czwartek, 26 lutego 2009

Nixon, czyli co każdy Polak wiedzieć powinien

O Richardzie Nixonie, niesławnym prezydencie Stanów Zjednoczonych, wiem niewiele więcej niż można wiedzieć, amatorsko interesując się polityką. Wiem więc oczywiście to, że jest to postać ‘niesławna’. Ale to wie każdy. Każdy kto zauważył, że od kilku dziesiątek lat, każdy skandal, każdy wielki przekręt, każda polityczna afera operuje przyrostkiem –gate, jeśli jest tylko odrobinę wnikliwy, wie też, że to gate pochodzi od związanej z Nixonem afery podsłuchowej Watergate. A więc to jest wiedza powszechna. Richard Nixon, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1969-1974, to już na wieki symbol politycznej zbrodni i zasłużonego politycznego upadku.
Wiem jednak też o Nixonie parę innych rzeczy. Na przykład to, że swoją drugą kadencję wygrał z historyczną przewagą. W roku 1972, Nixon zdobył 60% głosów i zwyciężył w 49 stanach, praktycznie nie prowadząc kampanii wyborczej i nawet nie wykorzystując do końca funduszu wyborczego. Świadczyłoby to o tym, że jeszcze niecałe dwa lata przed tym, jak się stał wrogiem publicznym i najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych, Nixon był powszechnie lubiany. Na tyle przynajmniej powszechnie, że został prezydentem właściwie bez walki.
To, co napisałem powyżej, to fakty. Dziś, jednak, kiedy wspominamy Richarda Nixona, pojawiają się głównie nie fakty, ale plotki, mity i najbardziej niewiarogodne legendy. A wszystko to, w większości wypadków, opiera się na jednym, stałym założeniu – w historii światowej polityki nie było nigdy postaci tak odrażającej, jaką był Nixon. No, może z wyjątkiem Adolfa Hitlera i niektórych polityków Prawa i Sprawiedliwości. O co są do Nixona pretensje, pomijając oczywiście tę najbardziej znaną, a jednocześnie najbardziej nieprawdziwą, czyli że to on kazał podsłuchiwać Demokratów? O to, że był człowiekiem niesympatycznym, fizycznie odstręczającym, chorym z nienawiści, głupim i genetycznie nieuczciwym. No i jeszcze jedno – że był najgorszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. Gorszym nawet od młodego Busha.
Muszę powtórzyć to co powiedziałem na początku. Nie jestem ekspertem ani w kwestii Richarda Nixona, ani tez w kwestii w ogóle prezydentów Stanów Zjednoczonych. Zakładam więc, że są pewnie gdzieś jakieś fakty, o których nie mam pojęcia i które mogą świadczyć na niekorzyść Nixona, podobnie zresztą, jak fakty, które mogą świadczyć na jego korzyść. Jeśli jednak mam liczyć na swoją intuicję, doświadczenie i najbardziej podstawową inteligencję, nie mogę przestać pamiętać o tym, że przed Nixonem było mnóstwo prezydentów, a po Nixonie też nie mała ich grupka i że jest niezwykle mało prawdopodobne, żeby akurat tylko jeden z nich – własnie Nixon – okazał się tak wyjątkowo na tle całej reszty podły, zły i nieuczciwy, że trzeba go było wpisać na listę zasłużonych. To jest po prostu niemożliwe.
Nixon kłamał? Nixon kazał zakładać podsłuchy? Nixon prowadził brudną kampanię? Nixon niszczył swoich przeciwników? Nixon był bezwzględnym politycznym graczem? Tak? Rozumiem oczywiście, że na tym polu i Kennedy z jednego końca i Obama z drugiego, z Clintonem pośrodku, to dobrzy, serdeczni ludzie? Bardzo przepraszam, ale to zdaję się nie Nixon został zamordowany przez Bóg jeden wie kogo i to nie za prezydentury Nixona zmarła Marlin Monroe. Czy ja coś może mam do Kennedyego? Ależ skąd? Ani więcej, ani mniej, niż do wszystkich innych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Poza tym, mówiłem już – ja się na nich za bardzo nie znam. Nie na tyle jednak jestem ciemny, żeby wierzyć w to, że Barak Obama wyzwoli Afrykę post-kolonialnego nieszczęścia, a swoją ukochaną Kenię wprowadzi do wielkiej światowej rodziny krajów bogatych i prosperujących. Nie na tyle, żeby sobie wyobrażać, że prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje się od tak sobie. Bo dobrzy ludzie tak zapragnęli.
Może więc i jest tak, że Nixon w niczym nie był lepszy od swoich poprzedników i następców? Informacja jednak jest inna. Nixon był od nich gorszy. Przyjrzyjmy się więc Nixonowi bliżej. Wiemy już, że historia go nienawidzi i wiemy, że nie zawsze tak było. Co wiemy jeszcze? Miałem okazję obejrzeć ostatnio bardzo dyskutowany film Frost/Nixon. W mojej opinii, jest to film wybitny, a fakt, że został nominowany do tegorocznych Nagród Akademii, może świadczyć o tym, że nie jest to z mojej strony jakieś dziwactwo. Film zrobiony jest w formie quasi-dokumentu i – o ile mi wiadomo – jeśli ktoś chce zweryfikować obraz filmowy, może sobie nawet kupić całość słynnego wywiadu na DVD, albo poczytać historyczne teksty. Z filmu Nixon/Frost wynika więc, że Richard Nixon był człowiekiem, a nie demonem. Dodatkowo był człowiekiem, który potrafił być osobiście bardzo ujmujący, dowcipny i zadziwiająco inteligentny. Na filmie widać to nawet z zamkniętymi oczami.
Ale film pokazuje też drugą stronę tej historii. Pokazuje nienawiść do Nixona, która jest tak histeryczna, tak nieprzytomna i tak potężna, że każdy w miarę rozsądny człowiek musi się spytać, o co tu chodzi. Dlaczego jest tak, że wybitny, międzynarodowo rozpoznawany dziennikarz planuje przeprowadzić cykl telewizyjnych rozmów z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych i, realizując ten plan, spotyka się wyłącznie z wściekłością elit, które mają tylko dwa marzenia – zobaczyć Nixona w więzieniu i później już nie widzieć go nigdy więcej? Dlaczego Frost, najprawdopodobniej nastawiony na jeden tylko – pomijając kwestie finansowe – cel, mianowicie ostateczne skompromitowanie Nixona, pokazanie światu jego podłości i w efekcie wzięcie na siebie całego tryumfu nowoczesnego świata, musi aż ryzykować własnymi pieniędzmi, bo nie ma jednego, gotowego do współpracy, medialnego, czy politycznego ośrodka, który by się sam tego ryzyka po prostu nie bał?
A ryzyko było oczywiste. Przez cały niemal czas, kiedy ekipa Frosta kręci ten wywiad, to Nixon jest jego bezdyskusyjnym zwycięzcą. Jest od Frosta i bardziej dowcipny i błyskotliwy i o wiele inteligentniejszy i zdecydowanie bardziej przebiegły. A przede wszystkim – i film to pokazuje bardzo przejrzyście – jest daleko bardziej człowiekiem z zasadami. Prawie cały ten czas, to, z jednej strony zarówno w politycznym, jak i czysto ludzkim wymiarze, festiwal Nixona i dopiero ten ostatni wieczór i ostatni dzień, ni stąd ni z owąd, przynosi kompletną zmianę sytuacji. Tyle tylko, że i tak już nigdy nie będziemy wiedzieli, czy to ostateczne przyznanie się Nixona do kłamstwa jest efektem wybitnych dziennikarskich talentów Frosta, czy może i tu wszystkie nici trzymał sam były prezydent.
Tak czy inaczej, to tylko film. A więc zawsze jakaś tam fikcja. Oczywiście, możemy wszystko po kolei sprawdzać, by w efekcie zobaczyć i Nixona i jego wrogów takich jakimi byli naprawdę. Ale i tak, to wciąż tylko film, więc nie zdziwię się jeśli ktoś mnie tu wyśmieje i powe mi, żebym się nie wygłupiał. Są jednak rzeczy, o których już wspomniałem i które nie są ani moją, ani niczyją opinią. Według najbardziej obiektywnych standardów, był okres w politycznym życiu Richarda Nixona, kiedy on pod każdym względem był postacią wybitną. I to nie tylko na początku lat 70-tych.
Są też i inne fakty i inne znaki, pokazujące, że sprawa Nixona nie jest w najmniejszym stopniu jednoznaczna. Wiadomo, że Nixon był przez najbardziej wpływowe elity znienawidzony w sposób bezprecedensowy. Dziś już też wiadomo, że Bob Woodward nie był bohaterem. Nie był też nawet takim tam sobie średnio wybitnym dziennikarzem śledczym Washington Post, który dzięki swoim talentom i dociekliwości ukazał całe okropieństwa wielkiego politycznego oszustwa. Dziś już wiadomo, że to Mark Felt, zastępca dyrektora FBI, który nienawidził Nixona za to, że ten uniemożliwił mu awans na szefa Biura po odejściu Hoovera, przyniósł Woodwardowi – swojemu dobremu znajomemu – wszystko na tacy i ten był tylko pionkiem w grze osobistych ambicji, prywatnych niechęci i wielkich kulturowych i cywilizacyjnych interesów.
W swoim słynnym wywiadzie, jaki przeprowadził w roku 1980 z Nixonem Bob Greene, dziennikarz Chicago Tribune, Nixon opowiada o swoim życiu, swoich poglądach, o swoim upadku i o tym w co zawsze wierzył. Oczywiście, zawsze – podobnie jak w przypadku filmu – można powiedziec, że to bzdury, bo to mówi Nixon, a to co on gada jest bez znaczenia. Pomijając fakt, że najczęściej z takimi argumentami wychodzą ci, którzy wszystkie swoje poglądy opierają wyłącznie na tym, ze ktoś im coś powiedział, albo gdzieś coś usłyszeli, zgoda. To tylko gada Nixon. Warto i tak jednak posłuchać choć fragmentów.
Greene pyta Nixona, jak się czuję przechodząc do historii, jako „sztywny, zimny, pozbawiony uczuć człowiek”, na co ten odpowiada: „Dlaczego w ten sposób nie mówi się o innych prezydentach? Uważano, że Truman to taki swój chłop. Proszę mi wierzyć, on nigdy do siebie nie dopuszczał nikogo, poza bliskimi przyjaciółmi. Ani Eisenhower z tym swoim słynnym uśmiechem – nigdy nie pozwalał sobie na jakąkolwiek poufałość. Podobnie Kennedy. Mimo tej całej swojej reputacji, tego blasku i w ogóle, był zawsze bardzo wyniosły. Może jedynie Johnson… on tak. On lubił osobisty kontakt. Ja byłem bardziej jak Kennedy […] Jednak prezydent nie może być kimś z tłumu. Musi zachowywać pewien szacunek. Ludzie pewnie nawet nie chcą, żeby on przychodził do nich i mówił: ‘Patrzcie, jestem taki jak wy’”
W innym miejscu, kiedy Greene przyznaje, że w młodości zawsze obracał się wśród ludzi, którzy nie znosili nawet dźwięku samego jego nazwiska, Nixon przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tamtych nastrojów, i wspomina, kiedy krótko po tym jak został prezydentem, przemawiał w Wirginii, gdzie miał zapowiedzieć wycofanie pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu. „I wtedy pewna bardzo ładna dziewczyna, może szesnasto, czy siedemnastoletnia, podeszła do mnie, splunęła mi prosto w twarz i powiedziała - ‘Ty bandyto’. Wziąłem chusteczkę od agenta ochrony i wytarłem twarz. To było okropne.”
Wreszcie trzeci fragment, kiedy Greene sugeruje, ze może gdyby Nixon pokazał się ludziom, jako człowiek bardziej sympatyczny, bardziej swobodny, mniej oficjalny, ci by go zaakceptowali. Mówi Nixon: „U mnie to nie był problem stylu. Mogłem przecież zapraszać dziennikarzy na kolację. Mogłem organizować różne sympatyczne spotkania, a na drugi dzień liczyć na jakiś miły, ciepły tekst w gazecie. Jednak problemy, jakie mnie spotkały jeszcze przed rezygnacją, nie były w ogóle związane z brakiem tych kontaktów. To była kwestia mojej wiary i moich przekonań. Ich wiara i ich przekonania były kompletnie inne.”
Po co piszę ten tekst? Czy chodzi mi o to, żeby wszystkim błądzącym pokazać, że Nixon to był jednak świetny facet – mądry, zdolny i porządny. Może trochę tak. Jednak nie to jest moim zamiarem. Gdyby tak było, to pewnie bym bardziej pisał o tym, jakim to on był wspaniałym mówcą, jaki był wykształcony i oczytany, jak wspaniałą karierę zrobił od biednego dziecka z czasów Wielkiego Kryzysu do prezydenta wielkiego mocarstwa. Może bym wspomniał te jego opowieści o nocach w Białym Domu, kiedy chodził po tych wielkich pokojach i wchłaniał historię wielkiego narodu i o jego pięknych refleksjach na najbardziej zwykłe tematy. Jak ktoś chce, to niech sobie znajdzie ten tekst. Bob Greene Nixon on Nixon.
Chodzi mi o coś zupełnie innego. Ja chciałem zwrócić uwagę na historię pewnej manipulacji. Chciałem pokazać, co może osiągnąć grupa bardzo zaangażowanych, bardzo wpływowych osób, które mają cel zniszczyć czy to człowieka, czy to nawet pojedynczy projekt. Chciałem pokazać choć w bardzo byle jakim zarysie, jak to się robi. I jakie można osiągnąć efekty. Jak można, przy pomocy czystej zimnej nienawiści, zniszczyć niemal całą historię. I to nie na chwilę. Takie projekty nie dotykają jednego pokolenia. Przy tak wielkim zaangażowaniu w kłamstwo, ten brud pozostaje na wieki. Przypadek Nixona jest tu najlepszą tego ilustracją.
A co nas to obchodzi? Myślę, że nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby wiedzieć co mam na mysli. Na sam koniec, jeszcze sam początek rozmowy z Nixonem. Bob Greene idzie z Nixonem nowojorską ulicą i Nixon mówi: „Wczoraj szedłem do fryzjera i nagle na rogu zobaczyłem grupę młodych ludzi. Człowiek z ochrony zwrócił się do mnie; ‘Niech pan powącha. To trawa’ Marihuana. Proszę sobie wyobrazić, nigdy wcześniej tego nie czułem. Myślę, że jak o to idzie, jestem kompletnie tępy. Nie ten czas”.
Bo tak naprawdę, o to własnie chodzi. Że to nie ten czas. Można wybaczyć wiele, ale bez przesady. Niektórzy powinni naprawdę uważać.

wtorek, 24 lutego 2009

Fajny film wczoraj widziałem, czyli precz z Almodovarem

Chciałem zacząć ten wpis od uwagi, że oto otwieram czwartą setkę, ale wystraszyłem się, że moje koleżanki z Salonu znów zaczną sobie żartować. Zatem powiem tak – zaczynamy czwartego drinka.
Muszę też od razu się zastrzec, że będę pisał o kwestiach całkowicie niesprawdzonych. Pełen subiektywizm i wyłącznie opinie. Jest to oczywiście sytuacja szczególna, bo dotychczas, jeśli pisałem, że Jarosław Kaczyński jest politykiem wybitnym, a Donald Tusk wręcz przeciwnie i kiedy próbowałem przekonać moich czytelników, że PiS tworzył najlepszy z dotychczasowych rządów, a Platforma Obywatelska – najgorszy, to wcale nie uważałem, że to co piszę, to tylko moje subiektywne przekonania. Ja jestem w stu procentach pewien, że to akurat to fakty, a nie opinie.
Dziś same opinie. A chciałem podzielić się moimi wrażeniami na temat kina, filmów i oczywiście Oscarów. Oscary są dla mnie wydarzeniem zawsze bardzo ważnym. Wynika to z mojego przekonania, ze poza Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, kino nie istnieje. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że w takich Indiach, na przykład, kręci się bardzo dużo filmów i Hindusi – a ostatnio nie tylko Hindusi – uważają, że to Bollywood stanowi czystą sztukę i prawdziwą radość. Ja wiem też, że jest mnóstwo ludzi tu w Polsce i w całej Europie, którzy kpią z kina amerykańskiego i wolą oglądać filmy francuskie, hiszpańskie, belgijskie, austriackie, niemieckie, duńskie, a nawet polskie komedie. Ja jednak zawsze wiem, że największe wrażenia, najbardziej niezapomniane emocje, najpiękniejsze przeżycia dawały mi filmy produkowane w USA, albo w Wielkiej Brytanii.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Nigdy nie umiałem sobie wyjaśnić, na czym polega ten fenomen. Faktem jest, że z naprawdę drobnymi wyjątkami, wszystko co najlepsze w kinie zawsze szło stamtąd, a nie stąd. Pamiętam, kiedyś bardzo lubiłem oglądać filmy rosyjskie. Nawet dziś, uważam, że Dworzec dla dwojga, czy Lecą żurawie, czy Dziecko wojny, czy wiele innych filmów wyprodukowanych przez Rosjan, to arcydzieła. Ale wiem też, że duża część kina sowieckiego, to absolutne dno. Podobnie trochę jest z kinem amerykańskim. Jeśli chcemy znaleźć coś naprawdę beznadziejnego, to jest szansa, że to będzie któryś z filmów własnie amerykańskich. Nie zmienia to faktu, że dla mnie – powtórzę to raz jeszcze – najwspanialsze filmy, to filmy amerykańskie, lub brytyjskie. To jest trochę tak, jak z muzyką. Z jakiegoś powodu, wolę słuchać Coldplay niż Myslovitz i Lestera Bowie, niż Stańkę. Odpowiedzi jednak nie znam. Lubię więc kino ze Stanów i z Anglii. I wcale nie musi to być od razu Ojciec Chrzestny, choć właściwie, czemu nie? Wcale nie muszę od razu sięgać po Kubricka. Mam na myśli tanie, kameralne, ukryte w cieniu filmy, takie jak Withnail & I, Raining Stones, Sideways, Fresh, Smoke, Up The Junction i wiele, wiele innych, niezapomnianych, cudownych filmów. Filmów amerykańskich i brytyjskich. Dlatego więc, kiedy zbliżają się Złote Globy, a po nich Oskary, jestem zawsze poruszony, bo wiem, że oto w najbliższym czasie, będę mógł obejrzeć kolejną porcję filmów naprawdę znakomitych. Filmów najlepszych jakie w mijającym roku zostały zrobione na świecie.
Jeszcze raz muszę tu zaznaczyć. Ja wiem, że dla wielu, to co tu piszę, to bzdury i nieprawda. Okay. Biorę to pod uwagę. Ja się wyłącznie powołuję na moją wrażliwość i moje emocje. Jak ktoś twierdzi, że Almodovar jest twórcą wybitniejszym od choćby Spielberga – jego sprawa. Jeśli ktoś chce mnie przekonywać, że Full Monty nie dorównuje naszemu Testosteronowi, proszę uprzejmie. Jeśli ktoś się głośniej śmieje na występach Kabaretu Mru-Mru, niż przy oglądaniu skeczy z Big Train, niech mu będzie. Ja dziś nie agituję politycznie. Dziś pisze o tym, co lubię.
Czekam zawsze na te Oskary i zawsze mam z nimi kłopot. Ja wiem, że tych członków Akademii, którzy wybierają swoje ulubione filmy jest całe mnóstwo, ale i tak mam wrażenie, że oni mają tam tak naprawdę jedynie głos doradczy. W najlepszym wypadku. A więc ile razy zbliża się ta doroczna gala, ja wiem, że nie będzie najgorzej, ale z całą pewnością nie będzie tak, jak ja to sobie wyobrażałem. Jeśli Oscara dostanie Sean Penn, to wcale nie dlatego, że w tym roku zagrał najlepiej, ale dlatego, że najlepiej zagrał w zeszłym roku, albo jeszcze wcześniej, tyle, że wtedy Oscara nie mógł dostać, bo trzeba było go dać komuś innemu. I też nie dlatego, że ten ktoś zagrał lepiej od Penna, ale dlatego, że był Czarny, albo Czerwony, albo zagrał Żyda w piekle Holocaustu, albo po prostu tak wyszło z ustaleń. Może też być tak, że w tym roku film, w którym Penn zagrał, był tak beznadziejny, że on był jedyną jego wartością, a twórcy tego filmu musieli coś dostać, bo inaczej tzw. społeczność gejowska mogłaby się obrazić.
Konsekwentnie więc, w przyszłym roku na pewno Oscara za główną rolę męską dostanie Mickey Rourke, bo w tym roku trzeba było go dać pedałom. Inna sprawa, że najprawdopodobniej kolejny film Rourke będzie o niebo gorszy od The Wrestler, a my się będziemy denerwować, ze znów zlekceważono Johnnego Deppa, albo Leonardo DiCaprio. Tak to jednak jest i nie ma sposobu, żeby z tego wyjść. W minionym roku Di Caprio i Kate Winslet zagrali w filmie absolutnie wielkim. Porażającym w stopniu wyjątkowym. I on i ona zagrali tam życiowe role. Mówię o filmie wprawdzie nominowanym do Globów jednak z jakiegoś powodu zlekceważonym przy Oscarach - Revolutionary Road. Prawdopodobnie osoby, które decydują o nagrodach, czuły, że Winslet jednak powinna mieć tego Oscara, więcdały jej go za film byle jaki i rolę równie byle jaką.
I tak to działa. W tym roku, nominowanych było kilka filmów wybitnych. Był Nixon/Frost – gdzie nagle dowiadujemy się, że Nixon to jednak nie był gbur, cham, oszust i idiota, The Curious Case Of Benjamin Buton, czy wreszcie fantastyczny Doubt z Hoffmanem i Streep. Wszystkie główne nagrody zgarnął Slumdog Millionaire. I nie mam nic przeciwko temu, bo to świetny film. Tyle że większość osób, które się zachwycają losami tego hinduskiego chłopca - analfabety, zupełnie lekceważą fakt, że ten film to pastisz typu Kill Bill, który staje się wartościowy dopiero wtedy, jak ten pastisz zostanie zauważony. Bez tego, jest to najzwyklejszy, głupkowaty Bollywood o dziecku, którego ukochana zostaje narzeczoną paskudnego gangstera, brat - tego gangstera cynglem, a on sam wygrywa milion w teleturnieju, bo w tym swoim nędznym życiu akurat dowiedział się dwunastu rzeczy i to były własnie te kwestie, o które go – ja doszło co do czego – spytano.
Jednak, jak mówię, nie mam pretensji. Slumdog Millionaire to świetny film, Winslet jest wybitna aktorką i nawet ten nieszczęsny Penn, to też bardzo dobry aktor. Jeśli mnie coś w tym roku naprawdę rozjuszyło, to przypadek niejakiego Heatha Ledgera. Niezwykły ten aktor sławę zdobył dwukrotnie. Pierwszy raz, jak zagrał w (nagrodzonym oczywiście) najbardziej nudnym na świecie gniocie o kowbojach-pederastach Brokeback Mountain. A drugi raz, jak umarł. Kiedy umarł, postanowiono zrobić z niego aktora wielkiego. Doszło do tego, że wymyślono taką teorię, że on w roli Jokera był wybitniejszy od Jacka Nicholsona. Tak się składa, że ja tego Mrocznego Rycerza widziałem. W moim najgłębszym przekonaniu, Ledger nie gra tam gorzej od Nicholsona. On tam w ogóle nie gra. Z tą kompletnie zamalowaną twarzą i z tym jedynym grepsem polegającym na nieustannym mlaskaniu, co ma prawdopodobnie powodować uczucie grozy, on tam po prostu nie istnieje. Efekt jest taki, że o ile w oryginalnym Batmanie, Nicholson pojawiał się i w sposób automatyczny i całkowicie naturalny ciągnął za sobą chaos, Ledger, jak się pokazuje na scenie, żeby być przekonujący, musi to powiedzieć głośno: „Przynoszę wam chaos!” I za to właśnie, otrzymał w tym roku Oscara.
I niech by mu nawet było. Niechby już miał tę nagrodę, skoro zdarzyło mu się umrzeć tak młodo. Jest jednak tak, ze zawsze jest coś za coś. Jeśli Oscara dostał Ledger, Oscara nie dostał ktoś inny. A to już jest bardzo niesprawiedliwie. Michael Shannon, niezwykły, cudowny, kompletnie powalający na łopatki chory psychicznie matematyk został tego Oscara pozbawiony nie dlatego, że zagrał gorzej od Ledgera, albo zagrał źle. Nie. On przepadł, bo musiał przepaść. Bo się nie zaćpał, bo nie grał pedała, bo nawet nie wystąpił w filmie, który coś tam, komuś dał, co ten ktoś tam bardzo tego potrzebował. A przede wszystkim dlatego, że Oscar był dla Ledgera. Więc to mi się w tegorocznych Oscarach bardzo nie podobało. I o to mam pretensje. Większe nawet niż to, że Milk – film beznadziejny, bez scenariusza, bez akcji, bez sensu i na dodatek nieustannie niesmaczny – dostał nagrodę za scenariusz.
Ale trudno. Tak widocznie musi być. Jeśli tylko jednak Akademia w Los Angeles będzie dalej, w tak znacznej większości, patronowała sztuce wybitnej i wybitnym artystom, mogę machnąć ręką nawet na te pojedyncze wybryki. Skoro oni muszą mieć tę swoją dodatkową zabawę, nich mają. Ja sobie będę dalej oglądał wybitne filmy, z wybitnymi kreacjami wybitnych aktorów.

niedziela, 22 lutego 2009

300

No i dziś przyszło mi zamykać kolejną setkę. Wpadło mi jednak właśnie do głowy pewne skojarzenie, które sprawia, że te 300 wpisów nabiera szczególnego, bardzo symbolicznego znaczenia. Myślę o komiksie Franka Millera i inspirowanym nim filmie o tym niezwykłym tytule. Nie znam się kompletnie na komiksach. Jedyny fragment tej dziedziny sztuki jaki znam dość dobrze to Przygody Koziołka Matołka i trochę też czegoś, co się kiedyś czytało, a co się nazywało Tytus, Romek i Atomek. Poza tym jestem tu niemal kompletnie bezradny. Mam natomiast w domu młodego Toyaha, który mi każe ze sobą chodzić do kina, a więc pewnego razu obejrzałem ekranizację kultowego – jak się dowiaduję – komiksu o Spartanach i ich beznadziejnej walce z Persami.
Bardzo mi się ten film podobał. Mamy go w domu na DVD i od czasu do czasu sobie rzucimy okiem. Dziś jednak chciałem nie o filmie, ani nie o komiksie, ale o tych 300 tekstach, które, jeśli się tylko na spokojnie zastanowić, mają bardzo zbliżoną moc do tej, jaką dysponowało tych 300 Spartan. Jeśli się tylko spokojnie zastanowić, to – myślę sobie – te moje słowa, bez względu na to jak bardzo zaangażowane, jak pełne emocji i prawdziwej wiary, są niczym w porównaniu z tym, co stoi naprzeciwko i przeciwko czemu one faktycznie są skierowane. I wcale nie chodzi mi tu o moich kolegów blogerów, którzy też tu prowadzą swoją prywatną wojnę. Akurat oni, że się tak nieskromnie wyrażę, mnie nie martwią. Uważam – jeszcze mniej skromnie – że oni akurat, nawet gdyby się nagle zgromadzili wszyscy razem, mnie nie przestraszą. Więc to nie z nimi walczę. Naprzeciwko bowiem mam nie paru, podobnie jak ja, amatorskich publicystów, lecz całą organizację, której faktycznego kształtu, pochodzenia, ani składu do końca nikt z nas nie zna, ale która na swoje usługi zgromadziła setki wybitnych polityków, wielkich autorytetów, znakomitych dziennikarzy, profesjonalnych doradców, cały powszechny system edukacji, potężny biznes, grupy wydawnicze, ogromną część kultury popularnej, a przede wszystkim najbardziej sprawne kanały medialne, pomagające dzień i noc komunikować się z demokratycznym społeczeństwem. A to już jest przeciwnik potężny.
Dlaczego więc wciąż piszę i skąd mam wciąż tyle wiary w to, że warto? Stąd mianowicie, że mam szczere przekonanie, iż te 300 tekstów, to nie są same tylko teksty. Za tą liczba kryją się ludzie, w moim najgłębszym przekonaniu, prawdziwie wielcy i tak niezłomni, że z nimi się w ostatecznym rozrachunku wyłącznie wygrywa. Parę z moich niedawnych wpisów poświęciłem właśnie takim ludziom. Jeszcze wcześniej pozwoliłem sobie, najlepiej jak umiałem, oddać mój szacunek Annie Walentynowicz. Dziękowałem tu państwu Gwiazdom i każdemu z tych wszystkich walczących z dala od głównego nurtu bohaterom, o których akurat sobie pomyślałem.
W którymś z najnowszych komentarzy, które uprzejmie zostawiane są na moim blogu, ktoś napisał, że siły, które się przeciwko nam sprzymierzyły, okazały się jednak zbyt słabe „w kościach”, żeby pokonać to co mamy najlepszego. Nie zniszczyły na przykład Antoniego Macierewicza. I to jest fakt. Jednak nie cała. Bo nie zniszczyły nie tylko Macierewicza. Nie zniszczyły również Lecha i Jarosława Kaczyńskich, nie zniszczyły Anny Walentynowicz, nie zniszczyły Gwiazdów, nie zniszczyły Krzysztofa Wyszkowskiego. Nie zniszczyły też – o czym mogliśmy się z satysfakcją niedawno przekonać – Kornela Morawieckiego. Nie zniszczyły wielu z tej przecież nielicznej garstki, która okazała się silniejsza od czasów w których przyszło im wszystkim żyć i walczyć. Nie zniszczyła wreszcie tych wszystkich z nas, którzy się solidarnie wspieramy, nawet dziś. Tutaj. Właśnie dzięki nim warto jest pisać i dlatego też łatwo jest wierzyć, że to nie jest już takie ciężkie zadanie.
Powiedzmy więc, że tak jak tych tekstów jest już – razem z dzisiejszym – 300, można nawet przyjąć, że w ogóle wszystkich nas też jest 300. Zgoda więc. Niech zatem będzie tylko 300. Ale za to, jakież piękne jest to poczucie, że kiedy nam powiedzą: „Nasze strzały przysłonią wam słońce”, to my z radością i dumą odkrzykniemy: „Więc będziemy walczyć w cieniu!”

sobota, 21 lutego 2009

Biedny Polak czyta "Gazetę Wyborczą"

W dzisiejszym Dzienniku, a ściślej, w dodatku o dumnej nazwie Europa, tekst niezwykłyhttp://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article325207/Wojna_pokolen_przy_.... Cezary Michalski rozmawia, z, pod pewnym – dość wstydliwym – względem, kultowym dziennikarzem Gazety, Michałem Cichym. Zanim zacząłem czytać tę rozmowę, nie bardzo widziałem sens przepytywania akurat Cichego akurat o Adama Michnika,
Helenę Łuczywo i w ogóle o ten niezwykły projekt o pełnej nazwie Gazeta Wyborcza. Jednak, coś mnie podkusiło, i teraz już wiem, że właśnie przeczytałem tekst zupełnie epokowy. Biorąc pod uwagę, że Michalski rozmawia nie z kimś, kto zawsze stał w opozycji do Gazety i ludzi tam skupionych, nie z jakimś tropicielem Żydów, bojownikiem o etniczną czystość lokalnego środowiska, lecz z kimś z samej, że tak powiem, otchłani, mamy do czynienia z rewelacją.
I od razu muszę powiedzieć, że nie chodzi mi o to, ze Michał Cichy zaświadcza swoim doświadczeniem, że to nie Adam Michnik jest faktycznym szefem Gazety, ale Helena Łuczywo. Nie o to, że, zdaniem Cichego, Michnik to cham i cynik. Nie o to też, że według relacji człowieka, który przez bardzo długi czas był bardzo blisko tego towarzystwa, czołowi dziennikarze Gazety, jakimi niewątpliwie są Paweł Smoleński i Agnieszka Kublik to „cyngle do wynajęcia”. To wszystko jest nic. To, jęli tak można powiedziec, to wewnętrzna sprawa Michnika, Łuczywo i Cichego na dokładkę. To co mnie w tej wypowiedzi poraziło, to – po raz pierwszy tak autorytatywne – przyznanie, że środowisko tworzące Gazet ę Wyborczą i decydujące o jej polityce, filozofii i kształcie, to środowisko całkowicie wyalienowane z tzw. interesu narodowego, i to wyalienowane w sposób zamierzony i programowy.
Oto co mówi o Helenie Łuczywo – swojej mentorce, bohaterce, osobie o wielkości dla niego niemal historycznej – w rozmowie z Michalskim, Michał Cichy: „Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem”.
A więc tak to wygląda w ocenie kogoś kto jest niewątpliwym autorytetem. Więc dziś już wiemy. Nie można się dziwić. To co się liczy przede wszystkim, to „zaplecze kulturowe i genetyczne”. Nie księża, nie Fieldorf, zapewne nawet nie Polska jako znak i symbol. Tu się odbywa misja polegająca na chronieniu swoich przed nieszczęściem. I proszę zwrócić uwagę. Cichy nie oskarża. Nie zgłasza pretensji. Nie przedstawia dylematów. Jego słowa są czystą afirmacją. Według Cichego, człowieka, który był w Gazecie przez tyle lat przez wzgląd na wielkość Heleny Łuczywo i który odszedł z niej mimo tej wielkości, tak jak, jest słusznie i właściwie. Dlaczego? Bo inaczej po prostu się nie da. Bo „problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.”
To z czym mamy do czynienia podczas tej niezwykłej rozmowy, rozkłada nawet samego Michalskiego. On oczywiście stara się zrozumieć, ale i on musi to w końcu wykrzyczeć, że jego „etniczne kryteria wcale nie kręcą”. Na nic. Za Cichym bowiem stoi nie to w co on wierzy, czy co mu się wydaje, czy nawet nie to, co on by bardzo chciał. Za Cichym stoją fakty. On sobie tego nie wymyślił. On tam był, on słuchał co do niego mówią, on tego wszystkiego doświadczał, on to zaakceptował i dziś on po prostu to wszystko wie. A skoro wie, to mówi, a mówi rzeczy porażające: „Ale jak pan [etnicznych kryteriów] nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych […]. O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy”.
Ot co! Tak się mają sprawy. Więc ja już nic więcej nie napiszę. Zakończę ten tekst drobną refleksją. Gazetę – na poziomie bardziej ogólnym – zaczepiłem właściwie raz, w jeden, bardzo szczególny sposób i tę moją zaczepkę zapisałem na stałe na głównej stronie swojego bloga. Poza tym żartem, staram się o Gazecie wspominać wyłącznie w odniesieniu do spraw konkretnych. O ile sobie dobrze przypominam, jeśli idzie o Gazetę, udawało mi się zawsze unikać wchodzenia w coś, co wydawało mi się oceną pozamerytoryczną. Dziś widzę, że jeśli kiedykolwiek coś zaniedbałem, dziś to moje zaniedbanie naprawił z nawiązką Michał Cichy. Człowiek, który wszedł do współczesnej historii Polski jednym gestem. Gestem w postaci pamiętnego artykułu z roku 1994 zatytułowanego „Polacy - Żydzi: czarne karty Powstania” i adekwatnym tekstem. Dziś mi ten sam człowiek dokładnie wyjaśnił co jest na rzeczy.
Ze swojej strony mogę więc zadeklarować, że sprawy Gazety Wyborczej, Agory i całego tego środowiska będę traktował już zawsze, jak sprawy obce, które pozostają poza sferą mojego zainteresowania.

piątek, 20 lutego 2009

Komu uśmiech, komu jad, komu strach

Dziś, z samego rana, zaprzyjaźniony komentator Don Esteban przekazał mi wiadomość, że Sebastian Karpiniuk obiecał się zabrać za Zbigniewa Ziobro. I to wreszcie skutecznie. Jeśli wolno mi się trzymać konwencji, którą tu z upodobaniem ciągnę od kilku dni, jest to informacja – zgodnie zresztą z intencją Don Estebana – bardzo dobra. Świadczy ona bowiem o tym, że ruch, nie tylko na poziomie intelektualnym, ale również czysto fizycznym, w Platformie Obywatelskiej nie zamarł i jest szansa na to, że kiedy uda się wreszcie tych powiatowych referentów odsunąć od władzy, to odbędzie się to w sposób cywilizowany, a nie na zasadzie łapanki.
Wiadomość w Onecie brzmi następująco: „’Dziennik’: Sebastian Karpiniuk z PO, który został nowym szefem sejmowej komisji śledczej ds. nacisków zapowiada rozprawienie się ze Zbigniewem Ziobra i jego ekipą.” Oczywiście trudno mi zgadnąć, jak jest naprawdę. Może się okazać, że Onet źle cytuje Dziennik, albo Dziennik źle cytuje Karpiniuka, albo, wreszcie – co jest najbardziej prawdopodobne – Karpiniuk plecie trzy po trzy, tyle że, kiedy ostatnio oglądał film instruktażowy dla ludzi szukających pracy, w części zatytułowanej „Pierwszy dzień w pracy”, usłyszał, że każdy szanujący się młody biznesmen powinien być energiczny i pełen inicjatywy. Zatem jest i energiczny i pełen inicjatywy. Więc choć nie wiem, jak jest w rzeczywistości, to wiem, że „chłopaki walczą”.
Oczywiście, walczą tak jak są w stanie walczyć. Czyli najczęściej biegają bez sensu w kółko i wydają z siebie okrzyki, które znają jeszcze z filmu o Klasztorze Shao-Lin. Kierując jednocześnie całą swoją uwagę nie na prawdziwego wroga, ale na swoją zaciętą, pełną rozczarowania i złości twarz w lustrze. Wczoraj Jarosław Kaczyński zwrócił uwagę ministrowi Rostowskiemu, żeby wreszcie przestał się wściekać na PiS i zabrał się do pracy, ale niestety, jak wszystko na to wskazuje, oni już nic więcej nie potrafią. Rostowski będzie już do końca wyzłośliwiał się pod adresem Kaczynskiego, Karpiniuk biegał z jakimiś kwitami za cieniem Ziobro, a Donald Tusk każe sobie sprowadzić do gabinetu solidną mównicę, będzie za nią stawał i powtarzał: „Jestem kapitanem. Mówcie do mnie ‘Kapitanie’. To ja, wasz Kapitan. Kto mi tam wierci dziury w dnie mojego statku?”
No i oczywiście wszyscy pozostali będą kryć się po kątach i czujnie się rozglądać, czy przypadkiem gdzieś w pobliżu nie zasadził się na nich Antoni Macierewicz. Otóż dziś właśnie chciałem o Macierewiczu. Ja bardzo dobrze rozumiem, ze nawet w sytuacjach alarmowych życie musi się toczyć w miarę normalnie. Czyli, jeśli jest powódź, albo pożary, albo wielodniowy huragan, naturalnie oprócz prowadzenia zwykłych działań ratunkowych, należy tez coś od czasu do czasu zjeść, przespać się, a może nawet porozmawiać z ludźmi i nawet od czasu do czasu się uśmiechnąć. Jest tylko pewien kłopot. Kiedy Wojciech Młynarski w swoim czasie śpiewał o tym, ze „chleba dosyć, ale rośnie popyt na igrzyska”, może akurat chleba dosyć nie było, ale igrzysk już z pewnością ciężko było dojrzeć. Co jednak robić w sytuacji, gdy po wielu miesiącach tak zakręconych tańców, że o chlebie człowiek zapomniał, zeszliśmy z karuzeli, zobaczyliśmy, że coś przegapiliśmy, a Kapitan mówi, żeby wracać na karuzelę, bo on nam przygotował parę nowych młynków? I znów nam wyciągają Macierewicza.
Jak mowa o Macierewiczu, chciałem tu wyznać, że dla mnie osobiście on zawsze przede wszystkim pozostanie człowiekiem z tego historycznego już filmu nakręconego przez wałęsowską telewizję w roku 1993, na którym to filmie stoi z fajką przed Wałęsą i po raz pierwszy jest tak, że to Wałęsa jest przestraszony, natomiast Macierewicz – zamiast się przed nim płaszczyć – mówi, z tym swoim nieprawdopodobnym spokojem, że z pewnością wszystko będzie zrobione jak należy. Ja nie wiem, jak to dokładnie wygląda z psychiatrycznego punktu widzenia, ale domyślam się, że to co dla mnie – i dla wielu innych – było ze strony Macierewicza eksplozją niezłomnej wielkości, u innych pozostawiło wyłącznie ciężką traumę, która nie chce ustąpić aż do dziś.
Ja nie znam Antoniego Macierewicza osobiście. W życiu miałem go okazję spotkać dwa razy, i za każdym razem robił on na mnie wrażenie człowieka przede wszystkim osobiście niezwykle grzecznego, a poza tym bardzo kompetentnego, że tak powiem, zawodowo. Nigdy go nie widziałem w sytuacji, która by go kompromitowała jako osobę. Nigdy nie zdarzyło mi się go przyłapać na jednym nawet geście, który by kazał mi wierzyć, że on jest gorszy w jakikolwiek sposób ode mnie na przykład. A mimo to, od czasu kiedy Macierewicz jest mniej lub bardziej w centrum publicznej uwagi, ta własnie publiczna opinia wyzywa go od najgorszych w sposób tak wyjątkowy, że te wyzwiska w pewnym momencie nawet przestały już nawet wymagać dowodów. To że Antoni Macierewicz jest najgorszą szują, stało się w pewnym momencie wręcz aksjomatem.
A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że jeśli zebrać na jego temat wszelkie najbardziej powszechne zarzuty, to się okaże, że niemal wszystkie z nich dotyczą wyłącznie jego cech fizycznych. Albo chodzi o to, ze on ma oczy wypełnione jadem, albo usta sączące jad, albo uśmiech plujący jadem, albo głos syczący jadem, ewentualnie słowa gęste od jadu. Z czego właściwie tylko ta ostatnia kwestia mogłaby być uznana za ledwie merytoryczną. Ja nie umiem sobie przypomnieć jednej sytuacji, gdzie Antoni Macierewicz doprowadził do jakiejś ciężkiej awantury, gdzie kogoś w jakiś bardzo ciężki sposób obraził, gdzie zaczął na kogoś wrzeszczeć, gdzie zniszczył w jakikolwiek sposób zasady publicznej debaty. A mimo to, wielu przedstawicieli tzw. mainstreamu, kiedy tylko słyszą nazwisko ‘Macierewicz’, zaczynają zatykać nos z obrzydzeniem i otwierać okna. Albo jeszcze gorzej – uciekać gdzie pieprz rośnie.
Od czasu kiedy Antoni Macierewicz zyskał opinię nad-Belzebuba, minęło już ponad 15 lat. Ja naprawdę staram się bardzo uważnie obserwować scenę polityczną, ale nie umiem sobie przypomnieć nic na tyle szczególnego w działalności publicznej Macierewicza, żebym miał go uznać za kogoś bardzo wyjątkowego jeśli idzie o osobisty poziom zła. To jest wciąż ten sam uśmiech, te same oczy, ten sam głos, ten sam spokój, ale – jak już idzie o nienawiść, czy choćby tylko zwykłe chamstwo – to wielokrotnie częściej on padał ich ofiarą, niż sam częstował jednym, czy drugim swoje otoczenie. W końcu, kiedy jakiś czas temu w telewizji, Sebastian Karpiniuk – człowiek kontrowersyjny nawet nie w jednym procencie tak jak Macierewicz – powiedział Macierewiczowi właśnie, że ten nie jest upoważniony, żeby choćby oddychać, w odpowiedzi otrzymał jedynie lekceważący uśmiech. I ja teraz mam rozumieć, że ludzie wrażliwi mają na myśli ten właśnie uśmiech?
Ja mam czasem wrażenie, że sytuacja Antoniego Macierewicza trochę jest taka, jak medialna atmosfera wokół skoczka narciarskiego o nazwisku Harri Olli. On podobno kiedyś się upił i od tego czasu komentatorzy sportowi nie są w stanie wypowiedzieć jego nazwiska w jakimkolwiek kontekście tak, żeby coś nie wspomnieć o tym alkoholu. To już jest autentyczne szaleństwo. Harry Oli skacze źle – „Ho, ho! Widać, że wciąż bardziej mysli o kieliszku niż o skokach”. Harry Oli skoczy dobrze – „Ho, ho! Widać, że stara się zapomnieć o kieliszku”. Harry Oli akurat nie skacze – „Ho, ho! Ciekawe, gdzie to też dziś się Harry Oli zabawia?” Tyle jednak, że o ile w przypadku tego narciarza, mamy do czynienia ze zwykłym, typowym dla sportowych komentatorów stuporem, kiedy idzie o Macierewicza, obserwujemy posuniętą do najbardziej napiętych granic rozsądku nagonkę.
Osobiście mam przekonanie, że gdyby do naszej dzisiejszej debaty wprowadzić kogoś obcego, kto nie zna naszych dziwnych zwyczajów i nie ma pojęcia kto jest w Polsce kim i dlaczego, i gdyby mu pokazać to szczucie przeciwko Macierewiczowi, które się obecnie na naszych oczach odbywa, to ten ktoś niewątpliwie uznałby, że ten Macierewicz to musi być ktoś kto samym swoim istnieniem doprowadza niektórych do takiego przerażenia, gdzie rozum już zwyczajnie się wyłącza. No bo o cóż innego tu może chodzić? Mamy ten Sejm z tym niemal już pół tysiącem posłów, do tego stu senatorów, a na to pewną kupkę jeszcze polityków z poza Parlamentu, i na przyczepkę całą gromadę większych i mniejszych komentatorów politycznych. A tu okazuje się, że w tej gęstwinie jest jeden, dosłownie JEDEN, człowiek, na którego wspomnienie, niemal całej tej menażerii stają włosy dęba na głowie.
Ja zawsze sądziłem, że to jest w gruncie rzeczy taka gra. Że od czasu jak Macierewicz, będąc tym ministrem u Olszewskiego, otworzył część teczek, dochodzi raz na jakiś czas do intensywnej akcji, która ma na celu czystą, zwykła zemstę. I ja to rozumiem. Ale żeby aż tyle lat, żeby z taką zażartością? I żeby nawet dziś kiedy wszystko wskazuje na to, że Polska może upaść z powodu działalności ludzi kompletnie innych niż Antoni Macierewicz, poświęcać kilka dobrych dni na bezsensowne wrzaski kompletnie nie na temat i w gruncie rzeczy całkowicie bezskuteczne, tego już nie mogę traktować jako gry. Tu musi być coś więcej. Coś o wiele poważniejszego. O wiele bardziej poważnego niż nawet los Kraju. Tu musi chodzić jednak o czyjąś skórę. Albo może nawet i o kilka skór.
Tym jednak większy nasz szacunek dla Macierewicza.

Jeszcze o historii na T-shirtach

Jeszcze w maju zeszłego roku, jeden ze swoich salonowych wpisów, w całości poświęciłem Grzegorzowi Przemykowi i jego pamięci http://toyah.salon24.pl/77000.html . Pierwszym powodem dla którego zdecydowałem się pisać o Przemyku, było zdjęcie, na które trafiłem w tamtych rocznicowych dniach, a które od tego czasu wisi na moim blogu, tuż obok. Zobaczyłem to zdjęcie i pomyślałem sobie, że ja nie wiem, jaki był Grzegorz Przemyk – warszawski licealista zatłuczony na śmierć przez komunistyczna milicję. Nie wiem, czy on był mądry bardzo, czy ani trochę. Czy on był grzeczny i miły, czy wręcz przeciwnie. Czy był szczególnie wrażliwy i czuły, czy był przeciętnym maturzystą, takim jak wielu jego kolegów. Pomyślałem sobie, że o Przemyku nie wiem zupełnie nic, poza wyrywkowymi wspomnieniami ludzi, którzy go znali, poza jego tragiczną historią i poza tym zdjęciem.
Później jeszcze znalazłem tę dedykacje dla młodszego brata, która mnie wzruszyła i pomyślałem sobie, ze ten Grzegorz Przemyk – polski maturzysta zakatowany na śmierć na komisariacie milicji w Warszawie, był jednak nie byle kim. Pomyślałem sobie, że takich dedykacji nie pisze pierwszy lepszy dzieciak z sąsiedztwa. Uznałem, że jeśli Przemyk potrafił napisać taki tekst, to to zdjęcie nie kłamie. To znaczy, że to jego niezwykłe, jasne spojrzenie, te oczy i ta twarz i to czoło, potwierdzają to nie nowe przecież podejrzenie, że prawdziwi bohaterowie nie zostają bohaterami ot tak sobie. A więc obok zdjęcia wkleiłem tę dedykację i pozostawiłem całość, żeby świadczyła i nie pozwalała zapomnieć.
Sam tekst dotyczył właściwie jednej rzeczy. Chodziło mianowicie o to, by zwrócić uwagę na fakt, że w czasach kompletnie rozbuchanej pop-kultury, tracimy z pola widzenia te obrazy i ten przekaz, które zupełnie uczciwie mogłyby tę, jak najbardziej popularną, kulturę uzupełniać, a przede wszystkim ją uszlachetniać. Pisałem zatem o tak zwanych T-shirtach. Pomyślałem sobie, że z jakiegoś powodu, bardzo wielu ludzi – młodych, ale przecież nie tylko – odczuwa potrzebę demonstrowania swoich emocji przez noszenie tych koszulek-transparentów z najbardziej różnorakim przekazem. Są tam umieszczone albo nic nie znaczące nazwy, albo niby-filozoficzne sekwencje, albo dowcipne cytaty, polityczne manifesty, czy też przeróżne symbole z zakresu kultury pop. Czasem po prostu wizerunki bohaterów.
Patrzyłem na zdjęcie Przemyka i pomyślałem sobie, że jego twarz wyglądałaby idealnie na takim klasycznym T-shircie. I nie chodziło mi ani o osobistą wielkość Przemyka, ani o jego zasługi, ani też o to, żeby w ten sposób oddać cześć komuś, kto dotychczas jakoś był zlekceważony. W ogóle nie chodziło mi o to, żeby te koszulki były dla Przemyka. Ale żebyśmy dzięki Przemykowi wreszcie mogli zrobić coś dla siebie. Chodziło mi o to, że skoro już wokół nas mamy tyle tych koszulek, z których każda wyraża coś mniej lub bardziej ważnego, to nic by nie zaszkodziło, żeby na niektórych z nich pojawiło się coś naprawdę istotnego. I że nie zaszkodziłoby, gdyby był to Przemyk. Dlaczego własnie on? Z bardzo prostego powodu. Bo ładnie wygląda – o wiele ładniej niż Che Guevara, czy nawet Jim Morrison – a poza tym zdecydowanie więcej mówi o nas, o tym kim jesteśmy i o tym co dla nas powinno być ważne, niż ci dwaj herosi razem wzięci.
Przecież nie jest tak że jeśli ktoś umieszcza na swojej koszulce Che Guevarę, to dlatego, że uważa go za wielkiego bohatera, a jeśli na niej wkleja twarz Morrisona, to przez to, że dla niego piosenki Doorsów to życie i tego życia sens. Nie. Chodzi o to, ze Jim Morrison był po prostu ładny, a Che Guevara – na tym jednym jedynym zdjęciu, które kursuje w świadomości publicznej – wygląda jak jakiś gitarzysta, czy piosenkarz. Podobnie jest zresztą z tym cudownym, symbolicznym już, wizerunkiem powstańca Warszawy w za dużym hełmie. Ten obrazek jest taki ładny, bo po prostu to dziecko wygląda w tym hełmie fantastycznie. I jeśli Muzeum Powstania wypuściło koszulki z tym powstańcem, które część młodzież dziś nosi, a po nich najróżniejsze gadżety, które też ludzie kupują, to nie dlatego żebyśmy wszyscy nagle uznali, ze Powstanie Warszawskie to jest taka super bitwa, ale po to, żeby fakt tego Powstania stał się częścią naszej najbardziej codziennej świadomości historycznej. I żeby pozwolił nam się czuć przez to Powstanie lepiej.
Ja sobie bardzo łatwo potrafię wyobrazić sytuację taką, że któryś z nas pokaże się w koszulce z Przemykiem, czy w koszulce z powstańcem gdzieś na świecie i ktoś się nas spyta: „Kto to taki?” A my wtedy powiemy: „To polski maturzysta, bez żadnego powodu zamordowany przez komunistyczną policję.”, albo „To dziecko z Powstania Warszawskiego”. I jestem pewien, że ta sytuacja stworzy i dla nas i dla świata sytuację zupełnie nową. I że nie będziemy mieli tej satysfakcji ani paradując z Che Guevarą, ani z Jimem Morrisonem, ani nawet z okładką pierwszej płyty Led Zeppelin. A już na pewno – że wrzucę sobie kamyk do własnego ogródka – ze sparodiowanym logo Gazety Wyborczej.
Takie więc miałem refleksje, pisząc mój zeszłoroczny tekst o Przemyku i wklejając jego zdjęcie i jego słowa na moim blogu. Reakcje były rożne. Najlepiej niestety zapamiętałem szyderstwa, że niby Przemyk nie ma się co równać z Che Guevarą, albo że z niego żaden bohater. I co na to miałem zrobić? Pisać jeszcze jeden tekst i wyjaśniać, co znaczy być Polakiem i być z tego faktu dumnym? Że jeśli wracając z wakacji w Kuźnicy, przywozimy sobie koszulkę z herbem tej miejscowości i z napisem Kaszebe, i jeśli później z satysfakcją chodzimy po okolicy nosząc tę właśnie koszulkę, to nie dlatego, że uważamy Kuźnicę za szczególnie piękne miejsce, albo że chcemy ją jakoś szczególnie promować, ale po prostu dlatego że ta koszulka nam się podoba, a w Kuźnicy tez nam było miło? Komu miałem to wyjaśniać? Ludziom dla których widok tragicznie zmarłego dziecka – jeśli tylko spod kołnierzyka wystaje medalik z Matką Boską – jest jedynie powodem do złośliwych uwag?
Więc jakoś problem koszulek z Grzegorzem Przemykiem zniknął – zupełnie bezgłośnie i bez większego zainteresowania – i zostało po nim to zdjęcie, ten tekst i link do odpowiedniego wpisu. I pewnie tak by to sobie trwało, gdyby nie dzisiejszy wpis Krzysztofa Wołodźko i kolejna próba zwrócenia uwagi na tę niezwykłą wartość, jaką posiadamy, a z której sobie kompletnie nie zdajemy sprawy. Tekst Krzysztofa przeczytałem z uwagą, satysfakcją i z nadzieją, że może tym razem uda się bardziej poruszyć wrażliwość ludzi, którzy nas czytają. Oczywiście – zgodnie z obawami samego autora – odezwali się i ci, którzy są kompletnie odporni na wszystko co choćby minimalnie przekracza codzienną porcję wrażeń. Ogólnie jednak, mam wiarę, że nasz powrót do tego tematu skłoni paru do choćby zastanowienia się nad tym, że jesteśmy jednak bardzo bogaci. Że i Przemyk i Pyjas i ten żołnierzyk z Powstania, są zaledwie tego bogactwa symbolami. Ale że dzięki nim właśnie warto czuć prawdziwą dumę.

czwartek, 19 lutego 2009

O Titanicu, Czarnym Recerzu i starszych referentach

Chyba jednak nie jest aż tak źle, jak myślałem jeszcze wczoraj. Wydawało mi się, że Donald Tusk z kolegami odpadli, a tu okazuje się, że kopią. Słabo, byle jak, głupio i chaotycznie – ale kopią. A to jest dobry znak. Przede wszystkim dla nas tutaj, bo jest szansa, że nadal będzie można się od czasu do czasu pośmiać. Ale też dla Polski, bo może jednak oni mają jeszcze trochę siły i przynajmniej nie zostawią tego co rozbabrali. Ot tak. Żeby każdy kto zechce, sięgnął po nią jak po swoje.
Te miłe myśli ogarnęły mnie, kiedy tak jakoś w okolicach południa zajrzałem do telewizora i przede wszystkim zobaczyłem Premiera w Sejmie, mądrzącego się, jakby nigdy nic się nie stało. Więcej. Donald Tusk był tak nakręcony – by nie powiedzieć ‘rozochocony’ – jakby właśnie wygłaszał swoje expose, a nie zaproszenie na stypę. Uznałem zatem, że, nawet jeśli jest tak, że jemu coś koledzy dosypali, to najwyraźniej to coś działa i Premier przynajmniej nie schodzi z pionu. Ja nie mam oczywiście najmniejszego zamiaru analizować wystąpienia Donalda Tuska, ani nawet wskazywać palcem na te jego fragmenty, które by wskazywały na to, że ów bojowy duch, do którego wczoraj wzywałem, bardziej przypomina tego pythonowskiego Czarnego Rycerza, który chce się bić, nawet wtedy gdy został mu tylko korpus i łeb, niż cokolwiek choćby minimalnie standardowego. Przede wszystkim, tego żeby jednocześnie walczyć i nie rozbić z siebie ofiary, ja od Premiera ani przez moment nie wymagałem. Ja prosiłem tylko o to, żeby nie mdleć. A jak ktoś bardzo pragnie, to niech sobie włączy wieczorem TVN24. Tam otrzyma pełną – z pewnością bardzo solidną – obsługę. Choćby dlatego, że wystąpienie Tuska było tak pełne arogancji i najzwyklejszego chamstwa, że oni na pewno takiej gratki nie przepuszczą.
Więc walczą i to jest bardzo dobre. Gorzej, że oni autentycznie zachowują się, jakby byli zaćpani. W tym samym czasie kiedy Donald Tusk odstawiał ten swój nędzny teatr, na który już nawet sami posłowie Platformy nie mieli siły reagować z odpowiednim entuzjazmem, w drugim okienku TVN pokazywał wielką demonstrację służb mundurowych w Gdańsku, a na dole na pasku leciała informacja, że jednak Macierewicza do komisji nie przyjmą. Słuchałem więc Tuska, patrzyłem jak surowo marszczy brwi i cos bredzi o statku na którym on jest kapitanem, widziałem tych demonstrujących policjantów, a jednocześnie czytałem, że w tym całym nieszczęściu ci durnie jeszcze mają siłę, żeby walczyć z PiS-em o Macierewicza i pomyślałem sobie, ze co to będzie, jeśli oni autentycznie są przekonani, że żadnego kryzysu nie ma. Że wszystko jest pod pełną kontrolą, a kryzys przyjdzie dopiero wtedy, jak Platforma zgodzi się swoje pomysły konsultować z opozycją.
Wczoraj do Szkła Kontaktowego przyszedł sms o następującej treści: „Z kryzysem jest jak z yeti. Nikt go nie widział, ale wszyscy uważają, że istnieje”. Kiedy dziś słuchałem albo Premiera, albo przeróżnych posłów Platformy, myślałem sobie, że ten sms pewnie był wysłany przez jednego z nich. Pomyślałem sobie, że partia rządząca i jej najlepsi przedstawiciele, których symbolicznym intelektualnym i kulturowym reprezentantem jest ten straszy referent z ZUS-u w Łodzi, właśnie tak sobie żyją. Tu sobie zrobią kawkę, tu zapalą papieroska, tu poplotkują o tym, jak to, panie, zima nam dopisała, a jeśli ktoś im powie, że są problemy, to wzruszą ramionami i pójdą sprawdzić, czy ktoś się nie dopisał do znajomych na naszej klasie. Czy to zidiocenie w jakimkolwiek stopniu odmieni rzeczywistość? Oczywiście nie. Nawet jeśli jakimś cudem uda się zatrzymać katastrofę, to z pewnością nie dlatego, że padnie parę zaklęć i kilka dowcipów. Muszę tu wprowadzić lekką korektę i jednak odwołać się konkretnie do tego co mówił Donald Tusk. Był bowiem jeden fragment w wystąpieniu Premiera, który mnie poruszył znacznie bardziej niż cała reszta. Otóż w pewnym momencie, Pan Kapitan – jak sam o sobie postanowił mówić – stwierdził, że to jest bardzo nieładnie, że kiedy on i jego ministrowie z takim oddaniem harują, by przeprowadzić Polskę do nowych, lepszych czasów, zły PiS „modli się po nocach”, by Polska zdechła w objęciach kryzysu. Byłem tak zdziwiony tymi słowami, ponieważ dotychczas wydawało mi się, że każdy normalny człowiek wie, że jeśli dom w którym mieszkamy zaczyna się walić, to staramy się wspólnie ratować, a nie załatwiać stare porachunki z sąsiadem, którego jakoś tam nie lubimy. Sądziłem, że myśl o tym, że opozycja klaszcze z uciechy za każdym razem jak kolejne tysiąc osób traci pracę, może narodzić się wyłącznie w głowach najbardziej niewydarzonych internautów z portalu gazeta.pl, albo bardzo już nielicznych – choć niestety wciąż dość popularnych – blogerów w naszym Salonie. Kiedy więc Donald Tusk wspomniał coś o tych modlitwach za upadek naszej Ojczyzny, pomyślałem sobie, ze to niemożliwe, żeby on żartował, albo żeby ktoś mu to głupstwo podpowiedział jak o dobre piarowskie zagranie. On – uznałem – musi autentycznie wierzyć, że Jarosław Kaczyński razem z Natali-Świat i Grażyną Gęsicką postanowili przehandlować Polskę za skalp Donalda Tuska. To jest dopiero zarozumialstwo. Jak można tak nisko upaść? I do kogo można mieć dziś pretensję, że do takiego stanu szaleństwa doprowadzili normalnego w gruncie rzeczy człowieka? A może to jest własnie ten stan, który jakoś tam przewidywałem w moich poprzednich wpisach? Może oni wszyscy – z wyjątkiem oczywiście ludowców – w tym rządzie osiągnęli etap, który wyznaczyli wcześniej przywódcy pokroju Fidela Castro i uznali, ze ten statek jest autentyczny, a oni autentycznie walczą z bałwanami i złymi duchami, którzy wiercą dziury w pokładzie?
Nie wiem, jak jest, ale nie wygląda to wszystko najlepiej. Z początku bałem się, że już po walce. Później uznałem, że jednak coś się tam rusza. Kiedy Tusk zakomunikował, że jeśli tylko Prezydent będzie chciał jechać do Brukseli, to niech sobie jedzie, pomyślałem nawet, że może oni chytrze, pomaleńku, przekażą większą część swoich obowiązków każdemu kto tylko zechce się za nich trochę pomęczyć. Wyobrażałem sobie, ze oni machną ręką na te wszystkie swoje niespełnione ambicje i pokażą całemu światu, jak to dla nich w tej chwili tylko Polska i kryzys i sprawa. A tu, nie dość że Premier wygłasza kompletnie chore przemówienie, w którym zapowiada, że on wszystko zrobi sam z Nowakiem i żeby się nie wtrącać, to na dodatek Seba Karpiniuk pcha się jak jakiś głupi na szefa komisji, która i tak niedługo wyleci w powietrze razem z tą całą smutną fikcją którą stworzyła, a cała reszta posłów Platformy staje na głowie, żeby – broń Boże – Macierewicz nie wszedł do komisji w sprawie Olewnika.
Wierzyłem głęboko, że może – skoro oni jeszcze jakoś żyją i nie zostali jeszcze fizycznie wygrzebani ze swoich gabinetów – oni przynajmniej machną ręka na tego Macierewicza. Że może zostawią sobie tę Piterę, Niesiołowskiego i być może Palikota, żeby tam coś ględzili, na wypadek gdyby jednak sytuacja gospodarcza się ustabilizowała, a sami się wycofają jak najdalej od najbardziej wrażych miejsc. A kiedy już uda im się sprytnie rozmazać odpowiedzialność za ewentualne porażki i sukcesy, to może nawet znajdą trochę czasu, żeby zagrać jakiś mecz na sopockim boisku. A tu nic z tego. Okazuje się, że pan premier jest teraz kapitanem, a jego ministrowie marynarzami i oni są jak prawdziwi piraci.
Jak Donald Tusk założy sobie na czoło bandanę i każe do siebie mówić „Jack”, wkroczymy w nowy etap. Na dziś przynajmniej mamy tę jedną dobrą wiadomość. Wciąż jest o co się bić. I po co pisać.

środa, 18 lutego 2009

Walczcie tchórze!

Zupełnie niespodziewanie, nawet dla mnie samego, między moim poprzednim wpisem i wpisem jeszcze wcześniejszym, minęły aż trzy dni. Ponieważ właściwie codziennie mam potrzebę do Was gadać, te trzy dni przerwy odebrałem z pewnym niepokojem. Bo – muszę to przyznać – absolutnie nic nie stało na przeszkodzie, bym sobie w weekend stukał w te klawisze, poza jednym wyjątkiem – mnie kompletnie zatkało. A więc się zaniepokoiłem. Pomyślałem sobie, że moje nic-do-powiedzenia może zwiastować coś znacznie gorszego, niż głupią przerwę w blogowaniu. Może być mianowicie związane z końcem politycznych emocji. A to – dla kogoś, dla kogo polityka od dziesiątek lat – jest głównym źródłem uciechy, stanowiłoby pełną porażkę.
Nie tylko ja się zaniepokoiłem. Pod wczorajszym wpisem pojawiło się parę komentarzy, które mi raczyły zwrócić uwagę na to, że się opuściłem. A jeszcze, jak by tego było mało, zostałem o tej mojej gnuśności dodatkowo poinformowany telefonicznie. Więc, naturalnie, będę się starał. Pozostaje jednak sam problem. Ja autentycznie od paru dni mam wrażenie, że coś się kończy, a to co się kończy zostało już skomentowane wielokrotnie. I przecież nie tylko przez mnie. Coś się kończy, a ja z tym nawet nie widzę za bardzo potrzeby walczyć. Bo choć jestem niemal pewien, że wróg, którego nigdy nie lekceważyłem, i nawet jeśli wyśmiewałem i z niego szydziłem, nie wątpiłem, że to wróg realny i zawsze przyczajony, ostatnio mam wrażenie, że stało się coś takiego, co niektórzy nazywają gestem Pana Boga nierychliwego, ale za to sprawiedliwego. A więc, w pewnym sensie, w pewnym momencie nasz miecz – czy jak to sobie tam nazwiemy – został nam z ręki wyjęty, i reszta odbywa się jakby poza naszą wolą i świadomością.
Byłem parę dni temu z wizytą u osoby, o której kiedyś wspomniałem, jeszcze przy okazji mojego tekstu o taborecie i muszę przyznać, że atmosfera była zupełnie inna od tamtej, sprzed niemal roku. Gapiliśmy się w telewizor, słuchaliśmy informacji o kryzysie, a ponieważ nikt nic nie mówił, powiedziałem coś w stylu: „Widzisz? Wiedzieliśmy kiedy odejść. A tak się cieszyłeś.” Mój przyjaciel spojrzał w okno, pokiwał głową i powiedział: „No… głupie sześć miesięcy by wystarczyło.” A więc takie to kalkulacje odbywają się nad tym nigdy nie wykorzystanym, obdrapanym i ‘rozjechanym’ taboretem.
A zatem kryzys dopadł Platformę. Niestety, przy okazji, dopadł też i naszą Polskę. I ją akurat niestety, w sposób jak najbardziej niezasłużony i niesprawiedliwy. Przyznaję. To że mogę w tych dniach obserwować Donalda Tuska, który już właściwie wyłącznie zachowuje się, jak ten nieszczęsny kurczak w finałowej sekwencji Stroszka, tyle że stymulowany nie przez jakąś nieludzką technikę, ale przez tzw. polityczny wizerunek, jest dla mnie oczywiście źródłem satysfakcji. W końcu, on akurat uczciwie zapracował sobie na takie emocje. Nie czuję się jednak ani szczególnie na siłach, żeby z hukiem tryumfować, ani tym bardziej – jak już wspomniałem – nad nim samym i jego nieudacznikami się znęcać. Właśnie usłyszałem, że najnowsze sondaże wskazują, że poparcie dla Platformy Obywatelskiej wciąż kształtuje się na poziomie ok. 50%, natomiast za PiS-em opowiada się już tylko 16% badanych. I nawet to, nie jest w stanie mnie ruszyć.
Wciąż widzę, jeśli nawet nie samego Premiera, to albo Julię Piterę, albo Dzikowskiego o imieniu Waldi (przepraszam za ten wybieg, ale nie wiedziałem, jak potraktować to cudaczne imię w bierniku, a nie chciałem ryzykować uwag zaprzyjaźnionych komentatorów), czy w końcu skromnego senatora Misiaka, a nad nimi kamienną twarz Waldemara Pawlaka, kiwającego chytrze swoją głową z kamienia. I myślę sobie, że nie tak wyobrażałem sobie finałowe starcie. Liczyłem na szczęk zbroi, na jęki rannych, zdradzieckie ataki tchórzy, decydujące uderzenia bohaterów, a tu tymczasem niemal idealna cisza. Tylko jakieś nerwowe stęknięcia tu i ówdzie.
A przecież był taki moment, kiedy wydawała się, że Polska jednak nie wpadnie w łapy tak marnego autoramentu specjalistów. Był taki moment, kiedy nawet najbardziej mainstreamowi komentatorzy nie mieli najmniejszych wątpliwości co do tego, że wybory w roku 2007 wygra ponownie PiS. Pamiętamy wszyscy, jak jeszcze może na miesiąc przed tym nieszczęsnym październikiem, nikt choćby odrobinę zorientowany w układzie sił, nie przypuszczał, że Platforma Obywatelska może przejąć władzę. PiS szedł przez kampanię wyborczą jak czołg i można było bezpiecznie obstawiać, że Polska będzie nadal prowadzona przez ludzi – nawet jeśli nie idealnych i popełniających błędy – mocnych, ideowych, zdeterminowanych, walecznych, twardych.
Przypominam sobie dziś, jak któregoś dnia, działacze Platformy urządzili przed kamerami telewizyjnymi niby spektakl, niby konferencję, niby greps przedwyborczy. Na scenie stał przyszły minister Grad, przyszły minister Grabarczyk i chyba jeszcze ktoś, choć tylko tych dwóch zapamiętałem, i kompletnie sztywni, z oczami postawionymi w tak zwany ‘słup’, klepali coś bardziej jeszcze monotonnymi głosami, niż nawet ciężko odurzony Pawlak. A później zaczęli zupełnie bez sensu – w ramach jakiegoś chorego performance – z tą samą pawlakową ekspresją, przewracać krzesła. I to właśnie była kampania wyborcza PO. To była ta energia, ta determinacja, ten ‘power’, z którymi mamy nieszczęście się męczyć od niemal już półtora roku. Przypominam sobie tych dwóch smutnych polityków, przewracających te nieszczęsne krzesełka, rozglądam się i widzę nagle już tylko jednego wariata, jednego cynika, jednego przestraszonego piłkarzyka i całą kupę nerwowo przebierających nogami niby-polityków o brukselskich aspiracjach, kombinujących już tylko, jak by się stąd jak najszybciej wyrwać.
Oto więc mamy kryzys. I oto też mamy tych, których sami sobie na te fatalne czasy wybraliśmy. Tych, którzy właśnie teraz powinni pokazać, jak się walczy o Polskę. Premier – magister historii. Minister Obrony Narodowej – psychiatra. Szef MSW – lokalny działacz sportowy. Specjalistka od walki z korupcją – magister filologii polskiej. Minister Infrastruktury – starszy referent w łódzkim ZUS-ie. Szef Skarbu Państwa – zastępca wójta z gminy Pleśnia. A teraz jeszcze zbankrutowany działacz Polonii w Chicago. No i – wspomniani już – jeden wariat i jeden cynik. Oto kryzys i oto poważna ekipa. ‘Poważna załoga’, jak to kiedyś lubił – nie o sobie jednak – mawiać sam pan premier. I oto upadek.
I oto biedna Polska. Zamykane zakłady pracy, ludzie pozbawieni pensji, banki wyciągające ręce po swoje, klienci nie odbierający telefonów, kosmiczne rachunki za gaz i prąd. I całkowicie nieprzewidywalna przyszłość. Wspomniałem na początku tego tekstu o mojej rozmowie z człowiekiem od taboretu. Przypomniałem tę moją złośliwość a propos utraty władzy przez PiS w odpowiednim czasie i w najlepszych możliwie warunkach. Jednak, mimo że tak sobie lubię teraz żartować, jestem pewien, że gdyby dziś premierem był Jarosław Kaczyński, a ministrami ludzie, których on by do tej roboty wynajął, wszyscy bylibyśmy bezpieczniejsi. Oczywiście, niewykluczone, że dla samego Kaczyńskiego ten czas byłby pewnie kompletnie wykańczający i kto wie, czy osobiście nie tragiczny. Ale ja też wiem, że z nim jako premierem, Polska by się miała o niebo lepiej. Bo nawet gdyby walcząc z kryzysem Kaczyński miał umrzeć, to by umarł w walce. A nie – jak Tusk – który, jak wykorkuje, to wyłącznie ze strachu, że nie zostanie prezydentem, lub wściekłości, że nie ma czasu na piłkę.
Przed nami tygodnie i miesiące całkowicie nieprzewidywalne. Według informacji, które czerpię od osób znacznie bardziej kompetentnych niż my wszyscy, dzielący się tu naszymi troskami, może w Polsce dojść do pełnego bankructwa. Może też się jakoś nam udać wywinąć. Ale faktycznie nie wiadomo nic. Jest więc – jak się zdaje - fatalnie. Od samego początku, jak zacząłem tu pisać, walczyłem o jedno. Żeby zachować maksymalnie dużo prawdy w tym świecie, który został niespodziewanie zdominowany przez najbardziej bezczelne kłamstwo. Żeby pokazać palcem zarówno to kłamstwo, jak i tych kłamców, którzy wtargnęli najbardziej brutalnie w nasze życie. Ale walczyłem też o to, żeby – przez to właśnie pokazywanie palcem – doprowadzić do odsunięcia od władzy tych, których uważam za złych i głupich szkodników. I teraz widzę, że oni nagle dostali w łeb z absolutnie nieoczekiwanej strony. I że przy okazji oberwaliśmy i my. Z czego więc się tu cieszyć? Czym się tu podniecać? Że minister Czuma ma syna idiotę? Czy tym że Palikot szykuje się na akcję przeciwko Prezydentowi, że ten już nie dość że pijak i psychopata, to jeszcze brutal, który tłucze swoją rodzinę? Mam szydzić z premiera Tuska, który nagle oświadczył, że jeśli Prezydent chce jechać na jakiś szczyt europejski, to on oczywiście nie ma nic przeciwko temu? A może mam sobie stroić żarty z minister Hall czającą się na moja najmłodszą córkę, by ją nauczyć, jak zakładać koledze prezerwatywę? Nie chce mi się.
Myślę więc, że pozostaje mi dziś już tylko szczerze kibicować Premierowi, jego kumplowi Nowakowi, a nawet pani minister Kopacz. Dlaczego? Bo ja dobrze życzę Polsce, ale też i sobie. Wszyscy świetnie pamiętamy, jak przez dwa lata rządów PiS-u, całe to przyplatformiane towarzystwo wręcz się lepiło do tej zupełnie obłędnej filozofii, głoszącej, że jeśli inaczej się nie da, to niech już Polska spłonie, jeśli tylko nagrodą ma być polityczna likwidacja obu Kaczyńskich. Doskonale pamiętamy te czarne billboardy, którymi patrioci z RMF-FM oblepili nasz piękny kraj, zachęcając Polaków do emigracji. Pamiętamy tego dziwnego człowieka, który po zwycięstwie Lecha Kaczyńskiego chciał zrezygnować z polskiego obywatelstwa. Ja osobiście pamiętam. każde słowo wypowiedziane przez Waldemara Kuczyńskiego na temat tego ile warto i za jaką cenę. Mam tę pamięć, a więc nie bardzo się też dziś dziwię, kiedy przeróżni eksperci twierdzą, że PiS z całą pewnością cieszy się z kryzysu. Oni zawsze byli tacy i też już inaczej nie potrafią.
Więc będę uczciwie liczył na to, że jednak rząd Donalda Tuska mnie nagle czymś wybitnym zaskoczy. Że jednak oni dokonają tego cudu, nawet jeśli z tak wielkim opóźnieniem. Bardzo bym tego chciał. Ze względu na dobro mojego kraju, ale też ze względów całkowicie już osobistych. Ja bym bardzo nie chciał, żeby ta wojna, którą prowadzę od niemal już roku skończyła się tak, że przeciwnik po prostu zemdleje. Ja bym o wiele bardziej pragnął, żeby IV RP, która jest mi tak bliska, wróciła do gry, jako prawdziwa, zwycięska siła, po walce, a nie w wyniku walkowera. Więc walczcie, a ja będę tu sobie pisał.

wtorek, 17 lutego 2009

Też mi ktoś wlazł do kuchni

Mój pierwszy, w pełni świadomy kontakt z reklamą miał miejsce jakieś może piętnaście lat temu, przy okazji telewizyjnej akcji promocyjnej na rzecz syropu, który leczył wszystkich, natychmiast i do końca. Reklama przedstawiała śpiące małżeństwo, gdzie i on i ona nie mogą w żaden sposób zasnąć, bo męczy ich kaszel. Ale ona w pewnym momencie – bardzo sprytnie – sięga po syrop, wypija kieliszeczek i śpi, a on, nieroztropny, oczywiście kaszle i cierpi. Ponieważ akurat dręczył mnie nieustający, ciężki kaszel, a wszelkie lekarstwa nie pomagały, kupiłem sobie buteleczkę. Syrop był zagraniczny, dość drogi, w pastelowym kolorze i pastelowym smaku, buteleczka elegancka, do buteleczki dołączony kapturek z zaznaczoną kreseczką i instrukcją. Ponieważ zawartość buteleczki, przy zachowaniu wskazań z instrukcji, starczyła na cztery porcje, na drugi dzień rano, nowoczesna kuracja się zakończyła sukcesem częściowym i mogłem przejść do metod bardziej tradycyjnych, czyli wyznaczanych przez zasadę, że leczony ból gardła trwa siedem dni, a nie leczony aż tydzień.
Opisana historia miała miejsce już bardzo dawno temu, w czasach gdy, żeby obywatela naciągnąć, nie trzeba go było wysyłać na konsultacje do „lekarza lub farmaceuty”. Ale również były to lata, gdy o tym by być częścią Wielkiej Europejskiej Rodziny, Polska mogła zaledwie marzyć, a sami Polacy jedną nogą tkwili wciąż w okowach Ciemnogrodu. Były to też czasy, gdy Andrzej Lepper miał brzydką fryzurę, czerwone policzki, a kiedy chciał zostać prezydentem, to musiał kręcić się osobiście po wioskach i miastach, zamiast zrobić sobie kilka ładnych billboardów i wywiesić je za naszymi oknami. Oczywiście, nie było też jeszcze telewizji informacyjnej, ani w postaci TVN24, ani w jakiejkolwiek innej, a tym samym polityka była rozrywką równie ekskluzywną, jak – nie przymierzając – dziś blogowanie. W ogóle, to wszystko działo się bardzo dawno, dawno temu.
Zmieniło się wszystko. Nie tylko Polska. Nie tylko nasze domy, nasze ulice, nie tylko nasze sklepy, nie tylko nasze portfele. Nie tylko my sami. Przez te wszystkie lata, zupełnie niepostrzeżenie, wszystko co nas otacza, zmieniło się w najczystszej postaci ofertę, a razem z tą ofertą, wszystko stało się reklamą. Ale dzisiejsza reklama nie jest już taka wymyślna. Dzisiejsza reklama – podobnie jak cała oferta – nie jest skierowana do ludzi, którzy stoją po drugiej stronie. Nowoczesna reklama jest przeznaczona dla tych, którzy już zostali wessani.
Proszę zwrócić uwagę, ile pieniędzy wydaje przemysł farmaceutyczny na wmawianie idiotom, że Rutinoscorbin pozwoli wyjść w ciągu jednej chwili z ciężkiej choroby. Czy ja przesadzam? Spójrzmy na serię telewizyjnych reklam, z których najświeższa wygląda tak. Dziecko chce iść grać w hokeja, ale „czuje się niewyraźnie”. Proszę zwrócić uwagę – to „niewyraźnie” to nie jest takie tam sobie nienajlepsze samopoczucie. To dziecko jest autentycznie chore. Ale zjada tabletkę Rutinoscorbinu i, naturalnie, może iść grać w tego hokeja. Ja już pomijam sytuację, z mojego punktu widzenia, wręcz kryminalną. Jeśli zakładamy, że ta reklama ma kogoś przekonać, to należy się spodziewać, że ten ktoś jest osobą o inteligencji tak niskiej, że dopuszczającej wszelkie kontynuacje. A zatem, należy się spodziewać, że ktoś kto chce iść zagrać w hokeja, a jest chory, po zażyciu tabletki pójdzie na tego hokeja i będzie chory jeszcze bardziej. Niewykluczone, że dużo bardziej. Oczywiście, to że się nie skonsultował z „lekarzem lub farmaceutą”, a może nawet i to, że nie wziął na poważnie ostrzeżenia z najnowszych reklam, że brak tych konsultacji może się nawet skończyć śmiercią, nie ma dla nikogo najmniejszego znaczenia. W końcu, nikt nie zabrania sprzedawać towaru durniom. Szczególnie gdy w gruncie rzeczy tylko durnie pozostali.
A reklama w międzyczasie objęła wszystko. Tak samo jak wszystko stało się ofertą. Nagle się okazało, że i my nie jesteśmy już tylko nabywcami. Sami staliśmy się również towarem. I wyszło na to, że nie trzeba być piosenkarzem, czy aktorem, czy telewizyjną gwiazdą, żeby zacząć się sprzedawać. Na pierwszy więc ogień poszli tzw. biznesmeni, po nich politycy, a teraz już idziemy my sami. Już możemy sobie kupić różnego rodzaju poradniki – najczęściej w formie płyt dołączanych do gazet codziennych – jak prosić o pracę, jak wywalać z pracy, jak rozmawiać z przyjacielem, jak wygrywać z wrogiem. Jak odmawiać, jak się podobać, jak lekceważyć. Jak wyglądać, jak mówić, jak spędzać czas, jak się uśmiechać.
Blog który prowadzę, to blog polityczny. Siłą rzeczy więc, polityka jest zawsze w głównym punkcie jego zainteresowania. Obserwuję więc politykę od lat i nie mogłem nie zauważyć tego momentu, gdy okazało się, że jeśli ktoś chce osiągnąć sukces polityczny, musi się stać towarem. I to nie byle jakim towarem. Musi się stać towarem zaprezentowanym w postaci pełnej i interesującej oferty, wspartej dodatkowo nowoczesną akcją promocyjną. Odnoszę wrażenie, że moment ów nastąpił w latach ledwo poprzedzających zwycięstwo PiS-u i osobiście Lecha Kaczyńskiego. Mam poczucie, że Lech Kaczyński został prezydentem niejako rzutem na taśmę. Rok 2005 to był rok, kiedy jeszcze można było zaobserwować resztki jakiejś minimalnej naturalności. Od tego jednak czasu, wszystko się bardzo szybko zmieniło w gigantyczny supermarket. Czy jest mi z tego powodu przykro? Pewnie. Podobnie jak wolałbym, żeby zwykłe parówki nie były produkowane ze zmielonych kości, czułbym się też znacznie lepiej, gdyby ludzie nie byli produkowani z przepisów opartych na zero-jedynkowych rozwiązaniach. Czy załamuję z tego powodu ręce? W żadnym stopniu. I wcale nie tylko dlatego, że w ogóle wolę myśleć pozytywnie, niż negatywnie.
Co jednak sprawiło, że postanowiłem napisać tekst, który przecież nie jest aż tak bardzo odkrywczy? Dwa mianowicie zdarzenia. Pierwsze to wczorajszy program w TVN24, zatytułowany tradycyjnie Polska i świat. Choć oglądam go już od dawna, czasem nawet z dużą przyjemnością, wynikającą głownie z mojej sympatii do prowadzących – ludzi ładnych i miłych – wczoraj, po raz pierwszy z taką intensywnością, zaobserwowałem, że jest w tej prezentacji coś zupełnie nowego. Otóż ta miła pani redaktor i ten miły pan redaktor są tam wyłącznie po to, żeby robić słodki nastrój. To co oni pokazują i o czym mówią, nie ma najmniejszego znaczenia. Zresztą tak naprawdę oni nie mówią o niczym. Oni wyłącznie szczebioczą. Podobnie jak półtorej godziny później w Szkle Kontaktowym, panowie Miecugow i Przybylik wyłącznie żartują, Kalczyńska i Grass, miło ćwierkają. Słuchałem więc tej uroczej pary, przyglądałem się im, jak się ruszają, jak się uśmiechają, jak robią miny, jak ona odchyla głowę do tyłu i bez powodu wybucha perlistym śmiechem, a on grzecznie pochyla głowę i się uśmiecha, i nagle uprzytomniłem sobie, że oto idzie już nie nowe, ale najnowsze. Że oto kształt rzeczy, które nadejdą. Kompletna pustka i rozpylony wokół dezodorant o nazwie dowolnej. Wedle indywidualnego upodobania.
I pomyślałem sobie, że jeśli idzie o tę formułę, to nawet jeśli nie wymyślił jej jeszcze do końca, to jest w trakcie jej przygotowywania. Ktoś zdecydowanie musiał wpaść na pomysł, albo może tylko podpatrzył gdzieś na świecie, że, podobnie jak całe nasze życie rodzinne, osobiste, zawodowe ma wyglądać jak reklama i brzmieć jak ta piosenka towarzysząca dziś już niemal każdej z nich, tak samo powinny się prezentować rzeczy poważniejsze – czyli to co się powszechnie nazywa newsem. Pomyślałem sobie – troszkę ze zdziwieniem, a troszkę z przestrachem – że nie jest wykluczone, że w świecie wypełnionym przez kompletnie morderczą pracę i nieprzytomne zarabianie pieniędzy, z weekendową terapią na zakupach, ostatecznie nie planuje się już nic więcej. Tylko to i tylko to. I wtedy pomyślałem, że trzeba to pokazać. Ale jeszcze stało się coś innego. Otóż na swoim blogu w Salonie, Krzysztof Leski opisał swoje zdenerwowanie tym, że przed jego oknem stanął billboard z Grażyną Gęsicką, że ona mu teraz zagląda do kuchni i że jego to irytuje. I że on sobie nie życzy. Mam więc też dziś maleńkie przesłanie do Leskiego. Ten billboard wkrótce zniknie. I albo pojawi się nowy, albo nie pojawi się żaden. Jeśli się pojawi nowy, będą na nim przedstawione dwie kobiety o nienaturalnie długich nogach i zimnych twarzach w rajstopach firmy Gatta, albo kawałek żółtego sera udekorowany winogronami. Albo 52-calowy telewizor za jedyne 3999 zł. Ale też może się nic nie pojawić, bo ktoś specjalny umówi się z kimś innym specjalnym, że na Pańskim osiedlu billboardy słabo chodzą. A reszta zostanie tak jak było jeszcze przed tą Gęsicką.
No i jeszcze na koniec jedno pytanie, już może tylko do Leskiego. Onjest zajęty jednym billboardem. Natomiast do wszystkich szczerze zainteresowanych, chciałbym się zwrócić apokaliptycznymi słowami nieustraszonego Boba Dylana: „Because something is happening here, but you don't know what it is. Do you, Mister Jones?”

sobota, 14 lutego 2009

Walentynki 2009, czyli zapraszamy do Tanzanii

Kiedy pisałem swoje wczorajsze refleksje na temat gwałtownego przyspieszenia, jakiemu w ostatnich tygodniach został poddany rząd, nie wiedziałem, że sytuacja jest jeszcze poważniejsza. Z opóźnieniem, zajrzałem dziś do wczorajszego Dziennika, a tam czytam rozmowę ze Sławomirem Nowakiem na temat spotkania Premiera z Jarosławem Kaczyńskim. http://www.dziennik.pl/polityka/article318444/Kaczynski_Tusk_Kto_byl_bardziej_spiety_.html. Minister Nowak jest postacią znaną nam wszystkim wystarczająco dobrze, by potrafił nas jeszcze byle czym zaskoczyć. Szczególnie, kiedy jego wypowiedzi zwykle docierają do nas w pełnej wersji, w postaci dźwięku i obrazu, można przypuszczać, że tej pełni szaleństwa nie ma sposobu przeskoczyć. I wczoraj Sławomir Nowak przeskoczył sam siebie. Bezgłośny, niewidzialny – po prostu nas zabił.
Opisując spotkanie Donalda Tuska z prezesem PiS-u, Nowak mówi co następuje: „…pan premier był bardzo spokojny i powściągliwy. Ponieważ to szef PiS na początku rozmowy był lekko spięty, pan premier starał się tę atmosferę rozluźnić. Czasami musiał bardzo wolno i obrazowo tłumaczyć rzeczy, których pan prezes Kaczyński nie rozumiał, a które leżą u podstawy postępowania rządu. Robił to z pełną cierpliwością, wykazując się przy tym nawet empatią.”
Więc ja sobie wyobrażam tę sytuację tak. Do eleganckiej sali w Urzędzie Rady Ministrów wchodzi Jarosław Kaczyński i widząc te piękne meble, dywany, obrazy na ścianach, fotele, a w fotelach ministrów i samego Premiera, dostaje paraliżu. W tym momencie, Premier, który jest osobą miłą i współczującą, stara się prezesa Kaczynskiego uspokoić, więc opowiada mu parę prostych, niemieckich dowcipów, dzięki czemu przynajmniej da się rozmawiać. Oczywiście sama rozmowa też nie może być utrzymana w zwykłym standardzie, do którego członkowie Ekipy są przyzwyczajeni, bo Jarosław Kaczyński jest zbyt głupi, a ta tępota w połączeniu ze stresem, wymaga działań specjalnych. Zatem Premier mówi „baaaahdzo wooooolno”. A ponieważ to nie wystarcza, wszystko co mówi, pokazuje Prezesowi na obrazkach i przyniesionych rekwizytach. Mówi więc Donald Tusk: „Paaaanie Phezeesssie! Syytuaaaacja khaaaaju jest thuuuudna…” I z jednej kieszeni wyciąga pięć złotych, z drugiej jedno euro, a z kieszonki na piersi laser i puszcza na ścianę ‘zajączka’, żeby wybić Prezesa ze stuporu. I tak mija powoli to spotkanie człowieka „wykazującego się nawet empatią” z przedstawicielem durnej opozycji.
I proszę sobie nie myśleć, że Sławomir Nowak narzeka. Ależ w życiu! „Spotkania szefa rządu z liderami opozycji na temat spraw ważnych dla państwa są czymś normalnym. Ja rozumiem, że ten obyczaj jest obcy PiS, ale naszą misją jest także cywilizowanie Prawa i Sprawiedliwości i uspokajanie nastrojów.” Skoro misja, to nie ma co marudzić. Na dodatek to nie jest zwykła misja. To misja na poziomie cywilizacyjnym. Niemal jak nawracanie niewiernych dzikusów w okresie przedkolonialnym.
Ja tu sobie żartuję, a pytanie zostało postawione i trzeba na nie odpowiedzieć. Co się mianowicie dzieje na poziomie Kancelarii Premiera, URM-u i okolic? Wczoraj jeszcze myślałem, że jest źle i że Premierowi pozostało już tylko z łezką w oku patrzeć na tę mapkę z wyraźnie narysowanym miastem na północy Polski o pięknej nazwie Gdańsk/Sopot. Tymczasem, wygląda na to, ze jest jeszcze gorzej. Wszyscy wiemy, że Jarosław Kaczyński, nawet jeśli bydło, to bydło bez serca i uczuć. Przecież na Kaczyńskiego wystarczy tylko popatrzeć, żeby wiedzieć, że on się nie boi. Jeśli idzie o rys ideologiczny natomiast, nawet jeśli rację ma Stefan Niesiołowski, że Kaczyński to nieodrodne dziecię Gomułki, to – bez przesady – jemu nie trzeba rysować tego co się do niego mówi.
A więc czemu Sławomir Nowak, człowiek w końcu jakoś tam inteligentny i chyba przynajmniej w podstawowym stopniu samodzielny, robi z siebie idiotę? Przecież on – skoro już mu tak bardzo zależało, żeby zapewnić Naród, ze Donald Tusk wciąż się twardo trzyma na powierzchni – mógł powiedzieć, że Premier przedstawił, że Premier wyjaśnił, że Premier zapewnił i że on ma nadzieję, że Kaczyński, jako człowiek odpowiedzialny i rozumny, weźmie sobie mądre uwagi Premiera do serca. Dla dobra Ojczyzny i Społeczeństwa. I wszystko byłoby git. A tak, pozostało tylko przekonanie, że oni już z tej rozpaczy tracą rozum. I zaczynają się zachowywać, jak – nie przymierzając – Jan Maria Rokita w samolocie Lufthansy. Więc co będzie dalej? Jak się potoczy ten lot w dół? Jak długo jeszcze będziemy czekać aż zobaczymy ten ostateczny błysk? I jakie będziemy mogli przy tej okazji oglądać fajerwerki? Sam chciałbym wiedzieć. Ale już się nie mogę doczekać. Na razie mamy tylko zwiastuny. O Nowaku napisałem niemal cały tekst. Wczoraj w telewizji wystąpił marszałek Niesiołowski i, wrzeszcząc bez ładu i składu na Bogu ducha winną dziennikarkę TVN24, oświadczył, że „z Czumy bije blask prawdy”. Była to deklaracja tak osobliwa, że przez następne kilkanaście minut ten tekst wyświetlany był na pasku w dole ekranu. Dziś czytam, że Palikot coś bełkocze o tym, że „matka bliźniaków ma zostać królową Polski”. A więc to tak się ratuje ten wielki projekt cywilizacyjno-kulturowo-polityczny? Ale co będzie dalej?
No i pytanie może ważniejsze – dlaczego ci ludzie tak fatalnie upadli? Wydawało się kiedyś, że oni przynajmniej widzą, słyszą i zapamiętują. I teraz, ni stąd ni z owąd, wychodzi na to, ze nic po oczach i po uszach i po rozumie, jeśli to wszystko zostanie zasypane przez podły charakter. Dziś, po raz pierwszy zwróciłem uwagę na nowy program w TVN-ie pod nazwą Śniadanie Mistrzów, gdzie o sprawach bieżących dyskutuje trzech aktorów, jedna pisarka i jeden pracownik branży pornograficznej. Akurat trafiłem na fragment, gdzie omawiano szaleństwo Jana Rokity. W pewnym momencie Wojciech Pszoniak – aktor, powiedział, że jest pewien rodzaj ludzi, którzy gdziekolwiek się znajdą, muszą zwrócić wszystkim uwagę na swoją wyjątkową pozycję, a robią to w ten sposób, że się po prostu o byle co awanturują. Że to jest pewien rodzaj charakteru i na nich nie ma rady. Oni po prostu tacy są i tacy pozostaną. I ma rację Wojciech Pszoniak. Ja osobiście znam paru, a spotkałem wielu, tego typu ludzi. Ale ja też wiem – i wiem to ze stuprocentową pewnością – że każda z tych gwiazd, które siedziały w studio, szydziły z Rokity i z poważną miną przytakiwały Pszoniakowi, na codzień zachowują się dokładnie w ten opisany przez Pszoniaka sposób. Włącznie z nim samym. Bo na charakter nie ma rady. Jedyny sposób, żeby jakoś wyjść z tego z twarzą jest się zamknąć.
Ale oni się nigdy nie zamkną. Bo to jest też częścią tego ich charakteru. Mieliśmy już z tym do czynienia kilka lat temu, w postaci projektu o nazwie Unia Demokratyczna, wcześniej ROAD, a później Unia Wolności. Gdybyśmy nie żyli w systemie, jakby nie spojrzeć, jednak demokratycznym, pewnie do dziś byśmy musieli oglądać te zakłamane twarze i wysłuchiwać tych pokręconych języków. A tak, oni w sposób zupełnie naturalny, sami w końcu odeszli. I ja wiem, że Nowak i Niesiołowski i Tusk i młody Meller, też w końcu odejdą. Najpierw do jakichś stworzonych przez siebie biznesów, a później, jeśli tylko zauważymy, ze coś kombinują, to pogonimy ich też stamtąd. Bo na tym też właśnie polega demokracja. Na wspólnej odpowiedzialności za wspólne dobro.
A jak nie będą mieli co z sobą począć, to wyślemy ich do Tanzanii. Właśnie przeczytałem w Rzepie, że w Tanzanii właśnie „19 nauczycieli zostało wychłostanych przez policję, po tym jak uczniowie trzech szkół osiągnęli wyjątkowo słabe wyniki w nauce.” Rzepa pisze, że miejscowy związek nauczycieli jest oburzony, bo „ukarani zostali pedagodzy, podczas gdy zawiódł system edukacyjny”. Ja proponuję, żeby naprawą systemu zajęła się pani minister Katarzyna Hall, a poszczególni liderzy Platformy będą podejmować skuteczne działania na rzecz albo uczniów, albo nauczycieli, albo ewentualnie policji. Zależnie od otrzymanych zadań.
I proszę potraktowac tę moją propozycję, jako słowa miłości dla partii miłości w dniu imienin Walentyny Tiereszkowej.

piątek, 13 lutego 2009

A co tam w Sopocie? Czy też zawiało?

Od kilku dni męczy mnie bardzo szczególne uczucie. Uczucie, którego nigdy wcześniej nie doświadczałem i, które – prawdę powiedziawszy – przeżywam zupełnie wbrew sobie. Związane jest ono z osobą naszego premiera, a główną jego częścią jest współczucie. Od kilku dni, kiedy myślę o Donaldzie Tusku, czuję głównie żal, że, w faktycznie najpiękniejszym i najbardziej owocnym okresie jego życia, spotkała go taka przykrość. Że ten - prawdopodobnie i tak jedyny - czas sukcesu i politycznej satysfakcji, na które mógł liczyć, zredukował się do zaledwie kilku miesięcy. Ktoś tu kiedyś, w Salonie, zwrócił mi uwagę na fakt, że to co za nami, jeśli idzie o rządy Platformy Obywatelskiej, to przecież ledwo rok z haczykiem. A jeśli pomyślimy, ze oni będą musieli tak walczyć jeszcze trzy lata, to jest to los naprawdę nie do pozazdroszczenia. I oto nagle widzą już chyba wszyscy, że tych trzech lat raczej już nie będzie. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że widzi to też sam Donald Tusk. I dlatego tak bardzo jest mi go żal.
Jaki jest Tusk, wiemy raczej wszyscy, i nie wyłączałbym z tego nawet tych, którzy go tak bardzo poparli w wysiłkach na rzecz usunięcia Jarosława Kaczyńskiego i jego formacji z polskiej polityki. Oczywiście, dla wielu z nas, Donald Tusk, to fajny facet. Wesoły, dowcipny, dla niektórych i bardzo porządny, a nawet i mądry. Jednak nie sądzę, żeby wielu było takich, którzy uważają, że Tusk to zawodnik twardy. Powiem więcej. Mam wrażenie, że informacja, że Tusk jest słaby i jako polityk i jako człowiek, uzyskała nawet status już nie opinii, ale faktu. To jego nieustanne poirytowanie, ta wieczna potrzeba wypoczynku, ta obsesyjna, cotygodniowa ucieczka do Sopotu, żeby pograć w piłkę, albo chociaż pójść z żoną do kina, te niesympatyczne poniedziałki – to wszystko już dawno przestało być tajemnicą. Więc tę wiedzę mają chyba już wszyscy.
Ale ja wiem jeszcze coś więcej. Tak jak mam okazję obserwować Donalda Tuska już kilka dobrych lat, właściwie od samego początku, a już szczególnie przez ostatnie miesiące, mam wrażenie, że ja doskonale znam typ, który on prezentuje. Nie potrafię przestać zauważać, że Donald Tusk to charakter, który ja osobiście bardzo dobrze znam. Dziś nawet spytałem starszą Toyahówną, czy jej się nie wydaje, że Tusk jest dokładnie taki, jak nasz pewien wspólny znajomy. I ona mi powiedziała, że tak, oczywiście, naturalnie – oni są dokładnie tacy sami. Mam na myśli taką szczególną konstrukcję psychiczną i emocjonalną. Kiedy wszystko idzie dobrze, żona jest w dobrym nastroju, dzieci się dobrze prowadzą, pod ręką są pieniądze, w perspektywie wyjazd na wakacje, ani śladu jakichkolwiek kłopotów, człowiek potrafi być wręcz ujmujący. Kiedy natomiast pojawiają się zmartwienia, czy to na poziomie zawodowym, czy w postaci obrażonej żony, czy może tylko zwykłego zmęczenia – ten typ się robi absolutnie nie do wytrzymania. I to nie tylko jest problem jego relacji z ludźmi, ale przede wszystkim może nawet stosunek do samego siebie. To jest ktoś taki, kto wie doskonale, że jeśli nie uda mu się tego napięcia rozładować – to on nie wytrzyma. I w tych sytuacjach on albo wybucha, albo zmusza ludzi, żeby z nim grali w piłkę, ping-ponga, tenisa, siatkówkę – obojętne. Byle przez te parę godzin on mógł z siebie wyrzucić całe to zło.
Kiedy obserwuję Donalda Tuska od tych paru lat, kiedy poznaję na jego temat różnego rodzaje relacje, kiedy próbuję analizować to co widzę i słyszę, obraz Donalda Tuska układa mi się w bardzo logiczną całość. Przecież to nie ja wymyśliłem, że Tusk tak bardzo marzy o prezydenturze również dlatego, ze w obecnym kształcie konstytucyjnym, jest to dla niego oferta idealna. Prezydentura Tuskowi daje na długie lata to, co on kocha najbardziej. Wolny czas, niewiele obowiązków, dużo wyjazdów i to wyjazdów, gdzie się głównie reprezentuje, zwiedza, spędza miło czas, a jak człowiek lubi sobie dłużej pospać, to i to można bardzo prosto załatwić.
Od jesieni roku 2007, najbliższe otoczenie Donalda Tuska zrobiło wszystko, żeby go jakoś odciążyć, jeśli idzie o tę najbardziej nieprzyjemną część pracy na stanowisku premiera. I długo robili to bardzo skutecznie. Administrował Schetyna, partię reprezentował Chlebowski, samego premiera Nowak, a do bezpośredniej walki kierowani byli Niesiołowski, albo któryś z aspirujących lokalnych polityków. No i oczywiście całość organizował Palikot. Premier miał tylko od czasu do czasu się pokazać, coś powiedzieć i zapewnić, że nad wszystkim panuje. A i tak okazało się to dla niego za dużo. Stąd te nieustanne wyjazdy na wakacje, i coraz większe zdenerwowanie po każdym kolejnym powrocie.
I teraz się okazuje, że kiedy Donald Tusk szykował się do prezydentury i starał się ten czas spędzić bez większych stresów, gdzieś obok niego zdarzyło się kilka bardzo przykrych rzeczy, nad którymi koledzy Premiera nie zapanowali, na które on sam nawet nie miał wpływu i które nagle zmieniły się w lawinę. I nagle Donald Tusk dowiedział się, że to jednak on jest za wszystko odpowiedzialny i że teraz on będzie musiał zacząć ponosić konsekwencje.
Na dodatek, wszystko wskazuje na to, że z jakiegoś powodu, media – które przecież musiały wiedzieć, co się dzieje i czego się można spodziewać – nagle straciły cierpliwość i cofnęły ochronę. A może nawet nie chodzi tu o cierpliwość. Może po prostu w sytuacji, kiedy dzieją się tylko złe rzeczy, nie można nagle przestać w ogóle informować. Może jest tak, że kiedy nawet nie ma się za co znęcać nad PiS-em i komunistami, kiedy nawet PSL dzielnie się zmobilizował i nie prowokuje afer, pozostaje tylko ta wspomniana już lawina.
I co ma teraz zrobić Donald Tusk, premier rządu? Ma powiedzieć, że to nie on? Że on o niczym nie wiedział? Że on był zmęczony i na chwilę musiał wyjechać? Że to koledzy? Że on od początku chciał być prezydentem, a nie premierem? Przecież teraz nawet nie wiadomo, czy jemu wypada jutro i w niedzielę pójść z kolegami na piłkę, bo od razu przyjdą jacyś i będą się pytać o Czumę, Karnowskiego, albo jeszcze o kogoś innego. A skąd on ma cokolwiek wiedzieć?
Więc ja myślę, że ja rozumiem sytuację Premiera. I uważam, że jeśli się natychmiast wszystko nie uspokoi, to on najzwyczajniej w świecie tego nie wytrzyma. Wiem, że w polityce bywa różnie i niekiedy bardzo ciężko. I wiem też, że się wytrzymuje najróżniejsze kryzysy. Ale do tego trzeba twardych ludzi. Giertych by wytrzymał. Poradziłby sobie Lepper. Pawlak – bez najmniejszego wysiłku. Oczywiście Kaczyński pewnie by nawet nie zauważył, że coś się dzieje, a jak by zauważył, to czułby tylko przyjemne podniecenie. Jestem głęboko przekonany, że Tusk w dzisiejszych dniach jest kompletnie rozbity. I nie może być inaczej.
Kiedy niemal już półtora roku temu, władzę przejmowała Platforma Obywatelska i całe jej medialne, biznesowe i cywilizacyjne zaplecze, byłem w bardzo marnym nastroju. Bałem się, że jesteśmy załatwieni, na kilka dobrych lat, a jeśli mamy walczyć, to walka będzie straszna i na tyle wyczerpująca, że nawet po jej zakończeniu będzie trzeba bardzo długo lizać rany. Przez te półtora roku były chwile, kiedy cały front z którym przyszło nam walczyć, zupełnie słusznie wskazywał, że przy totalnej mobilizacji ogólnie rozumianego obozu władzy, opozycja praktycznie nie istnieje. I nagle, zupełnie niespodziewanie, w ciągu zaledwie parę tygodni ten kolos rozpada się w pył. Nie wiem, co się zdarzy jutro. Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała sytuacja polityczna za tydzień. Wiem natomiast, ze wszystko dzieje się bardzo szybko, a przede wszystkim przy ogromnym współczynniku chaosu. Nie znam sytuacji na samych szczytach polityki. Ja nie wiem nawet, kto się z kim w tej chwili spotyka, kto z kim o czym rozmawia, kto na kogo się czai. Natomiast widzę codziennie Jarosława Kaczyńskiego, odświeżonego, wypoczętego, pełnego spokoju i pewności siebie i od czasu do czasu Donalda Tuska, który robi wrażenie bardzo zmęczonego i który, według wszelkich dostępnych relacji jest bardzo zmęczony. Oczywiście, wciąż słyszę głosy, które każą mi wierzyć, że nowa polityka PiS-u to bzdura i pudło. Że wystarczy spojrzeć na sondaże, żeby widzieć, że nic się nie zmieniło. Że nawet najgorsza Platforma i tak jest lepsza, bardziej skuteczna i bardziej po prostu znośna od najlepszego PiS-u. I że Polacy to wiedzą. Ale ja wiem coś bardzo ważnego. To mianowicie, że jeśli Donald Tusk tego napięcia nie wytrzyma, to wszystko się po prostu zawali. Zupełnie niezależnie od tego, czy zmiana wizerunku PiS-u będzie skuteczna, czy nie; czy Czuma wyleci z rządu, czy nie; czy kolejny świadek w sprawie Olewnika się powiesi, czy nie. Bo to jest po prostu lawina i to lawina pędząca ze wszystkich stron. A Donald Tusk musi jeszcze czekać do wyborów prezydenckich ponad półtora roku. A to jest zdecydowanie za długo. On po prostu nie da rady czekać tak długo. Nikt nie musi teraz już nic robić. Teraz wystarczy tylko czekać. To już jest czysty automat.
Więc jest mi czysto po ludzku żal Donalda Tuska. Bo wyobrażam go sobie teraz, kiedy kończy się kolejny tydzień, a on już ledwo żyje. A drugiej strony mam bardzo nieprzyjemną satysfakcję, choćby dlatego, że Donald Tusk był głównym przedstawicielem tego bardzo szkodliwego nurtu w polskiej polityce i w ogóle polskim życiu, który dla czystej rządzy władzy, przez zwykłą zawiść i mściwość, przez kompletną niesamodzielność intelektualną, doprowadził Polskę do bardzo niedobrej sytuacji. Mam też tę satysfakcję, choćby przez to, że czytam dziś w Salonie wypowiedzi wychowanków Donalda Tuska, którzy rechoczą z zimną satysfakcją, że do TVP wróciła cenzura. I widzę z bólem, do czego on i jego protektorzy doprowadzili.
Ale, ponieważ mam w sobie też współczucie i dobre życzenia dla wszystkich, na koniec chciałem wskazać panu premierowi coś, co go z pewnością pocieszy. Właśnie obejrzałem w TVN24 prognozę pogody i zauważyłem bardzo ciekawą rzecz. Otóż na pogodowej mapie Polski są Lublin, Poznań, Kraków, Warszawa, Szczecin, Katowice, Łódź i… nagle coś, co się nazywa Gdańsk/Sopot. Najpierw pomyślałem sobie, że to dziwne. No bo skąd nagle Gdańsk/Sopot, a już nie Warszawa/Piaseczno, Katowice/Gliwice, Łódź/Pabianice, Kraków/Nowa Huta? Troszkę się obruszyłem, ale po chwili wiedziałem. Nie dzieje się nic złego. To dla naszego premiera. To dla niego. Żeby nie musiał się za bardzo nadwyrężać. I tak nie jest łatwo. A i też nie zostało zbyt wiele czasu. Niech ma.
Niech ma. To od nas. Dla Pana, Premierze!

środa, 11 lutego 2009

I znów mamy się zamknąć?

Miałem bardzo szczery zamiar nie odezwać się słowem ani na temat planowanego zabójstwa, ani też ostatecznej egzekucji Eluany Englaro. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja po prostu – i zupełnie dosłownie – nie mam siły wchodzić w dyskusję z ludźmi, dla których okazja przyłożenia ręki do pozbawienia zycia człowieka chorego, czy jedynie słabego, jest tak atrakcyjna, że na tym poziomie oni po prostu ze swoim człowieczeństwem sobie nie radzą. Drugi powód to ten, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że wśród ludzi wrażliwych na świętość ludzkiego życia jest wystarczająco dużo osób bardziej kompetentnych i wymownych ode mnie. I że oni o wiele bardziej przekonująco wyrażą to wszystko, co w tych smutnych chodzi po mojej biednej głowie.
I pewnie miałem rację. Przez minione dni bardzo uważnie słuchałem i czytałem wypowiedzi ideowo bliskich mi osób, najpierw proszących o litość dla dziś już zmarłej kobiety, a ostatnio już tylko apelujących o opamiętanie na przyszłość. A przyszłość ta nie rysuje się bardzo jasno. Jeszcze kilka lat temu, zwolennicy teorii mówiącej, że to zdrowi i silni mają pierwszeństwo w kolejce do uroków życia, prowadzili bardzo energiczną akcję na rzecz aborcji na początku tego życia i eutanazji na jego końcu, z tym zastrzeżeniem, że im chodzi zaledwie o jakość życia osób poddawanych eliminacji. Obecnie obserwujemy sekwencję prowadzącą raczej do poprawiania jakości życia tych, którzy pozostają.
Proszę zwrócić uwagę. Eluana Englaro nie musiała być sztucznie podtrzymywana przy zyciu. Ona nie musiała być stymulowana zewnętrzną aparaturą, która nie pozwalała jej umrzeć. Jej nie podawano specjalnych środków, które umożliwiały jej oddychanie, trawienie, czy jakiekolwiek inne życiowe czynności. Ją tylko trzeba było nakarmić, gdy była głodna i dać pić, kiedy była spragniona. Bo sama tego robić nie potrafiła. No i trzeba pewnie było do niej czasem mówić, licząc na to, że uda nam się do niej dotrzeć. Bo to że myśmy nie słyszeli, co ona mówi do nas, to już wiemy. Okazało się, że i to było dla świata zadaniem zbyt obciążającym. Więc umarła.
Dlaczego postanowiłem, mimo wcześniejszych postanowień, napisać ten tekst? Otóż zainspirowały mnie tu trzy zdarzenia. Pierwsze, to wczorajsze wystąpienie Kazimiery Szczuki, którą powiedziała, że na wieść o śmierci Włoszki, ona jest „szczęśliwa”. Drugie, to dzisiejszy wstęp do pewnego wpisu w Salonie i słowo „ulga”. Trzecie zdarzenie, to dzisiejszy tytuł na pierwszej stronie Gazety – „Kościół nie chce grać w spektaklu Berlusconiego” i wyjaśnienie, że - szczęśliwie - sprawa zabójstwa Eluany Englaro jest już powoli wyciszana, bo właśnie Kościół nie chce brać udziału w czymś – z punktu widzenia Gazety – brudnym i nieszczerym.
Te trzy przesłania nagle mi uświadomiły, jak dalekośmy już przez całe te nowoczesne czasy doszli. Jesteśmy tak samo źli, jak byliśmy tysiące lat temu, tak samo okrutni i tak samo samolubni, tyle że chwalimy się już czymś zupełnie innym. Nasze zło i nasza bezwzględność już nie są powodem do chwały. I to już wiemy. Więc o tym już nie mówimy. Teraz zabijamy i prosimy ciszę. Jesteśmy źli i nawet jeśli dzięki temu złu, czujemy radość i ulgę, to wolimy się z tym za bardzo nie wynosić. Nasze szczęście wolimy konsumować w milczeniu. I to jest coś zupełnie świeżego. Na to warto zwrócić uwagę. Warto przysłuchać się tej ciszy.
Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego jeszcze raz postanowiłem zabrać na ten temat głos. Uczennica szkoły, w której pracuje Toyahowa zmarła niedawno w wypadku na snowboardzie. Miała 18 lat, w tym roku miała zdawać maturę i zginęła. Oglądamy sobie własnie jej zdjęcia ze studniówki i jest nam okropnie przykro. A ja sobie myślę, że gdyby ten wypadek był mniej tragiczny, to może ona by żyła. Może by żyła tak jak przez 17 lat żyła, zamordowana przez cywilizowany świat, Włoszka. Wszyscy my, którzy wciąż jesteśmy pod tak okropnie przejmującym wrażeniem tej młodej śmierci, byśmy z nią byli. Najpierw byśmy próbowali ją uzdrowić, a gdyby okazało się, że współczesna medycyna wciąż nie jest wystarczająco gotowa, dawalibyśmy jej jeść i pić, gdybyśmy tylko się domyślali, że tego od nas chce. I dalej byśmy z nią byli, mówilibyśmy do niej, spędzalibyśmy z nią czas i żałowalibyśmy tylko, że jesteśmy zbyt głupi, żeby zrozumieć co ona do nas mówi. Aż wreszcie, za ileś tam lat, przyszedłby ktoś, kto by powiedział, że już ma dość tego czekania, a za nim przyszedłby ktoś inny i powiedział, że on już nie może się doczekać tego szczęścia i tej ulgi, a na końcu przyszedłby jeszcze ktoś i powiedział, że on nam wszystkim może to, czego nam potrzeba, załatwić. I by załatwił. Tak sobie właśnie pomyślałem.
I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby - umierając - miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…