wtorek, 30 listopada 2010

Mleczko: Suplement

Bóg mi świadkiem, że mój niedawny wpis o Mleczce, miał być jedynym na temat tego artysty. Ani zanim zacząłem o nim pisać, ani w trakcie tego pisania, ani tym bardziej już po napisaniu tego tekstu, nawet do głowy mi nie przyszło, by się nim i jego twórczością więcej zajmować. No i proszę sobie wyobrazić, że w tym postanowieniu nie udało mi się wytrwać ani nawet tygodnia. Bo cóż mianowicie takiego się wydarzyło? Otóż w jakimś momencie zajrzałem jeszcze raz do tej niezwykłej książeczki, wlazłem na ostatnie jej strony, patrzę… a tu się nagle okazuje, że każdy z tych mleczowych żartów jest przetłumaczony na język angielski. Najpewniej po to, by również ludzie, którzy nie znają języka polskiego, mogli się też pośmiać.
Ktoś się zapyta, po jaka cholerę i z jakimi nadziejami należy tłumaczyć dowcipy na języki obce? Odpowiedź jest równie prosta jak samo pytanie. Otóż niekiedy – choć bardzo rzadko – żart może zabrzmieć śmiesznie w różnych językach. Czasem zdarza się, że – ze względu na poważne różnice kulturowe – on wprawdzie nie brzmi śmiesznie, ale można przeczytać to tłumaczenie, pomyśleć i pokiwać głową, że aha… już wiem, o co chodzi. Na przykład dowcipy z amerykańskiego New Yorkera wymagają bardzo poważnego przestawienia się, głównie intelektualnego. Najczęściej jednak tłumaczenie żartów na języki obce jest pozbawione jakiegokolwiek sensu, a już zwłaszcza gdy tłumacz wychodzi z założenia, że skoro ‘stół’ po angielsku to ‘table’ – to wystarczy to wiedzieć, żeby całe przedsięwzięcie poszło już dalej, jak z płatka. A zatem na pytanie, po co tłumaczyć dowcipy, można jedynie odpowiedzieć, że po nic.
Mimo tej oczywistości, wydawca Mleczki uznał, że będzie dobrze, jeśli zrywanie boków na dowcip Andrzeja Mleczki stanie się udziałem całego świata, a nie tylko wykształconej części polskiego społeczeństwa, i wynajął tłumacza, żeby zrobił światu dobrze. Co z tego powstało? Jestem pewien, że nie muszę tego wyjaśniać nikomu, w tym nawet osobom tak prostym i bezpretensjonalnym, jak czytelnicy tego bloga. A jeśli dodam, że wynajęty przez Wydawnictwo człowiek język angielski zna bardzo pobieżnie, otrzymamy pełny obraz, bez jednego niepotrzebnego słowa.
Problem natomiast pozostaje, czy Andrzej Mleczko wiedział, co Wydawnictwo zrobi z jego twórczością, czy może nikt go w tych Iskrach – bo to Iskry – o nic nie pytał, i jego dobrodzieje zwyczajnie wystawili go na odstrzał. A prawda jest, jeśli nie taka, to jeszcze gorsza. Te kilka stron tłumaczenia rysunków Mleczki na język angielski, i to tłumaczenia na takim poziomie niekompetencji, stanowią autentyczny, bezwzględny i całkowicie morderczy odstrzał. Kiedy czytam te angielskie zdania, a każde przypisane indywidualnie do pojedynczego obrazka, nagle widzę najlepiej jak się tylko da, jakie te żarty są gówniane, jeśli spojrzeć na nie z choćby minimalnie zobiektywizowanej perspektywy.
No i wtedy zastanawiam się jeszcze bardziej – czy Mleczko wiedział, że tak będzie wyglądał ten jego album? I myślę sobie, że on to musiał wiedzieć. Po pierwsze, nie wyobrażam sobie, żeby przed wydaniem takiej książki, wydawca nie skonsultował się z autorem w sprawie tak istotnej, jak te tłumaczenia. Co więcej, nie wydaje mi się możliwe, żeby w momencie jak te tłumaczenia już powstały, autor oryginału nie miał w nie wglądu. Po trzecie natomiast, kiedy widzę poziom tych tłumaczeń, biorę bardzo poważnie pod uwagę, że ich autorem jest sam Andrzej Mleczko. Szukam wszędzie nazwiska tłumacza i tam nie ma na ten temat ani słowa. Gdybym ja wykonał tę robotę, bardzo by mi zależało, żeby moje nazwisko tam się znalazło. A tu nic. Z tego względu, mam podejrzenie graniczące z pewnością, że Mleczko nie dość, że wiedział, że te jego dowcipy zostaną przetłumaczone na język angielski, to prawdopodobnie sam na to rozwiązanie naciskał, a co więcej osobiście tego tłumaczenia dokonał. A to już sprawia, że nawet najwięksi krytycy tego, że ja się wziąłem za Mleczkę raz jeszcze, zrozumieją, że innego wyjścia nie było. Ten suplement musiał powstać.
Żeby, jak pisałem wcześniej, wyobrazić sobie co z rysunkami Mleczki robią angielskie podpisy, nie trzeba dawać przykładów, ale jeden na wszelki wypadek podam. Oto kultowy obrazek Artysty z nosorożcem kopulującym z żyrafą i z napisem „Obywatelu, nie pieprz bez sensu”, który, jak się domyślam, wszyscy miłośnicy sztuki Mleczki lubią tak bardzo, że on się musi już ukazywać w każdym wydaniu jego dzieł. A oto angielski podpis: „Citizen! Don’t fuck senselessly”.
O no!!! How funny!!!! Please, I’m dying!!!!!
Staram się sięgnąć oczami wyobraźni do tego momentu, gdy Andrzej Mleczko doszedł do wniosku, że jego poczucie humoru i inteligencja są tak wysokie, że z tą wiadomością należy dotrzeć do Europy i świata. Widzę oczami wyobraźni Andrzeja Mleczkę, który jest z siebie tak dumny, że kiedy rysuje kolejny obrazek, natychmiast drugą ręką tłumaczy go na język angielski, a później, kiedy już ma tę eksportową wersję gotową, idzie do wydawcy i negocjując warunki, dodaje: „Ale proszę pamiętać. Musimy dać też wersję angielską. Żeby, wie pan, ci co nie znają polskiego, też się pośmiali”. Na co wydawca mówi: „No wie pan, po angielsku to nie będzie już takie śmieszne”. A Mleczko na to obrażony: „No co pan! Wielka sztuka, to sztuka uniwersalna. A poza tym, ja akurat znam angielski świetnie, więc wiem jak zrobić, żeby było dobrze. Proszę mi zaufać.” No i pokazuje mu rysunek na którym widać bluzy z orłem w koronie, kij baseballowy, podpis "Odzież wszechpolska" i angielskie tłumaczenie dowcipu: „Radically Rightist Polish Youth’s Organisation Uniforms”.
A ja sobie wyobrażam, jak dalej ten obrazek zaczyna robić zawrotną karierę na świecie. I trafia nie tylko do środowisk anglojęzycznych, ale i na przykład do Niemiec, i widzę, jak jakiś Hans patrzy na ten podpis i mruczy pod nosem: „Was ist das? Nicht verstehe. Was ist ‘rightist’? O ja!!!! Es ist gut!!! Polnischen faschisten!!! Es ist sehr komish! Bravo!!!”
Tak sobie myślałem o tym Mleczce, który przecież wszyscy wiemy, jaki jest, a mimo to, wciąż naprawdę potrafi zadziwić. I przyszło mi do głowy, żeby zajrzeć na jego stronę internetową, której adres znalazłem w omawianej książeczce, i sprawdzić, czy on może tam ma też opcję polską i angielską. No i proszę sobie wyobrazić, że nie ma. Nie przyglądałem się dokładnie, ale z tego co zdążyłem zauważyć, dowcipy sa tylko po polsku. Za to w samym środku głównej strony jest coś, co się nazywa ‘dowcip tygodnia’, czy jakoś tak. Opowiem. Siedzi naprzeciwko siebie dwóch panów i jeden z nich mówi: „Musimy utrzymać wysokie standardy. Dlatego, aby zostać w naszej partii, musi pan zdać test na inteligencję.” To jest pierwszy obrazek. Na drugim ten co gada wyciąga jakiś papier, na którym napisane jest „Test na inteligencję żoliborską”.
To jest żart tak wybitny, ze ja wręcz nie mogę znieść, że jego sława ograniczy się tylko do Polski, i to też nie całej. Dlatego więc, w ramach usług dobrej woli, mam dla pana Andrzeja Mleczki prezent. Oto tłumaczenie tego dowcipu na język angielski. Niech on koniecznie tę wersję dołączy. I to jak najszybciej, bo jeszcze, cholera, ludzie się zniecierpliwią i będzie klapa. Proszę rzucić okiem:
Picture number one: We have to keep high standards. This is why, if you want to stay in our party, you must pass the intelligence test.
Picture number two: Żolibórz’s intelligence.
You must understand that this joke is very funny, but not very easy to understand for European and American people. The funny thing about this joke is that Jarosław Kaczyński, who is the leader of a fascist and Catholic party called ‘Prawo i Sprawiedliwość’, which in English is ‘Law and Justice’, is coming from Żolibórz, one of the districts of Warsaw. The joke is not suggesting that the people who are living at Żolibórz are stupid. The thing is, you must understand, that Kaczyński is stupid. You must understand that young, intelligent and educated people in Poland hate Kaczyński, and they are thinking that he is stupid. Everybody who is not stupid is laughing at Kaczyński all the time. So the joke is saying that in Prawo i Sprawiedliwość you can be intelligent only if you pass the test which Jarosław Kaczyński invented. And you know of course that such a test can’t be very difficult! Anyway, if you lived in Poland you would understand immediately that the name Żolibórz is suggesting Kaczyński, and you would be laughing at this joke. People in Poland know it very well and they are laughing very loud at this joke. Also, if you are wondering why in the name ‘Żolibórz’ are so many strange letters, I will explain. This has been typically Polish orthography. The letter ‘ó’ for example is not existing in the English language, and Polish people are pronouncing it like normal ‘u’. But don’t worry about it. This is not very important if you are thinking of the joke".
Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, tu nie ma takiej możliwości, żebyśmy się zajmowali nawet tak głupim głupstwem, jak sprawa rysownika Andrzeja Mleczki bez jakichś, choćby minimalnie szerszych, odniesień. A więc i tu nie może być tak, że wszystko się zacznie i skończy na Mleczce. Otóż korzystając z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich osob, które czytają ten blog, a nie podzielają politycznych wyborów, które za jego powstaniem i dalszym losem stoją, by zwrócili uwagę, że opisana przez mnie historia związana z osobą i karierą Andrzeja Mleczki, pokazuje bardzo dobitnie, że dokonaliście fatalnego wyboru. Obstawiliście coś, czego w normalnym świecie obstawiać po prostu nie wypada. Dokonaliście wyboru, który Was zwyczajnie kompromituje. Proszę Was gorąco, nie przynoście już więcej sobie i światu wstydu.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Szare towarzystwo z Fejsa

Kiedy się to zdarzyło, sprawę zlekceważyłem. Zlekceważyłem, bo w ogóle tak jestem skonstruowany, że rzeczy do mnie docierają zwykle po pewnym czasie. Poza tym, mimo że – jak wszystkim wiadomo – jestem moherowym faszystą i tropicielem wszelkiego autoramentu spisków, w owo tropicielstwo nie angażuję się aż tak, jak niektórzy mogliby przypuszczać. Jeśli mam do wyboru spisek i jego brak – wybieram zawsze to drugie. A więc przypadek, lub nawet jeżeli plan, to bardzo niegroźny i nic nie znaczący.
No ale w końcu padło i na mnie. Otóż wczoraj otrzymałem mail od jednego z naszych blogowych przyjaciół, który uprzejmie zaproponował mi, bym dołączył do jego Facebooka. Ponieważ, jak już niektórzy mieli okazję się dowiedzieć, ta cywilizacyjna rozrywka nie jest już od pewnego czasu moim udziałem, co zostało w pewnym sensie na mnie wymuszone troską o dobro moje i mojej rodziny, napisałem wspomnianemu koledze, że, jeśli idzie o Facebooka, ja akurat od pewnego czasu już nie biorę udziału w tej zabawie. On to oczywiście natychmiast zrozumiał, natomiast to co mi wciąż kazało pozostać w temacie, to fakt, że pod zapraszającym mnie mailem, znalazłem sześć zaproszeń już od samego Facebooka. Trzy z nich były dość oczywiste. Mianowicie Facebook uznał, że ja „mogę znać” mojego syna, jedną z moich córek i córkę jednego z moich bliskich kolegów, z którą utrzymuję taki sobie kontakt. Oprócz nich pojawił się jakiś człowiek, którego akurat sobie nie przypominam, no ale skoro Facebook pisze, ze ja go „mogę znać”, to równie dobrze może się okazać, że ja go nie znam.
To co mnie jednak zdziwiło – najpierw, jak mówię, przelotnie – a później, z każdą chwilą coraz mocniej, to dwa kolejne nazwiska. Otóż jedno z nich, to jest człowiek, którego uczyłem jakieś dziesięć lat temu i z którym mogłem mieć – choć akurat tego nie pamiętam – jakąś skromną mailową wymianę w tamtych latach. Drugie z nich jest jeszcze ciekawsze. Otóż też mniej więcej w tamtym czasie kupowałem coś przez Internet. Człowiekiem, z którego zasobów przez chwilę korzystałem, był pewien Anglik, z którym wymieniłem może dwa, a może trzy maile. Nic takiego. Normalne, gdzie mieszkasz, kim jesteś i pozdrowienia. Ale jak mówię, to było tak dawno, że gdybym miał częstszy zwyczaj nawiązywania internetowych wiadomości, pewnie bym jego nazwiska nawet nie zapamiętał. A tu nagle czytam wiadomość od Facebooka, że oni sobie pomyśleli, że ja go „mogę znać”.
Zobaczyłem te dwa nazwiska i pomyślałem najpierw, że pewnie oni mnie wciąż mają gdzieś w pamięci swojego komputera i że to dziwne, a później, że patrzcie państwo, jak ten Facebook jest dobrze zorientowany. No ale minęło parę godzin, a ja dalej się zastanawiałem, jak to się stało, że do mnie wysyła wiadomość kolega z bloga, a Facebook dołącza do niej wspomnienie – moje wspomnienie – sprzed niemal już dziesięciu lat. Zapytałem więc młodego Toyaha, co on o tym sądzi. On najpierw też nie wykazał zainteresowania. Uznał, że pewnie oni są jakoś zsynchronizowani z Onetem, a ponieważ ja mam od wielu lat konto właśnie na Onecie, to automatycznie wykryli moje jakieś stare maile. No ale przede wszystkim, ja przez dziesięć lat wysłałem i otrzymałem tysiące maili od ludzi, których kiedyś bardziej lub mniej, lub jeszcze mniej znałem, a o których dziś nawet nie mam pojęcia, czy żyją. Dlaczego dziś Facebook nagle mi przypomina tych dwóch? I w ogóle, czemu mi przypomina kogokolwiek z tak zapadłej przeszłości. I jak on to robi, że jest w stanie przypominać mi o czymś, czego ja już niemal nie pamiętam?
To nie może chodzić o mój komputer. Od tamtych lat zmieniałem sprzęt wraz z całą jego możliwą zawartością kilkakrotnie. Domyślam się, że ci dwaj robili to nawet częściej, więc też chyba winowajcą nie są ich komputery. Pozostaje ten Onet, lub – może jeśli idzie o tego Anglika – jakiś jego tamtejszy operator. No ale – dalej dociekam – jeśli Facebook sprzężony jest z tymi internetowymi systemami i automatycznie uzyskuje dane o tak drobnych wymianach sprzed dziesięciu już lat, to znaczy, że z jednej strony Onet i wszyscy inni zachowują na wieczną pamiątkę wszystkie informacje dotyczące każdego najmniejszego głupstwa z całej swojej historii, a jednocześnie każde tego typu głupstwo staje się automatycznie własnością organizacji – bo wygląda na to, że to jest prawdziwa Organizacja – takiej jak Facebook. Po co, dlaczego, jak, i na jakiej zasadzie? No a jeżeli oni wiedzą to, to czego nie wiedzą? A jeżeli czegoś nie wiedzą, to czy to znaczy, że wiedzieć nie mogą, czy że nie chcą, czy może że chcą, tyle że akurat nie teraz?
Są to pytania, które mnie akurat szczególnie nie dręczą. I też pytania, od odpowiedzi na które – akurat jeśli idzie o mnie – jak sądzę nie zależy nic. Moje życie jest tak zbudowane, że jedyna rzecz, jaka może dla mnie mieć znaczenie ostateczne, to tylko to, że ono prędzej czy później musi się skończyć. A jeśli idzie o codzienność, to moje wszelkie zmartwienia są związane albo z bezpośrednim losem mojej rodziny, albo siłą rzeczy moim. A on akurat nie jest w rękach ani Facebooka, ani Banku Światowego, ani nawet za bardzo Donalda Tuska i jego ferajny.
Weźmy nasze zdrowie. Gdybym ja był jakimś ważnym biznesmenem, albo politykiem, to ludzie ze służb specjalnych mogliby mnie zechcieć otruć, a moje dzieci uprowadzić. Gdybym był prezesem jakiejś ważnej spółki, Facebook mógłby moim nieprzyjaciołom dostarczyć jakieś moje stare maile i mnie w ten sposób próbować zniszczyć. Nawet gdybym był – tak jak i dziś jestem – nikim, ale za to miałbym za sobą jakąś bujną przeszłość na poziomie drągów i dziwek, to być może warto by było poszperać w starych śmieciach. Ja jednak jestem kim jestem, a ponieważ w dodatku moja jedyna publiczna działalność polega na prowadzeniu tego bloga, jeśli ktoś mi chce zrobić krzywdę już ma mnie na widelcu. W dodatku, z przyczyn o których tu już pisałem, sprawianie mi kłopotów i tak System już skutecznie przekazał w ręce ludzi którzy mnie otaczają, a więc tak zwanych współobywateli. A więc, jak się już przekonałem, w celu doprowadzenia mnie do finansowej ruiny, nie trzeba angażować Facebooka. No powiedzmy – trochę. Ale z pewnością nie jego głębokiej części systemowej.
A zatem kiedy dziś widzę, że Facebook wie, z kim ja prowadziłem nicnieznaczące rozmowy w roku 2000 i się w dodatku tą wiedzą przede mną chwali, nie czuję zaniepokojenia. Nie czułbym też tego niepokoju nawet wtedy, gdybym zamiast z jakimś nieznanym mi Anglikiem, te maile pisał z posłem Węgrzynem. W końcu dziesięć lat temu nawet on nie był kimś, na kogo należy uważać… No dobra, niech będzie, że nie z Węgrzynem, ale z Tomczykiewiczem. Natomiast to, że nie ma we mnie niepokoju, nie musi oznaczać, że cała ta sytuacja mnie nie interesuje. Bo interesuje mnie bardzo. To co chcę mianowicie wiedzieć, to czy przypadkiem nie jest przypadkiem tak, że ten mały, nicnieznaczący incydent świadczy o czymś znacznie większym i dużo poważniejszym, niż to że ja żeby przeżyć kolejny miesiąc muszę liczyć na ludzi, którzy czytają te słowa. Czy nie jest tak, że właśnie to drobne, i w gruncie rzeczy śmieszne, zdarzenie, nie pokazuje nam bardzo wyraźnie, jakie są powody tego, że dziś w Polsce – choć przecież nie tylko – jest jak jest. A jest tak, że na poziomie znacznie wyższym niż my się dziś znajdujemy, ludzie są tak straszliwie spanikowani, tak splątani, tak ubezwłasnowolnieni, jak chyba nigdy dotąd. Że na poziomie, który my możemy ewentualnie dostrzec przez szybę telewizora, panują wyłącznie strach, kłamstwa i wymuszenie. Że ci, którzy jeszcze nie tak dawno byli zwykłymi, miłymi, Bogu ducha winnymi ludźmi, dziś gotowi są sprzedać własną matkę, byleby… właśnie co? To jest to pytanie. Byleby co?
I pomyśleć tylko, że taki drobiazg, jak zaproszenie z Facebooka, może uruchomić tak interesującą falę refleksji.

niedziela, 28 listopada 2010

Obrazki spod ściany

Poniższy tekst napisany został niemal tydzień temu, a w miniony piątek można go było poczytać w Warszawskiej Gazecie. Oczywiscie wszystko się szybko zmienia, ale co nam szkodzi spojrzeć nieco wstecz. Zapraszam.


Okres powyborczy, z którym mamy dziś do czynienia jest o tyle szczególny, że skupia w sobie kilka kwestii na tyle istotnych, że każda z nich właściwie mogłaby stanowić temat sam w sobie. Kłopot więc polega na tym, że jeśli chce się skomentować na bieżąco mijający tydzień, siłą rzeczy musi powstać pewna kompilacja. Pewien dość chaotyczny obraz czasów i tak już mocno chaotycznych. No ale, mamy pewne zobowiązania i pewne ambicje, a więc nie można w żaden sposób zostawić tej sprawy nie załatwionej. Nawet jeśli dziś wyjątkowo ten felieton stanie się czymś bardzo – może zbyt bardzo – wielowątkowym.
Już na swoim blogu parokrotnie zwracałem uwagę na z jednej strony bardzo dziwaczną szczególność lokalnych wyborów akurat w naszym kraju. Chodziło mi mianowicie o to, że z jednej strony oficjalna polityka władz – a za nią oficjalna propaganda – zmierza do tego, by polskie państwo scedowało wszelką odpowiedzialność na poziom lokalny, a z drugiej, z powodu dramatycznego stanu polskich elit politycznych, coś takiego jak poziom lokalny praktycznie nie istnieje. Zamiast tego mamy wyłącznie skorumpowane, niekompetentne i często całkowicie przypadkowe władze miast, gmin i dzielnic. Nawet jeśli gdzieniegdzie miejscowe środowiska polityczne czy samorządowe zdołają wyłonić tę jedną osobę, która okaże się sprawnym i zdolnym urzędnikiem, i tak cała reszta rozbije się o tę nigdy niekończącą się ścianę pustogłowa i najbardziej ordynarnego egoizmu.
Mimo to, jak już wspomniałem, tendencja jest taka, by myśl o potrzebie rozwijania wszechpotężnej władzy lokalnej stała się powszechna i jedynie słuszna. Po to właśnie, by możliwie każdy obywatel zapamiętał, że cóż tam jakieś parlamenty, cóż partie, cóż gabinetowe przepychanki. Tak naprawdę zwykły człowiek ma w nosie politykę, a to go co prawdziwie pasjonuje, to ten most, to boisko, ten podjazd, ta droga. No i przede wszystkim ten jeden, jedyny, prawdziwy, kompetentny i przede wszystkim bezpartyjny samorządowiec. Jest to oczywiście straszne i bezwzględne kłamstwo, a potworność tego kłamstwa jest tym większa, że jego autorzy wbijają nam je w głowy w ramach czystej i jednoznacznej polityki, do tego polityki jak najbardziej partyjnej.
Dlaczego twierdzę, że całe to gadanie o bezpartyjnych regionach to kłamstwo. Z tego prostego powodu, że mam swoje oczy, swoje uszy i swój własny rozum, i wiem co się dookoła dzieje. Dziś na przykład poszedłem pod mój lokal wyborczy, żeby sobie poczytać, jakie wyniki wyborów uzyskał ten mój katowicki, tak bardzo chwalony w mediach, region. Tych kartek tam było mnóstwo i wszystkie do kupy tworzą pełny chaos, więc chciałbym zwrócić tu uwagę tylko na trzy elementy, które, moim zdaniem świetnie uzasadniają moją tezę. Otóż w Katowicach prezydentem został już w pierwszej turze Piotr Uszok. Bezpartyjny, niezależny – i to chyba rzeczywiście niezależny – urzędnik. Czy dobry, najlepszy, kompetentny? Myślę, że nie najgorszy, ale to akurat nie ma tu żadnego znaczenia. Wygrał Uszok, w pierwszej turze pokonał kandydata Platformy Obywatelskiej, i wieść poszła taka, że oczywiście stało się tak a nie inaczej, bo ludzie partii nie lubią, natomiast to co się liczy to bezpartyjna fachowość.
Jeśli jednak przyjrzeć się wynikom wyborów dokładniej, natychmiast się okaże, że ugrupowanie popierające Uszoka – komitet przynajmniej oficjalnie całkowicie bezpartyjny i politycznie niezależny – w tych wyborach całkowicie poległ. Mieszkańcy Katowic uznali, ze Uszok jest świetnym, znakomitym i jedynym kandydatem na prezydenta miasta, natomiast jego ludzie – ci, którzy go na to stanowisko rekomendowali – to banda nieudaczników. Natomiast zdaniem mieszkańców Katowic, najlepiej o nasze miasto zadbają politycy Platformy Obywatelskiej, a więc te same osoby, które jedyne co były w stanie spośród siebie wygrzebać na poziomie władzy bezpośredniej, to jakiś jąkający się bałwan z ambicjami rządzenia wielkim miastem. Mało tego. Mieszkańcy Katowic uznali, że absolutnie najlepszym ze wszystkich kandydatów Platformy Obywatelskiej nie będzie żadna z tych eksponowanych na plakatach wyborczych osób z poważnymi samorządowymi, gospodarczymi, społecznikowskimi i biznesowymi rekomendacjami, ale niejaki Andrzej Zydorowicz – sportowy dziennikarz od lat na emeryturze. W dodatku ten sam Andrzej Zydorowicz, który w powszechnej opinii od dwóch już kadencji uchodzi za najbardziej leniwego radnego. Za kogoś kto w najbardziej bezczelny sposób, jeśli w ogóle przychodzi do Ratusza, to wyłącznie po to, żeby załatwić jakiś interes, albo odebrać pieniądze. Dlaczego nienawidzący polityki, ale kochający Platformę Obywatelską mieszkańcy Katowic tak go pokochali? Nie mam pojęcia. Jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy, to ta, że to TEN Zydorowicz.
Ja wiem, że w Katowicach Prawo i Sprawiedliwość to ugrupowanie powszechnie znienawidzone. Wiem też, że tu z jakiegoś powodu zawsze wybierano takie firmy jak kiedyś Unia Wolności i Związek Górnośląski, czy dziś Platforma Obywatelska, i takich polityków jak Buzek, Religa, czy Kutz. A więc twarze i projekty mocno osadzone w najbardziej ordynarnym mainstreamie. A zatem nie mam ochoty się tu spierać i komukolwiek zarzucać brak rozumu, czy serca. Ich sprawa, ich wybór. Chodzi mi o to jedynie, że – przynajmniej jeśli idzie o moje Katowice – sytuacja jest taka, że ludzie głosują na to, na co im każe głosować telewizor i gazeta. Jeśli to będzie polityk, niech będzie polityk, jeśli to będzie dziennikarz sportowy, może być dziennikarz, jeśli to będzie urzędnik bez przydziału – proszę bardzo, niech będzie i on. A jeśli to będzie brutalna, bezwzględna, polityczna partia, o czysto partyjnych ambicjach i idealnie politycznym programie – może być partia.
Wczoraj w telewizji Grzegorz Miecugow zastanawiał się, jak to się stało, że Warszawiacy na swojego prezydenta tak przygniatającą większością wybrali partyjnego funkcjonariusza, zamiast bezpartyjnego fachowca. Oczywiście, słowem nie pisnął na ten temat, że Hanna Gronkiewicz Waltz to, nawet nie przy Bieleckim, ale w ogóle, absolutna porażka. Mimo to widać było, że go ta cała sytuacja zwyczajnie rozbawiła. Ale od razu odpowiedział sam sobie, że to niby Warszawa jest taka szczególna. W innym momencie pojawił się problem, dlaczego mieszkańcy Olsztyna w wyborach prezydenckich dali najwięcej swoich głosów człowiekowi, którego jeszcze niedawno odwołali w lokalnym referendum za to że zgwałcił swoją pracownicę. I znów odpowiedź była taka, że może oni po prostu tam w tym Olsztynie tacy są. Ja bym jeszcze mógł zadać wiele tego typu pytań, na które odpowiedź będzie zawsze taka sama: Bo może oni tacy są. Ale jestem pewien, że to jest odpowiedź tylko częściowo słuszna. Oczywiście, oni tacy są, ale dobrze by było wiedzieć, dlaczego? I dlaczego większość z nas właśnie jest taka jakaś dziwna? Wydaje mi się, że mam na to odpowiedź, ale żeby jej udzielić chciałbym opowiedzieć słowo o Bogatyni.
Otóż w minionych wyborach mieszkańcy Bogatyni, miasta szczególnie doświadczonego przez tegoroczne powodzie, ludzie często pozbawieniu domów i majątku, biedni, ciężko pokaleczeni ludzie, poszli gremialnie do wyborów i przy ponad 60 procentowej frekwencji na swojego burmistrza wybrali pisowskiego kandydata, dotychczasowego burmistrza, Andrzeja Grzmielewicza, a jak by ktoś myślał, że oni go polubili, bo był dla nich jakąś lokalną gwiazdą, to niech wie, że oprócz niego wybory też wygrało jego – jak najbardziej pisowskie ugrupowanie. Jeśli też ktoś myśli, że im się coś w głowach poprzewracało przez tę powódź, niech może też zwróci uwagę na fakt, ze na tego Grzmielewicza głosowało też dużo ośrodków w ogóle przez powódź nie ruszonych. Po prostu, ludzie w tej Bogatyni, uznali, że im się podoba prezydent z PiS-u, a więc też logicznie podjęli decyzję, żeby i do Rasy Gminy też głosować na PiS, i w ten sposób zachowali przynajmniej intelektualny i ludzki ład, a więc coś, czego Grzegorz Miecugow i wielu innych komentatorów tak bardzo wszędzie bezskutecznie poszukuje.
Co więc różni ludzi w Bogatyni od ludzi w Katowicach i w większości regionów w Polsce. Moim zdaniem to, że albo przez swój niezbadany charakter, albo może przez to swoje straszne doświadczenie, oni uznali, że osiągnęli ten stan, kiedy mogą myśleć samodzielnie. Że im nikt nic nie będzie suflował. Że choćby nawet do nich helikopterem przyleciała Małgorzata Foremniak z Kubą Wojewódzkim i zaczęli im za darmo rozdawać mikrofalowe kuchenki, to oni ich potraktują jak obcych. A więc z grzeczną uwagą i z niczym więcej. Bo oni akurat co mają wiedzieć, już wiedzą, i z tej wiedzy wyciągają wnioski.
Otóż problem Katowic, Warszawy, Olsztyna i wielu innych miejsc w Polsce jest taki, że ich mieszkańcy, skutkiem z jednej strony wieloletniej propagandy, a z drugiej jakiegoś fatalnego, niewyjaśnianego rozpaskudzenia, przestali być ludźmi, a stali się wyłącznie konsumentami. Bardzo brutalna i ściśle kontrolowana polityka Systemu doprowadziła ich do tego stanu, że oni wiedzą wyłącznie to, co wiedzieli już wcześniej, ale jednocześnie coś co im wiedzieć dalej pozwoli System. To jest trochę tak, jak ten bałwan z Rejsu, który mówi, że on słucha tylko tych piosenek, które już zna. W Katowicach ludzie wiedzą, że jest Uszok, i choć to nieznane im dziwadło z Platformy jest od niego – jak mówią na mieście – lepsze, to głosowanie na Uszoka jest bezpieczniejsze, a przede wszystkim dozwolone. Im jakimś cudem nikt nie powiedział, że na Uszoka nie wolno. Głosują na Platformę, bo na Platformę głosować trzeba, a głosują na Zydorowicza, bo na Zydorowicza pozwolili, a poza tym oni go znają z telewizji. Oczywiście wśród nich są obywatele bardziej uświadomieni i karni. Ci nie mają wątpliwości. Głosują na Platformę, na ich prezydenta i na ich numer jeden na liście.
Na Warszawie nie bardzo się znam. Natomiast podejrzewam, że tam mechanizm jest daleko bardziej prosty. Chodzi o to, że nie głosujemy na PiS. Głosujemy na Establishment. Czy gdyby swoją kandydaturę na prezydenta stolicy zgłosił Andrzej Wajda, albo Maja Komorowska, to oni by z Gronkiewicz wygrali? Zależy. Gdyby Establishment zadecydował, że bierzemy Wajdę – wzięliby Wajdę. No albo kogokolwiek innego. No a co by było, gdyby Establishment pozostawiłby Warszawiakom wolną rękę? Kiedyś, jak dobrze pamiętamy, wybrali Lecha Kaczyńskiego, a wcześniej najlepszy wynik w wyborach do Sejmu zrobił tam Jarosław Kaczyński. No ale dziś mamy czasy inne. Nowoczesne. Więcej wokół supermarketów, więcej bankomatów, a i telewizory są też lepsze. Więc albo by nie poszli do wyborów, albo zaczęliby świrować. Jak mieszkańcy Olsztyna. Czy bliżej nas – Mysłowic.
O co więc chodzi? Mianowicie jak zawsze o nienawiść. Jedyne co ludzie w Polsce wiedzą, to to, że trzeba nienawidzić PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego. To jest jedyny przekaz i jedyny obowiązek. Trzeba nienawidzić PiS-u i wszystko co się robi, robić z tym założeniem. Że nie wolno wykonać jednego przyjaznego gestu pod adresem „kaczyzmu”. A poza tym można wszystko. Można nawet być idiotą. Idą zresztą czasy, kiedy to ostatnie będzie wręcz mile oczekiwane. O tak! Bycie idiotą może być już niedługo nawet warunkiem uzyskania pewnych, nieznanych dziś jeszcze, bonusów.
Patrzę na ten krajobraz po wyborach i widzę pełny, idealny, cuchnący jak siedem szatanów chaos. Nawet jeśli gdzieniegdzie można dojrzeć ślady jakiegoś pozornego choćby ładu, on jest natychmiast zasypywany stertą śmieci. Nie ulega bowiem wątpliwości, że doszło do tego, ze gdyby nie Prawo i Sprawiedliwość, za pozwoleniem Brukseli czy Strasburga, wybory w ogóle prawdopodobnie można by po prostu zlikwidować. Jeśli państwo wciąż poświęca pieniądze, czas i siły na to, by zorganizować nam raz na jakiś czas to święto demokracji, to tylko po to, by jeszcze raz spróbować zablokować PiS-owi dostąp do publicznej domeny. Oczywiście można by zrobić to wszystko szybciej i sprawniej, czyli po prostu zabić Jarosława Kaczyńskiego, ale jakoś czy to nie staje odwagi, czy stanowi to po prostu zbyt duże przedsięwzięcie.
Ale fakty są jednoznaczne. Z punktu widzenia państwa i jego służb, nie ma w tej chwili dla Polski ważniejszej rzeczy niż usunięcie Jarosława Kaczynskiego i jego projektu ze sceny. Proszę spojrzeć, co się dzieje wokół nowego ugrupowania Joanny Kluzik Rostkowskiej. Nie ma takiej części Systemu, ale i też fragmentu sfery zewnętrznej, karmionej i karmiącej System, które by w jakikolwiek sposób źle się wypowiedziały o tej nowej partii, lub o którymkolwiek z jej przedstawicieli. Ja dziś patrzyłem w telewizji, jak oni pozowali do jakiegoś zdjęcia, i wokół widziałem twarze dziennikarzy. Oni wszyscy byli w stanie krańcowego uniesienia. Wczoraj Monika Olejnik rozmawiała z Januszem Palikotem i oboje aż prześcigali się wzajemnie, żeby powiedzieć coś dobrego o tych ludziach, niedawno jeszcze publicznie potępionych wiecznie i do końca. Niedawno Stefan Niesiołowski pozwolił sobie na to, by nazwać ich ludźmi sensownymi i inteligentnymi. Jeszcze wcześniej parę dobrych słów poświęcił im i zadeklarował swoje poparcie Lech Wałęsa.
Ja rozumiem, że to wszystko polityka i – wbrew tej całej gadce o lokalnej władzy i o budowaniu – tylko o nią tu chodzi. Są jednak pewne granice. Dotychczas było tak, że w tego typu sytuacjach, w celu zachowania pozorów, pewne elementy Systemu były proszone o zachowywanie dyskrecji. Żeby zwyczajnie nie spalić akcji. Przypomnijmy sobie, co się działo, kiedy z PiS-u odchodził Marek Jurek i Artur Zawisza z kumplami. Przecież było nie do pomyślenia, żeby Lech Wałęsa, czy Jerzy Urban oferowali im swoje usługi. Nie dlatego, że ich oferować nie chcieli – bo jak najbardziej chcieli i mogli – ale po prostu jednym i drugim nie wypadało. Dziś już nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko komuniści, nie tylko Monika Olejnik, nie tylko banda sprzedajnych jej kolegów po fachu, ale nawet Janusz Palikot im otwarcie kibicuje. Doszło do tego, że ten własnie Palikot otwarcie i jednoznacznie opowiada, jak on jeszcze we wrześniu spotykał się z Kluzik, żeby z nią rozprawiać na temat sposobów zniszczenia Jarosława Kaczyńskiego – ten sam Palikot, który niedawno na swoim blogu opublikował komiks nawołujący bezpośrednio do krwawej i najbardziej okrutnej fizycznej eliminacji poszczególnych polityków PiS-u – a opinia publiczna nie widzi w tym nic niestosownego. Więcej – nikt z zaangażowanych w to bezpośrednio polityków i dziennikarzy nie widzi w tym nic niestosownego. Ja się autentycznie nie zdziwię, jeśli za tydzień czy dwa, u Rymanowskiego w programie wystąpi Poncyljusz z Urbanem, i na dokładkę z Kiszczakiem na ekranie studyjnego telewizora, i cała czwórka będzie debatować na temat ostatecznego końca języka nienawiści.
O czym to może świadczyć? Tylko o jednym. Oni doszli do ściany. Wiedzą, że dopóki Jarosław Kaczyński żyje, nie mają żadnych szans. A zabić go z jakiegoś powodu nie mogą. Demokratycznie pokonać też nie. Zamknąć mu ust też nie. Rozbić mu partię – bardzo na to liczą, robią co mogą, ale już widać, że z tego też nic nie będzie. Sytuacja jest zupełnie niezwykła. Myślę sobie dziś, jak to co się dziś dzieje będzie relacjonowane przez historyków za ileś tam lat, i przychodzi mi do głowy tylko jedna opcja. Te lata zostaną opisane jako wojna mafii z polskim narodem, czy może polskim państwem, a może z polskim patriotyzmem. Zwał jak zwał. Obojętne. Obraz jest jasny. Z jednej strony Polska, z drugiej mafia. I tak już to musi pozostać. Przynajmniej na razie.

sobota, 27 listopada 2010

Nasi idioci górą!

Parę dni temu, z okazji udanego zakończenia pewnego kursu, otrzymałem od grupy moich uczennic i uczniów kwiaty i prezent. Kwiaty jak kwiaty, natomiast prezent… hmmmm. Właściwie powinienem powiedzieć, że prezent też jak prezent, tyle że to by właściwie zarówno zaczynało tę historię, jak i ja kończyło, podczas gdy ja właściwie chciałem dziś trochę od tym prezencie i o paru refleksjach, jakie mi w związku z nim przyszły do głowy. Ale, nie będę tu ukrywał, że owszem – prezent jak prezent. Książka mianowicie. A jak by tego było mało, książka też jak książka, czyli najnowszy album z żartobliwymi rysunkami Andrzeja Mleczki.
Najnowsza kolekcja rysunków Mleczki, jest już, jak czytam na okładce, siódmym wydaniem jego dzieł. Powiem szczerze, że ta informacja mnie trochę zdziwiła, bo – o ile pamiętam – on publikował już w latach 70-tych w Szpilkach, a więc można by było sądzić, że przy jego pracowitości, oraz coraz mocniejszej pozycji w establishmencie, mógłby mieć na kącie nie siedem, ale co najmniej 17 zbiorków z obrazkami. No, ale jest jak jest, więc mogę tylko jeszcze raz potwierdzić: jestem posiadaczem siódmej serii obrazków Andrzeja Mleczki.
Jeśli idzie o moje relacje z Mleczką jako artystą, są one, najłagodniej rzecz ujmując, mizerne. Jeśli mam go jakoś ustawić na tle wszystkich innych zasłużonych polskich karykaturzystów, to – zupełnie niezależnie od moich czy ich sympatii politycznych – o wiele bardziej zawsze wołałem Dudzińskiego, Krauzego, Czeczota, czy dziś Raczkowskiego. Weźmy chociaż najbardziej klasyczny, a w niektórych środowiskach, wręcz kultowy obrazek „Obywatelu, nie pieprz bez sensu”. Nie chcę tu się nad Mleczką znęcać, choćby dlatego, że na to jeszcze przyjdzie czas, ale od najbardziej żałosnej idiotyczności tego żartu, bardziej żałosna i bardziej idiotyczna może być tylko kariera, jaką akurat on zrobił w Polsce. Nie należy więc Mleczko w żaden sposób do karykaturzystów, którzy mają dla mnie jakiekolwiek, poza czysto socjologicznym, znaczeniem. Jeśli od czasu do czasu w mojej głowie pojawia się jego nazwisko, to albo właśnie przy okazji refleksji nad intelektualno-estetycznym poziomem, jaki my Polacy ostatnio osiągnęliśmy, albo, kiedy go widzę w telewizji, jak się mądrzy na tematy polityczne. Czasem oczywiście gdzieś zobaczę jego obrazek, ale z reguły, wzruszam na niego ramionami.
Książka, którą sprezentowali mi moi ukochani – a mówię to bez najmniejszej ironii – uczniowie, kazała mi co do Mleczki jako artysty zmienić bardzo radykalnie moje dotychczasowe podejście. Otóż, jak się okazuje, on jest jeszcze gorszy, niż dotychczas sądziłem. On jest gorszy – znacznie gorszy – nie tylko, jeśli idzie o merytoryczną stronę tego co on robi, ale również ściśle techniczną. O ile bowiem jeszcze kiedyś, on miał przynajmniej jakiś pomysł – marny bo marny – i potrafił go w miarę zgrabnie narysować, dziś, nie dość, że całość jego refleksji sprowadza się do cytowania gazet, to on w większości wypadków rysuje w sposób tak straszliwie niechlujny, że powiedzieć, że to wstyd, będzie bardzo ciężkim eufemizmem.
Z tą techniczną strona jego dzieła zresztą jest akurat bardzo ciekawa sprawa. Pamiętam jak kiedyś przeczytałem gdzieś informację o amerykańskim rysowniku, który trafił do szpitala psychiatrycznego po tym, jak narysował parę tysięcy egzemplarzy identycznego żartu. Kobieta opuszcza klinikę porodową, a wypisujący ją lekarz pyta: „Zapakować, czy zje pani na miejscu?” Pomyślałem sobie wtedy, że jest coś niebezpiecznego w tym fachu. Przede wszystkim, jeśli człowiek zaczyna za bardzo grzebać w abstrakcji, na pewnym jej poziomie, może zwyczajnie zwariować. To jest trochę tak jak składanie tej bibułki na pół i na pół i na pół i na pół… i liczenie, jak ona będzie gruba, jeśli się ją złoży 50, czy 100 razy. Poza tym, jeśli ten sam człowiek zawodowo rysuje tego typu obrazki, po pewnym czasie popada w tak straszliwą rutynę, że on już nie umie nic innego robić, jak tylko rysować te głowy, te nogi, te ręce i kwestią staje się już tylko to, jak szybko potrafi produkować kolejne.
To co mnie zadziwia u Mleczki, to to, że on nagle, po tych wszystkich latach, coraz częściej pokazuje, że nie umie rysować. Mało tego. On udowadnia, że jemu rysowanie sprawia ból. Niekiedy to co widzimy, to najzwyklejsze bazgroły – i to w żaden sposób bazgroły zamierzone. Ta bezradność aż tam kipi. To jest dla mnie tak niesamowite, że kiedy się zastanawiam, co mu się stało, to jedyne co mi przychodzi do głowy, że on rysuje w stanie kompletnego, nieprzytomnego upojenia alkoholowego, albo z nim jest jeszcze gorzej. No ale wtedy już nie wolno się śmiać.
Popatrzmy dla bezpieczeństwa więc na to, nie jak, ale co on rysuje. Otóż w większości wypadków, mamy tam do czynienia z najbardziej podstawową publicystyką. A więc z czymś co już możemy zobaczyć na okładce tego albumu. Cztery drące mordy i wyglądające jak czarownice panie w beretach, ksiądz z kielichem mszalnym i podpis: „Wino, kobiety i śpiew”. Jeśli ktoś się tu złapał za głowę, to niech wie, że akurat najciekawsze w tym jest to, że to jest i tak najlepszy z wszystkich zamieszczonych w tym wydawnictwie żartów, a i też niemal najlepiej narysowany. Stąd pewnie i okładka.
Co mamy w środku? Proszę sobie wyobrazić, że jest na przykład obrazek przedstawiający czarną prezydencka limuzynę, z biało-czerwoną flagą, a w środku jakiś maleńki prezydent, z którego widzimy tylko czubek głowy. Dowcip polega na tym, że ta limuzyna ciągnie za sobą ubikację na kółkach. Jest też sklep z zabawkami, a w nim, obok zestawu ‘mały chemik’, ‘mały lekarz’, jest też coś, co się nazywa ‘mały prezydent’. Na pudełku widzimy samolot, a obok karykaturę Lecha Kaczyńskiego, biało-czerwoną flagę i flaszkę. Na jeszcze innym obrazku widzimy tego samego człowieczka, co poprzednio, jak siedzi przed lustrem i z kretyńską, zniekształconą twarzą, palcami próbuje rozciągnąć sobie usta w uśmiechu, podczas gdy podpis poniżej głosi, że chodzi o poprawianie wizerunku. Gdyby jednak ktoś myślał., że Mleczko zajmuje się tylko ś.p. Lechem Kaczyńskim, to się myli. Bardzo dużo obrazków jest o IPN-ie. Zapamiętałem najbardziej ten, gdzie jakiś zapluty menel nieprzytomnie pędzi między półkami wypełnionymi rzędami akt, a przed nimi, na smyczy i na czworakach, biegnie dwóch innych, jeszcze bardziej zaplutych i nieprzytomnych. Ten co ich prowadzi krzyczy: „Szukaj, szukaj!”. Jest też dużo obrazków o Radiu Maryja, o moherach, o Solidarności, o Kościele i o Polsce. Choćby taki. Rodzice spacerują z wózkiem, a w wózku małe dziecko z lizakiem. Ojciec do matki mówi: „Będziemy musieli mu kiedyś powiedzieć, że jest Polakiem”.
Wbrew pozorom jednak, album Mleczki nie jest aż tak monotematyczny. Są tam bowiem żarty całkowicie pozapolityczne. Na przykład na jednym, na ławce w parku siedzi dwoje zakochanych. On się pyta: „Czy lubisz poezję?” Na co ona, wkłada mu rękę w rozporek i odpowiada: „Tak., ale w drugiej kolejności”. Albo, jakaś kobieta w ciąży pokazuje wściekła na swój brzuch, a stojący obok lekarz mówi do niej: „Ja pani nie przerywałem”. Przy barze siedzi człowiek ze szklanką i papierosem, a barman mówi do niego: „Odczep się człowieku. Ja nie jestem parą gejów, tylko ty widzisz podwójnie”. Następny - idą Trzej Królowie z prezentami dla Jezusa i jeden z nich zaczyna sikać. To już koniec.
Jak mówię, większość z tych obrazków jest bardzo niechlujnie narysowała. Niekiedy to niechlujstwo jest wręcz dramatycznie zastanawiające. Jest jednak jeden – autentycznie śliczny. Niemal jak dzieło Gwidona Miklaszewskiego. Słodki, czysty, kolorowy… no piękny. Gdybym był jeszcze bardziej złośliwy, pewnie bym powiedział, że akurat rysując go, Mleczko musiał być wybitnie przytomny. Wybitnie. Idą, trzymając się pod rękę, ładny pan i pani, a za nimi biegnie urna wyborcza z ładną, uśmiechniętą buzią i z europejską chorągiewką. Pan do pani mówi: „Popatrz, kochanie, jaka mądra”. Patrzę na ten obrazek i widzę Mleczkę jak go rysuje. A to musi być widok! No i historia na osobny wpis.
Jestem pewien, że ktoś się już od pewnego czasu zastanawia, po ciężką cholerę ja poświęcam osobny tekst, i to jeszcze tak długi, komuś takiemu jak Andrzej Mleczko i jego obrazkom. Proszę więc bardzo. Oto odpowiedź. Otóż ja nie tak dawno, wchodząc na wojenną ścieżkę z Gazetą Polską, napisałem, że to iż oni postanowili każdy swój numer przyozdabiać jakimiś debilnymi, propagandowymi obrazkowymi gniotami rodem z ruskiego krokodila, świadczy jak najgorzej o naszym całym projekcie. Że to iż redakcja Gazety Polskiej pokazuje całej Polsce, że środowisko, które ona reprezentuje to banda pozbawionych najbardziej podstawowego gustu durniów, to działanie jak najbardziej antypolskie. Że ten rodzaj satyry to policzek dla naszych aspiracji i naszej dumy. Powiem więcej, zgłaszając swoje pretensje do Gazety Polskiej, byłem przekonany, że to iż oni postanowili pokazać Polsce tę akurat twarz prawicowego wyborcy, mogło stanowić jeden z powodów, dla których przegraliśmy te wybory.
Dziś, gdy oglądam obrazki Andrzeja Mleczki, a więc rysownika jak najbardziej mainstreamowego, i to mainstreamowego na tym – jak słyszę zewsząd – najbardziej intelektualnie posuniętym poziomie, i widzę, co się tam wyprawia, dochodzę do wniosku, że ja się nie tyle pomyliłem co do Gazety Polskiej, ale gorzej – co do poziomu przeciętnego obywatela. I to całkowicie niezależnie od jego politycznej proweniencji. Dziś jestem niemal pewien, że jeśli te idiotyczne, tak straszliwie brzydkie rysunki z Komorowskim w ruskiej czapie, czy Tuska w czapce hitlerowskiej, robią na tamtej stronie złe wrażenie, to wyłącznie ze względów merytorycznych. Jeśli oni sobie o nas źle pomyślą, to najpewniej tylko dlatego, że ich zdaniem to nie Tusk jest zły, ale Kaczyński. Poza tym, jest calkiem prawdopodobne, że oni na widok tych kretyństw w Gazecie Polskiej zgrzytają z zazdrości zębami, że taki Mleczko na przykład – nie mówiąc już o Raczkowskim – by tak fajnie i dowcipnie nie potrafili. A więc, w efekcie, możliwe, że jednak redaktor Sakiewicz robi dobrą robotę. Pokazuje idiotom, że my mamy idiotów znacznie lepszych.
I byłbym więc go dziś skłonny nawet przeprosić. Jedno mi tylko chodzi po głowie. Czemu on się tak łatwo z tym pogodził?

Rymkiewicz - część 5

Przed nami piąta część refleksji rymkiewiczowskich. I na razie ostatnia. Mam nadzieję, że jej kształt, miejsce i czas, jakie znalazła – akurat po tych refleksjach na temat Ambasadora w Bazylice – są najlepsze z możliwych. Poczytajmy:


Nie można wyobrazić sobie Polski bez Kościoła, bo on jest nam koniecznie potrzebny. Uważam, że Kościół i wojsko to są dwie najważniejsze instytucje narodowe. Obie są odpowiedzialne za to, co stanie się z Narodem. Ludzie Kościoła zdają sobie oczywiście z tego sprawę, a jak jest w wojsku, tego nie wiem. Korpus oficerski to jest zapoznana siła, która jest teraz lekceważona i marginalizowana, a która w dziejach Polski wielokrotnie się Narodowi dobrze przysłużyła. Trzeba przywrócić jej dawne znaczenie i możliwość jawnego patriotycznego działania - także w czasach pokoju. Natomiast wszystkie ataki na Kościół są w gruncie rzeczy atakami na interes narodowy Polaków. Kto atakuje Kościół, atakuje Polskę. To jest tak jak z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Jak każdy krzyż, był to oczywiście symbol religijny, ale jednocześnie, jak to wielokrotnie w dziejach Polski się zdarzało, ten krzyż stał się symbolem naszego życia narodowego. Myślę, że obecne ataki na Kościół są bardzo dobrze przemyślane - tu nie chodzi tylko o ateizację społeczeństwa, może nawet w ogóle o nią nie chodzi. Ludziom, którzy tak widowiskowo atakują religię i lżą ludzi wierzących, jest z pewnością kompletnie obojętne, czy ktoś wierzy, czy nie wierzy w Boga, czy ktoś chce być zbawiony, czy nie chce. Im chodzi o coś innego - o to mianowicie, żeby zniszczyć podstawy polskości. To jest bardzo przemyślane, a nawet budzi domniemanie, że nad tym myśli się nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach europejskich. Wracam do początku naszej rozmowy - są w Polsce i w Europie siły, i to siły potężne, którym zależy, by zniszczyć narody, a z Europy uczynić krainę ufundowaną na komunistycznych ideach Róży Luksemburg - nieśmiertelnej Rozy. […]

Ta agresja [wobec obrońców krzyża] stanie się zrozumiała, jeśli jeszcze raz uprzytomnimy sobie, że żyjemy w kraju postkolonialnym - a więc takim, w którym błąkają się różne postkolonialne zmory nocne, upiory postkomunistycznego życia, widma naszej niedawnej przeszłości. One ciągle, jak zjawy z Mickiewiczowskich "Dziadów", mają do nas jakiś interes i próbują nas ugryźć. Trzeba je stąd przeganiać, cały czas przeganiać. Chciałbym przypomnieć scenę z drugiej części "Dziadów", która rozgrywa się na cmentarzu. Guślarz jako jedno z wcieleń poety mówi tam, przeganiając nocne zmory atakujące tę wspólnotę ludową zgromadzoną na cmentarzu: "Czy widzisz Pański krzyż?/ Nie chcesz jadła, napoju?/ Zostawże nas w pokoju./ A kysz, a kysz!". Powtarzajmy więc sobie: "A kysz, a kysz!" - i te zjawy wreszcie znikną. Powtarzajmy to, biorąc do ręki ich gazety, oglądając ich telewizję, słuchając ich upiornych polityków: "A kysz, a kysz!".

piątek, 26 listopada 2010

Ambasador w kościele

Na kilka minionych dni oddałem ten blog Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Zrobiłem to właściwie tylko z dwóch względów. Pierwszy powód był taki, ze coraz częściej ogarniało mnie dojmujące uczucie, ze ponieważ ten bloga ma tak wielkie ambicje, on zawsze zasługuje na więcej. A zatem jeśli spotyka się takie słowa, jak najświeższe słowa Rymkiewicza, one powinny tu trafić. Drugi powód natomiast był taki, że czasy które przezywamy tak bardzo potrzebują słowa, nawet jeśli nie pocieszenia, to jakiegoś objaśnienia, które pozwoli nam wszystkim odczuć ten tak wyczekiwany ład. A kiedy czytam Rymkiewicza, mam bardzo mocne przekonanie, że gdybym ja – a więc główny autor tego bloga – miał umysł Rymkiewicza, jego wiedzę i jego talent, to bym pisał właśnie takie teksty. Nie zajmowałbym się tanią publicystyka i jeszcze tańszą propagandą, ale bym stanął ponad tym wszystkim i… śpiewał.
Inna sprawa, że to własnie staram się od niemal już trzech lat robić, no ale, jak mówię – ten blog z cała pewnością zasługuje na więcej. Więc jeśli tylko nadarza się okazja, trzeba mu to dać.
A więc mamy ten tydzień rymkiewiczowski i on jeszcze trochę potrwa. Jednak zdarzyło się coś, co musiało – po prostu musiało – wprowadzić w ten śpiew szczyptę doraźności. Ale za to jakiej! Sprawa jest wcale nie taka nowa, ale w świecie, gdzie wolny głos opinii publicznej nie istnieje, nie można się niczemu dziwić. 11 listopada, jak co roku, odbyły się odpowiednie uroczystości związane ze Świętem Niepodległości, a ich w pewnym sensie kulminacją była Msza Święta w warszawskiej Bazylice Św. Krzyża z udziałem Prezydenta RP. No i jest tak, że ja od wczoraj – a więc od kiedy Don Paddington poinformował nas o całym zdarzeniu, a później przeczytaliśmy sobie wszyscy kazanie Księdza Pułkownika – myślę o tej godzinie, czy może półtorej, próbuję sobie wyobrazić ten obraz, tę atmosferę, tę podniosłość, te twarze, te oczy, ten nastrój… no i te grozę. Bo tam jest też groza. Autentyczna groza.
A więc wyobrażam sobie, jak zbliża się moment rozpoczęcia Mszy i do Bazyliki wchodzi On z tą kobietą i z całą świtą. I siadają w pierwszym rzędzie, w specjalnie na tę okazję przygotowanych miejscach. I siedzą. A później widzę, jak On wstaje, mruczy coś pod nosem, później siada, znów wstaje, znów coś mruczy, niby śpiewa, później znów siada… I widzę świetnie tę jego twarz, tak dobrze nam wszystkim dziś już znaną. Tę twarz. I te oczy. A więc oni znów siadają, a On przymyka oczy. Raz, ponieważ tak właśnie robi pewien typ ludzi w kościele w czasie mszy, kiedy chce pokazać wszystkim, jaki jest zadumany, czy może tylko pogrążony w modlitwie, a dwa, że po prostu się nudzi. No i spać się chce. No więc przymyka te oczy i głowa mu opada, bo już rzeczywiście zasnął. Widzę ten obraz tak bardzo wyraźnie, bo przede wszystkim umiem sobie pewne rzeczy wyobrazić, a poza tym, to nie jest wcale nic tak bardzo nowego. I obok widzę tę kobietę. I Ona też ma zamknięte oczy. I też śpi. I tak siedzą oboje, a wokół zwykłe odgłosy kościoła podczas nabożeństwa.
W komentarzu pod wczorajszą notką zauważyłem, że to co się wydarzyło 11 listopada w czasie tej mszy i po niej, bardzo zdecydowanie przywołuje w mojej pamięci wydarzenia sprzed ponad już 40 lat, kiedy to w Warszawie odbywało się uroczyste przedstawienie mickiewiczowskich Dziadów, na sali, w pierwszym rzędzie siedział, wedle legendy, sowiecki ambasador, a faktycznie podobno jakiś człowiek od Gomułki – a więc tak czy inaczej Sowiet – a na scenie stał aktor, i w pewnym momencie okazało się, że wszystko co ów aktor mówi, mówi już tylko do niego. Do tego Rosjanina. I w pewnym momencie Rosjanin się zorientował…
Ja oczywiście tamtej sceny nie widziałem, podobnie jak nie widziałem tego, co się działo w czasie, gdy ks. Żarski głosił swoją homilię. Wszystko znam albo z opowiadań ludzi, albo z tego co potrafię sobie wyobrazić.
A więc wyobrażam sobie jego i ją, jak siedzą w tych pięknych wnętrzach warszawskiego kościoła, i wiedzą tak bardzo świetnie, On – że jest Prezydentem RP, a Ona – że jest Pierwszą Damą… i się zaczyna kazanie.
I wtedy On się nagle budzi. Ciekawy jestem bardzo, co go zbudziło. Które słowo z tej homilii powiedziało mu po raz pierwszy, ze dziś spać nie będzie. Myślę, że – tak jak to zwykle bywa – musiał na sekundę oprzytomnieć na samym początku, ale już chwilę później, też zgodnie ze znanym wszystkim standardem, głowa ponownie mu opadła. Może tylko Ona spała cały czas. Ale to bym chciał wiedzieć. Czytam po raz kolejny słowa księdza Żarskiego i chcę wiedzieć, w którym to dokładnie momencie On zrozumiał, co się dzieje. Czy to było może słowo ‘patriotyzm’, wypowiedziane po raz czwarty? Myślę że nie. On zapewne cały początek przegapił. W końcu, czym jest patriotyzm? No czym? Ludzie święci! Dajcie normalnemu człowiekowi żyć!
Więc myślę, że pierwsze minuty kazania wyglądały tak, ze kościół był kościołem, wokół czuć było ten piękny, jedyny, niepowtarzalny spokój, może czuć było zapach kadzidła i świec, no i głos księdza. A On siedział z przymkniętymi oczami i w skupieniu przyczesanym wąsem, a obok niego Ona… no, jak ona. Po prostu, znękana życiem kobieta, o plastikowej twarzy Karla Lagerfelda. I płynęły te słowa o grobach i patriotyzmie, a oni nie słyszeli nic. I myślę sobie, że jego obudzić mogło albo jednak to wciąż powtarzane słowo ‘patriotyzm’ – nie dlatego, że coś go nim nagle wystraszyło, ale przez swoją natarczywość i powtarzalność – albo któraś z kolejnych sekund:
„U podstaw III Rzeczpospolitej miejsce patriotyzmu, zajęło stwierdzenie jednego z pierwszych premierów nowej Polski, który powiedział, że aby zostać bogaczem, to pierwszy milion trzeba ukraść. Propagowanie podobnych haseł zaowocowało tym, że wartość została zastąpiona anty-wartością. Patriotyzm zastąpiono promowanym kosmopolityzmem, miejsce uczciwości zajęła nieuczciwość, prawdę zastąpiono kłamstwem i pomówieniem, ofiarność i poświęcenie chciwością i pazernością, miłość nienawiścią. Natomiast z dziejowego doświadczenia Kościoła i Narodu wiemy, że prawdziwym bogactwem jest stan ducha i umysłu ludzkiego, a nie grubość portfela. Każda społeczność, która swe prawa opiera na anty-wartościach, napełnia się bólem i krzywdą”.
I myślę dziś bardzo o tej scenie, i wyobrażam sobie, jak nagle we wnętrzach tego kościoła rozbrzmiewa ten „pierwszy milion”, lub może „promowany kosmopolityzm” to „pomówienie i ofiarność”, a On otwiera oczy i czuje niepokój. To musiało być gdzieś wtedy, że On nagle się ocknął i poczuł ten wiatr. Kolejny fragment już mu z całą pewnością uprzytomnił wyraźnie, co się dzieje:
„Czy w czasie zeszłorocznych uroczystości Święta Niepodległości, ktokolwiek z nas przypuszczał, że prawo do własnej, niepodległej Ojczyzny oraz obowiązek ochrony i obrony jej niepodległości zostanie nam przypomniane krwią Prezydenta Rzeczypospolitej, Lecha Kaczyńskiego i 95 towarzyszących mu osób? Kolejny raz potwierdziła się prawda, że drogę do wolności i niepodległości, krzyżami się mierzy. Czy ktokolwiek przypuszczał u progu III Rzeczpospolitej, że aby Polska nie zginęła za naszego życia, to koniecznie trzeba nam uczyć się miłości do Polski i Polaków?”
I w tym momencie on już wiedział na pewno, że już nie zaśnie. A dalej mogło być już tylko gorzej. Jakoś mi się przypomniała ta historia z Dziadami sprzed lat, a przecież tych podobieństw wcale nie jest tak dużo. Poza tą opozycją On i Słowo, cała reszta jest inna. Przede wszystkim ówczesna inscenizacja, razem z tym ich Dejmkiem i tamtymi aktorami, nie miała żadnego szczególnego politycznego podtekstu. W dodatku, jak mówią źródła, całość przedstawienia podobała się nawet miejscowym Ruskim. I tylko ten jeden moment, kiedy ze sceny popłynęła ta fraza: „"Nie dziw, że nas tu przeklinają/ Wszak to już mija wiek/ jak z Moskwy w Polskę nasyłają/ Samych łajdaków stek", a po drugiej stronie okazało się, że siedzi ktoś, kto okazał się akurat w tym jednym momencie być tą własnie osobą, do której w gruncie rzeczy owe słowa były skierowane sprawił, że wszystko już nigdy nie było takie same.
A więc mamy te dwie strony przekazu, ale poza tym jednak wszystko pozostałe jest już inne. Kiedy próbuję sobie wyobrazić to co tam, w tym warszawskim kościele, się wtedy działo, wydaje mi się, że Ksiądz Pułkownik nawet nie patrzył w stronę Bronisława Komorowskiego. Tak naprawdę, to była zwykła Msza Święta, tyle że ze względu na okazję bardziej udekorowana, i może jeszcze zamiast wiernych było więcej publiczności. No i tych dwoje. Mogę się oczywiście mylić, ale sądzę, że dla księdza Żarskiego to kto tam siedział, mogło nawet nie mieć specjalnego znaczenia. On miał wygłosić Słowo Boże na Święto Niepodległości i je wygłosił. Na swoim blogu Vox, od którego czerpię część informacji, pisze, że po skończonej mszy, Bronisław Komorowski podszedł do Księdza i go zwymyślał, mówiąc między innymi, że: „jest zawiedziony i zaskoczony fragmentem kazania dotyczącym antywartości. - Jest ksiądz pułkownikiem, wojskowym, jak tak można - że Polska jest budowana na antywartościach!” krzyczał podobno Komorowski. I na to ksiądz Żarski miał Komorowskiemu powiedzieć, że on najwidoczniej nie zrozumiał kazania.
A zatem możliwe że moje skojarzenia z rokiem 1968 są nie do końca uprawnione, ale są – i na to nic nie poradzimy. Ja widzę tamtego, nazwijmy go umownie, Ambasadora, który zabłąkał się na tamto przedstawienie i pewnie przez większą jego część przysypiał, a później nagle się obudził, i dziś znów widzę kogoś z pozoru kompletnie innego, a jednak dokładnie takiego samego, może nawet podobnego do tamtego kogoś z wyglądu, który też zgubił drogę i znalazł się w miejscu sobie kompletnie obcym, gdzie otaczają go ludzie i rzeczy, których on ani nie rozumie, ani nie nawet nie czuje, a przy okazji oczywiście w ogóle nie potrzebuje. I ja chcę dziś tylko sobie wyobrazić, jak to musiało wyglądać; jak wyglądał ten moment, kiedy Bronisław Komorowski nagle zrozumiał, że coś się dzieje i ogarnęło go tak straszne szaleństwo. Czy on siedział nieruchomo, czy zaczął się nerwowo rozglądać, czy obudził panią Komorowską? No i jak on to w ogóle wytrzymał? Przecież słowa, które musiały go dotknąć jako pierwsze, stanowiły wciąż dopiero początek homilii. A ile ona mogła trwać? 20 minut? Może więcej? Próbuję sięgnąć w najgłębsze miejsca swojej wyobraźni i ujrzeć te oczy, kiedy przestrzeń Bazyliki wypełniają słowa o tym, jak to „nadchodzi bowiem czas, kiedy trzeba zdać sprawę ze swego włodarzowania przed Bogiem i Narodem”, a tu zwyczajnie nie ma jak uciec. Nie ma jak i nie ma dokąd.
Bardzo przejmująca jest ta chwila. Nawet kiedy widzimy ją tylko oczami naszej wyobraźni. Ona jest tak przejmująca, że jedyne co można zrobić, to w tym momencie przerwać tę historię i zakończyć cały wpis trzema kropkami…

czwartek, 25 listopada 2010

ks.płk Sławomir Żarski: Słowo

I znów okazuje się, że nigdy nie można być pewnym niczego. Choćby czegoś tak oczywistego, że są chwile, kiedy słowa kogoś takiego jak Jarosław Marek Rymkiewicz nie mogą zostać przerwane przez żadne inne słowa, żadne gesty, żadne wydarzenia. Bo tu tymczasem, kiedyśmy się wszyscy tak zasłuchali, pojawiła się, wspominana wcześniej, informacja o tym, jak to Bronisław Komorowski dostał autentycznej furii na słowa jednego księdza. Furii takiej, że się zwyczajnie zapomniał. Jak dziecko. Gorzej – jak dziecko szczególnej troski. A może jeszcze gorzej – jak ten kibic, który po przegranym meczu wziął i zabił swoją małą córeczkę.
Udało mi się dotrzeć do słów, które tak wzburzyły tego nieszczęśnika. Jak się zastanowić, wzburzyły go jak najsłuszniej. Nie dziwmy się mu. On nie miał innego wyjścia. On musiał tak zareagować. Jestem pewien, że , gdyby chodził uzbrojony, jak niegdyś Fidel Castro, wyjąłby ten pistolet i księdza zastrzelił. Czemu nie? Czemu nie? Komorowski to dziś już ktoś, komu pozostały wyłącznie odruchy.
Poczytajmy słowa księdza. Do Rymkiewicza i tak wrócimy.


Listopadowe pielgrzymowanie po cmentarzach prowadziło nas nad mogiły tych, którzy przed nami byli pełni zatroskania o losy naszej rodziny i naszej Ojczyzny. Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to przykład mądrego, głębokiego i prawdziwie ludzkiego świętowania. To zastanawiające, że przebywając wśród zmarłych żyjących w Chrystusie, można nauczyć się życia mądrego i odpowiedzialnego. Wiele kamiennych epitafiów w naszych świątyniach i na cmentarzach przypomina, że nieśmiertelną jakością ludzkiego życia jest patriotyzm. To świadczy dobrze, że nie przechodzimy obojętnie nad grobami tych, którzy wypełnili swoje życie ofiarną służbą Ojczyźnie i służyli naszej Ojczyźnie swoim życiem, nic ze swego nie zatrzymując dla siebie.
Tak, patriotyzm, czyli umiłowanie ojczyzny ziemskiej, jest cechą mówiącą o jakości ludzkiego życia. Patriotyzm jest wartością świadczącą o jakości człowieka. Jest wartością dającą świadectwo również o jego świętości; o jego nadprzyrodzonym wymiarze.
Ostatnimi laty patriotyzm, jako wartość życia indywidualnego i wspólnotowego, przestał być uważany za konieczny dla egzystencji. Zaradność w zaspokajaniu własnych potrzeb i gromadzenia dóbr osobistych, nawet za cenę zniszczenia dobra wspólnego, stała się wartością. U podstaw III Rzeczpospolitej miejsce patriotyzmu, zajęło stwierdzenie jednego z pierwszych premierów nowej Polski, który powiedział, że aby zostać bogaczem, to pierwszy milion trzeba ukraść. Propagowanie podobnych haseł zaowocowało tym, że wartość została zastąpiona anty-wartością. Patriotyzm zastąpiono promowanym kosmopolityzmem, miejsce uczciwości zajęła nieuczciwość, prawdę zastąpiono kłamstwem i pomówieniem, ofiarność i poświęcenie chciwością i pazernością, miłość nienawiścią. Natomiast z dziejowego doświadczenia Kościoła i Narodu wiemy, że prawdziwym bogactwem jest stan ducha i umysłu ludzkiego, a nie grubość portfela. Każda społeczność, która swe prawa opiera na anty-wartościach, napełnia się bólem i krzywdą.
Czy w czasie zeszłorocznych uroczystości Święta Niepodległości, ktokolwiek z nas przypuszczał, że prawo do własnej, niepodległej Ojczyzny oraz obowiązek ochrony i obrony jej niepodległości zostanie nam przypomniane krwią Prezydenta Rzeczypospolitej, Lecha Kaczyńskiego i 95 towarzyszących mu osób? Kolejny raz potwierdziła się prawda, że drogę do wolności i niepodległości, krzyżami się mierzy. Czy ktokolwiek przypuszczał u progu III Rzeczpospolitej, że aby Polska nie zginęła za naszego życia, to koniecznie trzeba nam uczyć się miłości do Polski i Polaków?
Tak, drodzy Siostry i Bracia Polacy! Żeby Polska żyła w nas, żeby nie utraciła niepodległości, żeby Polska nie utraciła władzy nad sobą jeszcze za naszego życia i przez nasze życie, koniecznie natychmiast, od zaraz, musimy uczyć się miłości do niej i do siebie nawzajem; potrzeba od dziś uczyć się patriotyzmu! Ojczyzna nasza umiłowana nie musi być miejscem na świecie jękiem i gniewem drgającym, ale musi i może być krainą mlekiem i miodem płynącym. Dlatego garniemy się do Jezusa Chrystusa; garniemy się do Boga, który jest Miłością, by z Nim i od Niego nauczyć się patriotyzmu, czyli miłości do ojczyzny ziemskiej, która jest Bramą Niebios, dla pokoleń wędrujących przez polską ziemię. Ten, który był i jest odwiecznym Synem Boga Ojca, zrodzonym, a nie stworzonym, gdy nadeszła pełnia czasu stał się człowiekiem, który według ciała narodzonego z Dziewicy Maryi należał umęczonego Narodu Izraelskiego.
Lekcję patriotyzmu dostali od Jezusa Apostołowie, którzy otoczeni kilkutysięczną rzeszą głodnych Rodaków chcieli ich odprawić, aby zaspokoili głód chleba własną zaradnością. Jak czytamy w Ewangelii: „A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: ‘Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności!’ Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!” (Mt 14, 15-17) Zewnętrznym przejawem patriotyzmu jest dzielenie ciężarów codzienności bliźniego. Natomiast wyrazem braku miłości do Ojczyzny jest zrzucanie z siebie odpowiedzialności za innych na innych. O tym, jak bardzo Jezus był oddany sprawom Ojczyzny mówią słowa: „Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swoje pisklęta pod skrzydła, a nie chcieliście". (Łk 13, 34) Tak, patriotyzm to przejaw wielkości ludzkiego życia. W skarbcu narodowego dziedzictwa znajdujemy liczne tego przykłady.
Rodacy! Sursum corda! (W górę serca!) Jest od kogo w ojczystym domu uczyć się miłości do Ojczyzny. Jak nie wspomnieć w dniu dzisiejszym, marszałka Jozefa Piłsudskiego, gorliwego i oddanego żołnierza, polityka, ale też wielkiego patriotę. Jak przejść obojętnie wobec premiera Ignacego Jana Paderewskiego, wspaniałego pianisty, kompozytora, polityka, porywającego mówcy i jednocześnie wielkiego patrioty? Jak nie zauważyć dziś wielkich miłośników wolnej i niepodległej Polski: Romana Dmowskiego, Wincentego Witosa i wielu, wielu innych? Są ich tysiące - patriotów na miarę żołnierzy z pól Ossowa pod Radzyminem z sierpnia 1920 roku, często mniejszych od własnego karabinu, którzy bohaterstwem odpowiedzieli na wezwanie Za Boga i Ojczyznę, wypowiedzianego przez księdza majora Ignacego Skorupkę.
Prymas Tysiąclecia, Stefan kardynał Wyszyński, kamień węgielny powojennego patriotyzmu, przez całe dziesięciolecia przypominał i nauczał nas, swoich rodaków: „Dla nas po Bogu największa miłość to Polska! Musimy po Bogu dochować wierności przede wszystkim naszej Ojczyźnie, kulturze narodowej i polskiej. Stąd istnieje obowiązek obrony kultury rodzimej. Mamy obowiązek chrzcić i nauczać Naród polski oraz upominać się o uszanowanie naszej kultury rodzimej, narodowej, abyśmy nie musieli kochać najpierw wszystkich narodów, a potem dopiero na zakończenie, czasami od święta, i Polskę". (S.Wyszyński, Prosimy - wymagamy - żądamy, Kraków 12 maja 1974) Doświadczony w patriotyzmie Biskup Warszawy i Gniezna, Prymas Polski wiedział, że podstawą wszystkich cnót, jakimi ma żyć naród, jest miłość. „Miłość ku ojczyźnie uczy męstwa. A męstwo, wiemy, broni czasu wojny, służy słabym, potrzebującym opieki czasu pokoju. Miłość uczy roztropności, umiarkowania w wymaganiach dla siebie, uczy też wielkoduszności, gdy mamy myśleć o innych. Naród prawidłowo wychowywany i wychowujący młode pokolenie wie, że bez miłości nie przygotuje młodego pokolenia do wypełnienia przyszłych zadań. Miłość ku ojczyźnie jako wartość wychowawcza uczy też wspaniałomyślności i daje siłę ducha na chwile trudne, gdy trzeba zapomnieć o sobie. Miłość ku ojczyźnie uczy patrzeć daleko w przyszłość ojczyzny i pragnie jej istnienia i pomyślności nie tylko dziś, ale i w przyszłości. Uczy też przebaczać innym!” (S. Wyszyński,Bezimienny bohater symbolem ofiarnego poświęcenia dla Ojczyzny, Warszawa, 31 października 1975)
Nauka Prymasa Tysiąclecia to nauka wielkiego Biskupa i wielkiego Patrioty, która nie może leżeć w archiwum. Przyszedł czas, aby Prymas Tysiąclecia jeszcze raz przeprowadził nas przez czasy trudne! Gdyby nie miłość Prymasa Wyszyńskiego do Boga i Ojczyzny nie byłoby Polski; nie byłoby też Papieża-Polaka. Niech nam zostanie w pamięci widok wielkiego Ojca świętego Jana Pawła II klęczącego przed wielkim Prymasem i wielkim patriotą Stefanem kardynałem Wyszyńskim. Jan Paweł II, syn polskiej ziemi i Kościoła Chrystusowego, w dzień po inauguracji pontyfikatu, na spotkaniu z Rodakami uczył patriotyzmu. Mówił wówczas: „Miłość Ojczyzny łączy nas i musi łączyć ponad wszelkie różnice. Nie ma ona nic wspólnego z ciasnym nacjonalizmem czy szowinizmem. Jest prawem ludzkiego serca. Jest miarą ludzkiej szlachetności - miarą wypróbowaną wielokrotnie w ciągu naszej niełatwej historii”.(Rzym, 23 października 1978 roku
)Bracia i Siostry! Odpowiedzcie zatem, dlaczego posiadając tak wspaniałych nauczycieli patriotyzmu, na co dzień doświadczamy tak wielu braków, a czasami wręcz zaprzeczeń, podstawowej sprawności w życiu społecznym jaką jest miłość? Przecież Chrystus przez dzieło Odkupienia uzdolnił nas do miłości i zobowiązał do miłości nawet wobec nieprzyjaciół! Dlaczego wciąż odradza się w nas egoizm, nieuporządkowana miłość do samego siebie, zaspokajana kosztem bliźniego, często nawet za cenę jego zdrowia, cierpienia, a nawet życia?
Polityka to zadanie dla ludzi wielkich duchem, wielkich intelektem, wielkich kulturą osobistą i wielkich charakterem. Zadaniom polityki są w stanie sprostać tylko ludzie wielkiej miłości do Ojczyzny, a nie polityczni klauni" z antykościelnymi kompleksami. Przypomnę, że wszelkie nawoływanie do rasizmu i nienawiści wobec kogokolwiek nie jest politykowaniem, ale działalnością przestępczą. Takie zachowania zawsze poprzedzały krwawe akty przemocy człowieka wobec człowieka. Ernest Hemingway w książce pt.: Komu bije dzwon" opisuje wojnę domową w Hiszpanii w 1937 r., w czasie której z nienawiści mordowano: księży, policjantów, wojskowych, lekarzy, kolejarzy, burżuazję. Niech jej lektura będzie przestrogą dla tych, którzy wmawiają, że religia chrześcijańska jest przyczyną zniewolenia i wojen, gdy ona, tymczasem, prowadzi do miłości i pokoju.
Żadna Polka ani żaden Polak nie może być człowiekiem pozbawionym wyobraźni, szczególnie wyobraźni niepodległości i wyobraźni nieśmiertelności. Nadchodzi bowiem czas, kiedy trzeba zdać sprawę ze swego włodarzowania przed Bogiem i Narodem. Są takie decyzje, które umacniają niepodległość Polski i wolność Polaków. Ale są też takie postawy i zachowania, słowa i decyzje, które bezpośrednio zmierzają do utraty niepodległego bytu Narodu i państwa oraz pozbawiają człowieka łaski Odkupienia. Wyobraźnia niepodległości i wyobraźnia nieśmiertelności każą wejść na drogę miłości Boga i Ojczyzny. Do narodowego skarbca wielkich Nauczycieli Patriotyzmu, z dniem 10 kwietnia b.r., dołączyło 96 wielkich Polaków, którzy z niewyjaśnionych do dnia dzisiejszego przyczyn, zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, będąc w pielgrzymce pamięci o Katyniu. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, pan profesor Lech Kaczyński i towarzyszące mu w drodze do Katynia Osoby, kierując się wyobraźnią niepodległości, przypomnieli nam, że fundamentem miłości jest pamięć, nawet wtedy, gdy zachowanie pamięci może kosztować nawet życie.
W tegoroczne obchody Święta Niepodległości, w kolejną rocznicę wspaniałego dla nas 11 Listopada 1918 roku, ocalmy od zapomnienia piękną pieśń marzenie o Polsce wolnej, Polsce bez kłamstwa i krat. Pieśń powstała w latach sowiecko-komunistycznej okupacji, w więzieniu mokotowskim. Jej autorzy to uwięzieni, wspaniali patrioci. Słowa napisał Bohdan Rudnicki, żołnierz wileńskiej AK, muzykę stworzył kapelan AK w Powstaniu Warszawskim ks. Tomasz Rostworowski, który śpiewał tę pieśń współwięźniom:
Ojczyzna moja to malowane łany,
Wichry szarpiące całunami chmur.
To błękit fali srebrną pianą tkany;
To czarne hałdy i zielony bór.
[…]
***
Ojczyzna moja to nie spętane słowo,
Spiżowych haseł modlitewny dźwięk;
To myśl radosna, że już ponad głową
Nie załopocze czarnym skrzydłem lęk.
***
Ojczyzna moja to kęs pszeniczny chleba,
Podany głodnym z wszystkich świata dróg.
Słoneczna przystań na drodze do nieba,
Statek dla Bożych i człowieczych sług.
***
Takiej Ojczyzny daj nam dożyć Panie
I znowu klęknąć w progu naszych chat.
Wiemy, że dobroć Twa rozwalić może
Gmachy obłudy w plątaninie krat.

(Homilia wygłoszona 11 listopada w Bazylice Św. Krzyża w Warszawie podczas Mszy św. za Ojczyznę w Uroczystość 92. rocznicy odzyskania przez Polskę Niepodległości
prał. płk. Sławomir Żarski - Wikariusz Generalny Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego)

Teraz Rymkiewicz - część 4

Dziś dotarła do nas wiadomość, że Bronisław Komorowski – gdyby komuś udało się zapomnieć, prezydent RP – z okazji Święta Niepodległości wziął udział w Mszy Świętej, po czym publicznie zwymyślał księdza pułkownika Sławomira Żarskiego za to, że ten wygłosił kazanie, w którym Komorowskiemu nie spodobało się parę zdań. Przy okazji, w rozmowie z ministrem Klichem zapowiedział, że ów ksiądz zostanie za swój wybryk ukarany.
Czytajmy więc dalej Rymkiewicza.


"Oni nie potrzebują Polski. Albo - potrzebują jej po trosze. Potrzebują jakiegoś fantomu Polski, jakiejś zjawy. Jeśli na Polskę spojrzymy od tej strony, to będziemy musieli też uznać, że jej los nie rozstrzygnie się w najbliższym czasie, tak jak nie rozstrzygnął się w ciągu ostatnich 20 lat częściowej niepodległości. On się nie rozstrzygnie ani za 10, ani za 20 lat. Ten stan postkolonialny będzie trwał znacznie dłużej, może pół wieku, może jeszcze wiek. I Polacy muszą to przetrwać. A po drugie, trzeba powiedzieć, że jeśli w takim kraju, który dopiero co wyszedł spod jarzma kolonialnego, spod władzy kolonizatorów, powstała - w ciągu 20 lat jego postkolonialnego istnienia - niepodległościowa partia tubylców i jeśli tę niepodległościową partię popiera 30 procent tubylców, to jest to po prostu cud. Gdyby na niepodległościową partię Jarosława Kaczyńskiego, która reprezentuje interesy wolnych tubylców, głosowało 5 lub 10 procent Polaków, to też uważałbym to za cud.[…]
Jestem przekonany, że o tym, czym jest Polska, czym ona była i czym będzie, decydują ci, którzy chcieli, chcą i będą chcieli być Polakami. To znaczy ci, którzy rozumieją (lub tylko czują - to wystarczy), że ich życie uzyskuje sens dzięki temu, że są Polakami. Jest jakaś ogromna siła przymusu w tym naszym przekonaniu, że chcemy być Polakami. To jest stara, tysiącletnia siła, która ożywia pokolenie za pokoleniem. Nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chcemy być Polakami, dlaczego to wydaje się nam najpiękniejsze, najlepsze na świecie, dlaczego to nam najbardziej odpowiada. Tak po prostu jest. Jest bardzo wielu ludzi, którzy od swojej polskości nie odstąpią, to jest oczywiste. Całe dzieje Polski to poświadczają. A jeśli są tacy ludzie, to polskość przetrwa wszystkie swoje dziwne (i niekiedy straszne) przygody.
Także i sprawę [tych, którzy wyjeżdżają masowo na Zachód] moim zdaniem, tłumaczy fenomen postkolonialnej sytuacji Polski. Sytuacja psychiczna hinduskiego lokaja obsługującego angielskich panów w Indiach czy sytuacja murzyńskiego tragarza, który w Rodezji czy w Nigerii nosił walizki za białym człowiekiem, była dwoista. Ci tubylcy jednocześnie nienawidzili swoich opresorów, a z drugiej strony podziwiali - ich siłę, ich przebiegłość oraz ich potęgę. To się łączyło z pogardą dla swojej słabości, dla swojej podrzędności. I to jest cechą wszystkich krajów postkolonialnych, że znaczna część zamieszkujących je tubylców (trzeba powiedzieć, że także znaczna część Polaków), po pierwsze, często nienawidząc swoich dawnych opresorów, jednocześnie podziwia ich siłę, potęgę, umiejętności. A po drugie, gardzi sobą i gardzi swoim podrzędnym krajem, który dał się podbić i stał się kolonią jakichś obcych mocarstw. Stąd właśnie bierze się polska ucieczka od polskości - wielu Polakom ich polskość wydaje się czymś podrzędnym, czymś gorszym, czymś godnym pogardy w porównaniu z siłą i potęgą kolonizatorów. Ci ludzie chcieliby uwolnić się od swojej (boleśnie odczuwanej) podrzędności, chcieliby uciec od swojej podrzędnej (w ich przekonaniu) polskości.
Ze mną jest całkiem inaczej, bo mnie od dziecka wychowano w przekonaniu, że polskość to jest coś najlepszego i najwyższego; do późnej starości, w którą teraz wkroczyłem, zachowałem przekonanie, że dane mi zostało coś wspaniałego. Nie mam żadnego podziwu dla rosyjskiej siły ani dla niemieckiego porządku, bo wiem, że moja polska istota, czyli moje polska wolność (bo uważam, że wolność jest w samym centrum polskości) - to jest coś najlepszego z tego wszystkiego, co człowiek może mieć na świecie. Więc choć jestem postkolonialnym pisarzem (bo piszę dla postkolonialnych Polaków), to jestem wolnym tubylcem w kraju postkolonialnym. Dlatego patrzę z żalem, a nawet z litością na tych, którzy mówią, że polskość to jest coś gorszego, podrzędnego. Wiem, że oni są nieszczęśliwi. Nie trzeba nimi gardzić, oni są godni litości. Nie chcą być Polakami, bo nie rozumieją, co zostało im dane.[…]
Jestem starym człowiekiem, 20 lat temu przez chwilę wydawało mi się, że umrę w wolnej Polsce, teraz wiem, że tak się nie stanie. Ale jestem przekonany, że moje wnuki - no może prawnuki - będą obywatelami wolnej Polski i będą szczęśliwe, że są Polakami."

Teraz Rymkiewicz - część 3

Mój cykl rymkiewiczowski, ze względu na pewne drobne, choć z mojego punktu widzenia zabawne, wczorajsze wydarzenie, musi ulec lekkiej modyfikacji. Otóż właśnie wczoraj w telewizji pojawił się Jarosław Kaczyński i zachowując bardzo, jak na ostatnie miesiące, dobry nastrój, wykpił najnowszy wizerunek Michała Kamińskiego. Oczywiście natychmiast zareagował sam zainteresowany i niemal ze łzami w oczach poskarżył się, że takie chamstwo Kaczyńskiego sprawia mu przykrość i że on, kiedy wszyscy śmiali się z wyglądu Kaczora, wcale się nie śmiał. Po Kamińskim wystąpił Krzysztof Daukszewicz i swym oburzeniem wsparł Kamińskiego, mówiąc, że z wyglądu i nazwisk śmianie się jest podłością. Na koniec przyszedł mój syn i powiedział, że jego zdaniem, może jednak Jarosław Kaczyński nie powinien był gadać o tej łysej pale.
Właśnie ze względu na Toyaha juniora, ale też i w związku z tym, że sam niedawno zwróciłem uwagę na to, do jakiego stanu Kamiński się doprowadził, chciałem tu wrzucić parę krótkich refleksji. Otóż kiedy niemieccy kolonizatorzy – że odwołam się do Rymkiewicza – a za nimi znaczna część tubylczej ludności, urządzili nad Lechem i Jarosławem Kaczyńskim kartoflowy festiwal szyderstw, nie stało się tak dlatego, że Kaczyńscy postanowili nagle chodzić w przebraniu ziemniaka, a nazwisko sobie zmienili na Kartofel. Przez całą kolonię niósł się wesoły śmiech wyłącznie dlatego, ze obaj bracia byli niewielkiego wzrostu, i że „kwa-kwa”. Po prostu. Jedynym bezpośrednim powodem tego ataku histerii był ich wzrost, ich naturalna sylwetka, i to „kwa-kwa”. Jeśli obaj do tego co się działo przyłożyli rękę, to tylko w taki sposób, że mieli swoje poglądy i talent w ich głoszeniu. A to że Kamiński wtedy się nie śmiał, nie jest w żaden sposób jego zasługą, lecz czymś zupełnie zwykłym, a więc nie ma się czym chwalić. Natomiast to że wśród rozradowanych tubylców brylował Daukszewicz –dziś kazałoby mu raczej siedzieć cicho.
Syn mój mówi, że może z Kamińskim było tak, że on wie jak wygląda i to go dręczy. Że widział wciąż te swoje nażelowane, lub spocone włosy, nie wiedział, co z nimi zrobić, więc w końcu je zgolił. A więc w pewnym sensie jemu należy współczuć, a nie się z niego śmiać. Tego argumentu nie p[przyjmuję. Jestem bowiem przekonany, że ktoś o takich pieniądzach i takich kontaktach jak Kamiński miał z pewnością wiele możliwości, żeby znaleźć parę solidnych rozwiązań. Z pewnością znacznie solidniejszych niż golenie łba na łyso. Ja się na tym nie znam, ale na przykład jednym z pierwszych mogło być nie zakładanie spranych jeansów do krawata i eleganckiej marynarki.
Powtarzam. Za śmiechami z Kamińskiego nie stoi żadna naturalna, choć zła, ludzka skłonność do szyderstw. On się najzwyczajniej wystawił. Ja za bardzo nie wiem, o co wczoraj Daukszewiczowi chodziło z tymi nazwiskami. Akurat tego nigdzie nie zauważyłem. Ale one mi tu bardzo dobrze pasują, żeby jakoś zamknąć ten wątek. Otóż wprawdzie ani Kamiński ani Kowal, ani Kluzik nie mają szczególnie interesujących nazwisk, ale to co oni zrobili ostatnio na poziomie polityki, bardzo mi przypomina sytuację, gdyby ktoś właśnie o nazwisku Kowal, czy Kamiński, nagle uznał, że tak jest źle, i lepiej byłoby się nazywać jakoś inaczej. Jak? Nie wiadomo. Ale inaczej. A zatem, gdyby nagle Michał Kamiński, w ramach jakiś niezbadanych decyzji politycznych ogolił się na łyso i zmienił nazwisko na Michał Dupa, to z całą pewnością nie powinien się dziwić, gdy nagle wokół niego zrobi się wesoło. I podobnie Paweł Kowal – akurat człowiek, którego zachowanie łamie mi serce nawet jeśli pamiętam, że on w swoim czasie słuchał głównie zespołu Banda i Wanda – jeśli mu przyjdzie do głowy, by zrobić sobie różowego irokeza i zmienić nazwisko na Paweł Kupa, to niech się nie spodziewa, że będzie traktowany z uwagą i szacunkiem. I to nie do mnie, lecz do siebie, będzie musiał kierować pretensje.
I tyle. Dziś mamy ten wczorajszy obraz Jarosława Kaczyńskiego, wesołego, w bardzo pięknie dobrym nastroju, a więc obraz, szczególnie dziś, bardzo pozytywny i napełniający nadzieją. No i Rymkiewicza i jego święte – niemal w sensie dosłownym – słowa. Myślmy więc o Jarosławie Kaczyńskim i słuchajmy Rymkiewicza.

Co się dość rzadko zdarza w historii – zwykle musi upłynąć trochę czasu, żeby pojawiła się mityczna opowieść. Mit ma swoje tajemnicze zawiłości. Pewne wydarzenia – nie bardzo wiadomo dlaczego – szybko się symbolizują. Jak choćby śmierć księcia Józefa skaczącego do Elstery, śmierć, prawdę mówiąc, trochę przypadkowa, nawet niepotrzebna. A inne ważne wydarzenia w ogóle nie wchodzą w przestrzeń mityczną. Jak choćby nieudane samobójstwo Tadeusza Kościuszki na pobojowisku pod Maciejowicami. Świetna scena, która powinna stać się symbolem polskiego losu – i nic z tego, historia ją gdzieś schowała, zatarła. A jeśli już mówimy o mitycznych symbolizacjach, to chcę powiedzieć, że Jarosław Kaczyński też już staje się, a nawet stał się symbolem. Dlatego na początku naszej rozmowy porównałem go do walecznego Władysława Łokietka, który przegrywał, wygrywał, i znów przegrywał, i znów wygrywał, i tak przez całe swoje życie, bitwa po bitwie, z Krzyżakami, z Wacławem II, aż zrekonstruował zrujnowane Królestwo Polaków. Co do wzrostu, to też zachodzi wyraźne podobieństwo. Jarosław Kaczyński jest świetnym, zręcznym politykiem, ale to już nie jest takie ważne, bo ważniejsze jest teraz coś innego. Otóż ten człowiek, już niemłody, ale przecież też nie stary, któremu nie wszystko się udawało, który musiał znieść wiele upokorzeń i porażek, pewnie wcale nie myśląc o tym, że zmierza w takim właśnie kierunku, stał się obecnie żywym symbolem niepodległej Polski, którą ma dla nas wywalczyć. Jak Łokietek ze swojej rycerskiej groty pod Ojcowem, tak on wyszedł ze swojej inteligenckiej żoliborskiej groty, żeby walczyć z wrogami Polski. Patrzę teraz na niego i widzę mitycznego bohatera Polaków. Niech się Pan trzyma, Drogi Panie Jarosławie. […]
Przecież było wiadomo, że ugryziony żubr gdzieś ucieknie, no i uciekł, gdzieś pomknął. Ale ja w tej rozmowie mówiłem też, że żubr galopuje w jakąś nieznaną przyszłość. Teraz to już widać trochę lepiej, a moja koncepcja Polski postkolonialnej pozwala to lepiej zrozumieć – żubr przez jakieś straszne ostępy, chaszcze, zarośla galopuje ku niepodległości. Słyszę jego tętent, tętent odradzającego się polskiego życia. Będziemy mieli wspaniałe państwo wolnych Polaków, w którym Jarosław Kaczyński będzie miał pomniki. Będzie stał obok Lecha. Albo będą siedzieli na murku, pijąc wodę z sokiem z żoliborskiego saturatora.”

środa, 24 listopada 2010

Teraz Rymkiewicz - część 2

Znów mówi Rymkiewicz. Są chwile, kiedy tylko on może powiedzieć pewne rzeczy. Tylko on. Choćby po to, by nie zapomnieć. A my powinniśmy słuchać:
"Ja tę lawę widziałem, patrząc na krakowski rynek podczas uroczystości pogrzebowych. Widziałem i słyszałem to, co wszyscy widzieli i słyszeli. Widziałem ogromny tłum śpiewający 'Jeszcze Polska nie zginęła'. Widziałem, jak wynoszono trumny z kościoła Mariackiego. Widziałem, jak je układano na lawetach. Słyszałem ten straszny, wielki krzyk osieroconych Polaków: 'dziękujemy, dziękujemy'. A potem z kościoła wyszedł Jarosław Kaczyński i wtedy zapanowała wielka cisza, a w tej ciszy odezwał się jakiś męski, jeszcze nawet młodzieńczy głos. Trochę nawet z takim łobuzerskim akcentem. Co ten ktoś krzyknął, to wszyscy słyszeli: 'Jarek, trzymaj się'. To była wielka narodowa chwila. To było tak, jakbym to ja krzyczał, jakby krzyczał każdy, kto był przytomny tej chwili. Jakby to Polska krzyknęła: 'Jarek, trzymaj się'. Wtedy zrozumiałem, że to jest pointa tego mojego wiersza – 'Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie'.
To, co się zdarzyło 10 kwietnia i po 10 kwietnia, od razu weszło między wielkie wydarzenia historii Polski. To wszystko – ten pogrzeb warszawski i ten krakowski, i ten Wawel, i te trumny przewożone na lawecie, i ten uścisk premiera Tuska z carem Północy – to wszystko już się usymbolizowało. Te symbole szukają teraz swego miejsca między wielkimi symbolami naszej narodowej historii.
Walka z mitem, który powstał, jest bezowocna, a kto z nim walczy, ten ów mit wspomaga, ten go też buduje."

Teraz Rymkiewicz - część 1

Kiedy na początku tego roku byłem w Warszawie, by odebrać nagrodę za blog, miałem okazję udzielić krótkiej wypowiedzi jakimś dwóm młodziakom z Onetu, i w trakcie tej rozmowy bardzo wyraźnie zaznaczyłem, że sukces tego bloga, to w bardzo dużej mierze sukces osób, które tu komentują. Że gdyby nie komentarze – komentarze tej a nie innej jakości – ten blog nie bylby tym czym jest nawet w marnym procencie. Od tamtego dnia, wiele się zmieniło i w Polsce i też tu u nas. Został zamordowany prezydent Lech Kaczyński, mafia w swojej wojnie z narodem radykalnie się rozepchała, a my w międzyczasie przenieśliśmy się z Salonu do siebie. Jedno pozostało z pewnością nietknięte – poziom komentarzy.
Od razu muszę wygłosić pewne oświadczenie. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to ja jestem głównym autorem tego bloga, że ja nim kieruję i że w ogóle to jest mój blog. Zdaję sobie też sprawę, że dla wielu osob, które tu przychodzą moje pisanie stanowi inspirację i jest źródłem wszelkiej satysfakcji. Moja wiara w to jednak, że bez tych komentarzy, ani to pisanie, ani to miejsce nie byłyby tym czym są, jest szczera i coraz bardziej niezachwiana. Jak stali czytelnicy zauważyli, ostatnio coraz częściej udzielam tu miejsca naszemu księdzu. Niedawno opublikowałem tu znakomity tekst Coryllusa. Wciąż myślę, jak by to zrobić, żeby tu mogli pisać inni, często - w moim szczerym przekonaniu – autorzy z pewnością nie mniej zdolni ode mnie. Dlaczego takie myśli chodzą mi po głowie? Przecież nie dlatego, że nie chce mi się pisać, albo, że nie mam o czym. Ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. Po prostu co chwilę widzę gdzieś jakiś tekst, który jest tak wybitny, że nie mogę znieść myśli, że on miałby gdzieś się zagubić, a z drugiej – bardzo samolubnie – kombinuję sobie, że jak by to było dobrze, gdyby i on mógł uświetnić to miejsce. Jest jeszcze jedno. Ja tak bardzo bym chciał powiedzieć znacznie więcej niż potrafię, i ta moja bezradność tak często i tak bardzo mi dokucza, że kiedy widzę, jak ktoś nagle zechciał wyrazić to, czego ja nie jestem w stanie, a w dodatku umie to zrobić znacznie ode mnie lepiej i intensywniej – po prostu i zwyczajnie chcę to tu umieścić.
Tak dużo jest do powiedzenia. Tyle rzeczy się dzieje w jednej chwili, rzeczy tak ważnych i tak bogatych w znaczenia, że powoli robi się tu już pełny chaos. Nawet widać to w tych komentarzach, które coraz częściej stanowią pełne odbicie tych moich trosk, o których wyżej, a wśród nich tej głównej – że tyle jest do powiedzenia. Ksiądz pisze o Poznaniu, a nasz przyjaciel Orjan o Świebodzinie. Choćby coś takiego! A wszystko takie piękne!
I co chwilę ktoś zwraca uwagę na kolejną wypowiedź Rymkiewicza, który nam ostatnio tak cudownie się uaktywnił. Otóż to – Rymkiewicz. Ja wiem, co dla nas znaczy choćby Herbert. I ten szacunek w pełni podzielam. Jeśli jednak idzie o Rymkiewicza, muszę przyznać, że takiej intensywności czystej prawdy i tak niewzruszonej odwagi i bezkompromisowości w jej głoszeniu osobiście nie spotkałem chyba nigdy. Nie jestem – o czym tu już wspominałem – kimś bardzo oczytanym. Kiedy byłem znacznie młodszy, owszem, czytałem dość dużo, ale później jakoś mi się odechciało i teraz jest mi niezwykle trudno do tego sportu wrócić. Pamiętam jednak stare lektury i to, jak bardzo przeżywałem to moje czytanie. Pamiętam choćby jak siedziałem nad Pod wulkanem Lowry’ego i każde zdanie czytałem wielokrotnie, bo jego siła – i ta wspomniana tu już dziś dwukrotnie intensywność – nawet w tłumaczeniu, były tak porażające, że nie mogłem przejść dalej. Tego Lowrego czytałem jak wiersze Lowella, albo Delmore’a Schwartza, Pounda, czy Eluarda.
I nagle, po latach wziąłem do ręki Rymkiewicza i jego Kiderszenen… i właściwie cały czas płakałem. Dziś czytam z nim rozmowy, i to moje wzruszenie mnie nie opuszcza na wszystkich możliwych poziomach. I jeśli idzie o intensywność słowa, i o jego urodę i o samą myśl. Myśl, głoszoną – jak już wspomniałem – z bezkompromisowością wręcz na poziomie pierwszego, jeszcze sprzed okresu komercyjnego, punk rocka. Wiem, że Rymkiewiczowi by się to porównanie mogło nie spodobać, ale akurat on się na tym nie zna.. Choć gdyby się znał, wiedziałby jak ja bardzo go podziwiam. Czytam te wywiady z Rymkiewiczem i jest bezradny. Bezradny jako ktoś, kto by chciał umieć wyrażać swoje myśli tak czysto i na takim poziomie wręcz świętej powagi, ale też dlatego, że ja nie jestem w stanie zrozumieć, jak w tych naszych parszywych czasach mógł uchować się taki diament. Rymkiewicz mówi, a przed nami otwiera się obraz czegoś tak nieludzkiego – a może własnie tak bardzo ludzkiego, że aż egzotycznego – że myślimy sobie, że mamy do czynienia albo z szaleństwem, albo z Prawdą. Ewentualnie wyłącznie z talentem. Ale, z drugiej strony, jeśli to ma być tylko talent, to mi to też wystarczy.
Gdyby ktoś mnie kiedyś spytał, po co ja prowadziłem ten blog i na co liczyłem, to dziś już wiem, co bym odpowiedział – żeby spróbować wyrazić coś co uważam za prawdę i zrobić to tak poważnie i tak intensywnie, jak to tylko możliwe. Ja tu ani przez moment nie chciałem powtarzać tego, co można sobie poczytać w prawicowych tygodnikach, czy na prawicowych i patriotycznych blogach. Ja z każdym miesiącem coraz mniej chciałem, by ten blog służył doraźnemu komentowaniu wydarzeń. To na przykład z tego powodu, nie mam ochoty pisać dziś o tym, jak to Komorowski zaprosił do siebie Jaruzelskiego, czy analizować kolejne ruchy rusko-polskiej prokuratury w sprawie Smoleńska. Tak jak napisałem w notce obok, ja bardzo sobie zamierzyłem, żeby to – jeśli cokolwiek – była zwyczajna poezja konfesyjna. Taki bardzo poważny i najbardziej przejmujący skowyt. Choć trochę taki jaki znajduję i u Eluarda i u Rymkiewicza.
Wiem, że wielu z czytelników bardzo czeka na to, bym wreszcie powiedział coś od siebie. Zapewniam, że powiem, jednak jeszcze nie dziś. I nie jutro. Nawet nie pojutrze. Przede mną trzy ostatnio opublikowane rozmowy z Rymkiewiczem. Uważam jak najbardziej uczciwie, że byłoby grzechem, gdybym je w jakikolwiek sposób zlekceważył. Dla mnie grzechem, a dla tych, którzy z jakiegoś powodu, albo ich nie czytali, albo przeczytali szybko i niestarannie. Własnie dlatego, poniżej jeden f4agment z jednego z nich. W kolejnych kilku wpisach przedstawię kilka następnych. Jestem pewien, ze tak trzeba. To jest gest dla naszego wspólnego dobra.
Jak niektórzy wiedzą, trwa rozprawa, jaką Rymkiewiczowi wytoczył Michnik. O co? Nieważne. Cel jest zawsze ten sam. Powody też. Oto, co na ten temat mówi Rymkiewicz:

Prześladowanie i ograniczanie wolności słowa jest w naszym kraju rzeczą tak oczywistą, niemal codzienną, że właściwie nie warto już o tym mówić. W mojej mowie chciałbym raczej pokazać, w jaki sposób idee wczesnego komunizmu, czyli idee Róży Luksemburg, sformułowane na przełomie XIX i XX wieku, działają do dzisiaj i jaki mają wpływ na nasze życie. Róża Luksemburg była wybitną działaczką komunistyczną, najpierw w Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL), a potem w Komunistycznej Partii Niemiec, którą założyła. Siła jej idei była co najmniej równa sile idei Lenina. Potem nieśmiertelna Róża, jak ją nazywano (biessmiertnaja Roza), została trochę zapomniana, bo tak się złożyło, że ją zamordowano, a Lenin i Stalin potępili tzw. błąd luksemburgizmu, czyli wykluczyli jej pisma teoretyczne ze swojego dziedzictwa. Ale idee nieśmiertelnej Rozy, choć tępione przez komunistów, dalej działały. Gdy czyta się dziś jej arcyciekawe rozprawy, mówiące o tym, jak ma być rozwiązana w Europie kwestia narodowa, to widać, że jesteśmy u samych fundamentów Unii Europejskiej, że Unia Europejska została wymyślona właśnie wtedy, we wczesnym komunizmie. Idea stworzenia społeczeństwa globalnego, takiego, które nie będzie dzielić się na różne narody, a więc idea wynarodowienia, została sformułowana właśnie wtedy i właśnie przez Różę Luksemburg, i niemal nienaruszona, w różnych przebraniach, dotrwała do naszych czasów. Mamy więc obecnie do czynienia z ideami rdzennie komunistycznymi - zresztą nie tylko w tej dziedzinie życia, w innych też - które występują w przebraniach liberalnych, demokratycznych, socjaldemokratycznych, a niegdyś stanowiły fundament światowego ruchu komunistycznego. Biessmiertnaja Roza uważała, że Polacy nie powinni istnieć, nie powinni też domagać się niepodległości, ponieważ musi powstać w Europie jedna europejska klasa proletariuszy, a nie da się osiągnąć tego celu, jeśli będą istniały narody i narodowości. Roza przewidywała ponadto, że powstaną Stany Zjednoczone Europy, które będą początkowo tworem ‘burżuazyjnym’, ale potem, kiedy wybuchnie rewolucja, zostaną przejęte przez klasę robotniczą, przez proletariat. No i teraz trochę to się sprawdza, co prawda nie ma klas, nie ma proletariatu, nie ma nieśmiertelnej Róży, niby nie ma i komunizmu, ale wszystko układa się właśnie tak, jak to zaprojektowała ta wielka Roza. Coraz częściej słyszymy, że narodów nie będzie, bo nie są potrzebne. Wydaje mi się, że ludzie Adama Michnika są propagatorami właśnie tej idei, idei Europy ponadnarodowej, takiej Europy, która będzie się obywać bez narodów. To bardzo poważna sprawa, która dla mnie przybiera kształt pytania: czy Polacy mają szansę na przetrwanie, czy będą istnieli? […]
Pragnę coś przypomnieć, na co może nikt nie zwrócił dotąd uwagi. Otóż Order Orła Białego został ustanowiony na początku XVIII wieku przez Augusta II, naszego pierwszego króla z dynastii saskiej. Początkowo kosztował 10 000 czerwonych złotych i mógł go dostać niemal każdy, kogo było na to stać. Wśród jego pierwszych kawalerów byli dygnitarze carscy, Aleksander Mienszykow i Nikołaj Repnin. Order Orła Białego został więc zhańbiony już na początku swojej historii. Potem przyznawano go w bardzo różny sposób - niekiedy prawdziwym bohaterom, niekiedy wielkim łajdakom. Pod koniec wieku XVIII otrzymywali go targowiczanie, czyli Stanisław August, król zdrajca, dekorował nim zdrajców. To była już tradycja ruska, wedle której im większy łajdak, tym większy ma order. W ogóle przyznawanie orderów jest ruską tradycją, a w naszej I Rzeczypospolitej noszenie jakichkolwiek orderów było zakazane przez prawo. Dobrze byłoby wrócić do tamtych naszych obyczajów. Po Powstaniu Listopadowym, po roku 1831, Orzeł Biały został włączony do hierarchii orderów carskich. Był trzecim pod względem znaczenia orderem imperium rosyjskiego: po św. Andrzeju i po Aleksandrze Newskim. Jeśli więc tak spojrzymy na dzieje Orderu Orła Białego, to będziemy mogli powiedzieć, że i w tym wypadku historia Polski zatacza teraz krąg - wciąż mamy do czynienia z czymś, co już się kiedyś wydarzyło".

wtorek, 23 listopada 2010

Don Paddington: Słowo o pewnym krajobrazie

Niniejszy tekst został napisany w formie cyklów komentarzy przez naszego Księdza. Stanowił reakcję trochę na mój apel o próbę socjologicznej analizy polskiego krajobrazu, ale też trochę odpowiedź na – uwaga, uwaga! – zaproponowany nam do czytania przez komentatora Devila tekst blogera Matki Kurki. Niezwykła, nawet jak na Don Paddingtona, wybitność tego komentarza, każe mi potraktować go wyjątkowo i opublikować, jak osobny wpis na blogu. Żeby nikomu nie przyszło do głowy go przegapić. Zapraszam.

W latach 70-tych, był w telewizji program dla dzieci p.t. „Pora na Telesfora”. Ów Telesfor był smokiem (kukiełką animowaną przez ś.p. Huberta Antoszewskiego), który poprzez rozmowę z Maciejem Damięckim, a w późniejszym okresie Zygmuntem Kęstowiczem, łagodnie indoktrynował PRL-owską dziatwę. Uwielbiałem ten program.
Pamiętam, że jeden z odcinków traktował o polskich miastach, a mówiąc ściśle, o ich charakterystycznych cechach. Wszystkiego dobrze nie pamiętam, ale była chyba Warszawa z Syrenką i PKiN, był Kraków z mariackim hejnałem i Wawelem, był Gdańsk z Neptunem i stocznią, były Katowice z hutami i kopalniami, był Toruń z Kopernikiem i piernikami. Był też Poznań…
Poznań został przedstawiony w sposób odmienny od innych miast. Żadnych charakterystycznych budynków czy zakładów pracy. Ot po prostu pokazano Telesfora na tle zwyczajnego ulicznego chodnika, poczym smok kręcąc z niedowierzaniem głową powiedział mniej więcej coś takiego: „Jak tu czysto! Nie widać żadnych śmieci.”
Jako ówczesny 10-latek bardzo się tą charakterystyką Poznania przejąłem. Miałem pretensje do Telesfora, że zamiast pokazać poznański ratusz, koziołki, „ceglorza” itp., gadał o jakichś śmieciach, a mówiąc ściśle o ich braku. Bo czy brak śmieci na ulicach może się równać z PKiN, albo gdańską stocznią?
Z biegiem czasu zrozumiałem, że twórcom programu udało się powiedzieć – zapewne przypadkiem – coś ważnego o esencji Poznania, tzn. o jego rdzennych mieszkańcach. Tym telesforowym zdaniem „Jak tu czysto! Nie widać żadnych śmieci”, opisali zrozumiały dla dzieci, dość stereotypowy, ale przecież prawdziwy model Poznaniaka, który dba o porządek, ponieważ sam jest porządny.
Bardzo mi to utkwiło w pamięci, co skutkuje u mnie przykrym nawykiem, by wartość jakiejś miejscowości oceniać ilością i dostępnością koszy na śmieci.
Piszę o tym dlatego, ponieważ owego Poznania z dziecięcego programu już nie ma. Skończył się w momencie, gdy ludziom przestały przeszkadzać śmieci na ulicach. Te śmieci pojawiły się na poznańskich chodnikach chyba już w latach 80-tych, a ludzie przywykli do nich w kilka lat później. Dlaczego przywykli? Moim zdaniem dlatego, ponieważ zaczęli w Poznaniu dominować ludzie, dla których wartości („dbam o porządek, ponieważ jestem porządny”) i ich kultywowanie stało się czymś kompletnie bez znaczenia: „Ulice są zaśmiecone? Trzeba wynająć jakąś firmę, która coś z tym zrobi”.
Ten jakże pragmatyczny sposób podejścia do rozwiązywania codziennych problemów, zaskutkował zabiciem w ludziach pewnej potrzebnej życiu społecznemu wrażliwości. Mówiło się o komunie, że wprowadziła omnipotencję państwa: „Państwo wszystko załatwi – od żłobka do nagrobka”. Dzisiaj wahadło poszło w drugą stronę i mówi się nie tyle o potrzebie państwa (Boże broń!) i jego omnipotencji, co raczej o potrzebie tzw. środków i ich omnipotencji: „Masz kasę? To wszystko załatwisz – od żłobka do nagrobka”. Różnica polega na tym, że w komunie normalny człowiek nie brał omnipotentnych przechwałek niewydolnego państwa poważnie i chcąc jakoś żyć, brał miotłę i śmieci zamiatał. Obecnie natomiast, normalny człowiek mówi sobie: „Z jakiej racji mam się przejmować jakimś syfem, za którego sprzątnięcie ktoś wziął pieniądze? I to w dodatku moje pieniądze!” (Nota bene, stary Poznaniak tak czy siak posprząta, ale młody ma to już gdzieś.)
Piszę o tym wszystkim po przeczytaniu tekstu Matki Kurki (http://tiny.pl/hwp7r). To bardzo dobry tekst, choć z punktu widzenia zwolenników Jarosława Kaczyńskiego mało odkrywczy, wręcz banalny w swej oczywistości. No i nie zbliża nas do odpowiedzi na pytanie Toyaha: „Co oni z nas zrobili?”
Snobizm, zapatrzenie w tzw. Zachód, zanik poczucia własnej wartości, „wykluczenie” tych, do których szyn nie dociągnięto itd., są zjawiskami wskazującymi na chorobę, ale nie są samą chorobą. Toyah pyta zaś o to, jaką chorobę nam zaszczepiono, a nie o to, czy mamy temperaturę.
Sądzę, że ową chorobą jest pewien sposób myślenia – sposób, który stał się dominującym wśród tzw. elit opiniotwórczych i małpujących te elity „mas”, a który swoim początkiem sięga czasów ruskich czołgów, dzięki którym zainstalowano w Polsce komunistyczną władzę. Otóż, czasy owe odznaczały się następującymi cechami:
-argument siły jest decydujący;
-cel uświęca środki;
-należy podporządkować się dziejowym i geopolitycznym koniecznościom.
Owe cechy czasów rewolucji, skutkowały pojawieniem się wzmiankowanego sposobu myślenia, którego determinantami stały się: przyzwolenie na kłamstwo, przyzwolenie na oportunizm, przyzwolenie na pogardę do słabych, przyzwolenie na zazdrość, bierność, egoizm, bezwzględność i chamstwo. Normalnie myślący w Polsce ludzie, musieli ten sposób myślenia potraktować jako rewolucyjny i z gruntu obcy, ale ponieważ normalni w ówczesnej Polsce byli albo bardzo prości, albo uwięzieni bądź martwi, bardzo szybko zaczęto ich traktować jako nienormalnych, zacofanych, bezwartościowych. Owi nienormalni i bezwartościowi kultywowali swoje tradycje i wartości (np. poznaniacy dbając o czystość swego miasta), ale z punktu widzenia rewolucji było to kompletnie bez znaczenia.
Dzisiaj ruskich czołgów już nie ma (bo są godnie zastępowane przez miraż kasy, władzy i rozkoszy medialnych pięciu minut), ale sposób myślenia ukształtowany przez nie pozostał, ma się dobrze i ciągle się multiplikuje, czego dowodzi np. casus pana Kamińskiego.
Z tego co wyżej powiedziałem wynika, że problem nie tkwi w tym, że ktoś odmawia wartości weselu w remizie, a zachwyca się Oktoberfestem. Nie jest problemem także to, że cała tzw. wschodnia ściana ma mniej linii kolejowych niż Śląsk. A i lekarstwem nie jest to, by przestać śmiać się z moherów, a w Drohiczynie wybudować fabrykę BMW. Problem przed jakim naprawdę stoimy, to odbudowanie w ludziach szacunku do wartości uosobionych przez prawdę, honor, bezinteresowność, wielkoduszność, rzetelność, solidarność, uprzejmość.
Właśnie dlatego Kaczyński mówi od czasu do czasu o potrzebie rewolucji moralnej, a mówiąc ściśle, potrzebie kontrrewolucji. Bez owej kontrrewolucji, Polska A i B, będzie ciągle Polską A i B (mimo fabryk BMW i Adidasa na wschodniej ścianie), a nie po prostu Polską.
I właśnie dlatego, działania PO prowokujące postawy lekceważące wspomniane wyżej wartości, są działaniami anty-modernizacyjnymi (czyli są wbrew polskiej racji stanu), a wspierające te działania poczynania pisowskich secesjonistów - noszące w sobie znamię kapitulacji wobec rewolucji ruskich buców - są pożałowania godne (niniejsze określenie można zamienić na bardziej dosadne).