sobota, 29 marca 2008

Jarosław i Lech Kaczyńscy a sprawa Polska

Redaktor Jan Wróbel ponownie zabrał głos w sprawach dla Kraju najistotniejszych i oczywiście fakt ten został już w naszym Salonie odnotowany. Reakcje są dwojakie: jedni mówią: "Brawo, dobrze mówi", a inni odwrotnie: "Fe, mówi brzydko".
Mnie by bardziej może interesowało to, że redaktor Wróbel w ogóle mówi i mówi na tematy, które powinny dla niego stanowić problem ściśle egzotyczny. No bo pomyślcie sobie Państwo, co by to było, gdybym ja, przy mojej powszechnie znanej stronniczości, nagle zaczął wzywać władze i wyborców na przykład PSL-u, żeby pozbyli się Waldemara Pawlaka, bo on szkodzi ruchowi ludowemu w Polsce i to moim zdaniem jest bardzo niedobre.
Na ile się orientuję, Jan Wróbel ani przez moment nie był ani członkiem PC, ani tym bardziej członkiem PiS-u, mam wrażenie, że chyba nawet nie głosował na PiS w ostatnich wyborach, a tu nagle zaczyna się zachowywać tak, jakby kondycja partii Jarosława Kaczyńskiego miała nie dawac mu spać, no a spać trzeba.
Mogłbym więc w tym momencie poradzić red. Wróblowi: jeśli chce Pan wesprzeć konserwatywne skrzydło na polskiej scene politycznej, niech Pan albo wstąpi do PO i robi co chce, albo wstąpi do tego dziwnego jakiegoś ruchu, który założył Kazimierz Ujazdowski i też robi, co chce, założy wreszcie na przykład z red. Wołkiem i Lechem Wałęsą nowe ugrupowanie i też niech robi dalej, co mu się zamarzy.
Nie powiem tak jednak, bo jestem absolutnie pewien, że Jan Wróbel ma co innego w głowie. On nie chce brać udziału. On nie chce za bardzo się przemęczać. On chce komentować i to komentować tak, żeby w polu jego intelektualnego zainteresowania nie musiał się pętać Jarosław Kaczyński. Bo to go za bardzo absorbuje i zakłóca jego umysłową równowagę.
I w tym akurat redaktor Wróbel jet nieodosobniony. Od paru lat każdy, kto choćby minimalnie zwraca uwagę na to, co się dzieje obok poza serialem "M jak miłość" wie, że Jarosław Kaczyński i nikiedy też jego brat, prezydent, stali się problemem narodowym. Można wręcz odnieść wrażenie, że Polska bez codziennego analizowania postępowania i planów Jarosłąwa Kaczyńskiego jest krajem niepełnym. Jest jasne jak słońce, że dopóki Jarosław Kaczyński będzie istniał i działał, trzeba będzie o tym nieustannie ględzić, a ględzenie ustanie dopiero gdy Jarosław Kaczyński istnieć przestanie.
Dziś w Salonie kultowa już osobistość, niejaki Azrael pisze:
Lech Kaczyński to taki przykład miernoty politycznej, sztucznie wykreowanej przez jego brata, który robił do tej pory za spin doctora i machera politycznego, aż go wywindował na stołek prezydenta 36 milionowego państwa. Miernota polityczna, miernota intelektualna (jak większość polskich polityków), z predyspozycjami może do pracy naukowej na drugorzędnym uniwersytecie, zawsze wycofany wobec swojego brata, który ma z kolej przerosty ambicji – być ciągnięty za uszy, ku czemuś co go przerasta mentalnie i intelektualnie.
Przepraszam, ale - że pominę już kompletnie chaotyczność gramatyczną, składniową i logiczną powyższej wypowiedzi (dziwne jak na osobę o tak uniwersalnych ambicjach) - cóż to szanownego Azraela - najzwyklejszego komunistę - obchodzi mierność intelektualna Lecha Kaczyńskiego, poza tym, że od czasu do czasu dzięki niej może sobie popluć? Nie podoba mu się prezydent, niech wystartuje w przyszłych wyborach i wygra. Ewentualnie niech zorganizuje jakiś komitet wyborczy na rzecz Sławka Sierakowskiego i niech go promuje. Albo niech się wreszcie zamknie.
Czy ja mam w związku z tą nową modą zacząć publikować w Salonie rozważania na temat stanu umysłu premiera Zapatero? Albo spekulować, jakby to było lepiej, gdyby Lenin postąpił kiedyś tam inaczej niż postąpił.
I tym samym wracam do osoby pana Jana Wróbla. Panie Redaktorze, niech Pan przestanie. Niech Pan sobie żartuje dalej na temat minionego tygodnia na łamach Dziennika, albo idzie się spotkać z kolegami i porozmawia z nimi, jak to dobrze było za AWSu, albo jeszcze wcześniej za politycznego panowania szefa Urzędu Rady Ministrów, Jana Marii Rokity.

piątek, 28 marca 2008

Witamy w Polsce!

Nieopatrznie zajrzałem na onet i oto co spadło na moją biedną głowę, jak ten przysłowiowy grom z równie przysłowionego jasnego nieba. Proszę się skupić:
"Gośćmi Teraz My! będą Brendan Fay i Tom Moulton – gejowskie małżeństwo z Nowego Jorku. Zdjęcia z ich ślubu użyto w orędziu prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Co chcieliby powiedzieć polskiemu prezydentowi? Czy będą się z nim chcieli spotkać? Jak godzą swoją żarliwą katolicką wiarę ze swoim homoseksualizmem?
Już w poniedziałek o godzinie 22.30 Fay i Moulton będą gośćmi Teraz My!, a po programie w części internetowej odpwiedzą na pytania internautów. Czekamy na pytania od internautów!"
876,>42@+++?;;{{{%@#!!!!!!!!!
o był czas na to, by wszscy, którzy muszą dojść do siebie, mieli na to trochę więcej czasu.
A teraz krótka refleksja.
Gdy tropiciele spisków, tajnych towarzystw, pokręconych umysłów zwracają uwagę na to, że coś chyba jest na rzeczy, reakcja jest właściwie jedna: trzy lekkie puknięcia w zafrasowne cywilizacyjną tęsknotą czoło.
Tymczasem oto przed nami dwaj kanadyjscy pederaści z nieoczekiwaną gościną w naszym pięknym kraju... Chcę coś napisać, a brakuje słów... Bo było tak: Prezydent wygłosił orędzie, ktoś czujny czujnie tego orędzia wysłuchał, zauważył tę dziwną parkę, poinformował Radio Zet, Radio Zet wykonało do Kanady telefon, pederaści się zainteresowali i para poszła w gwizdek! Onet poinformoał uroczyście, podkreślając starannie (a jakże!) "żarliwość wiary katolickiej" tych dwóch dziwadeł i (a jakże!) apelując do internautów o obywatelską aktywność.
Ile czasu minęło? Tydzień? Trochę więcej? A tu już Dyżurny Sekielski z Dyżurnym Morozowskim gotowi do wykonania zadania specjalnego... A ja oszołomionymi oczyma wyobraźni już widzę przyszły tydzień. Będzie się działo. Oj będzie!
Znów brakuje mi słów. Bo chcę wiedzieć: jak wygląda mechanizm? Kto to wszystko nakręca? Kto to wymyślił? Czy był sam? Czy było ich dwóch? Trzech? Czy to może tylko nasi rodzimi homoseksualni działacze postanowili skorzystać z okazji. Nie wierzę. To się tak nie dzieje i nigdy nie działo.
Więc proszę, niech mi ktoś powie. Czy ktoś się może orientuje? Mam nadzieję, że wśród tych licznych puknięć w czoło usłyszę coś bardziej ludzkiego.

CBA? A co ci państwo tu jeszcze robią?

Rzepa podała, że prokuratura po raz kolejny umorzyła sprawę wyniesienia ze szpitala kart pacjentów, bo "CBA miało prawo to zrobić". Na ogół bardzo staram się wiedzieć, co słychać w kraju, ale tego, że był pierwszy raz jakoś nie zanotowałem. Ciekawe, czy to dlatego, że się zagapiłem, czy może Wielka Ława Mędrców zadecydowała, że temat ten jest nieinteresujący i postanowili się skupić na laptopach? Nieważne.
Ważne jest co innego. Mianowicie to, że CBA mogło zgodnie z prawem zabrać ze szpitala MSWiA karty pacjentów, to ja akurat wiedziałem już w zeszłym roku. No ale w zeszłym roku wiadomo było już wiele rzeczy; oczywiście pod warunkiem, że się wiedzieć chciało. Jak ktoś wiedziec nie chciał, to oczywiście nie wiedział i się pluł.
Jak to mówią, "nie moja broszka, nie moje rybki". Jeśli ktoś lubi mieć umysł wypełniony tylko pianą, jego kłopot. Myślę natomiast, że moją sprawą jest wiedzieć, czy są jeszcze jakieś rzeczy, które musimy sobie wyjaśnić w kwestii CBA? Jeszcze w styczniu Julia Pitera zapowiadała, że w związku z materiałami, które pracowicie kompletuje dla Premiera, pod koniec lutego nastąpi w kraju trzęsienie ziemi. Zapytałbym więc chętnie o to panią Julię, ale ona gdzieś się zawieruszyła.
No bo nie umiem sobie przypomnieć. Tę zapłakaną panią zatrzymali zgodnie z prawem. Ministerstwo Rolnictwa? Sprawa czysta. Stasi? Nie bardzo. Krauze z Kaczmarkiem? Mówią, że coś tam faktycznie kombinowali. Podobno Kamiński nielegalnie kupił broń. No ale też się okazało, że legalnie. Myślę... myślę... Co tam było jeszcze? Przecież przez cały zeszły rok, a jesienią już wyłącznie informowano, że wystarczy tylko się zabrać za Kamińskiego, zrobić mu w gabinecie kipisz, to wyśpiewa wszystko i nastąpi zmartwychwstanie państwa dobra, rozumu i miłości.
Aha, jeszcze był ten pan doktor. Ale przemknęła mi informacja, że prokuratura zamówiła dodatkową ekspertyzę, bo ta z Niemiec jest jakaś nie bardzo.
No więc co z tym CBA? Czemu jeszcze się tu kręcą? Czyżby zabrakło amunicji?

środa, 26 marca 2008

Co słychać po tamtej stronie Szkiełka?

Każdy z nas, o ile chce pamiętać i chce z tego co pamięta wyciągać wnioski, wie, że ile razy władza chciała, by obywatele zajęlii się na jakiś czas swoimi sprawami, musiała coś obywatelom dać do zabawy. Kiedyś było to albo stanie w kolejkach po pomarańcze, albo festiwal piosenki, albo jakiś ładny film w telewizji. Trochę później, choć wciąż dość dawno, dbając o to, by młodzież nie zrobiła sobie krzywdy władza dała im Lady Pank i radiową Trójkę.
Obecnie mamy w kraju dobrobyt i ogólny rozwój, więc nie jest już tak łatwo traktować ludzi jak idiotów. Stoją obywatele i się naradzają. Władza rzuca im jakiegoś Palikota. Bez reakcji. Rzucają im Kubicę. E tam. Stoją i dalej coś tam mruczą. Laptop. Było. A czas goni.
I nagle jest! Kolejny hit. Tym razem w roli okruchów rzucanych ptakom ponownie występuje rzecznik Sowińska. Typ idealny. Wygląda nieciekawie, mówi jakoś dziwnie, no i przede wszystkim uderza w prawdziwą świątynię postępu: wolny sex.
Nieważne, że całość jest całkowitym propagandowym wymysłem. Nieważne, że sprawa jest tak grubo szyta, że w normalnych warunkach i z normalną publicznością ta iluzja by po prostu najzwyczjniej nie przeszła. Żyjemy niestety w czasach postmodernistycznych, a tu prawdą nikt nie jest zainteresowany. To co się liczy, to dwie tylko rzeczy: dobry temat i odpowiednia osoba jako ilustracja. Jak już zostało powiedziane, zresztą niepotrzebnie, bo każdy to i tak wie, pani rzecznik Sowińska jest tu osobą idealną również z tego względu, że nie ma takiej siły, by ona akurat była się w stanie obronić. Może występować, może pokazywać dowody, może wysyłać swoich rzeczników. Na nic. Wystarczy, że stanie przed kamerą, a publiczność od razu zacznie tupać i żądać kolejnego komentarza. Ciekawa informacja jest ciekawą informacją i wara tym tam od naszych słodkich przyjemności.
Wczoraj większa część kultowego już Szkła Kontaktowego została poświęcona (a jakże!) właśnie tej sprawie i tej osobie. Było to już nawet po ukazaniu się informacji prostującej plotkę rozpuszczoną przez Dziennik. Absolutny bezruch. Najpierw red. Sianecki ponformował dla porządku o zmianie sytuacji, ale później wraz z zaproszonym komikiem już tyko strzelali dowcipami gdzie i jak popadnie.
Dziś również, choćby i tu w naszym Salonie, mimo faktów, mimo zupełnie nachalnej, wpychającej się drzwiami i oknami prawdy, pragnienie uczestnictwa w obrzucaniu śmierdzącymi jajami tak niebywałego obciachu jest dominujące.
Powstaje pytanie dlaczego. Dlaczego normalni ludzie, najzwyczajniej na świecie ciekawi życia i przecież w gruncie rzeczy tak bardzo lubiący prawdę, tak strasznie jednocześnie pragną ciągłego festynu?
Rozumiem starych, wyćwiczonych w bojach propagandzistów. Taki Grzegorz Miecugow, red. Sianecki, pani Monika Olejnik - oni doskonale wiedzą, jak się sprawy mają. Robią, że się tak wyrażę, w branży polegającej na mieszaniu ludziom w głowach wystarczająco długo, żeby znać swój każdy następny krok. A jak zapomną, to słuchawka w uchu im przypomni. Ćwiczyli tyle lat, musieli pokonać tyle przeszkód, że potrafią kłamać nawet przez sen. Z kolei te pajacyki zmieniające się w Szkle Kontaktowym każdego dnia w ogóle nie wiedzą nic. Nie muszą. Wystarczy, że mają uszy nastawione na głos mądrzejszych. A rechotać potrafią, bo taki ich fach.
Ale czemu zwykli ludzie? Jaki interes masz Ty i Twój kolega i Twoja sąsiadka, żeby dać się tak fatalnie obrabiać? Ja wiem. To jest bardzo ciekawe i bardzo śmieszne, że ktoś taki jak rzecznik Sowińska chce zakazać uprawiania seksu. No ale kiedy słyszysz, że to nieprawda, że wcale nie chce, że ktoś to sobie zwyczajnie wydumał, a ktoś inny postanowił wykorzystać to w gruncie rzeczy przeciwko Tobie, to przyjmij to. Odpuść. Z pewnością zdarzy się coś inego, może równie ciekawego. Po kiego czorta pławić się w kłamstwie tylko dla głupiej satysfakcji, że ktoś kogo nie lubimy ma niefajnie?
Właśnie włączyłem telewizor. Mówią coś o Sowińskiej. Sytuacja wygląda beznadziejnie.

wtorek, 25 marca 2008

Ach ta słodka ignorancja!

Pewna pani któregoś dnia zajrzala do kościoła, gdy akurat odprawiano Mszę Świętą i zdębiała. Z przerażeniem zauważyła, że jeden z ministrantów miał rude włosy, a to wywróciło do góry nogami cały jej światopogląd. Kończyła szkoły, czytała gazety, oglądała telewizję, dyskutowała ze znajomymi, tak jak ona wykształconymi i kulturalnymi ludźmi, i zawsze wiedziała, że ministrant nie może być rudy.
Dlaczego? To oczywiste: bo rudy był Judasz.
Pani, o której mówię i tak jeszcze pozwoliła sobie na zdrowy gest. Uznała, że jej infomacje były nieścisłe i od tego intelektualnie urodzajnego dnia wiedziała, że ministrant, okazuje się, może być rudy. Gdyby na jej miejscu znaleźli się niektórzy uczestnicy toczącej się w naszym kraju debaty, prawdopodobnie widząc rudego ministranta doszliby do wniosku, że albo to wina światła, albo to jakiś dziwny kościół, albo "co z tego?"
Ja tu sobie troszkę żartuję, choć ta przykładowa pani jest jak najbardziej autentyczna, jednak cała sprawa jest jak najbardziej poważna. Otóż kiedy się obserwuje wspomnianą już przeze mnie debatę i przeżywa temperaturę sporu, nie sposób nie dostrzec, że ogromna część odpowiedzialności za ten kompletny intelektualny chaos spoczywa właśnie na najzwyklejszej ludzkiej ignorancji. Kiedyś mawiało się, że wszyscy jesteśmy lekarzami; obecnie tę samą regułę możnaby odnieść do sfery publicznej. Ktoś coś przeczytał, ktoś inny coś usłyszał, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał i to wszytko wystarczy, żeby wszyscy ci specaliści natychmiast włączali się do dowolnej dyskusji, czy to na temat aborcji, czy na temat kary śmierci, czy tylko na temat supermarketów.
A każda nowa dyskusja tworzy natychmiast nową rzeczywistość, która zaczyna żyć własnym życiem i już nie sposób powstrzymać biegu zdarzeń. W ten sposób nagle okazuje się, że były kiedyś gdzieś jakieś wieśmaki i był też pewien pies o imieniu Saba i że kiedyś Lech Wałęsa biegał po Sejmie z siekierą, żeby zniszczyć rząd ROAD-u, czy jakoś tak, ale obecnie jest inaczej, bo mamy wreszcie pierwszy demokratycznie wybrany rząd, który szanuje młodzież i w ogóle wszystkich.
I nie ma absolutnie żadnego sposobu, żeby powiedzieć: wiem, byłem, widziałem, jest tak i tak, bo każdy gdzieś już był i coś już widział, więc wie, a nawet, jak nie wie, to się domyśla, bo zdaje mu się, że gdzieś czytał.
Jak mówię, jest to sytuacja niewesoła, ale to co najbardziej przykre to fakt, że ten stan rzeczy jest z pewnego bardzo szczególnego punktu widzenia bardzo korzystny. Tak jak niewątpliwie są pewne interesy i środowiska, dla których lepiej jest, jeśli jak najwięcej obywateli sądzi, że ministrant nie może być rudy, a na przykład - zupełnie już z innej beczki - banki są po to, żeby ludziom było lżej i przyjemniej, są też grupy, w których interesie jest to, żeby jak najwięcej osob na temat najnowszej historii Polski wiedziało jak najmniej. I w ogóle, żeby jak najwięcej ludzi wiedziało jak najmniej.
Bo tylko w ten sposób można zapanować nad tą planszą i w miarę potrzeb, które przecież nieustannie się modyfikują, można dokonywać pożądanych przesunięć dla osiągnięcia jeszcze bardziej pożądanych celów.

Jak hartują się autorytety

W moim ostatnim wpisie, gdzie próbowałem Robertowi Krasowskiemu z Dziennika wyjaśnić, że jego pretensje do bycia konserwatystą są mocno nieszczere, a nawet jeśli w jego przekonaniu szczere, to niczym nie usprawiedliwione, wspomniałem o Lechu Wałęsie. O człowieku, który nie kiwnąwszy palcem – jedynie dzięki swojej nienawiści – został wyciągnięty z zaułków, do których ludzie poważni nie zaglądają i stał się niekwestionowanym autorytetem.
Dziś chciałem poświęcić swoje refleksje tej właśnie przedziwnej postaci, trochę po to, żeby młodszym uczestnikom Salonu powiedzieć coś, czego mogą nie wiedzieć, starszym nie dać zapomnieć, a poza tym temat sam w sobie jest niezwykle interesujący, więc czemu nie? I nie będę się tu starał tłumaczyć, za co ludzie Wałęsę kochali i za co go kochać przestali, czy słusznie kochali, ani czy słusznie przestali. To temat na inną dyskusję. Przed nami tekst o upadku i powstawaniu autorytetów.
Otóż wypadałoby pamiętać, że dziś funkcjonujący jako właśnie jeden z najwyższych autorytetów nowej Polski Lech Wałęsa, jeszcze nie tak dawno był dla wielu środowisk skupionych wokół tak zwanego establishmentu, publicznym wrogiem nr 1. W latach 1990, 1991 i jeszcze w roku 1992 Lech Wałęsa traktowany był przez ów establishment, czyli przez wszystkie media i przez karmioną medialną odżywką opinię publiczną, jak, nie przymierzając, dziś Antoni Macierewicz, albo ojciec Rydzyk. Przeciętny intelektualista mówiąc o prezydencie Wałęsie używał słowa “cieć”, “pastuch”, “matoł”, albo - to ci z tytułami profesorskimi - “ten elektryk”. Przyznać się przed wykształconym człowiekiem z miasta, że popiera się Lecha Wałęsę było czymś absolutnie dyskredytującym i zupełnie nie na miejscu.
Była jesień 1990 roku i prezydencka kampania wyborcza. Każdy zdrowo myślący człowiek wiedział, że popularność Lecha Wałęsy jest tak ogromna, że nie ma absolutnie żadnej wątpliwości, że to on wygra wybory. Lech Wałęsa przedstawił jasną wizję polityki i wiadomo było, że tylko on może mieć wystarczającą siłę i wolę, żeby Polskę do sukcesu doprowadzić. Tadeusz Mazowiecki, który na początku był autentycznie uwielbiany i w pierwszych miesiącach swojego premierowania miał poparcie ponad 90%, po kilku miesiącach wśród tych samych zdrowo myślących osób budził wyłącznie irytację, a cała nadzieja skupiała się wyłącznie na osobie Lecha Wałęsy. Pamiętam jedną scenę. Stoję na ulicy i rozdaję ulotki wzywające do głosowania na Wałęsę. Nagle podchodzi do mnie dawno niewidziana koleżanka ze szkoły, staje jak wryta i oznajmia mi: “No wiesz! Tego się po tobie nie spodziewałam.” Tak było i takie sytuacje trzeba było znosić każdego dnia..
Kiedy Lech Wałęsa wygrał wybory (jeśli Donald Tusk nie pamięta, premier Mazowiecki – najpopularniejszy premier III RP – po roku urzędowania nie dostał się nawet do drugiej tury) rozpacz elit sięgnęła zenitu. Nie został oszczędzony nikt – ani Solidarność, ani Wałęsa, ani jego ministrowie, ani premier Bielecki, ani ministrowie rządu. Nikt. Poziom wyszydzania zarówno w mediach, jak na ulicach miast, Lecha Wałesy równać się może tylko z tym, co się obecnie wyprawia wokół braci Kaczyńskich.
To już przeszłość. Od tego czasu mit Lecha Wałęsy był różnie przedstawiany przez główny nurt medialny, na ogół krytycznie (nawet Tomaszowi Wołkowi zdarzało się dorzucić swoje trzy grosze) i dopiero dziś to przedziwne ciało, o którym wspominam w moim poprzednim wpisie, którego kształtu, pochodzenia i kompetencji nijak nie umiem zidentyfikować, poinformowało ustami i piórami autorytetów, że Lech Wałęsa jest wielki. Dlaczego jest wielki? Nie dlatego, że zdobył wykształcenie, że zaczął mądrze przemawiać, nie dlatego, że przestał bywać w kościele, nie dlatego też, że przyznał, że kiedyś niewłaściwie potraktował red. Turowicza. Dlatego tylko, że znalazł się po właściwej stronie. Nawet nie musiał się deklarować. Po raz pierwszy od 18 lat, zwyczajnie, w sposób pełny i doskonały stanął po stronie “naszej”.
I to mnie prowadzi do refleksji kończącej te słowa i tak naprawdę refleksji o znaczeniu podstawowym. Gdyby ktoś kiedyś powiedział, że nadejdzie dzień, gdy Wałęsa – sam nie zmieniając jednego gestu – stanie się bohaterem środowisk mainstreamowych w Polsce, nikt by mu nie uwierzył; gdyby ktoś przy tym przewidywał, że dziennikarze głównych telewizyjnych stacji będą rozmawiali z Wałęsą na kolanach, zostałby wyśmiany. Ale jak się okazuje, kuźnia autorytetów może czynić cuda. Jakie to cuda, pokaże jeszcze jedna historia.
Pewien mój znajomy, człowiek wykształcony, oczytany, całe dorosłe życie związany ze środowiskami zbliżonymi do Tygodnika Powszechnego, wierny fan Tadeusza Mazowieckiego i tak zwanych okolic, niedawno bardzo się oburzył, że z lekceważeniem wypowiedziałem się na temat Lecha Wałęsy, “o którym przecież można myśleć różnie, ale to przecież nasz największy żyjący autorytet”. Przypomniałem mu więc, że jako osoba, która głosowała na Wałęsę przeciwko Mazowieckiemu mam prawo go krytykować, bo mnie oszukał. Natomiast on, jako człowiek z którego ust padały przeciwko Wałęsie prezydencie i Wałęsie przewodniczącym związku słowa, które jego autorytetu bynajmniej nie honorowały, mógłby być bardziej uczciwy. Mój znajomy na to: “Przecież ja też głosowałem na Wałęsę”. Co prawda, po chwili okazało się, że owszem, ale tylko przeciwko Kwaśniewskiemu, ale już krótko potem, podczas naszej kolejnej, ostatniej rozmowy, znajomy mój przypomniał sobie “bardzo wyraźnie”, że przecież on na 100% głosował na Wałęsę również w roku 1990! Tylko, że o tym zapomniał.
I to jest właśnie moja końcowa, smutna bardzo refleksja. Przypomina się Orwell i jego Rok 1984: “A jeśli partia powie, że pięć, to ile będzie?” pyta O’Brien, a Winston nie wie... nie wie nic... lecz za chwilkę już wie. Już sobie przypomniał. Już nie ma wątpliwości. Powie co trzeba, pomyśli, co pomyśleć trzeba. Znalazł swój autorytet. I mu zaufał. Na zawsze.

niedziela, 23 marca 2008

Państwo na lewo, tamci państwo na prawo!

Robert Krasowski napisał długi artykuł i tym samym w przeddzień dnia Wielkiej Nocy zrobił swojemu Dziennikowi ładny prezent, bo nagle Dziennik stał się ważny.
Sam artykuł - jako analiza polityczna - jest oczywiście byle jaki i nie może być inny. Przede wszystkim ponieważ jest z gruntu fałszywy: Robert Krasowski nie jest żadnym konserwatystą, więc nie powinien występować w imieniu polskiej prawicy. Po drugie cały kontekst, w którym artykuł się ukazał wskazuje, że red. Krasowskiemu wcale nie chodzi o próbę opisu polskiego konserwatyzmu, lecz o rozepchanie się na rynku prasowym w stosunku do Rzeczpospolitej, z którą Dziennikowi ostatnio marnie się konkuruje.
Dlaczego twierdzę, że Robert Krasowski nie jest konserwatystą? Otóż nasze poglądy i postawy mamy okazję demonstrować na co dzień. Jeśli idzie o redagowany przez Krasowskiego Dziennik, być może zaraz na samym początku, gdy wchodził na rynek i potrzebował się jakoś skonstranstować z Gazetą, ktoś naiwny, albo spragniony świeżego oddechu, mógł sądzić, że dzieje się coś szczególnego. Przez cały dalszy okres aż do dnia dzisiejszego jedyne co redakcja Dziennika proponuje to tzw. Bruksela z przyciętą końcówką lewej części lewego skrzydła. Każdy kto czytał, albo może i jeszcze czyta Dziennik, doskonale wie, o czym mówię. Jedyny konserwatyzm, jaki jest obecny w gazecie red. Krasowskiego to ten jeden samotny felietonik Macieja Rybińskiego. A to, że Robert Krasowski nie jest jak Adam Michnik nie powinno red. Krasowskiego zbytnio ekscytować. Wszysczy są inni niż Adam Michnik, może z wyjątkiem Cohn-Bendita (Urlike Meinhoff już chyba nie żyje, prawda?)
Nieszczęście polskiej sceny politycznej, a tym samym ogólnej świadomości społecznej polega na tym, że w roku 1989 niezidentyfikowana grupa - przyznaję ze wstydem, że do dziś nie umiem ustalić jej prawdziwego kształtu, wszystkie osoby, jakie przychodzą mi do głowy, po pewnym czasie okazują się tylko wykonawcami - postanowiła skoncesjonować tę właśnie scenę. Aktu tego dokonano między innymi przez stworzenie tzw. pojęcia autorytetu. O ile wcześniej ludzie mieli autorytety, ale był to albo ksiądz, albo lekarz, albo nauczyciel, albo dziadek, lub mama, to po roku 1989 autorytetem stał się pan pisarz, pan aktor, pan profesor, albo pan działacz. I od tego czasu wszelkie decyzje dotyczące spraw ważnych, a podejmowane przez tę niezidentyfikowaną do dziś grupę, komunikowały nam autorytety.
W ten oto sposób już w pierwszych miesiącach nowej Polski okazało się, że lewica i centrum są jakie są, natomiast prawica dzieli się na zoologiczną i cywilizowaną. Przepływ między tymi dwiema prawicami był bardzo intensywny, ktoś wypadał z jednej, wpadał do drugiej, albo wylatywał z obu, a o wszystkim informowały autorytety.
Autorytetem zresztą też się tylko bywało. Jak mecenas Olszewski autorytetem być przestał, to zaczął nim być Lech Wałęsa. Albo taki prof. Wiesław Chrzanowski - konserwatysta prawdziwy i autentyczny człowiek prawicy. Czy ktokolowiek jeszcze pamięta artykuł z Gazety wówczas Wyborczej jeszcze, że obecność prof. Chrzanowskiego w ministerialnym fotelu to hańba, bo nigdzie w Europe faszysta nie pełni tak wysokiej funkcji? Obecnie wprawdzie prof. Chrzanowskiego się nie obraża (może dlatego, że nie występuje w telewizjach), ale w odróżnieniu od Władysława Bartoszewskiego dobrą okazją do bycia na stare lata autorytetem się nie zainteresował.
Bycie prawicą było powszechnie określane jako wstyd (słowo "obciach" pojawiło się znacznie później), więc jeśli ktoś koniecznie potrzebował identyfikować się jako konserwatysta i nie być przy tym towarzysko opluwany, musiał otrzymać swego rodzaju zaświadczenie, że jego prawicowość nie jest zoologiczna. Pewnie to gdzieś w tamtym czasie Robert Krasowski dostał swoją koncesję. Podobnie jak Tomasz Wołek i paru jeszcze innych.
Pisze red. Krasowski: "Dalej w prawo już niczego sensownego nie ma", a ja chciałbym panu redaktorowi przypomnieć, że "dalej w prawo" nigdy niczego sensownego nie było. "Dalej w prawo" to można było się tylko najeść wstydu wśród znajomych, którzy orientowali się, co w trawie piszczy. Jeśli więc teraz red. Krasowski prezentuje swoje pokrętne banialuki, to chyba liczyć może tylko na dwudziestoparoletnich studentów socjologii, którzy bardzo chcą być konserwatywni, ale pod warunkiem, że nie trzeba chodzić do kościoła i tak w ogóle to nie przesadzać z "tą tożsamością, czy jak się to coś nazywa". Może im się spodoba i będą dalej codziennie wydawać te 1,50 na Dziennik, zamiast 3 na Rzepę.
I to jest też jedyny sukces, na jaki red. Krasowski może liczyć. Doświadczenie bowiem uczy, że przez te prawie dwadzieścia lat wolnej Polski przetrwali tylko ci, dla których ta wyśmiewana jako fantom przez pana redaktora tożsamość była czymś za co warto się było narażać na kpiny i śmiech.
Na koniec już, a propos tych, którzy przetrwali, nie wiem skąd Krasowskiemu przyszło do głowy, że pod koniec lat 80. Aleksander Hall był guru polskiej prawicy. Ale niech mu będzie; jak chce, niech pan Olek będzie jako ten guru nawet i poczciwy i sympatyczny. Faktem jest, że po tych wszystkich latach, jedyne co zostało z Aleksandra Halla jest być może (jeśli jeszcze go drukują) jego felieton w konserwatywnym okienku Gazety i żona minister.
Minister zresztą marny, jak nie wiem co.

piątek, 21 marca 2008

Witajcie w nowych czasach!

Dziś nad ranem zmarł senator Prawa i Sprawiedliwości Andrzej Mazurkiewicz. W portalu interenetowym onet.pl wesoło zawrzało. Jednak po nadejściu informacji o odzanczeniu zmarłego senatora przez prezydenta Kaczyńskiego, atmosfera wśród internautów zrobiła się poważniejsza. Oto wybrane posty z jednego otwarcia (godz. 17):

Prezydent powinien wyraznie sprecyzowac jakie to zaslugi te wybitne zaslugi.
Kompletna glupota w odznaczaniu niebozczykow : dajcie medal za zycia!
44 - (2008 - 1981) = 17 lat i w KPN
Czy każdy działacz PiS po śmierci dostanie order ?
Panie prezydencie ten urząd to nie furtka dla prywaty i obdzielania orderami
Życiorys zmarłego nie jest najlepszy: absolwent KUL-u - żałosne! działacz KPN - tragikomiczne! solidaruch - niesmaczne!
To Rjmund Kaczyński z synalkami Jarusiem i Lesiem działali na niwie marksizmu - leninizmu. Jaruś i Lesiu nawet się z tego doktoryzowali :)))
Jasne, w tym kraju każdy, kto umiera, staje się automatycznie bohaterem Śmierć = bohaterski czyn, zasługujący na nagrody i ordery. A co do wybitnych zasług tego pana dla demokracji, przeczytajcie sobie jego ostatni wpis na blogu. To w zupełności starczy jako komentarz.
Kaczor tylko czeka na okazje by dać komuś medal albo odznaczenie..to jedyna
nic tylko umierac!!!!.
to rozumiem że teraz to samo odznaczenie otrzyma połowa posłów i senatorów. bo przecież też mają "wielkie zasługi dla...". tym tylko się fuksnie bo za życia.
kolega? nastepny z grona kolegow? nic nie slyszalem o ZADNYCH zaslugach tego tzw.zasluzonego!!!kiedy odznaczanie przestanie byc prywatnym folwarkiem tzw.prezydenta????
prezydent pis-u ceni jedynie swoich i umarłych 0 toz to groteska

Jest już 15 minut później. Prawdopodobnie sytuacja na internetowym poligonie uległa zmianie. Pojawiły się nowe komentarze, nowe głosy, nowe emocje. Nadchodzą Święta Wielkanocne. Pierwsze święta nowej ery - ery wiecznej serdeczności.
Wszystkiego najlepszego!

Wykopywanie taboretu



Może zabrzmi to jak fikcja, niestety jest najczystszą prawdą.
Otóż spotkałem niedawno pewnego obywatela. Pełny standard: wyższe wykształcenie, rodzina, samochód, porządna praca, bardzo miła powierzchowność, niewymuszona uprzejmość. W pewnym momencie obywatel ów poskarżył mi się, że od pewnego czasu onet nie chce umieszczać jego postów i że jego zdaniem robi to ze względu na słowo “ścierwo”. Pisze on bowiem tekst zaczynający od słów “Wy piso-bolszewickie ścierwo” i onet tego nie puszcza. Chodzi teraz o to, żeby “ścierwo” zastąpić czymś innym, tylko czym?
Rozmawialiśmy dłużej i mój znajomy powiedział, że jemu osobiście jest wszystko jedno, kto będzie rządził i w ogóle jest mu ogólnie wszystko jedno, ale ma jedno marzenie. Chce zobaczyć Kaczyńskich, Ziobrę, Gosiewskiego, Girzyńskiego, Szczygłę w kajdankach, a potem już z radością przeżywać każdy dzień, wiedząc, że wszyscy oni gniją w więzieniu.
Kiedy mu powiedziałem, że jak już PiS przestanie istnieć, to trzeba będzie się pozytywnie za czymś opowiedzieć, odpowiedział spokojnie i bez śladu emocji, że od czasu rządów Mazowieckiego on osobiście nie obstawia nikogo szczególnie, ale chce, żebym zrozumiał, że to wszystko jest nieistotne, wobec tej jednej jedynej emocji:

Niech pan zrozumie. Jak już będą wreszcie wieszać Kaczyńskiego, to ja będę pierwszy, który z radością wykopie spod niego ten taboret. Bo ja nie mówię o polityce, o rządzeniu, o tym czy oni coś tam zrobili dobrze, czy źle. Ja ich po prostu nienawidzę.
Mój rozmmówca ani sie nie denerwował, ani nie używał brzydkich słów, ani nie miał szczególnie złej miny. Po prostu chciał mi wytłumaczyć swój stosunek do, jak to określał “piso-bolszewii”. Nie dyskutował, nie przekonywał, nie był ciekawy moich opinii – po prostu najuczciwiej na świecie tłumaczył swoją polityczną postawę.
Przyznam, że osobiście nie sądzę, żeby onet.pl specjalnie ignorował mojego znajomego, urażony słowem “ścierwo”. Jeśli się czyta codzienne komentarze internautów, trudno się słowem “ścierwo” poczuć szczególnie zaszokowanym. Nienawiść - czysta, żywa, najszczersza nienawiść do wszystkiego, co reprezentują bracia Kaczyńscy ubierana jest na forum onetu w tak fantazyjną retorykę, że tu nie może chodzić o kolejne słowo. I nie o słowach chcę pisać. Chodzi mi mianowicie o ogólne podejście.
Wszyscy jesteśmy okropnie rozdyskutowani, wielu z nas uważa, że ma rację i że ta nasza racja jest tak szczera, że wystarczy krok, a uda się osiągnąć choć minimalne zbliżenie. Jest jednak przy tym tak – i część z nas zdążyła tego boleśnie doświadczyć – że niekiedy po przeciwnej stronie zamiast argumentu spotykamy jedynie prostą, czystą niechęć. Niechęć ta manifestuje się różnie; czasem jest to zdanie typu “A wam tam w PiSie ile płacą za te komentarze?”, a czasem jasne i proste: “Pisiory, zamknąć dzioby”.
Po rozmowie z moim znajomym nagle uzmysłowiłem sobie, że oto po raz pierwszy z taką uczciwością i szczerością zostałem skonfrontowany z całym sednem obecnego sporu. Mój rozmówca nie obrażał mnie, nie złościł się na mnie, nie lekceważył mnie kąśliwymi docinkami. Zwyczajnie przedstawiał stan rzeczy. Chodzi mianowicie o nic innego, jak o najzwyklejszą, najdoskonalszą nienawiść i tyle. Reszta to już tylko tak zwany PR, czy jak mu tam. Gdzie więc miejsce na rozmowę? Gdzie czas na szukanie porozumienia i zgody? Wszędzie może, ale nie w tym temacie.
Mądrzy komentatorzy, znawcy przedmiotu, analitycy bardziej i mniej obiektywni starają się rozpoznać scenę polityczną i społeczną w kraju. Ośrodki badania opinii publicznej mierzą stosunek społeczeństwa do tego czy innego polityka, tego czy innego zdarzenia, a doświadczeni eksperci przedstawiają swoje analizy i proponują rozwiązania. Ostatnio wszyscy zajmujemy się niską oceną społeczną pana Prezydenta. Okazuje się bowiem, że 50% społeczeństwa uważa, że Prezydent powoduje konflikty, 21%, że nie wpływa na nic, 46%, że jest gorszy od prezydenta Kwaśniewskiego, 21%, że zdecydowanie źle wpływa na wizerunek Polski, 58%, że nie reprezentuje godnie Polski, etc. etc. I wszyscy zastanawiamy się, dlaczego, oraz co można i trzeba zrobić, żeby nie było tak źle.
Mi natomiast wśród pytań sondażowych brakuje jednego, podstawowego: jaki procent z osób badanych i badających żyje od rana do nocy jednym, pięknym marzeniem: by być w końcu tym pierwszym, który wykopie taboret?

środa, 19 marca 2008

Jeszcze będzie przepięknie



Debata polityczna utrzymuje stały, wysoki poziom. W onecie pojawiła się sonda: Czy zgadzasz się ze Stefanem Niesiołowskim, że Lecha Kaczyńskiego trzeba będzie postawić przed Trybunałem Stanu? Zdecydowana większość internautów oddała głos za. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że następnym razem pytanie zostanie sformułowane nieco inaczej, powiedzmy: Czy uważasz, że Lech Kaczyński powinien zostać starty z powierzchni ziemi natychmiast i w miarę możliwości boleśnie, a wynik ankiety będzie podobny.
Właśnie kończy się akcja wysyłania do premiera Kaczyńskiego zdjęć naszych dzieci siedzących słodko przed komputerem . Minął również kolejny dzień analizowania wystąpienia telewizyjnego Prezydenta pod kątem poziomu obciachu. Stefan Niesiołowski nabiera nowego oddechu, mikrofony i kamery się grzeją. Na tarczy mamy wizerunek Jarosława Kaczyńskiego, a przed tarczą przebierający nogami tłum z mokrą szmatą w ręku szykujący się do skoku.
Oto ukazał się nowy sondaż. PiS ma 18% poparcia. Wprawdzie to nie to samo co 15%, by nie wspomnieć o 3%, ale zawsze jakaś satysfakcja
Oczywiście mamy też władzę. Jakby ktoś zapomniał, po wygranych jesienią wyborach rządy sprawuje Platforma Obywatelska z panem premierem Donaldem Tuskiem na czele, w koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym. Ministrowie pobierają pensje, ministerialni urzędnicy pewnie krążą po ministerialnych korytarzach, a opinia publiczna zachodzi w głowę, jak długo PiS zachowa poparcie powyżej 10%. No i w ogóle jak to z PiSem było, jak to jest i jak to bez PiSu jeszcze będzie przepięknie.
Ministrowie, jak już wspomniałem, pozostają na swoich z góry upatrzonych pozycjach, niemniej coś się zmieniło. Minister Ćwiąkalski z laptopami jakby zapadł się pod ziemię, podobnie Julia Pitera, Waldemar Pawlak od czasu jak kazał dziennikarzom się odczepić też jakoś zniknął, pan minister finansów (nazwiska zapomniałem) podobnie, pani minister od pracy na chwilę wychynęła przy okazji występów transwestytów i wróciła do gabinetu. Całej reszty i tak dotychczas nikt nie zna, za bardzo ich nie widział, ani też nic od nich nie chciał. Cisza. Błogość.
Prawie. Jeszcze tylko musimy ostatecznie załatwić problem PiSu. Później we wszystkich mieszkaniach w kraju zainstaluje się super jakości głośniczki i od rana do wieczora nowa władza będzie nam puszczała muzykę Andreasa Vollenweidera na zmianę z Patem Methenym.

wtorek, 18 marca 2008

Kto kogo kocha, kogo nie?



Od pewnego czasu, szeregi szczerych i wiernych miłośników demokracji i społeczeństwa obywatelskiego załamują ręce nad nieuchronnym i ostatecznym upadkiem Prawa i Spraiedliwości. Perspektywa ograniczenia naszej sceny politycznej do jednej tylko partii, dla osób demokrację miłujących jest wręcz nie do zniesienia.
PiS jednak powoli przestaje istnieć, więc poważni komentatorzy i mniej poważni kibice mają kłopot. Dziś w Rzeczpospolitej głos zabrała pani profesor Jadwiga Staniszkis i przedstawiła problem, jak mawiają Anglicy "briefly and to the point".
Idzie bowiem o to, że Platforma Obywatelska i pan premier Tusk są w gruncie rzeczy do niczego, ale PiS jest jeszcze straszniejszy, więc dla wyborców sprawa jest oczywista. Bardziej precyzyjnie: PiS jest fatalny i się ośmiesza, natomiast PO też jest fatalna, ale się nie ośmiesza.
O tym wprawdzie pani profesor nie pisze, ale ja sobie bardzo dobrze przypominam, że ośmieszanie się PiSu pełną parą ruszyło jakoś tak jesienią 2005 roku. To wtedy właśnie Polska stanęła na krawędzi międzynarodowej kompromitacji, to wówczas też PiS wraz ze swoimi politycznymi przyjaciółmi - Giertychem, Rydzykiem i Bublem zaczęli staczać się w polityczny niebyt... Wróc! Był moment, gdy w tym towarzystwie zabrakło Giertycha - to wtedy, gdy razem z Platformą LPR uchwalać chciał podwójne becikowe, a marszałek Kotlinowski przeganiał marszałka Jurka od mikrofonu.
Krótko mówiąc, Jarosław Kaczyński ośmieszał siebie i swoje ugrupowanie zawsze. Kiedyś samodzielnie, następnie wraz z premierem Marcinkiewiczem, a później znów sam. Ośmieszał swoją partię i ojczyznę, kiedy rządził; ośmiesza partię i ojczyznę, kiedy jest w opozycji.
Z dugiej strony, Donald Tusk, Bronisław Komorowski, Julia Pitera, Stefan Niesiołowski i inni, jak już mówiliśmy, może nie byli idealni, ale żeby od razu się ośmieszać - nigdy! Owszem, robili błędy, ale generalnie opozycyjna strategia Platformy - czyli atak totalny, bezwzględny i nieustanny - szkody Platformie i Państwu Polskiemu nie wyrządzała, no a poza tym była skuteczna. Gdy Platforma bezsensownie zwiększała becikowe, gdy Donald Tusk wzywał do obywatelskiego nieposłuszeństwa (to na początku), gdy stratedzy Platformy prowadzali po salonach byłego ministra Kaczmarka, a poseł Graś z drżącym sercem informował o wpływach Stasi i Securitate w sferach przypisowskich (to pod koniec), wstydu oczywiście nie było. Problemem cywilizacyjnym , moralnym i politycznym był tylko Jarosław Kaczyński. Był i jest nadal.
Wystarczy zatrzymać oko czy ucho na dowolnej politycznej publicystyce; co widzimy? PiS, PiS i tylko PiS. Ktoś w telewizji mówi, że postawa PiSu sprowadza Polskę do roli zakały Europy, a ja pamiętam wyraźnie jak Polska już wcześniej przez dwa lata była zakałą Europy. Mądrzy ludzie liczyli szczerze, że jak Platforma Obywatelska obejmie władzę, to Polska w Europie i w świecie zabłyśnie jak betlejemska gwiazda... a tu nagle się okazuje, że PiS nie pozwala.
Przez dwa bite lata obywatele pragnęli dokonać jakiegoś rozsądnego wyboru. Chcieli uczciwie i szczerze rozeznać się kto dobry, kto zły. Nie dało się, bo PiS robił obciach. I teraz znowu: widać, że Platforma jakaś słabiutka, że PSL jakiś dziwny, no ale jak tu się zająć na poważnie polityką, skoro Kaczyńscy niszczą?
Jest jeszcze jedna możliwość. Dotychczas tylko raz, gdy politycy PiSu sterroryzowali posłankę Beger i staliśmy na progu autentycznego puczu, w sondażach PiS spadł do poziomu 12%, a poseł Niesiołowski ogłosił, że jeszcze chwila i będzie 5%. Może powtórzyć ten happening? Tyle że tym razem niech społeczeństwo da Kaczorom 2%. Może się uda.
PiS wprawdzie przestanie istnieć. Kaczyńscy wyjadą na Białoruś, a w Polsce pozostanie zjednoczona koalicja Platformy i PSLu, z komunistami w odwodzie w razie jakiegoś kryzysu. Trochę demokracja ucierpi, no ale cóż się nie robi dla spraw wyższych?

poniedziałek, 17 marca 2008

Bój to jest ich ostatni?



Kiedy wydawało się, że bojownicy o Polskę "bez obciachu" dostali zadyszki i dadzą też trochę odetchnąć Jarosławowi Kaczyńskiemu, TVN z Newsweekiem w ramach jakiśtam swoich drobnych czy wielkich interesów przyłożyli Krauzemu, a przy okazji Kaczmarkowi i tym samym dali satysfakcję IV RP. No więc żeby obywatele za bardzo nie zajmowali się głupstwami i nie zapomnieli, kto jest naprawdę zły, osoby odpowiedzialne za edukację społeczeństwa obywatelskiego napuścili na Kaczora internautów, a później już poleciało.
Sytuacja obecnie jest taka, że nawet byli reżimowi komentatorzy muszą wyrazić zaniepokojenie stanem umysłu pana prezesa, a jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał, o co idzie walka, zostanie wyśmiany, wyszydzony i wykreślony już nie z towarzystwa - bo do towarzystwa nie należy już od ponad dwóch lat - ale w ogóle wykreślony.
Na polu bitwy pozostali jedynie zwykli zwolennicy PiSu i prezesa Kaczyńskiego. Ale za nich wziął się właśnie w naszym Salonie red. Warzecha. I problem jest wciąż ten sam: czy Łukasz Warzecha wie, że coś nie gra i głosy tych, którzy zachowali resztki zdrowego rozsądku działają mu na nerwy, czy może autentycznie niesiony jest moralnym oburzeniem na zakłamanie pisiorów i zwyczajnie protestuje. Nie wiem. Tak jak mój świętej pamięci Ojciec, jeszcze w czasach głębokiej komuny drapał się po swej siwej głowie i pytał: Czy oni wiedzą, że kłamią?
Ponieważ jestem jak najbardziej ufny w dobrą wolę ludzi i wierzę, że jeśli ktoś normalnie nie kłamie, to się po prostu myli, mam do red. Warzechy parę uwag.
Przed paroma dniami chyba Super Express podał, że córka Prezydenta wyjeżdża ze swoją rodziną z Polski na zawsze. Dziś we Wproście pani Prezydentowa oświadcza, że to nieprawda. No więc pewnie nieprawda. Moim zdaniem, po ponad dwóch latach obserwowania tego typu zjawisk, naturalnych i nieubłaganych, jak każdy nowy dzień, można dojść do wniosku, że tak naprawdę problem jest jeden. A nie jest nim na pewno kwestia czystości intencji i uczciwości i kompetencji Jarosława Kaczyńskiego.
Jeśli po ponad dwóch latach tego typu doświadczeń, nieustannych i bezlitosnych, pan redaktor Warzecha wymaga od ludzi szanujących Jarosława Kaczyńskiego, żeby go szanowac przestali, to podejrzewam, że pan redaktor albo coś kombinuje, albo po prostu upadł na głoiwę.
Bo problem z informacją o emigracji córki Prezydenta jest zaledwie drobnym symbolem czegoś, co przy odrobinie dobrej woli red. Warecha bez kłopotu by zrozumiał. Jest symbolem czegoś bardzo wielkiego i bardzo poważnego. Czegoś, co prości ludzie nazywają Kłamstwem Powszechnym.
Proponowałbym zatem, żeby, jeśli Łukasz Warzecha naprawdę pragnie zanurzać się w rozmyślaniach, jakichkolwiek, niech lepiej da spokój wyborcom PiSu, a skupi się na sprawach bardziej realnych. Na przykład, jeśli red. Warzecha cierpi z powodu wszechogarniającego go fanatyzmu, niech pomyśli o tych wszystkich obywatelach, i starszych i młodszych, którzy owszem - do Kaczorów mają stosunek krytyczny, ale ich krytycyzm manifestuje się nieustannym, powtarzam - nieustannym - rechotem i hasłem - kluczem: Niech Kaczka zamknie dziób!
Więc jeszcze raz proszę zarówno red. Warzechę, jak i inne osoby zatroskane stanem umysłów zwolenników PiSu, żeby dali sobie spokój. Bo nawet jeśli te wszystkie moje uwagi są mało mądre, a Kaczyńscy - jeden i drugi - są w gruncie rzeczy nic nie warci, a wierni sympatycy PiSu są głupi, fanatyczni i mają śmieszne czapki, to zapewniam, cytując mistrza Dostojewskiego, że ja i oni i tak wolimy zostać z Jarosławem Kaczyńskim - pomyłką - niż z wami.

sobota, 15 marca 2008

Idą nowe wybory. Idą nowe czasy.



Zbigniew Clebowski zapowiedział właśnie, że jeśli Traktat Lizbonski nie zostanie ratyfikowany, naturalnym rozwiązaniem będą nowe wybory.
Ci którzy lubią pamiętać słowa, gesty, czyny sprzed dalej niż dwoch dni, na pewno też pamiętają, jak dwa lata temu, gdy Jarosław Kaczyński wspomniał o możliwości nowych wyborów, bo rząd nie ma większości i nie może rządzić, Donald Tusk zagroził wyprowadzeniem obywateli na ulicę.
Z niecierpliwością czekam i tym razem na reakcję pana premiera.
No więc tak: to powyżej to była ironia. Sprawa jednak jest dużo poważniejsza. Wygląda bowiem na to, że chaos intelektualny, który zapanował w tak zwanej domenie publicznej osiągnął szczyty i ma się znakomicie. Można, jak się okazuje, powiedzieć wszystko, a następnie otoczyć wypowiedź ochronnym płaszczem milczenia, lub nic nieznaczącego szmeru, żeby autor każdego głupstwa, lub każdego kłamstwa, lub każdej manipulacji mógł pozostać całkowicie bezkarny.
Czasem naprawdę wydaje się, że dla zachowania zdrowia psychicznego lepiej się skupić na pustych drobiazgach z pogranicza misiaczka.pl, czy tak jakoś. A więc, jeśli ktoś ma ochotę powiedzieć mi, żebym się odczepił od Donalda i pana Zbyszka, to zmieniam temat.
Wczorajsza Gazeta podała, że dwa razy w ostatnim czasie piosenkarka Doda Elektroda odwiedziła w katowickim areszcie niejakiego Sebastiana K. , gangstera o pseudonimie "Młody krawat".
Czy ja coś sugeruję? Ani mi w głowie. Tak sobie gadam. A wy słuchajcie.

piątek, 14 marca 2008

Twarze ładne, twarze brzydkie



Chwilę temu w telewizji TVN 24 pewien Pan redaktor zaprosił do studia specjalistę od filmu i gawędzili sobie o najnowszej części filmu o Johnie Rambo. Kiedy już Sylvester Stallone został ostatecznie zdeptany, pan redaktor wypowiedział słowa: "Nie wyglądam na kogoś, kto ogląda Rambo".
Jako człowiek o twarzy prawdopodobne kogoś, ktoś kto lubi Sylvestra Stallone i jego Rambo, chciałem podzielić się refleksją z innymi właścicielami twarzy głupich i paskudnych, licząc jednocześnie na to, że może parę umysłów szlachetnych i kilka par oczu pięknych też zechcą przeczytać tych parę słów prawdy przecież.
Otóż od czasu gdy Andrzej Celiński wypowiedział się na temat spoconych twarzy, prowadzenie polityki na poziomie oceny wyglądu swoich przeciwników nabiera systematycznie rozpędu. Wyśmiewamy już nie tylko poglądy ludzi w konkretnym nakryciu głowy, ale również ludzi małych, grubych, o złych oczach, o nienawistnych twarzach, w zbyt szerokich marynarkach, w zbyt krótkich skarpetkach, w brzydkich butach.
Prowadzi to do sytuacji szczególnych. Mówię komuś na przykład, że nie ma racji, a ten ktoś wali prosto między moje kaprawe oczka: "Stul dziób, grubasie"; ktoś w telewizji mówi, że Donald Tusk nie powinien był żuć gumy na spotkaniu z panią kanclerz Niemiec, a obywatel przed telewizorem odpowiada: "Popatrz, jakie te pisiory mają szczególne twarze". I tak to się kręci.
Dziś w TVN24 jeden pan mówi, że Rambo IV jest do niczego, a drugi na to, że tych, którzy mają przeciwne zdanie można rozpoznać po twarzach. Taki odruch.
I to tyle. Nic właściwie ważnego, ale myślę, że warto się czasem zadumać. A jeśli ktoś uważa, że te moje uwagi są nic nie warte, bo ja z pewnościa jestem z PiSu, a pisiory jak wiadomo mają zaropiałe dzioby, to ostrzegam. W nowoczesnej Europie tego typu postawa nazywa się "lookism" i jest prawie tak samo obciachowa, jak "sexism", czy "antisemitism". Lepiej uważać, bo ktoś może wylecieć ze szlachetnego towarzystwa.

czwartek, 13 marca 2008

Kłamstwo ma się świetnie... jak zwykle



No i przeczytałem wywiad z Jarosław Kaczyńśkim, dzięki któremu przejdzie pan Prezes do historii polskiej hańby (to znaczy już przeszedł, ale teraz przejdzie bardziej). Wypowiedź na temat Internetu zajmuje sześć linijek przy całości ok 150.
Co odpowiada były premier na pytanie, jak zachęcić ludzi do głosowania? Otóż że po pierwsze nie jest zwolennikiem zmuszania ludzi do udziału w wyborach. Po drugie, że głosowanie powinno być aktem poważnym, związanym z pewnym wysiłkiem. Po trzecie, że jeśli ktoś siedzi sobie przy komputerze, ogląda filmiki, popija piwko, a w międzyczasie przyjdzie mu do głowy zagłosować, to jest to niepoważne. Ci którzy chcą tę powagę odebrać liczą, że dzięki swojej przewadze w środowiskach korzystających z Internetu odniosą pewniejszy sukces wyborczy.
Oto cała myśl i cała treść.
Dotychczas sądziłem, że ta część opinii publicznej, która odczuwa moralny wstręt do braci Kaczyńskich odczuwa go szczerze i naprawdę. Po całym dniu zbiorowego linczu na Jarosławie Kaczyńskim dokonanym za parę prostych, szczerych i właściwie absolutnie niekontrowersyjnych słów, dochodzę do wniosku, że ten cały zgiełk jest jak najdalszy od autentyczności. To wszystko jest najzwyklejszym kłamstwem... no ewentualnie czystym szaleństwem. Co i tak na jedno wychodzi.

środa, 12 marca 2008

Co nowego w Internecie? Co nowego u Was, moi mili?



No to prezes Kaczyński się doigrał. Dotychczas atakował ludzi i jakoś mu to uchodziło. Tym razem zaatakował nas wszystkich, czyli internautów, no a to tak jakby się rzucił z pięściami na samą esencję postępu i tego co nowe, przyszłe i wieczne. Nie ulega wątpliwości, że przez najbliższy tydzień bez przerwy, a z rzadka przez najbliższe kilka lat to szczególne chamstwo będzie mu starannie wypominane.
Internet jest wynalazkiem tak niebywale pięknym, że trudno go przecenić. I właściwie trudno znaleźć słowa, które byłyby w stanie to piękno oddać. Każdy kto korzysta z sieci czy to na codzień, czy tylko wtedy gdy szuka konkretnej pomocy doskonale wie, na czym polega wielkość tego medium.
Nie trzeba jednak przy tym mieć natury szczególnie refleksyjnej albo też z jakiegoś powodu nienawidzieć komputerów, żeby wiedzieć, że z Internetem jak z demokracją: prowadzi niekiedy do niepożądanych reakcji; czasem bardzo niepożądanych. To właśnie Internetu wielkość, dostępność, uniwersalność, zasięg sprawiły, stał się on jedynym praktycznie miejscem na Ziemi, w którym można znaleźć dosłownie wszystko. A jeśli wszystko, to należy się zawsze liczyć z pewnego rodzaju nadreprezentacją towarzystwa, które z braku oficjalnej oferty gdzie indziej, będzie się garnęło właśnie do Internetu.
To właśnie szczególnie stali użytkownicy Internetu wiedzą najlepiej na co się narażają zasiadając przed swoim komputerem. Jarosław Kaczyński woli normalny papier, więc to co wie, wie ze słyszenia. My to wszystko widzieliśmy na własne oczy. Więc nie oszukujmy się. Przecież nie trzeba odwiedzać pedofilskich, czy sadomasochistycznych, czy zoofilskich stron, żeby wiedzieć dla kogo Internet również jest przeznaczony. Wystarczy choćby siąść na chwilę na dyskusyjnym forum onet.pl. Najlepiej wtedy gdy informacją dnia jest czyjaś śmierć, albo jakaś większa tragedia. To wówczas wyłażą z mroków Internetu czarne dusze, a jest ich tak dużo, że wrażliwy choć trochę człowiek może poczuć niepokój. To właśnie w takich momentach Internet również pokazuje swą czarną duszę: nienawiść, szyderstwo, krew, zbrodnię (wtedy włączają się moderatorzy).
Zwróćmy uwagę. Przecież to właśnie osoby, ktore muszą bardziej niż inni korzystać z Internetu, lub z telefonu komórkowego, częściej też niż inni z czasem nabierają sceptycyzmu w stosunku do któregoś z tych wspaniałych osiągnięć społeczęństwa informatycznego. Może dlatego, że są zmęczeni tym co się nazywa "digital". Ale może też i dlatego, że naocznie mogą się przekonać, że wypełniające kolorowe magazyny oferty dzwonków, tapet, obrazków, dżwięków, gier - to nie fikcja, ale to fakt za którym stoi wielomilionowa publiczność.
Internet potrafi więc przestraszyć. Załóżmy jednak, że nie. Że tak nie jest. Załóżmy, że Jarosław Kaczyński nie ma pojęcia i jest starym zgorzkniałym pajacem, który coś tam bredzi. Załóżmy, że Internet jest zaledwie barwnym dodatkiem do naszego kolorowego przecież świata, a Ludwik Dorn siedzi rzeczywiście ze swoim piwkiem i przeglądając stroniczkę za stroniczką rośnie moralnie i intelektualnie. Załóżmy, że Jarosław Kaczyński postąpił, jak to on - brzydko.
W takim razie, jak postąpili i postępują nadal ci wszyscy mądrzy, wrażliwi, nowocześni ludzie, gdy szydzą z pań lubiących się wsłuchiwać w ton głosu Radia Maryja? Na jakie słowa zasługują ci wszyscy, którzy szyderstwo, nienawiść, obrzydzenie do tego akurat głosu Kościoła uczynili elementem kultury popularnej i sprawili, że słysząc słowo Maryja, w dobrym tonie jest zarżeć? Bo co? Bo Rodzina Radia Maryja to hołota? Hołota większa niż Święty Krąg Braci Internautów? Bo internauci są po prostu różni, a "berety" wszystkie takie same? Kto to powiedział? Redaktor Sianecki? Przepraszam, ale ten akurat autorytet jest taki sobie. Szczerze powiedziawszy wolę Wałęsę i jego Gadu-Gadu.

wtorek, 11 marca 2008

Dożynanie demokracji



Z zapowiedzi ministra Sikorskiego dotyczących "dożnięcia watahy" jakoś nic nie wychodzi. Wprawdzie sondaże ciągle PiSowi nie służą, ale ogólnie patrząc "wataha" ma się zupełnie dobrze i wygląda na to, że przed nią droga dość prosta.
Minister Pitera obiecywała, że pod koniec lutego społeczeństwo ujrzy prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi, bo wtedy to właśnie Julia Pitera ujawni efekty swojej pracy. Luty minął, a na froncie cicho. Laptopy zamilkły, karty kredytowe zniknęły; wprawdzie mecenas Piotrowski wspomniał ponownie coś o grupie przestępczej, ale nawet TVN24 podekscytował się tą informacją równie serio, jak swoim własnym śledztwem w sprawie Kaczmarka.
I tu dochodzimy do tzw. meritum. Otóż właśnie ogłoszono, że tak ważne redakcje, jak Newsweek, TVN i osobiście redaktor Kittel odkryli, że były prokurator i minister Kaczmarek jest osobą mało wiarygodną. Że w związku z tym rewelacje pana posła Grasia o Stasi i Securitate i stan "porażenia" u części dziennikarzy i polityków z jesieni zeszłego roku są łagodnie rzecz ujmując niewiele warte. Że mówiąc najzupełniej już poważnie, kiedy premier Kaczyński ogłosił praktycznie upadek swojego rządu to w tym samym momencie oddał władzę i wystawił się na najbardziej brutalny dla każdego polityka atak w imię - jak się okazuje - najzwyklejszych zasad.
I co? I nic. Od kilku dni jedyny raz, kiedy pojawił się w TVN24 czerwony pasek, to była chyba infomacja o tym, że ojciec Jasia uznał go za swoje dziecko. Cisza, spokój, życzliwość, serdeczność, może nawet i miłość wypełzają z każdego słowa panstwa redaktorów, z każdej linijki gazetowych artykułów. Premier Pawlak biednieje, pielęgniarki głodują, policjanci strajkują, premier Tusk męczy siebie i innych swoimi napowietrznymi fanaberiami, a tu idealna harmonia i zaufanie. Gdzie te czasy, gdy jeden wieśmak potrafił wzbudzić moralne społeczne oburzenie na całe tygodnie?
Ktoś powie: "To standard; media lubią Platformę, więc ją oszczędzają". Problem jest jednak inny. Dlaczego media zaczęły oszczędzać PiS?
Odpowiedź jest bardzo przykra. Wygląda bowiem na to, że specjaliści od zapewnienia Platformie Obywatelskiej wiecznych rządów uznali, że na Kaczorów chyba jednak się nic już nie znajdzie. Można oczywiście coś tam grzebać, ale w pewnym momencie jałowość tego grzebania może okazać się przeciwskuteczna. Poza tym ludzie będą oglądać rożnych ministrow, patrzeć jak ktoś się z kimś kłóci i jest jakoś nieprzyjemnie, a przecież już Kasia Tuskówna prosiła swojego tatę, by zrobił tak, żeby ona nie musiała znać się na polityce. Więc lepiej wszystko spowolnić, przykryć różową migiełką błogości (jak w Brave New World). Rząd pracuje, premier załatwia, złotówka rośnie, wiosna w pełni, a obywatele zarabiają na weekendowe zakupy w supermarkecie.
Zostawiamy więc tylko supermarkety... no i Szkło Kontaktowe, jako rozrywkę dla osób lubiących się pośmiać. Reszta przestaje istnieć. Nie udało się zamordować watahy, może uda się zniszczyć demokrację.
Módlmy się, by się im nie udało.

poniedziałek, 10 marca 2008

Honor, małostkowość, nabzdyczenie



Duet Mazurek & Zalewski uznał w dzisiejszym Wproście, że Prezydent nie zapraszając Michnika na uroczystości marcowe, pokazał tylko małostkowość i nabzdyczenie.
Gdy redaktorzy M&Z układali swój żart, okazało się zupełnie skądinąd , że nabzdyczenie i małostkowość Lecha Kaczyńskiego przejawiło się w tym, że wprawdzie medal miał być, ale nie taki, jakiego red. Michnik pragnął, tylko inny. Adam Michnik powiedział: "Chcę ten medal, a nie tamten", a nabzdyczony Pan Prezydent nie podjął tematu. Przez tę swoją małostkowość.
Jak się to ma do małostkowości i nabzdyczenia Adama Michnika, o tym Mazurek i Zalewski nie piszą.
Żeby się tego dowiedzieć, musimy pewnie poczekać aż głos zabierze red. Wołek, albo red. Żakowski. W końcu Mazurek z Zalewskim to dziennikarze reżimowi (zakładamy, że reżim Kaczorów jest wieczny), więc na nich nie ma co liczyć.
Teraz nadchodzi czas obiektywnych komentatorów.

piątek, 7 marca 2008

Krzywda Redaktora Michnika



Zupełnie możliwe, że istnieje dużo bardzo mocnych powodów, dla których Adam Michnik powinien był wczoraj otrzymać kolejny order.
Jest bardzo prawdopodobne, że pominięcie go przez Pna Prezydenta na wczorajszej uroczystości jest aktem tak wielkiej niesprawiedliwości, że opinia publiczna będzie musiała coś z tym skandalem zrobić. Mam wrażenie, że już i teraz pewne rzeczy w tej kwestii się dzieją. Wczoraj na przykład nawet taka Nelly Rokita musiała się mocno tłumaczyć pani redaktor Olejnik z postępku prezydenta i nie pomogła jej nawet jednoznaczna deklaracja, że ona osobiście uważa Adama Michnika za stuprocentowego bohatera.
Zanim jednak piekło zapłonie w swej całej pełni, chciałbym delikatnie zaproponować jeden jedyny powod, dla którego - przynajmniej z punktu widzenia powagi urzędu prezydenta - może i nieźle się stało, że pana redaktora Michnik w Pałacu zabrakło.
Mimo, że Adam Michnik od pewnego czasu skromnie unika pokazywania się publicznie i pewnie częściej spędza czas w taksówkach między redakcją, a domem red. Urbana, wciąż wielu z nas pamięta, jaki to z niego bezkompromisowy i awangardowy pan. Nie byłoby chyba dobrze, gdyby w tej uroczystej atmosferze, redaktor Michnik wkroczył do sali na tzw. gazie, podszedł do Prezydenta i na przykład walnął go w plecy i wyjąkał "Dałeś dupy, Lechu!"
Oczywiście nasi domorośli humaniści byliby zachwyceni, a program Szkło Kontaktowe miałby święto przez cały tydzień, ale czy interes Rzeczpospolitej potrzebuje dodatkowych fajerwerków nie jestem pewien.

środa, 5 marca 2008

O nienawiści w czasach pop kultury raz jeszcze



Pewien brytyjski, popowy oczywiście, artysta, swego czasu śpiewał:

It's so easy to laugh, it's so easy to hate. It takes guts to be gentle and kind
Być grzecznym i uprzejmym nie jest łatwo. O wiele prościej jest wskoczyć na onet.pl i sobie poużywać. Najlepiej to widać, gdy poobserwujemy ciężką pracę moderatorów usuwających pracowicie posty, które napływają po czyjejś śmierci, lub po jakiejś katastrofie.
Specjaliści od zachowań społecznych doskonale wiedzą, że jeśli chce się zachęcić człowieka, czy grupę ludzi do jakiś działań, najlepiej zaapelować do ich instyktów najniższych. Jeśli chcemy, by ludzie poszli do kina, należy wylać na ekran nieco krwi i trochę seksu (moga być wesołe rozmowy o seksie). Jeśli chcemy, żeby ludzie coś przeczytali, należy dać duże, kolorowe zdjęcie, a pod zdjęciem celny, nie więcej niż parozdaniowy komentarz (nie wolno przy tym zapomnieć, że w zdaniu nie może być więcej niż 15 słów). Jeśli chcemy, by ludzie kogoś nienawidzili, należy go wyśmiać, a jeśli chcemy tę nienawiść podtrzymać, należy ją ubrać w opakowanie pod nazwą "kultura popularna".
Co zrobić, by obywatel coś pokochał? To akurat jest zadaniem bardzo trudnym. Przecież to nie jest tak, że miłośnicy sztuki Kuby Wojewodzkiego uwielbiają pana Kubę. Oni tylko lubią razem z nim porżeć. Miłość bowiem nie jest pop; a już na pewno jest o wiele mniej pop, niż nienawiść.
Więc nienawidzimy. Ostatnio Prezydenta i jego Matkę. Mniej wybredni z nas nienawidzą Ojca Rydzyka. Jeszcze mniej wybredni nienawidzą posła Gosiewskiego. Dlaczego? Czy dlatego, że coś przeciw niemu mają? Oczywiście, że nie. Cóz może mieć do Gosiewskiego człowiek czytający tylko sms-y wyświetlane na pasku w czasie Szkła Kontaktowego? On go nienawidzi, bo jest mały, niezgrabny, a poza tym na drugie ma Edgar, a to już jest bardzo śmieszne. Można nawet dać trzy złote za przypinkę z napisem Uwaga Zły Edgar, albo wszystko jedno jakim.
Nawet teleturniej Milionerzy stał się ciekawszy od czasu, jak pojawiły się w nim pytania dotyczące psa Saby i stacji kolejowej o nazwie Włoszczowa.
Więc tak właśnie trzeba dbać o społeczeństwo. Pokazać ludziom, że opócz codziennych, zwykłych radości, mają jeszcze inne, bardziej wysublimowane. Takie jak na przykład dowcipy o dwóch grubaskach i ich kocie.
To na codzień. A później jeszcze tylko jedno. Zachęcić ich do udziału w wyborach. Najtrudniejsze, ale do wykonania.

wtorek, 4 marca 2008

Prawda wobec kultury pop



Każdy kto zastanawia się nad przyczynami niskiej popularności Prawa i Sprawiedliwości, a w tym samego Prezydenta i byłego premiera, powinien był choćby przez chwilę wysłuchać i obejrzeć wczorajszy występ telewizyjny Kuby Wojewódzkiego. Pan Wojewódzki bowiem swoim stylem, sposobem bycia, całym wizerunkiem odzwierciedla w sposób zupełnie idealny mainstream tzw. "społeczeństwa obywatelskiego".
Każdym swoim gestem, każdym wypowiedzianym słowem pan Wojewodzki zilustrował znakomicie stan umysłu tej części opinii publicznej, która jeśli czyta, to wyłącznie darmowe dzienniki rozdawane w okolicach dworca, jeśli ogląda, to tylko Szkło Kontaktowe, M jak Miłość i Taniec z Gwiazdami, a jeśli dyskutuje o polityce, to wyłącznie o tym, jakiej rasy jest pies Dorna.
Krótko mówiąc, reprezentuje pan Wojewódzki to, co powszechnie nazywa się kulturą pop w kształcie najbardziej zwulgaryzowanym. I to właśnie do tej części społeczeństwa zaapelował Donald Tusk i jego promotorzy. To właśnie ta część społeczenstwa może się stać najbardziej groźna dla demokracji, o ile tylko uda się ich uruchomić i zachęcić do jakiejkolwiek aktywności, czy to fizycznej, czy umysłowej. To właśnie ci obywatele, którzy, gdy tylko zostaną odpowiednio szturchnięci, potrafią wypełnić butelki kamyczkami i hałasować pod Kancelarią Premiera, przypiąć guziczek, lub założyć T-shirt z napisem Precz z Kaczyzmem, albo wyjść nawet w niedzielę z domu, żeby pokazać swoje obywatelskie zaanagażowanie.
I nie ma znaczenia, ilu najwybitniejszych specjalistów od wizerunku zatrudni Jarosław Kaczyński i jak bardzo zmieni swój język. Dopóki nienawiść do niego, jego brata i ich Matki będzie stanowiła element kultury popularnej, podobnie jak majtki (czy ich brak) Dody Elektrody, czerwone włosy Michała Wiśniewskiego i nowa książka redaktorów Sekielskiego i Morozowskiego, jedyna nadzieja w tym, że nienawiść ta spali się w swojej jałowości i w gruncie rzeczy kiczowatości, a w grze pozostaną tylko ludzie po prostu spragnieni prawdy.

niedziela, 2 marca 2008

Demokraci i intelektualiści



Prawo i Sprawiedliwość postanowiło wykonać gest w stosunku do obrażonej intelegencji, ale gniew inteligencji jest jak opoka. Ustami swoch przedstawicieli inteligencja wyśmiała Prawo i Sprawiedliwość i poradziła Prawa i Sprawiedliwości wyznawcom, by zwrócili się do Ojca Rydzyka, Andrzeja Leppera, Romana Giertycha i w ogóle do swojego zbydlęconego elektoratu, a inteligencję zostawiło w spokoju.
W telewizji TVN24 redaktorzy Stasiński i Bratkowski poinformowali autorytatywnie, że człowiek wykształcony czuje naturalną odrazę do braci Kaczyńskich, a jeśli jej nie czuje - jest to stan nienaturalny związany ze zdradą etosu. Tym samym, jeśli człowiek posiadający wykształcenie wyższe głosuje na IV RP, automatycznie wyrzeka się zaówno swego wykształcenia, jak i wynikającego z niego społecznego statusu. Staje się bydłem i jego dalsza obecność wśród ludzi wykształconych jest nielegalna i powinna być ukarana.
Tym samym, wykształcone grupy popierające PiS otrzymały bardzo czytelny sygnał: popierając Prawo i Sprawiedliwość, sytuują się owe grupy poza systemem demokratycznym i zanim dzięki działaniom państwa, lub przez gniew obywatelski ulegną ostatecznemu rozproszeniu, mają siedzieć cicho i najlepiej się nie ruszać.
A ja wspólczuję tym nawet najbardziej łagodnym i ułożonym redaktorom, gdy próbują przekonać red. Stasińskiego, że demokracja ma swoje kolory i że ludzie są różni, mają różne poglądy i nie trzeba z nich szydzić. Redaktor Piotr Stasiński to wie i w życiu by nikogo nie dyskryminował, ani z nikogo nie kpił. On tylko się broni przed agresywną dziczą uzurpatorów.