Terlikowski z rodziną, to już po chwili wszyscy zaczęliby prosić Boga, by im zamienił Terlikowskich choćby na Nitrasów, jeśli tylko w ogóle coś takiego istnieje.




 

czwartek, 17 czerwca 2021

O tym jak śluz Małgorzaty Terlikowskiej nie zdołał uchronić Polski pred dechrystianizacją

      Bóg mi świadkiem, że wśród osób i tematów, których staram się unikać jak ognia i uważam że każde inne zachowanie, człowieka zwyczajnie kompromituje, na jednym z pierwszych miejsc znajduje się od wielu już lat Tomasz Terlikowski i to co on od czasu do czasu ma nam do powiedzenia. Kiedyś tak nie było i on tu się pokazywał częściej chyba nawet niż Jerzy Urban czy Lech Wałęsa. Od momentu jednak gdy wraz ze swoją żoną zaczął ów robić medialną karierę, opowiadając na lewo, prawo i na okrągło o tym jak to oni –  prowadząc surowe katolickie życie – uprawiają bardzo zróżnicowany seks, kontrolują płodne i niepłodne dni pani Terlikowskiej, jak to Terlikowski potrafi pokonać swoją wydawałoby się nie do powstrzymania chuć, kiedy pani Terlikowska pokaże mu swój śluz i poinformuje że dziś nie, pomyślałem sobie, że dość już z nimi. Koniec. A gwoździem do tej trumny stała się parokrotnie powtórzona przez Terlikowskiego sugestia, że on już ma powoli dość pedofilii w Kościele, szerzącej się w dodatku pod patronatem tego antychrysta Papieża Franciszka i że gdyby nie Terlikowskiego szczera miłość do Jezusa, to on by już na ten cały zmurszały Kościół dawno machnął ręką.

       No i pewnie dalej bym zachowywał ową ślubowaną przez siebie czystość, gdyby nie to że przypadkiem wpadłem na fragment rozmowy, jaki tygodnik „Sieci” przeprowadził z abp. Jędraszewskim, w której ten odniósł się do słów Terlikowskiego właśnie, gdzie pobożny ten mąż zakomunikował Arcybiskupowi, że nadzieje na to iż młodzież zatęskni jeszcze za Kościołem są płonne, bo „aby zatęsknić, trzeba mieć za czym”. Owo zdanie tak mnie zafrapowało, że postanowiłem poszukać całości wspomnianych oświadczyn i w ten sposób dotarłam aż na facebookowy profil Terlikowskiego, a tam następujący tekst (pisownia oryginału zostaje, swoją droigą, nie bez przyczyny, zachowana):

„’Z powodu pandemii wiele więzów zostało naruszonych, m.in. także na skutek katechezy on-line. Myślę, że teraz ci młodzi zatęsknią za swoim katechetą, za swoim kościołem – i powrуcą. Powiem tak: Nie lękajcie się, jest jeszcze Pan Bуg nad nami’ - przekonuje arcybiskup Marek Jędraszewski w wywiadzie dla tygodnika „Niedzieli”. I choć bardzo bym chciał podzielać tę nadzieję, to tak nie jest. Pandemia bowiem nie tyle ‘naruszyła więzy, które dadzą się łatwo - na skutek tęsknoty - odbudować, ile ujawniła, że tych więzów zwyczajnie nie ma. Aby zatęsknić trzeba mieć za czym, trzeba mieć żywe doświadczenie Kościoła i Chrystusa, a jeśli jej nie ma, to nie ma za czym tęsknić. I właśnie dlatego zamiast liczyć na ‘tęsknotę’ trzeba - o czym zresztą arcybiskup mówi – ‘szukać nowych drуg dotarcia do młodych’. Tyle, że powodem nie jest presja na nich wywierana, ale fakt, że instytucjonalny Kościół dla wielu z nich nie jest już zachętą do bycia w nim. Jeśli ludzie pozostają w Kościele to często nie z powodu instytucji, ale wyłącznie dlatego, że rzeczywiście spotkali Jezusa Chrystusa. Instytucja zaś dla części z nich jest przeszkodą, a nie zaletą. I nad tym też warto pomyśleć”.

      Przeczytałem te słowa i powiem szczerze, że tego poziomu bezczelnego zakłamania w życiu chyba nie spotkałem, no i to ono właśnie sprawiło że zdecydowałem się na te kilka słów skierowanych bezpośrednio do Terlikowskiego. Otóż tak się składa ponad już trzydzieści lat temu, gdy chodzi o tak zwane szerzenie Wiary, Kościół – i to się okazało Jego najbardziej poważnym błędem – przekazał Swoje obowiązki tak zwanym katolikom świeckim. Okazało się to błędem z tego prostego powodu, że mimo Swojej wydawałoby się nieskonczonej mądrości, nie przewidział Kościół, że na czoło owej świętej krucjaty wysforuje się banda podobnych do Terlikowskiego cwaniaków, których nazwisk nie mam tu nawet ochoty wymieniać, ale myślę że każdy w miarę zorientowany Czytelnik wie kogo mam na myśli. Wspomniane 30 lat to naprawdę wystarczający okres, by większą część z nich zapamiętać. A gdy chodzi o mnie, to ja pamiętam jakże święte słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat niegdysiejszego ZChN-u, że ów ZChN to prosta droga do dechrystianizacji Polski. Dziś już ci, co stamtąd trzęśli naszą pobożnością, gdzieś przepadli, ale cały ten interes w żadnym wypadku się nie zamknął. Tyle może różnicy, że dziś tak jak podzielona jest krajowa scena polityczna, tak samo podzieły się ośrodki starujące naszą religijnością. Z jednej strony bowiem mamy środowisko związane z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Więzią”, „Znakiem” i diabli wiedzą z czym jeszcze, a z drugiej, grupy skupione wokół „Frondy”, „Polonii Christiana” i tu też ci sami diabli wiedzą z czym jeszcze. Podobnie zresztą jest w samym Episkopacie: część czyta „Tygodnik Powszechny” oraz „Wyborczą”, część pozostaje przy Górnym, Terlikowskim, czy Pospieszalskim, a reszta, jak na przykład abp Jędraszewski, z nadzieją czeka aż „młodzież zatęskni”.

       A ja tu, mimo że bardzo ubolewam nad tym, że Kosciół hierarchiczny delegował Swoje obowiązki na tych wariatów, trzymam sztamę z Arcybiskupem i podobnie jak on jestem przekonany, że faktycznie „młodzież”, a tak naprawdę ludzie w ogóle – bo tu akurat o nich najbardziej chodzi –  zatęsknią. A jeszcze bardziej jestem pewien, że jeśli tak się stanie to właśnie dzięki Kościołowi, a nie Terlikowskiemu i jego pobożnym kumplom.  Dlaczego tak myślę? Dlatego mianowicie, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet najbardziej słabe na umyśle osoby muszą w końcu dojść do wniosku, że w tym wszystkim jedyną poważną ofertę na życie można znaleźć w, jak najbardziej instytucjonalnym, Kościele, a przy tej okazji, jak najbardziej w konkretnym kościele parafialnym. I że to właśnie ów instytucjonalny Kościół i reprezentująca Go parafia, a nie jakaś banda pajaców opowiadająca o śluzie, małżeńskich stosunkach analnych, oraz o satanizmie książek o Harrym Potterze, głosi Prawdę. I wreszcie, mam głęboką nadzieję, że sam Kościół zorientuje się jaką w destrukcji Kościoła rolę odgrywają tak zwane „organizacje świeckie”. Ja myślę, że On już i tak to widzi, choćby na przykładzie tego, jak owe organizacje, wraz ze zwerbowanymi przez nich ksieżmi i biskupami, się rozpanoszyły w takich Niemczech. A więc zorientuje się, tupnie swoją odpowiednio podkutą nogą i rozpędzi to bezczelne towarzystwo na cztery wiatry. I wtedy też sam abp Jędraszewski zobaczy tę swoją młodzież, jak ona potrafi tęsknić.




niedziela, 17 listopada 2019

Jak Tomasz Terlikowski układał się z Diabłem


     Z prawdziwym smutkiem muszę przyznać, że ostatnio, a dokładnie od dnia w którym okazało się, że Prawo i Sprawiedliwość znalazło się na prostej drodze, by rządzić w Polsce przez następne dekady, a druga strona na tę wieść zwyczajnie oszalała, atmosfera na scenie, której się tu od lat przyglądamy, stała się tak irytująca, że całkiem poważnie zastanawiam się, czy nie zrobić sobie przerwy. Z drugiej strony, ile razy trafiam na kolejny wybryk, z jednej czy z drugiej strony, odnoszę bardzo silne wrażenie, że tu do nas zawitał sam On i postanowił się za nas wziąć na dobre. No a skoro tak, to ja nie jestem w stanie zamilknąć choćby na chwilę. Wręcz przeciwnie, powinienem zacząć wrzeszczeć jak nigdy chyba wcześniej.
      I powtarzam, wcale nie chodzi mi tylko o to, że tu marszałkiem Senatu zostaje człowiek, który już na pierwszy rzut oka zmusza nas do tego byśmy w obawie, że zostaniemy otruci pamiętnym nowiczokiem, chowali się po kątach, że poseł Cezary Tomczyk śpiewa Hymn, ani nawet o to, że posłanka Jachira przekazuje sobie w pociągu znak pokoju z jakimś menelem, który ją wcześniej wyzwał od bolszewickich kurew, ani nawet o to, że jak najbardziej nasz marszałek Karczewski deklaruje, że on jako chirurg będzie się dogadywał z chirurgiem Grodzkim. Sprawy zaszły znacznie dalej. Wygląda na to, że w momencie gdy wydawałoby się, że wybory się zakończyły i nadszedł czas na spokojne przegrupowanie sił, do ataku ruszył... no właśnie, kto?
      W pierwszej chwili wydawałoby się, że to ci wszyscy, którzy dzięki z jednej strony porażce Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Senatu, a z drugiej dość spektakularnego jak na ich możliwości sukcesu Konfederacji, łby zaczęli podnosić wszelkiego autoramentu wariaci, w tym głównie ci, którzy gdzieś tam przez te wszystkie lata nauczyli się, że nie ma lepszego sposobu na społeczeństwo, jak utrzymywanie go w stanie takich emocji, by tym sposobem doprowadzić do kompletnej anihilacji rozumu, czy zwykłego rozsądku, i tę wiedzę realizuję przy byle okazji. Tymczasem, po pewnym już zastanowieniu, dochodzę do przekonania, że tu faktycznie sprawy są załatwiane na szczeblu znacznie wyższym niż mieliśmy z tym do czynienia dotychczas.
       Pisałem tu niedawno o występach tak zwanych „prawdziwych katolików”, gdzie indziej zwróciłem uwagę na popisy polityków, ale może przede wszystkim zwolenników tak zwanej Konfederacji, kiedy to jedno i drugie sprowadziło na mnie wręcz nieprzytomny atak, na który już za chwilę będę musiał zareagować na łamach „Warszawskiej Gazety”, czas jednak nie stoi w miejscu i każdy dzień przynosi kolejne odkrycia. Oto, proszę sobie wyobrazić, odszedł do Pana niesławny, jak nam tu i ówdzie od lat powtarzają, arcybiskup Paetz i kiedy wydawałoby się, że skoro on wreszcie stanął przed Sądem Bożym, to przynajmniej my tutaj mamy z nim spokój, odezwał się nie kto inny jak sam Tomasz Terlikowski, a ja, zupełnie wyjątkowo, postanowiłem, że się nie będę oszczędzał i wszystkim tym, którzy zarzucali mi dotychczas brak umiaru, pokaże jak ów brak umiaru może wyglądać naprawdę.
      Pisałem tu zarówno o Terlikowskim, jak i jego pobożnej żonie, wielokrotnie i niezmiennie w tonie krytycznym, natomiast dziś, ze względu na jego najświeższe występy, zdecydowałem sobie pofolgować i zrzucić z serca to, co mnie dręczy – tak, tak – od momentu, gdy za nas, jak sądzą, wziął się sam On. Oto, proszę sobie wyobrazić, że kiedy dotarła do publicznej świadomości wiadomość o śmierci abp. Paetza, w jednej sekundzie uaktywnił się wspomniany Terlikowski i zaczął dumać, jaki to pogrzeb Paetzowi urządzi Kościół pozostający wciąż, jak wiemy, pod władzą papieża Franciszka. Czy on zostanie pochowany, jak każdy diecezjalny biskup, normalnie w Katedrze, czy może, tak jak by tego chciał Terlikowski, wyrzucony na jedno z dyskutowanych ostatnio bardzo wysypisk śmieci? Po wielu dniach ciężkich rozważań, które – co warto podkreślić – wypełniały Terlikowskiemu niemal całą internetową aktywność, zdecydował się ów święty mąż na następujący wpis:
„Doczytałem, dzięki pomocy pewnego księdza, kanony podane przez episkopat. ‘Miejsce pochówku, jak również forma pogrzebu, zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 1178, kan. 1242), zostały ustalone w wyniku konsultacji ze Stolicą Apostolską i Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz Rodziną Zmarłego’ - napisano. Jak brzmi kanon 1242: ‘W kościołach nie należy grzebać zmarłych, chyba że chodzi o Biskupa Rzymskiego, kardynałów lub biskupów diecezjalnych, również emerytowanych, którzy powinni być chowani we własnym kościele’. Co to oznacza? Że wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość. Warto mieć jednak świadomość, że przede wszystkim będzie to decyzja bardzo nieroztropna. Jeśli archidiecezja poznańska chce mieć problem z profanowaniem katedry, to będzie to miała. Trudno sobie wyobrazić, by te wydarzenia nie przyciągnęły antyklerykałów, by nie sprawiły, że ten grób będzie regularnie bezczeszczony. I stanie się to na życzenie kurii, Stolicy Apostolskiej i rodziny. Przykre to pisać, ale tak właśnie będzie. Jest jeszcze czas, żeby z tej decyzji się wycofać. Trzeba się modlić, by polskiemu Kościołowi starczyło mądrości, a arcybiskupowi Stanisławowi Gądeckiemu odwagi, by to zrobić”.
       Gdyby ktoś myślał, że teraz się dopiero zacznie, uspokajam: to już koniec. Teraz już zostajemy tylko z Terlikowskim. Oto, jak widzimy, umiera abp Paetz, znany nam z pewnych medialnych doniesień sprzed lat, z których wiemy tyle, że on podobno klepał po pupach kleryków, a w wersji hardcore, kazał im nosić jakieś specjalne majtki. Jak również wiemy, Kościół, wobec zasięgu wspomnianych oskarżeń, odsunął Arcybiskupa od wszelkich duszpasterskich obowiązków, no i w związku z tym ten dokończył swojego żywota tak, jak widzimy. I w tym momencie, że się powtórzę, kiedy wydawałoby się, że powinniśmy się wszyscy zamknąć i zająć kwestiami choćby swojego zbawienia, pojawia się ten specjalista od Spraw Bożych i wręcz żąda, by apb. Paetza wysłać do piekła. Bo – jak to ma w zwyczaju formułować moja wnuczka – co? Bo to mianowicie, że „jeśli miejscem pochówku będzie archikatedra, to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami”.
       Powiem szczerze, że nie znam – choćby i z doniesień bliskich Terlikowskiemu pobożnych portali – ani jednej ofiary abp. Paetza. Powiem więcej, z tego co czytam, wiem, że ani jedna osoba, nawet wtedy gdy Arcybiskup był już praktycznie nikim, nie zgodziła się złożyć przeciwko jego zachowaniom choćby jednego doniesienia. No ale niech będzie, że on faktycznie ma na sumieniu nie tylko klepanie owych kleryków po pupach, ale i coś więcej. Jednak nawet wtedy, ja dziś nie widzę najmniejszego sensu, by na wiadomość o jego śmierci budować wielką akcję w Internecie na rzecz pochowania go na wspomnianym wysypisku. A już z całą pewnością ze strony ludzi, jak słyszę, nadzwyczaj pobożnych.
        No i tu pojawia się Tomasz Terlikowski i wszczyna wielką awanturę przeciwko spoczywającemu w trumnie człowiekowi. W imię czego? Jak to, w imię czego? Przecież to jest oczywiste. Chodzi o to, by on nie został zbawiony, ale trafił, tak jak tego sobie życzy Terlikowski, do piekła. Bo – i tu znów zacytuję moją wnuczkę – co? Bo Terlikowski, jak rozumiem, nie życzy sobie, kiedy już wszystko się zakończy, spotykać z ludźmi, których nie lubi.
        Nie dam już więcej rady, więc pora na refleksje. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Tomasz Terlikowski to w najlepszym dla siebie wypadku chore bydle, a najpewniej zwykły satanista. Czemu tak sądzę? Otóż nie wyobrażam sobie, by człowiek, który autentycznie wierzy w to, że Pan Bóg nas tu na tej Ziemi stworzył i dał nam wszystko to czego możemy potrzebować, by żyć szczęśliwie, a wszystko to po to, byśmy mogli uzyskać wieczne zbawienie, mógł całe swoje życie poświęcić na to, by tropić wszystkich tych, którzy na owo zbawienie jego zdaniem nie zasługują. Ja sobie tego zwyczajnie nie wyobrażam.
        Mało tego. Ja sobie nie wyobrażam, by ktoś taki jak Terlikowski – a więc ktoś kto w znanym nam wydaniu dba przede wszystkim o zbawienie swoje oraz swojej licznej rodziny – decydował się na to, by na owym tropieniu niewiernych budować swoją publiczną i finansową karierę. Jeśli on jednak tak postępuje, i z tego co obserwuję, postępuję notorycznie i z autentyczną ekscytacją, to w moim odczuciu, jego intencja jest jedna: wtrącić do piekła jak najwięcej dusz. Chciałbym bardzo wiedzieć, co mu za to Szatan obiecał. 
        No i jeszcze jedno, czemu on nie urządzał awantur przed gdańską bazyliką, kiedy chowano tam Pawła Adamowicza. Czyżby towar był mało atrakcyjny?




      


poniedziałek, 4 listopada 2019

O społecznej omercie i chirurgach Kościoła


       Gdyby ktoś zapytał mnie o mój stosunek do abp. Głodzia, to bym bez chwili zastanowienia odpowiedział, że mój stosunek do tego człowieka jest dokładnie taki sam jak do wszystkich tych księży, których nie znam, a do których z jakiegoś powodu nie czuję szczególnej sympatii. Szacunek, należny zresztą każdej osobie duchownej, owszem, gdy chodzi jednak o sympatię, to w żadnym wypadku. Czemu tak się dzieje, że mimo iż kogoś nie znam, to go nie lubię? Myślę, że to jest praktyka na tyle powszechna, że nie muszę jej tu wyjaśniać. Tak to już po prostu jest, że już przy pierwszym poznaniu jedni ludzie robią na nas wrażenie dobre, a inni jakoś nie i często tak już zostaje. A więc dokładnie tak samo mam z księżmi, których oglądam w telewizji – jednych lubię bardziej, drugich mniej i bardzo często bez żadnego wyraźnego powodu.
       O co chodzi z abp. Głodziem, jak sądzę, wszyscy wiemy. Od pewnego czasu, a dokładnie od pewnego wieczoru, kiedy to telewizja TVN24, opierając się na informacjach uzyskanych od grupy miejscowych księży, pokazała reportaż, w którym poinformowała, że Arcybiskup jest osobą niesympatyczną, a często wręcz chamską, do tego stopnia, że używa wyrazów nieprzyzwoitych niemal tak często, jak to czyni poseł Neumann, nie ma dnia, byśmy o tych wszystkich „kurwach” nie czytali lub słyszeli. No i o tym jeszcze że abp Sławoj Leszek uwielbia luksusy, jak nie przymierzając ów burmistrz Włoch, o którym też ostatnio coś tam opowiadano.
      A więc o abp. Głodziu i o jego rzekomych wybrykach wypowiadać się nie zamierzam, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na  różnego rodzaju komentatorów, wynajmowanych przez najczęściej wręcz systemowo wrogie Kościołowi media. Oto wczoraj trafiłem na dwie wypowiedzi udzielone najpierw Onetowi, a następnie stacji TVN24, przez tak zwanych „ludzi Kościoła”. Z Onetem, a konkretnie niesławną Renatą Kim, rozmawiał nasz kościelny ekspert Tomasz Terlikowski i powiedział, że on „bardzo by chciał, żeby abp Głódź został ukarany”. Wprawdzie pewnie nic z tego nie będzie, bo on i tak już za parę miesięcy odchodzi na emeryturę, ale gdyby jednak Papież go jeszcze teraz odwołał, to Głódź by z jednej strony dostał za swoje, a z drugiej w ten sposób Lud Boży by widział, że Kościół jednak słucha głosu wiernych i to by Go wzmocniło. Co jeszcze powiedział Renacie Kim Tomasz Terlikowski, trudno mi powiedzieć, bo cały czas czekając aż ona go zapyta o papieża Franciszka i dojdzie do wesołej awantury, nie za bardzo Terlikowskiego słuchałem,  no ale Kim wiedziała, co robi i wszystko zaczęło i skończyło się na Głodziu.
     O wiele ciekawsza była natomiast audycja „Fakty po Faktach”, gdzie o abp. Głodziu porozmawiali sobie jakiś ksiądz Andrzej Kobyliński i przebrana za księdza kobieta przedstawiona jako „teolog, diakon Kościoła ewangelicko-augsburskiego Halina Radacz”. Na marginesie, zaciekawiło mnie bardzo, że przedstawiając tę, kobietę TVN użył nazwy „teolog”, a nie „teolożka”. Czyżby tam forma „teolożka” traktowana jest jako zbyt filuterna? No ale do rzeczy. Otóż ks. Kobyliński, komentując sprawę Arcybiskupa, stwierdził, że „w tej strasznej i brutalnej historii, przerażają dwa fakty. Pierwszy fakt to ta zmowa milczenia, która trwa od kilkudziesięciu lat, gdy chodzi o społeczeństwo i Kościół katolicki. Druga kwestia – nie mniej smutna – to jest niewydolność struktur Kościoła katolickiego. W pewnym sensie Kościół katolicki jako instytucja, która trwa od dwóch tysięcy lat, doszedł do ściany i niewydolność instytucji w sposób widoczny obnażył dramat globalnej pedofilii klerykalnej”. 
      Gdy chodzi o samą kwestię grzesznych ścieżek abp. Głodzia, ks. Kobyliński sprawę odpowiednio uściślił: „To jest wielki skandal, ale ten skandal trwa nie od dzisiaj. Tak naprawdę można powiedzieć, że trwa od 30 lat. Wiedza w Polsce, jeśli chodzi o różnego rodzaju złe zachowania księdza arcybiskupa, jest powszechna. To pokazuje nam niemoc instytucji kościoła katolickiego, ale także taką omertę naszego społeczeństwa, jeśli chodzi o niereagowanie na ewidentne zło”.
       A ja chciałem już tylko dodać krótki komentarz, w nawiązaniu zresztą do uwagi ks. Kobylińskiego na temat dwóch faktów, które go aż tak „przeraziły”. Otóż podczas gdy w księdzu owo przerażenie wywołała „omerta społeczeństwa” (swoją drogą, za tę omertę w mojej opinii należałoby owemu pobożnemu człowiekowi napluć z balkonu na kapelusz) i ściana, do której jego zdaniem doszedł właśnie Kościół, mnie akurat przerażają dwa inne fakty. Pierwszy to taki, że ów odważny ksiądz jest nieustannie przywoływany jako autorytet przez dwa główne portale, od kilku dobrych lat stojące na czele antyfranciszkowej krucjaty, a mianowicie Frondę i Polonię Christianę. Ktoś spyta, co on im takiego opowiada, co im się podoba. Otóż proszę sobie wyobrazić, że gdy chodzi o szczegóły, to nic takiego. Można by wręcz powiedzieć, że on krytykuje we wspołczesnym Kościele to wszystko, co tym wszystkim, jak ich zabawnie nazwał Coryllus, „los perfectos”, się tak naprawdę bardzo podoba, czyli te wszystkie Odnowy w Duchu Świętym, Godziny Uwielbienia, można wymieniać. W wypowiedzi dla Frondy ks. Kobyliński pisze:
      ,,Do kościoła katolickiego przeniknęło w dużym stopniu niekatolickie, zielonoświątkowe rozumienie szatana, diabła i złych duchów. Wspólnoty pentekostalne akcentują o wiele bardziej niż katolicy działanie i obecność diabła, złych duchów w życiu człowieka. To pandemoniczna wizja świata - diabeł i złe duchy są właściwie wszędzie i wciąż musimy z nimi walczyć. Ta nowa gałąź chrześcijaństwa rozwija się w tempie zdumiewającym. Konsekwencje rewolucji pentekostalnej będą większe niż skutki reformacji Marcina Lutra w wieku XVI. Nowa reformacja zielonoświątkowa zmieni mapę chrześcijaństwa na świecie”.
     A zatem, o co tu, przepraszam chodzi? Czemu ks. Kobyliński biega między Frondą, a telewizją TVN24 i głosi upadek Kościoła, tej „skały, której bramy piekielne nie przemogą”? No i czemu na niego postawiła zarówno ta dziwna telewizja i ten dziwny portal? Otóż odpowiedź jest, moim zdaniem, jedna. Otóż ów ciekawy ksiądz jednym i drugim służy tylko w jednym, w głoszeniu upadku wspomnianej przez Jezusa Skały. I to mnie faktycznie przeraża. Nie abp Głódź, ale oni.
    No i drugi fakt, na który ks. Kobyliński jak sądzę nie zwraca uwagi, a ja go owszem z przerażeniem rejestruję. Otóż podczas gdy on całą swoją wypowiedź buduje wokół krytyki współczesnego Kościoła, owa pani w koloratce wyłącznie się zajmuje przedstawianiem swojej religii, jako przykładu, z którego Kościół Katolicki powinien czerpać. Tłumaczy ks. Kobylińskiemu Radaczowa:
    „Problem wynika trochę ze struktury Kościoła. W kościołach ewangelickich mamy dużo więcej demokracji. Głos zgromadzenia parafialnego, rady parafialnej jest realnym głosem. W synodzie Kościoła, tej władzy naczelnej, większość stanowią ludzie świeccy, zwykli parafianie wybrani i powołani do służby w synodzie. Natomiast w systemie hierarchicznym jest problem. Jest to, co tworzy każda hierarchia. Ofiara, pokrzywdzony – bo ci ludzie, którzy protestują, są duchowo pokrzywdzeni – odwoływać się mogą de facto do sprawcy tego pokrzywdzenia”.
     Jak mówię, to jest to, co mnie przeraża, że podczas gdy przedstawiciel religii pogrążonej od lat zarówno w duchowym, jak i strukturalnym chaosie – ile to już dziś mamy tych denominacji, 40, czy może 50 tysięcy? – religii, będącej w sposób oczywisty dziełem Szatana, twardo stoi na straży owej starej, sformułowanej przez starego Lutra propagandy, i jednego marnego słowa nie powie na temat ewentualnego zepsucia, swojego, jej męża, czy ich sąsiadów, to nasz dobry ksiądz nie robi nic innego, jak próbuje dowieść sobie i światu, że jest już po nas. Ale nie tylko on. Za nim idzie cała masa tych wszystkich „prawdziwych katolików”, którzy gdyby ich tylko dopuścić do głosu i do możliwości tego głosu egzekwowania, oni by nam i tej naszej omercie pokazali, gdzie raki zimują.


    

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

17 mgnień wiosny, czyli o funkcji dupy i pieniądza w życiu człowieka pobożnego


      Jak słusznie zauważył we wczorajszej notce Coryllus, zajmowanie się małżeństwem Terlikowskich to zajęcie na tyle kłopotliwe, że pomijając sytuacje zupełnie wyjątkowe, lepiej już jest pisać o bieżącej polityce Ministerstwa Kultury. Wygląda jednak na to, że do wspomnianych wyjątkowych sytuacji należy poczyniona przez Tomasz Terlikowskiego uwaga na temat  cudu jakiego na aktorce Figurskiej rzekomo uczynił Sługa Boży Wenanty Katarzyniec, zsyłając na nią deszcz pieniędzy, za który ona i jej mąż mogli sobie kupić większy samochód. Najpierw więc sprawą zająłem się ja, dalej pociągnął ją Coryllus, no a teraz ja czuję, że są jeszcze kwestie, które przed ostatecznym zamknięciem tematu, należy poruszyć.
      Oto pisze Coryllus, że z tekstów Terlikowskiego płynie prosty komunikat: „Jeśli sami udacie się do błogosławionego Wenantego, albo innego jakiegoś świętego i nie dostaniecie pieniędzy od razu, to znaczy, że musicie jeszcze długo nad sobą pracować. Ja nie muszę, bo zbliżam się do doskonałości”. I to, moim zdaniem, jest komunikat, który płynie nie tylko z tekstów Terlikowskiego, ale w ogóle z całej „duszpasterskiej” działalności owego dziwnego małżeństwa. Tomasz Terlikowski, jak się domyślam, dzięki życzliwości zaprzyjaźnionych proboszczów, wydaje po pięć książek rocznie, głównie o sobie i swojej nadzwyczajniej pobożności, podczas gdy Małgorzata Terlikowska opanowała rynek elektronicznych i papierowych mediów, od „Gościa Niedzielnego”, przez TVN, po ‘Wysokie Obcasy”, gdzie od lat już opowiada o tym, jak wygląda życie prawdziwie katolickiej rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem problemu masturbacji, seksualnego podniecenia, orgazmu, konsystencji kobiecego śluzu, oraz oralnego seksu. Rozmawialiśmy tu już kiedyś o owym śluzie, odwołując się do wywiadu, jakiego Terlikowska udzieliła wspomnianym „Wysokim Obcasom”, a ja, zainspirowany uwagą Coryllusa na temat owej rzekomej wyjątkowości katolicyzmu u ludzi takich jak Terlikowscy, zajrzałem raz jeszcze do tej rozmowy, przeczytałem ją od deski do deski i proszę popatrzeć, jakie informacje do nas z niej docierają. Kolejno:
1.      Kiedy Małgorzata ma płodny okres, a Tomasz pragnie seksu, to oni siadają na kanapie i się przytulają. Czasem to przytulanie sprawia, że Tomasz dostaje jeszcze większego wzwodu, no ale wtedy oboje tłumaczą sobie, że nie są zwierzętami i jakoś dają radę;
2.      Małgorzata nie chce mieć piątego dziecka, bo i tak już jest zarobiona po łokcie prasowaniem koszul Tomasza, a poza tym nie chce znów się narażać na zaczepki na ulicy, że się nie potrafi zabezpieczać, oraz pytania ze strony nieznajomych: „Czy te wszystkie dzieci były planowane?”
3.      Małgorzata przez lata nie mogła zajść w ciążę, przez co wciąż była molestowana przez znajomych, czy to jest świadoma decyzja, czy wynik bezpłodności (Polacy są tacy niedelikatni), jednak lekarze ustalili, że ma za mało prolatyny, przepisali jej tabletki, ona w ciążę zaszła, tyle że w jej wypadku to nie przez tabletki, ale za sprawą cudu, jakiego dla Terlikowskich uczynił święty ksiądz Escriva;
4.      Choć dla katolika przedmałżeńska czystość to sprawa nadzwyczaj ważna, Terlikowskim nie udało się jej dotrzymać, ale, jak wiemy, człowiek jest człowiekiem, a nie zwierzęciem i kiedy upada, to zawsze powstaje;
5.       Kiedy Małgorzata ma bolesny okres, Tomek jest bardzo opiekuńczy i zawsze pyta, czy ona nie chce odpocząć a czasem nawet zrobi jej kanapkę;
6.      Katolickie małżeństwo różni się od niekatolickiego tym, że wie, iż jest na siebie skazane do śmierci;
7.      Terlikowscy są sobie wierni, bo bardzo się pilnują, by nie skoczyć w bok, i kiedy któreś z nich zauważy, że ma ochotę na kogoś innego, zrywa znajomosć;
8.      Tomasz książkę o Harrym Potterze postawił na najwyższej półce, żeby jego dzieci po nią nie sięgnęły i nie dały się zwieść Złemu;
9.      Terlikowscy wysłali dzieci do szkoły katolickiej, bo do szkół katolickich chodzą wyłącznie dzieci takie jak dzieci Terlikowskich i tam nie ma zagrożeń pedalstwem i satanizmem;
10.  Małgorzata ma ogromny problem z wytłumaczeniem dzieciom, że homoseksualizm jest zły, bo choć on jest faktycznie zły, to jednak wiadomo, że szacunek należy się nawet pedałom i lesbijkom;
11.  Jeśli Marysia zostanie lesbijką, Małgorzata jej powie: „Marysiu, kocham cię jak dotąd, ale nie zgadzam się, byś przychodziła na Wigilię z partnerką”;
12.  Jeśli Marysia zobaczy prezerwatywę i zapyta, co to jest, Małgorzata jej powie, że „chłopak zakłada to na siusiaka, żeby nie mieć dzieci, ale my tego nie akceptujemy”;
13.  Kiedy czteroletni syn Terlikowskich bawił się siusiakiem, Terlikowscy odwracali jego uwagę książeczką;
14.  „Dupa, czyli seksualność, jest integralną sferą życia. Niesamowicie ważną. To nie są głupie szczegóły. To są fundamenty”;
15.  Życie jest ciężkie i pełne wyczerpujących zajęć, jednak mimo to, nie było jeszcze takiego miesiąca, żeby Terlikowscy musieli zrezygnowac z seksu;
16.  Terlikowski jest o Małgorzatę chorobliwie zazdrosny, ale kiedy go za bardzo poniesie, kupuje jej kwiaty i mówi „przepraszam”;
17.  Terlikowski jest chorobliwie zazdrosny, bo jest osobą bardzo znaną i dla niego to byłby wielki kłopot, gdyby się okazało, że w jego małżeństwie nastąpił kryzys.

      W swoim wczorajszym tekście Coryllus napisał coś takiego: „Wyobraźmy sobie, że człowiek, który przez całe życie karmił się treściami z GW i TVN, nagle stwierdził, iż są one niekompatybilne z jego codziennym, praktycznym doświadczeniem, a także obserwacjami czynionymi na bardzo podstawowych poziomach. Zrezygnował więc z pochłaniania tych treści i rozpoczął poszukiwanie nowych. Zamyślił się i powiedział sam do siebie – a może w tym całym Kościele mają coś interesującego? No i sięgnął po pierwszą rzecz z zakresu publicystyki katolickiej jaka mu się w sieci nawinęła. Była to recenzja książki Terlikowskiego o Wenantym Katarzyńcu umieszczona na stronach portalu prowadzonego przez Targalskiego, kolejnego tuza myśli prawicowej. Koniec. Nasz hipotetyczny poszukujący prawdy czytelnik, dokończył lekturę, po czym ze spokojem powrócił do GW i TVN, bo uznał, że to jest jednak jakiś poziom, nawet jeśli go oszukują, to czynią to w sposób nie ubliżający zarówno inteligencji, jak i emocjom. No może czasem, ale to jest doprawdy nic, w porównaniu z tym co robi Terlikowski”.
      Moim zdaniem Zarząd Agory ma pełną świadomość słuszności tego, co pisze Coryllus i dlatego właśnie zlecili red. Sroczyńskiemu przeprowadzenie rozmowy z Małgorzatą Terlikowską. Nie oszukujmy się. Oni doskonale wiedzą, że przeciętne polskie katolickie małżeństwo, starannie praktykujące swoją wiarę, modlące się wspólnie z dziećmi przed zaśnięciem, chroniące dzieci przed tym co złe i wychowujące je na ludzi uczciwych i porządnych, tą są dokładnie tacy sami ludzie jak oni, tylko znacznie, znacznie lepsi, a przede wszystkim szczęśliwsi i w najmniejszym stopniu nie przypominające tej parki freaków. I oni zrobią wszystko, by świat się tej prawdy nie poznał. I dlatego do skutecznej realizacji tego swojego poplątanego planu potrzebują kogoś, kto ten styl życia skutecznie światu obrzydzi, a do tego potrzebują ludzi takich jak Terlikowscy, którzy dostarczą mu zaledwie dwóch informacji. Pierwszej takiej, że typowy polski katolik modli się głównie o to, by Bóg im zesłał pieniądze na nowy samochód, ewentulanie większy telewizor, a kiedy już się to uda załatwić, żeby pozwolił mu na czysto rozwiązać dylematy związane z integralną i jakże fundamentalną sferą życia, jaką jest dupa. Wystarczy.

Przypominam, że już w najbliższą środę, czyli 11 kwietnia, będę w Kielcach opowiadał o nauce języka angielskiego i nie tylko. Wzgórze Zamkowe godzina 17.30. Zapraszam każdego, kto ma te Kielce bardziej pod ręką. Będę ja, będą książki, a jeśli ktoś nie da rady, to może już 14 i 15 uda nam się spotkać w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich.

wtorek, 3 kwietnia 2018

O tym jak bankomat wysłuchał modlitw Tomasza Terlikowskiego


       Wczorajsza notka Coryllusa zrobila na mnie wrażenie szczególne, podobnie jak każda, w której relacjonuje on swoje najświeższe kontakty z „Gazetą Wyborczą”. Tym razem jednak stało się coś więcej i wygląda na to, że jest to związane z bardzo wyraźnym postępem, z jakim mamy do czynienia w obłędzie, który już jakiś czas temu dotknął owo środowisko… ale jak się okazuje, nie tylko to. Jednak o tym później.
       Otóż spędzał Coryllus czas u swojej teściowej, oglądał telewizję i czytał te wszystkie gówniane gazety, trafił na tak zwane „listy”, kierowane do redakcji „Wysokich Obcasów”, a tam na historię o pewnym 60-latku, który uwiódł 76-letnią żonę jakiemuś staruszkowi, który wcześnieł o nią w ogóle nie dbał, nie rozumiał jej potrzeb, nie zapewniał jej codziennych radości, a zamiast tego niemal cały swój czas spędzał w kościele na bezsensownych modlitwach. Z tego co pisze Coryllus, rozumiem, że zdaniem redakcji „Wysokich Obcasów”, dziś owa kobieta jest wreszcie osobą w pełni spełnioną, a z tego wydarzenia dla nas wszystkich płynie nauka, którą wszyscy powinniśmy się przejąć i wykorzystać ją do naszych przemyśleń.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że opowiedziana przez Coryllusa historia owej niezwykłej miłości skojarzyła mi się z czymś, o czym usłyszałem też w tych dniach, a mianowicie o tym, że Tomasz Terlikowski wydał koleną książkę i z tym faktem związana jest cała seria działań autentycznie cudownych. Oto, proszę sobie wyobrazić, wspomnianyTerlikowski swego czasu, jak nas osobiście informuje, miał sprawę sądową z pewną kobietą o 130 tys. zł. Co to za pani i o co w tej sprawie chodziło, tego nie wiemy i wiedzieć nam nie trzeba, rzecz natomiast w tym, że wedle wszelkich dostępnych opinii, o których nas wciąż informuje sam Terlikowski, sprawa była dla Terlikowskiego przegrana, a zdaniem jego adwokata, jeśli Terlikowski będzie się bardzo modlił, to jest szansa obniżenia tej sumy do 70 tys. zł. I w tym momencie Terlikowski z żoną udali się do Kalwarii Pacławskiej pod Przemyślem, gdzie znajduje się grób Sługi Bożego, niejakiego Wenantego Katarzyńca, i tam, pod owym grobem, Terlikowski obiecał Wenantemu, że jeśli ten mu załatwi kwestię tych130 patyków, to on napisze jego bografię i, jak rozumiem, ją odpowiednio sprzeda. I proszę sobie wyobrazić, że Wenenty Terlikowskiego wysłuchał, Terlikowski sprawę wygrał, no i zgodnie z obietnicą siadł do pisania obiecanej biografii.
     I w tym momencie otwiera się nowy rozdział owej niezwykłej historii. Otóż po pewnym czasie, podczas kolejnego pobytu na Kalwarii Pacławskiej, Terlikowski spotkał swoich znajomych, aktorkę Dominikę Figurską z jej mężem, również aktorem, Michałem Chorosińskim. Jak nadal relacjonuje Terlikowski, „powiedzieliśmy im, że jeżeli mają jakieś problemy finansowe to, żeby od razu bili do św. Wenantego. Za jakiś czas do nas zadzwoniła i powiedziała, że poszła i złożyła 6 próśb, z czego 3 z nich już się spełniły”.
     I oto przed nami otwiera się rodział kolejny, a mianowicie informacja podana przez portal niezalezna.pl, zatytułowana „’Polski Szarbel’ z Kalwarii Pacławskiej. Niesamowite świadectwo Dominiki Figurskiej”. Gdyby ktoś nie wiedział w czym rzecz, to ów „szrabel” to tytuł książki Terlikowskiego, która jest już jak najbardziej do kupienia, natomiast „niesamowite świadectwo Dominiki Figurskiej” wymaga już odwołania się do cytatu z portalu niezalezna.pl:
     „Gdy aktorka przyjechała z mężem do Kalwarii Pacławskiej, by pomodlić się przed wizerunkiem Matki Bożej, natknęła się na Tomasza Terlikowskiego. Ten wyjaśnił jej, jak wielką skuteczność ma wstawiennictwo Wenantego. Figurska pomodliła się więc przed grobem zakonnika. Prosiła przede wszystkim o większy, rodzinny samochód, na który z mężem oszczędzali od dłuższego czasu. W kilka tygodni później, dzięki życzliwości innych ludzi oraz cudownym zdarzeniom, nowy van stał przed domem Figurskich”.
      Gdyby ktoś wciąż nie rozumiał, jak się sprawy mają, śpieszę wyjaśnić. Otóż wedle relacji samego red. Terlikowskiego, ów Wenanty Katarzyniec, nie zajmuje się uzdrawianiem z raka, klejeniem rozbitych związków, wyciąganiem pogubionych dzieci z nałogów, ani nawet uwalnianiem z długów, ale zwyczajnie, jak to określa sam Terlikowski, działa jak bankomat. A ja już dalej nic nie powiem, bo każde słowo, które mi przychodzi do głowy, to słowo tak obelżywe, że nawet ten blog nie jest w stanie go znieść. Pozostaje mi tylko przytoczyć tu końcówkę omawianego przeze mnie tekstu z niezaleznej.pl: 
     „12 marca 2018 roku miała miejsce premiera pierwszej biografii Wenantego – ‘Wenanty Katarzyniec. Polski Szarbel’, autorstwa Tomasza Terlikowskiego. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Esprit”.
      No i oczywiście refleksja na koniec. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że moja córka niedawno przyniosła do domu egzemplarz tygodnika „Newsweek”. Skąd ona to wzięła i  czemu w ogóle wpadła na pomysł, by to coś brać do ręki, już nie wnikałem, natomiast zapytałem ją, czy jej zdaniem „Newsweek” jest lepszy od „Sieci”, które tu niekiedy, owszem, zalega, odpowiedziała mi, że lepszy może nie, natomiast na pewno śmieszniejszy. A zatem koło się zamknęło. Sakiewicz, Terlikowski, Figurska, Michnik, Karnowscy, Lis, Gmyz, Rachoń, Piela, Cejrowski, Żakowski, Gebert, Soros…

Moje książki można zamawiać  bezpośrenio pod adresem k.osiejuk@gmail.com, ewentualnie oczywiście w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Tomasz Terlikowski nas kocha

Myślę, że większość bardziej uważnych czytelników tego bloga zdążyła zauważyć, że moja cierpliwość do Tomasza Terlikowskiego wyczerpała się już jakiś czas temu i efektem tego jest już wyłącznie omijanie tego dziwnego człowieka szerokim łukiem. Osobiście zauważyłem u siebie ów stan podczas kwietniowych Warszawskich Targów Książki Historycznej, kiedy to nagle przed naszym stoiskiem pojawił się rzeczony Terlikowski, a ja zupełnie odruchowo, odwróciłem się do niego plecami i zacząłem nerwowo przestawiać książki na półce, w obawie, że on zauważy moją minę, zapyta co mi się stało i będzie nieszczęście. To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że od czasu do czasu tego Terlikowskiego usłyszę w telewizji, albo przeczytam jakąś wypowiedź i naturalnie czuję pokusę, by się odezwać, no ale jakoś sobie daję radę.
I oto dziś, prawdopodobnie przez to, że akurat przygotowuję kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety” trochę w temacie, pomyślałem sobie, że się Terlikowskim jednak zajmę, mam nadzieję, że dla wspólnego dobra. Otóż, jak może już część z nas wie, przewodniczący Episkopatu Niemiec kardynał Reinhard Marx powiedział przy jakiejś okazji, że „katolicy winni są przeprosiny osobom homoseksualnym, ponieważ przyczynili się do ich marginalizacji”. Ja nie wiem akurat, czy to są dokładnie słowa Kardynała, ani tym bardziej nie znam kontekstu owej wypowiedzi, poza tym, że miała ona w jakiś sposób nawiązywać do masakry w Orlando, no ale to akurat jest mniej ważne. To co nas interesuje, to to, że kiedy papież Franciszek wracał do Rzymu z pielgrzymki do Armenii, poproszono go o komentarza do słów kardynała Marxa, a on powiedział, co następuje:
Kościół musi przeprosić za to, że nie zachowywał się wiele razy tak, jak powinien. Kiedy mówię „Kościół”, mam na myśli chrześcijan, ponieważ Kościół jest święty. Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Wszyscy musimy przeprosić – odparł Franciszek. Jak tłumaczył, „Kościół powinien przeprosić nie tylko homoseksualistów, których obrażał, ale także biednych, wykorzystywane kobiety, a także każdego, którego nie obronił, kiedy mógł”.
Wedle doniesień mediów, Ojciec Święty podkreślił, że Katechizm jasno podkreśla, że nie należy nikogo dyskryminować, należy to respektować, duszpastersko temu towarzyszyć i zapytał: Jeśli jest gej, który ma dobrą wolę i szuka Boga, kim jesteśmy, żeby to oceniać?
Jak już wspomniałem przy okazji wypowiedzi kardynała Marxa, nie znam całości tej wypowiedzi, ani pełnego jej kontekstu, zdaję się całkowicie na doniesienia mediów, jednak przyjmuję każde z tych słów z pełnym spokojem. Natomiast nie czuję śladu spokoju, kiedy głos nagle zabiera nasz czołowy ekspert od spraw Wiary i Kościoła, Tomasz Terlikowski i mówi:
Chciałem tylko przypomnieć, że nie istnieje magisterium samolotowe. Nauczanie Kościoła w sprawie homoseksualizmu i osób homoseksualnych jest zupełnie jasne i się nie zmienia. Ono nas obowiązuje! W nauczaniu Kościoła jasno zapisano, że katolik ma obowiązek bronić małżeństwa i rodziny, odrzucać manipulowanie przy nich, potępiać grzech aktów homoseksualnych, które są obrazą Boga i otaczać miłością osoby homoseksualne. Miłość oznacza jednak także prawdę o grzechu i jego skutkach, także wiecznych.
Najprościej oczywiście byłoby mi skomentować wystąpienie Terlikowskiego, przypominając, że wedle niektórych doniesień, zabójca z Orlando sam był homoseksualistą i w jakiś przedziwny sposób to właśnie owa skaza wzbudziła w nim ten poziom nienawiści do homoseksualistów właśnie, że postanowił ich wszystkich wymordować, no ale sprawa jest zbyt poważna, by się ograniczać do tanich złośliwości. Rzecz bowiem w tym, że moim zdaniem papież Franciszek, mówiąc to co powiedział, zrobił dokładnie to, co zrobiłby na jego miejscu Jezus. Proszę spojrzeć, jaką mamy sytuację. Przychodzą do Franciszka dziennikarze, mrugają sprytnie oczkiem, cytują Marxa i pytają: „No i co powiesz na to, nauczycielu?” Jaki ma wybór Papież? Może oczywiście się dać wciągnąć w tę prowokację i powiedzieć, jak Terlikowski, że pedałów należy tępić. Kochać, ale tępić. Może też zrobić to, co – powtarzam, moim zdaniem zrobiłby, i często robił, Jezus – odejrzeć się owej zaczepce i wezwać do modlitwy i pokuty. Szczerze zachęcam do tej refleksji. Proszę przyjrzeć się Jezusowi i przypomnieć się, jak On reagował na tego typu zagadki, które stawiali przed nim faryzeusze i inni cwaniacy. On nigdy – z tego co pamiętam, nigdy – nie udzielał odpowiedzi ani prostych, a ni tym bardziej takich, jakich oni od Niego oczekiwali.
Tymczasem, co robi Terlikowski, a za nim, jak się obawiam, cała masa tak zwanych „prawdziwych katolików”? Po raz kolejny padają na kolana i modlą się o to, by ten cały Franciszek wreszcie abdykował i zrobił miejsce dla któregoś z „naszych”. I proszę zwrócić uwagę na ten syk – właśnie tak, syk! – jaki dochodzi z ust Terlikowskiego:
W nauczaniu Kościoła jasno zapisano, że katolik ma obowiązek bronić małżeństwa i rodziny, odrzucać manipulowanie przy nich, potępiać grzech aktów homoseksualnych, które są obrazą Boga i otaczać miłością osoby homoseksualne. Miłość oznacza jednak także prawdę o grzechu i jego skutkach, także wiecznych.
Proszę zwrócić uwagę na to „w nauczaniu Kościoła” Terlikowskiego. Przecież to jest dokładnie to, z czym do Jezusa przychodzili uczeni w Piśmie – „Napisano, że…”. A na to Jezus niezmiennie im odpowiadał: „A ja wam mówię…”. Albo jeszcze dobitniej – „Idź precz, Szatanie”.
Ponieważ ja tu jestem zaledwie skromnym blogerem, który nie ma nic za wyjątkiem owej odrobiny talentu i codziennych emocji, no a przez to wolno mu znacznie więcej, niż Terlikowskiemu, czy – że już nie wspomnę – papieżowi Franciszkowi, zwrócę się do Terlikowskiego tak, jak mi nakazuje serce: „Idź precz, Szatanie”.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...