wtorek, 31 października 2017

Sześć krótkich kawałków, czyli szanujmy wspomnienia

W związku z – mam nadzieję tylko chwilowym – przejściem „Polski Niepodległej” na dwutygodniowy cykl wydawniczy, nasz zwyczaj publikowania tu kolejnych odcinków przeze mnie krótkich politycznych komentarzy nieco się posypał. W dodatku, przez to, że dwa tygodnie w naszej Polsce to tak naprawdę wieczność, jest obawa, że jedyne na co można będzie liczyć przy czytaniu tych refleksji to tak zwany wspomnień czar. No ale próbujmy. W końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.


Wydaje się, że wydarzeniem ostatnich dni może się okazać nawrócenie na Dobrą Zmianę popularnego reżysera filmowego, Patryka Vegi. Otóż ów Vega, artysta znany przede wszystkim z zabawiania publiczności niczym nieograniczonym odmienianiem słów powszechnie uważanych za wulgarne, wystąpił w telewizji TVP Info i wygłosił dwie bardzo istotne deklaracje. Pierwsza to taka, że on, jako osoba bardzo religijna, codziennie czyta Pismo Święte, druga natomiast to ta, że jego najnowszy film zatytułowany „Botoks” tak naprawdę został wyreżyserowany przez Pana Boga, a sam Varga był tu zaledwie posłańcem. Oczywiście myśmy podejrzewali, że tam się coś dzieje, przynajmniej od czasu, gdy dotarła do nas wiadomość, że pieniądze na produkcję owego filmu wyłożył sam maestro Benbenek, natomiast co do tego, że w całej tej ciekawej akcji udział weźmie sam Pan Bóg, nikt nas nie uprzedzał. Dziś już jednak mamy pełną wiedzę na temat tego, w jakim kierunku obracają się wskazówki tego zegara i nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć panu Vedze wielu dalszych sukcesów w pracy na rzecz świeżo odzyskanej Ojczyzny.

***

Źli ludzie donoszą nam, że problem z Patrykiem Vegą polega na tym, że kiedy on kręcił swój film, nie miał nawet pojęcia, że jest osobą religijną, a co dopiero pisofaszystą, natomiast wszystko się odmieniło, kiedy dotychczasowa szefowa tak zwanego Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, kobieta nazwiskiem Magdalena Sroka, została przez minstra Glinskiego wywalona na zbitą twarz i stało się oczywiste, że od dziś pieniądze na tak zwane „kino” będą rozdawane znacznie staranniej niż dotychczas. Miłośnicy polskiego kina zamarli w oczekiwaniu, jak się w tej nowej sytuacji potoczą dalsze losy reżysera słynnego filmowego przeboju pod tytułem „Wołyń”, Wojciecha Smarzowskiego. Rzecz w tym, że ów Smarzowski, uznawszy, że skoro udało mu się zaspokoić potrzeby jednej części widowni, nadeszła pora na drugą, i zapowiedział nakręcenie filmu o pedofilii w Kościele. Jest oczywiście możliwe, że dyrektor Sroka przed swoim odejściem zdążyła Smarzowskiego odpowiednio finansowo wyposażyć, jeśli jednak te pieniądze nie zostały jeszcze wysłane, może być naprawdę różnie. Osobiście uważam, że zamiast kręcić film o księżach-pedofilach, Wojciech Smarzowski powinien natychmiast aplikować o dotacje na hagiografię braci Lecha i Jarosława Kaczyńskich. I niech się lepiej śpieszy, tak by nie wyprzedziła go Agnieszka Holland.

***

Pojawiło się nazwisko owej Magdaleny Sroki i jeśli ktoś myśli, że mamy do czynienia z jakimś niewartym choćby splunięcia epizodem, jest w głębokim błędzie. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, Magdalenę Srokę, w roku 2015, wraz z wyborczym zwycięstwem Prawa i Sprawiedliwości, na stanowisko dyrektora PISF-u powołał minister Gliński, jak się okazuje tylko po to, by dwa lata później ta dziwna kobieta, w imieniu reprezentowanej przez siebie instytucji, wysłała list do swojego amerykańskiego odpowiednika, w którym poinformowała go o tym, że … no własnie nie wiadomo tak do końca, o czym, bo list jest napisany tak koślawym angielskim, że po jego kilkukrotnym przeczytaniu, domyślamy się zaledwie, że chodzi o to, że „sytuacja w Polska jest niebiezpieczeństwo i artysta nie ma wolność i Lech Wałęsa to bohater rezim Stan Wojna niszczyć”. Oczywiście, w momencie, gdy owa owa korespondencja została ujawniona, Sroka została wyrzucona z pracy, jednak my stoimy wobec dwóch naprawdę ciężkich zagadek. Pierwsza to ta, jak to się stało, że ze wszystkich kobiet, jakie zamieszkują nasz piękny kraj, minister Gliński zdecydował się na stanowisko szefa PISF-u delegować to coś, i jak ten gest świadczy nie tyle o Sroce, co o nim właśnie, a druga to ta mianowicie, czemu rząd Dobrej Zmiany, kiedy chce się pozbyć niewygodnego urzędnika, musi konstruować aż tak skomplikowane prowokacje. Czy nie można było po prostu puścić plotki, że Sroka molestowała seksualnie młodych reżyserów?

***

Owo molestowanie pojawiło się tu nie bez kozery. Otóż w tych dniach Ameryka stanęła wobec potężnego skandalu. Jak się okazuje, jeden z najbardziej uznanych filmowych producentów, Harvey Weinstein, przez minione 30 lat wykorzystywał seksualnie największe gwiazdy Hollywoodu i owa wiadomość w owym, jak wiemy, bardzo starannie pod względem moralnym sprawdzonym środowisku, wywołała taki szok, że nawet niedoszła prezydent, madame Hillary Clinton, jak się okazuje wielka przyjaciółka Weinsteina, skutecznie zapominając o erotycznych przygodach swojego osobistego męża, oświadczyła, że  jest tym co się wydarzyło szczerze wstrząśnięta i nie chce mieć już z Harveyem nic wspólnego. Oczywiście cały świat nie może dojść do siebie po tym jak Weinstein naraził dobre imię branzy filmowej na szwank, my natomiast chcielibyśmy już tylko wiedzieć, jak ten Żyd musiał narozrabiać, że jego kumple zdecydowali się go odstrzelić w tak głupi i prymitywny sposób. Czy jest możliwe, że on kiedyś powiedział lub zrobił coś takiego, że sam Donald Trump postanowił mu tego nie darować? No bo nie oszukujmy się, pohańbiony biust Angeliny Jolie nie ma tu najmniejszego znaczenia.

***

Ktoś powie, że nas, z naszymi tu problemami, taki Harvey Weinstein z jego niespłaconymi długami nie obchodzi w najmniejszym stopniu. I to jest oczywiście prawda. To jak skończy Harvey Weinstein interesuje nas o tyle tylko, czy znajdzie się na jego miejsce ktoś równie zdolny, by zapewnić nam fimową rozrywkę na następne lata. Natomiast prawda jest też taka, że tego typu gangsterskie porachunki powinny stanowić dla nas naukę, gdy chodzi o to, co prawdopodobnie już niedługo zacznie się dziać u nas w kraju. Oto po dłuższym okresie czujnego milczenia, pokazała się publicznie prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz i oświadczyła, że, owszem, przez wiele długich lat w zarządzanym przez nią Ratuszu bezkarnie działała bardzo profesjonalna grupa przestępcza, jednak ponieważ żaden z owych przestępców nie poinformował jej o swojej przestępczej działalności, ona apeluje, byśmy się wszyscy od niej uprzejmie odchrzanili, bo chyba jest rzeczą logiczną, że kiedy ktoś nie wie, to trudno, żeby wiedział. Oczywiście istnieje pewna szansa, że prezydent Waltz, za to co zrobiła w związku z tak zwaną reprywatyzacją, ostatecznie pójdzie siedzieć, Bóg da, że w jednej celi ze swoim kumplem Donaldem Tuskiem, no ale  jeśli się okazę, że prawo tu z jakiegoś powodu jest bezradne, niewykluczone, że trzeba będzie wziąć przykład z braci Amerykanów i zastanowić się, czy nie dałoby się pani Hani podejść pod kątem takim bardziej obyczajowym.

***

A tu, jak wiemy, możliwości jest co niemiara. Oto niedawno, w ramach przesłuchań przed sejmową komisją w sprawie Amber Gold, pojawił się były dominikanin, niejaki Jacek Krzysztofowicz. Zanim Krzysztofowicz zrzucił habit, funkcjonował jako niekwestionowana gwiazda gdańskiego duchowieństwa, każdej niedzieli o godzinie 21, w miejscowym kościele pod wezwaniem św. Mikołaja gromadząc wokół siebie całą elitę gdańskiego biznesu, polityki, oraz prostej inteligencji i służąc im wszystkim głoszeniem Słowa Bożego. Dziś ojciec Jacek jest zwykłym obywatelem, mieszkającym wraz z żoną w zakupionym dzięki uprzejmości któregoś z banków mieszkaniu i, jak się możemy domyślać, każdego ranka budzi się z myślą, że być może to będzie właśnie ów dzień ostatni. Ileż to razy potwierdziła się stara prawda, że wszystko zaczyna się od tego jednego grzechu, a potem już pałeczkę przejmuje On, i dalej wszystko toczy się czysto i spokojnie. Tyle że na końcu On wraca i upomina się o swoje. A to czy odbierze osobiście, czy przy pomocy tych, których tam ma po to, by mu służyli, to już nie ma większego znaczenia. Sprawa polega bowiem na tym, że On swoje zawsze odbierze. I niech to będzie pointa naszych dzisiejszych rozważań.


Zapraszam jak zwykle do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek. One tam są i naprawdę czekają na wrażliwe oko. 

poniedziałek, 30 października 2017

O "bestiach" i bestiach

      Kiedyś, 25 lecie III RP, ale też już w tej chwili rocznice kolejne, obchodzimy na najróżniejsze sposoby, z których moim zdaniem najbardziej interesującym jest ten związany z regularnie urządzaną przez media histerią związaną z tym, że akurat z któregoś z więzień wypuszczany jest ktoryś z morderców, któremu akurat się kończy wyrok. Jak część z nas jeszcze pamięta, wprowadzenie w Polsce w roku 1989 tak zwanej demokracji, już wkrótce spowodowało powszechną amnestię, a wraz nią, najpierw zamianę wszystkich dotychczas wydanych wyroków śmierci na kary 25 lat więzienia, następnie, po paru latach, moratorium na wykonywanie kary śmierci, a w następnej kolejności, usunięcie z Kodeksu Karnego owej kary ostatecznie i na dobre. Efekt owych decyzji jest dziś więc taki, że  cała grupa najbardziej brutalnych morderców, którym, zanim zostali powieszeni, udało się doczekać zwycięstwa „Solidarności” i w ten sposób uratowali głowę, po odbyciu swojej kary, wychodzą na wolność, a cała Polska zastyga w lęku, co to teraz będzie, jeśli się okaże, że oni nie potrafią żyć na wolności i zrobią wszystko, co potrafią, by wrócić za kratki. I miejmy tylko nadzieję, że to będzie zaledwie zwykłe pobicie, lub włamanie.
      Czytelnicy tego bloga, nawet jeśli nie mieli okazji poznać moich poglądów odnośnie kary śmierci, potrafią z całą pewnością się ich domyślić. A zatem również ja z całą pewnością nie muszę tu nikomu tłumaczyć, że moim zdaniem, problem przed jakim stoimy wynika tylko i wyłącznie z faktu, że oni wszyscy w odpowiednim momencie nie zostali powieszeni. W moim rozumieniu rzeczy, jest czymś absolutnie oczywistym, że nasz dzisiejszy strach jest wynikiem wielkiej niesprawiedliwości, której źródłem jest to, co się stało w roku 1989, a więc – widać to bardzo mocno zwłaszcza dziś – włączenie Polski do tak zwanej „wielkiej rodziny europejskiej cywilizacji”, ewentualnie „wielkiej cywilizacji europejskich rodzin”. Obojętne.
      I to, moim zdaniem, stanowi kwestię zamknięta i nie podlegającą dyskusji. Problem natomiast jest o wiele bardziej interesujący. Otóż przede wszystkim, ja nie sądzę, żeby zagrożenie ze strony tych nieszczęśników było realne. Oczywiście, oni mogą ponownie zabić, jednak przede wszystkim jest ten idiotyczny ośrodek w Gostyninie, do którego się wrzuca tych wszystkich, którzy budzą jakiekolwiek podejrzenia, no a nawet jeśli jakiś durny psycholog uzna, że któryś z nich skutecznie wydobrzał, to nim się natychmiast zajmą sąsiedzi i sprawę załatwią na czysto. A zatem, powtarzam, problem z owymi „bestiami” jest ściśle fikcyjny, nakręcany wyłącznie przez wiecznie poszukujące sensacji media.
       No właśnie – media. Oto w tych dniach eksploatowany do tak zwanego porzygania jest temat ewentualnego wyjścia na wolność niejakiego Leszka Pękalskiego, określanego inaczej jako „wampir z Bytowa”, „bestia z Bytowa”, a nawet „hurtownik śmierci”. Z Pękalskim problem jest taki, że on został skazany na 25 lat więzienia zaledwie za  zabójstwo jednej, 17 letniej, dziewczyny, jednak ponieważ jeszcze w trakcie śledztwa – w sądzie swoje zeznania odwołał – wykazywał postawę, którą można określić znanym popularnie hasłem „I killed ‘em all”, do dziś w powszechnym mniemaniu funkcjonuje jako zabójca 90 osób. I warto zwrócić przy tym uwagę na fakt, że mimo iż o tym, że on faktycznie pozbawił życia az tyle osób powiedział nam w pewnym momencie jedynie on sam, do dziś powraca ta fantastyczna wręcz informacja, że on faktycznie ma je wszystkie na sumieniu, tyle że mu ich nie zdołano udowodnić. Nie, że nie ma w ogóle podstaw, by go o te zabójstwa choćby podejrzewać, ale że nie ma sposobu mu ich udowodnić. W końcu więc mamy tego „hurtownika śmierci”, w dodatku szalenie groźnego, a to jest coś, co się musi sprzedać.
     Powtarzam. Leszek Pekalski, wedle jak najbardziej oficjalnych danych, wspartych przez jego zeznania przed sądem, oraz zgodnie z formalnym wyrokiem, zamordował jedną biedną dziewczynę i za to „cywilizowane państwo” po 25 latach najprawdopodobniej na resztę życia zamknie go w tym elegackim ośrodku dla tak zwanych „bestii”. Ponieważ jednak w pewnym momencie pojawiła się nigdy skutecznie nie potwierdzona plotka, że tych ofiar było znacznie, znacznie więcej, my wszyscy nią dziś zmuszeni jestesmy żyć, i to w dodatku z wciąż podsycana przez media świadomością, że ów Pękalski już za chwilę się weźmie za nas.
     A zatem to jest w moim odczuciu nasz dzisiejszy problem. Po pierwsze, nie dość, że pozostajemy w niewoli medialnych manipulacji, to w dodatku uważamy, że tak jak jest, jest bardzo dobrze. Druga kwestia jest jeszcze ciekawsza. Tak samo mniej więcej ciekawa, jak wspomniane wcześniej manipulacje przy karze głównej za główne występki. Otóż to oni własnie, ci sami, którzy w tamtych latach, w imię jakichś nie dokońca jeszcze określonych wartości, postanowili, że Pekalski ma żyć, dziś do nas przychodzą i, jak gdyby to wszystko było efektem naszego braku roztropności, informują nas, czym grozi pokładnie zbyt dużej wiary w ludzkie dobro i skuteczność terapii społecznej i psychicznej terapii. I jeszcze, jakby tego było mało, każą się nam bać. Oni. Banda bezwzględnych cwaniaków bez serc i bez dusz.


Zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo warto.

   

      

niedziela, 29 października 2017

Raz, raz, jeszczo raz

      Gdyby sytuację oceniać po tak zwanych tagach, o Rafale Ziemkiewiczu na tym blogu pisałem okrągłe 30 razy. Oczywiście mam świadomość, że te 30 notek to teksty, których on był głównym, lub jednym z głównych bohaterów, natomiast tych, w których pojawiło się jego nazwisko może być dużo więcej. Mimo to, uważam, że biorąc pod uwagę fakt, że wszystkich tych notek nazbierało się już dobrę parę tysięcy, z Ziemkiewiczem jakoś szczególnie nie przesadziłem. A mimo to jednak – chociaż tego już nie sprawdzałem – nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby jego tu obecność odnieść do dokonań jego kolegów dziennkarzy, Ziemkiewicz pozostaje bezwzględnym liderem. Mało tego. Faktem bowiem przy tym jest też to, że to nikt inny, jak właśnie Rafał Ziemkiewicz stał się dla mnie pierwszą inspiracją do tego, by zacząć prowadzić ten blog. To jemu, w jego całym, znanym dziś już powszechnie, wymiarze, poświęcony był pierwszy mój tekst i to on właśnie, ów tekst, stał się niejako początkiem mojego sukcesu.
      Dlaczego Ziemkiewicz? Powiem szczerze, że, choć mam tu swoje podejrzenia, odpowiedzi na to pytanie nie znam. Oczywiście, on jest niewątpliwie autorem z nich wszystkich najbardziej płodnym, również tematyka jego tekstów sięga znacznie dalej i głębiej, niż to, z czego się utrzymują jego koledzy dziennikarze, przez co on robi wrażenie osoby znacznie bardziej od nich oczytanej i myślącej, z drugiej jednak strony, myślę, że, jeśli się nad tym wszystkim bardziej zastanowić, każdy z nich, pomijając może Łukasza Warzechę, jest od Ziemkiewicza znacznie bardziej inteligentny, no a przede wszystkim uczciwszy. A mimo to, on tu wciąż powraca. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że za tą jego szczególną tu popularnością stoi owa wyjątkowa bezczelność, z jaką on się od lat produkuje. Ile razy on się pojawi, czy to na papierze, czy w Internecie, czy na publicznych spotkaniach, czy wreszcie w telewizji, ów kontrast między ową bezczelną pozą, a tym, co ona w sposób oczywisty zakrywa, jest tak irytujący, że naprawdę trudno jest wobec tego przejść obojętnie. Ziemkiewicz bowiem, to jest coś więcej niż słowo i opinia. Ziemkiewicz, to jest pewien szczególmny szyk, który sprawia, że każdy normalny człowiek, zamiast podejmowac dyskusję, ma ochotę temu człowiekowi dać w pysk za samo spojrzenie, za samo wykrzywienie ust, za sam ton głosu, a wszystko to podane w taki sposób, by jak najlepiej przykryć tak naprawdę jedną jedyną wiadomość: „I am sick as a brick, and I’m fine”.
      Pojechałem przedwczoraj na bardzo wystawną gościną do znajomych w Wiśle i kiedy już przyszła pora udać się na spoczynek, włączyłem sobie telewizor, a tam trwał program „W tyle wizji”, gdzie wspomniany Ziemkiewicz rozmawiał z nieznaną mi panią – jak rozumiem wrzuconą w miejsce Warzechy, który, jak wiemy, został przez Kurskiego wyrzucony na zbity pysk i któremu zapewne już niedługo pozostanie tylko Superstacja – i w swoim zwykłym stylu bronił niedzielnego handlu. Oglądałem to zaledwie parę minut, ale tak się złożyło, że trafiłem na moment, gdy nieznana mi pani powiedziała, że przecież nawet w Niemczech wszystkie sklepy w każdą niedzielę są zamknięte, na co Ziemkiewicz, z owym swoim, nieznośnym wręcz, szyderczym uśmiechem, odpowiedział jej, że w tych samych Niemczech są promowane najgorsze zboczenia, a my jakoś nie bierzemy z nich przykładu i natychmiast zamknął dyskusję.
      A więc, jak rozumiem, ów dziwny człowiek postanowił zrównać postulat wolnej od ekonomicznego i instytucjonalnego przymusu pracy niedzieli z promocją wszelkich możliwych zboczeń i, jak się domyślam, owa intelektualna, ale też czysto ludzka postawa, ujdzie mu jak najbardziej na sucho. Rafał Ziemkiewicz, dopóki nie pójdzie w ślady swojego kolegi Warzechy i nie zacznie rozpowiadać na lewo i prawo, jak antycywilizacyjny jest rząd Prawa i Sprawiedliwości, jego pozycja towarzysko-zawodowa pozostanie niewzruszona.
Wspomniałem to już nieco wyżej. Od Ziemkiewicza głupszy jest już tylko Warzecha i to się po raz kolejny potwierdza. Ten wprawdzie też swego czasu bardzo mocno walczył o to, by nadal można było zmuszać Polaków do niedzielnej pracy na rzecz obcych sieci handlowych, jednak zapomniał o tym, że zawsze jest coś za coś i władza wymaga, by przynajmniej raz na jakiś czas poszydzić, czy to z Donalda Tuska, czy z Adama Michnika. Ziemkiewicz ma tę świadomość, realizuje ją od lat bez błędu i wszystkie strony są zadowolone. I niech to będzie ostatnie dobre słowo, jakie mam na jego temat do powiedzenia. On jest naprawdę dobry. Głupi, ale dobry.
      Ciekawe, czy on wie, o co chodzi z tym całym zbiorem zastrzeżonym, o którym wciąż się tyle rozpowiada?

Zachęcam wszystkich do zaglądania do księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam serdecznie.



sobota, 28 października 2017

Czy Lady Gaga zaśpiewa na Światowych Dniach Młodzieży na Panamie?

Rozmawialiśmy tu niedawno troszeczkę o sztuce Nicka Cave’a i tak wyszło, że pojawił się temat nawróceń – medialnych, czy autentycznych, nie ma to żadnego znaczenia. No i w pewnym momencie któraś z Czytelniczek przekazała nam informację – dla wielu zapewne bardzo szokującą – że słynna gwiazda współczesnego popu, znana pod pseudonimem Lady Gaga dokonała bardzo spektakularnego nawrócenia na wiarę rzymsko-katolicką. Choć, wbrew pozorom, wiadomość owa nie była dla mnie aż takim zaskoczeniem, zajrzałem do źródeł i faktycznie znalazłem odpowiednią deklarację artystki, podkreśloną na dodatek zdjęciem, na którym widzimy zwykłą kobietę w średnim wieku, gdzieś w Rzymie, bez makijażu, ze zwykłą fryzurą, w zwykłych ciuchach, w towarzystwie jakiegoś księdza. A więc tak. Wygląda na to, że mamy wydarzenie nie byle jakie.
Napisałem nieco wyżej, że aż tak bardzo gest Lady Gagi mnie nie zaskoczył, a jednoczesnie pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi, jeśli przypomnę tu dziś poświęcony tej własnie artystce tekst z mojej książki o piosenkach. Ja nie mam szczególnej potrzeby, żeby się jakoś specjalnie nadymać, ale proszę się zastanowić, czy nie stać mnie dziś na to, by powiedzieć: „A nie mówiłem?”


Nie mam zupełnie pewności, czy jest tu wystarczająco dużo osób, które orientują się, kto to taki Tony Bennett, a więc powiem bardzo krótko, że Tony Bennett to piosenkarz, może nie tyle na poziomie Franka Sinatry, czy Deana Martina, ale owszem, okupujący miejsca gdzieś tam w tamtych okolicach. Jak idzie z kolei o Lady Gagę, to uważam, że sprawa jest czysta jak słońce i wyjaśniać niczego nie muszę.
Otóż stało się tak, że któregoś dnia Tony Bennett, który jest dziś mocno starszym, niemal już 90-letnim panem, uznał za dobry pomysł śpiewanie słynnych jazzowych piosenek w duecie z najbardziej rozrywanymi piosenkarkami muzyki popularnej, i na pierwszy rzut wziął Norę Jones, po niej Amy Winehouse, a na końcu Lady Gagę właśnie. Kolejność zresztą mogła być zupełnie inna, ale to akurat jest bez znaczenia. Chodzi o to, że one wszystkie z nim chętnie zaśpiewały. W ten sposób stało się, że Norah Jones spróbowała z nim zaśpiewać „Speak Low”, Amy Winehouse „Body and Soul”, a Lady Gaga „The Lady Is a Tramp”.
Jak śpiewa Tony Bennett, kto go zna, ten wie, natomiast gdy idzie o Norę Jones i Amy Winehouse, to ja w życiu tylko raz miałem okazję ujrzeć katastrofę większą, mianowicie wtedy, gdy w duecie z Pavarottim wystąpił Bono, w dodatku decydując się na wykonanie „Ave Maria”. I ja wiem, że zaraz ktoś przyjdzie i powie, że to nieuczciwe robić takie porównania, bo gdzie Pavarotti, a gdzie, jak by nie patrzeć, zwyczajni piosenkarze popowi. Otóż nie. Ja słyszałem, jak z Pavarottim śpiewał James Brown; słyszałem, jak z nim śpiewał Barry White. I daję słowo, że tam nic złego się nie stało. Wręcz przeciwnie. Zwłaszcza tego Browna nie da się zapomnieć. Natomiast tu? Ja się tylko dziwię, że po pierwszym razie Bono nie dość, że się nie zamknął, to jeszcze ten pomysł eksploatował do granic wytrzymałości.
No ale nie o nim mieliśmy rozmawiać. Rzecz w tym, że o ile nie widzę żadnego sensu, by zarówno Norah Jones, jak i Amy Winehouse miały się pchać do tego rodzaju wyzwań, to, gdy chodzi o Lady Gagę, tam nie ma nawet gdzie palca włożyć. Ja nawet nie mam pewności, czy ona swoim śpiewem nie przesłoniła samego Bennetta.
Po co ja o tym piszę? Czy ja może jestem tak wielkim fanem Lady Gagi i nie mogę się pogodzić z tym, że ona jest tak fatalnie wyśmiewana przez ludzi wrażliwych i ciężko znoszących ten rodzaj estetyki, że postanowiłem udowodnić, że to co ona robi, to sztuka najwyższa? Oczywiście, że nie. Ani mi to w głowie. Wręcz przeciwnie, szczerze uważam, że rodzaj sztuki prezentowanej przez przedsiębiorstwo pod nazwą „Lady Gaga” powinien zostać prawnie zakazany, a cała ta firma powinna zostać jak najszybciej zamknięta. Dlaczego? Wbrew pozorom wcale nie ze względu na wyjątkowo niski poziom tej produkcji. Tu akurat wszystko się odbywa na poziomie najwyższym. Powiedziałbym wręcz, że to tu właśnie Antychryst osiąga swoje największe sukcesy.
Parę dni temu Lady Gaga wystąpiła na słynnym, I-Tunes Festival i ja sobie obejrzałem fragmenty tego występu. Ona, jak zwykle występuje niemal nago, przed bandą zaczarowanych dzieci odstawia ten swój pornograficzny show, i w pewnym momencie nagle wszystko się zmienia, i ona oświadcza, że oto przyszedł moment, by z tym wszystkim skończyć. Bo ona wcale taka nie jest, i tak naprawdę jest zaledwie nieszczęśliwym produktem tego strasznego biznesu, który z ludzi robi niewolników, i takie tam. Zmazuje więc z siebie ten cały makijaż, zrzuca tę głupią perukę i staje przed publicznością, jak sama mówi, jako człowiek, który mówi „Dość!”
Co na to publiczność? Ona oczywiście jest już w stanie najwyższej histerii. A kiedy nagle wykrzykuje: „Ja nagle zrozumiałam, że moje ciało, moje serce, mój mózg, moja cipka, to śmietnik”, to po tej „cipce” już wszyscy są w takiej ekstazie, że gotowi wspólnie z nią popełnić samobójstwo.
A ja sobie myślę, że gdyby to nie był zwykły zabieg marketingowy, który ona powtarza regularnie podczas każdego kolejnego etapu tegorocznej trasy, ale rzeczywisty coming-out artystki, która postanowiła zademonstrować sprzeciw wobec opresji przemysłu, pokazać w tym wszystkim człowieka, i w ramach tego protestu rzeczywiście popełniła samobójstwo, to i te dzieci, i cała ta branża, i wreszcie napędzające ten przemysł media… oni wszyscy zaczęliby krzyczeć „Bis!!!” I to wcale nie dlatego, że fajnie jest patrzeć jak człowiek zostaje zamordowany, ale dlatego, że już nikt nigdzie nie wierzy, że ludzie umierają naprawdę. A moim zdaniem, to jest, z punktu widzenia nas wszystkich, coś bardzo, ale to bardzo groźnego.
Ale tu mamy Lady Gagę, piosenkarkę naprawdę znakomitą. Kto wie, czy nie jedną z dziś najwybitniejszych na świecie. Piosenkarkę, która gdyby wystąpiła z Luciano Pavarottim, mogłaby być może liczyć na równie wielki aplauz, jak on. A to, moim zdaniem, daje nam mocno do myślenia. Wspomniałem w innym miejscu tej książki o pewnej fotografii. Otóż widzimy tam inną wielką współczesną piosenkarkę, Adele, przyłapaną przez paparazzich, kiedy to akurat wraca z koncertu – tego właśnie koncertu – Lady Gagi. I na tym właśnie zdjęciu Adele nie ma ani makijażu, ani typowej swojej fryzury, a i nawet strój na niej taki bardziej przeciętny. No ale przede wszystkim ona jest tam okropnie, okropnie smutna.
Ciekawy jestem jednego. Czyżby koncert jej się nie podobał?

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni i do kupowania moich książek, w tym chocby i wspomniany „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”. Tu. https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut/

piątek, 27 października 2017

Czy ktoś tu ma ochotę postrzelać sobie do siedzącej kaczki?

Tak wyszło, że pozwalam sobie już dziś wrzucić tu swój najnowszy felieton z
„Warszawskiej Gazety”. Naturalnie, sam tygodnik polecam jak zawsze. Od dziś w kioskach
.     

     Oczywiście, kiedy przyjrzymy się najróżniejszym poczynaniom totalnej opozycji, nakierowanym na odsunięcie Prawa i Sprawiedwliwości od władzy, musimy natychmiast stwierdzić, że pomysłów ci ludzie mają dziesiątki, poczynając od zwykłej medialnej propagandy prowadzonej w Polsce i zagranicą, przez organizowanie demonstracji przeciwko czemukolwiek, czy donoszenie na Polskę do władz Unii Europejskiej i w końcu po propagowanie wszelkich możliwych kłamstw odnośnie poczynań władzy, w przestrzeni dziś najpopularniejszej, czyli w Internecie. To jest oczywiście opis bardzo ogólny, gdy idzie natomiast o przykłady owej aktywnosci w ujęciu bardziej szczegółowym, należy zwrócić uwagę na dwa najświeższe zdarzenia zorganizowane z tą właśnie intencją. Pierwsze z nich, to omawiany tu w zeszłym tygodniu głodowy strajk lekarzy, a drugie to próba podpalenia się, jaką podjął pod Pałacem Kultury jakiś, najpierw zmanipulowany przez media, a następnie przyprowadzony pod Pałac przez diabli wiedzą kogo, nieszczęśnik.
      Wydawało mi się, że to, w jaki sposób została uciszona owa prowokacja w wykonaniu młodych lekarzy rezydentów, stanowi najlepszy przykład owej dramatycznej wręcz bezradnośći, z jaką stają do tej walki siły reakcji. Pamiętamy pierwsze dni tej demonstracji, te nieodstępujące głodujących lekarzy ani na krok media, tych polityków i artystów robiących sobie z nimi zdjęcia, tę radość związanych z opozycją komentatorów, wieszcząch rychły koniec władzy PiS-u… I co po tym zostało? Żałosny kurz, a nawet nie to.
      Równie, a może kto wie, czy nie bardziej ciekawy jest sposób, w jaki został potraktowany ten biedak spod Pałacu Kultury. Z tego co wiem, najpierw sam TVN24 z podaniem tej informacji czekał dobre kilka godzin, zupełnie jak w przypadku zapomnianego dziś już przez wszystkich Andrzeja Żydka, zaszczutego przez lokalną mafię parę lat temu pracownika Urzędu Skarbowego, a potem, kiedy owa wiadomość już trafiła do mediów, głos zabrali niemal wyłącznie Jan Hartman i Jacek Żakowski, a następnie tu też wszystko nagle ucichło. Dziś nawet pies z kulawą nogą nie zainteresuje się tym choćby, jak ten człowiek się miewa.
      I oto, w tym całym zamieszaniu, coraz częściej przebija się stara, znana nam od lat, a dziś u normalnych ludzi wywołująca już tylko mdłości, plotka, jakoby premierem miał zostać Jarosław Kaczyński. Oto, po raz niewiadomo który, słyszymy, że, z jednej strony, prezes Kaczyński jest rzekomo bardzo niezadowolony z tego, w jaki sposób Beata Szydło wyprzedza go we wszystkich sondażach popularności, a z drugiej, strasznie „mądre” analizy dowodzące, że to przecież byłoby czymś jak najbardziej naturalnym, żeby premierem był przede wszystkim szef partii, no a poza tym człowiek, który sprawuje w Polsce władzę jak najbardziej realną. A my, uczuleni już na te ich zagrania, wiemy doskonale, o co chodzi. To jest bowiem już dla nich ostatnia deska ratunku. Jarosław Kaczyński na pierwszej linii strzału. Oto jedyna już dziś szansa. Anglicy na to mówią: „strzał do siedzącej kaczki”. Niedoczekanie wasze.


Jak zawsze, zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek.

czwartek, 26 października 2017

Nick Cave, czyli jak nie modlić się do Szatana

      Prawdę mówiąc, jeszcze chwilę temu nawet nie miałem świadomości, że przerwa, jaką wczoraj mieliśmy na tym blogu stanowiła z mojej strony wybryk zupełnie nie z tej ziemi, no bo spróbujmy może zgadnąć, kiedy ostatnio mieliśmy dzień bez kolejnej notki. Ja akurat tego nie pamiętam. No ale tak wyszło, że musiałem pojechać do Warszawy na koncert Nicka Cave’a, no a to musiało też spowodować to, że wczoraj rano nie było mnie na miejscu. Jestem jednak pewien, że nawet ta banda opętańców, która ostatnio nie potrafi zacząć dnia od obrzucenia mnie kolejnymi szyderstwami, jakoś sobie z tą szczególną sytuacją poradziła. A zatem zachowujemy dotychczasowy fason i głowę trzymamy  wysoko.
     Byłem więc na koncercie Nicka Cave’a w tej okropnej hali naprzeciwko stadionu Legii i muszę powiedzieć, że to czego doświadczyłem bije na głowę wszystko to, co miałem okazję widzieć w życiu, włącznie z tymi zupełnie najświeższymi prezentacjami, a więc zarówno P.J. Harvey, jak i Motorhead, Swans, czy nawet King Crimson. Myślę, że mogę nawet zaryzykowac swego rodzaju buźnierstwo i powiedzieć, że wczorajszy występ Nicka Cave’a był dla mnie czymś równie ważnym, co koncert Niebiesko-Czarnych, na który, będąc jeszcze paronastoletnim dzieckiem, udałem się ich osobistym autobusem, siedząc ramię w ramię obok perkusisty Tadusza Głuchowskiego. To co przeżyłem w miniony wtorek dorównywało rangą tamtemu doświadczeniu.
     A muszę powiedzieć, że ja doskonale wiedziałem, czego się mogę spodziewać. Artystyczne talenty Nicka Cave’a znam i podziwiam niemal od samego początku jego kariery, znam dosć dobrze kurs po jakim się owa kariera rozwija, miałem okazję oglądać na video wiele jego wystepów, poświęciłem mu nawet jeden z rozdziałów w mojej książce o piosenkach. A zatem jechałem do Warszawy w pełnym przekonaniu, że będzie dobrze i nie ma możliwości, by było inaczej. To jednak co tam się odbyło, przekroczyło wszelkie moje przewidywania, począwszy od programu, przez wykonanie, skończywszy na – a to, jak wiemy, potrafi być zmorą 90 procent koncertów – nagłośnieniu, które tak jak cała reszta było lepsze od wszystkiego, co poznałem wcześniej.
     No i to tyle, jeśli idzie o sam koncert. Teraz proponuję, byśmy sobie porozmawiali o Wierze, a więc przede wszystkim o tym, co papież Franciszek tak fanstastycznie wręcz opisał tym jednym prostym zdaniem, że kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana. A więc też o tym, co dość delikatnie, i jednak, jak się okazuje, nie do końca jasno, zaakcentowałem w tekście w książce. I może na samym początku tych refleksji, chciałem bardzo stanowczo podkreślić, że ja nie mam bladego pojęcia, czy Nick Cave jest osobą wierzącą, czy nie. Wiem na pewno, że ma za sobą okres, kiedy to znajdował się w objęciach niemal osobowego Diabła i to wszystko. To wiem na pewno. Życie, jakie prowadził w czasach współpracy z zespołem Birthday Party i jakiś czas potem, ale też pewnie i owa niezwykła muzyka, którą tworzył, jeśli miała cokolwiek wspólnego z modlitwą do Boga, to wyłącznie prośbę o ratunek. A ponieważ ona mi się do dziś bardzo podoba, to chce wierzyć, że tak to własnie było. Oni wszyscy błagali o ratunek. A zatem, czy dziś Nick Cave to nawrócony chrześcijanin, czy zaledwie poważny biznesmen, tego nie wiem, bo on wszelkich tego typu deklaracji unika jak ognia, wiem natomiast, że to co prezentuje na scenie od kilku już dobrych lat, to muzyka ściśle religijna i to w sensie jak najbardziej pozytywnym. I to zobaczyłem z całą stachurowską jaskrawością przedwczoraj na warszawskim Torwarze.
     I jeszcze raz chcę to bardzo stanowczo podkreślić. Ja nie wiem, czy Nick Cave się w ogóle modli. Możliwe, że nie. Jednak sądząc po tym, co obserwuję od pewnego czasu i widziałem w miniony wtorek, on z całą pewnością nie modli się do Diabła. Co mam na myśli, przedstawię może na przykładzie, który, mam wrażenie, się tu już wcześniej pojawił. Otóż, jak niektórzy z nas pamiętają, w styczniu zeszłego roku ukazał się album Davida Bowie’go zatytułowany „Blackstar”, a parę dni po tym, Bowie zmarł. Posłuchałem tych piosenek raz, podobnie też raz obejrzałem powiązane z nimi video clipy i więcej nie dałem rady. Dlaczego? Dlatego, że się zwyczajnie przestraszyłem, że kolejna próba zaprowadzi mnie tam, gdzie ja się dostać bardzo nie chcę. Ostatnia płyta Davida Bowie, mimo że na absolutnie najwyższym artystycznym poziomie, to jest w rzeczywistości znana nam tu troszeczkę Kraina Grzybów. A ja tam nie zaglądam.
       Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech posłucha. Otóż parę lat temu jedno z dzieci Nicka Cave’a zaćpało się i w efekcie tego poniosło tragiczną śmierć. Sam Nick Cave oczywiście przeżył to na tyle mocno, że na dłuższy czas zawiesił swoje artystyczne popisy, a kiedy już doszedł do siebie nagrał płytę pod tytułem „Skeleton Tree”, która, moim zdaniem, artystycznie – ale też, co niezwykle ważne, estetycznie – dorównuje temu, co wcześniej zrobił David Bowie, natomiast ja jej mogę słuchac w nieskończoność. To jest, jak mówię, w estetycznym wymiarze, dokładnie to samo, tyle że ja tym razem się tej muzyki nie boję. Tam jest oczywiście śmierć i nic więcej, ale nie ma Diabła. Warszawski koncert potwierdził to w pełni.
       No i jest jeszcze coś. Moim zdaniem, to co w tej chwili robi Nick Cave, to jest całkowicie naturalne przedłużenie tego, czego słuchaliśmy na początku lat 80-tych. Wczoraj była tu u mnie moja kochana synowa i ja jej puściłem jakiś stary bardzo występ The Birthday Party, a ona od razu powiedziała, że to jest przecież dokładnie to samo co Nick Cave prezentuje dzisiaj. A ja tylko dodam, że owszem, to jest to samo, tyle że tym razem całkowicie wyzwolone z mocy zła. Z tego co wiemy, paru naprawdę zdolnych kolegów Cave’a nie dało rady, on natomiast jest z nami dziś, trzyma nas mocno za rękę i jest na kursie i ścieżce. I wcale nie chodzi mi o jakieś nawrócenia, bo się na nich nie znam. Jeśli kogoś one interesują, niech sobie włączy telewizor i posłucha wywiadów z Cezarym Pazurą i Patrykiem Vegą. My tu się zajmujemy wyłącznie grzesznikami, takimi jak my sami.
       No i może na sam koniec popatrzmy sami, jak to wygląda.



A książki, wciąż i niezmiennie, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

      

wtorek, 24 października 2017

Nick Cave, czyli no i cóż że Torwar?

W związku z koncertem Nicka Cave’a, wyjeżdżam dziś na dwa dni do Warszawy, a więc kolejny tekst będzie dopiero w czwartek. Dziś natomiast, by uczcić to wydarzenie – bo jest to wydarzenie niewątpliwie – chciałbym niektórym przypomnieć, a innych zapoznać z tekstem, jaki poświęciłem owemu niezwykle utalentowanemu artyście w swojej książce „Rock and roll, czyli podwojny nokaut”.

      Kiedy piszę te refleksje, oglądam sobie jednocześnie występ Nicka Cave’a na Coachella Festival, i powiem uczciwie, że od czasu, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem go jeszcze z Birthday Party, nie miałem tak silnego poczucia, że oto mam do czynienia ze zjawiskiem artystycznym – ale też czysto ludzkim – na poziomie świadomości, co znaczy być człowiekiem obdarzonym talentami, jakiego zwykle oglądać nie mamy okazji.
      Żeby zrozumieć, do czego zmierzam, kiedy nagle wyciągam kwestię talentów wykorzystanych od początku do końca, musimy jednak wrócić do początków, a więc do czasów wspomnianego The Birthday Party. Otóż była to grupa kompletnie zaćpanych, zaprutych alkoholem, półprzytomnych Australijczyków, grających muzykę popularnie zwaną punk rockiem, ale tej jej odmiany, której cechą szczególną było z jednej strony to, że normalny człowiek, ze względu na zgiełk i wściekłość, na jakim ona była oparta, nie był w stanie jej słuchać choćby przez minutę – w końcu, jak długo można zachować cierpliwość w stosunku do żywego wrzasku, jeśli czymś przerywanego, to jazgotem gitar? –  a z drugiej, teksty, będące poezją w sensie jak najbardziej dosłownym.
      Muzyka The Birtday Party to było coś takiego, że gdyby komuś nieprzygotowanemu puścić Sex Pistols, Exploited, The Clash, Dead Kennedys… cokolwiek z tamtej strony, a kiedy ten ktoś będzie uciekał, zagrodzić mu drogę którąkolwiek z piosenek The Birthday Party, ten ktoś by natychmiast zaczął błagać, by mu natychmiast puścić „God Save The Queen”. To, jeśli idzie o muzykę. Dalej jednak mieliśmy już tylko te teksty, jak mówię, stanowiące czystą – równie trudną do zniesienia, jak sama muzyka – poezję, no a na końcu już tylko jego, Nicka Cave’a – człowieka w nieodmiennym garniturze i koszuli bez krawata, przypominającego bardziej ucznia Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych, wracającego do domu po lekcjach, niż wokalistę zespołu punk-rockowego. Pod tym akurat względem, w nim zdecydowanie więcej było Smitha z The Fall, tyle że w zestawieniu z  muzyką The Birthday Party, The Fall to było coś dla miłośników Kyley Minogue.
      The Birthday Part wyewoluowało w stronę Bad Seeds, następnie zmieniło się samo Bad Seeds, i zupełnie niepostrzeżenie okazało się, że sztuka Nicka Cave’a stała się najbardziej jednoznacznym popem, w tym sensie, że, gdybyśmy się zapytali przeciętnego czytelnika Przewodnika Inteligenta „Polityki”, czy kolekcjonera serii „Gazety Wyborczej”, zatytułowanej
„Co każdy kulturalny człowiek przeczytać powinien”, jakiej muzyki słucha, gdy już po raz 10 obejrzy „Misia” i „Seksmisję”, odpowiedziałby, że Stinga, U-2, Nosowską, Savalla i oczywiście Nicka Cave’a.
      I to jest dla mnie coś absolutnie niewyobrażalnego. Ja oczywiście rozumiem, że niezbadane są ścieżki, którymi chadza gust konsumenta, i że przy odrobinie szaleństwa, jeden czy drugi może ni stąd ni z owąd zacząć się zachwycać nawet kimś takim, jak Picasso. Jednak to, co się stało w przypadku Nicka Cave’a, stanowi dla mnie zagadkę nierozwiązywalną. Słucham jego występu na Coachella Festival i widzę dokładnie tego samego człowieka, co 30 lat temu – nawet fizycznie niemal tego samego – słyszę dokładnie tę samą dziką intensywność, co przed laty, to samo szaleństwo, co wtedy, gdy oni śpiewali „King Ink”, ani odrobinę mniej wymagające, gdy idzie o typ oddalenia od wszystkiego tego, co się nazywa popem, a jednocześnie świetnie wiem, że dziś Nick Cave to sam środek najbardziej podstawowego mainstreamu. Co to za cholera???
      Czasem sobie myślę, że ja się niepotrzebnie tak napinam, bo odpowiedź tu jest śmiesznie prosta, i doskonale się mieści w całej tej chorej logice, jaka kieruje się dziś przemysł rozrywkowy. Otóż w pewnym momencie Nick Cave postanowił się związać ze wspomnianą wcześniej Kyley Minogue, a nawet nagrał z nią jedną piosenkę, która stała się światowym przebojem. Jest więc oczywiste, że w momencie gdy on sprzedał duszę Diabłu, za uzyskane z tej transakcji pieniądze kupił sobie wszystko, co chciał, a więc sławę, uznanie, szacunek, a nawet coś, co pozornie nie jest do kupienia, a więc serca i dusze słuchaczy. I ja oczywiście biorę pod uwagę, że tak mogło być. Możliwe, że tak to właśnie działa. Wystarczy zaśpiewać piosenkę z Kyley Minogue i człowiek jest ustawiony do końca życia. Jest jednak coś, co mi każe podejrzewać, że nie o to poszło.
     Otóż krąży plotka, że Nick Cave jest człowiekiem, który nawrócił się na wiarę w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. On naturalnie jest zbyt inteligentnym człowiekiem i artystą, by się publicznie zdeklarować co do tego typu spraw, niemniej istnieje wystarczająco dużo tropów, wskazujących na to, że Nick Cave tworzy dziś sztukę szczerze religijną, i religijną tym bardziej, im mniej ostentacyjną. A jeśli to jest prawda, to ja jestem gotów założyć, że efekt tego rodzaju podejścia nie mógł być inny. To musiał być punk-rock, z całym swoim wrzaskiem, skowytem, zawodzeniem, z tym wydartym Diabłu sercem, tyle że pozbawiony tego jednego elementu, który odpychał, a mianowicie samego Diabła.
      Kończy się wspomniany koncert, jaki dwa lata temu Nick Cave dał na Coachella Festival i on właśnie wszedł w sam środek publiczności i tam odprawia tę swoją Mszę… i niczego się nie  boi, bo wie, że za nim stoi Prawda. A na scenie widzimy potężny chór dziecięcy, który tak fantastycznie uzupełnia ten chaos i nadaje mu ów święty ład. Nick Cave i The Birthday Party. Któż by się spodziewał takiego obrotu sprawy?



Moje książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjalniedzwiedz.pl. Polecam szczerze. Zamiar miałem zawsze taki, by to poszło w kierunku przedstawionym wyżej.


poniedziałek, 23 października 2017

Dlaczego numer z lekarzami nie przejdzie

Przede wszystkim obiecany komunikat. Niestety, aukcja mojego tekstu o Alicji Tysiac zakończyła się niepowodzeniem. Zaledwie jedna osoba zdecydowała się go kupić, a mianowicie czytelnik z Gdańska, który przysłał mi za niego całe 58 zł. Bardzo dziękuję.
Skoro więc to mamy załatwione,  czas na kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”, na który przyszło nam czekać nieco dłużej, ale co robić, skoro rzeczy się dzieją, czas nie czeka, a sprawa  głodujących lekarzy, której dotyczy poniższy felieton, w sposób naturalny, starciła swój urok? Swoją droga, to jest naprawdę ciekawe, jak oni są przewidywalni. Tekst ten pisałem we wtorek, we wtorek też już w samym tytule zasugerowałem, że numer z głodówką nie przejdzie, a tu minęło zaledwie parę dni i okazuje się, że nie dość, że temat jest już passe, to passe jest nawet sprawa tego biednego człowieka, co się pod Pałacem Kultury podpalił za Lecha Wałęsę i Puszczę Białowieską. No ale poczytajmy. Choćby dla rozruszania mięśni kontrolujących uśmiech.      

       Nie jest w to łatwo uwierzyć, ale mimo zaawansowanego wieku, nigdy w życiu nie byłem w szpitalu. To znaczy, owszem, raz zdarzyło mi się o szpital zahaczyć, kiedy od chuligana dostałem po łbie i tam zakładano mi szwy. No ale to się nie liczy, bo w jaki sposób owe pół godziny, czy ile to trwało, mogą mi dać jakąkolwiek wiedzę na temat szpitalnego życia?
       Mimo to jednak, że moje osobiste doświadczenie równe jest tu zeru, przez to, że w mojej rodzinie byli i są lekarze, ale też to, że wśród moich bliskich oraz znajomych były i są osoby, które w szpitalu spędziły nie jeden dzień, czy dwa, myślę, że jakąś, nawet jeśli tylko teoretyczną, wiedzę na temat szpitalnego życia posiadam. Przede wszystkim, wiem, że szpital, na poziomie opieki wynikającej ze zobowiązań konstytucyjnych państwa, zajmuje się wyłącznie bezpośrednim leczeniem i niczym więcej. A zatem, jeśli ktoś na przykład trafi do szpitala z zapaleniem wyrostka, szpital swoje zobowiązania wobec pacjenta z zasady ogranicza do tego, by mu ten wyrostek skutecznie wyciąć, potem go odpowiednio  zaszyć, a następnie jak najszybciej wypisać go do domu, bo w kolejce już czekają inni. Więcej. Wiem, że nawet jeśli człowiek trafi do szpitala z krwiakiem na mózgu, współczesna technika medyczna, oraz umiejętności lekarzy, pozwalają na to, by jemu ten krwiak usunąć na czysto, a dalej wszystko tak jak w przypadku głupiego wyrostka. Nawet jeśli pacjent na przykład wymaga wielomiesiecznej rehabilitacji. Dlaczego? Dlatego, że rehabilitacja to są już inne pieniądze i inna odpowiedzialność, no i dłuższe kolejki.
     Ale wiem też, że w większości szpitali śmierdzi, szafki przy łóżkach się rozlatują, pielęgniarki często są niesympatyczne, lekarze oschli, aby obejrzeć telewizję, trzeba zapłacić dwa złote, a jedzenie skalkulowane jest na takim poziomie, by pacjent nie umarł z głodu. Powiem więcej. Mój dziś nieżyjący już wujek lekarz żywił się w szpitalnej stołówce i raz mnie tam zaciągnął. Przepraszam bardzo, ale nigdy więcej. Nigdy więcej.
     Wiem też coś jeszcze. Mimo że praca lekarza to często prawdziwa gehenna, ta najbardziej zdolna część młodzieży często nie marzy o niczym innym, jak o tym, by skończyć medycynę i dostać pracę w szpitalu. Dlaczego? Bo, pomijając jakieś bardzo egzotyczne wyjątki, dzisiejszy świat nie daje wchodzącemu w dorosłe życie człowiekowi szansy na większy sukces finansowy niż kariera lekarza. I obojętne, czy mamy na myśli Amerykę, Hiszpanię, czy Polskę.
      Przy okazji trwającego dzis protestu lekarzy-rezydentów, zdarzyło mi się trafić na obrazek, gdzie jeden z nich – a my wiemy, kogo mam na myśli –  jakiemuś dziewczęciu wsadził w ręce tabliczkę z napisem: „Chciałam iść na medycynę, ale się rozmyśliłam”. Przepraszam bardzo, ale oni są jeszcze głupsi, niż można się było spodziewać. Prawo i Sprawiedliwość nie odda władzy przez kolejne trzydziesci lat, albo i więcej.


Zachęcam wszystkich do kupowania naszych książek. Każda jest dostępna 24 godziny na dobę w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl

niedziela, 22 października 2017

O wolności do informacji i jej zabójczej mocy

      Jak wiemy, do dziś do końca niezidentyfikowane osoby przyprowadziły parę dni temu pod warszawski Pałac Kultury pewnego człowieka, kazały mu się podpalić, a następnie wrzuciły do Internetu list, jaki on wcześniej rzekomo napisał, w którym przedstawił w punktach wszystkie powody swojego tak desperackiego czynu, a które obejmują cały zestaw propagowanych przez telewizję TVN24 oraz „Gazetę Wyborczą” zarzutów pod adresem Prawa i Sprawiedliwości, poczynając od niszczenia polskiej pozycji w Europie, poprzez szarganie dobrego imienia prezydenta Lecha Wałęsy, po wycinkę Puszczy Białowieskiej. To co mnie w tym co się stało poruszyło może najbardziej, to akurat nie ów dziwny gest – w końcu ludzie próbują popełniać samobójstwa codziennie i to w przeróżny sposób i z najróżniejszych powodów – ale to, że ów jak by nie było gest protestu, pozostał przez media niemal niezauważony. Owszem, nieco późno, ale jednak, coś tam o tym wspomniano w TVN24 i w „Gazecie Wyborczej”, jednak dziś choćby, na temat tego, co słychać u organizatorów owej demonstracji i jej głównego aktora, panuje niemal kompletna cisza.
       Piszę „niemal”, bo, owszem, zabrał na ten temat głos prof. Jan Hartman i oświadczył, że gdyby ktoś zapytał, czy on życzy temu człowiekowi, by przeżył, czy żeby umarł, on nie umiałby odpowiedzieć, bo z jednej strony, lepiej jest jak ludzie nie umierają, a z drugiej szkoda tracić taką szansę. Jak już jednak wspomniałem, wygląda na to, że to co sobie na ten temat myśli Jan Hartman, nie ma większego znaczenia, bo jak widać, dla rezedrganej bieżącymi wydarzeniami Polski, podobnie nie ma najmniejszego znaczenia to, czy ów biedny człowiek żyje czy nie. Liczy się wyłącznie bieżąca, tak zwana brzydko, „napierdalanka”.
      W tej sytuacji, pragnę oświadczyć, że i ja nie jestem już dłużej zainteresowany tym, co tam słychać w szykującym nam ostatnio „totalną propozycję” obozie, a zamiast tego postanowiłem sięgnąć do wydarzeń sprzed pięciu już dziś lat, a zwłaszcza ich pokłosia. Może szczególnie owego pokłosia. I proponuję się zadumać, czy to nie jest tak, że wraz z upływem lat schodzimy coraz niżej? Ąby owe refleksje odpowiednio zainspirować, przypominam swój tekst jeszcze z wiosny 2012 roku, równie długi, za to ze znacznie bardziej aktualnym tytułem.

       Parę dni temu, podczas dyskusji pod jednym z wpisów u nas na blogu, nasz kolega redpill wrzucił niezwykle ciekawą moim zdaniem myśl, którą bym tu chciał dziś bardzo konstruktywnie rozwinąć, że problem jaki mamy z naszymi mediami sprowadza się do tego, że praktycznie wszystkie one zajmują się dokładnie tym samym, z tą różnicą, że jedni mają takie poglądy na sprawę, a drudzy – inne. Ów stan rzeczy prowadzi do tego, że społeczeństwo jest w swoich zainteresowaniach w zorganizowany i bardzo skuteczny sposób ograniczane. Istnieje cała gama tematów, które stanowią przedmiot publicznej debaty i praktycznie nie ma możliwości, by ta debata została choćby w minimalnym stopniu poszerzona, czy choćby tylko pogłębiona, bo każda próba zajrzenia w głąb, musi prowadzić do jej poszerzenia, a tego przecież oczywiście nie chcemy.
       Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że bardzo pieczołowicie chronione jest status quo. Z jednej strony mamy zwolenników Platformy Obywatelskiej, z drugiej wyborców Prawa i Sprawiedliwości, gdzieś tam pomiędzy nimi kręcą się jacyś ekscentrycy w postaci sympatyków radykalnej lewicy spod znaku Palikota, czy Millera, lub mieszkańców wsi związanych zawodowo, czy rodzinnie z PSL-em, a poza tym jest już tylko ów tłum konsumentów, nie zainteresowanych niczym szczególnym, poza tym, żeby jakoś przecierpieć do przyszłego tygodnia. A debata? Debata, owszem, jest, tyle że ona dotyczy wyłącznie tego, czy w Smoleńsku doszło do zamachu, czy do błędu pilotów, czy media kłamią, czy informują, czy rząd Donalda Tuska jest zły, czy dobry, i czy Jarosław Kaczyński jest wybitnym politykiem, czy wybitnym sukinsynem. I tu, każdy może powiedziec dokładnie wszystko, co mu przyjdzie do głowy. A jeśli ma odpowiednie koneksje, to co ma do powiedzenia może opublikować w przestrzeni jak najbardziej publicznej.
      Niedawno wyraziłem oburzenie sugestią, jaką w rozmowie z Janem Dworakiem przedstawił któryś z redaktorów Karnowskich, że media w Polsce nie są wolne i że o tę wolność dziennikarze tacy jak on muszą walczyć. Chodziło mi o to, że, moim zdaniem, mówiąc to co mówi, Karnowski plecie zwykłe banialuki, bo problemem polskich mediów wcale nie jest brak wolności, lecz umysłowe lenistwo dziennikarzy i ich lęk przed zrobieniem tego jednego kroku poza ten krąg, który ich otacza. Jeśli ktoś cierpi na brak wolności, to raczej społeczeństwo, które jest skazane na to, co mu się poda, natomiast jesli idzie o media – to tam panuje niczym wręcz niezakłócona anarchia.
      Spójrzmy może bardziej dokładnie na tygodnik „Uważam Rze”. Wedle informacji, jaką dziś podały właśnie media, jest to jeden z trzech najchętniej czytanych tygodników w Polsce. Na pierwszym miejscu jest katolicki „Gość Niedzielny”, za „Gościem” idzie peerelowska „Polityka”, a za nimi tuż tuż prawicowo-konserwatywne „Uważam Rze”. I oczywiście można by się cieszyć z tego, że zarówno „Newsweek”, jak i „Wprost”, nie mówiąc już o „Przekroju”, lecą na łeb na szyję, i że prawica jest górą, tyle że dobrze się jest przy tym zastanowić, jaką to korzyść mamy my, prawicowa opinia publiczna, z czytania tego, co tam jest zamieszczane? Mam przed sobą ostatni numer „Uważam Rze” i co tam znajduję? Przede wszystkim jest bardzo dużo materiału na temat tego, że jednak są dowody na to, że Wałęsa nie był bohaterem. Jest wywiad z Krzysztofem Wyszkowskim, że kłamstwo na temat Wałęsy jest fundamentem na którym spoczywa dzisiejsza Polska. Jest duży artykuł Piotra Semki o tym, że Robert Krasowski napisał książkę o Wałęsie i że to tekst bardzo nieuczciwy. Jest też tekst red. Feusette o tym, że Tusk musi odejść, bo jest zwyczajnie beznadziejny. Jest też duży tekst Piotra Gursztyna o tym, że Stefan Niesiołowski to osoba wyjątkowo podła i że wszyscy to wiedzą. Jest dość duży tekst żony prof. Biniendy o tym, że oficjalne informacje na temat przyczyn smoleńskiej katastrofy to celowe kłamstwa. No i jest duży tekst poświęcony osobie Andrzeja Żydka – człowieka, który jesienią zeszłego roku podpalił się pod Kancelarią Premiera, w którym jego autor opowiada nam o tym, kim tak naprawdę jest ten biedny człowiek, i jak to reżimowa propaganda i będące na jej usługach media, postanowiły jego historię zakłamać. Jest też wreszcie artykuł Macieja Pawlickiego o najnowszym filmie Małgorzaty Szumowskiej „Sponsoring”, gdzie autor sugeruje, że film ów jest „płaski i pretensjonalny”.
      O Wałęsie nie ma co tu więcej wspominać. Podobnie o Tusku. Myślę, że nikomu nie są potrzebne moje mądrości, by miał świadomość, że choćby w Polsce ukazało się nagle 50 nowych tygodników, i pięć nowych kanałów informacyjnych o czysto prawicowym nastawieniu, które by całkowicie poświęciły się wbijaniu społeczeństwu do głowy, że Wałęsa to „Bolek”, a Tusk to ruski jełop, z tych informacji i z tej wolności do informacji nie wyniknie jakakolwiek nowa jakość. Najwyżej my się ucieszymy, że znowu ktoś publicznie powiedział prawdę, a oni dostaną cholery, że prawica znów obraża bohatera. I tyle wszystkiego. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na dwa z wymienionych wyżej tekstów. Pierwszy to ten o Andrzeju Żydku. Niby wszystko jest w porządku. Marek Pyza dzielnie informuje nas, że człowiek ten wcale nie był jakimś prowincjonalnym nieudacznikiem, ale byłym policjantem o niezwykle barwnej i imponującej historii, że przekręty, jakie on wykrył w warszawskim Urzędzie Skarbowym przekraczały swoją skalą wszystko, co możemy sobie wyobrazić, że za tę determinację w ujawnianiu patologii polskie państwo doprowadziło do ruiny jego i jego rodzinę, i że bardzo aktywnie ową nagonkę wspierały media. Jest nawet duże kolorowe zdjęcie Andrzeja Żydka, z którego możemy się już na sto procent przekonać, że to w istocie jest nie byle kto. I fantastycznie! I świetnie! Oto dziennikarstwo najwyższej próby.
     Niestety, kiedy się zadumać nad samym tym tekstem i tym że on został nagle ni z gruszki ni z pietruszki opublikowany, nie ma sposobu, by nie dojść nagle do wniosku, że ani jedna informacja w nim podana nie jest nowa. Każdy kto miał choćby minimalnie oczy, uszy i serce otwarte w dniach, kiedy sprawa tego podpalenia była wciąż jeszcze newsem, doskonale to wszystko już od dawna wiedział. Więcej. Ktoś kto tę sprawę obserwował baczniej, wie też coś, czego akurat red. Pyza nie napisał. Co tak naprawdę red. Pyza wręcz, intencjonalnie, czy nie – bez znaczenia – ukrył. Chodzi mianowicie o to, że wbrew temu, co napisane jest w tekście Pyzy, 23 września, około południa „we wszystkich serwisach” NIE pojawiła się informacja o tym, że w Warszawie podpalił się człowiek. Prawda jest taka – i na tym blogu mieliśmy już okazję o tym rozmawiać już wtedy – że owa informacja „we wszystkich serwisach” pojawiła się dopiero po godzinie 14, a więc jakieś trzy godziny po tym strasznym wydarzeniu. Że przez te 3 godziny „wszystkie serwisy” bardzo cierpliwie czekały na instrukcje, jak się wobec tej wiadomości zachować. A więc tego tam nie ma. Podobnie jak nie ma nawet próby zadania pytania: dlaczego, i udzielenia choćby najbardziej skromnej odpowiedzi – dlaczego. Redakcja „Uważam Rze” publikuje ten kompletnie bezużyteczny tekst, ozdabia go fantastycznie wzruszającym tytułem „Niewygodne płomienie”, bardzo efektownym nadtytułem „To opowieść o uczciwości, determinacji, miłości i desperacji. O państwie, które zawiodło, i mediach które nie stanęły na wysokości zadania” i wszystko praktycznie zostawia w tym miejscu. W miejscu, gdzie ci, którzy sprawę znają i się nią w ogóle przejmują, w najlepszym wypadku pokiwają głowami i powtórzą po raz setny: „Wszystko przez tego rudego Niemca”, a ci co mają to całe podpalenie głęboko w nosie, oburzą się, że co to za bezczelność! Państwo zawiodło? Co to za pisobolszewickie chamstwo!
      Otóż to. Przed nami stoi człowiek, który, widząc, że dochodzi do oszustw na skalę wręcz niespotykaną, informuje o tym odpowiednie osoby i niemal w jednej chwili, w majestacie prawa, pod okiem najbardziej oficjalnych służb, zostaje przez te właśnie osoby doprowadzony do ruiny. To że wciąż jeszcze żyje, jest zasługą pewnie tylko jakiegoś niezbadanego cudu… i w tym momencie, zarówno państwo, jak i wysługujące się mu media wraz z dziennikarzami, którzy – wbrew temu co zdaje się sugerować Pyza – są bytami jak najbardziej realnymi i mają nawet swoje nazwiska, z najczystszym wyrachowaniem, metodycznie, robią wszystko by go skompromitować i jego pamięć ośmieszyć, a „Uważam Rze” – dzielnie i bezkompromisowo – informuje nas, że „media nie stanęły na wysokości zadania”, a państwo „zawiodło”. Przepraszam bardzo, ale czy to może o to chodzi w tej słynnej już walce o wolność słowa? O prawo do swobodnego informowania, że media nie stanęły na wysokości zadania?
      Zapyta mnie pewnie ktoś, że a cóż więcej może na to wszystko zrobić redakcja „Uważam Rze” i sam Marek Pyza? Przedstawić listę swoich kolegów dziennikarzy, którzy wzięli udział w tej strasznej nagonce? Zbadać, kto do kogo i w jakiej sprawie, w interesującym nas momencie dzwonił? A czemu nie? Na początek byłoby to zdecydowanie bardziej skuteczne niż jakieś popisywanie się pustą retoryką nie wiadomo do kogo adresowaną. Ale przecież rozwiązań jest znacznie więcej. Mogliby nasi bojownicy o prawdę wziąć przykład właśnie z tych swoich kolegów i się zwyczajnie zaangażować w sprawę. Przejąć się nią, i choć odrobinę się dla niej poświęcić. Mogliby choćby, zamiast wypełniać 14 stron prowadzącym do niczego powtarzaniem imienia Bolek, choć parę z nich oddać sprawie wyjaśnienia tej jednej kwestii – jak to się dzieje, że w Polsce dochodzi do takich wydarzeń, jak ta związana z przypadkiem Andrzeja Żydka. Rozpętać tak zwaną medialną akcję na rzecz wytropienia reżimowych oprawców tego człowieka. Zamiast informować opinię publiczną o tym, że Małgorzata Szumowska nakręciła beznadziejny film, zwrócić się do wszystkich zainteresowanych sprawą, z apelem, by się wytłumaczyli z próby doprowadzenia do śmierci, najpierw faktycznej, a później cywilnej, niewinnego człowieka. A później spróbować wszystkim durniom wyjaśnić, dlaczego to wszystko jest takie ważne. Na przykład.
      Niestety, zamiast tego mamy recenzję filmu Szumowskiej. I tu wszystko powtarza się dokładnie wedle tej samej metody, co w przypadku historii Andrzeja Żydka. Szumowska kręci film na takim samym poziomie jak 99 procent współczesnych polskich filmow, opowiadający sytuację całkowicie wymyśloną i sztuczną, tak sztuczną i wymyśloną, że nie dającą nawet szansy na to, by ja potraktować jako jakąś alegorię, czy artystycznie motywowaną przestrogę. Przed nami najbardziej typowa polska produkcja filmowa, której celem jest, z jednej strony, przedstawienie widzowi stanu umysłu i wyobrażeń klasycznego przedstawiciela krakowsko-warszawskiego artystycznego establishmentu odnośnie tego, czym jest Polska, a z drugiej, ostateczne zdemoralizowanie przeciętnie ogłupiałego obywatela, tak by wiedział, że to co mu się dotychczas wydawało, że jest życiem, życiem wcale nie jest, a on sam jest nieznierozumiejącym baranem z prowincji. Oto cała postać i sens filmu Szumowskiej. I w tym własnie momencie, przychodzi do nas Maciej Pawlicki, człowiek od którego, wydawałoby się, możnaby wymagać, podstawowej orientacji w przedmiocie, i zamiast wyśmiać Szumowską za to, że jest głupia i nie ma pojęcia o świecie, kieruje do niej pretensje, że przedstawiła bardzo poważny problem społeczny i opisała go na zimno, zamiast się zaangażować moralnie. No i że on ma wrażenie, że ona zamiast potępić to panoszące się po Polsce zło, robi wrażenie, jakby nas tym chciała epatować. A więc, że zamiast moralitetu, mamy bulwar.
      Mam nadzieje, że jestem właściwie rozumiany. Rzecz w tym, że podobnie jak problem dziewczynek prostytuujących się po galeriach handlowych, opisany przez niejaką Rosłaniec w jej filmowym debiucie, czy zidiociałych nauczycieli uczących się angielskiego na kiblu, pokazany przez Koterskiego w „Dniu świra”, te dzisiejsze kobiety ze swoimi sponsorami, to kompletna fikcja, istniejąca jedynie w głowach szukających okazji do złapania jakiejś fuchy warszawskich psychologów i paru artystów, którzy coś tam posłyszeli i uznali, że to jest fascynujący temat. Problemem nie są bowiem ani te dzieci, ani te niby-bizneswomen, które obszczywają jacyś biznesmeni, ani ci odmóżdżeni nauczyciele, ale ci, którzy z pojedynczych przypadków starają się robić ogólnospołeczny problem. Ja świetnie sobie przypominam – pisałem o tym zresztą parokrotnie na blogu – te wszystkie pojawiające się regularnie sensacyjne reportaże w ogólnopolskich magazynach ilustrowanych o ekskluzywnych prostytutkach, o warszawskich biznesmenach, którzy korzystają z ich usług podczas przerwy na lunch, o małżeńskich trójkątach i kwadratach, o zwykłych, skromnych studentkach, które zarabiają na życie świadcząc seksualne usługi na wysokim poziomie, a wszystko to podlane sosem rzekomej powszechności, które ociera się już wręcz o modę. Po co to wszystko? Na pewno tego, oczywiście, nie wiem, ale mogę się domyślać, że może po to, by przeciętny człowiek zrozumiał, jak bardzo został z tyłu za współczesnym światem.
      I teraz, ta cała antycywilizacyjna propaganda, zgodnie z leninowskim przekonaniem, że film to klucz do duszy narodu, nasi reżyserzy biorą się kolejno za te wszystkie tematy i robią z nich filmy, tak by ten właśnie naród się zastanawiał, dokąd to ten świat zmierza? Wydawałoby się, że jest to idealna okazja do kontrataku. Do zareagowania na to kłamstwo i pokazanie, że to jest właśnie nic więcej jak kłamstwo, mające na celu zdemoralizować Bogu ducha winnego człowieka. I kto to może – wydawałoby się – zrobić lepiej, niż właśnie ci z nas, którzy wiedzą, co jest dobro, a co jest zło, i mają przy tym dostęp do szerokiej opinii? Tymczasem nic z tego. Oni przyjęli zaproponowany temat debaty i mówią nam, co oni sądzą na temat tego wielkiego społecznego problemu, jakim jest sponsoring. Dokładnie tak.
      Powtórzę jeszcze raz. System prowadzi swój atak w sposób bardzo precyzyjnie zamierzony. Najpierw wprowadza temat debaty, a następnie prowadzi ją tak, by, posiadając wszystkie, znane nam przecież tak świetnie, możliwości wpływania na opinię publiczną, udowodnić, że nasza narracja jest do niczego. W tej sytuacji, to co do nas dociera, to zmasowana propaganda, której nie jesteśmy się w stanie oprzeć. I w tej dyskusji – co jest absolutnie porażające – możemy powiedzieć wszystko co chcemy, możemy oprzeć się na najbardziej podstawowym rozsądku i najbardziej oczywistej logice, a i tak nie mamy wobec tego kłamstwa żadnej szansy, bo dyskutujemy na tematy, które oni wybrali. I w tej sytuacji, moglibyśmy bardzo łatwo zmienić temat na zdecydowanie mniej im pasujący, tyle że tego nie robimy. Dlaczego? Właśnie nie wiem. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że dlatego, że jesteśmy beznadziejnie głupi. Ale, jak mówię, nie wiem.
      O Andrzeju Żydku i jego dręczycielach nie chce mi się już nawet myśleć, ale trzymajmy się tej Szumowskiej. To że ten jej nowy film jest beznadziejnie słaby, jest dla każdego średnio obeznanego we współczesnej polskiej kinematografii sprawą oczywistą. Wiemy też, że opisana przez nią sytuacja jest z gruntu nieprawdziwa, a to, że ona w ogóle się za to zabrała, świadczy tylko o stanie tych umysłów. I na to wszystko przychodzi Maciej Pawlicki i chce z Szumowską dyskutować, czy ten sponsoring to coś z czym trzeba walczyć, czy się może temu podporządkować. A przecież w ogóle możnaby o tym filmie nie gadać. Wystarczyłoby sobie przeczytać, kto to taki ta Szumowska. Kim był jej ojciec, kim jej mama, kim jest jej siostra, kim brat, a jako ilustracje tego, co ta niezwykle uzdolniona rodzina potrafi, przytoczyć którąś ze złotych myśli spłodzonych przez wybitny umysł jej świętej już dziś pamięci mamy. Choćby tę:
      „Wiedza jest wtedy, gdy o czymś nie tylko wiesz, lecz możesz to zobaczyć, opisać, zdefiniować, a nawet dotknąć. A wiara, gdy nie widzisz, nie zobaczysz, nie dotkniesz, a mimo to jesteś pewien, że jest”.
      No, geniusz! Po prostu, geniusz! To są właśnie te elity. I robią z nami dokładnie to co chcą. Co za ból!

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować nasze książki. Serdecznie zachęcam.




sobota, 21 października 2017

Czy Amerykanie otworzą w Polsce największą na świecie fabrykę sznurka do snopowiązałek?

   Obiecywałem sobie, że nie będę więcej pisał o tym, co na polu reżimowej propagandy wyprawia Telewizja Polska, a to z tego powodu, że ja nie widzę żadnego sposobu, by do tego, co na temat tych idiotów i bezczelności, z jaką oni swój idiotyzm demonstrują pisałem wczesniej, dodać coś więcej. Mówiąc bardzo krótko, wygląda na to, że Jacek Kurski uznał, że ma przed sobą bandę durniów i owo przekonanie postanowił zrealizować odwołując się do najbardziej podstawowych schematów propagandowych, zaczerpniętych z późnego PRL-u, a więc czasu, gdy w Polsce pojawiły się pierwsze kolorowe telewizory, a z nimi coś, co wówczas powszechnie zostało określone nazwą „propagandy sukcesu”. Ktoś powie, że to nic takiego. To co nam pokazują „Wiadomości”, czy publicystyka TVP Info, to nic innego, jak stara szkoła telewizji TVN24, wtedy, a już zwłaszcza dziś, tyle że z odwróconym wektorem. Otóż nie. To nie jest to samo. Przez minione 20 lat, TVN24 uprawiał subtelną propagandę, często podpieraną równie subtelnym kłamstwem, a dziś uznał, że ponieważ z propagować nie ma czego, skupił się wyłącznie na kłamstwie. TVP natomiast kłamać praktycznie nie musi. Póki co, prawdziwych materiałów, pokazującego z jednej strony sukcesy rzadu, a z drugiej przestępczej działalności rządów Platformy, nie brakuje, a więc wystarczy sama propaganda i to najlepiej na poziomie absolutnie najniższym. Jak już to wcześniej określiłem – dla durniów.
Nie chciałem więc już więcej pisać na temat tego, co oni nam podają dzień za dniem, jednak w ostatnich dniach zaobserwowałem coś, co każe mi podejrzewać, że oni doszli do przekonania, że Gierek to jednak za mało i postanowili sięgnąć po metody znacznie mniej wyszukane. I to uważam za coś tak strasznego, że zaczynam wręcz podejrzewać jakiś spisek. Wszystko zaczęło się od tego, że „Wiadomości TVP” zaczęły być nadawane zarówno na kanale TVP1, jak i na TVP Info. Nie będę się upierał, bo od tego czasu upłynęło już parę lat, a ja już też nie jestem tak przytomny jak kiedyś, ale wydaje mi się, że nawet w latach 80-tych „Dziennik Telewizyjny” leciał wyłącznie na „jedynce”. Mogę się oczywiście mylić, niemniej jednak ten ruch musi robić wrażenie.
 Kolejna zmiana, jak nastąpiła w ostatnim czasie, to to, że sztandarowa audycja propagandowa TVP Info „Minęła 20”, zaczęła być przedstawiana na tle białoczerwonej flagi z orłem na środku. Jak to jest robione? Prosto. Uczestniczacy w programie politycy i dziennikarze pokazywani są w ramce, która z kolei jest wyświetlana na tle owego łopoczącego na wietrze orła. Efekt jest taki, że w studio mamy bandę jakiś oszustów, od posła Szejnfelda po Joannę Lichocką, którzy sączą nam w nasze umysły swoje kłamstwa, a wszystko to jest autoryzowane przez Flagę i Godło. Przepraszam bardzo, ale od tego gorszy jest już chyba tylko Wojciech Cejrowski zaczynający każde sowje wystapienie od szyderczego znaku krzyża.
    To wszystko oczywiście robi wrażenie, ale, jak wszyscy widzą, samo to nie wystarczyło, bym się przełamał i zszedł aż tak nisko. W tych dniach jednak trafiłem na coś absolutnie wyjątkowego. Otóż, kiedy Cejrowski skończył swoją cotygodniową gadkę, politycy oraz skumplowani z nimi dziennikarze rozpierzchli się po kątach, Michał Rachoń zapowiedział coś, co mnie autentycznie zwaliło z nóg i co na dodatek robi wrażenie projektu zaplanowanego na dłużej. Oto polska telewizja państwowa zamówiła realizację, a następnie wyemitowała animowany film, gdzie widzimy ulepione z plasteliny łóżko wyłożone całą kupą banknotów, na nim ulepionego z tej samej plasteliny, ohydnego, rozczochranego, tarzającego się w tej forsie babsztyla, który jednoczenie wciska pod poduszkę kolejne banknoty, a kiedy zastanawiamy się, o co chodzi i kim jest ta kobieta, rozlega się puszczony z offu głos prezydent Waltz informujący nas, że ona nie zamierza występować przed sejmową komisją. I koniec. Szkoda. Bardzo chętnie rzuciłbym raz jeszcze okiem na te banknoty, by zobaczyć, czy to przypadkiem nie są rosyjskie ruble.
   Pamiętam, że kiedy jeszcze byłem małym dzieckiem, trafiłem na stare, jeszcze z lat 50-tych, numery wydawanego swego czasu tu na Śląsku tygodnika „Panorama”, i w jednym z nich znalazłem dowcip rysunkowy, który, być może przez to, że wówczas jeszcze nie rozumiałem słów, które się tam pojawiły, zaintrygował mnie do tego stopnia, że do dziś go pamiętam. Oto na ziemi siedzą dwaj Japończycy i jeden rzyga. Kolega go pyta: „Hara-kiri?” , na co ten drugi odpowiada „Nie. Coca-cola”.
  I ta końcowa anegdota prowadzi mnie do następującej refleksji. Oto mamy Telewizję Polską z Wojciechem Cejrowskim rozpoczynającym każdy kolejny swój kabaretowy wygłup znakiem Krzyża Świętego, Michałem Rachoniem sączącym najbardziej prymitywną reżimową propagandę z białoczerwoną flaga oraz orłem w koronie, jako dekoracją, no a na sam koniec wreszcie, czysty, niczym nie skażony socrealizm, z wyraźną sugestią, że to wcale nie jest jeszcze ich ostatnie słowo. Czekam ze ściśniętym gardłem.

Moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.
 


piątek, 20 października 2017

#MeToo (z dedykacją dla wielkiego filantropa George'a Sorosa)

            Trzymałem to w sobie dziesiątki lat, ale przyszedł czas, że muszę owo cierpienie z siebie wyrzucić. Zanim to jednak uczynię, chciałbym złożyć wyrazy podziękowania słynnym gwiazdom filmu, piosenki, oraz sportu, że przez swoją odważną determinację zechciały i mnie zainspirować do tego, bym dziś podniósł wysoko głowę i oświadczył: „Ja też”. Oto bowiem, jak wiemy, po tym, jak ujawnione zostały wstrząsające przypadki molestowania wybitnych aktorek Hollywoodu przez znanego producenta Harveya Weinsteina, coraz więcej kobiet decyduje się podzielić się ze światem traumą, jaką przez wiele lat skrywały, czy to ze wstydu, czy zwyczajnie ze strachu. Od czasu gdy wybitna gwiazda kina Alyssa Milano, znana przede wszystkim z roli w znakomitym filmie „Wyścig armatniej kuli 3”, uruchomiła na Twitterze akcję pod hasłem #MeToo, nie ma dnia, byśmy nie słyszeli kolejnych wstrząsających historii, których bohaterkami są molestowane aktorki, piosenkarki, czy nawet sportsmenki. Minęło zaledwie kilka dni od dnia, gdy została odkryta niesławna działalność Harveya Weinsteina, a już się dowiadujemy, jak to molestowane były takie gwiazdy najróżniejszych scen, jak Angelina Jolie, Bjork, Anna Paquin, Sheryl Crow, Jennifer Lawrence, Lady Gaga, Reese Witherspoon, czy McKayla Maroney.
     Oczywiście, te wszystkie świadectwa porażają swoim realizmem, równie bolesne jest również to, że tak długo przyszło nam czekać z ujawnieniem wstrząsającej prawdy o owych „zaklętych rewirach”, szczególnie gdy nawet tu u nas w Polsce, takie gwiazdy estrady, jak Kora, czy Edyta Górniak, już wiele lat temu ujawniły publicznie swoje ponure tajemnice. No i pojawia się też pytanie, dlaczego swoje wstydliwe sekrety skrywają również mężczyźni? Tym bardziej więc, chciałbym i ja przyłączyc się do tego wspaniałego ruchu wyzwolonych serc i opowiedzieć swoją historię. 
      Oto jeszcze w smutnych czasach PRL-u, jeszcze jako dziecko mieszkałem w kamienicy z przylegającym do niej obskurnym podwórkiem, gdzie dozorcą był człowiek nazwiskiem Sztamajza. Pan Sztamajza miał żonę alkoholiczkę znaną jako Lala, oraz upośledzoną córkę imieniem Krysia. Podwórko, o którym wspomniałem było praktycznie całym naszym życiem, tam się wychowywaliśmy, tam się bawiliśmy, tam podpalalismy pierwsze papierosy, tam też opróżnialiśmy nasze pierwsze flaszki. Było nas wielu kolegów, większość z nich ode mnie bardziej inteligentna i atrakcyjniejsza, nie wiem więc, jak to się stało, że żona pana Sztamajzy upodobała sobie najbardziej mnie i niemal każdego dnia przychodziła na podwórko, by mnie poczęstować papierosami, a czasem nawet łyczkiem wódki.       
      Wtedy wydawało mi się to czymś naturalnym, więc nie zadawałem żadnych pytań, a kiedy już osiągnąłem wiek dojrzały wstyd nie pozwalał mi o tym, co mi robiła żona dozorcy Sztamajzy opowiadać, a nawet myśleć, szczególnie gdy najpierw zostałem znanym lokalnie nauczycielem jezyka angielskiego, a potem prowincjonalnym pisarzem i internetowym komentatorem. Dziś jednak, poruszony przykładem Jennifer Aniston i wszystkich tych innych dzielnych i wspaniałych kobiet, chciałbym przyznać, że i ja byłem molestowany. Ile razy pani Lala dawała mi papierosa, lub częstowała wódką, musiałem ją całować w usta. Raz też zdarzyło się, że ona przyprowadziła Krysię i zmusiła mnie do zdjęcia spodni. Wtedy nie odbierałem tego, jako molestowania, zwłaszcza że w tamtych latach to słowo jeszcze nie było w powszechnym użyciu. Po prostu miałem ochotę na papierosa i uważałem, że to co robię to jest cena, jaką muszę za niego zapłacić. Teraz dopiero widzę, że to owe przeżycia młodości sprawiły, że zabrakło mi tego, co jest potrzebne, by odnieść w życiu większy sukces. Dlatego więc z dumą przyłączam się do akcji #MeToo i zachęcam wszystkich, by brali ze mnie przykład i czynili ten świat, a przy okazji i siebie, lepszymi.


Moje książki, jak wiemy, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie. 

czwartek, 19 października 2017

Totalna opozycja monitoruje zachowania rasistowskie i ksenofobiczne

     Ponieważ, jak zresztą czytelnicy tego bloga świetnie wiedzą, bardzo zajmuje mnie sprawa protestu głodowego lekarzy rezydentów i codzienny los tych dzielnych ludzi, jak co dzień zajrzałem do portalu tvn24.pl, by sprawdzić, jak się ta walka rozwija, kto w niej już dążył polec,m a kto do niej dołączył, no a może przede wszystkich jacyś to wybitni przedstawiciele polskiej polityki, kultury oraz mediów zechcieli protestujących wesprzeć swoją obecnością. No i proszę sobie wyobrazić, że tam cisza. Nie zupełna oczywiście. Informacji przeróżnych jest bez liku. Oto rzeczniczka Mazurek „zachęcałaby prezydenta, żeby witał Jarosława Kaczyńskiego”, Ludwik Dorn informuje, że "Siły Zbrojne znalazły się w sytuacji paraliżu politycznego, histerycznego rozchwiania i głębokiego zwrotu antymodernizacyjnego",  Cersei Lannister „w serii tweetów oskarżyła Harveya Weinsteina o molestowanie seksualne”, z kolei piosenkarka Bjork to samo przypomina sobie, gdy chodzi o rezysera Larsa von Tiera, a przy tym nawet dzieli się tak wstrząsającymi szczegółami, jak ten, że „kiedy powiedziałam, że ma przestać, złamał krzesło”, jak się okazuje, Douglas Ross, deputowany brytyjskiej Izby Gmin „nie weźmie udziału w debacie i głosowaniu, jednak będzie usprawiedliwiony, bo w środę wyznaczony jest do pracy jako sędzia asystent w meczu Ligi Mistrzów Barcelony z Olympiakosem”, jest nawet informacja, z którą z autentycznego strachu się nie zapoznałem, a która nosi tytuł: „Zostaw to i wychodź! Dawaj! Czad”. O głodujących lekarzach i wspierających ich Wałdku Frasyniuku i pułkowniku Mazgule ani słowa. Czyżby wojna się dobiegła końca?
     Otóż nic podobniego. Wprawdzie faktycznie wygląda na to, że z lekarzami poszło nie za dobrze, natomiast, walka ideologiczna trwa w najlepsze. Oto tvn24.pl, jako pierwszą wiadomość przedstawia zdarzenie, do jakiego doszło w jednym z tramwajów w Poznaniu, a ja może już nie będę dłużej trzymał Czytelników w napięciu i przejdę od razu do dłuższego cytatu:
     „Para z dzieckiem wsiadła do tramwaju numer 5. Kobieta miała na głowie chustę, a towarzyszący jej mężczyzna miał ciemniejszą karnację. To nie spodobało się dwóm pasażerom tramwaju. Jeden z nich był szczególnie agresywny. ‘Wypi***alaj stąd, bo ci k***a bombę całą w d**ę włożę k***a! Wypie***laj stąd ty i ona’ – to tylko niektóre z wulgaryzmów, które padły pod ich adresem. Para rozmawiała między sobą po niemiecku. To również ‘denerwowało’ mężczyzn. Nie omieszkali przypomnieć im, że ‘Polska jest tylko dla Polaków’.
      Fragment tego zajścia nagrała jedna z pasażerek. Ale autorka filmiku nie chce komentować całej sprawy. Portal tvn24.pl dotarł do innego świadka incydentu – Jechałem z dziewczyną tym tramwajem. Usłyszałem wulgaryzmy i jakieś wykrzykiwane hasła. Zacząłem się rozglądać, żeby dowiedzieć się, co się dzieje. Ale moja dziewczyna była przekonana, że to jakieś krzyki na przystanku – opowiada Mateusz Głaszczyk, świadek zdarzenia. Dopiero po chwili pan Mateusz dostrzegł w tramwaju głośno zachowujących się mężczyzn. Wyczuł też, że są oni pod wpływem alkoholu. – Nikt nie reagował na tę sytuację. Ludzie albo się patrzyli, albo zakładali słuchawki. To było żałosne.  Podszedłem do tych mężczyzn i otworzyłem drzwi, żeby wyszli. Ale chyba nie usłyszeli, co do nich mówię. Wtedy zobaczyłem, że zbliża się motorniczy, więc się odsunąłem – opowiada pan Mateusz.
      Motorniczy zareagował dość ostro. Od razu wyprosił awanturujących się mężczyzn. Z relacji świadka wynika, że wówczas jeden z mężczyzn krzyknął do motorniczego: czy ty wiesz, co Niemcy zrobili naszym pradziadkom? Panowie niechętnie opuścili tramwaj na przystanku na Placu Wolności. Jak twierdzi pan Mateusz, wsiedli potem do tramwaju linii 16”.
       Skoro już się pośmialiśmy, spróbujmy to coś skomentować nieco na poważniej, porządkując nieco ten bełkot. Oto jedzie tramwaj, a w nim kupa ludzi, wśród nich Mateusz z dziewczyną. Nagle Mateusz słyszy jakieś krzyki i kurwy, ale jego dziewczyna mówi, że to pewnie na przystanku, więc jadą dalej. Po chwili Mateusz widzi jakichś awanturujących się wyborców Prawa i Sprawiedliwości, czuje od nich alkohol a ponieważ w tym momencie wszyscy inni pasażerowie zakładają na uszy słuchawki, Mateusz podchodzi do wyborców PiS-u, łapie za klamkę, otwiera drzwi tramwaju i prosi ich, żeby wyszli, ale ze względu na ogólną wrzawę, ci go nie słyszą. I wtedy przychodzi motorniczy, każe wyborcom PiS-u wyjść, oni wychodzą, a Mateusz za nimi. Stoją więc wyborcy Prawa i Sprawiedliwości na przystanku, z nimi stoi Mateusz i bacznie ich obserwuje. Wreszcie nadjeżdża tramwaj 16, wyborcy wsiadają do środku, a Mateusz łapie za komórkę i dzwoni do TVN-u, żeby redaktorom opowiedzieć, co właśnie zobaczył.
     I oto okazuje się, że obok Mateusza i jego dziewczyny tramwajem jechała jeszcze pewna kobieta, która awanturę nagrała telefonem i film natychmiast wysłała do Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, który sprawę nagłośnił. TVN chciał z nią rozmawiać, ale niestety ona na rozmowę się nie zgodziła. Na szczęście był Mateusz, i dzięki niemu wiemy wszystko. Jak informuje portal tvn24.pl poza dwoma wyborcami Prawa i Sprawiedliwości,poszukiwani są już teraz tylko kobieta w chuście i mężczyzna o ciemnej karnacji rozmawiający po niemiecku . Gdyby ktoś ich gdzieś spotkał, powinien bezwłocznie powiadomić najbliższą jednostkę Milicji Obywatelskiej, bądź redakcję Dziennika Telewizyjnego.
     Jak się domyślamy, to ostatnie zdanie, to żart, no ale chyba każdy z nas rozumie, że nie mogłem się powstrzymać. My tu ostatnio bardzo szydzimy z mediów Dobrej Zmiany, zwracając uwagę na to, że to co nasi nam proponują, to PRL w swoim najlepszym wydaniu. Wygląda na to, że tamci nam wyraźnie pozazdrościli i w ten niezwykle inteligentny sposób próbują złapać oddech. No ale zrozumieli jeszcze coś. Ani demonstracje, ani protesty głodowe, ani pewnie nawet ewentualne – co tu parę dni temu trochę ironicznie proponowałem – spektakularne podpalenia. Pozostaje wyłącznie solidna peerelowska propaganda. Tyle że, przepraszam bardzo, ale nie przy pomocy Ośrodka Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. To już lepiej będzie zaaranżować sytuację, gdzie Borys Budka uratuje obce dziecko z pożaru.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, które są dostępne w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

  

środa, 18 października 2017

Czy za zrobienie jednego zdjęcia można pójść do piekła (repryza)

Ponad rok już minął od czasu, jak wspólnie z moim synem obejrzeliśmy sobie film Michaela Cimino „Łowca jeleni”, a ja, zarówno pod wrażeniem samego filmu, ale też rozmowy, jaką ze swoim dzieckiem zmuszony byłem odbyć, zamieściłem tu tekst na temat oczywiście samej wojny w Wietnamie, ale też – i to może przede wszystkim – sposobu, w jaki prawda o niej została przez media, oraz kulturę popularną, zmanipulowana i ostatecznie zakłamana. Dziś mój syn, podobnie jak wczesniej starsza córka, już z domu sobie poszli, ale ponieważ zostało nam jeszcze ostatnie dziecko, to tak jakoś wyszło, że i na nią przyszła kolej i znów – podkreślić muszę, że z najwyższą satysfakcją – przyszło mi obejrzeć ten film, po raz nie wiem już który. No a skoro tak, to i po raz kolejny okazało się, że wszystko to co i na samym filmie, ale też swego czasu wokół niego się działo, przyszło mi od początku do końca tłumaczyć. Uważam zatem, że nie zaszkodzi, jeśli i dziś zamieszczę tu po raz kolejny tamten tekst, z nadzieją, że przez ten rok pojawiło się tu parę osób, które przyjmą go z prawdziwą satysfakcją. Bo to jest coś, co wykracza poza podstawowy temat w sposób wręcz modelowy.

Obejrzeliśmy wczoraj z synem słynny film Michaela Cimino „Łowca jeleni”. To znaczy, tak naprawdę obejrzało go moje dziecko, a ja sobie go zaledwie przypomniałem. Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale mimo że on ma już 26 lat, filmem interesuje się kto wie, czy nie bardziej ode mnie, ma stałe oko na wszystko, co się we współczesnej kinematografii dzieje, tego akurat, jak się nagle okazało, nie widział nigdy. Zasiedliśmy więc sobie odpowiednio wcześnie – film Cimino trwa pełne trzy godziny – przed telewizorem, no i zanurzyliśmy w owej absolutnie niezwykłej, prowadzonej niemal w zwolnionym tempie, narracji i nastąpiła cisza przerywana tylko niekiedy leciutkim pobrzękiwaniem szkła.
No i pojawiła się w pewnym momencie owa nieśmiertelna już chyba kwestia Wietnamu, z oczywiście kluczową w tym filmie sceną, kiedy to DeNiro i Walken zmuszeni są przez żołnierzy Vietkongu do gry w tak zwaną „rosyjską ruletkę”. I to wtedy właśnie syn mój niespodziewanie zapytał mnie, czemu ta wojna wciąż tak bardzo gryzie amerykańskie sumienia. Wytłumaczyłem mu wszystko najlepiej jak umiałem, zwracając oczywiście przede wszystkim uwagę na owo słynne zdjęcie, na którym szef południowowietnamskiej policji, generał Nguyễn Ngọc Loan, zabija strzałem w głowę swojego imiennika, żołnierza Vietkongu Nguyễn Văn Léma, a które to zdjęcie, w zgodnej opinii wielu komentatorów praktycznie zapewniło Ameryce ostateczną wietnamską porażkę. Popatrzmy:


Kto wie, ten wie, a tym co nie wiedzą i są w tym momencie odpowiednio poruszeni, wyjaśnię, że owo zdjęcie – natychmiast zresztą podpisane słowem „morderstwo” oraz wyróżnione Nagrodą Pulitzera – na którym widzimy tego biednego przerażonego chłopaka, niemal dziecko, i mierzącego prosto w jego skroń bezwzględnego mordercę, zostało wykonane przez Eddiego Adamsa, reportera Associated Press i błyskawicznie rozesłane na cały świat z informacją, że oto do jakich wynaturzeń prowadzi amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. W konsekwencji, jak mówię, nie potrafiąc odpowiednio zareagować na ową publikację, Amerykanie zaczęli się stopniowo wycofywać z Wietnamu, ostatecznie oddając ów rejon Związkowi Sowieckiemu. To jednak, czego do dziś tak naprawdę większość z nas nie wie, to fakt, że ów biedny, tak okrutnie zamordowany chłopak z Vietkongu został chwilę wcześniej pojmany w pobliżu masowego grobu wypełnionymi 34 grobami cywilów, których dowodzony przez niego osobiście oddział właśnie pozabijał. On sam też, czego Loan był naocznym świadkiem, również osobiście, niemal chwilę wcześniej rozstrzelał pewnego południowowietnamskiego oficera wraz z jego żoną, 80-letnią matką, oraz trojgiem małych dzieci, tylko dlatego, że ten nie chciał mu powiedzieć, jak obsługiwać czołg. Tuż po aresztowaniu, Lém oświadczył, że jest bardzo dumny z tego co zrobił, a w tej sytuacji Loan stracił cierpliwość i Léma rozstrzelał. Ktoś mi teraz pewnie powie, że nie wolno zabijać i ja się oczywiście z tym zgadzam, natomiast uważam, że zachowując owo przykazanie w pamięci, ważne jest też to, by wiedzieć. Bo nie wiedzieć, to też grzech. I to niekiedy bardzo ciężki.
I proszę sobie teraz wyobrazić, że gdyby nie dociekliwość mojego dziecka, to i my byśmy się dziś nie dowiedzieli o tym, co najciekawsze, a więc to co najczęściej przychodzi później. Otóż skończyliśmy oglądać film, syn mój rzucił się do komputera, no i co się okazało? Po paru kolejnych miesiącach mianowicie generał Loan został ciężko postrzelony, w wyniku czego musiano amputować mu nogę. W trakcie oblężenia Sajgonu, kiedy wojna już się praktycznie zakończyła, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbował prowadzić normalne życie, jako właściciel niewielkiej pizzerii. Niestety, w roku 1991 został rozpoznany, jego tożsamość została ujawniona publicznie i ostatecznie, po tym, jak na ścianach restauracji zaczęły pojawiać się napisy w rodzaju: „We know who you are, fucker”, przeszedł na emeryturę. Zmarł na raka w roku 1998. I proszę sobie wyobrazić, że w tym oto momencie na scenę wchodzi autor słynnego zdjęcia, reporter Associated Press, Eddie Adams ze swoim zamieszczonym po śmierci Loana w magazynie „Time”, a dziś już skutecznie zapomnianym oświadczeniem, w którym pisze:
Na tym zdjęciu zginęło dwoje ludzi, ten partyzant, ale też GENERAŁ NGUYEN NGOC LOAN. Generał zastrzelił partyzanta Vietkongu ze swojego rewolweru, a ja zabiłem generała swoją kamerą. Uważam, że fotografia bywa najpotężniejszą bronią na świecie. Ludzie jej wierzą, podczas gdy w rzeczywistości ona kłamie. I nie trzeba przy niej nawet manipulować. Ukazuje ona tylko część prawdy. A to co moje zdjęcie ukryło, to kwestia: ‘Co ty byś zrobił tego upalnego dnia na miejscu generała, gdyby zdarzyło ci się ująć przestępcę tuż po tym, jak ten z zimną krwią zamordował jednego, a może dwoje, czy troje Amerykanów’… Owo zdjęcie zniszczyło jego życie. Co ciekawe, Loan nigdy nie miał do mnie o nie pretensji. Powiedział mi kiedyś, że pewnie gdybym to nie ja je zrobił, zrobiłby je ktoś inny. Ja jednak już nigdy nie przestałem mieć wyrzutów sumienia w stosunku do niego i jego rodziny... Kiedy umarł, wysłałem kwiaty z dopiskiem: ‘Przepraszam i dziś już tylko płaczę’”.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja zrobiła się trochę dziwna. Z jednej strony mamy ten film, a więc, jak by nie patrzeć, najczystszy pop, z drugiej owo zdjęcie, gdzie, choćbyśmy nie wiem, jak się starali, widzimy kogoś, kto z całkowicie spokojną twarzą strzela człowiekowi w głowę, no a ja na to wszystko zaczynam opowiadać jakieś tam naprawdę zupełnie nieistotne anegdoty. Dobra więc, stoję wobec tych zarzutów z odsłoniętą piersią i proszę o jeszcze. Proszę mi też jednak pozwolić powtórzyć to, co powiedziałem już nieco wcześniej: naprawdę nigdy nie zaszkodzi wiedzieć.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Szczerze zachęcam.