sobota, 29 lutego 2020

Pop czyli Polska Biało-Czerwoni


       Kiedy opublikowałem tu przedwczoraj tekst o popkulturze, a w dodatku jeszcze wczoraj przedstawiłem fragmenty literackiej prozy Olgi Tokarczuk z kluczowym pytaniem, czy to co widzimy to kultura popularna, czyli kłamstwo, czy kultura niepopularna, a więc szczera prawda, nie miałem oczywiście nadziei na stuprocentowe zrozumienie, ale owszem, na coś tam liczyłem. Tymczasem, oto wczoraj na swoim blogu w Szkole Nawigatorów Coryllus zrobił mniej więcej to samo, a więc przedstawił swoje przemyślenia z podobnymi do moich nadziejami na to, że jego słowa do kogoś jednak dotrą. Oczywiście, każdy kto czyta dyskusję na jego blogu, wie że większość ich uczestników deklaruje zarówno pełne zrozumienie tego, o czym Coryllus do nich mówi, a co więcej z każdym jego słowem zgadza się w stu procentach, no ale my oczywiście wiemy jak się sprawy realnie mają, co zresztą pokazałem bardzo starannie w tekście o literackim kunszcie pisarki Tokarczuk, oraz czytelniczych talentach jej fanów.
       Napisał więc Coryllus swoją odpowiedź na mój tekst o popie i to co mnie w niej najbardziej uderzyło, to zamieszczona już na samym początku uwaga na temat deficytów zarówno ludzi, którzy tytułują swoje teksty „Ogniem na wprost” lub ozdabiają swoje kurtki naszywkami z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. A w tej sytuacji muszę mojemu kumplowi Gabrielowi przypomnieć, że jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jakieś tam deficyty, mniejsze lub większe, mają wszyscy, w tym także on i ja, to nie same deficyty mają znaczenie, ale to, w jaki sposób one wpływają na sposób w jaki widzimy świat oraz najważniejsze podejmowane przez nas w tym świecie decyzje. Ktoś jest kibicem Legii Warszawa i prawdziwą radość znajduje w napieprzaniu się z kibicami Lecha Poznań; kto inny jeździ zimą do Zakopanego by w tygodniu kiedy trwają skoki, łazić od rana do wieczora po Krupówkach w wielkich biało-czerwonych kapeluszach i trąbić w te idiotyczne trąbki; jeszcze kto inny jeździ do tego samego Zakopanego na Sylwestra, by najpierw się nawalić, a potem podskakiwać w rytm  piosenek Zenka Martyniuka; inni siedzą w domu i z zapartym tchem oglądają Magdę Ogórek, jak wspólnie Dorotą Łosiewicz szydzą z Szymona Hołowni, a kto wie, czy jeszcze nie dzwonią tam, by powiedzieć, że kocham panią, pani Doroto; są też tacy, którzy dobrze się czują w kościele tylko pod warunkiem, że tam mszę odprawia ksiądz z gitarą, który potrafi o Panu Jezusie nie tylko opowiadać, ale również na Jego temat rapować; są wreszcie i ci, którzy jeszcze kilka lat temu nosili koszulki z napisem „Precz z kaczyzmem”, a dziś zakładają na siebie bluzy z orłem na plecach i hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” i oni są również dotknięci pewnym deficytem, który w interesującym nas zakresie sprowadza się do tego, że jedyną rzeczą na jaką ich w tym całym nieszczęściu stać, to udanie się w maju tego roku na wybory i zagłosowanie na Andrzeja Dudę. I to jest też jedyna rzecz, jaka mnie obchodzi, gdy myślę o tym, w jaki sposób kultura pop traktuje ludzi. Mam na myśli tylko dwie rzeczy: głosowanie na Prawo i Sprawiedliwość oraz pobożną modlitwę. Jeśli którykolwiek z nich, czy to przez uczestnictwo w patriotycznym trąbieniu na Krupówkach, czy przez wspólne nucenie piosenki „Wolność”, czy wreszcie przez zaczytywanie się w miesięczniku „Polska Niepodległa” gdzie już na samej okładce widzimy Putina przerobionego na penisa oraz wielki tytuł „Fiutin”, dojdzie do wniosku, że Polska jest dla niego najwyższą wartością i że bycie Polakiem to powód do dumy, a owo przekonanie doprowadzi go do zagłosowania na Prawo i Sprawiedliwość, to ja jego deficyty mam głęboko w nosie.
       Czy chciałbym – bo pewnie o to chodzi Coryllusowi, gdy tak się użala nad tym całym popem – żeby oni wszyscy dochodzili do pozytywnych rozwiązań, na wyższym poziomie emocji? Pewnie że nie miałbym nic przeciwko temu, natomiast wiem, że tego przeprowadzić się nie da. Tego jeszcze nikt nigdy w całej historii ludzkości skutecznie nie zrealizował, a co gorsza, wszelkie próby uszlachetniania ludzkiej świadomości i wygładzania emocji, kończyły się raczej nieszczęściem niż czymś choćby przez chwilę dobrym.
      Chciałbym jednak na moment wrócić do kwestii, która na blogu Coryllusa pojawiła się parokrotnie, a mianowicie owego tak zwanego „chrześcijańskiego rapu”. To, w moim pojęciu, w ogóle nie ma o czym gadać z tego prostego powodu, że środowisko słuchające rapu to nie tyle osoby, którym akurat odpowiada ten typ estetyki, ale uczestnicy swego rodzaju subkultury, określanej powszechnie jako hip-hop, bardzo ostro wyczuleni na jakikolwiek obcy, nadchodzący z zewnątrz ton. W związku z tym, ja na przykład nawet w żartach bym nie zaryzykował, by któregoś z moich uczniów tkwiącego w owej kulturze powitać choćby okrzykiem „Yo, man!” Dlatego też nie widzę takiej możliwości, by jakiś ksiądz, czy grupa pobożnej młodzieży wyszła do niego z propozycją chwalenia Pana przy pomocy owych rymów, a on by ich potraktował poważnie. Nie w przypadku hip-hopu. Wspominany i wyszydzany tu parokrotnie Matczak, syn Matczaka, w jednej z piosenek odpowiada, jak to jego kolega zaszedł do lokalu, gdzie zaproponowano mu tak zwaną „kreskę”, ale on na to nie poszedł, bo akurat głównie słuchał kogoś, kto mocno występował przeciwko twardym narkotykom. Więc, jak mówię, nie tu.
       Natomiast wiem skądinąd, że jest taki amerykański zespół występujący pod nazwą „The Devil Wears Prada” i grający najbardziej klasyczny thrash metal, tyle że z naciskiem na chrześcijańską ewangelizację. Ja o nich wcześniej nie słyszałem i kiedy dowiedziałem się, że oni, owszem, przynajmniej u siebie w Stanach zachowują pozycję, również ściśle artystyczną, przy której nasz Nergal wygląda jak suport suportu, pomyślałem sobie, że to jest faktycznie jakiś obłęd. Myślę sobie jednak, że tu, w ramach jednej i tej samej estetyki, która tak naprawdę jest zaledwie jeszcze jedną odmianą rock and rolla, te dzieci mają wybór zero-jedynkowy: albo się modlą do Boga, albo do Szatana i jeśli oni wybierają że się będą modlić do Boga, to mnie naprawdę mało interesują ich deficyty, jeśli te miliony – bo to są miliony – prowadzone są w odpowiednią stronę.
      Powtórzę więc: niech nas Pan broni przed pokusą wiary w to, że możemy skutecznie manipulować tymi, którzy bardzo lubią, by nimi manipulować, przeganiając ich jak najdalej od kultury popularnej, a tych, którzy przegonić się nie dadzą, konsekwentnie wyszydzać, bo prędzej czy później za nich się wezmą ci, którzy najpierw im pokażą jak wygląda kultura wysoka, a potem jednym ruchem różdżki sprawią, że oni znienawidzą wszystko, co choćby z daleka cuchnie popem. I nie łudźmy się że Olga Tokarczuk będzie ich najsilniejszą bronią.



piątek, 28 lutego 2020

Czy Olga Tokarczuk to pop?


       Moja młodsza córka, która od niedawna udziela się w nowej pracy, postanowiła pożartować sobie ze swoich nowych znajomych i urządziła im konkurs na tak zwaną „literacką wrażliwość”, który polegał na odczytywaniu fragmentów twórczości popularnych autorów i prowokowania odpowiednich reakcji. By mieć pewność, że w ten sposób uśpi czujność uczestników zabawy, zaczęła od pytań na tyle prostych, by i odpowiedzi były oczywiste, a więc od „Zmierzchu”, „50 twarzy Greya” i jeszcze czegoś tam, a kiedy już wszyscy byli w szampańskim nastroju, zaczęła im odczytywać kawałki z książek Olgi Tokarczuk, w tym głównie z jej najbardziej ambitnego i najdalej intelektualnie posuniętego dzieła, czyli „Ksiąg Jakubowych”. Proszę sobie wyobrazić, że efekt owej prowokacji przerósł jej najbardziej odważne oczekiwania. Otóż ona czytała kolejne kawałki – swoją drogą, co interesujące, zaczerpnięte z internetowego profilu oznaczonego, jako „Olga Tokarczuk cytaty”, oraz „Olga Tokarczuk cytaty najpiękniejsze” – a publiczność raz za razem wybuchała szyderczym śmiechem i odpowiadała: „Blanka Lipińska!”, „Coelho!”, „Paulina Młynarska!” „Na sto procent jakiś biskup”. Gdy tak zwana „beka” sięgnęła zenitu, padło kluczowe nazwisko, nastąpiła niezręczna cisza i wszyscy wrócili do bieżących zadań.
      My tu dotychczas powtarzaliśmy sobie zaledwie jeden fragment z twórczości owej wybitnej artystki, otwierające „Księgi Jakubowe” zdanie o papierku, który namaka śliną, tymczasem, jak się okazuje, tego kwiatu jest pół światu. Posłuchajmy:
Przechodził go dreszcz, gdy patrzył na ludzkie płody, i nie mógł oderwać od nich wzroku, tak fascynujący to był widok. I dramatyczne, pełne marzeń aranżacje z ludzkich kości”;
Każda podróż zaczyna się od stanu, który można by określić jako zachłyśnięcie się przestrzenią”;
Jest czytelnik gąbka, czytelnik lejek, czytelnik cedzidło i czytelnik sito. Gąbka wchłania w siebie wszystko, jak leci, jasne jest, że potem dużo z tego pamięta, lecz nie umie wydobyć najważniejszego. Lejek - przyjmuje jednym końcem, drugim zaś wszystko, co przeczytane, z niego wylatuje. Cedzak przepuszcza wino, a zatrzymuje winny osad; ten w ogóle nie powinien czytać i lepiej, żeby zajął się rzemiosłem. Sito zaś oddziela plewy, żeby otrzymać najlepsze ziarno”;
Każde miejsce ma dwie postaci, każde miejsce jest podwójne. To, co wzniosłe jest jednocześnie upadłe. To, co miłosierne, jest jednocześnie podłe. W największej ciemności tkwi iskra najpotężniejszego światła, i odwrotnie: tam, gdzie panuje wszechobecna jasność, nasienie ciemności kryje się w pestce światła”;
Wiatr to jest wzrok umarłych, kiedy patrzą na świat stamtąd, gdzie są”;
Czym jest człowiek? Iskrą. Czym jest ludzkie życie? Chwilą. Czym jest teraz przyszłość?
Iskrą. A czym bieg czasu szalony? Chwilą. Z czego powstaje człowiek? Z iskry. A czym jest śmierć? Chwilą. Kim był On, gdy świat zawierał w sobie? Iskrą. A czym będzie, gdy świat znowu pochłonie? Chwilą
”;
W ciele człowieka słowo pęka na dwoje, na substancję i istotę. Gdy ta pierwsza znika, druga, pozostając bez kształtu, daje się wchłonąć tkankom ciała, jako że istota nieustannie poszukuje materialnego nośnika; nawet jeśli ma się to stać przyczyną wielu nieszczęść”;
Słowa są jak jaszczurki, potrafią uciec z każdego zamknięcia”;
I dopiero gdy się obudziła, zrozumiała, że wyruszyła w podróż, przedtem to było tylko przesuwanie się w przestrzeni, zwyczajna, nieuważna zmiana miejsc. Tylko sen zamyka stare i otwiera nowe, umiera jeden człowiek i budzi się drugi. Ta czarna przestrzeń bez właściwości między dniami jest prawdziwym podróżowaniem”;
Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada. Każdy ruch przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i nierzeczywisty. Tylko tęsknienie jest prawdziwe, uzależnia. Być tam, gdzie się nie jest, mieć to, czego się nie posiada, dotykać kogoś, kto nie istnieje. Ten stan ma naturę falującą i sprzeczną w sobie. Jest kwintesencją życia i jest przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni i kości, które zaczynają odtąd istnieć boleśnie. Nie boleć. Istnieć boleśnie - to znaczy, że podstawą ich istnienia był ból. Toteż nie ma od takiej tęsknoty ucieczki. Trzeba by było uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie. Upijać się? Spać całe tygodnie? Zapamiętywać się w aktywności aż do amoku? Modlić się nieustannie?
      Wczoraj zastanawialiśmy się tu nad kulturą popularną i tym, do czego ona jest zdolna. A ja, by może trochę pociągnąć tamten temat i być może nieco rozjaśnić swoje intencje, proponuje się zastanowić nad tym, czym jest kultura popularna? Czym jest ów słynny pop i czym on już nie jest. Wydaje mi się, że wybrane cytaty – powtarzam, że wybrane wcale nie przez mnie –  bardzo dobrze pokazują głębię problemu. Otóż spróbujmy może odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to z czego mieliśmy okazję przed chwilą szydzić, to pop, czy może sztuka wyższa – kiepska, ale z pewnością wyższa? Wiemy z całą pewnością, że wspomniani przez kolegów mojego dziecka Coelho i Bianka Lipińska, a kto wie czy nawet nie Pilipiuk czy Mróz, by nie wspominać Maryli Rodowicz, to bezsprzecznie pop, no ale chyba już nie Tokarczuk? Przyznamy chyba, że mamy tu zagadkę.
      Otóż moim zdaniem, a wyraziłem je również w jednym z wczorajszych komentarzy, pop to wszystko: i Pilipiuk i Tokarczuk i Szymborska, a nawet ten mój blog; pop to zarówno Zenek Martyniuk jak i Beatlesi oraz Led Zeppelin; pop to oczywiście Janis Joplin, Jimi Hendrix, Bach i Miles Davis. Jedyna realna różnica między nimi to zasięg i stworzona wokół niego propagandowa oprawa, a więc coś co również stanowi czysty i niepokonany pop. „Księgi Jakubowe” to oczywiste oszustwo i pomyłka, o którym, gdyby nie potęga kultury popularnej, pies z kulawą nogą by nie słyszał i nawet on, gdyby potrafił mówić, nie nazwałby ich popem, a to z powodu zwykłego deficytu popularności. Tymczasem to właśnie pop pokazał swoją tu na tyle siłę, że potrafił coś tak małego uczynić zjawiskiem rzekomo daleko wykraczającym poza tę swoją rzekomą nędzę.
       I dlatego właśnie to w kulturze popularnej widzę naszą szansę nie tylko zresztą gdy chodzi o politykę historyczną, ale wszelką inną, ale również o tak zwaną cywilizację. Jeśli bowiem uda się nam jakimś cudem uczynić z tego, co stanowi dla nas autentyczną wartość i w którą całym sercem wierzymy, bardzo ważną część popu, to poczujemy się naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Aby jednak to osiągnąć, powinniśmy przede wszystkim owej kultury popularnej przynajmniej nie lekceważyć. Bo jej nie pokonamy ani my ani nikt inny. Jedyne co możemy zrobić to się w nią wbić i maksymalnie rozepchać.





     
 


     
 

czwartek, 27 lutego 2020

Nasze usta nucą pop


        Wczoraj na swoim blogu Coryllus zamieścił tekst zatytułowany „Infantylizacja żołnierzy wyklętych” którego podstawowa myśl wystarczająco mocno manifestuje się już w samym tytule, jednak odpowiedniemu doprecyzowaniu ulega w jednym z pierwszych zdań wspomnianego tekstu, a mianowicie w opinii, że „jeśli bowiem ktoś uważa, że podejmowanie tematów dotyczących żołnierzy wyklętych i mieszanie ich z popkulturą, prowadzi do jakiegoś dobrego celu, ten musi biec do lekarza. I to natychmiast”.
       A ja zdecydowałem się dziś zająć tą kwestią z dwóch względów i jest w błędzie ktoś kto myśli, że poszło o kolejne zdania, gdzie, choćby odnosząc się do kompletnie fałszywej rzeczywistości, pisze Coryllus iż „wielu osobom zdaje się, że jeśli z postawy i śmierci tych ludzi zrobimy jakieś popkulturowe ikony, nie wspominając przy tym ani słowem o kontekstach politycznych i historycznych, to uzyskamy fantastyczny efekt [który] będzie polegał na tym, że rzesze całe młodzieży, gotować się będą na śmierć za ojczyznę, [a] każdy kto tych przygotowań nie podejmie zostanie okrzyknięty zdrajcą”. To jest oczywiście nieprawda, bo ani nikomu się nie zdaje, że dzięki wkręcaniu tej części polskiej historii w popkulturę uda się zachęcić kogokolwiek, w tym młodzież, do umierania za Ojczyznę, ani tym bardziej, że wszystkich tych, którzy nie zadeklarują owej chęci, zostaną okrzyknięci zdrajcami. Ten rodzaj retoryki – bo biorę pod uwagę, że to jest tylko retoryka – nie ma najmniejszej mocy. Chodzi mi mianowicie o coś innego. Przede wszystkim, zasadniczo nie zgadzam się z opinią, że owa „infantylizacja”, zarówno żołnierzy wyklętych jak i tego wszystkiego, co kojarzy się z tym co niektórzy lubią nazywać „bohaterskim polskim męczeństwem”, nie jest niczym dobrym. Powiem więcej, moim zdaniem, jeśli zależy nam na tym, by  zainteresować dzieci, młodzież, a nawet młodszych-starych, ową bohaterską historią, a przez zainteresowania mam na myśli wzbudzenie w nich względnie trwałych emocji, nie znajdziemy na to innego sposobu, jak maksymalne zinfantylizowanie tematu, czyli – powiedzmy to wreszcie jasno – umieszczenie tych wszystkich bohaterów i konteksty, w których oni działali, w najbardziej ordynarnym popie. A to z tej prostej przyczyny, że poza popem nie ma nic; poza popem mamy już tylko to, co tworzy wieczną porażkę. 
      A to mnie prowadzi do refleksji kolejnej, która tu się pojawia od kwietnia 2010 roku, i która, kto wie, czy nie została przez mnie zaprezentowana jeszcze wcześniej, również w dziś już niedostępnej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, że wszystko co daje realne zwycięstwo ma swój początek i koniec w popie właśnie. Jedyna kwestia, o której warto dyskutować to ta, z jakim talentem potrafimy ów pop eksploatować i na ile uda się nam przy tym zachować podstawową uczciwość wobec tego, do kogo nas przekaz jest skierowany. Mówiąc krótko, najgorsze – i tak naprawdę jedyne – zło, jakie ryzykujemy, sprowadza się do tego, że w którymś momencie zaczniemy lekceważyć ludzi i potraktujemy ich jak naturalnie głupszych od siebie.
       Wspomniałem o kwietniu 2010 roku, bo przypomniał mi się tekst, który właśnie wtedy opublikowałem tu pod tytułem „Ich oczy nucą pop”, a w którym, jak sądzą bardzo celnie pokazałem, w jaki sposób wspomniana przez Coryllusa „infantylizacja” może okazać się porażką, ale też jak najbardziej zwycięstwem. To był czas gdy zarówno w galeriach handlowych, jak i w sklepach z pamiątkami we Władysławowie i na zakopiańskich Krupówkach, królowały koszulki z „Borubarem” oraz radiem, które „ma ryja” i musiało upłynąć wiele lat, zanim wszystkie zostały – w co głęboko wierzę, skutecznie i na długie dekady – wyparte przez biało-czerwone flagi, szaliki z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny” i t-shirty z podobiznami rotmistrza Pileckiego, Zygmunta Szendzielarza, czy Danutą Siedzikówną. No ale przede wszystkim też to, jak poza nią – a więc poza popkulturą – nie ma nic, poza bezużytecznym głupstwem. Bardzo proszę o uwagę:

      Kultura pop, taka jaką dziś znamy, oczywiście cuchnie i każdy z nas jest w stanie wykazać na wiele przeróżnych sposobów, że ta ocena jest jak najbardziej sprawiedliwa. Mimo to, nie da się też ukryć, że z punktu widzenia tego co się liczy i co w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie, nie ma nic ponad ten pop, ponad wszystko z czego on wyrasta i ponad to, co on tworzy. Od pierwszych dni, kiedy na tym blogu zaczęły pojawiać się te refleksje, problem wpływu jaki kultura popularna ma na nasze życie spotykał się ze szczególnym szacunkiem. Od pierwszych dni bowiem, kiedy pojawił się problem tego nieprawdopodobnego, bezprecedensowego kłamstwa i manipulacji, jakie niszczy Polskę i nas wszystkich, wiadomo było, że sukces tej czarnej misji mógł się powieść wyłącznie dzięki potędze kultury popularnej. Tych kolorowych magazynów, tych kabaretów, tych żartów, tańców, tego wielkiego, niekończącego się supermarketu. Tej galerii. Tego co w języku angielskim określa się słowem mall.
      A zatem, nie sposób tę kulturę lekceważyć. Szczególnie dziś, gdy wszyscy bardzo wyraźnie możemy zobaczyć z jaką siłą ta właśnie kultura – ten pop – w tak spektakularnym geście, najpierw rozerwał na strzępy, a następnie zmiótł z powierzchni ziemi niemal całą polityczną, intelektualną, czy po prostu kulturową elitę naszego kraju. Bo to on stał na samym początku tego dalekosiężnego planu. To pop. I jeśli te słowa czyta jakiś ambitny miłośnik kultury wyższej i czuje w tej chwili niepokój, to niech wie, że tam nie było nic więcej ponad zwykły pop. Naprawdę nie ma się czym szczycić.
      Chodzi mi po głowie ten pop, bo i sam nie jestem bez winy. Tak się składa, że znaczna część mojej wrażliwości jest właśnie stamtąd. Właśnie stamtąd. Tyle że ja akurat czuję – i wiem że mam rację – że udało mi się ten pop wykorzystać dla siebie, a nie pozwolić, by to on mnie wykorzystał i wystawił na pośmiewisko czasów. Jak wielu innych. Dziś. A więc przychodzi dziś mi do głowy ten pop w postaci wiecznie niezgłębionego „Ojca Chrzestnego” Puzzo oraz Coppoli. Druga jego część, kiedy ktoś chce zabić Michaela Corleone, ale jakimś cudem on, jego żona i syn uchodzą z życiem i już po chwili okazuje się, że nawet nie dowiemy się, kto stał za tym zamachem, bo obaj zabójcy już i tak nie żyją, a zatem łańcuch się urwał. Nic takiego. Jak mówię, normalny pop.
      Ale to już przeszłość. Obiecywałem sobie, że nie będę się zajmował grzebaniem w przyczynach katastrofy – KATASTROFY! – spod Smoleńska, bo i po co? I tak nic z tego. I tak umrę, nie doczekawszy się oficjalnego potwierdzenia tego, co się tam naprawdę stało. Ale się nie da. Moje dzieci choćby wciąż o tym gadają. Grzebią w Internecie, zbierają jakieś relacje, wciąż czytają jakieś ekspertyzy, ale – jakby tego było mało – są coraz bardziej przerażone i to przerażenie rozsiewają wokół. Pomyślcie tylko, jak one się czują. W efekcie jest tak, że nie sposób żyć, gdy wciąż wraca obraz tych biednych pilotów, którzy najprawdopodobniej przez te kilkanaście sekund wiedzieli jedno: że, cholera, wszystko przestało działać. Że to co było zawsze takie proste – no ma człowiek ten fach i to doświadczenie – w pewnym momencie staje się niczym. A tu, nagle widać, jak pojawiła się obca ręka. I nie ma sposobu by ją odsunąć. Jakież to straszne!
      A więc tak się jakoś dzieje, że ten nastrój faluje. Od prawdziwego życia, od tego mięsa – do przygody i zwykłych wzruszeń. Trochę mi to przypomina muzykę do „Taksówkarza” Scorsesego, gdzie groza przeplata się nieustannie z taką niezwykła lirycznością. A więc słyszę te codzienne głosy, które wciąż do mnie dochodzą jak złe fatum i znak zwykłej beznadziei, a jednocześnie wspominam te tłumy, te znicze, tę desperację, żeby nie ulec, nie zrezygnować. By dać znak. I żyję nadzieją. A później znów przychodzi ta noc. I znów myślę o tych wspaniałych, świetnie wyszkolonych pilotach, znakomitych, pewnych siebie fachowcach, i myślę – co oni czuli w momencie, gdy zorientowali się, że na pokładzie jest jeszcze ktoś, kogo nikt się nie spodziewał. No bo, kurcze, takie rzeczy się nie dzieją. Nie tu.
      Myślałem, że ta żałoba potrwa dłużej. Że to co się stało, to jest coś tak wielkiego, coś tak niewyobrażalnego, coś tak oczywistego nawet dla najbardziej pustej głowy, że każdy musi temu ulec. Że nie ma takiej niewrażliwości, takiej bezmyślności, czy wreszcie takiej obojętności, która nie przestanie w tej sytuacji wciąż gadać. A tu mamy pop. Niezniszczalny, nigdy nie zmęczony, zawsze na posterunku – pop.
      A więc i mi przychodzi do głowy coś równie mocnego jak ci wszyscy ludzie – i tu i tam i wszędzie, którzy nagle uznali, że zabawa się wcale nie skończyła. Przypomina mi się inny film, „Prawdziwy romans”, gdy niejaki Virgil, brutalny morderca do wynajęcia, siedzi w fotelu nad zmasakrowaną Alabamą, którą zresztą już za chwilę ma zabić i mówi mniej więcej w ten sposób: „Pierwszy człowiek jakiego zabijasz, jest zawsze najgorszy. Nie ma znaczenia, czy jesteś Dusicielem z Bostonu czy jakimś Wyattem Earpem, Założę się, że ten facet, Charles Whitman, który z tamtej wieży wystrzelał tych wszystkich ludzi, musiał to przeżyć. Choćby pierwszego z nich. Poważnie. Pierwszy jest zawsze ciężki. Drugi już jest łatwiejszy. Zdecydowanie łatwiejszy. Pewnie – wciąż się coś czuje, ale już nie tak. Trzeci to już pestka. Trzeci to nic. Dochodzi do tego, że w końcu zabijasz ludzi tylko po to, by sobie popatrzeć, jak się zmienia wyraz ich twarzy”.
      I myślę sobie, że to właśnie tak musi wyglądać. Najtrudniej było na początku. Niewykluczone, że niektórzy – na wiadomość o tym co się stało – w pierwszej chwili się zwyczajnie porzygali. Ja sam przez kilka dni oglądałem ich poszarzałe z przerażenia twarze. Dziś już jest im łatwiej. Ale przecież, jak uczy kultura popularna, drugi raz jest już zdecydowanie łatwiejszy. A trzeci – wystarczy się rozejrzeć. Nawet nie trzeba szczególnie nastawiać uszu.
      A mi wciąż żal tych pilotów, bo mogę się domyślać, co oni czuli w ostatnich chwilach tamtego strasznego lotu. I żal mi Prezydenta i pani Kaczyńskiej i wszystkich tych ludzi, którzy – tak im się w życiu złożyło – znaleźli się tam, wtedy, na samym końcu tego strasznego planu. I z których dziś pozostały tylko skrawki, które wpadły w ręce ludzi złych. I tych tutaj i tamtych – tam. I żal mi Jarosława Kaczyńskiego, który kiedy nawet jeszcze nie opadła ta dziwna smoleńska mgła, znalazł się w samym środku szyderstw ze strony tych, którzy już nie są debiutantami, ale doświadczonymi uczestnikami tej gry. Już jest spokojnie.
      Uważajmy na nich. Oni w tej chwili robią to co robią, i mówią to co mówią, już tylko po to, by zobaczyć, jak zmienia się wyraz naszych twarzy. A więc starajmy się. Zachowajmy postawę wyprostowaną. Pamiętajmy choćby o roku 1990. Ja, na przykład, wspominam słowa, które padły wtedy, w sobotę przed pierwszą turą wyborów prezydenckich z ust osoby mi bardzo bliskiej: „Jestem dziwnie spokojny. Mazowiecki wygra w pierwszej turze”. I powiem szczerze, że wtedy – wbrew mojej nadziei i wierze – bałem się, że on może mieć rację.






wtorek, 25 lutego 2020

Raz jeszcze o stawianiu oczu jak złodziej


Ponieważ do Polski zawitał niegdysiejszy Król Europy Donald Tusk i skorzystał z pierwszej lepszej okazji, by wypluć z siebie wszystkie swoje kompleksy, pomyślałem sobie, że ponieważ mniej więcej wszyscy tu na tym blogu, mamy jakieś tam pojęcie, o kim mowa, nie zaszkodzi jeśli przypomnę dziś swój bardzo stary, bo jeszcze sprzed dziewięciu lat tekst. Tam bowiem mogliśmy bardzo dokładnie zaobserwować moment, kiedy wszystko to, z czym ten człowiek przed nami stanął, zaczęło gwałtownie zdychać, i choć trzeba było jeszcze parę chwil, by tego idiotę stąd zabrać, to on ostatecznie zszedł nam z oczu i zapanował względny spokój. Ponieważ jednak postanowił nam się on znów pokazać i to w dodatku w roli zbawcy Ojczyzny, pozwolę sobie może wrócić do owych wspomnień i pokazać, jak ów upadek się tak naprawdę zaczął. Mamy rok 2011. Przed nami ostatnie cztery lata. Proszę o uwagę.

      Wystąpienie Donalda Tuska sprzed tygodnia na przedwyborczej konwencji Platformy Obywatelskiej w Warszawie, spotkało się z pewnym zainteresowaniem mediów i po krótkiej chwili rozpłynęło w niebycie. Uważam tę sytuację za zupełnie niezwykłą z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że taki sposób potraktowania pana Premiera przez System oznaczać musi bardzo poważną zmianę w ogólnym podejściu Prawdziwej Władzy do swojego emisariusza, a to z kolei musi też świadczyć o tym, że w ogóle sytuacja zmienia się bardziej niż można się było wcześniej spodziewać. Drugi natomiast powód mojego zainteresowania sprawą sprowadza się do tego, że wedle powszechnej opinii, a także przy mojej pełnej tu zgodzie, wystąpienie Premiera było najlepsze z dotychczasowych. Wydaje mi się, że medialne otoczenie Donalda Tuska wykonało tak zwany rzut na taśmę i to z niezwykłym powodzeniem. Premier nie dość, że wyglądał tak dobrze, że lepiej nie wyglądał nawet w drugi dzień po sławetnym powrocie z wojaży w Peru, został ubrany tak elegancko, że bardziej elegancko wyglądać już nigdy nie będzie, a w dodatku specjalistom od wizerunku udało się osiągnąć absolutne mistrzostwo w czystym połączeniu idealnego pustosłowia z wrażeniem historyczności chwili. I kiedy mogło się już tylko wydawać, że oto doszło w Polsce do wydarzenia na miarę epoki, okazało się, że tym wszystkim pies z kulawą nogą się nie zainteresował. I Donald Tusk pozostał na tej scenie samotny, z tą rozmazaną tuszem i szminką buzią, jak nie przymierzając Dirk Bogarde w finałowej scenie „Śmierci w Wenecji”.
      Uważam, że powinniśmy zapamiętać ten dzień i ten moment upadku. Bo to już nawet nie jest moment upadku pojedynczego człowieka, ale moment upadku całego projektu. Ktoś powie, że nic takiego się nie stało. Takich wystąpień i mniej więcej takich reakcji, było już całe mnóstwo, i, jak widzimy, nikomu to nawet za bardzo nie zaszkodziło. Otóż owszem – cały polityczny plan Donalda Tuska i jego ekipy sprowadzał się zawsze do tego, by robić wrażenie na najmniej wymagającej publiczności, i jego skuteczność przestała być podziwiana już dość dawno temu. Jednak w moim odczuciu, to co się stało w minioną sobotę w Warszawie było zdecydowanie rodzajem wizerunkowego comebacku, i w normalnej sytuacji powinno było wywołać – przynajmniej u bardziej zatrutej części elektoratu – euforię. Tymczasem nie stało się nic. A to może świadczyć tylko o jednym. Że koniec jest już za progiem. A ja się zastanawiam, co takiego się stało, że ten etap dobiegł końca? Czy to zmęczenie aktora, czy może publiczności? A może jeszcze coś innego. Może to poszło o to, że ktoś zabrał piłkę?
      Już tłumaczę, o co chodzi, ale najpierw pewne dłuższe wprowadzenie. Oglądałem więc najpierw premiera Tuska, umieszczonego w tej niezwykłej harmonii i wręcz kosmicznej symetrii między dwoma błękitnymi telebimami, następnie słuchałem zaszokowany wystąpień wynajętych przez TVN24 ekspertów, którzy – potężnie zażenowani – coś tam mruczeli, że, owszem, bardzo ładnie, ale… i tak dalej i tak dalej, i przypomniały mi się zamierzchłe czasy tryumfu tego zła, kiedy to któregoś dnia ujrzałem pana premiera Tuska, jak wspólnie z ministrem Drzewieckim, tym razem już po, a nie przed dzienną porcją ogórków, otwierali boisko piłkarskie, które, miało rozpocząć nową erę w historii tego umęczonego brakiem boisk do nogi kraju. Ponieważ akurat przemówienia Donald Tusk wygłaszać lubił zawsze, również wówczas stanął i przemówił. Poszło o to, że zdaniem Premiera, wszyscy mamy grać w piłkę i mamy to robić z sercem. Mało tego. Nie dość, że mamy grać w piłkę z sercem, to mamy też uczyć grać w piłkę nasze dzieci i mamy to robić najlepiej od rana do nocy. On nam załatwił stadion, i załatwił też na tym stadionie światło, więc nic nie stoi już na przeszkodzie, byśmy siedzieli na boisku nocą i kopali się na oświetlonej trawie.
      Przypomniałem sobie dziś tamto wystąpienie, bo mam wrażenie, że, choć oczywiście sobotniego nie przebije nic, to tamto było bardzo blisko. Patrzyłem tamtego dnia, jak Donald Tusk stoi przy linii bocznej i z każdą minutą popada w taką egzaltację, że bałem się, że jeszcze chwila i zacznie wrzeszczeć, a później wpadnie na tę zieloną murawę i zacznie odbierać piłkę bawiącym się dzieciom. Całego tekstu tamtego wystąpienia nigdy nie udało mi się odnaleźć, ale gdzieś trafiłem na fragment z następującym przekazem: „prawdziwy sport wymaga poświęcenia i traktowania tego zajęcia bardzo serio”. Ja oczywiście kompletnie nie wiedziałem, o co premierowi chodziło. Nawet dziś nie mam pojęcia, o co chodzi w „prawdziwym sporcie”, to znaczy, czym się różni sport „prawdziwy” od „nieprawdziwego”, a tym bardziej nie wiem, dlaczego dla tego sportu należy się „poświęcać” i dlaczego należy go traktować „bardzo serio”. Z moich doświadczeń, gdy idzie o premiera Tuska i jego ferajny, wnioskuję, że prawdziwy sport to piłka nożna, a to, że piłkę nożną należy traktować serio, to się rozumie samo przez się. Zresztą wystarczyło uważnie słuchać tamtego przemówienia Donalda Tuska i jednocześnie obserwować jego uroczyście postawione w słup oczy, żeby wiedzieć, że tu żartów nie ma.
Dziś już nie pamiętam, jak to szło dokładnie, ale była mowa o walce do upadłego, o grze tak długiej i zaciętej, że widok rozpalonej wściekłością prawdziwie męskiej przygody, w świetle reflektorów osiągnie wymiar prawdziwej sztuki. Była mowa o miłości, której początek utworzyło właśnie boisko, była mowa o przyjaźni i o rywalizacji. I wreszcie była mowa o komputerach. Bo otóż nie tylko będziemy wszyscy grać do upadłego w piłkę. Wszyscy również będziemy siedzieli przed komputerami i patrzyli, jak w piłkę grają inni, we wszystkich miastach i miasteczkach Polski i Świata, a nawet – nie bardzo tu akurat wiem, jak – sami też będziemy grali w piłkę przez te komputery. Wszystkie boiska będą monitorowane. Na boiskach nasze dzieci będą grać w nogę, a my będziemy patrzeć w ekran komputera, który nam oczywiście załatwi Donald Tusk, i będzie git.
      I wtedy po raz pierwszy w życiu pomyślałem sobie, że premier oszalał. Zwyczajnie zwariował z jakiejś choroby. I nawet nie chodziło mi o to, że to wszystko brzmiało, jak jakaś kompletnie chora obsesja. Że ten widok nocnych boisk, po których, jakieś stado opętanych szaleństwem osobników biega za piłką, jest kompletnie nierzeczywisty. Że te tysiące komputerów, na których dorośli obserwują tysiące boisk do wyboru, do koloru na całym świecie, jest raczej przerażający, niż choćby zabawny. Problem był w tym, że premier mojego rządu, z tego nadmiaru stresu, czy jedynie pracy, nie jest w stanie się uspokoić, o ile raz na jakiś czas nie kopnie sobie porządnie piłki.
      Ja, przyznam, że znam tego typu ludzi dość dobrze. Miałem okazję w swoim życiu obcować z tego rodzaju osobnikami, najczęściej cholerycznie usposobionymi mężczyznami na kierowniczych stanowiskach, którzy kiedy idą do pracy są już odpowiednio naładowani złymi emocjami, w pracy są nieustannie wściekli, na wszystkich wrzeszczą, a na biurku trzymają zdjęcie żony i dzieci, bo wierzą – złudnie, jak się okazuje – że to zdjęcie ich uspokaja. No a potem złoszczą się jeszcze bardziej i już nie marzą o niczym innym, jak o tym, żeby pójść pograć w cokolwiek: ping ponga, kosza, siatę, albo po prostu w piłkę nożną. Oni nie biegają, nie jeżdżą na rowerze, nie chodzą na siłownię. Oni muszą walczyć, kopać się po kostkach, wrzeszczeć, pluć złością, kląć – tak, kląć przede wszystkim – muszą mieć poczucie, że są lwem, tygrysem, mordercą, czystą nieposkromioną energią. I wtedy, gdy już się umordują, jak należy, kiedy już wyplują z siebie całą tę złą energię, która im towarzyszyła od rana, mogą spokojnie wrócić do domu i położyć się spać. Tak wygląda ich życie, i – co najgorsze – tak wygląda ich recepta na życie. Tacy właśnie są, i uważają, że inni też są dokładnie tacy sami, ale ponieważ ci inni właśnie nie uprawiają sportu, to ta zła energia ich trawi. I przez to oczywiście są gorsi.
      Ci obsesyjni sportowcy nienawidzą ludzi. Uważają, że każdy napotkany człowiek jest zły, głupi i niesympatyczny. Są przekonani, że tylko oni potrafią sensownie zagadać, uprzejmie się odezwać, ciekawie wypowiedzieć, bo tylko oni tak naprawdę potrafią kochać. A miłość tę mają, bo wiedzą, że „prawdziwy sport wymaga traktowania tego zajęcia bardzo serio”. Oto obsesja, oto autentyczna fiksacja, niestety dziś również na poziomie władzy.
      I oto dziś, po latach, z jednej strony widzę premiera Tuska, jak na konwencji Platformy Obywatelskiej wygłasza to niezwykłe wystąpienie, które od tamtego różni się już nie tylko tym, że jest zdecydowanie lepsze i gładsze i poruszające, ale również jeszcze bardziej puste i o niczym, i myślę sobie, że pan Premier już nawet nie może zostać nazwany szaleńcem. Nie można na niego powiedzieć, że jest durniem, pajacem, czy choćby potworem. On jest już tylko idealnie odpicowanym manekinem czegoś, co kiedyś przynajmniej chodziło po swoim gabinecie i kopało piłkę.
      Jak słyszę, Janusz Palikot w swojej najświeższej książce ujawnia to wszystko co myśmy lata temu podejrzewali, a więc i to tuskowe chamstwo, tę jego nieustanną wściekłość, mściwość, pamiętliwość i ten ciągły, nieprzerwany pęd do piłki. Wygląda na to, że ostatnio ktoś Tuskowi ostatecznie tę piłkę odebrał. Domyślam się, że zrobił to – no bo któż inny – System, uznając, że tak dalej być nie może. I nagle okazało się, że kiedy zabrakło piłki, nie zostało już nic. Tylko ta maska i ta szminka.
      Właśnie Naród został poinformowany że już więcej konwencji nie będzie. To co miało być, zostało odwołane, kolejnych się nie przewiduje. Nie będzie więc najbliższej konwencji w Poznaniu, nie będzie konwencji w Krakowie, nie będzie konwencji nigdzie. Wygląda na to, że miałem rację. Igor Stachowicz zdecydowanie przedobrzył. A bez piłki – wiadomo. Jak bez kluczyka. I bez bateryjki. No i dobrze. Wystarczy.



poniedziałek, 24 lutego 2020

Kieryłło, czyli strach zżera rozum


         Jak nieliczna z nas część zapewne wie, Zbigniew Hołdys, w czasach późnego PRL-u lider popularnego muzycznego projektu o nazwie „Perfect”, który najpierw zrobił karierę, parodiując zespół The Police, następnie osiągnął sukces finansowy sprzedając bilety na swój występ w roku 2000 na Stadionie Narodowym, a dziś internetowy komentator polityczny, oraz niewątpliwy moralny autorytet w środowisku politycznej opozycji, na swoim profilu na Twitterze opublikował następującą informację:
Słuchajcie skurwysyny jebane, jak mnie który kurwa obrazi, to mój rzecznik skieruje sprawę na drogę prawną, popierdoleńcy”.
        Ów wpis nie jest nowy, bo pochodzi z sierpnia 2017 roku, a dziś został nam przez kogoś odpowiednio przypomniany, i osobiście nie potrafię sobie odtworzyć sytuacji, która artystę Hołdysa mogła aż tak poruszyć, natomiast domyślam się, że musiało dojść do czegoś naprawdę poważnego, że on zwyczajnie nie wytrzymał. Inna sprawa, że, choć dziś zdecydowanie unikam wsłuchiwania się w głos owego intelektualisty, domyślam się, że on może się znajdować w nastroju jeszcze gorszym. A myślę że mogę mieć rację, obserwując to, w jaki sposób rozwija się kampania przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi i w jak niepokojącym tempie przeciwnicy prezydenta Andrzeja Dudy tracą swoje dotychczas wymęczane z takim wysiłkiem opanowanie.
      Oto, proszę sobie wyobrazić, że podczas przedwyborczej trasy po Kraju prezydent Duda spotkał się z pewnym człowiekiem, który ze łzami w oczach i drżącym głosem podziękował mu za to, że dzięki programowi 500+ on mógł wysłać swoją córkę na studia. W tym momencie, propagandowe służby Koalicji Obywatelskiej oraz organizacji pokrewnych, znalazły gdzieś jakiegoś człowieka, członka Prawa i Sprawiedliwości oraz kandydata w niedawnych wyborach, i rozpętały akcję informującą, że to on jest owym „wdzięcznym wyborcą” i całe wydarzenie jest wyłącznie żałosną ustawką. Kiedy napięcie w Europie osiągnęło poziom zenitu, okazało się, że informacja o ustawce jest błędna, a wdzięczny wyborca jest faktycznie wdzięcznym wyborcą i to w dodatku z całym wachlarzem jak najbardziej mocnych argumentów.
      Nie to jednak jest wydarzeniem tygodnia. Otóż, jak już informowałem o tym na tym blogu, szefem kampanii prezydenta Dudy została absolutnie zjawiskowa osoba, zupełnie naturalny kandydat na przyszłego prezydenta, pani Jolanta Turczynowicz-Kieryłło. Jak mówię, o tym, że pani Kieryłło stanowi na naszej politycznej scenie jakość do tego stopnia wyjątkową, że ja nie zdziwię się, jeśli za pięć lat ona stanie się jeszcze większą rewelacją od ówczesnego Andrzeja Dudy, pisałem na tym blogu i dziś tę opinię podtrzymuję tym bardziej, im bardziej obserwuje agresję, jaka została wobec niej skierowana przez „Gazetę Wyborczą” z przyległościami. Jak pewnie dziś już wszyscy wiemy, w noc poprzedzającą wybory samorządowe w roku 2018, Kieryłło udała się na nocny spacer ze swoimi dwoma psami oraz 15-letnim synem, i jak rozumiem, to dziecko, zakłóciło ciszę wyborczą, rozrzucając ulotki skierowane przeciwko jednemu z kandydatów. W tym momencie wspomniany kandydat wyskoczył zza rogu, rzucił się na dziecko, Kieryłło z kolei rzuciła się, by bronić syna, kandydat w odwecie rzucił się na Kieryłło, założył jej na szyję tak zwanego pół nelsona i zaczął ją dusić. Kiedy ta poczuła, że za chwilę straci przytomność, wbiła zęby w przedramię kandydata i w ten sposób go obezwładniła. Podczas gdy nikt, ani z jednej czy z drugiej strony nie kwestionuje przebiegu wypadków – tyle że Kieryłło twierdzi, że żadnych ulotek nie było – dziś wspomniana wcześniej „Gazeta Wyborcza”, a za nią cała propaganda reprezentująca wyborcze interesy Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zajmuje się wyłącznie tworzeniem kolejnych memów na temat szczęk Jolanty Turczynowicz-Kieryłło.
        Powtarzam, z tego co zaobserwowałem, nikt absolutnie nie kwestionuje faktu, że wspomniany kandydat Kieryłło dusił i to dusił w sposób bezdyskusyjny – na to mamy nawet zeznania wezwanych na miejsce służb oraz odpowiednie papiery z obdukcji – nie zmienia to jednak faktu, że polityczna propaganda uczepiła się tych zębów jak pijany płotu i wałkuje temat kompletnie bez sensu od kilku już dni – co jak na nasze standardy, stanowi wynik nadzwyczaj dobry. Czemu tak? Czy chodzi o to, by dokuczyć prezydentowi Andrzejowi Dudzie? Czy może chodzi o to, by do tego stopnia skompromitować jego politykę personalną, by ostatecznie skompromitować i jego samego? Otóż nie. W moim odczuciu, dziś wszyscy od lewicy do prawicy mają świadomość, że nie ma takiego sposobu by odebrać Andrzejowi Dudzie drugą kadencję, natomiast walka toczy się z jednej strony o zajęcie jak najlepszej pozycji na najbliższe lata, a z drugiej o zniszczenie Jolanty Turczynowicz-Kieryłło, kobiety która w sposób zupełnie oczywisty w następnym rozdaniu bierze wszystko. Pisałem o tym już wcześniej, a dziś tylko powtarzam: kto będzie następcą Jarosława Kaczyńskiego, zwłaszcza gdy przed nim jeszcze długie lata panowania, wiedzieć dziś nie możemy. Jeśli jednak mowa o wyborach w roku 2025, nie mam wątpliwości, że – jeśli tylko nie stanie się nic nieoczekiwanego – całkowicie naturalnym kandydatem będzie Kieryłło, kobieta, której nazwisko póki co, za każdym razem gdy mam je po raz kolejny napisać, muszę sprawdzać.
      I to stąd ten wrzask. Oni wiedzą. Na co dzień są głupi i gnuśni, ale tego nie omieszkali zauważyć. Stąd ten wrzask.



niedziela, 23 lutego 2020

O tych co nas będą cywilizować


      Ja oczywiście mam świadomość tego, że jedynymi miejscami w Polsce, które są traktowane jako ogólnopolskie, są przede wszystkim wszystkie warszawskie place i ulice, a poza nimi już tylko ulica Piotrowska w Łodzi, Krupówki, oraz sopocki Mąciak, mimo to jednak chciałbym zaryzykować i w kontekście jak najbardziej ogólnopolskim użyć nazwy katowickiego Osiedla Witosa. Otóż Osiedle Witosa znane jest z dwóch rzeczy: pierwsza z nich to ta, że tam mieszka moja córka z mężem i dwiema córeczkami, a druga, że znajduje się tam słynna prywatna szkoła, ale od niedawna również przedszkole oraz międzynarodowe liceum po trzy patyki od głowy miesięcznie, funkcjonująca pod nazwą „Szkoła jak dom”.  Ponieważ z jak najbardziej naturalnych przyczyn na Osiedlu Witosa bywam wyjątkowo często, kiedy przychodzi mi stamtąd wracać, mam okazję obserwować uczniów owej szczególnej szkoły, gdy najpierw czekają na autobus, a następnie udają się do swoich domów. Któregoś dnia zaobserwowałem chłopca w wieku nastoletnim z dwiema koleżankami. Chłopiec był przystojny i nadzwyczaj atrakcyjny pod każdym innym względem, a więc dziewczynki jak najbardziej się wokół niego kręciły, ja natomiast zwróciłem uwagę na jego buty, buty na tyle oryginalne, że najpierw zauważyłem towarzyszącą im metkę, a następnie sprawdziłem je w googlu i okazało się, że mamy do czynienia z butami wartymi dwa i pół tysiąca złotych. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego jak sprawdzić kurtkę owego młodzieńca, również jak najbardziej wyposażoną w odpowiedni opis i okazało się, że kurtka ta warta jest złotych trzy i pół tysiąca.
       Pozostawałem pod wrażeniem tego odkrycia do czasu, gdy trafiłem na informację, że w warszawskich Złotych Tarasach dochodzi do regularnych spotkań młodzieży, podczas których owe dzieci wymieniają się informacjami dotyczącymi tego, ile kto z nich ma na sobie – przy czym owa wymiana ma jednoznaczny charakter swoistego turnieju – a wszystko jest nagrywane i wrzucane do Sieci. Proszę zresztą rzucić okiem.
    


       Niedawno jechałem taksówką i taksówkarz opowiedział mi jak to czasem zdarzają się kursy prosto z nieba i jemu również coś takiego się niedawno przydarzyło. Otóż stał on sobie zupełnie bez śladu nadziei na postoju, gdy nagle podszedł do niego bardzo eleganccy pan i pani i zapytali, czy by ich zawiózł do Szczecina. On powiedział, że z miłą chęcią, tyle że to będzie kosztowało dwa i pół tysiąca złotych. Pan w tym momencie powiedział, że nie ma problemu, wyciągnął z kieszeni odpowiedni zwitek gotówki, odliczył odpowiednią sumę, no i wszyscy udali się w podróż. Na miejscu pan poprosił taksówkarza, by poczekał chwilę, on poczekał, ostatecznie, jak się okazało, aż trzy godziny, po czym pan z panią wrócili, wręczyli mu kolejne dwa i pół kawałka i poprosili, by ich odwiózł z powrotem do Katowic. Jak mi opowiada pan taksówkarz, oni nie dość że mu postawili w obie strony obiad i kolację plus kawę i kawę, to jeszcze na pożegnanie dołożyli dwie stówy za to, że w Szczecinie musiał na nich tak długo czekać.
      Tu w Katowicach, bardzo niedaleko miejsca gdzie mieszkam, jeszcze niedawno były same banki – o czym zresztą pisałem w jednym ze swoich tekstów – dziś jednak z roku na rok ich konsekwentnie ubywa i w jednym z tych miejsc pojawiło się coś, co nosi nazwę, której nie pamiętam i pamiętać nie planuję, plus hasło „Szlachetna moda dla małych mężczyzn”, a w środku znajdujemy manekiny małych chłopców wystrojonych jak to całe dżolerstwo znane nam z magazynów typu „Logo”. Zwykle w środku nie ma nikogo, poza znudzoną dziewczyną za ladą, więc nie bardzo mam okazję opowiedzieć, co to za ludzie tam się udzielają, no ale, jak się domyślam, ktoś tam jednak od czasu do czasu się pojawia. Gdyby ktoś sobie wyobrażał nie wiadomo co, bardzo prosto, oto odpowiedni obrazek.



         A ja się już tylko zastanawiam nie nad tym, co to za ludzie, którzy potrzebują swoim dzieciom w ten sposób dogadzać, ale jakie to są dzieci, jak one żyją i jak wygląda świat, który na nie czeka. Gdy chodzi o tego chłopaczka, licealistę ze „Szkoły jak dom”, czy nawet tę młodzież ze Złotych Tarasów, to mam nadzieję, że oni z tego bagna jakoś się ostatecznie wygrzebią. Poznają dziewczynę, w której się zakochają i ona ich postawi na nogi, ewentualnie doznają jakiegoś innego oświecenia, lub może spotka ich jakieś nieszczęście, które pozwoli im się przebudzić, natomiast moją myśl zaprząta ów przedziwny sklep ze „szlachetną modą dla małych mężczyzn” i zastanawiam się, jak któreś z tych dzieci się poczuje, kiedy pójdzie na urodziny kolegi, czy na jakąś większą szkolną zabawę w stroju, w który ubrali go rodzice i zobaczy, że wszyscy się z niego śmieją. Ale mało tego. Pytanie pozostaje, jak one się poczują, gdy zabawa się skończy i okaże się, że innego stroju niż ten zwyczajnie nie ma i trzeba będzie w ten sposób kompromitować się przez kolejne lata.
         Ktoś powie, że nie ma problemu, bo dzieci rodziców, którzy mają tego rodzaju ambicje, już do końca życia nie będą miały kontaktu z nikim innym jak z dziećmi mamy i taty znajomych i tam inny szyk się nawet nie śmie prowadzać. Otóż moim zdaniem to po prostu nieprawda, a to z dwóch powodów: po pierwsze, nie da się przeżyć życia w tego typu bańce, a poza tym ów obłąkany trend prędzej czy później, wraz ze wzrostem społecznej świadomości, musi się odwrócić, i nie mówię, że dzieci znów zaczną wyglądać jak Tom Sawyer, czy zależnie od okoliczności jego kolega Huck Finn, ale, owszem, owa „szlachetna moda dla małych mężczyzn” stanie się czymś równie żałosnym jak pamiętne białe skarpetki do mokasynów, czy przekonanie, że pierwszy milion trzeba ukraść, a kto tego nie potrafi, niech idzie do sióstr na zasiłek.
        A zatem perspektywy nie są aż tak ponure, natomiast nie da się ukryć, że teraźniejszość jak najbardziej przeraża. Niezależnie bowiem od tego, jak bardzo realnie obłożony klientelą jest ów dziwny sklep – w końcu możliwe jest, że to jest zaledwie jeszcze jedna pralnia – ja tam jednak parę razy widziałem ludzi, którzy wyglądali na klientów, więc, jak sądzę, coś tam się jednak dzieje. A skoro tak, to znaczy, że jeśli chodzi o wychodzenie z tych strasznych lat komuny, nie dość że nie wyszliśmy na prostą, to wciąż się kręcimy gdzieś tak w pobliżu Kijowa czy  Donbasu.
       Przed nami kolejna kampania, tym razem prezydencka, pojawia się bardzo dużo różnych postulatów, poczynając od praw dla osób LGBT po wsparcie dla rodzin, a ja się zastanawiam, czy nie warto by było uruchomić jakiegoś programu wyprowadzania Polski z zapóźnienia cywilizacyjnego, bo obawiam się, że bez załatwienia tej kwestii, skutecznie będzie można zaspokoić wyłącznie ambicje szlachetnych rodziców małych mężczyzn.
     
      


piątek, 21 lutego 2020

Tablica na bezśnieżną zimę


Najnowszy numer „Polski Niepodległej” dopiero wyrusza do drukarni, tu natomiast mamy już moją najnowszą „tablicę”. Gorąco zachęcam.


Czytelnicy „Polski Niepodległej” mogą sobie pomyśleć, że wracanie tu do postaci marszałka Grodzkiego ma w sobie przede wszystkim coś z perwersji, no a poza tym „Niepodległa”, zwłaszcza w swojej nowej szacie, zasługuje na coś naprawdę lepszego, uważam jednak, że ponieważ jest bardzo prawdopodobne, że już za miesiąc ten dziwny człowiek będzie już tylko ponurym wspomnieniem i nie będzie jednego marnego powodu, by o nim pisać, nic nam nie zaszkodzi, by go jednak w jakiś wesoły sposób pożegnać.
Oto, korzystając pewnie z okazji, że na chwilę zrobiło się o nim cicho, a jego łapówkarskie wybryki zostały wyparte przez kolejne popisy Małgorzaty-Kidawy Błońskiej, z gracją spruchniałej deski w wiejskim wychodku, postanowił on włączyć się do bieżącej debaty politycznej i poinformował Naród, że rak to jest taka choroba, gdzie nie wolno czekać ani chwili, bo każda minuta to walka o życie, i jeśli rząd zamiast na walkę z rakiem, przeznacza dwa miliardy na publiczną telewizję, to tym samym wydaje wyrok śmierci na dziesiątki tysięcy ludzi, którzy czekają na ratunek. A ja w tej sytuacji mam dla Grodzkiego propozycję. Niech on może zacznie od tego, że sprzeda swojego Jaguara i uzyskane pieniądze przeznaczy na leczenie jednego chorego na raka dziecka. Chyba że dla niego życie biednego cierpiącego dziecka jest mniej warte od jednego głupiego auta, to wtedy niech to dziecko umiera, a on dalej śmiga po zroszonych dziecięcą krwią szosach.


Ja tu oczywiście, by wykazać idiotyzm postępowania Grodzkiego, ale też wielu jego partyjnych kolegów, skorzystałem z pewnej retorycznej figury i zaryzykowałem ową ponurą ironię. Jest jednak coś, co już zupełnie na poważnie, stawia Grodzkiego do kąta i tam mu pokazuje gdzie raki zimują. Otóż dokładnie w tym samym czasie, jak on się ze swoją irytującą do porzygania lekarską wrażliwością ujął za ludźmi umierającymi z powodu chorób nowotworowych, dowiedzieliśmy się, że wystąpiła kolejna osoba, która osobiście miała okazję sprawdzić, w jaki to sposób dzisiejszy marszałek Grodzki, jeszcze jako lekarz zarabiał na wspomnianego wcześniej Jaguara, a przecież nie tylko. Kiedy Grodzki wyjaśniał nam, jak to rak nie czeka, zabijając kogo popadnie, ów człowiek opowiedział swoją historię, jak to jego żona umierała w szpitalu zawiadywanym przez doktora Grodzkiego, a on, łapiąc się wszelkiej, choćby najmniej szansy ratunku, najpierw wydał na jej opiekę 10 tysięcy złotych, a następnie w odruchu desperacji udał się do samego Cappo di Tutti Capi, a ten zażądał od niego okrągłe 15 patyków. A ja sobie myślę, że właściwie to nie ma się co oburzać. Marszałek Grodzki jest jak najbardziej konsekwentny. Wtedy twierdził – często słusznie – że pieniądze ratują życie, a dziś tę opinię w pełni podtrzymuje.


Oczywiście mam świadomość, że rozmawianie o czymś tak strasznym jak nowotwory w kontekstach czysto politycznych może być uznane za niestosowne, na swoją obronę mam jednak to, że to nie ja zacząłem. Kto zatem stoi na początku tego skandalicznego cyrku? Otóż ni mniej ni więcej jak nasza posłanka Joanna Lichocka. Ja wiem, że ona o glejakach i innych czerniakach nie wypowiedziała jednego marnego słowa, natomiast nie da się ukryć, że gdyby nie jej szczególny rodzaj inteligencji, dziś tematu by nie było. Otóż to ona właśnie, w momencie gdy przyszło do decydowania o przeznaczeniu 2 miliardów złotych na publiczną telewizję, a opozycja – swoją drogą to ciekawe, że udało się im wpaść na coś aż tak skutecznie prostego – zaproponowała, by za te dwa miliardy ratować chorych na raka, Lichocka pokazała im tak zwanego „faka” i w tym momencie oni poszli za ciosem i od ponad tygodnia nie mówią o niczym innym jak o tym, że ludziom którzy umierają w najstraszniejszych cierpieniach PiS pokazał środkowy palec. Ja o naszych posłach i senatorach mam opinię wyjątkowo kiepską, jednak myślę, że wśród nich Joanna Lichocka wyróżnia się bardzo zdecydowanie. Bógu Najwyższemu dzięki, że opozycja jest tak dramatycznie głupia, że nawet ktoś taki jak Lichocka nie jest w stanie im pomóc.


Konkurencja jest naprawdę silna, zwłaszcza od czasu jak dziennikarz telewizji TVP Info Adrian Klarenbach publicznie oświadczył, że on nie rozumie, skąd nagle taki szum, że w RPA prześladuje się białych farmerów, skoro w Afryce nie ma Białych, tylko sami Czarni; stąd zresztą popularna nazwa „Czarny Ląd”. Mimo to, z tego co widzę, totalna opozycja wraz z otoczeniem nie oddają ani centymetra zdobytego terenu. Oto europejska poseł Róża Thun Hohenzollern, czy jakoś tak, obejrzała transmisję z konwencji otwarcia prezydenta Andrzeja Dudy, najpierw się zadławiła z wściekłości, a nastepnie pobiegła do zaprzyjaźnionych mediów i ogłosiła co następuje:
„Widziałam jakieś okropne show, w sytuacji, w której walczymy o pieniądze na onkologię. Wyrzucanie pieniędzy na konfetti, tłumy ludzi, hala, światła, show w takim stylu…
Proszę porównać spotkania pani Kidawy-Błońskiej i to, co się wyrabiało na tym show z konfetti, żoną na czerwono, córką nie wiem w jakim kolorze. To było okropne, przypominało mi najgorsze spędy, jakie można sobie wyobrazić, z jakimiś autorytarnymi szefami państw.
Na to w jakim ona była stanie, kiedy wypowiadała te słowa, wskazuje najlepiej fragment z „żoną na czerwono, córką nie wiem w jakim kolorze”, ale ponieważ nie mamy tu odpowiednich umiejętności, by dokonywać analiz psychologicznych, pragnę zwrócić uwagę na fakt, że każdy – dosłownie każdy – kto miał okazję widzieć ową konwencję, a podziela niechęć Thun do Andrzeja Dudy i jego rodziny, będąc świadkiem takiego poziomu wściekłej bezradności, musi zareagować przynajmniej zniechęceniem. Owi prości ludzie, którzy życzą Dudzie śmierci w stukrotnych mękach, jedyną nadzieję na wsparcie widzą w takich ludziach jak Róża Thun właśnie i zapewne bardzo liczą, że to oni, swoim sprytem i inteligencją, znajdą sposób, by skutecznie zniszczyć wspólnego wroga i doprowadzą do ostatecznego zwycięstwa, a tymczasem otrzymują „córkę nie wiem w jakim kolorze” i wylewającą się z ust czarną ślinę. Ja wiem, że Lichocka, Klarenbach, Holecka, Gowin, Gliński i wielu wielu innych tak zwanych „naszych” mają swoje za uszami, jednak muszę przyznać, że gdyby którykolwiek z nich osiągnął ten poziom zidiocenia, ja już bym dawno machnął ręką na ten cyrk i się zwyczajnie z rozpaczy upił.


A wygląda na to, że metoda zastosowana przez posłankę Hohenzollern przyjęła się tam w znacznie szerszych kręgach. Oto, jak głosi plotka, obstawiana jako kandydat na szefa kampanii prezydenta Dudy Joanna Lichocka, po swoim żałosnym wybryku, została przez partyjną egzekutywę spuszczona na poziom zero – co swoją drogą może świadczyć, że owym środkowym palcem mógł kierować sam Dobry Bóg – szefową kampanii została Jolanta Turczynowicz-Kieryłło. Powiem szczerze, że dotychczas – podobnie z pewnością jak większość z nas – nie zwróciłem na ową damę uwagi na tyle, by choćby zarejestrować jej nazwisko. W rzeczy samej jest to ktoś, o czyim istnieniu zdecydowana większość wyborców jednych, drugich i trzecich, dotychczas nie miała bladego pojęcia. Tym bardziej już po paru dniach od czasu jak ona się pokazała publicznie i wypowiedziała zaledwie kilka słów, cała Polska jest pod wrażeniem jej urody oraz osobistego uroku. Osobiście nie przypominam sobie nikogo – od czasu publicznego debiutu samego Andrzeja Dudy – kto by robił wrażenie aż takiego politycznego odkrycia. A wszystko to na dodatek jeszcze przypieczętowane jest wiadomością, że owa Kieryłło od 15 lat prowadzi w Warszawie kancelarię po śmierci jednego z najwybitniejszych polskich adwokatów Tadeusza de Virion, kieruje fundacją jego imienia, prowadząc pro bono wiele spraw społecznych, że już jako dziecko dała się poznać jako szachowy mistrz kraju, posiada licencję pilota śmigłowców, i na końcu, choć nie na ostatku, jest córką Edwarda Turczynowicza, legendarnego pełnomocnika i obrońcy Jana Rulewskiego, Michała Bartoszcze, Mariusza Łabentowicza w tak zwanych „wydarzeniach marcowych” roku 1981, kiedy to oddziały milicji i SB brutalnie pobiły delegatów Związku, biorących udział w sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. Krótko mówiąc, pojawia się ktoś o takim formacie i w tym momencie wszyscy opozycyjni politycy wspierani przez zaprzyjaźnione media rzucają się na nią z wściekłym atakiem, w którym powtarza się niezmiennie jedno – jakże merytorycznie mocne – słowo „skandal”.
A ja już tylko czekam aż kampania się rozkręci i poparcie Andrzejowi Dudzie zacznie błyskawicznie rosnąć i to wcale nie ze względu na jego polityczne i osobiste talenty, lecz dzięki temu nieprawdopodobnie celnemu wyborowi. I tym bardziej nie zdziwię się, kiedy za pięć lat to Tarczynowicz zostanie kolejnym Prezydentem RP, a ci biedni głupcy zostaną z przysłowiową ręką w nocniku.


środa, 19 lutego 2020

Jak jednym splunięciem rozwalić mur z betonu


      Plan miałem taki, by dziś zostawić ten blog w spokoju, no a już na pewno zadbać o to, by nie pojawiło się tu nazwisko ojca Adama Szustaka. No i kiedy wszystko szło w dobrym kierunku, żona mnie poinformowała, że na Twitterze wpadła na czyjś apel do pobożnych katolików, by któryś z nich zechciał wyjaśnić, dlaczego 10 maja w polskich kościołach będzie śpiewany psalm z Prawem i Sprawiedliwością w roli głównej, podczas gdy na całym świecie pobożni ludzie śpiewają coś zupełnie innego. I to mnie zainspirowało do tego, by jednak coś napisać i to w kwestii, która nie tylko od tygodnia mnie prześladuje, a mianowicie, czemu ludzie potrafią być tak zawzięci w swoich kompleksach, że od czasu do czasu wyłączają rozum –  just like that.
      Otóż przychodzi ktoś, jak się domyślam osoba na co dzień inteligentna i życiowo doświadczona, dowiaduje się od kogoś, że w dniu wyborów prezydenckich w polskich kościołach księża będą wielbić Prawo i Sprawiedliwość i ani jej przez myśl nie przejdzie, że to jest tak beznadziejny absurd, więc wypadałoby może zwyczajnie sprawdzić, czy rzeczywiście Episkopat zaordynował, by w niedzielę 10 maja porządek liturgiczny zmienić zgodnie z życzeniem Kota Prezesa. Woli więc ów zahukany człowiek kierować na Twitterze pytanie do nas, a przy okazji głupią plotkę do takich jak on, zamiast zwyczajnie wpisać sobie proste hasło w wyszukiwarkę i mieć jasność, że to nie Kościół przejął nazwę od PiS-u, ale PiS – tu akurat w osobie Ludwika Dorna – sprytnie przejął owo „prawo i sprawiedliwość” od Kościoła.
       Ale też nie o tę gnuśność chodzi tu najbardziej, lecz, jak już mówiłem, o ową wiarę, że jeśli kogoś lub czegoś nie lubimy, to każdy przyklejony do tego czegoś idiotyzm będziemy traktować z najwyższą powagą. Mamy więc oto tego nieszczęsnego Szustaka. Podczas wielodniowej dyskusji na jego temat na blogu Gabriela, pojawiło się tak wiele ciężkich absurdów, że normalnie starczyłoby chyba na cały boży rok. Przychodzi ktoś i informuje nas, że ojciec Szustak w swoim internetowym nauczaniu powiedział, że seks analny jest jak najbardziej w porządku, ktoś inny z kolei twierdzi, że ojciec Szustak naucza, że w porządku jest zdrada i nieuczciwość małżeńska, ktoś jeszcze inny, że zdaniem Szustaka w ogóle dobra jest nieczystość, po nim pojawiają się kolejni internauci i dostarczają dowody w postaci odpowiednich linków, że ksiądz Szustak powiedział iż należy się tatuować, a jeśli egzorcyści twierdzą inaczej, to jest to problem egzorcystów. Sam Gabriel w pewnym momencie uwierzył, że ojciec Szustak wystąpił w filmie „Kler”... . I tak dalej i tak dalej. Każdy przytomny człowiek wiedziałby, że żadne z powyższych nie mogło – zwyczajnie nie mogło – się wydarzyć, a mimo to powtarza te ploty nie dlatego, żeby wyrządzić komukolwiek krzywdę, ale z dobrego serca i w głębokim przekonaniu, że ratuje świat przed zepsuciem. Czemu tak? Najprościej byłoby powiedzieć, że przez to, że Szustak nie stąd ni zowąd zadeklarował się, że będzie głosował na tego satanistę Hołownię, a to przecież musi oznaczać, że wszystko zło, które o nim powiemy musi być prawdziwe, a nawet gdyby nie było, to przecież być mogło.
       I to w tym momencie kieruje mnie na szersze wody Internetu, a więc i wspomnianego Twittera. Każdy kto tam bywa, a choćby i od czasu do czasu, z pewnością miał okazję zauważyć wszystkie te memy, na których widzimy na przykład Julię Piterę i jej rzekomą opinię, że Polska powinna zrezygnować z własnego rządu i scedować swoje sprawy na Komisję Europejską oraz europejskie sądownictwo; możemy tam też zobaczyć jakąś Sylwię Spurek, która z kolei powie, że powinno się mordować małe dzieci, jeśli są dziećmi pobożnych rodziców; kto inny wrzuci zdjęcie powiedzmy Mariusza Kamińskiego z rzekomym cytatem, że pary popierające Koalicję Obywatelską powinny być sterylizowane; niedawno ogromną popularność na wspomnianym Twitterze zdobył tweet, w którym poinformowano masy, że premier Morawiecki zdecydował o wprowadzeniu Karty Wyborcy PiS, dzięki której której będzie można korzystać z wszelkich możliwych usług, no i oczywiście z tańszych zakupów. Ten ostatni idiotyzm był podawany dalej nawet przez pierwszoplanowych polityków Koalicji Obywatelskiej i nikt z nich nawet nie zadał sobie pytania, w jaki sposób oni planują sprawdzić, kto głosował na kogo i czy ktoś tu – jakiś czytelnik „Faktów i Mitów” –  nie spróbuje się wkraść w owo wybrane towarzystwo na waleta. A po co się zastanawiać nad tego typu rzeczami, skoro wiadomo, z kim mamy do czynienia? Przecież oni są źli, a skoro tak, to na pewno stać ich na wszystko; no a poza tym nic nie zaszkodzi, jeśli się im tam coś dodatkowego dokroi. W końcu i oni zasłużyli, no i zasłużyliśmy i my.
       Myślę o tym wszystkim i po raz kolejny dochodzę do smutnego przekonania, że to jest droga bez powrotu i nawet jeśli na końcu pojawi się ściana, to my, z naszą zapiekłością i przekonaniem o własnej nieskończonej przenikliwości, rozwalimy ją jednym splunięciem i pójdziemy dalej i dalej.
       Niedawno, również na Twitterze, pewna nauczycielka wrzuciła zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego podczas jednego z ostatnich wystąpień, tyle że w bardzo mocnym zbliżeniu, tak by udowodnić, że on miał zdekompletowany garnitur, a w dodatku spodnie były brudne. Powiem szczerze, że nawet mi się nie chciało temu zdjęciu przyglądać, natomiast biorę pod uwagę, że faktycznie spodnie i marynarka Jarosława Kaczyńskiego były nie od pary, no i że na spodniach była plama, a kto wie, czy nawet nie dwie. To co mnie natomiast tu interesuje najbardziej, to stan umysłu owej kobiety i bardzo mocne podejrzenie, że w sumie my tutaj nie jesteśmy bardzo inni od niej. A przed nami oczywiście ściana. Ciekawe co się stanie za chwilę.



wtorek, 18 lutego 2020

To Be Like Will


     Kiedy przez długie lata Czytelnicy zachęcali mnie bym wydał kolejną część „Listonosza”, tak by do tej części językowych refleksji dodać jeszcze coś nowego, niezmiennie powtarzałem, że ja naprawdę wszystko co miałem do powiedzenia na temat owych najbardziej interesujących kwestii związanych z językiem angielskim, powiedziałem w „Listonoszu” i nie przychodzi mi nic innego do głowy. Kiedy jednak pisałem książkę o Imperium, na marginesie tego, co stanowi jej podstawę, pomyślałem sobie o paru sprawach i, owszem, udało mi się ów wykład nieco poszerzyć. Proszę sobie jednak wyobrazić, że człowiek, nawet wtedy, gdy już uzna, że nic go interesującego nie spotka, wciąż się jednak uczy i oto wczoraj właśnie uświadomiłem sobie, że jest coś, co zdecydowanie uchodziło dotychczas mojej uwadze i to coś na tyle interesującego, że gdyby Coryllus uznał za stosowne wznowić tę książkę w wersji uzupełnionej, to z najwyższą radością dokleiłbym tam jeszcze jeden rozdział, dotyczący mianowicie wyłącznie jednego czasownika, a mianowicie modalnego operatora will.
      Pamiętam, że parokrotnie już miałem tu i ówdzie okazję zwrócić uwagę na fakt, że owo will, podobnie zresztą jak jego słaba forma would, jest praktycznie jedynym angielskim czasownikiem, który nie ma swojego odpowiednika, ani choćby i zamiennika, w języku polskim. Dobrze to widać choćby na przykładzie pięknej piosenki Beatlesów zatytułowanej „I Will”, którego to tytułu nie jesteśmy w stanie ani przetłumaczyć na język polski, ani nawet odpowiednio zrozumieć, ponieważ w tym stanie rzeczy, dla nas jest on pozbawiony jakiejkolwiek treści. Wiele razy zresztą byłem świadkiem sytuacji, kiedy uczniowie, pytani o to, co oznacza słówko will, jeśli tylko poczynimy zastrzeżenie, że nie chodzi nam o „testament”, czy o „wolę”, czy wreszcie o pospolity przymiotnik willing, oznaczający bycie chętnym, jak to ma miejsce w przypadku na przykład zdania I am willing to send a deposit, niemal wszyscy bez mrugnięcia okiem odpowiadali, że will oznacza „będę”.
      Za każdym razem bardzo mnie to intrygowało, ale składałem to na karb wspomnianego zmartwienia, że tak naprawdę to niekiedy jest jedyny w miarę sensowny sposób, by sobie  z całym tym will jakoś poradzić. Problem dopiero pojawiał się, kiedy zwracałem się z prośbą, by mi przetłumaczyć na język polski na przykład zdanie „Przyjadę jutro”, a uczniowie wpadali w stupor i albo drapali się bezradnie po głowie, albo sprytnie decydowali się na I can come tomorrow, co oczywiście nie oznaczało nic innego jak zaledwie to, że mogę przyjechać jutro, a nie że przyjadę. Ewentualnie, jeśli ktoś był bardziej dociekliwy, wybierał rozwiązanie jeszcze gorsze i wyskakiwał z czymś w rodzaju I will be come tomorrow. No ale proszę spojrzeć, do jak przedziwnych sytuacji dochodziło, kiedy na tapecie pojawiało się zdanie „Będę wiedział”, względnie „Będę miał”. Dobrze by oczywiście było, gdyby, sądząc, że will oznacza „będę”, uczeń – niechcąco, ale jak najbardziej poprawnie – przekładał owo zdanie na I will know, czy I will have. No ale co zrobić z kimś, kto już zdążył sobie wbić do głowy, że will wcale nie oznacza „będę”, bo „będę” po angielsku brzmi I will be, i znów, kompletnie bez sensu, budował zdanie I will be have, względnie I will be know, no bo myśląc logicznie, skoro I will nie oznacza „będę”, natomiast „będę” po angielsku brzmi I will be, to chyba czymś zupełnie naturalnym jest powiedzieć I will be know all about it tomorrow, prawda?
      Na czym zatem polega pułapka i gdzie ona leży? Otóż – i ja to sobie ledwie co wczoraj uświadomiłem – musimy zrozumieć, że polski czasownik „będę”, „będziesz”, „będzie”, „będziemy”, „będą” pełni dwie – a kto wie, czy nawet nie trzy – niezależne funkcje. Pierwsza z nich to ta podstawowa, a więc forma przyszła od bezokolicznika „być”, jak to się dzieje choćby w zdaniu „Będę w domu po północy”, czy „Będę jasny i gotowy”, druga to coś właśnie na wzór angielskiego modalnego operatora will, jak we wspomnianym wcześniej zdaniu zdaniu „Będę wiedział”, ale również, jak sądzę, owo „będę”, które występuje w tak zwanym trybie niedokonanym, w języku angielskim częściowo reprezentowanym przez „czas” Future Continuous, a w języku polskim realizuje się na przykład w zdaniach takich jak „Będę czekał”, czy „Będę spał” – po angielsku I will be waiting i I will be sleeping.
     No ale bardziej dociekliwy uczeń znów tu wpadnie w kolejną pułapkę. No bo skoro można powiedzieć I will be waiting, to z jakiej racji nie wolno nam mówić I will be know? W końcu skoro jedno z nich tłumaczymy „Będę czekał”, drugie „Będę wiedział”, to jaka to na dobrą sprawę różnica? Proszę więc bardzo, mój drogi, skoro tak ci na tym zależy, to nie ma problemu, tyle że wal już śmiało i konsekwentnie: I will be knowing, ewentualnie I will be remembering, a nie I will be remember. Nie da się? No właśnie. Ciekawe dlaczego?
     I tu znów musimy wrócić do samego początku, czyli owego niezwykłego modalnego czasownika will i do tej jednej i podstawowej informacji, że will nie ma jakiegokolwiek odpowiednika w języku polskim, a nie jest nim nawet owo „będę” w zdaniu „Będę wiedział”. Owszem tak nawet nam to dobrze brzmi, ale polskie „będę” i angielskie will to dwie kompletnie różne rzeczy, dlatego też czy chcemy powiedzieć „Zostanę na noc”, czy „Będę pamiętał”, to tak czy inaczej będziemy mieli I will stay overnight i I will remember. I o żadnym be mowy tu być nie może. Co innego oczywiście gdy chcemy powiedzieć „Będę na ciebie czekał pod zegarem” i wtedy powiemy I will be waiting for you under the clock, z tą różnicą, że tu polskie „będę” nie jest tym samym „będę”, które widzimy w przypadku zdania „Będę wiedział” i które, jeśli się tak naprawdę mocno uprzemy, możemy użyć do bardzo ryzykownej i zdecydowanie odradzanej konstrukcji „Będę czekający na ciebie pod zegarem”...
      No ale tu już może się zamknę, bo ktoś mi zarzuci, że postępuję bardzo nie jak porządny nauczyciel i w dodatku mieszam w głowach. A ja, co mam robić? To w końcu nie ja wymyśliłem modalny posiłkowy czasownik will , tak zwany operator czasu przyszłego. I cieszmy się, że nie przechodzę w tym momencie do czasownika would, bo jak nam nagle wyskoczy zdanie „Co by to było?”, to zwyczajnie oszalejemy.



poniedziałek, 17 lutego 2020

Jak oszaleć na widok zielonej cebulki


Ponieważ temat ojca Adama Szustaka po raz kolejny wywołał nadzwyczaj dramatyczne spory – nie tu akurat, ale choćby na blogu Coryllusa – i nie widzę żadnego sposobu, by prowadzić tę debatę dalej i jednocześnie przedstawiać nowe argumenty, chciałbym tylko przypomnieć, że w grudniu 2016 roku, na swoim blogu jeszcze w Salonie 24, wspomniany Coryllus zamieścił tekst , w którym opisał występną działalność jakiegoś Grzegorczyka, a tekst ów został przez czytelników natychmiast strollowany w stronę dyskusji na temat – tak, tak – ojca Szustaka.
Ponieważ to co się tam działo, wzburzyło mnie niezmiernie, najpierw w ową debatę się zaangażowałem, a następnie, w poczuciu całkowitej bezradności, poświęciłem „sprawie Szustaka” osobny tekst na swoim blogu. Ponieważ, jak pisał stary Marx, historia wraca w postaci żartu, nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać się pionu i jeszcze raz tu wrzucić ów stary tekst. I powtarzam po raz kolejny, ojciec Szustak nie jest moim księdzem, mam innych i znacznie bardziej mi bliskich, poza tym nigdy nie przyszło mi do głowy, by oszczędzać kogokolwiek wobec jego bezeceństw, tylko dlatego, że jest księdzem. Uważam natomiast, że jeśli już postanowiliśmy się na Szustaka rzucić, róbmy to bez ograniczeń, jednak przy tym celujmy prosto w skroń, a nie w wymyślone przez nas fantomy.

      Pojawił się nam w minioną niedzielę na blogu Coryllusa temat ojca dominikanina Adama Szustaka i pewnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie udało mi się włączyć w wymianę komentarzy, Szustak zostałby przez pobożną stronę Internetu rozwałkowany na czysto i przerobiony na niedzielny rosół. O co poszło? Niestety o to co zawsze, szczególnie ostatnio, gdy część z nas, prowokowana kolejnymi wypowiedziami papieża Franciszka, za swój podstawowy obowiązek uznała walkę o czystość Doktryny i tylko patrzy, gdzie by tu można było wytropić jakiegoś kolejnego niewiernego. A o to mianowicie, że o. Szustak to wilk w owczej skórze, który na zamówienie światowego protestantyzmu gorszy nam młodzież. Dyskusja, jaką swoim wejściem sprowokowałem, była długa i, tak jak to często bywa, gdy nikt nikogo nie słucha, tylko w kółko powtarza to co już wie, kompletnie bezużyteczna. Oburzeni na Szustaka katolicy podsyłali mi kolejne linki z jego rekolekcjami, aby mi pokazać, jaka to z Szustaka bestia, ja ich uważnie wysłuchiwałem, zachwycony wracałem i potwierdzałem, że Szustak jest bez zarzutu, na co podnosił się nowy zgiełk, a  z nim nowe wystąpienia, których ja znowu wysłuchiwałem, z tym samym co poprzednio efektem i jeśli z jakąś różnicą w ocenie, to wyłącznie na korzyść Szustaka.
      Ja nie mam ani zamiaru, ani ochoty, by tu wchodzić w ponowną dyskusję na temat racji, czy ewentualnych herezji o. Szustaka, z tego przede wszystkim powodu, że moim zdaniem każdy z nas, kto zechce z otwartym sercem i odpowiednią uwagą wsłuchać się w jego słowa, czy to dotyczące kwestii zbawienia, małżeństwa, samotności, seksu, czy wreszcie tatuaży i diabła, musi sam dojść do tego przynajmniej wniosku, że to co Szustak mówi, w najmniejszym stopniu nie stanowi doktrynalnej rewolucji. Tak naprawdę, nie stanowi żadnej rewolucji, natomiast, owszem, podane jest z takim talentem i takim wyczuciem, że niech mu ich zazdrości większość księży.
     Nie będę więc się tu popisywał za niego i dyskutował z ludźmi, którzy tak naprawdę nie chcą nawet wiedzieć, co jest tematem rozmowy, natomiast spróbuję zwrócić uwagę na to, co jest przekleństwem wielu z nas i o czym też parę razy wspominał sam Szustak, a mianowicie o dramatycznym po naszej stronie braku umiejętności słuchania i refleksji. Wygłosił o. Szustak swoją naukę na temat zbawienia, a ponieważ on jest w znacznej części kaznodzieją internetowym, natychmiast został zasypany takimi czy innymi zarzutami ze strony internautów właśnie. W odpowiedzi na nie, wystąpił ponownie, oświadczył, że prawie wszystkie z tysięcy przeróżnych pretensji, jakie zostały do niego skierowane, nie dotyczyły tego, co on powiedział, ale tego, co chciano usłyszeć, no a następnie zaczął wyliczać: „Nie powiedziałem, że wszyscy zostaną zbawieni, nie powiedziałem, że poza Jezusem istnieje jakiekolwiek zbawienie, nie powiedziałem, że nie ma znaczenia, czy się jest w Kościele, czy nie, nie powiedziałem, że nie trzeba głosić Jezusa i wzywać do nawrócenia, nie powiedziałem, że nie trzeba przestrzegać ludzi przed piekłem, nie powiedziałem też, że nie ma piekła, nie powiedziałem, że nie trzeba się bać i można żyć, jak się chce”.  Jednocześnie przyznał się o. Szustak to jednej omyłki, kiedy to wszystkich ludzi dobrej woli zamieszkujących Ziemię nazwał „członkami Kościoła”, podczas gdy precyzyjniej byłoby określić ich „Bożymi Dziećmi”. I co na to internauci? To co zawsze: „O! Wycofał się. Przynajmniej częściowo. Niech się stara dalej”.
     Powtórzę. Bardzo uważnie wysłuchałem wszystkich wystąpień o. Szustaka i  potwierdzam, że on rzeczywiście w żadnym z nich nie powiedział tego, co mu się zarzuca. Ani nie zachęcał do wyuzdanego seksu, ani nie mówił, że tatuaże są dobre, nie mówił, że piekła nie ma, nie mówił, że egzorcyści są zbędni. To wszystko stanowiło wyłącznie wymysł gnuśnych umysłów i nic więcej.
       Otóż to – gnuśne umysły. Jeśli piekło faktycznie istnieje, to jestem pewien, że one będą stanowić jeden z głównych argumentów dla Pana Boga, żeby nas tam wsadzić. W pewnym momencie owej niedzielnej dyskusji komentator Unukalhai, w końcu uchodzący tu w sieci za osobę jedną z bardziej przytomnych, komentując, jak mu się najwidoczniej zdawało, słowa o. Szustaka, napisał co następuje: „To czysta herezja, iż każdy BĘDZIE zbawiony. Zbawienie jest bowiem nagrodą za życie zgodne z Dekalogiem. Jak wiadomo w każdych zawodach nagrodę otrzymują tylko nieliczni”, czym w mojej opinii obsunął się do pozycji prezentowanej przez Świadków Jehowy, głoszących zbawienie dla wybranych 144 tysięcy.
      Ów rodzaj owej głupiej, moralnej zawziętości – tak dobrze znany i nam choćby i przy okazji niedawnej dyskusji na temat romansów Roalda Dahla – prezentowany we wspomnianej dyskusji wcale nie tylko przez Unukalhai i nawet nie najbardziej przez niego, przypomniał mi niedawny program w TVP Info pod tytułem „Studio Polska”, gdzie Maciej Pawlicki z Katarzyną Matuszewską regularnie każą się kłócić bandzie przypadkowo skojarzonych ze sobą tak zwanych „zwykłych ludzi” z osobami w ten czy inny sposób publicznymi. Sam program oczywiście jest pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia i jakikolwiek udział w nim stanowi oczywistą stratę czasu, to co natomiast zastanawia, to to, że tam – przez to właśnie, że pomysł programu opiera się w części na oddaniu głosu prostemu wariactwu –  bardzo niebezpiecznie powraca atmosfera, jaką coraz częściej znajdujemy w Internecie. Patrzymy więc na zagoniony do telewizyjnego studia tłum, a tam, wśród zwykłej Bogu ducha winnej publiczność, której zadaniem jest jedynie bić brawo w odpowiednich momentach, siedzą jakieś freaki, przy których Adam Słomka w czapce Związku Strzeleckiego, czy właśnie na okoliczność występu w programie wypuszczony z więzienia na przepustkę Zygmunt Miernik, wyglądają jak dziennikarze telewizji Sky News, a wszyscy są nakręceni, jak nie przymierzając – tak, tak –  uczestnicy bezmyślnego kompletnie kamienowania ojca Szustaka. I to jest myśl, która mi tu ostatnio coraz częściej towarzyszy, że gdybyśmy nagle tu w Internecie dostali możliwość ujrzenia naszych twarzy, poznania naszych imion, gdybyśmy nagle zostali obdarci z tej okropnej anonimowości, mogłoby być równie ciekawie, jak w przypadku programu „Studio Polska”.
      Nam więc właśnie chciałbym zadedykować pewną przywoływaną tu już raz opowiastkę. Była sobie mianowicie kiedyś kobieta wyjątkowo zła i podła, która w całym swoim życiu nie zrobiła jednej dobrej rzeczy, i która, kiedy zmarła poszła naturalnie prosto do piekła. No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy ona już tam przez jakiś czas cierpiała, Pan Bóg nagle sobie przypomniał, że pewnego dnia, raz w życiu, ona właśnie wracając z targu zobaczyła jakieś biedne dziecko i dała mu zieloną cebulkę, i za ten jeden dobry gest postanowił ją z piekła wyciągnąć. Wysłał więc nad tę otchłań swoje anioły, które spuściły do owej kobiety tę samą zieloną cebulkę i powiedziały jej, że w niej było tyle miłości, że wystarczy, że ona się jej złapie i zostanie zbawiona. Czepiła się więc kobieta cebuli, a aniołowie zaczęli ja z piekła wyciągać. W tym momencie jednak inni też postanowili się cebuli złapać, licząc na to, że i im się uda w ten sposób wyjść z piekła. Kobieta jednak, zła, jak wiemy, jak jasna cholera, zaczęła ich zrzucać ze swojej cebuli. Oni czepiali się jej nóg i rąk, ta ich kopała i mimo że sami aniołowie prosili wszystkich, by się opamiętali i spokojnie wisieli na tej cebuli, w której miało być tyle miłości, by starczyć dla wszystkich, wywiązała się straszna bitwa i ostatecznie wszyscy pospadali w ten ogień, oczywiście razem z cebulą.
       I to już jest koniec tej historii i całej notki. Bardzo bym chciał, żeby jednak dotarło, bo inaczej już niedługo, kiedy na Krakowskim Przedmieściu co miesiąc będzie demonstrowało 60 różnych grup, my się doskonale zgubimy w tym tłumie i, jak u Orwella, nikt już nie będzie wiedział, kto świnia, a kto człowiek.